Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

K. Fjałkowski między niebem a piekłem

 


Już niegdyś przymierzałem się do dyskusji z tezami głoszonymi przez Karola Fjałkowskiego, niegdyś guru młodszego pokolenia ateistów w Polsce, obecnie podającego się za "nihilistę", co jest o tyle kuriozalne, że on jednak pretenduje do uznawania zarówno prawdziwości swoich twierdzeń, jak też ich istnienia. Przyznać trzeba, że jego wystąpienia zwłaszcza nowsze, na tle innych "gwiazd" internetowych tego środowiska (zob. tutaj i tutaj) wyróżniają się dość pozytywnie pod względem poziomu intelektualnego, aczkolwiek niewiele odbiegają pod względem wręcz karygodnych uproszczeń i ignorancji teologicznej, czyli w dziedzinie, o której się regularnie wypowiada. Na usilne prośby jednego z czytelników bloga biorę się wreszcie za jedną z jego wypowiedzi. Jest to odpowiedź na pytanie zadane przez jednego z jego odbiorców:


Odpowiedź jest jedynie kilkuminutowa, ale pogmatwana, chaotyczna oraz pełna przekręceń, kłamstw i błędów, choć zawiera też słuszne zarzuty i to klasyczne w dyskusji między ateizmem a filozofią i teologią. Odpowiadam po kolei, trzymając się toku wypowiedzi Fijałkowskiego, na ile to możliwe. 

1.

Fjałkowski wyraża swoją niechęć do pojęcia nieba jako chwalenia Boga. Ma na myśli właściwie niechęć do Boga, który jest odpowiedzialny zarówno za cierpienie na tym świecie, jak też za cierpienie w piekle. Równocześnie opowiada się za myśleniem "nowoczesnych katolików", według których "istotą nieba jest bliskość relacji z Bogiem", zaś "istotą mąk piekielnych jest oddalenie od Boga". Oczywiście Fjałkowski kłamie, twierdząc, że "nie jest to tradycyjna nauka katolicka", lecz "posoborowa". Widocznie nie zajrzał do żadnego tradycyjnego katechizmu katolickiego. Nie wiem, skąd czerpie swoją wiedzę. Otóż wystarczy spojrzeć choćby do katechizmu św. Piotra Kanizjusza, Doktora Kościoła, mówiącego o śmierci, która jest skutkiem grzechu ciężkiego (Summa doctrinae christianae, cap. V. IV, s. 151):


"Nie ma nic bardziej nieszczęsnego niż człowiek, który jest na wieczność oddzielony od wspólnoty wszystkich świętych, od radości aniołów i duchów niebiańskich, tudzież od samego najwyższego i wiekuistego Dobra, którego poznanie i doznawanie stanowi wszelkie zbawienie i doskonałą szczęśliwość człowieka".

Tak samo mówi Katechizm Rzymski (Catechismus Romanus, pars I cap. XIII): 


W skrócie: istotą szczęśliwości wiecznej jest uszczęśliwiające "widzenie" piękna Boga, który jest źródłem i początkiem wszelkiego dobra i doskonałości. Widzenie to polega nie tylko na widzeniu oczami ciała, lecz na jednoczesnym i wiecznie trwającym, całościowym doświadczeniem przez całą osobę człowieka, władzami zarówno duchowymi, jak też - po zmartwychwstaniu ciała - cielesnymi. Czyż to nie jest bliższe rzekomo "posoborowej" relacji niż chwaleniu - według Fjałkowskiego, przepraszam za wyrażenie - tyrana odpowiedzialnego za wszelkie cierpienie i zło? Tak więc koncepcja "Boga przedsoborowego" podawana przez niego jest tylko urojeniem bez jakichkolwiek podstaw w rzeczywistym nauczaniu Kościoła na przestrzeni wieków. 

2. 

Fjałkowski uzasadnia swoją odrazę do "przedsoborowego" Boga istnieniem cierpienia zarówno doczesnego jak też kary wiecznej. To cierpienie jest według niego nie dla dobra ludzi, lecz dla samego Boga. Ten powód jest według niego podany w pierwszych 9 rozdziałach Listu do Rzymian. Tam ma być rzekomo powiedziane, że Bóg "ze względu na siebie i swoją chwałę pokazuje, jak to jest na świecie źle, jeśli ktoś się jemu nie podporządkuje". Konkretnych miejsc tego listu, ani cytatów Fjałkowski oczywiście nie podaje. Tak więc tutaj nie usprawiedliwia go już niewiedza, jak to mogło by być ewentualnie w przypadku nieznajomości katechizmu, lecz on prostu bezczelnie kłamie i zwodzi odbiorców. Każdy może sprawdzić, że w Liście do Rzymian takich treści w ogóle nie ma, także w rozdziałach podanych przez niego. 

3.

Natomiast słusznie Fjałkowski krytykuje mentalność polegającą na poddaniu się szantażowi, czyli czczeniu Boga z lęku przed cierpieniem w piekle. Rzeczywiście, jak mówi, taka tyrania "jest niegodna wszechmocnego Stwórcy wszechświata". Tutaj Fjałkowski autobiograficznie wplata swoje myślenie z końca bycia chrześcijaninem, gdy dla niego jedynym pozostającym motywem bycia chrześcijaninem był strach przed pójściem do piekła. Jeśli tak było, to rzeczywiście zrozumiałe jest jego odwrócenie się od chrześcijaństwa. Jednak problem tkwi w tym, że to nie jest chrześcijańskie pojęcie Boga, i nie wiem, skąd on je zaczerpnął, zresztą wykazując zupełną ignorancję źródeł, o których mówi, czy wręcz obracanie się w urojeniach wyczytanych u jakichś swoich ateistycznych "autorytetów". 

4.

Słusznie Fjałkowski zauważa, iż zgoda na taki szantaż jest postawą niegodną człowieka, bo świat tak urządzony nie jest dobry, ani godny pochwały i udziału. Tego typu "ofertę" czyli szantaż Fjalkowski, podsumowując swój wywód, oczywiście odrzuca i chce w tym odrzuceniu trwać, co jest poniekąd zrozumiałe:


Jak należy odpowiedzieć temu człowiekowi?

Po pierwsze, należy go zachęcić do rzetelnego poznawania wiary katolickiej, zwłaszcza katolickiego pojęcia Boga, podanego chociażby w katechizmach, ale także w dziełach wielkich myślicieli chrześcijańskich jak np. św. Tomasz z Akwinu. Na pewno nie wystarczy trwać czy to w dziecinnych, fałszywych, wręcz patologicznych wyobrażeniach i kłamstwach, niezależnie od tego, czy wziętych z fałszywej edukacji pseudoreligijnej, czy prymitywnej propagandy ateistycznej. 

Po drugie, należy poważnie potraktować rzeczywisty, klasyczny problem filozoficzno-teologiczny, jakim jest istnienie cierpienia zarówno doczesnego, jak też kary wiecznej, czyli piekła. Fjałkowski słusznie łączy te sprawy. Tu trzeba mu wyłożyć związek zła fizycznego, czyli cierpienia, ze złem moralnym, czyli grzechem. Kwestia grzechu prowadzi do antropologii, czyli teologii stworzenia. Zaś stworzenie prowadzi do pojęcia Boga, tego prawdziwego, którego Fjałkowski albo nie zna, albo nie chce znać, ponieważ wygodniej jest trwać w buncie dającym pozorną wolność grzeszenia, czyli nieliczenia się z prawdą porządku stworzenia. 

Z całą pewnością zarzuty Fjałkowskiego nie trafiają w katolickie pojęcie Boga i nagrody względnie kary wiecznej, lecz najwyżej w ich dość prymitywną, nawet nie infantylną karykaturę. Oczywiście nie przesądzam, czy i na ile on sam ponosi winę za posługiwanie się takimi fałszywymi wyobrażeniami, które posługują się strzępami wiedzy religijnej na poziomie najwyżej dzieci pierwszokomunijnych. Na pewno jednak absolwenta filozofii i byłego wykładowcę stać na rzetelne zapoznanie się ze źródłami oraz na uczciwie posługiwanie się nimi, czego w tym wystąpieniu w stopniu wręcz skrajnym i skandalicznym brakuje. 

Czy rodzicom wolno ryzykować życie swoich dzieci?

 


Dwaj przedstawiciele kwartalnika "Christianitas" (zwanego przez niektórych "Hypocritas"), znani skądinąd Michał Barcikowski (więcej tutaj) oraz Piotr Chrzanowski (więcej tutaj), pociągnęli dalej swoją apologię beatyfikacji Ulmów, tym razem na falach eteru, a to animowani przez swoich kolegów redakcyjnych Michała Jędrykę i Tomasza Rowińskiego. Widocznie nienasyceni w swym ferworze i spragnieni zwycięstwa znów dzielnie, tudzież z namaszczeniem i przekonaniem prawili brednie i to wcale nie oryginalne. 


