Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Gdzie jest dziewięciu?


Dominica XIII post Pentecosten


Łk 17,11-19: 


I stało się, gdy szedł do Jerozolimy, że przechodził przez środek Samarii i Galilei.

I gdy wchodził do jednego miasteczka, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężów, którzy stanęli z daleka.

I oni podnieśli głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami.

A widząc, powiedział im: Idźcie, ukażcie się kapłanom. 

I stało się, gdy odchodzili, że zostali oczyszczeni.

Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, potężnym głosem chwaląc Boga;

I padł na twarz u Jego nóg, dziękując Mu; a był on Samarytaninem.

A Jezus w odpowiedzi, rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, a gdzie jest dziewięciu?

Nie znaleźli się, wrócając się i dać chwałę Bogu, jak tylko ten cudzoziemiec?

I powiedział mu: Wstań, idź, twoja wiara cię wybawiła. 


και εγενετο εν τω πορευεσθαι αυτον εις ιερουσαλημ και αυτος διηρχετο δια μεσου σαμαρειας και γαλιλαιας

και εισερχομενου αυτου εις τινα κωμην απηντησαν αυτω δεκα λεπροι ανδρες οι εστησαν πορρωθεν

και αυτοι ηραν φωνην λεγοντες ιησου επιστατα ελεησον ημας

και ιδων ειπεν αυτοις πορευθεντες επιδειξατε εαυτους τοις ιερευσιν 

και εγενετο εν τω υπαγειν αυτους εκαθαρισθησαν

εις δε εξ αυτων ιδων οτι ιαθη υπεστρεψεν μετα φωνης μεγαλης δοξαζων τον θεον

και επεσεν επι προσωπον παρα τους ποδας αυτου ευχαριστων αυτω και αυτος ην σαμαρειτης

αποκριθεις δε ο ιησους ειπεν ουχι οι δεκα εκαθαρισθησαν οι δε εννεα που

ουχ ευρεθησαν υποστρεψαντες δουναι δοξαν τω θεω ει μη ο αλλογενης ουτος

και ειπεν αυτω αναστας πορευου η πιστις σου σεσωκεν σε 


Są wydarzenia w życiu, które nadają się na przypowieści. 

Co jest moralnie dozwolone przed małżeństwem?


Tematy pokrewne były już poruszane (tutaj i tutaj). 

W tej kwestii nie ma szczegółowych wytycznych ani Magisterium Kościoła, ani nawet katolickich teologów moralnych, w tym Doktorów Kościoła. Oznacza to, że są ogólne zasady, które należy odpowiednio stosować osobiście. Zresztą szczegółowe wytyczne nigdy dotychczas nie były konieczne, gdyż wszystkie kultury, także pogańskie przekazywały nawet dość surowe wzorce i normy obyczajowe. Dopiero w XX w., głównie wskutek oddziaływania kinematografii, nastąpiła daleko idąca demoralizacja, wymierzona wprost nawet w naturalne poczucie wstydu i szacunku dla intymności. Nie trudno zauważyć, że czułość okazywana publicznie jest zasadniczo na pokaz i tym samym sztuczna, co wiąże się z reguły z rozwiązłością. 

Pewne jest, że jako grzeszne należy uznać wszystko to, co jest wykorzystaniem drugiej osoby do zaspokojenia zmysłowego - niekoniecznie sexualnego w węższym sensie - bez odpowiedzialności za osobę. Gdy ktoś pragnie bliskości zmysłowej np. przez dotyk, to zawarta jest w tym potrzeba głębsza, mianowicie akceptacji, a ostatecznie miłości. Problem jest w tym, że bliskość zmysłową łatwo jest dać, zwykle też przyjąć, natomiast miłość osobowa - czyli taka, która odpowiada wymiarowi duchowemu człowieka - jest trudniejsza, bo wymaga wysiłku, czasu, oraz przezwyciężenia swojego egoizmu, który tkwi w każdym w jakimś stopniu. 

