Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

Czy wolno odebrać dziecko rodzicom?


Chodzi o słynną sprawę pochodzącego z rodziny żydowskiej chłopca Edgardo Mortara

W dyskusji co do tej sprawy często, nawet zwykle pomija się właściwe, istotne tło teologiczne, co prowadzi do fałszywych oskarżeń mających obciążać Kościół. 

Zasady Kościoła są takie:

- Warunkiem legalnego, godziwego ochrzczenia dziecka jest wola bądź przynajmniej zgoda rodziców na jego katolickie wychowanie, wraz z realnym zapewnieniem takiego wychowania, nawet jeśli rodzice nie są w stanie tego zapewnić. Dlatego służąca, która ochrzciła tego żydowskiego chłopca działała nielegalnie, wbrew prawu kościelnemu, choć oczywiście w dobrej wierze i w szczerym zatroskaniu o to dziecko. 

- Skoro dziecko zostało ochrzczone, to obowiązkiem Kościoła było zapewnienie dziecku katolickiego wychowania. Tego wymaga godność i powaga sakramentu Chrztu św. Skoro rodzice nie mogli a raczej nawet nie chcieli zapewnić tego wychowania, konieczne było zatroszczenie się o to przez państwo kościelne, co zostało uczynione. 

- Na tym przykładzie uwidacznia się zasada, że dziecko nie jest własnością rodziców, lecz są dzieckiem Bożym powierzonym ich pieczy, która jest względna, podporządkowania dobru dziecka, zwłaszcza zbawieniu jego duszy. 

Owocem tej troski stało się powołanie kapłańskie tego chłopca, co potwierdza działanie Bożej łaski w jego życiu. 

Beatyfikacja na poziomie inżyniera mechanika

 


Ten oto człowiek podjął się - chętnie i na zlecenie redakcji "Christianitas" (zwane przez niektórych "Hypocritas") - polemiki z moimi już wyrażonymi zastrzeżeniami co do beatyfikacji Ulmów (por. tutaj). 

Porusza dwie kwestie. Oto pierwsza:

Teza jest bardzo naciągana: jakieś "zapiski" w egzemplarzu Pisma św. mają świadczyć o męczeńskim charakterze. Autor widocznie nawet nie wziął pod uwagę prostych faktów. 

Po pierwsze, tam nie było Pisma św. lecz to była historia biblijna. 

Po drugie, najpierw musiałoby być pewne, że zapiski pochodzą od UImów, a nie zostały później przez kogoś dopisane. 

Po trzecie, chodzi nie o zapiski, lecz o jedyne słowo "tak!", które wcale nie musi mieć związku ze sprawą ich zabicia przez Niemców. 

Po czwarte, dla orzeczenia męczeństwa istotna jest nie wcześniejsza czy ogólna pobożność kandydatów, lecz ich postawa w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, czyli w tym wypadku zachowanie Ulmów wtedy, gdy do ich domu wtargnęli oprawcy. O tym zachowaniu fani beatyfikacji milczą, co świadczy o tym, że albo nic w tej kwestii nie wiedzą, albo że fakty oraz wiedza o nich świadczą przeciw tezie o męczeństwie. 

Zresztą podobnie jest ze sprawą x. Jerzego Popiełuszki: dopóki nie stwierdzono jednoznacznie, że zachował wolę oddania życia oraz męstwo w sytuacji zadawania mu cierpienia i zagrożenia życia, dopóty nie ma podstaw do orzeczenia o męczeństwie według tradycyjnych reguł Kościoła. 

O tym inżynier mechanik (skądinąd to szlachetny i potrzebny zawód) oczywiście nie musi wiedzieć, a w związku z tym nie powinien się wypowiadać w temacie, chyba że chce manipulować publicznością, a przy okazji się ośmieszyć. 

Drugi jego argument jest dłuższy:


Przyznać trzeba, że zabieg z powołaniem się na tradycyjny obrzęd Chrztu św. jest przebiegły, aczkolwiek znowu na poziomie jedynie inżyniera mechanika i zupełnie chybiony. 

