Jako jeden z obrońców M. Zielińskiego - przeciw D. Mysiorowi - zadziałał znany również z internetów x. Rafał Jarosiewicz z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Oto jego wypowiedź:
Teolog katolicki odpowiada
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Czy Marcin Zieliński naucza zgodnie z nauczaniem Kościoła?
W związku z ostatnimi wpisami odnoszącymi się to debaty Mysiora z Zielińskim pojawiły się oczywiście wściekłe reakcje. Oto przykład:
Czy Zieliński rzeczywiście jest wierny nauczaniu Vaticanum II, na który się regularnie lubi powoływać? Niestety nie. Przykładem jest owo określenie "bracia we wierze" odnośnie do protestantów. Otóż tego określenia nie ma w ŻADNYM dokumencie Vaticanum II ale żadnym innym oficjalnym. To jest wymysł albo Zielińskiego albo któregoś z jego mentorów i promotorów.
Ponadto Zieliński notorycznie ignoruje deklarację Kongregacji Doktryny Wiary "Dominus Jesus" z roku 2000, która wyraźnie mówi, że wspólnotom protestanckim nie przysługuje miano "Kościoły". Zieliński bowiem regularnie mówi o "Kościele" czy "Kościołach" w odniesieniu do protestantów.
To jest kolejny dowód na to, że on jest obłudnikiem i oszustem, który zwodzi katolików do herezji protestanckiej.
I jeszcze istotna uwaga co do zarzutu anonimowego komentatora, który wysłał swoją powyższą krytykę. Wygląda na to, że napisał ją jakiś duchowny, nie mniej obłudny niż sam Zieliński.
Wyjaśniam: Oczywiście, Duch Święty nie przestaje prowadzić Kościoła poprzez wieki, lecz z całą pewnością nie zaprzecza sobie i nie może zaprzeczać. Tym samym cokolwiek sprzecznego z odwiecznym nauczaniem Kościoła pojawia w dokumentach nawet oficjalnych, to z całą pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego. Anonimowy komentator widocznie nie odróżnia między Bożym Objawieniem, które jest nieomylne, a dokumentami Magisterium, które mogą być omylne i de facto są omylne, zwłaszcza jeśli podają coś, co jest sprzeczne z Bożym Objawieniem czy to zdefiniowanym dogmatycznie, czy to definiowalnym dogmatycznie, czy choćby z wnioskami teologicznymi z Bożego Objawienia, których Kościół stale nauczał.
Starcie Mysior-Zieliński czyli (auto)demaskowanie "reformatora" - cz. 2
17.
Zieliński oczywiście chętnie daje świadectwo o swoim "cudotwórstwie":
Ciekawe, w którym wydaniu Biblii on to wyczytał...
Ma on tutaj na myśli zapewne słowa z 1 Kor 14,1nn:
διωκετε την αγαπην ζηλουτε δε τα πνευματικα μαλλον δε ινα προφητευητε
ο γαρ λαλων γλωσση ουκ ανθρωποις λαλει αλλα τω θεω ουδεις γαρ ακουει πνευματι δε λαλει μυστηρια
ο δε προφητευων ανθρωποις λαλει οικοδομην και παρακλησιν και παραμυθιαν
ο λαλων γλωσση εαυτον οικοδομει ο δε προφητευων εκκλησιαν οικοδομει
Oto robocze, dokładne tłumaczenie:
Pędźcie miłość, a pragnijcie to, co duchowe, a najbardziej to, aby prorokować.
Bowiem mówiący językiem nie mówi ludziom lecz Bogu, ponieważ nikt nie słyszy, a on duchem mówi tajemnice.
A prorokujący mówi ludziom zbudowanie i pocieszeniu i opowieść,
mówiący językiem buduje siebie, zaś prorokujący buduje Kościół.
Otóż, jak każdy łatwo może sprawdzić w pierwszym lepszym życiorysie świętego, on nie złamał nogi, lecz jako żołnierz został zraniony bitwie.
Najpierw popełnia typowy zabieg protestancki, powszechny także u skrajnych modernistów, a polegający na utożsamieniu wiary i prawa Kościoła z prawem żydowskim czy konkretnie faryzejskim, co świadczy albo o braku zrozumienia nowotestamentalnej krytyki prawa żydowskiego, albo o świadomym stosowaniu chwytu propagandowego wobec ignorantów. Zieliński przytacza potraktowanie przez Pana Jezusa kobiety cudzołożnej (J 7,53 - 8,11) oraz uzdrowienie kobiety w szabat (Łk 13-10-17), przy czym oburzenie przełożonego synagogi przyrównuje do postawy Kościoła przed wprowadzeniem - najpierw Polsce - tzw. dni judaizmu. To jest kolejny szczyt absurdu i zakłamania w jego wykonaniu. Innymi słowy: fakt, że Kościół przez niemal dwa tysiące lat nie celebrował "dni judaizmu", ma świadczyć o kontynuacji przez niego faryzejskiego rozumienia i stosowania prawa, czyli stawiania prawa ponad człowiekiem, a wprowadzenie "dnia judaizmu" wyzwala Kościół z faryzeizmu... No cóż, nasuwa się pytanie, czy Zieliński sam siebie słyszy. Dlatego tutaj Mysior akurat trzeźwo zareagował i nieco przycisnął:
Według Zielińskiego wiara katolicka jest tylko "jedną regułką" i "formułką" spośród wielu, według których można zostać zbawionym. A podaje to bezczelnie jako "aktualne nauczanie Kościoła", co Mysior i Rymanowski niestety naiwnie łykają. Powinni tutaj zażądać od Zielińskiego wskazania dokumentów Magisterium, na których się opiera, a które oczywiście nie istnieją. Gdy Mysior wskazuje na "Pascendi" św. Piusa X, to Zieliński się chytrze uśmiecha, bo może na to odpowiedzieć, że to już dawno nieaktualne.
