Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 30.9.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


W ostatnich miesiącach nastąpił dalszy wzrost korzystania z bloga, które ostatnio wyniosło średnio około 4000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania, lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około czterdziestu osób, co stanowi około 0,8 % osób codziennie korzystających z bloga. Kilkanaście osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. 

W miesiącu wrześniu 2026 ofiarę na bloga złożyły osoby (w porządku chronologicznym):

Jakub R.
Paweł S.
Grzegorz W.
Jarosław K.
Michał J. K.
Tomasz O.
Anna S.
Helena S.
Mateusz Z.
Michał K. 
Piotr K.
Ewa K.
Wacław U.
Rafał J.
Paweł P.
Paweł K.
Krzysztof P. K.
Grzegorz W.
Grzegorz Ł.
Stanisław R.
Tomasz A. K.
Michał K.
Seweryn T.
Anna D.-G.
Grażyna L. 
Klaudia W.
J. i A. W.
Piotr S.
Mariola E. B.
Barbara C. 
Marek R.
Katarzyna A. O.
Maciej L.
Ronald Z.
Marcin D. S.
Daniel P. 
Aleksander M.  

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Kiedy przebaczać?


Odpowiedź na zadane pytanie już jest podana skrótowo. Teraz odniosę się do zalinkowanego textu. 

Warto zacząć od źródłosłowu polskiego słowa "przebaczenie". Można je inaczej wyrazić jako baczenie ponad, poza, czyli nie baczenie, nie zwracanie uwagi na coś, co miało miejsce. W tym znaczeniu jest to określenie dość mylne co do sprawy, o którą chodzi, choć zawiera także cząstkę prawdy. 

Tą cząstką prawdy jest to, iż osobę, który wyrządziła krzywdę, należy w razie potrzeby traktować tak, jakby tego nie uczyniła. Przykładowo: ktoś, kto mi wyrządził krzywdę, jest głodny, chory, czy potrzebuje innej pomocy. Najważniejsza jest oczywiście pomoc duchowa. To należy mieć zawsze na uwadze. Innymi słowy: gdy złoczyńca potrzebuje pomocy, czy to dla ciała, a zwłaszcza dla duszy, nie wolno mi kierować się urazą z powodu doznanej krzywdy, lecz mam obowiązek jej pomóc, oczywiście przede wszystkim ku zbawieniu duszy. 

Mylność określenia "przebaczenie" polega natomiast na tym, iż może być rozumiane - i tak bardzo często jest - jako zachowywanie się tak, jakby nic się nie stało, jakby krzywdy nie było, czy przynajmniej jakby ona nie bolała. To jest oczywiście oparte na nieprawdzie, a nieprawda nigdy nie jest właściwie pomocna, lecz jest zawsze szkodliwa czy wręcz toxyczna, przynajmniej w jakimś stopniu. Tak pojęte "przebaczenie" z całą pewnością jest niezgodne z Ewangelią i tym samym z nauczaniem Kościoła. 

Zalinkowany text tego niestety nie odróżnia. Zamiast tego odwołuje się do kilku fragmentów Ewangelii, interpretując je błędnie czy przynajmniej tendencyjnie:

1. Słowa Pana Jezusa o przebaczeniu "siedemdziesiąt siedem razy" na pewno nie odnoszą się do fałszywie rozumianego przebaczenia, które zafałszowuje rzeczywistość. 

2. Także przypowieść o nielitościwym dłużniku nie może świadczyć na korzyść fałszywego przebaczenia, gdyż po pierwsze ów dłużnik prosił o cierpliwość, więc uznał swój dług i miał wolę spłacenia go, nawet jeśli było to nierealne wobec jego wysokości. Przebaczenie mu całości długu przez wierzyciela - jego pana - nie wynika z powinności, lecz ze szczodrości, która jest właściwa tylko Bogu, a to z tego powodu, iż żaden człowiek nie jest w stanie spłacić swego długu wobec Niego. Nie oznacza to jednak, jakoby Boże przebaczenie było bezwarunkowe, skoro nielitościwego sługę spotyka kara. Należy mieć też na uwadze, iż chodzi o przypowieść, nie o ściśle rozumianą regułę postępowania. Chodzi w niej o nasze naśladowanie Bożego przebaczenia, a jest ono doskonale, jasno i całościowo ujęte w sakramencie pokuty i pojednanie, jak go rozumie Kościół. 

Właśnie o tym też jest mowa w modlitwie "Ojcze nas". To nie nasze, fałszywie rozumiane przebaczanie ma być normą dla przebaczenia Bożego (jak to głosi fałszywa ideologia faustyno-sopoćkizmu), lecz odwrotnie: przebaczenie Boże, które jest dość jasno ujęte w warunkach sakramentu pokuty, jest regułą i wzorem dla naszego przebaczania. Oznacza to, że bez żalu, skruchy, woli poprawy oraz prośby o przebaczenie wraz z prośbą o właściwą pokutę, czyli gotowości przyjęcia sprawiedliwej kary, nie może być prawdziwego, pomocnego dla duszy czyli zbawiennego przebaczenia. 


Sprawa jarosławska - raz jeszcze


Powyżej widzimy autoreklamę x. Adriana Mantykiewicza, który od kilku dni zasłynął po tym, jak publicznie wybaczył ukraińskiemu nożownikowi nie tylko w swoim imieniu, lecz także w imieniu innych poszkodowanych, w tym zadźganego x. Stanisława Zbojnowicza. Ten obrazek wiąże się z hobby Mantykiewicza, przy czym świadomie unikam x. To on - przywędrowawszy z Zagłębia poprzez Warmię na Podkarpacie - przeobraził swoje hobby w działalność pseudoduszpasterską w jarosławskim tzw. opactwie (które jest obecnie nazwą jedynie historyczną, ponieważ z niegdysiejszego opactwa pozostała tylko część budynku, przejęta przez Archidiecezję Przemyską na dom rekolekcyjny oraz imprezy mniej czy bardziej rozrywkowe, a siostry benedyktynki zamieszkują obecnie inny budynek i nie stanowią opactwa, lecz jedynie klasztor-przeorat). 

Zacznijmy od Mantykiewicza. Odnośnie do jego "kazania" wyraziłem już swoje uwagi (tutaj). Gdyby zamiast planszówkami zajął się dokształceniem w teologii katolickiej czy choćby w katechiźmie, to by raczej był w stanie wygłosić katolickie kazanie. Póki co widać po nim jedynie zafascynowanie różnego rodzaju grami, którego skutkiem jest dość widoczne obżarstwo, co świadczy także o poważnym problemie duchowo-psychicznym. 

