S. Małgorzaty obrachunek z duchowieństwem. Uwagi odnośnie bestsellera.







Już sporo zachwytów się pojawiło. Czuje się bestseller, bo jedzie na antyklerykaliźmie, który jest obecnie dość powszechny wśród panien zakonnych. Oczyście s. Małgorzata ma sporo trafnych uwag i spostrzeżeń, zwłaszcza odnośnie jakości teologicznej i liturgicznej obecnego duchowieństwa, także poziomu duchowego. Ale: ani styl ten książki, ani ugólnienie, które zionie pogardą jeśli nie wręcz wyraźną dozą przynajmniej niechęci jeśli nie wręcz nienawiści, nie są godne mniszki, ani nawet katoliczki. Przy całej słuszności krytyki, żalu i goryczy niestety jako rdzeń jawi się coś w rodzaju emancy-feminizmu, który, widocznie tłumiony przez lata, tym gwałtowniej wylewa się na starość, gdy autorka nie ma już nic do stracenia.

Mając od wczesnego dzieciństwa bliski kontakt z pewnym żeńskim zgromadzeniem zakonnym (z powodu sąsiedztwa domu rodzinnego) miałem sposobność obserwować zmiany w duchu tego zgromadzenia, ale nie tylko. Tak się składa, że mogę porównać z podobnie bliską znajomością pewnego zgromadzenia żeńskiego za granicą, które znam od ćwierćwiecza. Otóż przemiana w Polsce jest wręcz porażająca. Wpierw tłumaczyłem to sobie specyficznym podejściem modernistycznych zakonnic do xiędza trydenciarza (takiej pogardy i wręcz podłości jak od zakonnic w PL w ciągu ostatnich 10-15 lat nie doświadczyłem nawet u skrajnie modernistycznych zakonnic na Zachodzie). Dopiero fragmenty książki s. Małgorzaty uświadomiły mi, że problem jest ogólny, wręcz powszechny, skoro leciwa zakonnica w tak wręcz złośliwy sposób pisze o problemach. Co się stało i to akurat w Polsce?

Zapewne są różne przyczyny. W PL zakonnice modernistyczne póki co jeszcze nie są tak "uwolnione" jak na Zachodzie. Nadal generalnie chodzą w habitach i dopiero powoli dopuszcza się je to czytania czytań i szafarstwa Komunii w NOMie. One też mają internet i porównują się z innymi krajami. I oczywiście winni są xięża, którzy im nie dają praw przynajmniej takich jak na Zachodzie. Stąd bunt i szemranie.

Wiadomo też, że tzw. charyzmatycy mają szczególne wzięcie w zakonach żeńskich, gdyż jest to "pobożność" dość wyraźnie emocjonalna i niewieścia. To tym bardziej sprzyja duchowi rebelii, także z powodu związku z protestantyzmem.

Ponadto zakony żeńskie przeżywają szczególnie dotkliwy spadek powołań. Jak to zwykle w moderniźmie, winy się szuka u innych, zwłaszcza w braku "nowoczesności", na którą nie pozwalają znowu ci straszni konserwatywni xięża. Trzeźwe spojrzenie na los zmodernizowanych zakonów na Zachodzie jest trudniejsze. Łatwiej jest buntować się przeciw chłopom. Zwłaszcza gdy można im zazdrościć chodzenia po cywilu i znacznie więcej wolności.

Jaki będzie efekt czerstwego obrachunku s. Małgorzaty z duchowieństwem? Zobaczymy. Wielu potrzebuje tej krytyki, mimo jej braków, skrajności czy wręcz niekiedy też niesprawiedliwości. Osobiście cenię sobie to, co znam z tej książki, jako impuls do rachunku sumienia. Równocześnie mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć: problemy, które książka porusza, dotyczą w 98 % jedynie kapłanów NOMowych. Jest to oczywiste już w samej treści.

Najpoważniejszym brakiem tej książki jest nieobecność samokrytyki. S. Małgorzata staje murem za wszystkimi zakonnicami, właściwie podżegając je do dalszego i bardziej radykalnego buntu i to o znamionach wręcz feministycznych. A to już z pewnością nie jest katolickie.

Czy we Mszy św. zmienia się wartość chleba? Czyli wpajanie dzieciom herezji pod katolickim szyldem


Pytanie odnosi się do podręcznika dla dzieci, który ma wyjaśniać tajemnicę Mszy św.


Najpierw jest mowa o tym, że chleb staje się Ciałem Jezusa i że tego cudu dokonuje Pan Jezus podczas Mszy. Ta przemiana jest wyjaśniana jako "zmiana wartości chleba" i dalej, że staje się "wyjątkowym Chlebem", który jest "pokarmem dla naszych dusz". Jest to "Święty Chleb". W przyjęciu Komunii "Pan Jezus przychodzi" i "wypełnia człowieka".
W innym miejscu jest także mowa o "cudzie przemiany", w którym Pan Jezus "chleb zwykły przemieni w Boży".

I ponownie jest mowa o  tym, że "w kościele posilamy się Chlebem, który umacnia naszą duszę".

Ponadto stół jest nazwany ołtarzem a otarz stołem. Analogią jest stół w domu, "przy którym zasiadamy do posiłków".

Już w tym zestawieniu widać po pierwsze niespójność, a po drugie wyrażną tendencję treściową. Jest wprawdzie mowa o Ciele Jezusa, o cudzie, o przemianie, o pokarmie dla duszy, o ołtarzu, jednak
- uporczywie powtarzane określenie "święty" względnie "Boży Chleb", oraz
- Msza św. sprowadzana jest do spożywania analogicznego do spożywania posiłku w domu.
Jaki przekaz trafi do dziecka poprzez akcentowane obrazy i znaki, nie trudno zgadnąć. Zwłaszcza że pojęcie "Ciało Jezusa" nie jest wcale wyjaśniane.
Wyjaśniane jest natomiast pojęcie "chleb święty". A jest to czynione w sposób wprost heretycki, mianowicie przez "zmianę wartości chleba".
Nie trzeba podejmować dogłębnej analizy pojęciowej, by zauważyć, że wartość jest zarówno zmienna jak też względna, gdyż zależy od czynników i uwarunkowań zarówno obiektywnych jak subiektywnych. Np. dla człowieka niewierzącego czy niechrześcijanina kamyk z Golgoty czy z groty Grobu Pańskiego nie ma większej wartości, podczas gdy dla katolika jest cenną relikwią, której wartości nawet nie można wyrazić materialnie. Dlaczego więc autorka stosuje akurat pojęcie "wartość", które jest dość abstrakcyjne, a nawet nie wspomina pojęć takich jak istota czy substancja? Dlaczego nie używa pojęcia Przeistoczenie, które jest nie tylko poprawne i celne teologicznie, lecz byłoby dla dzieci okazją powiększenia ich słownictwa oraz myślenia o rzeczywistości?

Podsumowując należy stwierdzić, że przedstawienie tajemnicy Eucharystii przez autorkę jest zarówno dydaktycznie jak też teologicznie naganne. Przekaz treściowy niespójny i niedostateczny, w określeniu "zmiana wartości" wręcz heretycki.

Już w najprostszym podręczniku dydaktyki ogólnej autorka mogłaby wyczytać główne zasady:
- należy wyjaśniać każde nowe pojęcie,
- należy prowadzić od znanego do wyjaśnienia nieznanego,
- celem jest przyrost wiedzy oraz umiejętności rozumowania.
Autorka niemal postąpiła wbrew tym regułom niemal całkowicie. Wprawdzie posłużyła się prymitywną analogią odnośnie stołu i posiłku, jednak w sposób niedostateczny i fałszywy teologicznie. Ołtarza nie można sprowadzić do stołu, ani konsekrowanej hostii do "świętego Chleba".

Informacje dostępne w internecie podają o autorce, że jest absolwentką teologii oraz pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej. Tym samym powinna znać zarówno nauczanie Kościoła odnośnie Eucharystii (tym samym zupełną nieadekwatność pojęcia "wartość" do wyjaśnienia Transsubstancjacji), jak też podstawowe zasady dydaktyki. Dlaczego więc wprawdzie wspomina o "Ciele Jezusa", ale zupełnie tego nie wyjaśnia, a zamiast tego skupia uwagę swoją i czytelników na stole, spożywaniu i chlebie, co bardzo wyraźnie zdradza myślenie protestanckie odnośnie Eucharystii?

Odpowiedź nasuwa się sama. Otóż wspólnota Genezaret, z którą autorka jest związana, promuje nauczanie protestanckie znane pod nazwą "Odkrywanie chrześcijaństwa".

Wspólnota ma związek z takimi osobami jak Marcin Zieliński i Witek Wilk.

Wniosek jest prosty:
Niespójność i niedostateczność przekazu wynika z tego, że elementy katolickie (Ciało Jezusa, cud, przemiana) są zamieszczone tylko po to, żeby zmylić czujność katolików, zaś właściwą treścią skierowaną do dzieci ma być to, że w Komunii św. przyjmują "święty Chleb", nic więcej. A to jest nic innego jak protestantyzacja katolickich dzieci, posługująca się pozorami i instytucjami katolicyzmu.

