Jedni urządzają oburzanko, inni obronianko, a wszyscy razem plotą bzdety, nie ogarniając istoty rzeczy. A sprawa jest dość prosta: Ryś mówi, że nie jest aż tak, by on wątpił w istnienie Boga, ale jest tak, że jest kwestia, czy Bóg się objawił w Jezusie Chrystusie i czy się w ogóle objawił. Nie wiem, jak to możliwe, że nikt - o ile mi wiadomo - nie zauważył, iż jest to nic innego jak dyplomatycznie wyrażone klasyczne wyznanie wiary deisty czyli masona rytu szkockiego. Jak właściwe każdy z wykształceniem ponadpodstawowym powinien wiedzieć, deizm jest poglądem, który uznaje istnienie Boga, lecz neguje Jego działanie w historii i tym samym istnienie Bożego Objawienia. Ryś widocznie jest aż tak pewny swojej pozycji w Kościele, że - po chwili namysłu - zdecydował się właściwie odkryć swoje karty.
Teolog katolicki odpowiada
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Grzegorz Ryś - deista
Jedni urządzają oburzanko, inni obronianko, a wszyscy razem plotą bzdety, nie ogarniając istoty rzeczy. A sprawa jest dość prosta: Ryś mówi, że nie jest aż tak, by on wątpił w istnienie Boga, ale jest tak, że jest kwestia, czy Bóg się objawił w Jezusie Chrystusie i czy się w ogóle objawił. Nie wiem, jak to możliwe, że nikt - o ile mi wiadomo - nie zauważył, iż jest to nic innego jak dyplomatycznie wyrażone klasyczne wyznanie wiary deisty czyli masona rytu szkockiego. Jak właściwe każdy z wykształceniem ponadpodstawowym powinien wiedzieć, deizm jest poglądem, który uznaje istnienie Boga, lecz neguje Jego działanie w historii i tym samym istnienie Bożego Objawienia. Ryś widocznie jest aż tak pewny swojej pozycji w Kościele, że - po chwili namysłu - zdecydował się właściwie odkryć swoje karty.
Pawła Lisickiego zaczadzenie stehlino-rysizmem
Przykro jest patrzeć i słyszeć, gdy znani publicznie ludzie, z których poglądami zasadniczo się zgadzam - gdyż widać u nich, że generalnie chcą być wiernymi katolikami - notorycznie popełniają grzech niechlujstwa i fałszowania faktów. Takim przypadkiem jest niestety nawet Paweł Lisicki. Zhańbił się już kilka lat temu, gdy naiwnie a namiętnie powtarzał kłamstwa x. Dariusza Oko (więcej tutaj). Obecnie wprawdzie stara się jakoś prostować fałsze rozsiewane przez modernistów w kwestii judaizmu, jednak równocześnie popełnia ten sam kardynalny - i niewybaczalny w przypadku publicysty pretendującego do rangi autorytetu dla katolików - błąd, mianowicie powtarzanie podłapanego zabobonu, w tym wypadku podłapanego od sekty stehliniańskiej, która reprezentuje FSSPX w Polsce.
Chodzi o następującą wypowiedź, odnoszącą się do "deklaracji wiary" wydanej kilka dni temu przez przełożonego generalnego FSSPX, gdzie poruszona została także kwestia aktualności Starego Przymierza:
Pisałem o tej kwestii w odniesieniu do owego listu KEP (tutaj punkt 6 i 7). W skrócie: fałszem fundamentalnym zarówno u Jana Pawła II jak też w następnych wypowiedziach i dokumentach w kwestii judaizmu nie jest aktualność Starego Przymierza - gdyż ona jest teologicznie pewna, jako że Stare Przymierze zostało wypełnione w Jezusie Chrystusie i trwa w Nowym Przymierzu - lecz utożsamienie współczesnego judaizmu z religią Starego Przymierza, co jest quasi dogmatem owego judaizmu, a co jest nie do przyjęcia zarówno w świetle Nowego Testamentu jak też w świetle podstawowej wiedzy religioznawczej. Lisicki widocznie skrzętnie omija niniejszego bloga, gdyż zdarzają się w nim treści nieprzyjemne dla jego pewności siebie i samopoczucia.
A oto wersja polskojęzyczna, a jest to również text oficjalny, gdyż opublikowany na oficjalnej stronie watykańskiej:
Tutaj fałszem jest przede wszystkim tłumaczenie "il popolo" jako "naród". Fałsz jest oczywisty, gdyż po pierwsze, w czasach starotestamentalnych, a nawet aż do nowożytności nie było obecnie rozpowszechnionego pojęcia "narodu", po drugie język Kościoła zawsze odróżniał "populus" od "natio", po trzecie w języku Kościoła - także w tłumaczeniach na polski - jest mowa zawsze o "ludzie Bożym", nie o "narodzie Bożym".
Czwarty fałsz dotyczy tłumaczenia "l'affetto che si è sviluppato" jako "serdeczne uczucie, jakie się pogłębiło". Jest to niby szczegół, jednak dość znaczący, gdyż rozwój nie jest pogłębieniem, ani odwrotnie.
