Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franciszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franciszek. Pokaż wszystkie posty

"Teraz, dzięki Bogu, nie zostanę biskupem"


W roku 2023 ówczesny nowo mianowany arcybiskup i prefekt dykasterii ds. biskupów Robert Prevost opowiedział po krótce historię swojej znajomości z Jorge Bergoglio:

Po krótce:

Poznali  się w okresie, gdy Bergoglio był arcybiskupem Buenos Aires, a Prevost jako przełożony generalny odwiedzał swoich współbraci na całym świecie i także w Argentynie. Spotkali się kilka razy. Gdy Bergoglio został wybrany na papieża, Prevost powiedział do swoich współbraci zakonnych: "Dzięki Bogu, teraz nie zostanę biskupem". Miał na myśli to, że często nie zgadzał się z Bergoglio i znali swoje poglądy. Widocznie już wtedy, czyli za pontyfikatu Benedykta XVI, był kandydatem na biskupa, ciesząc się uznaniem w Watykanie. 

Początki Leona XIV


Mija właśnie tydzień od wyboru Leona XIV na Stolicę Piotrową. Już w tym krótkim czasie, od swoich pierwszych wystąpień zdobył sobie sympatię wielu, zarówno katolików jak też niekatolików. Wzbudził i potwierdził nadzieje nie tylko na nowy rozdział w historii Kościoła lecz także na powrót do normalności poważnie zaburzonej i zapewne z rozmysłem burzonej przez ubiegłe 12 lat. 

Symboliczne gesty jak normalny strój chórowy papieski, jak śpiewanie modlitw, jak udzielenie katolickiego błogosławieństwa na spotkaniu z dziennikarzami są dość wymowne, choć mogą zostać uznane za nieistotne. Większą wagę mają słowa nowego papieża, które podawane są codziennie, a wyrażają zarówno niebanalne myśli jak też staranny, klarowny i konkretny styl, jakże daleki od mętnych, pokrętnych, zagadkowych i nierzadko bulwersujących wypowiedzi jego poprzednika. To jest zupełnie inna jakość pod każdym względem. W zachowaniu i słowach jawi się człowiek naturalnie serdeczny, rozsądny, starannie wykształcony pod względem zarówno wiedzy jak też kultury osobistej i pobożności. Już taka osobowość na tym urzędzie jest balsamem dla dusz katolików boleśnie doświadczanych przez minione lata. 

Także poruszane wątki i sposób ich potraktowania sprzyja nadziei na czas o wiele lepszy dla Kościoła. Na szczególną uwagę zasługuje przemówienie do wiernych obrządków wschodnich, które wykazuje zarówno dobrą znajomość ich sytuacji zwłaszcza w krajach, gdzie są mniejszością, jak też głębokie zrozumienie i szacunek dla ich świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa. Przy okazji pojawiła się też myśl dotycząca liturgii, a to także w odniesieniu do Kościoła zachodniego, gdzie mamy bardzo poważną zapaść pod tym względem: 


Czy jest to zapowiedź powrotu do przyznania tradycyjnej liturgii rzymskiej jej właściwego miejsca w życiu Kościoła obecnie, zobaczymy. Myślę, że można się tego spodziewać, aczkolwiek zapewne nie od razu i nie w pierwszej kolejności. 

Są też oczywiście zastrzeżenia co do dotychczasowej działalności Robert'a Prevost'a czy to w funkcji biskupa Chiclayo w Peru, czy też jako prefekta dykasterii ds. biskupów. Chodzi zwłaszcza o jego postawę podczas tzw. pandemii, konkretnie brak sprzeciwu wobec narzuconych przez możnych tego świata środków "zaradczych". Z ostatniego okresu przed konklawe obarczany jest natomiast odpowiedzialnością za usunięcie z urzędów konserwatywnych biskupów jak bp Rey z Frejus-Toulon we Francji i bp Strickland z Tyler w USA. Co do tych ostatnich spraw watykaniści zauważają, że z całą pewnością nie były to osobiste decyzje kardynała Prevost'a, gdyż już za urzędowania jego poprzednika Franciszek zainstalował w tejże dykasterii swojego wiernego pachołka z Brazylii jako sekretarza, który de facto prowadził te sprawy, a decyzje podejmował ostatecznie oczywiście sam Franciszek, a nie kardynał prefekt. Czy kard. Prevost miał możliwość sprzeciwu, trudno powiedzieć. Pewne jest, że sprzeciw byłby bezskuteczny. A wydaje się, że sprzeciw nie pasowałby do osobowości zakonnika wytresowanego w dyscyplinie kościelnej i też do typowej dla mentalności usańskiej lojalności wobec szefa. Podobnie jest chyba z jego postawą podczas pandemii. Prevost z natury i formacji duchowej nie jest buntownikiem czy rewolucjonistą, a być może też nie zdobył się na samodzielne zasięgnięcie wiedzy w tej sprawie i poddał się prądowi zarówno politycznemu jak też wewnątrzkościelnemu, płynącemu zresztą z samego Watykanu. Okaże się, czy jest to słabość charakteru, która może zaważyć na decyzjach podejmowanych z pozycji urzędu papieskiego. Z pewnością łaska urzędu też będzie działać. 

Generalnie wygląda na to, że katolicy wreszcie mogą odetchnąć z ulgą po latach nonsensów, kłamstw, zgorszeń i wyzwisk pochodzących od osoby sprawującej najwyższy urząd w Kościele. Nadszedł też czas na jeszcze trzeźwiejszą ocenę tych ostatnich 12 lat i jej głównego bohatera. Fakt, że kolegium kardynałów elektorów wykreowanych przez niego wybrało ostatecznie kogoś, kto pod wielu, może nawet wszystkimi istotnymi względami stanowi zerwanie z bergoglianizmem, należy uznać za dowód działania Bożej Opatrzności i prowadzenia Kościoła przez asystencję Ducha Świętego. Konklawe z 2013 r. wybrało kogoś, kogo nawet jego liberalni przełożeni zakonni - a jest to przecież dość wyraźnie modernistyczny zakon jezuitów - uważali za niegodnego urzędu biskupa (więcej tutaj), co się zresztą potwierdziło na oczach całego świata. Kulisy tego wyboru są obecnie dobrze znane (wystarczy poszukać w internetach informacyj o tzw. mafii z Sankt Gallen). Poniekąd pocieszające jest to, że skrajni moderniści dla realizacji swojej wywrotowej agendy mogli się zdobyć tylko na takiego kandydata, który był zdolny i skłonny uciekać się do obłudnej skromności, kiczowatych gestów jak całowanie nóg imigrantów, polityków afrykańskich itp. Tamten pontyfikat łączył modernistów niemieckich dążących do możliwie daleko idącego upodobnienia Kościoła do protestantyzmu (dla powstania quasi jednej religii jednoczącej naród niemiecki ku jeszcze większej potędze) z upadłymi moralnie kręgami duchownych, głównie kryptogejów, którzy również są żywo zainteresowani wewnętrznym zafałszowaniem nauczania i praktyki Kościoła, czy przynajmniej rozbiciem jedności doktrynalnej i duszpasterskiej Kościoła ostatecznie w kwestiach moralnych, zaś drogą do tego jest wielowarstwowe i dogłębne ekumaniactwo, które w istocie jest niczym innym jak relatywizmem doktrynalnym i moralnym, wymierzonym w niezniszczalność Kościoła Chrystusowego jako ostoi prawdy. Te powiązania stały się dość jasne właśnie w działaniach Franciszka, nawet jeśli on niby hamował i tonował zbyt niecierpliwe posunięcia pochodzące znad Renu. 

