Czy spokój rozwiązuje problem bluźnierstwa?

 


Pod szumnym tytułem "Działalność Apostolska" dołączył do grona jutjuberów we wrześniu 2018 anonimowy kanał, na którego istnienie dopiero właśnie zwrócono mi uwagę. Okazją jest ostatni jego filmik, w którym autor - jak sam szumnie wyznaje - atakuje mnie z powodu krytyki w temacie s. Faustyny, konkretnie słów koronki o ofiarowaniu Bóstwa. Autor się wprawdzie nie przedstawia, jednak dość łatwo mogłem go rozpoznać mimo upływu dwudziestu kilku lat od zapoznania się i ostatniego kontaktu, tudzież znacznie zmienionego wyglądu. Rzeczywiście dane mi było poznać p. Jakuba Szymańskiego początkiem września 1995 r. w Gdyni, gdzie byłem w celu pomocy jego koledze w przeprowadzce do seminarium Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra w Niemczech (który stał się zresztą pierwszym Polakiem wyświęconym w nim). P. Szymański - będąc wówczas świeckim studentem teologii w Gdańsku - uczestniczył po raz pierwszy we Mszy św. tradycyjnej, którą widocznie nie był zachwycony (powiedział, że czuł się malutki podczas tej Mszy św.). Kontakt się zakończył ponad 20 lat temu. To oczywiście nie upoważnia go do podawania nieprawdziwych informacyj odnośnie mojej biografii, których nawet nie próbował zweryfikować, choć mógł to bardzo łatwo uczynić chociażby pisząc przez formularz kontaktowy niniejszego bloga. Sprostowanie pominę, gdyż chodzi o nieistotne, choć proste fakty. 

Istotna jest natomiast jego polemika w sprawie koronki s. Faustyny. Otóż przede wszystkim wygląda na to, że p. Szymański nie zadał sobie nawet trudu zapoznania się z moimi wpisami w temacie, z którymi usiłuje polemizować i to aż do zadyszki i nerwowego wymachiwania rękami. 

Znamienne jest, że występuje anonimowo, nie przedstawia się ani imieniem i nazwiskiem, ani wykonywanym zawodem czy działalnością, a równocześnie podszywa się pod działalność apostolską, choć jako absolwent teologii powinien wiedzieć, kim są Apostołowie i ich następcy, to znaczy z całą pewnością nie osoba świecka, zwłaszcza ukrywająca swoją tożsamość. Ten fragment wypowiedzi wyjaśnia, świadcząc o samopoczuciu wypowiadającego...:


Całość wystąpienia jest tutajOdpowiadam po kolei. 

1. Rzekomo nasiąkłem duchem germańskim w teologii 😁 To jest pierwszy i główny - wielokrotnie powtarzany - "argument" p. Szymańskiego... 

2. Teologiczną krytykę sformułowania o ofiarowaniu Bóstwa p. Szymański sprowadza do "zadziałania diabełka". Na czym owo "zadziałanie" względnie moja "pomyłka" w sprawie s. Faustyny ma polegać, nie wiadomo, gdyż p. Szymański wskazuje tylko na jeden mój wpis w temacie, i to nie zasadniczy, w dodatku przekręcając (można sobie porównać tutaj). Otóż wykazałem, iż w tekście koronki wydanym przez o. Andrasza nie ma mowy o ofiarowaniu Bóstwa. Pojawia się ono natomiast w wersji wydanej przez x. Sopoćkę. Jedynym "argumentem" p. Szymańskiego jest, że on "nie wyobraża" sobie, iż "ksiądz Sopoćko zrobił podróbkę, bo był głównym dziedzicem, spadkobiercą przesłania s. Faustyny" i "jest kandydatem na ołtarze". Tak więc p. Szymański nawet nie próbuje zadać sobie trudu wyjaśnienia sprzeczności między wersją o. Andrasza i x. Sopoćki. Widocznie uważa, iż wymachiwanie rękami w zadyszce wystarczy...

3. Niemiecki Kościół był rzekomo przeciwny s. Faustynie i "blokowali". Odpowiadam: to jest zwykłe kłamstwo. To teologowie zarówno polscy jak też rzymscy od razu dostrzegli problem głównie z ofiarowaniem Bóstwa (por. tutaj). Nie jest mi natomiast znana żadna krytyka ze strony jakiegokolwiek teologa niemieckiego. W Niemczech - i ogólnie na Zachodzie, nawet chyba na całym świecie, a do lat 1980-ych także w Polsce - temat był właściwie nieznany aż do czasu beatyfikacji s. Faustyny, czyli odgórnego wypromowania, po czym także został praktycznie zignorowany. W niemieckojęzycznych kręgach konserwatywno-katolickich, które Jana Pawła II zwykle darzą wielkim szacunkiem i zaufaniem, "Dzienniczek" i koronka są bardzo popularne. 

W tym miejscu muszę wspomnieć, iż dopiero w ostatnim czasie (od około roku) podzieliłem się zastrzeżeniami zarówno publicznie na pewnym niemieckojęzycznym teologicznym forum dyskusyjnym, jak też prywatnie wobec dwóch wybitnych teologów dogmatyków niemieckich, w tym jednego kardynała. Ten ostatni pisemnie potwierdził pośrednio moje zastrzeżenia, a drugi profesor, którego prosiłem o opinię co do moich zastrzeżeń, póki co milczy, co należy widocznie także rozumieć jako potwierdzenie (qui tacet consentire videtur). 

4. W "samej strukturze" koronki rzekomo "widać", że ofiarowanie Bóstwa jest właściwe. Przytoczę dosłownie, gdyż jest to wręcz zabawne:


Po pierwsze, nie wiem, czy p. Szymański zdaje sobie sprawę, ale tym samym de facto zanegował pochodzenie tych słów od Pana Jezusa, skoro twierdzi, że to s. Faustyna tak to sobie ułożyła. 

Po drugie, głównym argumentem jest dwoistość i rytm, co jest właściwie na poziomie absolwenta szkoły podstawowej, a nie kogoś po studiach teologii. Przy tym ewidentnym fałszem jest utożsamianie duszy z człowieczeństwem, gdyż człowiek nie składa się jedynie z duszy. Dla człowieka normalnie myślącego, nawet bez wykształcenia filozoficznego i teologicznego jasne jest, iż to ciało, krew i dusza razem wzięte stanowią człowieczeństwo. Ponadto teolog powinien wiedzieć, że w postaciach eucharystycznych obecna jest także dusza Jezusa Chrystusa, gdyż jest to żywe Ciało i żywa Krew. Tym samym "parą" dla Bóstwa nie jest sama dusza, lecz dusza wraz z Ciałem i Krwią. Tym samym "dwójki" podane przez p. Szymańskiego mogą być jedynie w rytmie, nigdy w elementarnie poprawnym rozumieniu teologicznym. 

P. Szymański brnie dalej i osiąga szczyt swojej "argumentacji":


Tutaj po pierwsze widać, że p. Szymański albo wcale nie czytał wpisu o interpretacji x. Różyckiego (por. tutaj), albo czytał i przekręca, albo ma urojenia, albo kłamie, albo wszystko na raz. Zresztą wykazując przy tym podstawową ignorancję w temacie arianizmu. Ktoś po studiach teologii - a nawet bez studiów, gdyż obecnie wystarczy zajrzeć do wiki - powinien wiedzieć, iż arianizm polega na negacji współistotności Ojca i Syna, nie na oddzielaniu Bóstwa i Człowieczeństwa Jezusa Chrystusa. Ta negacja jest zawarta w interpretacji x. Różyckiego, co jest oczywiście bluźnierstwem i apostazją. Każdy to może sprawdzić w podanym wpisie. 

Na koniec: Dobrze jest, że problem jest zauważany, nawet jeśli polemika z moimi zastrzeżeniami jest - delikatnie mówiąc - dość niskiego poziomu i wręcz groteskowa. Nerwowe, chaotyczne, niechlujne, niemerytoryczne, a równocześnie wyniosłe i złośliwe zachowanie p. Szymańskiego, które go właściwie kompromituje, jest dość typowe dla wyznawców koronki s. Faustyny. Jest to zachowanie sekciarskie i wręcz demoniczne, gdyż pomieszane i zakłamane. Owszem doceniam jego miłe osobiste uwagi i podkreślanie sympatii do mnie, choć są to zapewne jedynie zagrywki taktyczne wobec odbiorców (captatio benevolentiae). Zresztą także miło wspominam spotkanie z nim w 1995 r. (jedyne póki co). Nie wiem, jaki on ma osobisty interes w tego typu wystąpieniach. W każdym razie teologicznie wszedł na grunt bardzo grzęski, choć oczywiście zasadniczo nie neguję jego dobrej woli i chyba też gorliwości w modlitwie. Tym niemniej z serca polecam mu przede wszystkim

- najpierw zapoznanie się z wypowiedziami, z którymi chce polemizować,

- douczenie się w prawdach wiary katolickiej i teologii,

- więcej trzeźwości i rzetelności myślenia. 