Tutaj Lisicki znów zachwyca się "Deklaracją wiary katolickiej" autorstwa przełożonego FSSPX x. Davide Pagliarani'ego (którego nazwisko Lisicki uporczywie przekręca). Ze swojej strony słusznie zauważa treściowe nawiązanie do Listu do Hebrajczyków 8,13 (tego wskazania nie ma u x. Pagliarani'ego). Popełnia jednak kardynalny błąd polegający na wyrwaniu jednego zdania z jego kontextu zarówno bezpośredniego jak też dalszego, czyli w całości Pisma św. Innymi słowy: tego fragmentu z Listu do Hebrajczyków nie można właściwie zrozumieć bez całości Nowego Testamentu. Lisicki popełnia więc błąd taki sam jak moderniści bredzący o "nieodwołalnych darach łaski" - rzekomo na podstawie Listu do Rzymian - w oderwaniu chociażby od Listu do Hebrajczyków. Podejście teologiczne katolickie, a nawet już zdroworozsądkowe łączy w całość, która dopiero daje pełną prawdę odporną na fałsze z różnych stron. Konkretnie mówiąc: Pan Bóg rzeczywiście nie żałuje obietnic i darów, które dał niegdyś Izraelowi. Można też słusznie powiedzieć, że ich nie odwołał. To jednak nie jest cała prawda. Dla jej całości - tym samym "prawdziwej prawdziwości" - musi zostać dodane, że te obietnice i łaski zostały spełnione w Jezusie Chrystusie i jako spełnienie trwają w Kościele Chrystusowym, jednym, świętym, katolickim i apostolskim. W nim trwa wszystko to, co było doskonałe w Starym Przymierzu, i w tym znaczeniu to Przymierze trwa. Ono nie trwa natomiast i nie może trwać bez Chrystusa czy wręcz przeciw Niemu, gdyż wtedy traci swój właściwy sens i właściwą treść. W tym znaczeniu można mówić o przedawnieniu czy przestarzeniu Starego Przymierza, ale zawsze z dodaniem, że ono trwa w swojej istocie i prawdzie w Kościele, nigdzie indziej. Tego Lisicki - podobnie zresztą jak wielu innych pseudotradycjonalistych gwiazdorów internetowo-medialnych - nie rozumie, choć wystarczyłoby się uważnie wczytać w to, czego Kościół naucza od zawsze, a czego struktury oficjalne nie wypierają się także obecnie, choć to przemilczają i mącą przez pomieszanie z fałszywą ideologią żydowską.
Przyznam szczerze, że jestem w lekkim szoku, gdy Lisicki nie potrafi prawidłowo przytoczyć zdania, które należy do elementarza argumentów katolickich. Jeśli ktoś sili się na cytat łaciński, to powinien być w stanie go rzeczywiście podać. Lisicki jest z wykształcenia prawnikiem i musiał mieć na studiach przynajmniej podstawowy kurs łaciny. Ponadto od dekad obraca się w liturgii tradycyjnej (bywał nawet na sprawowanych przez moją skromną osobę Mszach św. w Warszawie, gdy tam jeździłem w zamierzchłych latach 90-ych XX wieku), czyta i wypowiada się w tematach teologii katolickiej. Zapewne dziesiątki razy jeśli nie setki zetknął się ze zdaniem "extra Ecclesiam nulla salus", które tutaj chce cytować. Dlaczego mu się to nie udaje? Zapewne, po pierwsze, z elementarnej ignorancji języka łacińskiego, gdzie słowo salus należy do podstawowego słownictwa, a po drugie z niechlujstwa czyli braku dbałości o istotne szczegóły. Generalnie odnoszę wrażenie, że on więcej mówi i pisze niż czyta. Być może nawet te jego taśmowo produkowane książki są pisane przez kogoś innego przynajmniej w istotnej mierze, a on zarządza jedynie ostateczną wersją. W każdym razie mamy tutaj kolejny przykład swoistego hochsztaplerstwa, czyli podawania jako rzetelnej wiedzy czegoś, co nie zostało rzetelnie zbadane i przemyślane. On tutaj niestety nie jest wyjątkiem, lecz tylko jednym z licznych przykładów, o których też już mi było dane tutaj pisać.
Bezwstydność modernistów
Sprawa jest dość typowa, a problem szerszy. Właściwie nie analizowany i prawie zupełnie nierozumiany. Wymagałby gruntownego zbadania socjologicznego i psychologicznego (o ile socjologia i psychologia mogą być gruntowne). Tym niemniej myślę, że możliwe są uwagi teologiczne.
Moderniści chcą przez takie imprezy - jak sami zwykle podają - "ewangelizować", "przyciągnąć" ludzi, zwłaszcza młodzież do Kościoła. Mówią to zwykle szczerze, przynajmniej spora ich część. Problem w tym, że mówią głupio, gdyż wychodzą z fałszywych założeń i fałszywych podstaw.
Główną podstawą jest swoisty komplex niższości względem świata współczesnego. Stąd się bierze pogoń za wzorcami, trendami i modami tego świata, nawet gdy są one absurdalne czy wręcz durne i złe. Oczywiście nie przeczę, że należy docenić rozwój np. technologii, naukowy w różnych dziedzinach, także ogólnie kulturowy, o ile jest zdrowy i dobry. Problem leży w braku rozróżnienia i swoistej ślepocie, która uniemożliwia rozeznanie i odróżnianie, a wynika z braku poznania i trzymania się prawdy o Bogu, człowieku i świecie, co ma swoje źródło w odejściu od rdzennej, autentycznej wiary katolickiej. Wierzenie po katolicku jest procesem sprzężonym: ta wiara daje prawdę, a równocześnie prawda ukazuje się człowiekowi na miarę jego woli i gotowości do wdrażania jej w życie, nawet jeśli wymaga to zmiany nawyków, zmiany myślenia i postępowania. Chodzi więc o połączenie zaburzenia umysłowego z moralnym (czy raczej niemoralnym).
Drugim głównym czynnikiem jest zaburzenie w szerokim sensie estetyczne. Jak wiadomo już z filozofii klasycznej, prawda, dobro i piękno są ściśle ze sobą powiązane. Oznacza to, że uszczerbek czy oddalenie się od którejś z tych wartości pociąga za sobą, a nawet jest wręcz tożsame z odejściem od dwóch pozostałych czyli wszystkich trzech. Widzimy to obecnie wręcz naocznie w tzw. sztuce współczesnej, która weszła czy raczej została wprowadzona do przestrzeni kościelnej. Ohyda i to wręcz prymitywna i wulgarna dominuje od ponad pół wieku zarówno w szeroko pojętej dziedzinie sztuki - nazywanej tak przeważnie bardzo na wyrost - zarówno w dziedzinie plastycznej i architekturze jak też w akustyce, która zwykle zowie się muzyką, choć na to miano właściwie nie zasługuje. Wiąże się z tym także ohyda w ubiorze, zwłaszcza damskim, polegająca już nie tylko w exponowaniu wdzięków niewieścich, lecz brzydoty wynikającej z połączenia ciała niewieściego ze spodniami mniej czy bardziej obcisłymi, co się stało powszechne nawet w przestrzeni kościelnej, co świadczy o zupełnej zapaści umysłowo-estetycznej także u duchownych, którzy zwykle wręcz nie dostrzegają problemu. Bezwstydność wszelkiego rodzaju jest niczym innym jak wynaturzeniem w znaczeniu stępienia czy wręcz zatraty wyczucia godności ciała ludzkiego w porządku naturalnej hierarchii co do struktury człowieczeństwa, czyli prymatu wartości duchowych nad zmysłowością i cielesnością.
