Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy ujawnienie grzechu cudzego jest grzechem?

W katolickiej teologii moralnej nie ma takiego grzechu jak ujawnienie grzechu innej osoby. Ta kwestia należy do dziedziny cnoty prawdomówności (veracitas, veritas), zwłaszcza zarówno dochowania tajemnicy (czy jej złamania) jak też poniekąd zniesławienia (jeśli mówi się nieprawdę bądź coś niepewnego). 

Grzech ukryty, czyli nieznany przez osobę postronną, jest tzw. tajemnicą naturalną. Prawo do tajemnicy jest według katolickiej teologii moralnej względne i ograniczone, mianowicie przez prawa innych osób oraz dobro wspólne. Innymi słowy: złamanie tajemnicy naturalnej bez sprawiedliwej przyczyny (sine iusta causa) jest grzechem ciężkim. 

Przyczyny sprawiedliwe są trojakie:

- jeśli zgoda na ujawnienie jest rozumnie domniemana, 

- jeśli sprawa ujawniona jest już znana z innego źródła, 

- jeśli zachodzi konieczność zapobieżenia złu proporcjonalnie ważkiemu, czy to publicznemu czy prywatnemu, własnemu czy innej osoby, czyli gdy wymaga tego miłość bliźniego lub sprawiedliwość. 

Prawo do ujawnienia tajemnicy kończy się tam, gdzie nie wymaga tego dobro innych osób czy publiczne. Tak np. lekarz ma prawo, a nawet obowiązek poinformowania inne osoby o chorobie pacjenta, jeśli ta choroba zagraża zdrowiu innych osób. 

Konieczność może się odnosić także do dobra osoby, której tajemnicy dotyczy. Tak np. jest konieczność poinformowania duszpasterza o nieznanej publicznie przeszkodzie co do zawarcia sakramentu małżeństwa (np. niepłodność, ukryta choroba, nałóg, wcześniejsze związki) czy przyjęcia święceń. 

Konieczność zachodzi także wtedy, gdy w grę wchodzi poważne zagrożenie dla niewinnych osób trzecich. 

W końcu koniecznością jest zagrożenie śmiercią za dotrzymanie tajemnicy, chyba że złożona została obietnica dotrzymania jej także w takiej sytuacji. 


Radość niebiańska


Dominica III post Pentecosten

Łk 15,1-10:

Zaś zbliżali się do niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby go słuchać.
Faryzeusze zaś i uczeni w Piśmie szemrali mówiąc: Ten grzeszników przyjmuje i jada z nimi.
Powiedział im więc takie podobieństwo, mówiąc:
Któż z was mając sto owiec, a zgubiwszy jedną z nich, nie pozostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustkowiu i nie idzie za zagubioną, aż ją odnajdzie?
A odnalazłszy, kładzie ją na ramiona swoje radując się.
I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów, mówiąc do nich: Radujcie się ze mną, bo odnalazłem moją zgubioną owcę!
Powiadam wam, że tak będzie radość w niebie z jednego grzesznika zmieniającego swój umysł, jak z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują zmiany umysłu.
Albo, która niewiasta, mając dziesięć drachm, gdy zgubi jedną drachmę, czyż nie bierze lampy, wymiata dom i szuka starannie, aż znajdzie?
A znalazłszy, zwołuje przyjaciółki oraz sąsiadów mówiąc: Radujcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam.
Taka, mówię wam, staje się radość wobec aniołów Boga z powodu jednego grzesznika zmieniającego swój umysł.

ησαν δε εγγιζοντες αυτω παντες οι τελωναι και οι αμαρτωλοι ακουειν αυτου
και διεγογγυζον οι φαρισαιοι και οι γραμματεις λεγοντες οτι ουτος αμαρτωλους προσδεχεται και συνεσθιει αυτοις
ειπεν δε προς αυτους την παραβολην ταυτην λεγων
τις ανθρωπος εξ υμων εχων εκατον προβατα και απολεσας εν εξ αυτων ου καταλειπει τα εννενηκονταεννεα εν τη ερημω και πορευεται επι το απολωλος εως ευρη αυτο
και ευρων επιτιθησιν επι τους ωμους εαυτου χαιρων
και ελθων εις τον οικον συγκαλει τους φιλους και τους γειτονας λεγων αυτοις συγχαρητε μοι οτι ευρον το προβατον μου το απολωλος
λεγω υμιν οτι ουτως χαρα εσται εν τω ουρανω επι ενι αμαρτωλω μετανοουντι η επι εννενηκονταεννεα δικαιοις οιτινες ου χρειαν εχουσιν μετανοιας
η τις γυνη δραχμας εχουσα δεκα εαν απολεση δραχμην μιαν ουχι απτει λυχνον και σαροι την οικιαν και ζητει επιμελως εως οτου ευρη
και ευρουσα συγκαλειται τας φιλας και τας γειτονας λεγουσα συγχαρητε μοι οτι ευρον την δραχμην ην απωλεσα
ουτως λεγω υμιν χαρα γινεται ενωπιον των αγγελων του θεου επι ενι αμαρτωλω μετανοουντι


Jest ogólnie przyjętą i słuszną zasadą, że nie należy zadawać się z ludźmi o złej reputacji. Ma to znaczenie zarówno ochronno-prewencyjne, jak też wychowawcze: ma zapobiec zepsuciu swojej reputacji, także własnemu zepsuciu moralnego czy zepsuciu dzieci, a równocześnie upomnieć osoby i dać bodziec do namysłu nad sobą. W przypadku faryzeuszy i żydowskich uczonych w Piśmie dochodził czynnik istotny, mianowicie mniemanie o sobie oraz programowe separowanie się od tych, których uważali za grzeszników czyli nieprawych w znaczeniu nie przestrzegających prawa żydowskiego. Już nazwana "faryzeusz" oznacza "oddzielony" w sensie swoistej elity. 

Skoro oni oburzali się na to, że Pan Jezus zadawał się, a nawet jadał z celnikami i innymi grzesznikami, to po pierwsze mieli wysokie mniemanie o Nim, a po drugie poniekąd oczekiwali, że będzie ich naśladował. Swoje zasady chcieli Jemu narzucić, co zresztą było zasadniczo zgodne z powszechną mentalnością. Oni cieszyli się powszechnym poważaniem i zważali na to, by doznało ono uszczerbku. Celnicy jak poborcy podatkowi byli powszechnie znienawidzeni nie tylko z powodu pobierania opłat, lecz jeszcze bardziej jako kolaboranci rzymskich okupantów. W Palestynie cło na towary wprowadzili Persowie, czyli najeźdźcy, a Rzymianie czyli okupanci narzucili cały system podatkowy, którego wykonawcami byli tubylcy na służbie rzymskiej, pobierając opłaty za swoją działalność od podatników, nierzadko pazernie i nieuczciwie. W Ewangeliach regularnie występuje formuła "celnicy i grzesznicy" (Mt 9,10; 11,19) "celnicy i poganie" (Mt 18,17), "celnicy i nierządnice " (Mt 21,31).

Tacy właśnie przychodzili do Pana Jezusa, żeby Go słuchać. Ewangelie wspominają o dwóch celnikach z imienia: o małym Zacheuszu, który wszedł na drzewo, żeby Go zobaczyć, a następnie się nawrócił (Łk 19,2), oraz o Lewim Mateuszu, powołanym do grona Dwunastu, późniejszym Ewangeliście (Mt 10,3; Mk 2,14). Nie była to masa, jednak znaczące przykłady. Do Zacheusza Pan Jezus wprosił się jako gość i przez Swoją obecność przemienił jego życie. Zmienił też życie Lewiego i to całkowicie, aż do męczeństwa za głoszenie tego, czego był świadkiem. 

Pewne jest, że zadawał się z nimi nie po to, żeby ich utwierdzać w ich grzesznym życiu, ani po to, żeby bulwersować faryzeuszy i uczonych w piśmie, lecz żeby przemienić. To jest istotne, gdyż ostatnimi czasy modne się stało - odgórnie - tzw. wychodzenie na peryferie Kościoła, ku różnym grupom z marginesu, choć zwykle oznacza to jedynie tych, których obyczaje pod względem seksualnym są (delikatnie mówiąc) nieuporządkowane. Regularnie brakuje w tym "wychodzeniu" ukierunkowania na wezwanie do nawrócenia, do naprawy życia, a jest raczej utwierdzanie w grzechu i braku woli poprawy. 