Katolik a Novus Ordo


1. O ile wiem, jedynie sedewakantyści generalnie negują ważność konsekracji w Novus Ordo Missae, i to, o ile mi wiadomo, nie z powodu słów konsekracji lecz z powodu nieważności święceń bądź braku właściwej intencji. FSSPX zasadniczo uznaje ważność sakramentalną NOM, przynajmniej oficjalnie. Przez niektórych poddawana jest w wątpliwość intencja wielu xięży sprawujących NOM, co może wynikać z nieporozumienia czy braku wiedzy teologicznej. Otóż do ważności intencji sakramentalnej nie jest konieczna osobista wiara kapłana, lecz wystarczy zamiar czynienia tego, co czyni Kościół. To znaczy: gdy kapłan osobiście nie wierzący czy to w ofiarny charakter Mszy św. czy w Przeistoczenie sprawuje Mszę św. z intencją wypełnienia tego, do czego się zobowiązał w święceniach i do czego został w święceniach prezbiteratu uzdolniony, to konsekruje ważnie.

2. Nie znam ani oryginalnego brzmienia wypowiedzi abp M. Lefebvre'a ani jej kontextu. Dlatego trudno jest mi odnieść się tego zdania. Jego sens nie jest jasny. Odpowiedź zależy od konkretnego znaczenia. Jeśli ktoś uczęszcza wyłącznie na NOM z tego powodu, że unika liturgii tradycyjnej, to wskazuje to przynajmniej na brak odpowiedniego nastawienia wiary i pobożności. Natomiast gdy ktoś uczęszcza jedynie na NOM z tego powodu, że nie zna liturgii tradycyjnej czy że nie ma sposobności uczestniczenie w liturgii tradycyjnj, to nie świadczy to samo przez się o braku wiary i pobożności. Żadna liturgia - w znaczeniu postaci obrzędowej - sama w sobie nie jest decydująca dla zbawienia. Decydujące jest wyznawanie prawdziwej wiary oraz wypełnianie Bożych przykazań mocą przyjmowanych Sakramentów św. O tym zapewnie wiedział także abp M. Lefebvre.

3. Podobnie jak w odpowiedzi poprzedniej. Decydująca jest wiara oraz wypełnianie Bożych przykazań. Jeśli w NOM sprawowana jest Najświętsza Ofiara, to można przez nią otrzymać łaski sakramentalne prowadzące do świętości.

4. Odpowiedź wynika już z poprzednich. Jeśli w NOM sprawowana jest Najświętsza Ofiara, to można i należy pójść.

5. Nie rozumiem do końca, o co chodzi w "godnym sprawowaniu". Jeśli kapłan sprawuje zgodnie z oficjalnymi księgami liturgicznymi, to sprawuje godnie pod względem liturgicznym. Oczywiście zakładając, że nie jest w karach kościelnych (niegodność prawna) ani w stanie grzechu ciężkiego (niegodność moralna).

6. To twierdzenie jest fałszywe zarówno teologicznie jak też prawnie i pastoralnie. Jeśli w Novus Ordo jest obecny Jezus Chrystus, to obowiązują takie same zasady odnośnie przyjmowania Komunii św. jak w obrządku tradycyjnym, tzn. jedynie brak stanu łaski uświęcającej jest przeszkodą. Oczywiście nie ma obowiązku przyjmowania Komunii św. w każdej Mszy św., nawet jeśli jest się w stanie łaski uświęcającej (obowiązek jest tylko raz w roku, w okresie wielkanocnym). Mogą być powody, dla których może być wskazane powstrzymanie się od przyjęcia Komunii św., jak np. nadużycia liturgiczne (świeccy szafarze itp.).

Czy Kościół wyróżnia kobiety?



W Kościele i w świetle teologii katolickiej nie ma tego typu wyróżnienia. Zarówno mężczyzna jak też niewiasta mają swoją specyfikę i godność, także zadanie i powołanie. Wiążą się z tym daleko idące różnice, oczywiście przy zasadniczej równości co do godności dziecka Bożego.
Jest zrozumiałe, że niewiastom z powodu macierzyństwa z natury należy się szczególna troska i szacunek ze strony mężczyzn. Chodzi o względy sprawiedliwości i odpowiedzialności.
Podobnie mężczyźnie należy się szacunek i troska ze strony niewiasty, którą się opiekuje i której zapewnia bezpieczeństwo, jej i potomstwu.

Świeckie zwyczaje i konwenanse należy oceniać w świetle porządku stworzenia oraz norm moralnych. Istotne jest odróżnienie w zachowaniu między małżonkami a niemałżonkami. Szczególne wyrazy szacunku mają swoje miejsce w małżeństwie, nie w zachowaniu towarzyskim. Np. całowanie każdej kobiety w dłoń nie jest zwyczajem chrześcijańskim, lecz wynalazkiem świeckim, którego podłożem jest deprecjonowanie więzi rodzinnych. Pierwotnie i właściwie gest ucałowania w rękę wyraża szacunek i wdzięczność wobec rodziców i żywicieli (ojca i matki, także chrzestnych i przybranych), zarówno w sensie naturalnym i materialnym jak też duchowym (stąd zwyczaj całowania w rękę księży jako ojców pod względem duchowym).

Przynajnmiej znaczną część zwyczajów świeckich znamionuje swoista obłuda czy wręcz przewrotność w odniesieniu do kobiet: z jednej strony forsuje się rzekome prawa kobiet, a z drugiej rzekomą równość, która sprzeciwia się i niszczy ich tożsamość i właściwe powołanie, którym jest macierzyństwo naturalne i też duchowe. Skutkuje to postępującym procesem brutalizacji wśród kobiet, a równocześnie zniewieścienia wśród mężczyzn.

Czy Pan Jezus został wskrzeszony czy zmartwychwstał?


O. Szustak niestety znowu popisał się przynajmniej nieznajomością Pisma św. i teologii katolickiej, zdecydowanie twierdząc, że Pan Jezus nie zmartwychwstał z własnej mocy (ok. 20 min): 

https://www.youtube.com/watch?v=0mGINvwRJAk&feature=youtu.be

Dokładnie biorąc jest to wypowiedź heretycka i bluźniercza, gdyż neguje Boskość Pana Jezusa. I jest sprzeczna zarówno z Pismem św. jak też z nauczaniem Kościoła.

Owszem, we wielu miejscach Pismo św. mówi, że "Bóg wskrzesił" Jezusa względnie Chrystusa z martwych:
Rz 4, 24
Rz 10, 9
1 Kor 6, 14
1 Kor 15, 15
2 Kor 4, 14
Ef 1, 20
Gal 1, 1
Kol 2, 12
1 Tes 1, 10

W innych miejscach Pismo św. mówi, że Pan Jezus powstał z martwych:
Mk 16, 6
Mk 8, 31
Mk 9, 31
Mk 10, 33n
Łk 24, 34
1 Tes 4, 14
Rz 6, 4. 9
Rz 7, 4
Rz 8, 34
1 Kor 15, 3nn
2 Kor 5, 15

W żadnym miejscu nie jest powiedziane, że "Ojciec" wskrzesił Jezusa. Zawsze jest mowa o Bogu, czyli Boskiej mocy czy to Ojca (Gal 1,1: "Bóg Ojciec wskrzesił") czy własnej Syna ("zmartwychwstał"). Sformułowanie, że "Ojciec wskrzesił", w połączeniu ze zdaniem, że "Jezus nie zmartwychwstał Swoją mocą", sugeruje czy może zostać zinterpretowane tak, jakoby tylko Ojciec był Bogiem, nie Jezus Chrystus. To mniemanie zostało uroczyście potępione już na pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325) przeciw herezji arianizmu i adopcjanizmu.

Mówiąc najkrócej: Gdy Pismo św. mówi, że "Bóg wskrzesił", to oznacza to także działanie Bóstwa Jezusa Chrystusa, który jest prawdziwym Bogiem. Wskrzeszone zostało tylko Ciało Jezusa Chrystusa. Gdy Pismo św. mówi, że Jezus Chrystus "zmartwychwstał", to oznacza to, że powstał z martwych jako Osoba, czyli Bóg-Człowiek, którego człowieczeństwo umarło na krzyżu, a ożyło w Zmartwychwstaniu.

Katechizm Kościoła Katolickiego naucza:




O. Szustak powinien więc pouczyć się wiary katolickiej. Oczywiście zakładając, że takowe tezy głosi tylko z niewiedzy, nie ze świadomego odrzucenia wiary Kościoła.

Czy Aniół Stróż ma dostęp do naszych myśli?



Aniołowie są osobami duchowymi, stworzeniami wprawdzie z natury wyższymi od ludzi, jednak także ograniczonymi. Fachowe określenie "individua substantia" czyli istota jednostkowa oznacza także osobność względem innych istot czyli osób, tym samym brak bezpośredniego wglądu we wnętrze innych osób. Bezpośredni wgląd ma tylko Pan Bóg jako Stwórca i Byt przewyższający wszelkie byty, także duchowe jak anioły i dusze ludzkie.
Tak więc odpowiedź na pytanie wynika z natury stworzeń oraz ich wzajemnych relacyj, także z ich relacji względem Boga.