Jeszcze poważniejszy problem widać zarówno na powyższej grafice, jak też na innych obrazkach związanych z "planszówkami w opactwie" i - jak się okazuje - także poza nim. Oto przykłady:


To ma być zapewne minipomnik Mantykiewicza, cieszący się jego wyraźną autoaprobatą, wyrażoną w komentarzu (gdyż to on jest autorem i adminem tejże stronki na pejsbuku). Chyba nie trudno zauważyć, że to niby wiosło - niewiadomo, dlaczego to ma być jego atrybut jako planszówkowicza - można odczytać jako zasłonięty czy ukryty tryzub, na co wskazuje też pomalowanie na niebieski kolor. 


Otoczenie kotami, które są atrybutem czarowników i wiedźm, także do tego pasują. 

On nie kryje swojej satysfakcji z odgrywanej funkcji przywódczej:







Jego działalność niestety nie ogranicza się do "opactwa" (źródło tutaj - portal szkoły podstawowej w Zarzeczu):





Chwali się też charakterystycznymi kontaktami i powiązaniami:



Ciekawe, czy rodzice wiedzą, kto - z dość specyficznymi powiązaniami - został zaproszony do prowadzenia rekolekcyj szkolnych dla ich dzieci. 

Zaś gry, którymi się zabawia wraz ze swoim towarzychem, nie są bynajmniej niewinne:



Przyznaję, że się na grach nie znam. Planszówki kojarzą mi się z wysiłkiem intelektualnym nie wykraczającym poza umiejętność rzucania kostką. To może być dobra zabawa dla dzieci i osób z ograniczonymi funkcjami intelektualnymi. Dobra o tyle, że może pomóc w uczeniu się opanowania emocyj, co ma znaczenie zwłaszcza dla osób z zaburzeniami w tej dziedzinie, czyli terapeutyczne. W wypadku Mantykiewicza z "opactwa" jest to jednak zapewne coś o wiele więcej, co świadczy albo o poważnym zaburzeniu osobowości, albo o promowaniu zaburzenia, przynajmniej w postaci uzależnienia od gier, co staje się obecnie coraz częstsze zwłaszcza w młodym pokoleniu, choć nie tylko, co widać na obrazkach ukazujących kumpli i fanów tego człowieka. 

Można i należy snuć reklexję, czy i na ile te powiązania mają związek z atakiem nożownika. Pewne jest, że x. Adrian Mantykiewicz nie tylko ma hobby, które jest nie do pogodzenia z posługą kapłańską, lecz także powiązania tego samego rodzaju. Jego działalność licuje najwyżej z osobą zabawiacza, który ma dość ewidentny problem sam ze sobą, a nie kapłana katolickiego. Czy to właśnie przyciągnęło nożownika akurat w to miejsce? Czy osoba Adriana i jego działalność ma związek z tym, że pojawił się w Jarosławiu po śmierci x. Mariana Rajchela, który sam był przez lata powiązany z tzw. charyzmatykami (oprócz działalności jako exorcysta diecezjalny), lecz pod koniec życia dość krytycznie wyrażał się o osobach takich jak Marcin Zieliński i pośrednio także o hierarchach, którzy popierają i promują tego osobnika? Czyżby sprowadzenie Mantykiewicza do Jarosławia miało na celu "skorygowanie" linii x. Rajchela? Czy zachodzi związek z tzw. festiwalem "naszych korzeni", którego głównym miejscem jest jarosławskie "opactwo", a gdzie regularnie zapraszano żydów i muzułmanów, i to do występów w świątyni (więcej tutaj i tutaj)? 

Pewne jest, że dotychczas nie zostały publicznie przedstawione wyniki solidnego, urzędowego zbadania tragicznego w skutkach wydarzenia z dnia 24 IX 2026. Media podają jedynie jakieś niby wywiady z osobami, które nie były bezpośrednimi świadkami tego wydarzenia, czy to w kuchni, kawiarence czy w kościele. Wypowiedzi osób, które twierdzą, że nożownik miał nóż o długości 80 cm, nie mogą być poważne. Świadczą raczej o braku zrozumienia słowa nóż. Nie popisała się w tym także siostra Barbara z klasztoru ze swoimi wieloma widocznie chętnie udzielanymi wypowiedziami, mimo iż nie była świadkiem samego zdarzenia, a opowiada o nim w sposób niespójny i niekompetentny, aczkolwiek z widocznym zadowoleniem ze siebie. Wstyd. Żaden z organów władzy państwowej czy samorządowej nie podał jakichkolwiek ustaleń policji. W normalnym kraju i normalnym państwie byłoby to nie do pomyślenia. Zamiast tak prostego i podstawowego kroku, który jest elementarną powinnością wobec opinii publicznej, perswaduje się nam konieczność przebaczenia nożownikowi oraz nie obarczania winą wszystkich jego rodaków. I to przy zupełnym braku choćby cienia reflexji, a nawet z planowym brakiem dostarczenia podstawowych danych ku reflexji nad przyczynami tego zdarzenia, które słusznie porusza nie tylko Polaków, lecz także światową opinię publiczną. 

Czy można wybaczyć za kogoś?


Sprawa jest oczywiście zarazem tragiczna i delikatna. Tym niemniej z powodu jej nagłośnienia i zasięgu muszę się odnieść do tytułowego wątku, gdyż on nie tylko sam w sobie jest dość ważny, lecz spotykany jest nagminnie w ostatnich dziesięcioleciach, a wymaga skorygowania. Chodzi o następujące słowa jednego z poszkodowanych księży o nazwisku Adrian Mantykiewicz (nazwisko jest regularnie przemilczane):


Chłop być może chce dobrze. Wobec opinii publicznej wypada mu wypowiedzieć słowa o przebaczeniu. Być może został do tego zachęcony czy wręcz nakłoniony przez przełożonych. Zresztą dla niego ta sytuacja jest przyczyną niespodziewanej sławy i to wręcz światowej. W poczuciu takiego brzemienia niestety jednak przestrzelił, a dokładniej powiedział bzdurę, która zresztą nie jest nowością w tzw. posoborowiu modernistycznym, zwłaszcza wojtyliańskim. Otóż już na zdrowy, chłopski rozum nie trudno się domyśleć, że nie można przebaczyć za kogoś, zwłaszcza za osobę zmarłą. Nawet jeśli można rozumnie przypuszczać, że ta osoba by też sama przebaczyła czy byłaby gotowa przebaczyć. Tym niemniej nikt nie ma prawa przebaczać w czyimś imieniu, jeśli nie został do tego przez daną osobę upoważniony. To jest właściwie dość proste. 

Dlaczego więc x. Adrian powiedział taką bzdurę? Ano dlatego, że od czasu wojtyliańskiego przepraszania wszystkich za wszystko w imieniu Kościoła - nie tyle obecnego, co raczej wszystkich wieków - nadal ma się dobrze patologiczna intelektualnie i duchowo przebaczoza. Jest ona oczywiście obliczona na poklask przekaziorów i wszystkich łasych na jakiekolwiek przejawy zarówno przyznawania się przez Kościół do win wszelakich, jak też na jego kajanie się przed trybunałem pseudoautorytetów pseudomoralnych. Taki pseudopobożny debilizm widocznie wpojono x. Adrianowi najpóźniej w seminarium, a teraz akurat miał wyjątkową sposobność popisania się nim na szerokim forum publicznym. 

