Było do przewidzenia, że odezwą się kumple i fani rzekomo pokrzywdzonego autora "listu KEP", o którym już było wielokrotnie. Grono jest oczywiście doborowe, składające się z heretyków wypromowanych i chronionych przez niego od lat. Rączka rączkę myje. Nie jest też przypadkiem, że są to chyba bez wyjątku - aczkolwiek część nazwisk jest raczej nieznana w przestrzeni publicznej - przedstawiciele paraprotestanckiej sekty tzw. charyzmatyzmu, grasującej w oficjalnych strukturach kościelnych właśnie przy poparciu takich osób jak Grzegorz Ryś. Powiązania osobisto-kumoterskie są oczywiste. Nie zaskakuje też poziom "teologiczny" tego grona. O niektórych z nich dane już mi było się wypowiadać (tutaj, tutaj, tutaj, tutaj itd.). Przejdźmy do ich powyższego textu.
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Aktywiści judeoprotestantyzacji w obronie apostazji Rysiowej
Było do przewidzenia, że odezwą się kumple i fani rzekomo pokrzywdzonego autora "listu KEP", o którym już było wielokrotnie. Grono jest oczywiście doborowe, składające się z heretyków wypromowanych i chronionych przez niego od lat. Rączka rączkę myje. Nie jest też przypadkiem, że są to chyba bez wyjątku - aczkolwiek część nazwisk jest raczej nieznana w przestrzeni publicznej - przedstawiciele paraprotestanckiej sekty tzw. charyzmatyzmu, grasującej w oficjalnych strukturach kościelnych właśnie przy poparciu takich osób jak Grzegorz Ryś. Powiązania osobisto-kumoterskie są oczywiste. Nie zaskakuje też poziom "teologiczny" tego grona. O niektórych z nich dane już mi było się wypowiadać (tutaj, tutaj, tutaj, tutaj itd.). Przejdźmy do ich powyższego textu.
Apologeta "reformatora" M. Z. w natarciu: x. Rafał Jarosiewicz
Jako jeden z obrońców M. Zielińskiego - przeciw D. Mysiorowi - zadziałał znany również z internetów x. Rafał Jarosiewicz z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Oto jego wypowiedź:
Po pierwsze, x. Jarosiewicz potwierdza, że w żadnym dokumencie - także po V2 - nie ma określenia "bracia we wierze" w odniesieniu do protestantów.
Po drugie, x. Jarosiewicz wykazuje brak zrozumienia albo brak woli zrozumienia (albo jedno i drugie) prostych słów, czyli istotnej różnicy zarówno językowej jak też teologicznej między określeniem "bracia w Chrystusie" i określeniem "bracia we wierze".
Wyjaśniam: To pierwsze określenie jest o tyle zrozumiałe i do obronienia, że
- protestanci powołują się na Jezusa Chrystusa, a niektórzy - mimo swojej fałszywej wiary - być może subiektywnie szczerze miłują Jezusa Chrystusa,
- katolik powinien miłować w Chrystusie także heretyków, zwłaszcza tych, którzy urodzili się w herezji i szczerze szukają prawdy.
Po trzecie, wszystkie główne dokumenty po V2 - konkretnie Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r. jak też Katechizm Kościoła Katolickiego z 1991 r. - mówią o herezji jako przewinieniu przeciwko wierze, które skutkuje automatyczną karą exkomuniki czyli wyłączenia z widzialnej wspólnoty Kościoła. Oczywiście jest pewna trudność w pogodzeniu tej zasady z określeniem "bracia w Chrystusie", jednak jest to możliwe - przy sporej dozie dobrej woli - według tego, co podałem powyżej.
Tak więc:
Po czwarte, określenie "bracia we wierze" jest wynalazkiem kogoś, kto albo nie rozumie znaczenia prostych słów, albo odrzuca także dokumenty wydane po V2 jak KPK oraz KKK, albo ich nie zna, mimo że powinien, skoro się wypowiada w temacie.
Wyjaśniam:
Już samo pojęcie wiary jest zupełnie różne w rozumieniu katolickim i w ujęciu protestanckim. Także o tym mówią dokumenty jak KPK oraz KKK:
Tego rozumienia wiary nie da się pogodzić z ujęciem protestanckim. Wprawdzie protestanci nie mają całkowicie jednolitego nauczania nawet w tej kwestii, są jednak źródła, z którymi się wszyscy protestanci zasadniczo zgadzają, a jest to przede wszystkim ich wyznanie wiary zwane Confessio Augustana, które stanowi formułę podającą w sposób umiarkowany to, co łączy wszystkich protestantów. Oto istotny fragment (źródło tutaj):
W skrócie:
- Pojednanie z Bogiem i tym samym łaskę Bożą zdobywa się wyłącznie przez wiarę w to, że przez Jezusa Chrystusa otrzymujemy przebaczenie grzechów.