Zieliński ma oczywiście interes w tej obronie, bo przez to broni też siebie, gdyż to bergogliańscy fani go popierają i promują. Jak zwykle nie waha się przy tym posłużyć się absurdami obrażającymi zdrowy rozsądek przeciętnego człowieka:
Jak widać, według Zielińskiego dowodem na istnienie dróg zbawienia poza chrześcijaństwem mają być przykłady tego, że Pan Jezus objawia się muślimom we śnie, którzy się następnie nawracają. Czy ten człowiek siebie słyszy?
Mamy więc tutaj typowe krętactwo Zielińskiego, który unika nazwania protestantyzmu herezją, a nazywa ich "odstępstwem". Biorąc dokładnie nazwał protestantów - zapewne niechcący - apostatami, gdyż to właśnie oznacza w języku Kościoła odstępstwo (= apostazja), co według prawa kanonicznego jest nawet poważniejszym przestępstwem co do wiary. Szkoda, że Mysior nie pociągnął wątku, a Rymanowski przerwał. Tym niemniej tutaj znowu nasuwa się pytanie, czy Zieliński siebie słyszy. Akustycznie zapewne słyszy, lecz w swojej mieszance ignorancji i zakłamania chyba nie zdaje sobie do końca sprawy, jakie głupoty wypowiada, skupiając się na sprawianiu miłego wrażenia.
Zieliński oczywiście nie odpuszcza okazji żeby robić reklamę swojej imprezy pt. "chwała mu" (w domyśle: Zielińskiemu). Liczy przy tym na naiwność odbiorców zarówno w studio jak też szerokiej publiczności, która bardziej jest skłonna wierzyć miłemu głosikowi przystojniaka niż dopuszczać możliwość, że on zmyśla i łże jak z nut. Sprawa jest podobna jak wyżej: Najpierw musiałoby być pewne, że jest to przykład prawdziwy, a nie zmyślony. Dla każdego trzeźwo myślącego bardziej prawdopodobna jest ta druga możliwość, gdyż opowiada to ktoś, kto ma bezpośredni interes w takiej historyjce. Po drugie: nawet jeśli jest to przykład autentyczny, to istotna jest przede wszystkim trwałość takiego nawrócenia i to nie tylko przez rok. To znaczy, że dopiero trwała przemiana życia świadczy o przyjęcia łaski i współpracy z nią. Czy jest to możliwe w związku z tzw. charyzmatyzmem? Zasadniczo nie można tego o tyle wykluczyć, o ile dla danej osoby te przeżycia nie wiążą się z odrzuceniem wiary katolickiej lecz są z nią jakoś - aczkolwiek w sposób niepełny i wadliwy - powiązane. Doświadczenie uczy jednak, że "nawrócenia" związane z przeżyciami "charyzmatycznymi" są z reguły albo płytkie, bo głównie emocjonalne, nietrwałe i tym samym nieautentyczne, choć mogą być subiektywnie szczere. Tak więc Zieliński tutaj znowu oszukuje.
Zieliński podaje typową kłamliwą propagandę pentekostalno-pseudocharyzmatyczną, niestety bardzo rzadko demaskowaną. Każdy, kto trzeźwo czyta słowa w Ewangelii św. Marka, na które powołuje się "reformator" (Mk 16,15-18), łatwo dostrzeże, że Pan Jezus kieruje te słowa do "jedenastu" czyli Apostołów:
Znowu nasuwa się pytanie, czy on siebie słyszy, gdy mówi, że dzięki Vaticanum II świeccy mogą wypowiadać się publicznie w kwestiach wiary. Owszem, on ma rację o tyle, że w normalnych warunkach kościelnych zostałby już dawno orzeknięty heretykiem i exkomunikowany, a przede wszystkim nie miałby możliwości zwodzenia katolików swoimi bełkotami gadanymi i pisanymi. Tym niemniej twierdzenie, jakoby przed V2 katolikom świeckim nie wolno było mówić publicznie o sprawach wiary, może wynikać albo z głębokiej i zawinionej ignorancji, albo z rutynowego łgarstwa.
Zieliński natomiast miesza funkcję sumienia z subiektywizmem, co znowu świadczy o elementarnej ignorancji teologicznej czy choćby zdroworozsądkowej. Otóż nie ma nic wspólnego z subiektywizmem, gdy ktoś na podstawie obiektywnych norm doktrynalnych i moralnych w sumieniu - a jest to sumienie prawe, czyli ukształtowane według tychże norm - podejmuje decyzję sprzeciwienia się nakazowi czy zakazowi, który jest sprzeczny z tymże normami. Zieliński widocznie nie wie i nie chce wiedzieć, że subiektywizm polega na tym, że nie człowiek nie uznaje nadrzędności norm obiektywnych lecz kieruje się nadrzędnie swoim własnym odczuciem, chceniem, nastrojem itp.
Samopoczucie Zielińskiego w tej sytuacji trafnie ukazuje następujące ujęcie:
Jego stan emocjonalny w tym momencie - wyraźnie rozgrzany i wnerwiony - ukazuje następujące ujęcie:
Zwróćmy uwagę na jego mimikę akurat przy tych słowach:
Mowa ciała jest tutaj dość wyraźna: grymas wskazuje zarówno na kłamanie jak też na skryty wstręt do różańca. Jedno i drugie ma charakter jednoznacznie demoniczny. Innymi słowy: ten człowiek już nawet wizualnie jawi się jak opętany.
Trudno powiedzieć, czy on sam wierzy w to, co mówi. Widocznie jednak oczekuje, że jemu należy wierzyć, gdy mówi, że "charyzmatycy" nie mając możliwości mówienia o Bogu do ludzi, u którymi pracowali, zdobyli tę możliwość przez przebieranki halloweenowe. No cóż, on widocznie jest już tak patologicznie zakłamany, że być może wierzy w swoje własne kłamstwa.
