Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indult. Pokaż wszystkie posty

Wysyp hochsztaplerów: duet Bańka & Malesa


Z powinności blogerskiej muszę znów zająć się ponowną przykrą sprawą następnego popisu, tym razem duetowego, gdyż poszerzonego o przedstawiciela indulciarstwa w osobie nowej, wschodzącej gwiazdy na firmamencie kato-internetowym. Sprawa jest ciekawa nie tylko z powodu ostatnio gorąco dyskutowanej kwestii sakry biskupiej w FSSPX, lecz dla odsłonięcia typowych mentalności. 

Najpierw wyjaśniam pojęcie "hochsztapler". Pochodzi ono z języka niemieckiego (por. tutaj) i oznacza osobę, która udaje coś, co nie jest rzeczywiste: bycie lepszym, rangę czy pozycję, która jej nie przysługuje, wiedzę, której nie ma itp. Mamy to spełnione w przypadku tych obydwu młodzieńców w sutannach, co ukazują ich wypowiedzi. O x. Bańce była już mowa wielokrotnie. Dołączył do niego następny, wprawdzie z innego obozu, jednak pod tym względem dość podobny. 

Oto pierwszy przykład, z którego możemy się dowiedzieć od x. Malesy, że istnieje coś takiego jak "Kościół mozarabski":


On to wypowiada tak przekonywująco, że aż kusi, coby mu uwierzyć. Widocznie on sam w to wierzy, przynajmniej tak samo, jak generalnie wierzy w siebie. A wystarczyłoby minimum wiedzy w temacie. Chłopak pomylił ryt z Kościołem, a widocznie nie wie, że tzw. ryt mozarabski (zwany też toledańskim czy izydoriańskim) istniał jedynie w kilku parafiach personalnych w diecezji Toledo, zaś obecnie istnieje już chyba tylko w wydzielonej kaplicy katedry w tym mieście (także w Salamance i w dwóch klasztorach - Montserrat i Santo Domingo de Silos). Nigdy więc nie było nawet diecezji z tym rytem jako własnym, a tym bardziej Kościoła. 

Drugi przykład, już dotyczący sedna tej dysputy dwóch młodzieńców:


Oto dla porównania to, co na prawdę mówi x. Tanquerey:



Tłumaczę dla niegramotnych w łacinie:

"Kościół Chrystusowy może zostać zdefiniowany jako społeczność ludzi pielgrzymujących pod nauczaniem i rządami prawowitych pasterzy, zaś zwłaszcza Biskupa Rzymskiego, dołączonych do jego wyznania wiary chrześcijańskiej i ich wspólnoty sakramentów, ku osiągnięciu wieczystego zbawienia." 

Warto zwrócić uwagę, że istotne jest po pierwsze wyznawanie wiary, po drugie wspólnota sakramentów, po trzecie zdążanie do celu ostatecznego, którym jest zbawienie dusz. Temu celowi służy nauczanie pasterzy oraz ich rządzenie. Ponadto istotne jest, że chodzi o ciągłość w nauczaniu wiary, nie o osobiste poglądy danych pasterzy. Wiara jest jedna, pasterzy jest wielu, także na przestrzeni wieków. Aktualny problem polega tym, że nauczanie sprawujących urzędy pasterskie w Kościele od ponad pół wieku odbiega - przynajmniej jak twierdzi FSSPX - od tego, czego nauczali pasterze Kościoła, zwłaszcza papieże wcześniej. O tym należy rozmawiać, a nie tylko pohukiwać sugestywnie na tych, którzy w taki czy inny sposób podnoszą problem. 

X. Malesa, jak każdy manipulator, jest dość sprawny w mieszaniu spraw na doraźny użytek, co by wyjść na swoje, a czyni to, nie wahając się nawet podnosić głosu na interlokutora:


Pomijając już nawet taki fakt, że - jako rzekomo filolog klasyczny - nie potrafi powiedzieć wyrażenia "ex cathedra" z prawidłowym akcentem, nie trudno zauważyć, że mamy tutaj do czynienia z sugestywnym pomieszaniem i niechlujstwem myślowym, którego nie da się pogodzić z rzetelną dyskusją. 

Po pierwsze, według teologii katolickiej nie ma dwóch "aspektów" nauczania nieomylnego, lecz są dwa sposoby uroczystego przedkładania nauczania nieomylnego: papież wraz z biskupami zgromadzonymi na soborze powszechnym oraz sam papież podający definicję dogmatyczną. Należy dodać, że na tym nie wyczerpuje się pojęcie nieomylności Kościoła, gdyż Kościół jest nieomylny także poza nauczaniem uroczystym (tzw. dogmatycznym w znaczeniu definiowania dogmatów wiary), mianowicie wtedy, gdy naucza czegoś stale i powszechnie. Także tutaj jest problem z nauczaniem pasterzy od Vaticanum II, gdyż FSSPX (i nie tylko) zarzuca im sprzeczność względem nauczania wszystkich wcześniejszych papieży, chociaż to nie było nauczanie zdogmatyzowane w znaczeniu uroczystych definicyj dogmatycznych. O tym należy rozmawiać, nie wymachiwać koniecznością jedności z Rzymem, w zanadrzu mając na myśli władze rzymskie od Vaticanum II, nawet jeśli jest poważny problem zgodności z tym, czego nauczała Stolica Apostolska przedtem i to przez całe wieki czyli faktycznie stale. 

Po drugie, x. Malesa dość podle sugeruje, jakoby FSSPX chciało być "poza Piotrem". To jest klasyczne ustawianie chochoła, żeby w niego walnąć. Problem jest w tym, że Piotr nie może zmienić zdania, tak samo zresztą jak Duch Święty, który prowadził Kościół poprzez wieki i nadal prowadzi. 

Po trzecie, dość prymitywną manipulacją jest utożsamienie jedności z Piotrem z danym - aktualnym - sposobem wyboru biskupów, który jak wiadomo był bardzo zmienny na przestrzeni wieków i dopiero od niewiele ponad sto lat jest scentralizowany i to również nie do końca (więcej tutaj). X. Malesa popisuje się tutaj wiedzą o kanonie Soboru Nicejskiego I w tej kwestii. Pomija jednak znów sedno sprawy, mianowicie sens teologiczny takiego a nie innego kanonu, którym jest zachowanie jedności we wierze objawionej przez Jezusa Chrystusa. Taki jest powód wszelkich regulacyj prawnych. Innymi słowy: to nie prawo stanowi o wierze, lecz wiara - oraz konieczność jej wiernego zachowania i nauczania - stanowi kanony prawne. 

Swoistym szczytem ignorancji, manipulacji w połączeniu z bezczelnością - i to z obydwu stron, choć w różnym stopniu - jest następujący fragment rozmowy:


X. Bańka popisuje się tutaj swoją niewiedzą, także co do samego Pisma św., co próbuje przykryć swoimi "myślami". A wystarczyłoby zajrzeć do Nowego Testamentu (więcej tutaj). Rzeczywiście nie ma w nim mowy o jakiejkolwiek ingerencji Piotra w wybór następców Apostołów. O tyle x. Bańka ma rację. Nie ma racji jednak, ograniczając kwestię do samego Pisma św. Natomiast zachowanie x. Malesy w tym momencie jest wybitnym połączeniem ignorancji, urojeń i pewności siebie (zakładając, że nie kłamie świadomie), co łatwo dostrzec porównując jego słowa z rzeczywistą treścią czy to Dziejów Apostolskich czy też Listu do Galatów. Chodzi mu zapewne o fragment w Gal 2,1-10, gdzie czytamy:

Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa;

A udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem.

Ale nawet Tytusa, który był ze mną, chociaż był Grekiem, nie zmuszono do obrzezania,

Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę,

A którym ani na chwilę nie ustąpiliśmy, ani się nie poddaliśmy, aby prawda ewangelii u was się utrzymała.

A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę - otóż ci, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem, niczego mi nie narzucili,

Raczej przeciwnie, gdy zobaczyli, że została mi powierzona ewangelia między nieobrzezanymi, jak Piotrowi między obrzezanymi -

Bo Ten, który skutecznie działał przez Piotra w apostolstwie między obrzezanymi, skutecznie działał i przeze mnie między poganami -

Otóż, gdy poznali okazaną mi łaskę, Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty, abyśmy poszli do pogan, a oni do obrzezanych;

Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać.