Skrzywieni umysłowo i estetycznie - co się ściśle wiąże - katolicy zarówno duchowni jak i świeccy nie zauważają tego wynaturzenia, tym bardziej nie są w stanie i nie mają woli zdiagnozować tego stanu rzeczy w "kulturze" współczesnej jako wypaczenia, które niszczy i wypacza nie tylko dziedzinę duchową w najszerszym sensie lecz także życie społeczne i sferę biologiczną czyli demografię. Bezwstydność zawsze oznacza brak szacunku zarówno dla ciała jak i dla ducha ludzkiego, sprowadzając ciało - czy to swoje czy innych osób, a zwykle jedno i drugie - do przedmiotu pożądania czyli zaspokojenia zmysłowego, które, jeśli jest wyjęte czy oddzielone od sfery wyższej, duchowej, zawsze powoduje chaos, zagubienie, frustrację i zamknięcie w sobie, destrukcyjne dla wszelkich więzi społecznych, zwłaszcza rodzinnych i to już w zarodku. Naocznym skutkiem jest spadająca liczna zawieranych, trwałych małżeństw, oraz wynikająca stąd zapaść dzietności. Sprzyja temu oczywiście przemysł aborcyjny, antykoncepcyjny i pornograficzny, aczkolwiek nie jest to przyczyna, lecz jedynie katalizator, gdyż człowiek trzeźwo, rozumnie myślący wie, że zabijanie dzieci w łonie matki, traktowanie drugiej osoby jako narzędzia zaspokojenia zmysłowego, a także konsumpcja pornografii godzi w godność człowieka i prowadzi do wielorakich nieszczęść. Także tutaj problem jest umysłowo-estetyczny w tym znaczeniu, że nawet resztki zdrowego myślenia i wyczucia estetycznego są tłumione przez nierozumne i obrzydliwe namiętności. Ma to związek również z modnym ostatnio problemem fałszywej ideologii gender i homosexualizmu, gdyż to jest jedynie szczególny, mianowicie skrajny przypadek wypaczenia umysłowo-estetycznego. Nie można więc leczyć tego problemu w oderwaniu od całości i korzenia, czyli właściwej przyczyny. Nie jest przypadkiem, że ohyda estetyczna w przestrzeni kościelnej zbiega się nawet czasowo z demoralizacją, zwłaszcza z homosexualizacją w kręgach duchowieństwa (aczkolwiek sama czystość estetyczna oczywiście nie daje gwarancji czystości moralnej). Tutaj przykładem jest chociażby używanie krzyża jako wieszaka na stułę, rzekomo na przyozdobienie (więcej tutaj). Innym przykładem jest forsowanie akurat w przestrzeni liturgii tradycyjnej antyestetyki akustycznej, czyli niby muzycznej, w postaci zarówno różnego rodzaju kakofonii (jako rzekomej muzyki współczesnej) jak też peresizmu, który przerabia święte melodie liturgii katolickiej na ohydne, wręcz świętokradzkie beczenie (więcej tutaj). Następnym przykładem są niesamowite bluźnierstwa w "Dzienniczku" s. Faustyny Kowalskiej, gdzie jest mowa między innymi o (rzekomych) jej wizjach, w których (rzekomo) widziała, jak kapłan w Komunii św. zjadał Dzieciątko Jezus. Każdy normalny człowiek, o normalnej kondycji umysłowo-estetycznej, może na coś takiego zareagować jedynie odrazą, a nie uznaniem czegoś takie za wizję pochodzącą od Boga.
Jak widać, problem poruszony w pytaniu jest bardzo szeroki i sięgający w głąb przyczyn obecnej sytuacji w Kościele. W przyczynach leży też lekarstwo, to znaczy od nich należy zacząć leczenie. Tutaj każdy może i powinien zadziałać w swoim zakresie zarówno indywidualnym jak też rodzinnym i społecznym, przez:
- dbałość o to, w czym uczestniczymy i czym się karmimy, zarówno co do wiedzy religijnej jak też sztuki czy to wizualnej czy akustycznej (muzycznej), także w dziedzinie ubioru własnego i członków własnej rodziny, grona przyjaciół itp.
- dbałość o przestrzeń rodzinną, zwłaszcza wobec dzieci i z dziećmi, gdyż - według zasady "czym z młodu nasiąknie..." - wyrobienie wrażliwości na prawdę, dobro i piękno jest kluczowe dla zdrowego rozwoju i przyszłości młodego pokolenia,
- dbania o przestrzeń społeczną bliższą i dalszą, zarówno kościelną (parafialną, diecezjalną) jak i świecką.
Także w tej ostatniej dziedzinie jest sporo okazyj i sposobów do czynienia. Przykład: w ostatnich dekadach, zwłaszcza dzięki działalności wiadomego osobnika w czerwonych okularach od "wielkiej orkiestry" rozpleniły się głośnie "koncerty" w przestrzeni publicznej, z poparciem czy przynajmniej za zgodą lokalnych władz, przy milczącej zgodzie bądź obojętności i bezradności mieszkańców. Pretextem jest rzekoma, a właściwie fałszywa dobroczynność, a chodzi właściwie o demoralizację młodzieży wraz z szantażem pseudomoralnym, także za pomocą zanieczyszczenia przestrzeni akustycznej, która jest właściwie własnością wszystkich, także katolików, którzy nadal są jednak większością w Polsce. Nasuwa się pytanie: gdzie jest zdrowy odruch sprzeciwu ze strony katolików i to mający nawet podstawy prawne w postaci paragrafu 51 kodexu wykroczeń (zakłócenie spokoju i to niezależnie od pory dnia)? Niestety zamiast słusznego i koniecznego sprzeciwu ekipa Rysiowa - i jej podobne w innych miejscach Polski - forsuje naśladowanie perfidnej strategii Owsiakowej i to rzekomo w zbożnym celu. A to jest nic innego jak legitymizowanie i wybielanie tej strategii, która jest w istocie diabelska i bezprawna.