Formacja kapelanów wojskowych
Nie znam podręcznika katolickiej teologii moralnej, który by wprost wypowiadał się w temacie. Kwestia dotyczy zarówno kwestii prawdomówności jak też udziału duchownych w działaniach wojskowych. Bezpośredni udział w walce był duchownym zawsze zakazany przez prawo kościelne. Mówiło się "z orężem w ręku", ale moim zdaniem dotyczy to także udziału w działaniach wywiadowczych itp. Co do prawdomówności to zasada dotyczy tak samo duchownych jak i świeckich. Pozostaje kwestia, czy fałszowanie tożsamości jest moralnie dopuszczalną metodą ukrywania prawdy. Moim zdaniem należy odróżnić tożsamość w znaczeniu nazwiska od tożsamości związanej z wyznaniem wiary. Nazwisko jest sprawą umowną i zmienną, natomiast wyznanie wiary jest zasadniczo niezmienne. Dlatego podawanie przybranego doraźnie nazwiska nie uznałbym za grzech, natomiast podawanie fałszywego wyznania już grzechem jest.
Wiadomo natomiast, że już przed II wś. w Polsce miała miejsce infiltracja Kościoła - nawet hierarchii na wysokim szczeblu - przez kręgi piłsudczykowsko-masońskie. Dowodem są fałszerstwa nawet w dziedzinie liturgii, jak fałszywe tłumaczenie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, gdzie "populus olim electus" zostało bluźnierczo zafałszowane na "naród niegdyś szczególnie umiłowany", jakoby Pan Bóg jeden naród miłował bardziej niż inne narody.
Rekolekcje adwentowe: O rozróżnianiu duchowym (z post scriptum)
Rekolekcje w temacie: Rozróżnianie duchowe
Zapis audio:
https://drive.google.com/drive/folders/1k2GryCo3a4Bwr8jCO3yR7hosGsA4gv0I
Post scriptum
Uwaga co do głosu w pytaniach dnia 7.XII: p. Thomas twierdził, jakoby istniał dokument papieża Benedykta XIII, który zobowiązuje ministrantów do ubioru duchownego (sutanna, komża) podczas pełnienia służby przy ołtarzu. Dziś przesłał mi to źródło, które miał na myśli (Memoriale rituum), i okazało się, że nie ma w nim takowego zobowiązania. Tym samym nie myliłem się.
Miałem rację także w kwestii słynnej zasady lex orandi lex credendi ("ustawa modlitwy jest ustawą wiary"). Pierwotne brzmienie jest poświadczone prawdopodobnie najpierw przez mnicha Prospera z Akwitanii i brzmi: "ut legem credendi lex statuat supplicandi". Chodziło o to, że przekazana przez wieki liturgii jest źródłem dla prawd wiary. Nawet jeśli Pius XII (w "Mediator Dei") po raz pierwszy posłużył się odwróceniem tej zasady czyli "ut legem supplicandi lex statua credendi", to nie jest to nowy wynalazek lecz zasada zgodna z teologią i praktyką Kościoła. Otóż pierwotne w Kościele jest Boże Objawienie poświadczone w Tradycji i Piśmie św. Z tego właśnie korzenia i według tego korzenia wyrosła liturgia tradycyjne, z mszałem św. Piusa V włącznie.
Przywrócenie dawnych praktyk liturgicznych
Te praktyki same w sobie nie są fałszywe i naganne. Jednak fałszywe mogą być motywy ich przywrócenia.
Po pierwsze, należy wziąć pod uwagę przyczyny zmiany tych praktyk w ciągu wieków. Zmiana była tutaj uproszczeniem ze względów praktycznych, przy zachowaniu istoty. Głębsze zrozumienie istoty - co miało miejsce dopiero stopniowo na przestrzeni wieków - umożliwiło uproszczenie, nawet jeśli nastąpiło pewne przesunięcie na płaszczyźnie symbolicznej czyli znaku.
Nowotestamentalne, greckie określenie pierwszego, podstawowego sakramentu czyli βάπτισμα oznaczy tyle co zanurzenie. Wynika to z tego, że najprawdopodobniej tak właśnie odbywał się chrzest tzw. Janowy, czyli udzielany przez św. Jana Chrzciciela. Zanurzenie w wodzie oznaczało śmierć dla grzechu i powstanie do nowego życia w Bogu. Oznaczało równocześnie obmycie z grzechów i nawrócenie, czyli wewnętrzną przemianę i równocześnie przemianę zewnętrznego postępowania, na co wskazuje treść nauczania Janowego. Z tego właśnie względu z czasem w Kościele uznano, że wystarczy zachować znak obmycia wodą. Wiązało się to z coraz częstszą praktyką udzielania Chrztu niemowlętom. Wiadomo, że kąpiel niemowlęcia, zwłaszcza może chorego czy słabego zdrowia, w warunkach zimnego pomieszczenia, jakim były kościoły zimą, stanowiło poważne ryzyko. Słusznie uznano, że nie jest wolą Bożą narażanie zdrowia i życia niemowlęcia. Także kąpiel dorosłych w tej samej wodzie czy w tym samym "pojemniku" - nawet jeśli była to woda bieżąca, co mogło być jedynie bardzo rzadko zapewnione - z całą pewnością nie jest praktyką higienicznie bezpieczną, co także jest istotne dla rozeznania woli Bożej. Uznano więc, że ważniejszy jest znak "wody żywej" - czyli bieżącej, co ma miejsce przy polewaniu - niż znak zanurzenia.
Podobnie ma się rzecz z Komunią św. Gdy rozpowszechniło się chrzczenie niemowląt i małych dzieci, a tym samym udzielanie dzieciom Komunii św., oczywiste było, że podawanie im alkoholu choćby w minimalnej dawce stanowi dla nich ryzyko zdrowotne. Ponieważ według wiary katolickiej cały Jezus Chrystus jest obecny także pod jedną postacią, dlatego z czasem upowszechniła się praktyka udzielania świeckim Komunii św. tylko pod postacią chleba. Heretycy wszelkiej maści nalegali na przyjmowanie pod obydwiema postaciami, co wynikało z ich poglądów heretyckich. Tym niemniej dla Kościoła ważniejsze było zaznaczenie różnicy między Komunią duchownych a Komunią świeckich, jak też trzymanie się zasady równości wszystkich świeckich, także dzieci w sposobie przyjmowania Komunii św.
