Temat Iranu wyraźnie ożył w przestrzeni publicznej od ataku państwa położonego tam gdzie chce wraz z swoim sojusznikiem zza wielkiej wody, co rozpoczęto w formie gorącej dwa tygodnie temu. Sytuacja jest nieco podobna jak w kwestii ataku Moskali na państwo banderoidów położone w znacznej części na Kresach Rzeczypospolitej. Dochodzi oczywiście czynnik odległości kulturowej, cywilizacyjnej i religijnej. To odgrywa właśnie istotną rolę w aktualnej debacie czy raczej narracji polityczno-społecznej. Występują oczywiście także głosy wyważone przynajmniej częściowo i oparte na mniej więcej solidniejszej wiedzy. Przeważa jednak ignorancja i podejście bardziej sentymentalne niż racjonalne i to z różnych stron. Nie jestem politykiem ani historykiem, ani znawcą Środkowego Wschodu czy specjalnie Iranu. Jednak w wyniku znajomości osobistej z Irańczykami na tzw. Zachodzie mam też pewne doświadczenie. Zgodnie z oczekiwaniami P. T. Czytelników mogę się wypowiedzieć teologicznie jak najlepiej potrafię.
Zostałem zmotywowany do wypowiedzi między innymi przez powyższą wypowiedź znalezioną w internetach, a szczególnie przez nazwanie aktualnego sytemu politycznego Iranu "teokracją", co z punktu widzenia zarówno teologicznego jak też historycznego i politologicznego jest błędne.
Zanim przejdę do tej kwestii, pragnę zaznaczyć, że póki co nie zajmę zdecydowanego stanowiska wprost odnośnie do aktualnej wojny w Iranie, gdyż brakuje wystarczających danych. Obecnie wygląda na to, że atak trwający od dwóch tygodni przynajmniej o tyle nie spełnia warunków wojny sprawiedliwej określonych w nauczaniu Kościoła, że była szansa na pokoje rozwiązanie konfliktu w drodze pertraktacji, skoro państwo irańskie wyraziło gotowość do pewnych ustępstw w kwestii zagrożenia czy potencjału mogącego zagrozić bezpieczeństwu innych państw (rezygnacja z opracowania arsenału nuklearnego i współpraca z USAnią w wydobyciu ropy naftowej). Można oczywiście pytać, na ile wiarygodne byłyby to ustalenia, lecz to jest kwestia traktatowego dopracowania szczegółów. W każdym razie należy powiedzieć, że wojna nie może być sprawiedliwa, jeśli jest choćby szansa na pokojowe rozwiązanie. Ponadto zastosowane środki w postaci ataków na cele cywilne nie odpowiadają kryteriom etycznym i prawu międzynarodowemu.
Tymczasem przywódcy państw atakujących czyli agresorów wprost zadeklarowali, że ich celem jest obalenie obecnej władzy Iranu, którą uważają za zagrożenie zarówno dla siebie jak też dla społeczeństwa w Iranie czyli ludności. Tutaj sprawa jest już bardziej złożona. Głównym czynnikiem jest właśnie stosunek między ludnością tego kraju a obecną jego władzą. Z powodu różnorodności populacji raczej niemożliwe jest jednoznaczne określenie tego stosunku. Dlatego należy sięgnąć do kryterium wyższego, czyli wartości reprezentowanych przez tą władzę względem dobra ludności. Także w tym aspekcie sprawa nie jest prosta, są jednak obiektywne kryteria. Tutaj właśnie dochodzimy do kwestii tytułowej, czyli zasadności twierdzenia, że Iran jest rządzony w systemie teokratycznym.
Można się domyśleć, co osoba wypowiadająca to twierdzenie ma na myśli. Chodzi o fakt, że najwyższą, nadrzędną władzę sprawuje tzw. rada strażników rewolucji islamskiej, która to wyznacza kandydatów do sprawowania władzy podrzędnej na szczeblu ustawodawczym, sądowniczym i wykonawczym. Emanacją i symbolem władzy nadrzędnej jest tzw. duchowy przywódca, wyłaniany przez ową radę.
