Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Liturgia a folklor


Pytający jest człowiekiem bardzo młodym, więc ma prawo nie wiedzieć, zwłaszcza w obliczu obecnego zamieszania modernistycznego pleniącego się niestety także w kręgach tzw. tradycyjnych, a to za sprawą bandy oszustów-przebierańców ze zboczeniem paleofetyszyzmu, którzy wygrzebują folklorystyczne starocie po to, żeby je prezentować jako niby Tradycję. Dobrze, że pytający szuka prawdy. 

Sprawa jest właściwie prosta. Liturgią Kościoła jest to, co jest zawarte w oficjalnych tradycyjnych księgach liturgicznych. Nie są liturgią zwyczaje, także te opisywane np. przez abpa Nowowiejskiego czy innych mniej czy bardziej uczciwych autorów. Zwyczaje nie mające oparcia w księgach liturgicznych są najwyżej folklorem, a nierzadko są po prostu nadużyciem mniej czy bardziej zakorzenionym w praktyce ignorantów i wypaczeńców umysłowo-estetycznych. 

Podane przykłady są dość proste. Unoszenie figury Zmartwychwstałego nie jest elementem liturgii i tym samym nie ma prawa być stosowane podczas liturgii, ani nawet podczas paraliturgii. Może mieć miejsce najwyżej podczas pouczenia. Natomiast gaszenie paschału po Ewangelii w święto Wniebowstąpienia Pańskiego jest podane w mszale i powinno być stosowane. 

Folklor jest o tyle dopuszczalny o ile

- jest odróżniany od liturgii, tzn. nie wchodzi w jej miejsce,

- nie jest sprzeczny z liturgią, tzn. nie wyraża treści teologicznie chociażby wątpliwych, tym bardziej przeciwnych wierze katolickiej, 

- nie razi zdrowego wyczucia estetyki i rozumności. 

Generalnie im mniej folkloru w przestrzeni kościelnej, tym lepiej. Folklor rodzi się z potrzeby uproszczenia bądź wypaczenia liturgii i jej treści. Motywacja do uproszczenia może być dobra, gdy chodzi o przybliżenie treści teologicznych prostemu ludowi. Jest tutaj jednak zawarta pogarda dla prostego ludu bądź przynajmniej niedocenienie jego zdolności poznawczych i estetycznych. Folklor rodzi się zwykle oddolnie, jako sposób wyrazu treści, które nie zawsze zostały odpowiednio pojęte i zrozumiane. Ze swej natury powinien więc zbliżać do liturgii, a nie od niej oddalać, tym bardziej nie mam prawa jej zastępować. 


Urojone plucie czyli Rysiowego łgarstwa ciąg dalszy


Właściwie wolałbym, gdyby temat był zamknięty. Sprawa jednak toczy się nadal i nie zapowiada się, by się miała rychło skończyć, przynajmniej nie ze strony delikwenta w purpurze. Świadczy o tym wywiad z nim, który się odbył 8 maja 2026 r. u słynnego Rymanowskiego. Notabene: gdyby Rymanowski rzetelnie się przygotował do spotkania, także czytając tutejsze wpisy w temacie, to by nie dał się tak łatwo owinąć gościowi w bawełnę. Być może ktoś mu serdecznie doradził skrzętne omijanie nie tylko niniejszego bloga lecz także jego treści. Powinien wiedzieć, co robi. 

Tyle tytułem krótkiego wstępu. Teraz do rzeczy. 

Najpierw cenne jest, co delikwent mówi o genezie słynno-haniebnego listu:

Oczywiście nie ma tutaj żadnej sensacji, aczkolwiek opis procedowania tego listu nie zgadza się z tym, co wcześniej przeniknęło do opinii publicznej ze źródeł anonimowych. W każdym razie Ryś potwierdza, że to on jest ostatecznie odpowiedzialny za treść, za procedowanie i za opublikowanie listu, a reszta biskupów była w przytłaczającej większości czy to obojętna czy też - a może przede wszystkim - uległa wobec akcji Rysiowej, biorąc na siebie współodpowiedzialność. Jakie były argumenty Rysiowe, można się domyślać na podstawie dalszego ciągu jego wypowiedzi, jak zobaczymy poniżej. 

Rymanowski wskazuje na polemikę z owym listem KEP prowadzoną m. in. przez x. Waldemara Rakocego CM:


Nie trudno zauważyć, że to jest typowy obłudny Rysiowy bełkot: twierdzi, że ów list KEP nie mówi o Kościele, a równocześnie, że list jest o relacji Kościoła z judaizmem. Nasuwają się proste pytanie: Jak można mowić o relacji Kościoła, nie mówiąc o Kościele? Czyż relacja Kościoła nie mówi o Kościele? Jeśli nie mówi o Kościele, to czyja to jest relacja? Z czego wynika relacja jeśli nie z tego, czym jest Kościół i czym jest judaizm? A może tutaj Ryś mimowolnie przyznaje, że w liście jest mowa nie o Kościele Chrystusowym, lecz o innym bycie ("nasze relacje"), który się podszywa pod Kościół? Jak można przyzwoicie pisać o relacji między Kościołem a judaizmem pomijając prawdę, że Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem i że nie ma zbawienia poza Kościołem? Czyżby Ryś zapomniał, że w tym liście jest powiedziane, iż żydzi mogą się zbawić bez wiary w Jezusa Chrystusa, czyli że jednak jest mowa o zbawieniu w Jezusie Chrystusie? Czy ten człowiek ma zupełnie pomieszane w głowie i już nie wie sam, co mówi i pisze, czy też jest aż tak przeświadczony o debilstwie publiczności, że świadomie łże i usiłuje zaklinać rzeczywistość? Myślę, że każdy powinien sobie sam na te pytania odpowiedzieć. 

Na zwrócenie uwagi przez Rymanowskiego, że przytłaczająca część księży w Polsce (szacunkowo około 95%) nie odczytała haniebnego listu KEP, gość zaczyna stopniowo odkrywać karty, oczywiście znowu łgając teologicznie: 


Tak więc najpierw Ryś deklaruje, że celem owego listu jest edukowanie katolików polskich. To jest o tyle ciekawe, że oznacza, iż ponad 60 lat po "soborze" katolicy w Polsce potrzebują edukowania co do tego, czego "sobór" rzekomo naucza. Następnym fundamentalnym kłamstwem Rysiowym, które jest tutaj zawarte i przez niego maniakalne powtarzane, jest twierdzenie, jakoby ów list podawał podawał nauczanie Kościoła. Wyłożyłem tę kwestię poprzednio (tutaj i tutaj). Kolejnym kłamstwem Rysiowym jest sugestia, jakoby brak mówienia o tym, iż żydzi NIEGDYŚ byli narodem wybranym, był zaprzeczeniem tej prawdzie, która jest dość jasno zawarta w Nowym Testamencie i w całej Tradycji Kościoła. Ryś ma albo problem z elementarną logiką, albo jest na tyle bezczelny, że próbuje wmówić ludziom coś, o czym wie, że jest sprzeczne z logiką. Mówiłem już o tym poprzednio, jednak powtórzę: w ŻADNYM dokumencie -  - także "soborowym" i "posoborowym" - nie jest powiedziane, jakoby żydzi, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, pozostawali ludem wybranym. To jest wymysł Rysiowy. Gdy Ryś twierdzi, że Kościół tak teraz naucza, to łże bezczelnie. 