Pan Jezus odpowiada tutaj na oburzenie tych, którzy uważali siebie za sprawiedliwych (w znaczeniu starotestamentalnym czyli życia zgodnego z prawem Mojżeszowym). W tym wypadku jednak nie wytyka im obłudy i zatwardziałości serca, jak we wielu innych miejscach Ewangelij. Nie neguje ich pobożności i wartości jako tych owiec, które się nie zagubiły, jak dziewięciu spośród dziesięciu drachm. Uzasadnia Swoje zachowanie - i tym samym zachowanie Boga samego - w sposób, który wykracza poza ludzkie, poniekąd słuszne mierniki i kalkulacje. Żaden normalny, rozsądny pasterz nie zostawia 99 owiec po to, by szukać jednej. Nikt rozsądny też nie poświęca czasu i drogiego oświetlenia lampą oliwną na szukanie monety wartej tyle co najwyżej jeden dzień pracy robotnika najemnego, podczas gdy oświetlenie domu lampą mogło dorównywać cenowo. Te porównania można zrozumieć tylko w odniesieniu do wartości duszy nieśmiertelnej, która nie jest wymierna materialnie. 

Cel szukania owcy przez pasterza i drachmy przez gospodynię jest złożony i dwojaki. Jako że chodzi o grzesznika, który zagubił się, celem jest coś, co w języku biblijnym jest określane specyficznym słowem metánoia, które na polski jest tłumaczone właściwie po niemiecku, to znaczy według niemieckiego tłumaczenia tego słowa Umkehr względnie Bekehrung, aczkolwiek bardziej prawdziwe byłoby tutaj inne słowo niemieckie, mianowicie Umdenken, czyli zmiana myślenia. To jest zresztą jeden z przykładów wpływu niemieckiego języka teologicznego na polski i to już w przekładzie Pisma św. Natomiast łacińskie tłumaczenie poenitentiam agere, czemu odpowiada wyrażenie czynić pokutę, wprawdzie także nie oddaje dokładnie pojęcia greckiego, jednak wskazuje w typowym pojęciu na praktykę kościelną, która oznacza przemianę życia i do niej prowadzi. Istotą i zarazem początkiem jest dokładnie to, co nazywa słowo greckie metánoia: przemiana w umyśle, w myśleniu, i to nie na poziomie czysto racjonalnym, lecz ogólnie mentalnym, który włącza także wolę i uczucia. Dopiero z tej wewnętrznej przemiany może wypływać zmiana uczynków i całego postępowania. 

Drugim celem szukania jest radość w niebie, zilustrowana przez radość z przyjaciółmi i sąsiadami pasterza i gospodyni. Podczas gdy po stronie znajdującego - biorąc dosłownie - powód radości jest namacalny, to zaproszeni do współradowania się mają podstawę czysto duchową, którą jest życzliwość dla znaleźćcy. W sensie właściwym jednak, jako że szukającym i znajdującym jest sam Bóg, cała radość jest bezinteresowna, gdyż wypływa z czystej miłości, która może się tylko udzielać. 

Radość Pana Jezusa zaczęła się już w momencie, gdy oni przychodzili Go słuchać, nie jak ci, którzy przychodzili, żeby przyłapać na jakimś słowie i oskarżyć. Radość z odnalezienia powodowała trud szukania. W końcu radość z obdarowania swojego stworzenia niekończącym się radowaniem w niebie jest tym, czego ludzie skupieni na sobie nie pojmują. 

Z tej Ewangelii nie wynika pomniejszenie zła oddalenia się od Boga czyli zagubienia siebie, swojego przeznaczenia przynależności do Niego. Nie wynika też rzekome większe prawo do miłosierdzia, jak to głoszą fałszywe "objawienia" faustyno-sopoćkowe. Troska pasterza o zabłąkaną owcę i gospodyni o zawieruszoną drachmę z całą pewnością nie usprawiedliwiają zabłąkania i zawieruszenia. Wręcz bluźniercze byłoby zarówno przypisywanie Bogu współwiny za grzech człowieka (jak to jest w judaizmie, por. tutaj), jak też twierdzenie o rzekomym uprzywilejowaniu grzesznika wprost proporcjonalnie do grzechu. Nie wolno bowiem zapominać o cenie, jaką Zbawiciel zapłacił za szukanie nas, wszystkich grzeszników, oraz wprowadzenie na drogę zbawienia. Tą ceną było Jego Wcielenie, a zwłaszcza Jego Męka i Śmierć. 

Dramat historii zbawienia polega na tym, że akurat wielu z tych uważanych powszechnie za grzeszników weszło na tę drogę, podczas gdy ci, którzy mieli się za sprawiedliwych, czyhali na Jego życie i domagali się Jego śmierci. Ten dramat trwa do dziś i będzie trwał aż do skończenia świata. Jednym z głównych kryteriów rozpoznawczych drogi duchowej każdego z nas jest postawa wobec radości Chrystusowej, która patrzy na to, czy ktoś się daje znaleźć i przemienić w tę radość. 

O różnicy między katolicyzmem i judaizmem


Powodem niniejszego wpisu jest występ przedstawiciela tzw. judaizmu (talmudyzmu) w ramach tzw. dyspucie dwóch ambon z udziałem pewnego popularnego hierarchy. Oto odnośny fragment: 

Bezpośrednim kontextem tej wypowiedzi jest pytanie o różnice między katolicyzmem a judaizmem, na które ów rebe właśnie odpowiada, wskazując tutaj na pierwszą i główną - według niego - różnicę. Dlatego wypowiedź ma szczególną wagę. A jest bardzo znamienna, gdyż właściwie demaskująca. Jest więc zrozumiałe, że nie jest nagłaśniana, choć nadal wisi na yt. 

Głupawa reakcja publiczności w postaci głośnego śmiechu wskazuje na to, że jednak słusznie rozeznała, choć właściwą reakcją powinien być raczej głośny krzyk oburzenia i wypędzenie bluźniercy ze świątyni katolickiej. Swoimi słowami ów rebe udowodnił bowiem, iż tzw. judaizm nie wyznaje tego samego Boga, co katolicyzm, ani nawet religia starotestamentalna. 

W Starym Testamencie nie ma bowiem ani śladu przypisywania Bogu współodpowiedzialności za grzech człowieka. Jest natomiast dość sporo wskazywania na grzechy ludzi, zwłaszcza narodu izraelskiego, głównie jego przywódców, tudzież wyznawania grzeszności i wzywania do nawrócenia zarówno indywidualnego jak też zbiorowego. W modlitwach, zwłaszcza psalmach mówiących o grzechu, przeważnie używa się pierwszej osoby liczby pojedynczej, co stanowi już dość prosty dowód na fałszywość religii wyznawanej przez owego rebe. 

Mówiąc krótko: W tle tej rabinicznej wypowiedzi tkwi pogląd, że w człowieku jest pierwiastek boski (w swoistym nawiązaniu do "obrazu i podobieństwa" w Księdze Rodzaju), który odpowiada także ze grzechy człowieka. Szczególną i wybitnie bluźnierczą, wręcz szatańską perwersją jest obarczanie Boga winą za grzech z tego powodu, że człowiek w sposób grzeszny używa sił i zdolności danych mu przez Boga. Właściwie jest to nic innego jak usprawiedliwienie grzechu jako takiego. Dlatego zrozumiałe jest, że judaizm - jak przedstawia to ów rebe - stroni od przyznawania się do grzeszności, od brania odpowiedzialności za grzechy, od szczerego żalu za nie i od nawrócenia. 

Tym samym niesamowitym skandalem jest dopuszczenie do głoszenia takich wręcz szatańskich, bluźnierczych, obrażających Boga poglądów w świątyni katolickiej ufundowanej, zbudowanej i poświęconej dla nauczania prawdziwej religii i kultu Boga w Trójcy Przenajświętszej jedynego i prawdziwego. 

Na koniec jeszcze w kwestiach drugorzędnych, lecz także znaczących. 

- Ów rebe, jak każdy człowiek świecki, nie miał prawa przebywać w świątyni katolickiej z nakryciem głowy. Jeśli chciał wejść do niej, to miał obowiązek zachowywać się zgodnie z zasadami religii katolickiej.

