W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty w Polsce, tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny:
Teolog katolicki odpowiada
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Brak zaufania jako źródło "teologii" lefebvriańskiej
W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty w Polsce, tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny:
Czy jest stan wyższej konieczności? (z post scriptum)
Można mówić o wszystkim, byle poważnie, sensownie i zgodnie z prawdą.
Określenie "stan wyższej konieczności" jest regularnie używane w kontekście zarówno sakry przez śp. abpa M. Lefebvre'a w 1988 r. jak też obecnie. A jest ono słowno-pojęciowym dziwolągiem i nie istnieje w języku Kościoła.
Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. mówi po prostu o konieczności, gdyż konieczność nie jest stopniowalna:
Różnica polega na tym, że według wcześniejszego Kodexu konieczność usuwa winę jedynie wtedy, gdy chodzi o przepisy prawa czysto kościelnego, czyli nie z prawa naturalnego i Bożego Objawienia (czyli prawd wiary), zaś nowy Kodeks rozszerza, dodając do czynów wewnętrznie złych zgubę dusz, co pozostawia bardzo szerokie pole do interpretacji.
Czy przyjmowanie Komunii św. na stojąco jest grzechem?
To zależy od powodu.
Jeśli powodem takiej postawy jest choroba czy niesprawność z powodu podeszłego wieku, to nie jest go grzechem, jeśli jest wola uklęknięcia, lecz są przeszkody, które do uniemożliwiają bądź nadzwyczaj utrudniają.
Jeśli natomiast ktoś nie klęka do Komunii św. z powodu dumy czy braku wiary, że ma do czynienia z samym Bogiem, to jest to oczywiście grzech, który dochodzi do grzechu pychy i niewiary.
Ostatnimi czasy zachodzi też okoliczność jakby pośrednia, gdyż także w Polsce została przeforsowana maniera wzięta z blachnicyzmu (a mason Blachnicki wziął ją od modernistów z tzw. Zachodu) tzw. podchodzenia "procesyjnego", rzekomo dla porządku. Tutaj grzech i to potężny mają ci, którzy to forsują i faktycznie wiernych zmuszają, zwłaszcza osoby starsze, które by chętnie chciały uklęknąć, lecz sytuacja im na to nie pozwala bądź poważnie utrudnia, zwłaszcza gdy nie ma balasek ani klęcznika, mimo że przepisy Novus Ordo właściwie wymagają od duszpasterzy umożliwienia przyjmowania Komunii św. na klęcząco. Natomiast wierni, którzy tej perfidii ulegają, nie grzeszą, o ile nie są świadomi swojego prawa i sami ze siebie by uklęknęli, jeśli by były ku temu normalne warunki. Grzeszą jednak ci, którzy ulegają z wygodnictwa, lenistwa czy z tchórzostwa.
Należy też zaznaczyć, że w obrządkach wschodnich zasadniczo udziela się Komunii św. na stojąco, głównie ze względu na okoliczność, że odbywa się to pod obiema postaciami, a pochylenie się kapłana trzymającego kielich z Krwią Pańską mogłoby sprawić zagrożenie. Jest to jeden z przykładów niedoskonałości tych obrządków względem tradycyjnej liturgii rzymskiej, aczkolwiek znacznie przewyższają one zarówno liturgicznie jak też teologicznie obrzędy Novus Ordo. Jeśli więc zdarzy się katolikowi rzymskiego przyjmować Komunię św. w katolickim obrządku wschodnim (co jest dopuszczalne w wyjątkowych sytuacjach), to katolik nie grzeszy, przyjmując w postawie stojącej, ponieważ taka jest tam zasada liturgiczna.
Czy są modlitwy nie do odparcia?
Odpowiedź jest właściwie prosta: takich modlitw w znaczeniu magicznego działania czy gwarancji oczekiwanego skutku nie ma. Z prostego powodu: Pan Bóg nie jest automatem do spełniania naszych pragnień, ani partnerem handlu wymiennego.
Oczywiście nasze modlitwy mają wartość u Pana Boga. Jak zaznacza chociażby św. Tomasz z Akwinu, Pan Bóg chce, żebyśmy prosili o to, czego nam chce udzielić. Dlatego możemy i powinniśmy się zwracać do Niego w różnych potrzebach, nawet w każdej godziwej. Nie oznacza to jednak, jakoby Pan Bóg miał obowiązek wysłuchać nasze prośby.
Pan Jezus mówi: "O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię." (J 14,13-14) Warunkiem jest, że modlitwa ma być "w imię" Jego, tzn. w Jego istocie, w Jego postawie, na Jego wzór. Oznacza to całkowite oddanie się woli Ojca. Wówczas człowiek otrzymuje to, czego właściwie pragnie, mianowicie to, co jest wolą Pana Boga, a to jest zawsze najlepsze, choć nie od razu to poznajemy.
Innymi słowy: nie ma modlitw z gwarancją spełnienia prośby. Święty Tomasz mówi, że Pan Bóg zawsze wysłuchuje próśb dotyczących łask potrzebnych do zbawienia wiecznego. Natomiast gdy chodzi o inne sprawy i łaski, to wysłuchuje ich tylko wtedy, gdy służą one zbawieniu wiecznemu. To wyjaśnia, dlaczego stosunkowo rzadko wysłuchiwane są modlitwy w sprawach doczesnych, o zdrowie itp. Pan Bóg wie najlepiej, co jest dobre dla naszego zbawienia. Spełnienie naszych życzeń doczesnych mogłoby być szkodliwe dla naszych dusz.
Ponadto w modlitwie liczy się bardziej nastawienie wewnętrzne niż ilość czy długość. Owszem, czas i siły poświęcone na modlitwę mają znaczenie i wartość u Pana Boga, ale jako wyraz miłości i oddania, nie jako sposób wymuszenia czegoś od Pana Boga. W tym znaczeniu lepsza i "skuteczniejsza" ja taka modlitwa, która bardziej sprzyja i pomaga w odpowiedniej wewnętrznej postawie pokory, miłości i oddania się woli naszego miłującego Ojca.
Szczególną wartość mają modlitwy za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, co potwierdza doświadczenie wielu świętych i całego Kościoła na przestrzeni wieków. Wiąże się to zarówno z Jej wyjątkowym wstawiennictwem jak też z postawą, której to wstawiennictwo sprzyja. Jak zauważa św. Ludwik Grignon de Montfort, zwracanie się do Boga za wstawiennictem Matki Najświętszej wymaga większej pokory i wyraża pokorę, przez co szczególnie dysponuje człowieka od otrzymania łask.