Wyjaśniam: Ani teologicznie, ani choćby zdroworozsądkowo nie jest możliwe, by zarówno Kościół jak też żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa byli ludem Bożym. Pojęcie "ludu Bożego" ma bowiem dość określone znaczenie już w Piśmie św. Starego Testamentu i oznacza społeczność, która została ukonstytuowana przez prawo Boże dane Mojżeszowi na Synaju. Innymi słowy: lud Boży jest konstytuowany przez porządek prawny dotyczący zarówno kultu Bożego jak też spraw zasad życia społecznego czyli etyki. Nikt, kto nie jest zupełnym ignorantem, nie będzie twierdził, jakoby te społeczności - Kościół z jednej strony i żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa (czyli judaizm) z drugiej - kierowały się tymi samymi konstytutywnymi zasadami w dziedzinie religii i życia politycznego. Pewne podobieństwa - zresztą bardzo ograniczone - są oczywiste, także pewne powiązania historyczne. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie twierdzić, jako te dwa byty religijno-społeczne były jednym bytem bądź identycznymi bytami. Skoro są to odrębne byty społeczne, to nie mogą obydwa pochodzić od Boga, gdyż w przeciwnym razie nieuchronne jest twierdzenie, jakoby Pan Bóg sobie zaprzeczał, co jest oczywiście bluźnierstwem. Kto więc twierdzi, jakoby zarówno Kościół jak też społeczność żydowska była ludem Bożym, ten jest nie tylko apostatą (gdyż zaprzecza Nowemu Testamentowi), lecz także bluźniercą. Tym samym Ryś - wraz z KEP - chce edukować katolików polskich ku apostazji i bluźnierstwu. 

Rymanowski słusznie nieco drąży:


Tutaj Ryś ponownie kłamie i to wielorako:
- Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby istniała jakakolwiek różnica między nauczaniem św. Augustyna, św. Jana Chryzostoma, św. papieża Grzegorza Wielkiego w kwestii judaizmu, a nauczaniem papieży i soborów w tejże kwestii. 
- Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby nie było sprzeczności między tym, co Ryś podaje - oczywiście fałszywie - jako obecne nauczanie Kościoła, a tym, co Kościół zawsze nauczał w kwestii judaizmu. Prostym dowodem jest fakt, że Kościół zawsze mówił o żydach jako ludzie NIEGDYŚ wybranym, jak to jest uroczyście powiedziane w modlitwie wielkopiątkowej za żydów, a liturgia Kościoła jest jednym z fundamentalnych źródeł dogmatów. Innymi słowy: jeśli Kościół przez wieki i to począwszy od Nowego Testamentu w swojej liturgii (oczywiście nie tylko) i tym samym uroczyście nauczał, że żydzi odrzucający wiarę w Jezusa Chrystusa nie są ludem wybranym, to jest to nauczanie nieomylne i niezmienne, nawet jeśli dotychczas nie zostało to ujęte w definicję dogmatyczną. 
- Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby Sobór Watykański II w kwestii judaizmu "wrócił do tego, co w Kościele było jego najstarszą, pierwszą Tradycją", gdyż po pierwsze sobór nie mówi nic sprzecznego z tym, czego nauczał Kościół przed soborem, i tym samym nie musiał do niczego wracać, a po drugie z całą pewnością nie mówi tego, co sugeruje Ryś oraz list KEP (jak już wyłożyłem wcześniej). 

Idźmy dalej:


Ryś konsekwentnie brnie w swoim łgarstwie, a Rymanowski łyka te łgarstwa jak pelikan. Powinien był dopytać, w czym konkretnie owe "pięć dokumentów" zaprzeczają temu, co mówią krytycy listu KEP (a właściwie łgarstw Rysiowych). Gdyby dopytał, to by się okazało, że Ryś będzie znów maniakalnie powtarzał, że przymierze Boże jest nieodwołalne, a Kościół od "soboru" rzekomo naucza, iż żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa są "narodem wybranym". Ryś potrafi tak sugestywnie łgać, a trafia przeważnie niestety na takich naiwniaków jak Rymanowski, którzy nie wyobrażają sobie, iż ktoś, zwłaszcza duchowny i w purpurze potrafi aż tak bezczelnie oszukiwać. 

Ponadto widać tutaj, jak Ryś potrafi wykręcić kota ogonem, gdyż straszy swoich adwersarzy tym, iż rzekomo nie okazują uległości wobec Magisterium Kościoła, podczas gdy to on jest apostatą negującym elementarne podstawy soteriologii i eklezjologii katolickiej (nawet ogólnie chrześcijańskiej). Nie da się bowiem pogodzić twierdzenia, iż żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa są "ludem wybranym", z zarówno Nowym Testamentem jak też z całą Tradycją Kościoła i nawet z deklaracją "Nostra Aetate", którą Ryś tak namiętnie a perfidnie wymachuje. 

Rymanowski dopytuje o szczegóły praktyczne:


Kwestia jest rzeczywiście ciekawa, gdyż akurat w tym punkcie - braku "instytucjonalnej misji wobec żydów" - mamy bergogliańską nowość, sprzeczną z całą Tradycją Kościoła wraz z Nowym Testamentem, czemu Ryś nie byłby w stanie zaprzeczyć. Ta nowość oczywiście nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła. A jest to jeden z obłudnych absurdów bergogliańskich, obliczonych na rozmywanie tożsamości katolickiej, a równocześnie na tyle śliskich i dwulicowych, żeby nie łatwo było wykazać sprzeczność z wiarą i praktyką Kościoła. Magiczną sztuczką jest tutaj rozróżnienie i oddzielenie "instytucjonalnej misji" od osobistego czyli prywatnego "świadectwa wiary". To ma być w zamyśle majstersztyk obłudy bergogliańskiej narzucanej katolikom. Innymi słowy: gdy zwykły katolik mówi żydowi, że Jezus Chrystus jest Mesjaszem i Zbawicielem, to jest niby ok, natomiast w żadnym oficjalnym dokumencie z Watykanu czy z KEP nie wolno tego powiedzieć. Problem w tym, że wówczas zwykły katolik przynajmniej jest niepewny, czy wolno coś takiego powiedzieć żydowi, skoro Ryś i inni bergoglianie straszą nieposłuszeństwem nauczaniu Kościoła. I to właśnie chodzi - o sianie niepewności, wątpliwości, pomieszania u katolików, ostatecznie o ich odmóżdżenie i teologiczne wykastrowanie. 

Są tutaj jeszcze dwa typowe chwyty Rysiowe: 
- Twierdzenie, jakoby konieczność nawrócenia odnosiła się jedynie do pogan nie do żydów. Nie wiem, skąd on to bierze. Pewne jest, że jest to sprzeczne z całym Nowym Testamentem, gdzie już w Ewangeliach jest jasno podane, iż Chrystusowe - a właściwie już począwszy od działalności św. Jana Chrzciciela - wezwanie do nawrócenia i uwierzenia w Niego odnosiło się najpierw do żydów, a dopiero później do pogan. 
- Ryś niby przyznaje, iż ma prawo mówić żydom o swojej "wierze". Tu jest problem po pierwsze tego rodzaju, iż nie ma choćby jednego przykładu, by Ryś publicznie powiedział żydom, że Jezus Chrystus jest drogą, prawdą i życiem. Nic nie wskazuje na to, by powiedział to jakiemuś żydowi prywatnie, a jeśli powiedział, to zupełnie bezowocnie, gdyż nie ma żadnego przykładu żyda nawróconego przez niego. Po drugie, sprowadzenie sprawy do "wiary" Rysiowej oraz najwyżej prywatnego mówienia o niej cuchnie subiektywizmem i relatywizmem. Jeśli by bowiem Ryś nawet wierzył niby po katolicku, to nic nie wskazuje na to, by uważał tę wiarę za prawdziwą i adresowaną do wszystkich, także do żydów. 