Oby jego wypowiedź przyczyniła się do świadomości problemu. W każdym razie maniakalnie powtarzanie, że "koronka jest w porządku" niczego nie rozwiązuje, ani w niczym nie pomaga. Zwłaszcza nie pomaga w przezwyciężaniu zamieszania oraz ignorancji w sprawach wiary, tudzież zapaści wiarygodności Kościoła. 

Przy okazji wskażę jeszcze na tzw. owoce nachalnego forsowania "Dzienniczka" i koronki s. Faustyny:

- myślenie kategoriami fałszywego miłosierdzia bez sprawiedliwości, co musi demoralizować przynajmniej pośrednio,

- wypieranie różańca Najświętszej Mariji Panny, czyli modlitwy uświęconej wielowiekową praktyką Kościoła, umiłowaną i zalecaną przez wielu - właściwie wszystkich - świętych i papieży (różaniec jest de facto zastępowany koronką zarówno jako modlitwa osobista jak też wspólnotowa),

- odmóżdżenie katolików przez zmuszanie do ślepego odmawiania słów sprzecznych z wiarą i teologią katolicką, co musi prowadzić do mentalności sekciarskiej i apostazji. 

Tylko prawda jest ciekawa. Ona na pewno zwycięży. Nawet jeśli trzeba poczekać. 

Czy upomnienie się o spłatę długu jest grzechem?

 


Głównym problemem zawartym w pytaniu jest podejście do Pisma św., czyli poprawna hermeneutyka. 

Naczelną zasadą poprawnej interpretacji Pisma św. jest jego jedność. Oznacza to, iż nie wolno wyrywać jednego fragmentu z kontextu bliższego i dalszego, czyli interpretować bez czy przeciw kontextowi. Innymi słowy: pojedyncze można poprawnie rozumieć tylko w związku z zarówno z tym kazaniem jak też treścią całego Pisma św. 

Po drugie, nie jest mi znany w całym Piśmie św. żaden fragment mówiący, jakoby domaganie się spłaty długu było grzechem. Jest owszem fragment z tzw. Kazania na Górze w Ewangelii św. Łukaszowej:


U św. Mateusza jest sformułowane ogólniej:


W kontekście jest oczywiste, iż chodzi o równe i bezinteresowne traktowanie bliźnich, w tym także nieprzyjaciół. Nie chodzi tutaj o to, iż należy pożyczać, nie spodziewając się zwrotu, gdyż nie byłoby to pożyczaniem lecz darowizną. Tutaj chodzi właściwie o sytuację, gdy nieprzyjaciel jest w potrzebie i jest zmuszony wziąć pożyczkę. Uczeń Chrystusa nie powinien zważać na to, czy ta osoba jest mu przyjazna, lecz powinien być gotowy pomóc. Domaganie się zwrotu pożyczki powinno zależeć od sytuacji danej osoby, nie od osobistej relacji do dłużnika. 

Nie jest to zresztą nowe nauczanie, już w Psalmie 37 jest powiedziane:

Podobnie w Przypowieściach Salomona: 


Należy mieć także na uwadze, iż Pismo św. nawet werbalnie odróżnia rodzaje pożyczania: słowo κίχρημι oznacza użyczanie bez odsetek i dotyczy zwykle zwierząt i przedmiotów codziennego użytku, podczas gdy δανείζω oznacza oprocentowane pożyczanie dóbr naturalnych i pieniędzy.

Otóż zaciągnięcie długu jest rodzajem umowy, której warunki obydwie strony powinny dotrzymać (por. 2 Krl 4,1-7). Nieuczciwe zawarcie umowy jest rodzajem oszustwa, które z pewnością nie mieści się w etyce nauczanej przez Jezusa Chrystusa. 

Jeśli zaś pytający ma na myśli przypowieść o dłużnikach (Mt 18,21-35) to powinien mieć na uwadze, iż jest to przypowieść i to odnosząca się do przebaczania bliźniemu, czyli do spraw duchowych, nie doczesnych. 

Oczywiście, w teologii moralnej opartej na Piśmie św. Starego i Nowego Testamentu najwyższym przykazaniem odnośnie bliźniego jest przykazanie miłości. Zawiera ono w sobie odpowiednie rozumienie bliźniego jako osoby ludzkiej z duszą nieśmiertelną, która stanowi najwyższą wartość w człowieku. Oznacza to relatywność życia doczesnego i spraw doczesnych, w tym także umów międzyludzkich jak chociażby umowa pożyczki. W tym świetle należy rozważyć także kwestię domagania się spłaty. Domaganie się spłaty od rodziny matki rodziny wielodzietnej, której ledwo wystarcza czy nie wystarcza na godziwe utrzymanie, jest oczywiście niemoralne. Inaczej ma się sprawa w przypadku kogoś, kto zaciągnął pożyczkę na przyjemności czy zachcianki, czy też na potrzeby codzienne, a mógł zarobić swoją pracą. 

Grzeszy natomiast ta osoba, która zaciągnąwszy dług nie spłaca go, choć ma ku temu możliwość, czy to przez swój zarobek, czy przez pozbycie się rzeczy zbędnych, czy przez odpracowanie. Wtedy jest to nie tylko złamanie umowy, lecz rodzaj kradzieży, czyli grzech potępiony wprost w Dekalogu. 

Czy wolno udostępnić kościół niekatolikom?

 

Istotne jest, że chodzi o niekatolików, bez odróżnienia na heretyków, schizmatyków, innowierców czy ateistów. 

Kodex Prawa Kanonicznego reguluje te kwestie dość ogólnie, co wymaga odpowiedniego wyjaśnienia. Oto najważniejsze kanony w niniejszej kwestii:




Kluczowe jest tutaj pojęcie "kultu Bożego" i "kultu publicznego". Oznacza ono obrzędy określone w księgach liturgicznych, czyli liturgię w sensie ścisłym. Pośrednio dopuszczalne są także obrzędy paraliturgiczne, czyli dopuszczone przez władze kościelne czy to przez prawo partykularne stanowione czy zwyczajowe, jak np. nabożeństwa majowe, czerwcowe, październikowe, czy też różaniec odmawiany przez wiernych bez przewodnictwa kapłana. 

Obrzędy heretyków czy innowierców oczywiście nie należą do kultu Bożego sprawowanego przez Kościół, a to głównie z dwóch powodów:

- są to zwykle obrzędy inne niż zawarte w księgach liturgicznych,

- sprawujący je są exkomunikowani, czyli poza widzialną wspólnotą Kościoła. 

Ponadto istotne jest, że obrzędy heretyków czy innowierców zawierają i wyrażają ich herezje i błędy, których nie godzi się praktykować i propagować zwłaszcza w pomieszczeniu sakralnym. Skoro ich wiara jest sprzeczna z Bożym Objawieniem, to także ich obrzędy obrażają Boga, gdyż negują - przynajmniej w jakimś stopniu i zakresie - prawdę objawioną przez Boga. 

Wynika stąd, że udostępnianie pomieszczenia świętego heretykom czy innowiercom godzi w świętość miejsca. 

Czy rzekome objawienia w Trevignano są autentyczne?

 


Nie ma oficjalnego orzeczenia władzy kościelnej - czyli biskupa miejsca - w tej sprawie (por. tutaj i tutaj). Sprawa jest jednak dość jasna, według kryteriów zarówno zdroworozsądkowych jak też teologicznych. Ocenę opieram na wystąpieniach rzekomej "widzącej" dostępnych w internecie.

1. Kontext rzekomych objawień: 

- Gisella opowiada, że pierwsze przeżycia "mistyczne" miała rzekomo, gdy wieczorem wraz z mężem leżała w łóżku przed telewizorem. W takiej sytuacji typowe jest działanie szatana, nie działanie szczególnej łaski Bożej. Z prostego powodu: typowe dla pedagogii Bożej jest zachęcanie do życia duchowego i modlitwy, nie do zwykłych zajęć codziennych i to dość mało wzniosłych, jak kładzenie się do łóżka i oglądanie TV. 

- Jeszcze bardziej znamiennym kontextem jest ścisły związek z fałszywymi objawieniami w Medjugorje. Małżeństwo Cardia jest widocznie blisko związane zarówno z tym miejscem jak też z rzekomymi objawieniami, w które nie tylko ewidentnie wierzy, lecz także rozpowszechnia. Rzekomo płacząca figura przedstawia właśnie zjawę z Medjugorje. Nie trzeba być szczególnie domyślnym, by wnioskować, iż chodzi o uwiarygodnienie tamtejszych rzekomych objawień, w opozycji do orzeczenia Kościoła - zarówno biskupa miejsca jak też komisji watykańskiej (już z 1990 r.). Chodzi więc o uwiarygodnianie i propagowanie oszustwa. 