Najpierw Chrzanowski pobredził o rzekomo pogłębionym rozumieniu męczeństwa w Kościele, czego przykładem ma być fakt, że św. Maksymilian Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca, natomiast kanonizowany jako męczennik, oraz masowe beatyfikacje osób zabitych przez Niemców podczas II wś. No cóż. Inżynier mechanik prezes-biznesmen ma też dość wysokie ambicje teologiczne. 


Szkoda, że nie wpadł na pomysł, by sprawdzić, jak Kościół zawsze rozumiał męczeństwo. A można się o tym dowiedzieć chociażby w moim krótkim wpisie (tutaj).

Innymi słowy: bredzeniem jest mówienie o "pogłębionym rozumieniu", gdy mamy do czynienia z odejściem, zaciemnieniem i ignorowaniem katolickiego rozumienia męczeństwa. Nawet postulator beatyfikacji Ulmów powołuje się na tradycyjne katolickie pojęcie męczeństwa, aczkolwiek oszukuje ludzi w tym, że usiłuje wmówić publiczności, iż jest ono spełnione w sprawie Ulmów. No cóż, widocznie inżynier-mechanik-prezes-biznesmen wie więcej niż sam postulator... 

Po krótce: nikt nie neguje, że jako męczeństwo można uznać śmierć zadaną z powodu nie tylko wyznawania prawd wiary, lecz także z powodu praktykowania cnót chrześcijańskich. Tak np. nikt nie neguje, że śmierć Karoliny Kózkówny poniesiona przez nią w obronie dziewictwa była męczeństwem. Co do przyporządkowania śmierci o. Maksymiliana Kolbe jako męczeństwa można mieć zastrzeżenia, jednak nie ulega wątpliwości, że został uwięziony w obozie zagłady Auschwitz z tego powodu, że był kapłanem katolickim, a jego decyzja ofiarowania życia za ojca rodziny wynikała bezpośrednio z tej okoliczności.

Czymś zupełnie innym była śmierć Ulmów wraz z dziećmi. Tutaj są istotne następujące czynniki:

1. motywacja przyjęcia żydów do domu,

2. obowiązek wobec swoich dzieci, w tym też niemoralność ofiarowania życia swoich dzieci dla ratowania obcych osób, 

3. zachowanie bezpośrednio przed egzekucją. 

Motywacja mogła być szlachetna, ale z całą pewnością nie była całkowicie bezinteresowna, nawet jeśli interesowność mieściła się w zakresie sprawiedliwości, czyli przyjmowania zapłaty za utrzymanie czy to w postaci pieniędzy, czy też w postaci pracy (na roli, w wyrabianiu skór itd.). 

Jak już wskazywałem w poprzednich wpisach w temacie, dla orzeczenia męczeństwa najważniejsza jest postawa danej osoby w bezpośrednim zagrożeniu życia, czyli w obliczu oprawców. O tym akta milczą, mimo że byli świadkowie tej sytuacji. Nie byli oni pytani w tej kwestii w procesie? A może raczej byli pytani, lecz odpowiedzieli niezgodnie z oczekiwaniami, bo poświadczyli fakty, których nie można pogodzić z katolicką definicją męczeństwa? Oficjalna wersja wydarzeń przyznaje natomiast, że dzieci głośno płakały wołając rodziców. Jest to po ludzku normalne i zrozumiałe. Jednak w takim stanie rzeczy nie sposób uznać ich śmierci za męczeńską, gdyż istotnym składnikiem jest wola oddania życia, a rodzice nie mieli prawa decydować o tym za dzieci. 

Podkreślam ponownie: Wprawdzie nie wiemy, czy i na ile Ulmowie byli świadomi poważnego zagrożenia życia swoich dzieci, jednak z całą pewnością nie mieli moralnego prawa ofiarowania ich życia, ani dla swojego dobra, ani dla ratowania życia ludzi obcych. Wszak dziecko - wbrew temu, co nabredził Barcikowski, jak podaję niżej - nie jest zwierzęciem czy rzeczą, własnością rodziców, której losem oni mogliby dowolnie dysponować, niezależnie od celu. Cel nie uświęca środków także w tym przypadku. Dziecko ma swoją godność i ma prawo do życia, którego chronienie jest świętym, danym przez samego Boga obowiązkiem rodziców. Dlaczego nie zwalnia rodziców z tego obowiązku nawet wola ratowania życia innej osoby? Ano dlatego, że dziecko jest zdane na swoich rodziców, bez ich opieki jest zupełnie bezbronne, podczas gdy inne osoby albo podlegają opiece swoich bliskich, albo jako dorosłe mogą sobie zapewnić ochronę. 

Sam prowadzący audycję Michał Jędryka popisał się w tytułowej kwestii obowiązku rodziców: 


No cóż. Istny geniusz - nie potrafi odróżnić zachęcania dorosłych synów do męczeństwa (por. 2 Mach 7) od narażania swoich nieletnich, małych dzieci, nieświadomych niczego, na niechybną śmierć. 

Następnie szczególnie się nabredził Barcikowski. Jąkał coś, że obowiązek wobec dzieci nie ma prawa usprawiedliwiać "znieczulicy": 

Cóż ten człowiek wymyśla? Wysłanie dziecka po zakupy ma być tego typu niebezpieczeństwem co wydanie siebie i swoich dzieci na niechybną śmierć z powodu ukrywania żydów? Jakiej znieczulicy? To raczej stawianie życia żydów ponad życiem własnych dzieci jest przejawem znieczulicy, wręcz okrucieństwa wobec własnego bezbronnego potomstwa, podczas gdy owi żydzi byli dorosłymi ludźmi, którzy byli w stanie zadbać w inny sposób o swoje schronienie, zamiast narażać wielodzietną polską rodzinę na zagładę. 

Chrzanowski popisał się nie mniejszą bezczelnością twierdząc, jakoby krytykujący beatyfikację Ulmów nie znali ówczesnych uwarunkowań, gdyż już za jakikolwiek kontakt z żydami i zaniechanie ich zadenuncjowania groziła Polakom śmierć. No cóż. To jest kolejny popis inteligencji inżyniera-mechanika-prezesa-biznesmena. Nie wiem, kto go wywindował na tak wysokie, odpowiedzialne i lukratywne stanowisko biznesowo-społeczne (jak wyżej). W każdym razie on widocznie nie potrafi odróżnić dwóch rzeczy: to, na co mamy wpływ przez nasze decyzje, oraz to, na co nie mamy wpływu. Ulmowie nie mieli wpływu na to, że przyszli do nich żydzi, prosząc o schronienie. Mieli natomiast wpływ na to, że ich nie zadenuncjowali i że ich przyjęli do domu. Gdyby Ulmowie poprzestali na zaniechaniu denuncjacji, czyli aktywnego przyczynienia się do zabicia żydów, to by się nie sprzeniewierzyli obowiązkowi wobec swoich dzieci, gdyż ten obowiązek nie upoważniał do wydania żydów na niechybną śmierć. Mogli bowiem chronić życie swoich dzieci bez denuncjowania żydów, tzn. zaniechanie denuncjacji nie sprowadzało bezpośrednio zabicia ich dzieci. Wydanie żydów Niemcom oznaczałoby przekazanie ich na zabicie, zaś niewydanie ich nie oznaczało automatycznie ściągnięcia śmierci na siebie i swoje dzieci, gdyż najpierw Niemcy musieliby się dowiedzieć o zaniechaniu denuncjacji. Obowiązek chronienia życia swoich dzieci nie usprawiedliwia wydania żydów na zabicie, z kolei obowiązek udzielenia pomocy żydom w zagrożeniu ich życia nie usprawiedliwia sprzeniewierzenia się obowiązkowi ochrony życia swoich dzieci, czyli wydania ich na zabicie z powodu udzielenia schronienia żydom. Przyjęcie żydów pod swój dach oznaczało stałe zagrożenie życia Ulmów i dzieci, czyli wprost  sprzeniewierzało się trosce o bezpieczeństwo dzieci, traktując je de facto jako podrzędne względem bezpieczeństwa żydów. A to jest sprzeczne z etyką katolicką, choć jest w myśl etyki żydowskiej. 

Tak to niestety wygląda. "Christianitas" powinien się więc raczej nazywać "Pharizaeitas". 

Co się dzieje w cudzie eucharystycznym?

 


Ostatnio x. Szymon Bańka znów popisał się ignorancją pomieszaną z niechlujstwem teologicznym i brakiem myślenia w kategoriach teologii katolickiej. Oto jego wypowiedź (w odpowiedzi na zadane mu pytanie):

Te słowa świadczą, po pierwsze, o nieznajomości i niezrozumieniu dogmatu o Transsubstancjacji oraz pojęć w nim użytych. 

