Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy są modlitwy nie do odparcia?


Odpowiedź jest właściwie prosta: takich modlitw w znaczeniu magicznego działania czy gwarancji oczekiwanego skutku nie ma. Z prostego powodu: Pan Bóg nie jest automatem do spełniania naszych pragnień, ani partnerem handlu wymiennego.

Oczywiście nasze modlitwy mają wartość u Pana Boga. Jak zaznacza chociażby św. Tomasz z Akwinu, Pan Bóg chce, żebyśmy prosili o to, czego nam chce udzielić. Dlatego możemy i powinniśmy się zwracać do Niego w różnych potrzebach, nawet w każdej godziwej. Nie oznacza to jednak, jakoby Pan Bóg miał obowiązek wysłuchać nasze prośby.

Pan Jezus mówi: "O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię." (J 14,13-14) Warunkiem jest, że modlitwa ma być "w imię" Jego, tzn. w Jego istocie, w Jego postawie, na Jego wzór. Oznacza to całkowite oddanie się woli Ojca. Wówczas człowiek otrzymuje to, czego właściwie pragnie, mianowicie to, co jest wolą Pana Boga, a to jest zawsze najlepsze, choć nie od razu to poznajemy.

Innymi słowy: nie ma modlitw z gwarancją spełnienia prośby. Święty Tomasz mówi, że Pan Bóg zawsze wysłuchuje próśb dotyczących łask potrzebnych do zbawienia wiecznego. Natomiast gdy chodzi o inne sprawy i łaski, to wysłuchuje ich tylko wtedy, gdy służą one zbawieniu wiecznemu. To wyjaśnia, dlaczego stosunkowo rzadko wysłuchiwane są modlitwy w sprawach doczesnych, o zdrowie itp. Pan Bóg wie najlepiej, co jest dobre dla naszego zbawienia. Spełnienie naszych życzeń doczesnych mogłoby być szkodliwe dla naszych dusz.

Ponadto w modlitwie liczy się bardziej nastawienie wewnętrzne niż ilość czy długość. Owszem, czas i siły poświęcone na modlitwę mają znaczenie i wartość u Pana Boga, ale jako wyraz miłości i oddania, nie jako sposób wymuszenia czegoś od Pana Boga. W tym znaczeniu lepsza i "skuteczniejsza" ja taka modlitwa, która bardziej sprzyja i pomaga w odpowiedniej wewnętrznej postawie pokory, miłości i oddania się woli naszego miłującego Ojca.

Szczególną wartość mają modlitwy za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, co potwierdza doświadczenie wielu świętych i całego Kościoła na przestrzeni wieków. Wiąże się to zarówno z Jej wyjątkowym wstawiennictwem jak też z postawą, której to wstawiennictwo sprzyja. Jak zauważa św. Ludwik Grignon de Montfort, zwracanie się do Boga za wstawiennictem Matki Najświętszej wymaga większej pokory i wyraża pokorę, przez co szczególnie dysponuje człowieka od otrzymania łask.

Tzw. nowenna pompejańska wymaga ponadprzeciętnego zaangażowania czasu, sił oraz wytrwałości. Nie jest ona zwykle ponad siły także świeckiego katolika, jednak jest dość wymagająca. Oczywiście istotne nie jest zewnętrzne jej praktykowanie, lecz oddanie wewnętrze, które wyraża się w słowach i postawie zewnętrznej. Stąd wynika jej skuteczność, aczkolwiek także nie jest to działanie automatyczne czy kontraktowe. Kto szczerze uczynił taką modlitwę, ten może poświadczyć jej działanie przede wszystkim duchowe, które kształtuje i przemienia serce człowieka, który z czystych pobudek podejmuje modlitwę.

Co mogą aniołowie? Raz jeszcze, czyli Sz. Bańkowych bełkotów ciąg dalszy


Niestety słynna gwiazda medialna sekty stehliniańskiej nie odpuszcza w dalszym głoszeniu ignoranckich bzdur, nie tylko świadczących o jego odmóżdżeniu i nędzy co do wiedzy teologicznej, lecz zdążających do odmóżdżenia fanów sekty. Zwrócono mi na to uwagę:


Oto owa wypowiedź w częściach (z powodów technicznych):




Przede wszystkim mamy tutaj pomieszanie wątków i myśli, czy raczej nieprzemyślanych słów, czyli bełkot typowy dla tego osobnika. Ten człowiek widocznie jedyne, co potrafi, to udawać, że wie, i to dość nieudolnie. Twierdzi, że:
- Księga Tobiasza pokazuje anioła, 
- Jakub walczył z aniołem, który się pokazał,
- częścią Bożego Objawienia jest to, że aniołowie mogą się pokazać, bo to jest bezpośrednio objawione,
- aniołowie pokazują się wtedy, gdy chcą zadziałać,
- aniołowie mogą konstruować ciało udające ciało ludzkie, jak w Księdze Tobiasza, 
- duch może oddziaływać na materię i dawać zmysłowe sygnały jak fale dźwiękowe, i może kształtować materię, 
- duch może tworzyć iluzję jak hologram. 

Zacznijmy od wskazanych przykładów biblijnych. 

W Księdze Tobiasza czytamy:


W Septuagincie brzmi to:


Tutaj jest istotna różnica względem tłumaczenia, mianowicie jest mowa o "modlitwie wobec chwały wielkiego Rafała, i został posłany uzdrowić tych dwoje". Imię Rafał znaczy po hebrajsku "Bóg uzdrawia". 

Pod koniec księgi staje się jaśniejsze, kim jest Rafał:


W Septuagincie czytamy:


Także tutaj tłumaczenie polskie popełnia sporo przeinaczeń. Text grecki mówi wyraźnie, że Rafał jest jednym z siedmiu świętych wysłanników, że przybył z woli Boga, że widzieli jedynie wizję, że anioł Pana im się ukazał. 

Jednak także w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia jest także jasno powiedziane, że Rafał został posłany przez Boga, że przybył z woli Bożej, i że to było tylko widzenie. Nie ma nic o samowolnym i wynikającym z natury anioła zjawieniu, a jest wprost powiedziane, że to było tylko widzenie duchowe, gdyż Rafał nie ma ciała i właśnie dlatego nic nie jadł. 

W Księdze Rodzaju czytamy:


Septuaginta mówi nieco inaczej:



Podobnie jest w następnym fragmencie: 


Septuaginta mówi, że człowiek zmagał się z Jakubem (podobnie jak text hebrajski):


W pierwszym fragmencie wcale nie jest powiedziane, że chodzi o aniołów w znaczeniu dobrych duchów, lecz o wysłanników, gdyż takie jest znaczenie zarówno słowa hebrajskiego jak też greckiego w Septuagincie (Biblia Tysiąclecia popełnia więc tutaj błąd w tłumaczeniu). 

Natomiast w drugim fragmencie wcale nie jest powiedziane, z kim Jakub walczył. Dopiero w żydowskich midraszach pojawia się interpretacja, że to był jego anioł stróż czy archanioł Michał. Sprawy nie wyjaśnia także Księga Ozeasza (12,4-5), gdyż z jednej mówi, że Jakub walczył z Bogiem, a z drugiej, że z wysłannikiem (nie do końca wiadomo czyim). 

Jeśli to - według x. Bańki - są źródła, które "wprost objawiają", że aniołowe mogą być widzialni i konstruować sobie ciało, to po pierwsze on nie umie czytać ze zrozumieniem, albo w ogóle nie czytał, a po drugie to jest to bluźnierstwo względem Bożego Objawienia, skoro ono rzekomo objawia coś, co właściwie wcale nie jest objawione przynajmniej jednoznacznie. 

Tak więc, po pierwsze x. Bańka wykazuje haniebny brak literalnej znajomości nawet tych fragmentów Pisma św., na które się powołuje. Po drugie, wykazuje zupełny brak znajomości katolickiego warsztatu exegetycznego, co jest szczególnie istotne w przypadku textów starotestamentalnych. Exegeza katolicka wymaga po pierwsze rzetelne zbadanie sensu dosłownego i historycznego, a po drugie jego interpretowanie w powiązaniu z całością Bożego Objawienia, w tym także z Magisterium Kościoła oraz z teologią katolicką, które je bada i odpowiednio interpretuje. 

Co mówi Magisterium Kościoła w tej kwestii? 

Sobór Laterański IV zdefiniował stworzenia duchowe czyli anielskie jako bezcielesne:


Jedynym stworzeniem duchowo-cielesnym jest człowiek. Wynika z tego, że aniołowe jako bezcielesne ani nie są widzialne przez zmysły, ani nie mają same ze siebie zdolności do działania takiego, jakie jest właściwe bytom materialnym i duchowo-materialnym jak człowiek. Innymi słowy: aniołowie są niewidzialni i nie mogą sprawić nic, do czego konieczne jest oddziaływanie materialne czyli cielesne. Taki jest naturalny porządek stworzenia. 
Oczywiście Pan Bóg jako Stwórca jest ponad tym porządkiem i może działać wbrew prawom natury, też wbrew naturalnym zdolnościom aniołów. O takich działaniach, które można określić cudami, jest zapewne mowa w Piśmie św. Innymi słowy: Gdy aniołowie stają się widzialni dla człowieka i działają w sposób właściwy dla istoty duchowo-cielesnej (jaką jest człowiek), to dzieje się to nie dzięki ich naturalnej zdolności lecz na mocy działania Bożego przez nich. To jest istotna różnica.

Różnica ta jest istotna nie tylko dla właściwego rozumienia źródła Bożego Objawienia, jakim jest Pismo św., lecz jako zapora przed fałszywymi poglądami, które są zarówno judaistyczne (gnostyckie) jak też pogańskie (animistyczne), modne w różnych odmianach okultyzmu, który się rozplenił niestety także pośród katolików, a właściwie został rozpleniony dzięki elementarnej niewiedzy nawet duchownych, do których należy widocznie x. Bańka. 

W tym kontekście pojawiają się opowieści zwłaszcza o św. Janie Vianney czy o św. o. Pio, czy też z rzekomych opisów pseudoexorcystów, które są przytaczane jako rzekome dowody przeciw powyższej prawdzie katolickiej. Co świadczy zarówno o ignorancji teologicznej, jak też o naiwności, bezczelnie wykorzystywanej przez tych, którzy nauczyli się robić potężny biznes na sensacjach tego typu, które mają więcej wspólnego z grafomaństwem okultystycznym i okultystyczną kinematografią niż z rzeczywistością i prawdą historyczną. 