- Znaczące, gdyż świadczące o nastawieniu i o braku kultury tego człowieka świadczy, że do biskupa zwraca się przez "pan". Natomiast o braku kultury biskupa świadczy nie tylko fakt, iż na takich warunkach zaprosił tego rebe do świątyni katolickiej, lecz zwraca się do niego przez "rabin", nie przez "pan", tak jakby rebe nie był osobą świecką nawet w pojęciu religii judaistycznej. Bowiem rabin w judaiźmie nie jest duchownym, czyli inne stanu, lecz osobą świecką, której zadaniem jest nauczanie, nie sprawowanie kultu. 

Brak zaufania jako źródło "teologii" lefebvriańskiej


W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty w Polsce, tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny: 


Tym niemniej cenne są słowa owego przywódcy, gdyż są demaskujące, choć w zamyśle mają być zapewne obronno-ofensywne. Oto istotne fragmenty:


W skrócie: 

Arcybiskup M. L. podpisał 5 maja 1988 r. "jakiś protokół", który nie był porozumieniem z Rzymem, i został "wprowadzony w błąd", w domyśle przez Rzym. Następnie abp ML "wycofał się z tego protokołu", "powiedział, że rezygnuje z tego", "powiedział, że wycofuje swój podpis".  Powodem było to, że został poproszony przez kardynała Ratzinger'a o wysłanie listu do papieża przepraszającego za wszystkie błędy oraz proszącego o biskupa jako swojego następcę. W tym widział, "że to była pułapka", i od tego momentu był zdecydowany samodzielnie dokonać sakry biskupiej. 

Nasuwają się pytania: Skoro to był tylko protokół, to co w nim było zaprotokołowane? Na czym polegał błąd, w który abp ML został wprowadzony? Pod czym wycofał swój podpis i w jaki sposób? Z czego zrezygnował? Na czym miała polegać owa "pułapka"? Te pytania powinien był zadać Mysior, gdyby miał włączony rozum, a nie swój dewocyjny komplex uwielbienia dla "drogiego księdza Karola". Powinien też dopytać, z jakiej racji diakon Karl Stehlin trafił na misje do Afryki, podczas gdy jego koledzy kursowi otrzymali już święcenia kapłańskie. Ciekawe, czy by się dowiedział, że diakonowi Karl'owi zostały dyscyplinarnie wstrzymane święcenia prezbiteratu i został karnie wysłany jako diakon na misje, gdzie zresztą podczas jego bytności tam miała miejsce afera pedofilska jego współbraci z FSSPX, dopiero po latach ujawniona (więcej tutaj). 

W każdym razie x. Stehlin opisuje wydarzenia w sposób istotnie sprzeczny z innymi źródłami, w tym także ze słowami samego śp. abpa M. Lefebvre'a, które wypowiedział podczas konferencji prasowej dnia 15 czerwca 1988 r., czyli na około dwa tygodnie przed zapowiedzianą sakrą biskupią. 

Oto jego słowa w skrócie (całość jest tutaj): 

Arcybiskup wspomina cios, jaki go spotkał w roku 1976 r., mianowicie jako suspensa. Chce przedstawić kontext swojej decyzji konsekrowania biskupów dnia 30 czerwca 1988 r. Mówi o swojej walce przeciw modernizmowi i przeciw błędom, które mu się wydają nie do pogodzenia z wiarą katolicką, począwszy od soboru, nie tylko od momentu założenia Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X w 1970 r. Swój opór przeciw tym błędom uważa za fundament problemu, w jakim się znalazł. Jako przykłady wymienia: akceptację praw człowieka, prawa cywilne dla każdej religii, zasad świeckości państwa, ekumenizm i stowarzyszenie wszystkich religij (Asyż, Kyoto, wizyty w synagodze, w zborach protestanckich), a wewnątrz Kościoła do kolegialność biskupów, zmiany liturgii, zmiany w katechizacji, zwiększenie uczestniczenia świeckich w sferze religijnej. Uważa to za negację przeszłości Kościoła i wynikające stąd dążenie do zniszczenia Tradycji Kościoła, co odbywa się przez ciągłe prześladowanie tych, którzy chcą pozostać katolikami, jakimi byli przed Vaticanum II. My kontynuujemy to, czego papieże nauczali i co czynili przed Vaticanum II, a sprzeciwiamy się temu, co czynią Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II, ponieważ oni zerwali z tym, co czynili poprzedni papieże. Preferujemy Tradycję Kościoła zamiast papieży, którzy się odcięli od swoich poprzedników. 

Czy jest stan wyższej konieczności? (z post scriptum)


Można mówić o wszystkim, byle poważnie, sensownie i zgodnie z prawdą. 

Określenie "stan wyższej konieczności" jest regularnie używane w kontekście zarówno sakry przez śp. abpa M. Lefebvre'a w 1988 r. jak też obecnie. A jest ono słowno-pojęciowym dziwolągiem i nie istnieje w języku Kościoła. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. mówi po prostu o konieczności, gdyż konieczność nie jest stopniowalna:


Tak samo jest w KPK z 1983 r.:


Różnica polega na tym, że według wcześniejszego Kodexu konieczność usuwa winę jedynie wtedy, gdy chodzi o przepisy prawa czysto kościelnego, czyli nie z prawa naturalnego i Bożego Objawienia (czyli prawd wiary), zaś nowy Kodeks rozszerza, dodając do czynów wewnętrznie złych zgubę dusz, co pozostawia bardzo szerokie pole do interpretacji. 

Sporna jest kwestia, czy udzielenie sakry biskupiej wbrew woli papieża dotyczy jedynie prawa kościelnego czy prawa Bożego w znaczeniu pochodzącej od Boga konstytucji Kościoła, gdzie papież jest najwyższym pasterzem i widzialną głową w zastępstwie Jezusa Chrystusa. Owszem, praktyka co do wpływu papieża na nominacje biskupie zmieniała się w ciągu wieków i przez długie wieki papieże jedynie zatwierdzali wybór dokonany przez lokalne duchowieństwo czy narzucony przez władców świeckich. Jednak o kształcie tej praktyki decydowali papieże (mniej czy bardziej dobrowolnie), a w ostateczności nakładali karę exkomuniki, gdy nie zgadzali się na daną nominację, ku czemu musiały być powody kanoniczne, czyli wynikające z prawa kościelnego. 

Ci, którzy mówią o konieczności dla uzasadnienia słuszności owych sakr biskupich bez mandatu papieskiego, regularnie nie określają tej konieczności, a jedynie wskazują na obecny stan Kościoła, konkretnie na różnego rodzaju skandale, jak ostatnio papier Dykasterii Doktryny Wiary co do tytułów Najświętszej Mariji Panny czy wizyta pani przebranej za arcybiskupkę anglikańską, podejmowaną w Watykanie ze wszelkimi honorami. To są rzeczywiście skandale i można by podawać wiele innych. Pozostaje jednak kwestia, jak one się mają do konieczności w znaczeniu teologiczno-kanonicznym. 

Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X nie precyzuje owego "stanu wyższej konieczności", a jedynie powtarza, że krok, który zamierza, służy dobru Kościoła. Nie wyjaśnia natomiast, jak należy rozumieć konieczność. Pewne jest, że sakra biskupów dla FSSPX jest konieczna dla przetrwania tej wspólnoty oraz ich duszpasterstw. Czy można to utożsamić z przetrwaniem Kościoła? Oczywiście nie, chyba że rozumie się FSSPX jako jedyną ostoję wiary katolickiej, sakramentów katolickich i prawowitej hierarchii katolickiej, a w takiej mentalności tresowani są regularnie jego zwolennicy, co widać szczególnie w Polsce. Oczywiście należy uznać zasługi tej wspólnoty, a także jej założyciela, dla przetrwania zwłaszcza tradycyjnej liturgii rzymskiej. O wiele gorzej jest pod względem doktrynalnym i teologicznym, choć należy docenić szczerą wolę trzymania się ortodoxji katolickiej, co obecnie niestety nie jest regułą zwłaszcza w strukturach Novus Ordo. Należy jednak rozróżnić między koniecznością a pożytecznością. 