Rymowski wygląda na jako tako przygotowanego:


Zauważmy tutaj najpierw Rysiową mowę ciała: on jest wyraźnie - mówiąc delikatnie - poirytowany takimi pytaniami. Można się domyślać, dlaczego. Obłuda boi się zdemaskowania. 

Postawione pytanie jest dość proste. Ryś jako sprawny manipulant właściwie nie odpowiada, ale jego wymijająca odpowiedź jest jednak znacząca. W pytaniu chodzi o warunki zbawienia po stronie człowieka, nie o to, skąd pochodzi zbawienie. Żaden chrześcijanin nie neguje, że jesteśmy zbawieni przez łaskę. Katolicy różnią się jednak od heretyków (zwłaszcza protestanckich) co do warunków koniecznych do spełnienia po stronie człowieka. Uciekając od tej kwestii Ryś właściwie neguje soteriologię katolicką, która dość wyraźnie mówi - począwszy od Nowego Testamentu, a nawet już od Starego - że łaska Boża apeluje o nawrócenie człowieka, czyli do jego wolnej woli, przez którą człowiek albo przyjmuje łaskę zbawczą, albo ją odrzuca (stąd konieczność wiecznego potępienia). Rysiowi to oczywiście nie pasuje, gdyż protestancka koncepcja zbawienia tylko przez łaskę ("sola gratia") zrzuca odpowiedzialność na Boga, co jest oczywiście bluźnierstwem, a równocześnie usprawiedliwia brak woli nawrócenia także u żydów. 


Także tutaj Ryś okazuje się mistrzem krętactwa i omijania pytań. Rymanowski stawia proste pytanie teologiczne, a Ryś je zbija jako "bardzo teoretyczne". Zauważmy: pytanie nie jest o to, czy dany człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa może się zbawić, lecz o zasadniczą, ogólną możliwość. Na to właściwe pytanie Ryś nie odpowiada i widocznie nie chce odpowiedzieć. A dlaczego nie chce odpowiedzieć? Jest tylko jedna możliwość: nie przejdzie mu przez usta powiedzenie, że człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa nie może się zbawić, bo wtedy by wyznał wiarę katolicką i obraził żydów. Nie chce też powiedzieć, że człowiek odrzucający Jezusy Chrystusa generalnie może się zbawić, gdyż wówczas zdemaskowałby się jako apostata. Dlatego właśnie ucieka w badanie konkretnych przypadków, niby nie określając się, a Rymanowski zaniedbuje dopytania. A należałoby dopytać, jakie to warunki w konkretnym przypadku umożliwiają, a jakie uniemożliwiają zbawienie. 


Tutaj punktem wyjścia jest dość durny argument niektórych - akurat modernistycznych - krytyków listu KEP, sugerujący, jakoby prawdziwość i fałszywość zależała od momentu. 

Zachowanie w zakrystii


Rzeczywiście problem istnieje i dobrze, że został poruszony. 

Rzeczywiście, zakrystia jest integralną częścią świątyni, służącą bliższemu i dalszemu przygotowaniu liturgii czyli sprawowania kultu Bożego. Tylko temu celowi to miejsce powinno służyć, a każde sprzeniewierzenie się temu celowi jest nadużyciem i grzechem bezczeszczenia miejsca świętego. 

Ten grzech rozplenił się zwłaszcza za przyczyną Mszy tzw. polowych, głównie znanych z podróży Jana Pawła II i jego następców, gdzie także zakrystia była polowa, a "świątynią" łąki, pastwiska, stadiony itp. Ryba psuje się od głowy, więc także w tym wypadku haniebny przykład szedł z góry. 

Oczywiście mogą się zdarzyć sytuacje, gdy w zakrystii trzeba poruszyć jakieś kwestie nie związane bezpośrednio z liturgią. To są jednak tylko wyjątki, a również wtedy obowiązuje pamięć o tym, że jest to część miejsca świętego, czyli przeznaczonego do sprawowania kultu Bożego, a nie dla rozrywki czy życia towarzyskiego duchownych czy innych osób. 


Jak przyjmować Magisterium Kościoła?


Sprawa jest właściwie prosta. 

Po pierwsze, w pojęciu katolickim wiara nie niweczy rozumności człowieczej, ani jej się nie sprzeciwia, lecz udoskonala i podnosi na wyższy poziom. To w protestanckim - i też w ateistycznym - pojęciu wiara jest przeciwnikiem, nawet wrogiem rozumności (i odwrotnie). Dlatego podstawą katolicyzmu są argumenty rozumowe za istnieniem Boga oraz za prawdziwością religii chrześcijańskiej i Kościoła katolickiego. Natomiast podstawą protestantyzmu jest ślepa - bardziej uczuciowa niż rozumna - ufność w to, co głosi protestancki kaznodzieja i co się samemu wyczytuje w Biblii. Nie trudno dostrzec, że właśnie protestanckie pojęcie wiary jest wpajane katolikom przez modernistów, czyli ślepe wierzenie w to, co oni głoszą w kazaniach czy jakichś papierach. 

Po drugie, przedmiotem wiary katolickiej nie jest kazanie czy jakiś dokument papierowy, lecz Boże Objawienie. To jest istotna różnica. Owszem, w normalnym Kościele kazania i dokumenty papierowe mają podawać nic innego jak tylko Boże Objawienie oraz jego wierne wyjaśnienie. Faktycznie jednak nie dzieje się tak zawsze i wszędzie, zwłaszcza w ostatnich 60-ciu latach. 

Po trzecie, żaden dokument Magisterium Kościoła nie wymaga od katolików wierzenia według protestanckiego pojęcia wiary. Wręcz przeciwnie: święty Sobór Watykański I w konstytucji dogmatycznej "Dei Filius" uroczyście i nieomylnie określił, na czym polega wierzenie po katolicku. 

Po czwarte, z wyłożonego tam pojęcia wiary wynika niezbędność stałego udziału rozumu i rozumności we wierzeniu po katolicku. Oznacza to, że katolik bynajmniej nie jest zobowiązany do delegowania myślenia komukolwiek, także przedstawicielom hierarchii czy teologom. Wręcz przeciwnie: rozumność oświecona wiarą, czyli rozumnym przyjęciem prawd wiary, jest właściwa każdemu wierzącemu po katolicku, niezależnie od stanowiska kościelnego czy pozycji społecznej. Innymi słowy: ponieważ normą najwyższą w Kościele jest Boże Objawienie, czyli prawdy wiary katolickiej podane w Piśmie św. i Tradycji Kościoła, to wszystkie akty czy to ustne i pisane mogą i muszą być ocenianie w świetle i według tej nadrzędnej normy. Dzięki temu Kościół Chrystusowy nie jest autorytarną sektą, gdzie aktualny guru decyduje o tym, co jest prawdą, a co fałszem, co jest dobre, a co złe, lecz każdy sprawujący władzę w Kościele podlega tym stałym i niezmiennym kryteriom. 

Po piąte, te proste zasady nie przypadkowo są zwalczane przez modernistów. Oni by chcieli przekształcić Kościół Chrystusowy w jedną z autorytarnych sekt. Temu ma służyć protestantyzacja Kościoła, do której zmierza ekumaniactwo. Najpierw jest relatywizacja prawd wiary katolickiej ("rozwój", "postęp", "uwspółcześnienie"), a na koniec całkowite odrzucenie pojęcia prawdy, by pozostało tylko ślepe poddanie się władzy, a ostatecznie ma to być władza antychrysta (której oznaki już są). 