Gdzie tu jest mowa o jakimkolwiek ograniczeniu święcenia biskupów udzielanego przez św. Pawła, to najwyżej sam x. Malesa raczy wiedzieć. Szokujące jest natomiast, z jakim przekonaniem, a nawet wręcz napastliwością wypowiada coś, co jest po prostu nieprawdą. Nasuwa się więc poważne pytanie o kondycję przynajmniej duchową tego człowieka.  

Od manipulacji nie stroni także x. Bańka:


Niestety zapomniał tutaj dodać, że św. Atanazy nie święcił nikogo wbrew procedurom kanonicznym, które wówczas polegały na wyborze w ramach prowincji kościelnej, choć sam sprzeciwiał się wyborowi takich, którzy nie wyznawali wiary zdefiniowanej na Soborze Nicejskim. A to jest właśnie sedno sprawy: istotą godziwości wyboru jest zapewnienie nauczania i przekazywania prawdziwej wiary. O tym należy rozmawiać. 

Jest moment, w którym obydwaj dyskutanci błyszczą ignorancją, przy czym jeden z nich jednak w sposób wybitnie bezczelny, gdyż mistrzowsko usiłuje udawać posiadanie rzetelnej wiedzy, a zarazem potraktować interlokutora jak uczniaka w podstawówce:


No cóż, trzeba mieć ego zupełnie wystrzelone w kosmos, by być zdolnym do takiego wyczynu polemicznego. Oczywiście, o sprawie, o której mowa widocznie nie ma pojęcia ani jeden ani drugi z młodzieńców. Patriarchowie nigdy nie ustanawiali biskupów poza zasięgiem swojej jurysdykcji jako metropolici. X. Bańka widocznie nawet nie wie, że wówczas jeszcze nie było patriarchów w jakimkolwiek znaczeniu kanonicznym. Zaś to, co x. Malesa jemu zarzuca, mianowicie anachroniczne pomylenie okresu patrystycznego ze współczesnością, to sam dość prymitywnie popełnia, a nawet więcej, gdyż po prostu zmyśla. Nigdy w Kościele nie było kanonicznego wprowadzania na urząd biskupi przez cesarza, ani nawet wyboru przez cesarza. Istniało jedynie udzielanie tzw. regaliów, czyli wręczanie insygniów władzy (pierścienia i pastorału), lecz odbywało się to dopiero w państwie Franków, a to w sposób przemocowy, czyli uzurpatorski i niekanoniczny, co słusznie napotkało na rosnący sprzeciw ze strony papieży aż do słynnego sporu o inwestyturę (więcej tutaj)

Mieszanie spraw oraz prawdy z fałszem, a przez to fałszowanie wyników jest specjalnością modernistów:


Tutaj x. Malesa myli nieomylność Kościoła z nieomylnością decyzyj dyscyplinarnych i wykraczających poza zakres władzy papieskiej. Nie wiem, czy on rzeczywiście nie zna nauczania dogmatycznego konstytucji Vaticanum I "Pastor Aeternus", czy tylko udaje na doraźny użytek. Już samo określenie "Stolica Apostolska" jest nieostre. Jeśli on ma na myśli wszelkie dokumenty wydawane czy to przez Kurię Rzymską czy przez papieży osobiście, to to zdanie jest ewidentnie nieprawdziwe. Według teologii katolickiej - i też według dogmatycznego nauczania "Pastor Aeternus" - zdefiniowana jest jedynie nieomylność papieża i to jedynie w szczególnych przypadkach aktów magisterialnych, jakimi są uroczyste definicje dogmatyczne. Jeśli on je miesza czy to z nauczaniem Vaticanum II czy też ze wszystkim, co od tego czasu wyprodukowały urzędy watykańskie, to po prostu oszukuje publiczność. 

Ignorancję teologiczną i równocześnie jego specyficzną mentalność ukazuje zwłaszcza następujący moment: 


Tymczasem do elementarza teologii katolickiej należy rozróżnienie między wymiarem materialnym a formalnym. Zatwierdzenie przez kompetentną władzę jest jedynie elementem formalnym katolickości. Istotny i w pewnym sensie bardziej konstytutywny jest aspekt materialny, czyli zarówno zgodność rytu z wiarą katolicką jak też stopień czy doskonałość jej wyrażenia przez dany ryt. Sam aspekt formalny z całą pewnością nie wystarczy do orzeknięcia katolickości. Kościół nie jest sektą autorytarną, gdzie aktualna władza dysponuje prawdą i może ją dowolnie zmieniać. Tego x. Malesa widocznie jednak nie ogarnia:


Szczególnie groteskowym sofizmatem jest powiedzenie, że o ciągłości urzędu stanowi to, że jeden papież może zadecydować dokładnie odwrotnie do decyzji swego poprzednika. To jest swoisty szczyt absurdu i zakłamania rzeczywistości. 

W pewnym momencie x. Malesy odkrywa swoje karty, aczkolwiek nie do końca: 


Tutaj charakterystyczne jest to, że nie dostrzega problemu ani u siebie, ani w strukturach Novus Ordo (zarówno diecezjalnych jak też rzymskich), lecz jedynie po stronie FSSPX. Z mojej strony nie muszę chyba udowadniać mojego krytycznego - czyli rozróżniającego - stosunku do tego ostatniego, gdyż dowodem jest wiele niniejszych wpisów w temacie. Nie popieram też wmawiania ludziom, że w ogóle nie wolno uczęszczać na liturgię Novus Ordo. Chodzi o uczciwość w widzeniu i ocenie sytuacji. A sytuacja wygląda w ten sposób, iż struktury Novus Ordo po pierwsze nie rozumieją i wolą nie widzieć potrzeby umożliwienia wiernym i kapłanom sprawowania liturgii tradycyjnej, a po drugie są bardzo łase na wszystko, co ten brak zrozumienia i chęci może choćby w sposób bardzo oddalony usprawiedliwić. Innymi słowy: już sympatia dla liturgii tradycyjnej jest według nich conajmniej podejrzana. Dlatego usilne odcinanie się od FSSPX jest mało skuteczne, a nawet praktycznie zupełnie nieskuteczne, czego dowodem jest właśnie haniebny bo kłamliwy dokument "Traditionis Custudes". Zarzekanie się, że chodzi jedynie o subiektywny głos serca, czyli uczucie religijne, świadczy jedynie albo o debilstwie modernistycznym, albo o obłudzie. 

Na szczęście nie zabrakło też mięsa w dyskusji, czyli sięgania do sedna problemu w sporze:


Szkoda, że żadna ze stron, ani moderator nie pociągnął tematu. W każdym razie chybiona jest próba zepchnięcia sprawy w kwestię dobrej czy złej woli. Jak powszechnie wiadomo, człowiek oprócz woli ma też rozum, który powinien panować nad wolą i wyznaczać jej cele. Jest to istotne zwłaszcza dlatego, że rozum katolika powinien być oświecony wiarą w Boże Objawienie. Jeśli czyny nie dadzą się z nią pogodzić, to nie jest to problem woli, przynajmniej nie przede wszystkim. Aczkolwiek wola bierze udział w przyjęciu Bożego Objawienia przez rozum. O tym trzeba mówić, a nie o tym, czy wszystkie kropki są połączone. 

Nie zabrakło też klasyka prymitywnej ideologii pseudokonserwatywnych katolików, a jest to odpowiedź na dość obszerne pytanie z publiczności:



Chodzi o zdanie, które ma swoje źródło w fałszerstwie historycznym znanym pod nazwą Constitutum Silvestri (więcej tutaj), a które trafiło do Kodexu Prawa Kanonicznego, kanon 1404: prima sedes a nemine iudicatur. Tutaj należy zwrócić uwagę przede wszystkim na to, że nie ma tutaj mowy o papieżu, lecz o Stolicy św. Piotra. Papieże się zmieniają, Stolica Apostolska trwa. To ona nie może być sądzona przez kogokolwiek, ani przez inne stolice biskupie, ani przez władców świeckich. To jest dość jasna i prosta zasada, gdyż w Kościele - i też ogólnie na ziemi - nie ma władzy wyższej niż Stolica Piotrowa. Z tego jednak wcale nie wynika, jakoby poszczególny papież jako osoba prywatny nie mógłby być sądzony, a to zarówno formalnie - w znaczeniu postawienia przed trybunałem - jak też w myślach i wyrażaniu ich. Czym innym jest bowiem urząd Piotrowy, a czym innym osoba ten urząd sprawująca. Osoba jest omylna i grzeszna, więc tylko urzędowi zapewniona jest trwała nieomylność w znaczeniu trwania prawdziwej wiary, której ten urząd służy. Tak więc x. Malesa popełnia tutaj elementarne błędy logiczne i teologiczne. A jest to typowe dla modnej w Polsce od wyboru Karola Wojtyły mentalności sekciarsko-papalistycznej jako pochodnej sekty wojtyliańskiej, gdzie dana osoba jest wręcz ubóstwiana, czyli stawiana ponad wiarą katolicką nauczaną w Tradycji Kościoła. 