Po pierwsze, autor popełnia tutaj nadużycie, gdyż z formuły wstępnego obrzędu Chrztu św. wcale nie wynika prawo do narzucania dzieciom, zwłaszcza kosztem ich życia, własnej interpretacji wiary katolickiej. Zwróćmy uwagę: według tej formuły to Kościół daje wiarę, nie rodzice. Rodzice proszą o wiarę Kościoła. Zaś z wiary Kościoła wcale nie wynika, jakoby rodzice mieli prawo czy obowiązek narażać życie swoich dzieci dla ochrony życia obcych. Nawet jeśli Ulmowie działali zgodnie ze swoim subiektywnym rozumieniem wiary, na pewno nie działali w zgodności z nią w rozumieniu Kościoła katolickiego, który nigdy nie nauczał wyższości ratowania życia obcych nad obowiązkiem ochrony życia swoich dzieci. 

Po drugie, autor miesza porządek naturalny, czyli prawo naturalne, z porządkiem nadprzyrodzonym, czyli prawem z wiary i to "rozumianym" dość prymitywnie i tendencyjnie. Według teologii katolickiej nie ma i nie może być sprzeczności między naturalnym obowiązkiem rodziców wobec dzieci, a wychowaniem ich we wierze. Cóż byśmy powiedzieli o rodzicach, którzy w imię swojej pobożności i dawania przykładu we wierze narzucaliby swoim małym dzieciom post ścisły i całonocne adoracje Najświętszego Sakramentu? Czyż to nie byłby raczej sposób wychowania ich na wrogów wiary i Kościoła?

Po trzecie, autor popełnia zafałszowanie typowe dla herezji miłosierdzizmu, polegające na oderwaniu miłosierdzia od sprawiedliwości. Innymi słowy: czyn Ulmów, polegający na udzieleniu schronienia obcym za cenę narażenia życia swoich dzieci, z całą pewnością nie był uczynkiem miłosierdzia w rozumieniu katolickim, ponieważ był sprzeczny z cnotą sprawiedliwości, czyli z respektowaniem prawa swoich dzieci do ochrony ze strony rodziców. To był najwyżej akt litości i to prawdopodobnie nie bezinteresownej. A to jest nie jest to samo, gdyż uczynki miłosierdzia,  także co do ciała, nigdy nie są sprzeczne z cnotami zarówno kardynalnymi, do których należy sprawiedliwość, jak też teologalnymi. 

Podsumowując: apologia autorstwa inżyniera mechanika (powinien mieć kompetencje w swym zawodzie) jest godna poziomu teologicznego tej beatyfikacji. Sapienti sat. 

Jakie są obowiązki dziadków?


Chodzi oczywiście o dziadków w znaczeniu obojga będących rodzicami rodziców. W innych językach są szczęśliwsze określenia, jak angielskie grandparents, niemieckie Großeltern, francuskie grands parents. Polskie określenie nawiązuje prawdopodobnie do łacińskiego avi (gen. avorum), przy czym avus to dziadek, zaś avia to babka. 

Należy odróżnić obowiązki wobec siebie nawzajem od obowiązków względem swoich dzieci, następnie względem ich potomstwa, mimo oczywistych styczności i powiązań. 

Obowiązki wobec siebie nawzajem wynikają ze stanu małżeńskiego, zwłaszcza z sakramentu małżeństwa. Nie wchodząc na tym miejscu w problematykę celów małżeństwa, ich kolejności i priorytetów, wystarczy stwierdzić, że wraz ze spełnieniem obowiązku wydania na świat i wychowania potomstwa po osiągnięciu przez nie dojrzałości i samodzielności pozostaje do spełnienia niezmiennie obowiązek wierności, czyli wzajemnej pomocy duchowo-cielesnej, zgodnie z naturą małżeństwa (już nawet naturalnego, a tym bardziej sakramentalnego). Ten cel małżeństwa nabiera wagi, gdy dorosłe dzieci żyją niezależnie od rodziców. Wówczas małżonkowie mogą więcej uwagi poświęcić sobie nawzajem, swojej relacji, swojemu i wspólnemu dobru duchowo-cielesnemu, a także aktywności dla szerszej społeczności, czy to świeckiej, czy religijnej, oczywiście nie wyłączając swoich dzieci i wnuków. 