O nędzy teologicznej w kręgach FSSPX było mi dane niestety już wielokrotnie pisać. Pisałem też o problemie z ważnością święceń przyjętych przez św. abpa M. Lefebvre'a, tym samym także święceń przez niego udzielanych. Co do prawowitości hierarchicznej także niestety można mieć przynajmniej zastrzeżenia. FSSPX powołuje się na tzw. jurysdykcję nadzwyczajną, co jest o tyle uzasadnione, że w ramach fałszywego miłosierdzizmu bergogliańskiego otrzymali oficjalną jurysdykcję do spowiadania i możliwość ubiegania się o jurysdykcję do sakramentu małżeństwa. Żeby było jasne: z serca życzę im, by wszystkie te wątpliwości i niedostatki zostały usunięte i właśnie dlatego regularnie w razie konieczności staram się korygować bzdety głoszone zwłaszcza bez internetową gwiazdę Sz. B. Tyle jest w mojej mocy. Problem polega na tym, że oni widocznie zupełnie nie zauważają, a chyba nawet nie chcą zauważać tych niedostatków, które są dość istotne zarówno dla ich katolickości jak też dla ich służby Kościołowi, którą regularnie deklarują. 

Odpowiadając w skrócie: 

Stan konieczności usprawiedliwiający działanie wbrew prawu kościelnemu musiałby dotyczyć przynajmniej jednego z istotnych znamion Kościoła, czyli
- nauczania wiary
- ważnego udzielania sakramentów
- jedności hierarchicznej z Następcą św. Piotra i biskupami jemu podległymi. 

FSSPX wskazuje póki co jedynie na mankamenty czy wręcz błędy doktrynalne w dokumentach V2 i w późniejszych. Wskazywanie na skandale nie ma znaczenia prawnego, lecz najwyżej psychologiczne. Natomiast po swojej stronie ma problem z ważnością sakramentów przez siebie udzielanych, a także z realną - a nie tylko deklarowaną - jednością z papieżem, którego oficjalnie czyli formalnie uznają. 

Moim zdaniem konieczność jest, ale inna, mianowicie naprawa wewnątrz FSSPX. Jeśli temu będzie służyć sakra 1 lipca 2026 r., to będzie to główny i właściwy argument na jej korzyść. 

Tymczasem można mówić jedynie o pożytkach większych czy mniejszych działalności FSSPX. O ile gwoli tych pożytków konieczne jest konsekrowanie własnych biskupów, o tyle może to być usprawiedliwione moralnie i teologicznie, być może nawet kanonicznie. 

Jednak także przy tej okazji przedstawiciele FSSPX wykazują dwie brzydkie cechy, niegodne zwłaszcza katolika tradycyjnego:
- pomieszanie myślowe, czyli chaos teologiczny i ogólnie intelektualny, który nie jest ani katolicki, ani tradycyjny,
- zakłamanie, a to już jest nawet problem moralny i duchowy. 

Wiem, że zarówno wśród duchownych FSSPX jak też wśród ich wiernych jest sporo ludzi szczerze wierzących po katolicku, czy przynajmniej tego pragnących, szczerze pobożnych i oddanych dla sprawy wiary katolickiej i Kościoła. Problem jest natomiast w doborze głównych postaci, zwłaszcza w Polsce. Jeśli główne postacie zarówno decyzyjne jak też medialne wykazują się wybitną ignorancją nawet w prostych kwestiach teologicznych, tudzież specyficznym zakłamaniem, to niestety rzutuje to nie tylko na całość tej wspólnoty, lecz ma katastrofalne skutki także dla wiernych, którzy poddają się ich prowadzeniu w zaufaniu na prawdziwie katolickie duszpasterstwo. 

Z tego właśnie względu istnieje spore zagrożenie tym, że FSSPX wskutek sakry i z tym związanej formalnej exkomuniki podryfuje coraz bardziej w kierunku sekciarstwa, gdzie nie prawda jest najważniejsza, lecz interes grupowy oraz wola przywódcy. Tego im ani ich wiernym, ani całemu Kościołowi oczywiście nie życzę. 



Post scriptum

Otrzymałem prośbę o doprecyzowanie, czy kanon 1323 punkt 4 ma zastosowanie w przypadku zapowiedzianej sakry biskupiej w FSSPX. Nie jestem kanonistą i nie mam możliwości sprawdzenia w komentarzach do Kodexu. Jednak biorąc pod uwagę kontext słowa "konieczność" (necessitas), mianowicie "ciężki lęk", "przymus", "ważka niedogodność", myślę, że w tym kanonie w tym słowie nie chodzi o czyn typu sakra biskupia. Najbardziej by pasował "ciężki lęk" (metus gravis), gdyż rzeczywiście zachodzi lęk o przetrwanie FSSPX bez tej sakry.  To musi być połączone z przekonaniem, że przetrwanie FSSPX jest niezbędne dla przetrwania Kościoła. To już prowadzi dość prostą drogą do przekonania, że nie ma papieża, skoro nie papież lecz FSSPX ma się troszczyć o przetrwanie Kościoła oraz decydować o tym, co jest ku temu niezbędne. 

Innymi słowy: postawa FSSPX jest psychologicznie zrozumiała i należy docenić szczerą wolę służenia przetrwania Kościoła. Tym niemniej teologicznie i nawet czysto zdroworozsądkowo to się nie klei. Na szczęście nie jestem w pozycji upoważniającej do urzędowego osądzania tego czynu i nie zamierzam sobie tego uzurpować. Mogę jednak powiedzieć, że nawet zakładając, iż ten akt będzie grzeszny (charakter schizmatycki to osobna sprawa), to jednak pod względem teologicznym są obecnie o wiele poważniejsze grzechy przeciw wierze, sakramentom oraz dyscyplinie hierarchicznej, i to powszechnie. Dlatego ani nie pochwalam, ani nie potępiam, a to nie z powodu relatywizmu teologicznego, lecz z wyważenia różnych aspektów i wymiarów sprawy. Powtarzam jeszcze raz: największym zagrożeniem dla jedności i misji Kościoła nie jest sakra w FSSPX, a największym zagrożeniem dla FSSPX nie jest brak nowych biskupów. Idealnie byłoby zarówno dla całego Kościoła jak też dla FSSPX, gdyby FSSPX reprezentowało prawdziwie katolicką, solidną teologię, oraz sprawowało niewątpliwe co do ważności sakramenty. Wtedy kwestia posłuszeństwa oraz jedności kościelnej dałaby się rozwiązać wcześniej czy później (możliwe są różne scenariusze). Jeśli natomiast obydwie strony będą trwały w swoich conajmniej wątpliwych pozycjach - a właściwie nędzach - teologicznych, oraz jedna strona będzie chciała drugiej stronie pokazać swoją wyższość, to nie będzie zbliżenia, lecz gra na wymarcie drugiej strony. 

Jak się zachować w sytuacji - dość prawdopodobnej - gdy dojdzie do ogłoszenia kary exkomuniki czy to odnośnie do samach biskupów FSSPX czy też całego FSSPX? 

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że każda kara kościelna, także ta najsurowsza, którą jest exkomunika, jest naprawcza, czyli jej celem jest poprawa winnego, co się oczywiście wiąże z żalem za czyn i nawróceniem. Tym samym nie będzie to wyrok dożywotni czy wieczny, czego dowodem jest decyzja Benedykta XVI z 2009 r. usuwająca karę ogłoszoną w 1988 r. na dwóch biskupów konsekrujących i czterech konsekrowanych. Ewenementem było, że po zdjęciu kary pozwolono im - wbrew zwyczajowi Stolicy Apostolskiej, czyli nadzwyczaj wspaniałomyślnie - na dalsze sprawowanie funkcyj biskupich i kapłańskich. Wynikało to zapewne ze względów duszpasterskich, a szczytem było posunięcie Franciszka w ramach "roku miłosierdzia" o udzieleniu jurysdykcji, co zresztą jest dziwolągiem kanonicznym, ponieważ formalnie nie zdjęto z kapłanów FSSPX kary suspensy. Tutaj zarówno FSSPX jak też ich wierni powinni dążyć do rychłego uleczenia faktycznego rozłamu, a nie utwierdzać się w postawie niezależności czyli faktycznej schizmy mimo deklarowania jedności. 