Po szóste, wynikają z tego zasady praktyczne:

1. Poznawanie prawd wiary katolickiej, najpierw najlepiej z tradycyjnego katechizmu katolickiego. Bardziej zaawansowani mogą i powinni korzystać z tradycyjnych podręczników teologii katolickiej. Znajomość i przyjmowanie we wierze prawd nauczanych przez nieomylne Magisterium Kościoła jest podstawowym i niezbędnym narzędziem w myśleniu i działaniu po katolicku. 

2. Pamiętać należy, że nieomylne jest tylko to nauczanie Kościoła, które jest stałe. Nowości, zwłaszcza gdy są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem, nie tylko nie obowiązują, lecz muszą zostać odrzucone, nawet jeśli są głoszone przez przedstawicieli hierarchii, ponieważ nie stanowią i nie mogą stanowić nauczania Kościoła. 

W sprawie oszczerstw - ciąg dalszy


Na moje zapytanie Kajetan R. oświadczył, iż twierdzenie co do zaistnienia jego wypowiedzi podanej tutaj nie jest prawdziwe. 

W związku z tym oświadczam, że do momentu pojawienia się następnych dowodów sprawa tej wypowiedzi pozostaje niewyjaśniona, a zmierzające do wyjaśnienia ujawnienie jego tożsamości i naszej korespondencji, oraz zamieszczenie fotografii jako podejrzanego o przestępstwo kryminalne było niedostatecznie uzasadnione. 

Z powodu zaistnienia tej sytuacji wyrażam ubolewanie. 

Na życzenie zainteresowanego zamieszczam następujący text:



Jednak nie spodobało się zainteresowanemu:



Zauważmy, że zainteresowany nie jest zainteresowany tym, kto go obciążył rozpowszechnianiem oszczerstw co do mojej osoby, a jedynie tym, że się przed tym bronię, oraz tym, że ujawniłem jego przeszłość. 

Zauważmy też, że zainteresowany uporczywie chce mnie obrazić przez niestosowanie kulturalnej ortografii w zwracaniu się. To też świadczy o nim. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 30.4.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w ostatnich miesiącach nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 3000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Wymowa łacińska



Podzielam krytyczny stosunek śp. x. Romana Kneblewskiego do tzw. wymowy włoskiej, aczkolwiek jego argumentacja jest w znacznej części chybiona, gdyż on odwołuje się do wymowy polskiej, która z kolei opiera się na wymowie niemieckiej. Zaś ta ostatnia jest wprawdzie bliższa wymowie klasycznej niż wymowa włoska, ale nie do końca jej odpowiada. 

Osobiście uważam, że należy powrócić do wymowy klasycznej, gdzie każda litera ma określoną i niezmienianą wartość fonetyczną. Oznacza to, że c zawsze wymawia się jako k, t zawsze jako t, v (czyli u) zawsze jako u, a także dyftongi (ae, oe) zawsze jako takie, a nie jak proste samogłoski. Powody są wszelakie:

- konsekwentna wierność naturze zapisu języka łacińskiego jako fonetycznego, gdzie zapis dokładnie odpowiada wymowie i odwrotnie

- elegancja wymowy fonetycznej

- łatwość w rozumieniu oraz w uczeniu się

X. Kneblewski ma rację, gdy mówi, że wymowa włoska - określana błędnie jako rzymska czy kościelna - jest zepsuciem i wulgaryzacją łaciny, nawet jeśli jest od dłuższego czasu w użyciu w Rzymie i ogólnie w Kościele. Tego faktu nie może zmienić nawet zdanie św. Piusa X w liście do francuskiego arcybiskupa Bourges (źródło tutaj): 


Jak widać, przede wszystkim nie ma tu mowy o obowiązku przejęcia wymowy stosowanej w Rzymie, lecz Papież zachęca Francuzów do zbliżenia się do tej wymowy. Należy mieć oczywiście na uwadze, jakie cyrki wymowa francuska mogła i może wywijać z wymową, podobnie zresztą do Niemców, którzy oe przerabiają na swoje ö. 
W każdym razie nie ma tutaj mowy o wykluczeniu wymowy klasycznej, czyli tzw. restituta. 

Dopiero w wytycznych Kongregacji Seminariów i Studiów Uniwersyteckich z roku 1962 (czyli za pontyfikatu niesławnego Jana XXIII) jest powiedziane, że wprawdzie docenia się wymowę klasyczną czyli tzw. odtworzoną (restituta), ale z powodu jedności formy (uniformitatis causa) należy zachować wymowę zwaną - zresztą błędnie - rzymską (źródło tutaj, str. 345):

Zarówno konstytucja Jana XXIII "Veterum sapientia", do której te wytyczne się odnoszą, a której istotnym nakazem było m. in. zachowanie wykładania teologii po łacinie, jak też one same praktycznie nigdy nie weszły w życie, lecz wręcz przeciwnie, gdyż - jak powszechnie wiadomo - w krótce potem łacina zniknęła zupełnie nie tylko z sal wykładowych lecz także z liturgii. 

Osobiście od około 20 lat stosuję zawsze historycznie z całą pewnością pierwotną wymowę, jako jedynie zgodną z naturą języka łacińskiego. I każdemu polecam, oczywiście bez narzucania. 


Praca w niedzielę w gastronomii


Temat już był poruszany (tutaj i tutaj). Niniejsze pytanie jest jednak specyficzne, gdyż dotyczy konkretnej dziedziny. 

Oczywiście obowiązuje zasada ogólna: należy zachować charakter świąteczny niedzieli, zarówno osobiście w swoim zakresie jak też społecznie. Dotyczy to także życia rodzinnego. Oznacza to, że inaczej należy ocenić sytuację osoby samotnej, a inaczej ojca czy matki rodziny. Jeśli rodzic nie jest zmuszony do pracy w niedzielę dla zapewnienia utrzymania rodzinie, a pracą zapełnia czas, który powinien poświęcić bliskim, to praca w ten dzień jest grzeszna. 

Kryterium decyzji powinien być nie tylko zarobek, lecz właśnie dobro duchowe zarówno swoje i rodziny, jak też innych ludzi. 

Owszem, są miejsca, gdzie jest potrzeba zapewnienia wyżywienia np. osobom w podróży. Wówczas jest to potrzeba i funkcja społeczna, która usprawiedliwia odpowiednie dopasowanie. 

Główny, podstawowy problem leży w mentalności, czyli w zaniku świadomości szczególnego charakteru niedzieli także dla życia rodzinnego. Ci, którzy dla wygody idą w niedzielę na obiad do restauracji, nie myślą o jej pracownikach, którzy także mają rodziny. 

Jak już zaznaczyłem w poprzednich wpisach w temacie, Kościół daje w tej kwestii jedynie ogólne wskazówki, bez quasi talmudycznego określania szczegółów. Pozostawia tym samym pole dla osobistej decyzji w sumieniu. Jeszcze raz: należy kierować się przede wszystkim dobrem duchowym, także w aspekcie możliwego zgorszenia dla niewierzących. 

O jałmużnie


Rzeczywiście należy rozważnie i roztropnie postępować w udzielaniu jałmużny. Oczywiście, jeśli widzimy np. żebraka na ulicy, to można mu spontanicznie, bez długiego namysłu kupić coś do jedzenia, nawet jeśli nie mamy pewności, że jest w tym momencie głodny. Jeśli natomiast wsparcie ma być większe czy nawet jakby regularne, to należy dokładniej zbadać i przemyśleć przeznaczenie.

Nie muszę chyba się usprawiedliwiać z tego, że nie podam konkretnych organizacyj czy celów. Podam jednak główne zasady:

1. Jeśli w danym momencie nie ma wątpliwości co do godziwego przeznaczenia danej jałmużny, to czyn jest zbożny i na pewno nie grzeszny, nawet jeśli po fakcie okazałoby się, że nastąpiła pomyłka czy wręcz zostaliśmy oszukani co do potrzeby u danej osoby.