Kościół a savoir-vivre


Należy odróżnić między powszechnym głosem Kościoła, czyli tym, co w Kościele się powszechnie głosi i czyni, a nauczaniem Magisterium Kościoła, czyli urzędowymi wypowiedziami hierarchii kościelnej. To drugie zasadniczo odbywa się wtedy, gdy należy rozstrzygnąć jakąś kwestię wiary i obyczajów, czy rozstrzygnąć jakiś spór teologiczny. 

Takie kwestie jak zachowanie przy stole czy inne zasady bądź konwenanse nie należą ściśle do dziedziny, w której wypowiada się Magisterium Kościoła, a to z tego powodu, że nie ma takiej konieczności. Natomiast obowiązuje tu zasada, że Kościół uznaje, szanuje i promuje wszystko, co jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem i zdrowymi zasadami danej kultury i obyczajowością w sensie szerszym. 

Dlatego tutaj wystarczy zdroworozsądkowe podejście każdego katolika. Można i należy posłużyć się dobrymi świeckimi źródłami, czy to niepisanymi, czy książkowymi. 

Obecnie ma niestety miejsce dość powszechne spodlenie obyczajów zarówno w sferze prywatnej i rodzinnej jak też nawet publicznej i to na - pozornie czy realnie - najwyższych szczeblach społeczeństwa. Wynika to z następujących przyczyn:

- zapaść kulturowa spowodowana wymordowaniem polskiej elity intelektualnej i kulturowej w ramach zarówno działań wojennych jak też zbrodni komunistycznych, 

- zastąpienie tych rdzennych elit przez aparat komunistyczny zarówno w sferze państwowej jak też w szeroko rozumianej kulturze (literatura, sztuka różnego rodzaju, aż po publicystykę), 

- zmieszanie i w dużej części zjednoczenie tej pseudoelity komunistycznej z nowobogackimi dorobkiewiczami kapitalistycznymi, gdzie dorobek wynikł nie tyle z rzetelnej pracy i dobrej przedsiębiorczości, co raczej z agresywnej i nierzadko oszukańczej chciwości. 

Innymi słowy: awans finansowo-społeczny dość często bardzo wyrasta poza dość niski poziom intelektualno-kulturowy, choć w zdrowej sytuacji społecznej powinno być raczej odwrotnie. Ma to przełożenie na pseudoliberalne wychowanie dzieci, które je kształtuje na osobowości aspołeczne. Typowym i bardzo częstym przykładem jest to, o czym już niegdyś wspominałem, mianowicie głoście imprezy na wolnym powietrzu, które narzucają swoje dość wątpliwe gusta akustyczne okolicznym mieszkańcom nawet na dalekie odległości. Przy czym matką i wzorem są imprezy wiadomego osobnika w czerwonych okularach od pseudoświątecznego zbierania pieniędzy przez dzieci na mrozie. Tutaj nie trzeba wysublimowanego nauczania Magisterium Kościoła, gdyż wystarczy zdrowy rozsądek i prosta zasada poszanowania dla wolności innych osób, które nie chcą słuchać tego, co komuś innemu może się podoba z jakichś względów (właściwie demonicznych). Tego widocznie nie rozumieją także moderniści pseudokatoliccy, skoro urządzają tego typu imprezy jako niby katolickie, lecz na takiej samej zasadzie braku uszanowania dla wolności tych, którzy nie lubią i nie chcą doznawać tego typu wrażeń akustycznych. 

Odpowiadając w skrócie:

Zasady savoir-vivre obowiązują katolika nie same w sobie, gdyż są w znacznej mierze zmienne i różnorodne zarówno czasowo jak też lokalnie, lecz o tyle, o ile są wyrazem i zastosowaniem zasad zdroworozsądkowych, zwłaszcza poszanowania wolności drugiej osoby czy osób. Oznacza to, że podstawą zasadą savoir-vivre jest nienarzucanie komuś przeżyć czy wrażeń, które godzą czy mogą godzić w jego poczucie wartości dobra, piękna, godności ludzkiej. Wymaga to oczywiście choćby minimalnej zdolności i gotowości do uwzględnienia wrażliwości i odczuć innych osób. Jeśli ktoś nie dysponuje tym minimum, to jest osobowością aspołeczną, której słusznie można i należy unikać, także dla dobra tej osoby, by być może doszła do namysłu nad sobą i zmiany swojej postawy. 


Brak zaufania jako źródło "teologii" lefebvriańskiej


W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty w Polsce, tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny. Tym niemniej cenne są słowa owego przywódcy, gdyż są demaskujące, choć w zamyśle mają być zapewne obronno-ofensywne. Oto istotne fragmenty:


Wezwanie


Dominica II post Pentecosten

Łk 14,15-24:

Gdy to usłyszał jeden ze współbiesiadników, rzekł do niego: Błogosławiony ten, który będzie spożywał chleb w Królestwie Bożym.

A On mu rzekł: Pewien człowiek przygotował wielką ucztę i wezwał wielu.

I posłał swego sługę w godzinę uczty, aby powiedział wezwanym: Przyjdźcie, bo już wszystko gotowe.

I poczęli się wszyscy jeden po drugim wymawiać. Pierwszy mu rzekł: Kupiłem pole i muszę wyjść i zobaczyć; proszę cię, miej mię za wymówionego.

A drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, miej mię za wymówionego.

A inny rzekł: Żonę pojąłem i dlatego nie mogę przyjść.

A gdy wrócił sługa, oznajmił to panu swemu. Wtedy gospodarz rozgniewawszy się rzekł do sługi swego: Wyjdź prędko na place i ulice miasta i wprowadź tutaj ubogich i ułomnych, i ślepych, i chromych.

I rzekł sługa: Panie, tak się stało, jak rozkazałeś, i jeszcze jest miejsce.

Wtedy rzekł pan do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i przymuszaj, by weszli, żeby zapełniony został dom mój.

Albowiem mówię wam, że żaden z owych wezwanych mężów nie skosztuje mojej uczty.


ακουσας δε τις των συνανακειμενων ταυτα ειπεν αυτω μακαριος ος φαγεται αρτον εν τη βασιλεια του θεου

ο δε ειπεν αυτω ανθρωπος τις εποιησεν δειπνον μεγα και εκαλεσεν πολλους

και απεστειλεν τον δουλον αυτου τη ωρα του δειπνου ειπειν τοις κεκλημενοις ερχεσθε οτι ηδη ετοιμα εστιν παντα

και ηρξαντο απο μιας παραιτεισθαι παντες ο πρωτος ειπεν αυτω αγρον ηγορασα και εχω αναγκην εξελθειν και ιδειν αυτον ερωτω σε εχε με παρητημενον

και ετερος ειπεν ζευγη βοων ηγορασα πεντε και πορευομαι δοκιμασαι αυτα ερωτω σε εχε με παρητημενον

και ετερος ειπεν γυναικα εγημα και δια τουτο ου δυναμαι ελθειν

και παραγενομενος ο δουλος εκεινος απηγγειλεν τω κυριω αυτου ταυτα τοτε οργισθεις ο οικοδεσποτης ειπεν τω δουλω αυτου εξελθε ταχεως εις τας πλατειας και ρυμας της πολεως και τους πτωχους και αναπηρους και χωλους και τυφλους εισαγαγε ωδε

και ειπεν ο δουλος κυριε γεγονεν ως επεταξας και ετι τοπος εστιν

και ειπεν ο κυριος προς τον δουλον εξελθε εις τας οδους και φραγμους και αναγκασον εισελθειν ινα γεμισθη ο οικος μου

λεγω γαρ υμιν οτι ουδεις των ανδρων εκεινων των κεκλημενων γευσεται μου του δειπνου


Pan Jezus opowiedział tę przypowieść w kontekście uczty szabatowej u jednego z przedniejszych faryzeuszy, gdzie był zaproszony. Współbiesiadnik, na którego słowa Mistrz odpowiada, zapewne także należał do tego stronnictwa żydowskiego. Tym razem atmosfera jest zasadniczo przyjazna, w przeciwieństwie do wielu innych sytuacyj opisach w Ewangeliach. Na tym tle przypowieść może się słusznie wydawać pewnym zgrzytem, zwłaszcza jej zakończenie.

W Novus Ordo ta perykopa jest głoszona w jednej ze stacyj procesji Bożego Ciała, co nadaje jej sens eucharystyczny i jest pewnym zawężeniem i wykrzywieniem, gdyż łączy Eucharystię z wieczerzą, co zalatuje protestantyzmem. Tymczasem przypowieść ma wyraźnie wybitny sens eklezjologiczny i historiozbawczy, a to w taki sposób, że współcześni ekumaniacy powinni ją określić jako antyjudaistyczną. Kluczem są tutaj słowa εκαλεσεν i κεκλημενοις od καλειν, tłumaczone zwykle błędnie jako "zaprosił" i "zaproszeni", podczas gdy źródłosłów dla każdego w czasach apostolskich i także obecnie znającego język grecki jednoznacznie wskazuje na Εκκλεσια, co w języku polskim znów jest tłumaczone zupełnie opacznie - choć znaczenie się zgadza - jako Kościół (od łacińskiego castellum czyli zamek, twierdza, czyli miejsce, które jest siedzibą władcy; nawiasem mówiąc inne języki słowiańskie mają ładniejszą nazwę, podobną do polskiego "cerkiew", od greckiego κυριακη czyli "dzień pański", czyli Chrystusowa wspólnota eucharystyczna zgromadzona w dzień Zmartwychwstania). Tak więc w języku Nowego Testamentu społeczność założona przez Jezusa Chrystusa jest wezwaniem i powołaniem, wspólnotą tych, którzy zostali wezwani z tego świata ku nowemu życiu w Chrystusie, na które wskazuje uczta, gdzie Bóg jest gospodarzem.