- "Kto mniema, że to [= pojednanie z Bogiem] otrzymuje przez dobre uczynki i przez nie zasługuje na łaskę, ten gardzi Chrystusem i szuka własnej drogi do Boga wbrew Ewangelii."
- Wiara prawdziwa jest pewnością tego, że "z powodu Chrystusa ma łaskawego Boga", czyli jest "zaufaniem Bogu, że jest nam łaskawy".
Jak widać, jest to zupełnie inne pojęcie wiary niż katolickie, aczkolwiek to pojęcie jest poniekąd zawarte w katolickim, ale przez to, że jest oderwane od całości katolickiego rozumienia, staje się fałszem, gdyż jest odwracane przeciw całości i sprzeciwia się całości, czyli protestuje przeciw całości (jak przystało na protestantów).
Innymi słowy: protestanckie pojęcie wiary polega na sprzeciwie wobec katolickiego rozumienia wiary jako przyjęcia prawdy objawionej przez Boga i nauczanej przez Kościół. Zredukowanie wiary do "pewności" i "zaufania" w przebaczenie grzechów wyłącznie z łaski jest wymierzone przeciw temu, jak Kościół zawsze rozumie wiarę. Tym samym wiara protestantów jest w swoim rdzeniu istotnie inna niż wiara katolicka, mimo pewnych elementów wspólnych - tzw. artykułów wiary - w formule wyznania wiary.
W przypadku "charyzmatyków" mamy dość wyraźnie do czynienia z protestanckim ujęciem wiary, gdyż oni milczą i tym samym milcząco negują sporą część katolickich prawd wiary, czyli te specyficznie katolickie. Nigdy nie nauczają o wartości zbawczej dobrych uczynków, o Tradycji Kościoła jako źródle Bożego Objawienia, o hierarchicznym ustroju Kościoła (choć udają wierność hierarchii, a konkretnie wobec tych hierarchów, którzy ich popierają), o sakramentach, zwłaszcza o Realnej Obecności, o sakramentalności małżeństwa, o sakramencie święceń, o przywilejach i kulcie Matki Najświętszej i świętych Pańskich, o modlitwie za zmarłych czyli o czyśćcu. Nie ma też nic o nierozerwalności małżeństwa, ogólnie o etyce małżeńskiej i sexualnej. To są dla nich tematy tabu czyli nieobecne, co de facto oznacza wspólnotę wiary z protestantami, nie z Kościołem katolickim, choć formalnie do niego przynależą.
Te fakty świadczą o tym, że tzw. charyzmatyzm jest machiną podstępnej protestantyzacji w łonie Kościoła katolickiego, nawet jeśli - póki co - zachowywane są takie elementy jak adoracja Najświętszego Sakramentu. Duchowni są uspakajani tym, że przecież ludzie się modlą, spowiadają itp., że masowo przychodzą. Nie zadają sobie trudu, bo rzetelnie zbadać, kim jest Marcin Zieliński i jemu podobni, i by dostrzec, co się kryje pod pozorami. A skutki duchowe są fatalne i będą jeszcze bardziej fatalne, gdyż każde oszustwo wcześniej czy później jest demaskowane, powodując ogromne szkody dla wiarygodności Kościoła.
Czy Marcin Zieliński naucza zgodnie z nauczaniem Kościoła?
W związku z ostatnimi wpisami odnoszącymi się to debaty Mysiora z Zielińskim pojawiły się oczywiście wściekłe reakcje. Oto przykład:
Czy Zieliński rzeczywiście jest wierny nauczaniu Vaticanum II, na który się regularnie lubi powoływać? Niestety nie. Przykładem jest owo określenie "bracia we wierze" odnośnie do protestantów. Otóż tego określenia nie ma w ŻADNYM dokumencie Vaticanum II i w żadnym innym oficjalnym. To jest wymysł Zielińskiego albo któregoś z jego mentorów i promotorów.
Ponadto Zieliński notorycznie ignoruje deklarację Kongregacji Doktryny Wiary "Dominus Jesus" z roku 2000, która wyraźnie mówi, że wspólnotom protestanckim nie przysługuje miano "Kościoły". Zieliński bowiem regularnie mówi o "Kościele" czy "Kościołach" w odniesieniu do protestantów.
To jest kolejny dowód na to, że on jest obłudnikiem i oszustem, który zwodzi katolików do herezji protestanckiej.
I jeszcze istotna uwaga co do zarzutu anonimowego komentatora, który wysłał swoją powyższą krytykę. Wygląda na to, że napisał ją jakiś duchowny, nie mniej obłudny niż sam Zieliński.
