Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jak katolik powinien traktować tzw. halloween?

 


Problem ze "świętowaniem" halloween ma dwa główne aspekty: historyczny i treściowy, w tym także teologiczny. 

Historycznie wydaje się prawdopodobne, że korzeniem jest pogańsko-celtyckie święto samhain, obchodzone wieczorem i w nocy z 31 października na 1 listopada. Jest ono związane zarówno z rytmem przyrody jak też z mitologią, czyli religią celtycką. Według tej mitologii jest to jedno z tych świąt, gdy ludzie mają dostęp do świata zmarłych i odwrotnie. Istnieje tu zresztą pewna analogia do starosłowiańskiego świętowania tzw. dziadów, ale to jest osobny temat. Podczas święta samhain palono świąteczne ogniska, z których płonące drzazgi zabierano do domostw, co miało dawać ochronę przeciw złym mocom. Te dwa elementy - obecność dusz zmarłych oraz ogień względnie światło - można dostrzec także w świętowaniu halloween. 

Jakie są korzenie świętowania halloween? Wiele wskazuje na to, że powstało ono w wyniku ludowej, folklorystycznej recepcji chrześcijańskiego kultu wszystkich świętych i modlitwy za zmarłych w kontekście pogańskiego zwyczaju święta samhain, które zostało częściowo jakby schrystianizowane przez przeniesienie kościelnego święta wszystkich męczenników - obchodzonego pierwotnie w okresie wielkanocnym (13 maja) - na 1 listopada (przez papieża Grzegorza III, † 741). Historycy spierają się w kwestii związku halloween z pogańskim świętem samhain, gdyż przeniesienie święta Wszystkich Świętych na dzień, w którym pierwotnie świętowano samhain, jest udokumentowane najpierw dla Włoch, nie dla terenów historycznie i kulturowo celtyckich. Trzeba jednak mieć na uwadze, że odległość geograficzna nie jest w dziedzinie kościelnej istotna, ponieważ Kościół już wtedy dysponował wyśmienitymi kanałami komunikacji wewnętrznej. 

W każdym razie w celtyckiej Irlandii i pobliskich regionach doszło do swoistego połączenia chrześcijańskiego święta z elementami zwyczajów pogańskich, co wyraża właśnie nazwa halloween, oznaczająca "wieczór wszystkich świętych" (All Hallows’ Eve). To ludowe święto istniało pierwotnie tylko na terenie katolickiej Irlandii, podczas gdy w protestanckich regionach wysp brytyjskich w ten dzień obchodzono święto tzw. reformacji. Wprawdzie protestancko-liberalny etnolog religii James Frazer (The Golden Bough, 1922) nazwał halloween "starym pogańskim świętem zmarłych z cienką powłoką chrześcijańską", świadczy to jednak raczej o jego uprzedzeniach i braku zrozumienia dla katolickich zasad teologicznych i duszpasterskich niż o solidnej wiedzy naukowej. Otóż Kościół w swojej działalności misyjnej zwykle nawiązywał do elementów religijności zawartych w zwyczajach pogańskich (tak np. panteon rzymski został przemieniony na świątynię katolicką poświęconą kultowi świętych męczenników). Tak w kontekście celtyckiego święta samhain katolicyzm skierował myśli i zwyczaje ku prawdziwemu kultowi ludzi świętych oraz ku modlitwie za zmarłych, w wyniku czego powstało ludowe świętowanie halloween. A tego protestanci w ramach swojej fałszywej teologii - odrzucającej zarówno kult świętych jak też modlitwę za dusze w czyśćcu - nie rozumieją. 

Znamiennym przykładem połączenia chrześcijaństwa z pogaństwem w pierwotnym iryjskim zwyczaju halloween jest opowieść odnosząca się do pochodzenia lampy w formie znanej obecnie oświetlonej od wewnątrz dyni. Otóż według ludowej opowieści (źródło tutaj) żył niegdyś kowal Jack, który był skąpym pijaczyną. Gdy pewnego razu siedział sobie w karczmie, nagle stanął przed nim diabeł, chcąc go zabrać ze sobą do piekła. W zamian kowal Jack zażądał od diabła zafundowanie mu jeszcze jednego drinka. Diabeł zgodził się na taki pakt, a nie mając pieniędzy, sam zamienił się w monetę, żeby zapłacić karczmarzowi za drinka dla Jack'a. Wtedy sprytny Jack chwycił diabła zamienionego w monetę i wsadził go do swojej kieszeni, trzymając mocno. A ponieważ w kieszeni miał srebrny krzyżyk, diabeł nie mógł się uwolnić ani przemienić się z powrotem w swoją zwykłą postać. Wówczas sprytny Jack postawił diabłu warunek: wypuści go z kieszeni wtedy, jeśli diabeł pozwoli mu jeszcze pożyć 10 lat na ziemi. Po 10 latach diabeł powrócił, żeby zabrać Jack'a do piekła. Sprytny Jack znowu poprosił diabła o ostatnią przyjemność przed śmiercią, mianowicie o jabłko z pobliskiej jabłoni. Gdy diabeł wszedł na drzewo, wówczas Jack szybko wyrył na drzewie krzyż, wskutek czego diabeł nie mógł z niego zejść. W tej sytuacji Jack wymusił na diable pakt, że za usunięcie krzyża wyrytego na korze jabłoni diabeł już odtąd na zawsze zostawi Jack'a w spokoju. Gdy potem Jack po wielu latach zmarł, poszedł do bramy nieba prosząc o wstęp. Ponieważ swoim życiem nie zasłużył na niebo, nie został wpuszczony, lecz odesłany do bram piekła. Jednak także tam nie został wpuszczony, gdyż diabeł był związany zawartym niegdyś paktem, że nie weźmie duszy Jack'a. Tak więc Jack musiał wrócić na ziemię. Ponieważ była jesień - pora wilgotna i zimna - diabeł ze współczucia dał Jack'owi żarzący węgielek prosto z ognia piekielnego. Jack włożył węgielek do wydrążonej rzepy, którą miał przy sobie na drogę, żeby mu świecił w ciemności. Od tego czasu nieszczęsna, zewsząd odrzucona dusza Jacka błąka się z lampą po tym świecie. A według wierzeń ludowych światło z ognia umieszczonego w wydrążonej rzepie bądź dyni ma odstraszać złe moce. 

Tak więc mamy tutaj pomieszanie elementów chrześcijańskich (grzech, diabeł, krzyż, niebo, piekło) z pogańskimi (pewne miłe cechy diabła, przemiana diabła w materię, błąkanie się duszy po śmierci). Przeważają elementy chrześcijańskie, zwłaszcza w postaci kary za grzeszne życie oraz w możliwości przeciwstawienia się diabłu. Niechrześcijański jest natomiast brak dobrego wzoru nawrócenia u głównego bohatera. "Zwycięstwo" nad diabłem polega jedynie na jego przechytrzeniu. Pojawia się wprawdzie chrześcijański znak krzyża, jednak w funkcji quasi magicznej. Tym niemniej opowieść ta zawiera chrześcijański morał: przez życie doczesne zasługujemy na życie wieczne. W postaci Jack'a błąkającego się z lampą pośród nocy można by rozumieć dusze czyśćcowe potrzebujące modlitwy Kościoła, tym samym nawiązanie do katolickiego Dnia Zadusznego. 

Jak to się ma do popularnego obecnie "świętowania" halloween? 

Oprócz stawiania wydrążonej dyni ze światłem wewnątrz - i to zwykle bez znajomości opowieści o sprytnym Jack'u - nie ma właściwie związku między tradycyjnym, ludowym, pierwotnym świętem halloween a tym, co jest obecnie znane pod tą nazwą. Należy mieć na uwadze, że pierwotny, iryjski ludowo-katolicki zwyczaj został w ostatnich dekadach (z początkami w pierwszej połowie XX w.) podobnie komercyjnie zafałszowany jak katolicki zwyczaj związany ze świętem św. Mikołaja, którego zamieniono w grubego krasnala w czerwonym kostiumie koncernu coca-cola. Fałszerstwo - motywowane komercyjnie, ale zapewne także ideologicznie - polega na odejściu od pierwotnej treści ludowego święta halloween na rzecz pogańskich, a nawet wręcz satanistycznych treści, jak swoisty kult śmierci i upiorów. Nie przypadkowo halloween w obecnej, zafałszowanej postaci należy do głównych "świąt" wyznawców satanizmu (więcej tutaj). 