Obowiązki wobec swoich dzieci ulegają naturalnej zmianie, gdy one są dorosłe i zdolne do zapewnienia sobie utrzymania, a zwłaszcza do założenia swojej rodziny. Chodzi o zdolność zwykłą, czyli wtedy, gdy na przeszkodzie dla samodzielności nie stoi poważna niepełnosprawność fizyczna czy psychiczna. Taką przeszkodą nie są wady osobowości, gdyż nad wadami można i należy pracować, i można je przezwyciężyć, także w wieku dojrzałym. Jeśli rodzice w procesie wychowania zaniedbali obowiązku właściwego ukształtowania osobowości dziecka, czy też z innych powodów doszło do niedorozwoju czy skrzywienia osobowości, to rozwiązaniem nie jest utwierdzanie dziecka w tym stanie, lecz - oczywiście odpowiednie do wieku - staranie i pomoc ku właściwemu rozwojowi i osiągnięciu samodzielności. Przykładowo: jeśli dziecko mimo dorosłego wieku i wystarczającej sprawności przynajmniej fizycznej nie zapewnia sobie utrzymania, to rozwiązaniem - i zarazem obowiązkiem rodziców - nie jest dawanie utrzymania, lecz takie działanie, by dziecko samo zapewniło sobie utrzymanie. Oczywiście mogą występować sytuacje, gdy dziecko dorosłe przejściowo potrzebuje pomocy rodziców także materialnej, na przykład by zdobyć nowe czy inne odpowiednie kwalifikacje zawodowe. Wówczas musi być jasne, że rodziców stać na taką pomoc i że będzie to pomoc doraźna, wyjątkowa i skuteczna, czyli rozwiązująca problem, a nie będzie sposobem na jednorazowe czy regularne wykorzystywanie dobroci czy naiwności rodziców. 

Nierzadko się zdarza, iż zaniedbania w procesie wychowania są później zastępowane nadtroskliwością i to o znamionach wręcz destrukcyjnej patologii, jeszcze bardziej szkodliwej dla osobowości dziecka, a także dla jego ewentualnej rodziny. Obydwie skrajności są od złego i obydwóch należy się pilnie wystrzegać. Konieczne jest przestrzeganie zasad wynikających wprost czy pośrednio z prawa naturalnego i objawionego, zwłaszcza z sakramentalnego charakteru związku małżeńskiego. W skrócie:

1. Wydanie i wychowanie potomstwa nie jest prywatną sprawą rodziców, lecz wynika z istoty małżeństwa jako instytucji społecznej. Tym samym dzieci nie są własnością rodziców ani w momencie poczęcia, urodzenia, na jakimkolwiek etapie rozwoju i wychowania, a także wtedy, gdy są już dorosłe i przynajmniej powinny być zdolne do samodzielnego życia. 

2. Wynika z tego nie prawo do braku staranności i odpowiedzialności w wychowaniu, lecz wręcz przeciwnie: skoro dziecko jest powierzone rodzicom do wychowania na chwałę Bożą i na pożytek dla rodzaju ludzkiego, to oznacza to tym większą wagę i odpowiedzialność. 

3. Wynika z tego także respektowanie godności ludzkiej i tym samym wolności dziecka, która oczywiście nie jest i nie może być absolutna, lecz zawsze tylko względna, to znaczy zależna od porządku prawdy i dobra, który jest obiektywny i normatywny. Zadaniem rodziców jest ukazanie dziecku tego porządku oraz wyposażenie go w sprawność w jego respektowaniu, czyli w cnoty. 