Na koniec parę słów odpowiedzi na skierowane do mnie następujące pytanie: 


Po pierwsze, x. Malesa wcale nie jest rzymski, lecz polsko-wyszyńsko-wojtyliański, gdyż reprezentuje dość dokładnie mentalność modernistyczną ukształtowaną przez działania głównie tych osób, aczkolwiek w tym przypadku w wersji indultowej, która jednak jest pewnym zbliżeniem do katolicyzmu. 

Po drugie, x. Malesa jest dość typowym przykładem połączenia ignorancji z autosugestywną wiarą w siebie, a to nawet ze znamionami samouwielbienia powodującego napastliwość bez podstaw w rzeczywistości, więc jedynie z urojonymi podstawami. 

Po trzecie, w jego zachowaniu widać swoiste skundlenie w znaczeniu usilnego starania o przypodobanie się zarówno władzy jak też publiczności. Innymi słowy: to może być rodzaj odreagowywania doznanych upokorzeń przez wyżycie swojej - w tym wypadku urojonej - wyższości nad kimś, kim władza gardzi. 

Podsumowując:

Przykro jest słuchać i patrzeć na coś takiego. Tym bardziej, że sam redaktor jest wyraźnie zauroczony rzekomą "wiedzą" tych młodzieńców. Głównym problemem jest przy tym nie brak wiedzy, bo to każdemu się może zdarzyć w jakimś stopniu, lecz udawanie wiedzy, tudzież podawanie - przynajmniej niesprawdzonej - nieprawdy za prawdę. Aż chciałoby się wstydzić za nich, skoro oni wstydu widocznie nie mają. W takiej sytuacji powinni 
- po pierwsze, się dokształcić, 
- po drugie, przeprosić redaktora i całą publiczność za zgorszenie, którego się dopuścili,
- po trzecie, poprosić redaktora o możliwość odwołania i skorygowania bełkotów i kłamstw, których się dopuścili. 
To jest jedyny sposób naprawy zgorszenia. Choć osobiście wątpię, że do tego dojdzie. Jednak nie chcę tracić nadziei. 

Fałszywy jubileusz warszawski


Anonimowe "środowisko" ma nadal problem z rzetelnością historyczną. To jest zasadnicza kontynuacja tego, co było pięć lat temu (więcej tutaj). 

Te osoby albo mają specyficzne rozumienie słów "stale i regularnie", albo mają wolę ich specyficznego rozumienia, albo jedno i drugie. 

Zgadza się, że do czerwca 1996 r. nie mieszkał na stałe w Warszawie kapłan, który sprawował tam coniedzielną Mszę św. tradycyjną (oprócz hotelowych celebracyj FSSPX). Moje pobyty wraz ze sprawowaniem Mszy św. były jednak o tyle stałe i regularne, że - o ile wiem - żaden inny kapłan tam nie sprawował wielokrotnie na prośbę wiernych i za pozwoleniem władzy diecezjalnej, a to począwszy od 3 września 1995 r. Wiem, że były wówczas starania o zainstalowanie w Warszawie i ogólnie w Polsce Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra (FSSP), dla którego wówczas pracowałem. Co oczywiście nie wypaliło, gdyż linia biskupów - dość wyraźnie wyrażona także podczas rozmów, których byłem uczestnikiem - była taka, iż nie chciano kapłanów z zewnątrz. Dopiero niejakiemu x. Wojciechowi Grygielowi, który już po roku 2000 został święcony dla FSSP, udało się utworzyć placówkę w Krakowie, a to bardziej we własnym interesie (i dla działalności dywersyjnej w Kościele) niż w interesie katolików tradycyjnych. 

Tak więc Warszawka świętuje w tym wydarzeniu nie okrągłą rocznicę regularnego i stałego sprawowania liturgii tradycyjnej, lecz objęcie formalnej pieczy nad tą celebracją przez kuzyna żydostalinowskiej noblistki, który zawsze używał lekcjonarza novusowego, czyli wprowadzał samowolną zmianę do Missale Romanum. 

Jest zrozumiałe, że na świętowanie dobrze jest mieć konkretną datę i konkretne wydarzenie, udokumentowane formalnie. Jednak należy trzymać się prawdy historycznej, nawet jeśli jest niewygodna. 

Gdyby ktoś nie zauważył: czym innym jest regularne czyli zgodne z regułami kościelnymi sprawowanie Mszy św., a czym innym formalne "duszpasterstwo" ze stałą obecnością kapłana odpowiedzialnego z celebrację i z coniedzielną Mszą św. To chyba nie takie trudnie do ogarnięcia. Widocznie, ktoś nie chce tego ogarnąć. 

Dziurawy jubileusz warszawski (z post scriptum)

 

Sprawa jest bardziej historyczna niż teologiczna, jednak teologia obejmuje także historię, zwłaszcza gdy chodzi o życie Kościoła, które zawsze jest powiązane z lepszą czy gorszą teologią. 

Zdaję sobie sprawę, że niniejszym narażam się na zarzut pisania o sobie czy swoich zasługach. Jednak intencją moją jest tylko pisanie o faktach, których ocenę pozostawiam P. T. Czytelnikom. Chodzi bowiem o artykuł redaktora naczelnego kwartalnika "Christianitas", z którym niegdyś - w zamierzchłych początkach tego czasopisma - współpracowałem, czego zresztą nie da się ukryć. Chodzi w nim o początki tzw. indultu w Warszawie. Zapoznawszy się z owym textem (dostępnym tutaj) musiałem kilka razy parsknąć śmiechem. Otóż rozśmieszyło mnie kilka rzeczy, ale zwłaszcza pomijanie mojego udziału w owych wydarzeniach, które nie może być przypadkowe, gdyż zarówno sam Paweł Milcarek był w centrum wydarzeń, w których uczestniczyłem, jak też wszystkie wspomniane w tekście osoby, które wtedy poznałem osobiście i to dość intensywnie. Wprawdzie nie zostałem zupełnie pominięty, choć na to w międzyczasie widocznie zasłużyłem (😁), co oczywiście - mianowicie w postaci wzmianki w nawiasie o Triduum - należy docenić. Tym niemniej czuję się w obowiązku dorzucenia faktów, które wydają mi się istotne dla pełniejszego i prawdziwszego obrazu tamtego czasu. Zaznaczam, że podaję z pamięci (która - nie chwaląc się - często uchodzi za słoniową), gdyż nie dysponuję żadnymi materiałami archiwalnymi oprócz osobistej korespondencji, która może mieć znaczenie jedynie częściowo i pomocniczo. Pan Milcarek natomiast dysponuje zapewne biuletynem duszpasterstwa, o którym wspomina w tekście. 

Przede wszystkim nie jest prawdą, że "autoryzowane" przez władze diecezjalne celebracje Mszy św. w tradycyjnym rycie zaczęły się dopiero w czerwcu 1996 r. Chodzi tutaj o coniedzielne Msze św. sprawowane przez opiekuna wyznaczonego przez władze archidiecezji warszawskiej. Natomiast dużo wcześniej, mianowicie od września 1995 r. celebrowałem w Warszawie średnio co 2-3 miesiące, oczywiście także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych, czyli w sposób "autoryzowany", nie pokątny czy tajny. Na pewno celebrowałem na początku września 1995 r., w tym dokładnie 3-ego września w święto św. Piusa X (to było w jakimś kościele na Żoliborzu, dokładnie nie pamiętam), potem na początku grudnia (podczas wizyty wraz z x. Emmerson'em z Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra), potem jeszcze kilka razy w pierwszej połowie 1996 r. Wszystkie celebracje odbywały się za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Świadkiem tego jest przede wszystkim Wojciech Środoń (wówczas student prawa, związany z czasopismem Pro fide, rege et lege), który zajmował się zarówno kontaktami z kurią jak też organizacją Mszy św., czyli przede wszystkim pertraktacjami z proboszczami i rektorami kościołów. 