Wyjaśniam: Oczywiście, Duch Święty nie przestaje prowadzić Kościoła poprzez wieki, lecz z całą pewnością nie zaprzecza sobie i nie może zaprzeczać. Tym samym cokolwiek sprzecznego z odwiecznym nauczaniem Kościoła pojawia się w dokumentach nawet oficjalnych, to z całą pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego. Anonimowy komentator widocznie nie odróżnia między Bożym Objawieniem, które jest nieomylne, a dokumentami Magisterium, które mogą być omylne i de facto są omylne, zwłaszcza jeśli podają coś, co jest sprzeczne z Bożym Objawieniem czy to zdefiniowanym dogmatycznie, czy choćby z wnioskami teologicznymi z Bożego Objawienia, których Kościół stale nauczał.
Starcie Mysior-Zieliński czyli (auto)demaskowanie "reformatora" - cz. 2
17.
Zieliński oczywiście chętnie daje świadectwo o swoim "cudotwórstwie":
Ciekawe, w którym wydaniu Biblii on to wyczytał...
Ma on tutaj na myśli zapewne słowa z 1 Kor 14,1nn:
διωκετε την αγαπην ζηλουτε δε τα πνευματικα μαλλον δε ινα προφητευητε
ο γαρ λαλων γλωσση ουκ ανθρωποις λαλει αλλα τω θεω ουδεις γαρ ακουει πνευματι δε λαλει μυστηρια
ο δε προφητευων ανθρωποις λαλει οικοδομην και παρακλησιν και παραμυθιαν
ο λαλων γλωσση εαυτον οικοδομει ο δε προφητευων εκκλησιαν οικοδομει
Oto robocze, dokładne tłumaczenie:
Pędźcie miłość, a pragnijcie to, co duchowe, a najbardziej to, aby prorokować.
Bowiem mówiący językiem nie mówi ludziom lecz Bogu, ponieważ nikt nie słyszy, a on duchem mówi tajemnice.
A prorokujący mówi ludziom zbudowanie i pocieszeniu i opowieść,
mówiący językiem buduje siebie, zaś prorokujący buduje Kościół.
Otóż, jak każdy łatwo może sprawdzić w pierwszym lepszym życiorysie świętego, on nie złamał nogi, lecz jako żołnierz został zraniony bitwie.
Najpierw popełnia typowy zabieg protestancki, powszechny także u skrajnych modernistów, a polegający na utożsamieniu wiary i prawa Kościoła z prawem żydowskim czy konkretnie faryzejskim, co świadczy albo o braku zrozumienia nowotestamentalnej krytyki prawa żydowskiego, albo o świadomym stosowaniu chwytu propagandowego wobec ignorantów. Zieliński przytacza potraktowanie przez Pana Jezusa kobiety cudzołożnej (J 7,53 - 8,11) oraz uzdrowienie kobiety w szabat (Łk 13-10-17), przy czym oburzenie przełożonego synagogi przyrównuje do postawy Kościoła przed wprowadzeniem - najpierw Polsce - tzw. dni judaizmu. To jest kolejny szczyt absurdu i zakłamania w jego wykonaniu. Innymi słowy: fakt, że Kościół przez niemal dwa tysiące lat nie celebrował "dni judaizmu", ma świadczyć o kontynuacji przez niego faryzejskiego rozumienia i stosowania prawa, czyli stawiania prawa ponad człowiekiem, a wprowadzenie "dnia judaizmu" wyzwala Kościół z faryzeizmu... No cóż, nasuwa się pytanie, czy Zieliński sam siebie słyszy. Dlatego tutaj Mysior akurat trzeźwo zareagował i nieco przycisnął:
Według Zielińskiego wiara katolicka jest tylko "jedną regułką" i "formułką" spośród wielu, według których można zostać zbawionym. A podaje to bezczelnie jako "aktualne nauczanie Kościoła", co Mysior i Rymanowski niestety naiwnie łykają. Powinni tutaj zażądać od Zielińskiego wskazania dokumentów Magisterium, na których się opiera, a które oczywiście nie istnieją. Gdy Mysior wskazuje na "Pascendi" św. Piusa X, to Zieliński się chytrze uśmiecha, bo może na to odpowiedzieć, że to już dawno nieaktualne.
Zieliński ma oczywiście interes w tej obronie, bo przez to broni też siebie, gdyż to bergogliańscy fani go popierają i promują. Jak zwykle nie waha się przy tym posłużyć się absurdami obrażającymi zdrowy rozsądek przeciętnego człowieka:
Jak widać, według Zielińskiego dowodem na istnienie dróg zbawienia poza chrześcijaństwem mają być przykłady tego, że Pan Jezus objawia się muślimom we śnie, którzy się następnie nawracają. Czy ten człowiek siebie słyszy?