Przytoczona powyżej opowieść o kowalu Jack'u jest praktycznie nieznana czy mało znana, gdyż jest przemilczana i pomijana przez obecnych propagatorów halloween, co jest zrozumiałe, gdyż zawiera jednak sporo treści chrześcijańskiej. Zaś forma popularnych obecnie świateł z wydrążonych dyń raczej wyraża i promuje zło niż je odstrasza. 

W obecnej postaci obchodów halloween głównym elementem są dzieci przebrane za kościotrupy czy upiory, żebrzące po domach o słodycze (trick or treating). Wprzęgnięcie dzieci w zafałszowane świętowanie halloween jest szczególnie perfidne. Wpływa bowiem na psychikę i umysły dzieci, oswajając je z rzeczywistością mroczną, z rzeczywistością zła, tym samym niszcząc w nich naturalny dystans i lęk wobec takiej rzeczywistości, a wzbudzając ciekawość i zainteresowanie tą sferą. Obdarowywanie ich za to słodyczami, które dzieci przecież zawsze lubią, jest iście szatańską przynętą. W ten sposób niszczona jest w dzieciach pewna naturalna - wynikająca z dziecięcej niewinności - odporność na zło, a wszczepiana jest im podatność na rzeczywistość okultyzmu, czyli demoniczną. 

Jakie wynikają stąd zalecenia praktyczno-duszpasterskie?

1. Przede wszystkim należy zdecydowanie i konsekwentnie odrzucić wszelkie obecne zwyczaje halloween, począwszy od wydrążonych dyni, aż do przebierania dzieci w kościotrupy czy upiory. 

2. Należy przy tym uświadamiać o powiązaniach tych zwyczajów, zwłaszcza o demonicznym zafałszowaniu w obecnych zwyczajach halloween, czyli o istotnych różnicach względem starego, ludowego iryjskiego świętowania wieczoru przed świętem Wszystkich Świętych. 

3. Według sprawdzonej przez wieki metody katolickiej, należy zastąpić demoniczno-pogańskie praktyki przez zwyczaje chrześcijańskie jak

- przebranie dzieci w postaci świętych

- orszaki (procesje) z lampami ze świecami poświęconymi według tradycyjnego katolickiego rytuału, który zawiera nawiązanie do exorcyzmu, czyli jest skierowany przeciw mocom demonicznym, 

- ustawianie lamp (poświęcone świece) z symbolami chrześcijańskimi, zwłaszcza ze znakiem krzyża.

Oczywiście można dodać elementy zachęcające dzieci do uczestnictwa, jak np. podarowanie owoców, słodyczy w umiarze, czy świąteczna, dobra zabawa, pasująca do święta Wszystkich Świętych, a zachęcająca do dążenia ku świętości.

Co zrobić, gdy przyjdą dzieci przebrane na Halloween?

1. Nic im nie dawać i powiedzieć im, żeby już więcej nie przychodziły w takim przebraniu.

2. Zachęcić, żeby przyszły przebrane za świętych czy na kolędowanie, a wtedy dostaną słodycze. 


>> Tutaj znajduje się wersja mówiona: 

https://www.youtube.com/watch?v=4WUu4LSs-mY

Msza św. a urlop


Jest chyba oczywiste, że od wiary i religii nie ma urlopu. Dlatego tak należy planować wypoczynek, by z góry zapewnić sobie możliwość praktyk religijnych, zwłaszcza obowiązku niedzielnego. Dotyczy to wyboru zarówno kraju jak też bliskości świątyni katolickiej. 

Ma to znaczenie także dla danego kraju. Turyści zostawiają w miejscu urlopowania spore środki, nierzadko wydawane rozrzutnie. Wybór danego kraju i miejsce jest więc dość istotnym sposobem wspierania gospodarki danego kraju i jego mieszkańców. Jeśli katolik wybiera np. kraj protestancki czy muślimski, w wyniku czego na jego pobycie korzystają innowiercy, wówczas odbiera swoją pomoc katolikom, oprócz tego, że utrudnia sobie czy wręcz uniemożliwia wyznawanie i praktykowanie prawdziwej wiary. 


Wysyp hochsztaplerów: Rafał Huzarski


Względnie nową osobą w środowisku tzw. tradycyjnym w Polsce jest uważający się za jezuitę Rafał Huzarski. Stał się szerzej znaną osobą publiczną dopiero od paru lat, będąc już w piątej dekadzie swego doczesnego żywota, a to dzięki występom jako duszpasterz indultowy w Archidiecezji Gdańskiej. Z jego wystąpień w tym charakterze dowiadujemy się - niezależnie od tego, czy kogoś to interesuje, czy nie - nie tylko, że mama jest pediatrą, brat ornitolog Seweryn jest związany od lat z FSSPX, a babcia dawała mu krówki za ćwiczenie na fortepianie, że studiował teatrologię w Krakowie, a potem coś w rodzaju niby teologii w Anglii wraz z heretykami jak "kapłanka" anglikańska, z którą łączyła go sympatia i zażyłość, lecz także o tym, że był na tzw. probacji zakonnej w Australii, gdzie zapoznał się z liturgią tradycyjną i sprawował swoją pierwszą taką Mszę św. w obecności dokumentującego owo wiekopomne wydarzenie fotografa. Nie bez znaczenia może być także podawana przez niego informacja, że również niedawno przeszedł operację raka mózgu. Nasuwa się pytanie, czy ma to związek z jego tak późnym niby nawróceniem na tradycyjny katolicyzm, które mu zresztą bynajmniej nie zaszkodziło w karierze w ramach skrajnie modernistycznego zakonu. Już w tych podstawowych faktach widać znamienne cechy oraz sprzeczności, a przynajmniej zgrzyty, które nakłaniają do bliższego przyjrzenia się. 

Zaczynając od spraw zewnętrznych, warto zauważyć następujący kontrast - z jednej strony wybitnie niechlujne ubranie szat liturgicznych, a z drugiej wręcz teatralny występ w starym stroju zakonu jezuitów, nie używanym tam od dziesięcioleci: 



Jeszcze dalej idące niechlujstwo wykazuje w znaku krzyża, który nawet nie przypomina krzyża:


Tudzież w tym, że czyta epistołę w birecie:


Pośrednio dowiadujemy się o jego bynajmniej nie tradycyjnej przeszłości i to już jako człowieka dorosłego, zakonnika i kapłana:


Próbuje się bronić, a to nieudolnie: 


Porównanie "księży tradycjonalistów" do hippisów brzmi niby pochlebnie przez wskazanie na rzekomy idealizm tych drugich, co jest oczywiście kłamliwe i obraźliwe dla tych pierwszych. 

Dowiadujemy się o wieloletniej przyjaźni z anarchistami w Lublinie:



Gdyby ktoś nie wiedział, kim są i czego chcą anarchiści, oto kilka podstawowych info:





Huzarski ogólnie bardzo chętnie opowiada o sobie, co wskazuje na to, że jest ze siebie dumny:



Przy okazji popisuje się zarówno myśleniem modernistycznym, że Kościół semper renovanda, gdyż to jest hasło zaczerpnięte od protestantów (aczkolwiek oni mówią "semper reformanda"). O jego znajomości łaciny będzie zresztą więcej. 