Po drugie, to niezrozumienie prowadzi do fałszywego wniosku, nie wiem czy samodzielnie wyciągniętego, czy zaczerpniętego od kogoś, co zresztą nie jest istotne. 

Otóż według dogmatyki katolickiej - co można sprawdzić w każdym katolickim podręczniku - Transsubstancjacja polega na zamianie substancji chleba na substancję ciała ludzkiego, dokładnie Ciała Jezusa Chrystusa, przy zachowaniu przypadłości chleba. Aparatem pojęciowym tej prawdy wiary katolickiej jest pojęcie każdego ciała (materii w sensie fizykalnym) jako składającego się - według metafizyki arystotelesowsko-tomistycznej - z substancji i przypadłości. W porządku naturalnym, czyli w normalnym biegu procesów fizycznych, substancja każdej materii (każdego ciała) jest stała, podczas gdy przypadłości mogą ulegać zmianom. Tak np. to samo jabłko jest najpierw małe i zielone, a po pewnym czasie, w normalnym rozwoju staje się znacznie większe i odpowiednio do gatunku zwykle czerwone. 

Na czym polega cud eucharystyczny? Przede wszystkim zmienia się widzialna postać, przypominająca bardziej ciało ludzkie niż chleb. Dochodzi więc, jak x. Bańka słusznie zauważa, do zmiany przypadłości. Jednak to nie wszystko. W badaniach naukowych stwierdza się, o ile dany cud jest autentyczny, zmianę także w materii, czyli w substancji o tyle, że zamiast substancji chleba znajduje się substancja ciała ludzkiego. Dotyczy to zwykle nie całej hostii, lecz jej części. 

Słuszne jest więc pytanie kluczowe: czy po takiej zamianie mamy nadal to czynienia z realną obecnością Jezusa Chrystusa? Oczywiście tak. Dowodem jest m. in. fakt, że Kościół zawsze otaczał i otacza te postacie czcią należną Ciału Chrystusa. Gdyby to nie było realnie Ciało Chrystusa, to Kościół popełniałby bałwochwalstwo. Można tylko spierać się, czy dla takiej obecności - w tkankach ciała ludzkiego powstałych w sposób nadprzyrodzony - adekwatne jest określenie "obecność eucharystyczna", czyli sakramentalna. 

W swojej błędnej odpowiedzi x. Bańka widocznie miesza i myli cud eucharystyczny z rozkładem materii chleba, np. wskutek zepsucia czy rozpuszczenia w płynie, gdyż wskutek tych naturalnych procesów dochodzi to przemiany materii (substancji i przypadłości) chleba w inny rodzaj materii, jakim są substancje chemiczne powstałe po rozkładzie chleba. 

Jakie jest nauczanie Kościoła o przykazaniu VIII?


W tej kwestii wypowiadałem się już kilkakrotnie (tutaj i tutaj). 

Przy okazji wpisu o wojtylianiźmie ktoś próbował przemycić powyższe oszustwo w postaci rzekomego cytatu ze słynnego komentarza do katechizmu z XIX w. Jak już można było się domyśleć z braku podania tomu z książki wielotomowej, chodzi o oszustwo. Sprawdziłem oryginał i się potwierdziło. 

Oto strona tytułowa i odnośne fragmenty oryginału:


Tak więc, po pierwsze, jest to książka zwykłego proboszcza, bez ponadprzeciętnego wykształcenia teologicznego (dane biograficzne i bibliografia tutaj). Tym samym nie ma rangi autorytetu wyższego niż kazania czy katecheza, i to pod warunkiem, że twierdzenia maja przynajmniej oparcie czy potwierdzenie w wyższych autorytetach, czyli orzeczeniach Magisterium Kościoła czy Doktorów Kościoła. 

Przejdźmy do naszej kwestii, czyli jak x. proboszcz Guillois wyjaśnia przykazanie VIII. 


Mówi o jego treści, czyli składowych: fałszywe świadectwo, kłamstwo, oszczerstwo, złośliwe słowa, obelga, pochopne osądzanie. 
Słusznie autor wskazuje na rangę prawdomówności: wynika ona z pojęcia Boga jako Prawdy oraz z objawionego prawa Bożego. 

Drugi rodzaj grzechów, czyli kłamstwo wyjaśnia najpierw przez definicję, następnie przez podrodzaje. 
Definicja jest błędna, gdyż sprowadza sprawę do intencji, mówiąc, że kłamstwo jest wypowiedzią słowną bądź znakiem czynionym w intencji wprowadzenia w błąd. Według autora istotą kłamstwa jest mówienie, pisanie czy inne wyrażenie czegoś, co jest sprzeczne z myślą. 


Poprawna definicja kłamstwa to: wypowiedź w sposób świadomy i zamierzony niezgodna ze stanem rzeczywistym, mająca na celu wprowadzenie bliźniego w błąd. 




Autor mówi słusznie, że każde kłamstwo jest grzechem i jest zabronione przez prawo Boże. Potwierdza to Pismo św., jak też Ojcowie Kościoła jak św. Justyn, św. Augustyn, św. Efrem, św. Grzegorz Wielki. Według św. Augustyna - a jest to nauczanie Kościoła - kłamstwo jest złem samym w sobie i tym samym nigdy nie jest dozwolone. 



Nie każde kłamstwo jest grzechem śmiertelnym, co oczywiście nie oznacza, jakoby kłamstwo będące grzechem lekkim było moralnie dozwolone. 

Autor porusza kwestię wypowiedzi dwuznacznej oraz tzw. restrictio mentalis. Wbrew przeważającej opinii moralistów katolickich, w tym św. Alfonsa Liguori, zalicza te przypadki do kłamstwa. Następnie twierdzi jednak, że w niektórych sytuacjach jest dozwolone posługiwanie się wypowiedziami dwuznacznymi. 

Autor słusznie cytuje słynnego uczonego jezuitę x. Benedykta Stattler'a, który zgodnie z powszechnym nauczaniem katolickim dopuszcza stosowanie wypowiedzi dwuznacznej w sytuacji, gdy nie można milczeć, a powiedzenie prawdy nie jest obowiązkowe, gdyż mogłoby z tego wyniknąć niebezpieczeństwo dla siebie lub bliźniego. 

Następnie x. Guillois pyta, czy kłamstwem są pewne zwyczajowe wyrażenia, które w sensie dosłownym nie są prawdziwe, ale ich prawdziwe znaczenie jest znane osobie, do której są wypowiadane. Jako przykłady podaje słynną formułę służącego "pana nie ma w domu" oraz "nie mam pieniędzy", gdy ktoś prosi o pożyczkę. X. Guilois twierdzi, że "według autorów nowoczesnych" nie są to kłamstwa, co jest oczywiście błędne. Uczciwie wzmiankuje jednak, że x. Stattler - zresztą zgodnie z Magisterium i Doktorami Kościoła - zalicza takie formuły do kłamstw. 








W kilku kwestiach szczegółowych, jak grzeszność hipokryzji i dopuszczalność kryptologii i kryptografii autor podaje poprawne nauczanie. 

Podsumowując:
X. Guillois generalnie stara się podać nauczanie katolickie w kwestii przykazania VIII, jednak popełnia zasadniczy błąd w definicji kłamstwa, sprowadzając go do zamiaru wprowadzenia w błąd niezgodny z myślą. Następnie podaje wprawdzie właściwe nauczanie katolickie w kwestii dopuszczalności wypowiedzi dwuznacznej, jednak zupełnie pomija nauczanie św. Alfonsa Liguori, które jest klasyczne w tej sprawie, oraz wyraża swoją opinię sprzeczną z teologią katolicką. 
Szczególnie zdumiewający i nie do obrony jest jego pogląd co do moralnej dopuszczalności formuł nieprawdziwych literalnie. Tutaj przyznaje jednak uczciwie, że opiera się na "opinii współczesnych", nie na nauczaniu teologów katolickich. Tym samym jasne jest, że ten pogląd nie jest poglądem katolickim, nie posiada żadnego autorytetu i nie jest wiążący, lecz do odrzucenia przez katolika. Nie można bowiem rozsądnie twierdzić, że zdanie, które jest literalnie fałszywe, czyli jest kłamstwem, może być nieliteralnie prawdziwe, czyli nie jest kłamstwem. Po prostu to samo zdanie nie może być równocześnie kłamstwem i prawdą. 

Dlaczego homilie "ekumeniczne" godzą we wiarę?

 



Sprawa z pozoru niby błaha. Być może takie incydenty miały już wielokrotnie miejsce, pozostając niezauważone i nie budząc kontrowersyj. W końcu jednak przypadek łamania prawa kościelnego w ramach i w imię excesowego ekumenizmu został dostrzeżony i nagłośniony. W przebiegu afery, która jeszcze nie doszła do końca, widać niczym w soczewce problematykę posoborowia nie tylko w jednej diecezji i nie tylko w Polsce.