Dlatego polecam stanowczy sprzeciw wobec takich imprez, niezależnie od tego, kto je organizuje. Należy zgłaszać na policję naruszenie spokoju (§51 kodeksu wykroczeń) i domagać się ukarania, w razie konieczności także przez sąd (a możliwe jest także dochodzenie zadośćuczynienia). To jest istotny środek także wychowawczy względem młodzieży. Ten, kto przyciąga młodzież do imprez na wolnym powietrzu, które nie liczą się tym, iż inne osoby nie chcą odbierać tego typu wrażeń akustycznych, trwających nawet do późnych godzin nocnych, ten wychowuje ją do postaw i zachowań antyspołecznych, nie liczących się z prawami innych osób.
Jak widać, jest wiele do zrobienia i właściwie każdy może wiele zrobić w swoim zakresie.
Jeszcze wracając do postawionego pytania. Sprowadza się ono do kwestii zgodności formy, w tym także estetyki, z treścią. Czy można głosić Ewangelię za pomocą dźwięków i środków dyskotekowych? Czy w Kościele jest miejsce na wzorce wzięte żywcem z "kultury" współczesnej bez rozróżniania, oczyszczania, korygowania?
Nie chcę tutaj uprawiać autoapologii, ale następujący przykład powinien być pomocny. Otóż co jakiś czas spotykam się z zarzutem, że mój "język" na blogu jest "nie do przyjęcia", gdyż jest "niekulturalny", "obraźliwy", nie odpowiada "zasadom życia społecznego" itp. itd. Najpierw wynika z tego, że brak jest zarzutów merytorycznych, więc pozostają zarzuty quasi estetyczne i formalne. Zdaję sobie sprawę z tego, że zaburzam tutaj swego rodzaju estetykę wypowiedzi mniej czy bardziej powszechną w pewnych kręgach czy to kościelnych czy politycznych. Dziwi jednak fakt, że u osób podnoszących te zarzuty brakuje powiązania formy z treścią. Innymi słowy: w każdej krytyce - a za każdą merytoryczną jestem wdzięczny - należy zacząć od treści i według niej oceniać adekwatność formy. Rozumiem, gdy ktoś się nie zgadza z treścią i tym samym odrzuca formę. Jeśli natomiast ktoś się zgadza z treścią, to według niej powinien ocenić formę, nie odwrotnie. Przykład: gdy muszę obalać potężne a prymitywne bzdury i to wypowiadane z całkowitą pewnością siebie, mimo iż ich absurdalność jest wręcz rażąca, to oburzenie wyrażone odpowiednio nie może być niewłaściwe, nawet jeśli burzy to komuś jego sympatie czy błogość emocjonalną.
Podobnie jest z formą przekazu treści Ewangelii. Pan Jezus - oczywiście nie porównuję siebie, aczkolwiek przyznaję się, że staram się naśladować - nigdy nie bawił się w fałszywe uprzejmości, nie owijał w bawełnę, byle nikogo nie urazić. Tak samo Apostołowie, o czym świadczą ich listy i Dzieje Apostolskie. Tak samo jest w pismach Ojców Kościoła, zwłaszcza tych polemicznych i apologetycznych. Jakież to dalekie od fałszywej uprzejmości, której jest pełno chociażby w Talmudzie czy innych fałszywych pismach starych i nowych. Kłamstwo musi się maskować pod pozorami, prawda nie chce i nie musi. To samo się odnosi do metod tzw. nowej ewangelizacji. A nawet prości ludzie to wyczuwają, o ile myślą trzeźwo i mają zdrowe wyczucie. Gdy np. taki Ryś robi wraz z pseudojezuitami jakąś imprezę masową, nagle ogłaszając, że to była już pierwsza część liturgii Novus Ordo, to każdy normalny człowiek poczuje się oszukany, nie tylko ten, któremu drogie są rubryki novusowe. Tak samo jest z łączeniem treści chrześcijańskich z formami czy rytuałami, które przynajmniej częściowo mają pochodzenie antychrześcijańskie czy wręcz satanistyczne. Nie chodzi o to, że nie należy nawracać także satanistów i zaczadzonych "wielką orkiestrą" cwaniaka w czerwonych okularach. Chodzi o to, że każdy podstęp ma krótkie nogi, nawet jeśli sukces wydaje się szybki i doraźny. Sprawa jest prosta: nikt normalny i szczery nie powie w takim samym tonie w głosie zdania "kocham cię" i "nienawidzę cię", czy też zdania "to jest piękne" i "to jest ohydne". Jeśli ktoś ton właściwy do jednego zdania przenosi na zdanie przeciwne, to nie powinien się dziwić, że nie zostanie właściwie zrozumiany, a nawet prawdopodobnie zostanie uznany za oszusta.
Nie chodzi o to, że mamy ludziom podawać treści tylko na słodko i miło. Są treści, które muszą zostać wyrażone dosadnie (jak to się może dzieje nierzadko tutaj). Istotna i niezbędna jest zgodność formy z treścią i odwrotnie. A to jest obecnie najpoważniejszy problem z Kościołem, ściśle związany z jego wiarygodnością czy raczej z jej zapaścią.
Wojciech Grygiel - apostata w koloratce
Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika:
Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości.
Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalna podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej:
Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):
Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.
Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć:
On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:
Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie.
Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej dla kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego.
Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów.
Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason.
To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł.
Ciekawa koalicja pro-Rysiowa (z post scriptum)
Na kanwie słynnej rozmowy u Rymanowskiego ukazały się ciekawe komentarze, przejawiające odpowiedni poziom merytoryczny, a to przeważnie dość denny i to po różnych stronach sceny niby katolickiej. Oto szczególnie ciekawy przykład:
Pomijając wybitną inteligencję tej pani, przejawiającą się chociażby w tym, że nie potrafi prawidłowo podać nazwiska osoby, o której mówi (z Mysiora robi Myszora), należy zwrócić uwagę na wieloraką zgodność między nią a słynnym w tradiświatku i nie tylko panu Dawidzie z Sopotu, który po długiej karierze blisko plebanii Novus Ordo od paru lat wtopił w sektę stehliniańską, której wiernie z porównywalną do Białkowskiej rozumnością służy:
1. zgodność co do tego, że Ryś jedynie podaje to, czego Kościół od Vaticanum II naucza,
2. zgodność co do tego, że Ryś jest biedny skrzywdzony przez tych, którzy krytykują jego list znany jako list KEP,
3. tym samym zgodność w wybitnym niechlujstwie i w braku merytorycznej rzetelności w analizie i ocenie tego, co Ryś napisał w liście KEP i też poza nim głosi,
4. zgodność w myśleniu brzuchem zamiast głową.