Wpisuje się to dość wyraźnie w fałszywą ideologię faustyno-sopoćkową, która otwarcie głosi, iż im większy grzesznik, tym większe ma prawo do "miłosierdzia". Co jest oczywiście bluźnierstwem i to demoralizującym, a jego owoce są coraz bardziej widocznie zwłaszcza w Polsce. 

Zresztą autor tego wystąpienia ma ciekawą drogę kapłańską (źródło tutaj):


Pochodzi z Czeladzi, wyświęcony w Olsztynie, a wylądował w Archidiecezji Przemyskiej. Wygląd - jak widać - ma wybitnie niekapłański. Zaś nazwisko - regularnie pomijane w mediach - jest mało polskie. To też może mieć znaczenie. 

Zaś na nagrodę nie trzeba było czekać, gdyż niemal natychmiast przyznało mu nagrodę tzw. Towarzystwo im. Jana Karskiego (źródło tutaj):


To towarzystwo jest dość charakterystyczne (źródło tutaj):

Myślę, że dalsze komentarze są zbędne. 


Gdzie jest dziewięciu?


Dominica XIII post Pentecosten


Łk 17,11-19: 


I stało się, gdy szedł do Jerozolimy, że przechodził przez środek Samarii i Galilei.

I gdy wchodził do jednego miasteczka, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężczyzn, którzy stanęli z daleka.

I oni podnieśli głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami.

A widząc, powiedział im: Idźcie, ukażcie się kapłanom. 

I stało się, gdy odchodzili, że zostali oczyszczeni.

Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, potężnym głosem chwaląc Boga;

I padł na twarz u Jego nóg, dziękując Mu; a był on Samarytaninem.

A Jezus w odpowiedzi, rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, a gdzie jest dziewięciu?

Nie znaleźli się, wrócając się i dać chwałę Bogu, jak tylko ten innego pochodzenia?

I powiedział mu: Wstań, idź, twoja wiara cię wybawiła. 


και εγενετο εν τω πορευεσθαι αυτον εις ιερουσαλημ και αυτος διηρχετο δια μεσου σαμαρειας και γαλιλαιας

και εισερχομενου αυτου εις τινα κωμην απηντησαν αυτω δεκα λεπροι ανδρες οι εστησαν πορρωθεν

και αυτοι ηραν φωνην λεγοντες ιησου επιστατα ελεησον ημας

και ιδων ειπεν αυτοις πορευθεντες επιδειξατε εαυτους τοις ιερευσιν 

και εγενετο εν τω υπαγειν αυτους εκαθαρισθησαν

εις δε εξ αυτων ιδων οτι ιαθη υπεστρεψεν μετα φωνης μεγαλης δοξαζων τον θεον

και επεσεν επι προσωπον παρα τους ποδας αυτου ευχαριστων αυτω και αυτος ην σαμαρειτης

αποκριθεις δε ο ιησους ειπεν ουχι οι δεκα εκαθαρισθησαν οι δε εννεα που

ουχ ευρεθησαν υποστρεψαντες δουναι δοξαν τω θεω ει μη ο αλλογενης ουτος

και ειπεν αυτω αναστας πορευου η πιστις σου σεσωκεν σε 


Są wydarzenia w życiu, które nadają się na przypowieści. W Ewangeliach czytamy aż kilka raty o Samarytanach. Oprócz powyższego fragmentu znamienna jest szczególnie rozmowa Pana Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakubowej (J 4,6nn), a także słynna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jest to w kolejności po Żydach pierwsza społeczność występująca najczęściej w Ewangeliach, a w dodatku wyłącznie pozytywnie ukazana, w przeciwieństwie do tych pierwszych. Można by wysnuć wniosek o szczególnej sympatii Zbawiciela, może nawet o swego rodzaju wybraniu, co nie musi oznaczać wolitywnego braku związku z faktami. Należy wziąć też pod uwagę, iż w porównaniu z Żydami była to społeczność znacznie mniej liczebna i mniej znacząca, zarówno w Ziemi Świętej jak też w diasporze. Siłą rzeczy Apostołowie głoszący Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego na całym świecie o wiele częściej zwracali się do Żydów niż do Samarytan. Mimo tego mamy do czynienia z wyraźną różnicą w ewangelicznym obrazie tych dwóch społeczności o jednym korzeniu w religii Mojżeszowej, której świadectwem jest Pięcioksiąg. A może właśnie dlatego?

Zarówno kierunek zdążania Pana Jezusa wraz z uczniami jak też miejsce opisanego zdarzenia jest znaczące. Jerozolima była jedynym miejscem kultu Boga prawdziwego objawionego w Starym Testamencie. Natomiast Samaria i Galilea - która była zresztą ojczyzną Pana Jezusa oraz wszystkich spośród dwunastu Apostołów oprócz Judasza Iskarioty - były postrzegane przez Judejczyków (czyli Żydów) jako tereny conajmniej skażone wpływami pogańskimi i pogardzane. Jak wiemy z Ewangelii św. Janowej (J 4), Żydzi unikali zadawania się z Samarytanami, a Galilejczyków traktowali z góry. Skoro w gronie tych dziesięciu trędowatych był Samarytanin, to widocznie w przypadku wspólnego losu wyznaczonego przez chorobę, który oznaczał nie tylko cierpienie fizyczne, lecz także wykluczenie ze społeczności zdrowych z powodu obawy przed zarażeniem, te granice plemienno-religijne nie były ważne. 

Ich wołanie o pomoc Pana Jezusa świadczy o tym, że był im znany jako ten, który cudownie uzdrawia. W respektowaniu zasady dystansu społecznego nie ośmielali się podejść, lecz krzyczeli z bezpiecznej dla zdrowych odległości. Także tytuł, którym wzywali, jest znaczący, gdyż jest on mniej więcej odpowiednikiem hebrajskiego "rabbi", a nawet oznacza więcej, czyli szczególny szacunek. Co oczywiście nie jest zaskakujące w sytuacji proszącego o pomoc. 

Rozkaz Pana Jezusa, by udali się pokazać kapłanom, nie jest wyjaśniony przez Ewangelistę, a także sam Pan Jezus go nie wyjaśnia. Nie mówi też nic o tym, że przyjmuje ich wołanie, ani o odpuszczeniu grzechów, które zwykle łączył z uzdrowieniem ciała. Udanie się do kapłanów miało sens o tyle, że uzdrowienie z trądu musiało zostać przez nich stwierdzone, by uzdrowiony mógł zostać przywrócony do życia w społeczności. Fakt, że owych dziesięciu natychmiast wyruszyło w kierunku Jerozolimy, świadczy o ich pełnym zaufaniu w to, że zostaną uzdrowieni. Ich posłuszeństwo słowom Pana Jezusa można by uznać za wręcz wzorowe. Jednak dziewięciu z nich zabrało czegoś istotnego. 