4. Wykonywanie tego zadania zależy od etapu rozwoju dziecka i od jego stanu. Na czym innym polega wychowanie w wieku dziecięcym, następnie w wieku młodzieńczym i potem dorosłym. W pewnym sensie wychowanie i troska dotyczą także dorosłego i samodzielnego dziecka, aczkolwiek w innym sposób. Zwykle zachodzi pokusa traktowania dorosłego dziecka, nawet takiego, które założyło własną rodzinę, na poziomie młodzieńczym czy wręcz dziecięcym. Z całą pewnością nie jest to pomocne w żaden sposób, choć może być dla którejś ze stron, niekiedy nawet dla obydwóch, łatwiejsze i komfortowe. Szczególnie groźną pokusą jest ingerowanie w życie małżeńskie dorosłego dziecka, co nierzadko prowadzi do rozbicia rodzin i tragedii życiowych. Szczególnej roztropności wymaga dostosowanie troski rodzicielskiej do problemów dorosłego dziecka. Tzw. ślepa miłość, czyli przerost uczuć nad zdrowym rozsądkiem, czym grzeszą zwykle matki, zwykle nie tylko potęguje, lecz często wręcz powoduje problemy w rodzinie dziecka. 

5. Lekarstwem na skrzywione czy wręcz patologiczne stosunki jest prawda Boża. Jej główne składniki to

- grzeszność każdego i konieczność nawrócenia,

- spełnienie człowieczeństwa jedynie w autentycznej miłości Boga i bliźniego, 

- co zakłada zarówno prawo naturalne poznawalne rozumowo, jak też prawo Boże objawione, czyli prawdziwą religię, jaką jest katolicyzm (oczywiście ten autentyczny, nieskażony modernizmem). 

Dlatego najważniejszym środkiem jest regularna i szczera spowiedź na zasadzie kierownictwa duchowego czy przynajmniej stałej opieki duszpasterskiej. Mądry duszpasterz powinien rozeznać sytuację rodzinną przez wysłuchanie wszystkich stron konfliktu. W razie konieczności powinien skierować do poradnictwa specjalistycznego, oczywiście mając na uwadze przede wszystkim zbawienie dusz, a nie powodzenie doczesne. Wiele problemów, o ile nie wszystkie biorą się z odwrócenia priorytetów, gdy na pierwszym miejscu stawia się dobra doczesne, a brakuje troski o zbawienie dusz. Tutaj oczywiście istnieje problem wolnej woli, gdyż nikogo nie można zmusić ani do nawrócenia, ani do starania o zbawienie swojej duszy. Wówczas swoistym wyzwaniem dla wierzących jest takie kierowanie swoim postępowaniem, by nie dawać powodów do zgorszenia, a starać się przez cierpliwą postawę chrześcijańską - która oczywiście nie może oznaczać uległości czy pobłażliwości dla zła - zdobyć dusze bliźnich dla Bożej łaski. 

6. Szczególnym przypadkiem jest stosunek do zięcia czy synowej, oraz ich dzieci czyli wnuków. Tutaj także naczelną zasadą jest jedność małżeńska. Oznacza to, iż jedność i trwałość małżeństwa jest nadrzędna względem relacji między rodzicami i ich dzieckiem. Zaistnienie zięcia czy synowej konstytuuje nową, inną relację między rodzicami a dzieckiem. W pewnym sensie ich rodzicielstwo rozkłada się odtąd także na zięcia czy synową. Równocześnie nie kończy się relacja między zięciem czy synową a jego czy jej rodzicami, aczkolwiek także staje się - powinna się stać - nowa i inna. Odtąd staraniem obydwu par rodziców (czyli teściów) powinno być przede wszystkim pomaganie w utrzymaniu i pogłębianiu jedności małżeńskiej, a nie jakiekolwiek zatrzymywanie swojego dziecka dla siebie. To nastawienie powinno określać także stosunek do wnuków jako owoców jedności małżeńskiej. Na pewno fałszywe byłyby próby przeciągnięcia ich na swoją stronę, jakkolwiek byłyby podejmowane. Jedność małżeńska rodziców - a nie dobrobyt materialny - jest najwyższym dobrem doczesnym dla dziecka, przynajmniej do osiągnięcia wieku dorosłego. Dlatego rodzice (teściowie) powinni wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby zagrażać tej jedności, czy choćby naruszać zgodę i pokój w rodzinie swego dziecka. Oczywiście zgoda międzyludzka nie jest dobrem najwyższym, lecz jest nim zbawienie dusz. Równocześnie działanie czy zachowanie godzące w sakrament małżeństwa - wraz z jego obowiązkami wobec współmałżonka i dzieci - z całą pewnością nie służy zbawieniu dusz, lecz mu szkodzi, a nawet poważnie zagraża. 