Jest więc oczywiste, że domaganie się powrotu do dawnych praktyk, które już od dawna zostały zaniechane w Kościele z przyczyn zarówno teologicznych jak też duszpasterskich i praktycznych, godzi nie tylko - przynajmniej pośrednio - w prawdy wiary lecz także w zdrowy rozsądek i nieomylność Kościoła.
Podziękowanie
Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):
94 1020 4274 0000 1102 0067 1784
Gdzie uczęszczać?
Rozumiem trudność, a pytanie jest zarówno słuszne jak też niełatwe.
Po pierwsze, moim celem i zadaniem nie jest zniechęcanie ani do "indultu", ani do FSSPX, ani do jakiegokolwiek innego duszpasterstwa tradycyjnego czy Novus Ordo. To jest zawsze indywidualna i własna decyzja, zależna od wielu czynników. Wiadomo, że obecnie sytuacja w Kościele jest bardzo złożona i trudna na skalę chyba jeszcze nigdy niespotykaną w tym stopniu i wymiarze.
Po drugie, pewne jest, że Pan Bóg także dzisiaj każdemu daje dość środków dla zbawienia duszy i dobrego wypełnienia obowiązków stanu, także względem dzieci. Moim zamiarem jest jedynie ukazywanie prawdy dla zmotywowania ku poprawie. Wiem, że krytyka jest przez osoby zadufane w sobie i niedojrzałe odczuwana i traktowana jako atak. To jest problem po ich stronie, nie po stronie tego, kto ukazuje prawdę i wzywa do poprawy.
Po trzecie, Pan Bóg nie oczekuje i nie wymaga rzeczy niemożliwych. Jeśli np. na parafii jest fatalne, skrajnie modernistyczne duszpasterstwo, a duszpasterstwo tradycyjne jest daleko i trudno dostępne, to pewne jest, że także korzystanie na miejscu może być drogą dla zbawienia duszy. Dotyczy to także dostępnego duszpasterstwa tradycyjnego: Pan Bóg może prowadzić tam duszę mimo wad, błędów i też zgorszeń ze strony duszpasterza.
Po czwarte, należy być pewnym, że obecna sytuacja w Kościele, mimo że jest niesłychanie trudna, jest dopustem Bożym, a Pan Bóg dopuszcza zło tylko wtedy, gdy może z niego wyniknąć jakieś dobro. Tym dobrem może być na pewno większa dojrzałość i poniekąd słuszna samodzielność w sięganiu do źródeł naszej wiary, zwłaszcza do tradycyjnego nauczania Kościoła. Obecnie mamy niebywałą w historii ludzkości dostępność tych źródeł i komunikowania się, także w szukaniu duchowych porad na odległość. Widocznie na obecne czasy trzeba samodzielnie, trzeźwo myślących katolików, którzy nie muszą polegać tylko na tym, co słyszą w swoim kościele parafialnym z ambony. To jest też konieczne w przekazywaniu wiary dzieciom - uczenie ich krytycznego myślenia w świetle prawd wiary katolickiej.
Udzielanie Komunii św. niemowlętom
Sprawa jest nieco złożona.
Należy zacząć od powodów i przyczyn tej praktyki.
Przyczyną historyczną jest upowszechnienie udzielania Chrztu św. niemowlętom, co miało miejsce już w starożytności wraz z pojawianiem się rodzin chrześcijańskich czyli z rodzeniem się dzieci w takich rodzinach, które chciały też swoje dzieci wychowywać we wierze w Chrystusa. Sprowadziło to kwestię obrzędu, jaki należy wykonać wobec dzieci. Najprostszym rozwiązaniem było zastosowanie tych wszystkich obrzędów, które były stosowane też wobec dorosłych, czyli wraz z udzieleniem Komunii św. i Bierzmowania.
Na terenach obrządku łacińskiego nastąpiło dostosowanie obrzędu do niemowląt, czyli oddzielenie pierwszego udzielenia Komunii św. oraz Bierzmowania od Chrztu św. Jest to jak najbardziej słuszne duszpastersko i owocne.
Przyznaję, że nie jestem w stanie się wypowiedzieć stanowczo co do stanu tej kwestii we wszystkich obrządkach wschodnich, zarówno historycznie jak też co do stanu obecnego. Prawdopodobne jednak wydaje mi się, że taka praktyka dotyczy ich wszystkich, przynajmniej aktualnie. Zaś za przyczynę należy uznać niepełną, nie dość rozwiniętą i tym samym wybrakowaną doktrynę odnośnie do grzechu pierworodnego i tym samym teologiczno-sakramentologicznego znaczenia sakramentu Chrztu św. Mówiąc w skrócie można powiedzieć, że w rozumieniu obrządków wschodnich ten sakrament jest włączeniem w Kościół czyli wspólnotę mistycznego Ciała Chrystusowego, co daje też pełnię łaski oraz praw i obowiązków wynikających z tejże przynależności. Oczywiście nie jest to rozumienie fałszywe, jednak w pewnym sensie niezupełne i jednostronne. Pomija bowiem znaczenie wolnej woli człowieka, czyli jego wolnego wyboru wiary w Jezusa Chrystusa wraz z odpowiednimi decyzjami życiowymi i moralnymi. Te dziedziny myśli teologicznej zostały rozwinięte w teologii łacińskiej począwszy od starożytności i to miało wpływ na odpowiednią praktykę sakramentologiczną w tymże obrządku.
Co do skutków praktyki wschodniackiej należy odróżnić między porządkiem łaski (czyli charytologii) a porządkiem pastoralnym. Pod tym pierwszym względem udzielenie Komunii św. niemowlęciu jest cenne, choć nie konieczne dla zbawienia jego duszy. Pod drugim względem może być to o tyle niekorzystne, o ile oznacza brak sposobności i też dbałości o pouczanie dziecka wraz z jego dorastaniem w prawdach wiary i o pedagogiczne oddziaływanie nań dla wdrożenia w życie chrześcijańskie, co wymaga zarówno odpowiedniej, dostosowanej do wieku wiedzy jak też ćwiczenia w cnotach, czemu służy głównie sakrament Pokuty czyli spowiedź sakramentalna. Oddzielenie Komunii św. od tego sakramentu może mieć poważne i bardzo zgubne skutki dla duszpasterstwa i stanu dusz.