Nie trudno zauważyć, że pierwotnie powołanymi do uczty Bożej są ci, którzy jako pierwsi otrzymali Boże Objawienie i przymierze z Nim. Tym niemniej przeszkody czyli wymówki są ogólnoludzkie i ponadczasowe. Sprowadzają się one do dóbr materialnych oraz relacyj międzyludzkich, nawet tak naturalnych i zasadniczo dobrych jak małżeństwo i rodzina. To są przeszkody pod względem duchownym, jako że wejście do Królestwa Bożego i tym samym na ucztę życia wiecznego jest wydarzeniem istotnie duchowym, aczkolwiek oczywiście po zmartwychwstaniu ciał także cielesność będzie miała w nim udział, podobnie jak w życiu Bożym doczesnym także uczestniczy ciało człowieka na swój sposób. 

Jest jednak głębsza przyczyna i źródło odrzucenia wezwania: brak docenienia owego zaproszenia oraz samej uczty. Z kolei to niedocenienie musiało wynikać ostatecznie z braku szacunku i wdzięczności wobec gospodarza. W stosunkach międzyludzkich jest to nierzadkie. Wydawałoby się, że w odniesieniu do zaproszenia Bożego jest to niemal niemożliwe, przynajmniej u człowieka dobrej woli, który chce przynajmniej swojego dobra. Doświadczenie jednak uczy, że akurat wezwanie przez Boga spotyka się bardzo często z odrzuceniem czy przynajmniej obojętnością, o ile jest ono tożsame z powołaniem do bycia w Kościele Chrystusowym z odpowiednimi tego konsekwencjami. Te konsekwencje są znacznie częściej odbierane jako wymagania i to w dużej części "nieżyciowe" bądź nierealistyczne, niż jako obdarowanie i konsekwencje obdarowania. 

W zdrowych relacjach międzyludzkich wartość zaproszenia do kogoś nie liczy się miarą korzyści materialnych i zmysłowych (zjeść, napić się, zabawić itp.), lecz miarą spotkania z innymi ludźmi, zwłaszcza z gospodarzem. Pod tym względem ci pierwsi wezwani zawiedli. A jest to zjawisko ponadczasowe, obecnie coraz bardziej częste. Tę zasadę można i należy zastosować do właściwego sensu - wezwania do wspólnoty wezwanych (Εκκλησια) czyli Kościoła. Jeśli ktoś stawia na korzyści doczesne - a tak się zdarza nie tylko w przypadku świeckich, lecz także duchownych - to nie wejdzie prawdziwie do tej wspólnoty, gdyż nie zna wartości obecności Gospodarza i radości przebywania z Nim. To nieporozumienie może mieć - i obecnie coraz częściej ma - postać bardziej subtelną, mianowicie w stawianiu na przeżywanie wspólnotowości na płaszczyźnie ludzkiej, czyli na obecność innych ludzi, nie na obecność Boga, Jego prawdy, dobra i piękna. Oczywiście docenienie Jego obecności zawiera także uznanie wartości odblasku Jego doskonałości, dobroci i chwały w bliźnich. Chodzi o różnicę i hierarchię, czyli priorytet Stwórcy i Zbawiciela nad stworzeniem i grzesznikiem, także w sobie. 

W tej przypowieści mamy ciekawy podział ludzi na trzy kategorie pod względem stosunku do wezwania Bożego. Jasne jest, że ostrze polemiki jest skierowane przeciw kategorii pierwszych, czyli tych pierwotnie wybranych. Co do istoty jednak należą do niej wszyscy, którzy podobnie odrzucają wezwanie, nawet jeśli wpierw je przyjęli przynajmniej pozornie. Należą tutaj także wszyscy ci, którym został dany przekaz wiary katolickiej od dzieciństwa: otrzymali wezwanie, nawet go wprost nie odrzucili, jednak faktycznie wzgardzają nim wtedy, gdy mają możliwość - daną z łaski - zbliżenia się do Boga i to na wieczność. Na tym polega powaga i dramat dziejów ludzkości, Izraela i też Kościoła po wsze czasy. Ten dramat idzie i będzie szedł przez serca ludzkie aż do skończenia świata. 

Druga kategoria wydaje się być przeciwieństwem pierwszej. Ubodzy, ułomni, ślepi i chromi nie są tymi, których się zwykle zaprasza, chociażby ze względu na domowników czy innych zaproszonych. Jednak oni są tymi, w których sam Pan Jezus mówi w Kazaniu na Górze w błogosławieństwach (Mt 5). Chodzi o różne rodzaje ubóstwa, gdzie istotą jest ubóstwo duchowe, czyli świadomość i uznanie swojej niewystarczalności i konieczności zdania się na działanie Boże. Tacy wydają się wpierw odrzuceni czy przynajmniej zapomniani przez Boga, czy choćby gorzej potraktowani, mniej umiłowani, a przynajmniej nadzwyczaj doświadczani. A to oni właśnie idą na ucztę bez oporów, gdyż doceniają jej wartość. To docenienie nie musi być wysublimowane, duchowe. Oni potrzebują także nakarmienia, czy choćby ludzkiego potraktowania ich jakby na równi z innymi. W tym znaczeniu przyjęcie wezwania nie jest bezinteresowne w najprostszym wymiarze. Z perspektywy Gospodarza nie jest to złe, gdyż On chce obdarzać i to czyni całościowo. Cóż byśmy mieli, gdybyśmy nie mieli od Niego?  

Najbardziej zagadkowa jest grupa trzecia. Przed nimi zostali wezwani ubodzy, co mogło powodować niechęć do pójścia na ucztę i konieczność zmuszenia. Na czym polegał ów przymus? Greckie słowo αναγκαζειν nie musi oznaczać przemocy fizycznej, którą tutaj trudno sobie wyobrazić w wykonaniu jednego sługi. Chodzi zapewne o usilne nakłanianie, czyli o wysiłek ze strony sługi, nie przemoc. To jest wezwanie i zadanie dla Kościoła jako wspólnoty sług Chrystusowych. Celem jest zapełnienie domu Gospodarza, co służy nie Jemu, lecz wezwanym. 

Można zarzucić, że w tej pełni brakuje "normalnych" zaproszonych, którzy - otrzymawszy wcześniej zaproszenie i wezwanie - poszli za nim. Po pierwsze, Pan Jezus nie opowiada historii ludzkości czy Izraela, aż to czasu swego przyjścia włącznie, lecz ostrzega, wzywa i też zapewnia o tym, że nie zostają pominięci nawet ci, którzy są oporni i niechętni. Po drugie, wzorem odpowiedzi na wezwanie są właśnie ubodzy, chorzy, upośledzeni. Czyż nie do nich zalicza się każdy grzesznik, czyli chory duchowo, każdy zmagający się ze swoimi słabościami i ułomnościami, każdy, kto jako chromy duchowo nie jest w stanie sam przyjść na ucztę? 

Zaś kosztowaniem - właściwie smakowaniem - uczty jest już smakowanie zaproszenia, oczywiście w zadatku, w przedsmaku. W tym znaczeniu wiara prawdziwa jest smakowaniem prawdziwego Boga. Ten Bóg jest dobry, najlepszy, najdoskonalszy. On chce udzielać ze swojego i udziela. Jego radością jest dom zapełniony tymi, którzy przyszli za wezwaniem, nawet jeśli musieli zostać do tego w jakiś sposób zmuszeni. Jednak nie jest to Bóg pobłażliwy wobec wszystkiego, choć "szanujący" wybór tych, którzy woleli pójść na pole, wypróbować woły, zająć się żoną. Ten Boży szacunek nie jest ani obojętnością, ani pochwałą, lecz konsekwentnym i niezmiennym trwaniem porządku stworzenia, gdzie człowiek jest wyposażony w wolną wolę. W tym znaczeniu można i należy mówić, że Bóg nikogo nie potępia, nikogo nie odrzuca, lecz to człowiek ma możliwość odrzucenia wezwania Bożego i niestety korzysta z tej możliwości. 

Bóg nigdy nie odwołuje swojego wezwania i nie ustaje nawet w usilnym nakłanianiu, posługując się swoim sługą - Kościołem. Prawdziwy Kościół to nie jest taki, który godzi się na wszystko, do niczego nie wzywa, nie nakłania, jest obojętny na to, że wielu wezwanych nie idzie za wezwaniem. Prawdziwy Kościół, który sam jest stale wzywany przez swego Pana, nie ustaje, by wszyscy skosztowali hojności Bożej. To nie jest ekumeniczne. To nie jest liberalne w znaczeniu stawiania wolności człowieka ponad jego dobro. Ale to jest Chrystusowe. 

Jak się chronić przed starokawalerstwem i staropanieństwem?


Jak się okazało we wielu komentarzach do poprzednich wpisów, temat jest nader aktualny i - wygląda na to - coraz szerszy. Tak też wynika z mojego doświadczenia duszpastersko-pozainternetowego. 

Pytanie tytułowe jest oczywiście uproszczeniem. Równocześnie jest ono o tyle słuszne, iż przeważnie - może nawet prawie zawsze - żaden mężczyzna i żadna niewiasta z góry nie planuje starokawalerstwa i staropanieństwa. 

Paradoxalnie starokawalerstwo grozi także żonatym i duchownym, podobnie jak staropanieństwo mężatkom i zakonnicom. Oczywiście w innym stopniu i w nieco innych sposób. A obecnie zjawisko to staje się coraz bardziej powszechne także w małżeństwach, gdy małżonkowie żyją bardziej obok siebie niż ze sobą. 

Jak więc zdefiniować starokawalerstwo i staropanieństwo? 

Myślę, że są tutaj dwie istotne cechy:

- brak odpowiedzialności za drugą osobę i inne osoby, 

- brak gotowości poddania się korygowaniu przez inne osoby. 

Te cechy mogą być w różnym stopniu obecne w zależności od osoby. Równocześnie muszę zaznaczyć, że znam osoby samotne, które te cechy wykazują w znacznie mniejszym stopniu niż wiele osób żyjących w małżeństwie. 

Istotne jest to, że te brakujące cechy zwykle są przyczyną braku powodzenia w szukaniu żony czy męża. Dochodzi jednak jeszcze trzeci czynnik, mianowicie zbyt wygórowane, wręcz nierealistyczne oczekiwania i wymagania. Nierzadko wiąże się to z niesymetrycznymi wymaganiami wobec siebie, to znaczy z rozpieszczaniem siebie bądź z nierealistycznymi wymaganiem względem siebie. 