Pan Jezus a Prawo



Pytanie dotyczy kwestii stosunku Pana Jezusa i Kościoła do Prawa Mojżeszowego czyli Tory. W tym temacie jest dużo nieporozumień i przeinaczeń. Wynika to z protestanckich schematów myślenia, które zostały przejęte przez modernistów. Zacytowany fragment jest tutaj ważnym argumentem.

Otóż zarówno protestanci jak też moderniści zwykle przeciwstawia się Ewangelię czy ogólnie Nowy Testament Prawu Mojżeszowemu. Podtextem jest:
- twierdzenie, że Pan Jezus popełnił wykroczenia przeciw Prawu Mojżeszowemu i dlatego został słusznie skazany przez przywódców żydowskich,
- sugerowanie, że każde prawo, także kościelne, jest czymś, czemu się Pan Jezus sprzeciwił i swoim przykładem nakazał łamać.

Nie trudno dostrzec korzeni tych mniemań, które mogą się też wydawać ponętne i słuszne. Tym niemniej wynikają one z braku znajomości czy zrozumienia treści Nowego Testamentu, jeśli nie wręcz z jej celowego przekręcania.

Katolickie rozumienie jest następujące:
1. Prawo Mojżeszowe otrzymało swój sens i właściwą, pełną interpretację dopiero w Jezusie Chrystusie. Dlatego Pan Jezus mówi, że ani jedna jota się nie zmieni.
2. Ten pełny sens, objawiony przez Jezusa Chrystusa, wskazuje na Niego jako wypełnienie.
3. To wypełnienie oznacza także udoskonalenie i poprawienie.

Tym samym nie ma sprzeczności między Prawem Mojżeszowym właściwie rozumianym a Ewangelią Jezusa Chrystusa.

Czy skuteczność modlitwy zależy od stanu łaski uświęcającej?



Należy odróżnić zarówno rodzaje skutków modlitwy, jak też rodzaje łask.
Jedynie w stanie łaski uświęcającej otrzymujemy zasługi na życie wieczne.
Modlitwa bez stanu łaski uświęcającej nie ma wartości zasługującej, jednak może mieć wartość wypraszania łaski nawrócenia czy powrotu do stanu łaski uświęcającej.
Skuteczność odnośnie dóbr doczesnych zależy od tego, czy i na ile dane dobra są pożyteczne dla zbawienia duszy. To oczywiście tylko Pan Bóg może ocenić.
Oczywiście Panu Bogu istotnie milsza jest modlitwa kogoś w stanie łaski uświęcającej, gdyż wówczas Pan Bóg więcej łask może udzielić z powodu gotowości (otwartości) człowieka.
Jednak nie jest wykluczone, że Pan Bóg może wysłuchać modlitwy grzesznika, gdy to wysłuchanie będzie przez człowieka wykorzystane do nawrócenia z wdzięczności za doznaną miłość Boga.


Dary Ducha Świętego a działalność tzw. charyzmatyków



O dary Ducha Świętego konieczne do zbawienia można i należy prosić. Kościół to zawsze czynił i czyni. Także sprawuje posługę tych darów w Sakramentach.


Darami Ducha Świętegp według nauczania katechizmu na podstawie Pisma świętego (Iz 11,2):
dar mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, bojaźni Pańskiej i pobożności.
Ponadto św. Paweł podaje owoce Ducha Świętego, czyli bardziej zewnętrze przejawy Jego działania:
"miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" (Gal 5,22).

Natomiast tzw. charyzmatami są nazywane nadzwyczajne uzdolnienia, których celem nie jest własne zbawienie lecz dobro Kościoła i zbawienie innych, jak mówi Katechizm:

Można się o ich udzielenie sobie modlić tylko warunkowo, tzn. o ile ich udzielnie w tym wypadku jest zgodne z wolą Bożą i jej celami. Tym samym nikt nie może sobie wybrać danego charyzmatu, gdyż Pan Bóg przydziela według Swojej woli i planu zbawienia. Owszem, charyzmaty mogą się zgadzać z naturalnymi predyspozycjami człowieka. Jednak zwykle Duch Święty działa niespodziewanie i też wbrew naturalnym słabościom danego człowieka, często nawet wbrew jego pragnieniom. Pragnienie konkretnego uzdolnienia, które jest wykonywane, wskazuje raczej na jego ludzkie pochodzenie, być może nawet demoniczne, nie nadprzyrodzone.

Sposób i oznaki działania Ducha Świętego są podane wielokrotnie zarówno w Piśmie św. jak też w pismach Ojców Kościoła, świętych Pańskich oraz mistrzów duchowych. Nie ma koniecznego związku z darem uzdrawiania. Powód jest prosty: sam Pan Jezus, będąc kuszonym na pustyni, odrzucił szatańską sugestię bycia mesjaszem widowiskowych cudów. W każdym uzdrowieniu zwracał uwagę na jego istotę, mianowicie na uzdrowienie duszy przez odpuszczenie grzechów, czyli nawrócenie, oraz wiarę, że On jest Mesjaszem, który przynosi Zbawienie przez Mękę i Zmartwychwstanie. Droga uzdrowienia dusz czyli Zbawienia wiecznego jest szczególnie opisana przez samego Pana Jezusa w Ośmiu Błogosławieństwach (Mt 5), które wskazują nie na pomyślność doczesną, lecz na obietnice wieczne. Tym samym działalność głosicieli tzw. prosperity Gospel (Ewangelii sukcesu) jaskrawie zaprzecza nauczaniu Jezusa Chrystusa i oznacza cofnięcie się do starotestamenalno-rabinicznych wyobrażeń i oczekiwań odnośnie Królestwa Bożego.

Należy wząć pod uwagę, że istnieją też "cuda" demoniczne. Mówi o tym już także Pismo św., aczkolwiek nie wyjaśniając precyzyjnie. W drugim Liście do Tesaloniczan jest mowa o cudach antychrysta:

 W świetle teologii katolickiej pewne jest, że szatan może działać w sposób przewyższający zdolności człowieka, także posługiwać się siłami niezbadanymi przez człowieka, jednak nie może działać prawdziwych cudów, czy znaków wykraczających poza prawa przyrody i siły stworzeń, w tym poza zdolności szatańskie. Dlatego Kościół badając domniemane czy rzekome uzdrowienia stosuje pewne kryteria, które pozwalają rozeznać. Tzw. charyzmatycy zwykle nie poddają się temu badaniu czy go wręcz unikają.

Pogoń za nadzwyczajnymi przeżyciami, doświadczeniami czy zjawiskami świadczy przede wszystkim o braku cnoty nadprzyrodzonej wiary, także o braku dojrzałości duchowej i zdrowego rozsądku. Czytając uważnie Ewangelię, dowiadujemy się, że cuda mają jedynie towarzyszyć głoszeniu Ewangelii i potwierdzać jej pochodzenie od Boga, nie ją zastępować. Bóg sam decyduje, komu w jaki sposób pomaga we wierze, czy i przez jakie znaki prowadzi do nawrócenia i pokuty. Zwykle jest to droga nie związana z widowiskowymi wydarzeniami. Dlatego nie należy oczekiwać cudów jako warunku dla aktu wiary, gdyż byłaby to postawa faryzejska i przeciwna prawdzie.


Czy krytycyzm wobec "uzdrowień" działanych przez tzw. charyzmatyków jest grzechem przeciw Duchowi Świętemu?



Ten zarzut jest często stosowany przez tzw. charyzmatyków.

Po pierwsze zawiera on w sobie fałszywą przesłankę, mianowicie aprioryczne założenie, że wszystko, co oni działają, pochodzi i musi pochodzić od Ducha Świętego.

Po drugie widać w tym brak wiedzy odnośnie tego, czym według Pisma św. i nauczania Kościoła jest grzech przeciw Duchowi Świętego (chodzi o fragment Ewangelii św. Mateuszowej 12, 30-32).

Jako dowód może posłużyć chociażby odnośny fragment z encykliki Jana Pawła II:


W podręcznikach katolickiej teologii moralnej podawane są następujące przypadki tego grzechu:
- zwątpienie w zbawienie (desperatio), czyli brak ufności w łaskę Bożą, która nas zbawia,
- zuchwałość w grzeszeniu z powodu ufności w Boże miłosierdzie (praesumptio),
- odrzucenie poznanej prawdy (impugnatio veritatis christianae agnitae),
- zazdroszczenie komuś otrzymanych łask (invidentia fraternae gratiae),
- zatwardziałość w grzeszeniu (obstinatio),
- brak nawrócenia i pokuty (impoenitentia).

Tak więc grzech przeciw Duchowi Świętemu nie ma nic wspólnego z krytycznym, rozumowym podejściem do działalności osób, które samozwańczo powołują się na działanie Ducha Świętego. Tym bardziej, gdy działalność tych osób ma niewiele wspólnego z wezwaniem do nawrócenia, a jest ukierunkowana raczej na korzyści doczesne, także na ich własną sławę.

