Dominica XI post Pentecosten
Mk 7,31-37:
A znowu wychodząc z okolic Tyru i Sydonu przyszedł do Morza Galilejskiego środkiem okolicy Dziesięciogrodzia.
I przywiedli do niego głuchoniemego, i prosili go, aby położył nań rękę.
A wziąwszy go na bok od ludu, osobno, włożył palce swoje w uszy jego, i splunąwszy dotknął jego języka,
I spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effata, to znaczy: Otwórz się!
I otworzyły się uszy jego, i zaraz rozwiązała się uwięź języka jego, i mówił prawidłowo.
I przykazał im, aby nikomu o tym nie mówili, ale im więcej im przykazywał, tym więcej oni to rozgłaszali.
I niezmiernie się zdumiewali, mówiąc: Pięknie wszystko uczynił i sprawia, że głusi słyszą i niemi mówią.
και παλιν εξελθων εκ των οριων τυρου και σιδωνος ηλθεν προς την θαλασσαν της γαλιλαιας ανα μεσον των οριων δεκαπολεως
και φερουσιν αυτω κωφον μογιλαλον και παρακαλουσιν αυτον ινα επιθη αυτω την χειρα
και απολαβομενος αυτον απο του οχλου κατ ιδιαν εβαλεν τους δακτυλους αυτου εις τα ωτα αυτου και πτυσας ηψατο της γλωσσης αυτου
και αναβλεψας εις τον ουρανον εστεναξεν και λεγει αυτω εφφαθα ο εστιν διανοιχθητι
και ευθεως διηνοιχθησαν αυτου αι ακοαι και ελυθη ο δεσμος της γλωσσης αυτου και ελαλει ορθως
και διεστειλατο αυτοις ινα μηδενι ειπωσιν οσον δε αυτος αυτοις διεστελλετο μαλλον περισσοτερον εκηρυσσον
και υπερπερισσως εξεπλησσοντο λεγοντες καλως παντα πεποιηκεν και τους κωφους ποιει ακουειν και τους αλαλους λαλειν
Wiadomo, że to, co obecnie powszechnie nazywamy cudami, w języku Ewangelij jest nazywane "znakami". To właśnie określenie jest kluczem do zrozumienia. W przypadku powyższej Ewangelii mamy do czynienia z wieloma znakami, które się składają na całe to wydarzenie jako znak.
Najpierw znaczące jest, iż Pan Jezus szedł z okolic wybrzeża Morza Śródziemnego, poprzez okolicę dziesięciu miast większościowo pogańskich, aż do ojczyzny Swojej i Swoich uczniów na Jeziorem Galilejskim. Poprzedzający fragment Ewangelii (Mk 7,24) mówi o Jego podróży w odległe okolice starych miast nadmorskich jak Tyr i Sydon, słynnych w historii tej krainy. Fakt, że przyprowadzono do Niego głuchoniemego, świadczy o tym, że rozpowszechniona była Jego sława, zapewne połączona z ciekawością i chęcią wypróbowania czy sprawdzenia tego, z czego słynął. Widocznie też znane było, iż uzdrawiając nakładał rękę na osobę chorą, skoro poproszono Go o to.
Nałożenie rąk czy ręki jest gestem zrozumiałym intuicyjnie, niezależnie od tego, czy dotyczy głowy czy innej części ciała: wyraża bliskość powiązaną z szacunkiem i odpowiednim dystansem, a także zarówno przekazanie mocy, jak też wzięcie w posiadanie czy prowadzenie. W tym wypadku Pan Jezus spełnił prośbę w sposób specyficzny, nie całkiem typowy.
Po pierwsze wziął głuchoniemego z dala od tłumu. Było to o tyle niezwykłe, iż rzekomi cudotwórcy i szarlatani regularnie troszczą się o rozgłos i dostarczenie widowiska, przynajmniej o tyle, o ile są pewni swego sukcesu. Pan Jezus natomiast pokazał, że nie zależy Mu na uznaniu tłumu i sławie, lecz na dobru tego człowieka.