Jedynym rozwiązaniem jest otwarte, choć koniecznie powiązane z szacunkiem, porozmawianie o tej sprawie z daną osobą. Można zapytać wprost, czego oczekuje, a co nie wchodzi w grę, i też wyrazić swoje oczekiwania, oczywiście z uzasadnieniem. To będzie pierwsza próba dojrzałości i też wzajemnego szanowania. Jeśli obydwu osobom zależy zarówno na związaniu się, jak też na poszanowaniu zasad katolickich, to na pewno znajdą wspólną linię. 

Konieczne jest wyzwolenie się z fałszywych wzorców tego typu jak "jeśli nie chce do łóżka, to nie kocha", czy też mniej skrajnych. Trzeźwe, samodzielne myślenie wbrew trendom pseudokulturowym znamionuje osobowości inteligentne i charakterne. Warto szukać takiej osoby. 

Konkretnych porad powinien ponadto udzielić spowiednik, oczywiście jeśli sam ma poukładane w głowie według zasad katolickich. Pomocą mogą, a nawet powinni być także rodzice, o ile myślą po katolicku. Syn powinien mieć oparcie głównie w ojcu, a córka głównie w matce. 

Czym są pielgrzymki katolickie?


Nie ulega wątpliwości, że katolickie pielgrzymki są pewnym nawiązaniem do religii starotestamentalnej, a nawet też do innych religij, które mają swoje "sanktuaria" oraz odbywające się tam zgromadzenia. W tym zawiera się zarówno właściwe zrozumienie i wartość, jak też granice i względność. 

Wiadomo, że pielgrzymki starotestamentalne dotyczyły świątyni jerozolimskiej jako jedynego centrum religii starotestamentalnej. Były one jasno przewidziane i wymagane prawnie. Natomiast pielgrzymki chrześcijańskie pojawiły się dopiero z czasem i miały związek zarówno z grobami świętych i męczenników, jak też z Ziemią Świętą (także tzw. krucjaty były pierwotnie rozumiane jako pielgrzymki, nie jako wyprawy wojenne, choć ten aspekt był także obecny i oczywisty). Zawsze miały jednak charakter dobrowolny i tym samym względny. 

Istotny był ich charakter pokutny, czyli jako sposobu uzyskania przebaczenia oraz zadośćuczynienia za grzechy, w powiązaniu z przemianą wewnętrzną i stylu życia. Przeważnie odbywały się indywidualnie, bądź w małych grupach. Liczne zorganizowane grupy pielgrzymkowe pojawiły się chyba dopiero w Polsce, mianowicie wpierw jako wotywna pielgrzymka warszawska na Jasną Górę odbywająca się nieprzerwanie od 1711 roku w intencji podziękowania za uratowanie stolicy od epidemii dżumy. Powstawały też regularne, zwykle doroczne pielgrzymki do sanktuariów zwłaszcza marijnych jak Kalwaria Zebrzydowska, Kalwaria Pacławska itp. Nie trudno zauważyć tutaj nawiązania do Ziemi Świętej. 

Do wyraźnego ożywienia pielgrzymek doszło w Polsce w latach 70-ych i 80-ych ubiegłego wieku. Wydaje się, że liczebność nadal utrzymuje się na pewnym poziomie, mimo wyraźnego spadku praktyk religijnych. 

Problem polega nie na idei pielgrzymki w jej pierwotnym sensie religijnym, lecz w faktycznym jej prowadzeniu. Obecnie nierzadko przeważają elementy bliższe turystyce niż pobożności. Zapewne są ludzie, dla których udział w pielgrzymce stał się okazją czy może nawet bodźcem do odnowienia i pogłębienia życia religijnego, być może nawet poważnej poprawy życia. To jest bardzo cenne. Tym niemniej istotne jest, jaki tego typu praktyka religijna ma znaczenie dla życia Kościoła na co dzień, czyli wpływ i oddziaływanie. 