Nie trudno zauważyć pewnych podobieństw do starożytnych teorij państwa z myśli greckiej (Platon i Arystoteles), według których najwyższą władzę powinni sprawować filozofowie, czyli mędrcy stojący na straży dobra wspólnego oraz doboru środków właściwych do osiągnięcia tego dobra. Gdy p. Jacek Bartyzel wspomina teorię Al-Farabi'ego, nazywając go "muzułmańskim filozofem", to zapomina o rzeczy istotnej, mianowicie po pierwsze o korzeniach jego myśli w filozofii greckiej, a po drugie o tym, że właściwą "filozofią" muzułmańską jest to, co czynił Mahomet, czyli krwawy rozbój i podbój. To są zasadnicze błędy popełniane regularnie zarówno przez muślinów jak też przez powtarzających za nimi mało rozgarniętych historyków. Islam sam ze siebie nie wyłonił nigdy żadnej myśli czy to filozoficznej, czy politycznej, czy jakiejkolwiek naukowej. To, co się zwykle określa jako kultura arabska czy islamska, było tworzone przez pierwotnie chrześcijańskich niewolników i poddanych, którzy nie czerpali ze źródeł islamskich - którymi są Kuran oraz tzw. hadisy czyli legendy o życiu i słowach Mahometa - lecz z myśli greckiej i chrześcijańskiej, a w Persji także z myśli rdzennej czyli zaratustriańskiej. Tego typowym przykładem jest właśnie Al-Farabi (który zresztą z pochodzenia na pewno nie był Arabem, lecz raczej Persem i to z powiązaniami chrześcijańskimi). Sam islam od początku zawsze był genetycznie wrogi wszelkiej naukowości. Dlatego właśnie tzw. filozofia arabska jak też rozwój naukowy, kulturowy i gospodarczy niemal zupełnie zanikł wraz z dogłębnym przeoraniem społeczeństw podbitych przez islam. Innymi słowy: kultura i nauka istniały w krajach islamskich nie dzięki islamowi, lecz wbrew niemu, i dlatego przestały istnieć wraz z konsekwentnym wdrożeniem tej "religii", a raczej jej "prawa" czyli szariatu.
To jest więc po pierwsze błąd historyczny, wynikający czy to z niewiedzy, czy też z naiwności wobec współczesnej islamofilskiej narracji.
Znacznie poważniejszy jest błąd pod względem teologicznym. Otóż określenie władzy islamskiej jako "teokratycznej" oznacza nic innego jak twierdzenie o boskim pochodzeniu islamu, co jest oczywiście fałszywe. Jest bardzo dziwne, gdy coś takiego pochodzi z ust czy z pióra kogoś, kto się uważa za katolika. Sprawa jest istotna, wręcz kluczowa zarówno zasadniczo jak też w ocenie obecnego konfliktu związanego z państwem irańskim.
