Teolog katolicki odpowiada
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Zaniechanie znaku krzyża
Jak szukać żony?
Odpowiedź jest właściwie prosta: dozwolone jest wszystko, co nie sprzeciwia się prawu Bożemu, zarówno naturalnemu jak i objawionemu w historii Zbawienia. Chodzi oczywiście zwłaszcza o sferę sexualną, pojętą w całości prawdy o człowieku i o drodze zbawienia dusz.
Pomijanie "amen"
Rzeczywiście taka moda się zagnieździła ostatnio. Trudno powiedzieć, z czego to wynika. nie znam żadnego uzasadnienia, które by zostało podane czy choćby zasugerowane publicznie. Trzeba by zapytać osoby, które coś takiego forsują. Można mieć różne domysły. Być może jest tego głębszy sens wynikający ze znaczenia hebrajskiego słowa "amen". W tłumaczeniu na polski starodawny oznacza ono "zaprawdę", w tłumaczeniu współczesnym można przetłumaczyć jako "na prawdę", bądź też "tak jest", "potwierdzam", "niech tak się stanie".
Wybranie
και μεθ ημερας εξ παραλαμβανει ο ιησους τον πετρον και ιακωβον και ιωαννην τον αδελφον αυτου και αναφερει αυτους εις ορος υψηλον κατ ιδιαν
και μετεμορφωθη εμπροσθεν αυτων και ελαμψεν το προσωπον αυτου ως ο ηλιος τα δε ιματια αυτου εγενετο λευκα ως το φως
και ιδου ωφθησαν αυτοις μωσης και ηλιας μετ αυτου συλλαλουντες
αποκριθεις δε ο πετρος ειπεν τω ιησου κυριε καλον εστιν ημας ωδε ειναι ει θελεις ποιησωμεν ωδε τρεις σκηνας σοι μιαν και μωση μιαν και μιαν ηλια
ετι αυτου λαλουντος ιδου νεφελη φωτεινη επεσκιασεν αυτους και ιδου φωνη εκ της νεφελης λεγουσα ουτος εστιν ο υιος μου ο αγαπητος εν ω ευδοκησα αυτου ακουετε
και ακουσαντες οι μαθηται επεσον επι προσωπον αυτων και εφοβηθησαν σφοδρα
και προσελθων ο ιησους ηψατο αυτων και ειπεν εγερθητε και μη φοβεισθε
επαραντες δε τους οφθαλμους αυτων ουδενα ειδον ει μη τον ιησουν μονον
και καταβαινοντων αυτων απο του ορους ενετειλατο αυτοις ο ιησους λεγων μηδενι ειπητε το οραμα εως ου ο υιος του ανθρωπου εκ νεκρων αναστη
Trzej uczniowie – Szymon Piotr, Jakub i Jan – stanowili najbliższe grono przy Panu Jezusie ze Jego wyboru. Tylko oni byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira, tylko oni uczestniczyli w Przemienieniu na Górze, to właśnie oni towarzyszli Mistrzowi podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym u początku Męki, zresztą zachowując się dość niegodnie, ze słabości. Otrzymali oni też specjalne zadania w planie Bożym: Piotr stał się Opoką dla Kościoła, Jakub został pierwszym zabitym w świadectwie krwi, Jan, ten szczególnie umiłowany, przebywał najdłużej na ziemi, opiekował się Matką Mistrza po Jego Śmierci, nauczał Kościół najdłużej z Apostołów i przekazał mu Księgę Apokalipsy – pouczenie, ostrzeżenie i pocieszenie na wszystkie czasy, aż do skończenia świata.
Trzy różne posłannictwa, jednak mające to samo źródło i ten sam fundament – poznanie prawdy i tajemnicy Jezusa Chrystusa. Wydarzenie na górze było dla nich zarówno czytelne, jak też przedziwne, zaskakujące i zachwycające. Światłość jest powszechnym symbolem Boskości. Postacie Mojżesza i Eliasza to główni reprezentanci Objawienia Starego Przymierza. Obłok był znany z Księgi Wyjścia jako znak tajemniczej i potężnej obecności Boga. Uczniowie byli najpierw widzami i słuchaczami rozmowy Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Piotr, jak zwykle skory do mówienia i działania, miał natychmiast odpowiedni pomysł. Uczniowie zostali jednak napomniani przez sam głos z obłoku do posłuszeństwa Mistrzowi, do uczenia się i słuchania Jego. Tym samym zostali wezwani, by nie zatrzymywali się na zachwycie wrażeniem wizualnym. To przeżycie może być właściwie zrozumiane i przyjęte jedynie według nauczania i prowadzenia przez Jezusa. Tego Jezusa, który krótko przedtem zapowiedział Swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie.