Angielski filozof Francis Bacon powiedział kiedyś: "Nie jest tak, że szczęśliwi są wdzięczni, lecz jest tak, że wdzięczni są szczęśliwi". Należy uzupełnić, że nie ci są szczęśliwi, których pragnienia, potrzeby i prośby są spełniane, lecz ci, którzy są wdzięczni za to, co otrzymują. 

Znamienny jest związek religii chrześcijańskiej - prawdziwej religii - z tą prawdą życiową. Nie przypadkowo centralny sakrament tej religii i zarazem rdzeń kultu chrześcijańskiego jest dziękczynieniem - eucharystią. Grecki czasownik εὐχαριστεῖν łączy w sobie dwa słowa - εὐ czyli dobry, oraz xάρις czyli łaska, dar. W tym znaczeniu wdzięczność jest odwzajemnieniem dobra, mianowicie duchowym, niekoniecznie jako wzajemność dosłowna. Charakter i wymiar duchowy jest zasadniczy, istotny. Zawiera w sobie zarówno uznanie otrzymanego dobra jako takiego, jak też wolę okazania tego uznania oraz jakiegoś rodzaju "odpłacenia", na ile jest ono możliwe. 

Wdzięczność uzdrowionego z trądu Samarytanina wyrażała się w akcie kultu zarówno głosem i słowami, jak też postawą ciała. Ludzie starożytniego Wschodu (i nie tylko) tak okazywali uwielbienie i podziękowanie najwyższego stopnia. W tym wypadku ludzki odruch wdzięczności za uzdrowienie doprowadził do oddania czci oczekiwanemu Mesjaszowi i prawdziwemu Bogu. Tak właśnie działa prawdziwa religia: to, co naturalnie szlachetne, ludzkie, zdrowe, skłania ku oddawania czci prawdziwemu Bogu. 

Na sens religijny tego zdarzenia wskazuje to, że Pan Jezus mówi o oczyszczeniu, nie o uzdrowieniu. Owszem, to określenie zapewne nawiązuje do samej choroby, do jej wyglądu, jednak tego nie wyczerpuje. Greckie słowo κάθαρσις najpóźniej od Poieteke Arystotelesa ma znaczenie zarówno sakralne jak też psychologiczne. 

Pytanie Pana Jezusa o pozostałych dziewięciu jest skierowane do ludzi wszystkich czasów, zarówno do tych, którzy nie znają kultu chrześcijańskiego, jak też do tych, którzy ten kult znają, lecz go nie praktykują, bądź praktykują jedynie zewnętrznie, formalnie, jedynie z posłuszeństwa. Wydaje się, że tych dziewięciu jest zawsze znacznie więcej niż tych, którzy są tak oczyszczeni, iż są jakby naturalnie skorzy do wdzięczności. Na tym przykładzie widać, że istotą religii Chrystusowej nie jest samo posłuszeństwo czy to prawu Bożemu, czy też nawet nakazom Chrystusowym. Sedno tkwi w takim oczyszczeniu serca człowieka - jego wnętrza, że naturalne poczucie sprawiedliwości wraz ze szlachetnymi odruchami współgra ze czcią dla Boga samego. 

Wdzięczność jest więc jednym ze znamion prawdziwej religijności, czyli dojrzałości we wierze. Jako że chodzi o dyspozycję i sprawność serca człowieka - w znaczeniu biblijnym jako centrum osobowości - nie można oddzielić wdzięczności wobec Boga od wdzięczności wobec ludzi. Człowiek autentycznie wdzięczny Panu Bogu, docenia także wszelkie dobro, które otrzymuje od ludzi. A ten, kto potrafi być wdzięczny po ludzku, ma zdolność także ku prawdziwej religii. 

Duchowa postawa tych dziewięciu tkwi w jakimś stopniu w każdym z nas o tyle, o ile bardziej skupiamy się na własnych potrzebach i doznaniach niż na obiektywnej rzeczywistości, którą jesteśmy obdarzani, zwłaszcza na rzeczywistości Boga Stwórcy i Zbawiciela. Cóż doprowadziło owego Samarytanina do takiego zachowania, które po wsze czasy stało się wzorem, a nawet ideałem chrześcijanina? Skoro Opatrzność Boża zechciała nam akurat jego ukazać w tym świetle i charakterze, to ma to zapewne znaczenie. Ewangelia i wraz z nią ten wzór religijności był głoszony najpierw Żydom, którzy gardzili Samarytanami. Trwała wzgarda i ścieranie się z krytyką w pozycji mniejszego i słabszego zapewne nie tylko motywowało do stałej reflexji i ćwiczyło w pokorze, lecz mogło być właśnie przez to szkołą wdzięczności, która jest fundamentem i rdzeniem prawdziwej religii. Przykładem przeciwnym są przywódcy narodu żydowskiego, którzy nie poznali czasu swego nawiedzenia (Łk 19, 44). 

Walka o wiarę prawdziwą odbywa się nie tylko w dziedzinie doktryny i moralności, lecz ma zawsze wymiar dogłębnie duchowy i osobisty. Bez tego wymiaru nawet przepiękne ceremonie, a nawet posłuszeństwo kościelne są przynajmniej niepełne. 


Co znaczy nieuporządkowane przywiązanie?


Książeczka De imitatione powstała wprawdzie w środowisku mniszym (w nurcie tzw. devotio moderna) i skierowana jest głównie do osób duchownych, jednak generalnie podaje zasady życia duchowego ważne i możliwe do realizacji także w życiu świeckim.

Zniszczenie przywiązania oznacza wewnętrzną wolność. Św. Ignacy z Loyoli mówi tutaj o "obojętności" (indifferencia) odnośnie do posiadania i nieposiadania, czyli o gotowości przyjęcia zarówno dóbr jak też ich utraty. Jedynym motywem dla ich zdobywania i dysponowania nimi ma być wola Boża, czyli wielbienie Boga i zbawienie dusz.

Zarówno w przypadku osób duchownych jak też świeckich nie jest możliwe całkowite wyzbycie wszelkiego posiadania, aczkolwiek w przypadku osób zakonnych nie jest to własność prywatna lecz wspólnotowa czyli zakonna. Osoby zakonne ślubują między innymi ubóstwo w znaczeniu zależności od przełożonych w dysponowaniu dobrami. Kapłani diecezjalni nie składają wprawdzie ślubu ubóstwa według określonej reguły, jednak zobowiązują się do skromnego stylu życia i niegromadzenia dóbr, lecz dzielenie się tym, co posiadają, z potrzebującymi, oraz dla zbawienia dusz. 