Mamy więc tutaj typowe krętactwo Zielińskiego, który unika nazwania protestantyzmu herezją, a nazywa ich "odstępstwem". Biorąc dokładnie nazwał protestantów - zapewne niechcący - apostatami, gdyż to właśnie oznacza w języku Kościoła odstępstwo (= apostazja), co według prawa kanonicznego jest nawet poważniejszym przestępstwem co do wiary. Szkoda, że Mysior nie pociągnął wątku, a Rymanowski przerwał. Tym niemniej tutaj znowu nasuwa się pytanie, czy Zieliński siebie słyszy. Akustycznie zapewne słyszy, lecz w swojej mieszance ignorancji i zakłamania chyba nie zdaje sobie do końca sprawy, jakie głupoty wypowiada, skupiając się na sprawianiu miłego wrażenia.
Zieliński oczywiście nie odpuszcza okazji żeby robić reklamę swojej imprezy pt. "chwała mu" (w domyśle: Zielińskiemu). Liczy przy tym na naiwność odbiorców zarówno w studio jak też szerokiej publiczności, która bardziej jest skłonna wierzyć miłemu głosikowi przystojniaka niż dopuszczać możliwość, że on zmyśla i łże jak z nut. Sprawa jest podobna jak wyżej: Najpierw musiałoby być pewne, że jest to przykład prawdziwy, a nie zmyślony. Dla każdego trzeźwo myślącego bardziej prawdopodobna jest ta druga możliwość, gdyż opowiada to ktoś, kto ma bezpośredni interes w takiej historyjce. Po drugie: nawet jeśli jest to przykład autentyczny, to istotna jest przede wszystkim trwałość takiego nawrócenia i to nie tylko przez rok. To znaczy, że dopiero trwała przemiana życia świadczy o przyjęcia łaski i współpracy z nią. Czy jest to możliwe w związku z tzw. charyzmatyzmem? Zasadniczo nie można tego o tyle wykluczyć, o ile dla danej osoby te przeżycia nie wiążą się z odrzuceniem wiary katolickiej lecz są z nią jakoś - aczkolwiek w sposób niepełny i wadliwy - powiązane. Doświadczenie uczy jednak, że "nawrócenia" związane z przeżyciami "charyzmatycznymi" są z reguły albo płytkie, bo głównie emocjonalne, nietrwałe i tym samym nieautentyczne, choć mogą być subiektywnie szczere. Tak więc Zieliński tutaj znowu oszukuje.
Zieliński podaje typową kłamliwą propagandę pentekostalno-pseudocharyzmatyczną, niestety bardzo rzadko demaskowaną. Każdy, kto trzeźwo czyta słowa w Ewangelii św. Marka, na które powołuje się "reformator" (Mk 16,15-18), łatwo dostrzeże, że Pan Jezus kieruje te słowa do "jedenastu" czyli Apostołów:
Znowu nasuwa się pytanie, czy on siebie słyszy, gdy mówi, że dzięki Vaticanum II świeccy mogą wypowiadać się publicznie w kwestiach wiary. Owszem, on ma rację o tyle, że w normalnych warunkach kościelnych zostałby już dawno orzeknięty heretykiem i exkomunikowany, a przede wszystkim nie miałby możliwości zwodzenia katolików swoimi bełkotami gadanymi i pisanymi. Tym niemniej twierdzenie, jakoby przed V2 katolikom świeckim nie wolno było mówić publicznie o sprawach wiary, może wynikać albo z głębokiej i zawinionej ignorancji, albo z rutynowego łgarstwa.
Zieliński natomiast miesza funkcję sumienia z subiektywizmem, co znowu świadczy o elementarnej ignorancji teologicznej czy choćby zdroworozsądkowej. Otóż nie ma nic wspólnego z subiektywizmem, gdy ktoś na podstawie obiektywnych norm doktrynalnych i moralnych w sumieniu - a jest to sumienie prawe, czyli ukształtowane według tychże norm - podejmuje decyzję sprzeciwienia się nakazowi czy zakazowi, który jest sprzeczny z tymże normami. Zieliński widocznie nie wie i nie chce wiedzieć, że subiektywizm polega na tym, że nie człowiek nie uznaje nadrzędności norm obiektywnych lecz kieruje się nadrzędnie swoim własnym odczuciem, chceniem, nastrojem itp.