Szczerze przyznaje się do haniebnych braków nie tylko w formacji pseudojezuickiej, lecz także co do elementarnej znajomości prawa kanonicznego, gdzie jest jasno powiedziane, że od przyjęcia święceń diakonatu obowiązuje wierność modlitwie świętego oficjum: 


Jak ktoś taki mógł wpaść na pomysł choćby zainteresowania się liturgią tradycyjną? Ano motywem było - dość prozaicznie i znamiennie - konkurowanie z bratem, co w przypadku zakonnika z niemal trzema dekadami stażu świadczy nie tylko o osobistym infantyliźmie, lecz także o uwarunkowanej otoczeniem regresji intelektualno-osobowościowej:


Wszedł w liturgię tradycyjną właściwie wbrew sobie:


Tym niemniej zawzięcie się wziął za celebrowanie, nie zapominając oczywiście o dokumentowaniu tego wiekopomnego wydarzenia przez fotografa:


Z wręcz rozbrajającą szczerością w połączeniu z wystrzeloną w kosmos pewnością siebie przyznaje, że właściwie nie ma pojęcia o tym, co celebruje:


Oprócz uwiarygodnienia się wobec brata, przyznaje się do jeszcze innej motywacji, zauważając zresztą słusznie, jaki jest wyraźny trend w Kościele, zwłaszcza w krajach o rozwiniętej kulturze:




To brzmi dość spójnie. Huzarski jednak podważa sam siebie, co nasuwa wątpliwości co do spójności osobowości, oczywiście w niezmąconej niczym afirmacji siebie:


Ta niezachwiana autoafirmacja sięga także celebrowania i to do tego stopnia, że on się wręcz chwali ignorowaniem rubryk, czyli celebrowaniem wbrew nim (gdyż one nakazują mówienie Kanonu po cichu):


Przy tym oczywiście nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby się jednak czegoś nauczyć od innych celebransów:


Ten rys osobowości pojawia się wyraźnie także wtedy, gdy usiłuje sprawić wrażenie, że zna łacinę:


Koryguję: w języku łacińskim nie ma słowa "testament". Jest natomiast słowo "testamentum", a oznacza ono nie "przymierze" (na to jest właściwe słowo "foedus"), lecz mniej to samo co polskie słowo "testament". 


Koryguję: nie ma takiej encykliki i nie ma też w języku łacińskim słowa "illus". Jest natomiast słowo zawarte we właściwym tytule encykliki Piusa XI "Divini illius Magistri". 


Koryguję: w języku łacińskim nie ma wyrażenia "versus Deo". Jest natomiast prawidłowe wyrażenie "versus Deum". 


Koryguję: nie ma psalmu "De profundis clamavit". Jest natomiast psalm "De profundis clamavi". Gdyby Huzarski miał elementarną znajomość języka łacińskiego, to by wiedział, że "clamavit" oznacza "on wołał", a nie "wolałem".  


Koryguję: w języku łacińskim nie ma wyrażenia "usus antiquor". Prawidłowe wyrażenie brzmi "usus antiquior" i oznacza nie "stary zwyczaj", lecz "używanie starożytniejsze", w wolnym tłumaczeniu "zwyczaj starszy". 

W sumie widać dobitnie, że ten człowiek nie ma choćby nikłego pojęcia o łacinie, i to mimo tego, iż w programie studiów zarówno polonistycznych (którymi się chwali) jak też filozoficzno-teologicznych jest kurs języka łacińskiego. Odpowiednio do tej ignorancji wygląda jego celebrowanie, skoro ani nie potrafi czytać rubryk, ani nie ma na tyle uczciwości, żeby poduczyć się u innych celebransów. Jeśli by ktoś nie wiedział, że ma do czynienia z hochsztaplerem, to ma tutaj dowody na poziomie elementarnym dla kogoś, kto podejmuje się celebrowania tradycyjnej liturgii rzymskiej. 

Dowodów jest więcej. Pomylenie ewolucji z ewaluacją jest mniejszej rangi, aczkolwiek dla wykładowcy homiletyki dość haniebne:


Nie lepiej jest pod względem teologicznym i moralnym. Warto zwrócić uwagę na kilka następnych dowodów na to, że wypuszczono na ludzi narcystycznego ignoranta-hochsztaplera. 

On demaskuje się sam, twierdząc, że Bóg jest nie tylko w Najświętszym Sakramencie, lecz także w drzewie, a różnica polega na tym, że przed drzewem się nie klęka:


Jego reklamowanie niby liturgii tradycyjnej potwierdza znowu, że on nie ma pojęcia, a udaje i tym samym oszukuje odbiorców:


On widocznie nie zauważył, że w liturgii tradycyjnej akurat nie ma żadnych musztrowych nakazów co do postawy uczestniczących wiernych, w przeciwieństwie do Novus Ordo. A może nie zna nawet przepisów novusowych, skoro twierdzi, jakoby musztrowanie było specyfiką liturgii tradycyjnej? Czy on w ogóle wie, co gada i to sugestywnie?

Dla niego sprawa widocznie sprowadza się do jego osobistego przeżycia: 


To odpowiada jego specyficznemu, a w gruncie fałszywemu poglądowi o mistyce i o ludziach:


Dla niego widocznie on sam to "wszyscy ludzie". 

Absurdalne są także jego wywody pseudoteologiczne o przymierzu:


Absurdalności swego gadania o "jednostronnym przymierzu" nie zauważa nawet wtedy, gdy rozmówca próbuje to jakoś poukładać:


Można pogratulować Huzarskiemu wybitnego wynalazku w postaci jednostronnej umowy. No cóż, absurdalność i odmóżdżenie są zresztą typowe dla osób poddanych obróbce pseudojezuickiej, jak w przypadku obydwu rozmówców (aczkolwiek ten młodszy - Daniel Wojda, były jezuita wydalony przed ślubami wieczystymi - wykazuje w tym momencie więcej trzeźwego myślenia). 

Dla Huzarskiego wybór między Novus Ordo a liturgią tradycyjną to kwestia odnajdywania się czy nie odnajdywania w kontemplacji: 


Zresztą dla niego to Novus Ordo jest "normalną mszą":


Huzarski nie kryje swego uznania dla rzekomych zalet Novus Ordo: 


On widocznie utożsamia nie tylko ilość czytań ze świadomością treści Pisma św., lecz Mszę św. z nauczaniem Pisma św. Zapewne nie dotarło do niego, że liturgia jest świętowaniem tajemnic Zbawienia, a nie pouczeniem o Biblii jak u protestantów. Widocznie też nie przyjmuje do wiadomości zgubnych skutków novusowego porządku - czy raczej chaosu - czytań. Otóż w liturgii tradycyjnej czytania służą celebracji tajemnic i wydarzeń historii Zbawienia. Jeśli natomiast celem czytań liturgicznych staje się zapoznawanie ludzi z Pismem św., to jest to nie tylko nieporozumienie i wypaczenie istoty liturgii, lecz prowadzi do fatalnych skutków duszpasterskich. Po pierwsze, z tego powodu, że dopiero w Novus Ordo uroczyście podaje się wiernym tłumaczenie Pisma św. na język narodowy, które bardzo często jest wadliwe, a nawet wręcz fałszywe, i to oparte na rzekomych oryginałach, które albo są hipotetyczną rekonstrukcją, albo wcale nie są oryginałem jak w przypadku czytań starotestamentalnych opartych na texcie średniowiecznych żydowskich, antychrześcijańskich masoretów. Innym poważnym skutkiem antyduszpasterskim - po drugie - jest pomieszanie w znajomości Pisma św. Otóż gdy uważny wierny w kolejnych latach (A, B, C) słyszy w kościele różne wersje tych samych wydarzeń podawane przez różnych Ewangelistów, a nie ma wiedzy teologiczno-exegetycznej, która by mu umożliwiła odpowiednie zrozumienie też różnorodności, to ma mętlik, który podważa wiarygodność całego Pisma św. Po trzecie, w novusowy lekcjonarz jest treściowo znacznie uboższy, ponieważ wycięto nie tylko czytania znajdujące się w tradycyjnym mszale, lecz także określone fragmenty czytań. Innymi słowy: dokonano zafałszowania treści samego Pisma św. Tak więc Huzarski albo nie wie, o czym mówi, albo wie i kłamie. 

On wie natomiast, o czym mówi, gdy zdradza tajemnicę spowiedzi:


Widocznie albo go pseudojezuici nie nauczyli, że spowiednikowi nie wolno zdradzać absolutnie nic z tego, co wie ze spowiadania, albo go nauczyli, a on ma to daleko w niepoważaniu. W każdym razie wynika z tego, że bardzo ryzykowne jest spowiadanie się u niego, skoro on nie ma żadnych oporów w wykorzystaniu wiedzy pochodzącej ze spowiedzi.