Myśmy przywykli powierzchownie przynajmniej do mówienia o tych sprawach. Inną sprawą jest, czy rzeczywiście trafiają one do nas, mimo dorocznych obchodów liturgicznych. Celebrowanie pamiątki wydarzeń paschalnych ma właśnie ten sens, że powinno nas poruszyć przynajmniej cząstkowo w taki sposób, jak poruszało uczniów wtedy. Gdy słyszeli Jezusową zapowiedź Męki i Zmartwychwstania, była ona dla nich czymś odległym, abstrakcyjnym aż do momentu spełnienia. Ich reakcja była rodzajem sprzeciwu czy wręcz buntu. Słusznie wyczuwali, że chodzi także o ich własny, osobisty los, o ich przyszłość.
Przemienienie na górze stało się udziałem akurat tych Apostołów, którzy najbardziej sprzeciwiali się perspektywie Krzyża, przynajmniej według danych zawartych w Piśmie św.: Piotr wprost robił wyrzuty Jezusowi z powodu zapowiedzi Męki, o zaszczytne miejsca w Królestwie mesjańskim dla swoich synów prosiła matka Jakuba i Jana, bez sprzeciwu z ich strony. Tak więc wybranie do widzenia na górze nie było wyróżnieniem z dowolnej sympatii, lecz miało realne podstawy w osobowościach i postawach tych właśnie uczniów. Jeszcze wyraźniej ukazuje się ten związek w Ewangelii św. Łukaszowej, gdzie podane jest, że Mojżesz i Eliasz rozmawiali z Jezusem o Męce. To połączenie perspektywy cierpienia z doznaniem zachwytu i bojaźni wobec tajemnicy jest adresowane nie tylko do tych trzech uczniów wówczas, lecz do każdego człowieka w sposób i na miarę jego wybrania do udziału w Krzyżu i promieniowaniu Boskości.
Piotr, Jakub i Jan zostali przez Jezusa zobowiązani do zachowania tajemnicy aż do Zmartwychwstania, czyli objawienia uwielbionego Ciała. Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa było stale zjednoczone z Jego Bóstwem. Owo pozostawało jednak na co dzień ukryte. Ujawniane było jedynie w znakach Bożej wszechmocy czyli cudach. Czekanie do spełnienia się zapowiedzi Męki, Śmierci i Zmartwychwstania było konieczne z tego powodu, że uczniowie mieli być naocznymi świadkami tych wszystkich wydarzeń, które dopiero w całości doświadczone mogły być prawdziwie przyjęte i przekazywane. Do tej koniecznej zupełności brakowało przytomności ukrzyżowania Mistrza, które było dla uczniów doznaniem także osobistej klęski, rozczarowania, słabości i upadku.
Widząc świetlisto-chwalebną postać Mistrza Apostołowie zostali umocnieni na czas nadchodzącej próby wiary. W świetle Ewangelii wygląda na to, że to umocnienie jedynie u Jana okazało się skuteczne, który jako jedyny towarzyszył Jezusowi aż po grób. Zapewne jednak miało ono znaczenie także dla Piotra i Jakuba, choć mogło zaowocować dopiero w ich późniejszym życiu i działalności. Ich widzenie przekazane nam przez Ewangelistów także dla nas ma być umocnieniem we wierze, zwłaszcza na czas próby w doświadczeniu cierpienia, klęski i słabości.
Syn Boży wszedł w nasz świat ukrywając swoją Boską chwałę nie tylko zewnętrznie. On stał się Człowiekiem, czyli pod względem człowieczeństwa jednym z nas. Jego przejmująca Męka i Śmierć dowodzą wewnętrznego wzięcia całej i dogłębnej nędzy naszego człowieczeństwa przez Niego. On wziął ją na siebie, do siebie i w siebie nie przestając być Bogiem – po to, żeby żadna nędza, żaden ból, żadna ciemność naszej egzystencji nie pozostawały poza Jego światłością, która jest prawdą miłości.
Dlatego właśnie wybrał na zawsze ciemność cierpienia i śmierci na sanktuarium dla swojej chwały – Najświętszą Ofiarę. Dlatego w centrum Jego świątyń znajduje się Krzyż. Dlatego też każde cierpienie, każdy cierpiący człowiek, każdy dom naznaczony cierpieniem – cielesnym czy duchowym – może być i przynajmniej potencjalnie jest wybranym, świętym miejscem dla Jego chwały.
Ta prawidłowość ukazuje się najczęściej dopiero po czasie. W chwilach mrocznych zwątpienia czy rozpaczy zwykle nie widać żadnego światła, nawet pomimo promyków ludzkiej nadziei, współczucia czy dobroci. Wtedy właśnie człowiek staje się gotowy doświadczyć, że tylko Bóg, który jest światłością nieprzeniknioną, może rozjaśnić i opromienić przepaści zła, bólu i strachu.
Wiara przekazana nam przez Apostołów, dana nam z wybrania Bożego, jest dla nas i po wsze czasy naszą Górą Tabor. W jej świetle widzimy Boską chwałę Jezusa Chrystusa, który dla nas stał się Człowiekiem i dał się ukrzyżować. On nam daje również szczególne chwile i miejsca (zwłaszcza na modlitwie czy to indywidualnej czy wspólnotowej), dzięki którym możemy także pośród i pomimo ciężkich i przykrych prób doznać przynajmniej duchowo Jego bliskości chwalebnej, miłującej, umacniającej, pocieszającej, rozpraszającej mroki. “Dobrze nam tu być” – dobrze jest trwać w świetle wiary prawdziwej, w łasce wybrania.
Podziękowanie
Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):
94 1020 4274 0000 1102 0067 1784
Co to jest "Msza święta wszechczasów"?
Przyznam, że nie wiem, kto jako pierwszy użył tego określenia. Wygląda na to, że ma pochodzenie kaznodziejsko-publicystyczne, oczywiście apologetyczno-polemiczne.
Obecnie funkcjonuje ono w opozycji czy przynajmniej w odróżnieniu od Novus Ordo, które jest tym samym uważane za nowoczesny wynalazek. Nierzadko wywołuje to sprzeciw ze strony fanatycznych wyznawców modernizmu. Jak to w sporach zwykle bywa, mało jest w tym merytoryki i rzetelności.
Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że tzw. nowa msza jest wymysłem mniej więcej połowy XX w. Nie zmienia tego fakt, że autorzy tego pomysłu powołują się na starożytne - czy raczej rzekomo starożytne - pochodzenie poszczególnych elementów. W rzeczywistości jednak zarówno jako całość jak też chyba we wszystkim elementach odróżniających od liturgii tradycyjnej jest to obrzęd stworzony na nowo, co jest szczególnie widoczne w jego wersjach skrajnie modernistycznych, które zresztą przeważają obecnie. Przykłady:
- celebracja w kierunku ludu
- w języku potocznym
- żydowskie błogosławieństwo posiłku jako modlitwy ofiarowania
- nowe "modlitwy eucharystyczne"
- koncelebra sakramentalna
- lektorki i ministrantki
- komunia dołapna.
To są nowości tak potężne a zarazem istotne, że zupełnie przyćmiewają takie rzekomo przywrócone tradycyjne elementy jak modlitwa powszechna i procesja z darami, które są przecież mniej niż drugo- czy nawet trzeciorzędne w teologicznej wymowie Mszy św.
Innymi słowy: wprawdzie Novus Ordo uzurpuje sobie bliskość i wierność liturgii względem liturgii czasów apostolskich i patrystycznych, to jednak co do zawartości teologicznej to liturgia tzw. przedsoborowa jest znacznie bliższa, a właściwie wręcz identyczna i tym samym ponadczasowa czyli "wszechczasowa". Wiadomo, że obrzędy w znaczeniu gestów, znaków i też konkretnych słów są zmienne. Niezmienna jest natomiast treść teologiczna, o ile jest zakorzeniona w Bożym Objawieniu. Właśnie przede wszystkim z powodu wierności Bożemu Objawieniu tzw. msza trydencka jest "mszą wszechczasów".
W tym też znaczeniu właśnie ta Msza św. będzie trwała do końca czasów, gdyż Boże Objawienie będzie trwało i Kościół będzie sprawował Mszę św. Nie oznacza to, że Msza św. tradycyjna na zawsze pozostanie dokładnie w takiej postaci, jaką znamy obecnie. Teologicznie nie można wykluczać zmian, które nie oddalają od Bożego Objawienia, lecz jeszcze bardziej do niego zbliżają w tym znaczeniu, że je coraz bardziej wyrażają i poświadczają. Tak gdyby np. doszło do jeszcze dokładniejszego zabezpieczenia Najświętszego Sakramentu przed zbezczeszczeniem, to byłaby to zmiana we wierności Bożemu Objawieniu, a nie przeciw niemu (jak to jest niestety w Novus Ordo).
Jak rozumieć "zmysł wiary"?
Temat jest rzeczywiście aktualny, a równocześnie dość szeroki i niełatwy, choć można go też streścić. Od 2014 r. istnieje dokument Papieskiej Komisji Teologicznej, kierowanej wówczas przez kard. G. Müller‘a (do poczytania tutaj w kilku językach, po polsku nie znalazłem). Zachęcam do zapoznania się przynamniej pobieżnego. W tym temacie nie znam szerszego opracowania. Myślę, że nie byłoby celowe streszczanie całego tego dokumentu. Dlatego odpowiem jedynie krótko i jak najprościej.
Rozróżnia się między "sensu fidei fidelis" a "sensus fidei fidelium", czyli między osobistym zmysłem wiary poszczególnego wiernego a zmysłem wiary właściwym dla wszystkich wiernych czyli dla całego Kościoła. Te dwa aspekty są ściśle powiązane, co stało się szczególnie istotne w obliczu protestantyzmu, który stawiał na osobisty akt wiary kosztem wiary Kościoła.
Burza przed ciszą?
Od około trzech tygodni (dokładniej od 2 lutego 2026 r.) trwa - przeważnie dość burzliwa - debata w kwestii zapowiedzianej sakry biskupiej w FSSPX oraz wydarzeń z tym związanych. Po zapowiedzi (2.II.2026) nastąpiło dnia 12.II. spotkanie między przełożonym generalnym FSSPX a kard. Victor'em Manuel'em Fernandez'em ("Tucho") na zaproszenie tego ostatniego. Ten ostatni wydał komunikat o spotkaniu, kilka dni po nim wydał komunikat także x. Pagliarani, zapowiadając odpowiedź na propozycję przedłożoną przez Tucho. W końcu 18.II.2026 został opublikowany list wierchuszki FSSPX (tzw. rady generalnej), odpowiadający na propozycję. Treść nie jest zaskakująca co do istoty, gdyż można było się spodziewać, iż oferta "dialogu teologicznego" w zamian za zawieszenie zamiaru konsekrowania biskupów nie zostanie przyjęta. Tym niemniej w liście jest zawartych kilka znamiennych szczegółów.
Po pierwsze, jest mowa o tym, że już w 2019 r. x. Pagliarani wkrótce po objęciu swego urzędu pisemnie wystosował do Rzymu propozycję dialogu teologicznego z konkretnymi tematami oraz co do składu uczestników ze strony FSSPX. Istotne jest także to, iż przebieg obrad miał zostać opublikowany. To właśnie szczególnie nie spodobało się drugiej stronie i było chyba głównym powodem milczącego odrzucenia propozycji. X. Pagliarani liczył zapewne na to, że publiczna debata obnażyłaby publicznie obłudę strony rzymskiej czyli zdradę tradycyjnego nauczania Kościoła. Osoby w Rzymie przezornie nie dały się zwabić w taką pułapkę, stawiając na przeczekanie czyli zaistnienie obecnej sytuacji bliskiego zamiaru sakry biskupiej.