- Nie bez znaczenia jest także związek z obrazem znanym z kultu "Bożego Miłosierdzia" pochodzącego od s. Faustyny i x. Sopoćki (por. tutaj i tutaj). Otóż w Trevignano rzekomo "płacze" także ten obraz, który oczywiście nie jest tym właściwym - namalowanym według wskazań s. Faustyny przez żydomasona samobójcę Kazimirowskiego. Zresztą nie był on jedynym żydem zaangażowanym w kult "Jezusa Miłosiernego" (więcej tutaj).  Propagowany obecnie obraz autorstwa Adolfa Hyły w istotnych elementach odbiega od obrazu namalowanego przez Kazimirowskiego. Tak więc także pod tym względem chodzi o uwiarygodnianie oszustwa. 

2. Treść: 

- Oczywiście dobre jest wzywanie do odmawiania różańca. Nie jest to nic nowego. Kościół zawsze to czynił. Tak więc właściwie zbędna jest nadzwyczajna interwencja Boża w tym celu. Opieranie oceny jedynie na tym wezwaniu jest nielogiczne i naiwne. 

- Charakterystycznym elementem jest rzekoma przepowiednia obecnej tzw. pandemii, mająca miejsce w 2019 r. Także pod tym względem nie ma znamion nadprzyrodzoności, gdyż po pierwsze tzw. pandemia była przygotowywana znacznie wcześniej (co łatwo mogło być znane mocodawcom "widzącej", która jest widocznie sprytnie sterowana, podobnie jak "wizjonerzy" z Medjugorje), a po drugie Gisella mówiła o "nieznanej bakterii", nie o wirusie (który zresztą nie jest nowy co do typu, lecz najwyżej co do mutacji), co oczywiście wyklucza nadprzyrodzone pochodzenie owej przepowiedni, gdyż Pan Bóg na pewno odróżnia między bakterią a wirusem (źródło tutaj):


- Wezwanie do nawrócenia także nie jest ani nowe ani konkretne. Mglistość i wieloznaczność jest typowa dla oszustów, nie dla działania Bożego. 

- Gisella twierdzi, iż wyznaczony przez biskupa miejsca "expert od mistyki" zapowiedział jej otrzymanie stygmatów. Ciekawe na jakiej podstawie. To jest groteska. Ponadto widocznie są to "stygmaty" wewnętrzne, czyli niewidoczne, czyli widocznie albo urojenia albo zwykłe kłamstwo, wręcz bezczelnie obliczone na naiwność publiczności. 

- Mówienie o nadchodzącej nowej epoce także nie jest niczym nowym i bynajmniej nie musi mieć charakteru nadprzyrodzonego. Ktokolwiek obserwuje wydarzenia społeczno-polityczne, ten wie, że przemiany - zwłaszcza te narzucone odgórnie - zmierzają do "nowego porządku" światowego. Tym samym objawienie Boże w tej kwestii jest zbędne. Wystarczy trzeźwo myśleć. 

- Właściwą, a przekazywaną podstępnie treścią owych rzekomych objawień w Trevignano Romano jest dość ewidentnie uwiarygodnianie fałszywych objawień zarówno w Medjugorje jak też s. Faustyny, co wpisuje się w obecny trend forsowany odgórnie wespół przez możnych tego świata oraz modernistyczne elity religijne. Otóż zarówno zjawa w Medjugorje jak też rzekome objawienia s. Faustyny podważają podstępnie istotne fundamenty Objawienia Bożego nauczane zawsze przez Kościół: począwszy od pojęcia Boga (miłosierdzie jako przeciwieństwo sprawiedliwości, pośrednia negacja Bóstwa Jezusa Chrystusa jak u s. Faustyny), aż do rozumienia religij niechrześcijańskich (równość religij, jak w "orędziach" zjawy w Medjugorje). Nie jest przypadkiem, że akurat biograf i czciciel x. Sopoćki jest zaangażowany w tzw. dzień islamu (źródło tutaj)...

3. Owoce: 

- Atrakcyjność u naiwnych wiernych, zaniedbanych zarówno co do wiedzy religijnej jak też solidnej opieki duszpasterskiej, nie stanowi dobrego owocu w znaczeniu znamion działania Ducha Świętego. Do tych znamion należy przede wszystkim wzrost i utwierdzenie we wierze, nadziei i miłości, przy czym chodzi oczywiście o wiarę katolicką, wyrastającą z Pisma św. i Tradycje Kościoła, nie o wierzenie w orędzia Giselli, zjawy w Medjugorje czy "Dzienniczek" s. Faustyny. 

- Już teraz wyraźne są interesy biznesowe: Gisella przestała pracować i zajmuje się obecnie "doradztwem duchowym". Także jej mąż widocznie sprytnie potrafi korzystać z sytuacji (źródło tutaj):


To dość wyraźnie śmierdzi mamoną. Zresztą bardzo prawdopodobne jest finansowanie głównie przez czynniki antykościelne, tak samo ja w przypadku Medjugorje (por. tutajtutaj) oraz s. Faustyny (propagowanie było finansowane głównie dzięki x. Michalenko z USA, ukraińskiemu żydowi z pochodzenia, por. tutaj). 

Podsumowując:

Jest dość jasne, że mamy do czynienia z kolejnym oszustwem, które jest forsowane wobec gaśnięcia atrakcyjności zarówno zjawy z Medjugorje jak też objawień s. Faustyny. Dla młodego pokolenia są to przeżycia ich dziadków i rodziców. Dlatego kręgom antykatolickim potrzebne wydaje się podtrzymywanie i odświeżanie oszustwa, któremu poddawani są katolicy w ostatnich dziesięcioleciach. 

Co jest dozwolone w małżeństwie? (c. d.)

 


Temat był już kilkakrotnie omawiany. Poprzednie wpisy można znaleźć pod etykietami (lista jest po prawej) "małżeństwo", "etyka małżeńska", "etyka seyxualna" itp.

Odpowiadam po krótce:

W małżeństwie dozwolone są wszelkiego rodzaju pieszczoty, o ile ich celem nie jest onanizm czyli wylanie nasienia poza łonem. Samo podniecenie nie jest grzechem, oczywiście o ile szanuje się godność osobową, czyli nie redukuje się drugiej osoby do rangi przedmiotu przyjemności zmysłowej. Także pożądanie zmysłowe współmałżonka nie jest grzechem, oczywiście także o ile pożądana jest osoba, a nie tylko jej ciało. 

Innymi słowy: miłość małżeńska ma także aspekt zmysłowy i pożądaniowy, co nie jest grzechem. Grzechem jest pożądanie oderwane od miłości osoby. 

Sprawa jest dość delikatna, to znaczy zarówno indywidualna jak też dynamiczna, czyli zależy od indywidualnych cech danych osób (różna pobudliwość, różna dyspozycja do okazywania miłości), co może też podlegać zmianom. 

Grzechem są natomiast czynności wbrew naturze jak sodomia, gdy dochodzi do jakby naśladowania aktu sexualnego przez części ciała niewłaściwe dla tego aktu. 

Czy myśli samobójcze są grzechem?

 


Myśli samobójcze są właściwie pokusą, dopóki nie przeradzają się w przyzwolenie i zamiar. Należy je wyznać w spowiedzi, ponieważ

- nie zawsze wiadomo, czy już był zamiar czy nie,

- pokusa ujawniona traci na sile, gdyż szatan jest skuteczniejszy w ukryciu, będąc sam na sam z kuszonym człowiekiem, i boi się ujawnienia swojego działania.

Myśli samobójcze wynikają zwykle ze stanu depresji, czyli zaburzenia duchowo-psychicznego czy nawet schorzenia. Jego przyczyny mogą być różne i są zwykle złożone:

- skłonność genetyczna

- styl życia, w tym także relacje międzyludzkie, odżywianie, sport itp.

- stan duchowy, czyli brak światła wiary i grzechy, zwłaszcza nałogowe. 

Jak w przypadku każdego schorzenia i zaburzenia, należy poznać przyczynę oraz zastosować odpowiednie dostępne środki. 

Najważniejsza jest spowiedź święta, gdyż leczy ona duchowo, oczywiście o ile jest szczera. Należy w niej wyznać także tego typu myśli, gdyż pochodzą one na pewno od złego, nawet jeśli bezpośrednią przyczyną są predyspozycje czy czynniki naturalne (środowisko, odżywianie, styl życia itp.). 

Oczywiście nie należy zaniedbać także środków naturalnych, czyli podjęcie zdrowego trybu życia - zwłaszcza ruch na świeżym powietrzu i zdrowe odżywianie. To zwykle ma znaczny wpływ na stan psychiczny. 

Jeśli podjęte środki nie wystarczą, wówczas należy szukać pomocy psychologa czy psychiatry. 

Jak zareagować na homilię heretyka?

 


Po pierwsze potwierdzam, iż rzeczywiście chodzi o kazanie osoby świeckiej, gdyż "duchowny" protestancki jest osobą świecką, także według teologii protestanckiej. Przebieranie się przez te osoby w szaty quasi duchowne i używanie określenia "ksiądz" jest oszukiwaniem publiczności dla zyskania szacunku i pozycji społecznej. Według teologii protestanckiej nie ma ani sakramentu święceń, ani stanu duchownego, a są jedynie oddelegowani do głoszenia kazań i sprawowania "wieczerzy". 