Dla pełności obrazu wydarzeń wspomnę, że po pobycie w Warszawie we wrześniu 1995 r. pojechałem na zaproszenie do Poznania na 2-3 dni, po czym do Gdyni, również na kilka dni, a w końcu do Kalisza, gdzie także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych przewodniczyłem ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa Piotra Tryjanowskiego (także znajomego Marka Jurka, obecnie profesora na UAM w Poznaniu) z małżonką w sanktuarium św. Józefa. Jadąc z Kalisza do Austrii miałem przymusowy dłuższy pobyt w Krakowie (z powodu stłuczki samochodu), gdzie także sprawowałem Mszę św. tradycyjną za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Ówczesny biskup pomocniczy w Krakowie, obecny kard. Nycz, wydał mi po polsku (mój celebret był po łacinie) potwierdzenie prawa do celebracji. 

Także po objęciu funkcji opiekuna przez x. Jana Szymborskiego (tak, to krewny żydokomunistycznej noblistki) bywałem w Warszawie dość często. X. Szymborski bez problemu odstępował wówczas swoją Mszę św. niedzielną, godził się także na dodatkowe Msze św., tudzież na prowadzenie przeze mnie rekolekcyj (prowadziłem przynajmniej raz wielkopostne i przynajmniej raz adwentowe, dokładnie nie pamiętam). Chrzciłem także dzieci, w tym jedno dziecko Pawła Milcarka (nie pamiętam, czy to było pierwsze dziecko Michałek, czy Marysia, u któregoś chyba uzupełniałem obrzędy Chrztu św.) oraz innych 2-3 rodzin, nie licząc trójki dzieci innego znajomego Marka Jurka, Bogusława Kiernickiego, obecnie prezesa fundacji, która wydaje kwartalnik P. Milcarka (chrzty były w Gorzowie i koło Poznania, gdzie jechałem za każdym razem na własny koszt, a nikt się nawet nie zapytał, czy mam za co, przy czym w Gorzowie służył mi do Mszy św. inny znajomy Marka Jurka, obecny profesor Grzegorz Kucharczyk, któremu potem dwukrotnie za darmo poprawiałem tłumaczenie z niemieckiego książki x. Klaus'a Gamber'a). Grafik i fotograf związany z "Christianitas" Paweł Kula tak sobie załatwił ceremonię ślubu, że proboszcz parafii x. Bronisław Piasecki sprawował samą ceremonię ślubną, mnie natomiast powierzono sprawowanie Mszy św. za nowożeńców (to był chyba wrzesień 1997 r.). Była też pierwsza Komunia św. młodszej córki Marka Jurka. Z obecnych znanych mi celebrytów na Mszach św. bywali m. in. Paweł Lisicki, śp. Artur Górski, Paweł Kwaśniak, Dominik Zdort (jego znajomych, braci Janowskich, chrzciłem sub conditione podczas Triduum w 1997 r.), Łukasz Warzecha, przewinął się także Stanisław Krajski, wówczas spoza Warszawy Artur Zawisza, Arkadiusz Robaczewski, Konrad Szymański, Marcin Libicki i Jan Filip Libicki. 

Od 1997 r. do 2002 r. włącznie, czyli przez sześć kolejnych lat, celebrowałem liturgię Triduum w kościółku św. Barbary w centrum (przy parafii Wszystkich Świętych), gdzie doznałem rzeczowej życzliwości tamtejszego x. proboszcza. Zresztą celebrowałem tam także poza Triduum. Znacznie mniej życzliwy był natomiast rektor kaplicy Domu im. Piusa XI (hotel kościelny nieopodal), gdzie mnie kwaterowano (na początku kwaterowano mnie także prywatnie u Pawła Witaszka w Brwinowie). Gdy pozwoliłem wiernym na udział we Mszy św. w kaplicy, x. rektor zrobił awanturę, po czym zmieniono mi kwaterę na hotel sejmowy (chyba począwszy od 1997 r.). Ówczesny rektor kaplicy sejmowej, śp. x. Piotr Pawlukiewicz, nie robił żadnych trudności. Przeważnie jednak celebrowałem w kościołach, gdzie odbywały się Msze św. niedzielne, czyli u Dzieciątka Jezus, w Res Sacra Miser i też u św. Benona. O ile mi wiadomo, do 2002 r. byłem oprócz x. Szymborskiego jedynym kapłanem, który celebrował tzw. indult w Warszawie.  

Od jesieni 1997 r. moje przyjazdy stały się rzadsze, gdyż zakończyłem współpracę z Bractwem Kapłańskim Św. Piotra. Zresztą nie były one konieczne, skoro był opiekun na miejscu w osobie x. Szymborskiego. Angażowano mnie okazyjnie. Stałym elementem było Triduum. Dopiero w związku z wyjazdem do Monachium w 2002 r. i podjęciem tam pracy na parafii ustały moje przyjazdy do Warszawy (i ogólnie do Polski, oprócz stron rodzinnych). 

Podsumowując: Nie byłem zaangażowany bezpośrednio w batalie wiernych z kurią i proboszczami. Przyjeżdżałem na gotowe. Z nielicznymi wyjątkami, byłem przyjmowany przez duchowieństwo w Warszawie życzliwie. Zwykle nie robiono mi trudności. Także x. Szymborski nie narzucał mi swojego stosowania nowego porządku czytań. 

Natomiast od jesieni 1997 r. relacje ze strony wiernych oziębły, a od 2002 r. ustały (szczytem tego ustania jest powyższy artykulik P. Milcarka). Docierały do mnie jakieś dąsy, które mogłem różnie interpretować (choć to ja miałbym powody, chociażby z tego względu, że zwykle nikogo nie interesowało, czy mam za co - nie mając żadnej pensji - przyjechać z Bawarii czy Austrii, a gdyby nie finansowanie moich przyjazdów przez FSSP w okresie mojej współpracy czyli do połowy 1997 r., zresztą wyraźnie niechętne, to bym musiał je finansować ze stypendiów mszalnych, które wynosiły wówczas 10 DM czyli 5 €, czyli około 150 € na miesiąc; od 1998 r. płacono mi bilet lotniczy na przyjazd na Triduum, będąc zakwaterowany w hotelu sejmowym sam opłacałem posiłki). Zaś potwierdzeniem słuszności mojej decyzji o wycofaniu się z działalności w Warszawie i w Polsce było między innymi następujące zdarzenie: Ponad rok po wydaniu mojej książki (1997) przy okazji wspomniałem Markowi Jurkowi, który załatwił Marcina Dybowskiego jako jej wydawcę, że zostałem przez tego ostatniego oszukany (mam na to dowody). Wówczas Marek Jurek odpowiedział lakonicznie: "ważne, że książka się ukazała"... 


Post scriptum 1

Jest reakcja P. Milcarka:


I jest też moja odpowiedź:



Post scriptum 2

Dla pełności obrazu dodam jeszcze, że nie jestem jedynym tego rodzaju przypadkiem. Wspomniany już w innym miejscu pierwszy Polak wyświęcony w FSSP (w 2000 r.), pochodzący z Gdyni x. Tomasz Dawidowski, wyjechał z Polski i ostatecznie opuścił FSSP, przechodząc do diecezji drezneńskiej, właśnie z powodu traktowania go nie tyle przez władze kościelne w Polsce, co przez tzw. wiernych z Poznania oraz wyświęconego kilka lat po nim x. Wojciecha Grygiel'a. Głównymi dowodzącymi byli wówczas panowie Libiccy, również bliscy znajomi Marka Jurka, zresztą będący w dobrych stosunkach z ówczesnym arcybiskupem poznańskim Juliuszem Paetz'em. Wiem od samego x. Dawidowskiego, że chciał założyć placówkę FSSP w Polsce, a największe szanse widział w Krakowie, mimo że panowie Libiccy w Poznaniu mieli dobre stosunki z tamtejszymi władzami. Natomiast placówkę w Krakowie zarezerwował dla siebie x. Grygiel, który oczywiście nie przewidział dla siebie pozycji innej niż pierwsza. Jak wiadomo, środowisko poznańskie po przewodnictwem Libickich, współpracowało z przebierańcami wrocławskimi, czyli kolesiami x. Grygiel'a (więcej tutaj). Ten ostatni - mimo że od wielu lat publicznie głosi poglądy skrajnie modernistyczne i heretyckie - ma świetne stosunki ze środowiskiem kwartalnika "Christianitas", czyli z Pawłem Milcarkiem, czego dowodem jest częsta obecność chociażby na łamach tego pisma. 