Wierni katoliccy, którzy nieco znają prawo kościelne i przepisy liturgiczne, a którym droga jest wiara katolicka jako taka, także w jej odróżnianiu się od innych religij i wyznań, zwrócili uwagę na coś, co jest firmowane przez władze kościelne, mimo że jest według ogólnych norm prawnych nielegalne, a w pojęciu normalnego katolika przynajmniej problematyczne. Mając z tym kłopot i szukając zrozumienia, zwracają się do odnośnej kurii z prośbą o wyjaśnienie, także wyrażając swoją opinię. Ich pytania i wypowiedzi są blokowane, nie dostają rzeczowej odpowiedzi, odpowiedzi są wymijające, w najlepszym przypadku wskazuje się na jakiś rzekomo istniejący list Kongregacji Nauki Wiary czy rzekomy od dziesięcioleci istniejący przywilej. Sprawa pod względem prawnym jest oczywista i nie wymaga dalszych omówień, jako że najnowsze przepisy prawnokościelne są jednoznaczne i nie powinny pozostawiać żadnych wątpliwości. Warto natomiast zwrócić uwagę na zachowanie zwolenników i obrońców danego łamania prawa.

Nie licząc wykrętnych, pogmatwanych i sprzecznych w sobie usprawiedliwień pseudoteologicznych i pseudoprawnych, mamy do czynienia z następującymi pseudoargumentami:

1. Kuria czy biskup postanowił czy zezwolił, dlatego nie wolno mieć zastrzeżeń, lecz trzeba uznać za właściwe i dobre, tudzież przynajmniej cicho siedzieć. W przeciwnych razie jest się "tradsem" czy wręcz "lefebvrystą".

2. Co więcej: Jeśli dla kogoś kurialne czy biskupie postanowienie złamania prawa kościelnego nie jest najwyższą, niekwestionowalną normą, temu brakuje wiary, a nawet może być wręcz niewierzącym.

3. Jeszcze więcej: Nie wystarczy wierzyć jedynie w niekwestionowalną słuszność i dobroczynność kurialnego czy biskupiego złamania prawa, lecz już samo powątpiewanie co do istnienia rzekomego przywileju i domaganie się odnośnego dowodu jest oznaką "niewierzenia" księdzu, czyli grzechem nieporównywalnie większym niż wspaniałomyślna "gościnność ambony" (zakładając wątpliwie, iż owa w ogóle może być grzeszna).

4. Rzeczona "gościnność ambony" nie może być czymś złym, wszak nasz naród słynie z gościnności. Nie mogą nam jej przeto zabronić jakieś ciasnogłowe rzymskie przepisy.

5. Zamiast zajmować się po faryzejsku drobiazgowymi szczegółami przebiegu liturgii ekumenicznej, weźmy się za ważne problemy etyczne, społeczne itp.

Powyższe pseudoargumenty nie tylko polegają na dogłębnym zakłamaniu i przewrotnych zabiegach: wyzywanie zgłaszających zastrzeżenia (całą gamą epitetów do tradsów aż do niewierzących i faryzeuszy), odwoływanie się do polskiego poczucia gościnności, łechtanie postępowością, soborowością, wspaniałomyślnością, odwracanie uwagi na inne tematy. Dotykają one – także dosłownie – problemu zasadniczego w obecnej sytuacji w Kościele, mianowicie wiary oraz wzajemnego stosunku między wiarą a Kościołem. Szermierze i apologeci wybryku ekumenicznego użyli w tej sprawie jako pierwsi broni, która miałaby powalić czy przynajmniej sparaliżować przeciwników. Częściowo być może się udało. Przykład pracownika naukowego KUL-u świadczy, że przynajmniej pośrednie postraszenie ewentualnymi kłopotami w pracy może poskutkować przynamniej wycofaniem się z publicznej debaty, a to już znaczny sukces. No cóż, dość specyficzna metoda uczenia "wiary". Problem polega jednak na tym, że miesza się tu – a może nawet utożsamia – wierzenie w gołosłowne zapewnienia kurii (odnośnie istnienia łamiącego prawo przywileju) z wiarą katolicką w ogóle i przynajmniej pośrednio z byciem katolikiem. Nad perfidią tego koronnego pseudoargumentu nie warto się zatrzymywać, bo każdego zdrowomyślącego napełnia on już z daleka obrzydzeniem, a normalnego katolika dodatkowo wstydem, że coś takiego mogło wyjść od bądź co bądź kościelnej instytucji.

Ci, którzy jednak są zaszczuci bo porażeni niczym Zeusowymi gromami z kurialnego Olimpu, mają prawo do upewnienia i przypomnienia fundamentalnej i nienaruszalnej zasady wiary katolickiej i tym samym istnienia Kościoła, mianowicie że racją bytu i działalności Kościoła jest wierne, nieskażone i niezmienne zachowywanie i przekazywanie Objawienia, czyli prawdy Chrystusowej.

Brzmi to wpierw abstrakcyjnie, być może wręcz nie na temat. Z tą podstawową zasadą zgodzą się – miejmy nadzieję – także szermierze i apologeci wybryków ekumenicznych czy przynajmniej urzędnicy kurialni, którzy wszak przy objęciu urzędu przyznają się do wyznawania wiary katolickiej, czyli tej podawanej do wierzenia przez Urząd Nauczycielski pod przewodnictwem następców św. Piotra. Bardziej konkretnie i życiowo brzmi już równie zasadnicza prawda, że owo zachowywanie i przekazywanie Objawienia ma do czynienia z wiarygodnością Kościoła w ogólności, wpierw oczywiście rozumianego jako całość począwszy od Apostołów aż po teraźniejszość, lecz także bardzo konkretnie i codziennie jako wiarygodność danego księdza, czy to zwykłego wikarego, czy też wysokiego dostojnika kurialnego, nawet watykańskiego. Nie przypadkowo w nerwowych reakcjach kurialnych w danej sprawie apelowano wręcz odruchowo do – życzeniowo niekwestionowalnej – wiarygodności Przewielebnego Księdza Rzecznika Prasowego czy innej Przewielebnej Znakomitości. Niestety można tutaj się zastanawiać, czy powinien to być powód bardziej do zdziwienia czy bardziej do żałości w zamyśleniu, czy dana osoba z kurii faktycznie chodzi po naszej zwykłej ziemi, mając do czynienia z rzeczywistymi istotami ludzkimi myślącymi i zbierającymi doświadczenia. A jeśli nawet dana osoba pozbawiona była kontaktu na co dzień z samodzielnie myślącymi istotami, to powinna przynajmniej z własnego zdrowego rozsądku, jeśli nie ze studium teologii wiedzieć (no cóż, różnie te studia wyglądają…), że czym innym jest wiara w Objawienie i wiarygodność Kościoła jako całości, a czym innym wiara w istnienie jakiegoś listu z Watykanu i odnośne zapewnienia Przewielebnej Osobistości. Tym niemniej te dwie wiary, czy raczej przedmioty wierzenia, mają coś ze sobą do czynienia, aczkolwiek nie tak, jak by sobie wybrykańcy ekumeniczni w tym przypadku życzyli. Mówiąc krótko: Nie tylko wiarygodność Przewielebnej Kurialności kończy się najpóźniej na sprawie istnienia osławionego kawałka papieru. Zupełnie bez najmniejszego sprzeniewierzenia się wierze katolickiej można, a nawet w tym wypadku, trzeba się domagać dowodu rzeczowego. Wiarygodność Kościoła jako całości stoi i upada wraz z wiernym zachowywaniem i przekazywaniem Objawienia (rozumieli to chociażby nawet protestanci, z M. Lutherem na czele, zarzucając "papistom", czyli Kościołowi katolickiemu, zdradę Ewangelii). Tym bardziej wiarygodność poszczególnego przedstawiciela Kościoła, także Przewielebnej Kurialności, zależy od wierności Kościołowi w znaczeniu Urzędu Nauczycielskiego w jego ciągłej tożsamości.

Nikt nie zamierza pochopnie zarzucać komukolwiek, zwłaszcza Przewielebnym Kurialnościom, braku wierności wobec Objawienia podawanego do wierzenia przez Urząd Nauczycielski. W interesie zarówno osobistym jak też zbiorowym kościelnym jest unikanie choćby nawet pozorów sprzeniewierzania się nauczaniu Kościoła, którego to nauczania wyrazem i zastosowaniem są przecież przepisy liturgiczno-prawne (powinien to wiedzieć nawet mierny adept teologii). Skąd się więc bierze – niestety aż nazbyt i coraz bardziej rozpowszechniona – swawola zwłaszcza w dziedzinie liturgii, do której należy zaliczyć takie wybryki ekumeniczne jak "gościnność ambony", ?