2. Nie ma obowiązku dokładnego badania danej osoby proszącej czy potrzebującej, lecz wystarczy trzeźwy osąd doraźny. 

3. Grzechem przynajmniej zaniedbania byłby natomiast zupełny brak namysłu i brak wzięcia pod uwagę, czy aby nie mamy stać się ofiarą pozorowanej potrzeby czy wręcz oszustwa. Przeznaczenie jałmużny oszustowi jest odebraniem jej osobie, która jej na prawdę potrzebuje. 

4. W razie gdy bez własnej winy, czy bez zaniedbania zwykłego doraźnego namysłu, staliśmy się ofiarą wyłudzenia, to nie ma grzechu. Równocześnie należy z tego wyciągnąć konsekwencje na przyszłość. 

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalna podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej:




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy choćby przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkoworkrakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórujący gościowi apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej dla kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym, czyli ze stajni masonów J. Tischner'a i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach" 

Kiedy popełniło się grzech śmiertelny?


Znamiona grzechu śmiertelnego powinny być znane i z pytania wynika, że są znane. Jednak przypominam:

1. ważkość sprawy (ciężar gatunkowy)

2. świadomość, że dany czyn jest grzechem

3. własnowolność czyli możliwość wyboru między popełnieniem danego czynu a jego niepopełnieniem

Jeśli te trzy warunki są spełnione równocześnie - czyli w tym samym czynie - to grzech jest ciężki czyli śmiertelny. 

W praktyce najtrudniejszą kwestią jest zwykle warunek pierwszy, czyli ocena ważności czynu. W tym też zawarte jest rozwiązanie: w razie wątpliwości osąd co do ważkości materii można i należy poddać ocenie spowiednika. 

Także co do warunku trzeciego rozstrzygająca powinna być ocena spowiednika. 

Drugi warunek jest najtrudniejszy w ocenie o tyle, że ktoś z zewnątrz nie jest w stanie tego ocenić, tzn. ostatecznie każdy sam musi wiedzieć, czy miał świadomość grzeszności danego czynu czy nie. 

W pytanie dostrzegam jest problem innego rodzaju, mianowicie zjawisko tzw. skrupulanctwa. Jest to rodzaj pokusy szatańskiej typowej w sytuacji osób początkujących w życiu duchowym i gorliwych. Stan takiej osoby jest taki, że zwykle nie popełnia grzechów ciężkich (przynajmniej od pewnego czasu) i tym samym szatanowi nie udaje się tej osoby zwieść ku takiemu grzechowi i tym samym do utraty łaski uświęcającej. Usiłuje więc człowiekowi zaszkodzić podstępnie, czyli wmawiając grzech ciężki czy przynajmniej silne i natrętne wątpliwości tam, gdzie tego grzechu obiektywnie nie ma. Stąd wynika główny środek zaradczy, mianowicie słuchanie spowiednika i kierownika duchowego. 

Jest jednak także nie mniej istotny środek zaradczy, który jakby leczy skrupulanctwo u jego korzenia, mianowicie w jego egocentryźmie. Takim środkiem jest zwiększenie swojej uwagi na dobrych uczynkach i ogólnie na potrzebach bliźnich. Zwykle, a chyba nawet zawsze skrupuły wiążą się z przesadnym skupieniem na swoich doznaniach i przeżyciach duchowych, co zawsze oznacza zaniedbanie miłości bliźniego i świadomego, zamierzonego działania na chwałę Bożą. Dlatego serdecznie polecam zastanowić się: czy i na ile myślę przynajmniej z taką samą uwagą i poświęceniem czasu o tym, co mogę dobrego uczynić bliźnim, co mogę im ofiarować, jaką pomoc wyświadczyć i to zupełnie bezinteresownie. To jest najskuteczniejsze i właściwie niezawodne lekarstwo na skrupulanctwo. 


Wobec oszczerstw - prośba do P. T. Czytelników






Temat już poruszyłem okazyjnie kilka lat temu (tutaj). Widocznie żyje nadal, co sprawia, że jestem zmuszony ponownie go poruszyć. 

Otrzymałem bowiem następującą wiadomość (imię i nazwisko autora zostało podane):


Autor dodał jeszcze:


Odpowiedziałem na to:


W związku z tym proszę wszystkich Państwa o pomoc w ustaleniu tej okoliczności:

Jeśli ktoś z Państwa był świadkiem takiej wypowiedzi tejże osoby czy też tego typu wypowiedzi innych osób, to proszę o skontaktowanie się ze mną (można przez formularz kontaktowy bądź na adres: sacdrdjo@gmail.com). 

Tutaj nie chodzi tylko o moje dobra osobiste, lecz o dobro Kościoła, a każdy katolik ma obowiązek dbania o to dobro. 

Kogo wybierać?


Kwestia jest rzeczywiście ważna i niełatwa, a równocześnie bardzo aktualna współcześnie wszędzie tam, gdzie jest tzw. demokracja czyli wyłanianie sprawujących władzę w wyniku wyborów mniej czy bardziej uczciwych. 

Tutaj nie ma oficjalnego stanowiska Magisterium Kościoła. Są tylko ogólne wytyczne w dokumentach papieskich (tzw. encyklikach społecznych) oraz okazyjne głosy papieży oraz biskupów. Oznacza to, że konkretny wybór pozostawiony jest sumieniu katolika. To go stawia w niełatwej sytuacji tym bardziej, że brakuje znajomości nauczania Kościoła w tej dziedzinie po stronie duchownych, a tym bardzie - wskutek tego - także pośród świeckich. 

Naczelną zasadą jest zachęcanie katolików do udziału w życiu społecznym i w działalności politycznej zarówno aktywnej (jako czynni politycy) jak też aktywno-pasywnej czyli jako wyborcy. Tutaj tkwi już po części odpowiedź na pytanie: głównym wątkiem nauczania Kościoła jest aktywność katolików w znaczeniu programu polityki zgodnej z tym nauczaniem, czyli przede wszystkim z prawem naturalnym oraz z etyką chrześcijańską. Na tym właśnie polega kluczowy problem, gdyż z braku partyj czy ugrupowań o takim charakterze wynikają rozterki katolickich wyborców, czyli problem wskazany w powyższym pytaniu. Z tego też wynika główne zadanie Kościoła, mianowicie wychowanie politycznej elity katolików. I tutaj właśnie mamy bardzo poważny problem począwszy od lat 60-ych obiegłego wieku, czyli od początku flirtowania hierarchii kościelnej oraz katolików świeckich z lewackimi nurtami politycznymi, co się wiąże ze pewnym - mniej czy bardziej zamaskowanym - odejściem od klasycznej teologii politycznej oraz nauczania społecznego Kościoła (co miało postać głównie tzw. chadecji czyli chrześcijańskiej demokracji, obecnej także obecnie w tzw. partiach ludowych, które jeszcze bardziej oddaliły się od prawa naturalnego i etyki chrześcijańskiej). 

Co ma czynić w takiej sytuacji zwykły katolik? Gdy w danych wyborach nie ma partii czy kandydata o poglądach i z programem konsekwentnie katolickim, to pozostają właściwie tylko dwie możliwości: albo nie wzięcie udziału w wyborach, albo dokonanie wyboru takiego, który jest najbliższy programowi katolickiemu. Pierwsza możliwość oznacza zwykle pozostawienie pola walki nurtom i wyborcom lewackim czy wręcz antychrześcijańskim, co jest nie do usprawiedliwienia, gdyż jest de facto głosem na ich korzyść. Skoro pozostaje tylko druga możliwość, to należy z niej korzystać. 