Post scriptum 3

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, istotny, chyba nawet kluczowy. Widać go na przykładzie. Otóż jednym z członków redakcji kwartalnika "Christianitas" jest Michał Barcikowski. Pojawił się w tym środowisku pod koniec lat 90-ych i odtąd należy do jego twardego jądra. Wtedy, gdy jeszcze przyjeżdżałem do Warszawy, służył mi kiedyś do Mszy św. Zapamiętałem go jako uprzejmego. Niedawno na swoim profilu na fb umieścił nawet moją książkę z 1997 r. jako jedną z najważniejszych swoich lektur. Miałem go już jakiś czas temu wśród znajomych na fb, zresztą jak większość tego grona, jednak usunąłem po tym, jak w tym środowisku zaczęły się pojawiać tekściki broniące Lecha Wałęsę, negatywne odnośnie tzw. różańca do granic itp. 


Kilka tygodni temu M. Barcikowski zaprosił mnie do znajomych, co w swojej naiwności przyjąłem, nawet nie żądając wyjaśnień. Po czym przez przypadek okazało się, że wśród polubionych ma anonimową stronkę rzucającą na mnie podłe oszczerstwa, które są perfidną zemstą za mój text o oszustach w kręgach tzw. indultowych (jest tutaj):




Tym samym okazało się znowu, kim jest to towarzystwo. A kim jest? Otóż widać to na następującym przykładzie.

M. Barcikowski należy sam wprawdzie do starszej ekipy kwartalnika i jego środowiska. Dla jego obecnego stanu charakterystyczne są kariery i powiązania młodszego, które jest promowane. Chodzi głównie o jednego młodego człowieka, szczególnie exponowanego - zapewne nie przypadkowo -  z którym Barcikowski intensywnie się prezentuje:



Kim jest Paweł Grad, można się łatwo dowiedzieć w internetach:



Oprócz środowiska P. Milcarkowego, powiązany jest z "Teologią polityczną", czyli Opus Judaei, oraz tzw. Instytutem Nauk o Człowieku, do którego kuratorów należy m. in. George Soros (źródło tutaj)...


Założyciel owego "instytutu" był oczywiście blisko związany z kręgami krakowsko-warszawskiej żydomasonerii:



Tym samym widać, kto kontroluje pisemko P. Milcarka, którego zakulisowym współzałożycielem jest Marek Jurek. A potwierdza to następujący ładny obrazek (tak, to jest ta córka, której dawałem 1-ą Komunię św.):


I jeszcze jedno potwierdzenie:



Wysyp oszustów-przebierańców: indultowe Triduum w Gdańsku


Pojawiły się dumne relacje obrazkowe z indultowego Triduum w Gdańsku. Na uwagę zasługują fotki z Wielkiego Piątku, gdyż zawierają coś, co poniekąd przerasta wszelkie dotychczasowe dziwactwa ekipy przebierańców modernistycznych, którzy opanowali wiele środowisk indultowych w Polsce. 

Generalnie - jak wynika zarówno z fotek jak też z deklaracji - sprawowano według obrzędu tzw. pre55 czyli sprzed reformy Wielkiego Tygodnia wprowadzonej za Piusa XII w 1955 r., a która była już dziełem głównie architekta późniejszych "reform" za Pawła VI, Annibale Bugnini'ego. O tyle ta celebracja była słuszna i cenna. Tym bardziej zaskakuje a nawet szokuje to, co przedstawiają fotki zwłaszcza z Wielkiego Piątku (źródło tutaj): 




Fotki pokazują jakiś pseudoobrzęd, który jest ewidentnie sprzeczny z tradycyjnymi księgami liturgicznymi pre55, a są jakimś folklorem przypominającym bardziej novusizm:

- dziwna procesja z krzyżem, która zupełnie wykracza poza rubryki
- zawieszenie na krzyżu ornatu koloru czerwonego, który nie ma nic wspólnego z liturgią tradycyjną, a za to może wynikać jedynie z novusizmu
- brak zakrycia krzyża przed odsłonięciem i tym samym brak odsłonięcia zgodnego z rubrykami

Najpoważniejszą sprawą jest oczywiście ukazanie krzyża jako wieszaka na ornat. 

Ekipa się broni przed zarzutami następująco:


To jest o tyle ciekawe, że pokazują jedynie wycinek z czegoś, co nie tylko nie jest dostępne publicznie, lecz - według oficjalnych informacyj - zaginęło już dawno temu, mianowicie w II wojnie światowej, a obecnie jest rzekomo znane jedynie z opisów. Jeśli nawet ten wycinek jest autentyczny, to znaczy pochodzi rzeczywiście z ordinale włocławskiego z 1515 roku, to ekipa popełniła coś znamiennego. Otóż każdy katolik powinien wiedzieć, że papież św. Pius V w bulli "Quo primum" z 1570 r. zakazał używania wszelkich obrzędów, które nie mogły się wykazać trwaniem przez conajmniej 200 lat. To z całą pewnością dotyczy "mszału włocławskiego", zwłaszcza co do owego pseudoobrzędu wieszania ornatu na krzyżu. Należy mieć przy tym na uwadze, że wówczas nie było jeszcze ornatów w kształcie barokowym, który jest widoczny na fotkach wyżej, lecz w tzw. gotyckim, czyli starorzymskim. Połączenie późnośredniowiecznego zwyczaju z barokową formą ornatu i to w kolorze wziętym z novusizmu Pawła VI świadczy o zupełnym pomieszaniu umysłowo-estetycznym. Ten lokalny zwyczaj odziewania krzyża w ornat - o ile w ogóle istniał, a nie jest produktem fantazji tego, kto to opisuje i nie jest w stanie udowodnić prawdziwości - można wyjaśnić tym, że wówczas ornat był najcenniejszą szatą liturgiczną i najgodniejszą ozdobą. Mogło więc chodzić o przyozdobienie, a o wiele bardziej o przykrycie godną zasłoną. Należy wziąć pod uwagę pierwotne, szerokie znaczenie łacińskiego słowa "casula", które oznacza szatę wierzchnią, nakrycie, a dopiero specyficznie w liturgii oznacza to, co po polsku nazywa się ornatem. W każdym razie ten fragment (o ile jest autentyczny, co jest bardzo wątpliwe) wcale nie musi odnosić się do ornatu w obecnym znaczeniu, lecz ogólnie do nakrycia.

Tak więc zupełnie absurdalne jest wygrzebanie fragmentu z lokalnego, już w XVI wieku usuniętego z użytku, a nawet zakazanego mszału i włączenie go do tradycyjnej liturgii rzymskiej w sprzeczności z jej rubrykami. Jest to zarówno nielegalne liturgicznie jak też rażąco nierozumne i gorszące. Co więcej: to trąci herezją archeologizmu, potępioną przez Piusa XII w encyklice "Mediator Dei". 

Skoro ktoś zdobył się na coś takiego, to oszukał wiernych, którym obiecano liturgię rzymską według ksiąg liturgicznych promulgowanych od św. Pius V. Osoba czy osoby za to odpowiedzialne widocznie albo cierpią na zboczenie, które zasługuje na takie określenie jak paleofetyszyzm, albo usiłują skompromitować środowiska katolików tradycyjnych, albo jedno i drugie. 

Jak żyć?


To kolejne pytanie w tym temacie. Widocznie wciąż aktualne. Już parę razy odpowiadałem. 

Rzeczywiście zrozumiała jest potrzeba zaufania i powierzenia się opiece duchowej. Wiele osób ignoruje czy pomija problemy istniejące czy to na indulcie czy u lefebvrianów. Najgorzej jest, gdy się neguje istnienie problemów wbrew faktom, gdyż to cuchnie sekciarstwem. Czy to znaczy, że szczery, wierny katolik nie ma obecnie domu duchowej czy ojczyzny duchowej? 

Oczywiście nie. Sytuacja nie jest łatwa. Przeciętny, a szczery i kumaty katolik w Polsce zwykle nie może czuć się dobrze w przeciętnej parafii Novus Ordo, gdzie coraz nachalniej wciskane się modernistyczne pomysły jak Komunia dołapna, na stojąco, świeccy szafarze, ministrantki, gitarki itp. W indultach też niestety nierzadkie są nadużycia wynikające czy to z niewiedzy duszpasterza, czy wręcz z woli wmieszania modernizmu. U lefebvrian nierzadko również brakuje wiedzy i solidności teologicznej, a jest za to tym większa buta i mniemanie o swojej własnej doskonałości i nieomylności. Równocześnie jednak pewne jest, że także w takiej sytuacji można i trzeba iść drogą zbawienia duszy, i to nie przez więzy ludzkie lecz przez związanie się z Jezusem Chrystusem. Na tym polega dojrzała wiara i prawdziwa religijność. Dobrych, gorliwych i świątobliwych duszpasterzy można znaleźć wszędzie, zawsze, gdy jest to konieczne dla zbawienia duszy. 