Po drugie, głoszenie homilii przez świeckich w ramach Mszy św. jest wyraźnie zakazane przez Kodex Prawa Kanonicznego


Zakaz został potwierdzony w 1988 r. przez orzeczenie Papieskiej Rady ds. Textów Prawnych, według którego biskupom nie wolno zezwalać na wyjątki od stosowania tego kanonu. 

Po trzecie, przestępstwo jest spotęgowane przez fakt, iż głosił protestant, czyli formalny heretyk. 

Tym samym miało miejsce poważne przestępstwo kanoniczne, które powinno zostać surowo ukarane. 

Oto winowajca (więcej tutaj):


Wobec zaistniałego faktu należy wnieść skargę do biskupa danej diecezji, żądając przykładnego ukarania celebransa i proboszcza danego miejsca. 

Ponadto należy wnieść skargę także do Stolicy Apostolskiej, konkretnie do Kongregacji Kultu Bożego oraz Kongregacji ds. Duchowieństwa. 


Zamieszanie kalendarzowe

 


Kalendarz liturgiczny stanowi integralną część rytu liturgicznego, gdyż księgi liturgiczne - zwłaszcza mszał oraz oficjum (brewiarz) - zakładają dany kalendarz. Wiadomo, iż liturgie wschodnie mają swój kalendarz. Wskutek reform po Vaticanum II pojawiły się także znaczące różnice między kalendarzem dotychczasowym a Novus Ordo. Trzeba mieć jednak na uwadze, iż zmiany w kalendarzu istniały zawsze, głównie przez wprowadzanie nowych świąt (jak Chrystusa Króla, Najświętszej Rodziny i inne) i nowo kanonizowanych świętych. Zawsze też istniały różnice lokalne. Tak np. w Bawarii nigdy nie było i nadal nie ma święta Józefa Rzemieślnika, ponieważ 1 maja od wieków obchodzi się święto Najświętszej Maryi Panny Patronki Bawarii (Patrona Bavariae). 

Rzeczywiście historia święta Józefa Rzemieślnika jest dość skomplikowana. Dopiero za Piusa XII podniesiono to święto do najwyższej rangi, co ma związek z wyjściem na przeciw atmosferze czasu, gdy komunizm usiłował zawłaszczyć sobie sprawy robotników. W Novus Ordo obniżono rangę do wspomnienia liturgicznego, co akurat podoba się niektórym "tradycjonalistom", którzy uważają święto Józefa Rzemieślnika za "komunistyczne", co nie świadczy dobrze o ich znajomości teologii czy już nawet Pisma św. 

Wszak wiadomo, iż Pan Jezus był uważany za "syna cieśli" (Mt 13, 54n; Mk 6, 3; Łk 4, 22). Tym samym jest mocna podstawa biblijna dla świętowania prawdy, iż święty Józef pochodził w prawdzie z królewskiego rodu Dawidowego, jednak zarabiał na utrzymanie Świętej Rodziny pracą swoich rąk. Nie jest bezpodstawne przypuszczenie, iż także sam Zbawiciel wykonywał tę pracę utrzymując Siebie i Najświętszą Matkę po śmierci św. Józefa. 

Co do innych różnic w kalendarzach: Spokojnie można się kierować kalendarzem tej liturgii, w której się uczestniczy. W praktyce może to oznaczać, iż niektóre święta - jak np. Wniebowstąpienie - liturgicznie można świętować dwa razy, co oczywiście na pewno nie szkodzi ani wierze ani pobożności. Jeśli jest możliwość wyboru - czyli stała dostępność liturgii tradycyjnej - wówczas można zdecydować się na trzymanie się jednej liturgii i jednego kalendarza. 

Zaś generalnie warto mieć na uwadze, iż liturgia jest tylko przygotowaniem i przedsmakiem liturgii niebiańskiej, która dopiero jest ostateczna i doskonała. Należy wybierać to, co bardziej zbliża do tej ostatniej. 

Czy można zmienić formułę przysięgi małżeńskiej?

 


Zasadą ważności sakramentu małżeństwa jest konsens (consensus facit matrimonium), czyli nieprzymuszona obopólna wola zawarcia sakramentalnego małżeństwa, którego istotnymi cechami są:

- jedność (jeden mąż i jedna żona), 

- dozgonność (wierność do końca życia współmałżonka) oraz 

- otwartość na potomstwo. 

Pytanie dotyczy warunku drugiego. Wszystkie warunki powinny zostać wyjaśnione w rozmowie duszpasterza z narzeczonymi oraz ich konsens co do warunków przepisowo musi zostać zapisany w formie protokołu sakramentu małżeństwa, który jest dowodem. Uroczystym, publicznym wyrażeniem konsensu - przynajmniej wobec przedstawiciela Kościoła oraz dwóch świadków - jest obrzęd sakramentalny wraz z przepisaną formułą. Przedstawiciel Kościoła - zwykle kapłan - jest zobowiązany do przeprowadzenia obrzędu zgodnie z jego przepisami. Tym samym nie ma on prawa ani sam nic zmieniać, ani godzić się na jakiekolwiek zmiany. Wprowadzanie zmian jest niegodziwe, nielegalne i grzeszne. 

Tutaj chodzi przede wszystkim o kwestię, czy podana zmiana powoduje nieważność zawartego w ten sposób sakramentu. Otóż samo opuszczenie słów "aż do śmierci" samo w sobie nie musi wykluczać dozgonnej wierności, choć może mieć takie znaczenie, czyli może oznaczać osłabienie przyrzeczenia dozgonnej wierności. Jest możliwe, iż zostało to wyjaśnione między celebransem a narzeczonymi, być może nawet w obecności świadków. Gdyby duszpasterz wiedział, iż opuszczenie słów "aż do śmierci" oznacza w tym wypadku dopuszczenie zerwania małżeństwa, wówczas nie miałby prawa przewodniczyć takiemu obrzędowi. 

Ma to znaczenie na przyszłość, czyli w przypadku podważania ważności zawartego w ten sposób małżeństwa. Pod względem prawnym nie wystarczy wówczas wykazanie, iż zostały opuszczone słowa "aż do śmierci", lecz konieczne będzie wykazać, iż to opuszczenie oznacza brak zgody na drugi istotny warunek sakramentalnego małżeństwa (dozgonność). Innymi słowy: brak konsensu nie wynika z faktu opuszczenia tych słów. 

Czy homosexualność wyklucza ważność święceń?

 


Warunki ważnego przyjęcia święceń od strony osoby święconej są jasno podane w Kodexie Prawa Kanonicznego:

Tak jedyne warunki ważności udzielenia święceń to

- bycie mężczyzną, oraz

- bycie ochrzczonym.

Pozostałe warunki dotyczą tylko godziwości udzielenia święceń. 

Odnośnie godziwości jest szereg tzw. nieprawidłowości i przeszkód (co do niektórych z nich jest możliwe udzielenie dyspenzy):

Po przyjęciu święceń może zajść także tzw. nieprawidłowość w ich wykonywaniu, to znaczy wymienione poniżej okoliczności są podstawą do zakazu wykonywania czynności wynikających ze święceń (czyli sprawowania sakramentów i sakramentaliów):


Oczywiście nieprawidłowości w wykonywaniu nie unieważniają przyjętych ważnie święceń. 

Podsumowując: skłonność homosexualna, a nawet praktykowanie jej nie unieważnia święceń od strony osoby święconej. Powoduje jednak niegodziwość udzielenia święceń, jeśli ta właściwość była znana szafarzowi święceń. Jeśli doszło do zatajenia tej właściwości przed szafarzem, to mogło dojść do wprowadzenia go w błąd. Wówczas zachodzi powód do zakazania wykonywania święceń, jednak udzielone święcenia pozostają ważne. 

Czy homosexualizm jest grzechem?

 


Problem polega na pomieszaniu pojęć. Należy bowiem odróżnić skłonność do czynów homosexualnych od samych tych czynów. Skłonność nie musi oznaczać poddania się jej, gdyż człowiek ma zdolność poddania tej skłonności osądowi rozumu, do czego nawet nie jest konieczne bycie katolikiem. 

Nowy Katechizm mówi:


Tym samym sprawa jest jasna. 

Istotny jest tutaj następujący wątek: nie należy utożsamiać stanu faktycznego danego człowieka - wraz z jego pragnieniami i skłonnościami - z jego naturą. W faktu, że dana osoba nie ponosi winy za swoją skłonność homosexualną, nie wynika w żaden sposób, jakoby pójście za tą skłonnością było czymś naturalnym czy wręcz koniecznym. 