Osoby świeckie nie podlegają w tym zakresie przełożonym kościelnym, jednak ich dysponowanie dobrami jest także związane przykazaniami Bożymi (miłości Boga i bliźniego) oraz także obowiązkom stanu. Tak np. ojciec rodziny powinien we wszystkich swoich decyzjach, także odnośnie dóbr materialnych, kierować się celem i dobrem małżeństwa i rodziny, a także Kościoła, ojczyzny i ludzkości, a nie własnymi zachciankami. Jest w tym bardziej samodzielny niż osoby duchowne, tzn. zdany na własną roztropność i poczucie obowiązku względem małżeństwa i potomstwa, więc tym większa odpowiedzialność spoczywa na nim. Poczucie odpowiedzialności za rodzinę świadczy o dojrzałości zarówno ludzkiej jak i chrześcijańskiej. Jeśli ojciec czy matka rodziny nie kierują się dobrem rodziny, lecz spełnianiem swoich mniej czy bardziej wybujałych zachcianek (czy to jakieś hobby, czy zakup jakichś rzeczy), to niszczą nie tylko swoje małżeństwo, lecz dają zły przykład swoim dzieciom, co może poważnie okaleczyć czy nawet wypaczyć ich charaktery, czyniąc je nieprzygotowanymi do założenia własnej rodziny i ogólnie do życia społecznego, a tym bardziej do stanu zakonnego czy kapłańskiego. To jest jednak z głównych przyczyn - a być może najważniejsza - obecnej zapaści zarówno co do powołań duchownych jak też zawierania zdrowych, trwałych małżeństw. 

Koroneczka wiejskiego wikarego - raz jeszcze


X. Piotr Piekart jednak odważył się na polemikę. To jest już na plus, zwłaszcza dlatego, że się rzadko zdarza. Jak sam zaznacza, został do tego skłoniony przez swoich fanów:


Znamienny jest tutaj apel o wzajemny szacunek. Nie wyjaśnia, co ma na myśli, a należałoby, jako że obecnie szacunek jest mylony z byciem miłym i to w stopniu skrajnym aż do obłudy. Istotne jest odróżnienie między stosunkiem do osoby, a stosunkiem do tego, co dana osoba mówi bądź czyni. Regularnie np. powiedzenie, że ktoś bredzi, uważane jest za obraźliwe, niezależnie od tego, czy odpowiada to rzeczywistości czy nie odpowiada. Osobiście uważam po pierwsze, iż nie ponoszę odpowiedzialności za to, że ktoś utożsamia siebie ze swoim bredzeniem, łganiem itp., a po drugie, że brakiem szacunku dla kogoś jest raczej fałszywe przymilanie się niż powiedzenie prawdy w oczy, oczywiście zachowując rzetelność merytoryczną. 

Tyle co do wstępu. Reszta jest niemniej ciekawa, choć dość typowa. 


Tutaj jest już spory sukces, gdyż x. Piekart przyznaje rację x. prof. Wincentemu Granatowi oraz innym normalnym teologom katolickim. Zresztą nawet x. Różycki przyznał, że nie można Bogu ofiarować jego boskiej natury. Równocześnie jednak x. Piekart zachowuje się tak, jakoby Bóstwo Jezusa Chrystusa w formule "koroneczki" można było rozumieć inaczej, co jest oczywiście absurdalne. Tego wątku x. Piekart nie rozwija, choć powinien, a ucieka się do zabiegów nadających się właściwie dla średnio rozgarniętych uczniów szkoły podstawowej:


Jak to słowa koroneczki nie są oczywiste? Co w nich nie jest oczywiste? Że Bóstwo nie może w nich oznaczać niczego innego jak tylko boską naturę Jezusa Chrystusa? Wiejski wikary widocznie ma ludzi za debili. 


Tutaj wiejski wikary wręcz rozbrajająco demaskuje się: koroneczka jest i będzie odmawiana, więc wiejski wikary bohatersko podejmuje się fikołków, żeby to odmawianie usprawiedliwić. No cóż, to jest swoista wersja marxizmu, gdzie praktyka dyktuje teorię, gdyż byt określa świadomość. To jest zresztą dość typowe zarówno dla systemów totalitarnych i też dla modernizmu: nie liczy się prawda, lecz wola praktyczna. 

A przy okazji wiejski wikary bredzi, iż krytykowanie koroneczki oraz jej odmawiania jest rzekomo grzechem. Przy okazji wymyślił coś takiego jak grzech formalny i materialny. Gdzie on studiował teologię? Skąd taki pomysł? Czy nie wypadałoby, iż kapłan katolicki powinien znać katolickie pojęcie grzechu? 

Istotne jest, że wiejski wikary chce nadać słowom koroneczki taki sens, by były ortodoxyjna. Usiłował to już w swoim poprzednim wystąpieniu w temacie. Problem jednak w tym, że ta rzekoma interpretacja nie jest interpretacją, lecz zastąpieniem słów koroneczki innymi słowami, które oczywiście mają inny sens. Tym samym wiejski wikary właściwie przyznaje, iż oficjalne słowa koroneczki są heretyckie i bluźniercze, usiłuje jednak udawać, iż oznaczają one coś innego niż ich znaczenie, które jest dość proste i oczywiste. Kogo wiejski wikary usiłuje oszukać - swoich odbiorców czy siebie? 

Jeszcze bardziej rozbrajające jest porównanie do metody misjonarzy polegającej na włączaniu elementów pogaństwa. No cóż, osobiście bym się nie odważył nazwać koroneczki pogańską, gdyż ona jest to dość ewidentnie ariańska i bluźniercza, czyli apostacka, co oznacza, że jest jednak bliższa wierze katolickiej niż pogaństwo. Nasuwa się więc pytanie, czy wiejski wikary wie, co mówi. 


Odpowiedź jest prosta: nie jest możliwe nadanie słowom koroneczki ortodoxyjnego sensu, ponieważ jej słowa znaczą to, co znaczą, a nie to, co chciałby wiejski wikary. 


Tutaj wiejski wikary wydaje się mieć przebłyski normalnego myślenia. Niestety jednak tylko chwilowo. A może tylko dla zmylenia odbiorców przez stworzenie pozoru rzetelności intelektualnej?


Wiejski wikary jest widocznie - i całkiem słusznie - świadomy problemu, iż on nie interpretuje słów koroneczki, lecz zastępuje je innymi słowami. Niestety mimo tego uparcie kłamie w żywe oczy, nazywając zupełnie inne słowa interpretacją, a nie zmianą słów. Czyż on nie rozumie słowa "interpretacja"? Komu on chce wcisnąć taki bełkot?