Równocześnie gorliwie przytakuje, gdy wierni tradycyjni są wyzywani od dziwaków za to, że czasami upominają:


Dla niego jedynie uwarunkowaniem kulturowym jest zasada dotykania czy niedotykania Ciała Pańskiego (albo obłudnie przytakuje tej wypaczonej mentalnie kobietce): 


Dla niego Komunia dołapna to sprawa kontrowersyjna:


Z zachwytem wsłuchuje się w bzdury wypowiadane przez pseudojezuicko wypaczoną mentalnie kobietkę:



Skoro ona jako matka gotuje, sprząta kibel i zmienia dzieciom pieluchy, a równocześnie koniecznie chce tymi samymi ręcami dotykać Ciała Pańskiego, to albo nie wie, co mówi, albo ma zupełnie wypaczone pojęcie o szacunku i adoracji, albo jedno i drugie. A Huzarski ją oczywiście w tym milcząco utwierdza. Gdy druga pseudojezuicko obrobiona kobietka się włącza, Huzarski jednak usiłuje im coś wytłumaczyć:


Problem w tym, że robi to na płaszczyźnie jedynie psychologicznej czy pseudopsychologicznej, bez zająknięcia się o tym, co jest istotą problemu, mianowicie to, że także małe cząsteczki hostii są Ciałem Chrystusa, któremu należy się cześć i adoracja. Dla niego ten problem widocznie w ogóle nie istnieje, także wtedy, gdy opowiada o swoim przeżyciu w Australii:


Zamiast pouczyć człowieka o tym, że chodzi o cząstki Ciała Chrystusa i że tak robić nie wolno, to on grzecznie pyta, żeby go nie urazić. A powinien już przy udzielaniu Komunii tego człowieka zatrzymać i w razie konieczności odebrać mu hostię. Jednak Huzarski oczywiście nie chce urazić, żeby nie zostać uznanym za tradycjonalistycznego dziwaka. 

Jego rozmówczyniom - jak przystało na modernistycznie wypaczone umysły - to oczywiście nie wystarcza, bo one chcą mieć pewność, że on nie podważa ich wypaczenia:



Tutaj Huzarski jak zwykle się plącze i miesza. Z jednej strony mówi, że nie jest za zachowaniem samej formy, a z drugiej, że należy zachować różne formy. Niby zaznacza, że nie chodzi mówi o indyferentyzm, jednak tylko pozornie:


Huzarskiemu więc wcale nie chodzi o prawdę, lecz o to, żeby długie dyskusje zmieniły obydwie strony. Czyli mamy masońsko-heglowski schemat teza - antyteza - synteza, gdzie prawdy nie ma. Dokładnie tak myślą też te kobietki z modernistycznie wypaczonymi umysłami:


Pouczenie jest dla tych ludzi brakiem szacunku, nie uczynkiem miłosierdzia co do duszy (jak naucza katechizm katolicki), a racją trzeba się podzielić po równo. Oto wyżyny intelektualne ofiar pseudojezuityzmu. 

Huzarski lubi też pozować na oczytanego i będącego na bieżąco z osiągnięciami współczesności:

Problem w tym, że on najwidoczniej zna jedynie tytuły książek czy nagłówki w internetach. Gdyby wiedział, o co chodzi w tzw. neuronauce, to by nie kojarzył jej z teoriami siły woli, lecz z negowaniem wolnej woli oraz istnienia duszy:


Ten człowiek widocznie także o tzw. neuronaukach nie ma choćby bladego pojęcia, skoro mówi o "faktach naukowych" (więcej tutaj). Ponadto jawi się znów dość wyraźnie jego problem osobowościowy. Gdy człowiek koło 50-tki, który nie ma dotychczas jakichkolwiek osiągnięć naukowych, a gada tak potężne bzdury na poziomie elementarnym, zapowiada pracę naukową zakrojoną conajmniej na habilitację, to należy obawiać się o stan jego umysłu pod względem nie tylko kontaktu z rzeczywistością, lecz także co do traktowania publiczności. 

Podsumowując:

Uważający się za jezuitę Rafał Huzarski w piątej dekadzie swego żywota, a w trzeciej swojej bytności zakonnikiem, bardzo niespodziewanie - jako że dotychczas był znany z liberalnych poglądów i powiązań z anarchistami - począł odgrywać rolę tradycyjnego duchownego katolickiego. Wygląda na to, że motyw był podwójny: zarówno infantylne konkurowanie z bratem o poczucie własnej wartości jak też - w tym wypadku akurat rozsądne - rozpoznanie, że przyszłością Kościoła jest ruch tradycyjny, gdyż tego początkiem i zapowiedzią są poglądy i nastawienie zarówno młodego pokolenia duchownych jak też sporej - a intelektualnie mocnej - części młodzieży, zwłaszcza młodych rodzin. Być może przełożeni polecili mu wskoczenie na ten trend, żeby zakon nie przegapił chwili. O ile można by - i należałoby - cieszyć się z takiego niby nawrócenia, o tyle bardziej należy zwrócić uwagę na nieprzystawanie jego aspiracyj do rzeczywistości. Już chociażby co do znajomości języka łacińskiego zwykła przyzwoitość wymagałaby znać przynajmniej podstawy. Jeśli wyleciały mu z głowy, to powinien w pokorze je sobie na nowo przyswoić, a nie zamiast tego udawać wiedzę i umiejętności, których ewidentnie nie posiada, mimo pozorów, które stale usiłuje kreować. A jeśli ktoś o takiej moralności prowadzi duchowo ludzi, to nieuchronne jest ich wypaczanie duchowe i moralne. Na co są już zresztą dowody. 

Pierwszym, już znanym szeroko przykładem jest celebracja Wielkiego Tygodnia z tego roku (2026), za którą on jest odpowiedzialny. Konkretnie jest odpowiedzialny za oszustwo, którego się dopuścił i za które dotychczas nie przeprosił (więcej tutaj). 

Drugi przykład jest z tym powiązany. Otóż pewna osoba, jak się okazało powiązana z Huzarskim, mianowicie Kajetan Z., przez wiele miesięcy wspierał niniejszego bloga regularną wpłatą. Zaprzestał wspierania po wpisie o skandalicznym oszustwie owego Triduum. Widocznie prawda się nie spodobała. 

Trzeci przykład jest znów powiązany, jako że Kajetan Z. należy do grona organizatorów tzw. Konferencji Tradycji Katolickiej. Sama konferencja zaistniała już kilka lat temu (pierwsza w marcu 2019 r., druga w czerwcu tego samego roku, czyli przed słynną chorobą c19), jeszcze przed objęciem rządu dusz nad tą grupą przez Huzarskiego. Wówczas organizatorem było oficjalnie stowarzyszenie Una Voce Polonia, któremu przewodniczył słynny Tomasz Olszyński, w międzyczasie odsunięty od gdańskiego grona indultowego. Pozostał w tym gronie jego kolega, matematyk Paweł Barbarski, którego Olszyński wprowadził na salony przebierańców Ars Przebierandi jako pseudoprałackiego ceremoniarza biskupiego (więcej tutaj i tutaj):

Do nowej wierchuszki doszły inne osoby, a to już z klucza Huzarskiego. Nie zmieniło się natomiast powiązanie z Pawłem Milcarkiem, który widocznie cieszy się poważaniem Rafała, któremu babcia dawała krówki za ćwiczenie na fortepianie. Edycja tegoroczna (trzecia z kolei, po przerwie od 2019 r.) pozostała oczywiście wierna linii Huzarsko-Milcarkowej. Znamienny jest pewien pozornie drobny element w wystąpieniu jednego z gości honorowych, mianowicie uważającego się za dominikanina Janusza P., który nie potrafił inaczej wypowiedzieć imienia żydowsko-stalinowskiej "poetki" jak tylko w czułym zdrobnieniu:


Wnioski nasuwają się same. 

Nieomylność papieska a możliwość popadnięcia w herezję



Nieomylność papieska została zdefiniowana dogmatycznie przez Sobór Watykański w konstytucji dogmatycznej "Pastor aeternus". Są w niej podane warunki tejże nieomylności:
- nauczanie w sprawach wiary i obyczajów według i w świetle Bożego Objawienia, czyli kryterium treściowe (materialne),
- nauczanie w charakterze najwyższego pasterza Kościoła czyli jako następca św. Piotra, czyli kryterium formalne, które musi być jako takie odpowiednio wyrażone. 

Innymi słowy: gdy Biskup Rzymski, czyli następca św. Piotra podaje całemu Kościołowi jakąś prawdę jako objawioną przez Boga, zaznaczając przy tym, że czyni to mocą swojego urzędu, wówczas jest w tym akcie nieomylny. 

Dotyczy to nie tylko definicyj dogmatycznych, czyli prawd wiary ogłaszanych uroczyście (jako dogmaty), lecz także tzw. nauczania zwyczajnego, czyli w dokumentach i wypowiedziach nieuroczystych, czyli codziennych. Jednak także wówczas muszą być spełnione powyższe warunki. 

Znacznie bardziej złożona jest kwestia popadnięcia papieża w herezję. Większość, a praktycznie wszyscy znaczący teologowie katoliccy dopuszczają taką możliwość. Różnią się jedynie w określeniu warunków, okoliczności i konsekwencyj. 

Ta możliwość wynika z faktu, że także papież jest człowiekiem wyposażonym w wolną wolę i tym samym w możliwość wolnego sprzeciwu wobec prawdy Bożej i jej odrzucenia. Wiara jest wolnym aktem i każdy ma możliwość jej odrzucenia, niezależnie od miejsca w Kościele i sprawowanego urzędu kościelnego. 

Nie ma tutaj sprzeczności z dogmatem o nieomylności papieskiej, a to z tego powodu, iż - według powszechnego zdania teologów katolickich - papież, który popadł w herezję, automatycznie (ipso facto) traci swój urząd i tym samym nie jest w stanie wydać jakiegokolwiek dokumentu czy orzeczenia mocą urzędu papieskiego. Może oczywiście symulować sprawowanie tego urzędu, lecz nie będzie to realne urzędowanie papieskie. 

Kiedy nie należy się modlić?


Pytanie jest poniekąd niewłaściwe, gdyż opiera się jedynie na tłumaczeniu polskim, które jest nie całkiem adekwatne. 

Oryginał grecki brzmi (wraz z kontextem):


Wulgata tłumaczy dość dosłownie:

Warto też wziąć pod uwagę tłumaczenie angielskie, które dokonuje interpretacji:


Tak więc św. Jan nie mówi, że nie należy się modlić. Właściwe, dosłowne tłumaczenie to: 

"nie z względu jego [= grzechu ku śmierci] mówię, żeby [ktoś] prosił"

Zdanie jednak nie jest jasne. Zapewne z chęci wyjaśnienia wzięło się podane w pytaniu tłumaczenie polskie, które jest błędne.

W każdym razie św. Jan nie mówi, że nie należy się w danym przypadku modlić. Sens jej raczej następujący: w przypadku grzechu "ku śmierci" Apostoł nie mówi, żeby prosić. Po pierwsze, prośba nie musi tutaj oznaczać modlitwy, ponieważ użyte jest tutaj słowo ερωτηση, które nie odnosi się specyficznie do modlitwy. Po drugie, zaprzeczona jest okoliczność, nie prośba (jak w tłumaczeniu polskim). Po trzecie, zaprzeczenie okoliczności (czyli grzechu ku śmierci) można różnie interpretować. Trochę pomocne, choć nie całkiem wyjaśniające są następne wersety. Potrzebna jest tuta szersza interpretacja teologiczna. Punktem wyjścia powinno być rozróżnienie między grzechem ku śmierci, a grzechem, który nie jest ku śmierci. Apostoł ma tutaj na myśli nie tyle odróżnienie między grzechem śmiertelnym a grzechem lekkim, co raczej między odrzuceniem Boga (i Jezusa Chrystusa) czyli niewiarą, a grzechem ze słabości ludzkiej.

Owszem, można te słowa interpretować w ten sposób, że Apostoł nie poleca modlitwy za żyjących w grzechu ku śmierci, czyli odrzucających wiarę w Jezusa Chrystusa, jednak nie można z tego zdania wnioskować, by Apostoł taką modlitwę zakazywał. Teologicznie można to wyjaśnić w ten sposób, że człowiek popełniający grzech "nie ku śmierci", czyli nie odłączający od życia Bożego, czyni tak ze słabości ludzkiej, nie ze złej woli, i dlatego potrzebuje modlitewnego wsparcia jest strony współwierzących. Natomiast osoba żyjąca w grzechu ku śmierci trwa w nim z braku dobrej woli czy raczej ze złej woli. Kluczem jest przemiana woli, czyli zmiana jej ukierunkowania, a to zależy od samego człowieka. 

Dlaczego dziedziczymy grzech pierworodny?

Odpowiedź jest właściwie prosta: Dlatego dziedziczymy grzech pierworodny, ponieważ dziedziczymy naturę ludzką. Innymi słowy: grzech pierworodny jest wrodzonym - w znaczeniu dziedzicznym - składnikiem rodzaju ludzkiego. Równocześnie jest tak, że nie jest on pierwotny dla rodzaju ludzkiego i jego natury. On jest zranieniem natury stworzonej przez Boga, godzącym w jej naturalną doskonałość czyli świętość. 

Pan Bóg oczywiście mógł uniemożliwić pierwszym rodzicom zgrzeszenie, ale musiałoby się to odbyć przez pozbawienie ich wolności (tzw. wolnej woli), a to by oznaczało pozbawienie ich pełni człowieczeństwa. 

Wolność od grzechu pierworodnego jest możliwa jedynie na mocy przywileju, czyli nadzwyczajnej ingerencji Bożej w momencie stworzenia danego człowieka. Miało to miejsce w poczęciu Najświętszej Mariji Panny i było początkiem dzieła zbawienia w Jezusie Chrystusie, zapowiedzianego w Starym Testamencie. 

Obarczenie grzechem pierworodnym nie oznacza konieczności grzeszenia osobistego. Mamy przecież sporo przykładów świętych, zwłaszcza młodocianych. Można zacząć właściwie od świętych Niewiniątek zamordowanych przez Heroda. One na pewno nie miały grzechu osobistego, a od grzechu pierworodnego zostały uwolnione na mocy swego męczeństwa. 

W porządku Zbawienia grzechy osobiste, choćby były ciężkie, nie są przeszkodą. Przeszkodą jest brak nawrócenia czyli uporczywe trwanie w grzechu, czyli w stanie bez łaski uświęcającej. Także tutaj mamy wiele przykładów świętych, począwszy chociażby od św. Pawła, który przed nawróceniem pałał wręcz nienawiścią do chrześcijan i tym samym do Jezusa Chrystusa, i to uważając się za pobożnego żyda. 

To nie życie bez upadku jest ideałem i celem samym w sobie, lecz dojście do szczęśliwości wiecznej mimo upadków, a po mozolnej walce o wierność Panu Bogu. 


Dlaczego Bóg dopuścił?


Problem jest typowy i regularnie zgłaszany. A postawiona jest z pewnej perspektywy, mianowicie  absolutnej czy najwyższej wartości i wagi życia doczesnego, zdrowia, pomyślności itp. Ta perspektywa jest mocno zawężająca. Oczywiście jest ona typowa dla kogoś, kto nie wierzy w istnienie Boga i nieśmiertelność duszy. Przez takie osoby tego typu zdarzenia - i ogólnie istnienie cierpienia i zła - są odbierane jako potwierdzenie i utwierdzenie w ateiźmie czy przynajmniej agnostycyźmie. 

Otóż jest tak, że tego typu sprawy są powiązane z całością prawdy o świecie, człowieku i Bogu. Pierwszym i decydującym krokiem jest gotowość przyjęcia innej perspektywy niż materialistyczna i doczesna. A prowadzi do tego pytanie o początek i przyczynę widzialnej i empirycznej rzeczywistości. Rozumną odpowiedzią może być tylko istnienie pierwszej przyczyny, jaką jest Bóg. Z istnienia Boga wynikają Jego właściwości i przymioty. Tu jest miejsce na problem Bożej opatrzności w zestawieniu z istnieniem zła i cierpienia. Skrótowo odpowiedziałem już na to w poprzednim wpisie (tutaj), do którego Nieznany właśnie wysłał komentarz, a widocznie nie przeczytał uważnie. 


Dlaczego krzyż zabił?


Odpowiedź jest wieloraka. 

Po pierwsze, naturalną przyczyną jest degradacja czy zniszczenie umocowania krzyża, co z kolei mogło wynikać czy to z wadliwego montażu, czy z braku dbałości i konserwacji. Nie można też wykluczać zamierzonego działania, aczkolwiek póki co nie mamy wiedzy co do takiej okoliczności. 