Tak więc w Roku Świętym ogłoszonym przez Franciszka jako "rok nadziei" to właśnie on przez swoje odejście na sąd Boży dał Kościołowi nadzieję na powrót do czystości wiary i dążenia do autentycznej, nie pokazowej świętości. Nawet jeśli nie nastąpi to nagle, lecz będzie to proces. W sumie wygląda na to, że pontyfikat Leona XIV może być najlepszym od czasu św. Piusa X, oczywiście na tle obecnej sytuacji w Kościele i świecie. Trzeba go otoczyć żarliwą modlitwą. 

O stanie Kościoła A. D. 2025


Jego pierwsze wystąpienie po konklawe 13 marca 2013 spowodowało u wielu katolików, także tych obecnych na Placu Św. Piotra, dość widoczną konsternację. Szokujące było pierwsze zdanie brzmiące "buona sera" czyli "dobry wieczór", zamiast katolickiego pozdrowienia "niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" używanego przez wszystkich papieży. Pewnym szokiem czy przynajmniej powodem do zdziwienia była prośba o modlitwę za niego przed udzieleniem błogosławieństwa. Myślę, że te dwa gesty - dość symboliczne - można uznać za programowe streszczenie jego ponad 12 letnich rządów na Stolicy Rzymskiej: odejście od uwielbienia Jezusa Chrystusa oraz fałszywa pokora obliczona na kupienie popularności czy przynajmniej sympatii. To drugie było dość sprytnym zabiegiem manipulacyjnym, co potwierdza jego powtarzane dopowiedzenie: "módlcie się za mnie, nie przeciw mnie". W ludziach pobożnych taka prośba wywołuje odruchową sympatię oraz uśmierza krytyczne myślenie czy wręcz oburzenie z powodu innych jego słów i działań. 

Swoistym szczytem hipokryzji jest sprawa miejsca pochówku. Według jednego z jego pupilów, zażyczył sobie pochowania w bazylice Santa Maria Maggiore, gdyż rzekomo Matka Boża mu tak nakazała (źródło tutaj):

Problem w tym, że przygotowanie takiego grobu kosztowało według doniesień około miliona euro, czyli kilka- do kilkanaście razy więcej niż pochówek w grotach watykańskich, tym bardziej, że tam znajduje się nowy sarkofag, który na polecenie Franciszka został przygotowany dla Benedykta XVI. Ponadto celem wykonania miejsca pochówku dokonano zniszczenia zabytkowej ściany wraz z zabytkowym portalem (źródło tutaj), co także pasuje do "skromności" bergogliańskiej:


Innym przykładem, nie mniej gorszącym, jest decyzja zamieszkiwania w domu św. Marty, czyli w w hotelu, który normalnie służy głównie biskupom i kardynałom, oczywiście odpłatnie. Dla wybranego w 2013 r. wyłączono z użytkowania hotelowego nie tylko jeden apartament lecz pokaźną część budynku, dokładnie całe pierwsze piętro, żeby zapewnić mu spokój i prywatność, do czego dokonano także przebudowy tego piętra, urządzając osobną kuchnię, prywatną kaplicę, salę przyjęć oraz apartamenty dla najbliższych współpracowników, co oczywiście także spowodowało pokaźne wydatki. Koszty tej "skromnej" zachcianki zostały oficjalnie podane jako 200 000 eurów miesięcznie, co daje łączną sumę prawie 30 mln eurów za cały okres pontyfikatu (źródło tutaj): 


Równocześnie pozostawał niezamieszkany właściwy apartament papieski w pałacu papieskim przy Placu Św. Piotra, który oczywiście również musiał być utrzymywany bez zamieszkiwania. Spowodowało to więcej niż podwójny koszt niż w wypadku zamieszkiwania w apartamencie papieskim. Ten kapryśny gest był i jest sprzedawany publiczności jako przykład i dowód skromności i ubóstwa papieża, co jest oczywiście absurdalne, niezgodne z faktami i szyderstwem ze zdrowego rozsądku. 

Zapoznawszy się z jego pierwszymi wystąpieniami, dość rychło wiedziałem, z kim mamy do czynienia i co nasz czeka. Usłyszałem bowiem frazesy i krętacki styl, który dość dobrze poznałem podczas studiów zwłaszcza u werbistów w Austrii. Tak się złożyło, że prowincjałem SVD został wtedy Niemiec, który długie lata był spędził w Argentynie. Wykładał teologię "moralną", a właściwie zupełnie niemoralną i niekatolicką, gdyż atakował wszystko, co katolickie począwszy od katolickiego nauczania co do stosunków przedmałżeńskich, rozwodów,  antykoncepcji, zboczeń z homoseksualizmem włącznie, aż do aborcji i celibatu włącznie. Oczywiście w powoływaniu się na "sobór" i z całkowicie nieukrywaną pogardą nawet do nauczania Jana Pawła II w kwestiach etycznych. Innymi słowy: pojęcia i styl używany przez Franciszka dość dokładnie odpowiadał moim najgorszym doświadczeniom z czasu formacji i studiów. Włącznie z otwartą nienawiścią do wszystkiego, co "przedsoborowe" choćby nawet w wydaniu wojtyliańskim. Nie byłem więc zagrożony naiwnością wobec kiczowatego "ubóstwa", zresztą znając dość dobrze zarówno duchowość ignacjańską oraz stan zakonu jezuitów (aczkolwiek miałem też szczęście poznać jednego porządnego jezuitę "starej daty" i solidnej formacji, który był ojcem duchownym w seminarium wiedeńskim, a któremu wiele zawdzięczam). Przyznam, że do dziś nie rozumiem, jak można nie dostrzec tej kiczowatości, która jest zawsze fałszywa gdyż ukrywająca drugie dno i zupełnie inne cele, co potwierdzają fakty poznawane później, a zawarte chociażby już w książce dawnego przyjaciela z Buenos Aires, który po publikacji książki zginął w tajemniczych okolicznościach (do ściągnięcia tutaj):


Szczerze mówiąc, od tego 13 marca 2013 r. nie byłem właściwie niczym zaskoczony. Zaskoczeniem było jedynie to, że ktoś taki mógł zostać wybrany. Już na początku lat 2000-ych mówiło się w kręgach kościelnych, że następnym papieżem będzie Carlo Maria Martini. Po latach publiczność dowiedziała się, że było to już wtedy przygotowywane przez słynną "mafię z Sankt Gallen", która następnie przekierowała swoje działania na kardynała Bergoglio, który był mało znany poza Ameryka Południową. Pewne jest, w konklawe 2013 roku spora część frakcji wojtylianów i ratzingerianów musiała na niego zagłosować, gdyż bez tych głosów nie mógł być wybrany. Musiał być więc ktoś z tych frakcyj, to przekonał innych do oddania głosu na Bergoglio, bazując na niewiedzy i naiwności (wydaje mi się, że znam osobiście przynajmniej jedną osobę, która mogła to uczynić i prawdopodobnie uczyniła). Powszechnie wskazuje się na przemówienie kardynała Bergoglio podczas tzw. kongregacji generalnej przed konklawe, które to wystąpienie sprawiło przekonywujące wrażenie, gdyż postulował on odejście od "zwrócenia się ku sobie" (autoreferenziale), czyli skupienia się Kościoła na sobie, i przejście do misyjności Kościoła. Po 12 latach wiemy, że to było oszustwo, gdyż ten pontyfikat był tak "autoreferenziale" jak żaden inny w historii Kościoła, czego dobitnym dowodem jest kilkuletni "synod o synodalności", który jest niczym innym jak maniakalnym zajmowaniem się samym sobą i usiłowaniem przekształcenia Kościoła w organizację typu sekt protestanckich, gdzie z jednej strony nie ma - przynajmniej pozornie i doraźnie - jasnych struktur hierarchicznych, lecz panuje - przynajmniej pozornie i doraźnie - demokracja, a równocześnie wola przywódcy - w tym wypadku Franciszka i jego następcy - ma rangę wyższą niż prawdy wiary i prawo kościelne. To jest właśnie ten mechanizm, który ma nieodwracalnie przemienić, a właściwie podmienić Kościół pod pozorem słuchania siebie nawzajem i Ducha Świętego, jak to obłudnie formułuje ekipa bergogliańska. Także "misyjność" bergogliańska, jak okazało się, polegała jedynie na okazywaniu poparcia sektom protestanckim infiltrującym struktury Kościoła katolickiego, na zakazie głoszenia Żydom zbawienia w Jezusie Chrystusie, akcentowania braterstwa z wyznawcami islamu, a nawet na ogłoszeniu, że wielość religii jest chciana przez Boga i że wszystkie religie prowadzą do Boga. 