Po drugie, Pan Jezus posłużył się gestami, które można skojarzyć z praktykami uzdrowicieli czyli szamanów pogańskich, którzy zwykle posługiwali się dotykiem chorej części ciała oraz śliną. Także spojrzenie w niebo oraz westchnienie mogło nie być czymś nadzwyczajnym w porównaniu z takimi praktykami. Nawet wezwanie "effatha" - aramejskie słowo podane w oryginale i przetłumaczone przez Ewangelistę - nie wydaje się być zaskakujące w tej sytuacji. Innymi słowy: te gesty i słowa zapewne nie były tam nikomu obce czy niezrozumiałe. Niepojęty - aczkolwiek spodziewany na podstawie poprzednich zdarzeń - był rezultat w postaci natychmiastowego uzdrowienia, które zdziałać może tylko Bóg.
Czy Pan Jezus nie mógł tego dokonać bez znaków i gestów, które dość wyraźnie przypominały praktyki hochsztaplerów? Oczywiście mógł. Dlaczego więc się nimi posłużył?
Odpowiedź mamy w sakramentach Kościoła: tak jak choroby i ułomności cielesne są znakiem grzechu i jego skutków, tak znaki sakramentalne wyrażają wewnętrzne, duchowe działanie Boga dla naszego zbawienia. Zapowiedzią i początkiem tego działania jest to, co czynił sam Pan Jezus będąc w ciele tu na ziemi. On zarazem przewidział, że Kościół w liturgii Chrztu św. nie tylko będzie obmywał wodą, lecz także nawiązywał do uzdrowienia głuchoniemego przez tzw. obrzęd Effata, czyli dotknięcie ust i uszu chrzczonego wraz z wypowiedzeniem tego aramejskiego słowa. Kościół zaś odpowiednio zrozumiał to wydarzenie z Ewangelii i połączył je z nakazem misyjnym Zbawiciela: "idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im Chrztu" (Mt 28,19-20). Sakramenty Kościoła są niczym innym jak wypełnieniem Ewangelii i jej zastosowaniem nie tylko w tym, co według dogmatyki Kościoła jest konieczne czyli niezbędne dla ich ważności w porządku łaski, lecz w całości ich treści według nauczania i czynów samego Jezusa Chrystusa. Znamienne jest, że w ramach tzw. reformy liturgii po Vaticanum II wprawdzie nie usunięto całkowicie obrzędu Effata, lecz pozostawiono go dowolności celebransa, co faktycznie spowodowało jego regularne i zasadnicze pomijanie, odpowiednio do mentalności skracania i wyrzucania wszystkiego, co rzekomo zbędne czy niezrozumiałe.
Do fałszywej pseudoteologii i mentalności modernistycznej nie pasuje traktowanie osoby nieochrzczonej jak głuchoniemego z Ewangelii. Nie pasuje też nakazywanie w imieniu Chrystusa "otwórz się!". Nie pasuje tym samym zwrócenie uwagi na głuchotę i niemotę duchową, której uleczenie zależy od woli człowieka, choć jest dziełem łaski Bożej. Jednak nie ma innej drogi prawdziwej wiary jak właśnie uznanie tej prawdy, że potrzebujemy zarówno działania Chrystusowego w sakramentach świętych, jak też niezbędnego otwarcia swego wnętrza na to działanie, co z kolei zakłada pokorne przyznanie się do kondycji analogicznej duchowo do tego człowieka przyprowadzonego do Niego.
Ten ostatni warunek najczęściej i najbardziej napotyka na przeszkody. Człowiekowi trudno jest się przyznać do czegoś, czego nie widać, co nawet wprost nie boli, przynajmniej co do ciała. Po pewnym względem sytuacja osoby głuchoniemej jest wygodna przynajmniej na tyle, że można się do niej przyzwyczaić: nie słychać krytyki i pochwał, nakazów i zakazów, nic zewnętrznego nie zakłóca akustycznie własnych myśli i odczuć. Nie ma też konieczności panowania nad swoim językiem, a grzechy języka są obecnie bardzo poważne, tak poważne, jak powszechne, dogłębne i wszechstronne jest zakłamanie. Łatwo jest więc przejść do porządku dziennego nad tym, że brak człowiekowi tego, co go wyróżnia względem wszystkich istot żywych, a co go upodabnia do bytów duchowych i samego Boga - przyjmowanie prawdy i dzielenie się nią.
