Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Zaniechanie znaku krzyża

 


Zależy oczywiście od powodu zaniechania. Przychodzą mi na myśl trzy powody:
- bezmyślność
- pośpiech
- wstyd

Prywatne czynienie znaku krzyża nie jest określone jako obowiązek ani w prawie kanonicznym, ani w katolickiej teologii moralnej. Jest to zwyczaj, który jest jakby codziennym przedłużeniem i odnowieniem znaku liturgicznego, jest więc ze swej natury zarówno wyznaniem wiary jak też modlitwą (swego rodzaju tzw. aktem strzelistym), a nawet pewnego rodzaju exorcyzmem. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z tej natury i znaczenia znaku krzyża, a go świadomie nie stosuje bądź unika, to ma problem z wiarą i modlitwą, a może nawet opór czy niechęć o charakterze demonicznym. Szatan oczywiście usiłuje odwieść człowieka od tego znaku nie na zasadzie czynności magicznej w jego właściwym religijnym znaczeniu. 

Grzech zachodzi oczywiście dopiero wtedy, gdy człowiek jest świadomy niewłaściwości danego zachowania. Sam znak krzyża jako gest nie jest materią ważką, o ile unikanie go czy zaniedbanie nie wynika z niechęci do wiary i Pana Boga. Innymi słowy: materią ważką jest znaczenie znaku krzyża a nie sam znak. 

Dopiero połączenie trzech warunków - ważkość materii, świadomość grzechu i własnowolność - stanowi o grzechu ciężkim. Jeśli brakuje któregoś z tych elementów, to zachodzi grzech powszedni. 

Czy w Iranie jest teokracja?


 



Jak szukać żony?


Odpowiedź jest właściwie prosta: dozwolone jest wszystko, co nie sprzeciwia się prawu Bożemu, zarówno naturalnemu jak i objawionemu w historii Zbawienia. Chodzi oczywiście zwłaszcza o sferę sexualną, pojętą w całości prawdy o człowieku i o drodze zbawienia dusz. 

Najpierw należy mieć na uwadze cel małżeństwa. Tutaj obecnie dominuje zamieszanie spowodowane modernistycznym wypaczeniem etyki małżeńskiej, oddalającym od tradycyjnego nauczania katolickiego. Rzekomo bardziej personalistyczne ujęcie doprowadziło do poważnego zafałszowania nawet pośród katolików, a to jest główną przyczyną zapaści demograficznej. 

Rdzeniem tego zafałszowania jest przeniesienie akcentu z rodzicielstwa na enigmatyczne "dobro małżonków", które w praktyce sprowadzane jest do wzajemnego egoizmu, który naturalnie traktuje potomstwo w najlepszym przypadku jako dodatek, zabawkę i luxus. W powszechnej mentalności współżycie ma służyć zaspokojeniu popędu i wzmocnieniu więzi małżonków, a nie wydaniu na świat potomstwa. Potrzeby i zachcianki małżonków traktowane są priorytetowo, a nawet nadrzędnie. Istota i cel powinności powinności małżeńskiej, jaką jest wydanie potomstwa, są praktycznie nieobecne w katechezie, kazaniach, publikacjach. Duchowni, nie chcąc się narazić na niechęć czy wręcz wrogość swoich owieczek, nie pouczają, nie zachęcają, nie napominają. Dla nich najważniejsze jest, by ludzie przychodzili do kościoła, więc chcą się przypodobać. 

Głównym kryterium w poszukiwaniu przyszłej małżonki i przyszłego małżonka powinno być właśnie kryterium rodzicielskie, mianowicie czy i na ile dana dziewczyna jest w stanie być dobrą matką, a dany chłopak czy mężczyzna dobrym ojcem. W tego zakres wchodzą właściwości różnego rodzaju, począwszy od cech charakteru, aż do zdolności wypełniania obowiązków domowych, a w przypadku mężczyzn także utrzymania rodziny. 

Najważniejsze jest oczywiście pierwsze kryterium, gdyż stanowi podstawę wszystkich innych. W pewnym sensie jest ono nawet ważniejsze niż religijność, gdyż jest także fundamentem religijności, który w ujęciu katolickim jest częścią cnoty sprawiedliwości (wbrew fałszywemu modernistycznemu ujęciu pobożności jako skłonności do wzniosłych, mniej czy bardziej obłudnych przeżyć). 

Tutaj cechy są zarówno wspólne czy jednakowe dla mężczyzn i niewiast, jak też różne. Męskość jest słusznie w języku polskim (i też np. greckim) powiązana z męstwem, lecz męstwo w znaczeniu właściwym - jako łacińskie fortitudo - jest nieodzowną cnotą także dla niewiastości. Ileż męstwa trzeba, by wziąć na siebie trud wielomiesięcznego noszenia dzieciątka w łonie, ból rodzenia, uciążliwość opieki nad niemowlęciem, wychowanie wczesne, codzienne mycie, sporządzanie posiłków, pranie, sprzątanie, nie bacząc na wdzięczność czy niewdzięczność? 

Męstwo męskie także wymaga gotowości podjęcia trudu codziennego i zapewnienia bezpieczeństwa dla małżonki i potomstwa, kosztem własnej wygody, komfortu, potrzeb i zachcianek. 

Natomiast w obecnej prymitywnej kulturze wizualnej dominuje oczekiwanie piękna ciała i to jest główna przyczyna fałszywych wyborów zarówno co od własnego przygotowania do małżeństwa jak też wyboru kandydata czy kandydatki. Oczywiście pewne wrażenie estetyczne ma także swoje wrażenie, gdyż wygląd zewnętrzny świadczy o stylu życia i priorytetach. Forsowane przez tzw. kulturę masową i modę wzorce zafałszowują zdrowe myślenie także w tej dziedzinie. Tutaj dość ważnym sygnałem jest ubiór, aczkolwiek inaczej niż to jest przeważnie ujmowane: pogoń za modą w ubiorze nawet kosztem zdrowego rozsądku i wbrew naturze męskiej czy żeńskiej świadczy nie tylko o braku racjonalności, lecz także o słabości charakteru. 

Bardzo ważnym, wręcz nieodzownym elementem poszukiwania i badania jest zapoznanie się z rodziną ewentualnego kandydata czy kandydatki. I to nie pod względem zamożności czy wykształcenia, aczkolwiek zwłaszcza to drugie ma pewne znaczenie dla kompatybilności małżeńskiej. Istotna jest tutaj przede wszystkim relacja między ewentualnymi teściami, ich wzajemny szacunek, wierność, także uczciwość w sensie ogólnym, zdrowa religijność odpowiednia dla stanu. Jeśli w danej rodzinie nagminna jest niewierność, oszukiwanie, egoizm, materializm itp. to - zgodnie z porzekadłem o jabłku i jabłoni - nie należy się spodziewać cudu w charakterze osoby, która zauroczyła swoim wyglądem, zdolnościami, majętnością itp. Przebywanie z rodzicami czy rodziną danej osoby daje o wiele więcej poznać tę osobę niż np. wspólne wakacje. Dotyczy to także sytuacji, gdy dana osoba odcina się od swojej rodziny ze słusznych powodów. 

Z całą pewnością błędne jest też liczenie na to, że po zawarciu małżeństwa dana osoba zmieni się radykalnie na lepsze, że on przestanie pić czy ćpać, wydawać pieniądze na swoje zachcianki i rozrywki, a zacznie uczciwie pracować, że ona przestanie szukać przygód z mężczyznami, zacznie lubić prace domowe i dzieci itp. Zwykle dzieje się dokładnie odwrotnie, może nawet mimo szczerych chęci poprawy i obietnic. Owszem, małżonkowie mają wzajemnie na siebie wpływ, a powinni sobie pomagać ku poprawie. Poprawa wymaga jednak stanowczej siły woli i systematycznego, długotrwałego trudu, a nie tylko okazyjnych dobrych chęci. Jeśli ktoś się zmienia w małżeństwie, to raczej przez życie codzienne. Samoczynna zmiana, która dokonuje się bez trudu, jest częściej zmianą na gorsze niż na lepsze. 