Przyjęcie i wyznawanie wiary katolickiej nie oznacza rezygnacji z używania rozumu, lecz wręcz przeciwnie. Światło wiary udoskonala także tę władzę w człowieku. Dar rozumu jest jednym z darów Ducha Świątego. Mocą tego daru można i należy krytycznie oceniać także fenomeny tzw. charyzmatyczne. Dlatego właśnie Kościół wnikliwie bada nadprzyrodzoność zjawisk, które mają miejsce w kontekście jego działalności. 

Czy Pan Bóg jest wszędzie obecny?



Oczywiście Pan Bóg jako Stwórca, Sprawca i Pan całego stworzenia, jest wszechobecny w Swoim działaniu i ogarnia wszystko. Jednak jest istotowo i substancjalnie różny od rzeczy stworzonych.

Jego jedyną obecnością substancjalną, istotową w stworzeniu jest Najświętszy Sakrament, w którym jest obecny prawdziwy Bóg Jezus Chrystus.

Nowa metoda pochówku?



Nie chodzi właściwie o pochówek lecz o sposób obchodzenia się z prochami ludzkimi. To jest zasadnicza różnica. Istnieją dwa rodzaje pochówku:
- pochówek do ziemi czyli pogrzebanie, oraz
- kremacja, czyli spalenie.
Pochówkiem nie jest ani pozostawienie ciała na pożarcie zwierzętom i owadom, ani wrzucenie do wody.

Równocześnie należy pamiętać, że kremacja jako rodzaj pochówku jest zwyczajem pogańskim, nigdy nie była stosowana w Kościele, a była surowo zakazana. Także w obecnym Kodeksie Prawa Kanonicznego obrzęd katolicki jest dopuszczalny tylko wtedy, gdy motywy kremacji nie są sprzeczne z wiarą katolicką. Wiadomo, że wrogowie Kościoła zawsze forsowali i propagowali kremację dla manifestowania swojej niewiary w życie po śmierci i zmartwychwstanie.

Obrzęd katolickiego pochówku odbywa się zasadniczo PRZED pogrzebaniem względnie PRZED kremacją. Takie są przepisy Kościoła, wynikające z zasad liturgii chrześcijańskiej, która zawsze przestrzegała i nakazuje szacunek dla ciała ludzkiego jako świątyni Ducha Świętego oraz należącego do człowieczeństwa, które jest przeznaczone do zmartwychwstania. Jedynie w wyjątkowych przypadkach, tzn. gdy nie jest możliwe spełnienie obrzędów przed kremacją. dopuszcza się obrzędy żałobne z urną czyli po kremacji. Niestety ta sprawa została przez komisję liturgiczną Episkopatu niejasno potraktowana i w związku z tym rozpowszechniło się stosowanie obrzędów z urną, co jest wbrew zwykłym zasadom Kościoła.

Tym samym sprawą drugorzędną jest traktowanie prochów po kremacji. Oczywiście również należy je traktować z należnym szacunkiem. Jednak z całą pewnością nie można mówić o pochówku.

Nie dziwi fakt, że ktoś wpadł na pomysł wykorzystania rozpowszechnienia kremacji do zrobienia biznesu na rzekomo innowacyjnym sposobie "pochówku". Niestety wspomniane wyżej nadużycie, wynikające z wadliwej regulacji liturgicznej, sprzyja temu zjawisku.

Wiadomo, że ciało pochowane w ziemi, rozkłada się i substancje chemiczne pochodzące z ciała stają się pożywieniem dla organizmów żywych, roślin i zwierząt. Jest to proces naturalny, który jest w Księdze Rodzaju nazwany "powrotem do prochu ziemi". Oczywiście nie stanowi on przeszkody dla zmartwychwstania przed Sądem Ostatecznym.

Natomiast wspomniany sposób wykorzystania prochów po kremacji sugeruje i obrazuje coś innego, mianowicie jakby trwanie czy życie człowieka w drzewie czy roślinie. Jest to wyobrażenie fałszywe pod wieloma względami:
- Każda roślina czerpie substancje życiowe nie tylko z gleby, lecz także z wody i powietrza.
- Życie rośliny jest zasadniczo i istotnie różne od życia człowieka, gdyż jego zasadą życia jest dusza nieśmiertelna, która jest formą ciała, tzn. sprawia, że materia (atomy) tworzą organizm ludzki jedyny i niepowtarzalny.

Tak więc z punktu widzenia teologii katolickiej nie ma wprawdzie bezpośrednich przeciwskazań względem takiego sposobu, oczywiście o ile prochy traktowane są z należytym szacunkiem. Jednak są przeciwskazania ze względu na wymiar symboliczny i przynajmniej grube nieporozumienia. Istotny jest bowiem los duszy nieśmiertelnej, jej życie, jej powołanie do życia wiecznego wraz z ciałem po zmartwychwstaniu. Wyobrażenie, jakoby ktoś zmarły "żył" w roślinie czerpiącej pożywienie z jego prochów, jest gorzej niż naiwne, a może być też skierowane przeciw prawdzie o zmartwychwstaniu. Z tego powodu katolik powinien zachować dystans wobec takiej idei komercyjnej. Oczywiście tym bardziej katolik nie powinien godzić się na kremację, o ile nie ma takiej konieczności.


Co się dzieje z naszym Aniołem Stróżem po śmierci?



Anioł Stróż jest nam dany przez Boga jako towarzysz, obrońca i ochraniający nas przed niebezpieczeństwami zarówno dla duszy jak też dla ciała. Chodzi oczywiście o nasze zbawienie wieczne. W momencie śmierci rozstrzaga się dalszy los człowieka i tym samym zadanie Anioła Stróża zakończyło się.
Nie ma w tej kwestii dogmatu wiary ani oficjalnego nauczania Kościoła, można jednak z przesłanek teologicznych wnioskować, że Aniół Stróż wówczas powraca do Nieba czyli do chóru aniołów wielbiących Boga. Człowiek zbawiony pozostaje w ten sposób w łączności ze swoim Aniołem Stróżem.
Nie jest jednak wykluczone, że Anioł Stróż otrzymuje zadanie wobec innej duszy, nowostworzonej. To wydaje się jednak mniej prawdopodobne, gdyż mniej pasuje do jedyności i niepowtarzalności każdej duszy, każdego człowieka.

Kłopotliwa sytuacja...



Kościół nie reguluje formalnie sytuacyj, które powstają w wyniku nieprzestrzegania zasad Kościoła. Można jednak w oparciu o zwykłe reguły Kościoła na zasadzie analogii wywnioskować wytyczne postępowania.

Po pierwsze Komunia św. powinna być udzielania przy balaskach na klęcząco,
po drugie z pateną.
W razie gdy nie ma ministranta - co w niedzielę nie powinno się zdarzyć - patena powinna być trzymana przez osobę przyjmującą i podawana następnej osobie. Tak więc nie ma usprawiedliwienia dla braku pateny.

Powstała sytuacja jest niestety wynikiem szeregu wykroczeń przeciw regułom Kościoła. Potwierdza to nie tylko sensowność, lecz także konieczność stosowania tych reguł.

Winę ponosi zarówno duchowny jak też osoba w nieodpowiednim dla świątyni odzieniu (czy raczej z brakiem odpowiedniego). Aczkolwiek wina duchownego jest oczywiście większa.

Rozwiązanie podane przez duchownego jest zrozumiałe z jego strony. Nie chciał po ludzku urazić tej niewiasty sięgając do biustu. Aczkolwiek sięgnięcie byłoby w tym wypadku usprawiedliwione, a niewiasta powinna to dopuścić.

Co więcej: kapłan powinien był zadbać, by cząsteczki Ciała Pańskiego nie pozostały przy ciele. Należało wytrzeć to miejsce wilgotnym puryfikaterzem. Powinna tego dokonać sama niewiasta w miejscu dyskretnym, np. w zakrystii, odpowiednio pouczona przez kapłana. Puryfikatarz powinien być następnie potraktowany jak bielizna kielichowa.


Czy sakramenty są konieczne do zbawienia?


Konieczność sakramentów do zbawienia nie oznacza, że każdy musi przyjąć wszystkie sakramenty, żeby być zbawionym.

Pewne jest, że Jezus Chrystus ustanowił Kościół i powierzył mu sakramenty, w których On sam działa dla zbawienia wszystich ludzi wszystkich czasów. W tym znaczeniu sakramenty są konieczne.

Sakramenty z jednej strony zakładają wiarę, czyli przyjęcie prawdy objawionej. Z drugiej strony samo ich przyjmowanie nie wystarczy, gdyż konieczne jest życie w łasce uświęcającej. Mówi o  tym sam Pan Jezus, zwłaszcza w Ewangelii św. Janowej.

Zaś podane cytaty są dobrym przykładem na to, że nie można zrozumieć poszczególnych fragmentów Pisma św. w oderwaniu od całości Bożego Objawienia. Dotyczy to także nauczania o Duchu Świętym. On działa wespół z Ojcem i Synem w każdym sakramencie Kościoła, jednak sam nie jest związany nimi czy Kościołem.

Działanie Boga w Starym Testamencie



Stary Testament jest ukierunkowany na spełnienie Objawienia Bożego w Nowym Testamencie. Wyzwolenie z niewoli egipskiej jest proroczym obrazem Zbawienia od niewoli grzechu przez Jezusa Chrystusa.