Po drugie, przyczyną jest okoliczność ustawienia celebransa względem krzyża. Ten krzyż zapewne pierwotnie umieszczony był - czy powinien być - w ścianie ołtarzowej czyli w nadbudowie płyty ołtarzowej. Gdyby celebrans stał przed tabernakulum zwrócony do niego, to po pierwsze zauważyłby krzyż spadający na niego i mógłby zrobić unik, by nie zostać trafiony, a po drugie krzyż nie uderzyłby w niego swoją cięższą stroną (czyli górą z Krucyfiksem), lecz dolną która jest o wiele lżejsza i też wolniej spadała. Problem jest więc w kierunku celebracji w powiązaniu z ustawieniem względem krzyża. 

Po trzecie, można się dopatrywać sensu głębszego, czyli tragicznego zdarzenia jako znaku. O zabitym kapłanie wiadomo niewiele. Z jednej strony wyposażenie ołtarza, mimo fałszywego kierunku celebracji, świadczy na jego korzyść, gdyż znajdował się na nim także mały krzyż ołtarzowy zwrócony ku celebransowi, czyli w stylu ratzingeriańskim, co już jest dużo w obecnych uwarunkowaniach kościelno-politycznych. Z drugiej jednak strony wygląd tego zakonnika redemptorysty z narcystyczną bródką nie świadczy bynajmniej o zdrowej duchowości. Celebrowanie w samej stule również nie świadczy o dbałości o liturgię. Jak wynika z nagrania, zdarzenie nastąpiło podczas czytania tzw. modlitwy wiernych przez kobietę, co jest niestety obecnie powszechne w novusiźmie, co oczywiście nie jest usprawiedliwieniem:


Wydarzenie jest oczywiście tragiczne. Nie tylko dla tego zakonnika, jego współbraci, rodziny i parafii. Należy modlić się za jego duszę, w nadziei, że sprawował w stanie łaski uświęcającej i dostąpi zbawienia wiecznego. Tym niemniej nasuwają się refleksje różnego rodzaju, także teologiczne. Pewne jest, że także to zdarzenie ma mieć znaczenie dla zbawienia dusz, skoro Pan Bóg je dopuścił. 

Po pierwsze, powinno stanowić napomnienie dla kapłanów co do sprawowania Mszy św. Mój kierownik duchowy z czasu seminarium w zakrystii kaplicy, gdzie zwykle celebrował umieścił napis: "sicut prima, sicut ultima, sicut unica", czyli "tak jak pierwsza, tak jak ostatnia, tak jak jedyna". Gdybyśmy jako kapłani tak właśnie podchodzili do każdej Mszy św., to by inaczej wyglądały nie tylko nasze celebracje, lecz także ogólny stan Kościoła. Analogicznie odnosi się to także do wszystkich wiernych. Kto traktuje Mszę św. tak jakby to była ostatnia w jego życiu? Moja śp. Mama, w ostatnich miesiącach żywota doczesnego skarżyła się tylko na to, że już nie może chodzić do kościoła na Mszę św. Gdyby takich matek i też ojców było więcej, to by też inaczej wyglądało życie rodzinne i społeczne. 

Po drugie, jest kwestia dbałości o wyposażenie świątyni, zwłaszcza przestrzeni w bliskości ołtarza. Jak widać na tym przykładzie, nowości nie służą, a mogą prowadzić także do tragedii. W tradycyjnym układzie ołtarza oraz kierunku celebracji coś takiego albo nie miałoby wcale miejsca, albo odbyłoby się znacznie mniej groźnie. 

Po trzecie, nagła śmierć, zwłaszcza duchownego i to na oczach wielu osób za pośrednictwem internetu, powinna napomnieć do gotowości. Odejście z tego świata podczas modlitwy jest właściwie łaską. O wiele częstsza jest nagła śmierć w zupełnie innych okolicznościach, nierzadko wręcz grzesznych. 

Po czwarte, nasuwa się reflexja, że sensem krzyża nie jest bezpieczeństwo doczesne, lecz że jest znakiem wzywającym do pokory przed Bogiem. To wezwanie bywa bolesne, ale zawsze ma sens dla zbawienia dusz. 


Problem zła, grzechu i cierpienia


Temat jest oczywiście bardzo szeroki, a zarazem bodaj najtrudniejszy w całej teologii, zarówno dogmatycznie jak też exystencjalnie, gdyż dotyka każdego człowieka, także teologa. Trudność polega właśnie na tym, że odpowiedź nawet prawidłowa dogmatycznie jest odczuwana jako niewystarczająca, ponieważ dotyczy każdego osobiście, a w każdym normalnym człowieku zło i cierpienie, a  generalnie także grzech wywołuje sprzeciw i brak zgody. 

Oczywiście Pan Bóg stwarzając świat i człowieka wiedział, że nastąpi grzech i że będzie konieczne dzieło Zbawienia. Wówczas już postanowił dokonać tego dzieła przez Krzyż Jezusa Chrystusa, czyli przez cierpienie w otchłani zła i grzechu. Teologicznie grzech jest następstwem - w pewnym sensie także konsekwencją - wolności człowieka, zaś wolność ta jest odblaskiem wolności Boga samego, który stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo. Takie stworzenie z kolei wynika z miłości Boga, czyli udzielania dobra. Innymi słowy: skoro Bóg jest miłością, to konieczne w logice miłości było stworzenie istoty wyposażonej w wolność, czyli wolę w znaczeniu możliwości wyboru między dobrem a złem, między wolnym posłuszeństwem Bogu a wolnym nieposłuszeństwem. Ta wolność jako odblask doskonałości Boga jest tak wielką wartością, że dobro jej zaistnienia przewyższa zło wynikające z nieposłuszeństwa. 

W posłuszeństwie Syna Bożego, który stał się Człowiekiem, nieposłuszeństwo grzechu jest przezwyciężone i pokonane. Dlatego grzech, zło i cierpienie nie mają ostatniego słowa. Taki jest ich sens: bycie przezwyciężonym. A naocznymi dowodami tego zwycięstwa są święci, którzy idą drogą Jezusa Chrystusa. 


Jak okazywać czułość?


Przede wszystkim należy wziąć pod uwagę różnice psychologiczne między obydwoma płciami, także pod względem pragnienia, rozumienia i interpretowania oznak emocyj. Dochodzą oczywiście różnice indywidualne wynikające z wychowania, uwarunkowań kulturowych, charakteru i temperamentu. Zmienne są zwłaszcza uwarunkowania kulturowe, głównie wzorce i mody. One nie mogą wprawdzie usunąć odruchów i reakcyj naturalnych, mogą je jednak tłumić i wypaczyć. 

Obecnie największymi problemami pod tym względem to infantylizm, egocentryzm oraz irracjonalny sensualizm czyli skupienie czy wręcz ograniczenie do doznań zmysłowych oraz ich szukania, także wbrew racjonalności. Z jednej strony coraz częstszy jest brak czułości rodzicielskiej, począwszy od wczesnego dzieciństwa, zwłaszcza gdy rodzina jest niepełna, rozbita wskutek czy to rozwodu czy niepełnej opieki rodzicielskiej (samotnie wychowujące matki, czy to trwale czy wskutek wyjazdów zarobkowych). Dziewczętom brakuje wtedy doświadczenia ojcowskiej czyli męskiej bliskości. Dotyczy to zresztą także chłopców choć w inny sposób. Dochodzi wtedy do rozkładu jedności i rozdźwięku między bliskością zmysłową a emocjonalno-duchową. Oczywiście poniekąd łatwiej jest okazać i zdobyć tą pierwszą niż drugą, także dlatego, że promuje się jej oddzielenie od drugiej, która naturalnie bardziej domaga się odpowiedzialności za drugą osobę. 

Z tego właśnie powodu należy w każdej sytuacji skupić się na bliskości emocjonalno-duchowej. Gdy ona jest budowana i kultywowana, wówczas słabnie - a właściwie dojrzewa - potrzeba bliskości zmysłowej, cielesnej. Młodzi ludzie mają często pokusę pójścia na skróty, czyli szybkiego zaspokojenia zmysłowego, nie zdając sobie sprawy z tego, że ono nie daje spełnienia osobowego i tym samym trwałego. Stąd się bierze niestałość związków różnego rodzaju. 