Samopoczucie Zielińskiego w tej sytuacji trafnie ukazuje następujące ujęcie:
Jego stan emocjonalny w tym momencie - wyraźnie rozgrzany i wnerwiony - ukazuje następujące ujęcie:
Zwróćmy uwagę na jego mimikę akurat przy tych słowach:
Mowa ciała jest tutaj dość wyraźna: grymas wskazuje zarówno na kłamanie jak też na skryty wstręt do różańca. Jedno i drugie ma charakter jednoznacznie demoniczny. Innymi słowy: ten człowiek już nawet wizualnie jawi się jak opętany.
Trudno powiedzieć, czy on sam wierzy w to, co mówi. Widocznie jednak oczekuje, że jemu należy wierzyć, gdy mówi, że "charyzmatycy" nie mając możliwości mówienia o Bogu do ludzi, u którymi pracowali, zdobyli tę możliwość przez przebieranki halloweenowe. No cóż, on widocznie jest już tak patologicznie zakłamany, że być może wierzy w swoje własne kłamstwa.
Starcie Mysior-Zieliński czyli (auto)demaskowanie "reformatora" - cz. 1
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj) oraz Dawida Mysiora (więcej tutaj). Odbyła się na kanale Bogdana Rymanowskiego z inicjatywy Zielińskiego, co już stanowi o pewnej przewadze. Ten, kto rzuca wyzwanie, ten przynajmniej częściowo dyktuje warunki, a na pewno z góry czuje się zwycięzcą. Ten drugi z panów podjął wyzwanie, zapewne pragnąc skorzystać z okazji do promowania swoich poglądów. Ten pierwszy ma przewagę o tyle, że od lat jest szkolony głównie przez pseudojezuitów i innych duchownych z sekty pseudocharyzmatycznej, a to pod kierownictwem i skrzydłami "słynnego" purpurata krakówkowo-łódzkiego, który zwykł "modlić się" z rękami na pośladkach (więcej tutaj, tutaj, tutaj), oraz poprzez "studia" modernistycznej "teologii". Ten drugi natomiast ma przewagę o tyle, że realistycznie postrzega obecny stan Kościoła i chce być konsekwentnym katolikiem. Ogólnie słuchanie słownej potyczki tychże panów, która nie jest na wybitnym poziomie merytorycznym, co można zauważyć już w jej pierwszych minutach, uważałem wpierw za stratę czasu, jednak zabrałem się za nią, odpowiadając na wyrażone oczekiwania szanownej publiczności.
Najpierw uwagi ogólne. D. Mysior wypadł w sumie nieźle, mimo iż ani nie ma wykształcenia teologicznego, ani widocznie nie otrzymał takowego wsparcia od kogoś kompetentnego. Popełnił kilka błędów i nie skorzystał z wielu okazyj do obalenia sugestywnych acz kłamliwych wypowiedzi M. Zielińskiego, zapewne dlatego, że brakuje mu odpowiedniej wiedzy. Zieliński natomiast wykazał się przede wszystkim bezczelnością i brakiem dobrego wychowania, gdyż uporczywie zwracał się do swego - notabene znacznie starszego - adwersarza per "ty", mimo że ten - prawie konsekwentnie - stosował per "pan". W dodatku w swoim komentarzu post factum kłamliwie twierdził, jakoby pierwotnie panowie byli na "ty", a Mysior dopiero przed kamerą przeszedł na per "pan", czemu Mysior w swoim komentarzu post factum zaprzeczył (kłamiąc przy tym, jakoby się łatwo nie spoufalał - polecam poczytać tutaj). Podczas gdy Mysior był skupiony i opanowany, aczkolwiek momentami zmęczony, to po Zielińskim widać było dość często napięcie, podenerwowanie, nawet irytację i niepokój, co próbował przykryć minami i uśmieszkami. Merytorycznie się zbłaźnił, gdyż w typowy dla obłudników sposób mieszał, kręcił, przerywał, usiłując sprawić wrażenie wiedzy i kompetencji, co było niczym innym jak tylko oszukiwaniem publiczności, także swoich rozmówców.
Zwróćmy uwagę na charakterystyczne wypowiedzi i wątki. Po kolei.
1.
Mysior zaliczył haniebną wpadkę już na początku, powołując się na s. Faustynę Kowalską jako źródło wiary o piekle. On widocznie wierzy w "Dzienniczek", co niedobrze świadczy już o zdrowym rozsądku. Tym bardziej, że powołuje się nań zamiast na autentyczne źródła wiary katolickiej, czyli nauczanie Pisma św., Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła i Magisterium.
2.
Zieliński natomiast niby odpowiada z nauczaniem Kościoła, lecz miesza i zafałszowuje:
Jest oczywiście prawdą, że Kościół oficjalnie nikogo uroczyście nie ogłosił jako potępionego. Aczkolwiek Pismo św. dość wyraźnie mówi o losie Judasza, co ma właściwie rangę nawet wyższą niż Magisterium Kościoła.