Z pewnością nie brakuje takich osób, które zupełnie świadomie i z namysłem chcą w ten sposób, przynajmniej pośrednio i małymi krokami czy metodą plasterkową, zakontestować i zwalczać prawdy wiary katolickiej, jak chociażby jedyność Kościoła Chrystusowego we wspólnocie wiernych pod przewodnictwem Następcy św. Piotra. Zapominają przy tym czy nie chcą pamiętać, że do tej prawdy przyznał się zarówno Sobór Watykański II, jak też najnowsze dokumenty Stolicy Apostolskiej, jak deklaracja Dominis Iesus z 2000 r. Nie trzeba być wybitnym teologiem, a wystarczy znać elementarz teologii katolickiej, by wiedzieć, że liturgia jest w pojęciu katolickim wyrazem wiary, i że nasza wiara różni się w istotnych częściach od przekonań protestantów. Każdy szczery katolik traktuje te różnice poważnie, także z szacunku dla innych przekonań, nawet jeśli gardziłby przepisami liturgicznymi czy uważałby je za zbędne.

Następnym powodem jest mentalność, w której łączą się – w różnych wariantach udziału – dążenia i nawyki (rzekomej) innowacyjności, (rzekomej) postępowości, nieustannego reformowania (a raczej przeinaczania czy przeistaczania), ewoluowania, podążania za mitycznym (czy wręcz upiornym) duchem czasu. Tutaj niemniej wyraźnie traci się łączność z Objawieniem, które jest – według elementarnej zasady wiary katolickiej – dane raz na zawsze i niezmienne.

Powróćmy do naszej sprawy (oczywiście odszedłszy od niej co najwyżej pozornie). Niezależnie od intencyj i (co najmniej wątpliwych) podstaw prawnych wybryku "gościnności ambony" można i należy zapytać: Jakie wrażenie odnośnie wierności Magisterium Kościoła sprawa ów wybryk? Czyż wierni nie mają prawa żądać chociażby wyjaśnień? Są to oczywiście pytania tzw. retoryczne, choć nie miejsce na retorykę.

Można pytać dalej: A może jednak chodzi o odważny, pionierski czy wręcz proroczy krok, który wcześniej czy później nie tylko zostanie zalegalizowany, lecz stanie się normą dla całego Kościoła? Nie trzeba być jasnowidzem, by przypuszczać taką myśl choćby u części osób zamieszanych w aferę oraz świadków. Czyź nie była niegdyś zakazana celebracja "przodem" do ludzi i to w języku narodowym? Czyź nie istniała niegdyś codzienna koncelebra, a obecnie stała się ona normą czy wręcz praktycznie – niemal nie kwestionowanym – przymusem? Przykłady można by mnożyć Według tego wzoru nie milknął od pięćdziesięciu lat zapowiedzi i postulaty zniesienia celibatu, święcenia kobiet, demokratycznych wyborów biskupów i proboszczów (tutaj Przewielebna Kurialność z pewnością by się sprzeciwiła) itd. W sumie chodzi zasadniczo o upodobnienie Kościoła do stanu wspólnot protestanckich w ich głównych zarysach.

Idźmy jeszcze dalej: Jakie wrażenie odnośnie wierności Kościoła wobec Objawienia sprawiło dopuszczenie (nie nakazanie) celebracji "przodem" do ludzi, w języku narodowym, świeckich do funkcyj ściśle liturgicznych? Jakie wrażenie sprawia, gdy biskupi jedynego Kościoła Chrystusowego modlą się wspólnie z przywódcami innych wspólnot wyznaniowych, a nawet wspólnie udzielają błogosławieństwa? Czyż postawienie granicy zmian przed homilią podczas liturgii Mszy św. nie sprawia wrażenia małostkowego braku odwagi i konsekwencji? Można chyba mieć poniekąd wyrozumienie dla nadgorliwców nie żywiących złych zamiarów, chociaż zapewne można im zarzucić swowolę, tudzież ignorowanie czy nawet pogardzanie Magisterium Kościoła w jego ciągłości, a za to płytkie poddanie się duchowi (czy raczej upiorowi) posoborowia jako New Age katolicyzmu.

Bardziej eufemistycznie i zafałszowując rzeczywistość mówi się o "nowej wiośnie Kościoła", która faktycznie polega na zaniku wiary i upadku życia kościelnego, począwszy od praktyk sakramentalnych, poprzez powołania, aż do autentycznego świadectwa wiary w życiu społecznym, także w gospodarce, w ustawodawstwie i kierowaniu państwem. Nie przypadkiem taki jeden krzyczy przed wyborami, że nie będzie klękał przed księdzem. Nie liczyłby, że coś takiego chwyci, gdyby dla każdego katolika było oczywiste, że w kościele klęka się przez Panem Bogiem, i że księża przed Nim chętnie i możliwie często klękają. Tymczasem w ramach "reformy liturgii" klękanie przed Panem Bogiem, także księże, zredukowano do minimum śladowego. Nie przypadkiem wielu rzekomych katolików za nic ma sobie nauczanie Kościoła odnośnie zabijania dziecie nienarodzonych, sztucznego zapłodnienia istot ludzkich (podobnie do rozmnażania bydła według zapotrzebowania czy to na masę mięsną czy to na mlekodajnię), związków sodomickich i innych postępowości. Przeciętny obywatel, chociażby taki sobie parlamentarzysta z któregoś tam rzędu, nie musi być wyjątkowo światły, by wiedzieć, że Kościół w ostatnich dziesięcioleciach znacznie poszedł "z postępem", więc można i należy mieć nadzieję, że kiedyś dołączy do nowoczesności w następnych dziedzinach, zaś nowoczesne państwo eurounijne może i powinno mu w tym być przewodnikiem i wzorem. Nie jest też przypadkiem, że w pseudochrześcijańskim uznaniu i przejęciu rzeczonych i innych "postępowości" przodują właśnie hojnie darzeni gościnością ambony protestanci.

W tym miejscu niech będzie wolno uczynić dygresję nie do końca osobistą. Z prozaicznych powodów chronologiczno-biograficznych nie znam tzw. Kościoła przedsoborowego z własnego doświadczenia. Nie mam więc uprzedzeń, choć wychowany zostałem w posoborowości. W miarę poznawania historii Kościoła także ostatnich dzięsięcioleci pojawiło się i przez lata nurtowało pytanie, coż takiego się wydarzyło i jakie były przyczyny tego, co jedni nazywają "odnową" czy "wiosną", a inni niebywałym kryzysem czy upadkiem Kościoła. Może chodzić wpierw oczywiście o wymiar widzialny, ujmowalny statystycznie i ogólnie empirycznie. Z pewnością wiele się zmieniło, coś niecoś na lepsze. Jednak ogólnie bilans jest wyraźnie negatywny, o czym wspomina coraz więcej przedstawicieli Kościoła, w tym obecny Papież, a także osoby postronne. Choć narzekanie na tzw. sekularyzację tudzież przypisywanie jej przyczynowości sprawczej obecnej zapaści duchowej należy u wielu Dostojników do standartowego repertuaru, przyznaję się, że to nie przekonuje, a to ze względu na przekonanie we wierze katolickiej. Wiara katolicka głosi, że każdy człowiek począwszy od pierwszych rodziców, jest skażony (zraniony) grzechem pierworodnym i jego skutkami, ale jednak zachowuje pewną otwartość na Boga i tym samym zdolność przyjęcia Jego Objawienia. Tak się miała sprawa u zarania ludzkości, tak było za czasów Abrahama, Mojżesza, proroków, za życia ziemskiego naszego Zbawiciela i Apostołów, potem także w średniowieczu, renesansie, baroku, mrocznym "oświeceniu", aż do lat 50-ych i 60-ych ubiegłego stulecia. Co się wydarzyło, że ludzie cywilizacji europejskiej w sposób niebywały i jedyny w dziejach masowo odwrócili się od Kościoła, skoro odnośnie ich dyspozycji wiary nic się istotnie nie zmieniło? Czyż nie ma to coś do czynienia ze zmianami po stronie Kościoła, chociażby tym zewnętrznymi, które są przecież niezaprzeczalnie olbrzymie?