Jeśli jest tam autentyczna, szczera modlitwa, zarówno wspólnotowa jak też indywidualna, to jest to wielka wartość. Jeśli jest tam czynna miłość bliźniego, wzajemna pomoc i zrozumienie, to jest to również cenne. Jeśli jednak nie przekłada się to na poprawę życia religijnego w parafiach i rodzinach, to jest to poważny brak, nad którego przyczyną i naprawą należy się zastanowić. 


Konotopie a Kościół (z post scriptum)


Monumentalna figura mająca przedstawiać Matkę Najświętszą, uroczyście poświęcona kilka dni temu, wzbudza kontrowersje. Głosy są skrajnie różne. Z jednej strony dominuje zarzut, iż to gigantomania i marnotrawienie środków, które należałoby wykorzystać celach społecznych. Z drugiej strony nie brakuje zachwytu dla rozmachu i religijności fundatorów, którymi są małżonkowie miliarderzy o nazwisku Karkosik. Są też głosy krytyczne odnoszące się do wymowy i wartości religijno-estetycznej tej potężnej figury. 

Pierwsze zarzut da się o tyle obalić, że liczą się nie tylko potrzeby materialne i cielesne, lecz także duchowe. Jeśli ten pomnik ma być religijnym wotum wdzięczności i wyznaniem wiary, to odpowiada to także dobru społecznemu i to nawet poniekąd bardziej. Pozostaje jednak kwestia, czy tego rodzaju wotum jest najbardziej odpowiednie, czy optymalnie służy chwale Bożej i zbawieniu dusz. Na pewno o wiele potrzebniejsze byłoby wzniesienie świątyni dla sprawowania liturgii tradycyjnej czy klasztoru dla zakonu sprawującego tę liturgię. Także wsparcie finansowe tej typu instytucyj byłoby wartościowe, choć nie przyniosłoby tyle rozgłosu. Innymi słowy: wartość użytkowa dla celów religijnych jest znikoma, właściwie bliska zeru, gdyż to miejsce nie nadaje się do sprawowania sakramentów, nauczania wiary, czy choćby do modlitwy osobistej. Czy wybór akurat takiego wotum nie wynika także z szukania chwały własnej, należałoby rozważyć. Pan Bóg osądzi. 

Co do szczerości pobożności fundatorów można mieć wątpliwości chociażby z powodu obecności na uroczystości poświęcenia słynnego elektryka o pseudonimie "Bolek". Skoro przybył, to widocznie został zaproszony, więc zapewne łączy go coś z fundatorami, a to nie świadczy o nich dobrze. Chodzi oczywiście o obiektywne kryteria, nie subiektywne odczucia. 

Jako że chodzi o okazały monument, istotna jest także wartość sakralno-estetyczna. Sakralność wymaga stosowania czy przynajmniej przestrzegania zasad Kościoła co do dzieł sztuki. Według informacyj pochodzących od autora - rzeźbiarza Adama Matejkowskiego - sporządził on najpierw rzeźbę próbną w miniaturze, która została umieszczona przy jakimś kościele. Nie wiadomo, czy po to, by oswoić z nią katolików, czy też po to, by zasięgnąć ich opinii. W każdym razie wynika z tego, że zarówno fundatorzy jak też autor w czasie prac nad figurą byli w kontakcie z władzami kościelnymi, przynajmniej z parafią, a prawdopodobnie także z władzami diecezji włocławskiej. Nie wiadomo, jak współpraca przebiegała, jednak wiadomo, że przynajmniej efekt końcowy uzyskał aprobatę diecezji, skoro biskup miejsca dokonał uroczystego poświęcenia. Tyle w kwestii formalnej. Pozostaje pytanie, czy ta figura odpowiada kryteriom sztuki sakralnej, stosowanym przez Kościół. Należy oczywiście odróżnić kryteria tradycyjne od kryteriów obecnie będących w użyciu. 