Zieliński kłamie natomiast, mieszając dwie zupełnie różne sprawy: z jednej strony brak naszej wiedzy, czy ktoś w ostatnim momencie przed przejściem do wieczności nie wzbudził żalu doskonałego za swoje grzechy i tym samym mógł otrzymać łaskę uświęcającą, a z drugiej strony przypadek tzw. dobrego łotra (czczonego w Tradycji Kościoła jako św. Dyzma), który wszak publicznie okazał skruchę i poprosił Zbawiciela o łaskę, jak poświadcza Pismo św. Tak więc kłamstwem jest pomieszanie tych dwóch różnych przypadków. Kłamstwem jest też i ponadto fałszem teologicznym, gdy Zieliński mówi, że to Pan Bóg decyduje, kto będzie zbawiony. Zalatuje to dość wyraźnie protestanckim predestynacjonizmem, który neguje rolę wolnej woli człowieka i jego uczynków dla zbawienia. Według nauczania Kościoła, Pan Bóg każdemu człowiekowi daje łaskę konieczną do zbawienia i tym samym możliwość zbawienia, lecz człowiek musi tę łaskę przyjąć zarówno w akcie wiary jak też swoimi uczynkami, czyli tym, co ze swej strony jest w stanie uczynić, czyli przestrzegać Bożych przykazań, które nie zostały nam dane przez Pana Boga dla jakiejś zachcianki czy kaprysu, lecz właśnie jako test szczerości naszej wiary i wypróbowanie naszej wiary. Z tego właśnie będziemy sądzeni po śmierci. Pan Bóg na tym sądzie nie decyduje - jak to nazywa Zieliński - według Swojego widzimisię, lecz jako Sędzia Sprawiedliwy, który za dobre wynagradza a za złe karze. Mówi o tym wyraźnie chociażby Ewangelia św. Mateusza (25, 31-46). Widocznie Zieliński, który na każdym kroku wymachuje Pismem św., albo nie doczytał, albo mimo tego woli wyznawać herezję protestancką.
3.
Zieliński mówi oczywistość, z którą wziętą jako taką pod pewnym względem nie sposób się nie zgodzić. Problem polega jednak na tym, że on tutaj nie tylko widocznie atakuje wiarę katolicką, lecz na koniec wypowiada bzdurę, która świadczy już dość wyraźnie o niekatolickim myśleniu:
Oczywiście prawdą jest, że zbawienie jest nam dane z łaski Bożej, nie z naszych zasług. Jednak - jak naucza Kościół - człowiek ma wolną wolę i tym samym możliwość sprzeciwienia się łasce, co ma zwykle postać braku chęci czy wręcz niechęci do zmiany swego życia czyli nawrócenia. Kłamstwem jest natomiast, że człowiek musi czekać na łaskę. Otóż nie brak łaski jest przeszkodą w nawróceniu i zbawieniu duszy lecz brak woli człowieka i tym samym brak czynienia przez człowieka tego, co w danej chwili i w danej sytuacji jest w stanie czynić. Fałszywa i zakłamana jest postawa tego typu: nie mam jeszcze łaski wiary, więc mogę sobie żyć tak, jakby Boga nie było, więc hulaj dusza. Jeśli to jest według Zielińskiego "czekanie na łaskę", to jest to właściwie odrzucenie łaski i stawianie jej oporu. Tak jest, gdy człowiek zna wiarę katolicką, ale jednak woli żyć po swojemu. Oczywiście Pan Bóg nieustannie daje mu różne pomoce ku nawróceniu i mogą to być także cierpienia, niepowodzenia. Czekanie, aż łaska zrobi to, na co człowiek nie ma ochoty, jest okłamywaniem samego siebie i wystawianiem Pana Boga na próbę, czyli rodzajem grzechu przeciw Duchowi Świętemu, na którego Zieliński tak chętnie się powołuje.
Być może tutaj Zieliński chciał sprowokować sprzeciw Mysiora po to, żeby wykazać, iż Mysior nie zna Pisma św., a on naucza zgodnie z nim. Mysior tutaj o tyle godnie się zachował, że nie dał się sprowokować, jednak wypowiedź Zielińskiego zasługiwała na reakcję.
4.
W typowo bezczelny sposób Zieliński prowokuje, mieszając i kłamiąc jak regularnie:
Ofensywa Masiora okazała się więc tutaj dość udana.