Nie podlega dyskusji, że fenomen Rysia ma ewidentny związek z tym, co się stało i co się nadal dzieje z Kościołem po "soborze". Nie o to chodzi. Chodzi o rzetelne badanie wypowiedzi i uczciwą krytykę, nawet jeśli musi ona wypaść druzgocąco. Tego właśnie brakuje zarówno u Białkowskiej powiązanej ze środowiskami katolewackimi jak też u Mysiora powiązanego obecnie z sektą stehliniańską, czym się on zresztą chlubi. Przyznam, że nie ogarniam, jak ktoś wręcz nachalnie afiszujący się rozumnością, może tak naiwnie, wręcz infantylnie bezrozumnie traktować wypowiedzi takich osób jak Szymon Bańka FSSPX i to nawet promując go. Mysior ma widocznie jakiś komplex poddańczy (dewocyjny), który blokuje mu trzeźwe myślenie względem kogoś w stroju duchownym, komu on z jakichś powodów ślepo zaufał.
Odmóżdżenie jest typowe dla modernistów, co oczywiście nie wyklucza funkcjonalnej inteligencji na usługach wypaczonej umysłowości modernistycznej. Jest jednak typowe także dla każdej sekty, również stehliniańskiej. A przejawia się w prymacie własnej ideologii nad rzeczywistością i nawet nad prostymi faktami. Gdy pojawia się jakaś kwestia, to zamiast rzetelnego, w razie konieczności nawet żmudnego jej zbadania, wręcz odruchowo pojawia się gotowa odpowiedź, nawet jeśli ma ona niewiele wspólnego z rzeczywistością w danym przypadku. Gdy moderniści tego typu jak wybitnie inteligentna inaczej Białkowska quasi automatycznie łykają kłamstwa Rysiowe, bo one potwierdzają ich fałszywy obraz świata, to można to wyjaśnić lenistwem intelektualnym i notorycznym zakłamaniem. Gdy zaś sekta stehliniańska - a Mysior jako wierny sługa wraz z nią - chętnie łyka te kłamstwa, zamiast podjąć się rzetelnej analizy teologicznej, to wynika to również z lenistwa intelektualnego i z obrazu świata tego typu, że wszelkie zło pochodzi od "soboru", nawet jeśli w danym przypadku związek jest najwyżej luźny, o czym świadczą proste fakty, które każdy może sprawdzić.
Sekta stehliniańska usiłuje oczywiście upiec swoją pieczeń na ogniu rozpalonym przez Rysia. Jest to poniekąd zrozumiałe, aczkolwiek w gruncie rzeczy nieuczciwe i na pewno na dłuższą metę kontraproduktywne, gdyż także tradziuchów nie można bez końca oszukiwać.
Zdaję sobie sprawę, że katolik straumatyzowany szaleństwami w novusowej parafii (czy też nawet na niektórych indultach) upatruje swój ratunek i bezpieczną przystań w ramionach FSSPX, które w Polsce ma niestety postać sekty stehliniańskiej. Nikomu nie wolno jednak wyłączyć trzeźwego myślenia, mimo mniej czy bardziej trwałego zachwycenia się "Tradycją", którą rzekomo doskonale i czysto reprezentuje FSSPX, co oczywiście nie jest prawdą niestety.
Post scriptum
Wyjaśniam, co by nie było: generalnie Dawid Mysior to dobry chłop, ogólnie się z nim zgadzam. Nie zgadzam się jednak przede wszystkim z wybujałą pewnością siebie i wręcz pychą, co go niestety łączy z sektą stehliniańską. Oto przykłady:
Byłem mile zaskoczony, gdy podesłano mi jedno jego nagranie z YT, gdzie poleca moją opinię teologiczną ws. chanukki na KUL. Kilka dni po zamieszczeniu nagranie to zostało bez słowa wyjaśnienia usunięte, widocznie przez samego Mysiora. Można się domyśleć, że na żądanie sekty stehliniańskiej, która pozytywną wzmiankę o mnie uznała za nielojalność wobec siebie. Zachowała się jedynie wersja dźwiękowa na innej platformie:
Drugi przykład świadczy o tym samym. Otóż kilka miesięcy temu skrytykowałem prostactwo, którym się popisał Mysior, zobacz tutaj. Niestety widocznie on albo nie zrozumiał problemu - albo zrozumiał i uważa, że robi dobrze, skoro nadal ma zasięgi i chyba nikt inny mu nie zwrócił uwagi - skoro niedawno temu popełnił to samo (być może popełnia regularnie, nie mam pewności, gdyż go nie śledzę, a trafiam jedynie okazyjnie):
Jeśli ktoś notorycznie nie dostrzega problemu, to niestety cierpi na zaślepienie powodowane pychą. W czym jest zapewne utwierdzany przez sektę stehliniańską.
Czy uczestniczyć?
Sprawa jest właściwie indywidualna, jednak dość częsta obecnie. W podobnej kwestii już się wypowiadałem.
Taka sytuacja rodzinna jest oczywiście smutna i nieakceptowalna w tym sensie, że nie można jej uznać za prawidłową i dobrą. Jednak należy mieć na uwadze, że chodzi tutaj konkretnie o sakramentu Chrztu św. czyli łaskę uświęcającą dla dziecka. Tutaj jest owszem ważne, jaka jest motywacja rodziców, którzy chcą swoje dziecko ochrzcić. Myślę, że nie można wykluczać dobrej motywacji, czyli wynikającej z właściwego rozumienia tego sakramentu czy przynajmniej z pragnienia dobra duchowego dziecka. To należy wyjaśnić w rozmowie duszpasterskiej z rodzicami. Za to odpowiada duszpasterz, a on jest zobowiązany przestrzegać zasad Kościoła. Kościół stawia minimalny warunek: realne szanse i wiarygodne zapewnienie co do wychowania katolickiego dziecka. Teoretycznie jest to możliwe także wtedy, gdy rodzice są niewierzący, lecz wówczas muszą się szczerze zobowiązać do zapewnienia dziecku katolickiego wychowania. Temu celowi służy zwłaszcza urząd chrzestnego. Podkreślam: spełnienie tego warunku ma obowiązek zbadać duszpasterz, a także szafarz sakramentu, jeśli nie jest tożsamy z duszpasterzem tej rodziny.