Istnienie tej skłonności i jej geneza nie jest całkiem jasna pod względem nauk szczegółowych (psychologii, medycyny itp.). Trwają dyskusje i spory w tej kwestii. Jednak pod względem teologicznym sprawa jest jasna, gdyż chodzi o porządek i celowość stworzenia, konkretnie sexualności. To, co jest sprzeczne z celowym porządkiem sfery sexualnej, jest przeciwne jej naturze i tym samym grzeszne. Decydujące są bowiem obiektywne kryteria rozumowe, nie indywidualne odczuwanie czy atrakcja zmysłowa. Dlatego w tej kwestii właściwie wystarczą argumenty racjonalne, bez konieczności odwoływania się do źródeł Bożego Objawienia. 

Boże Objawienie, czyli poznanie z wiary nadprzyrodzonej, oczywiście wspiera i potwierdza prawdziwe poznanie racjonalne także w tej kwestii. Ponadto poprzez światło wiary i sakramentów świętych Kościół otacza swoją pasterską troską i opieką także osoby z takimi skłonnościami, oczywiście w żaden sposób nie zamazując prawdy. 

Czy można zaprzedać duszę diabłu?

Ten temat pochodzi właściwie z satanizmu i okultyzmu, który jest zresztą pewną formą satanizmu. Jest oczywiste, że chodzi o pewne odwrócenie czyli perwersję prawdziwej religii, czyli oddania się Bogu. Szatan jest bowiem tym, który małpuje i zarazem przekręca sprawy Boże. 

Jak chyba powszechnie wiadomo, w obrzędzie Chrztu świętego ma miejsce wyrzeknięcie się szatana i wszystkich spraw jego. Jest to warunek wstępny i istotna dyspozycja do wejścia w życie łaską uświęcającą. W odwrotności tego wyrzeknięcia się sataniści - występujący przeważnie w postaci okultystów - wynaleźli tzw. zaprzedanie się szatanowi, czyli jakby pakt z szatanem, który ma być przeciwieństwem przymierza człowieka z Bogiem, które w sposób właściwy ma miejsce we Chrzcie św. i każdym akcie tegoż odnowienia (jak np. w codziennym znaku krzyża). Takowe zaprzedanie się jest więc aktem apostazji i to największego kalibru, gdyż jest aktem oddania się pod władzę szatana. Motywacja nie jest istotna, ale jest także ważna i typowa, gdyż chodzi zwykle o bunt przeciw Bogu oraz korzyści doczesne, czy to zdobycie władzy, popularności, czy korzyści majątkowe. 

Oczywiście zaprzedanie się szatanowi nie jest i nie może być tej samej rangi co oddanie się Bogu w prawdziwej wierze objawionej przez samego Boga. Szatan jest tylko stworzeniem, a tylko prawdziwy Bóg jest Stwórcą i Panem całego stworzenia. Tylko Bóg jest wszechmocny, a szatan ma moc jedynie w swoich naturalnych zdolnościach i w ludziach, którzy poddają się jego wpływowi. Oczywiście na ile Pan Bóg na to pozwala. 

Tak więc, po pierwsze, człowiek może przez swoją wolę dokonać aktu wyrzeknięcia się Boga i oddania się szatanowi. Tego dotyczy chyba postawione pytanie. 

Następna kwestia powiązana to: jakie skutki i konsekwencje ma czy może mieć taki akt. Ostatecznie chodzi o zakres mocy, władzy i wpływu szatana na podstawie takowego ludzkiego aktu. 

Pewne jest, iż szatan może działać jedynie w ramach praw natury, w tym także swoich naturalnych zdolności, które oczywiście - w porządku ontologicznym - przewyższają zdolności człowieka. 

Przede wszystkim szatan przewyższa nas, ludzi, swoją inteligencją. Wprawdzie nie ma on bezpośredniego wglądu we wnętrze człowieka, czyli myśli, pragnienia, akty woli. Może jednak dość trafnie wnioskować o nich na podstawie oznak zewnętrznych oraz znanych już naszych decyzyj i zachowań. Innymi słowy: szatan jest genialnym psychologiem, co potrafi też świetnie wykorzystywać w manipulowaniu. Ma tym samym pewien wpływ na naszą wolę, ale przede wszystkim na nasze uczucia i zmysły, czyli na niższe władze duszy. Działa to szczególnie w przypadku ludzi, którzy jemu się świadomie przez akt woli oddali: jest w stanie dawać im pewne przeczucia i intuicje, które służą do związania człowieka z nim i uczynienia go swoim narzędziem. Jak wiadomo, w sprawach biznesowych ważne są przede wszystkim dwie rzeczy: właściwa intuicja oraz chciwość. Podobnie u większości polityków faktycznie główną rolę odgrywają przede wszystkim żądza władzy, statusu oraz korzyści majątkowych, w czym pomocna jest także przede wszystkim odpowiednia intuicja, przebiegłość oraz zakłamanie - a to wszystko są cechy, w których szatan jest mistrzem. 

Oczywiście błędem jest mniemanie, jakoby intuicja była sama w sobie czymś złym. Tym bardziej błędne jest mniemanie, jakoby idąc drogą Bożą - czyli prawdy i dobra - nie można było odnosić sukcesów w biznesie, polityce czy w innych dziedzinach. Jednak rzeczywistość jest taka, iż także w świeckich sferach życia ma miejsce walka duchowa, czyli starcie Ducha Bożego z szatanem. Problem polega na tym, że po pierwsze jest pokusa pozostawienia tych dziedzin szatanowi i ludziom jemu oddanym, a po drugie pokusa zwątpienia w moc działania Bożego także w tych dziedzinach. Dochodzi oczywiście słabość ludzka i zaślepienie, czyli pokusa skupienia się na wymiarze doczesnym, czyli na korzyściach materialnych i zmysłowych, zapominając o dobru i zbawieniu dusz. W taki właśnie sposób nawet ludzie oficjalnie wierzący faktycznie wspomagają działanie szatana i jego niewolników chociażby przez uległość dla ich zasad i metod. 

Na koniec: nawet jeśli ktoś dokonał "zaprzedania się" szatanowi, może się nawrócić, dopóki jest na tym świecie. Oczywiście szatan będzie walczył o niego. Jednak tym bardziej będzie walczył Duch Święty i to Jego będzie zwycięstwo, jeśli tylko człowiek podejmie decyzję o powrocie w ramiona łaski Bożej i dołoży swoich starań. 

Podziękowanie



(dane z teraz)


Po opublikowaniu prośby o wsparcie bloga nadeszły datki, za które serdecznie dziękuję, niezależnie od wysokości, gdyż tylko Pan Bóg zna serce darczyńców - Bóg zapłać! 

Serdecznie dziękuję także za wsparcie duchowe i modlitewne, które jest najważniejsze. Ze swojej strony wspominam wszystkich darczyńców w memento każdej Mszy św.

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało w sumie dwadzieścia kilka osób.

Liczba wyświetleń na dzień waha się, w zależności głównie od pojawienia się nowych wpisów, między kilkaset a ponad tysiąc. Świadczy to o sporym i regularnym zainteresowaniu, mimo wielości ofert teologicznych w internecie.

Gdyby ktoś chciał okazać choćby przez drobną ofiarę, że blog jest potrzebny i przydatny: 

Konto numer IBAN:

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Czy należy całować xiędza w rękę?

 


Nie ma przepisu kościelnego w kwestii całowania dłoni kapłana przez wiernych. Jest tylko zwyczaj, który nie jest obowiązkowy. Praktycznie zaniknął on w ostatnich dziesięcioleciach. Są próby jego reaktywowania w kręgach "tradycyjnych". 

O ile mi wiadomo, nigdy nie było odpustu przepisanego za ucałowanie xiędza w rękę. Tradycyjny wykaz odpustów wydany przez Stolicę Apostolską (Enchiridion indulgentiarum z 1952 r. ) zawiera jedynie odpust cząstkowy za nabożne ucałowanie

- pierścienia papieża (300 dni), kardynałów (100 dni), patriarchów, arcybiskupów, biskupów oraz prefektów apostolskich (50 dni), 

- dłoni neoprezbitera w dzień jego święceń oraz pierwszej Mszy św. (100 dni).





Prawdopodobnie na podstawie tych odpustów rozwinął się nabożny zwyczaj, który jednak raczej nigdy nie był powszechny. 

Jego podłożem jest zapewne także przewidziane w liturgii tradycyjnej ucałowanie ręki celebransa przez asystę (diakona, subdiakona) względnie ceremoniarza. 

Za nabożne służenie do Mszy św. jest także udzielony odpust cząstkowy i to wysokiego stopnia, gdyż aż 3 lat:


Warto to mieć na uwadze, gdyż dla wiernego katolika powinno to być motywujące. 

Wskazane tutaj odpusty nie są już podane w nowym wykazie odpustów z 1999 roku (por. tutaj), nie zostały jednak formalnie odwołane. Osobiście uważam, że nie mogły zostać odwołane, ponieważ nie ma ku temu powodów ani teologicznych, ani rozumowych. Tym samym można uważać je za istniejące, choć nie są podane w nowym wykazie. 