Tym samym można się domyśleć, jakie są środki zaradcze. Jak je stosować?

Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się dość wcześnie i to w rodzinie. A to na dwa sposoby, nie całkowicie wykluczające się. Pierwszy sposób to nadopiekuńczość czy to obojga rodziców, czy zwłaszcza matki. W ten sposób odbywa się rozpieszczanie i uzależnianie od siebie, zarówno emocjonalne, jak też intelektualne i zwykle też materialne. Taka osoba jest tak wychowywana, że zatrzymuje się w rozwoju, że pod względem osobowościowym pozostaje dzieckiem, najwyżej nastolatkiem. Nadopiekuńczość nie musi oznaczać kształtowania braku zaradności i oczekiwania tylko troski ze strony innych osób. Władcza i dominująca matka może też wyrabiać w swoim dziecku także wypełnianie różnych zadań czy obowiązków, ale zasadniczo tylko tych, które jej są potrzebne i dla nie przydatne przynajmniej pośrednio. Innymi słowy takie dziecko do dorasta do samodzielnego życia i do założenia własnej rodziny, lecz do pozostania na zawsze synkiem czy córeczką. Bywa, że takie osoby wchodzą w związek małżeński, jednak są na tyle niedojrzałe, że związek albo się rozpada, albo współmałżonek musi pełnić rolę quasi zastępczą czy wręcz delegowaną przez mamusię czy - znacznie rzadziej - tatusia. 

Drugi sposób to brak wychowania do odpowiedzialności za siebie i innych. Takie dziecko ma wszystko podane na tacy, niczego się od niego nie wymaga, co często odbywa się w intencji "żeby moje dziecko miało lepiej", "moje dziecko jest do wyższych rzeczy" itp. To jest też rodzaj uzależnienia i głupiej miłości, lecz szczególnie krótkowzroczny, gdyż takie dziecko nie będzie w stanie ani zadbać o siebie, ani o kogokolwiek, także o swoich rodziców na starość. 

To są oczywiście skrajne przypadki i niekoniecznie związane, jak wspomniałem, z pozostawaniem w bezmałżeństwie, jednak cechy osobowości czynią takiego człowieka niezdolnym do zdrowej relacji małżeńskiej. 

Po drugie, starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się w głowie, czyli w myśleniu. Tutaj najczęstsze są dwa błędy. Pierwszy polega na idealistycznych czyli nierealnych wymaganiach wobec ewentualnych kandydatów i kandydatek: ma być młoda/młody, ładna/ładny, dobrze zarabiający, z bogatego domu, dobry charakter, dziewica itp. itd. Nie chodzi o to, że te oczekiwania i wymagania są złe. Problem w tym, że po pierwsze stawiane są one bardziej drugiej osobie niż sobie, a po drugie, że często priorytety są pomieszane czy przestawione. Jest oczywiste, że należy dobierać sobie małżonkę czy małżonka przede wszystkim według głównego celu małżeństwa, jakim jest wydanie potomstwa, czy szukanie kogoś, kto ma predyspozycje do tego, by być dobrym ojcem czy dobrą matką. To się najlepiej sprawdza w tym, jakie dana osoba ma podejście do dzieci, także w tym, czy dzieci - oczywiście na razie cudze - lubią taką osobę. Przykład: tutaj nie jest istotna uroda w znaczeniu obrazków z czasopism czy internetowych. Osoby o takiej urodzie są przeważnie (choć nie zawsze) niemądre i niemoralne. Istotne są takie cechy osobowości jak gotowość do poświęcenia, dzielenia się, troski o innych, rezygnacji ze swoich zachcianek, obowiązkowość zarówno w domu jak i w pracy itd. 

Drugim błędem w myśleniu jest oczekiwanie czy wręcz założenie, że małżeństwo automatycznie zmienia osobowość, charakter, nawyki, czyli uśmierza wady, a daje cnoty niemal bez wysiłku. Drugą stroną tego błędu jest założenie, że małżeństwo nic nie może zmienić w człowieku, zwłaszcza na lepsze. To jest nierealistyczne w odniesieniu do samego siebie jak też w odniesieniu do innych osób. Przykłady rozpadu małżeństw zniechęcają do zawierania małżeństwa. Ono wydaje się trudne, zbyt trudne i zbyt ryzykowne. Po co mam ryzykować i poświęcać swoje życie dla kogoś, kto nie okaże wdzięczności, wykorzysta, może nawet zdradzi? Tutaj neguje się wartość dobra niezależną od jego odbioru i odwzajemnienia. Neguje się też dobrą wolę drugiej osoby, jej starania. W sumie jest to nierealistyczne podejście do ludzkiej słabości zarówno w sobie jak też w innych. Może wynikać z bolesnych doświadczeń rozczarowania sobą czy innymi. Fałsz polega jednak na negacji prawdy, że każdy może i powinien się podnosić i starać się poprawiać. To nie przychodzi ani samo ze siebie, ani łatwo, bez trudu. Jednak jest możliwe i jest konieczne do dojrzewania osobowości, a na to nigdy nie jest za późno, choć z upływem lat i wiekiem staje się rzeczywiście coraz trudniejsze. Kto przestał się o to starać, ten przekreślił siebie i swoje szanse na spełnienie siebie czy to w małżeństwie, w stanie duchownym czy w stanie wolnym. Stan wolny nie musi oznaczać starokawalerstwa czy staropanieństwa w znaczeniu pejoratywnym. 

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie w temacie, stan wolny można rozumieć jako zgodny z wolą Bożą czyli indywidualnym "powołaniem" danej osoby, jeśli wynika nie z egocentryzmu i zamknięcia się w swoich potrzebach i wygodach, lecz z poświęcenia się celowi, który jest przynajmniej praktycznie nie do pogodzenia ani z małżeństwem ani ze stanem duchownym, aczkolwiek to drugie w normalnych warunkach nie powinno zachodzić, jeśli stan duchowny rozumie się w sensie szerszym, czyli obejmującym także życie zakonne. W pewnym sensie zakony - czyli wspólnoty braci czy sióstr - są (powinne być) miejscem dla bezpiecznej pod względem duchowym samotności w znaczeniu bezżeństwa. Nie jest przypadkiem, że zapaść co do powołań zakonnych zbiega się czasowo z explozją singielstwa zarówno męskiego jak też żeńskiego. Ma to też związek z hipersexualizacją, którą poddawana jest młodzież od lat najwcześniejszym, także z materializmem i wybujałym indywidualizmem. Objawem jest też pojawiająca się gdzieniegdzie moda na tzw. dziewice konsekrowane. To jest w ogóle dziwoląg na tle nie tylko historii Kościoła i zasad Kościoła, gdyż konsekracja zasadniczo była związana z poddaniem się regule i jakiemuś życiu wspólnotowemu, czego wymagają tzw. rady ewangeliczne. Oczywiście obecnie dochodzi czynnik zapaści duchowej (i też moralnej i intelektualnej) w istniejących zakonach, co rzeczywiście skutecznie zniechęca do wstępowania do nich, wskutek czego są raczej skazane na słuszne wymarcie. 

Jeśli ktoś, będąc stanu wolnego, nie dba o swoje życie sakramentalne i duchowe, ani nie poświęca się bezinteresownie celom społecznym (nie muszą być na szeroką skalę i głośne publicznie), to są to niestety oznaki pejoratywnego starokawalerstwa czy staropanieństwa. 

Obecnie w Kościele niestety brakuje regularnej, specyficznej opieki duszpasterskiej dla osób samotnych. Być może wynika to z poniekąd słusznej zasady, że nie należy tworzyć dla nich zamkniętej grupy. Uważam jednak, że ważniejsze jest zapobieganie zamknięciu się takich osób w sobie, w obrębie prywatnych trosk i potrzeb, może nawet w zgorzknieniu i rozczarowaniu życiem. Takie osoby wprawdzie coraz częściej mogą się wykazać osiągnięciami czy to zawodowymi, naukowymi, czy majątkowymi. Równocześnie jednak, przynajmniej prywatnie, w skrytości serca czują się mniej wartościowe, może nawet przegrane. 

Potencjał tych osób w Kościele nie polega na tym, że powinni być wykorzystywani przez duchownych jako np. szafarze świeccy czy do innych fałszywych bo niekatolickich wynalazków. Uważam, że jest potrzeba dla tych osób pewnych struktur, które po pierwsze zapewniłyby im odpowiednią opiekę duchową (duszpasterską), a po drugie spięły organizacyjnie w działalność o charakterze społecznym. 


Czy ministrantki są dozwolone?


Jeszcze w 1980 r. Jan Paweł II w instrukcji "Inaestimabile donum" jasno określił, że kobietom nie wolno pełnić służby przy ołtarzu. Jednak w Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 r.  (can. 230) zabrakło już jasnego ograniczenia tej służby do rodzaju męskiego. Spowodowało to forsowanie służby dziewcząt przy ołtarzu w niektórych krajach, głównie niemieckojęzycznych. W 1994 r. Jan Paweł II opublikował dokument Ordinatio sacerdotalis (podpisany rzekomo już w 1992 r., co już świadczy o machlojkach) o niedopuszczeniu kobiet do kapłaństwa, w którym znajduje się wzmianka, że kanon 230 nie zawiera zakazu pełnienia służby przy ołtarzu przez dziewczęta. Równocześnie pozostawiono biskupom miejsca władzę decydowania na własnym terenie w tej sprawie.

Zarówno ta praktyka jak też zezwolenie na nią jest sprzeczne z Tradycją Kościoła oraz istotą posług liturgicznych, które mają ścisły związek z ustanowionym przez Chrystusa ustrojem Kościoła. Otóż od początku religii objawionej przez Boga, czyli w Starym Testamencie, dziedzina kultu jest zarezerwowana dla mężczyzn. To właśnie odróżniało zawsze religię objawioną od kultów pogańskich, które zwykle mają kapłanki i kobiety w dziedzinie kultu. Zasada religii objawionej wynika z porządku stworzenia: według Księgi Rodzaju mężczyzna przewodzi w sferze naturalnej, powinien więc przewodzić także w sferze najistotniejszej dla życia człowieka czyli oddawania czci Bogu. Tę zasadę potwierdził sam Jezus Chrystus, który na Apostołów jako kapłanów Nowego Testamentu powołał wyłącznie mężczyzn. Zgodnie z tym Kościół zawsze zastrzegał sferę kultu dla mężczyzn i chłopców. Dopiero tzw. liberalny protestantyzm - który zresztą neguje kapłaństwo hierarchiczne - wprowadził kobiety w sferę swojego kultu, który jest oczywiście heretycki. 