Jest rzeczywiście bardzo prawdopodobne, a nawet wręcz pewne, że Zieliński został wychowany w typowej dla novusizmu pospolitego mentalności sekciarskiej, według której "porządek" polega na ślepym posłuszeństwie wszystkiemu, co dany proboszcz, biskup czy papież zarządzi, nawet jeśli byłoby to sprzeczne z prawdami wiary katolickiej czy odwieczną Tradycją Kościoła. To jest zresztą mentalność typowa także dla protestantyzmu, oczywiście w odpowiedniej wersji, gdyż w nim o prawdzie decyduje guru danej wspólnoty względnie wierchuszka liderów pozostająca w ukryciu jak w przypadku pseudocharyzmatyzmu. Zieliński bełkocze natomiast zupełnie, gdy chodzi o przykłady historyczne. Otóż nigdy kobiety nie brały udziału w wyborze papieża, gdyż zawsze było to zarezerwowane dla kleru rzymskiego. Owszem, były naciski możnych rodów rzymskich czy innych czynników politycznych. To był jednak nacisk na elektorów, którymi byli wyłącznie duchowni, a nie udział w elekcji.
Nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie wie, co jest dla katolika punktem odniesienia, czy tylko udaje. Jeśli nie wie, to daje tym samym dość haniebne świadectwo "studiom", którymi się chwali. Już w programie szkolnym najpóźniej licealnym powinno być wykładane, że punktem odniesienia dla katolika jest Boże Objawienie przekazane przez Apostołów w Tradycji i Piśmie św. Jeśli wyrzuci się czy odsunie Tradycję, to pozostaje tylko Biblia, a że jest ona - sama w sobie wzięta - w znacznym stopniu niejasna i otwarta na różne interpretacje, to pozostaje wtedy albo zupełny subiektywizm (które zresztą konsekwentnie nie jest możliwy), albo poddanie się "autorytetowi" jakiegoś guru. Dla novusistów takimi guru są modernistyczni "teologowie" i hierarchowie różnych szczebli, czyli po prostu heretycy, którzy z mniejszą czy większą racją powołują się na "sobór", który de facto uważają za jedynie obowiązujący, mimo że jego oficjalnie zadeklarowanym zamiarem było jedynie kaznodziejstwo a nie wiążące definiowanie prawd wiary. Zresztą gdyby tacy jak Zieliński rzeczywiście traktowali Vaticanum II jako poważny czy najpoważniejszy autorytet, to by musieli - zgodnie z konstytucją o liturgii "Sacrosanctum Concilium" - zawsze uczestniczyć w liturgii po łacinie i z chorałem gregoriańskim, a nie z bełkotami wziętymi od protestantów.
Teraz Zieliński zarzuca już tylko "podważanie" nowej liturgii jako "gorszej". Tutaj rzeczywiście idzie za specyficzną "logiką" bergogliańską, polegającą na tym, że należy odebrać katolikom to, co uważają za lepsze, i tym samym zmusić do praktykowania tego, co uważają za gorsze. To jest oczywiście także zakłamane, gdyż absurdalne. W rzeczywistości chodzi modernistom o to, żeby wyrzucić z oficjalnych struktur - i tym samym w ramiona czy to lefebvrianizmu czy sedewakantyzmu - tych, którzy wyżej cenią liturgię tradycyjną od Novus Ordo. I to ma być ta słynna bergogliańska duszpasterskość, otwartość i miłosierdzie... A przy okazji Zieliński kłamie, jakoby "TC" było inicjatywą biskupów. Wszak biskupi zawsze mieli możliwość ukarania czy to wiernych czy kapłana za polemikę, którą uważali za niestosowną, i nie potrzebowali do tego ograniczenia ich władzy, którego dokonał bergogliański dokument "TC". Nasuwa się pytanie, czy Zieliński w ogóle czytał ten dokument, a jeśli nawet czytał, to na pewno nie ze zrozumieniem.
Przy tej sposobności Zieliński ponownie i dość wyraźnie prezentuje swoje - a właściwie wytresowane u niego przez modernistów i protestantów - pojęcie posłuszeństwa, skoro według niego krytyczne podejście do Novus Ordo i ogólnie do "zreformowanej" liturgii oraz do nauczania Vaticanum II i po nim sprzeciwia się tejże cnocie. No cóż. Z jednej strony - według tej mentalności - Duch Święty rzekomo może zmieniać zdanie, z drugiej zaś katolik ma ślepo, bez namysłu, refleksji i bez używania swojego rozumu oświeconego nadprzyrodzoną wiarą. Trzeba tutaj powiedzieć wprost: to jest nie tylko karykatura katolicyzmu, lecz wręcz jego przeciwieństwo, a za to coś na modłę wszelkiej maści sekt, zwłaszcza sekty protestanckiej, gdzie nie ma prawdy, a są jedynie subiektywne przeżycia, odczucia, a ponad wszystkim jest irracjonalna wola przywódcy, która też sama w sobie jest dowolna i zmienna. To jest nic innego jak dość czytelna forma agnostycyzmu na usługach wszelkiej maści dyktatur i tyranij. I to jest właściwy korzeń i przyczyna zapaści wiarygodności i autorytetu Kościoła.