Dlaczego uniżenie nie jest wyniszczeniem?

 


X. Szymon Bańka, z którego wypowiedzią już raz polemizowałem (por. tutaj), zechciał poświęcić niemal całe swoje wystąpienie (dostępne tutaj) nie tyle mojej krytyce dwóch zwrotek pewnej kolędy (tutaj),  co raczej mojej osobie. Okazję stanowi pytanie anonimowego widza o osąd odnośnie mojej osoby i działalności: 

Tak więc po wstępnym łaskawym orzeczeniu, że jestem "dobrym teologiem", x. Bańka odnosi się do jedynego z ponad 600 wpisów niniejszego bloga. Dlaczego akurat do tego? Staje się to jasne w następujących pouczeniach, do których zmierza wypowiedź na mój temat:


Również solennym pouczeniem kończy się następny fragment:


A oto punkt kulminacyjny i widocznie właściwe przesłanie owego wystąpienia:


Skoro to jest główna treść, to najpierw do niej się odniosę. 

Otóż chyba nietrudno zauważyć, iż krótka prezentacja w nagłówku niniejszego bloga nie jest chwaleniem się, lecz zwięzłym wskazaniem na formalną kompetencję teologiczną. Uczyniłem to po wielu złośliwych przytykach kwestionujących ją. Podałem jedynie istotne suche fakty, których ocena jest pozostawiona życzliwości P. T. Czytelników. Akurat x. Bańka interpretuje je jako "chwalenie się". Nie wiem, na jakiej podstawie. Czyżby uważał, iż podane fakty powinny być raczej powodem do wstydu? Że powinienem je ukrywać? Otóż uważam, iż nie powinienem ich ukrywać, nawet jeśli byłyby haniebne (a nie są), a to choćby z tego powodu, że są łatwo dostępne i każdy może je sprawdzić. Osobiście wyznaję zasadę, iż nie należy ukrywać faktów, nawet jeśli nie są powodem do chluby, oczywiście o ile nie są same w sobie powodem zgorszenia. W tym wypadku nie dostrzegam nic gorszącego. 

Wyjaśniam: byłem egzaminowany i oceniany nie na podstawie katarynkowego reprodukowania czyichś prywatnych poglądów, lecz z wiedzy i umiejętności myślenia teologicznego, wykazanego w pracy doktorskiej i na egzaminie komisyjnym z trzech głównych dziedzin teologii katolickiej. Książek ówczesnego x. prof. Müller‘a nie znałem i także potem nie zajmowałem się nimi bliżej, gdyż po pierwsze nie było to ode mnie wymagane, a po drugie uważałem, iż są ważniejsze podręczniki i źródła teologii katolickiej. Nikt mi nie robił wyrzutów z tego powodu, co świadczy o kompetencji teologicznej i moralnej grona egzaminującego. To również z całą pewnością nie jest powodem do wstydu i ukrywania. Jeśli profesor upatruje swoje zadanie w prowadzeniu do solidnej wiedzy teologicznej, a nie w indoktrynowaniu w swoich własnych poglądach (nie wiem, jakie doświadczenia i oczekiwania ma x. Bańka), to szczęściem jest mieć takiego profesora i jest to powód (niezasłużony, lecz dany przez Pana Boga) do chluby i wdzięczności, zwłaszcza iż jest to obecnie postawa niestety bardzo rzadka wśród profesorów. 

Konflikt Bractwa FSSPX z kard. Müller‘em w czasie gdy był biskupem diecezji ratyzbońskiej, na której terenie znajduje się seminarium FSSPX (Zaitzkofen), a także gdy był prefektem Kongregacji Nauki Wiary, nie jest dla mnie powodem ukrywania faktów. O ile wiem, chodziło o legalność święceń udzielanych w owym seminarium oraz uznawanie nauczania Vaticanum II przez FSSPX. Szczegółów konfliktu - zwłaszcza argumentów obydwu stron - nie znam, dlatego się nie wypowiadam (tutaj jest jedno z doniesień medialnych, świadczące o tym, że konflikt miał miejsce koło roku 2009, czyli sporo lat po moim doktoracie). Poniekąd zrozumiałe jest, iż u x. Bańki (i nie tylko) wzmianka o kard. Müller‘ze wywołuje alergiczno-emocjonalną reakcję (według wypowiedzi przełożonego FSSPX z 2018 r., bpa B. Fellay'a, kard. Müller chciał exkomuniki dla FSSPX). Jednak uczciwość wymaga, by się do tego przyznać, a nie zaczynać od - zresztą dość groteskowej - polemiki z moją krytyką ewidentnie heretyckich sformułowań w jednej z kolęd. 

Istotna jest następująca okoliczność: Czy x. Bańka jest w stanie wskazać na jakąkolwiek krytykę ze strony FSSPX pod adresem poglądów teologicznych obecnego kard. Müller‘a, opublikowaną zanim został prefektem KNW, czyli z czasu, gdy był profesorem w Monachium i potem biskupem Ratyzbony? O ile wiem, krytyka pojawiła się dopiero wtedy, gdy bp Müller ogłosił, że święcenia udzielane w Zaitzkofen są nielegalne. Czyż nie jest to znaczące? Czyż wobec takich okoliczności moralne jest wytykanie mi drogi edukacji teologicznej oraz braku krytyki poglądów promotora doktoratu?

Bezreflexyjnym tłem tego - dość dziwnego - zarzutu ad personam jest zapewne założenie, jakobym wybrał x. prof. Müller‘a na promotora z powodu czy przynajmniej mimo poglądów, które x. Bańka nazywa heretyckimi. To założenie jest oczywiście fałszywe i bezpodstawne. Zresztą x. Bańka nawet nie próbuje go uzasadnić ani go nawet go nie formułuje, co także świadczy o poziomie intelektualnym zarzutu i wystąpienia. Właściwie nie powinienem się tłumaczyć przed kimś takim jak x. Bańka, jednak dla P. T. Czytelników nadmienię, jakie są fakty. Otóż na x. prof. Müller‘a trafiłem pośrednio, zupełnie nie znając ani jego ani jego publikacyj. Polecił mi go x. prof. Peter Bruns, profesor patrologii w Bamberg, który najpierw zapoznał się z moją gotową pracą doktorską. Zaopiniował ją pozytywnie, jednak stwierdziwszy, że temat jest ujęty bardziej systematycznie niż historycznie i że dlatego powinien ją ocenić dogmatyk, polecił mi zwrócić się do x. prof. G. L. Müller‘a w Monachium. Ten ostatni od razu i bez zastrzeżeń przyjął pracę, napisaną całkowicie bez jego udziału. Musiałem tylko jeszcze zaliczyć kilka seminariów oraz kurs hebrajskiego (co nie było wymagane we Wiedniu). 

Przejdźmy do sprawy kolędy.

Rzeczywiście w odnośnym wpisie zabrakło szerszej argumentacji teologicznej. Wynikało to po pierwsze z pośpiechu, a po drugie z tego, że uważałem sprawę za oczywistą. Słusznie x. Bańka wskazał na List do Filipian, rozdział 2. Jednak jego argumentacja jest chybiona. 

Zacznijmy od samego textu. X. Bańka zadowala się tłumaczeniami, podczas gdy teolog ma obowiązek opierać się na texcie oryginalnym, gdyż tylko on jest natchniony, zaś tłumaczenia mogą być tylko mniej czy bardziej pomocne. Tego rozróżnienia zupełnie brak w wypowiedzi x. Bańki i nie sprawia on wrażenia, jakoby przejmował się oryginałem. To raz. Po drugie, także zacytowane przez niego tłumaczenia wcale nie popierają jego tezy, jakoby słowa św. Pawła usprawiedliwiały słowa kolędy o "wyniszczeniu" Bóstwa. 

Kluczowe jest wyrażenie "heauton ekenosen", zwykle znane obecnie w tłumaczeniu "ogołocił siebie". Na tym słowie zresztą - w formie rzeczownikowej "kenosis" - protestanci oparli swoją "teologię kenotyczną", która zmierza przynajmniej do pomniejszenia boskiej godności Jezusa Chrystusa (więcej tutaj).

W oryginale fragment brzmi:

Wulgata podaje:


Tłumaczenie x. Wujka mówi nietrafnie o "wyniszczeniu" (źródło tutaj), co z całą pewnością nie oddaje łacińskiego "exinanivit":

Akurat w tym słowie najtrafniejsza jest Biblia Tysiąclecia:


Poprawne, dokładne robocze tłumaczenie tych trzech wersetów brzmi: 

On, istniejąc w postaci Boga, nie uważał za rabunek bycie równym Bogu, 
ale  (jednak) opustoszył siebie, przybierając postać sługi, stawszy się w podobieństwie ludzi,
i, w kształcie uznany jako człowiek, uniżył siebie, stawszy się posłusznym (aż) do śmierci, a to śmierci krzyżowej. 