Obserwując tzw. scenę polityczną zarówno w Polsce jak też w innych krajach przynajmniej europejskich, można zauważyć, iż w jej budowaniu realizowany jest - w znacznej, może nawet decydującej mierze - właściwie taki sam schemat. Jest istotnym składnikiem jest dbanie o to, by żadne ugrupowanie nie reprezentowało w całości zasad katolickich, zarówno teoretycznie (programowo) jak też w praktyce. Stąd dylemat jest dla katolickich wyborców poważny. 

Powyższe pytanie wynika ze zrozumiałego konfliktu sumienia, to znaczy jego tłem jest wola takiego oddania głosu czy ogólnie udziału w życiu społeczno-politycznym, który odpowiada wierze katolickiej. To jest słuszny i dobry punkt wyjścia. Jednak niebezpieczeństwo polega tutaj na skupieniu się na własnej "czystości" politycznej, czyli całkowitego odrzucenia wszelkiej odpowiedzialności za działania polityków, które nie licują z zasadami katolickimi, choćby nawet przez oddanie na nich głosu. Spojrzenie i rozpatrzenie powinno być szersze, mianowicie powinno być realistyczne w tym znaczeniu, że należy dokonać wyboru, który w danej sytuacji daje największą czy optymalną szansę na realizowanie polityki zgodnej z zasadami katolickimi. Innymi słowy: nie własna "czystość" jest tutaj istotna, lecz to, co mogę i powinienem w danej chwili i sytuacji uczynić, by życie społeczno-polityczne miało charakter jak najbliższy tym zasadom. 

Wiąże się z tym kwestia dość często się pojawiająca, mianowicie wyrachowania wyborczego: czy powinienem (wolno mi) głosować na ugrupowanie, które jest wprawdzie najbliższe zasadom katolickim (oczywiście tym tradycyjnym) lecz ma mniejsze czy wręcz nikłe szanse - według mnie czy bardziej wiarygodnych sondaży - szanse na sukces wyborczy. Myślę, to jest obecnie główny dylemat katolików w Polsce. Przyznam, że nie potrafię obecnie dać jednoznacznej odpowiedzi, gdyż zależy ona od arytmetyki w danej chwili oraz od rzetelności i wiarygodności sondaży. Jednak pod względem moralnym sprawa jest dość prosta: jeśli biorę pod uwagę wszystkie istotne aspekty oraz mam wolę przyczynienia się do tego, by zasady katolickie były realizowane w polityce, to jest to wystarczające do tego, by wybór był moralnie dobry. 


Dobroć Pasterza



Ewangelia z drugiej niedzieli po święcie Paschy jest właściwie znacznie krótsza (10,11-16), co wynika z charakteru okresu paschalnego oraz ze względów praktycznych, gdyż dłuższe czytania są w liturgii rzymskiej charakterystyczne dla okresów i dni pokutnych, nie świątecznych. Tym niemniej dla jej właściwego, pełniejszego zrozumienia konieczne jest uwzględnienie najbliższego kontextu w tym rozdziale Ewangelii św. Janowej. 

J 10,1-19:

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto nie wchodzi przez bramę do zagrody owiec, lecz wstępuje inną drogą, ten jest złodziejem i zbójcą;
A kto wchodzi przez bramę, ten jest pasterzem owiec.
Temu odźwierny otwiera, a owce słuchają jego głosu; i woła swoje owce po imieniu i je wyprowadza.
Kiedy wypędzi swoje owce, idzie przed nimi, a owce idą za nim, bo znają jego głos.
Zaś za obcym nie pójdą, ale uciekną od niego, bowiem nie znają głosu obcych.
Taką przypowieść powiedział im Jezus; ale oni nie zrozumieli czym było to, co im mówił.
Zatem Jezus znów im powiedział: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że ja jestem bramą owiec.
Wszyscy, którzy przyszli przede mną, są złodziejami i zbójcami; a owce ich nie usłuchały.
Ja jestem bramą; jeśli ktoś wejdzie przeze mnie - zostanie zbawiony i wejdzie i wyjdzie i znajdzie pastwisko.
Złodziej nie przychodzi, lecz aby ukradł, zabił i zniszczył - ja przyszedłem, aby miały życie i miały obficie.
Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz kładzie swe życie za owce.
Najemnik i ten, co nie jest pasterzem, którego owce nie są własne, widząc przychodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa oraz rozprasza owce.
Zaś najemnik ucieka, bo jest najemnikiem oraz nie troszczy się o owce.
Ja jestem dobrym pasterzem, i znam moje i jestem znany przez nie. 
Jak zna mnie Ojciec, a ja znam Ojca, i moje życie kładę za owce. 
Lecz mam także inne owce, która nie są z tej owczarni - i tamte trzeba mi prowadzić; a będą słuchać mojego głosu i będzie jedna pasterzownia i jeden pasterz.
Dlatego miłuje mnie Ojciec, bo ja kładę me życie, abym je znowu wziął.  
Nikt go ode mnie nie wyrywa, lecz ja kładę je od samego siebie; mam siłę je kładać i mam siłę je znowu wziąć; takie polecenie otrzymałem od mego Ojca.
Z powodu tych słów, znowu powstał rozłam między Żydami.


αμην αμην λεγω υμιν ο μη εισερχομενος δια της θυρας εις την αυλην των προβατων αλλα αναβαινων αλλαχοθεν εκεινος κλεπτης εστιν και ληστης
ο δε εισερχομενος δια της θυρας ποιμην εστιν των προβατων
τουτω ο θυρωρος ανοιγει και τα προβατα της φωνης αυτου ακουει και τα ιδια προβατα καλει κατ ονομα και εξαγει αυτα
και οταν τα ιδια προβατα εκβαλη εμπροσθεν αυτων πορευεται και τα προβατα αυτω ακολουθει οτι οιδασιν την φωνην αυτου
αλλοτριω δε ου μη ακολουθησωσιν αλλα φευξονται απ αυτου οτι ουκ οιδασιν των αλλοτριων την φωνην
ταυτην την παροιμιαν ειπεν αυτοις ο ιησους εκεινοι δε ουκ εγνωσαν τινα ην α ελαλει αυτοις
ειπεν ουν παλιν αυτοις ο ιησους αμην αμην λεγω υμιν οτι εγω ειμι η θυρα των προβατων
παντες οσοι προ εμου ηλθον κλεπται εισιν και λησται αλλ ουκ ηκουσαν αυτων τα προβατα
εγω ειμι η θυρα δι εμου εαν τις εισελθη σωθησεται και εισελευσεται και εξελευσεται και νομην ευρησει
ο κλεπτης ουκ ερχεται ει μη ινα κλεψη και θυση και απολεση εγω ηλθον ινα ζωην εχωσιν και περισσον εχωσιν
εγω ειμι ο ποιμην ο καλος ο ποιμην ο καλος την ψυχην αυτου τιθησιν υπερ των προβατων
ο μισθωτος δε και ουκ ων ποιμην ου ουκ εισιν τα προβατα ιδια θεωρει τον λυκον ερχομενον και αφιησιν τα προβατα και φευγει και ο λυκος αρπαζει αυτα και σκορπιζει τα προβατα
ο δε μισθωτος φευγει οτι μισθωτος εστιν και ου μελει αυτω περι των προβατων
εγω ειμι ο ποιμην ο καλος και γινωσκω τα εμα και γινωσκομαι υπο των εμων
καθως γινωσκει με ο πατηρ καγω γινωσκω τον πατερα και την ψυχην μου τιθημι υπερ των προβατων
και αλλα προβατα εχω α ουκ εστιν εκ της αυλης ταυτης κακεινα με δει αγαγειν και της φωνης μου ακουσουσιν και γενησεται μια ποιμνη εις ποιμην
δια τουτο ο πατηρ με αγαπα οτι εγω τιθημι την ψυχην μου ινα παλιν λαβω αυτην
ουδεις αιρει αυτην απ εμου αλλ εγω τιθημι αυτην απ εμαυτου εξουσιαν εχω θειναι αυτην και εξουσιαν εχω παλιν λαβειν αυτην ταυτην την εντολην ελαβον παρα του πατρος μου
σχισμα ουν παλιν εγενετο εν τοις ιουδαιοις δια τους λογους τουτους