7. Rodzice zasadniczo nie mają żadnych zobowiązań materialnych ani wobec swoich dorosłych i samodzielnych dzieci, ani wobec ich dzieci, czyli swoich wnuków. Chrześcijański obowiązek pomocy także wobec własnych dzieci i wnuków zachodzi tylko w przypadku nadzwyczajnej, losowej konieczności, jak choroba czy inne ciężkie sytuacje życiowe, jak np. niezawiniona utrata pracy czy środków do życia. Oczywiście dziadkowie mogą z własnej dobrej woli i według swoich możliwości wspierać swoje dzieci i wnuków, choćby dla wyrażenia swojej życzliwości i troski. Czymś innym jest - i zwykle zawodnym - jest wyrachowane kupowanie sobie wdzięczności dorosłych dzieci i wnuków. Wyrachowanie jest dość łatwo wyczuwalne i dlatego skazane na porażkę. O wiele lepiej sprawdza się szczery, otwarty układ polegający na notarialnym czy testamentalnym zapisie swoich dóbr w zamian za opiekę na starość. Wprawdzie nie daje to gwarancji na godną i spokojną starość, gdyż nie jest w stanie wykluczyć podłości ludzkiej i nadużyć. Dlatego także tutaj należy się kierować bardziej zdrowym rozsądkiem niż uczuciami czy sympatiami. Niekiedy rozsądniejsze może być powierzenie swojej starości godnej zaufania osobie czy osobom spoza rodziny, oczywiście pod warunkiem uczciwości i spolegliwości. 

8. Dzięki wolności od materialnej troski o swoje dzieci i wnuki dziadkowie tym bardziej powinni się angażować w troskę o zbawienie ich dusz. Polega ona przede wszystkim na

- modlitwie za nich,

- dobrym przykładzie życia chrześcijańskiego, czyli miłości Boga i bliźniego,

- cennym darze, jakim jest poświęcenie uwagi i czasu, czego potrzebują zwłaszcza wnuki i to od najmłodszych lat (zabawianie ich pożytecznymi opowiadaniami, dobrymi bajkami, dobrą grą, wycieczkami rozwijającymi wiedzę i umiejętności itp.), 

- życzliwym pouczeniu, upomnieniu i doradzeniu na podstawie prawd wiary katolickiej i swojego doświadczenia życiowego. 

Ten naczelny obowiązek jest obecnie szczególnie zaniedbywany, nawet wręcz notorycznie zapominany i pomijany, akurat na rzecz trosk i roszczeń materialnych, które raczej szkodzą zbawieniu dusz. Tutaj duszpasterze powinni przypominać, pouczać i napominać, gdyż od tego zależy także zbawienie dusz dziadków, czyli seniorów. Jest to zadanie szczególnej wagi w sytuacji zmian demograficznych, gdy procentowo rośnie liczba seniorów, a maleje liczba dzieci i młodzieży, maleje także liczba świadomych, przekonanych i aktywnie wierzących katolików. Zaniedbanie właściwych obowiązków seniorów przekłada się także na zapaść moralną i religijną w młodszych pokoleniach. Nie wystarczy narzekać na młodzież. Ona jest zwykle niewinną ofiarą poczynań dorosłych, przynajmniej w istotnej mierze. Rozchwianie czy wręcz destrukcja porządku naturalnego w dziedzinie rodziny wynika z winy starszych. Zrzucanie odpowiedzialności na tzw. dzisiejszy świat, telewizję, internet, smartfony itp. niczego nie rozwiązuje i w niczym nie pomaga. Wystarczy natomiast, by każdy robił to i tyle, co jest jego powinnością według porządku Bożego i woli Bożej. Reszty dokona Pan Bóg w swoim czasie i według Swojego planu zbawienia. 

Jak Kościół ocenia przymus szkolny?

 


Każdy człowiek jest stworzony na chwałę Bożą, czyli dla celu nadprzyrodzonego, który osiąga ostatecznie przez zbawienie swej duszy. Bycie stworzonym zakłada także więzy i zobowiązania przyrodzone i doczesne, w tym zwłaszcza rodzinne, głównie względem rodziców. Rodzice są współpracownikami Boga w dziele stworzenia ich dziecka dla chwały Bożej. Temu celowi przyporządkowane i podporządkowane są cele podrzędne i wszystkie środki.
Oczywiście w pewnym sensie dziecko jest darem dla rodziców, ale także dla całej rodziny i dla całej ludzkości. Istotna i nadrzędna jest jego więź i zależność od Boga, od którego pochodzi i do którego zmierza każdy człowiek.

Z powodu naturalnej więzi rodzice mają szczególne obowiązki i prawa wobec dziecka. Nikt im tych praw i obowiązków nie może odebrać, gdyż wynikają one z porządku stworzenia ustanowionego przez Stwórcę. Nie są to jednak prawa i obowiązki absolutne, gdyż żadna więź międzyludzka nie jest absolutna, lecz pochodna, wtórna i zależna od istotnej dla każdego człowieka relacji z Bogiem. Konkretnie: także względem rodziców obowiązuje zasada, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. Gdy więzy rodzicielskie i rodzinne są w sprzeczności czy przeszkodą w relacji z Bogiem, np. w przyjęciu czy trwaniu w prawdziwej religii, wówczas naturalne prawa i obowiązki tracą ważność w tej kwestii.

Rzeczywiście najważniejszym obowiązkiem rodziców jest troska o wieczne zbawienie swoich dzieci. Są oni za to odpowiedzialni przed Bogiem na mocy swego rodzicielstwa. Oznacza to, że powinni dołożyć wszelkich starań, które są w ich mocy. Gdy ich prawa i obowiązki są ograniczane np. przez państwo, wówczas - z powodu ograniczenia wolności działania - także odpowiedzialność jest mniejsza, aczkolwiek żadna władza, siła ani przemoc nie są w stanie odebrać możliwości oddziaływania na dziecko przez dobry przykład, modlitwę i ofiarę.

Rola państwa w tym względzie jest także określona przez prawo naturalne pochodzące od Stwórcy. Zadaniem państwa jest wspieranie rodziców i rodzin w wypełnianiu ich powołania i zadania. Oznacza to, że państwo nie ma prawa zastępować rodziców w zadaniach i obowiązkach, które rodzice są w stanie sami czy we własnym zakresie wykonać. Wynika to jasno z naczelnej zasady: państwu przysługuje jedynie znaczenie i funkcja pomocnicza wobec rodziców i rodziny, nigdy pierwotna i właściwa. Oczywiście może zajść sytuacja, gdy w obronie naturalnych osobowych praw dziecka państwo może i powinno ingerować, jednak może to mieć miejsce jedynie w sytuacjach wyjątkowych. Państwo nie ma prawa zastępować rodziców w ich roli wychowawczej, gdy oni ją wykonują i są w stanie ją wykonać zgodnie z prawem naturalnym i objawionym.