Tzw. nowenna pompejańska wymaga ponadprzeciętnego zaangażowania czasu, sił oraz wytrwałości. Nie jest ona zwykle ponad siły także świeckiego katolika, jednak jest dość wymagająca. Oczywiście istotne nie jest zewnętrzne jej praktykowanie, lecz oddanie wewnętrze, które wyraża się w słowach i postawie zewnętrznej. Stąd wynika jej skuteczność, aczkolwiek także nie jest to działanie automatyczne czy kontraktowe. Kto szczerze uczynił taką modlitwę, ten może poświadczyć jej działanie przede wszystkim duchowe, które kształtuje i przemienia serce człowieka, który z czystych pobudek podejmuje modlitwę.
Co mogą aniołowie? Raz jeszcze, czyli Sz. Bańkowych bełkotów ciąg dalszy
Niestety słynna gwiazda medialna sekty stehliniańskiej nie odpuszcza w dalszym głoszeniu ignoranckich bzdur, nie tylko świadczących o jego odmóżdżeniu i nędzy co do wiedzy teologicznej, lecz zdążających do odmóżdżenia fanów sekty. Zwrócono mi na to uwagę:
Oto owa wypowiedź w częściach (z powodów technicznych):
Septuaginta mówi, że człowiek zmagał się z Jakubem (podobnie jak text hebrajski):
Jedynym stworzeniem duchowo-cielesnym jest człowiek. Wynika z tego, że aniołowe jako bezcielesne ani nie są widzialne przez zmysły, ani nie mają same ze siebie zdolności do działania takiego, jakie jest właściwe bytom materialnym i duchowo-materialnym jak człowiek. Innymi słowy: aniołowie są niewidzialni i nie mogą sprawić nic, do czego konieczne jest oddziaływanie materialne czyli cielesne. Taki jest naturalny porządek stworzenia. Oczywiście Pan Bóg jako Stwórca jest ponad tym porządkiem i może działać wbrew prawom natury, też wbrew naturalnym zdolnościom aniołów. O takich działaniach, które można określić cudami, jest zapewne mowa w Piśmie św. Innymi słowy: Gdy aniołowie stają się widzialni dla człowieka i działają w sposób właściwy dla istoty duchowo-cielesnej (jaką jest człowiek), to dzieje się to nie dzięki ich naturalnej zdolności lecz na mocy działania Bożego przez nich. To jest istotna różnica.
Kościół a savoir-vivre
Należy odróżnić między powszechnym głosem Kościoła, czyli tym, co w Kościele się powszechnie głosi i czyni, a nauczaniem Magisterium Kościoła, czyli urzędowymi wypowiedziami hierarchii kościelnej. To drugie zasadniczo odbywa się wtedy, gdy należy rozstrzygnąć jakąś kwestię wiary i obyczajów, czy rozstrzygnąć jakiś spór teologiczny.
Takie kwestie jak zachowanie przy stole czy inne zasady bądź konwenanse nie należą ściśle do dziedziny, w której wypowiada się Magisterium Kościoła, a to z tego powodu, że nie ma takiej konieczności. Natomiast obowiązuje tu zasada, że Kościół uznaje, szanuje i promuje wszystko, co jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem i zdrowymi zasadami danej kultury i obyczajowością w sensie szerszym.
Dlatego tutaj wystarczy zdroworozsądkowe podejście każdego katolika. Można i należy posłużyć się dobrymi świeckimi źródłami, czy to niepisanymi, czy książkowymi.
Obecnie ma niestety miejsce dość powszechne spodlenie obyczajów zarówno w sferze prywatnej i rodzinnej jak też nawet publicznej i to na - pozornie czy realnie - najwyższych szczeblach społeczeństwa. Wynika to z następujących przyczyn:
- zapaść kulturowa spowodowana wymordowaniem polskiej elity intelektualnej i kulturowej w ramach zarówno działań wojennych jak też zbrodni komunistycznych,
- zastąpienie tych rdzennych elit przez aparat komunistyczny zarówno w sferze państwowej jak też w szeroko rozumianej kulturze (literatura, sztuka różnego rodzaju, aż po publicystykę),
- zmieszanie i w dużej części zjednoczenie tej pseudoelity komunistycznej z nowobogackimi dorobkiewiczami kapitalistycznymi, gdzie dorobek wynikł nie tyle z rzetelnej pracy i dobrej przedsiębiorczości, co raczej z agresywnej i nierzadko oszukańczej chciwości.
Innymi słowy: awans finansowo-społeczny dość często bardzo wyrasta poza dość niski poziom intelektualno-kulturowy, choć w zdrowej sytuacji społecznej powinno być raczej odwrotnie. Ma to przełożenie na pseudoliberalne wychowanie dzieci, które je kształtuje na osobowości aspołeczne. Typowym i bardzo częstym przykładem jest to, o czym już niegdyś wspominałem, mianowicie głoście imprezy na wolnym powietrzu, które narzucają swoje dość wątpliwe gusta akustyczne okolicznym mieszkańcom nawet na dalekie odległości. Przy czym matką i wzorem są imprezy wiadomego osobnika w czerwonych okularach od pseudoświątecznego zbierania pieniędzy przez dzieci na mrozie. Tutaj nie trzeba wysublimowanego nauczania Magisterium Kościoła, gdyż wystarczy zdrowy rozsądek i prosta zasada poszanowania dla wolności innych osób, które nie chcą słuchać tego, co komuś innemu może się podoba z jakichś względów (właściwie demonicznych). Tego widocznie nie rozumieją także moderniści pseudokatoliccy, skoro urządzają tego typu imprezy jako niby katolickie, lecz na takiej samej zasadzie braku uszanowania dla wolności tych, którzy nie lubią i nie chcą doznawać tego typu wrażeń akustycznych.
Odpowiadając w skrócie:
Zasady savoir-vivre obowiązują katolika nie same w sobie, gdyż są w znacznej mierze zmienne i różnorodne zarówno czasowo jak też lokalnie, lecz o tyle, o ile są wyrazem i zastosowaniem zasad zdroworozsądkowych, zwłaszcza poszanowania wolności drugiej osoby czy osób. Oznacza to, że podstawą zasadą savoir-vivre jest nienarzucanie komuś przeżyć czy wrażeń, które godzą czy mogą godzić w jego poczucie wartości dobra, piękna, godności ludzkiej. Wymaga to oczywiście choćby minimalnej zdolności i gotowości do uwzględnienia wrażliwości i odczuć innych osób. Jeśli ktoś nie dysponuje tym minimum, to jest osobowością aspołeczną, której słusznie można i należy unikać, także dla dobra tej osoby, by być może doszła do namysłu nad sobą i zmiany swojej postawy.