Temat jest oczywiście bardzo szeroki, nie sposób do wyczerpać w krótkim z konieczności wpisie. Może się wydawać, że są to porady czysto zdroworozsądkowe. W tym właśnie tkwi ich katolickość i to właśnie tradycyjna. Najgroźniejszym wrogiem katolicyzmu nie jest ani ateizm ani amoralność lecz brak zdrowego rozsądku i rozumności, co przekłada się na codzienne postawy, wybory i zachowania. 

Dlatego właśnie na koniec jeszcze jedna istotna rada: nie kierować się jedynie "sercem" czyli własnym uczuciem lecz szukać porady u innych osób, zarówno z rodziny i pośród przyjaciół, jak też rozsądnych duszpasterzy. Oczywiście nie po to, żeby ślepo poddać się opinii, lecz żeby uwzględnić ich zdanie przed dokonaniem wyboru. Wybrać musi się samemu. 

I jeszcze na koniec: modlić się o dobrą małżonkę czy dobrego męża. Pan Bóg na pewno pomoże. Moja śp. Babcia mówiła: "moja córka gorliwie się modliła o dobrego męża i dlatego takiego ma". I to nie jest jedyny przypadek, który znam. Pan Bóg zawsze dopomaga, jeśli człowiek pragnie spełnić Jego plan, nie tylko ogólnie i abstrakcyjnie, lecz konkretnie i praktycznie. 

Pomijanie "amen"



Rzeczywiście taka moda się zagnieździła ostatnio. Trudno powiedzieć, z czego to wynika. nie znam żadnego uzasadnienia, które by zostało podane czy choćby zasugerowane publicznie. Trzeba by zapytać osoby, które coś takiego forsują. Można mieć różne domysły. Być może jest tego głębszy sens wynikający ze znaczenia hebrajskiego słowa "amen". W tłumaczeniu na polski starodawny oznacza ono "zaprawdę", w tłumaczeniu współczesnym można przetłumaczyć jako "na prawdę", bądź też "tak jest", "potwierdzam", "niech tak się stanie". 

Na pewno złe i fałszywe jest rugowanie tego słowa w liturgii. Ono występuje właściwie we wszystkich obrządkach chrześcijańskich (w formach nieco dopasowanych do danego języka). 

Być może moderniści wpadli na pomysł rugowania tego słowa w liturgii katolickiej dlatego, by zatrzeć ten najbardziej znany i najczęstszy ślad związku Kościoła z biblijnym językiem hebrajskim, a to nie z powodu antysemityzmu lecz raczej na użytek fałszywej ideologii, według której Kościół zerwał ze Starym Testamentem, którego jedynym prawowitym dziedzicem jest współczesny judaizm. To by pasowało do forsowanej obecnie linii modernistów, zgodnej z propagandą żydowską. 

Wybranie



Mt 17, 1-9: 

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. 
I został przemieniony wobec nich i zajaśniała twarz Jego jak słońce, zaś Jego szaty stały się białe jak światło. 
A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz rozmawiający z Nim. 
Odpowiadając zaś Piotr rzekł Jezusowi: «Panie, pięknie jest nam tutaj być; jeśli chcesz, zrobimy tutaj trzy namioty: Tobie jeden, Mojżeszowi jeden i Eliaszowi jeden». 
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, i oto z obłoku głos mówiący: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» 
Usłyszawszy to uczniowie upadli na twarz i bardzo się zlękli. 
A Jezus zbliżając się dotknął ich i rzekł: «Wstańcie i nie lękajcie się!» 
Zaś podniósłszy swoje oczy nikogo nie widzieli jak tylko samego Jezusa. 
A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu tego widzenia, dopóki Syn Człowieczy nie powstanie z martwych».

και μεθ ημερας εξ παραλαμβανει ο ιησους τον πετρον και ιακωβον και ιωαννην τον αδελφον αυτου και αναφερει αυτους εις ορος υψηλον κατ ιδιαν

και μετεμορφωθη εμπροσθεν αυτων και ελαμψεν το προσωπον αυτου ως ο ηλιος τα δε ιματια αυτου εγενετο λευκα ως το φως

και ιδου ωφθησαν αυτοις μωσης και ηλιας μετ αυτου συλλαλουντες

αποκριθεις δε ο πετρος ειπεν τω ιησου κυριε καλον εστιν ημας ωδε ειναι ει θελεις ποιησωμεν ωδε τρεις σκηνας σοι μιαν και μωση μιαν και μιαν ηλια

ετι αυτου λαλουντος ιδου νεφελη φωτεινη επεσκιασεν αυτους και ιδου φωνη εκ της νεφελης λεγουσα ουτος εστιν ο υιος μου ο αγαπητος εν ω ευδοκησα αυτου ακουετε

και ακουσαντες οι μαθηται επεσον επι προσωπον αυτων και εφοβηθησαν σφοδρα

και προσελθων ο ιησους ηψατο αυτων και ειπεν εγερθητε και μη φοβεισθε

επαραντες δε τους οφθαλμους αυτων ουδενα ειδον ει μη τον ιησουν μονον

και καταβαινοντων αυτων απο του ορους ενετειλατο αυτοις ο ιησους λεγων μηδενι ειπητε το οραμα εως ου ο υιος του ανθρωπου εκ νεκρων αναστη


Wybranie jest czymś Bożym i ludzkim zarazem. Nasze życie składa się z wyborów zarówno świadomych jak i niezależnych od naszej świadomości. Wynika to z ograniczoności naszego istnienia. Nie można mieć wszystkiego na raz. I nie byłoby to dla nas dobre. Bóg ma wszystko i to wszystko równocześnie. On działając w świecie dla nas, dokonuje wyborów, ustanawia czas, miejsce, osoby.

Trzej uczniowie – Szymon Piotr, Jakub i Jan – stanowili najbliższe grono przy Panu Jezusie ze Jego wyboru. Tylko oni byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira, tylko oni uczestniczyli w Przemienieniu na Górze, to właśnie oni towarzyszli Mistrzowi podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym u początku Męki, zresztą zachowując się dość niegodnie, ze słabości. Otrzymali oni też specjalne zadania w planie Bożym: Piotr stał się Opoką dla Kościoła, Jakub został pierwszym zabitym w świadectwie krwi, Jan, ten szczególnie umiłowany, przebywał najdłużej na ziemi, opiekował się Matką Mistrza po Jego Śmierci, nauczał Kościół najdłużej z Apostołów i przekazał mu Księgę Apokalipsy – pouczenie, ostrzeżenie i pocieszenie na wszystkie czasy, aż do skończenia świata.

Trzy różne posłannictwa, jednak mające to samo źródło i ten sam fundament – poznanie prawdy i tajemnicy Jezusa Chrystusa. Wydarzenie na górze było dla nich zarówno czytelne, jak też przedziwne, zaskakujące i zachwycające. 
Światłość jest powszechnym symbolem Boskości. Postacie Mojżesza i Eliasza to główni reprezentanci Objawienia Starego Przymierza. Obłok był znany z Księgi Wyjścia jako znak tajemniczej i potężnej obecności Boga. Uczniowie byli najpierw widzami i słuchaczami rozmowy Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Piotr, jak zwykle skory do mówienia i działania, miał natychmiast odpowiedni pomysł. Uczniowie zostali jednak napomniani przez sam głos z obłoku do posłuszeństwa Mistrzowi, do uczenia się i słuchania Jego. Tym samym zostali wezwani, by nie zatrzymywali się na zachwycie wrażeniem wizualnym. To przeżycie może być właściwie zrozumiane i przyjęte jedynie według nauczania i prowadzenia przez Jezusa. Tego Jezusa, który krótko przedtem zapowiedział Swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie.

Myśmy przywykli powierzchownie przynajmniej do mówienia o tych sprawach. Inną sprawą jest, czy rzeczywiście trafiają one do nas, mimo dorocznych obchodów liturgicznych. Celebrowanie pamiątki wydarzeń paschalnych ma właśnie ten sens, że powinno nas poruszyć przynajmniej cząstkowo w taki sposób, jak poruszało uczniów wtedy. Gdy słyszeli Jezusową zapowiedź Męki i Zmartwychwstania, była ona dla nich czymś odległym, abstrakcyjnym aż do momentu spełnienia. Ich reakcja była rodzajem sprzeciwu czy wręcz buntu. Słusznie wyczuwali, że chodzi także o ich własny, osobisty los, o ich przyszłość.

Przemienienie na górze stało się udziałem akurat tych Apostołów, którzy najbardziej sprzeciwiali się perspektywie Krzyża, przynajmniej według danych zawartych w Piśmie św.: Piotr wprost robił wyrzuty Jezusowi z powodu zapowiedzi Męki, o zaszczytne miejsca w Królestwie mesjańskim dla swoich synów prosiła matka Jakuba i Jana, bez sprzeciwu z ich strony. Tak więc wybranie do widzenia na górze nie było wyróżnieniem z dowolnej sympatii, lecz miało realne podstawy w osobowościach i postawach tych właśnie uczniów. Jeszcze wyraźniej ukazuje się ten związek w Ewangelii św. Łukaszowej, gdzie podane jest, że Mojżesz i Eliasz rozmawiali z Jezusem o Męce. To połączenie perspektywy cierpienia z doznaniem zachwytu i bojaźni wobec tajemnicy jest adresowane nie tylko do tych trzech uczniów wówczas, lecz do każdego człowieka w sposób i na miarę jego wybrania do udziału w Krzyżu i promieniowaniu Boskości. 

Piotr, Jakub i Jan zostali przez Jezusa zobowiązani do zachowania tajemnicy aż do Zmartwychwstania, czyli objawienia uwielbionego Ciała. Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa było stale zjednoczone z Jego Bóstwem. Owo pozostawało jednak na co dzień ukryte. Ujawniane było jedynie w znakach Bożej wszechmocy czyli cudach. Czekanie do spełnienia się zapowiedzi Męki, Śmierci i Zmartwychwstania było konieczne z tego powodu, że uczniowie mieli być naocznymi świadkami tych wszystkich wydarzeń, które dopiero w całości doświadczone mogły być prawdziwie przyjęte i przekazywane. Do tej koniecznej zupełności brakowało przytomności ukrzyżowania Mistrza, które było dla uczniów doznaniem także osobistej klęski, rozczarowania, słabości i upadku. 

Widząc świetlisto-chwalebną postać Mistrza Apostołowie zostali umocnieni na czas nadchodzącej próby wiary. W świetle Ewangelii wygląda na to, że to umocnienie jedynie u Jana okazało się skuteczne, który jako jedyny towarzyszył Jezusowi aż po grób. Zapewne jednak miało ono znaczenie także dla Piotra i Jakuba, choć mogło zaowocować dopiero w ich późniejszym życiu i działalności. Ich widzenie przekazane nam przez Ewangelistów także dla nas ma być umocnieniem we wierze, zwłaszcza na czas próby w doświadczeniu cierpienia, klęski i słabości.

Syn Boży wszedł w nasz świat ukrywając swoją Boską chwałę nie tylko zewnętrznie. On stał się Człowiekiem, czyli pod względem człowieczeństwa jednym z nas. Jego przejmująca Męka i Śmierć dowodzą wewnętrznego wzięcia całej i dogłębnej nędzy naszego człowieczeństwa przez Niego. On wziął ją na siebie, do siebie i w siebie nie przestając być Bogiem – po to, żeby żadna nędza, żaden ból, żadna ciemność naszej egzystencji nie pozostawały poza Jego światłością, która jest prawdą miłości. 

Dlatego właśnie wybrał na zawsze ciemność cierpienia i śmierci na sanktuarium dla swojej chwały – Najświętszą Ofiarę. Dlatego w centrum Jego świątyń znajduje się Krzyż. Dlatego też każde cierpienie, każdy cierpiący człowiek, każdy dom naznaczony cierpieniem – cielesnym czy duchowym – może być i przynajmniej potencjalnie jest wybranym, świętym miejscem dla Jego chwały. 

Ta prawidłowość ukazuje się najczęściej dopiero po czasie. W chwilach mrocznych zwątpienia czy rozpaczy zwykle nie widać żadnego światła, nawet pomimo promyków ludzkiej nadziei, współczucia czy dobroci. Wtedy właśnie człowiek staje się gotowy doświadczyć, że tylko Bóg, który jest światłością nieprzeniknioną, może rozjaśnić i opromienić przepaści zła, bólu i strachu. 

Wiara przekazana nam przez Apostołów, dana nam z wybrania Bożego, jest dla nas i po wsze czasy naszą Górą Tabor. W jej świetle widzimy Boską chwałę Jezusa Chrystusa, który dla nas stał się Człowiekiem i dał się ukrzyżować. On nam daje również szczególne chwile i miejsca (zwłaszcza na modlitwie czy to indywidualnej czy wspólnotowej), dzięki którym możemy także pośród i pomimo ciężkich i przykrych prób doznać przynajmniej duchowo Jego bliskości chwalebnej, miłującej, umacniającej, pocieszającej, rozpraszającej mroki. “Dobrze nam tu być” – dobrze jest trwać w świetle wiary prawdziwej, w łasce wybrania. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 28.2.2026): 

Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w bieżącym roku nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 2000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to już oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Co to jest "Msza święta wszechczasów"?


Przyznam, że nie wiem, kto jako pierwszy użył tego określenia. Wygląda na to, że ma pochodzenie kaznodziejsko-publicystyczne, oczywiście apologetyczno-polemiczne. 

Obecnie funkcjonuje ono w opozycji czy przynajmniej w odróżnieniu od Novus Ordo, które jest tym samym uważane za nowoczesny wynalazek. Nierzadko wywołuje to sprzeciw ze strony fanatycznych wyznawców modernizmu. Jak to w sporach zwykle bywa, mało jest w tym merytoryki i rzetelności. 

Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że tzw. nowa msza jest wymysłem mniej więcej połowy XX w. Nie zmienia tego fakt, że autorzy tego pomysłu powołują się na starożytne - czy raczej rzekomo starożytne - pochodzenie poszczególnych elementów. W rzeczywistości jednak zarówno jako całość jak też chyba we wszystkim elementach odróżniających od liturgii tradycyjnej jest to obrzęd stworzony na nowo, co jest szczególnie widoczne w jego wersjach skrajnie modernistycznych, które zresztą przeważają obecnie. Przykłady:

- celebracja w kierunku ludu

- w języku potocznym

- żydowskie błogosławieństwo posiłku jako modlitwy ofiarowania

- nowe "modlitwy eucharystyczne"  

- koncelebra sakramentalna

- lektorki i ministrantki

- komunia dołapna.

To są nowości tak potężne a zarazem istotne, że zupełnie przyćmiewają takie rzekomo przywrócone tradycyjne elementy jak modlitwa powszechna i procesja z darami, które są przecież mniej niż drugo- czy nawet trzeciorzędne w teologicznej wymowie Mszy św.

Innymi słowy: wprawdzie Novus Ordo uzurpuje sobie bliskość i wierność liturgii względem liturgii czasów apostolskich i patrystycznych, to jednak co do zawartości teologicznej to liturgia tzw. przedsoborowa jest znacznie bliższa, a właściwie wręcz identyczna i tym samym ponadczasowa czyli "wszechczasowa". Wiadomo, że obrzędy w znaczeniu gestów, znaków i też konkretnych słów są zmienne. Niezmienna jest natomiast treść teologiczna, o ile jest zakorzeniona w Bożym Objawieniu. Właśnie przede wszystkim z powodu wierności Bożemu Objawieniu tzw. msza trydencka jest "mszą wszechczasów". 

W tym też znaczeniu właśnie ta Msza św. będzie trwała do końca czasów, gdyż Boże Objawienie będzie trwało i Kościół będzie sprawował Mszę św. Nie oznacza to, że Msza św. tradycyjna na zawsze pozostanie dokładnie w takiej postaci, jaką znamy obecnie. Teologicznie nie można wykluczać zmian, które nie oddalają od Bożego Objawienia, lecz jeszcze bardziej do niego zbliżają w tym znaczeniu, że je coraz bardziej wyrażają i poświadczają. Tak gdyby np. doszło do jeszcze dokładniejszego zabezpieczenia Najświętszego Sakramentu przed zbezczeszczeniem, to byłaby to zmiana we wierności Bożemu Objawieniu, a nie przeciw niemu (jak to jest niestety w Novus Ordo). 

Jak rozumieć "zmysł wiary"?


Temat jest rzeczywiście aktualny, a równocześnie dość szeroki i niełatwy, choć można go też streścić. Od 2014 r. istnieje dokument Papieskiej Komisji Teologicznej, kierowanej wówczas przez kard. G. Müller‘a (do poczytania tutaj w kilku językach, po polsku nie znalazłem). Zachęcam do zapoznania się przynamniej pobieżnego. W tym temacie nie znam szerszego opracowania. Myślę, że nie byłoby celowe streszczanie całego tego dokumentu. Dlatego odpowiem jedynie krótko i jak najprościej. 

Dokument ten podaje następującą definicję:


Czyli:
W określeniu "sensus fidei" chodzi o pewne wyczucie czy instynkt dla prawdy Ewangelii. Jest to "instynkt nadprzyrodzony", czyli pochodzący bezpośrednio od Boga, a jest powiązany z łaską wiary we wspólnocie Kościoła. 

Ważne jest też bliższe rozróżnienie:


Rozróżnia się między "sensu fidei fidelis" a "sensus fidei fidelium", czyli między osobistym zmysłem wiary poszczególnego wiernego a zmysłem wiary właściwym dla wszystkich wiernych czyli dla całego Kościoła. Te dwa aspekty są ściśle powiązane, co stało się szczególnie istotne w obliczu protestantyzmu, który stawiał na osobisty akt wiary kosztem wiary Kościoła. 

Podobnie do protestantów rozumie się "zmysł wiary" obecnie opacznie w opozycji, konkurencji czyli nawet przeciwieństwie do wiary Kościoła przekazanej przez wieki. Jest to conajmniej nieporozumienie. Otóż wyczucie wiary czyli zmysł właściwy zarówno poszczególnemu wierzącemu jak też całej wspólnocie Kościoła zakłada akt wiary, czyli przyjęcie za prawdę tego wszystkiego, co Bóg objawił w Jezusie Chrystusie, a Jezus Chrystus przekazał Apostołom, a z kolei Apostołowie przekazali Kościołowi raz na zawsze. 

Nie może więc pochodzić ze zmysłu wiary coś, co jest sprzeczne z tym Objawieniem, nawet jeśli odpowiada temu, co myśli, sądzi czy mniema większość osób podających się za katolików. Innymi słowy: nie należy mylić zmysłu wiary ze świadomością co do wiary czy z poglądami, które obecnie wyznaje duża część czy może nawet większość uważających się za katolików. 

Przykładem na żywotność zmysłu wiary jest obecnie natomiast powrót szczególnie młodego pokolenia do tradycyjnego katolicyzmu, zwłaszcza do liturgii tradycyjnej. Większość obecnie żyjących katolików została wychowana w Novus Ordo i powiązanej z nim fałszywej ideologii modernistycznej, a jednak pokaźna część z nich - z tendencją wzrostową - zwraca się ku temu, co obowiązywało w Kościele przed "reformami soborowymi". Warunkiem jest tutaj oczywiście znajomość choćby podstawowych prawd wiary katolickiej, a przede wszystkim otwartość serca na prawdę, także za cenę zmiany swojego życia. Statystycznie tacy katolicy stanowią niestety mniejszość. Wynika to z tego, iż zawsze tylko mniejszość populacji jest zdolna do samodzielnego myślenia nawet wbrew wzorcom narzuconym odgórnie czy oddolnie. Tym niemniej to w nich żyje wyczucie dla wiary Kościoła, nie w tych, którzy wyznają modernizm. 

Powolny lecz nieuchronny powrót coraz większej liczby katolików do tego, czego Kościół nauczał, stanowi więc naoczny znak działania Ducha Świętego także w naszych czasach. 

Burza przed ciszą?


Od około trzech tygodni (dokładniej od 2 lutego 2026 r.) trwa - przeważnie dość burzliwa - debata w kwestii zapowiedzianej sakry biskupiej w FSSPX oraz wydarzeń z tym związanych. Po zapowiedzi (2.II.2026) nastąpiło dnia 12.II. spotkanie między przełożonym generalnym FSSPX a kard. Victor'em Manuel'em Fernandez'em ("Tucho") na zaproszenie tego ostatniego. Ten ostatni wydał komunikat o spotkaniu, kilka dni po nim wydał komunikat także x. Pagliarani, zapowiadając odpowiedź na propozycję przedłożoną przez Tucho. W końcu 18.II.2026 został opublikowany list wierchuszki FSSPX (tzw. rady generalnej), odpowiadający na propozycję. Treść nie jest zaskakująca co do istoty, gdyż można było się spodziewać, iż oferta "dialogu teologicznego" w zamian za zawieszenie zamiaru konsekrowania biskupów nie zostanie przyjęta. Tym niemniej w liście jest zawartych kilka znamiennych szczegółów. 

Po pierwsze, jest mowa o tym, że już w 2019 r. x. Pagliarani wkrótce po objęciu swego urzędu pisemnie wystosował do Rzymu propozycję dialogu teologicznego z konkretnymi tematami oraz co do składu uczestników ze strony FSSPX. Istotne jest także to, iż przebieg obrad miał zostać opublikowany. To właśnie szczególnie nie spodobało się drugiej stronie i było chyba głównym powodem milczącego odrzucenia propozycji. X. Pagliarani liczył zapewne na to, że publiczna debata obnażyłaby publicznie obłudę strony rzymskiej czyli zdradę tradycyjnego nauczania Kościoła. Osoby w Rzymie przezornie nie dały się zwabić w taką pułapkę, stawiając na przeczekanie czyli zaistnienie obecnej sytuacji bliskiego zamiaru sakry biskupiej. 

Po drugie, dowiedzieliśmy się, że x. Pagliarani dwukrotnie prosił Leona XIV o audiencję, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Po latach - chyba od 2019 r. - reakcja z Rzymu pojawiła się dopiero teraz - niemal natychmiast po zapowiedzi konsekrowania biskupów. Nasuwa się pytanie, jak to należy rozumieć. Są zasadniczo dwie możliwości: albo Rzym rzeczywiście chce dążyć do porozumienia, albo tylko udaje takie dążenie, a jedynie usiłuje stworzyć wrażenie, że za prawdopodobną schizmę będzie ponosić winę wyłącznie FSSPX. Zapewne osoby w Rzymie od dawna czekały na tę sytuację, by wreszcie - po dokonanej schiźmie - także oficjalnie przestać się zajmować sprawą lefebvrian. U wielu bergoglianistów, wojtylianistów, może także u niektórych ratzingerianów już strzelają korki od szampana, a jeszcze bardziej będą strzelały 1 lipca 2026 r. czyli w dniu dokonania sakry. Wreszcie będzie można uroczyście głosić, iż "tradycjonalizm" to schizma i nie-Kościół. 

A dlaczego Leon XIV nie zechciał przyjąć na audiencji x. Pagliarani'ego? Powodów może być kilka, a to może zachodzących równocześnie. Przede wszystkim, on zapewne także w tej sprawie słucha przede wszystkim bandy bergogliańskiej, która usiłuje go traktować jako swego, czyli jako wiernego czeladnika bergogliańskiego, winnego dozgonną wdzięczność za wyciągnięcie z buszu peruwiańskiego na watykańskie (i nie tylko) salony. Bandzie bergogliańskiej bardzo zależy na tym, by nikt jej nie przeszkadzał w dalszym forsowaniu "synodalności" tak jak oni ją rozumieją, choćby tylko z dalekiego tylnego siedzenia. Jeśli lefebvrianie będą w schiźmie, to wstydem okryci powinni być wszyscy trydenciarze, przepraszając żarliwie i przy każdej okazji za to, że żyją i mają czelność oddychać choćby tylko ciałem. 

Zapewne Leon XIV chciał też upokorzyć FSSPX, dając do zrozumienia, że nie chce ich widzieć na oczy, dopóki są niegrzeczni. Wiadomo, że taka audiencja byłaby wydarzeniem bardzo medialnym i prestiżowo wzmocniłaby FSSPX i ogólnie "tradziuchów" różnej maści, może z wyjątkiem sedewakantystów. Tego władze zarówno rzymskie jak też diecezjalne nie chcą, niezależnie od osobistego nastawienia samego Leona, a Leon póki co robi to, co mu każe banda bergogliańska na szczeblu zarówno centralnym jak też diecezjalnym. 

Oczywiście jakąś rolę odgrywają także osobiste sym- czy antypatie sprawującego urząd Piotrowy. Jeśli jest antypatia, to raczej nie tak silna jak bergogliańska, lecz bardziej racjonalna. Wspólnoty duchownych w liczbie prawie 800 na całym świecie wraz z pięcioma dość pełnymi seminariami duchownymi oraz kilkoma powiązanymi klasztorami tętniącymi życiem o tyle nie można lekceważyć, że pokazanie się publiczne z ich przełożonym byłoby oczywistym dowartościowaniem, a nawet swoistym poparciem. Wygodniej jest więc quasi ignorować w pozie obrażonej i niezainteresowanej. 

Jest bardzo mało prawdopodobne, by wysunięta przez Tucho propozycja "dialogu" była szczera. Wszystko wskazuje na to, że chodziło jedynie o następne zagranie na przeczekanie. Było wiadomo, że raczej wcześniej niż później FSSPX będzie w sytuacji - przynajmniej subiektywnie odczuwanej - konieczności sakry biskupiej. Trzeba by być zupełnie naiwnym, by myśleć, iż FSSPX będzie gotowe na porozumienie teologiczne, tym bardziej na uznanie Vaticanum II i Novus Ordo. Z kolei FSSPX otwarcie głosi, że czeka na nawrócenie Rzymu w znaczeniu odrzucenia Vaticanum II i Novus Ordo. Nasuwa się pytanie, czy rzeczywiście wierzą w taką możliwość. Wygląda na to, że spodziewają się raczej przeniesienia Stolicy Apostolskiej do Ecône względnie wyboru papieża ze swojego grona, wcześniej czy później. 

Co do propozycji x. Pagliarani'ego z 2019 r. warto zauważyć, że jakoś nie widać opracowania zaproponowanych tematów w formie publikacji po stronie FSSPX. A szkoda. Jeśli ludzie w Rzymie obawiali się debaty teologicznej, która by wykazała błędy soborowia i posoborowia, to by też milczeli wobec takich opracowań, co by oznaczało tryumf dla lefebvrian. W takim razie może także ze strony lefebvriańskiej nie chodziło o poważną debatę, lecz jedynie o spektakl medialny? 

Najbezpieczniej dla wszystkich stron byłoby przemilczenie dnia 1 lipca 2026 r. i przejście nad nim do porządku dziennego. Fakty są takie, że niezależnie od statusu kanonicznego sakry w FSSPX skłonności a nawet trendu czy wręcz ucieczki przekonanych, szczerych katolików ku tradycyjnemu nauczaniu Kościoła i ku tradycyjnej liturgii nie da się zatrzymać. Pod tym względem sytuacja jest o wiele lepsza niż w roku 1988. Rzym ma do wyboru: albo ignorować ten trend i udawać, że agenda soboro-bergogliańska jest przyszłością Kościoła, albo pogodzić się z rzeczywistością i porzucić uporczywe naleganie na mentalność trepa u katolików. Takim naleganiem mogą zdobyć najwyżej osoby z poważnymi deficytami intelektualnymi i charakterologicznymi. Historię Kościoły zawsze kształtowała mniejszość reprezentująca odpowiednią jakość duchową, intelektualną i moralną. Gdzie jest brak tej jakości, nie muszę chyba wskazywać (notabene: staram się tutaj wskazywać regularnie). 


Vaticanum II a grzech


Zacznijmy od tego, że grzechem jest własnowolne poddawanie w wątpliwość prawd wiary. Czyli:

- musi chodzić o prawdy wiary katolickiej

- musi być to własnowolne, tzn. chciane bądź przynajmniej dopuszczone z własnej woli.

Nie muszę chyba wyjaśniać, że jest to inna kwestia niż wątpliwości czy zastrzeżenia co do dokumentów Vaticanum II czy późniejszych. Zakładając oczywiście, że też zastrzeżenia bądź wątpliwości były motywowane wiernością wobec prawd wiary katolickiej, a nie niewiernością względem nich. 

Jeśli mimo tego wyjaśnienia pozostaje niepokój sumienia, to można wyznać sprawę w najbliższej spowiedzi. Zaznaczam: nie oznacza to, jakoby dotychczasowe spowiedzi były nieważne, a Komunie św. świętokradzkie. Chodzi jedynie o zabieg psychologiczno-duchowy, nic więcej. Raz wyznać dla spokoju i już do tego nie wracać. Radziłbym wyznać to spowiednikowi, co do którego można mieć zaufanie, że nie wykorzysta tego do złych celów. 

Co do lektur:

Generalnie godne polecenia są podręczniki teologii katolickiej sprzed Vaticanum II, choć bywają też wyjątki. Także przed Vaticanum II jakość podręczników nie zawsze była na odpowiednim poziomie, błędy się zdarzały, aczkolwiek raczej tylko w szczegółach czy sprawach ubocznych. 

Zacząć jednak należy od solidnego fundamentu filozoficznego, czyli tzw. filozofii wieczystej. Na początku może to wymagać sporo trudu, jednak warto ten trud podjąć. 

Z polskich autorów mogę polecić bpa Józefa Pelczara oraz x. Wincentego Granata. Z niepolskich przede wszystkim o. Reginald'a Garrigou-Lagrange'a, a także teologów z tzw. szkoły rzymskiej (byli to głównie jezuici, ale nie tylko). Nazwiska to ze starszych x. Giovanni Perrone, z młodszych to x. Pietro Parente. 

W teologii moralnej na pewno warto sięgać do św. Alfonsa de Liguori (nie wiem, czy został przetłumaczony na polski). Trudność polega na tym, że podręczniki teologii moralnej były zasadniczo tylko po łacinie, gdyż ich nie tłumaczono. Język jest jednak dość prosty i łatwy do zrozumienia. 

Parodia "dialogu" czyli atak na x. prof. Waldemara Chrostowskiego


Po obszernym wywiadzie dla KAI z 6 lutego 2026 r. (tutaj) pojawiły się oburzone a rytualne ataki osób, które poczuły się czy to urażone czy też nadepnięte. Chodzi zwłaszcza o następujące fragmenty, które warto zachować w pamięci (aczkolwiek całość wywiadu jest godna polecenia):







Znamienne są zwłaszcza dwa ataki. Tym razem nie posłużono się mało znaczącym "kołem naukowym" KUL, lecz powierzono misję dwom księżom profesorowom - jednemu z KUL, drugiemu z UKSW. 

Oto pierwszy:



Oto jego wypowiedź: 

Idźmy po kolei:

1. Dobrze się składa, że x. Wróbel przyznaje, iż chodzi o zwalczanie tzw. teologii zastępstwa, która jest istotna i kluczowa dla całego Nowego Testamentu. Dobrze wiedzieć, że x. Wróbel i jego poplecznicy są po prostu apostatami, skoro odrzucają istotę Nowego Testamentu i tym samym chrześcijaństwa. Zagadkowe jest natomiast, co ma oznaczać "teologia pogardy". Jeśli to określenie odnosi się do pism i wypowiedzi żydowsko-talmudycznych, to sprawa jest oczywiście słuszna. Jeśli natomiast x. Wróbel tak określa odwieczne nauczanie Kościoła w kwestii judaizmu, to jest to chybione. Głoszenie wyznawcom judaizmu Ewangelii oraz wzywanie ich do nawrócenia z całą pewnością nie jest przejawem pogardy, lecz - wręcz przeciwnie - szacunku przynajmniej takiego samego jak wobec wszystkich innych ludzi. Jeśli ktoś wyklucza wyznawców judaizmu z ewangelizacji, to gardzi albo nimi, albo Ewangelią. 

2. Profesorowi teologii wypadałoby znać i prawidłowo interpretować słowa Pisma św. Dotyczy to także Listu do Rzymian, na która x. Wróbel się powołuje. Oto fragment ów 11,17-24 wraz z istotnym kontextem:


Wystarczy poziom IQ na poziomie najwyżej przeciętnym, by dostrzec, kogo św. Paweł ma na myśli mówiąc o odłamanych z powodu niewiary. Tak więc x. Wróbel widocznie ma problem z czytaniem ze zrozumieniem w stopniu elementarnym. A jeśli stawia słowa Jana Pawła II - jak na to wygląda - ponad słowami Nowego Testamentu, to z całą pewnością nie reprezentuje wiary chrześcijańskiej lecz jakąś dziwną sektę (wojtyliańską?). 

3. Dziwne jest deklarowane "leczenie ran" po Shoah za pomocą "dialogu", który polega na fałszowaniu zarówno historii jak też tożsamości Kościoła i katolików. Nasuwa się pytanie: w jaki sposób wierność Nowemu Testamentowi w kwestii rozumienia judaizmu miałoby być przeszkodą w "leczeniu ran"? Czyżby x. Wróbel uważał, jakoby nowotestamentalne - i tym samym chrześcijańskie - rozumienie judaizmu miało coś wspólnego czy było wręcz przyczyną ran zadanych przez Shoah? Na jakiej podstawie tak twierdzi? Na podstawie tego, co głosi propaganda "przemysłu holokaustu" (Norman Finkelstein)? Czy x. Wróbel zdaje sobie sprawę z tego, jakie są właściwe źródła nazizmu hitlerowskiego, który został wielokrotnie i jednoznacznie potępiony przez papieży (Pius XI i Piusa XII)? Czy x. Wróbel wie, ale udaje, że nie wie? A może nie przyjmuje do wiadomości prostych faktów historycznych, lecz woli kłamać publicznie na doraźny użytek?

4. To, co x. Wróbel nazywa "odzyskiwaniem wspólnego dziedzictwa kulturowego", jest - jak wynika z podanych przez niego przykładów - jednostronnym kultywowaniem hołdów państwa polskiego i społeczności polskiej względem "kultury żydowskiej". Pojawia się tutaj istotna wieloznaczność: z jednej strony x. Wróbel uważa ją za "integralną część polskości", z drugiej zaś strony wiadomo powszechnie, że nie można oddzielić tej kultury od religii judaistycznej (talmudyczno-rabinicznej i pochodnych). Powraca więc kwestia relacji między chrześcijaństwem a judaizmem, czyli religią faryzejską wrogą wobec chrześcijaństwa. Ta religia z całą pewnością nie może należeć do "dziedzictwa kulturowego", które jest istotne dla polskości jako kultury chrześcijańskiej. Wspólne mogą być najwyżej dzieje, czyli współistnienie w jednym państwie nacechowane relacjami o różnej randze i wartości. O ile istotnym składnikiem każdej kultury jest religia, o tyle nie można mówić o wspólnocie kulturowej między chrześcijaństwem a judaizmem, mimo oczywistych powiązań historycznych i teologicznych. W każdym razie nie wolno mylić wspólnoty na poziomie społecznym i politycznym z relacją pod względem religijnym. Innymi słowy: o ile zadaniem państwa może być upamiętnianie wkładu i wpływu społeczności żydowskiej na byt społeczno-polityczny Polski (co oczywiście powinno się odbywać w prawdzie historycznej, czyli bez bałwochwalczych hołdów i bez popierania "religii holokaustu"), o tyle zadaniem Kościoła z całą pewnością nie jest uwielbianie religii sprzecznej z chrześcijaństwem i wrogiej wobec niego, także w przebraniu "wspólnego dziedzictwa kulturowego". 

5. Walka z antysemityzmem jest oczywiście chwalebna, jednak pod warunkiem, że odbywa się w prawdzie, a nie według zakłamanej i oszczerczej wobec Kościoła propagandy żydowskiej, jak to ma obecnie niestety miejsce w ramach "dialogu z judaizmem". Należy zacząć od prawidłowej definicji antysemityzmu, której regularnie brakuje w tymże "dialogu". Już w świetle takiej definicji okazałoby się, że Kościół nigdy nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, wbrew temu, co głoszą żydzi oraz ich spolegliwi dialogowcy podający się za katolików. 

6. Także "praca nad budowaniem wiarygodności Polski" z całą pewnością nie należy ani do zadań ani do kompetencji Kościoła, przynamniej nie bezpośrednio. Kościół może się przyczynić do wiarygodności państwa polskiego i narodu polskiego tylko wtedy i tylko o tyle, o ile będzie strzegł tożsamości katolickiej i nauczał prawdy katolickiej. Akurat to jest nie tylko faktycznie nieobecne w "dialogu z judaizmem", lecz jest przez ten dialog tłamszone czy przynajmniej zaciemniane. Mówiąc wprost: przez wprowadzenie i kultywowanie "dnia judaizmu" hierarchowie polscy ściągnęli na Kościół w Polsce hańbę albo obłudnej dwuznaczności albo relatywizacji wiary katolickiej z tendencją do apostazji. To z całą pewnością nie służy ani wiarygodności Kościoła, ani Polski. 

7. Dobrze, że x. Wróbel podaje swoje (i nie tylko swoje) pojęcie "dialogu", gdyż tym samym ukazuje je jako sprzeczne z klasycznym pojęciem znanym w kulturze europejskiej i chrześcijańskiej. Otóż w tej kulturze dialog - jako mowa między dwiema osobami czy stronami - zawsze dążył do prawdy i tym samym do nawracania od błędu ku prawdzie. Modne hasło "wzajemnego ubogacenia" jest właściwie obłudne, gdyż sprowadza się do relatywizmu. Przede wszystkim oznacza ono, jakoby w prawdziwym, klasycznie pojętym dialogu nie było ubogacenia, co oczywiście nie jest prawdą. Każda dyskusja zdążająca do prawdy i przezwyciężenia błędu jest ubogacająca w tym sensie, że pomaga w ujęciu podstaw i powodów błędów, oraz stanowi okazję do ich obalenia być może w nowy, lepszy i skuteczniejszy sposób. Jeśli ktoś to autentyczne ubogacenie z góry wyklucza, to taki dialog jest jedynie obłudnym - relatywistycznym bądź agnostyckim - ograniczeniem do mniej czy bardziej miłych wrażeń i teatrem cieni. To zakłamanie jest ewidentne, gdy x. Wróbel twierdzi, jakoby dla katolików kontakt z judaizmem był "powrotem do korzeni biblijnych". Maniakalne powtarzanie kłamstwa, jakoby judaizm (czyli religia faryzejsko-talmudyczna) był biblijny, stanowi fundament tego fałszywego "dialogu".

8. Nie trudno dostrzec, na czym ma polegać owo "wspólne przeciwstawianie się złu", gdyż uprawiane jest ono regularnie przez wyznawców tego fałszywego "dialogu": złem i wrogiem są ci, którzy nie ulegają żydowskiej haggadzie w jej różnych warstwach, także chociażby historycznej. Kto wskazuje na prawdę o shoah (nierzadko odbiegającą od żydowsko-urzędowej wersji historii) czy choćby o świętowaniu chanukki w przestrzeni publicznej, ten jest złem, które "dialogowcy" gorliwie zwalczają wespół ze swoimi żydowskimi partnerami. 

9. Nie mniej zakłamane i to wręcz groteskowo jest chwalenie się "wspólnym czytaniem Biblii". Po pierwsze, takiego czytania - w znaczeniu czytania ze zrozumieniem czyli wysiłku hermeneutyki oraz interpretacji - właściwie nie ma, gdyż to właśnie istotne różnice w rozumieniu już nawet Starego Testamentu (Tanach) dzielą chrześcijan i żydów. Owszem, zdarza się, że w ramach "dnia judaizmu", czytane są jakieś fragmenty biblijne. Są one jednak tak starannie dobrane, by nie powodowały choćby najmniejszej kontrowersji czy podstawy do merytorycznej dyskusji, lecz jedynie stwarzały pozory zgody w rozumieniu i stosowaniu Pisma św. To jest zabawa w pozory, obliczona na debilizm katolików. 

10. Godne uwagi jest wskazanie na "punkty wspólne w etyce" jak konkretnie "troska o słabych, sprawiedliwość społeczna i wartość życia". Problem w tym, że po pierwsze - o ile mi wiadomo - te kwestie nigdy nie były poruszane w tzw. dialogu z judaizmem, przynajmniej na forum publicznym. Po drugie, tak się składa, że akurat w tych kwestiach zachodzą fundamentalne nie tylko różnice lecz wręcz sprzeczności między etyką chrześcijańską a judaistyczną (której oczywiście nie należy mylić ze starotestamentalną czyli mozaistyczną). Ta niekompatybilność sprowadza się do trybalizmu, który jest istotny dla judaizmu i jego etyki. Naocznych dowodów także współczesnych - jak choćby w postaci traktowania rdzennej ludności Palestyny - nie brakuje. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne. Nie trudno zauważyć, że ten głos dość dobitnie potwierdza słowa x. Chrostowskiego co do "parodii". 

Drugim głośnym atakiem jest wypowiedź wykładowcy dogmatyki UKSW oraz w seminarium duchownego w Łodzi: 







Już sam tytuł zawiera kłamstwo i oszczerstwo, gdyż propierwsze x. Chrostowski wypowiedział się jako uczony teolog, nie uzurpując sobie w żaden sposób rangi Magisterium Kościoła, a po drugie jego wypowiedź jest doskonale zgodna z tymże Magisterium. 

Idźmy po kolei.

1. X. Perzyński nazywa określenie "parodią" tego, co uprawiają obecnie judo-dialogiści, "przekroczeniem czerwonej linii". Podpiera się tym, że jakoby x. Chrostowski wypowiedział się w sprzeczności z Magisterium Kościoła. To z kolei uzasadnia słowami Jana Pawła II z przemówienia w synagodze w Moguncji (Niemcy, 1981 r.)skierowanego do wspólnoty żydowskiej (źródło tutaj). Tutaj już x. Perzyński popełnia fundamentalny błąd haniebny dla choćby adepta teologii, a tym bardziej dla profesora. Otóż powinien wiedzieć, jakie są wymagania formalne i materialne, które muszą być spełnione, by dana wypowiedź papieża czy dokument mógł zostać uznany za część Magisterium Kościoła. Warunkiem formalnym jest przede wszystkim forma wskazująca na wykonywanie urzędu papieskiego, czyli skierowanie do całego Kościoła. To przemówienie z całą pewnością tego kryterium nie spełnia, gdyż jest skierowane w sposób jasny i oczywisty do wyznawców judaizmu. Nie mniej istotne jest kryterium materialne, a to odnośnie do zarówno zakresu czyli dziedziny, jak też co do zgodności z Bożym Objawieniem. Spójrzmy na fragment, o który chodzi:


Jan Paweł II mówi o "spotkaniu między ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało odwołane przez Boga, a ludem Bożym Nowego Przymierza", a także "między dzisiejszymi Kościołami chrześcijańskimi a dzisiejszym ludem Przymierza zawartego z Mojżeszem". Można odnieść wrażenie, że te słowa nawiązują do deklaracji soborowej "Nostra aetate", jednak w całym przemówieniu nie ma żadnego wskazania na nią. Co więcej: słowa Jana Pawła II nie odpowiadają słowom tej deklaracji, gdzie czytamy (źródło tutaj):


Jak widać, nie ma tutaj utożsamienia współczesnego judaizmu z ludem Starego Testamentu. Jest mowa, że
- Kościół otrzymał Objawienie Starego Testamentu poprzez "synów Abrahama"
- w to Objawienie (nie w judaizm!) jako korzeń zostali wszczepieni poganie (tutaj przypis odnosi do Listu do Rzymian 11,17-24)
- żydzi są "jeszcze bardzo umiłowani" Bogu, "którego dary i powołanie są bez pokuty (żalu)".
Kluczem dla zrozumienia są słowa św. Pawła we wskazanym fragmencie, gdzie także nie ma utożsamienia judaizmu z ludem Starego Testamentu. 
W tym świetle oczywiste jest, że Jan Paweł II wypowiedział się w sprzeczności nie tylko z dokumentem Vaticanum II lecz także względem nauczania Apostoła. Tym samym jego wypowiedź nie spełnia materialnego kryterium przynależności do Magisterium Kościoła. Jest to więc jedynie pogląd prywatny, który nie tylko nie może rościć sobie prawa do przyjęcia przez katolików, lecz - z powodu sprzeczności względem źródeł Objawienia - musi zostać stanowczo odrzucony. 

2. Jako drugie swoje źródło x. Perzyński wskazuje na Katechizm Kościoła Katolickiego promulgowany także przez Jana Pawła II w 1991 r. Oto ów fragment w urzędowej czyli oficjalnej wersji (źródło tutaj):


Sprawa jest tutaj owszem pomieszana, a to przez to, iż powołując się na "Nostra aetate" Katechizm dokonuje zafałszowania polegającego na zastąpieniu określenia "cum stirpe Abraham" przez "cum populo Iudaico", co jest oczywiście niezgodne ze słowami św. Pawła, które również się wskazuje. Apostoł bowiem nigdy nie utożsamiał żydów, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, ani całego narodu żydowskiego z plemieniem Abrahama. Według niego potomkami i dziedzicami Starego Przymierza są tylko ci, którzy przyjęli Mesjasza. 

3. Następne źródło, na które powołuje się x. Perzyński, jest dokument "Papieskiej Komisji Biblijnej" (podległej Kongregacji Nauki Wiary) z 2001 r. pod tytułem "Lud żydowski oraz jego pisma święte w Biblii chrześcijańskiej" (źródło tutaj). Już pobieżne spojrzenie na ten text pozwala zauważyć, że chodzi w nim wyłącznie o teologię biblijną, co nigdy nie stanowiło i nie stanowi całości nauczania Kościoła. I z całą pewnością czym innym jest stosunek chrześcijaństwa do pism starotestamentalnych, a czym innym stosunek do narodu żydowskiego po Chrystusie. Ani w Nowym Testamencie, ani w przytaczanym dokumencie nie jest powiedziane, jakoby religia żydowska ukształtowana po Chrystusie była tożsama z religią żydowską przed Chrystusem. Dokument mówi wyłącznie o pismach biblijnych, nie o Talmudzie, który jest w judaizmie współczesnym również zaliczany do "pism świętych". Tutaj dziwny jest - zresztą typowo ratzingeriański - fragment, który odnosi się do judaizmu współczesnego Chrystusowi (nr 22), konkretnie do interpretacji Starego Testamentu po stronie przeciwników Jezusa Chrystusa, czyli tych, którzy Go odrzucili:


Dziwne sformułowanie, że "odczytywanie żydowskie" jest jednym z możliwych odczytywań (oprócz odczytywania chrześcijańskiego) trąci agnostycyzmem i relatywizmem, skoro pomija kwestę - wyraźnie zawartą w Nowym Testamencie - co do słuszności uznania Jezusa za Mesjasza zapowiedzianego w Starym Testamencie. 

4. Tym niemniej zupełnym kłamstwem jest twierdzenie x. Perzyńskiego, jakoby rzeczony dokumentu twierdził, iż chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny to "dwa nurty, które wyrosły z tego samego pnia". Takiego twierdzenia w tym dokumencie po prostu nie ma. 

5. Fałszywe jest także twierdzenie, jakoby Kościół zarzucił "teologię zastąpienia". Po pierwsze, takiego zarzucenia nie ma w żadnych dokumencie Kościoła, a po drugie to zarzucenie nie jest możliwe, gdyż jest zawarte już w Nowym Testamencie, a także w Tradycji Kościoła. Porzucenie "teologii zastąpienia" byłoby więc równoznaczne z apostazją. 

6. Odrzucenia "teologii zastępstwa" nie ma także we wskazanym przez x. Perzyńskiego dokumencie z 2015 r. W nim czytamy (źródło tutaj): 


Jak widać, dokument mówi jedynie o specyficznym ujęciu, które właściwie nigdy nie było nauczane Kościele, ponieważ nigdy nie było przeciwstawienia "Kościoła z pogan" i synagogi, a to z tego prostego powodu, że Kościół nigdy nie składał się jedynie z pogan lecz zawsze z Żydów i pogan. I to ten właście Kościół jest społecznością, która jest prawowitym dziedzicem Starego Testamentu, a nie judaizm rabiniczny. 

7. Słusznie x. Perzyński zauważa, że w sporze chodzi o to, "czy Bóg dotrzymuje słowa danego Izraelowi". Tutaj kryje się jednak zarówno sofizmat jak też szantaż ideologiczno-emocjonalny. Ukryte jest tutaj założenie, jakoby odziedziczenie przez Kościół obietnic danych Izraelowi oznaczało niedotrzymanie słowa przez Pana Boga. A to jest nic innego jak myślenie iście żydowskie, mianowicie exkluzywistyczne, zupełnie obce chrześcijaństwu. W rozumieniu chrześcijańskim, ukazanym już w Nowym Testamencie, Pan Bóg oczywiście dotrzymuje słowa, gdyż zarówno Żydzi (w znaczeniu etnicznym) jak też poganie są dziedzicami obietnic, jeśli przyjmują Jezusa Chrystusa. W tym znaczeniu Bóg nie odrzuca Żydów, lecz Żydzi, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa, odrzucają tym samym obietnice Boże. 

8. X. Perzyński zarzuca x. Chrostowskiemu "anachronizm", gdy ten ostatni mówi, iż Kościół otrzymał Stary Testament od Jezusa i Apostołów. Tutaj ma miejsce wyrwanie z kontextu oraz taktyczne fałszywe interpretowanie słów adwersarza. Nie trudno bowiem zauważyć, że x. Chrostowski odróżnia między religią mojżeszową a religią rabiniczną. Tak więc to x. Perzyński popełnia anachronizm, ignorując to odróżnienie. Czyżby nie wiedział, że rabiniczny kanon biblijny ukształtował się dopiero pod koniec II wieku po Chrystusie (w mówi o tym nawet dokument z 2001 r., na który x. Perzyński wcześniej wskazuje), podczas gdy Nowy Testament czyli Kościół od początku bazuje na Starym Testamencie takim, jaki był w użyciu za czasów Pana Jezusa? Oto dowód (źródło tutaj nr 18): 


9. Chwytem sofistyczno-perfidnym jest, gdy x. Perzyński regularnie opisuje teologię zastępstwa jako "konfiskatę" i "wywłaszczenie", jakoby Kościół kiedykolwiek chciał zabrać żydom Stary Testament. To brzmi jak wroga pogarda. Tak więc ksiądz profesor albo nie rozumie teologii nowotestamentalnej i katolickiej, albo nie chce rozumieć, albo jedno drugie. Weźmy choćby przykład z życia, wychodząc od słynnych słów Jana Pawła II w rzymskiej synagodze: jeśli starszy syn opuszcza dom rodzinny, a młodszy syn w nim pozostaje, dba o niego i rozbudowuje, a równocześnie pozostawia drzwi otwarte dla brata, oczywiście pod warunkiem stosowania się do reguł domowych, to czy popełnia on "konfiskatę" czy "wywłaszczenie"? W każdym razie widać, że x. Perzyński usiłuje zohydzić rdzennie katolicką - bo biblijną - teologię i czyni to w sposób dość prymitywny i mało racjonalny.

10. X. Perzyński posuwa się wręcz do zakłamania - czy to z braku rzetelności, czy też z zamysłem - słów z Listu do Rzymian, sugerując jakoby Kościół był dziką oliwką wszczepioną w "korzeń dobrej oliwki", którą ma być judaizm. Oto słowa św. Pawła (Rz 11):


W rzetelnej lekturze dość łatwo zauważyć, że Apostoł mówi o chrześcijanach z pogaństwa, nie o całym Kościele. Innymi słowy: to nie Kościół jest oliwką wszczepioną w judaizm, lecz poganie są wszczepieni w Izrael starotestamentalny przez wiarę w Jezusa Chrystusa, nie w judaizm, który Go odrzuca. Wyznawcy tego judaizmu są odciętymi gałązkami. To x. Perzyński skrzętnie przemilcza, gdyż na tym właśnie polega znienawidzona przez niego "teologia zastępstwa". 

11. Już wobec tych faktów widać, jak kłamliwe jest utożsamianie przez niego swojego fałszywego poglądu z "posoborowym nauczaniem". Słusznie tutaj nie dodaje, a jedynie sugeruje, jakoby chodziło o nauczanie Kościoła, co oczywiście nie jest prawdą. To jest prawdziwa zapaść języka i moralności, a nie poglądy x. Chrostowskiego, które są na wskroś katolickie i też zgodne z autentycznym nauczaniem Kościoła, także "posoborowym". 

12. Dość groteskowe jest, gdy x. Perzyński mówi o "świadomej ewolucji języka" w odniesieniu do judaizmu, odnosząc się do wyrażeń Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. Tutaj zapewne świadomie pomija argument x. Chrostowskiego, wskazujący na ewidentnie zafałszowane tłumaczenie słów tego pierwszego. Jeśli to ma być ewolucja, to łatwo się domyśleć, do czego prowadzi ewolucja z zafałszowania, mianowicie do ewolucji fałszu, nie prawdy. Owszem ciekawe jest, że x. Perzyński sprowadza tą "ewolucję" do "rzeczywistości duchowego pokrewieństwa". Tutaj mamy już wręcz rażącą sprzeczność względem samego Pisma św., dokładniej względem słów samego Pana Jezusa w Ewangelii św. Janowej: 



Mamy tutaj dość wyraźny wykład o "pokrewieństwie duchowym" między Jezusem Chrystusem - i tym samym Kościołem, który jest Jego Mistycznym Ciałem - a Żydami, którzy odrzucili Jego naukę, choć uważali się za potomków Abrahama. Tak więc jeśli dla x. Perzyńskiego to nie Ewangelia jest miarodajna, lecz "nauczanie posoborowe", to jest wyznawcą innej religii niż religia Apostołów i całej Tradycji Kościoła. 

Podsumowanie jest właściwie zbędne. X. Perzyński nie powołuje się nawet na dokumenty Vaticanum II, zapewne wiedząc, że głosi poglądy, które nie mają w nich podstawy. Także z dokumentu komisji biblijnej z 2001 r. - który zresztą nie ma żadnej rangi magisterialnej, lecz jest jedynie opinią grupy teologów - podaje tylko strzępy wyrwane z kontextu i bez skorelowania z całością czy nawet z "Nostra Aetate". Za to obficie obrzuca x. Chrostowskiego inwektywami, nie próbując nawet wejść w merytoryczną dyskusję, zapewne w świadomości własnej bezsilności. To jest nic innego jak propagandowa narracja, nie mająca nic wspólnego z rzetelną polemiką. Widocznie poczuł się osobiście urażony krytyką ze strony x. Chrostowskiego, bądź też otrzymał zlecenie od kogoś zainteresowanego. Chyba nie jest przypadkiem, że jego biskupem był do niedawna Grzegorz Ryś. Kółko się zamyka. 

W każdym razie takie wściekłe reakcje na głos x. Chrostowskiego ukazują panikę w pewnych kręgach, tudzież obnażają ich nędzę merytoryczną. Dlatego x. Chrostowskiemu należy się podziękowanie za odwagę w podjęciu tematu gwoli prawdy.