W ogólnym wrażeniu figura ma charakter sakralny przynamniej w tym znaczeniu, że jest harmonijna i nie straszy dziwnymi szczegółami. Wyjątkiem jest wyexponowanie piersi, co może razić zarówno estetycznie - jako erotyzacja - jak też historycznie, gdyż w kulturze starotestamentalnej czy ogólnie semickiej niedopuszczalne byłoby ukazywanie matki, a zwłaszcza świętej osoby w ten sposób. Nawet jeśli autor nie miał zamiaru erotyzacji, to miał obowiązek wziąć pod uwagę zarówno historyczność przedstawienia, czyli zgodność z faktycznym ubiorem niewiasty galilejskiej w owych czasach, jak też oddziaływanie na szeroką publiczność, skoro figura ma mieć szeroki zasięg i charakter de facto publiczny. Dziwne, że władze kościelne nie zwróciły uwagi na ten aspekt, albo zauważyły i jednak zlekceważyły. 


Post scriptum

Prześledzenie wątku "shekhinah" w judaiźmie zwłaszcza kabalistycznym daje ciekawe powiązania niestety na niekorzyść posągu konotopieńskiego. 

Najpierw widać dość wyraźne nawiązania symboliczne:


Wątek erotyczny związany z shekhinah jest bardzo wyraźny. Posąg konotopieński przedstawia nie matkę, lecz oblubienicę, podczas gdy tzw. Protoewangelia w Księdze Rodzaju mówi o Niewieście jako matce, której potomstwo zmiażdży głowę węża. Zupełny brak nawiązania do macierzyństwa oraz brak stóp miażdżących szatana jest bardzo znaczący. Znamienne jest także powiązanie postaci z koroną drzewa, co bezpośrednio odsyła do kabały. Oto dowody z książki słynnego autora żydowskiego (źródło tutaj):



Owszem, są pewno różnice w szczegółach, jednak mimo tego pewne jest, że symbolika tego posągu jest o wiele bliższa kabalistycznemu systemowi znaków niż znakom, zasadom i wymowie sztuki chrześcijańskiej. 

Jak sprzątać ołtarz?


Temat pojawił się na jednej z grupek internetowych i wzbudził niezwykłą burzę komentarzową, mało merytoryczną, głównie emocjonalną i prymitywną. Problem jest realny i powszechny. 

Wynika on ze specyfiki starszych świątyń z wysokimi nadbudowaniami ołtarzy, które wymagają sporych wyczynów akrobatycznych dla utrzymania ich w jako takiej czystości, co wymaga regularnego odkurzania. Problem polega nie tyle na trudności technicznej, gdyż ona jest niewątpliwa, lecz po pierwsze z braku myślenia katolickiego nawet w tak prozaicznej kwestii, a po drugie w wygodnictwie duchownych, którzy się wyręczają już nawet nie tyle świeckimi, lecz tymi spośród nich, których jest najłatwiej wykorzystać do trudnych zadań, czyli pobożnymi niewiastami. 

Po pierwsze, utrzymanie w czystości prezbiterium - czyli przestrzeni bezpośrednio otaczającej ołtarz - jest zadaniem duchownych, ewentualnie przy udziale czy pomocy czy też w ich zastępstwie mężczyzn świeckich (podobnie jak w przypadku ministrantów, którzy zastępują kleryków niższych stopni). Z dwóch powodów:

- z powodu tego, że prezbiterium jest miejscem dla duchownych (i ewentualnie dla służby liturgicznej), co dotyczy nie tylko samej liturgii, lecz także poza nią, 

- prace porządkowe przy takich ołtarzach, jako prace na wysokości czyli niebezpieczne, wymagają sprawności męskiej. 

Jeśli ktoś naraża niewiasty na niebezpieczeństwo tego typu, grzeszy nie tylko przeciw świętości prezbiterium, lecz także przeciw poszanowaniu godności niewiast. 

Co do sposobu sprzątania:

Po pierwsze, należy zastosować taką technikę, która umożliwia respektowanie zwłaszcza świętości ołtarza jako miejsca sprawowania Najświętszej Ofiary, czyli obecności Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa. Należy też pamiętać, że w ołtarzu umieszczone są relikwie świętych męczenników, które także wymagają traktowania z odpowiednim szacunkiem. Nikt normalnie myślący i odczuwający nie będzie deptał doczesnych szczątków swoich najbliższych, więc tym bardziej świętych męczenników. 