Jest wprawdzie dość oczywiste, że ta wojna ma charakter polityczny, gdyż chodzi głównie o interes państwa położonego tam gdzie chce. Tym niemniej nie można jej zrozumieć w oderwaniu od tła religijnego. Wszak nie można zaprzeczyć, że polityka państwa położonego tam gdzie chce powołuje się na rzekomo religijne prawo do tej ziemi, przy czym w jego religii nie ma podziału na politykę i religię. Z drugiej strony "republika islamska" grozi zniszczeniem tego państwa w imię obrony islamskiego "świętego miejsca", za który uważa Jerozolimę i wzgórze świątynne. Wchodzą tutaj oczywiście kwestie historii wczesnego islamu, która dzięki rzetelnym historykom od kilku dziesięcioleci jest dopiero mozolnie odkłamywana, co oznacza oddalenie się i w istotnej mierze obalenie oficjalnej narracji muślimskiej, a co w Polsce jest praktycznie nieznane (więcej tutaj). Widać to w wypowiedziach powtarzających bezmyślnie i naiwnie przekonanie o rzekomym prawie muślimów do wzgórza świątynnego, gdzie postawili sobie nawet dwa meczety dla upamiętnienia rzekomego "wniebowstąpienia" ich "proroka" na rumaku o wdzięcznym imieniu Burak. Ta bajka jest zresztą typowa dla absurdalności i zarazem bezczelności islamu. Państwo położone tam gdzie chce oczywiście dąży do odzyskania tego miejsca, które dla ich przodków (pomijam w tym miejscu kwestię więzów tego państwa z ludem starotestamentalnym i jego religią) było najświętszym na ziemi. Tego sporu nie można rozwiązać polubownie ani choćby załagodzić, gdyż dotyka on rdzenia tożsamości judaizmu z jednej oraz islamu z drugiej strony. Dochodzi nieludzkie, wręcz zbrodnicze traktowanie rdzennych mieszkańców Ziemi Świętej przez państwo położone tam gdzie chce, co także jest zakorzenione w religii judaistycznej. Mamy więc jaskrawy przykład tego, jak tragiczne, wręcz okrutne skutki mają fałszywe religie, zwłaszcza gdy ścierają się ze sobą.
Tutaj zachodzi kwestia, czy i na ile obecny system państwa irańskiego czyli tzw. islamskiej republiki jest rdzennie islamski, czy też jego korzenie teoretyczne są inne, pozaislamskie. Odpowiedź jest dość prosta, gdyż wystarczy sięgnąć do przykładu Mahometa, który według islamu jest najwyższym, a właściwie jedynym wzorem dla swoich wyznawców także pod względem politycznym. Zarówno w jego życiorysie jak też w jemu przypisywanemu nauczaniu nie ma choćby śladu ani podziału władzy, ani tym bardziej jakiejkolwiek choćby ograniczonej demokracji. Jego cała "polityka" sprowadza się do bezwzględnej przemocy i podstępu.
Fenomenu obecnego państwa irańskiego nie da się więc sprowadzić do islamu. Już sama nazwa "republika islamska" zawiera w sobie sprzeczność. Państwo nie może być równocześnie republiką i islamskie. Mamy więc do czynienia z czymś, co bardziej przypomina system państw komunistycznych z kastą rządzącą skupioną wokół jednej partii, w tym wojska i policji. Tak więc można powiedzieć, że "islamska republika Iranu" jest podobnie irańska jak państwo PRL było polskie.
Ma to oczywiście związek z powstaniem tegoż państwa. W skrócie wyglądało to tak, że bunt społeczny wobec rządów szacha Pahlawi został sprytnie przechwycony i wysterowany przez "duchownych" szyickich. Błędy władzy szacha są oczywiste. Osobno trzeba by rozważyć ich przyczyny i korzenie. Tzw. rewolucja islamska miała realne podłoże w szerokim niezadowoleniu społecznym w odniesieniu do tamtej władzy, za co winę ponoszą także jej sprzymierzeńcy z tzw. Zachodu. Dziwne, że nikt z nich w porę nie dostrzegł poważnych problemów społecznych i braku zdolności czy raczej też chęci szacha do zmierzenia się z nimi. Równocześnie jest pewne, że już wtedy główną linią napięcia nie były jedynie jaskrawe nierówności w społeczeństwie Iranu lecz także konflikt kulturowo-cywilizacyjny między prozachodnią orientacją ówczesnej monarchii a bardziej zakorzenionym w ludzie wpływem "duchownych" szyickich.
Wyjaśniam tutaj cudzysłów: Otóż w islamie nie ma stanu duchownego, gdyż nie ma kapłaństwa. Zarówno imam jak też mułła nie przynależy do stanu przeznaczonego do sprawowania kultu, lecz jest przywódcą i nauczycielem, czyli kimś porównywalnym z żydowskim rabinem czy protestanckim kaznodzieją i księciem, który jest głową lokalnej wspólnoty. Warunkiem przynależności jest owszem pewien stopień wykształcenia w doktrynie islamskiej, jednak nie ma związanego z tym i udzielanego na zawsze urzędu związanego z specyficznymi, formalnie wyznaczonymi prawami i obowiązkami.