Już bezpośrednio przed konklawe 2013 r., a w wyniku tamtych kongregacyj generalnych kardynałów dochodziły pogłoski, że planowany jest pontyfikat antyratzingeriański. Osobiście, na podstawie wielu drobnych poszlak, myślę, że w ramach konklawe w 2005 r. doszło do swoistego paktu między frakcją ratzingeriańską a martiniańską (mówiąc w uproszczeniu), według którego Ratzinger został wybrany w celu wciągnięcia w oficjalne struktury lefebvrian czyli FSSPX, by ich uzależnić. Potwierdza to fakt, iż kardynał Bergoglio jako arcybiskup Buenos Aires pomagał kapłanom FSSPX w uzyskaniu wiz od władz argentyńskich, co zapewne także przyczyniło się do jego wyboru w 2013 r., w nadziei na nowe szanse rozwiązania problemu "lefebvryzmu" (co się po części spełniło w postaci udzielenia im jurysdykcji do spowiedzi oraz możliwości uzyskania jurysdykcji do sakramentu małżeństwa). Równocześnie znane było jego wrogie stanowisko wobec liturgii tradycyjnej. Myślę, że to był jeden z głównych powodów przeforsowania jego wyboru. Po "Summorum Pontificum" z 2007 r. spora część modernistycznych biskupów była oburzona odebraniem im kompetencji w ograniczaniu, a nawet eliminowaniu sprawowania tejże liturgii w ramach struktur diecezjalnych. Nie chodzi tutaj o niechęć do obrzędu czy do łaciny, ostatecznie nie chodzi też o słynną "jedność" czy jej rzekome zagrożenie przez tych, którzy uparcie chcą liturgii tradycyjnej. Pod tym gadaniem o zagrożeniu jedności kryje się coś ważniejszego i najbardziej dla nich bolesnego: podczas gdy modernistyczne seminaria i klasztory świecą pustkami, wymierają i muszą być zamykane, to miejsca z formacją i liturgią choćby tylko częściowo tradycyjną nie mogą narzekać, lecz rozwijają się i rosną w siłę, która jest tym bardziej pokaźna, że dostęp jest ograniczony, tzn. przeciętny młody człowiek z przeciętnej parafii nie ma z tym styczności, a znajdują te rzeczy zwykle tylko ci, którzy albo pochodzą z rodzin o nastawieniu tradycyjnym, albo samodzielnie i odważnie szukają. Tym samym także jakość powołań jest znacznie wyższa niż tych pochodzących ze "zwykłych" parafii. To oczywiście rodzi zazdrość. Łatwiej jest popaść w mentalność psa ogrodnika (sam nie zje i nikomu nie da) niż trzeźwo zastanowić się nad przyczynami, a w rezultacie zamiast zwalczać i niszczyć tych strasznych tradziuchów przynajmniej dać im normalnie żyć, jeśli nie chce się choćby po części brać z nich przykładu. Z własnego długoletniego doświadczenia w różnych krajach wiem, że zainteresowanie czy przynajmniej otwartość dla liturgii tradycyjnej dość wyraźne rośnie akurat wśród młodzieży zarówno świeckiej jak też duchownej. Tego trendu nie da się ani zatrzymać ani stłamsić, tak samo ja nie da się zdusić pragnienia i szukania prawdy i piękna, zwłaszcza u ludzi młodych, nawet jeśli równocześnie bombarduje się ich różnego rodzaju fałszem i pokusami. Ci, którzy chcą i usiłują odgórnie stłamsić i odciąć dostęp do liturgii tradycyjnej, żyją mentalnie jeszcze w latach 70-ych, 80-ych, najwyżej 90-ych ubiegłegu wieku, gdyż widocznie nie dociera do nich, że w dobie internetu i łatwego transportu względnie łatwo jest zapoznać się z tym, czym żył Kościół przed "soborem", jak sprawował obrzędy, jak się modlił. Nawet jeśli by usiłowano całkowicie zakazać sprawowania liturgii tradycyjnej, to wspomoże to tym bardziej rozwój wspólnot lefebvriańskich i sedewakantystycznych, których przecież nie można zniszczyć administracyjnie. 

Tutaj dochodzimy do polityki władz rzymskich względem FSSPX. Otóż działania ekipy bergogliańskiej wskazują na następującą taktykę: przez ograniczenie, a docelowo wręcz eliminowanie liturgii tradycyjnej ze struktur oficjalnych, wierni i duchowni przywiązani do niej moją zostać zepchnięci czy to do FSSPX, czy do sedewakantyzmu, a wówczas będzie można dość łatwo wszystkich "trydenciarzy" exkomunikować za odrzucanie "soboru". Samo odrzucanie Novus Ordo w sensie liturgii nie jest i nie może być przesłanką do takiego ukarania, natomiast nieprzyjmowanie nauczania soboru powszechnego, za który jest uważane V2 (to jest osobny temat), już może być powodem kanonicznym. Dlatego tak ważne jest solidne badanie i rzetelna krytyka dokumentów soborowych wraz z ich historią, oczywiście w świetle wszystkich innych soborów. Zasadnicza i kluczowa różnica między Benedyktem XVI a ekipą bergogliańską (na czele wcześniej z Martini'm, potem z Kasper'em) polega na słynnej "hermeneutyce zerwania": według Ratzinger'a można i należy obronić Vaticanum II w świetle i według całej Tradycji Kościoła, podczas gdy obóz przeciwny (który obecnie można nazwać czarnobutowym) głosi i zachowuje się tak jakby Vaticanum II było ponad wszystkimi innymi soborami, a poniekąd nawet jedynym obowiązującym soborem i to tego rodzaju, że nie liczy się już nawet jego litera lecz "duch" zerwania i stałej przemiany czy podmiany, czego wyrazem i środkiem ma być "synodalność". Kto zna jednak faktyczny przebieg synodów bergogliańskich, ten wie, że były one bardzo odległe od prawdziwej synodalności we właściwym znaczeniu tego słowa, gdyż polegały na perfidnej autorytarnej manipulacji w wykonaniu ekipy powołanej przez szefa. Nie trudno też przewidzieć skutków tej zakłamanej strategii: jeśli następca Franciszka będzie kontynuował ów "proces synodalny", to albo znów będzie nim manipulował jak tyran przez swoich pachołków, albo potraktuje to hasło poważnie i rzeczywiście dopuści do autentycznego starcia stanowisk, dopuszczając do głosu także katolików nastawionych tradycyjnie. W pierwszym przypadku zakłamanie czyli próba oszukania będzie trwała jakiś czas, lecz nieuchronnie musi w końcu runąć jak każde oszustwo, wyłaniając twór, który już całkiem oficjalnie nie będzie miał wiele wspólnego z Kościołem katolickim. W drugim przypadku będzie musiał dojść do przyznania racji bytu także katolikom tradycyjnym, co będzie oznaczało umożliwienie normalnego rozwoju według zasad przynajmniej takich, jakie miały miejsce przed haniebnym motu proprio "Traditionis custodes". 