Wprowadzenie tzw. ministrantek wynika więc z dwóch czynników, które są w swej istocie antykatolickie i sprzeczne także z prawem naturalnym: z protestantyzmu i z feminizmu. 

Tym samym tzw. ministrantki są niedozwolone według prawa najwyższego w Kościele, jakim jest wiara katolicka. Nawet jeśli dekrety obecnej władzy kościelnej na to pozwalają. 

Analogicznie rzecz się z lektorkami, czyli wykonującymi czytania mszalne. 

Zaś ogólnie wprowadzenie świeckich lektorów i lektorek w ubiorze cywilnym jest zwyczajem zarówno protestanckim jak też żydowskim (w odniesieniu do mężczyzn). W Kościele Chrystusowym świeckim wolno było pełnić posługę liturgiczną - akolity czy lektora - wyłącznie w razie konieczności czyli braku duchownych (przynajmniej w niższych stopniach święceń) i wtedy zasadniczo obowiązywał strój duchowny (sutanella i komża). 

Katolicyzm dialektyczny (z post scriptum)


Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i dziedziny życia, lecz pozwala je poznać przez uporządkowanie i wartościowanie w świetle prawdy pochodzącej od Boga. Dotyczy to także życia samego Kościoła, czy to przekrojowo czy to w danym momencie historycznym.

Łatwo się domyśleć, co oznacza katolicyzm dialektyczny. Wprawdzie z punktu widzenia teologicznego jest to pojęcie wewnętrznie sprzeczne, ponieważ katolicyzm ze swej natury jest wewnętrznie harmonijny i spójny. Dlatego - dokładnie biorąc - należałoby w tym określeniu człon pierwszy ująć w cudzysłów: "katolicyzm" dialektyczny. Jednak dla uproszczenia pisowni oraz mając na uwadze, że chodzi o pojęcie socjologiczne, nie teologiczne, można cudzysłów pominąć.

W zjawisku, które chciałbym niniejszym naszkicować, nie chodzi o sprzeczność przypadłościową, czyli z niedomagania czy słabości, lecz systemową, to znaczy zamierzoną i chcianą przynajmniej o tyle, o ile jest świadoma, przyjęta i z własnym zaangażowaniem realizowana. Czym innym jest bowiem zwykła rozbieżność między wolą a czynem czy zachowaniem, między deklaracją a realizacją, czy nawet między poglądami a wprowadzaniem ich w życie, a czym innym chciane i zamierzone łączenie poglądów i zachowań sprzecznych, niezależnie od tego, czy ta sprzeczność jest dostrzegana czy nie (wiąże się z tym kwestia, czy jest wola bądź przynajmniej gotowość jej dostrzegania).

By uniknąć nużącej abstrakcyjności, będę mówił o konkretnych przykładach, dość szeroko znanych. To umożliwi każdemu czytelnikowi weryfikację i także samodzielną reflexję, być może nawet na podstawie źródeł, które dla mnie w obecnej chwili są nieznane czy niedostępne.


Chemik - fałszywy subdiakon

Jest to postać szeroko znana, nie tylko w środowiskach tzw. indultowych. Łukasz Wolański zaczął swoją karierę medialną dość wcześnie, nie przypadkowo akurat w antykatolickim "Tygodniku Powszechnym" i to wypowiedzią, która promuje i w sposób perfidny, pod pseudopobożnymi pozorami, forsuje stosowanie tzw. szafarzy:



Tak oto ówczesny 20-latek, widocznie cieszący się poparciem kogoś ważnego, zabiera głos w "dyskusji", opowiadając się po stronie skrajnego modernizmu, zacierającego różnice między stanem duchownym, powołanym w Kościele do sprawowania i szafowania sakramentów, a stanem świeckim, którego właściwym zadaniem jest życie rodzinne i zawodowe.

Wkrótce wkręcił się do środowiska indultowego we Wrocławiu, być może z inspiracji i poparcia swego protektora bpa Stefana Cichego, który jako profesor liturgiki w Katowicach sprawował tam tzw. indult i rozwiązał "problem" w taki sposób, że wierni wkrótce się zniechęcili i rozproszyli, co widocznie było zamierzone. Wolański tak oto się zaprezentował:



Zapewne także dzięki protekcji bpa Cichego student i potem absolwent chemii wielokrotnie publikował swoje texty w urzędowym biuletynie komisji liturgicznej "Konferencji Episkopatu Polski", co jest dziwne i znaczące:




W międzyczasie żonaty chemik, określający się "pasjonatem liturgii", począł krytykować stosowanie "nadzwyczajnych szafarzy".



Czyżby się nawrócił na katolicyzm? Wręcz przeciwnie. Otóż przyjąwszy tzw. posługę akolitatu, zaczął się domagać regularnej posługi dla świeckich tzw. akolitów, czyli traktowania ich quasi jako zwyczajnych szafarzy Eucharystii, skoro mają planowo i regularnie pełnić tę funkcję.








W indulcie wrocławskim zaczął regularnie pełnić funkcję subdiakona, co było ewenementem na skalę światową w całej historii Kościoła: żonaty świecki występował w funkcji liturgicznej wyższego stopnia święceń.



Równocześnie na forach i grupach internetowych rozsiewał kłamliwe, pseudoteologiczne uzasadnienie tego swojego wynalazku. Była o tym mowa tutaj, zaś ostateczne rozprawienie się z fałszywą propagandą p. Wolańskiego miało miejsce tutaj (od tej pory delikwent zamilkł w temacie, mimo że od kilku lat zapowiadał opublikowanie swego opracowania naukowego odnośnie tej kwestii).



Przebierańcy w natarciu 

Proceder Wolańskiego nie jest odosobniony, lecz stanowi istotną część strategii pewnego grona osób związanych głównie z wrocławskim środowiskiem indultowym. Pokrewne i powiązane sprawy omówiłem tutaj i tutaj.

Warto zauważyć, że to grono dość otwarcie przyznaje, że chodzi o zainstalowanie zwyczajów. Czyli nie jest istotne, co mówią przepisy liturgiczne, bo my wprowadzamy zwyczaj i w ten sposób nawet ewidentne nadużycie sprzeczne z rubrykami ma się stać prawomocne, jak w wypadku nielegalnego pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego przez świeckiego i to przebranego w sutannę prałacką:





Człowiek kłamliwie powołujący się na kanony prawa kanonicznego - powiązany widocznie z duchownymi gwiazdami indultyzmu jak x. Jarosław Powąska, x. Grzegorz Śniadoch (to oni właśnie służą przy sakramencie małżeństwa parze robiącej tę stronkę, jak widać na obrazku) - redaguje parodystyczno-antyklerykalną stronkę z odpowiednim obrazkiem tytułowym:







Czyż trzeba więcej dowodów dla stwierdzenia, jaki duch za tym stoi?



Chemik w odmętach helleryzmu 

Następną kluczową postacią, w pewnym sensie także symboliczną, jest x. Wojciech Grygiel, pochodzący z Wrocławia, należący formalnie do Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra (FSSP, stowarzyszenia życia apostolskiego na prawie papieskim).



Jak podaje wiki, był najpierw absolwentem chemii na Politechnice Wrocławskiej (podobnie jak Ł. Wolański), następnie odbył studia doktoranckie na państwowym uniwersytecie w stanie Nowy Jork (nie wiadomo przez kogo finansowane, z oficjalnych danych wynika jedynie, że uczelnia nie współpracuje z żadną uczelnią w Polsce). Następnie wstąpił do seminarium FSSP w Scranton (stan Pensylwania), studia ukończył jednak w seminarium FSSP w Niemczech (Wigratzbad) i przyjął w 2003 r. święcenia kapłańskie. Po uzyskaniu w 2004 r. magisterium z teologii na uniwersytecie w Poznaniu, podjął studia doktoranckie z filozofii przyrody u x. prof. M. Heller'a w Krakowie, a następnie przewód habilitacyjny zakończony w 2015 r. na podstawie pracy pt. "Stephena Hawkinga i Rogera Penrose'a spór o rzeczywistość" (źródło tutaj). Już sam tytuł jest dość dziwny, gdyż Hawking i Penrose w znacznej mierze współpracowali i nie różnią się istotnie w poglądach o rzeczywistości. Tę kwestię mogę w tym miejscu pominąć, gdyż nie jest ona istotna dla tematu.

Istotne jest natomiast, że praca habilitacyjna x. Grygiela spotkała się z miażdżącą krytyką ze strony postronnego profesora filozofii, który określił to dosadnie - ale zupełnie bez przesady i z obszernym uzasadnieniem - "udawanym filozofowaniem". Właściwie należałoby to określić jeszcze dobitniej. Można to uzasadnić niemal na każdym kroku, począwszy chociażby od tak bzdurnej, że aż groteskowej i nie wymagającej komentarza wypowiedzi, redukującej naukowość do nauk przyrodniczych (źródło tutaj):



Jeszcze bardziej niepokojące i wręcz skandaliczne są poglądy x. Grygiela dotyczące bardziej bezpośrednio tematów teologicznych. Na kilka spraw zwracałem już uwagę, jak

- postulowanie dopasowania liturgii do "postępu" nauk przyrodniczych (tutaj)

- herezja fideizmu (tutaj)

- obrona negacji istnienia diabła (tutaj)

Dodać należy jeszcze utożsamianie Bożego Objawienia z Pismem św. i zupełnie bezkrytyczne - wręcz naiwne i nienaukowe - podejście do teorii ewolucji i w związku z tym podważanie prawdy o grzechu pierworodnym (od ok. min 30):



Konkretnie głosi tutaj następujące herezje:
1. neguje uświęcenie przez łaskę (w katolickim rozumieniu działanie łaski nie wyłącza działania ludzkiego)
2. twierdzi, że człowiek "sam z siebie" może coś zrobić (to jest pelagianizm, nie katolickie rozumienie uczynków człowieka ku zbawieniu)
3. twierdzi, że Kościół jest ludzki (w rozumieniu katolickim Kościół jest bosko-ludzki).