Koszarowa hiszpańszczyzna x. Daniela Wachowiaka
Temat poruszałem już kilkakrotnie z przykrością. Tym razem przykrość jest tym większa, że chodzi - ponownie - o wykonanie przez osobę duchowną i to taką, która jest dość popularna w kręgach konserwatywno katolickich:
Myślę, że nie muszę tłumaczyć znaczenia tutaj użytego hiszpańskiego słowa, gdyż można się domyśleć, nawet nie znając tego obcego języka.
Zaznaczam, że we wielu sprawach zgadzam się z x. Wachowiakiem. Tym bardziej przykre jest, że on tutaj właściwie nie odstaje od pospolitego schamienia, które niestety wdarło się także w szeregi duchowieństwa.
Oczywiście rozumiem i popieram to, co on chciał przez to powiedzieć. Problem jest rzeczywisty i poważny, mianowicie zapaść męskości, która charakteryzuje obecnie nie tylko kręgi duchowieństwa lecz także mężczyzn świeckich. Jak Pan Bóg pozwoli, poświęcę temu tematowi osobny wpis. Tymczasem nie muszę chyba wyjaśniać, że dość durne i prymitywne jest myślenie, jakoby posługiwanie się słownictwem - nazwijmy to dyplomatycznie - koszarowym świadczyło o męskości. Męskość to nie prymitywizm, lecz przede wszystkim kultura, gdyż kultury - i to głównie duchowej, umysłowej - wymaga mądra odwaga czyli męstwo.
Jest groteskowe, choć poniekąd tragiczne, gdy niektórzy solennie oburzają się na moje "słownictwo" stosowane na niniejszym blogu, mimo że zachowuję kulturę języka i intelektu, co niekiedy wymaga też nazwania rzeczy po imieniu. Według niektórych widocznie nazywanie rzeczy po imieniu i to bez wulgarności jest niedopuszczalne, zaś niechlujstwo i kłamstwo podawane uprzejmie jest wzorcem czy ideałem. To także świadczy o zapaści męskości i ogólnie kultury intelektualnej, gdy miłe w odbiorze gadanie czy pisanie bzdur stawiane jest ponad argumenty i proste wnioski.
T. Terlikowski czyli chucpa wielowątkowa
Ignorancja czy zakłamanie? Czyli 180-stopniowy novusizm
Ciekawe, że niedawna debata Mysior-Zieliński pobudziła internety okołokatolickie niczym mecz pierwszoligowy, a raczej wywołała sporo przygłupawych reakcyj i komentarzy, zresztą odpowiednio do poziomu samej "debaty". Świadczy to o tym, iż po pierwsze poruszyła realne i żywotne problemy wewnątrz katolicyzmu, a po drugie brak jest w tym odpowiednich narzędzi intelektualnych, czyli choćby elementarnej wiedzy teologicznej oraz rzetelności pojęciowej. Oto jeden przykład, z którym się przypadkowo zetknąłem:
Ten fragment nie odnosi się wprawdzie wprost do owej samej "debaty", jednak jest dość charakterystyczny dla zobrazowania stanu rzeczy co do kontextu, w jakim się odbyła, i na jaki grunt trafia, a to nawet w kręgach duchowieństwa. Jeśli ktoś po studiach teologicznych - czy raczej "studiach" - oraz po święceniach z pełnym przekonaniem publicznie głosi, że Sobór Watykański II wprowadził celebrowanie przodem do ludzi, to jest nie tylko zupełnym ignorantem lecz ma problem z trzeźwym myśleniem na poziomie najwyżej szkoły średniej. A w przypadku kogoś po studiach (czy "studiach") i po święceniach jedno i drugie nie jest bez winy.
Wyjaśniam dla tych, którzy być może też nie wiedzą, a nie mają obowiązku wiedzieć, jako że nie są po studiach teologicznych ani po święceniach: Sobór Watykański II nie tylko nie nakazał celebrowania przodem do ludzi, lecz nawet ani słowem o tym nie wspomniał. W konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" jest mowa jedynie o takim budowaniu nowych kościołów, żeby ołtarz był wolnostojący, czyli taki, żeby celebrans MÓGŁ zwrócić się do ludu. Ponadto: sobór nie tylko nie zakazał stosowania języka łacińskiego w liturgii, lecz nakazał zachowanie zarówno tego języka jak też chorału gregoriańskiego.
Ów franciszkanin, który nota bene nie przedstawia się nawet z imienia i nazwiska, widocznie zupełnie nie ogarnia tematu, a próbuje coś rzeźbić w kwestii "przeżywania sacrum", czego raczej też nie rozumie. To jest typowy przykład na to, że modernizm szkoli i tresuje swoich giermków najwyżej w dziedzinie produkowania przeżyć i sterowania nimi, a nawet już nie choćby w najprostszych prawdach wiary katolickiej i w prostym logicznym myśleniu. Jeśli bowiem ktoś wierzy, że w obrzędach katolickich jest obecny prawdziwy Bóg, to nie potrzebuje bełkotu o "sacrum", lecz choćby spontanicznie wie, jak się zachować, bo to nie jest zabawa czy jakieś spotkanie towarzyskie.
Wygląda więc na to, że owa "debata" obnażyła nie tylko intelektualny debilizm pseudocharyzmatyzmu (a poniekąd, choć w mniejszym stopniu, także lefebvrianizmu), lecz także novusizmu w ogólności. To jest o tyle pocieszające, że wyraża wewnętrzną tandetność, fasadowość i zakłamanie, a tym samym zwiastuje duchowy rozkład i zapaść. Struktury usiłują tego nie dostrzegać i będą robiły wszystko, żeby się przynajmniej same utrzymać przy istnieniu. Jednak wszystkich nie da się oszukać. Ludzie już coraz szerzej zaczynają myśleć.