Jezus Chrystus nie przyszedł, żeby uwolnić wszystkich ludzi od cierpienia, lecz żeby dać życie wieczne.

Oczywiście Bóg mógłby jednym aktem woli
zniweczyć grzech i cierpienie, mimo ludzi i wbrew ludziom. Jednak to by nie odpowiadało roli i godności człowieka. Tylko w sytuacji wyboru między dobrem a złem człowiek realizuje swoją wolność, przez którą jest podobny do Boga. To podobieństwo jest darem Boga i to tak wielkim, że wartym ceny grzechu i cierpienia.

Dotyczy to także historii starotestamentalnej. Wszystko ma znaczenie spełnione w Jezusie Chrystusie. Cokolwiek Bóg działa, to jest nastawione na nawrócenie ludzi, czyli uznanie Boga i wolne poddanie się Bogu w miłości.

Wiara - liturgia - moralność



Zacytowana reguła odnosi się pierwotnie do jedności między liturgią i wiarą. Oczywiście rozszerzyć można i należy o życie czyli realizację woli Bożej. Są to wymiary naszej egzystencji, które się nawzajem dopełniają i wspierają.

Lex orandi i lex credendi nie zależą od nas, lecz są nam dane jako dar wiary i życia Kościoła, wyznaczonego przez wiarę jako przyjęcie prawdy objawionej. Stąd mamy światło i też sposoby czerpania łaski Bożej, która przemienia naasze życie. Jednak konieczny jest także nasz wysiłek, by lex nie pozostawała tylko lex, by była także życiem.

Co uobecnia Msza św.?



Przede wszystkim Msza św. uobecnia Jezusa Chrystusa w sakramentalnych postaciach chleba i wina. To jest zasadnicze uobecnienie.
Ono jest bliżej określone w słowach Przeistoczenia, które wskazują na Ofiarę Krzyżową (Ciało wydane, Krew przelana).
Jest też mowa o Ostatniej Wieczerzy, jednak jedynie jako okoliczności ustanowienia tego sakramentalnego uobecnienia Ofiary Krzyżowej. To ustanowienie wyraźnie wychodzi poza ucztę, którą Chrystus Pan spożył z uczniami we Wieczerniku ("po wieczerzy wziął kielich..."). Dlatego nie można powiedzieć, by Msza św. była uobecnieniem Ostatniej Wieczerzy.
Wynika to także z formy, jaką przybrała Eucharystia już w czasach apostolskich i poapostolskich. Została ona uformowana nie wokół wieczerzy, lecz wokół Ofiary Krzyżowej. Św. Paweł mówi wyraźnie o spożywaniu Ciała Pańskiego i piciu Krwi Pańskiej, nie o psalmach czy inny potrawach, które miały miejsce podczas Ostatniej Wieczerzy. List do Hebrajczyków wyraźnie wskazuje na Ofiarę Nowego Przymierza, czyli jedność ołtarza z Ofiarą Krzyżową.

Wreszcie eucharystyczna Obecność Jezusa Chrystusa ma oczywiście także związek ze Zmartwychwstaniem i Wniebowstąpieniem, gdyż obecne jest Człowieczeństwo uwielbione Zmartwychwstałego. Dlatego Kanon Rzymski mówi o pamiątce Męki, Śmierci, Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia. Trzeba zwrócić uwagę, że jest mowa o pamiątce, nie uobecnieniu. Uobecnienie zakłada pamiątkę, ale jest czymś więcej. Uobecnienie odbywa się o tyle, o ile nas dotyczy, to znaczy naszego zbawienia już teraz: Chrystus uobecnia Swoją Ofiarę, byśmy razem z Nim sakramentalnie składali Ofiarę Ojcu. Dlatego jedynie Ofiara jest sakramentalnie obecna. Natomiast duchowo łączymy się oczywiście także z Jego Zmartwychwstaniem i Wniebowstąpieniem - na tym polega pamiątka.

Małżeństwo a dziewictwo



Sakrament małżeństwa jest przeznaczony dla wszystkich zdolnych do małżeństwa, oczywiście o ile nie wchodzi w grę powołanie do życia w czystości czy stanu duchownego.
Także życie w małżeństwie wymaga zdolności do wstrzemięźliwości, mianowice okresowej. Celem małżeństwa nie jest wyżycie popędu sexualnego, lecz wydanie potomstwa. Celem jedynie drugorzędnym jest "lekarstwo na pożądliwość", przy czym lekarstwo nie polega oczywiście na braku panowania nad pożądliwością. 

Samo fizyczne zachowanie dziewictwo nie jest wartością. Istotna jest motywacja. Generalnie jest też możliwe dziewictwo powodowane egoizmem czy wręcz demonicznym ascetyzmem (jest poświadczone, że Hitler żył w czystości). Dziewictwo jest wtedy stanem doskonalszym od małżeństwa, gdy wynika z wyższej motywacji, mianowice dla Królestwa Bożego, czyli dla służby Bogu i bliźniemu, oraz w oczekiwaniu chwały niebiańskiej.

Czy katolikowi wolno wierzyć w zabobony?


Wspomniane "zwyczaje" należy zaliczyć do kategorii zabobonów, czyli pogańskich wierzeń, których nie można pogodzić z wiarą katolicką.
Nawet jeśli te wierzenia miałyby jakąś wartość realną w sensie odniesienia do rzeczywistości czy mechanizmów paranormalnych, to może chodzić jedynie o rzeczywistość demoniczną czy przynajmiej parapsychologiczną, która przynajmniej może być powiązana ze sferą demoniczną.

Mówiąc krótko:
- Nie należy przywiązywać żadnej wagi do tego typu "zwyczajów".
- Nie należy ich stosować.
- Nie należy się obawiać złych skutków niestosowania ich, lecz być pewnym, że w sakramentach świętych, w modlitwie i życiu zgodnym z wolą Bożą jesteśmy wyposażeni we wszystko, co konieczne, potrzebne i pożyteczne dla zwalczenia i obrony przed złem.


Czy klient odpowiada za wykorzystanie zysku przez sprzedawcę?



Klient nie odpowiada bezpośrednio za ta, jak sprzedawca pożytkuje swój zysk, gdyż zwykle nie ma na to wpływu, a nawet zwykle nie wie o sposobie tego pożytkowania. Gdy wie i ma możliwość wyboru, wówczas powinien odpowiednio dopasować swój wybór. Nie ma jednak moralnego obowiązku, o ile nie ma pewności, że inny sprzedawca również nie pożytkuje swego zysku w sposób niemoralny.
Należy wykorzystać swoją wiedzę w tym względzie informując sprzedawcę o swoich zastrzeżeniach czy sprzeciwie, wraz z decyzją wyciągnięcia konsekwencyj w decyzji. Wówczas wiedza i decyzja mogą mieć realny wpływ.
Ze swej strony należy być gotowym do pewnych ograniczeń, gdy wchodzą w grę sprawy nadrzędne.
Np. gdy wiem, że dana firma wspiera niemoralne akcje, a mam możliwość wyboru zakupu u innej firmy bez istotnej negatywnej różnicy, wówczas sprawa jest oczywista. Istotny jest rodzaj i waga różnicy. Jeśli różnica jest typu luxusu, wówczas sprawa jest jasna. Jeśli natomiast chodzi o narzędzie pracy, np. komputer, czyli jakość i trwałość, wówczas decydująca może być sama umowa kupna-sprzedaży.
Trzeba bowiem rozróżnić dwie osobne płaszczyzny:
- umowy ze sprzedawcą
- prywatne decyzje sprzedawcy (nawet jeśli mają zasięg szerszy).
W tej drugiej płaszczyźnie obowiązek moralny wynika z prawa naturalnego, zasadniczo niezależnego od umowy kupna-sprzedaży. Natomiast umowa kupna-sprzedaży może i powinna zależeć od prawa naturalnego. Ostatecznie chodzi o równowagę między dobrem osobistym i dobrem wspólnym czyli społecznym. Jedno nie powinno się sprzeciwiać drugiemu i odwrotnie. Równocześnie należy wziąć pod uwagę realną, choć ograniczoną odpowiedzialność za dobro wspólne.

Krzyżyk w poprzek



Chrześcijanin traktuje znak krzyża z odpowiednim szacunkiem, jako znak i też symboliczne wyznanie swojej wiary, nie jako ozdobę. Zawieszenie w poprzek wskazuje natomiast na traktowanie jako jedynie ozdoby, jest więc wyrazem braku szacunku czy przynajmniej niezrozumienia.


Co wolno we Wielkim Poście?



Okres Wielkiego Postu jest dla katolika okresem pokuty za grzechy oraz rozważania Męki Pańskiej. Temu ma służyć dyscyplina postna oraz specjalne nabożeństwa. W ramach dyscypliny Kościół wzywa do rezygnacji ze wszystkiego, co jest niezgodne z duchem i celem tego okresu, zwłaszcza zabawy i rozrywki, które mają innych charakter.

Kościół nie zakazuje w tym okresie ani spotkań towarzyskich, ani godziwej rozrywki, o ile nie jest ona sprzeczna z charakterem okresu liturgicznego. Tym samym nie ma bezpośrednich przeciwskazań w danej sprawie, o ile chodzi o samo poznawanie się czy odpowiednią rozrywkę. Tak więc każdy powinien sam rozeznać, najlepiej z pomocą swego spowiednika.