Obecnie wiedzę o wierze Kościoła można zdobyć tak łatwo jak dotąd nigdy w historii ludzkości. Także dostęp do sakramentów jest tak łatwy jak nigdy dotąd, choćby z racji możliwości przemieszczania się. Jeśli ktoś obecnie nie zna prawdziwej, nieskażonej wiary Kościoła, to tylko dlatego, że nie chce jej poznać bądź nie dość się stara o jej poznanie. Brakuje natomiast poczucia wspólnotowości i praktykowania jej w znaczeniu konkretnym, doświadczalnym. Nie mam na myśli modernistycznej mody na tworzenie w parafiach różnych "grup", powiązanych zwykle z różnymi "ruchami". One są skażone czy przynajmniej istotnie uformowane przez założycieli i struktury owych "ruchów", które przynajmniej w jakimś stopniu zwykle odwodzą od wiary katolickiej czy prezentują jej zafałszowaną wersję. 

Katolicyzm zawsze bazował na wspólnotach naturalnych, zwłaszcza na rodzinie, która jest podstawową wspólnotą. Obecna sytuacja jest więc szansą na docenienie i wzmocnienie związku życia rodzinnego z życiem wiary. Powinno to mieć postać zarówno wspólnego poznawania wiary jak też jej praktykowania zarówno przez modlitwę jak też uczynki miłości chrześcijańskiej zarówno w rodzinie jak też poza nią. Z mojego doświadczenia wynika, że problem z przekazaniem wiary dzieciom i ogólnie młodszemu pokoleniu polega z reguły, może nawet zawsze na braku tego trójwymiarowego życia wiarą ze strony rodziców: wiedza, modlitwa, oraz czynna, autentyczna miłość. Dzieci oczywiście zwykle chcą samodzielnie zdobywać wiedzę i to poza rodziną. W kryzysie wiary odchodzą też od modlitwy. Tym, co im zwykle zostaje, to pragnienie miłości. Jeśli nie widzą w rodzicach autentycznej miłości, która zawsze łączy w sobie łaskę czyli nadprzyrodzoność z naturalnym, codziennym wymiarem, to szukają raczej argumentów przeciw wierze niż za wiarą. 

Podobnie rzecz się w odniesieniu do wspólnot ponadrodzinnych. Tutaj niestety akurat sekty często przewyższają czy programowo usiłują przewyższyć katolików. Nie mogąc pokonać katolicyzmu intelektualnie, skupiają się na więziach społecznych głównie w wymiarze wzajemnej pomocy, czyli na zwykłym ludzkim poziomie miłości bliźniego. W roli mniejszości jest to łatwiejsze i tym bardziej wyróżnia i zarazem przyciąga. 

Myślę, że są dość proste rady nie tylko dla przetrwania katolików, lecz zarazem dla żywotności i duchowej expansji katolicyzmu:

- solidna wiedza religijna, a także ogólna, we wszystkich dziedzinach, przynajmniej tych istotnych dla rodziny i społeczeństwa

- praktyki religijne, począwszy od modlitwy w rodzinie, aż do liturgii czyli oficjalnego kultu Kościoła

- praktyczna miłość bliźniego, której szkołą powinna być oczywiście rodzina, lecz obejmująca także osoby spoza rodziny, zwłaszcza potrzebujące pomocy jak chore, samotne, żyjące w niedostatku różnorakim czy to duchowym czy materialnym. 

Każda rodzina, która będzie miała na uwadze te trzy aspekty, będzie zalążkiem autentycznej odnowy duchowej Kościoła. 

Rodziny kierujące się tymi zasadami powinne się łączyć ku wzajemnego wsparciu. Okres wakacyjny jest ku temu szczególną okazją, gdyż łatwiej można się odwiedzać mimo jakiejś odległości, czy to na wizyty prywatne, czy też na wspólny wypoczynek wielu rodzin. 

Pan Bóg na pewno też zadba o odpowiednią opiekę duchową dla każdego osobiście i dla każdej wspólnoty. Aczkolwiek trzeba też prosić Pana Boga o to i być może też szukać cierpliwie. 

Wysyp przebierańców: brat zakonny jako pseudosubdiakon (z post scriptum)


Temat tzw. pseudosubdiakona był już okazyjnie poruszany w związku z działalnością świeckiego chemika - skrajnego modernisty przez lata grasującego po indultach (por. tutajtutaj). Jednak teraz widocznie w piaskownicy wrocławkowej jego miejsce zajął brat zakonny salwatorianin Marcin W. Czyli fałszowanie liturgii tradycyjnej w piaskownicowym indulcie (przeniesionym z Piasku do innego kościoła na Ostrowie Tumskim) trwa nadal:

Chemik Łukasz Wolański przez lata odgrażał się, że wystosuje pracę naukową usprawiedliwiającą jego występy jako pseudosubdiakona. Oczywiście tego nie spełnił, jak przystało na kłamcę i oszusta. Jego rzekome "dowody" mające być argumentami już miałem sposobność obalić. Widocznie uznał, że w takim stanie rzeczy nie powinien się już ośmieszać i odpuścił. Jego spuścizna widocznie jednak została podjęta i trwa w bagienku wrocławskim, mimo odsunięcia naczelnych mandarynów z Piotrem Szukielem na czele. Tamtejszy duszpasterz, będący zresztą kanonistą, widocznie nie ma kompetencji teologicznej czy przynamniej woli od oczyszczenia swego duszpasterstwa ze złogów działalności bandy Wolańsko-Szukielowej. 

W czym jest problem? Otóż jak wiadomo, w Tradycji Kościoła subdiakonat jest pierwszym stopniem wyższych święceń, związanym z dozgonnym życiem w celibacie. O tyle odejście chemika Wolańskiego i zastąpienie go bratem zakonnym Wojtczakiem stanowi pewien postęp. Jednak nie usuwa problemu w jego bardziej istotnej części, mianowicie co do przynależności do   stanu duchownego. W skład podstawowej wiedzy kanonicznej wchodzi bowiem prawda, iż bracia zakonni nie należą do stanu duchownego czyli kleryckiego (stąd ich kanoniczna nazwa brzmi: frater laicus). 

Marcin Wojtczak jest prawdopodobnie nie tylko modernistycznym tzw. nadzwyczajnym szafarzem, lecz także modernistycznym tzw. akolitą. Za Piusa XII weszło w życie pozwolenie na pełnienie przez wyświęconego akolitę liturgicznej funkcji subdiakona w sytuacji braku wyświęconego subdiakona. Na tym moderniści indultowi opierają swój pomysł, co świadczy jednak albo o ignorancji teologicznej i kanonicznej, albo o pogardzie dla teologii katolickiej i prawa kościelnego, albo o jednym i drugiem. 

Jak już wcześniej wykazywałem wielokrotnie, tzw. posługa akolity wprowadzona przez Pawła VI ("Ministeria quaedam") w zamian za niższy stopień święceń akolitatu w sposób oczywisty nie jest z nim tożsama, skoro jest udzielana także świeckim. Potwierdziła to decyzja Franciszka zezwalająca na udzielanie "posługi akolitatu" także kobietom (źródło tutaj). Z poufnych źródeł wiem, że chemik Ł. Wolański doznał oburzenia z powodu tego faktu, co jednak nie jest w stanie zmienić faktu. Skoro więc brat Wojtczak, powołując się na swój status posługiwacza pseudoakolitowego, rości sobie prawo do pełnienia funkcji subdiakona, to podważa nie tylko katolickie rozumienie stopni święceń lecz także decyzję Franciszka, która w tym wypadku jest całkowicie spójna z decyzją Pawła VI (przy czym obydwie są oczywiście sprzeczne z Tradycją Kościoła). 