Cóż przeżywali wierni katolicy, którzy z upodobaniem i przekonaniem lgnęli do Mszy św. według Mszału św. Piusa V, którą żyli, która była duchowym domem w ich modlitwie, westchnieniach do Boga, może nawet uniesieniach ducha, a oto znaleźli się pośród zgromadzenia, które chociażby zewnętrznie niewiele miało wspólnego z Ofiarą Mszy św., a kojarzy się raczej z występami przy stole mniejszej czy większej liczby aktywistów pod przewodnictwem księdza? Jak się czuli kapłani, wychowani na jednoznacznych rubrykach i zasadach liturgicznych, którzy niejednokrotnie z wielkim trudem byli wkuwali w seminarium łacinę, żeby godnie i owocnie sprawować Najświętszą Ofiarę, którzy wzrastali w tęsknocie stanięcia przy ołtarzu przed Obliczem Boga Żywego, najbliżej Najświętszego Sakramentu, jako pośrednik między Bogiem a ludem, a których nagle – bez formalnego nakazu, ale pod praktycznym przymusem przez kłamliwe powoływanie się na sobór – postawiono przy stole, na modlitwie twarzą w twarz przed ludźmi, a za to tyłem do Najświętszego Sakramentu, do którego czczenia i jak nawiększego szacunku byli wychowywani? Wielu odczuć i przeżyć można się domyśleć. Streścić je można w jednym: Czyż zarówno wierni jak i kapłani, szczerze przekonani chociażby do liturgii, w której wzrastali i w którą wrastali, nie mogli poczuć się oszukani? Biorąc pod uwagę treść tych zmian w liturgii, które niestety oznaczają oddalenie się od wiary katolickiej czy jej zaciemnienie, można zapytać, czy nie zachwiały one przynajmniej zaufania do władz kościelnych, jeśli nie samej wiary? Wystarczy rozpatrzeć tę kwestię choćby na płaszczyźnie psychologicznej, abstrahując od kwestij teologicznych i liturgologicznych. Postawiony w takiej sytuacji wierny katolik, także kapłan, miał (i ma) właściwie następujące możliwości:

1. Wyciągnięcie wniosku, że Kościół już nie jest sobą, czyli rozczarowanie Kościołem jako takim, oraz odejście odeń czy przynajmniej od podległości wobec jego władz. To wyjaśnia masowy exodus wiernych oraz masowe porzucanie stanu kapłańskiego i życia zakonnego, a to nie tylko w latach 60-ych i 70-ych. Niektórzy zorganizowali się w różne grupy "tradycjonalistyczne", kontynuujące autentyczną naukę i liturgię katolicką. Większość z nich rozwija się i kwitnie w sposób zadziwiający w zestawieniu z bardzo ograniczonymi możliwościami oddziaływania. W zależności od zachowania czy braku łączności z Rzymem zagraża im jednak w mniejszym czy większym stopniu mentalność separatystyczna.

2. Zachwycone podjęcie "reform", tudzież zaangażowanie w kontynuację "ducha soboru" bez żadnych granic. Jest to typowa postawa tych, dla których jedyną normą jest rzekomy postęp, właściwie duch czasu, oraz poklask i poparcie głównego nurtu medialno-biznesowo-globalistycznego. Problem polega tutaj na tym, że otwarcie gardzą oni Kościołem tzw. przedsoborowym (w ramach potępionej przez Papieża tzw. hermeneutyki zerwania) oraz tym, co jeszcze z niego zostało obecnie. Zaliczyć tutaj można protagonistów "gościnności ambony".

3. Bezproblemowe czy wręcz bezrefleksyjne przyjęcie wszelkich "reform" i zmian, o ile są one czysto prawnie legalne, tudzież mniej czy bardziej dokładne ich stosowanie. W tej postawie dominuje posłuszeństwo wobec władzy kościelnej, nawet ponad refleksją teologiczną złączoną ściśle z wiarą w Objawienie. Jest to rodzaj najwygodniejszy dla władz, przynajmniej pozornie. Nie trzeba tutaj ani trudu poznawania czegoś więcej niż dokumenty Vaticanum II i pochodne, ani wysiłku szukania zrozumienia najnowszej historii Kościoła oraz procesów w otaczającym na codzień świecie. Tutaj problem polega na tym, że człowiek zdrowo myślący wcześniej czy później będzie starał się zanalizować i zrozumieć otaczającą go w Kościele i świecie rzeczywistość, nie zadowalając się maksymą, że tak jest jak jest, i że wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej, zaś wystarczy w miarę komfortowo się urządzić, nie myśląc za wiele, a przede wszystkim nie stawiając niewygodnych pytań np. odnośnie legalności czy nielegalności "ekumenicznej ambony". Pozycja ta jest najbardziej niestabilna, z kilku powodów. Po pierwsze: O ile "reformy" oddalają od prawdy Objawienia (jak np. zastąpienie ołtarza stołem, rugowanie oznak czci dla Najśw. Sakramentu, klerykalizacja świeckich w liturgii itp.), o tyle oddalają one od wiary katolickiej, a za to ściślej wiążą z osobami przywódczymi, wytwarzając mentalność sekciarską uzależnienia od osoby przywódcy (począwszy od wikarego aż do najwyższych stopni hierarchii), nawet kosztem prawdy. Stąd właśnie bierze się naleganie na bezwzględne wierzenie księdzu i poddanie się jego władzy, w połączeniu z nagminnymi nadużyciami urzędu kościelnego począwszy od pomysłów pseudoliturgicznych aż do nadużyć seksualnych. Nadmiar władzy może dość rychło zdemoralizować. Na takiej mentalności żerują antykościelni producenci i propagatorzy rzeczywistych czy sfabrykowanych skandali obyczajowych z udziałem duchownych, gdyż wychodzi się z założenia, że wskutek podważenia wiary w księdza nic nie pozostanie, skoro owa wiara zastępowała wiarę w prawdę Objawienia. Po stronie duchownych sprawa wygląda niewiele lepiej. W razie pojawienia się braku satysfakcji w dotychczasowym komfortowym urządzeniu się (gdy np. coraz mniej będzie intencyj mszalnych, chrztów, ślubów, pogrzebów), osoba taka zaczyna mniej czy bardziej intensywnie szukać, co w zależności od owej intensywności musi zdążać do którejś z postaw powyższych, tzn. albo do odkrycia i umiłowania Tradycji Kościoła w jej wierności Objawieniu, albo jej konsekwentnego i otwartego odrzucenia oraz pogardliwego zwalczania.

Granice między tymi trzema wariantami mogą być w konkretnych przypadkach płynne, gdyż indywiduum ludzkiego nie da się zupełnie ująć w schematy.

Na koniec życzliwy apel do wszystkich wmawiających sobie i innym, jakoby "u nas" było wszystko w porządku, a winien jest paskudny świat współczesny, "takie czasy", anonimowa sekularyzacja, czyli coś w rodzaju hegliańsko-marxistowskiej konieczności dziejowej. Proszę, nie miejcie wszystkich innych poza sobą za naiwnych i umysłowo niedorozwiniętych. Wiara katolicka, wiara w Boże Objawienie w Chrystusie, nie ruguje używania zdrowego rozsądku (jak twierdzą mrocznie oświeceni), lecz wręcz przeciwnie, wspiera, prowadzi i udoskonala. Czasami trzeba tylko trochę czasu, żeby otrząsnąć się ze zbyt ślepego w dobroduszności zaufania. Natomiast pohukiwanie na kogoś czy wręcz wyzywanie zamiast udzielenia merytorycznej odpowiedzi już od dość dawna jest zamierzchłym przeżytkiem we współczesnym cywilizowanym świecie, nawet w przedszkolach i domach opieki.

Tragizm wojtylianizmu - konferencja o encyklice "Veritatis Splendor"


Tak się złożyło, że przy okazji prywatnego przyjazdu do Warszawy mogłem uczestniczyć w konferencji poświęconej 30-leciu encykliki Jana Pawła II Veritatis Splendor, poświęconej głównym współczesnym problemom etyki ogólnej. Temat został ujęty prowokacyjnie w kontekście zapowiadanych przez obecną ekipę w Watykanie zmian w nauczaniu, a właściwie już zapoczątkowanych przez adhortację postsynodalną Amoris Laetitia. Oficjalnymi organizatorami byli Collegium Intermarium wraz z Instytutem Ordo Iuris (bliższe informacje łatwo można znaleźć samodzielnie). Natomiast faktycznym inicjatorem i organizatorem był Arkadiusz Robaczewski, swego czasu asystent o. prof. Mieczysława Krąpca OP na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, następnie założyciel Fundacji Servire Veritati - Instytutu Edukacji Narodowej i innych podobnych organizacyj, zresztą rozwodnik żyjący w innym związku. Grono prelegentów łączy środowiska konserwatywne KUL-owskie z młodszymi warszawskimi, jak wspomniane (CM i OI), oraz indultowego "Christianitas" i pseudokonserwatywnego grona "Polonia Christiana" (znanego też jako PCh24), które jest ściśle powiązane z CM i OI. Jako gwiazda programu wystąpił były prefekt Kongregacji Doktryny Wiary kard. Gerhard Müller, zaś reszta prelegentów sięgała poziomem od profesorów i wykładowców do publicystów: 








Poziom merytoryczny był dość zróżnicowany, a w sumie niestety niewysoki (mówiąc oględnie). Przeważnie było to mówienie o wszystkim i o niczym, z wyjątkiem dwóch wykładów: prof. Dłubacza, który jako tako zajął się pojęciem prawdy (niestety z deficytem odniesień aktualnych), oraz prof. Collin, który porównał kwestię prawa i sumienia w Veritatis Splendor oraz Amoris Laetitia. Reszta prelegentów zaprezentowała coś, co było mieszanką streszczenia fragmentów VS i ogólnikowych odniesień do współczesności. A szkoda, gdyż można było wytoczyć druzgocące działa przeciw temu, co się obecnie forsuje w Watykanie, czyli przeciw odejściu nie tylko od Veritatis Splendor lecz od fundamentów katolickiej etyki. 