Bóg tak stworzył człowieka, że umiejętność mowy jest sprzężona ze zdolnością słuchania. To dzięki słuchowi uczymy się mówić. Dziecko najpierw słyszy, by stopniowo uczyć się też mówić, wyrażać swoje potrzeby, pragnienia, myśli itd. Tym samym umiejętność słuchania jest pierwotna i fundamentalna dla każdej komunikacji.
Jakże bardzo akurat tej umiejętności brakuje, a raczej już gotowości, mimo otaczającego zewsząd hałasu. Jeszcze nigdy dotychczas w historii ludzkości nie było tyle bodźców akustycznych i to takich, które można mieć na zawołanie i według swojego upodobania. Ta wielość i dostępność najbardziej stępia i blokuje właśnie gotowość i wolę słuchania czegoś, co jest wyzwaniem, co jest może przykre czy choćby nieprzyjemne, czy tylko wymagające jakiegoś wysiłku duchowego, a nie tylko łechcące dla zmysłów czy wręcz odurzające. To jest właściwa i najgorsza głuchota w naszych czasach, gdyż jest duchowa, wewnętrzna.
Nie powinno więc dziwić, że wiąże się z tym swoista niemota, mianowicie wielosłowna, pełna zakłamań, fałszów, zbędnych, a nawet szkodliwych słów. Nawet osoby uważające się za inteligentne, wykształcone prześcigając się w sprawności mówienia tak, żeby właściwie nic nie powiedzieć, a co najwyżej dać mnie czy bardziej pokrętny wyraz swoim wrażeniom, odczuciom, woli itp. Nie do takiej mowy stworzył nas Pan Bóg.
Także w wymiarze duchowym pierwotne i kluczowe jest słuchanie. Mówienie jest wtórne. Dlatego przyczyną i powodem braku modlitwy i ogólnie życia duchowego jest brak słuchania tego, co mówi Bóg. A Bóg mówi w swoisty i różnoraki sposób. Ponieważ jest miłością, to przemawia przede wszystkim przez Swoje czyny, począwszy od dzieła stworzenia i utrzymywania w istnieniu, aż po dzieło zbawienia, do sądu po śmierci włącznie, o którym nauczał Jezus Chrystus. Jeśli człowiek nie chce słuchać Boga, to są ku temu dwie główne przyczyny: przeświadczenie, że człowiek sam wszystko wie i sobie poradzi, oraz obawa przed koniecznością zmiany swojego życia, swoich grzesznych przyzwyczajeń, przyjemności i celów. Dla obrony swoich złych nawyków w myśleniu, mówieniu i postępowaniu człowiek jest gotowy kłamać, nawet okłamywać samego siebie. Sprzyja temu pycha, z kolei wspierana i wzmacniana przez powodzenia doczesne jak zdrowie, siły fizyczne, uznanie u ludzi, dobrobyt itp. Dlatego choroba czy niedomaganie fizyczne czy materialne jest szansą, gdyż jest okazją i lekcją pokory, z której jednak trzeba chcieć skorzystać.
Wiąże się z tym fakt, iż Pan Jezus zakazywał rozgłaszania tego, co uczynił głuchoniememu. Zapewne wiedział, że będzie nie posłuchają, że zakaz spowoduje raczej odwrotność, nie tylko z powodu przekory, lecz dlatego, iż tajemnice bardziej fascynują. Skoro jednak nakazywał im milczenie, to pierwsze dlatego, iż nie chciał zostać okrzyknięty Mesjaszem cudów, czyli jednym z proroków-cudotwórców znanych przynajmniej z pism starotestamentalnych, a po drugie dlatego, by zaznaczyć, iż nie zależy Mu na popularności, i by dać przykład pokory, która zawsze towarzyszy działaniu bezinteresownemu.