Modlitwa o uwolnienie w Czatachowej


Odnośnie wskazanych fragmentów nie mam istotnych zastrzeżeń doktrynalnych. Modlitwa w tych fragmentach jest w zasadniczej treści podobna do modlitw liturgicznych, zwłaszcza błogosławieństw i exorcyzmów.

Są jednak następujące zastrzeżenia:

1. Ogłaszanie, że Pan Jezus robi to czy tamto, nie tylko zawiera zdolność jasnowidztwa, lecz także chlubienie się nią.

2. Niezrozumiały bełkot (o brzmieniu jakby hebrajsko-podobnym) nie jest ani formułą modlitwy, ani oznajmieniem treści, gdyż jest niezrozumiały. Jest więc pytanie o sens i cel tego bełkotu, tym samym także o jego pochodzenie.

W obydwu przypadkach nasuwa się podejrzenie o próżność, a to jest niepokojące. Według wszystkich katolickich mistrzów duchowych, nauczających o rozeznawaniu duchów, próżność jest cechą szatana.

Czy palenie tytoniu jest grzechem?



Palenie tytoniu zalicza się do używek, czyli konsumpcji, której celem jest przyjemność w znaczeniu doznania psychofizycznego. Jak w każdej konsumpcji, istotny jest aspekt cielesny, ale tym bardziej duchowy.

W aspekcie cielesnym istotne jest znaczenie zdrowotne, czyli zarówno wymóg jak też skutki dla zdrowia i kondycji ciała. Ta kwestia należy do dziedziny medycyny, aczkolwiek nie tylko w znaczeniu fachowym, gdyż skutki palenia zarówno aktywnego jak też pasywnego (wdychania dymu tytoniowego produkowanego przez inną osobę) są dość bezpośrednio odczuwalne przez każdego mającego doświadczenie.
Medycyna jest zgodna co do tego, że skutki zdrowotne są szczególnie poważne i zgubne w młodym wieku. Stąd we wielu krajach istnieje zakaz sprzedaży produktów tytoniowych nieletnim, rodzice zwykle dbają o to, by ich dzieci nie sięgały po tytoń, a także Kościół popiera tę linię przez przyrzeczenie składane czy to przez dzieci pierwszokomunijne, czy przez starszych na zasadzie dobrowolności.

W aspekcie duchowym istotny prymat ducha nad ciałem, jego potrzebami i doznaniami. Nawet abstrahując od względów zdrowotnych, tym bardziej liczy się wydawanie pieniędzy na takową przyjemność, aczkolwiek Kościół nigdy nie zakazywał zupełnie używek, a nakazywał jedynie umiar w ich stosowaniu, czyli podporządkowanie względom rozumowym i duchowym. Jedynie duchownych  obowiązywała szczególna dyscyplina także w tej dziedzinie, tzn. zarówno reguły zakonne jak też statuty diecezjalne zwykłe zakazywały duchownym palenia tytoniu. Powodem były zarówno względy zdrowotne (kapłan poświęca swoje życie dla służby Bożej), jak też ascetyczne (ubóstwo oraz prymat życia duchowego nad przyjemnościami cielesnymi).

Podsumowując:

1. Okazyjne palenie tytoniu, nie szkodzące zdrowiu i nie powodujące nałogu (czyli uzależnienia, które jest szkodliwe także dla ducha), zalicza się do używek dozwolonych i niegrzesznych, o ile jest stosowane z umiarem i bez uszczerbku dla duchowego i materialnego dobra swojego i bliźnich (tzn. nie kosztem obowiązków materialnych wobec rodziny i potrzebujących).
 
2. Grzeszne jest każde inne używanie tytoniu, tzn. bez umiaru, ze szkodą dla zdrowia ciała czy dla kondycji duchowej, czy chociażby dla obowiązków moralnych wobec bliskich i potrzebujących, nawet jeśli jest to związane z nałogiem. Może to być także grzech śmiertelny w zależności od okoliczności, pod zwykłymi warunkami.

3. W razie popadnięcia w nałóg, co jest w młodym wieku znacznie łatwiejsze, ograniczenie wolnej woli z powodu uzależnienia wprawdzie pomniejsza winę w aktualnej sytuacji, jednak nie pomniejsza winy początkowej, która doprowadziła do nałogu. W młodym wieku znaczna część winy spada na rodziców i otoczenie, które czy to nie zapobiegło wystarczająco, czy wręcz nawet sprzyjało popadnięciu w nałóg. Ponadto istotne jest, czy i na ile jest dobra wola i staranie się o wyjście z nałogu. Tym samym także nałogowe palenie nie jest bez grzechu, choć ciężar winy osobistej może być różny.

Czy katolik powinien korzystać ze zwyczajnego posługiwania przez tzw. szafarzy nadzwyczajnych?


Nie ma obowiązku korzystania z posługiwania tzw. szafarzy nadzwyczajnych.
Jak sama nazwa wskazuje, są oni ustanawiani dla sytuacyj nadzwyczajnych, tzn. mogą pełnić posługę wtedy, gdy w pilnej potrzebie nie ma szafarza nadzwyczajnego. To zwykle nie ma miejsca podczas Mszy św., gdyż jest przynajmniej celebrans.

Problem tkwi zarówno w niewłaściwym podejściu wielu duchownych, którzy wysługują się tzw. szafarzami dla własnej wygody i bez rzeczywistej konieczności, jak też w niejasności i sprzeczności odnośnych przepisów, które z jednej strony zaznaczają, że chodzi o szafarstwo nadzwyczajne, a równocześnie zezwalają na stosowanie w bliżej nieokreślonych sytuacjach. Tym niemniej sprawa jest o tyle prosta, że pierwszeństwo mają odwieczne zasady Kościoła, tym bardziej wobec niejasności nowych przepisów. W Kościele nigdy nie było sakramentalnego posługiwania przez świeckich, zwłaszcza w Eucharystii. Jest to pomysł protestancki, który uderza zarówno w katolickie rozumienie Eucharystii jak też w hierarchiczność Kościoła.

Dlatego katolik nie ma obowiązku korzystania z takowej posługi i ma prawo nalegać na przyjmowanie Komunii św. z rąk kapłana.

Jak należy teologicznie ocenić tzw. "zaśnięcia w Duchu Świętym"?


Chodzi o fenomen pochodzący od tzw. Toronto blessing, a pierwotnie z pogańskiego kultu kundalini (rodzaj jogi).



Jak w każdej tego typu kwestii należy wziąć pod uwagę zarówno aspekt zewnętrzny, czy warstwę wyrazu (fenomenologiczną), jak też aspekt wewnętrzny, treściowy. Ponadto istotne są zarówno okoliczności jak też cel.
Najważniejszymi kryteriami, o których mówi każdy podręcznik teologii fundamentalnej czy teologii duchowości, są:
- zgodność z Bożym Objawieniem podanym w Tradycji Kościoła, Piśmie św. oraz dokumentach Magisterium, oraz
- ukierunkowanie na zbawienie dusz, czyli cel nadprzyrodzony.

Abstrahując od kwestii pochodzenia należy wziąć pod uwagę:

1. Tzw. spoczynek w Duchu Świętym w tej formie - czyli upadnięcie w tył połączone z utratą świadomości-  nie jest znany w całej literaturze chrześcijańskiej, począwszy już od Starego Testamentu, poprzez Nowy Testament, aż po dzieje Kościoła.

2. Jego treścią jest
- od strony osoby poddanej doznanie "spokoju" czy "odpoczynku",
- od strony osoby sprawującej okazanie pewnej mocy sprawczej (nawet jeśli jest ona rozumiana jako instrumentalna wobec Ducha Świętego).

3. Tak więc celem jest jedynie takie doznanie, bez innej treści duchowej pochodzącej czy wskazującej na Ewangelię.

Tymczasem według Pisma św. i Tradycji Apostolskiej:

1. Działanie Ducha Świętego jest związane - zarówno w Starym jak też Nowym Testamencie - z prorockim wezwaniem do nawrócenia czyli wierności przykazaniom Bożym i wypełniania woli Bożej.

2. W Nowym Testamencie jest szczególnie związane ze świadczeniem o Jezusie Chrystusie jako Mesjaszu, który został ukrzyżowany za nasze grzechy i zmartwychwstał, wyznaczając drogę Swoim wiernym.

3. Duch Święty jest nieprzerwanie obecny i działa w Kościele, zarówno w jego wymiarze instytucjonalnym - Sakramentach świętych i rządzeniu - jak też spontanicznym (prorockim w węższym sensie), czyli w świętych Pańskich.

Porównanie daje dość jednoznaczny wynik:
- Tzw. spoczynek nie wiąże się w żaden sposób z wezwaniem do nawrócenia. Doznanie go może być różnie interpretowane i używane, także jako utwierdzenie w dotychczasowej drodze życiowej, która może być też grzeszna i bardzo grzeszna.
- Już w warstwie zewnętrznej nie jest oddaniem czci Bogu (co wyraża upadnięcie na twarz), lecz odrzuceniem, co wyraża upadnięcie w tył.
- Nie ma żadnego związku z celem nadprzyrodzonym, czyli zbawieniem duszy, które odbywa się poprzez dobrowolne poddanie się prawdzie objawionej, czyli przez oddawanie czci Bogu i posłuszeństwo Jego woli.