Starcie Mysior-Zieliński czyli (auto)demaskowanie "reformatora" - cz. 1
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj) oraz Dawida Mysiora (więcej tutaj). Odbyła się na kanale Bogdana Rymanowskiego z inicjatywy Zielińskiego, co już stanowi o pewnej przewadze. Ten, kto rzuca wyzwanie, ten przynajmniej częściowo dyktuje warunki, a na pewno z góry czuje się zwycięzcą. Ten drugi z panów podjął wyzwanie, zapewne pragnąc skorzystać z okazji do promowania swoich poglądów. Ten pierwszy ma przewagę o tyle, że od lat jest szkolony głównie przez pseudojezuitów i innych duchownych z sekty pseudocharyzmatycznej, a to pod kierownictwem i skrzydłami "słynnego" purpurata krakówkowo-łódzkiego, który zwykł "modlić się" z rękami na pośladkach (więcej tutaj, tutaj, tutaj), oraz poprzez "studia" modernistycznej "teologii". Ten drugi natomiast ma przewagę o tyle, że realistycznie postrzega obecny stan Kościoła i chce być konsekwentnym katolikiem. Ogólnie słuchanie słownej potyczki tychże panów, która nie jest na wybitnym poziomie merytorycznym, co można zauważyć już w jej pierwszych minutach, uważałem wpierw za stratę czasu, jednak zabrałem się za nią, odpowiadając na wyrażone oczekiwania szanownej publiczności.
Najpierw uwagi ogólne. D. Mysior wypadł w sumie nieźle, mimo iż ani nie ma wykształcenia teologicznego, ani widocznie nie otrzymał takowego wsparcia od kogoś kompetentnego. Popełnił kilka błędów i nie skorzystał z wielu okazyj do obalenia sugestywnych acz kłamliwych wypowiedzi M. Zielińskiego, zapewne dlatego, że brakuje mu odpowiedniej wiedzy. Zieliński natomiast wykazał się przede wszystkim bezczelnością i brakiem dobrego wychowania, gdyż uporczywie zwracał się do swego - notabene znacznie starszego - adwersarza per "ty", mimo że ten - prawie konsekwentnie - stosował per "pan". W dodatku w swoim komentarzu post factum kłamliwie twierdził, jakoby pierwotnie panowie byli na "ty", a Mysior dopiero przed kamerą przeszedł na per "pan", czemu Mysior w swoim komentarzu post factum zaprzeczył (kłamiąc przy tym, jakoby się łatwo nie spoufalał - polecam poczytać tutaj). Podczas gdy Mysior był skupiony i opanowany, aczkolwiek momentami zmęczony, to po Zielińskim widać było dość często napięcie, podenerwowanie, nawet irytację i niepokój, co próbował przykryć minami i uśmieszkami. Merytorycznie się zbłaźnił, gdyż w typowy dla obłudników sposób mieszał, kręcił, przerywał, usiłując sprawić wrażenie wiedzy i kompetencji, co było niczym innym jak tylko oszukiwaniem publiczności, także swoich rozmówców.
Zwróćmy uwagę na charakterystyczne wypowiedzi i wątki. Po kolei.
1.
Mysior zaliczył haniebną wpadkę już na początku, powołując się na s. Faustynę Kowalską jako źródło wiary o piekle. On widocznie wierzy w "Dzienniczek", co niedobrze świadczy już o zdrowym rozsądku. Tym bardziej, że powołuje się nań zamiast na autentyczne źródła wiary katolickiej, czyli nauczanie Pisma św., Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła i Magisterium.
2.
Zieliński natomiast niby odpowiada z nauczaniem Kościoła, lecz miesza i zafałszowuje:
Jest oczywiście prawdą, że Kościół oficjalnie nikogo uroczyście nie ogłosił jako potępionego. Aczkolwiek Pismo św. dość wyraźnie mówi o losie Judasza, co ma właściwie rangę nawet wyższą niż Magisterium Kościoła.
Zieliński kłamie natomiast, mieszając dwie zupełnie różne sprawy: z jednej strony brak naszej wiedzy, czy ktoś w ostatnim momencie przed przejściem do wieczności nie wzbudził żalu doskonałego za swoje grzechy i tym samym mógł otrzymać łaskę uświęcającą, a z drugiej strony przypadek tzw. dobrego łotra (czczonego w Tradycji Kościoła jako św. Dyzma), który wszak publicznie okazał skruchę i poprosił Zbawiciela o łaskę, jak poświadcza Pismo św. Tak więc kłamstwem jest pomieszanie tych dwóch różnych przypadków. Kłamstwem jest też i ponadto fałszem teologicznym, gdy Zieliński mówi, że to Pan Bóg decyduje, kto będzie zbawiony. Zalatuje to dość wyraźnie protestanckim predestynacjonizmem, który neguje rolę wolnej woli człowieka i jego uczynków dla zbawienia. Według nauczania Kościoła, Pan Bóg każdemu człowiekowi daje łaskę konieczną do zbawienia i tym samym możliwość zbawienia, lecz człowiek musi tę łaskę przyjąć zarówno w akcie wiary jak też swoimi uczynkami, czyli tym, co ze swej strony jest w stanie uczynić, czyli przestrzegać Bożych przykazań, które nie zostały nam dane przez Pana Boga dla jakiejś zachcianki czy kaprysu, lecz właśnie jako test szczerości naszej wiary i wypróbowanie naszej wiary. Z tego właśnie będziemy sądzeni po śmierci. Pan Bóg na tym sądzie nie decyduje - jak to nazywa Zieliński - według Swojego widzimisię, lecz jako Sędzia Sprawiedliwy, który za dobre wynagradza a za złe karze. Mówi o tym wyraźnie chociażby Ewangelia św. Mateusza (25, 31-46). Widocznie Zieliński, który na każdym kroku wymachuje Pismem św., albo nie doczytał, albo mimo tego woli wyznawać herezję protestancką.
3.