Zakończenie perykopy można rozumieć jako rozwiązanie języków także świadków, mianowicie w sensie duchowym, skoro wielbili Pana Jezusa. Otóż wiara prawdziwa i tym samym słuchanie prawdy pochodzącej od Boga przejawia się głównie i istotnie w wyznaniu, że wszystko, co Bóg czyni, jest piękne i dobre. Greckie słowo "kalos" zawiera w sobie obydwa wymiary - zarówno piękno jak i dobro. W mentalności starożytnych piękne jest zarazem dobre i odwrotnie. Gdy świadkowie wyrażają swój zachwyt, to reagują oczywiście na uzdrowienie głuchoniemego. Ewangelista podaje jednak ich słowa, które odnoszą się do wszystkiego, co Pan Jezus uczynił. Należy to rozumieć jako słowa prorockie w szerszym sensie, nawet jeśli wtedy nie były do końca uświadomione.
Tylko Bóg czyni wszystko dobrze i pięknie. Uzdrowienie głuchoniemego jest tylko jednym z niezliczonych przykładów. Człowiek ma skłonność do myślenia o Bogu raczej wtedy, gdy się mu źle dzieje, gdy uważa, iż dzieje mu się krzywda, że niewinnie cierpi, doznaje krzywdy i niesprawiedliwości. Wówczas spontanicznie pojawia się oskarżenie Boga przynajmniej o bezczynność, o brak ingerencji czy może nawet ignorowanie usilnie zanoszonych modlitw. Wynika to z przestawienia priorytetów czy przynajmniej pomieszania trosk: zwracamy się do Boga zwykle przede wszystkim czy głównie w potrzebach i troskach doczesnych, nawet jeśli nie negujemy wagi zbawienia duszy. Dopiero po czasie jesteśmy gotowi przyznać, że wszystko, co działa Pan Bóg, jest dobre i piękne, także wtedy, gdy wpierw wydaje nam się to być zaniechaniem.
Bez wątpienia słowa skierowane przez Pana Jezusa do głuchoniemego - wezwanie "effata" - apeluje do każdego z nas i do każdego człowieka. I nie wystarczy przyjąć to wezwanie z wiarą podczas Chrztu św. czy to osobiście, czy poprzez rodziców i chrzestnych. Zamknięcie na łaskę Bożą grozi każdemu, także temu, kto świadomie i głęboko wewnętrznie przeżył obrzęd swojego Chrztu, ponieważ każdy grzech jest zamykającym nieposłuszeństwem, które prowadzi raczej do oskarżania Boga niż do wyznawania Jego dobroci.
Jak się otworzyć i zachować otwartość? Skoro Pan Jezus wzywa także i nas, to podaje też sposób, gdyż nie stawia wymagań zbyt trudnych. Skoro chciał, by głuchoniemy poganin był wzorem otwartości na działanie Boże, to jest ona możliwa dla każdego człowieka.
Pierwszym warunkiem otwarcia się jest przyznanie się do swojej niepełnosprawności oraz pragnienie uwolnienia od niej. Ta pokora poddaje się zarówno prowadzeniu przez innych do Jezusa Chrystusa, jak też prowadzeniu przez Niego z dala od zgiełku, w pewien rodzaj samotności z Nim.
Drugim warunkiem jest poddanie się bliskości Jezusa Chrystusa. Nie jest to właściwie trudne, skoro Zbawiciel posługuje się znakami znanymi skądinąd jak nałożenie ręki, dotknięcie uszu i języka. Jednak nie znaki są istotne, lecz Jego obecność sam na sam.
Trzecim warunkiem jest wiara w to, że Jego działanie rozwiązuje i wyzwala umiejętności dotąd nieużywane czy wręcz niedostępne, czyli je przywraca w znaczeniu dania pełni naturalnych zdolności według porządku stworzenia, ukierunkowanego na porządek nadprzyrodzony.
W tym znaczeniu otwarcie tego głuchoniemego nastąpiło już zanim uzyskał słuch i mowę. Uzdrowienie ciała stało się jedynie wyrazem duchowego przyjęcia łaski czyli działania Bożego. To przyjęcie przemienia każdego. A przemienia nie w otwartość na wszystko ze złem, błędem i grzechem włącznie, jak to się dzieje w fałszywych modnych koncepcjach i postulatach. Kto jest otwarty na wszystko, ten jest zamknięty na prawdę Bożą i Jego działanie.