Podsumowując:
Ten fenomen nie ma żadnych znamion pochodzenia nadprzyrodzonego, czyli od Boga. Owszem, ma znamiona działania sił ponadludzkich. Tym samym wszystko wskazuje na pochodzenie demoniczne.


Post scriptum:
W Piśmie św. jest mowa o tego typu upadkach, mianowicie w księdze Izajasza 28:
Wymowa jest jednoznaczna: są to słowa skierowane przeciw niegodziwym kapłanom i prorokom. Upadek na wznak jest oznaką karcenia i karania.
To potwierdza powyższe stwierdzenia.

Czy osoba, która utraciła dziewictwo, może zawrzeć święty związek małżeński?

Może. Domyślam się, że nie chodzi o przypadek kogoś owdowiałego. Utrata dziewictwa, o ile była grzeszna (tzn. nie w wyniku gwałtu), jest wprawdzie w tym znaczeniu skazą na duszy, że każdy grzech pociąga za sobą jako skutek nie tylko winę (która jest przebaczana w Spowiedzi św.), lecz także karę oraz skłonność do grzechu. Jednak grzech zmazany sakramentalnie i odpokutowany jest o tyle nieistotny, że stan łaski uświęcającej powoduje zarówno godziwość zawarcia Sakramentu Małżeństwa jak też jest warunkiem kroczenia na drodze świętości.
Mówiąc w skrócie: także osoba, która utraciła dziewictwo, może żyć w stanie łaski uświęcającej, a to jest istotne dla osiągnięcia świętości oraz owocności łaski Sakramentu Małżeństwa.
Jeśli z popełnionego grzechu dana osoba wyciągnie tę korzyść, że będzie bardziej świadoma swojej słabości i nauczy się przez to pokory, wówczas można w pewnym sensie powiedzieć, że ta utrata była "dobra" pod względem następstw dla duszy. Co oczywiście nie znaczy, że grzech może być dobry czy obojętny, czy że można i należy grzeszyć dla osiągnięcia pokory. Grzech śmiertelny jest zawsze śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zbawienia duszy. Jednak pewne jest także, że Bóg obmywa duszę i czyni ją świętą, gdy człowiek szczerze żałuje i pokutuje. Tak jest na płaszczyźnie duchowej czyli istotnej. Płaszczyzna psycho-fizyczna ma swoje znaczenie, ale nie jest istotna.
Może być tak, że ktoś, kto zachował czystość, jest bardziej podatny na pokusy szatańskie poprzez pewność siebie i tym samym pychę, czyli wywyższanie się nad innych i pogardzanie nimi. Wówczas stan duszy może być o wiele gorszy niż kogoś, kto przez całe życie żałuje przeszłej nieczystości i trwa dzięki pokorze w łasce Bożej. 

Jakie są biblijne podstawy katolickiego rozumienia Eucharystii?

Imago de Pytania do teologa katolickiego.
Biblijne dowody na ofiarniczy charakter Mszy św. ustanowionej przez Jezusa Chrystusa są wielorakie, począwszy od Statego Testamentu:
- Ofiara Melchizedeka (Rdz 14.18n) jest określona jako proroctwo Ofiary Jezusa Chrystusa, por. Psalm 109,4 oraz List do Hebrajczyków 5,6 i 7,1nn. Już św. Augustyn o tym pisał wyraźnie (De civ. XVI, 22), także św. Cyprian i św. Hieronim.
- Proroctwo Malachiasza (1,10) wskazuje na przyszły kult ofiarny Nowego Testamentu.
- Słowa ustanowienia Eucharystii w Nowym Testamencie (Mt, Łk, Mk, 1 Kor 11) mówią wprost o Ofierze z Ciała i Krwi pod postaciami chleba i wina, jako Ofierze Nowego Przymierza.
- List do Hebrajczyków (13,10) mówi wyraźnie o "spożywaniu z ołtarza".
- List do Koryntian (1 Kor 10,16-21) mówi o Eucharystii w kontraście do spożywania "ze stołu demonów" czyli z ofiar pogańskich.
W tym bogatym treściowo kontekście należy interpretować wezwanie "czyńcie to na Moją pamiątkę". Kościół od początku aż po dziś dzień był wierny temu wezwaniu, odpowiednio je rozumiejąc, mianowicie od samego początku jako polecenie sprawowania Ofiary Nowego Przymierza.

Jak należy moralnie ocenić uprawianie sportów extremalnych?

Imago de Pytania do teologa katolickiego.
Piąte przykazanie obowiązuje oczywiście także podczas wypoczynku, w uprawianiu sportu czy hobby. Chodzi o własne zdrowie, ale także o zaangażowanie czasu i środków materialnych. O tyle ta kwestia dotyczy bardzo blisko także miłości bliźniego.
Uprawianie himalaizmu o tyle nie ma nic wspólnego z ascezą i pobożnością, że zwykle chodzi w tym o własną sławę, sprawdzenie własnych sił czy innego typu własną przyjemność. Motywacja religijna nie tylko się chyba nie zdarza, lecz wręcz byłaby nie do pogodzenia z tego typu wyczynami, chyba że dla ratowania innych.
Oczywiście teoretycznie także himalaizm może być jako sport uprawiany w zgodzie z przykazaniami Bożymi, tym samym nie musi być automatycznie grzeszny. To jednak zależy od spełnienia pewnych warunków, które są zarówno subiektywne (motywacja, wzgląd na innych) jak też obiektywne (zdolności, siły, okoliczności, godziwość środków, dobro innych).

Jaki jest cel małżeństwa według nauczania Kościoła?

Imago de Pytania do teologa katolickiego.
Według tradycyjnej teologii katolickiej celem, dla którego Bóg ustanowił instytucję i Sakrament Małżeństwa jest trwanie rodzaju ludzkiego czyli potomstwo. Tylko na tej podstawie można uzasadnić zarezerwowanie pożycia płciowego wyłącznie dla małżeństwa. Ten cel, gdyż chodzi o relację ludzką i potomstwo ludzkie, zawiera w sobie całość wymiaru także osobowego, zwłaszcza wraz z miłością, wiernością, uczciwością, dozgonnością itd. Należy więc go rozumieć jako cel istotny, nadrzędny, który nie wyklucza lecz zakłada cele pośrednie, a także godność ludzką dzieci pochodzących ze związku małżeńskiego. Innymi słowy: ani pożycie płciowe, ani dzieci nie są środkiem ku dobru małżonków, lecz odwrotnie, tzn. miłości, wierność i wszystkie cechy małżeństwa są ukierunkowane ku płodności, która obejmuje także wychowanie i odpowiedzialność za zbawienie dusz, od zawarcia małżeństwa aż do śmierci.

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. mówi o celu pierwszorzędnym (finis primarius) i celu drugorzędnym (finis secundarius). Tym pierwszym jest prokreacja i wychowanie potomstwa, drugim wzajemna pomoc małżonków oraz lekarstwo na pożądliwość (remedium concupiscentiae). Jest w tym zawarta cała istota i głęboka, a zarazem uporządkowana treść katolickiej teologii małżeństwa.
Począwszy od Vaticanum II zaczęto cele małżeństwa podawać w odwrotnej kolejności, tzn. najpierw dobro małżonków, a następnie wydanie potomstwa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o tych celach jako równorzędnych i stanowiących nierozerwalną jedność. Tym samym nie ma podstaw twierdzenie, jakoby dobro małżonków - jakkoiwiek pojmowane - było pierwszym i nadrzędnym celem.
Imago de Pytania do teologa katolickiego.

Imago de Pytania do teologa katolickiego.
Istotne znaczenie wydania potomstwa wynika jasno także z Kodexu Prawa Kanonicznego z 1983 r. Dopiero małżeństwo wykonane (consummatum, czyli po odbycia aktu małżeńskiego) jest nierozwiązywalne, zaś przeszkodą uniemożliwiającą zawarcie małżeństwa jest impotencja czyli niezdolność do aktu małżeńskiego. Bezpłodność (sterilitas) nie jest przeszkodą kanoniczną i tym samym powodem orzekania nieważności małżeństwa, ponieważ
- jest często tymczasowa,
- a jeśli jest trwała, to może być często zdiagnozowana przed zawarciem związku,
- może być leczona,
- akt małżeński zawiera w sobie i skutkuje także więzią osobową i tym samym naturalnym obowiązkiem dozgonnej wierności,
- w takim wypadku małżeństwo może zostać spełnione zastępczo przez adopcję i tym samym zrealizować cel trwania rodzaju ludzkiego,
- dotyczy zwykle jednego współmałżonka i w razie unieważnienia konsekwencje egzystencjalne poniosłaby jednostronnie tylko ta osoba, która często czy zwykle nie ponosi winy za swoją bezpłodność.