Na koniec jeszcze o przyczynach haniebnej abdykacji Benedykta XVI. Po pierwsze, jak wspomniałem, mogła ona przynajmniej częściowo wynikać z paktu zawartego na konklawe 2005 r.: Ratzinger został wybrany do konkretnego zadania, a wobec niepowodzenia musiał się usunąć, czego z całą pewnością się domagano. Zresztą gdyby pojednanie z FSSPX się powiodło, to by również musiał ustąpić stanowisko kardynałowi Bergoglio czy komuś innemu z tej ekipy. Pewne jest także, że Ratzinger nigdy nie wykazywał zdolności w rządzeniu. Wiem to także od duchownych i wiernych z Monachium, którzy go tam znali. Zresztą nawet jego brat Georg w jednym z wywiadów wprost powiedział, że Józefowi nie leży rządzenie, bo musi najpierw siebie zmuszać do narzucania komuś swojej woli. Regularnie też wykazywał brak umiejętności właściwego doboru współpracowników, co wynikało z wrodzonej dobroduszności graniczącej z naiwnością. Oczywiście miał też sporo wiernych, oddanych i szlachetnych współpracowników, ale mylił się wielokrotnie, bądź nie dość wnikliwie oceniał osobowości, których obdarzał zaufaniem. Po trzecie, bał się ewidentnego buntu, którego początki zaczęły się najpóźniej wraz z motu proprio "Summorum Pontificum". Widać było, że frakcja skrajnie modernistyczna panicznie boi się wzrostu w siłę środowisk i osób krytycznych wobec V2 i Novus Ordo. Miała strach w oczach gdy widziała bujny rozwój takich wspólnot jak Franciszkanie Niepokalanej, Wspólnota Św. Marcina czy też wspólnot indultowych jak FSSP, IBP, ICRSS itp. Ich uwadze nie uszła także popularność nauczania Benedykta XVI i liturgii tradycyjnej w kręgach młodego duchowieństwa czy to diecezjalnego czy zakonnego. Sytuacja była - i nadal jest - poniekąd paradoxalna: ci, którzy przeżywali swoją młodość na fali nowości "soborowych" czyli w latach 60-ych i 70-ych, byli świadkami, że pokolenie młodych z końca pontyfikatu Jana Pawła II i początku Benedykta XVI bardziej idzie za tym ostatnim niż za tym, o co oni w swojej młodości walczyli, a walczyli przecież o zerwanie z tradycyjnym nauczaniem i z tradycyjną dyscypliną. To właśnie pokolenie obecnych 70, 80 i 90latków, którego modernistyczni przedstawiciele wynieśli na tron Piotrowy kardynała Bergoglio, nieuchronnie odchodzi do historii. 

Cena za wierność Benedykta XVI względem domniemanego paktu z 2005 r. oraz względem osobistej słabości charakteru jest niestety ogromna: chaos a właściwie śmiercionośne skażenie nauczania, rozplenienie nadużyć, upodlenie moralne w kręgach duchowieństwa, zapaść autorytetu Kościoła, upadek zaufania do Kościoła i jego nauczania, niebywały spadek praktyk religijnych oraz liczby powołań zwłaszcza w krajach tradycyjnie katolickich itp. itd. Krótko po konklawe w 2013 r. jeden z jezuitów argentyńskich, czyli byłych współbraci powiedział, że Bergoglio wprowadzi chaos i podzieli Kościół zamiast go jednoczyć. I dodał: "myśmy 30 lat potrzebowali, żeby naprawić szkody, które on wyrządził jezuitom w Argentynie". Znane jest też, iż przed nominacją o. Bergoglio na biskupa pomocniczego w Buenos Aires ówczesny przełożony generalny zakonu jezuitów, o. Peter-Hans Kolvenbach, wydał jednoznacznie negatywną opinię, która zresztą po konklawe w 2013 r. zniknęła z archiwum (bądź zniszczona, bądź umieszczona w aktach ściśle tajnych, źródło tutaj). Jednak skoro Pan Bóg dopuścił do takiego pontyfikatu, to widocznie może i powinno wyniknąć z niego coś dobrego. Póki co jedynymi widocznymi jego owocami są: upokorzenie katolików tradycyjnych oraz wzrost popularności sedewakantyzmu. Z biegiem czasu owoce staną się bardziej widoczne. 

Na koniec jeszcze jedna wskazówka. Otóż źródłem, które najlepiej pomaga zrozumieć to, co się stało w 2013 r., są dwie niepozorne książki jednego autora:




Pierwsza z nich chyba już ukazała się w języku polskim, aczkolwiek została przedstawiona jedynie bardzo powierzchownie, nawet fałszująco. Druga jest swoistym uzupełnieniem, dostarczając szerszego kontextu dotyczącego nie tylko pontyfikatu Piusa XII lecz także okresu posoborowego z pontyfikatem Jana Pawła II włącznie. Wydarzenia w nich opisane są osobiste, wręcz prywatne, ale równocześnie ze szczególną wartością historyczną dla okresu niemal ostatniego stulecia. 

Autor, x. Charles Murr, niegdyś prywatny sekretarz arcybiskupa a następnie kardynała Gagnon na podstawie zarówno swoich wspomnień, jak też wspomnień słynnej siostry Pascaliny Lehnert, długoletniej osobistej sekretarki Piusa XII, dostarcza solidną wiedzę "od kuchni" co do tego, co miało miejsce w papieskim Rzymie od tamtego pontyfikatu aż do czasów współczesnych. Mimo swoistej dobrodusznej naiwności zwłaszcza względem Piusa XII i też Pawła VI, jest to uczciwie przedstawiony obraz wydarzeń od strony nieoficjalnej, ale z pozycji świadków bliskich tzw. wielkiej historii. X. Murr ma też sporo wystąpień internetowych w postaci wywiadów głównie na kanale Urbi et Orbi Communications. To są, moim zdaniem lektury obowiązkowe dla każdego, kto szuka rzetelnej wiedzy historycznej odnoszącej się do tła kluczowych wydarzeń w Kościele od prawie stulecia. 

Pasuje to jak najbardziej do serdecznych pochwał wystosowanych przez wielką lożę masońską Włoch z okazji śmierci (źródło tutaj):


Tłumaczenie na angielski: 


Sapienti sat...

Czy śmierć jest powrotem do "domu Ojca"?


Ten frazes ma dość dokładnie 20 lat, gdyż zyskał popularność dzięki ogłoszeniu śmierci Jana Pawła II przez ówczesnego argentyńskiego arcybiskupa Leonardo Sandri, wówczas substytuta w Sekretariacie Stanu: 

Teraz go użył kardynał Kevin Farrell, pochodzący z Irlandii, obecnie w funkcji kamerlinga Świętego Kościoła Rzymskiego, czyli sprawującego rządy w państwie watykańskim w okresie vacatio sedis:

Wygląda na to, że ten frazes jest rdzennie wojtyliański. Na pewno pasuje do "poetyckiego" stylu papieża Polaka, który dość często jest nie tylko wieloznaczny, lecz nawet absurdalny (jak np. "oczyszczenie pamięci" w związku z rokiem jubileuszowym 2000), a w tym wypadku nawet wręcz heretycki. Wszak w każdym katechiźmie katolickim można przeczytać, że jest pięć rzeczy ostatecznych: śmierć, sąd, niebo, piekło, czyściec. Frazes jest heretycki także wtedy, gdy przez "dom Ojca" rozumie się niebo, bowiem nigdy nie ma pewności, że dana osoba trafiła do nieba, chyba że zostanie ogłoszona jako święta czyli kanonizowana. Zaś kanonizację musi poprzedzić proces kanoniczny, który nawet w bardzo opiłowanej wersji z całą pewnością nie może zostać przeprowadzony już w dniu śmierci danej osoby. 