Z pozycji osoby postronnej zaproszonej na uroczystość można zasadniczo przyjąć, że sprawa została prawidłowo przeprowadzona przez duszpasterza, skoro jest (ma być) udzielony sakrament. Jeśli są wątpliwości, należy się zwrócić do duszpasterza, a ostatecznie do biskupa miejsca. To oni ponoszą odpowiedzialność, także w razie ewentualnych nieprawidłowości. Po stronie np. Pani zadającej pytanie istotna jest kwestia, jakie zachowanie bardziej posłuży zbawieniu duszy chrześniaka i całej rodziny. To także należy wyjaśnić w rozmowie z duszpasterzem i też z chrześniakiem, żeby wiedział, o co w tej sprawie na prawdę chodzi, żeby zrozumiał motywację, oraz taką, a nie inną decyzję. Może być tak - mówię teoretycznie, ponieważ nie znam tych osób - że powodem prośby o chrzest dla dziecka są jakieś choćby resztki przywiązania do wiary katolickiej. Tych resztek nie wolno gasić, gdyż Ewangelista mówi o Panu Jezusie, że jest tym, który nie złamie trzciny nadłamanej i nie zgasi knotka ledwo tlącego się (Mt 12,15-21). W tym świetle należy podjąć decyzję.
Czy jest drugi grzech pierworodny?
Nie trzeba być wybitnym teologiem, by stwierdzić, że zacytowane zdanie jest absurdalne teologicznie, durne i przynajmniej heretyckie, jeśli nie apostackie, gdyż oznacza właściwie negację właściwego pojęcia grzechu pierworodnego.
To pojęcie (peccatum originale) ma bowiem określone znaczenie w teologii katolickiej. Rozpowszechnione tłumaczenie "grzech pierworodny" nie odpowiada dokładnie oryginałowi łacińskiemu, gdyż originale znaczy raczej "pierwotny". Chodzi o pierwotność w znaczeniu pierwszeństwa i początku, w pewnym sensie korzenia wszystkich innych grzechów. Pierworodność można uzasadnić o tyle, że może wskazywać na rodzenie się w tym grzechu. Wyraża to np. język niemiecki w słowie Erbsünde, które oznacza tyle co "grzech dziedziczny".
Nawet jeśli mowa o "drugim grzechu pierworodnym" pochodzi od Jana Karskiego, który nie był teologiem, to jednak jako człowiek wychowany jako tako po katolicku - choć w środowisku masońsko-piłsudczykowskim - i wykształcony powinien wiedzieć, czym jest grzech pierworodny i że mówienie o drugim takim grzechu jest absurdalne. Posłużenie się takim absurdem można niejako wytłumaczyć faktem, że Karski był żonaty z *ydówką, od której widocznie przejął wtórną ignorancję czy raczej perwersyjne przeinaczenie tego pojęcia katolickiego.
Zaś celem tej perwersji jest zapewne akcentowanie wyjątkowej wagi owego grzechu, przypisywanego oczywiście całej ludzkości, co jest równie absurdalne, gdyż stosunkowo niewielka część populacji świata miała choćby tylko styczność z tym, co *ydzi nazywają holokaustem czy shoah.
Jest to więc kolejny z niezliczonych przykładów na to, do jakiego upodlenia już choćby intelektualnego zdolni są ludzie oddani temu kultowi, za którym stoją bardzo konkretne i bezwzględne interesy, czego jesteśmy obecnie świadkami w Ziemi Świętej.
Urojone plucie czyli Rysiowego łgarstwa ciąg dalszy
Właściwie wolałbym, gdyby temat był zamknięty. Sprawa jednak toczy się nadal i nie zapowiada się, by się miała rychło skończyć, przynajmniej nie ze strony delikwenta w purpurze. Świadczy o tym wywiad z nim, który się odbył 8 maja 2026 r. u słynnego Rymanowskiego. Notabene: gdyby Rymanowski rzetelnie się przygotował do spotkania, także czytając tutejsze wpisy w temacie, to by nie dał się tak łatwo owinąć gościowi w bawełnę. Być może ktoś mu serdecznie doradził skrzętne omijanie nie tylko niniejszego bloga lecz także jego treści. Powinien wiedzieć, co robi.
Tyle tytułem krótkiego wstępu. Teraz do rzeczy.
Znamienny jest wstęp, gdy delikwent się oburza akurat na Pawła Lisickiego, który dość rzeczowo wyraził swoją krytykę odnosząc się do listu KEP:
To jest godne preludium do całości: zamiast merytorycznego odniesienia się do zarzutów jest odgrywanie biednej, skrzywdzonej bo oplutej ofiary, żebrzącej o współczucie widzów. To już ma osłabić trzeźwe myślenie i odwrocić uwagę od meritum.
Następnie cenne jest, co delikwent mówi o genezie słynno-haniebnego listu:
Oczywiście nie ma tutaj żadnej sensacji, aczkolwiek opis procedowania tego listu nie zgadza się z tym, co wcześniej przeniknęło do opinii publicznej ze źródeł anonimowych. W każdym razie Ryś potwierdza, że to on jest ostatecznie odpowiedzialny za treść, za procedowanie i za opublikowanie listu, a reszta biskupów była w przytłaczającej większości czy to obojętna czy też - a może przede wszystkim - uległa wobec akcji Rysiowej, biorąc na siebie współodpowiedzialność. Jakie były argumenty Rysiowe, można się domyślać na podstawie dalszego ciągu jego wypowiedzi, jak zobaczymy poniżej.