Chodzi więc o to, że do 15-latka podchodzi ksiądz - zapewne z sekty pseudocharyzmatycznej - i mówi słowa niby pobożne, ale zapewne kryjące coś zupełnie innego. Jeśli dorosły mężczyzna zagaduje nastolatka, to zdroworozsądkowo należy przypuszczać najpierw coś, co z pobożnością nie ma nic wspólnego, nawet jeśli używane są słowa quasi religijne. Wszak takie słowa zasadniczo można powiedzieć do każdego i zawsze. Jeśli ten kapłan z sekty pseudochary powiedział to do młodocianego Marcina, to najwyraźniej go sobie upatrzył. Reakcja takiego chłopaka, który bynajmniej nie grzeszy wybitną inteligencją czy choćby zdrowym rozsądkiem, a raczej wybujałą uczuciowością, jest o tyle zrozumiała, że w tym wieku, gdy młody człowiek szuka swojej tożsamości, drogi i też jakiejś więzi emocjonalnej, jest to znaczące i znamienne przeżycie, zwłaszcza oznacza wejście do grupy, która jest jakąś nowością, a równocześnie daje poczucie wyjątkowości, wielkiej misji i świetlanej przyszłości. Natomiast nazywanie tego "nawróceniem" czy doświadczeniem miłości Bożej jest conajmniej nieporozumieniem, a właściwie nawet bluźnierstwem. Nawet, jeśli było powiązane z jakąś nową gorliwością religijną, gdyż ona była widocznie powiązana z wejściem do sekty pseudocharyzmatycznej powiązanej z demonicznym "Toronto blessing". Innymi słowy: Zieliński widocznie myli nawrócenie w znaczeniu chrześcijańskim (czyli katolickim) z uczuciem i uwielbieniem dla siebie, jakiego doświadczył w tej sekcie, która go zresztą od tamtego czasu nadal pompuje emocjonalnie i też finansowo. Dlatego właśnie Zieliński nawet nie próbuje i widocznie stanowczo nie chce - przynajmniej publicznie - zinterpretować tego "przeżycia" rozumowo:
Skoro on tak zdecydowanie blokuje trzeźwe, racjonalne podejście do sprawy, to ma w tym zapewne jakiś interes. I chyba nie tylko on.
Zieliński jest widocznie podenerwowany, lecz na tyle wytresowany na bezczelność, że odpowiada pytaniem, sugerując ignorancję rozmówcy. Tutaj Mysior popełnił kardynalny błąd, nie domagając się wskazania na konkretny cytat czy przynajmniej dokument Vaticanum II, który by zaprzeczał, iż protestanci są heretykami. Widocznie "człowiek rozumny" z Sopotu jest tak zaczadzony propagandą lefebvriańską, że wierzy na słowo także Zielińskiemu. Ten ostatni oczywiście wije się i skręca, by nie odpowiedzieć na pytanie, prezentując za to zarówno przekręcone jak też urojone wypowiedzi soboru. Jeśli by rzeczywiście znał tegoż dokumenty, zwłaszcza odnoszące się do tak istotnej dla niego kwestii, to byłby w stanie przynajmniej znaleźć w internecie odnośne dokumenty i wskazać konkretnie cytaty. Dla każdego trzeźwo myślącego, zwłaszcza dla choćby średnich lotów teologa, jest dość jasne, iż fakt działania Ducha Świętego u wyznawców fałszywych kultów wcale nie zaprzecza temu, że są to fałszywe kulty czy herezje. Duch Święty działa w każdym człowieku, także w heretyku, poganinie czy najgorszym zbrodniarzu, a to po to, by go doprowadził do nawrócenia na prawdziwą wiarę i zmianę życia.
I pozostaje uparty wobec już prawie płaczącego z rozpaczy Zielińskiego, ale nie do końca:
Zieliński unika określenia "herezja" jak diabeł święconej wody, mimo że to pojęcie jest jasno podane i zdefiniowane zarówno w Kodexie Prawa Kanonicznego jak też w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Tym samym mamy tutaj dowód na to, że Zieliński nie jest w zgodzie nawet z tymi podstawowymi źródłami struktur Novus Ordo, czyli sam jest heretykiem.
Mysior niestety znów nie domaga się wskazania na konkretny dokument. Gdyby się domagał, to by się na pewno okazało, że Zieliński nie jest w stanie wskazać, a by jedynie próbował się jakoś wykręcić.
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
O imprezie licheńskiej było już niegdyś co nieco ( tutaj i tutaj ). Temat nie został jeszcze wyczerpany. Strona na pejsbuku w tym temacie...