Chwalebne, że wiejski wikary wskazuje na moją krytykę. Niestety jednak nie wykazuje choćby rzetelnego zapoznania się z nią. Albo nie ogarnia prostych spraw i argumentów jak chociażby różnica między obecnością a czynnością ofiarowania, albo udaje. Przykład: ktoś ma rude włosy czyli obecna jest w nim rudość włosów. Czy z tego wynika, że może komuś dać czyli ofiarować rudość swoich włosów? Oczywiście wynika. Dokładnie tak samo jest treścią cytatu z Soboru Trydenckiego, którym wiejski wikary wymachuje: czym innym jest obecność Bóstwa czyli boskiej natury Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, a czym innym ofiarowanie. Jeśli ktoś nie ogarnia tej różnicy, to ma problem z logiką na poziomie zupełnie elementarnym.

Błędem jest także, gdy wiejski wikary mówi tutaj o "formule Soboru Trydenckiego". Tu nie ma żadnej formuły, lecz jest proste zdanie z odpowiednią, jasną treścią, a ta treść dotyczy realnej obecności Jezusa Chrystusa w Eucharystii. W tym zdaniu nie chodzi o to, co jest ofiarowywane we Mszy św., ani o to, co Jezus Chrystus ofiarował Ojcu na krzyżu. To jest elementarz czytania ze zrozumieniem. Mieszanie różnych kwestij świadczy albo o niewydolności umysłowej, albo o złej woli na doraźny użytek. Na to drugie wskazuje fakt, że wiejski wikary obszernie i uroczyście cytuje z dekretu Soboru Trydenckiego, usiłując widocznie ukryć fakt, że gada nie na temat, gdyż nikt zabierający głos w dyskusji co do koroneczki nie neguje realnej obecności bóstwa Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Sugerowanie nieznajomości czy nieprzyjmowania nauczania Soboru Trydenckiego świadczy albo o debilstwie, albo o podłości, albo o jednym i drugim. 

Podobnie jest, gdy wiejski wikary nazywa słowa Soboru "sposobem mówienia" i "językową konwencją". Unika jednak powiedzenia, o czym jest to mówienie, czyli że mowa jest o obecności Jezusa Chrystusa, nie o Jego ofierze. Tak więc wiejski wikary usiłuje poprzez zagadanie odwrócić uwagę od tej zasadniczej różnicy. 


Tutaj wiejski wikary na szczęście jednak dochodzi do sedna problemu, wytaczając znów potężne działa w obronie koroneczki. Tym razem powołuje się na Katechizm Kościoła Katolickiego, który brzmi następująco:


Ten cytat ma rzekomo obalić moje zdanie, iż mówienie o ofierze Jezusa Chrystusa bez doprecyzowania, że chodzi o ofiarę ludzkiego życia, jest niedokładne i potoczne. Tak więc tutaj wiejski wikary zmienił taktykę: już nie broni ofiarowania bóstwa, lecz atakuje mnie za wskazanie na nieprecyzyjność teologiczną. Według niego użycie danych słów w dekrecie Soboru Trydenckiego wyklucza ich pospolitość i nieprecyzyjność. Tutaj mamy znowu dość prymitywny i zarazem podły zabieg wiejskiego wikarego, typowy o tyle, że pomija fakt, o czym jest właściwie mowa w danym cytacie. Wszak jest normalne i powszechne, także w oficjalnych dokumentach Magisterium Kościoła, że precyzyjnie wypowiadane są treści dotyczące danej kwestii, natomiast w kwestiach pobocznych czy towarzyszących stosuje się sformułowanie uproszczone i nawet potoczne. Jak dość łatwo dostrzec, właściwą treścią tego zdania z Katechizmu jest jedność Ofiary Krzyżowej i Ofiary Mszy św., a nie kwestia, co jest przedmiotem tej Ofiary. Dlatego właśnie ta ostatnia kwestia jest poruszona jedynie w zdaniu pobocznym, bez rozwinięcia i doprecyzowania. To zdanie jest oczywiście prawdziwe, czego zresztą nigdy nie negowałem i nie neguję. Jest ono jednak o tyle nieprecyzyjne, iż nie podaje przedmiotu Ofiary w rozróżnieniu na naturę boską i ludzką. Takiego obowiązku nie ma, jeśli właściwą, główną treścią nie jest ta kwestia. Tym niemniej owo ostatnie zdanie poboczne dość wyraźnie zaznacza, że chodzi o ofiarę z człowieczeństwa, gdyż tylko w skład człowieczeństwa wchodzi krew, wszak natura boska nie krwawi. 

Słusznie wiejski wikary wskazuje także na słowa Listu do Hebrajczyków, gdyż to właśnie do nich nawiązują słowa Soboru Trydenckiego i Katechizmu. Nikt rozsądny nie oczekuje od pism biblijnych precyzji dogmatycznej. Tak więc użycie danej formuły w Liście do Hebrajczyków bynajmniej nie jest dowodem przeciwko mojej uwadze. Wiejski wikary ma widocznie problem z odróżnieniem między językiem dogmatycznym, który ze swej natury musi być precyzyjny, a językiem biblijnym, który jest przed-dogmatyczny i tym samym nierzadko wymagający doprecyzowania przez dogmatykę katolicką. Tak ciężko to wiejskiemu wikaremu pojąć? 


Wiejski wikary wykazuje tutaj mentalność iście protestancką, skoro twierdzi, jakoby Pismo św. nie wymagało wyjaśnienia i też doprecyzowania teologicznego. Gdyby tak było, to teologia byłaby zbędna. Tak właśnie zachowują się protestanci, a także moderniści, tudzież zwykli, prymitywni ignoranci. 


Tutaj wiejski wikary ponownie bezczelnie manipuluje i oszukuje. Otóż, jak można łatwo sprawdzić, on w żaden sposób nie przedstawił argumentacji x. Różyckiego, lecz jedynie ją wspomniał, ogłaszając uroczyście, iż x. Różycki wszystko wyjaśnił i definitywne obalił wszelkie zarzuty co do koroneczki. To jest kłamstwo wielopoziomowe. Po pierwsze, x. Różycki wyjaśnił jedynie o tyle, że wprost napisał, iż bóstwo w słowach koroneczki oznacza coś innego niż bóstwo Boga Ojca (tutaj), a to jest nic innego jak arianizm czyli apostazja. Po drugie, wiejski wikary albo nie zapoznał się z bełkotliwą pisaniną x. Różyckiego, a jedynie udaje, albo zapoznał się, a na doraźny użytek unika merytorycznego jej przedstawienia, ograniczając się do powtarzania mantry o rzekomym rozwianiu wszelkich zarzutów. Po trzecie, wiejski wikary zbywa moje uwagi, dowody i argumenty, zupełnie je pomijając, co świadczy albo o tym, że się z nimi nie zapoznał, albo że nie jest w stanie ich obalić. Uprawia więc grę pozorów, zachowując się tak, jakobym nie przedstawił żadnych powodów dla stwierdzenia, że x. Różycki wyjaśnił koroneczkę jedynie o tyle, o ile sprowadził ją do herezji ariańskiej, zresztą słusznie. Dlaczego wiejski wikary to pomija? Nie ogarnia tematu, czy nie chce ogarnąć?