Wezwanie
Dominica II post Pentecosten
Łk 14,15-24:
Gdy to usłyszał jeden ze współbiesiadników, rzekł do niego: Błogosławiony ten, który będzie spożywał chleb w Królestwie Bożym.
A On mu rzekł: Pewien człowiek przygotował wielką ucztę i wezwał wielu.
I posłał swego sługę w godzinę uczty, aby powiedział wezwanym: Przyjdźcie, bo już wszystko gotowe.
I poczęli się wszyscy jeden po drugim wymawiać. Pierwszy mu rzekł: Kupiłem pole i muszę wyjść i zobaczyć; proszę cię, miej mię za wymówionego.
A drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, miej mię za wymówionego.
A inny rzekł: Żonę pojąłem i dlatego nie mogę przyjść.
A gdy wrócił sługa, oznajmił to panu swemu. Wtedy gospodarz rozgniewawszy się rzekł do sługi swego: Wyjdź prędko na place i ulice miasta i wprowadź tutaj ubogich i ułomnych, i ślepych, i chromych.
I rzekł sługa: Panie, tak się stało, jak rozkazałeś, i jeszcze jest miejsce.
Wtedy rzekł pan do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i przymuszaj, by weszli, żeby zapełniony został dom mój.
Albowiem mówię wam, że żaden z owych wezwanych mężów nie skosztuje mojej uczty.
ακουσας δε τις των συνανακειμενων ταυτα ειπεν αυτω μακαριος ος φαγεται αρτον εν τη βασιλεια του θεου
ο δε ειπεν αυτω ανθρωπος τις εποιησεν δειπνον μεγα και εκαλεσεν πολλους
και απεστειλεν τον δουλον αυτου τη ωρα του δειπνου ειπειν τοις κεκλημενοις ερχεσθε οτι ηδη ετοιμα εστιν παντα
και ηρξαντο απο μιας παραιτεισθαι παντες ο πρωτος ειπεν αυτω αγρον ηγορασα και εχω αναγκην εξελθειν και ιδειν αυτον ερωτω σε εχε με παρητημενον
και ετερος ειπεν ζευγη βοων ηγορασα πεντε και πορευομαι δοκιμασαι αυτα ερωτω σε εχε με παρητημενον
και ετερος ειπεν γυναικα εγημα και δια τουτο ου δυναμαι ελθειν
και παραγενομενος ο δουλος εκεινος απηγγειλεν τω κυριω αυτου ταυτα τοτε οργισθεις ο οικοδεσποτης ειπεν τω δουλω αυτου εξελθε ταχεως εις τας πλατειας και ρυμας της πολεως και τους πτωχους και αναπηρους και χωλους και τυφλους εισαγαγε ωδε
και ειπεν ο δουλος κυριε γεγονεν ως επεταξας και ετι τοπος εστιν
και ειπεν ο κυριος προς τον δουλον εξελθε εις τας οδους και φραγμους και αναγκασον εισελθειν ινα γεμισθη ο οικος μου
λεγω γαρ υμιν οτι ουδεις των ανδρων εκεινων των κεκλημενων γευσεται μου του δειπνου
Pan Jezus opowiedział tę przypowieść w kontekście uczty szabatowej u jednego z przedniejszych faryzeuszy, gdzie był zaproszony. Współbiesiadnik, na którego słowa Mistrz odpowiada, zapewne także należał do tego stronnictwa żydowskiego. Tym razem atmosfera jest zasadniczo przyjazna, w przeciwieństwie do wielu innych sytuacyj opisach w Ewangeliach. Na tym tle przypowieść może się słusznie wydawać pewnym zgrzytem, zwłaszcza jej zakończenie.
W Novus Ordo ta perykopa jest głoszona w jednej ze stacyj procesji Bożego Ciała, co nadaje jej sens eucharystyczny i jest pewnym zawężeniem i wykrzywieniem, gdyż łączy Eucharystię z wieczerzą, co zalatuje protestantyzmem. Tymczasem przypowieść ma wyraźnie wybitny sens eklezjologiczny i historiozbawczy, a to w taki sposób, że współcześni ekumaniacy powinni ją określić jako antyjudaistyczną. Kluczem są tutaj słowa εκαλεσεν i κεκλημενοις od καλειν, tłumaczone zwykle błędnie jako "zaprosił" i "zaproszeni", podczas gdy źródłosłów dla każdego w czasach apostolskich i także obecnie znającego język grecki jednoznacznie wskazuje na Εκκλεσια, co w języku polskim znów jest tłumaczone zupełnie opacznie - choć znaczenie się zgadza - jako Kościół (od łacińskiego castellum czyli zamek, twierdza, czyli miejsce, które jest siedzibą władcy; nawiasem mówiąc inne języki słowiańskie mają ładniejszą nazwę, podobną do polskiego "cerkiew", od greckiego κυριακη czyli "dzień pański", czyli Chrystusowa wspólnota eucharystyczna zgromadzona w dzień Zmartwychwstania). Tak więc w języku Nowego Testamentu społeczność założona przez Jezusa Chrystusa jest wezwaniem i powołaniem, wspólnotą tych, którzy zostali wezwani z tego świata ku nowemu życiu w Chrystusie, na które wskazuje uczta, gdzie Bóg jest gospodarzem.
Nie trudno zauważyć, że pierwotnie powołanymi do uczty Bożej są ci, którzy jako pierwsi otrzymali Boże Objawienie i przymierze z Nim. Tym niemniej przeszkody czyli wymówki są ogólnoludzkie i ponadczasowe. Sprowadzają się one do dóbr materialnych oraz relacyj międzyludzkich, nawet tak naturalnych i zasadniczo dobrych jak małżeństwo i rodzina. To są przeszkody pod względem duchownym, jako że wejście do Królestwa Bożego i tym samym na ucztę życia wiecznego jest wydarzeniem istotnie duchowym, aczkolwiek oczywiście po zmartwychwstaniu ciał także cielesność będzie miała w nim udział, podobnie jak w życiu Bożym doczesnym także uczestniczy ciało człowieka na swój sposób.
Jak się chronić przed starokawalerstwem i staropanieństwem?
Jak się okazało we wielu komentarzach do poprzednich wpisów, temat jest nader aktualny i - wygląda na to - coraz szerszy. Tak też wynika z mojego doświadczenia duszpastersko-pozainternetowego.
Pytanie tytułowe jest oczywiście uproszczeniem. Równocześnie jest ono o tyle słuszne, iż przeważnie - może nawet prawie zawsze - żaden mężczyzna i żadna niewiasta z góry nie planuje starokawalerstwa i staropanieństwa.