Rymanowski wskazuje na polemikę z owym listem KEP prowadzoną m. in. przez x. Waldemara Rakocego CM:Tutaj Ryś ponownie kłamie i to wielorako:
Ryś konsekwentnie brnie w swoim łgarstwie, a Rymanowski łyka te łgarstwa jak pelikan. Powinien był dopytać, w czym konkretnie owe "pięć dokumentów" zaprzeczają temu, co mówią krytycy listu KEP (a właściwie łgarstw Rysiowych). Gdyby dopytał, to by się okazało, że Ryś będzie znów maniakalnie powtarzał, że przymierze Boże jest nieodwołalne, a Kościół od "soboru" rzekomo naucza, iż żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa są "narodem wybranym". Ryś potrafi sugestywnie łgać, a trafia przeważnie niestety na takich naiwniaków jak Rymanowski, którzy nie wyobrażają sobie, iż ktoś, zwłaszcza duchowny i w purpurze potrafi aż tak bezczelnie oszukiwać.
Kwestia jest rzeczywiście ciekawa, gdyż akurat w tym punkcie - braku "instytucjonalnej misji wobec żydów" - mamy bergogliańską nowość, sprzeczną z całą Tradycją Kościoła wraz z Nowym Testamentem, czemu Ryś nie byłby w stanie zaprzeczyć. Ta nowość oczywiście nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła. A jest to jeden z obłudnych absurdów bergogliańskich, obliczonych na rozmywanie tożsamości katolickiej, a równocześnie na tyle śliskich i dwulicowych, żeby nie łatwo było wykazać sprzeczności z wiarą i praktyką Kościoła. Przede wszystkim to zdanie samo w sobie jest jedynie stwierdzeniem ("Kościół nie prowadzi"), a nie zdaniem normatywnym czyli zakazem prowadzenia instytucjonalnej misji względem żydów. Zaś magiczną sztuczką jest tutaj rozróżnienie i oddzielenie "instytucjonalnej misji" od osobistego czyli prywatnego "świadectwa wiary". To ma być w zamyśle majstersztyk obłudy bergogliańskiej narzucanej katolikom. Innymi słowy: gdy zwykły katolik mówi żydowi, że Jezus Chrystus jest Mesjaszem i Zbawicielem, oraz że żyd powinien przyjąć tę wiarę, żeby się zbawić, to jest jakby w porządku, natomiast w oficjalnym dokumencie z Watykanu czy z KEP - jak twierdzi Ryś - nie wolno tego powiedzieć. Problem w tym, że wówczas zwykły katolik przynajmniej jest niepewny, czy wolno coś takiego powiedzieć żydowi, skoro Ryś i inni bergoglianie straszą nieposłuszeństwem nauczaniu Kościoła. I to właśnie chodzi - o sianie niepewności, wątpliwości, pomieszania u katolików, ostatecznie o ich odmóżdżenie i teologiczne wykastrowanie.
Zauważmy tutaj najpierw Rysiową mowę ciała: on jest wyraźnie - mówiąc delikatnie - poirytowany takimi pytaniami. Można się domyślać, dlaczego. Obłuda boi się zdemaskowania.
Także tutaj Ryś okazuje się mistrzem krętactwa i omijania pytań. Rymanowski stawia proste pytanie teologiczne, a Ryś je zbija jako "bardzo teoretyczne". Zauważmy: pytanie nie jest o to, czy dany człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa może się zbawić, lecz o zasadniczą, ogólną możliwość. Na to właściwe pytanie Ryś nie odpowiada i widocznie nie chce odpowiedzieć. A dlaczego nie chce odpowiedzieć? Jest tylko jedna możliwość: nie przejdzie mu przez usta powiedzenie, że człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa nie może się zbawić, bo wtedy by wyznał wiarę katolicką i obraził żydów. Nie chce też powiedzieć, że człowiek odrzucający Jezusy Chrystusa generalnie może się zbawić, gdyż wówczas zdemaskowałby się jako apostata. Dlatego właśnie ucieka w badanie konkretnych przypadków, niby nie określając się, a Rymanowski zaniedbuje dopytania. A należałoby dopytać, jakie to warunki w konkretnym przypadku umożliwiają, a jakie uniemożliwiają zbawienie.
Tutaj punktem wyjścia jest dość durny argument niektórych - akurat modernistycznych - krytyków listu KEP, sugerujący, jakoby prawdziwość i fałszywość zależała od momentu. Jednak dobrze, iż Ryś tutaj dodaje szerszy kontext w ramach sekciarskiego wojtylianizmu. Wszystkie trzy przywołane wydarzenia - wizyta Jana Pawła II w Marokko w sierpniu 1985 r., wizyta w synagodze rzymskiej, spotkanie w Asyżu w 1986 r. - są powiązane z żydami. Marokko pod rządami Hassana II (a właściwie już za panowania jego ojca), zresztą członka paramasońskiej organizacji Rotary Club, było krajem muślimskim najbardziej sprzyjającym państwu położonemu w Palestynie (więcej tutaj). Zaś spotkanie w Asyżu - co jest mało znane - zostało zainspirowane przez żydowskiego przyjaciela Karola Wojtyły z Wadowic, Jerzego Kluger'a. Pretextem jest oczywiście dążenie do pokoju światowego poprzez "pojednanie" wszystkich religij, a przynajmniej tzw. religij Abrahamowych, czyli judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Problem tkwi po pierwsze w pojęciu pojednania, a po drugie w utopijności pokoju zbudowanego na fałszu, jakim jest pomijanie kwestii prawdy w religii, a sprowadzenie jej do uczuć, kultury, tradycji itp. Korzeniem jest zarówno oddzielenie religii od prawdy, jak też - mniej czy bardziej szczere - stawianie wartości doczesnych ponad prawdą i ponad celem wiecznym, jakim jest zbawienie dusz. To jest nic innego jak czystej wody ideologia masońska, o charakterze ostatecznie totalitarnym, gdyż nie licząca się z elementarną ludzką potrzebą prawdy i narzucana wszelkimi środkami, począwszy od propagandy i manipulacji, aż po brutalną przemoc, której doświadczaliśmy dobitnie w ostatnich latach i nadal doświadczamy. Nie jest przypadkowe, że przedstawiciele hierarchii kościelnej wychowani na wojtylianiźmie, a następnie na bergoglianiźmie (który jest właściwie tylko rozwinięciem i radykalizacją tego pierwszego - czego naocznym przykładem jest właśnie Ryś) wiernie służą temu iluzorycznemu, a w swej istocie obłudnemu planowi, który jest przeciwieństwem i negacją Królestwa Chrystusowego na ziemi. Dlatego właśnie wojtyliańsko-bergogliańskie pachołki zamykały przed wiernymi kościoły, zakazywały duchownym przystępu do umierających, skazując ich na śmierć bez łaski i pociechy z sakramentów Kościoła, stręczyły szprycowanie ludzi preparatami wyprodukowanymi przy użyciu ciał dzieci zamordowanych w łonach matek itp. itd. Takie to są dość wyraźne powiązania.