Macanie słonia czyli oSzustakowych oszustw ciąg dalszy

 

Skrajnie modernistyczny dominikanin Adam Szustak, o którym była tutaj mowa już wiele razy, zaskoczyć mógłby jedynie wtedy, gdyby się nawrócił na wiarę katolicką, na co jednak póki co niestety nie wygląda. Tymczasem więc pozostaje demaskowanie i prostowanie bzdetów, które on sprzedaje, a dziwić by się należało, że są jeszcze ludzie, którzy nie dostrzegli, co on sobą prezentuje. 

Otóż ostatnio, w typowej dla siebie mieszance ignorancji, fałszu i buty, próbował po raz kolejny przekonać ludzi do swojego uwielbienia dla Franciszka, zwłaszcza do obłudnego dokumentu "Amoris laetitia" w temacie dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do sakramentów. 

Zacznę od spraw szczegółowych, ale symptomatycznych. 

Na wstępie oSzustak popisuje się rzekomą bystrością w czytaniu Pisma św., twierdząc:


Nie wiem, czy on zdaje sobie sprawę z tego, że właściwie każdy jest w stanie sprawdzić te słowa chociażby nawet w tłumaczeniu polskim, są one następujące w wydaniu tzw. Biblii Tysiąclecia (Wj 20,1-17):

Inaczej i akurat językowo i teologicznie prawidłowo tłumaczy nowsza tzw. Biblia Warszawska biskupa Romaniuka:

Należy mieć na uwadze, że według teologii katolickiej natchniony jest jedynie text oryginalny (stąd konieczność opanowania języków biblijnych, a przynajmniej łaciny, w ramach studiów teologii, co jest obecnie haniebnie zaniedbywane i tak produkuje się tabuny "teologów" pokroju oSzustaka, Mikołaja Kapusty itp.), a nie tłumaczenia, choćby były najwierniejsze. 

Otóż problem polega na tym, że język oryginalny czyli hebrajski nie ma czasu przyszłego, lecz jedynie czas dokonany i niedokonany. Na tyle pojęcia o tym języku biblijnym powinien mieć każdy absolwent teologii, także oSzustak. Hebrajski czas niedokonany może być - w zależności od kontextu - tłumaczony jako czas przyszły, jednak kontext Dekalogu bynajmniej tego nie wymaga i tak właśnie oddaje treść to drugie tłumaczenie. Tym samym upada wstępna teza oSzustaka, na której opiera on swoją teoryjkę co do słuszności "Amoris laetitia", jakoby Dekalog niczego nie nakazywał ani nie zakazywał. 

W tych pokrętnych wywodach centralny jest moment następujący, ukazujący rdzeń myślenia oSzustaka:


Chodzi tutaj o słynną "przypowieść" indyjską, używaną zwykle dla zilustrowania relatywizmu religijnego. Według jej oryginalnej wersji hinduskiej (więcej tutaj) chodzi o ślepców, którzy dotykają różnych części słonia: 


Ślepcy badający słonia oznaczają ludzi, którzy spierają się o prawdziwego Boga czy prawdziwą religię. Dopiero mędrzec musi ich pouczyć, że każdy z nich ma rację, choć właściwe żaden nie ma racji. Tak więc według oSzustaka Kościół jest ślepy i poznaje jedynie fragmenty prawdy. Do tej swojej teoryjki używa słów Pana Jezusa z Ewangelii św. Jana 16,13, oczywiście opacznie, gdyż te słowa odnoszą się w sposób oczywisty do zesłania Ducha Świętego na Apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. Według nauczania Kościoła prawda objawiona Apostołom jest trwale aktualna i niezmienna, zarazem pełna. Innymi słowy: według wiary katolickiej Boże Objawienie zakończyło się wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów czyli św. Jana. Skoro więc oSzustak twierdzi, że po tym Objawieniu następuje jeszcze inne "macanie słonia", to jest heretykiem, a nawet apostatą, gdyż odrzuca prawdę o zupełności biblijnego Objawienia wspólną wszystkim chrześcijanom. Otóż istotna i zasadnicza różnica między chrześcijaństwem a innymi religiami polega na tym, że chrześcijaństwo nie jest ślepym szukaniem prawdy i dotykaniem jakiegoś jej fragmentu, lecz sam Bóg objawił samego Siebie w Swoim Synu, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Kto twierdzi inaczej, ten neguje, że w Jezusie Chrystusie jest nam dane ostateczne Boże Objawienie, i tym samym nie jest chrześcijaninem. 

Na koniec warto zwrócić uwagę, że oSzustak nie ma nawet szacunku dla miejsca świętego, bo nie waha się użyć słowa uważanego powszechnie za wulgarne: 

No cóż, taki to jest poziom moralny, kulturalny i religijny tego człowieka. 

Na koniec jeszcze uwagi ogólniejsze. Co jest kluczowym problemem z "Amoris laetitia" i też w myśleniu oSzustaka? Otóż pod pozorem pasterskiej troski o katolików, którzy nieszczęśliwie popadli w rozpad sakramentalnego małżeństwa i nowe związki, kryją się następujące perfidne zamiary:

- demontaż katolickiej dyscypliny sakramentalnej, skoro praktycznie każdy duszpasterz - jak to przedstawia oSzustak - ma prawo decydować o dopuszczeniu osób żyjących w związkach ponownych niesakramentalnych

- upodobnienie Kościoła pod względem etyki małżeńskiej do schizmatyków wschodnich i heretyków protestanckich, a to przez faktyczne uznanie świeckiej instytucji rozwodu. 

OSzustak, zresztą jak wszyscy wyznawcy "Amoris laetitia", nie odróżnia między porządkiem prawnym, który musi się odnosić do wszystkich i do każdego, a opieką duszpasterską, której przynajmniej część ma charakter osobisty i w pewnym sensie indywidualny. Oczywiście rozwiązaniem nie może być porzucenie porządku prawnego czyli dyscypliny sakramentów. Tak samo grzechem przeciw miłości bliźniego jest porzucenie osobistej i indywidualnej troski duszpasterskiej. 

OSzustak wydaje się też zapominać o pedagogicznej funkcji prawa. Jeśli by Kościół, ostatni bastion oporu przeciw niszczeniu instytucji małżeństwa i rodziny, zaprzestał wyrazistego stania na straży jedności i trwałości małżeństwa, i to swoim ustroju dyscyplinarno-sakramentalnego, to  by się sprzeniewierzył Ewangelii i samemu Jezusowi Chrystusowi. 

Tego nie są w stanie przykryć czy zakłamać obłudne bełkoty o "towarzyszeniu". Kościół nie został założony do towarzyszenia (od tego są towarzysze, zresztą obłudni). Misją Kościoła jest prowadzenie dusz do zbawienia, a drogą jest Ewangelia Chrystusowa, nie trendy współczesne i mody. 