Wyjaśniam treść: 
Pan Jezus wiedział, że Jego bycie na równi z Bogiem nie jest "rabunkiem" czyli świętokradztwem i uzurpacją, lecz stanowi Jego naturę i godność, a mimo tego pozbawił się (ekenosen) "kształtu", czyli widzialnej formy godności boskiej przez przybranie postaci cierpiącego sługi, czyli zapowiadanego przez proroków Mesjasza. Słowo "ekenosen" oznacza dosłownie "opróżnienie", a tutaj pozbycie się kształtu - czyli wyglądu - wskazującego na godność boską. Innymi słowy: w ludzkim wyglądzie i życiu Jezusa Chrystusa nie było widać godności boskiej, lecz człowieczeństwo. 

Tym samym: nie ma tutaj choćby cienia mowy o wyniszczeniu Bóstwa w Jezusie Chrystusie. Jest jedynie mowa o porzuceniu "kształtu" Boga przez przyjęcie "kształtu" ludzkiego. To nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem ani Bóstwa, ani nawet kształtu Bóstwa, lecz dotyczy jedynie "opróżnienia" (ekenosen) siebie z tego kształtu - nie z samego Bóstwa czyli z boskiej natury - na rzecz kształtu ludzkiego. 

Tak więc zrównanie słów św. Pawła ze słowami kolędy pod względem zarówno treściowym jak też jakości teologicznej jest aż tak chybione, że nasuwa się pytanie, czy x. Bańka umie czytać i rozumieć proste texty. Nie chodzi tutaj o interpretację, lecz o brzmienie i bezpośrednią treść. Mówiąc najkrócej: ani "ogołocenie", ani uniżenie nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem, ani na poziomie pojedynczych słów, ani całego zdania czy wersetów.  

Tak właśnie myśli cała teologia katolicka. Oto przykład - z klasycznej, tradycyjnej encyklopedii katolickiej (tutaj):


Podobnie rzecz się ma ze sprawą aniołów. X. Bańka mówi o zamieszkaniu w chwale nieba. Problem w tym, że - po pierwsze - to zamieszkanie dotyczy wyłącznie świętych i to dopiero po śmierci. Po drugie, zbawienie wieczne nigdy nie oznacza zrównania stworzeń różnych co do natury. Owszem, można by tu próbować domyślać się, o jaką równość tutaj chodzi. Pewne jest jednak, jak już wskazałem w poprzednim wpisie odnośnie kolędy, że

- nie wszyscy aniołowie są w niebie, gdyż są też upadłe duchy, czyli zbuntowani aniołowie z szatanem na czele, którzy są w piekle, 

- także w niebie zachowane są naturalne i istotne różnice między ludźmi a aniołami. 

Teologicznie poprawnie można więc mówić jedynie o wspólnocie z aniołami w niebie, także na ziemi w obcowaniu świętych, które dotyczy również aniołów. 

W końcu: Czy kolęda - jako utwór literacki - ma obowiązek precyzji czy przynajmniej poprawności teologicznej? Czy moje zastrzeżenia nie są czepialstwem, nadwrażliwością itp.?

W to drugie pytanie nie wchodzę. To jest rodzaj twierdzeń pseudopsychologicznych, które są ucieczką od meritum i rzeczowej argumentacji, zresztą dość bezczelną także w wykonaniu x. Bańki. Zejście na taką płaszczyznę miałoby jakąś rację bytu, gdyby x. Bańka wpierw konkretnie i rzetelnie odniósł się do moich argumentów, a tego niestety nie robi. Natomiast próbuje przysłonić argumenty maniakalnym powtarzaniem pseudopsychologicznej perswazji i to w tonie quasi nauczycielskim... Jeśli - jak wyznaje - nie rozumie, dlaczego się czepiam tych słów kolędy, to albo nie czytał mojej argumentacji, albo jej nie zrozumiał, albo nie chce zrozumieć, albo wszystko na raz. W takim stanie rzeczy wytykanie "nadwrażliwości" jest conajmniej dziwne (mówiąc bardzo oględnie) i z całą pewnością nie świadczy o rzetelności teologicznej, ani zwykłej intelektualnej, ani o dobrym wychowaniu i kulturze osobistej. 

Zaś odpowiedź na pierwsze pytanie jest jednoznaczna: także kolędy, tak jak wszystko, co dzieje się w przestrzeni kościelnej, muszą być zgodne z prawdami wiary katolickiej. Język poetycki bynajmniej nie wyklucza, lecz zakłada staranność i poprawność teologiczną. Rodzaj literacki nie może być usprawiedliwieniem dla przemycania fałszywych treści czy choćby zwykłego niechlujstwa. Zwłaszcza śpiewy stosowane zarówno w kościołach jak też poza nimi muszą być nieskazitelne pod względem prawd wiary, gdyż mają potężny wpływ na kształtowanie świadomości wiary. 

Wracając do owej kolędy: nie trudno zauważyć, iż przynajmniej jedna z tych zwrotek da się bardzo łatwo poprawić. Otóż zamiast "wyniszczasz" można umieścić "ukrywasz", co jest poprawne teologicznie, a równocześnie pasuje do rymu. Dlaczego więc autor wybrał ewidentnie heretyckie sformułowanie? Nie wiem. Z całą pewnością licentia poetica w tej sprawie nie może być usprawiedliwieniem. Warto by było prześledzić dzieje tego textu, aczkolwiek może to być niełatwe. Moim zadaniem jest natomiast piętnowanie błędów i herezyj. Czyż x. Bańka nie powinien tego rozumieć? Czyż nie jest tak, że styczność z kolędą ma o wiele więcej ludzi - katolików i niekatolików - niż z książkami kard. Müller‘a? 

Tutaj nasuwa się przypuszczenie, co jest powodem ataku x. Bańki na moją osobę. Otóż wydawnictwo związane z FSSPX wydało modlitewnik, który zawiera zarówno ów text kolędy jak też koronkę s. Faustyny. Nie wiem, czy i kto ze strony FSSPX badał te texty teologicznie. Ciekaw jestem treści broszury - zapowiedzianej przez x. Bańkę - w sprawie s. Faustyny. Prawdopodobnie okaże się ona mniej więcej tym samym, co wypowiedź x. Bańki: pomieszaniem spraw, niechlujstwem już nawet logicznym, a w sumie dość groteskową próbą usprawiedliwienia faktu, iż FSSPX - niby dbające o czystość wiary - rzuciło na rynek modlitewnik z grubymi herezjami. Tak więc zamiast przyznać się do zaniedbania (mówiąc oględnie) i podjąć korektę, woli się podważać moją wiarygodność. 

W tym miejscu czuję się w obowiązku jednak wyjaśnić przynajmniej na użytek P. T. Czytelników, nawet jeśli x. Bańka nie ma chęci zrozumienia. Otóż dane mi było napisać pracę magisterską o teologii Wcielenia zawartej w hymnach (kanonach) oficjum liturgii bizantyńskiej, dokładnie właśnie w textach na święto Zwiastowania Pańskiego i Boże Narodzenie. Analiza teologiczna tych textów wiele mnie nauczyła, choć była dość żmudna. To chyba wyjaśnia moją "nadwraźliwość". Zresztą także liturgie łacińskie zawierają głębokie i pięknie sformułowane treści, podobnie jak literatura patrystyczno-homiletyczna. Gdy się pozna arcydzieła poezji i retoryki teologicznej, to niechlujstwo i partactwo teologiczne może bardzo boleć. Gorzej jest, gdy się nie przywykło do zwykłej poprawności teologicznej, czy choćby do najprostszej logiki, gdzie uniżenie z całą pewnością nie jest tym samym, co wyniszczenie...

Solidnego studiowania źródeł teologii katolickiej życzę również x. Bańce. 

Czy abstynencja jest szkodliwa?


Wystąpienie, które pojawiło się w lutym 2020 r., wymaga sprostowania, gdyż zawiera poważne błędy teologiczne i rozumowe.

Po pierwsze, x. Bańka nie podaje jasnego i poprawnego teologicznie rozumienia nałogu.

Otóż nałóg jako wewnętrzny przymus do używania jakiejś substancji jest w katolickiej teologii moralnej rozpatrywany w dwóch zasadniczych aspektach:
1. pod względem osłabienia czy zaburzenia wolnej woli (liberum arbitrium), oraz
2. pod względem szkodliwości zdrowotnej.

Nałóg jako rodzaj wady (vitium), czyli przyzwyczajenia i łatwości w złym, jest przeciwieństwem cnoty (virtus), wespół z grzechem (peccatum) i złym usposobieniem (malitia):



(źródło tutaj)

Zasadniczo wszystkie stworzenia są przez Stwórcę dane człowiekowi do użytku, także tzw. używki, czyli substancje, bez których człowiek może żyć, a które służą tylko czy do polepszenia zdrowia i samopoczucia, czy dozwolonej przyjemności. Warunkiem ich moralnego używania są podane wyżej kryteria, czyli panowanie rozumu nad ich używaniem i tym samym rozumne stosowanie zgodnie z duchowym i cielesnym dobrem człowieka w wymiarze zarówno indywidualnym jak też społecznym. Dotyczy to zarówno alkoholu jak też tytoniu i innych narkotyków.