Po drugie, należy wziąć pod uwagę, że istnieje zagrożenie mentalności schizmatyckiej, co w historii Kościoła wiązało się chyba zawsze z popadnięciem w błędy teologiczne i herezje. A jest to w przypadku FSSPX o tyle prawdopodobne, że regularnie widać u nich nędzę teologiczną, połączoną z naginanem tradycyjnego nauczania Kościoła - któremu rzekomo chcą być wierni - do swoich potrzeb propagandowych, które mają uzasadnić czy raczej usprawiedliwić ich samodzielność (mówiąc delikatnie) względem oficjalnych struktur kościelnych. Modlitwa za papieża i za biskupa miejsca, oraz wymienianie ich po cichu w kanonie Mszy św. oczywiście nie jest w stanie zastąpić realnego poddania się ich jurysdykcji, skoro FSSPX całkowicie samodzielnie, a nawet wbrew woli biskupów i papieży sprawuje sakramenty (w tym święcenia), naucza, zakłada kaplice, buduje kościoły itd. 

Po trzecie, każdy sam - o ile jest w stanie - powinien zarówno respektować formalny stan prawny czyli ogłoszoną exkomunikę, jak też wyższość prawd wiary katolickiej oraz sakramentów ponad kwestiami dyscyplinarnymi, jak to zawsze było w Kościele. Innymi słowy: jeśli katolik w ramach oficjalnych struktur, czy to tzw. indultowych czy Novus Ordo (choć staje się niestety coraz rzadsze) ma zapewnione autentyczne nauczanie wiary oraz sprawowanie sakramentów według Tradycji Kościoła, to powinien z tego korzystać. Moralnie dozwolone będzie korzystanie z posługi FSSPX tylko wtedy, gdy oficjalne struktury kościelne nie zapewniają nieskażonego błędami nauczania wiary oraz tradycyjnego sprawowania sakramentów. 

Czy przyjmowanie Komunii św. na stojąco jest grzechem?


To zależy od powodu. 

Jeśli powodem takiej postawy jest choroba czy niesprawność z powodu podeszłego wieku, to nie jest go grzechem, jeśli jest wola uklęknięcia, lecz są przeszkody, które do uniemożliwiają bądź nadzwyczaj utrudniają. 

Jeśli natomiast ktoś nie klęka do Komunii św. z powodu dumy czy braku wiary, że ma do czynienia z samym Bogiem, to jest to oczywiście grzech, który dochodzi do grzechu pychy i niewiary. 

Ostatnimi czasy zachodzi też okoliczność jakby pośrednia, gdyż także w Polsce została przeforsowana maniera wzięta z blachnicyzmu (a mason Blachnicki wziął ją od modernistów z tzw. Zachodu) tzw. podchodzenia "procesyjnego", rzekomo dla porządku. Tutaj grzech i to potężny mają ci, którzy to forsują i faktycznie wiernych zmuszają, zwłaszcza osoby starsze, które by chętnie chciały uklęknąć, lecz sytuacja im na to nie pozwala bądź poważnie utrudnia, zwłaszcza gdy nie ma balasek ani klęcznika, mimo że przepisy Novus Ordo właściwie wymagają od duszpasterzy umożliwienia przyjmowania Komunii św. na klęcząco. Natomiast wierni, którzy tej perfidii ulegają, nie grzeszą, o ile nie są świadomi swojego prawa i sami ze siebie by uklęknęli, jeśli by były ku temu normalne warunki. Grzeszą jednak ci, którzy ulegają z wygodnictwa, lenistwa czy z tchórzostwa. 

Należy też zaznaczyć, że w obrządkach wschodnich zasadniczo udziela się Komunii św. na stojąco, głównie ze względu na okoliczność, że odbywa się to pod obiema postaciami, a pochylenie się kapłana trzymającego kielich z Krwią Pańską mogłoby sprawić zagrożenie. Jest to jeden z przykładów niedoskonałości tych obrządków względem tradycyjnej liturgii rzymskiej, aczkolwiek znacznie przewyższają one zarówno liturgicznie jak też teologicznie obrzędy Novus Ordo. Jeśli więc zdarzy się katolikowi rzymskiego przyjmować Komunię św. w katolickim obrządku wschodnim (co jest dopuszczalne w wyjątkowych sytuacjach), to katolik nie grzeszy, przyjmując w postawie stojącej, ponieważ taka jest tam zasada liturgiczna. 


Czy są modlitwy nie do odparcia?


Odpowiedź jest właściwie prosta: takich modlitw w znaczeniu magicznego działania czy gwarancji oczekiwanego skutku nie ma. Z prostego powodu: Pan Bóg nie jest automatem do spełniania naszych pragnień, ani partnerem handlu wymiennego.

Oczywiście nasze modlitwy mają wartość u Pana Boga. Jak zaznacza chociażby św. Tomasz z Akwinu, Pan Bóg chce, żebyśmy prosili o to, czego nam chce udzielić. Dlatego możemy i powinniśmy się zwracać do Niego w różnych potrzebach, nawet w każdej godziwej. Nie oznacza to jednak, jakoby Pan Bóg miał obowiązek wysłuchać nasze prośby.

Pan Jezus mówi: "O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię." (J 14,13-14) Warunkiem jest, że modlitwa ma być "w imię" Jego, tzn. w Jego istocie, w Jego postawie, na Jego wzór. Oznacza to całkowite oddanie się woli Ojca. Wówczas człowiek otrzymuje to, czego właściwie pragnie, mianowicie to, co jest wolą Pana Boga, a to jest zawsze najlepsze, choć nie od razu to poznajemy.

Innymi słowy: nie ma modlitw z gwarancją spełnienia prośby. Święty Tomasz mówi, że Pan Bóg zawsze wysłuchuje próśb dotyczących łask potrzebnych do zbawienia wiecznego. Natomiast gdy chodzi o inne sprawy i łaski, to wysłuchuje ich tylko wtedy, gdy służą one zbawieniu wiecznemu. To wyjaśnia, dlaczego stosunkowo rzadko wysłuchiwane są modlitwy w sprawach doczesnych, o zdrowie itp. Pan Bóg wie najlepiej, co jest dobre dla naszego zbawienia. Spełnienie naszych życzeń doczesnych mogłoby być szkodliwe dla naszych dusz.

Ponadto w modlitwie liczy się bardziej nastawienie wewnętrzne niż ilość czy długość. Owszem, czas i siły poświęcone na modlitwę mają znaczenie i wartość u Pana Boga, ale jako wyraz miłości i oddania, nie jako sposób wymuszenia czegoś od Pana Boga. W tym znaczeniu lepsza i "skuteczniejsza" ja taka modlitwa, która bardziej sprzyja i pomaga w odpowiedniej wewnętrznej postawie pokory, miłości i oddania się woli naszego miłującego Ojca.

Szczególną wartość mają modlitwy za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, co potwierdza doświadczenie wielu świętych i całego Kościoła na przestrzeni wieków. Wiąże się to zarówno z Jej wyjątkowym wstawiennictwem jak też z postawą, której to wstawiennictwo sprzyja. Jak zauważa św. Ludwik Grignon de Montfort, zwracanie się do Boga za wstawiennictem Matki Najświętszej wymaga większej pokory i wyraża pokorę, przez co szczególnie dysponuje człowieka od otrzymania łask.

Tzw. nowenna pompejańska wymaga ponadprzeciętnego zaangażowania czasu, sił oraz wytrwałości. Nie jest ona zwykle ponad siły także świeckiego katolika, jednak jest dość wymagająca. Oczywiście istotne nie jest zewnętrzne jej praktykowanie, lecz oddanie wewnętrze, które wyraża się w słowach i postawie zewnętrznej. Stąd wynika jej skuteczność, aczkolwiek także nie jest to działanie automatyczne czy kontraktowe. Kto szczerze uczynił taką modlitwę, ten może poświadczyć jej działanie przede wszystkim duchowe, które kształtuje i przemienia serce człowieka, który z czystych pobudek podejmuje modlitwę.