Po drugie, dowiedzieliśmy się, że x. Pagliarani dwukrotnie prosił Leona XIV o audiencję, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Po latach - chyba od 2019 r. - reakcja z Rzymu pojawiła się dopiero teraz - niemal natychmiast po zapowiedzi konsekrowania biskupów. Nasuwa się pytanie, jak to należy rozumieć. Są zasadniczo dwie możliwości: albo Rzym rzeczywiście chce dążyć do porozumienia, albo tylko udaje takie dążenie, a jedynie usiłuje stworzyć wrażenie, że za prawdopodobną schizmę będzie ponosić winę wyłącznie FSSPX. Zapewne osoby w Rzymie od dawna czekały na tę sytuację, by wreszcie - po dokonanej schiźmie - także oficjalnie przestać się zajmować sprawą lefebvrian. U wielu bergoglianistów, wojtylianistów, może także u niektórych ratzingerianów już strzelają korki od szampana, a jeszcze bardziej będą strzelały 1 lipca 2026 r. czyli w dniu dokonania sakry. Wreszcie będzie można uroczyście głosić, iż "tradycjonalizm" to schizma i nie-Kościół.
A dlaczego Leon XIV nie zechciał przyjąć na audiencji x. Pagliarani'ego? Powodów może być kilka, a to może zachodzących równocześnie. Przede wszystkim, on zapewne także w tej sprawie słucha przede wszystkim bandy bergogliańskiej, która usiłuje go traktować jako swego, czyli jako wiernego czeladnika bergogliańskiego, winnego dozgonną wdzięczność za wyciągnięcie z buszu peruwiańskiego na watykańskie (i nie tylko) salony. Bandzie bergogliańskiej bardzo zależy na tym, by nikt jej nie przeszkadzał w dalszym forsowaniu "synodalności" tak jak oni ją rozumieją, choćby tylko z dalekiego tylnego siedzenia. Jeśli lefebvrianie będą w schiźmie, to wstydem okryci powinni być wszyscy trydenciarze, przepraszając żarliwie i przy każdej okazji za to, że żyją i mają czelność oddychać choćby tylko ciałem.
Zapewne Leon XIV chciał też upokorzyć FSSPX, dając do zrozumienia, że nie chce ich widzieć na oczy, dopóki są niegrzeczni. Wiadomo, że taka audiencja byłaby wydarzeniem bardzo medialnym i prestiżowo wzmocniłaby FSSPX i ogólnie "tradziuchów" różnej maści, może z wyjątkiem sedewakantystów. Tego władze zarówno rzymskie jak też diecezjalne nie chcą, niezależnie od osobistego nastawienia samego Leona, a Leon póki co robi to, co mu każe banda bergogliańska na szczeblu zarówno centralnym jak też diecezjalnym.
Oczywiście jakąś rolę odgrywają także osobiste sym- czy antypatie sprawującego urząd Piotrowy. Jeśli jest antypatia, to raczej nie tak silna jak bergogliańska, lecz bardziej racjonalna. Wspólnoty duchownych w liczbie prawie 800 na całym świecie wraz z pięcioma dość pełnymi seminariami duchownymi oraz kilkoma powiązanymi klasztorami tętniącymi życiem o tyle nie można lekceważyć, że pokazanie się publiczne z ich przełożonym byłoby oczywistym dowartościowaniem, a nawet swoistym poparciem. Wygodniej jest więc quasi ignorować w pozie obrażonej i niezainteresowanej.
Jest bardzo mało prawdopodobne, by wysunięta przez Tucho propozycja "dialogu" była szczera. Wszystko wskazuje na to, że chodziło jedynie o następne zagranie na przeczekanie. Było wiadomo, że raczej wcześniej niż później FSSPX będzie w sytuacji - przynajmniej subiektywnie odczuwanej - konieczności sakry biskupiej. Trzeba by być zupełnie naiwnym, by myśleć, iż FSSPX będzie gotowe na porozumienie teologiczne, tym bardziej na uznanie Vaticanum II i Novus Ordo. Z kolei FSSPX otwarcie głosi, że czeka na nawrócenie Rzymu w znaczeniu odrzucenia Vaticanum II i Novus Ordo. Nasuwa się pytanie, czy rzeczywiście wierzą w taką możliwość. Wygląda na to, że spodziewają się raczej przeniesienia Stolicy Apostolskiej do Ecône względnie wyboru papieża ze swojego grona, wcześniej czy później.
Co do propozycji x. Pagliarani'ego z 2019 r. warto zauważyć, że jakoś nie widać opracowania zaproponowanych tematów w formie publikacji po stronie FSSPX. A szkoda. Jeśli ludzie w Rzymie obawiali się debaty teologicznej, która by wykazała błędy soborowia i posoborowia, to by też milczeli wobec takich opracowań, co by oznaczało tryumf dla lefebvrian. W takim razie może także ze strony lefebvriańskiej nie chodziło o poważną debatę, lecz jedynie o spektakl medialny?