O wybitnych umiejętnościach intelektualnych świadczy także zakończenie jego wywodów:


Mamy tutaj znowu dość prymitywne pomieszanie różnych spraw i kwestij. Wiejskiemu wikaremu chodzi o swoiste rozumienie słowa "ofiarować". Nie zauważa przy tym, że znaczenie tego słowa zależy od przedmiotu ofiarowania? W każdy razie sprowadza to słowo do quasi dosłownego znaczenia łacińskiego słowa "offerre" czyli przynosić. Wiejski wikary gada tak, jakby to znaczenie definitywnie rozwiązywało problem. Chciałby tak. Problem w tym, że jest to następna żałosna próba ucieczki od kwestii, co Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu. Według wiejskiego wikarego Jezus Chrystus przyniósł Bogu Ojcu swoje bóstwo (oprócz człowieczeństwa). Po pierwsze, to ma się nijak do słów z Gorzkich Żali, na które wiejski wikary się powołuje, gdyż one mówią o cierpieniu Pana Jezusa, a cierpienie jest właściwością ludzką, nie boską. Po drugie, to "przynoszenie" nie usuwa absurdalności, skoro bóstwo Jezusa Chrystusa jest tym samym co bóstwo Boga Ojca. Nasuwa się więc znowu pytanie: wiejski wikary rzeczywiście nie ogarnia tematu, czy jednak ogarnia, a ma swoich odbiorców za debili?


Także to zakończenie typowo pokrętnych wywodów jest znamienne. Nasuwa się pytanie, czy wiejski wikary jest świadom tego, co mówi. Skoro trzeba nadawać słowom koroneczki sens, który inny niż znaczenie tych słów, to jak to się ma do twierdzenia, jakoby sam Pan Jezus podyktował s. Faustynie te słowa? Sprawdza się tutaj prawidło, że oszustwo ma krótkie nogi. Skoro inteligentne inaczej wygibasy słowne wiejskiego wikarego są konieczne do ratowania ortodoxyjności koroneczki, to przypisywanie jej autorstwu Zbawiciela jest wręcz niesamowicie bezczelnym bluźnierstwem. Sapienti sat. 

Co jest moralnie dozwolone przed małżeństwem?


Tematy pokrewne były już poruszane (tutaj i tutaj). 

W tej kwestii nie ma szczegółowych wytycznych ani Magisterium Kościoła, ani nawet katolickich teologów moralnych, w tym Doktorów Kościoła. Oznacza to, że są ogólne zasady, które należy odpowiednio stosować osobiście. Zresztą szczegółowe wytyczne nigdy dotychczas nie były konieczne, gdyż wszystkie kultury, także pogańskie przekazywały nawet dość surowe wzorce i normy obyczajowe. Dopiero w XX w., głównie wskutek oddziaływania kinematografii, nastąpiła daleko idąca demoralizacja, wymierzona wprost nawet w naturalne poczucie wstydu i szacunku dla intymności. Nie trudno zauważyć, że czułość okazywana publicznie jest zasadniczo na pokaz i tym samym sztuczna, co wiąże się z reguły z rozwiązłością. 

Pewne jest, że jako grzeszne należy uznać wszystko to, co jest wykorzystaniem drugiej osoby do zaspokojenia zmysłowego - niekoniecznie sexualnego w węższym sensie - bez odpowiedzialności za osobę. Gdy ktoś pragnie bliskości zmysłowej np. przez dotyk, to zawarta jest w tym potrzeba głębsza, mianowicie akceptacji, a ostatecznie miłości. Problem jest w tym, że bliskość zmysłową łatwo jest dać, zwykle też przyjąć, natomiast miłość osobowa - czyli taka, która odpowiada wymiarowi duchowemu człowieka - jest trudniejsza, bo wymaga wysiłku, czasu, oraz przezwyciężenia swojego egoizmu, który tkwi w każdym w jakimś stopniu. 

Jedynym rozwiązaniem jest otwarte, choć koniecznie powiązane z szacunkiem, porozmawianie o tej sprawie z daną osobą. Można zapytać wprost, czego oczekuje, a co nie wchodzi w grę, i też wyrazić swoje oczekiwania, oczywiście z uzasadnieniem. To będzie pierwsza próba dojrzałości i też wzajemnego szanowania. Jeśli obydwu osobom zależy zarówno na związaniu się, jak też na poszanowaniu zasad katolickich, to na pewno znajdą wspólną linię. 

Konieczne jest wyzwolenie się z fałszywych wzorców tego typu jak "jeśli nie chce do łóżka, to nie kocha", czy też mniej skrajnych. Trzeźwe, samodzielne myślenie wbrew trendom pseudokulturowym znamionuje osobowości inteligentne i charakterne. Warto szukać takiej osoby. 

Konkretnych porad powinien ponadto udzielić spowiednik, oczywiście jeśli sam ma poukładane w głowie według zasad katolickich. Pomocą mogą, a nawet powinni być także rodzice, o ile myślą po katolicku. Syn powinien mieć oparcie głównie w ojcu, a córka głównie w matce. 

Czym są pielgrzymki katolickie?


Nie ulega wątpliwości, że katolickie pielgrzymki są pewnym nawiązaniem do religii starotestamentalnej, a nawet też do innych religij, które mają swoje "sanktuaria" oraz odbywające się tam zgromadzenia. W tym zawiera się zarówno właściwe zrozumienie i wartość, jak też granice i względność. 

Wiadomo, że pielgrzymki starotestamentalne dotyczyły świątyni jerozolimskiej jako jedynego centrum religii starotestamentalnej. Były one jasno przewidziane i wymagane prawnie. Natomiast pielgrzymki chrześcijańskie pojawiły się dopiero z czasem i miały związek zarówno z grobami świętych i męczenników, jak też z Ziemią Świętą (także tzw. krucjaty były pierwotnie rozumiane jako pielgrzymki, nie jako wyprawy wojenne, choć ten aspekt był także obecny i oczywisty). Zawsze miały jednak charakter dobrowolny i tym samym względny. 

Istotny był ich charakter pokutny, czyli jako sposobu uzyskania przebaczenia oraz zadośćuczynienia za grzechy, w powiązaniu z przemianą wewnętrzną i stylu życia. Przeważnie odbywały się indywidualnie, bądź w małych grupach. Liczne zorganizowane grupy pielgrzymkowe pojawiły się chyba dopiero w Polsce, mianowicie wpierw jako wotywna pielgrzymka warszawska na Jasną Górę odbywająca się nieprzerwanie od 1711 roku w intencji podziękowania za uratowanie stolicy od epidemii dżumy. Powstawały też regularne, zwykle doroczne pielgrzymki do sanktuariów zwłaszcza marijnych jak Kalwaria Zebrzydowska, Kalwaria Pacławska itp. Nie trudno zauważyć tutaj nawiązania do Ziemi Świętej. 