Kościół nie jest ślepy i nie może być ślepy, ponieważ otrzymał prawdę i to - wbrew temu, co bredzi oSzustak - całą prawdę także w kwestii nierozerwalności sakramentalnego małżeństwa. Przy całym współczuciu dla losu tych, którzy zostali niewinnie opuszczeni i zdradzeni przez współmałżonka (aczkolwiek jakaś część winy jest zwykle po obydwu stronach), Kościół nie może zdradzić tej prawdy. Nie tylko dlatego, że pochodzi ona od samego Boga, lecz także dlatego, że dotyczy dobra społeczeństw, narodów i całej ludzkości. Nawet jeśli dana osoba byłaby całkowicie niewinnie opuszczona i zdradzona, to jednak zerwanie małżeńskiego ma tak poważne konsekwencje społeczne i też indywidualne, że nie może być uznane przez Kościół, jak tego chcą wyznawcy "Amoris laetitia". Wiadomo, że ograniczenia sakramentalno-dyscyplinarne są bolesne szczególnie dla osób skądinąd religijnych i szczerze wierzących. Duszpasterze i też świeccy powinni oczywiście okazywać zdrowe zrozumienie i współczucie. Jednak rozwiązaniem z całą pewnością nie jest lekceważenie czy omijanie odwiecznej dyscypliny Kościoła. 

Czy abp Carlo Maria Viganó jest exkomunikowany? (z post scriptum)


Głośnymi echami odbiła się w ostatnich tygodniach wieść zarówno o groźbie i stwierdzeniu kary exkomuniki dla słynnego w ostatnich latach hierarchy arcybiskupa Carlo Maria Viganó, jak też o jego obronie, a właściwie uzasadnieniu swego zachowania w obliczu groźby. W reakcjach niestety regularnie przewija się ignorancja zarówno kanoniczna jak i teologiczna, którą należy skorygować. 

Historię wypowiedzi i działań abpa Viganó z ostatnich lat pominę w tym miejscu. Zainteresowani mogą się z tym zapoznać w internecie, aczkolwiek nie znam dotychczas całościowego przedstawienia sprawy. Zaznaczę jedynie, że nie zgadzam się ze wszystkimi jego działaniami, zwłaszcza z dość naiwnymi wypowiedziami odnoszącymi się do obecnego włodarza Kremla i Rosji. Zresztą ta sprawa nie jest istotna. Istotne są wypowiedzi Arcybiskupa w kwestiach stricte teologicznych i kościelnych. W tej dziedzinie nie sposób zaprzeczyć jego kompetencji i wysokiemu poziomowi, choć również nie zgadzam się w niektórych szczegółach. Na szybko wystarczy skupić się na kwestii exkomuniki, wiązanej od kilku tygodni z jego nazwiskiem. 

Oto komunikat prasowy w tej sprawie:

Dekret watykański orzekający karę exkomuniki powołuje się na następujące kanony:


Dekret więc nie wymierza kary, lecz jedynie ogłasza zajście kary za popadnięcie w schizmę, która to kara zachodzi mocą samego prawa (latae sententiae). 

Problem polega na tym, że abp Viganó dość wyraźnie nie odmawia uznania zwierzchności Biskupa Rzymskiego lub utrzymywania wspólnoty z członkami Kościoła, lecz że nie uznaje Franciszka za papieża, co też dość obszernie uzasadnił (por. tutaj). Tak więc jest to kwestia natury historycznej, nie ściśle teologicznej, dogmatycznej, czy choćby dyscyplinarnej. Jeśli abp Viganó popełnia błąd tego rodzaju, to jest to błąd historyczny i sprawa podlega dyskusji i wyjaśnieniu, a nie karze kościelnej za popadnięcie w schizmę. Tym bardziej nie podlega karze latae sententiae czyli na mocy samego prawa, jak wyznaczają podane wyżej kanony 1323 i 1324. 

Mówiąc najkrócej: w świetle obowiązującego Kodexu Prawa Kanonicznego kara exkomuniki moim zdaniem nie zaszła. Twierdzę tak na podstawie następujących kanonów:


O co tu chodzi? Otóż kanony te stanowią dość wyraźnie, iż nie zachodzi kara z mocy samego prawa (latae sententiae), jeśli osoba działała pod wpływem bojaźni, konieczności lun ciężkiej niedogodności. Te okoliczności w sposób dość wyraźny mają miejsce w przypadku abpa Viganó, o czym świadczy jego działanie od wielu lat. W skrócie można powiedzieć, że jego działanie - wypowiedzi odnoszące się do obecnej sytuacji w Kościele - jest w sposób dość wyraźny powodowane troską o Kościół, wiarę katolicką, zbawienie dusz oraz godność władzy kościelnej. Jest to okoliczność istotna dla kwestii kary, nawet jeśli byłaby to okoliczność jedynie subiektywna, czyli czysto subiektywne przekonanie abpa Viganó bez obiektywnie wystarczających powodów. 

Wygląda więc na to, że działania dykasterii, która orzekła karę exkomuniki dla abpa Viganó, są niezgodne z obowiązującym Kodexem Prawa Kanonicznego. 


Post scriptum

Warto zwrócić uwagę na okoliczności wskazane przez amerykańskiego kapłana x. Gene Gomulka (źródło tutaj):


W skrócie: Już od roku 2018 abp Viganó publicznie oskarżał Franciszka o chronienie przestępców sexualnych w szeregach duchowieństwa, zwłaszcza skazanego przęstepcę byłego kardynała Theodore McCarrick'a. Przez cały czas aż do maja 2024 roku nie pojawiła się żadna reakcja z Watykanu w sprawie abpa Viganó, mimo że on regularnie ostro krytykował rządy i zachowanie Franciszka. Dopiero dwa tygodnie po tym, jak abp Viganó publicznie oskarżył Franciszka o nadużycia sexualne wobec nowicjuszy z czasu bycia przełożonym jezuitów w Argentynie, dykasteria kierowana przez jego pupila "Tucho" wystosowała oskarżenie o schizmę. To zapewne nie jest przypadkowy zbieg okoliczności. Nie jest też zapewne przypadkowe, że Tucho jest homosexualistą, jak zdradziła publicznie zaprzyjaźniona z Franciszkiem zakonnica:



Czy lefebvrianie mają pełną jurysdykcję?


Niestety mamy do czynienia z następnym odlotem członka FSSPX, tym razem byłego kapłana diecezji tarnowskiej, oczywiście wyświęconego w Novus Ordo, x. Piotra Świerczka. Zakładając, że nie kłamie umyślnie na doraźny użytek, należy powiedzieć, że myli się bardzo poważnie i to w sposób świadczący o wręcz karygodnej ignorancji co do prawa i co do faktów:


Sprawa ma się następująco. We wrześniu 2015 r. Franciszek swoim listem ustanawiającym odpusty z okazji "roku miłosierdzia" (źródło AAS 107: 2015/9 str. 974-976 tutajzawarł także postanowienie, że ci, którzy korzystają ze spowiedzi u kapłanów Bractwa Św. Piusa X, mogą podczas tego roku ważnie i legalnie otrzymać rozgrzeszenie z grzechów:

W bulli "Misericordia et misera" z 20 listopada 2016 r. (źródło tutaj) przedłużył to postanowienie na okres nieograniczony:


Jak widać, jest mowa wyłącznie o ważnym i dozwolonym udzielaniu przez kapłanów FSSPX sakramentalnego rozgrzeszenia. NIC więcej. 

Oczywiście to sformułowanie nie precyzuje zakresu tego udzielania, jednak nie ma tutaj ani słowa czy to o osobistej jurysdykcji papieskiej, czy to o udzieleniu co do jurysdykcji uprawnień większych niż w przypadku innych kapłanów. Z kontextu wynika, że to postanowienie w żaden sposób nie zmienia ogólnych postanowień prawa kanonicznego co do jurysdykcji spowiedzi w odniesieniu do kapłanów FSSPX, czyli ani nie pomniejsza ani nie powiększa zakresu władzy udzielania przez nich rozgrzeszenia. Tym samym kapłani lefebvrianie NIE mają prawa rozgrzeszać z grzechów zarezerwowanych przez prawo kanoniczne kapłanom ze specjalnymi uprawnieniami penitencjarza czy to biskupiego czy papieskiego. 