Zieliński mówi oczywistość, z którą wziętą jako taką pod pewnym względem nie sposób się nie zgodzić. Problem polega jednak na tym, że on tutaj nie tylko widocznie atakuje wiarę katolicką, lecz na koniec wypowiada bzdurę, która świadczy już dość wyraźnie o niekatolickim myśleniu:
Oczywiście prawdą jest, że zbawienie jest nam dane z łaski Bożej, nie z naszych zasług. Jednak - jak naucza Kościół - człowiek ma wolną wolę i tym samym możliwość sprzeciwienia się łasce, co ma zwykle postać braku chęci czy wręcz niechęci do zmiany swego życia czyli nawrócenia. Kłamstwem jest natomiast, że człowiek musi czekać na łaskę. Otóż nie brak łaski jest przeszkodą w nawróceniu i zbawieniu duszy lecz brak woli człowieka i tym samym brak czynienia przez człowieka tego, co w danej chwili i w danej sytuacji jest w stanie czynić. Fałszywa i zakłamana jest postawa tego typu: nie mam jeszcze łaski wiary, więc mogę sobie żyć tak, jakby Boga nie było, więc hulaj dusza. Jeśli to jest według Zielińskiego "czekanie na łaskę", to jest to właściwie odrzucenie łaski i stawianie jej oporu. Tak jest, gdy człowiek zna wiarę katolicką, ale jednak woli żyć po swojemu. Oczywiście Pan Bóg nieustannie daje mu różne pomoce ku nawróceniu i mogą to być także cierpienia, niepowodzenia. Czekanie, aż łaska zrobi to, na co człowiek nie ma ochoty, jest okłamywaniem samego siebie i wystawianiem Pana Boga na próbę, czyli rodzajem grzechu przeciw Duchowi Świętemu, na którego Zieliński tak chętnie się powołuje.
Być może tutaj Zieliński chciał sprowokować sprzeciw Mysiora po to, żeby wykazać, iż Mysior nie zna Pisma św., a on naucza zgodnie z nim. Mysior tutaj o tyle godnie się zachował, że nie dał się sprowokować, jednak wypowiedź Zielińskiego zasługiwała na reakcję.
4.
W typowo bezczelny sposób Zieliński prowokuje, mieszając i kłamiąc jak regularnie:
Ofensywa Masiora okazała się więc tutaj dość udana.
Jest rzeczywiście bardzo prawdopodobne, a nawet wręcz pewne, że Zieliński został wychowany w typowej dla novusizmu pospolitego mentalności sekciarskiej, według której "porządek" polega na ślepym posłuszeństwie wszystkiemu, co dany proboszcz, biskup czy papież zarządzi, nawet jeśli byłoby to sprzeczne z prawdami wiary katolickiej czy odwieczną Tradycją Kościoła. To jest zresztą mentalność typowa także dla protestantyzmu, oczywiście w odpowiedniej wersji, gdyż w nim o prawdzie decyduje guru danej wspólnoty względnie wierchuszka liderów pozostająca w ukryciu jak w przypadku pseudocharyzmatyzmu. Zieliński bełkocze natomiast zupełnie, gdy chodzi o przykłady historyczne. Otóż nigdy kobiety nie brały udziału w wyborze papieża, gdyż zawsze było to zarezerwowane dla kleru rzymskiego. Owszem, były naciski możnych rodów rzymskich czy innych czynników politycznych. To był jednak nacisk na elektorów, którymi byli wyłącznie duchowni, a nie udział w elekcji.
Nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie wie, co jest dla katolika punktem odniesienia, czy tylko udaje. Jeśli nie wie, to daje tym samym dość haniebne świadectwo "studiom", którymi się chwali. Już w programie szkolnym najpóźniej licealnym powinno być wykładane, że punktem odniesienia dla katolika jest Boże Objawienie przekazane przez Apostołów w Tradycji i Piśmie św. Jeśli wyrzuci się czy odsunie Tradycję, to pozostaje tylko Biblia, a że jest ona - sama w sobie wzięta - w znacznym stopniu niejasna i otwarta na różne interpretacje, to pozostaje wtedy albo zupełny subiektywizm (które zresztą konsekwentnie nie jest możliwy), albo poddanie się "autorytetowi" jakiegoś guru. Dla novusistów takimi guru są modernistyczni "teologowie" i hierarchowie różnych szczebli, czyli po prostu heretycy, którzy z mniejszą czy większą racją powołują się na "sobór", który de facto uważają za jedynie obowiązujący, mimo że jego oficjalnie zadeklarowanym zamiarem było jedynie kaznodziejstwo a nie wiążące definiowanie prawd wiary. Zresztą gdyby tacy jak Zieliński rzeczywiście traktowali Vaticanum II jako poważny czy najpoważniejszy autorytet, to by musieli - zgodnie z konstytucją o liturgii "Sacrosanctum Concilium" - zawsze uczestniczyć w liturgii po łacinie i z chorałem gregoriańskim, a nie z bełkotami wziętymi od protestantów.
Teraz Zieliński zarzuca już tylko "podważanie" nowej liturgii jako "gorszej". Tutaj rzeczywiście idzie za specyficzną "logiką" bergogliańską, polegającą na tym, że należy odebrać katolikom to, co uważają za lepsze, i tym samym zmusić do praktykowania tego, co uważają za gorsze. To jest oczywiście także zakłamane, gdyż absurdalne. W rzeczywistości chodzi modernistom o to, żeby wyrzucić z oficjalnych struktur - i tym samym w ramiona czy to lefebvrianizmu czy sedewakantyzmu - tych, którzy wyżej cenią liturgię tradycyjną od Novus Ordo. I to ma być ta słynna bergogliańska duszpasterskość, otwartość i miłosierdzie... A przy okazji Zieliński kłamie, jakoby "TC" było inicjatywą biskupów. Wszak biskupi zawsze mieli możliwość ukarania czy to wiernych czy kapłana za polemikę, którą uważali za niestosowną, i nie potrzebowali do tego ograniczenia ich władzy, którego dokonał bergogliański dokument "TC". Nasuwa się pytanie, czy Zieliński w ogóle czytał ten dokument, a jeśli nawet czytał, to na pewno nie ze zrozumieniem.