Interesujące byłoby zbadanie, czy i na ile tajne służby obcych państw brały udział w "rewolucji islamskiej", bądź przynajmniej ją wspierały. Dotychczas nie natrafiłem na takie opracowanie. Prawdopodobnie wynika to z niedostępności materiałów czy to archiwalnych czy przynajmniej dziennikarskich. Można jedynie podejrzewać pewien udział agentury sowieckiej, w owym czasie dość rozbudowanej i aktywnej na całym świecie, zwłaszcza w tym regionie dość bliskim Rosji sowieckiej.
W obecnych głosach w sprawie pochodzących od polskich komentatorów regularnie brakuje spojrzenia na sprawę z perspektywy zwykłych Irańczyków. W przestrzeni publicznej dominują - aż do wyłączności - dwa spojrzenia: albo bezkrytycznie proislamskie (w znaczeniu obrony "republiki islamskiej") albo pro-usraelskie. Obydwie strony wykazują stronniczość, abstrahującą od optyki i realnych problemów ludzi czy to żyjących w Iranie czy emigrantów irańskich.
Jak już wspomniałem, miałem okazję poznać tych ostatnich, a także jakiś czas temu młodych turystów z Iranu zwiedzających Niemcy. Jedni i drudzy byli kategorycznie negatywnie nastawieni wobec zarówno samych rządzących ich krajem jak też wobec systemu i samego islamu. Tę wrogą wobec siebie władzę utożsamiali albo z islamem (w przypadku emigrantów) albo z religią w ogóle. Innymi słowy: ich doświadczenia z władzą "religijną" spowodowały niechęć a nawet wręcz wstręt nie tylko względem islamu, lecz względem każdej religii. Irańczycy, których dane mi było przygotowywać do przyjęcia Chrztu św., utożsamiali się raczej z zaratustranizmem niż z islamem, który był dla nich religią wrogów i najeźdźców czyli Arabów. Często wskazywali mi na podobieństwa między religią Zaratustry i chrześcijaństwem, natomiast o islamie wypowiadali się z mieszanką grozy i pogardy. Dodatkowo regularnie szydzili z Turków, sugerując ich niepełnosprawność umysłową.
Dwa przykłady powinne nieco zilustrować.
Przykład pierwszy. W katechezie do Chrztu św. miałem pewną rodzinę z Teheranu, z 16-letnią córką. Miła dziewczyna, jak zresztą wszyscy Irańczycy, których poznałem. Omawialiśmy dość szeroko kwestie religii i wiary. Sahar (to było jej irańskie imię) pełniła też rolę tłumacza wobec innych, gdyż już chodziła do szkoły niemieckiej i lepiej znała język. Z nią mogłem najswobodniej rozmawiać. Sama ze siebie poruszała dość poważne tematy teologiczne, jak istnienie Boga, problem zła itp. Myślała dość odważnie i otwarcie stawiała wątpliwości typowe dla młodego człowieka, choć uprzejmie i bez agresji. Gdy jej ojciec przysłuchiwał się rozumiejąc, o czym rozmawiamy, zauważyłem u niego wyraźny niepokój. W pewnym momencie nagle wstał i wyszedł na korytarz. Gdy po chwili wrócił, zapałem go, czy coś się stało. Wyraźnie zmieszany powiedział patrząc na córkę, że gdyby ona coś takiego powiedziała w Iranie, to by - tu pokazał przykładając dłoń do szyi - została skrócona o głowę. Tymczasem Sahar nie powiedziała nic zdrożnego, a jedynie stawiała pytania w temacie pogodzenia istnienia Boga z istnieniem zła. To mi uświadomiło, jak irracjonalna i nieludzka jest "religia", w której on został wychowany (a był mniej więcej w moim wieku).