Nie są mi znane orzeczenia Magisterium Kościoła dotyczące wprost przymusu szkolnego. Są one jednak właściwie zbędne, gdyż odpowiedź w tej kwestii wynika dość bezpośrednio z ogólnych zasad zawartych w katolickiej nauce społecznej. Naczelna zasada pomocniczości państwa oznacza, iż państwo ma prawo i jest zobowiązane jedynie pomagać, a nie zastępować czy przeszkadzać w wypełnianiu praw i obowiązków rodzicielskich. Tym samym przymus szkolny ma teologiczno-moralne usprawiedliwienie jedynie o tyle, o ile jest pomocą w wychowaniu dziecka, a nie przeszkodą.

Od kiedy należy prowadzić dzieci do kościoła?

 

Tradycja i prawo kościelne podają zasadę, że od wieku rozróżniania należy dziecko przygotować do spowiedzi i Komunii św., co oczywiście wiąże się z wypełnianiem przykazań Bożych i kościelnych, także odnośnie uczęszczania na Mszę św. Mówi o tym dekret "Quam singulari" (do poczytania tutaj). To oczywiście zależy od indywidualnego rozwoju dziecka. 

Tym samym nie ma obowiązku prowadzenia dzieci do kościoła wcześniej, lecz jest o tyle wskazane, o ile służy wychowaniu we wierze i wprowadzaniu w obowiązek uczęszczania na Mszę św. Rodzice powinni to rozeznać, przy pomocy oczywiście duszpasterzy. 

Natomiast poważnym nadużyciem i grzechem przeciw Panu Bogu i Kościołowi jest takie urządzanie tzw. Mszy dla dzieci, które jest sprzeczne z ogólnymi przepisami liturgicznymi. Jest to fałszywe także psychologicznie i właściwie antypedagogiczne. Jeśli tzw. Msza dla dzieci wyraźnie różni się od "zwykłej" Mszy św., to dzieci na pewno nie są prowadzone do uczestnictwa w tej ostatniej, gdyż przywykają do czegoś innego, co w tym wieku głęboko zapada w pamięci, mentalności i wrażliwości. 

Prowadząc dziecko do kościoła rodzice oczywiście mają obowiązek zadbać o to, by dziecko nie przeszkadzało w przebiegu liturgii. W przeciwnym razie to oni - a nie dziecko - zaciągają na siebie winę bezczeszczenia kultu Bożego i tym samym przestępstwa przeciw chwale Bożej. 

Czy oglądanie bajek może być niebezpieczne dla dzieci?



Rzeczywiście nierzadko można dostrzec w bajkach dla dzieci, czy to książkowych czy filmowych, treści o podtextach okultystycznych. Zwykle są one prezentowane niepozornie i jakby tylko w kontekście, nawet z pewnym dobrym morałem. Słuszne jest pytanie o ocenę z punktu widzenia katolickiego.

Wyróżnić tutaj należy kilka aspektów, ponieważ ocena katolicka jest zasadniczo ogólna i całościowa.

1. Filozoficzno-światopoglądowy. Warto zwrócić uwagę, jak obraz rzeczywistości i jako pogląd na rzeczywistość prezentuje dana bajka. Dzieci są nie tylko w pewnym sensie naiwne i łatwowierne, lecz także wyczulone na prawdę i prawdomówność. Wprawdzie do pewnego wieku nie są jeszcze w stanie odróżnić zabawy i fantazji od rzeczywistości. Przemawia to jednak tym bardziej za odpowiedzialnością dorosłych za treści im prezentowane. Oczywiście nie chodzi o robienie dzieciom wykładów filozoficznych. Tym niemniej opowieści zupełnie fantazyjne w tym sensie, że opisane wydarzenia są po prostu niemożliwe i zupełnie oderwane od rzeczywistości, jak różnego rodzaju czary i "cuda", są fałszywe (co do prawdziwości) i dlatego szkodliwe dla procesu uczenia się świata, czyli zjawisk i praw nim rządzących, nawet jeśli istotne przesłanie (tzw. morał) jest moralnie pouczające. Wcześniej czy później dziecko dostrzeże sprzeczność z rzeczywistością i wówczas utraci dla niego znaczenie także pouczenie moralne przekazane za pomocą sprzecznej fantazji.