Ponadto x. Grygiel twierdzi, jakoby dopiero po napisaniu Pisma św. chrześcijaństwo wchłonęło myśl grecką o Logosie. Widocznie nie zna Ewangelii św. Janowej, szczególnie jej Prologu (który odmawia na końcu każdej Mszy św. w liturgii tradycyjnej), i tym samym popisuje się ignorancją na poziomie najwyżej szkoły podstawowej.

Swoje poglądy w postaci "teologii ewolucyjnej" zaprezentował także szerzej, co już niegdyś zanalizowałem (tutaj).

Nie trudno zauważyć, że x. Grygiel w sztuce "udawania" nie odbiega od swojego mistrza o ewidentnie antykatolickich i antychrześcijańskich poglądach (więcej tutaj i tutaj), aczkolwiek mu jednak (jeszcze) nie dorównuje.

Zaś do pomocy w duszpasterstwie dołączył do niego pewien ex-paulin, który swoją "mądrość" życiową wyraża publicznie w następujący sposób (przepraszam za oryginał typowo wulgarny):



Czyli mamy do czynienia z pasującym połączeniem odpowiedniej kultury osobistej.


Festiwal niechrześcijańskich korzeni 

Z pozornie innych kręgów wywodzi się nurt związany z festiwalem w Jarosławiu, który od drugiej połowy lat 90-ych zawiera także celebracje w liturgii tradycyjnej, dokładniej: dominikańskiej. Wiąże się to z osobą o. Wojciecha Gołaskiego OP, który jest protagonistą tegoż z gruntu niekatolickiego festiwalu, co mu nie przeszkadza być zwolennikiem liturgii tradycyjnej. O festiwalu pośrednio już pisałem. Nie można tego oddzielić od poglądów o. Gołaskiego, wyrażonych chociażby w okolicznościowym kazaniu na cześć współzałożyciela tej imprezy, Macieja Kazińskiego.



Według rozpowszechnionej obecnie maniery, o. Gołaski zwracał się do zmarłego w drugiej osobie, tak jakby zmarły bezpośrednio widział i słyszał, co jest po prostu nieprawdą i wprowadzaniem ludzi w błąd, i to o charakterze okultystycznym.
Co do treści było nie lepiej. Była mowa
- o duszach nieśmiertelnych, które lgną do "nieskończoności",
- o tym, że zmarły w festiwalu zbudował "most" do "nieskończoności",
- że my pójdziemy do zmarłego, który jest w "nieskończoności",
- że zmarłemu "niebiosa" zesłały chorobę, na którą przedwcześnie zmarł.
Nie było ani słowa o Bogu, ani o wieczności, ani o sądzie, ani o znaczeniu i wartości modlitwy za dusze zmarłych itp. 

Co do zasadniczych tez o. Gołaskiego należy zauważyć: 

1. Powiedzenie, że zmarły jest w "nieskończoności", oznacza pomylenie wieczności z nieskończonością, jeśli kaznodzieja uważa (wszystko na to wskazuje), iż zmarły przeszedł do rzeczywistości boskiej. Oznacza to pośrednią negację zarówno bezpoczątkowości rzeczywistości boskiej (Bóg jest wieczny w tym znaczeniu, że nie ma początku i nie ma końca, czyli jest bezpoczątkowy i nieskończony), jak też istnienia nieskończoności bez Boga czyli piekła (który oczywiście ma początek). Nawet jeśli kaznodzieja uważał, że może zastąpić słowo "wieczność" słowem "nieskończoność", to się grubo pomylił. Wystarczy znać elementarz teologii katolickiej by wiedzieć, że każde stworzenie duchowe (jak aniołowie i dusze ludzkie) nie ma końca w tym znaczeniu, że jest nieśmiertelne, choć ma początek. Tym samym teologicznie fałszywe i niedopuszczalne jest mylenie wieczności - czyli rzeczywistości bez początku i bez końca - z rzeczywistością stworzeń duchowych. Według nauczania Kościoła zmarły jest w rzeczywistości wiecznej (czyli ponadczasowej), a jego dusza jest nieskończona - w znaczeniu nieśmiertelności - już za życia ziemskiego (choć nie jest nieskończona w znaczeniu nieograniczoności). 

2. Powiedzenie, że po życiu doczesnym dojdziemy do nieskończoności, potwierdza pomylenie z wiecznością czyli rzeczywistością Boga (skoro kaznodzieja uważa, iż zmarł przeszedł do rzeczywistości Bożej). Według wiary katolickiej jest istotna różnica między rzeczywistością Boga a rzeczywistością duchowych bytów stworzonych, które są nieśmiertelne i w tym znaczeniu nieskończone, choć mają początek i tym samym nie są wieczne. 

3. Mówienie ogólnie o "nieskończoności" bez odróżnienia między nieśmiertelnością z Bogiem (czyli niebem) a nieskończonością bez Boga (czyli piekłem) jest fundamentalnym zakłamaniem katolickiej eschatologii. 

4. Twierdzenie, że zmarły jest w nieskończoności, do której dojdą żyjący, oznacza w świetle eschatologii katolickiej również brak odróżnienia między niebem i piekłem. Tym samym jest to albo bezpodstawne twierdzenie, że zmarły jest w niebie, albo nie mniej bezpodstawne twierdzenie, że żyjący znajdą się w piekle. 

5. Powiedzenie, że "niebiosa" zesłały zmarłemu chorobę jest albo wprost bluźnierczym przypisywaniem Bogu zła, albo nie mniej bluźnierczym twierdzeniem, że szatan jest w niebiosach.

Tym samym więc niestety potwierdziła się znana już ocena, że festiwal ma wyraźny charakter paramasoński. To kazanie jest tego rodzaju, że mógł je wygłosić nie tylko heretyk (czyli ochrzczony odrzucający wiarę katolicką) lecz także wyznawca religii pogańskiej czy mason-okultysta z jakimiś resztkami religijności w postaci wiary w życie po śmierci. To się zupełnie zgadza z działalnością zmarłego, któremu poświęcone było kazanie i którego zasługą jest regularne zapraszanie muślimów do koncertowania w świątyniach katolickich. Natomiast zupełnie się to nie zgadza z religią katolicką.





Wobec takiej treści i takiego ducha nie dziwi zachowanie uczestników festiwalu w świątyni katolickiej, które nie licuje nawet z dobrym wychowaniem i zasadami kultury w miejscu publicznym:



Sam szef festiwalu ujawnia, że tworem tych kręgów są tzw. warsztaty Ars Celebrandi w Licheniu:



Oficjalnym celem "warsztatów" jest nauczanie i propagowanie liturgii tradycyjnej. De facto jest to, obok festiwalu w Jarosławiu, główny kanał implementowania na gruncie polskim działalności M. Peresa i jego szkoły (więcej tutaj). W taki oto sposób powstało coś w rodzaju przemysłu muzyczno-liturgiczno-ideologicznego z dość wyraźnymi powiązaniami z kręgami antykatolickimi. Tą drogą formowani są głównie młodzi ludzie zainteresowani liturgią tradycyjną - nie tylko wraz z nadużyciami liturgicznym lecz także z fałszywą, antykatolicką ideologią w tle.


Od przystanku Owsiaka do KAI-u 

Przewinęło się już nazwisko Dawid Gospodarek. Jest to postać szeroko znana dzięki obecności i działalności medialnej. Nie wiadomo, czy i jakie studia skończył, raczej żadnych. Podobno zaczynał formację w dwóch zakonach czy seminariach duchownych, co nie trwało długo.



(źródło tutaj)

Obecnie jest redaktorem w Katolickiej Agencji Informacyjnej, czyli w oficjalnym organie konferencji biskupów, który jest de facto tubą kręgów modernistycznych i katolewackich. Wynika to już z korzeni tej instytucji, gdyż została stworzona swego czasu przez biskupa Józefa Życińskiego, którego współpraca z komunistyczną bezpieką została wykazana (TW Filozof). Także jego poglądy zostały zdemaskowane jako antykatolickie i wręcz ateistyczne (sprawa ks. Adama Gardyasza). Notabene x. Życiński był blisko powiązany z x. Hellerem (dowody tutaj i tutaj), mistrzem x. Grygiela, o którym było wyżej. Pierwotna ekipa KAI, zwłaszcza w osobie szefa Marcina Przeciszewskiego, wciąż kontroluje tę instytucję. Jak to możliwe, że zwolennik liturgii tradycyjnej zostaje pracownikiem takiej redakcji? Odpowiedź staje się jasna, gdy się weźmie pod uwagę, że Gospodarek jest także jedną z głównych postaci - aczkolwiek bardziej zakulisowo - zarówno festiwalu w Jarosławiu jak też warsztatów w Licheniu.





Jednak powiązania ma jeszcze szersze i jeszcze ciekawsze. Począwszy od spędu Owsiakowego:







Aż do szamana demonicznego ruchu "Toronto blessing" (więcej o nim tutaj i tutaj):




Najbardziej stałym i najczęstszym wątkiem jest u niego jednak homosexualizm:









W sprawach moralnych Gospodarek całkowicie popiera nowości, tradycyjnie potępiane przez Kościół, który zawsze nauczał, że właściwym miejscem dla wychowania w sferze sexualnej jest rodzina, nie szkoła.



Co zresztą nie zaskakuje, skoro on w taki sposób deklaruje swoje poglądy teologiczne:



Także nazywając "duchowną" anglikańską "ks.":



Należy się spodziewać dalszego rozwoju wypadków. Z pewnością można powiedzieć, że Gospodarek jest najbardziej znaną osobą tego pokroju w Polsce.


Akapowa demoralizacja 

Na obrazkach powyższych przewinęły się pewne twarze i nazwiska powiązane zwłaszcza z festiwalem jarosławskim, ale nie tylko. Najsłynniejszy z tych postaci jest Jan Traczyk, znany głównie z tzw. akapów. Są to grupy na facebook z antychrześcijańskiego ruchu tzw. anarchokapitalizmu, mające także swoje wersje quasi katolickie jak ta, gdzie brylują właśnie osoby tego typu:



Kościelnie osoby te są obecne głównie na indultach warszawskich, uprawiając tam bluźnierszy styl śpiewu, przeszczepiony z festiwalu jarosławskiego.