Wyjaśniam: pełną jurysdykcję ma jedynie papież na całym świecie, oraz biskupi diecezjalni na terenie swojej diecezji. NIKT więcej. To jest elementarz katolickiej eklezjologii i prawa kanonicznego. Nie ma choćby cienia powodu dla tezy, jakoby Franciszek udzielił pełną jurysdykcję kapłanom lefebvrianom, gdyż to by oznaczało, jakoby ich uczynił papieżem i to kolektywnym, co by było oczywiście wybitnie absurdalne. 

Czy katolik powinien białe uznawać za czarne? (z post scriptum)



Nieznany dotychczas szerzej xiądz z diecezji bielsko-żywieckiej Przemysław Sawa zasłynął ostatnio dzięki swojemu wpisowi na facebook, opublikowanemu także przez niektóre modernistyczne media:



Opublikował także wersję po angielsku, widocznie celując w sławę poza Polską, która ma dotrzeć także do Watykanu:


Kim jest x. Sawa? Najwięcej można się o nim dowiedzieć na stronie Uniwersytetu Śląskiego:


Warto zwrócić uwagę, że rubryki "badania naukowe" oraz "bibliografia" są puste, co jest bardzo dziwne w przypadku pracownika naukowego. Nigdzie nie jest też podane, u kogo i na jaki temat pisał pracę doktorską. Tym samym nie ma możliwości zapoznania się z jego dorobkiem naukowym. Tak więc wygląda na to, że posadę uniwersytecką dostał nie za osiągnięcia naukowe.

Więcej o dokonaniach można się dowiedzieć na stronie wspólnoty, której przewodzi:


Ta wspólnota powołuje się na związek ze świeckim teologiem "charyzmatycznym" z Mexyku:


Warto zwrócić na jego związek z "charyzmatycznym" xiędzem Ricardo, który następnie założył strukturę o znamionach sekty z przekrętami finansowymi:

(link)

X. Ricardo działał także w Polsce, o czym szerzej można poczytać tutaj.

Świecki mistrz x. Sawy opublikował sporo książek, także tłumaczonych na polski. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na jedną z nich, gdyż ukazuje ona więcej niż pseudopobożne, inspirowane protestantyzmem frazesy typowe dla tych kręgów. Chodzi w niej o "formację liderów", przez co autor rozumie "mężczyzn i kobiety", którzy "są pasterzami ludu":


Tak więc już na wstępie widać, że założenia autora są z gruntu niekatolickie i antykatolickie, gdyż są sprzeczne z hierarchiczno-sakramentalnym ustrojem Kościoła, gdzie przewodzenie jest związane z sakramentem święceń i przynależnością do stanu duchownego. Na takim myśleniu opiera się widocznie działalność x. Sawy. Zresztą nie kryje się on wcale ze swoją praktyką nawiązującą do zwyczajów pentekostalno-protestanckich, gardzącą przepisami Kościoła odnośnie sprawowania liturgii nawet według norm Novus Ordo:










Jak widać, x. Sawa popełnia cały szereg poważnych wykroczeń przeciw regułom liturgicznym:

- Przewodzi "modlitwie o uzdrowienie" podczas liturgii eucharystycznej, co jest wyraźnie zakazane przez Stolicę Apostolską w specjalnej instrukcji w tym temacie:



- Jako celebrans dopuszcza stosowanie instrumentów nieliturgicznych, wyraźnie zakazanych także przez przepisy wydane przez Konferencję Episkopatu Polski:



Po tych wstępnych uwagach, koniecznych dla ujęcia kontextu, przejdźmy do samych wypowiedzi x. Sawy. Zwróćmy uwagę na dwie, treściowo ściśle powiązane i bliskie czasowo:

W pierwszym x. Sawa odrzuca zarzut protestantyzacji Kościoła przez modernistów, zwłaszcza tzw. "charyzmatyków", atakując równocześnie katolików za sprzeciw wobec protestantyzacji:



W drugim x. Sawa odnosi się do niedawnego wystąpienia x. abpa Jana Pawła Lengi w TVP, rozszerzając swój atak nie tylko na innych krytyków poczynań obecnego pontyfikatu, lecz także ogólnie na katolików sprzeciwiających się protestantyzacji:



Nie wchodząc w czysto emocjonalne pochwały i uwielbienia skierowane w jedną stronę, a wyrazy pogardy i potępienia skierowane w drugą, zwróćmy uwagę na zasadnicze wątki tych wypowiedzi. Można jest streścić następująco:

1. Od protestantów można i należy się uczyć. 
2. Trzymanie się Tradycji Kościoła nie jest ani konieczne, ani potrzebne ("stare formy nie dają życia").
3. Franciszek uczy, więc tak uczy Kościół. 
4. Kto nie słucha Franciszka, ten nie jest dobrym katolikiem (albo w ogóle). 

ad 1.

Tutaj jest ewidentna sprzeczność nie tylko z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, lecz także z konstytucją dogmatyczną "Lumen gentium", która jasno mówi, że pełnia prawdy i środków zbawienia jest tylko w Kościele katolickim, czyli rządzonym przez następców św. Piotra, choć pierwiastki prawdy i środków zbawienia znajdują się poza Kościołem:


ad 2.

X. Sawa po pierwsze miesza w pojęciu Tradycji, nie odróżniając Tradycji Bożej, Apostolskiej i kościelnej. Po drugie widocznie neguje prosty fakt, że także Tradycja Kościoła ma swoje źródło i moc w Tradycji Bożej czyli Bożym Objawieniu przekazanym przez Apostołów (w Tradycji Apostolskiej). Dlatego właśnie sprowadza Tradycję Kościoła do "starych form", które "nie dają życia". Widać tutaj także dziwne pojęcie "życia", które z całą pewnością nie jest teologiczne. Cóż bowiem oznacza, jakoby liturgia tradycyjna (tzw. trydencka) nie dawała "życia", skoro jest ważnym i skutecznym sprawowaniem sakramentu Eucharystii, tym samym udzielającym łaski na życie wieczne? 

Także tutaj x. Sawa albo nie zna albo neguje choćby nauczanie Vaticanum II, gdzie w konstytucji o Bożym Objawieniu "Dei Verbum" jest jasno podkreślony związek i zależność Magisterium Kościoła od Tradycji i Pisma św. 


Innymi słowy: nauczanie Kościoła nie stoi i nie może stać ponad Tradycją i Pismem św., lecz podlega im jako kryterium. 

ad 3. 

Tutaj dochodzimy do kwestii, która jest sednem i podłożem dyskusji i sporów o pontyfikat Franciszka. Jest oczywiste, że krytyka opiera się na zasadzie wierności Bożemu Objawieniu poświadczonemu w Tradycji i Piśmie św. Chodzi więc o istotę, charakter i zakres władzy papieskiej. 

X. Sawa widocznie nie tylko wyraża naiwne i prymitywne uwielbienie dla Franciszka, lecz bezrefleksyjnie, nieteologicznie i kłamliwie traktuje przedmiot sporu i problem. Pozycję krytyków sprowadza do umiłowania przestarzałych form, co jest zwykłym kłamstwem czy przynajmniej przejawem braku elementarnej uczciwości. Franciszko-latria x. Sawy jest tak przesadna że aż śmieszna. I z całą pewnością jest nie do pogodzenia z katolickim rozumieniem papiestwa i ogólnie urzędu hierarchicznego w Kościele. 