Innymi słowy: im większa jest powściągliwość zmysłowa, co umożliwia budowanie głębokiej i trwałej relacji osobowej, tym dojrzalsza jest nie tylko ta relacja, lecz także przyszłe zmysłowe oznaki bliskości. 

Katolicka teologia moralna nie podaje szczegółowych zasad zachowania w tej dziedzinie, a to z dwóch powodów:
- z powodu naturalnego (niegdyś) poczucia wstydu i wyczucia, co oczywiście zakłada zdrowe wychowanie w rodzinie i w społeczeństwie, kulturze itp.
- z powodu uwarunkowań i wzorców kulturowych, które wprawdzie są zakorzenione w naturalnej wstydliwości, jednak ulegają różnokierunkowym wypaczeniom wynikającym z czynników ideologicznych, zarówno religijnych jak też antyreligijnych.
Z tych względów niemożliwe jest zestawienie ostrych i sztywnych ogólnoludzkich czyli ogólnokościelnych norm w tej dziedzinie. Równocześnie nie jest to konieczne, gdy wychowanie w rodzinie odbywa się przynajmniej na zdrowych moralnie, czyli zdroworozsądkowych zasadach. Młody człowiek w taki sposób ukształtowany ma przynajmniej ogólne wyczucie tego, co należy, a co nie, czyli jakie i gdzie są granice. W razie wątpliwości warto zwrócić się do swego spowiednika czy duszpasterza, któremu można bliżej naświetlić sytuację i daną kwestię. 

Pierwszy człowiek


Po pierwsze, ewolucjonizm jest pseudonaukową ideologią, a nie udowodnioną naukowo prawdą. Już nawet bardzo ostrożne określenie "teoria ewolucji" wskazuje na to. W naukach przyrodniczych nie ma miejsca na teorie, gdyż ich metoda jest empiryczna. Mogą one jedynie badać dane empiryczne i tworzyć na ich podstawie uogólnienia w postaci praw przyrodniczych oraz opisu procesów empirycznych. Nie ma np. teorii genetyki, reakcyj chemicznych, rozkładu substancyj organicznych czy nieorganicznych, lecz są dane empiryczne, z których wyprowadzane są ogólne opisy procesów oraz prawidłowości nimi rządzących. 

Równocześnie pewne jest, że Księga Rodzaju nie chce być i nie jest podręcznikiem genealogii ludzkości, czyli tym samym nie konkuruje z rzetelnymi danymi empirycznymi oraz uczciwym - nie ideologicznym - uprawianiem nauk przyrodniczych. Adam to po prostu pierwszy człowiek, czyli praojciec ludzkości. Zresztą monogenizm został potwierdzony naukowo przez nowoczesną genetykę. 

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się kompetentnie w kwestii tzw. neandertalczyka, gdyż nie jestem biologiem ani się tym tematem bliżej nie zajmowałem. O ile wiem, nie ma zgodności między przyrodnikami co do tego, czy był to już gatunek ludzki, co oczywiście zależy także od definicji. Sprawa jest jednak o tyle prosta, że można porównać jego genom z genomem ludzkim i - o ile wiem - stwierdzić, czy możliwa byłaby naturalna płodna kopulacja z przedstawicielem gatunku ludzkiego. 

Pewne jest, że jedynie przedstawiciele gatunku ludzkiego wyposażeni są w duszę nieśmiertelną. To wyposażenie ma oczywiście swój wyraz na poziomie biologicznym, przede wszystkim genomu specyficznego dla gatunku ludzkiego. 


Komunia św. w intencji innej osoby


Ofiarowanie Komunii św. za inną osobę oznacza prośbę do Pana Boga o udzielenie tej osobie łask płynących z tej Komunii św. W pewnym sensie jest to akt rezygnacji z łask płynących dla siebie na rzecz innej osoby. Chodzi tutaj o intencję aktu pobożnego i sakramentalnego, jakim jest Komunia św. Pewne jest, że wówczas osoba przyjmująca Komunię św. również otrzymuje łaskę, nawet w pewnym sensie więcej łaski, skoro jest to akt nie tylko miłości Boga lecz także miłości bliźniego. Oczywiście łaski nie można zmierzyć ani zważyć, ani podzielić w znaczeniu ilościowym. "Mierzy" się ona wyłącznie "ilością" czy raczej czystością i żarliwością miłości. Równocześnie niewłaściwe byłoby wyrachowanie, czyli ofiarowanie w intencji innej osoby, żeby otrzymać więcej łaski. Pan Bóg widzi wszystko, co jest skryte w sercu. Chodzi więc bardziej o wyzbycie się przywiązania do własnych korzyści z Komunii św., a bezinteresowne skierowanie uwagi - czyli miłości - ku dobru innej osoby. 


Co zrobić ze zniszczonym ołtarzem?

Należy odróżnić ołtarz w znaczeniu ścisłym, czyli tzw. mensę z kamieniem z relikwiami, od nadstawy czyli nadbudowy ołtarzowej, czyli ozdobnej "ściany" drewnianej zwykle wyposażonej w obrazy czy figury świętych. 

W mensie czyli płycie ołtarzowej jest umieszczony kamień z relikwiami. Ten kamień zwykle nie ulega zniszczeniu i może zostać wyjęty i przeniesiony w inne miejsce. Gdy zostanie wyjęty, wówczas ołtarz - zarówno w sensie płyty jak też nadstawy - może zostać kanonicznie sprofanowany czyli desakralizowany, czyli wyłączony z użytku do celów kultu, a tym samym poddany utylizacji w sposób godny, czyli spalony w miejscu świętym, zwykle to przy kościele. W razie gdy spalenie nie jest możliwe, może zostać też zakopany w miejscu świętym, żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Należy to wykonać z szacunkiem należnym rzeczy, która była poświęcona i służyło do kultu Bożego. 


Czy uczestniczyć w pogrzebie świeckim?


Pogrzeb świecki ma wtedy miejsce, gdy zmarła osoba była niereligijna, czyli była ateistą, apostatą, bądź obłożona karą exkomuniki. 

W takiej sytuacji należy oczywiście okazać współczucie rodzinie, zwłaszcza jeśli są w niej osoby wierzące po katolicku, gdyż dla nich taka sytuacja jest szczególnie bolesna. Dobrze jest więc złożyć kondolencje rodzinie zgromadzonej, najlepiej przed samym "obrzędem" świeckim, a następnie odejść, żeby nie uczestniczyć w czymś takim. Zamiast tego należy pomodlić się prywatnie za zmarłą osobę oraz jej bliskich. Nawet jeśli ta osoba wyparła się wiary katolickiej, gdyż nie ma pewności, czy w ostatnim momencie nie żałowała tego i uczyniła akt wiary, dzięki któremu mogła dostąpić zbawienia w Jezusie Chrystusie. 


Jak wyjaśnić fenomen stygmatów?

Stygmaty jako zjawisko nadprzyrodzone, czyli cud, mają to do siebie, że - jak każdy cud - nie mogą zostać wyjaśnione w ramach nauk przyrodniczych czyli ich metody oraz praw. Nauki przyrodnicze mogą jedynie stwierdzić zaistnienie takiego zjawiska w danym przypadku i braku możliwości wyjaśnienia w ramach ich metody, czyli metody empirycznej. Chodzi w tym wypadku głównie o takie nauki jak biologia, medycyna oraz psychologia (o ile psychologia jest nauką). 

Na tej podstawie - dostarczonej przez nauki przyrodnicze, ale także humanistyczne - możliwe jest wyjaśnienie teologiczne, które skupia w sobie dane przyrodnicze, historyczne i filozoficzne (głównie antropologiczne i psychologiczne) - i otwiera je na przedmiot właściwy teologii jako nauki o Bogu. 

Z faktu, że kroniki historyczne nie zanotowały fenomenu stygmatów przed św. Franciszkiem z Asyżu, nie wynika, jakoby go wcześniej nigdy nie było. Z braku świadectw zachowanych do naszych czasów nie wynika nieistnienie. 

Niektórzy exegeci i teologowie interpretują słowa św. Pawła w Liście do Galatów (6,17) jako świadczące o jego stygmatyzacji: 

"Nawet niech mi się żaden nie przykrzy, abowiem ja piątna Pana Jezusowe na ciele moim noszę."