Ci panowie zwykle podają jako swój motyw dążenie do pojednania między Tradycją Kościoła (przez co rozumieją indult) z modernizmem Novus Ordo. Nie wiem, czy to jest szczere czy nieszczere. Szczere może być tylko w przypadku zupełnej ignorancji teologicznej i kanonicznej, co w przypadku duchownych nie może być bez winy. Z całą pewnością jest to błędne dążenie o tyle, że nie można budować pojednania na fałszu. Zaś wygląda na to, że głównym motywem są osobiste chore ambicje zakompleksionych delikwentów, niestety czy to nierozpoznane przez duszpasterza, czy też pobłażliwie i ulegle traktowane, co świadczy o słabości przynajmniej charakteru, co w przypadku pasterza dusz jest także haniebne. 


Post scriptum

Jest oczywiście oczywiście reakcja przebierańców, zresztą wcale nie nowa:


Obaliłem ten "argument" już kilkakrotnie (por. tutaj). Widocznie albo nie chce im się czytać, albo liczą na to, że publiczności nie umie czytać i podda się ich fałszywej narracji. 

X. Dawid Pietras, który zresztą w międzyczasie przeszedł do FSSP, dał się tu wykorzystać do niecnej gry, wykazując przy tym typowo modernistyczną mentalność trepa: jakiś urzędnik watykański coś napisze, to sprawa załatwiona. Przy tym wykazuje tutaj elementarną ignorancję kanonistyczną, która jest haniebna dla każdego magistra teologii, a x. Pietras w międzyczasie podobno zdobył w Warszawie doktorat z prawa kanonicznego, co także świadczy albo o poziomie jego uczelni, albo o zgodności jego zachowania z przekazaną mu wiedzą.

Otóż do elementarza kanonistyki należy zasada, że pismo skierowane do pojedynczej osoby nie ma żadnej wiążącej mocy prawnej, lecz jest jedynie wyrażaniem poglądu czy opinii autora pisma. 

Zresztą pismo pokazane przez x. Pietrasa nie jest opatrzone żadnym podpisem ani pieczęcią urzędową. Tym samym jest nawet mniej niż prywatnym listem. 

W końcu to pismo zostało sporządzone kilka lat przed decyzją Franciszka z 2021 r., według której pozwolono na udzielanie "posługi akolitatu" kobietom. To jest akt prawny sprzeczny z treścią listu pokazanego przez x. Pietrasa. To akt prawny obowiązuje, a nie prywatne pismo. To jest elementarz kanonistyki i zdrowego rozsądku. 

Tym samym ci, którzy z jednej strony uznają obowiązywalność decyzji Franciszka, a z drugiej owego pisma pokazanego przez x. Pietrasa, nie mają argumentów przeciw dopuszczeniu żeńskich "akolitek" do posługi subdiakona w liturgii tradycyjnej. Ciekawe kto u nich w tej roli zadebiutuje. Może Karina Szalińska?


Czy "indultowcy" są nieuczciwi? (z post scriptum)


Jest to jeden z głównych chwytów marketingowych stosowanych przez lefebvrian czyli FSSPX. Chodzi o warunki ustanowienia tzw. mszy indultowych podane zwłaszcza w motu proprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. Jest zrozumiałe, że FSSPX bardzo nie lubi tegoż dokumentu, gdyż odnosi się on z jednej strony do święceń biskupich powziętych przez abp M. Lefebvre'a bez mandatu papieskiego, uznanych w tymże dokumencie za akt schizmatycki, a z drugiej strony daje możliwość ustanowienia miejsc sprawowania liturgii tradycyjnej w ramach regularnych struktur kościelnych, czyli poza quasi monopolem FSSPX. Przyjrzyjmy się słowom tegoż dokumentu w kwestii, o której mówi x. Szydłowski.

Chodzi zwłaszcza o ten fragment (źródło tutaj):


W tłumaczeniu:

"ponadto wszędzie należy poważać nastawienie tych, którzy czują się związani z liturgiczną tradycją łacińską, a to poprzez szerokie i wielkoduszne zastosowanie wydanych już dawniej przez Stolicę Apostolską norm co do używania Mszału Rzymskiego według typicznego wydania z roku 1962"

Wskazany tutaj list Kongregacji Kultu Bożego z 1984 r. skierowany do biskupów podaje następujące warunki (źródło tutaj):


Podkreślone zdanie jest kluczowe w sprawie. Brzmi ono w oryginale (źródło tutaj):


Dokładne tłumaczenie brzmi:

"Bez dwuznaczności niech będzie stwierdzone także publicznie, że taki kapłan i tacy wierni nie mają żadnego udziału z tymi, którzy poddają w wątpliwość moc prawną i prawidłowość doktrynalną Mszału Rzymskiego promulgowanego przez Pawła VI w 1970 roku."

Istotne są więc kwestie:

- Kto poddaje w wątpliwość moc prawną i prawidłowość doktrynalną Mszału Pawła VI?

- Dlaczego to poddawanie w wątpliwość jest tak surowo traktowane przez owe dokumenty watykańskie?

- Na czym polega owo poddawanie w wątpliwość?

- Dlaczego FSSPX tak wręcz alergicznie reaguje na ten warunek, do którego spełnienia zobowiązani są tzw. indultowcy?

Sprawa nie jest wyjaśniona ani w tym dokumencie, ani w żadnym innym. Zgodnie z przysłowiem "uderz w stół a nożyce się odezwą" nie trudno zgadnąć, że FSSPX czuje się wywołane, o czym świadczy oficjalna linia tegoż Bractwa reprezentowana dość wyraziście przynajmniej w Polsce, konkretnie w kazaniach i innych publicznych wystąpieniach. Jednak także tutaj diabeł siedzi w szczegółach. Otóż konieczne jest przede wszystkim określenie pojęć. 

Moc prawna czyli legalność ("vis legitima") oznacza nic innego jak obowiązywalność zarządzenia wydanego przez osobę uprawnioną do tego aktu, czyli legalnie sprawującą władzę. Czy FSSPX kiedykolwiek oficjalnie zanegowało, iż Paweł VI legalnie wydał mszał? Czy FSSPX kiedykolwiek oficjalnie zanegowało, że Paweł VI jest czy był papieżem? Nic mi o tym nie wiadomo. 

Prawość doktrynalna ("rectitudo doctrinalis") jest kwestią wprawdzie obszerną lecz jeszcze prostszą. Chodzi tutaj o wolność od błędów doktrynalnych czyli treści niezgodnych z prawdami wiary i zwyczajnym Magisterium Kościoła. Chodzi zwłaszcza o herezje czyli bezpośrednie zanegowanie zdefiniowanych prawd wiary katolickiej. Czy FSSPX kiedykolwiek ogłosiło oficjalnie, że mszał Pawła VI zawiera herezje czy przynajmniej błędy doktrynalne? Także co do tego nie są mi znane żadne dokumenty wydane oficjalnie przez FSSPX. 

Owszem, zarówno w jednej jak i w drugiej kwestii nagminne są zarzuty członków FSSPX zarówno w kazaniach jak i w innych wypowiedziach publicznych, zresztą regularnie wykazujących niestety dość mizerny poziom merytoryczny, intelektualny i teologiczny. Dlaczego więc w ciągu ponad pół wieku swego istnienia FSSPX nie zdobyło się na oficjalną deklarację doktrynalną, która by całościowo, precyzyjnie i jasno określała jego stanowisko co do legalności wprowadzenia mszału Pawła VI oraz jego kwalifikacji doktrynalnej według tradycyjnych norm teologii katolickiej?

I oczywiście kłamstwem jest, jakoby kapłani sprawujący tzw. indulty oraz wierni uczęszczający na nie musieli cokolwiek deklarować. To są najwyżej wymysły nadgorliwych modernistów, które nie mają podstaw prawnych. Władze diecezjalne oczywiście mają prawo sobie badać, zresztą w świetle dość gumiastych sformułowań. 

Mówiąc w skrócie:
- Zanegowanie prawomocności wprowadzenia mszału Pawła VI oznacza de facto zanegowanie, że Paweł VI był papieżem, a to już jest sedewakantyzm, od którego oficjalnie odcina się FSSPX. 
- Tak samo twierdzenie, jakoby mszał Pawła VI zawierał herezje, oznacza nie mniej jak to, że Paweł VI utracił urząd papieski, skoro nakazał Kościołowi heretycki obrzęd, i to też jest stanowisko sedewakantystyczne, od którego oficjalnie odcina się FSSPX.

Kto tu jest więc nieuczciwy?