Dlaczego uważam, iż ta konferencja była wojtylianistyczna? Chodzi nie tylko o osoby prelegentów, lecz sposób ich myślenia, argumentowania (choć ilość była tu jedynie szczątkowa), a także narzekania z lamentowaniem włącznie. Ciekawa była wzmianka, iż nawet w Polsce, gdzie nachalnie i groteskowo promuje się wręcz irracjonalny kult Jana Pawła II, dotychczas nie było żadnych obchodów najważniejszych - zdaniem tego środowiska, poniekąd słusznie - jego encyklik, mianowicie Veritatis Splendor oraz Fides et Ratio. Jak do tego doszło? Ano zapewne dlatego, że już za jego pontyfikatu dokumenty te pozostały praktycznie tylko na papierze, szanowane i podziwiane jedynie w środowiskach typu grono uczniów o. Krąpca, nawet nie na całym KUL-u. Po innych środowiskach na całym świecie spłynęły jak po kaczce, nawet w Rzymie, nie licząc rytualnych i przeważnie obłudnych pochwał i hołdów. W efekcie pozostał papier, bez żadnego czy prawie żadnego wpływu na treść i jakość nauczania teologii, a w konsekwencji także na katechezy i kazania. Dlaczego tak się stało? Problem jest prosty. 

Po pierwsze, z powodu sprzeczności między teorią a praktyką, konkretnie między oficjalnym nauczaniem a posunięciami choćby personalnymi. Oto najprostsze przykłady: Walter Kasper jako biskup diecezji Rottenburg-Stuttgart "zasłynął" z publicznego postulowania generalnego dopuszczenia rozwodników żyjących w innych związkach do sakramentów. Był to słynny publiczny list trzech biskupów Górnej Nadrenii, którego sygnatariuszami oprócz Kasper'a byli arcybiskup Fryburga Oskar Saier oraz biskup Moguncji Karl Lehmann. To nie był ich oryginalny pomysł, lecz byli tubą większości biskupów niemieckojęzycznych i prawie wszystkich profesorów zainstalowanych na wydziałach teologii katolickiej po Vaticanum II, gdzie powszechna i regularna była - nadal jest i jest obecnie promowana przez ekipę Franciszka - wrogość nie tylko względem tradycyjnej moralistyki katolickiej, lecz do jej resztek posoborowych. Nie przypadkowo ten list wystosowali oni praktycznie równocześnie z ukazaniem się encykliki VS. Otóż trafnie ocenili, że encyklika uderza we front oponentów sprzeciwiających się nauczaniu Humanae Vitae i Familiaris Consortio i że należy wyrazić sprzeciw, aczkolwiek nie wprost frontalnie, lecz w niby jednej szczegółowej kwestii jak sprawa rozwodników. Jakie były konsekwencje tego ewidentnego aktu publicznego buntu? Otóż Walter Kasper został w 1999 r. powołany do Rzymu na szefa Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan, po czym w 2001 r. mianowany kardynałem. Równocześnie kardynałem został Karl Lehmann, co oznaczało poważne wzmocnienie "lewej nogi" w rychło spodziewanym konklawe, a także Jorge Bergoglio z Buenos Aires. Kasper, jak jest teraz oczywiste, będąc na urzędzie rzymskim torował drogę dla Bergoglio już na konklawe w 2005 r., a ostatecznie w 2013 r. 

Po drugie, Jan Paweł II odwoływał się regularnie wyłącznie do Vaticanum II, a do nauczania wcześniejszego bardzo rzadko, wyjątkowo i tylko o tyle, o ile potwierdzało nauczanie posoborowe. Wierność wobec Vaticanum II i zmian po nim była też najważniejszym, fundamentalnym kryterium w wyborze biskupów. Być może robił tak z tego powodu, że obawiał się oskarżeń o zdradę soboru, a ostatecznie groźby schizmy, co jest poniekąd zrozumiałe. Nie dostrzegł jednak, że już odbywa się schizma podskórna, a właściwie herezja i apostazja, którą, zdaje się, zaczął zauważać dopiero pod koniec swego życia, aczkolwiek przypisując winę czynnikom i trendom pozakościelnym, a nie procesom i działaniom wewnątrz Kościoła, w tym także swoim poczynaniom i zaniedbaniom. W tym właśnie tkwi fundamentalna pomyłka: obwinianie "współczesnego świata", konsumpcjonizmu, sekularyzmu itp., przy równoczesnym przeświadczeniu o własnej niewinności, rozumianej kolektywnie jako odpowiedzialność pokolenia, które sprawiło sobór V2 i jego stosowanie. 

Ta mentalność cechuje wojtylianistów także dziś. Od bergoglianistów różnią się tylko tym, że ubolewają nad odwróceniem się świata od nich, podczas gdy bergoglianiści chcą dogonić świat. Jedni i drudzy mają podobny, o ile nie identyczny stosunek do Tradycji Kościoła: ignorancja i pogarda, czy przynajmniej lekceważenie. 

Specyfika i jakość intelektualna epoki wojtylianizmu była widoczna na konferencji. Wszyscy prelegenci, może oprócz dwóch młodocianych publicystów (Rowiński i Chmielewski), przeżywali wówczas swoją młodość i wykształcenie. Zaś kard. Müller pochodzi teologicznie ze środowiska K. Rahner'owskiego, jako że swoją karierę naukową zawdzięcza Karl'owi Lehmann'owi, który był - wraz z Walterem Kasper'em, głównym ideologiem i ojcem chrzestnym bergoglianizmu - dzielnym bojownikiem w zwalczaniu Humanae Vitae, Veritatis Splendor, Familiaris Consortio itp. Gdy go poznałem swego czasu podczas studiów w Monachium, a było to w ostatnim semestrze przed jego nominacją na biskupa Ratyzbony, wychwalał nie tylko Karl'a Rahner'a, lecz nawet Hegel'a i innych protoplastów apostazji modernistycznej. Wprawdzie akceptował moje zainteresowanie klasykami teologii katolickiej (pisałem u niego pracę seminaryjną o R. Bellarmin'ie), a było to już niezwykle dużo w porównaniu z innym profesorami, jednak poparcia dla tego zainteresowania nie zauważyłem. W skrócie: epokę i mentalność wojtyliańską - w szerokim sensie - cechuje wierność wobec Vaticanum II, a nie wobec całej Tradycji Kościoła. Dopiero wraz z Benedyktem XVI szumnie pojawiło się hasło "hermeneutyki ciągłości", co wynikało zapewne ze słusznej diagnozy, że ratowanie i naprawę Kościoła może zapewnić tylko sięganie poza Vaticanum II, czyli do Tradycji. Jednak po pierwsze nie poszły za tym czyny, oprócz uwolnienia liturgii tradycyjnej i przywdziewania starych szat papieskich (co ekipa modernistów bergogliańskich poniekąd słusznie nazwała "karnawałem"), po drugie Benedykt XVI przez abdykację sam skrócił czas wdrażania tego planu i go tym samym pogrzebał. Słuszność tego rozeznania paradoksalnie potwierdzają fakty, z którymi mamy do czynienia od 2013: jesteśmy świadkami tego, że reprezentowana przez ekipę Franciszka turbowierność wobec V2 oznacza w konsekwencji dopuszczenie rozwodników żyjących w nowych związkach do sakramentów, także protestantów, błogosławienie par homosexualnych, akceptację zbrodniczego procederu aborcji, głoszenie, że wielość religij jest chciana przez Boga, kult Pachamamy w kościołach itd. 

Co na to epigoni wojtylianizmu zgromadzeni na konferencji, z byłym prefektem Kongregacji Nauki Wiary na czele? Oczywiście był żal i oburzenie z powodu skandalicznych excesów bergogliańskich, lecz zero reflexji nad korzeniami i przyczynami, oraz zero odniesienia do tradycyjnego, przedwojtyliańskiego nauczania Kościoła, przy czym nie jest istotne, czy to świadczy tylko o ignorancji, czy też o pogardzie. 