Tradycyjne podręczniki referujące nauczanie św. Tomasza mówią wprawdzie zwykle tylko o upajaniu się alkoholem oraz stosowaniu morfiny, co wynika z ówczesnych zagadnień, gdyż palenie tytoniu pojawiło się w Europie na znaczącą skalę dopiero wraz z odkryciem Ameryki. Jednak Kościół od początku zwalczał używanie tytoniu w każdej postaci, zarówno jako cygara jak też tabaki do wciągania. W 1575 wydano zakaz w Mexyku. W Rosji Piotra Wielkiego uważano palenie tytoniu przez duchownych za grzech śmiertelny i drastycznie karano okaleczeniem nosa i warg. W Europie zachodniej Kościół dopiero w 1725 r. zaniechał zakazu palenia tytoniu i wciągania tabaki. Warto zauważyć, że palenie cygara było typowe dla mieszczaństwa, podczas gdy arystokracja używała tytoń jako wciąganie tabaki. Dla proletariatu wynaleziono papierosy jako najgorszy i najtańszy produkt.

dane naukowe świadczące o tym, że palenie tytoniu sprzyja późniejszej konsumpcji narkotyków. Także spożywanie alkoholu w młodocianym wieku często prowadzi do używania tytoniu oraz narkotyków z kokainą włącznie (źródło).

Po drugie, x. Bańka popełnia zdanie, którego nie można w żaden sposób usprawiedliwić, twierdząc, jakoby wymaganie przyrzeczenia nieużywania alkoholu i tytoniu do 18ego roku życia przynosiło "więcej szkody niż pożytku" i wynikało "z purytanizmu". Są tutaj dwie kwestie:
- samo przyrzeczenie abstynencji oraz
- jego wymaganie przy okazji Pierwszej Komunii św.

X. Bańka atakuje wprawdzie bezpośrednio wymaganie, ale de facto atak uderza w samo przyrzeczenie. Jest oczywiste, że do osiągnięcia wieku dorosłego i samodzielności życiowej za życie i zdrowie dziecka, a także za jego wychowanie moralne i też religijne odpowiadają rodzice. Tym samym wymaganie przyrzeczenia dotyczy właściwie rodziców. Kościół w Polce mówi rodzicom: jeśli chcecie, żeby wasze dziecko przyjęło Pierwszą Komunię św., to musi ono złożyć przyrzeczenie abstynencji od alkoholu i tytoniu dopóki wy jesteście za nie odpowiedzialni. Rodzice oczywiście mogą odrzucić to wymaganie. Dziecku jest to w tym wieku zwykle obojętne. Rodzice zwykle akceptują i popierają ten wymóg, mając na względzie dobro dziecka, wiedząc, że chodzi o jego ochronę. To przyrzeczenie jest natomiast niewygodne dla przemysłu alkoholowego i tytoniowego, a także dla dorastającej młodzieży, która kieruje się bardziej chęcią doznań zmysłowych niż rozumem i umiarkowaniem. Dlatego nazwanie tej praktyki Kościoła w Polsce "bardzo dziwną" jest właśnie bardzo dziwne. 

Owszem sama reguła wymogu przyrzeczenia jest nowością i specyfiką Kościoła w Polsce. W innych krajach odpowiedzialność za wychowanie do używek spoczywa na rodzicach bez ingerencji i wsparcia Kościoła. Czy Kościół ma prawo dawać wskazówki rodzicom i stawiać wymagania? Oczywiście ma, nawet jeśli w innych krajach o innej kulturze i zwyczajach tego nie czyni.

Po trzecie, x. Bańka ma wyraźnie problem także z samą abstynencją, wiążąc ją z protestanckim purytanizmem. Tutaj wystarczy wskazać chociażby na św. Tomasza, który mówi jasno, że Chrystus wzywa do abstynencji, o ile używka jest przeszkodą w dążeniu do doskonałości:


(źródło tutaj)

Doskonałość należy rozumieć tutaj całościowo, to znaczy nie tylko moralnie jako wolność od grzechów, lecz także jako sprawność w dobrym czyli rozwinięcie sił i umiejętności człowieka.

Zgodność z cnotą umiarkowania dotyczy zasadniczo skutków zdrowotnych danej używki, tzn. ilości, która nie jest szkodliwa dla zdrowia, a polega na wdzięcznym używaniu daru pochodzącego od Boga.

Na zasadzie zgodności i harmonii wszystkich cnót, zarówno moralnych jak też kardynalnych i teologalnych, nie może być tutaj sprzeczności zwłaszcza z miłością Boga i bliźniego. Według katolickiej teologii moralnej, stosowanie używek także nienałogowe może być grzeszne, jeśli sprzeciwia się miłości Boga, miłości własnej (szkodzenie własnemu zdrowiu i doskonałości moralnej) oraz bliźniego. Konkretnie: jeśli wydawanie pieniędzy na daną używkę sprzeciwia się uczynkom na rzecz kultu Bożego i dzieł miłosierdzia, wówczas jest grzeszne, nawet jeśli nie stanowi braku umiarkowania. Tutaj wchodzi w grę zarówno sytuacja materialna w danym otoczeniu, w tym potrzeby bliźnich, nie tylko w rodzinie, jak też stan: inną jakość ma zapalenie cygara przez pracowitego męża i ojca po zaspokojeniu potrzeb rodziny, a inną przez duchownego, który nawet przez prawo kanoniczne zobowiązany jest do skromnego życia oraz troski o ubogich.

Ponadto nader chwalebna jest dobrowolna abstynencja z pobudek czy to socjalno-moralnych (dawanie przykładu możliwości życia bez używek oraz solidarności z nałogowcami, których ratuje tylko zupełna abstynencja), czy religijnych, czyli dla zadośćuczynienia za grzechy pijaństwa i rozwiązłości (co się zwykle wiąże z pijaństwem), oraz dla wyproszenia łask potrzebnych do wyjścia z nałogów. Jest to akt miłości bliźniego, słusznie popierany i propagowany przez Kościół.

Jest mowa o tym pochwalnie także w tradycyjnych podręcznikach teologii moralnej. Jako że x. Bańka studiował teologię w seminarium w Niemczech, akurat blisko Ratyzbony, oto przykład podręcznika z 1927 r. wydanego z Imprimatur późniejszego zasłużonego biskupa Ratyzbony Michael'a Buchberger'a, autora słynnej encyklopedii katolickiej (Lexikon für Theologie und Kirche):





Oczywiście można dyskutować, czy i na ile zasadny i skuteczny jest obowiązek ślubowania abstynencji przy okazji Pierwszej Komunii. Wiele przemawia na korzyść tej praktyki, aczkolwiek stosowana jest chyba tylko w Polsce. Jasne, że nie daje ona zupełnej skuteczności ochrony dzieci i młodzieży w jej zdrowiu duchowym, psychicznym i fizycznym, jednak jest poważnym i bardzo cennym środkiem ze względu choćby na część młodych ludzi, także w znaczeniu ćwiczenia woli. Jest to owszem pewien przymus, jak każdy przymus wychowawczy. Jednak sensowność i korzyści są niepodważalne. Dlatego zadziwia i zasmuca atak ze strony kapłana Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Oby ta wypowiedź - zakładam jedynie nierozważna, a nie wynikająca ze złej woli - została rychło odwołana i skorygowana.

Na koniec wyjaśnię jeszcze kwestię grzeszności samego nałogu i ulegania jemu, co także nie zostało odpowiednio wyjaśnione przez x. Bańkę, który wspomniał jedynie, że w sytuacji nałogu pomniejszone czy wręcz wyłączone jest zaangażowanie woli, co powoduje pomniejszenie winy i tym samym grzeszności. 

X. Bańka pominął niestety odpowiedzialność za wpadnięcie w nałóg, co zresztą pasuje do jego sprzeciwu wobec wychowania do trzeźwości. Otóż jeśli ktoś wchodzi w stosowanie używek ze świadomością niebezpieczeństwa czy wręcz ryzyka popadnięcia w nałóg, to wówczas grzeszy ciężko, o ile nie stara się przeciwdziałać temu niebezpieczeństwu przez ćwiczenie woli, zwłaszcza cnoty umiaru. 

Analogicznie rzecz się ma w przypadku wpływu wychowawczego: jeśli rodzice czy inni wychowawcy pozwalają dziecku czy młodemu człowiekowi na stosowanie używek przed wykształceniem czy bez wykształcenia rozumnego poznania oraz hartu w woli i wypróbowania w cnocie umiarkowania, to także grzeszą ciężko przeciw miłości bliźniego i obowiązkom stanu.

Czy spokój rozwiązuje problem bluźnierstwa?

  Pod szumnym tytułem "Działalność Apostolska" dołączył do grona jutjuberów we wrześniu 2018 anonimowy kanał, na którego istnienie...