Post scriptum 

Jeden z P. T. Czytelników podał link do jednego z wystąpień x. Szydłowskiego w temacie. Istotne są następujące wypowiedzi:


Tutaj x. Szydłowski zupełnie bezkrytycznie cytuje dość tendencyjne tłumaczenie listu z 1984 r. tak jakby nie był w stanie samodzielnie czytać i przetłumaczyć oryginału. 
Po drugie, posługuje się niejasnym sformułowaniem "akceptacja nowej mszy". 
Po trzecie, otwarcie twierdzi, że FSSPX nie akceptuje prawomocności i prawowierności nowej mszy. Powinien wyczerpująco uzasadnić, a tego nie czyni. I widocznie nie zdaje sobie sprawy z tego, że odrzucenie prawomocności i prawowierności mszału Pawła VI oznacza de facto zanegowanie, że Paweł VI był papieżem. Jeśli papież zarządza heretycki mszał, to tym samym narzuca Kościołowi herezję. To jest bardzo poważny zarzut i musi być rzetelnie i szczegółowo udowodniony i przedstawiony wraz z konsekwencjami dla urzędu papieskiego, czyli dla kwestii, czy taka osoba może być papieżem. Tego ani x. Szydłowski ani nikt inny z FSSPX - o ile mi wiadomo - dotychczas nie uczynił, a wymaga tego uczciwość i rzetelność zarówno teologiczna jak też duszpasterska wobec wiernych, którym FSSPX posługuje. 
Owszem, wolno twierdzić, że mszał Pawła VI jest szkodliwy dla Kościoła i lepiej byłoby gdyby go nie było. To jest jednak ocena teologiczna, historyczna i pastoralna, której żaden dokument rzymski nie zabrania. 


To jest słuszna uwaga, gdyż ten warunek - z pewnymi modyfikacjami - pojawia się zarówno w Summorum Pontificum jak też w Traditionis custodes. Tym bardziej konieczne jest zważanie na jego właściwą treść wraz z kontextem. 

Tutaj odnośnie do słynnego motu proprio Summorum Pontificum:


X. Szydłowski wyznaje - widocznie w imieniu całego FSSPX, a powinien to uzasadnić - że nie uznaje prawomocności i prawowierności mszału Pawła VI oraz papieża za najwyższego pasterza Kościoła powszechnego. Ciekawe, gdyż to jest stanowisko nie tylko sedewakantystyczne lecz schizmatyckie, skoro nie uznające władzy papieskiej. 


Tutaj znowu przedstawia stanowisko FSSPX jako nieuznające władzy papieskiej, skoro tak interpretuje wymagania, iż chodzi o odcięcie się od FSSPX. 


Także tutaj x. Szydłowski jest dość wyraźny, gdy twierdzi, że nowa msza nie jest rytem katolickim. Powraca więc znów kwestia, czy osoba, która narzuca Kościołowi niekatolicki - czyli heretycki - ryt, może być papieżem. 


Tutaj taktyka jest psychologiczno-duchowa: apelowanie do dumy czy poczucia swojej wartości, a właściwie wzywanie do niezgody na poniżanie czy upokarzanie przez modernistyczne struktury. Ten wątek ma wyraźne przełożenie na oddziaływanie FSSPX na wiernych. Otóż efekty podjudzania do pychy i buntu są dość widoczne dla każdego, kto ma do czynienia z tymi środowiskami. Zaś pycha, zresztą połączona z zakłamaniem jest widoczna przede wszystkim u takich osób jak x. Karl Stehlin i x. Szymon Bańka, a niestety także u wielu wiernych, którzy poddają się ich wpływowi. Z całą pewnością nie jest to postawa katolicka i zdrowa duchowo. Oczywiście nikt nie lubi być poniżany, to jest zrozumiałe. Jednak czy ucieczka przed upokarzaniem i to aż do tworzenia de facto schizmatyckich struktur - mimo oficjalnego wyrzekania się bycia w schiźmie - świadczy o dojrzałości teologicznej i duchowej? To jest pytanie oczywiście retoryczne. Zresztą szczególnie aktualne w okresie Wielkiego Postu i Męki Pańskiej. 


Tutaj jest ciekawa konstrukcja psychologiczno-duchowa: popadnięcie w kary kościelne kapłanów, którzy przyłączyli się do FSSPX ma być argumentem za brakiem "współczucia" dla tych kapłanów, którzy trwają w regularnych strukturach. No cóż, to jest mentalność znów wybitnie sekciarska: "nie przychodzicie do nas, to dobrze wam tak, jak was traktują moderniści". Natomiast zupełnie x. Szydłowski pomija istotny dla sprawy wymiar kanoniczny. Czyż x. Szydłowski oczekuje, że władze diecezjalne czy zakonne nie zareagują kanonicznie na odejście duchownego do wspólnoty bez statusu kanonicznego, jaką jest FSSPX? Czy FSSPX w ogóle ubiega się czy stara o status kanoniczny? Jakże można porównywać poniżanie kapłanów trwających w regularnych strukturach z karami kanonicznymi nałożonymi na tych, którzy te struktury opuścili? Myślenie x. Szydłowskiego - i widocznie nie tylko jego - jest następujące: "nie chcesz być poniżany przez modernistów, to przyjdź do nas, bo lepiej być w karach kanonicznych niż być traktowanym przez modernistów jak śmieć". No cóż, to jest chwytliwe psychologicznie i po ludzku, lecz z całą pewnością nie jest zgodne ani z zasadami Kościoła, ani nawet z nauczaniem świętych i mistrzów duchowości katolickiej. To jest mentalność sekciarska, nie katolicka. 
Oczywiście nie zamierzam osądzać tych kapłanów, którzy podjęli decyzję, do jakiej wzywa x. Szydłowski, zapewne zresztą zgodnie z linią FSSPX w Polsce pod przywództwem x. Stehlina. Nie znam ich motywów ani szczegółów sytuacji. Zakładam, że powodem nie była ucieczka przed poniżaniem lecz pragnienie posługiwania wiernym zgodnie z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Jednak słowa x. Szydłowskiego ujawniają mentalność, która widocznie dominuje w FSSPX przynajmniej w Polsce, a to jest bardzo niepokojące nawet już pod względem czysto duchowym. 



Tutaj znów dość wyraźna jest pogarda dla kapłanów tradycyjnych, trwających w regularnych strukturach, gdyż są przedstawiani jako tchórze i obłudnicy. Równocześnie dość szczerze podaje warunki, na jakich kapłani mogą się przyłączyć do FSSPX, a świadczą one znowu o mentalności typowo sekciarskiej, skoro wymaga się uznania nieomylności "bractwa". 

Podsumowując:
Przyznam, że jestem dość zaszokowany tym wystąpieniem, aczkolwiek pasuje ono do moich doświadczeń, które opisałem kilkanaście miesięcy temu (tutaj). Miałem nadzieję, że nie jest aż tak źle z FSSPX. Jednak fakty się liczą, nawet wbrew optymizmowi. Sytuacja jest oczywiście złożona. Odpowiedzialność za nią ponosi nie tylko FSSPX. Przyczyną są wydarzenia i procesy, które nastąpiły od lat 60-ych obiegłego wieku. Tym niemniej w każdej sytuacji można i należy wybierać i zachowywać się zgodnie z odwiecznymi zasadami Kościoła pod względem zarówno teologicznym jak też kanonicznym i duchowym. Jest obecnie dość widoczne, że FSSPX ma problem nie tylko kanoniczny w postaci braku statusu kanonicznego. To byłby jeszcze najmniejszy problem i przynajmniej w dalszej perspektywie dość łatwy do załatwienia, o czym świadczą starania podjęte za pontyfikatu Benedykta XVI. O wiele ważniejszy i istotny jest wymiar teologiczny i duchowy. Pod względem teologicznym FSSPX przynajmniej w Polsce błyszczy dennością i ignorancją, co widać szczególnie w wystąpieniach ich medialnej gwiazdy jaką jest x. Szymon Bańka. Pod względem duchowym nie sposób nie dostrzec płycizny, zakłamania i wręcz jaskrawej pychy, zwłaszcza w zachowaniu x. Stehlin'a, ale nie tylko. To już jest bardzo niepokojące i niestety źle wróży na przyszłość. Powiem wprost: linia FSSPX w Polsce pod przywództwem x. Stehlin'a znajduje się bardzo wyraźnie na kursie sekciarskim i schizmatyckim. Oczywiście należy uznać i docenić wkład do rozpowszechnienia liturgii tradycyjnej i tradycyjnego nauczania Kościoła. Jednak sposób, w jaki się to odbywa, generalnie bardziej może owocować odstręczanem od Tradycji niż przybliżaniem do niej. Oby Pan Bóg miał nas w Swojej opiece!