Najbezpieczniej dla wszystkich stron byłoby przemilczenie dnia 1 lipca 2026 r. i przejście nad nim do porządku dziennego. Fakty są takie, że niezależnie od statusu kanonicznego sakry w FSSPX skłonności a nawet trendu czy wręcz ucieczki przekonanych, szczerych katolików ku tradycyjnemu nauczaniu Kościoła i ku tradycyjnej liturgii nie da się zatrzymać. Pod tym względem sytuacja jest o wiele lepsza niż w roku 1988. Rzym ma do wyboru: albo ignorować ten trend i udawać, że agenda soboro-bergogliańska jest przyszłością Kościoła, albo pogodzić się z rzeczywistością i porzucić uporczywe naleganie na mentalność trepa u katolików. Takim naleganiem mogą zdobyć najwyżej osoby z poważnymi deficytami intelektualnymi i charakterologicznymi. Historię Kościoły zawsze kształtowała mniejszość reprezentująca odpowiednią jakość duchową, intelektualną i moralną. Gdzie jest brak tej jakości, nie muszę chyba wskazywać (notabene: staram się tutaj wskazywać regularnie).
Vaticanum II a grzech
Zacznijmy od tego, że grzechem jest własnowolne poddawanie w wątpliwość prawd wiary. Czyli:
- musi chodzić o prawdy wiary katolickiej
- musi być to własnowolne, tzn. chciane bądź przynajmniej dopuszczone z własnej woli.
Nie muszę chyba wyjaśniać, że jest to inna kwestia niż wątpliwości czy zastrzeżenia co do dokumentów Vaticanum II czy późniejszych. Zakładając oczywiście, że też zastrzeżenia bądź wątpliwości były motywowane wiernością wobec prawd wiary katolickiej, a nie niewiernością względem nich.
Jeśli mimo tego wyjaśnienia pozostaje niepokój sumienia, to można wyznać sprawę w najbliższej spowiedzi. Zaznaczam: nie oznacza to, jakoby dotychczasowe spowiedzi były nieważne, a Komunie św. świętokradzkie. Chodzi jedynie o zabieg psychologiczno-duchowy, nic więcej. Raz wyznać dla spokoju i już do tego nie wracać. Radziłbym wyznać to spowiednikowi, co do którego można mieć zaufanie, że nie wykorzysta tego do złych celów.
Co do lektur:
Generalnie godne polecenia są podręczniki teologii katolickiej sprzed Vaticanum II, choć bywają też wyjątki. Także przed Vaticanum II jakość podręczników nie zawsze była na odpowiednim poziomie, błędy się zdarzały, aczkolwiek raczej tylko w szczegółach czy sprawach ubocznych.
Zacząć jednak należy od solidnego fundamentu filozoficznego, czyli tzw. filozofii wieczystej. Na początku może to wymagać sporo trudu, jednak warto ten trud podjąć.
Z polskich autorów mogę polecić bpa Józefa Pelczara oraz x. Wincentego Granata. Z niepolskich przede wszystkim o. Reginald'a Garrigou-Lagrange'a, a także teologów z tzw. szkoły rzymskiej (byli to głównie jezuici, ale nie tylko). Nazwiska to ze starszych x. Giovanni Perrone, z młodszych to x. Pietro Parente.
W teologii moralnej na pewno warto sięgać do św. Alfonsa de Liguori (nie wiem, czy został przetłumaczony na polski). Trudność polega na tym, że podręczniki teologii moralnej były zasadniczo tylko po łacinie, gdyż ich nie tłumaczono. Język jest jednak dość prosty i łatwy do zrozumienia.
Parodia "dialogu" czyli atak na x. prof. Waldemara Chrostowskiego
Po obszernym wywiadzie dla KAI z 6 lutego 2026 r. (tutaj) pojawiły się oburzone a rytualne ataki osób, które poczuły się czy to urażone czy też nadepnięte. Chodzi zwłaszcza o następujące fragmenty, które warto zachować w pamięci (aczkolwiek całość wywiadu jest godna polecenia):
Wystarczy poziom IQ na poziomie najwyżej przeciętnym, by dostrzec, kogo św. Paweł ma na myśli mówiąc o odłamanych z powodu niewiary. Tak więc x. Wróbel widocznie ma problem z czytaniem ze zrozumieniem w stopniu elementarnym. A jeśli stawia słowa Jana Pawła II - jak na to wygląda - ponad słowami Nowego Testamentu, to z całą pewnością nie reprezentuje wiary chrześcijańskiej lecz jakąś dziwną sektę (wojtyliańską?).