Owszem, możliwe jest, iż pierwszy raz w sposób wyraźny i oczywisty taki fenomen miał miejsce u św. Franciszka. Wówczas rzeczywiście istniałby specyficzny związek z tą osobą. 

Teologia, bazując na wynikach innych nauk, rozumie stygmaty jaki znaki pochodzące od Boga, wskazujące za szczególną więź danej osoby - jej życia, działalności, nauczania - z cierpiącym, ukrzyżowanym Jezusem Chrystusem. 

Jeśli ten fenomen zaistniał jedynie w Kościele katolickim obrządku rzymskiego, to jest to zapewne znak wyjątkowego i szczególnego statusu tej wspólnoty w historii Zbawienia. 

Co to jest ubóstwo kościelne?

Rozumiem, że chodzi o skromny styl życia, czyli ewangeliczne ubóstwo, które oczekiwane jest u wierzących w Jezusa Chrystusa, zwłaszcza u duchownych. 

Przede wszystkim należy odróżnić ubóstwo osobiste (indywidualne) od ubóstwa wspólnotowego, zwłaszcza w ogólności duchowieństwa czy to diecezjalnego, czy zakonnego. Ludziom, którzy nie mają właściwie pojęcia ani o strukturze, ani o życiu Kościoła, może się wydawać, że zamieszkiwanie w zabytkowych i okazałych budynkach kościelnych, zwłaszcza o bogatym wystroju, świadczy o braku ubóstwa osobistego duchownych. Wystarczy jednak minimum wiedzy i zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że są to dwie różne sprawy. Podobnie jak zamieszkiwanie przez prezydenta państwa w pałacu zamieszkiwanym przez każdego kolejnego prezydenta nie ma nic wspólnego z brakiem czy nadmiarem jego osobistego ubóstwa. 

Należy więc najpierw rozważyć kwestię, czy budynki kościelne, czyli te, które nie są prywatną własnością poszczególnych osób, mogą i powinny być kosztowne, ozdobne, czy w jakimś sensie luxusuwe. Należy wziąć pod uwagę, że wartość i też wygląd danego budynku zależy nie tylko od jego przeznaczenia, lecz jest także znakiem, symbolem i wyrazem znaczenia, statusu i rangi danej instytucji. Budynki kościelne powstawały zasadniczo z dwóch źródeł: ze środków fundatorów i z ofiar wiernych. Obydwa źródła nie mają nic wspólnego z przymusem czy obowiązkową pod względem prawnym daniną. Można mówić tylko o obowiązku moralnym: kto chce, by on sam mógł i też by jego potomkowie mogli uczestniczyć w sprawowaniu kultu Bożego i nauczaniu prawdziwej religii, ten powinien czuć się moralnie odpowiedzialny za wzniesienie i utrzymanie takiego miejsca, a także miejsca zamieszkania przez duchownych, którzy się oddają takiej posłudze. Z jednej strony jest zrozumiałe, że fundatorom i darczyńcom powinno zależeć na odpowiednim wyposażeniu i wystroju takich budowli, gdyż to świadczy o dowartościowaniu ich celu. Z drugiej strony oczywiste jest, że obowiązkiem duchownych jest takie dysponowanie i pożytkowanie otrzymanych środków, które odpowiada ich celowi i woli ofiarodawców. Celem nie jest jedynie prosta funkcjonalność, lecz także wskazywanie na cel nadprzyrodzony czyli ponaddoczesny, a to wymaga nie tylko staranności, lecz także artystycznego uwydatnienia, które komuś myślącemu wyłącznie materialistycznie i utylitarnie może wydawać się zbytecznym luxusem. 

Inaczej ma się sprawa z ubóstwem osobistym, czyli skromnym stylem życia, który - nota bene - obowiązuje nie tylko duchownych, lecz każdego chrześcijanina, także świeckiego. Tutaj należy mieć na uwadze, że ubóstwo nie oznacza nędzarstwa czy niechlujstwa, lecz rozumne i odpowiedzialne dysponowanie tym, co się posiada, także dobrami materialnymi. Można do określić jako ekonomię chrześcijańską, gdzie dobro osobiste (indywidualne) nigdy nie jest w sprzeczności z dobrem wspólnym. To są dwa wymiary tej samej postawy duchowej. Polega ona na tym, że człowiek nie szuka szczęścia czy poczucia swojej wartości w posiadaniu i używaniu dóbr jak najbardziej kosztownych, okazałych, czy w zaspokajaniu pożądań i przyjemnościach zmysłowych, lecz posługuje się dobrami doczesnymi w podporządkowaniu ich wartościom duchowym zarówno indywidualnie jak też społecznie. Rozsądne gospodarowanie nie musi być równoznaczne - i z reguły nie jest - z ograniczeniem do tego, co najtańsze i najmniej okazałe. Wiadomo przecież z doświadczenia życiowego, że ten, kto chce najtaniej, płaci podwójnie. 

W zadanym pytaniu przebija jednak problem głębszy i szerszy. Są to jakby cytaty wzięte wprost zarówno z propagandy PRL-u jak też z mentalności komunistycznej. W jej ramach niewyobrażalne było, by można było się czegoś dorobić i zrobić coś cennego, trwałego, nawet okazałego w sposób uczciwy, czyli bez okradania innych. Miało to oczywiście realne podstawy, gdyż komunizm w swojej istocie i naturze jest złodziejski i oszukańczy. Niestety ta mentalność nadal w znacznym stopniu określa mentalność wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza tych, których charaktery i myślenie zostały ukształtowane w systemie słusznie minionym. Wiąże się to albo z nieudacznictwem, brakiem umiejętności, pracowitości i też chęci do własnego wysiłku, albo z "filozofią" życiową ukształtowaną w komuniźmie, a stosowaną zwłaszcza przez tych, którzy przepoczwarzyli się z komunistów w kapitalistów. W ich głowach tylko kradzież i oszukiwanie prowadzi do sukcesu i posiadania czegoś okazałego. 

Szczególną uwagę poświęca się stylowi życia duchownych. Tutaj szczególnie groźna jest pokusa obłudy, czyli ubóstwa na pokaz, dla uznania i ludzkiej opinii. Nie chodzi o to, by nie brać pod uwagę słusznej krytyki. Wyjaśniam na przykładzie: gdy duchowny wygląda na bardzo skromnego, gdyż nie ma drogiego samochodu i ubiera się skromnie, a nie szczędzi pieniędzy na wyszukane hobby i drogie podróże, to z pewnością nie jest to skromny styl życia. Istotne jest także dysponowanie dobrem, jakim jest czas, także czas wolny, którego celem jest wypoczynek. Nie żyje skromnie ten, kto spędza czas przed telewizorem czy na grach komputerowych zamiast dobrej lektury czy pożytecznego dla zdrowia sportu. 

Oczywiście szczególnie wrażliwym tematem jest samochód księdza, gdyż jest najbardziej widoczną posiadaną rzeczą. Są tacy, którzy lubią zmieniać samochody, dla samej przyjemności nowych wrażeń. Inni natomiast starannie przemyślują i kupują według potrzeb dla danego przeznaczenia. Jeśli kapłan jeździ w dłuższą trasę najwyżej raz czy dwa razy w roku (na urlop), to jego rozsądna potrzeba jest inna niż u kapłana, który z powodu charakteru posługi i działalności regularnie musi pokonywać długie trasy, także zagraniczne. 

Regularnie pomija się, że ubóstwo - oczywiście właściwie rozumiane - obowiązuje każdego chrześcijanina, także świeckiego. Wynika to dość jasno z Ewangelii, zwłaszcza z Kazania na Górze. To właśnie skromny styl życia ojców i matek rodzin jest najlepszą i konieczną szkołą powołań kapłańskich i zakonnych. Jego brak jest jedną z głównych przyczyn braku nie tylko powołań duchownych, lecz także zapaści dzietności, czyli obecnej katastrofy demograficznej. Jeśli ojciec czy matka, czy też oboje, stawiają na pierwszym miejscu dorabianie się, podróże, wczasy, wydatki na stroje, samochody, hobby itp., to właśnie w takim nastawieniu życiowym kształtują swoje dzieci, oczywiście ograniczając ich liczbę dla własnej wygody. Zwykle wiąże się to z zazdrością względem innych, którym jeszcze "lepiej" się powodzi.