Na odpowiednim poziomie są także żarty tego osobnika:




Najbardziej charakterystyczną osobą dla tzw. katoakapów jest jednak ktoś inny, mianowicie były seminarzysta WSD w Łodzi, którego łączy z Traczykiem exponowana przyjaźń:




Ten człowiek zdobył się na szydzenie z chorego człowieka, przebierając się za kapłana:



Co więcej. Według wiarygodnego świadectwa, ten młodzieniec o nazwisku Patryk Ciesielski,
będąc w seminarium dopuścił się wręcz diabelsko bluźnierczego żartu posługując się figurkami Matki Bożej i św. Józefa (imitowanie sexu oralnego).

Z tego środowiska wywodzi się miesięcznik, który próbuje podbić rynek młodzieżowo-katolicki:




Powiązania są dość oczywiste, zarówno z gwiazdą akapów Traczykiem jak też z Ars Celebrandi i tym samym masońskim festiwalem w Jarosławiu, o czym świadczą wypowiedzi samego red. nacz. tegoż pisemka:




Nietrudno znaleźć antykatolicką propagandę uskutecznianą pod czujnym okiem red. naczelnego, o czym pisałem już w innym miejscu i tylko wklejam wraz ze źródłami:




Te uwagi odnoszą się do następujących wypocin, oddających widocznie linię ideową pisemka, wybitnie antykatolicką:






Dochodzą typowo protestanckie twierdzenia,

- że całe Boże Objawienie jest zawarte w Piśmie św.:


- że rozumowo nie można poznać istnienia Boga:


Oto autor tych heretyckich bzdetów, jeden z redaktorów pisemka:


Warto mieć na uwadze, że inicjator i opiekun tego przedsięwzięcia, x. Dawid Tyborski, jest byłym (czy tylko byłym?) protestantem. Jak zakłamane jest to towarzystwo świadczy też chociażby "dyskusja" w temacie, gdyż delikwent nawet swoim przyjaciołom nie podaje jasno faktów:


A widocznie nadal nie wyleczył się z herezji, skoro chwali się zażyłością z dominikaninem "charyzmatykiem", który głosi dość prymitywne herezje (więcej tutaj):




I też z innym głoszącym ewidentne herezje i bzdety (więcej tutaj):



Uzupełnienie (czerwiec 2021): nawet odnośnie skandalicznego, wręcz rynsztokowego wywiadu tego heretyka i zwodziciela (więcej tutaj), akapowy delikwent rozpływa się w podziwach (źródło tutaj):




Ilustracją kondycji intelektualno-duchowej jest także widoczne tutaj pajacowanie i to w kontekście niby sakralnym:





A tutaj w szerszym gronie akapowo-przebierańcowym, między innymi ze słynnym Gospodarkiem:




Dowodem na jego heretyckie, skrajnie modernistyczne poglądy jest uporczywe nazywanie protestanta "biskupem", a protestantów "kościołem", co podlewa pseudopobożnym sosem:




Drugi duchowny związany na stałe z pisemkiem "Adeste" ma też dość ciekawe powiązania, mianowicie z duchownym z Łodzi uprawiającym okłamywanie na użytek islamizacji:







Dla tych, co nie wiedzą, wyjaśniam: ramadan to świętowanie objawienia Kuranu, czyli księgi m. in. wzywającej do mordowania chrześcijan.


Od satanizmu do talmudyzmu - po drodze przez...

Szczególnie jaskrawym przypadkiem jest Sergiusz Orzeszko. Jako kolega Grzegorza Śniadocha z czasu studiów seminaryjnych dla ordynariatu wojskowego, poszedł w jego ślady do tradycyjnego Instytutu Dobrego Pasterza (IBP). O swojej historii nawrócenia - jak się potem okazało wątpliwego - opowiadał przejmująco, pełniąc rolę drugiej gwiazdy Tradycji w Polsce po swoim koledze, x. Śniadochu (wyświęconym w 2008 r.):

https://www.youtube.com/watch?v=fqnRf0NkTFA

Nie ulega wątpliwości, że łączyło ich więcej niż koleżeństwo z czasów seminarium, co widać w licznych śladach w internecie:



Sergiusz otrzymał święcenia prezbiteratu w 2012 r., co jeszcze bardziej wzmocniło jego sławę i popularność. Po niedługim czasie opuścił IBP i wstąpił do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X (FSSPX), co zwykle świadczy o radykalizacji poglądów w sprawach kościelnych. Nieoczekiwanie w 2016 r. podano do wiadomości, że x. Orzeszko zostaje przeniesiony do Francji:



Niedługo potem pojawiła się pogłoska, że z powodu tego przeniesienia opuścił FSSPX i nie wiadomo, gdzie przebywa. Sprawa wyjaśniła się niedawno, w marcu 2020 r., gdy na profilu pewnej kobiety z Łodzi pojawiły się następujące fotki:




Fotki pochodzą z bieżącego roku 2020. Wiek dzieci świadczy o tym, że zostały spłodzone znacznie przed rokiem 2016. Czyli katolicy byli przez lata perfidnie oszukiwani...

Warto zauważyć, że Orzeszko - jeszcze jako ksiądz - został zaangażowany jako tłumacz słynnej książki prof. de Mattei o Soborze Watykańskim II. Dopuścił się w tym tłumaczeniu jaskrawych fałszerstw, co potwierdza, że już wtedy systematycznie oszukiwał katolików. 


Bractwo przed czego?

Mniej głośnym, jednak nie mniej znaczącym elementem krajobrazu jest następne grono osób, zresztą w znacznej części pokrywające się z już wspomnianymi. Chodzi o tzw. Bractwo Przedmurza. Zaś elementem łączącym jest znowu x. Grzegorz Śniadoch, który widocznie pełni rolę quasi "ojca duchowego" i zarazem "kapelana" tego grona. Nie będę tutaj powtarzał oficjalnych informacyj, gdyż są one dość łatwo dostępne w internetach. Zresztą osobiście nie przywiązywałbym wielkiej wagi do oficjalnych deklaracyj czy programu działania, który zresztą - o ile mi wiadomo - nie jest dostępny publicznie, a nie wiadomo też nic o żadnych statutach owego Bractwa, tym bardziej o ich zatwierdzeniu czy to według prawa państwowego czy kościelnego. Bardziej interesujące są natomiast faktyczne znamiona i to już nawet te dostępne - czy niegdyś dostępne - publicznie. Podkreślam: nie zamierzam kwestionować dobrych intencyj poszczególnych członków czy zwolenników. Zresztą kilku dane mi było poznać osobiście. Wygląda na to, że między poszczególnym placówkami (zwanymi komturiami) są różnice zdań i posunięć przynajmniej w niektórych kwestiach. Zaznaczam także, iż nie mam zastrzeżeń do deklarowanych publicznie celów owego Bractwa. Jednak czuję się w obowiązku zwrócić uwagę na pewne przynajmniej de facto konstytutywne elementy, które są ewidentnie fałszywe i niekatolickie. 

Zacznę od pewnej ceremonii, przedstawionej pierwotnie przez samo "Bractwo" w internecie, gdyż jest ona szczególnie symptomatyczna. Wprawdzie materiał fotograficzny został usunięty i otrzymałem zapewnienie, że takowa ceremonia już nigdy się nie powtórzyła. Są jednak podstawy do wątpienia w to zapewnienie, zwłaszcza, że odpowiedzialni nigdy nie przyznali się do błędu, nie obiecali poprawy i nie podjęli zadośćuczynienia za popełnione przestępstwo wobec miejsca kultu katolickiego i zgorszenie. 

Najpierw zapraszam do obejrzenia materiału wizualnego:



Jak widać, tajemniczej ceremonii przewodniczy założyciel i wódz "Bractwa Przedmurza" w asyście x. Grzegorza Śniadocha. Zaś "ceremoniarzem" jest główny organizator warsztatów "Ars Celebrandi" Tomasz Olszyński. Ministrant trzyma tajemniczą księgę z niewiadomym obrzędem, z całą pewnością niezatwierdzonym przez żadne władze kościelne - oprócz x. Śniadocha, który oczywiście nie jest żadną władzą kościelną. To jest oczywiście farsa i oszustwo, gdyż 
- w miejscu sprawowania Najświętszej Ofiary (także ołtarz boczny jest miejscem do tego poświęconym) zasiada świecki w pozie właściwiej biskupowi podczas czynności pontyfikalnych, 
- ceremonia odbywa się według wynalezionego i z całą pewnością niezatwierdzonego przez żadną władzę kościelną rytuału, 
- symulowane jest sprawowanie ceremonii według ksiąg liturgicznych, co oczywiście nie jest prawdą. 
Następne fotki mają znaczenie uzupełniające:








To jest oczywiście farsa i swoista zabawa dużych chłopców w quasi rycerzy, przy bezprawnym wykorzystaniu miejsca świętego dla fałszywego obrzędu, a to wszystko przy aprobacie i z udziałem (może nawet z inspiracji) naczelnej gwiazdy indultyzmu - x. Śniadocha. 

Zwróciłem im na to uwagę w miejscu publikacji tego materiału, zaś odpowiedzią było powołanie się na "kapłanów" oraz pogróżka za rzekome znieważenie ich:


Autorem tych słów w imieniu "Bractwa Przedmurza" jest sam Franciszek Podlacha. A kim on jest oprócz szefowania Bractwu? Oficjalnie nie było nic wiadome publicznie aż do niedawna. Otóż w związku z tzw. piątką dla zwierząt w jesieni obiegłego roku wystąpił bodajże w senacie w imieniu przedsiębiorców, co akurat jest chwalebne. Natomiast mniej chwalebne, a nawet skandaliczne jest wielokrotne posługiwanie się przez niego pojęciem "ubój religijny", które to pojęcie jest wynalazkiem talmudystów dla wybielenia barbarzyńskiego, żydowsko-muślimskiego rytuału zażynania zwierząt bez znieczulenia (więcej tutaj i tutaj): 




Tym samym znowu wiemy, z kim mamy do czynienia, czyli kto próbuje występować jako katolik z szumną nazwą "Przedmurze"...