Paradoxalnie starokawalerstwo grozi także żonatym i duchownym, podobnie jak staropanieństwo mężatkom i zakonnicom. Oczywiście w innym stopniu i w nieco innych sposób. A obecnie zjawisko to staje się coraz bardziej powszechne także w małżeństwach, gdy małżonkowie żyją bardziej obok siebie niż ze sobą.
Jak więc zdefiniować starokawalerstwo i staropanieństwo?
Myślę, że są tutaj dwie istotne cechy:
- brak odpowiedzialności za drugą osobę i inne osoby,
- brak gotowości poddania się korygowaniu przez inne osoby.
Te cechy mogą być w różnym stopniu obecne w zależności od osoby. Równocześnie muszę zaznaczyć, że znam osoby samotne, które te cechy wykazują w znacznie mniejszym stopniu niż wiele osób żyjących w małżeństwie.
Istotne jest to, że te brakujące cechy zwykle są przyczyną braku powodzenia w szukaniu żony czy męża. Dochodzi jednak jeszcze trzeci czynnik, mianowicie zbyt wygórowane, wręcz nierealistyczne oczekiwania i wymagania. Nierzadko wiąże się to z niesymetrycznymi wymaganiami wobec siebie, to znaczy z rozpieszczaniem siebie bądź z nierealistycznymi wymaganiem względem siebie.
Tym samym można się domyśleć, jakie są środki zaradcze. Jak je stosować?
Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się dość wcześnie i to w rodzinie. A to na dwa sposoby, nie całkowicie wykluczające się. Pierwszy sposób to nadopiekuńczość czy to obojga rodziców, czy zwłaszcza matki. W ten sposób odbywa się rozpieszczanie i uzależnianie od siebie, zarówno emocjonalne, jak też intelektualne i zwykle też materialne. Taka osoba jest tak wychowywana, że zatrzymuje się w rozwoju, że pod względem osobowościowym pozostaje dzieckiem, najwyżej nastolatkiem. Nadopiekuńczość nie musi oznaczać kształtowania braku zaradności i oczekiwania tylko troski ze strony innych osób. Władcza i dominująca matka może też wyrabiać w swoim dziecku także wypełnianie różnych zadań czy obowiązków, ale zasadniczo tylko tych, które jej są potrzebne i dla nie przydatne przynajmniej pośrednio. Innymi słowy takie dziecko do dorasta do samodzielnego życia i do założenia własnej rodziny, lecz do pozostania na zawsze synkiem czy córeczką. Bywa, że takie osoby wchodzą w związek małżeński, jednak są na tyle niedojrzałe, że związek albo się rozpada, albo współmałżonek musi pełnić rolę quasi zastępczą czy wręcz delegowaną przez mamusię czy - znacznie rzadziej - tatusia.
Drugi sposób to brak wychowania do odpowiedzialności za siebie i innych. Takie dziecko ma wszystko podane na tacy, niczego się od niego nie wymaga, co często odbywa się w intencji "żeby moje dziecko miało lepiej", "moje dziecko jest do wyższych rzeczy" itp. To jest też rodzaj uzależnienia i głupiej miłości, lecz szczególnie krótkowzroczny, gdyż takie dziecko nie będzie w stanie ani zadbać o siebie, ani o kogokolwiek, także o swoich rodziców na starość.
To są oczywiście skrajne przypadki i niekoniecznie związane, jak wspomniałem, z pozostawaniem w bezmałżeństwie, jednak cechy osobowości czynią takiego człowieka niezdolnym do zdrowej relacji małżeńskiej.
Po drugie, starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się w głowie, czyli w myśleniu. Tutaj najczęstsze są dwa błędy. Pierwszy polega na idealistycznych czyli nierealnych wymaganiach wobec ewentualnych kandydatów i kandydatek: ma być młoda/młody, ładna/ładny, dobrze zarabiający, z bogatego domu, dobry charakter, dziewica itp. itd. Nie chodzi o to, że te oczekiwania i wymagania są złe. Problem w tym, że po pierwsze stawiane są one bardziej drugiej osobie niż sobie, a po drugie, że często priorytety są pomieszane czy przestawione. Jest oczywiste, że należy dobierać sobie małżonkę czy małżonka przede wszystkim według głównego celu małżeństwa, jakim jest wydanie potomstwa, czy szukanie kogoś, kto ma predyspozycje do tego, by być dobrym ojcem czy dobrą matką. To się najlepiej sprawdza w tym, jakie dana osoba ma podejście do dzieci, także w tym, czy dzieci - oczywiście na razie cudze - lubią taką osobę. Przykład: tutaj nie jest istotna uroda w znaczeniu obrazków z czasopism czy internetowych. Osoby o takiej urodzie są przeważnie (choć nie zawsze) niemądre i niemoralne. Istotne są takie cechy osobowości jak gotowość do poświęcenia, dzielenia się, troski o innych, rezygnacji ze swoich zachcianek, obowiązkowość zarówno w domu jak i w pracy itd.
Drugim błędem w myśleniu jest oczekiwanie czy wręcz założenie, że małżeństwo automatycznie zmienia osobowość, charakter, nawyki, czyli uśmierza wady, a daje cnoty niemal bez wysiłku. Drugą stroną tego błędu jest założenie, że małżeństwo nic nie może zmienić w człowieku, zwłaszcza na lepsze. To jest nierealistyczne w odniesieniu do samego siebie jak też w odniesieniu do innych osób. Przykłady rozpadu małżeństw zniechęcają do zawierania małżeństwa. Ono wydaje się trudne, zbyt trudne i zbyt ryzykowne. Po co mam ryzykować i poświęcać swoje życie dla kogoś, kto nie okaże wdzięczności, wykorzysta, może nawet zdradzi? Tutaj neguje się wartość dobra niezależną od jego odbioru i odwzajemnienia. Neguje się też dobrą wolę drugiej osoby, jej starania. W sumie jest to nierealistyczne podejście do ludzkiej słabości zarówno w sobie jak też w innych. Może wynikać z bolesnych doświadczeń rozczarowania sobą czy innymi. Fałsz polega jednak na negacji prawdy, że każdy może i powinien się podnosić i starać się poprawiać. To nie przychodzi ani samo ze siebie, ani łatwo, bez trudu. Jednak jest możliwe i jest konieczne do dojrzewania osobowości, a na to nigdy nie jest za późno, choć z upływem lat i wiekiem staje się rzeczywiście coraz trudniejsze. Kto przestał się o to starać, ten przekreślił siebie i swoje szanse na spełnienie siebie czy to w małżeństwie, w stanie duchownym czy w stanie wolnym. Stan wolny nie musi oznaczać starokawalerstwa czy staropanieństwa w znaczeniu pejoratywnym.
Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie w temacie, stan wolny można rozumieć jako zgodny z wolą Bożą czyli indywidualnym "powołaniem" danej osoby, jeśli wynika nie z egocentryzmu i zamknięcia się w swoich potrzebach i wygodach, lecz z poświęcenia się celowi, który jest przynajmniej praktycznie nie do pogodzenia ani z małżeństwem ani ze stanem duchownym, aczkolwiek to drugie w normalnych warunkach nie powinno zachodzić, jeśli stan duchowny rozumie się w sensie szerszym, czyli obejmującym także życie zakonne. W pewnym sensie zakony - czyli wspólnoty braci czy sióstr - są (powinne być) miejscem dla bezpiecznej pod względem duchowym samotności w znaczeniu bezżeństwa. Nie jest przypadkiem, że zapaść co do powołań zakonnych zbiega się czasowo z explozją singielstwa zarówno męskiego jak też żeńskiego. Ma to też związek z hipersexualizacją, którą poddawana jest młodzież od lat najwcześniejszym, także z materializmem i wybujałym indywidualizmem. Objawem jest też pojawiająca się gdzieniegdzie moda na tzw. dziewice konsekrowane. To jest w ogóle dziwoląg na tle nie tylko historii Kościoła i zasad Kościoła, gdyż konsekracja zasadniczo była związana z poddaniem się regule i jakiemuś życiu wspólnotowemu, czego wymagają tzw. rady ewangeliczne. Oczywiście obecnie dochodzi czynnik zapaści duchowej (i też moralnej i intelektualnej) w istniejących zakonach, co rzeczywiście skutecznie zniechęca do wstępowania do nich, wskutek czego są raczej skazane na słuszne wymarcie.
Jeśli ktoś, będąc stanu wolnego, nie dba o swoje życie sakramentalne i duchowe, ani nie poświęca się bezinteresownie celom społecznym (nie muszą być na szeroką skalę i głośne publicznie), to są to niestety oznaki pejoratywnego starokawalerstwa czy staropanieństwa.
Obecnie w Kościele niestety brakuje regularnej, specyficznej opieki duszpasterskiej dla osób samotnych. Być może wynika to z poniekąd słusznej zasady, że nie należy tworzyć dla nich zamkniętej grupy. Uważam jednak, że ważniejsze jest zapobieganie zamknięciu się takich osób w sobie, w obrębie prywatnych trosk i potrzeb, może nawet w zgorzknieniu i rozczarowaniu życiem. Takie osoby wprawdzie coraz częściej mogą się wykazać osiągnięciami czy to zawodowymi, naukowymi, czy majątkowymi. Równocześnie jednak, przynajmniej prywatnie, w skrytości serca czują się mniej wartościowe, może nawet przegrane.
Potencjał tych osób w Kościele nie polega na tym, że powinni być wykorzystywani przez duchownych jako np. szafarze świeccy czy do innych fałszywych bo niekatolickich wynalazków. Uważam, że jest potrzeba dla tych osób pewnych struktur, które po pierwsze zapewniłyby im odpowiednią opiekę duchową (duszpasterską), a po drugie spięły organizacyjnie w działalność o charakterze społecznym.
Czy ministrantki są dozwolone?
Jeszcze w 1980 r. Jan Paweł II w instrukcji "Inaestimabile donum" jasno określił, że kobietom nie wolno pełnić służby przy ołtarzu. Jednak w Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 r. (can. 230) zabrakło już jasnego ograniczenia tej służby do rodzaju męskiego. Spowodowało to forsowanie służby dziewcząt przy ołtarzu w niektórych krajach, głównie niemieckojęzycznych. W 1994 r. Jan Paweł II opublikował dokument Ordinatio sacerdotalis (podpisany rzekomo już w 1992 r., co już świadczy o machlojkach) o niedopuszczeniu kobiet do kapłaństwa, w którym znajduje się wzmianka, że kanon 230 nie zawiera zakazu pełnienia służby przy ołtarzu przez dziewczęta. Równocześnie pozostawiono biskupom miejsca władzę decydowania na własnym terenie w tej sprawie.
Katolicyzm dialektyczny (z post scriptum)
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i dziedziny życia, lecz pozwala je poznać przez uporządkowanie i wartościowanie w świetle prawdy pochodzącej od Boga. Dotyczy to także życia samego Kościoła, czy to przekrojowo czy to w danym momencie historycznym.
Łatwo się domyśleć, co oznacza katolicyzm dialektyczny. Wprawdzie z punktu widzenia teologicznego jest to pojęcie wewnętrznie sprzeczne, ponieważ katolicyzm ze swej natury jest wewnętrznie harmonijny i spójny. Dlatego - dokładnie biorąc - należałoby w tym określeniu człon pierwszy ująć w cudzysłów: "katolicyzm" dialektyczny. Jednak dla uproszczenia pisowni oraz mając na uwadze, że chodzi o pojęcie socjologiczne, nie teologiczne, można cudzysłów pominąć.
W zjawisku, które chciałbym niniejszym naszkicować, nie chodzi o sprzeczność przypadłościową, czyli z niedomagania czy słabości, lecz systemową, to znaczy zamierzoną i chcianą przynajmniej o tyle, o ile jest świadoma, przyjęta i z własnym zaangażowaniem realizowana. Czym innym jest bowiem zwykła rozbieżność między wolą a czynem czy zachowaniem, między deklaracją a realizacją, czy nawet między poglądami a wprowadzaniem ich w życie, a czym innym chciane i zamierzone łączenie poglądów i zachowań sprzecznych, niezależnie od tego, czy ta sprzeczność jest dostrzegana czy nie (wiąże się z tym kwestia, czy jest wola bądź przynajmniej gotowość jej dostrzegania).
By uniknąć nużącej abstrakcyjności, będę mówił o konkretnych przykładach, dość szeroko znanych. To umożliwi każdemu czytelnikowi weryfikację i także samodzielną reflexję, być może nawet na podstawie źródeł, które dla mnie w obecnej chwili są nieznane czy niedostępne.
Chemik - fałszywy subdiakon
Jest to postać szeroko znana, nie tylko w środowiskach tzw. indultowych. Łukasz Wolański zaczął swoją karierę medialną dość wcześnie, nie przypadkowo akurat w antykatolickim "Tygodniku Powszechnym" i to wypowiedzią, która promuje i w sposób perfidny, pod pseudopobożnymi pozorami, forsuje stosowanie tzw. szafarzy:Tak oto ówczesny 20-latek, widocznie cieszący się poparciem kogoś ważnego, zabiera głos w "dyskusji", opowiadając się po stronie skrajnego modernizmu, zacierającego różnice między stanem duchownym, powołanym w Kościele do sprawowania i szafowania sakramentów, a stanem świeckim, którego właściwym zadaniem jest życie rodzinne i zawodowe.