Co mogą aniołowie? Raz jeszcze, czyli Sz. Bańkowych bełkotów ciąg dalszy


Niestety słynna gwiazda medialna sekty stehliniańskiej nie odpuszcza w dalszym głoszeniu ignoranckich bzdur, nie tylko świadczących o jego odmóżdżeniu i nędzy co do wiedzy teologicznej, lecz zdążających do odmóżdżenia fanów sekty. Zwrócono mi na to uwagę:


Oto owa wypowiedź w częściach (z powodów technicznych):




Przede wszystkim mamy tutaj pomieszanie wątków i myśli, czy raczej nieprzemyślanych słów, czyli bełkot typowy dla tego osobnika. Ten człowiek widocznie jedyne, co potrafi, to udawać, że wie, i to dość nieudolnie. Twierdzi, że:
- Księga Tobiasza pokazuje anioła, 
- Jakub walczył z aniołem, który się pokazał,
- częścią Bożego Objawienia jest to, że aniołowie mogą się pokazać, bo to jest bezpośrednio objawione,
- aniołowie pokazują się wtedy, gdy chcą zadziałać,
- aniołowie mogą konstruować ciało udające ciało ludzkie, jak w Księdze Tobiasza, 
- duch może oddziaływać na materię i dawać zmysłowe sygnały jak fale dźwiękowe, i może kształtować materię, 
- duch może tworzyć iluzję jak hologram. 

Zacznijmy od wskazanych przykładów biblijnych. 

W Księdze Tobiasza czytamy:


W Septuagincie brzmi to:


Tutaj jest istotna różnica względem tłumaczenia, mianowicie jest mowa o "modlitwie wobec chwały wielkiego Rafała, i został posłany uzdrowić tych dwoje". Imię Rafał znaczy po hebrajsku "Bóg uzdrawia". 

Pod koniec księgi staje się jaśniejsze, kim jest Rafał:


W Septuagincie czytamy:


Także tutaj tłumaczenie polskie popełnia sporo przeinaczeń. Text grecki mówi wyraźnie, że Rafał jest jednym z siedmiu świętych wysłanników, że przybył z woli Boga, że widzieli jedynie wizję, że anioł Pana im się ukazał. 

Jednak także w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia jest także jasno powiedziane, że Rafał został posłany przez Boga, że przybył z woli Bożej, i że to było tylko widzenie. Nie ma nic o samowolnym i wynikającym z natury anioła zjawieniu, a jest wprost powiedziane, że to było tylko widzenie duchowe, gdyż Rafał nie ma ciała i właśnie dlatego nic nie jadł. 

W Księdze Rodzaju czytamy:


Septuaginta mówi nieco inaczej:



Podobnie jest w następnym fragmencie: 


Septuaginta mówi, że człowiek zmagał się z Jakubem (podobnie jak text hebrajski):


W pierwszym fragmencie wcale nie jest powiedziane, że chodzi o aniołów w znaczeniu dobrych duchów, lecz o wysłanników, gdyż takie jest znaczenie zarówno słowa hebrajskiego jak też greckiego w Septuagincie (Biblia Tysiąclecia popełnia więc tutaj błąd w tłumaczeniu). 

Natomiast w drugim fragmencie wcale nie jest powiedziane, z kim Jakub walczył. Dopiero w żydowskich midraszach pojawia się interpretacja, że to był jego anioł stróż czy archanioł Michał. Sprawy nie wyjaśnia także Księga Ozeasza (12,4-5), gdyż z jednej strony mówi, że Jakub walczył z Bogiem, a z drugiej, że z wysłannikiem (nie do końca wiadomo czyim). 

Jeśli to - według x. Bańki - są źródła, które "wprost objawiają", że aniołowe mogą być widzialni i konstruować sobie ciało, to po pierwsze on nie umie czytać ze zrozumieniem, albo w ogóle nie czytał, a po drugie to jest to bluźnierstwo względem Bożego Objawienia, skoro ono rzekomo objawia coś, co właściwie wcale nie jest objawione przynajmniej jednoznacznie. 

Tak więc, po pierwsze x. Bańka wykazuje haniebny brak literalnej znajomości nawet tych fragmentów Pisma św., na które się powołuje. Po drugie, wykazuje zupełny brak znajomości katolickiego warsztatu exegetycznego, co jest szczególnie istotne w przypadku textów starotestamentalnych. Exegeza katolicka wymaga po pierwsze rzetelnego zbadania sensu dosłownego i historycznego, a po drugie jego interpretowania w powiązaniu z całością Bożego Objawienia, w tym także z Magisterium Kościoła oraz z teologią katolicką, które je bada i odpowiednio interpretuje. 

Co mówi Magisterium Kościoła w tej kwestii? 

Sobór Laterański IV zdefiniował stworzenia duchowe czyli anielskie jako bezcielesne:


Jedynym stworzeniem duchowo-cielesnym jest człowiek. Wynika z tego, że aniołowe jako bezcielesne ani nie są widzialni przez zmysły, ani nie mają sami ze siebie zdolności do działania takiego, jakie jest właściwe bytom materialnym i duchowo-materialnym jak człowiek. Innymi słowy: aniołowie są niewidzialni i nie mogą sprawić nic, do czego konieczne jest oddziaływanie materialne czyli cielesne. Taki jest naturalny porządek stworzenia. 
Oczywiście Pan Bóg jako Stwórca jest ponad tym porządkiem i może działać wbrew prawom natury, też wbrew naturalnym zdolnościom aniołów. O takich działaniach, które można określić cudami, jest zapewne mowa w Piśmie św. Innymi słowy: Gdy aniołowie stają się widzialni dla człowieka i działają w sposób właściwy dla istoty duchowo-cielesnej (jaką jest człowiek), to dzieje się to nie dzięki ich naturalnej zdolności, lecz na mocy działania Bożego przez nich. To jest istotna różnica.

Różnica ta jest istotna nie tylko dla właściwego rozumienia źródła Bożego Objawienia, jakim jest Pismo św., lecz jako zapora przed fałszywymi poglądami, które są zarówno judaistyczne (gnostyckie) jak też pogańskie (animistyczne), modne w różnych odmianach okultyzmu, który się rozplenił niestety także pośród katolików, a właściwie został rozpleniony dzięki elementarnej niewiedzy nawet duchownych, do których należy widocznie x. Bańka. 

W tym kontekście pojawiają się opowieści zwłaszcza o św. Janie Vianney czy o św. o. Pio, czy też z rzekomych opisów pseudoexorcystów, które są przytaczane jako rzekome dowody przeciw powyższej prawdzie katolickiej. Co świadczy zarówno o ignorancji teologicznej, jak też o naiwności, bezczelnie wykorzystywanej przez tych, którzy nauczyli się robić potężny biznes na sensacjach tego typu, mających więcej wspólnego z grafomaństwem okultystycznym i okultystyczną kinematografią niż z rzeczywistością i prawdą historyczną. 

Kościół a savoir-vivre


Należy odróżnić między powszechnym głosem Kościoła, czyli tym, co w Kościele się powszechnie głosi i czyni, a nauczaniem Magisterium Kościoła, czyli urzędowymi wypowiedziami hierarchii kościelnej. To drugie zasadniczo odbywa się wtedy, gdy należy rozstrzygnąć jakąś kwestię wiary i obyczajów, czy rozstrzygnąć jakiś spór teologiczny. 

Takie kwestie jak zachowanie przy stole czy inne zasady bądź konwenanse nie należą ściśle do dziedziny, w której wypowiada się Magisterium Kościoła, a to z tego powodu, że nie ma takiej konieczności. Natomiast obowiązuje tu zasada, że Kościół uznaje, szanuje i promuje wszystko, co jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem i zdrowymi zasadami danej kultury i obyczajowością w sensie szerszym. 

Dlatego tutaj wystarczy zdroworozsądkowe podejście każdego katolika. Można i należy posłużyć się dobrymi świeckimi źródłami, czy to niepisanymi, czy książkowymi. 

Obecnie ma niestety miejsce dość powszechne spodlenie obyczajów zarówno w sferze prywatnej i rodzinnej jak też nawet publicznej i to na - pozornie czy realnie - najwyższych szczeblach społeczeństwa. Wynika to z następujących przyczyn:

- zapaść kulturowa spowodowana wymordowaniem polskiej elity intelektualnej i kulturowej w ramach zarówno działań wojennych jak też zbrodni komunistycznych, 

- zastąpienie tych rdzennych elit przez aparat komunistyczny zarówno w sferze państwowej (władza ustawodawcza, wykonawczy, sądownicza, samorządowa) jak też w szeroko rozumianej kulturze (literatura, sztuka różnego rodzaju, aż po publicystykę), 

- zmieszanie i w dużej części zjednoczenie tej pseudoelity komunistycznej z nowobogackimi dorobkiewiczami kapitalistycznymi, gdzie dorobek wynikł nie tyle z rzetelnej pracy i dobrej przedsiębiorczości, co raczej z agresywnej i nierzadko oszukańczej chciwości. 