Tym niemniej w różnych publikacjach czy nauczaniu ustnym, także duchownych i teologów rozpowszechnił się pogląd, jakoby celem nadrzędnym małżeństwa było dobro małżonków, zresztą często pojmowanie bardzo nisko jako legitymizacja wyżycia pożądliwości czy wręcz korzyść egzystencjalna i materialna. Potomstwo - zwykle ograniczane do jednego czy dwójki dzieci - jest często ujmowane jako dodatek, jakby uzupełnienie i rodzaj zabezpieczenia na starość, a nie jako cel nadrzędny. Skutkuje to nie tylko infantylizacją relacji małżeńskiej (małżeństwo dla zabawy) i brakiem dojrzałości rodzicielskiej, lecz także brakiem gotowości przyjęcia potomstwa według woii Bożej i też osobowego traktowania dzieci, gdy dzecko jest trakowane jako środek do spełnienia potrzeb i planów małżonków, a nie jako dziecko Boże, za które rodzice są odpowiedzialni przed Bogiem. Ma to konkretne przełożenie zarówno na liczbę potomstwa, jak też na trwałość małżeństw (która wymaga dojrzałości osobowej i duchowej), a także na rozwój osobowy, duchowy i kompetencje społeczne młodego pokolenia.

Całkiem logicznie, po tej samej linii idzie domaganie się legalizacji oraz przywilejów dla "małżeństw" homosexualnych. Skoro płodność jest jedynie drugorzędna, a właściwym celem jest dobro dwójki ludzi, to nie ma prostej, naturalnej przeszkody dla realizacji takowych żądań.
Zmiany w tej dzedzinie są doświadczalne na codzień, zarówno w Polsce, jak też w krajach niegdyś katolickich. Ich kierunek jest wręcz zatrważający, chociażby demograficznie. Przyczyny i tym samym winę upatruje się zwykle w anonimowych procesach historycznych, co jest niczym innym jak rodzajem paramarxistowskiego determinizmu, który jest irracjonalny i fałszywy. Jest to uciekanie od wyciągania wniosków z błędów popelnionych we własnym zakresie i tym samym od przyznania się do winy polegającej na odejściu od stałego, odwiecznego nauczania Kościoła. Empirycznym dowodem przeciwnym są rodziny chrześcijańskie, nie tylko zresztą katolickie, które także obecnie, w aktualnych realiach kulturowych i społecznych, trzymając się tradycyjnego rozumienia małżeństwa i rodziny (często jedynie intuicyjnie, bez głębszej reflexji teologicznej) podejmują wręcz heroiczny trud zarówno wierności małżeńskiej jak też płodności zgodnie z wolą Bożą, dla dobra nie tylko i nie przede wszystkim własnego.

Dlaczego Bóg dopuszcza zło?

Imago de Pytania do teologa katolickiego.

Zacznijmy od porównania, które powinno być pomocne. Rodzice dali synowi na prawo jazdy, także na dodatkowe kursy i kupili mu samochód. Syn przez swoją lekkomyślność i nieposłuszeństwo spowodował wypadek ze szkodą dla innych. Ojciec jako policjant był akurat przy tym wypadku i musiał zgłosić syna do prokuratury. Czy ojcu można z tego powodu coś zarzucić?
Oczywiście jest kwestia, dość ważna teologicznie, dlaczego Pan Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Odpowiedź tkwi w prawdzie o Bogu, gdyż wszyskie Jego dzieła, także stworzenie człowieka, wynikają z Jego istoty.
Bóg jest miłością, a miłość to dar z siebie. Dlatego Bóg "musiał" - w znaczeniu "konieczności" wynikającej z Jego istoty - stworzyć kogoś, kto jest obdarzony wolnością na obraz Boży i zdolny do miłości. Bóg "musiał" podzielić się także swoją zdolnością do miłości, a miłość zawsze oznacza wolność, gdyż jest darem ze siebie w wolności.
Wolność z kolei zakłada także możliwość grzechu, czyli przeciwieństwa miłości. Jednak grzech został także przezwyciężony przez miłość Boga do człowieka w Jezusie Chrystusie. To zwycięstwo nie niweczy naszej wolności, ale tryumfuje w człowieku przez miłość właśnie dzięki wolności.

Na czym polega dobro wspólne jako cel państwa?




Dobro wspólne w znaczeniu politycznym wynika z celów państwa, wynikających z prawa naturalnego. Naczelnym celem państwa jako formy organizacji życia społecznego jest realizacja dobra jednostek w sposób społeczny i na płaszczyźnie społecznej czyli wspólnej dla obywateli. Tym samym nie można go oddzielić od celu życia człowieka, aczkolwiek udział państwa w realizacji tegoż jest pochodny i ograniczony. 

Dlatego naczelną zasadą katolickiej nauki społecznej jest zasada pomocniczości państwa. Według niej państwo ma prawo i obowiązek działać tylko wtedy i o ile jednostki i rodziny nie mają we własnym zakresie możliwości osiągnięcia celów określonych przez prawo naturalne. 

Klasycznym sformułowaniem prawa naturalnego jest Dekalog. Wbrew często powtarzanej, błędnej opinii, nie jest to w swej istocie prawo religijne, czyli specyficzne dla wspólnoty religijnej czy to starotestamentalnej czy chrześcijaństwa. Jest historycznie pewne, że zasadnicza treść Dziesięciorga Przykazań była znana i miała rangę prawną na długo przed Prawem Mojżeszowym (tzw. Kodex Hammurabiego). Także obecnie każde prawodawstwo, chyba w każdym kraju, niezależnie od religii, na całym świecie, jest właściwie tylko rozwinięciem Dekalogu przynajmniej w wersji powszechnej w Europie od XVIII wieku. Ta wersja jest wprawdzie niedoskonała, gdyż z przyczyn ideologicznych i irracjonalnych gorzej traktuje czy wręcz wyłącza dziedziny zawarte w pierwszych trzech przykazaniach oraz w szóstym, częściowo także w piątym. Tym niemniej pewne jest, że źródłem tego poważnie okaleczonego powszechnego kodexu etyczno-państwowego jest prawo naturalne, aczkolwiek są różnice w jego uzasadnianiu i konkretnym formułowaniu. 

Trzymając się pełnej wersji prawa naturalnego, czyli Dekalogu, można przykładowo określić następujące obowiązki państwa:
- Państwo ma prawo i obowiązek zapewnić obywatelom poznanie i praktykowanie jedynej prawdziwej rełligii, która jest także gwarantem pokoju społecznego. Fałszywe kulty nie powinne mieć praw publicznych, ale państwo nie powinno ingerować w osobiste wierzenia.
- Państwo ma prawo i obowiązek chronić porządek społeczny, począwszy od rodziny, i tym samym także każdą prawowicie ustanowioną i sprawowaną władzę.
- Państwo ma prawo i obowiązek chronić życie człowieka od poczęcia aż do naturalnej śmierci, szczególnie prawa najsłabszych czyli dzieci, chorych i starszych
- Państwo na prawo i obowiązek chronić małżeństwo i wszystko, co służy jego trwałości i celowi, czyli wydaniu i wychowaniu potomstwa.
- Państwo ma prawo i obowiązek chronić własność, czy to indywidualną, czy rodzinną, czy społeczną (stowarzyszenia, Kościół), co zawiera także zarówno ochronę wolności działalności gospodarczej, jak też praw nabytych jak godziwe wynagrodzenie za pracę. 

Zbawienie dusz nie jest właściwym i bezpośrednim celem państwa, gdyż jest to cel społeczności doskonałej, którą jest Kościół katolicki czyli jedyna prawdziwa religia. Owszem zadaniem państwa jest - w ramach dobra wspólnego określonego przez prawo naturalne - wspieranie działalności Kościoła, jednak przestrzegając podziału kompetencji i władzy. 

Państwo może i powinno wydawać zakazy o charakterze obyczajowym, o ile wynika to z dobra wspólnego. Jednak ze swej natury może to czynić wyłącznie w sferze publicznej. Konkretnie: państwo nie ma prawa ingerować w moralność w dziedzinie niepublicznej, czyli prywatnej, chyba że wchodzi w grę ochrona praw innych osób. Konkretnie: państwo nie ma prawa regulować ubioru i zachowania sexualnego w sferze prywatnej, tzn. w obrębie swego domu czy posiadłości. Ma jednak prawo i obowiązek ingerować, gdy np. dzieci są narażone na zgorszenie czy inne zagrożenie ze strony rodziców, krewnych czy innych osób, nawet jeśli się to odbywa niepublicznie. Tak więc rozwiązłość sexualna w każdej postaci, bluźnierstwa przeciw prawdziwej religii (także w postaci fałszywych kultów), pijaństwo, narkotyki itp. mogą i powinny być zakazane w przestrzeni publicznej. Wobec sfery prywatnej państwo powinno zachować dystans i szanować prywatność, o ile nie wchodzą w grę prawa innych osób, np. dzieci. Kościół nigdy nie popierał ani nie żądał czy to inwigilacji czy ingerencji państwa w sferę prywatną. Wręcz przeciwnie. Zarówno w swoich zasadach jak też w praktyce, np. w spowiedzi usznej, zawsze szanował prywatność i to nawet wbrew zakusom władz. Tym samym Kościół nigdy nie popierał państwa totalitarnego już chociażby w zamyśle czy w zalążku.

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...