Drugi przykład to młody chłopak, który w Iranie poznał wiarę katolicką i musiał wyemigrować do Francji, żeby przyjąć Chrzest św. Tam też poczuł powołanie i wstąpił do seminarium duchownego. Po jakimś czasie z powodu jakiejś sprawy rodzinnej pojechał do Iranu i został tam natychmiast uwięziony pod zarzutem porzucenia islamu. Ponad rok spędził we więzieniu w nieludzkich warunkach i w obawie o swoje życie. W końcu jakimiś kanałami dyplomatycznymi udało się go wydobyć z tego przedsionka piekła i mógł wrócić do Francji, aczkolwiek pod wieloma względami zniszczony i straumatyzowany. Udało się mu uratować życie, ale doświadczył na własnej skórze, do czego zdolna jest "islamska republika" i to nie w najbardziej okrutnej wersji.
Te przykłady są istotne dla charakterystyki państwa w Iranie. I to należy brać pod uwagę w ocenie sytuacji, nawet jeśli jest oczywiste, że Usraelowi nie chodzi o wywalczenie wolności religijnej w tym państwie. Wielu powołuje się na istnienie tam kościołów i parafij chrześcijańskich, ale widocznie nie wie, że względną swobodę kultu mają tam jedynie mniejszości etniczne jak Ormianie czy Chaldejczycy, natomiast surowo zabronione jest krzewienie wiary chrześcijańskiej wśród muślimów. Konwersje z islamu sankcjonowane są karą śmierci. Nie zmienia tego fakt, że w listopadzie 2025 r. jedną z nowym stacji metro w Teheranie poświęcono Matce Bożej (więcej tutaj):
Ten miły gest na pewno nie wynika z islamu lecz z kultury irańskiej, której nawet islam nie zdołał całkowicie unicestwić.
W każdym razie katolik powinien oceniać wydarzenia i postępowanie według znaczenia i skutków dla krzewienia wiary katolickiej i Królestwa Bożego, czyli dla zbawienia dusz w Iranie, nie według sympatii czy antypatii względem danego państwa.
W tym momencie jeszcze nie można ocenić, jakie konsekwencje pod tym względem może mieć i będzie miała obecna wojna przeciw "islamskiej republice". Pewne jest, że należy się solidaryzować z tymi Irańczykami, którzy szczerze dążą do wolności obywatelskiej zwłaszcza pod względem religijnym. Takiego podejścia najbardziej obecnie brakuje w dyskusjach w tym temacie. I nie należy też zaniedbywać modlitwy za Irańczyków i Iran, gdzie trwa starożytna tradycja chrześcijańska, która tam przetrwała mimo wielowiekowych burz i prześladowań. Aktualne wydarzenia mogą być szansą dla okazania szacunku i życzliwości z naszej strony.
Na pewno szkodliwy jest fakt, że jedyny rzymsko-katolicki (formalnie) biskup z Iranu, belgijski franciszkanin Dominique Mathieu w obecnej sytuacji opuścił swoich wiernych w Teheranie, pozbawiając ich tym samym zupełnie opieki duszpasterskiej, gdyż obecnie nie ma tam żadnego innego duchownego katolickiego (więcej tutaj). Haniebne jest, że ktoś taki zostaje przyjęty w Watykanie jak niby bohater:
Nasuwa się tutaj analogiczna sytuacja z czasu pontyfikatu Piusa XII: Gdy ówczesny pierwszy w historii kardynał niebiały, chiński werbista Thomas Tien Ken-sin uciekł z Chin z obawy przed uwięzieniem przez komunistów i przyjechał do Rzymu, żeby spotkać się z papieżem, Pius XII dowiedziawszy się o tym, że ów kardynał stoi przed wejściem, wysłał tam zakonnicę, słynną s. Pascalinę Lehnert, żeby mu oznajmiła, gdzie jest jego miejsce. Opowiedziała o tym sama zakonnica:
Więcej tutaj po angielsku.
Takich to pasterzy namianowano w pontyfikacie bergogliańskim...