Jako dowód świadczy przede wszystkim konstytucja dogmatyczna "Pastor aeternus" Soboru Watykańskiego I, gdzie dość jasno jest podane, że

- zadaniem następcy św. Piotra jest obrona wiary oraz rozstrzyganie w kwestiach spornych odnośnie wiary


 - asystencja Ducha Św. jest obiecana następcom św. Piotra nie po to, żeby podawali nową naukę, lecz żeby zachowywali i wyjaśniali Boże Objawienie przekazane przez Tradycję Apostołów


Są to podstawowe kryteria dla właściwego, katolickiego rozumienia urzędu papieskiego, w tym także charyzmatu nieomylności w orzeczeniach zdefiniowanych jako nieomylne. 

Istota i zakres władzy papieskiej była przemiotem rozważań i dyskusji teologów już wiele wieków przed Vaticanum I. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na traktat św. Roberta Bellarmin'a, jezuity i kardynała, który dokonał przeglądu, syntezy i też wyjaśnienia tej kwestii, niepodważalnego i nie podważonego ani przez późniejszych teologów, ani przez Magisterium Kościoła. 


Uczony jezuita dla uzasadnienia prawdy, że papież jest głową i rządcą całego Kościoła, wykazuje obszernie na podstawie wielu źródeł, iż jako taki nie może być sądzony przez władzę wyższą na ziemi, gdyż takiej nie ma:




(De Rom. Pont. l. II, 26)

Nie chodzi więc o to, jakoby wydawanie sądu o papieżu było niedopuszczalne czy grzeszne, lecz o stwierdzenie faktycznej niemożliwości odbycia sądu nad papieżem i ukarania go, a to z tego powodu, że na ziemi nie ma on wyższej władzy nad sobą. 

To nie wyklucza braterskiego upomnienia, którego przykładem jest św. Paweł wobec św. Piotra (Gal 2, 11nn). Św. Robert nie neguje, że papież heretyk może być sądzony i ukarany przez Kościół:


 (De Rom. Pont. l. II, 27)

Co więcej: także papieża obowiązują przepisy kościelne, mianowicie jako wytyczne, mimo że nie ma on nad sobą władzy, która by go zmuszała do ich przestrzegania:


 (De Rom. Pont. l. II, 27)

Choć papież jako ojciec dla wiernych nie ma nad sobą zwierzchnika, to jest zobowiązany kierować się kanonami ojców, czyli Tradycją Kościoła, oraz nakazywać innym ich przestrzeganie: 


(De Rom. Pont. l. II, 27)

Są to istotne i niezmienne wskazówki, podane przez uczonego i świętego jezuitę i kardynała, nie wymyślone przez niego, lecz zaczerpnięte i uzasadnione nauczaniem soborów, papieży oraz Ojców i Doktorów Kościoła. 


ad 4. 

Ma to oczywiście związek z kwestią posłuszeństwa kościelnego, szczególnie wobec papieża czyli sprawującego urząd następcy św. Piotra. Tutaj x. Sawa powołuje się na regułę św. Ignacego z Loyoli, zawartą w "Ćwiczeniach duchowych": 


X. Sawa cytuje tylko w przybliżeniu słowa podkreślone, używając je na doraźny użytek bez kontextu całego zdania jak też bez kontextu pozostałych reguł podanych przez św. Ignacego, które należy wziąć pod uwagę dla właściwego zrozumienia tego fragmentu:





Dopiero w całości reguł, które stanowią jedność, można właściwie interpretować dany wycinek, który bez kontextu jest niezrozumiały i wręcz fałszywie rozumiany i używany, jak to ma miejsce w przypadku x. Sawy. Innymi słowy: on dopuszcza się oszustwa, uderzając słowami św. Ignacego w krytyków Franciszka. 

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na kluczowe pojęcie - "Kościół hierarchiczny". Jak każde słowo u św. Ignacego, także to określenie nie jest przypadkowe, lecz przemyślane i wyważone. Św. Ignacy nie mówi o poszczególnym przedstawicielu Kościoła czy hierarsze, lecz mówi o Kościele jako całości, który nie polega na działaniach czy nauczaniu poszczególnego hierarchy, lecz trwa przez wieki, począwszy od Apostołów. O takie właśnie orzeczenia tutaj chodzi, mianowicie pochodzące od Kościoła jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego, nie od poszczególnego duchownego sprawującego władzę. Ojcu założycielowi zakonu jezuitów chodzi o podporządkowanie własnej, subiektywnej opinii Magisterium Kościoła, które z całą pewnością jest czymś zupełnie innym niż subiektywna opinia danego hierarchy, zwłaszcza gdy jest nowa i nieoparta na ciągłym nauczaniu Kościoła. 

Tym samym wyjaśniona jest kwestia obowiązku posłuszeństwa: posłuszeństwo kościelne polega na przezwyciężeniu subiektywizmu. I oczywiście także przełożeni czyli hierarchowie zobowiązani są do poddania swojego subiektywnego osądu orzeczeniom Kościoła w jego ciągłym nauczaniu na przestrzeni wieków. W przeciwnym razie ich orzeczenia nie będą orzeczeniami Kościoła hierarchicznego, lecz najwyżej subiektywnymi opiniami, niezależnie od zajmowanej pozycji czy sprawowanego urzędu. Takie opinie oczywiście nie są i nie mogą być przedmiotem ani posłuszeństwa wiary (które przysługuje Bożemu Objawieniu nauczanemu nieomylnie), ani posłuszeństwa kościelnego (które dotyczy autentycznego nauczania Kościoła w odnośnie prawd wiary i moralności). Innymi słowy: wszelkie nowości wprowadzane przez dzierżącego jakąkolwiek władzę w Kościele nie mają żadnej mocy wiążącej katolików w znaczeniu posłuszeństwa wiary czy kościelnego. 


Podsumowując:
Wystąpienia x. Sawy są po pierwsze obłudne, gdyż on sam widocznie regularnie i notorycznie popełnia wykroczenia przeciw wierze i dyscyplinie przynajmniej sakramentalnej Kościoła. 
Po drugie, wystąpienia te nie mają żadnej podstawy w teologii katolickiej, choć po kimś z doktoratem z teologii należałoby się spodziewać choćby minimum kompetencji teologicznej.
Po trzecie, te wystąpienia są widocznie obliczone z jednej strony na wpajanie niekatolickiego kultu osoby, w tym wypadku Franciszka, a z drugiej strony na łajanie wiernych, którzy myślą i czują kategoriami wiary katolickiej i dyscypliny Kościoła. 
Po czwarte, można się domyślać motywacji takiego perfidnego działania, co pozostawiam jednak przenikliwości Szanownych Czytelników. 



POST SCRIPTUM

Na reakcję nie trzeba było długo czekać:


I też odpowiedź:



I jeszcze uzupełnienie:




Mówiąc szczerze, nie można tego nazwać poważnym dorobkiem naukowym w teologii. To są najwyżej pisemka na okoliczność własnej działalności krążącej wokół protestantyzmu, ekumaniactwa i pseudocharyzmatyzmu. 


I jeszcze ciekawy EPILOG: 






Za ujawnianie tych faktów x. Sawa i jego "wspólnota" wygrażają krokami prawnymi. Także w tym widać
- zakłamanie i oszukiwanie, gdyż za podanie faktów publicznych nie można być ściganym i ukaranym,
- mentalność sekciarską polegającą na systemie strachu przed wodzem. 

No coż. Żałosne to. Widać, jak nisko może upaść nawet ktoś mianowany "exorcystą". On sam potrzebuje pomocy duchowej i nawrócenia. 



Post scriptum 2

Widocznie poznał się na nim także jego biskup, gdyż spotkało go odsunięcie od "wspólnoty":



I oto najnowsze orzeczenie biskupa: