Z powinności blogerskiej muszę znów zająć się ponowną przykrą sprawą następnego popisu, tym razem duetowego, gdyż poszerzonego o przedstawiciela indulciarstwa w osobie nowej, wschodzącej gwiazdy na firmamencie kato-internetowym. Sprawa jest ciekawa nie tylko z powodu ostatnio gorąco dyskutowanej kwestii sakry biskupiej w FSSPX, lecz dla odsłonięcia typowych mentalności.
On to wypowiada tak przekonywująco, że aż kusi, coby mu uwierzyć. Widocznie on sam w to wierzy, przynajmniej tak samo, jak generalnie wierzy w siebie. A wystarczyłoby minimum wiedzy w temacie. Chłopak pomylił ryt z Kościołem, a widocznie nie wie, że tzw. ryt mozarabski (zwany też toledańskim czy izydoriańskim) istniał jedynie w kilku parafiach personalnych w diecezji Toledo, zaś obecnie istnieje już chyba tylko w wydzielonej kaplicy katedry w tym mieście (także w Salamance i w dwóch klasztorach - Montserrat i Santo Domingo de Silos). Nigdy więc nie było nawet diecezji z tym rytem jako własnym, a tym bardziej Kościoła.
Pomijając już nawet taki fakt, że - jako rzekomo filolog klasyczny - nie potrafi powiedzieć wyrażenia "ex cathedra" z prawidłowym akcentem, nie trudno zauważyć, że mamy tutaj do czynienia z sugestywnym pomieszaniem i niechlujstwem myślowym, którego nie da się pogodzić z rzetelną dyskusją.
X. Bańka popisuje się tutaj swoją niewiedzą, także co do samego Pisma św., co próbuje przykryć swoimi "myślami". A wystarczyłoby zajrzeć do Nowego Testamentu (więcej tutaj). Rzeczywiście nie ma w nim mowy o jakiejkolwiek ingerencji Piotra w wybór następców Apostołów. O tyle x. Bańka ma rację. Nie ma racji jednak, ograniczając kwestię do samego Pisma św. Natomiast zachowanie x. Malesy w tym momencie jest wybitnym połączeniem ignorancji, urojeń i pewności siebie (zakładając, że nie kłamie świadomie), co łatwo dostrzec porównując jego słowa z rzeczywistą treścią czy to Dziejów Apostolskich czy też Listu do Galatów. Chodzi mu zapewne o fragment w Gal 2,1-10, gdzie czytamy:
Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa;
A udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem.
Ale nawet Tytusa, który był ze mną, chociaż był Grekiem, nie zmuszono do obrzezania,
Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę,
A którym ani na chwilę nie ustąpiliśmy, ani się nie poddaliśmy, aby prawda ewangelii u was się utrzymała.
A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę - otóż ci, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem, niczego mi nie narzucili,
Raczej przeciwnie, gdy zobaczyli, że została mi powierzona ewangelia między nieobrzezanymi, jak Piotrowi między obrzezanymi -
Bo Ten, który skutecznie działał przez Piotra w apostolstwie między obrzezanymi, skutecznie działał i przeze mnie między poganami -
Otóż, gdy poznali okazaną mi łaskę, Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty, abyśmy poszli do pogan, a oni do obrzezanych;
Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać.
Niestety zapomniał tutaj dodać, że św. Atanazy nie święcił nikogo wbrew procedurom kanonicznym, które wówczas polegały na wyborze w ramach prowincji kościelnej, choć sam sprzeciwiał się wyborowi takich, którzy nie wyznawali wiary zdefiniowanej na Soborze Nicejskim. A to jest właśnie sedno sprawy: istotą godziwości wyboru jest zapewnienie nauczania i przekazywania prawdziwej wiary. O tym należy rozmawiać.
No cóż, trzeba mieć ego zupełnie wystrzelone w kosmos, by być zdolnym do takiego wyczynu polemicznego. Oczywiście, o sprawie, o której mowa widocznie nie ma pojęcia ani jeden ani drugi z młodzieńców. Patriarchowie nigdy nie ustanawiali biskupów poza zasięgiem swojej jurysdykcji jako metropolici. X. Bańka widocznie nawet nie wie, że wówczas jeszcze nie było patriarchów w jakimkolwiek znaczeniu kanonicznym. Zaś to, co x. Malesa jemu zarzuca, mianowicie anachroniczne pomylenie okresu patrystycznego ze współczesnością, to sam dość prymitywnie popełnia, a nawet więcej, gdyż po prostu zmyśla. Nigdy w Kościele nie było kanonicznego wprowadzania na urząd biskupi przez cesarza, ani nawet wyboru przez cesarza. Istniało jedynie udzielanie tzw. regaliów, czyli wręczanie insygniów władzy (pierścienia i pastorału), lecz odbywało się to dopiero w państwie Franków, a to w sposób przemocowy, czyli uzurpatorski i niekanoniczny, co słusznie napotkało na rosnący sprzeciw ze strony papieży aż do słynnego sporu o inwestyturę (więcej tutaj).
Tutaj x. Malesa myli nieomylność Kościoła z nieomylnością decyzyj dyscyplinarnych i wykraczających poza zakres władzy papieskiej. Nie wiem, czy on rzeczywiście nie zna nauczania dogmatycznego konstytucji Vaticanum I "Pastor Aeternus", czy tylko udaje na doraźny użytek. Już samo określenie "Stolica Apostolska" jest nieostre. Jeśli on ma na myśli wszelkie dokumenty wydawane czy to przez Kurię Rzymską czy przez papieży osobiście, to to zdanie jest ewidentnie nieprawdziwe. Według teologii katolickiej - i też według dogmatycznego nauczania "Pastor Aeternus" - zdefiniowana jest jedynie nieomylność papieża i to jedynie w szczególnych przypadkach aktów magisterialnych, jakimi są uroczyste definicje dogmatyczne. Jeśli on je miesza czy to z nauczaniem Vaticanum II czy też ze wszystkim, co od tego czasu wyprodukowały urzędy watykańskie, to po prostu oszukuje publiczność.
Tymczasem do elementarza teologii katolickiej należy rozróżnienie między wymiarem materialnym a formalnym. Zatwierdzenie przez kompetentną władzę jest jedynie elementem formalnym katolickości. Istotny i w pewnym sensie bardziej konstytutywny jest aspekt materialny, czyli zarówno zgodność rytu z wiarą katolicką jak też stopień czy doskonałość jej wyrażenia przez dany ryt. Sam aspekt formalny z całą pewnością nie wystarczy do orzeknięcia katolickości. Kościół nie jest sektą autorytarną, gdzie aktualna władza dysponuje prawdą i może ją dowolnie zmieniać. Tego x. Malesa widocznie jednak nie ogarnia:
Szczególnie groteskowym sofizmatem jest powiedzenie, że o ciągłości urzędu stanowi to, że jeden papież może zadecydować dokładnie odwrotnie do decyzji swego poprzednika. To jest swoisty szczyt absurdu i zakłamania rzeczywistości.
Tutaj charakterystyczne jest to, że nie dostrzega problemu ani u siebie, ani w strukturach Novus Ordo (zarówno diecezjalnych jak też rzymskich), lecz jedynie po stronie FSSPX. Z mojej strony nie muszę chyba udowadniać mojego krytycznego - czyli rozróżniającego - stosunku do tego ostatniego, gdyż dowodem jest wiele niniejszych wpisów w temacie. Nie popieram też wmawiania ludziom, że w ogóle nie wolno uczęszczać na liturgię Novus Ordo. Chodzi o uczciwość w widzeniu i ocenie sytuacji. A sytuacja wygląda w ten sposób, iż struktury Novus Ordo po pierwsze nie rozumieją i wolą nie widzieć potrzeby umożliwienia wiernym i kapłanom sprawowania liturgii tradycyjnej, a po drugie są bardzo łase na wszystko, co ten brak zrozumienia i chęci może choćby w sposób bardzo oddalony usprawiedliwić. Innymi słowy: już sympatia dla liturgii tradycyjnej jest według nich conajmniej podejrzana. Dlatego usilne odcinanie się od FSSPX jest mało skuteczne, a nawet praktycznie zupełnie nieskuteczne, czego dowodem jest właśnie haniebny bo kłamliwy dokument "Traditionis Custudes". Zarzekanie się, że chodzi jedynie o subiektywny głos serca, czyli uczucie religijne, świadczy jedynie albo o debilstwie modernistycznym, albo o obłudzie.
Szkoda, że żadna ze stron, ani moderator nie pociągnął tematu. W każdym razie chybiona jest próba zepchnięcia sprawy w kwestię dobrej czy złej woli. Jak powszechnie wiadomo, człowiek oprócz woli ma też rozum, który powinien panować nad wolą i wyznaczać jej cele. Jest to istotne zwłaszcza dlatego, że rozum katolika powinien być oświecony wiarą w Boże Objawienie. Jeśli czyny nie dadzą się z nią pogodzić, to nie jest to problem woli, przynajmniej nie przede wszystkim. Aczkolwiek wola bierze udział w przyjęciu Bożego Objawienia przez rozum. O tym trzeba mówić, a nie o tym, czy wszystkie kropki są połączone.
Chodzi o zdanie, które ma swoje źródło w fałszerstwie historycznym znanym pod nazwą Constitutum Silvestri (więcej tutaj), a które trafiło do Kodexu Prawa Kanonicznego, kanon 1404: prima sedes a nemine iudicatur. Tutaj należy zwrócić uwagę przede wszystkim na to, że nie ma tutaj mowy o papieżu, lecz o Stolicy św. Piotra. Papieże się zmieniają, Stolica Apostolska trwa. To ona nie może być sądzona przez kogokolwiek, ani przez inne stolice biskupie, ani przez władców świeckich. To jest dość jasna i prosta zasada, gdyż w Kościele - i też ogólnie na ziemi - nie ma władzy wyższej niż Stolica Piotrowa. Z tego jednak wcale nie wynika, jakoby poszczególny papież jako osoba prywatny nie mógłby być sądzony, a to zarówno formalnie - w znaczeniu postawienia przed trybunałem - jak też w myślach i wyrażaniu ich. Czym innym jest bowiem urząd Piotrowy, a czym innym osoba ten urząd sprawująca. Osoba jest omylna i grzeszna, więc tylko urzędowi zapewniona jest trwała nieomylność w znaczeniu trwania prawdziwej wiary, której ten urząd służy. Tak więc x. Malesa popełnia tutaj elementarne błędy logiczne i teologiczne. A jest to typowe dla modnej w Polsce od wyboru Karola Wojtyły mentalności sekciarsko-papalistycznej jako pochodnej sekty wojtyliańskiej, gdzie dana osoba jest wręcz ubóstwiana, czyli stawiana ponad wiarą katolicką nauczaną w Tradycji Kościoła.
Po pierwsze, x. Malesa wcale nie jest rzymski, lecz polsko-wyszyńsko-wojtyliański, gdyż reprezentuje dość dokładnie mentalność modernistyczną ukształtowaną przez działania głównie tych osób, aczkolwiek w tym przypadku w wersji indultowej, która jednak jest pewnym zbliżeniem do katolicyzmu.