Wkrótce wkręcił się do środowiska indultowego we Wrocławiu, być może z inspiracji i poparcia swego protektora bpa Stefana Cichego, który jako profesor liturgiki w Katowicach sprawował tam tzw. indult i rozwiązał "problem" w taki sposób, że wierni wkrótce się zniechęcili i rozproszyli, co widocznie było zamierzone. Wolański tak oto się zaprezentował:
Czyżby się nawrócił na katolicyzm? Wręcz przeciwnie. Otóż przyjąwszy tzw. posługę akolitatu, zaczął się domagać regularnej posługi dla świeckich tzw. akolitów, czyli traktowania ich quasi jako zwyczajnych szafarzy Eucharystii, skoro mają planowo i regularnie pełnić tę funkcję.
Przebierańcy w natarciu
Warto zauważyć, że to grono dość otwarcie przyznaje, że chodzi o zainstalowanie zwyczajów. Czyli nie jest istotne, co mówią przepisy liturgiczne, bo my wprowadzamy zwyczaj i w ten sposób nawet ewidentne nadużycie sprzeczne z rubrykami ma się stać prawomocne, jak w wypadku nielegalnego pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego przez świeckiego i to przebranego w sutannę prałacką:
Chemik w odmętach helleryzmu
Istotne jest natomiast, że praca habilitacyjna x. Grygiela spotkała się z miażdżącą krytyką ze strony postronnego profesora filozofii, który określił to dosadnie - ale zupełnie bez przesady i z obszernym uzasadnieniem - "udawanym filozofowaniem". Właściwie należałoby to określić jeszcze dobitniej. Można to uzasadnić niemal na każdym kroku, począwszy chociażby od tak bzdurnej, że aż groteskowej i nie wymagającej komentarza wypowiedzi, redukującej naukowość do nauk przyrodniczych (źródło tutaj):
Jeszcze bardziej niepokojące i wręcz skandaliczne są poglądy x. Grygiela dotyczące bardziej bezpośrednio tematów teologicznych. Na kilka spraw zwracałem już uwagę, jak
- postulowanie dopasowania liturgii do "postępu" nauk przyrodniczych (tutaj)
- herezja fideizmu (tutaj)
- obrona negacji istnienia diabła (tutaj)
Dodać należy jeszcze utożsamianie Bożego Objawienia z Pismem św. i zupełnie bezkrytyczne - wręcz naiwne i nienaukowe - podejście do teorii ewolucji i w związku z tym podważanie prawdy o grzechu pierworodnym (od ok. min 30):
1. neguje uświęcenie przez łaskę (w katolickim rozumieniu działanie łaski nie wyłącza działania ludzkiego)
2. twierdzi, że człowiek "sam z siebie" może coś zrobić (to jest pelagianizm, nie katolickie rozumienie uczynków człowieka ku zbawieniu)
3. twierdzi, że Kościół jest ludzki (w rozumieniu katolickim Kościół jest bosko-ludzki).
Ponadto x. Grygiel twierdzi, jakoby dopiero po napisaniu Pisma św. chrześcijaństwo wchłonęło myśl grecką o Logosie. Widocznie nie zna Ewangelii św. Janowej, szczególnie jej Prologu (który odmawia na końcu każdej Mszy św. w liturgii tradycyjnej), i tym samym popisuje się ignorancją na poziomie najwyżej szkoły podstawowej.
Swoje poglądy w postaci "teologii ewolucyjnej" zaprezentował także szerzej, co już niegdyś zanalizowałem (tutaj).
Nie trudno zauważyć, że x. Grygiel w sztuce "udawania" nie odbiega od swojego mistrza o ewidentnie antykatolickich i antychrześcijańskich poglądach (więcej tutaj i tutaj), aczkolwiek mu jednak (jeszcze) nie dorównuje.
Zaś do pomocy w duszpasterstwie dołączył do niego pewien ex-paulin, który swoją "mądrość" życiową wyraża publicznie w następujący sposób (przepraszam za oryginał typowo wulgarny):
Festiwal niechrześcijańskich korzeni
Według rozpowszechnionej obecnie maniery, o. Gołaski zwracał się do zmarłego w drugiej osobie, tak jakby zmarły bezpośrednio widział i słyszał, co jest po prostu nieprawdą i wprowadzaniem ludzi w błąd, i to o charakterze okultystycznym.
Co do treści było nie lepiej. Była mowa
- o duszach nieśmiertelnych, które lgną do "nieskończoności",
- o tym, że zmarły w festiwalu zbudował "most" do "nieskończoności",
- że my pójdziemy do zmarłego, który jest w "nieskończoności",
- że zmarłemu "niebiosa" zesłały chorobę, na którą przedwcześnie zmarł.
Nie było ani słowa o Bogu, ani o wieczności, ani o sądzie, ani o znaczeniu i wartości modlitwy za dusze zmarłych itp.
Co do zasadniczych tez o. Gołaskiego należy zauważyć:
1. Powiedzenie, że zmarły jest w "nieskończoności", oznacza pomylenie wieczności z nieskończonością, jeśli kaznodzieja uważa (wszystko na to wskazuje), iż zmarły przeszedł do rzeczywistości boskiej. Oznacza to pośrednią negację zarówno bezpoczątkowości rzeczywistości boskiej (Bóg jest wieczny w tym znaczeniu, że nie ma początku i nie ma końca, czyli jest bezpoczątkowy i nieskończony), jak też istnienia nieskończoności bez Boga czyli piekła (który oczywiście ma początek). Nawet jeśli kaznodzieja uważał, że może zastąpić słowo "wieczność" słowem "nieskończoność", to się grubo pomylił. Wystarczy znać elementarz teologii katolickiej by wiedzieć, że każde stworzenie duchowe (jak aniołowie i dusze ludzkie) nie ma końca w tym znaczeniu, że jest nieśmiertelne, choć ma początek. Tym samym teologicznie fałszywe i niedopuszczalne jest mylenie wieczności - czyli rzeczywistości bez początku i bez końca - z rzeczywistością stworzeń duchowych. Według nauczania Kościoła zmarły jest w rzeczywistości wiecznej (czyli ponadczasowej), a jego dusza jest nieskończona - w znaczeniu nieśmiertelności - już za życia ziemskiego (choć nie jest nieskończona w znaczeniu nieograniczoności).
2. Powiedzenie, że po życiu doczesnym dojdziemy do nieskończoności, potwierdza pomylenie z wiecznością czyli rzeczywistością Boga (skoro kaznodzieja uważa, iż zmarł przeszedł do rzeczywistości Bożej). Według wiary katolickiej jest istotna różnica między rzeczywistością Boga a rzeczywistością duchowych bytów stworzonych, które są nieśmiertelne i w tym znaczeniu nieskończone, choć mają początek i tym samym nie są wieczne.
3. Mówienie ogólnie o "nieskończoności" bez odróżnienia między nieśmiertelnością z Bogiem (czyli niebem) a nieskończonością bez Boga (czyli piekłem) jest fundamentalnym zakłamaniem katolickiej eschatologii.
4. Twierdzenie, że zmarły jest w nieskończoności, do której dojdą żyjący, oznacza w świetle eschatologii katolickiej również brak odróżnienia między niebem i piekłem. Tym samym jest to albo bezpodstawne twierdzenie, że zmarły jest w niebie, albo nie mniej bezpodstawne twierdzenie, że żyjący znajdą się w piekle.
5. Powiedzenie, że "niebiosa" zesłały zmarłemu chorobę jest albo wprost bluźnierczym przypisywaniem Bogu zła, albo nie mniej bluźnierczym twierdzeniem, że szatan jest w niebiosach.
Wobec takiej treści i takiego ducha nie dziwi zachowanie uczestników festiwalu w świątyni katolickiej, które nie licuje nawet z dobrym wychowaniem i zasadami kultury w miejscu publicznym:
Sam szef festiwalu ujawnia, że tworem tych kręgów są tzw. warsztaty Ars Celebrandi w Licheniu:
Od przystanku Owsiaka do KAI-u
(źródło tutaj)
Obecnie jest redaktorem w Katolickiej Agencji Informacyjnej, czyli w oficjalnym organie konferencji biskupów, który jest de facto tubą kręgów modernistycznych i katolewackich. Wynika to już z korzeni tej instytucji, gdyż została stworzona swego czasu przez biskupa Józefa Życińskiego, którego współpraca z komunistyczną bezpieką została wykazana (TW Filozof). Także jego poglądy zostały zdemaskowane jako antykatolickie i wręcz ateistyczne (sprawa ks. Adama Gardyasza). Notabene x. Życiński był blisko powiązany z x. Hellerem (dowody tutaj i tutaj), mistrzem x. Grygiela, o którym było wyżej. Pierwotna ekipa KAI, zwłaszcza w osobie szefa Marcina Przeciszewskiego, wciąż kontroluje tę instytucję. Jak to możliwe, że zwolennik liturgii tradycyjnej zostaje pracownikiem takiej redakcji? Odpowiedź staje się jasna, gdy się weźmie pod uwagę, że Gospodarek jest także jedną z głównych postaci - aczkolwiek bardziej zakulisowo - zarówno festiwalu w Jarosławiu jak też warsztatów w Licheniu.
Akapowa demoralizacja

będąc w seminarium dopuścił się wręcz diabelsko bluźnierczego żartu posługując się figurkami Matki Bożej i św. Józefa (imitowanie sexu oralnego).
Z tego środowiska wywodzi się miesięcznik, który próbuje podbić rynek młodzieżowo-katolicki:
Nietrudno znaleźć antykatolicką propagandę uskutecznianą pod czujnym okiem red. naczelnego, o czym pisałem już w innym miejscu i tylko wklejam wraz ze źródłami:
Te uwagi odnoszą się do następujących wypocin, oddających widocznie linię ideową pisemka, wybitnie antykatolicką:
Dochodzą typowo protestanckie twierdzenia,
- że całe Boże Objawienie jest zawarte w Piśmie św.:
- że rozumowo nie można poznać istnienia Boga:
Oto autor tych heretyckich bzdetów, jeden z redaktorów pisemka:
Warto mieć na uwadze, że inicjator i opiekun tego przedsięwzięcia, x. Dawid Tyborski, jest byłym (czy tylko byłym?) protestantem. Jak zakłamane jest to towarzystwo świadczy też chociażby "dyskusja" w temacie, gdyż delikwent nawet swoim przyjaciołom nie podaje jasno faktów:
A widocznie nadal nie wyleczył się z herezji, skoro chwali się zażyłością z dominikaninem "charyzmatykiem", który głosi dość prymitywne herezje (więcej tutaj):
I też z innym głoszącym ewidentne herezje i bzdety (więcej tutaj):
Uzupełnienie (czerwiec 2021): nawet odnośnie skandalicznego, wręcz rynsztokowego wywiadu tego heretyka i zwodziciela (więcej tutaj), akapowy delikwent rozpływa się w podziwach (źródło tutaj):
Dowodem na jego heretyckie, skrajnie modernistyczne poglądy jest uporczywe nazywanie protestanta "biskupem", a protestantów "kościołem", co podlewa pseudopobożnym sosem:
Drugi duchowny związany na stałe z pisemkiem "Adeste" ma też dość ciekawe powiązania, mianowicie z duchownym z Łodzi uprawiającym okłamywanie na użytek islamizacji:
Od satanizmu do talmudyzmu - po drodze przez...
Szczególnie jaskrawym przypadkiem jest Sergiusz Orzeszko. Jako kolega Grzegorza Śniadocha z czasu studiów seminaryjnych dla ordynariatu wojskowego, poszedł w jego ślady do tradycyjnego Instytutu Dobrego Pasterza (IBP). O swojej historii nawrócenia - jak się potem okazało wątpliwego - opowiadał przejmująco, pełniąc rolę drugiej gwiazdy Tradycji w Polsce po swoim koledze, x. Śniadochu (wyświęconym w 2008 r.):https://www.youtube.com/watch?v=fqnRf0NkTFA
Nie ulega wątpliwości, że łączyło ich więcej niż koleżeństwo z czasów seminarium, co widać w licznych śladach w internecie:
Sergiusz otrzymał święcenia prezbiteratu w 2012 r., co jeszcze bardziej wzmocniło jego sławę i popularność. Po niedługim czasie opuścił IBP i wstąpił do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X (FSSPX), co zwykle świadczy o radykalizacji poglądów w sprawach kościelnych. Nieoczekiwanie w 2016 r. podano do wiadomości, że x. Orzeszko zostaje przeniesiony do Francji:
Fotki pochodzą z bieżącego roku 2020. Wiek dzieci świadczy o tym, że zostały spłodzone znacznie przed rokiem 2016. Czyli katolicy byli przez lata perfidnie oszukiwani...
Bractwo przed czego?
Jak widać, tajemniczej ceremonii przewodniczy założyciel i wódz "Bractwa Przedmurza" w asyście x. Grzegorza Śniadocha. Zaś "ceremoniarzem" jest główny organizator warsztatów "Ars Celebrandi" Tomasz Olszyński. Ministrant trzyma tajemniczą księgę z niewiadomym obrzędem, z całą pewnością niezatwierdzonym przez żadne władze kościelne - oprócz x. Śniadocha, który oczywiście nie jest żadną władzą kościelną. To jest oczywiście farsa i oszustwo, gdyż
Autorem tych słów w imieniu "Bractwa Przedmurza" jest sam Franciszek Podlacha. A kim on jest oprócz szefowania Bractwu? Oficjalnie nie było nic wiadome publicznie aż do niedawna. Otóż w związku z tzw. piątką dla zwierząt w jesieni obiegłego roku wystąpił bodajże w senacie w imieniu przedsiębiorców, co akurat jest chwalebne. Natomiast mniej chwalebne, a nawet skandaliczne jest wielokrotne posługiwanie się przez niego pojęciem "ubój religijny", które to pojęcie jest wynalazkiem talmudystów dla wybielenia barbarzyńskiego, żydowsko-muślimskiego rytuału zażynania zwierząt bez znieczulenia (więcej tutaj i tutaj):
Czy ktokolwiek zwrócił tym dużym chłopcom uwagę na to, że to, co robią wobec własnych rodzin (i nie tylko) jest prostą drogą do wpojenia przynajmniej ich żonom i dzieciom choćby niechęci, jeśli nie wręcz nienawiści do wiary i Kościoła za to, że pod etykietką i pretextem katolicyzmu ich mężowie i ojcowie urządzają sobie urlopy od rodziny, czyli od obowiązków małżeńskich i rodzicielskich, i to z groteskowym hasłem obrony chrześcijaństwa przez bieganie po górach i lasach, tudzież dyskutowanie całymi dniami, jak należy to nadal robić?
Bóg? Honor? Rock'n'roll!
Dzięki swoistej mieszance narcyzmu i kokieterii udało się Ochmanowi zdobyć popularność głównie wśród młodzieży. Nie mając nawet ukończonych studiów - studiował teologię tylko niecały rok i chyba nie ukończył żadnych studiów - wypowiadał się i nadal wypowiada się, budując swoją popularność na tematach dotyczących wiary katolickiej i Kościoła. Przyznać trzeba z uznaniem, że treściowo jego wystąpienia przeważnie trzymają się ortodoxji katolickiej i przejawiają konserwatywne poglądy liturgiczne. Zdarzają się jednak niedorzeczne wypowiedzi, zdradzające skrajnie modernistyczne skrzywienie, jak ta, na którą już niegdyś wskazałem (błędnie wówczas mniemając, że skończył studia, o których niegdyś wspominał, a wygląda na, że nie skończył żadnych studiów):
Z powodu tak wylewnego wyznania wiary i pobożności, warto się przyjrzeć sprawie nieco bliżej. Tak się składa, że mam z nim pewne doświadczenie osobiste, aczkolwiek tylko internetowe.
Jako że zainteresowania co do grup społecznościowych się pokrywały, byliśmy nawet znajomymi przez jakiś czas. Potem dotarły do mnie jego zaplecowe wpisy na mój temat (na grupie, której nie byłem członkiem):
Po dłuższym czasie, gdy coraz częściej docierały do mnie pomówienia, jakobym nie miał inkardynacji i statusu kanonicznego, dla obrony swego dobrego imienia rozważałem podjęcie kroków prawnych przeciw znanym oszczercom. Jednym z nich był Ochman. On w typowy dla siebie bezczelny sposób szydził sobie i to dość wulgarnie:
Owszem, wrogów mi nigdy nie brakowało. Jednak nawet wśród nich trudno znaleźć kogoś, kto by jak Ochman ośmielił się puszczać w świat wyssane z palca kłamstwa, przy wykorzystaniu swojej popularności i wiarygodności u naiwnych.
Swoje oszczercze plotki usprawiedliwia w osobliwy i to ponownie w kłamliwy sposób:
No cóż. Żeby jako 3-letnie dziecko być w stanie posunąć się do tak podłego oszczerstwa i to odnośnie własnej matki, to trzeba mieć genialnie perfidny charakter. Co się widocznie nie zmieniło.
Post scriptum
Rychło pojawiła się reakcja Ochmana, najpierw zaplecowa:Podsumowanie - możliwe? konieczne? zbędne?
Jak zaznaczyłem na wstępie, opisane osoby są tylko przykładami, szczególnie jaskrawymi. Na szczęście nie stanowią one całości ani nie są reprezentatywne dla większości katolików szczerze przynajmniej zainteresowanych Tradycją Kościoła, zwłaszcza liturgiczną. Równocześnie są to osoby szczególnie exponowane, promowane i też samopromujące się, czy wręcz uzurpujące sobie pozycję wzoru czy nawet przywództwa. Na tym polega niebezpieczeństwo. Ryba psuje się od głowy. Skoro taka "elita" jest serwowana katolikom, to jest to zamach na ich dobrą wolę, wiarę i zasady moralne. Dlatego konieczne było niniejsze ostrzeżenie.Post scriptum
1.Na reakcje nie trzeba było długo czekać. Oczywiście typowe dla tego grona, jak ta:
- czuję się świetnie pod każdym względem, zarówno psychicznie jak też somatycznie
- z całą pewnością nie popełnię samobójstwa, ponieważ jestem katolikiem i przestrzegam V przykazania.
Testament mam już dawno napisany :-)
2. Otrzymałem też ciekawe dopowiedzenie, które mówi samo za siebie:
Ile warte są "informacje" Ochman'a, to już wiemy dość dobrze.
Natomiast stronka ma według algorytmów facebook'a następujące powiązania:
3.
Odnośnie powyższych twierdzeń dotarły do mnie następujące sprostowania:
Od Ł. Wolańskiego:
Tydzień wcześniej się odgrażał - niby dorosły człowiek, a z przekorą przedszkolaka:
Oraz odnośnie działalności Traczyka w duszpasterstwie IBP:
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
O imprezie licheńskiej było już niegdyś co nieco ( tutaj i tutaj ). Temat nie został jeszcze wyczerpany. Strona na pejsbuku w tym temacie...



































































