Innymi słowy: awans finansowo-społeczny dość często bardzo wyrasta poza dość niski poziom intelektualno-kulturowy, choć w zdrowej sytuacji społecznej powinno być raczej odwrotnie. Ma to przełożenie na pseudoliberalne wychowanie dzieci, które je kształtuje na osobowości aspołeczne. Typowym i bardzo częstym przykładem jest to, o czym już niegdyś wspominałem, mianowicie głoście imprezy na wolnym powietrzu, które narzucają swoje dość wątpliwe gusta akustyczne okolicznym mieszkańcom nawet na dalekie odległości. Przy czym matką i wzorem są imprezy wiadomego osobnika w czerwonych okularach od pseudoświątecznego zbierania pieniędzy przez dzieci na mrozie. Tutaj nie trzeba wysublimowanego nauczania Magisterium Kościoła, gdyż wystarczy zdrowy rozsądek i prosta zasada poszanowania dla wolności innych osób, które nie chcą słuchać tego, co komuś innemu może się podoba z jakichś względów (właściwie demonicznych). Tego widocznie nie rozumieją także moderniści pseudokatoliccy, skoro urządzają tego typu imprezy jako niby katolickie, lecz na takiej samej zasadzie braku uszanowania dla wolności tych, którzy nie lubią i nie chcą doznawać tego typu wrażeń akustycznych. 

Odpowiadając w skrócie:

Zasady savoir-vivre obowiązują katolika nie same w sobie, gdyż są w znacznej mierze zmienne i różnorodne zarówno czasowo jak też lokalnie, lecz o tyle, o ile są wyrazem i zastosowaniem zasad zdroworozsądkowych, zwłaszcza poszanowania wolności drugiej osoby czy osób. Oznacza to, że podstawą zasadą savoir-vivre jest nienarzucanie komuś przeżyć czy wrażeń, które godzą czy mogą godzić w jego poczucie wartości dobra, piękna, godności ludzkiej. Wymaga to oczywiście choćby minimalnej zdolności i gotowości do uwzględnienia wrażliwości i odczuć innych osób. Jeśli ktoś nie dysponuje tym minimum, to jest osobowością aspołeczną, której słusznie można i należy unikać, także dla dobra tej osoby, by być może doszła do namysłu nad sobą i zmiany swojej postawy. 


Wezwanie


Dominica II post Pentecosten

Łk 14,15-24:

Gdy to usłyszał jeden ze współbiesiadników, rzekł do niego: Błogosławiony ten, który będzie spożywał chleb w Królestwie Bożym.

A On mu rzekł: Pewien człowiek przygotował wielką ucztę i wezwał wielu.

I posłał swego sługę w godzinę uczty, aby powiedział wezwanym: Przyjdźcie, bo już wszystko gotowe.

I poczęli się wszyscy jeden po drugim wymawiać. Pierwszy mu rzekł: Kupiłem pole i muszę wyjść i zobaczyć; proszę cię, miej mię za wymówionego.

A drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, miej mię za wymówionego.

A inny rzekł: Żonę pojąłem i dlatego nie mogę przyjść.

A gdy wrócił sługa, oznajmił to panu swemu. Wtedy gospodarz rozgniewawszy się rzekł do sługi swego: Wyjdź prędko na place i ulice miasta i wprowadź tutaj ubogich i ułomnych, i ślepych, i chromych.

I rzekł sługa: Panie, tak się stało, jak rozkazałeś, i jeszcze jest miejsce.

Wtedy rzekł pan do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i przymuszaj, by weszli, żeby zapełniony został dom mój.

Albowiem mówię wam, że żaden z owych wezwanych mężów nie skosztuje mojej uczty.


ακουσας δε τις των συνανακειμενων ταυτα ειπεν αυτω μακαριος ος φαγεται αρτον εν τη βασιλεια του θεου

ο δε ειπεν αυτω ανθρωπος τις εποιησεν δειπνον μεγα και εκαλεσεν πολλους

και απεστειλεν τον δουλον αυτου τη ωρα του δειπνου ειπειν τοις κεκλημενοις ερχεσθε οτι ηδη ετοιμα εστιν παντα

και ηρξαντο απο μιας παραιτεισθαι παντες ο πρωτος ειπεν αυτω αγρον ηγορασα και εχω αναγκην εξελθειν και ιδειν αυτον ερωτω σε εχε με παρητημενον

και ετερος ειπεν ζευγη βοων ηγορασα πεντε και πορευομαι δοκιμασαι αυτα ερωτω σε εχε με παρητημενον

και ετερος ειπεν γυναικα εγημα και δια τουτο ου δυναμαι ελθειν

και παραγενομενος ο δουλος εκεινος απηγγειλεν τω κυριω αυτου ταυτα τοτε οργισθεις ο οικοδεσποτης ειπεν τω δουλω αυτου εξελθε ταχεως εις τας πλατειας και ρυμας της πολεως και τους πτωχους και αναπηρους και χωλους και τυφλους εισαγαγε ωδε

και ειπεν ο δουλος κυριε γεγονεν ως επεταξας και ετι τοπος εστιν

και ειπεν ο κυριος προς τον δουλον εξελθε εις τας οδους και φραγμους και αναγκασον εισελθειν ινα γεμισθη ο οικος μου

λεγω γαρ υμιν οτι ουδεις των ανδρων εκεινων των κεκλημενων γευσεται μου του δειπνου


Pan Jezus opowiedział tę przypowieść w kontekście uczty szabatowej u jednego z przedniejszych faryzeuszy, gdzie był zaproszony. Współbiesiadnik, na którego słowa Mistrz odpowiada, zapewne także należał do tego stronnictwa żydowskiego. Tym razem atmosfera jest zasadniczo przyjazna, w przeciwieństwie do wielu innych sytuacyj opisach w Ewangeliach. Na tym tle przypowieść może się słusznie wydawać pewnym zgrzytem, zwłaszcza jej zakończenie.

W Novus Ordo ta perykopa jest głoszona w jednej ze stacyj procesji Bożego Ciała, co nadaje jej sens eucharystyczny i jest pewnym zawężeniem i wykrzywieniem, gdyż łączy Eucharystię z wieczerzą, co zalatuje protestantyzmem. Tymczasem przypowieść ma wyraźnie wybitny sens eklezjologiczny i historiozbawczy, a to w taki sposób, że współcześni ekumaniacy powinni ją określić jako antyjudaistyczną. Kluczem są tutaj słowa εκαλεσεν i κεκλημενοις od καλειν, tłumaczone zwykle błędnie jako "zaprosił" i "zaproszeni", podczas gdy źródłosłów dla każdego w czasach apostolskich i także obecnie znającego język grecki jednoznacznie wskazuje na Εκκλεσια, co w języku polskim znów jest tłumaczone zupełnie opacznie - choć znaczenie się zgadza - jako Kościół (od łacińskiego castellum czyli zamek, twierdza, czyli miejsce, które jest siedzibą władcy; nawiasem mówiąc inne języki słowiańskie mają ładniejszą nazwę, podobną do polskiego "cerkiew", od greckiego κυριακη czyli "dzień pański", czyli Chrystusowa wspólnota eucharystyczna zgromadzona w dzień Zmartwychwstania). Tak więc w języku Nowego Testamentu społeczność założona przez Jezusa Chrystusa jest wezwaniem i powołaniem, wspólnotą tych, którzy zostali wezwani z tego świata ku nowemu życiu w Chrystusie, na które wskazuje uczta, gdzie Bóg jest gospodarzem.