Istotna jest także następująca sprawa. Otóż owo Bractwo chwali się spotkaniami, pielgrzymkami, wędrówkami TYLKO dla mężczyzn. Jest to naczelna zasada jego działania. Oto dowody wzięte z publicznie dostępnych ogłoszeń:




Nie wiem, czy ci panowie na prawdę myślą, że będą bardziej męscy, jeśli tylko w swoim męskim gronie będą odbywać swoje praktyki organizacyjne, rozrywkowe i religijne. Nie chodzi o zachciankę dziwnych panów lubiących wyłącznie męskie towarzystwo, lecz wchodzą w grę obowiązki stanu, gdyż spora część tych panów to żonaci mężczyźni, którzy dla swojego hobby biegania po górach i lasach w wyłącznie męskim towarzystwie zostawiają w domu swoje żony i dzieci nawet na kilka dni:





Czy ktokolwiek zwrócił tym dużym chłopcom uwagę na to, że to, co robią wobec własnych rodzin (i nie tylko) jest prostą drogą do wpojenia przynajmniej ich żonom i dzieciom choćby niechęci, jeśli nie wręcz nienawiści do wiary i Kościoła za to, że pod etykietką i pretextem katolicyzmu ich mężowie i ojcowie urządzają sobie urlopy od rodziny, czyli od obowiązków małżeńskich i rodzicielskich, i to z groteskowym hasłem obrony chrześcijaństwa przez bieganie po górach i lasach, tudzież dyskutowanie całymi dniami, jak należy to nadal robić?
A to się dzieje oczywiście z aprobatą, a widocznie nawet poparciem ich duchowego opiekuna i idola x. Śniadocha...

Na koniec jeszcze reakcja jednego z tych chłopców świadcząca o stanie umysłu, typowa zresztą:





Bóg? Honor? Rock'n'roll! 

Znacznie dłużej na rynku medialnym jest obecny Mateusz Ochman, który wraz ze swoim przyjacielem Tomaszem Adamskim, będąc - tylko krótki czas - studentem teologii rozwinął działalność jako vloger. Na przykładzie choćby tych obrazków widać, że krąg się jakby zamyka, gdyż osoby kolegują ze sobą internetowo, ale nie tylko:




Ze słynnym Gospodarkiem nocna zabawa:


A tutaj już służbowo wspólnie:


Dzięki swoistej mieszance narcyzmu i kokieterii udało się Ochmanowi zdobyć popularność głównie wśród młodzieży. Nie mając nawet ukończonych studiów - studiował teologię tylko niecały rok i chyba nie ukończył żadnych studiów - wypowiadał się i nadal wypowiada się, budując swoją popularność na tematach dotyczących wiary katolickiej i Kościoła. Przyznać trzeba z uznaniem, że treściowo jego wystąpienia przeważnie trzymają się ortodoxji katolickiej i przejawiają konserwatywne poglądy liturgiczne. Zdarzają się jednak niedorzeczne wypowiedzi, zdradzające skrajnie modernistyczne skrzywienie, jak ta, na którą już niegdyś wskazałem (błędnie wówczas mniemając, że skończył studia, o których niegdyś wspominał, a wygląda na, że nie skończył żadnych studiów):


Ochman pilnie wystrzega się ujawniania swoich poglądów politycznych. Nazwa jego bloga, parodiująca słynne hasło przez zastąpienie Ojczyzny "rock'n'roll"em, wskazuje raczej na lewacką tendencję. Pasuje do tego fakt, że wpierw podjął pracę w jednoznacznie katolewackim środowisku:



Otóż Stacja7 jest ściśle związana ze środowiskiem skrajnie katolewackiego krakowskiego "Znaku":




W ostatnim czasie Ochman zaczął współpracować również z krakowskim środowiskiem quasi konserwatywnym, konkretnie z portalem PCh24:

Współdziałał w tworzeniu filmu przeciw weganom, który pod względem teologicznym jest wybitnie niekompetentny i wręcz zakłamany (więcej tutaj):


W osobistych wyznaniach z ostatniego czasu mówi o konieczności zarabiania i braku pieniędzy na sprzęt, a równocześnie chwali się, że dzięki zdobytej popularności ma wiele ofert pracy:



Ochman stale lubi exponować swoją religijność. Wywodzi się ona z blachnicyzmu czyli tzw. "Ruchu Światło-Życie", do czego się z sentymentem przyznaje.


Z powodu tak wylewnego wyznania wiary i pobożności, warto się przyjrzeć sprawie nieco bliżej. Tak się składa, że mam z nim pewne doświadczenie osobiste, aczkolwiek tylko internetowe.

Jako że zainteresowania co do grup społecznościowych się pokrywały, byliśmy nawet znajomymi przez jakiś czas. Potem dotarły do mnie jego zaplecowe wpisy na mój temat (na grupie, której nie byłem członkiem):




Po dłuższym czasie, gdy coraz częściej docierały do mnie pomówienia, jakobym nie miał inkardynacji i statusu kanonicznego, dla obrony swego dobrego imienia rozważałem podjęcie kroków prawnych przeciw znanym oszczercom. Jednym z nich był Ochman. On w typowy dla siebie bezczelny sposób szydził sobie i to dość wulgarnie:







Owszem, wrogów mi nigdy nie brakowało. Jednak nawet wśród nich trudno znaleźć kogoś, kto by jak Ochman ośmielił się puszczać w świat wyssane z palca kłamstwa, przy wykorzystaniu swojej popularności i wiarygodności u naiwnych.
Swoje oszczercze plotki usprawiedliwia w osobliwy i to ponownie w kłamliwy sposób:


Otóż fakty są takie: przy okazji jego wystąpienia z kotem (było ich kilka) wyraziłem zastrzeżenia odnośnie nazwania zwierzęcia "Pontifex" czyli słowem, które oznacza zarówno "kapłan" jak i "papież", gdyż uważam to za bluźnierstwo.


Po jakimś czasie, gdy Ochman się żalił do kamery, że został podrapany przez swego kota, napisałem mu, że nie powinien się dziwić, ponieważ koty są z natury drapieżnikami. Wtedy zostałem przez niego zbanowany, dzięki czemu poznałem już charakter i moralność Ochmana. Jego kłamliwe i nienawistne wpisy zaplecowe jedynie potwierdziły diagnozę. Niestety pasuje ona do reszty tego grona, aczkolwiek w bezczelności Ochman szczególnie się wyróżnia. Za swoje oszczerstwa nigdy nie przeprosił, ani ich nie odwołał, choć od dawna wiadomo publicznie, zapewne także jemu, że są kłamliwe. Tyle warta jest jego "pobożność". 

Zresztą widocznie on tak ma i to już od wczesnego dzieciństwa, do czego się dość otwarcie przyznaje:


No cóż. Żeby jako 3-letnie dziecko być w stanie posunąć się do tak podłego oszczerstwa i to odnośnie własnej matki, to trzeba mieć genialnie perfidny charakter. Co się widocznie nie zmieniło.

Post scriptum

Rychło pojawiła się reakcja Ochmana, najpierw zaplecowa:

 
I jeszcze groźniej:


Tyle zaplecowo. Natomiast bezpośrednio próbuje usprawiedliwić swoje oszczerstwo sprzed lat tym, że nie widział mojego celebretu:


Czyli jednak zdaje sobie sprawę, że popełnił oszczerstwo, i próbuje z niego kłamliwe wybrnąć. Przypominam: przed laty nie pisał publicznie, że nie widział celebretu, lecz że jestem wydalonym włóczęgą bez statusu kanonicznego. Nasuwa się proste pytanie: jak ten człowiek mógł przez te lata spowiadać się i przyjmować Komunię św.? Czy w ogóle spowiadał się z oszczerstwa? Jak może to pogodzić z wychwalaniem się swoją pobożnością? Widzę dwie możliwości: albo jest dogłębnie zakłamany i obłudny w swojej exponowanej "pobożności", albo stracił kontakt z rzeczywistością (możliwe jest też połączenie obydwu możliwości), co by wyjaśniało, dlaczego oszczerstwa nie uważa za oszczerstwo i tym samym się z niego nie spowiada i nie nawraca. Przed takimi kato-celebrytami uchowaj nas, Panie Boże!



Podsumowanie - możliwe? konieczne? zbędne?

Jak zaznaczyłem na wstępie, opisane osoby są tylko przykładami, szczególnie jaskrawymi. Na szczęście nie stanowią one całości ani nie są reprezentatywne dla większości katolików szczerze przynajmniej zainteresowanych Tradycją Kościoła, zwłaszcza liturgiczną. Równocześnie są to osoby szczególnie exponowane, promowane i też samopromujące się, czy wręcz uzurpujące sobie pozycję wzoru czy nawet przywództwa. Na tym polega niebezpieczeństwo. Ryba psuje się od głowy. Skoro taka "elita" jest serwowana katolikom, to jest to zamach na ich dobrą wolę, wiarę i zasady moralne. Dlatego konieczne było niniejsze ostrzeżenie.




Post scriptum

1.
Na reakcje nie trzeba było długo czekać. Oczywiście typowe dla tego grona, jak ta:



W związku z tym oświadczam wszem i wobec, że
- czuję się świetnie pod każdym względem, zarówno psychicznie jak też somatycznie
- z całą pewnością nie popełnię samobójstwa, ponieważ jestem katolikiem i przestrzegam V przykazania.
Testament mam już dawno napisany :-)


2. Otrzymałem też ciekawe dopowiedzenie, które mówi samo za siebie:











Ochman przez swojego radcę prawnego oświadcza:


Ile warte są "informacje" Ochman'a, to już wiemy dość dobrze.

Natomiast stronka ma według algorytmów facebook'a następujące powiązania:




3.
Odnośnie powyższych twierdzeń dotarły do mnie następujące sprostowania:

Od Ł. Wolańskiego:





Tydzień wcześniej się odgrażał - niby dorosły człowiek, a z przekorą przedszkolaka:





Oraz odnośnie działalności Traczyka w duszpasterstwie IBP:





4.
I jest następna reakcja, znowu dziecinna i zakłamana:


Odpowiedzi oczywiście nie otrzymałem. 

Kyrie eleison!