Przy tej sposobności Zieliński ponownie i dość wyraźnie prezentuje swoje - a właściwie wytresowane u niego przez modernistów i protestantów - pojęcie posłuszeństwa, skoro według niego krytyczne podejście do Novus Ordo i ogólnie do "zreformowanej" liturgii oraz do nauczania Vaticanum II i po nim sprzeciwia się tejże cnocie. No cóż. Z jednej strony - według tej mentalności - Duch Święty rzekomo może zmieniać zdanie, z drugiej zaś katolik ma ślepo, bez namysłu, refleksji i bez używania swojego rozumu oświeconego nadprzyrodzoną wiarą. Trzeba tutaj powiedzieć wprost: to jest nie tylko karykatura katolicyzmu, lecz wręcz jego przeciwieństwo, a za to coś na modłę wszelkiej maści sekt, zwłaszcza sekty protestanckiej, gdzie nie ma prawdy, a są jedynie subiektywne przeżycia, odczucia, a ponad wszystkim jest irracjonalna wola przywódcy, która też sama w sobie jest dowolna i zmienna. To jest nic innego jak dość czytelna forma agnostycyzmu na usługach wszelkiej maści dyktatur i tyranij. I to jest właściwy korzeń i przyczyna zapaści wiarygodności i autorytetu Kościoła.
Chodzi więc o to, że do 15-latka podchodzi ksiądz - zapewne z sekty pseudocharyzmatycznej - i mówi słowa niby pobożne, ale zapewne kryjące coś zupełnie innego. Jeśli dorosły mężczyzna zagaduje nastolatka, to zdroworozsądkowo należy przypuszczać najpierw coś, co z pobożnością nie ma nic wspólnego, nawet jeśli używane są słowa quasi religijne. Wszak takie słowa zasadniczo można powiedzieć do każdego i zawsze. Jeśli ten kapłan z sekty pseudochary powiedział to do młodocianego Marcina, to najwyraźniej go sobie upatrzył. Reakcja takiego chłopaka, który bynajmniej nie grzeszy wybitną inteligencją czy choćby zdrowym rozsądkiem, a raczej wybujałą uczuciowością, jest o tyle zrozumiała, że w tym wieku, gdy młody człowiek szuka swojej tożsamości, drogi i też jakiejś więzi emocjonalnej, jest to znaczące i znamienne przeżycie, zwłaszcza oznacza wejście do grupy, która jest jakąś nowością, a równocześnie daje poczucie wyjątkowości, wielkiej misji i świetlanej przyszłości. Natomiast nazywanie tego "nawróceniem" czy doświadczeniem miłości Bożej jest conajmniej nieporozumieniem, a właściwie nawet bluźnierstwem. Nawet, jeśli było powiązane z jakąś nową gorliwością religijną, gdyż ona była widocznie powiązana z wejściem do sekty pseudocharyzmatycznej powiązanej z demonicznym "Toronto blessing". Innymi słowy: Zieliński widocznie myli nawrócenie w znaczeniu chrześcijańskim (czyli katolickim) z uczuciem i uwielbieniem dla siebie, jakiego doświadczył w tej sekcie, która go zresztą od tamtego czasu nadal pompuje emocjonalnie i też finansowo. Dlatego właśnie Zieliński nawet nie próbuje i widocznie stanowczo nie chce - przynajmniej publicznie - zinterpretować tego "przeżycia" rozumowo:
Skoro on tak zdecydowanie blokuje trzeźwe, racjonalne podejście do sprawy, to ma w tym zapewne jakiś interes. I chyba nie tylko on.
Zieliński jest widocznie podenerwowany, lecz na tyle wytresowany na bezczelność, że odpowiada pytaniem, sugerując ignorancję rozmówcy. Tutaj Mysior popełnił kardynalny błąd, nie domagając się wskazania na konkretny cytat czy przynajmniej dokument Vaticanum II, który by zaprzeczał, iż protestanci są heretykami. Widocznie "człowiek rozumny" z Sopotu jest tak zaczadzony propagandą lefebvriańską, że wierzy na słowo także Zielińskiemu. Ten ostatni oczywiście wije się i skręca, by nie odpowiedzieć na pytanie, prezentując za to zarówno przekręcone jak też urojone wypowiedzi soboru. Jeśli by rzeczywiście znał tegoż dokumenty, zwłaszcza odnoszące się do tak istotnej dla niego kwestii, to byłby w stanie przynajmniej znaleźć w internecie odnośne dokumenty i wskazać konkretnie cytaty. Dla każdego trzeźwo myślącego, zwłaszcza dla choćby średnich lotów teologa, jest dość jasne, iż fakt działania Ducha Świętego u wyznawców fałszywych kultów wcale nie zaprzecza temu, że są to fałszywe kulty czy herezje. Duch Święty działa w każdym człowieku, także w heretyku, poganinie czy najgorszym zbrodniarzu, a to po to, by go doprowadził do nawrócenia na prawdziwą wiarę i zmianę życia.
I pozostaje uparty wobec już prawie płaczącego z rozpaczy Zielińskiego, ale nie do końca:
Zieliński unika określenia "herezja" jak diabeł święconej wody, mimo że to pojęcie jest jasno podane i zdefiniowane zarówno w Kodexie Prawa Kanonicznego jak też w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Tym samym mamy tutaj dowód na to, że Zieliński nie jest w zgodzie nawet z tymi podstawowymi źródłami struktur Novus Ordo, czyli sam jest heretykiem.
Mysior niestety znów nie domaga się wskazania na konkretny dokument. Gdyby się domagał, to by się na pewno okazało, że Zieliński nie jest w stanie wskazać, a by jedynie próbował się jakoś wykręcić.
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Kwestia dotyczy wprost autonomii Kościoła, w odpowiednim sensie stosunków między Kościołem a państwem. W tej kwestii są dwie zasadnicze p...
-
Co jakiś czas zadawane mi było pytanie odnośnie Alicji Lenczewskiej i jej rzekomych objawień. Zacząłem od szukania źródeł dostępnych w inter...
-
Są sytuacje, gdy poważnie waham się, czy powinienem podać tutaj materiał dowodowy. Musiałem to już czynić kiedyś w przypadku "słynnego...
-
Gdy porwano i zamordowano x. Jerzego Popiełuszkę, byłem na pierwszym roku studiów w Krakowie. Wtedy dość powszechnie znane były jego kazania...