Nie trudno zauważyć, że pierwotnie powołanymi do uczty Bożej są ci, którzy jako pierwsi otrzymali Boże Objawienie i przymierze z Nim. Tym niemniej przeszkody czyli wymówki są ogólnoludzkie i ponadczasowe. Sprowadzają się one do dóbr materialnych oraz relacyj międzyludzkich, nawet tak naturalnych i zasadniczo dobrych jak małżeństwo i rodzina. To są przeszkody pod względem duchownym, jako że wejście do Królestwa Bożego i tym samym na ucztę życia wiecznego jest wydarzeniem istotnie duchowym, aczkolwiek oczywiście po zmartwychwstaniu ciał także cielesność będzie miała w nim udział, podobnie jak w życiu Bożym doczesnym także uczestniczy ciało człowieka na swój sposób. 

Jest jednak głębsza przyczyna i źródło odrzucenia wezwania: brak docenienia owego zaproszenia oraz samej uczty. Z kolei to niedocenienie musiało wynikać ostatecznie z braku szacunku i wdzięczności wobec gospodarza. W stosunkach międzyludzkich jest to nierzadkie. Wydawałoby się, że w odniesieniu do zaproszenia Bożego jest to niemal niemożliwe, przynajmniej u człowieka dobrej woli, który chce przynajmniej swojego dobra. Doświadczenie jednak uczy, że akurat wezwanie przez Boga spotyka się bardzo często z odrzuceniem czy przynajmniej obojętnością, o ile jest ono tożsame z powołaniem do bycia w Kościele Chrystusowym z odpowiednimi tego konsekwencjami. Te konsekwencje są znacznie częściej odbierane jako wymagania i to w dużej części "nieżyciowe" bądź nierealistyczne, niż jako obdarowanie i konsekwencje obdarowania. 

W zdrowych relacjach międzyludzkich wartość zaproszenia do kogoś nie liczy się miarą korzyści materialnych i zmysłowych (zjeść, napić się, zabawić itp.), lecz miarą spotkania z innymi ludźmi, zwłaszcza z gospodarzem. Pod tym względem ci pierwsi wezwani zawiedli. A jest to zjawisko ponadczasowe, obecnie coraz bardziej częste. Tę zasadę można i należy zastosować do właściwego sensu - wezwania do wspólnoty wezwanych (Εκκλησια) czyli Kościoła. Jeśli ktoś stawia na korzyści doczesne - a tak się zdarza nie tylko w przypadku świeckich, lecz także duchownych - to nie wejdzie prawdziwie do tej wspólnoty, gdyż nie zna wartości obecności Gospodarza i radości przebywania z Nim. To nieporozumienie może mieć - i obecnie coraz częściej ma - postać bardziej subtelną, mianowicie w stawianiu na przeżywanie wspólnotowości na płaszczyźnie ludzkiej, czyli na obecność innych ludzi, nie na obecność Boga, Jego prawdy, dobra i piękna. Oczywiście docenienie Jego obecności zawiera także uznanie wartości odblasku Jego doskonałości, dobroci i chwały w bliźnich. Chodzi o różnicę i hierarchię, czyli priorytet Stwórcy i Zbawiciela nad stworzeniem i grzesznikiem, także w sobie. 

W tej przypowieści mamy ciekawy podział ludzi na trzy kategorie pod względem stosunku do wezwania Bożego. Jasne jest, że ostrze polemiki jest skierowane przeciw kategorii pierwszych, czyli tych pierwotnie wybranych. Co do istoty jednak należą do niej wszyscy, którzy podobnie odrzucają wezwanie, nawet jeśli wpierw je przyjęli przynajmniej pozornie. Należą tutaj także wszyscy ci, którym został dany przekaz wiary katolickiej od dzieciństwa: otrzymali wezwanie, nawet go wprost nie odrzucili, jednak faktycznie wzgardzają nim wtedy, gdy mają możliwość - daną z łaski - zbliżenia się do Boga i to na wieczność. Na tym polega powaga i dramat dziejów ludzkości, Izraela i też Kościoła po wsze czasy. Ten dramat idzie i będzie szedł przez serca ludzkie aż do skończenia świata. 

Druga kategoria wydaje się być przeciwieństwem pierwszej. Ubodzy, ułomni, ślepi i chromi nie są tymi, których się zwykle zaprasza, chociażby ze względu na domowników czy innych zaproszonych. Jednak oni są tymi, w których sam Pan Jezus mówi w Kazaniu na Górze w błogosławieństwach (Mt 5). Chodzi o różne rodzaje ubóstwa, gdzie istotą jest ubóstwo duchowe, czyli świadomość i uznanie swojej niewystarczalności i konieczności zdania się na działanie Boże. Tacy wydają się wpierw odrzuceni czy przynajmniej zapomniani przez Boga, czy choćby gorzej potraktowani, mniej umiłowani, a przynajmniej nadzwyczaj doświadczani. A to oni właśnie idą na ucztę bez oporów, gdyż doceniają jej wartość. To docenienie nie musi być wysublimowane, duchowe. Oni potrzebują także nakarmienia, czy choćby ludzkiego potraktowania ich jakby na równi z innymi. W tym znaczeniu przyjęcie wezwania nie jest bezinteresowne w najprostszym wymiarze. Z perspektywy Gospodarza nie jest to złe, gdyż On chce obdarzać i to czyni całościowo. Cóż byśmy mieli, gdybyśmy nie mieli od Niego?  

Najbardziej zagadkowa jest grupa trzecia. Przed nimi zostali wezwani ubodzy, co mogło powodować niechęć do pójścia na ucztę i konieczność zmuszenia. Na czym polegał ów przymus? Greckie słowo αναγκαζειν nie musi oznaczać przemocy fizycznej, którą tutaj trudno sobie wyobrazić w wykonaniu jednego sługi. Chodzi zapewne o usilne nakłanianie, czyli o wysiłek ze strony sługi, nie przemoc. To jest wezwanie i zadanie dla Kościoła jako wspólnoty sług Chrystusowych. Celem jest zapełnienie domu Gospodarza, co służy nie Jemu, lecz wezwanym. 

Można zarzucić, że w tej pełni brakuje "normalnych" zaproszonych, którzy - otrzymawszy wcześniej zaproszenie i wezwanie - poszli za nim. Po pierwsze, Pan Jezus nie opowiada historii ludzkości czy Izraela, aż to czasu swego przyjścia włącznie, lecz ostrzega, wzywa i też zapewnia o tym, że nie zostają pominięci nawet ci, którzy są oporni i niechętni. Po drugie, wzorem odpowiedzi na wezwanie są właśnie ubodzy, chorzy, upośledzeni. Czyż nie do nich zalicza się każdy grzesznik, czyli chory duchowo, każdy zmagający się ze swoimi słabościami i ułomnościami, każdy, kto jako chromy duchowo nie jest w stanie sam przyjść na ucztę? 

Zaś kosztowaniem - właściwie smakowaniem - uczty jest już smakowanie zaproszenia, oczywiście w zadatku, w przedsmaku. W tym znaczeniu wiara prawdziwa jest smakowaniem prawdziwego Boga. Ten Bóg jest dobry, najlepszy, najdoskonalszy. On chce udzielać ze swojego i udziela. Jego radością jest dom zapełniony tymi, którzy przyszli za wezwaniem, nawet jeśli musieli zostać do tego w jakiś sposób zmuszeni. Jednak nie jest to Bóg pobłażliwy wobec wszystkiego, choć "szanujący" wybór tych, którzy woleli pójść na pole, wypróbować woły, zająć się żoną. Ten Boży szacunek nie jest ani obojętnością, ani pochwałą, lecz konsekwentnym i niezmiennym trwaniem porządku stworzenia, gdzie człowiek jest wyposażony w wolną wolę. W tym znaczeniu można i należy mówić, że Bóg nikogo nie potępia, nikogo nie odrzuca, lecz to człowiek ma możliwość odrzucenia wezwania Bożego i niestety korzysta z tej możliwości. 

Bóg nigdy nie odwołuje swojego wezwania i nie ustaje nawet w usilnym nakłanianiu, posługując się swoim sługą - Kościołem. Prawdziwy Kościół to nie jest taki, który godzi się na wszystko, do niczego nie wzywa, nie nakłania, jest obojętny na to, że wielu wezwanych nie idzie za wezwaniem. Prawdziwy Kościół, który sam jest stale wzywany przez swego Pana, nie ustaje, by wszyscy skosztowali hojności Bożej. To nie jest ekumeniczne. To nie jest liberalne w znaczeniu stawiania wolności człowieka ponad jego dobro. Ale to jest Chrystusowe.