Istotny jest także szerszy kontext biblijny i to już starotestamentalny. W psalmie 23 czytamy:

Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie
na niwach zielonych pasie mnie, nad wody spokojne prowadzi mnie,
duszę moją pokrzepia, wiedzie mnie ścieżkami sprawiedliwości ze względu na imię swoje.
Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną, laska twoja i kij twój mnie pocieszają,
zastawiasz przede mną stół wobec nieprzyjaciół moich, namaszczasz oliwą głowę moją, kielich mój przelewa się.
Dobroć i łaska towarzyszyć mi będą przez wszystkie dni życia mego i zamieszkam w domu Pana przez długie dni.

Prorok Ezechiel (34) nawiązuje do tego obrazu:

I doszło mnie słowo Pana tej treści:
Synu człowieczy, prorokuj przeciwko pasterzom Izraela, prorokuj i powiedz im: Pasterze! Tak mówi Wszechmocny Pan: Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie paśli! Czy pasterze nie powinni raczej paść trzody?
Mleko wy zjadacie, w wełnę wy się ubieracie, tuczne zarzynacie, lecz owiec nie pasiecie.
Słabej nie wzmacnialiście, chorej nie leczyliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zbłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie szukaliście, a nawet silną rządziliście gwałtem i surowo.
Tak rozproszyły się moje owce, gdyż nie było pasterza i były żerem dla wszelkiego zwierzęcia polnego. Rozproszyły się
I błąkały się moje owce po wszystkich górach i po wszystkich wysokich pagórkach; po całym kraju rozproszyły się moje owce, a nie było nikogo, kto by się o nie zatroszczył lub ich szukał.
Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pana!
Jakom żyw - mówi Wszechmocny Pan - ponieważ moje owce stały się łupem i ponieważ moje owce były żerem dla wszelkiego zwierzęcia polnego, gdyż nie było pasterza, a moi pasterze nie troszczyli się o moje owce, a sami się paśli pasterze, a moich owiec nie paśli,
Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pana!
Tak mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja wystąpię przeciwko pasterzom i zażądam od nich moich owiec, i usunę ich od pasienia moich owiec, i pasterze nie będą już paść samych siebie. Wyrwę moje owce z ich paszczy; nie będą już ich żerem.
Gdyż tak mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja sam zatroszczę się o moje owce i będę ich doglądał.
Jak pasterz troszczy się o swoją trzodę, gdy jest pośród swoich rozproszonych owiec, tak Ja zatroszczę się o moje owce i wyratuję je z wszystkich miejsc, dokąd zostały rozproszone w dniu chmurnym i mrocznym.
Wyprowadzę je spomiędzy ludów i zbiorę je z ziem; przyprowadzę je znowu do ich ziemi i będę je pasł na górach izraelskich, w dolinach i na wszystkich równinach kraju.
Będę je pasł na dobrych pastwiskach i ich błonie będzie na wysokich górach izraelskich. Tam będą odpoczywać na dobrym błoniu i będą się paść na tłustych pastwiskach na górach izraelskich.
Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam ułożę je na ich legowisku - mówi Wszechmocny Pan.
Będę szukał zaginionych, rozproszone sprowadzę z powrotem, zranione opatrzę, chore wzmocnię, tłustych i mocnych będę strzegł, i będę pasł sprawiedliwie.
Do was zaś, moje owce, mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja rozsądzę między owcą a owcą, między baranami i kozłami.
Czy nie dość wam tego, że spasacie najlepsze pastwisko, ale jeszcze resztę waszego pastwiska depczecie swoimi nogami, pijecie czystą wodę, ale jeszcze pozostałą resztę mącicie swoimi nogami?
I moje owce musiały paść się na tym, co zdeptały wasze nogi, i pić to, co zmąciły wasze nogi.
Dlatego tak mówi do nich Wszechmocny Pan: Oto Ja sam rozsądzę między owcami tłustymi a owcami chudymi.
Ponieważ odepchnęliście wszystkie słabe bokiem i plecami i odtrąciliście je swoimi rogami, aż wypchnęliście je na zewnątrz,
Dlatego wyratuję moją trzodę i już nie będzie łupem. Rozsądzę między owcą a owcą.
Ustanowię nad nimi jednego pasterza, mojego sługę Dawida, i będzie je pasł; będzie je pasł i będzie ich pasterzem.
A Ja, Pan, będę ich Bogiem, a mój sługa Dawid będzie księciem wśród nich - Ja, Pan, to powiedziałem.
Zawrę z nimi przymierze pokoju, wytępię z ziemi drapieżne zwierzęta, tak że będą bezpiecznie mieszkać nawet na pustyni i spać w lasach.
I złożę na nich i na otoczenie mojego wzgórza błogosławieństwo, i spuszczę na nich deszcz we właściwym czasie, a będzie to deszcz błogosławieństwa.
Wtedy drzewa leśne wydadzą swój owoc, a ziemia wyda swoje plony; będą bezpiecznie mieszkać na swojej ziemi i poznają, że Ja jestem Pan, gdy połamię drążki ich jarzma i wyratuję ich z ręki ich ciemiężców.
Już nie będą łupem narodów ani dzikie zwierzęta nie będą ich pożerać; będą bezpiecznie mieszkać, a nikt nie będzie ich straszył.
I wywiodę dla nich bujną roślinność, tak że już nie będą ofiarami głodu w kraju ani nie będą już znosić zniewag narodów.
I poznają, że Ja, Pan, ich Bóg, jestem z nimi, i że oni, dom izraelski, są moim ludem - mówi Wszechmocny Pan.
Moimi owcami jesteście, owcami mojego pastwiska, a Ja jestem waszym Bogiem - mówi Wszechmocny Pan.

Podobnie prorok Izajasz (40,9-11): 

Wyjdź na górę wysoką, zwiastunie dobrej wieści, Syjonie! Podnieś mocno swój głos, zwiastunie dobrej wieści, Jeruzalem! Podnieś, nie bój się! Mów do miast judzkich: Oto wasz Bóg!
Oto Wszechmocny, Jahwe przychodzi w mocy, jego ramię włada. Oto ci, których sobie zarobił, są z nimi, a ci, których wypracował, są przed nim.
Jak pasterz będzie pasł swoją trzodę, do swojego naręcza zbierze jagnięta i na swoim łonie będzie je nosił, a kotne będzie prowadził ostrożnie.

Te słowa prorockie, dobrze znane uczniom i słuchaczom Jezusowym, zapewne przychodziły na myśl, gdy On Siebie nazwał dobrym Pasterzem. W Jego słowach zawarta jest zarówno krytyka fałszywych i niedobrych pasterzy, których nazywa wręcz złodziejami i rabusiami, jak też Jego tożsamość i właściwość pasterska. 