Jan Paweł II mówi o "spotkaniu między ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało odwołane przez Boga, a ludem Bożym Nowego Przymierza", a także "między dzisiejszymi Kościołami chrześcijańskimi a dzisiejszym ludem Przymierza zawartego z Mojżeszem". Można odnieść wrażenie, że te słowa nawiązują do deklaracji soborowej "Nostra aetate", jednak w całym przemówieniu nie ma żadnego wskazania na nią. Co więcej: słowa Jana Pawła II nie odpowiadają słowom tej deklaracji, gdzie czytamy (źródło tutaj):
Jak widać, nie ma tutaj utożsamienia współczesnego judaizmu z ludem Starego Testamentu. Jest mowa, że
Sprawa jest tutaj owszem pomieszana, a to przez to, iż powołując się na "Nostra aetate" Katechizm dokonuje zafałszowania polegającego na zastąpieniu określenia "cum stirpe Abraham" przez "cum populo Iudaico", co jest oczywiście niezgodne ze słowami św. Pawła, które również się wskazuje. Apostoł bowiem nigdy nie utożsamiał żydów, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, ani całego narodu żydowskiego z plemieniem Abrahama. Według niego potomkami i dziedzicami Starego Przymierza są tylko ci, którzy przyjęli Mesjasza.
Dziwne sformułowanie, że "odczytywanie żydowskie" jest jednym z możliwych odczytywań (oprócz odczytywania chrześcijańskiego) trąci agnostycyzmem i relatywizmem, skoro pomija kwestę - wyraźnie zawartą w Nowym Testamencie - co do słuszności uznania Jezusa za Mesjasza zapowiedzianego w Starym Testamencie.
Jak widać, dokument mówi jedynie o specyficznym ujęciu, które właściwie nigdy nie było nauczane Kościele, ponieważ nigdy nie było przeciwstawienia "Kościoła z pogan" i synagogi, a to z tego prostego powodu, że Kościół nigdy nie składał się jedynie z pogan lecz zawsze z Żydów i pogan. I to ten właście Kościół jest społecznością, która jest prawowitym dziedzicem Starego Testamentu, a nie judaizm rabiniczny.
9. Chwytem sofistyczno-perfidnym jest, gdy x. Perzyński regularnie opisuje teologię zastępstwa jako "konfiskatę" i "wywłaszczenie", jakoby Kościół kiedykolwiek chciał zabrać żydom Stary Testament. To brzmi jak wroga pogarda. Tak więc ksiądz profesor albo nie rozumie teologii nowotestamentalnej i katolickiej, albo nie chce rozumieć, albo jedno drugie. Weźmy choćby przykład z życia, wychodząc od słynnych słów Jana Pawła II w rzymskiej synagodze: jeśli starszy syn opuszcza dom rodzinny, a młodszy syn w nim pozostaje, dba o niego i rozbudowuje, a równocześnie pozostawia drzwi otwarte dla brata, oczywiście pod warunkiem stosowania się do reguł domowych, to czy popełnia on "konfiskatę" czy "wywłaszczenie"? W każdym razie widać, że x. Perzyński usiłuje zohydzić rdzennie katolicką - bo biblijną - teologię i czyni to w sposób dość prymitywny i mało racjonalny.
Mamy tutaj dość wyraźny wykład o "pokrewieństwie duchowym" między Jezusem Chrystusem - i tym samym Kościołem, który jest Jego Mistycznym Ciałem - a Żydami, którzy odrzucili Jego naukę, choć uważali się za potomków Abrahama. Tak więc jeśli dla x. Perzyńskiego to nie Ewangelia jest miarodajna, lecz "nauczanie posoborowe", to jest wyznawcą innej religii niż religia Apostołów i całej Tradycji Kościoła.
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
Kwestia dotyczy wprost autonomii Kościoła, w odpowiednim sensie stosunków między Kościołem a państwem. W tej kwestii są dwie zasadnicze p...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