2. Aspekt teologiczny. Jest on rozwinięciem i poszerzeniem poglądu na rzeczywistość, a dotyczy szczególnie prawdy o Bogu i norm moralnych. Treści wzniosłe teologicznie czy etycznie nie mogą być wiarygodnie i trwale przekazane w sposób gruntownie fałszujący rzeczywistość. Owszem, także Pismo św. posługuje się językiem obrazowym i opowiadaniami o pewnych cechach wyobrażeń mitycznych i legendarnych. Jednak dotyczy to jedynie warstwy literackiej, nie samej treści. Innymi słowy: chociażby opis stworzenia w Księdze Rodzaju jest rodzajem poezji z pewną dozą ludzkich wyobrażeń charakterystycznych dla epoki powstania, jednak zupełnie odpowiada - oczywiście w odpowiednim odczytaniu - prawdzie poznawalnej naukowo-empirycznie. Podobnie jest z innymi tematami i opowiadaniami: nie przeczą one prawdzie objawionej o Bogu, człowieku i świecie. Tak np. czym innym jest opowiadanie o cudach sprawionych w imieniu Boga przez ludzi wybranych, a czym innym bajki o wróżce czy czarodzieju, które sugerują niezwykłe, tajemne moce człowieka. Przykładem może być też św. Mikołaj. Katolicki zwyczaj przebranej postaci z podarkami jest sposobem przekazania dzieciom prawdy o świętym Kościoła. Jeśli jest to zgodne z prawdą historyczną, to jest w porządku. Czym innym jest natomiast postać pajaca przebranego na czerwono, mimo że jest tak samo nazywany.

3. Aspekt pedagogiczny. Nie trudno zauważyć, że spostrzeżenie przez dorastające dziecko sprzeczności między "światem" bajek a realnym doświadczeniem i poznaniem może mieć i zwykle ma poważne konsekwencje dla jego stosunku do rodziców i otoczenia dorosłych, niekiedy do całej rzeczywistości. Uderza po prostu we wiarygodność i wywołuje bunt, poniekąd słuszny, przynajmniej zrozumiały psychologicznie. Nikt nie lubi być okłamywany, także dzieci.

Zwykle rodzice czy wychowawcy zajmują dzieci bajkami dla własnej wygody i też z braku pomysłu na zajęcie dla dzieci. Często kryje się pod tym fałszywe przekonanie, jakoby dzieci pragnęły bajek. Jest dokładnie odwrotnie: dzieci chcą uczestniczyć w życiu i zajęciach dorosłych i nic ich tak nie interesuje jak to, czym zajmują się dorośli. Tworzenie dzieciom specjalnego "dziecięcego" czy raczej bajkowego świata jest więc rodzajem gwałcenia ich naturalnych potrzeb i pragnień. Oczywiście udział dzieci w życiu dorosłych wymagania odpowiedniego przystosowania, przygotowania, opieki i wysiłku. Wiadomo, że dzieci nie mogą uczestniczyć we wszystkim i nie mogą robić wszystkiego, co robią dorośli. To jest pewna trudność. Kochający rodzic jednak znajduje odpowiedni sposób, także przez dzielenie się zajęciami między rodzicami: pewne zajęcia dzieci mogą wykonywać z ojcem, a inne z matką.

Oczywiście takim zajęciem może być czytanie dzieciom odpowiednich dla nich historyjek, starannie dobranych. Ideałem są biblijne opowieści dla dzieci. Jednak mogą być też inne opowiadania o treści realistycznej i budującej, głównie z żywotów świętych.

Mówiąc krótko: nie przywiązanie do ekranu służy rozwojowi dziecka, lecz czas spędzany z rodzicami czy innymi wychowującymi. Służy to też najlepiej zdrowej więzi między nim a rodzicami, która jest trwała i rzutuje na przyszłe relacje.