Do wyraźnego ożywienia pielgrzymek doszło w Polsce w latach 70-ych i 80-ych ubiegłego wieku. Wydaje się, że liczebność nadal utrzymuje się na pewnym poziomie, mimo wyraźnego spadku praktyk religijnych. 

Problem polega nie na idei pielgrzymki w jej pierwotnym sensie religijnym, lecz w faktycznym jej prowadzeniu. Obecnie nierzadko przeważają elementy bliższe turystyce niż pobożności. Zapewne są ludzie, dla których udział w pielgrzymce stał się okazją czy może nawet bodźcem do odnowienia i pogłębienia życia religijnego, być może nawet poważnej poprawy życia. To jest bardzo cenne. Tym niemniej istotne jest, jaki tego typu praktyka religijna ma znaczenie dla życia Kościoła na co dzień, czyli wpływ i oddziaływanie. 

Jeśli jest tam autentyczna, szczera modlitwa, zarówno wspólnotowa jak też indywidualna, to jest to wielka wartość. Jeśli jest tam czynna miłość bliźniego, wzajemna pomoc i zrozumienie, to jest to również cenne. Jeśli jednak nie przekłada się to na poprawę życia religijnego w parafiach i rodzinach, to jest to poważny brak, nad którego przyczyną i naprawą należy się zastanowić. 


Konotopie a Kościół (z post scriptum)


Monumentalna figura mająca przedstawiać Matkę Najświętszą, uroczyście poświęcona kilka dni temu, wzbudza kontrowersje. Głosy są skrajnie różne. Z jednej strony dominuje zarzut, iż to gigantomania i marnotrawienie środków, które należałoby wykorzystać celach społecznych. Z drugiej strony nie brakuje zachwytu dla rozmachu i religijności fundatorów, którymi są małżonkowie miliarderzy o nazwisku Karkosik. Są też głosy krytyczne odnoszące się do wymowy i wartości religijno-estetycznej tej potężnej figury. 

Pierwsze zarzut da się o tyle obalić, że liczą się nie tylko potrzeby materialne i cielesne, lecz także duchowe. Jeśli ten pomnik ma być religijnym wotum wdzięczności i wyznaniem wiary, to odpowiada to także dobru społecznemu i to nawet poniekąd bardziej. Pozostaje jednak kwestia, czy tego rodzaju wotum jest najbardziej odpowiednie, czy optymalnie służy chwale Bożej i zbawieniu dusz. Na pewno o wiele potrzebniejsze byłoby wzniesienie świątyni dla sprawowania liturgii tradycyjnej czy klasztoru dla zakonu sprawującego tę liturgię. Także wsparcie finansowe tej typu instytucyj byłoby wartościowe, choć nie przyniosłoby tyle rozgłosu. Innymi słowy: wartość użytkowa dla celów religijnych jest znikoma, właściwie bliska zeru, gdyż to miejsce nie nadaje się do sprawowania sakramentów, nauczania wiary, czy choćby do modlitwy osobistej. Czy wybór akurat takiego wotum nie wynika także z szukania chwały własnej, należałoby rozważyć. Pan Bóg osądzi. 

Co do szczerości pobożności fundatorów można mieć wątpliwości chociażby z powodu obecności na uroczystości poświęcenia słynnego elektryka o pseudonimie "Bolek". Skoro przybył, to widocznie został zaproszony, więc zapewne łączy go coś z fundatorami, a to nie świadczy o nich dobrze. Chodzi oczywiście o obiektywne kryteria, nie subiektywne odczucia. 

Jako że chodzi o okazały monument, istotna jest także wartość sakralno-estetyczna. Sakralność wymaga stosowania czy przynajmniej przestrzegania zasad Kościoła co do dzieł sztuki. Według informacyj pochodzących od autora - rzeźbiarza Adama Matejkowskiego - sporządził on najpierw rzeźbę próbną w miniaturze, która została umieszczona przy jakimś kościele. Nie wiadomo, czy po to, by oswoić z nią katolików, czy też po to, by zasięgnąć ich opinii. W każdym razie wynika z tego, że zarówno fundatorzy jak też autor w czasie prac nad figurą byli w kontakcie z władzami kościelnymi, przynajmniej z parafią, a prawdopodobnie także z władzami diecezji włocławskiej. Nie wiadomo, jak współpraca przebiegała, jednak wiadomo, że przynajmniej efekt końcowy uzyskał aprobatę diecezji, skoro biskup miejsca dokonał uroczystego poświęcenia. Tyle w kwestii formalnej. Pozostaje pytanie, czy ta figura odpowiada kryteriom sztuki sakralnej, stosowanym przez Kościół. Należy oczywiście odróżnić kryteria tradycyjne od kryteriów obecnie będących w użyciu. 

W ogólnym wrażeniu figura ma charakter sakralny przynamniej w tym znaczeniu, że jest harmonijna i nie straszy dziwnymi szczegółami. Wyjątkiem jest wyexponowanie piersi, co może razić zarówno estetycznie - jako erotyzacja - jak też historycznie, gdyż w kulturze starotestamentalnej czy ogólnie semickiej niedopuszczalne byłoby ukazywanie matki, a zwłaszcza świętej osoby w ten sposób. Nawet jeśli autor nie miał zamiaru erotyzacji, to miał obowiązek wziąć pod uwagę zarówno historyczność przedstawienia, czyli zgodność z faktycznym ubiorem niewiasty galilejskiej w owych czasach, jak też oddziaływanie na szeroką publiczność, skoro figura ma mieć szeroki zasięg i charakter de facto publiczny. Dziwne, że władze kościelne nie zwróciły uwagi na ten aspekt, albo zauważyły i jednak zlekceważyły. 


Post scriptum

Prześledzenie wątku "shekhinah" w judaiźmie zwłaszcza kabalistycznym daje ciekawe powiązania niestety na niekorzyść posągu konotopieńskiego. 

Najpierw widać dość wyraźne nawiązania symboliczne:


Wątek erotyczny związany z shekhinah jest bardzo wyraźny. Posąg konotopieński przedstawia nie matkę, lecz oblubienicę, podczas gdy tzw. Protoewangelia w Księdze Rodzaju mówi o Niewieście jako matce, której potomstwo zmiażdży głowę węża. Zupełny brak nawiązania do macierzyństwa oraz brak stóp miażdżących szatana jest bardzo znaczący. Znamienne jest także powiązanie postaci z koroną drzewa, co bezpośrednio odsyła do kabały. Oto dowody z książki słynnego autora żydowskiego (źródło tutaj):



Owszem, są pewno różnice w szczegółach, jednak mimo tego pewne jest, że symbolika tego posągu jest o wiele bliższa kabalistycznemu systemowi znaków niż znakom, zasadom i wymowie sztuki chrześcijańskiej.