Powyższy obraz przedstawia mozaikę powstałą około roku 450 w Rawennie w tzw. mauzoleum wybudowanym za cesarzowej o imieniu Aelia Galla Placydia. Jest ona typowym przykładem sztuki starochrześcijańskiej, która przedstawiała głównie wątki biblijne. Tutaj w sposób zarówno prosty jak też wymowny wręcz genialnie ilustruje słowa Pana Jezusa. Owce wsłuchane uważnie w pasterza, choć nie wszystkie zwrócone ku niemu, nie wyrażają ślepego posłuszeństwa, lecz słuchanie w wolności. Pasterz natomiast dwoma gestami: jedną ręką dzierży i ukazuje złoty krzyż - w kolorze aureoli i jego szat, drugą zaś ma zwróconą ku owcy w geście zarówno karmienia jak też czułości. Jego wzrok zwrócony jest poza obraz, ku oddali, czyli zapewne ku owcom, które nie są przy nim. Ten obraz jest nie tylko wymowny i bogaty w treść, lecz także dość dokładnie odpowiada Ewangelii, gdyż bardziej mówi o pasterzu niż o owcach. 

Podana przez ewangelistę reakcja słuchaczy na słowa Jezusowe - że między Żydami powstał rozłam - świadczy o ich rdzeniu: chodziło o to, kim jest Jezus. Żydzi doskonale to zrozumieli, gdyż według Pisma to Jahwe pasterzem, a po stronie ludzkiej - z ustanowienia Jahwe - król Dawid oraz obiecany Mesjasz z jego potomstwa. Wiązały się z tym określone oczekiwania, wręcz wymagania. Oni zrozumieli, że sprawa nie jest jedynie społeczno-polityczna. Istotne jest słuchanie głosu pasterza - Jezusa, a to zawsze odbywa się w sercu każdego. Oni trafnie wyczuli, że stosunek do tego Pasterza rozstrzyga się i ma konsekwencje dla własnego życia. 

Z jednej strony, zarówno każdy indywidualnie jak każda społeczność naturalnie potrzebuje przywództwa. Z drugiej zaś każdy w pewien sposób jest powołany do przewodzenia, choćby w minimalnym zakresie swojej prywatności, gdyż każdy człowiek, nawet najsłabszy i najmniej samodzielny ma w sobie zdolność do panowania na zasadzie podobieństwa do Stwórcy. Dlatego właśnie słowa Jezusowe o Dobrym Pasterzu dotykają każdego i są też kluczem do zdrowego człowieczeństwa i rozwoju duchowego. Równocześnie są też kluczem do rozwiązywania wszelkich problemów społecznych na każdej płaszczyźnie, począwszy od rodziny, a skończywszy na całej ludzkości. 

Kwestia sprowadza się ostatecznie do różnicy między działaniem dla innych i troską o innych, a zagarnianiem dla siebie i wykorzystywaniem innych do własnych celów. To przeciwieństwo ma różną postać, jednak znamiona są takie same i konsekwencje też. 

Ten sam jest i pozostanie na zawsze problem w przyjęciu Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, Pana i Pasterza. Jego oddanie życia dla naszego zbawienia pozostanie zawsze wezwaniem i prowokacją, gdyż wywołuje albo sprzeciw, albo infantylną obłudę, która wprawdzie jest gotowa korzystać, lecz bez naśladowania, co nie wytrzymuje próby czasu i nieuchronnych trudności. 

Dlatego właśnie co raz pojawiają się próby zafałszowania pasterstwa Jezusowego. W ostatnich dekadach życia Kościoła odbywa się to głównie za sprawą tzw. miłosierdzia Bożego. Ciekawe jest to, że Introit z tej niedzieli - drugiej po święcie Paschy - mówi akurat o miłosierdziu Boga. Wygląda na to, że nie przypadkowo apostazja faustyno-sopoćkowa upatrzyła sobie Niedzielę Białą (czyli pierwszą po święcie Paschy) jako wehikuł dla fałszowania prawdy o Bogu miłosiernym, który równocześnie zawsze jest sprawiedliwy. 

Prawda o Pasterzu ofiarowującym swoje życie czyli ukrzyżowanym dlatego budziła i budzi sprzeciw, że apeluje do pójścia za Nim. Niebezpieczeństwo polega tutaj nie tylko na braku gotowości do pójścia, lecz także na niewłaściwym, niemądrym pójściu, które polega na skupieniu się na sobie, nie na pożytku tych, dla których trzeba oddać swoje życie. 

Istnieje bowiem też niemądra ofiarność, nierozumne poświęcenie się. Można je sprowadzić do błędnego ujęcia "pełni życia", której Pan Jezus mówi. W świetle wiary katolickiej wiemy, że chodzi tutaj o zbawienie duszy, czyli życie wieczne. Osobiście gdy mam styczność z problemami wychowawczymi czy postwychowawczymi, dochodzę zwykle do wniosku, że sprowadzają się one do braku odpowiedniej, rozumnej troski o zbawienie duszy dziecka i to od początku wychowania. Ma to miejsce niestety także u wierzących, nawet u wyjątkowo religijnych rodziców. Właściwa troska o dusze dziecka nie ogranicza się do uczenia modlitwy, prowadzenia do kościoła, wysyłanie na lekcję religii itp., gdyż tutaj jest ryzyku sprowadzenia czy przeakcentowania przeżyć, może swego rodzaju wiedzy. O wiele bardziej istotne, kluczowe i fundamentalne jest wyrobienie w dziecku postawy wdzięczności, wzajemności i sprawiedliwości, która to cnota zawiera w sobie - co jest jasno wyłożone w klasycznej tomistycznej nauce katolickiej - cnotę religijności. Nie chodzi tutaj o wyrachowanie, które jest przeciwieństwem wspaniałomyślności i hojności w miłości. Aczkolwiek pewne, zdrowe - wynikające ze sprawiedliwości - wyrachowanie koniecznie tutaj przynależy: skoro wszystko otrzymaliśmy od Boga, to też wszystko powinniśmy Jemu oddać, a właściwie samych siebie. Wrogiem tej postawy jest nastawienie roszczeniowe: należy mi się wszystko, na co mam ochotę, nieważne, za jaką to jest cenę po stronie innych. Ten element jest właśnie zawarty w fałszywej ideologii faustyno-sopoćkowej, która wprost głosi, że im ktoś jest większym grzesznikiem, tym większe ma prawo do Bożego miłosierdzia. 

Zgubne owoce tej ideologii oraz związanej z nim postawy są nader widoczne na każdym poziomie życia, począwszy od rodziny aż po społeczności lokalne po narody i państwa. Tak kształtowane są kalekie, aspołeczne, nawet antyspołeczne charaktery, niezdolne do założenia rodziny czy choćby do uczciwej pracy na swoje utrzymanie. Stąd się biorą związki najwyżej tymczasowe, nastawione jedynie na zaspokajanie pożądliwości, a zdolne opiekować się najwyżej psieckiem czy kocieckiem dla własnej zabawy, gdyż to nie wymaga oddania choćby części swego życia na zawsze. 

W ten sposób Ewangelia Chrystusowa pozostaje zawsze aktualna. Nie tylko jako diagnoza, lecz jako zbawienne lekarstwo. Lekarzem jest sam Jezus Chrystus, a terapią jest słuchanie Jego głosu i pójście za Nim. Każdy uczynek będący umieraniem sobie a życiem dla Niego i dla zbawienia dusz jest krokiem ku uzdrowieniu nie tylko samego siebie lecz rodzin i społeczeństw. Jeśli społeczeństwa niegdyś chrześcijańskie - w tym Polska - wymierają bądź przynajmniej są poważnie zagrożone wymarciem, to właśnie dlatego, że przestały iść za Dobrym Pasterzem, zarówno społecznie jak też indywidualnie. Oby nie były konieczne bolesne wstrząsy, by nastąpiło opamiętanie i odwrócenie się od złodziei i zbójców, a nawrócenie do tego Jedynego, który prowadzi ku prawdziwemu życiu, życiu w pełni.