Znamienny jest zwłaszcza jeden wątek z dyskusji po wykładzie kard. Müller‘a. Najpierw zadane pytanie: 


Oto odpowiedź:

Jak każdy, kto zna niemiecki zauważy, tłumaczący x. Sławomir Śledziewski, osobisty sekretarz Kardynała, niestety dopuszcza się przekręcenia i twórczego "rozwinięcia" słów szefa (co czyni zresztą regularnie). Kardynał mówi, że SSmani są po stronie ojca kłamstwa i nikt nie ma obowiązku powiedzenia im prawdy, lecz ma obowiązek chronienia życia ludzi. Tyle. Mało, niejasno i niepełnie, ale bez fałszu. Sekretarz natomiast twierdzi, że w takiej sytuacji w ogóle nie popełnia się kłamstwa. Jest to oczywiście manipulacja zarówno słowami kardynała jak też na zdrowym rozsądku. Następnie Kardynał rozwija swoją odpowiedź w dziwny sposób:


Nie wiem, co mu sekretarz tłumaczył czy podpowiadał, gdyż to nie było słyszalne. W każdym razie zejście na kwestię wymagań moralnych stawianych katechumenom jest zadziwiające. Czyżby Kardynał twierdził - porównując kłamcę do narkomana i alkoholika - że wolno kłamać dla ratowania życia ukrywanych żydów? Znamienne jest zauważalne podenerwowanie zarówno jego jak też sekretarza. Ten stan psychiczny widocznie zaciemnił im umysły i spowodował taką a nie inną - właściwie żadną odpowiedź - na proste, precyzyjne i jasne, a jednak kłopotliwe pytanie.

Następne pytanie dotyczy w zasadzie tej samej kwestii:


Tutaj Kardynał już jasno odpowiada, a zafałszowania jego odpowiedzi dopuszcza się jego sekretarz:


Kardynał mówi wprost, że lekarzowi nie wolno kłamać, także dlatego, że kłamstwo o stanie pacjenta spowoduje brak przygotowania do śmierci, także wobec rodziny i jej spraw (testament itp.). Sekretarz natomiast bredzi o możliwym kłamstwie jak "mniejszym złu", czego Kardynał wcale nie powiedział. 

W tym samym temacie wypowiada się następny uczestnik:


Odpowiedź Kardynała jest znowu pokrętna:


Przede wszystkim mam tutaj podejrzenie, iż sekretarz nie przetłumaczył całości pytania lub je w znacznym stopniu przekręcił. Stąd zapewne jest tutaj właściwie brak odpowiedzi, a może nawet uciekanie od niej, podobnie jak w pierwszym podanym fragmencie. Nasuwa się więc pytanie: co się z tymi ludźmi dzieje? Dlaczego nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie, co jest kłamstwem, a co nim nie jest, i czy wolno kłamać w pewnych warunkach? Dlaczego w temacie, w którym występują żydzi, ci ludzie zachowują się nienormalnie, a nawet widocznie nie są w stanie racjonalnie myśleć i mówić? Wprawdzie kard. Müller jest po fachu dogmatykiem, nie moralistą, jednak - zwłaszcza jako były prefekt Kongregacji Nauki Wiary - moim skromnym zdaniem powinien mieć na tyle wiedzy z katolickiej teologii moralnej, by być w stanie dać odpowiedź na precyzyjne i jasne pytanie. Skąd więc bierze się takie jego zachowanie, nawet biorąc pod uwagę nieuczciwe, "korygujące" postępowanie jego sekretarza w fałszywych tłumaczeniach, za które jednak także jest odpowiedzialny kardynał, skoro zrobił kogoś takiego swoim sekretarzem? Przyznam, że nie jestem w stanie wyjaśnić, mogę jedynie snuć przypuszczenia. 

Znamienne jest tutaj jeszcze coś innego, mianowicie brak udzielenia odpowiedzi na proste pytanie przez całe grono prelegentów. W przerwie popołudniowej podszedłem do młodzieńca, który zadał pierwsze z podanych tu pytań, i zapytałem, czy jest zadowolony z odpowiedzi, które otrzymał. Przyznał uprzejmie, że nie jest, ale dodał, że prywatnie podeszła do niego pewna pani, która mu ten problem załatwiła w następujący sposób: przykazanie VIII dotyczy fałszywego świadectwa, które godzi w miłość bliźniego, więc nie dotyczy skłamania dla ratowania życia. No cóż. Ten młodzieniec, jak można się dowiedzieć w internecie, zajmuje się profesjonalnie naukami ścisłymi, więc nie musi mieć wykształcenia ani filozoficznego, ani teologicznego. Nie dziwi, że uwierzył kobiecie, która mu w specyficzny, a fałszywy sposób wyłożyła znaczenie VIII przykazania. Nie wiem, kim była ta kobieta. Domyślam się jednak, skąd czerpała swoją "wiedzę", mianowicie z fałszywej teorii jezuity o. Tadeusza Ślipko - niegdyś i chyba nadal głównego guru modernistów teologów moralistów polskich - która to teoria sieje truciznę w umysłach katolików zarówno duchownych jak i świeckich (więcej tutaj). A jest to tylko jeden z zatrutych owoców zapaści teologii w Polsce epoki kardynałów Wyszyńskiego i Wojtyły. 

Tragizm sytuacji - a raczej stanu umysłowego szanownego grona prelegentów - ujawnił się jeszcze bardziej w reakcji na następne pytanie tego samego młodzieńca:


Nie będę już podawał reakcyj szanownego grona, które nastąpiły. Każdy może je sobie odszukać na yt (tutaj, od około 6:18). Powiem krótko: są one skandaliczne. Panowie zachowują się jak obrażone primadonny, widocznie nie pojmując nic ani z treści, ani z intencji pytania młodego człowieka. Widocznie nie dociera do nich, że gra idzie o wiarygodność Kościoła, a ich zadaniem byłoby ukazanie młodemu pokoleniu zarówno wiarygodnej, bo stałej nauki Kościoła, jak też wagi pójścia za nią. Młody człowiek pyta szczerze, z całą powagą wiary i egzystencji, też ze szczerą troską o dusze swoich rówieśników i o Kościół. Natomiast panowie obracają się w świecie swojego żalu, że zły świat współczesny nie docenia dzieła wielkiego Jana Pawła II i go zapomina. 

Czyż można się więc dziwić, że dokonania tamtej epoki kruszą się, upadają i ulegają rozkładowi? Czyż lamentowanie nad brakiem pamięci i szacunku dla "Veritatis Splendor" i innych rzeczywistych zasług Jana Pawła II nie jest zbyt płytkie, leniwo-wygodne i żałosne, gdyż przypominające utyskiwanie rozgoryczonych starców, przynajmniej mentalnych? Czyż nie tylko groteskowa, lecz o wiele bardziej tragiczna jest sytuacja, gdy jeden z nielicznych młodych uczestników konferencji nie otrzymuje odpowiedzi, którą można znaleźć w każdym tradycyjnym podręczniku katolickiej teologii moralnej, mimo że głos zabierają poważne autorytety etyki filozoficznej i teologii, jak były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, profesorowie i wykładowcy uniwersyteccy? 

Przyznam, że osobiście jestem wstrząśnięty. Jeśli tak miałaby wyglądać obrona wiary i moralności katolickiej, to nie można się spodziewać powodzenia. A przecież są to we większości ludzie jeszcze w sile wieku (w moim i częściowo chyba nawet młodsi). Jeśli są zdolni tylko do takiego wysiłku w obronie tego, co najlepsze w pontyfikacie Jana Pawła II, to niestety pozostaje beznadziejność. Pod warunkiem, że tylko w taki sposób można się sprzeciwić bojownikom spod znaku "Amoris Laetitia" itp. 

Dzięki Bogu tak nie jest. Jest bowiem rozwiązanie i droga: sięganie dalej i głębiej niż produkty spod znaku Vaticanum II, Pawła VI, Jana Pawła II itp. Tego sięgania właśnie brakuje. Gdyby profesorowie i biskupi - z kardynałem J. Ratzinger'em jako prefektem Kongregacji Nauki Wiary na czele - znali, rozumieli i szanowali choćby głównych klasyków teologii katolickiej, to by nie doszło do takich skandali jak dopuszczenie - mimo zakazu Świętego Oficjum - do obrotu "Dzienniczka" s. Faustyny (więcej tutaj). A jest to, póki co, najtrwalsze i najbardziej brzemienne w katastrofalne skutki, haniebne dokonanie Karola Wojtyły jako biskupa i papieża. Nie przypadkowo tacy ludzie jak Walter Kasper wraz Franciszkiem wręcz nachalnie exploatują ten fałszywy, zakłamany i heretycki, wręcz apostacki miłosierdzizm. 

Nie będzie uzdrowienia Kościoła bez odrzucenia tych błędów i powrotu do nieskażonego nauczania wiary i obyczajów. Do tego potrzeba światłych umysłów i męskich charakterów, nie krętaczy i tchórzy.