On po pierwsze widocznie nie zauważył, że przywołani Perzyński i Wróbel pisali znacznie wcześniej (mianowicie plując na x. Waldemara Chrostowskiego) niż wypowiedział się x. Rakocy (por. tutaj), więc nie mogli odpowiadać temu ostatniemu. Przy okazji pośrednio przyznaje tutaj, że ci dwaj są właściwie jego pachołkami na usługach. Po drugie, wykazuje tutaj, że nie ma argumentów, skoro wymachuje autorytetem KEP i rzekomym nieposłuszeństwem wobec papieża, czyli de facto grozi x. Rakocemu karami kościelnym za brak uległości wobec nauczania Kościoła. Nasuwa się pytanie, czy Ryś zauważył, iż Franciszek w żadnym miejscu nie twierdzi czegoś przeciwnego do tego, co powiedział x. Rakocy, tzn. nie twierdzi, jakoby "sobór" w "Nostra Aetate" odszedł od tego, co Kościół zawsze głosił w kwestii judaizmu. Zresztą sam Ryś już się w końcu pogubił w swoim łgarstwie, bo przed chwilą twierdził, iż "sobór" nie mówi nic przeciwnego Tradycji, a teraz grozi x. Rakocemu karami kościelnymi za powiedzenie tego samego. Tak to jest z oszustami.
Sytuacja jest o tyle ciekawa, że x. Oko jest akurat podwładnym gościa jako inkardynowany w jego archidiecezji. Tutaj Ryś już nie grozi karami kościelnymi, bo to on by musiał ukarać, a widocznie jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nie miałby za co, to znaczy, że tu akurat jego podwładny ma rację. Stąd ucieczka w zupełnie inny temat i zagranie na emocjach, zresztą dość absurdalne. Czy on na prawdę uważa, że dla zapobieżenia używaniu macew (żydowskie płyty nagrobne) do budowy stodoły i parkingów konieczne czy choćby użyteczne jest nie tylko odwiedzanie synagog lecz głoszenie apostackich bzdetów o rzekomo trwającym wybraństwie żydów? W każdym razie gotów jest ośmieszać się publicznie. Czy robi to na zlecenie czy sam od siebie? Oto jest pytanie.
Tutaj najpierw zacytuję to, co już byłem napisałem (tutaj):
Jak to zwykle bywa u modernistów, mamy tutaj pomieszane, zamącone i zafałszowane. List KEP miesza możliwość zbawienia bez wyraźnego wyznawania wiary katolickiej z możliwością zbawienia tych, którzy tę wiarę odrzucają. Ryś mówi o "tajemnicy", o której św. Paweł wcale nie mówi, a to sugerując, jakoby dla żydów odrzucających Jezusa Chrystusa była jakaś tajemnicza inna droga zbawienia, czyli jakoby Jezus Chrystus ich zbawiał wbrew ich woli i mimo nienawiści do Niego i mimo tego, że Go odrzucają. To jest nie tylko sprzeczne z katolicką soteriologią, lecz wręcz bluźniercze wobec Boga, gdyż przypisuje Bogu gwałcenie wolnej woli człowieka.
Zauważmy: człowiek wyciąga logiczny wniosek ze zdania w liście KEP (które jest zresztą wzięte z dość durnej "refleksji teologicznej" bergogliańskiej rady judaistycznej), a Ryś jest w stanie jedynie wydusić słowo "nie" i je powtórzyć.
Tu jest znowu kłamstwo pomieszane z wymachiwaniem "soborem". Kłamstwem jest oczywiście twierdzenie, jakoby nie było prześladowania liturgii tradycyjnej oraz sprawujących ją. A przy okazji jest dość gruba bzdura, gdy Ryś mówi, że dokumenty soborowe są "natchnione przez Ducha Świętego". On albo nie ma pojęcia o katolickim pojęciu natchnienia, albo udaje na doraźny użytek. Otóż w katolickim pojęciu natchnione przez Ducha Świętego są wyłącznie kanoniczne księgi Pisma św. Natomiast w dziejach Kościoła, zwłaszcza w jego nauczaniu wiary i obyczajów jest tzw. asystencja Ducha Świętego, czyli wspomagające towarzyszenie, które prowadzi drogą Bożego Objawienia, ale samo w sobie nie chroni koniecznie poszczególnych członków Kościoła przed błędami czy nawet herezjami, czego dowodem są liczni duchowni herezjarchowie. Teologia katolicka nie wyklucza nawet popadnięcia papieża w herezję, o ile nie naucza uroczyście mocą urzędu apostolskiego (ex cathedra). W historii Kościoła nie brakuje także fałszywych soborów, które dopiero po pewnym czasie zostały odrzucone jako latrocinium (zgromadzenie zbójców), mimo że wpierw uchodziły za concilium.
Zauważmy: Ryś wraz z pseudojezuitami z sekty recławistów robi jakieś wymyślone pseudoobrzędy, nikogo z uczestników nie informując, co zamierza, a następnie oznajmia, że to już była pierwsza część "liturgii" Novus Ordo, do której dołącza resztę. Zaś ekipa bergogliańska w Rzymie nie tylko nie karci go za rażącą samowolkę i oszustwo na ludziach, lecz go wręcz chwali i utwierdza, mimo że "sobór" (Sacrosanctum Concilium), którym oni stale wymachują, mówi wyraźnie:
Porównajmy z tym, co rzeczywiście się znajduje w Księdze Apokalipsy:
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
Sprawa wywołała znaczną burzę medialną już przed oficjalną publikacją owego listu. Jego styl i treść prowadzą do jednego autora, którego łat...