Po drugie, jeśli konieczne jest postawienie sprzętu technicznego na ołtarzu, to najpierw należy zdjąć z niego obrusy leżące tam podczas liturgii, a następnie przykryć innym godnym nakryciem jako ochronnym. 

Po trzecie, należy koniecznie unikać stąpania na środku ołtarza, gdzie złożone są relikwie świętych męczenników, a podczas liturgii znajdują się Ciało i Krew Pańska. 

Jeśli ktoś ma na uwadze godność miejsca oraz powyższe zasady, to z całą pewnością znajdzie sposób na odpowiednie jego traktowanie. Tego wymaga zarówno postawa wiary, jak też zwykła kultura. 

Tych zasad powinno być uczone duchowieństwo w seminariach duchownych i powinne być regularnie przypominane np. podczas rekolekcyj kapłańskich czy wizytacyj kanonicznych. Duchowni moją święty obowiązek pilnowania powyższych zasad. To jest jeden z istotnych sposobów nauczania wiary oraz czci należnej prawdziwemu Bogu oraz miejscem i sprzętom Jemu poświęconym. Jeśli kapłan sam nie żyje tym szacunkiem, to nie powinien się dziwić, gdy ludzie nie okazują należnego szacunku także jemu jako osobie poświęconej Bogu. 


Czy "objawienia Boga Ojca" są zgodne z wiarą katolicką?


Nie mam obecnie możliwości zapoznania się z tymi rzekomymi objawieniami pochodzącymi z 1932 r. od młodej włoskiej zakonnicy o nazwisku Eugenia Elisabetta Ravasio (1907-1991, więcej tutaj). W internetach są w tym temacie sprzeczne informacje. Wygląda na to, że książka zawierająca rzekome objawienia dane tej zakonnicy uzyskała "nihil obstat" od biskupa Grenoble, gdzie ona przebywała wówczas. Biskupem Grenoble był Alexandre Caillot (więcej tutaj), o którym była mowa w rzekomych objawieniach, więc oczywisty jest motyw osobisty. 

Znamienne jest także, że s. Eugenia zleciła namalowanie ikony mającej przedstawiać jej wizję Boga Ojca (źródło tutaj):


Ten sposób przedstawienia odbiega od przyjętych od wieków przedstawień, gdzie Bóg Ojciec widnieje jako starzec w nawiązaniu do Księgi Daniela (rozdział 7). Oznacza to zanegowanie nie tylko tych przedstawień, lecz ich związku z Objawieniem biblijnym, co jest główną zasadą ikonografii chrześcijańskiej. 

Wygląda na to, że jest to raczej jeden z elementów rewolucji modernistycznej, a nie autentyczne, czyli nadprzyrodzone objawienie prywatne. 

Otwórz się!


Dominica XI post Pentecosten

Mk 7,31-37:

A znowu wychodząc z okolic Tyru i Sydonu przyszedł do Morza Galilejskiego środkiem okolicy Dziesięciogrodzia.

I przywiedli do niego głuchoniemego, i prosili go, aby położył nań rękę.

A wziąwszy go na bok od ludu, osobno, włożył palce swoje w uszy jego, i splunąwszy dotknął jego języka,

I spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effata, to znaczy: Otwórz się!

I otworzyły się uszy jego, i zaraz rozwiązała się uwięź języka jego, i mówił prawidłowo.

I przykazał im, aby nikomu o tym nie mówili, ale im więcej im przykazywał, tym więcej oni to rozgłaszali.

I niezmiernie się zdumiewali, mówiąc: Pięknie wszystko uczynił i sprawia, że głusi słyszą i niemi mówią.


και παλιν εξελθων εκ των οριων τυρου και σιδωνος ηλθεν προς την θαλασσαν της γαλιλαιας ανα μεσον των οριων δεκαπολεως

και φερουσιν αυτω κωφον μογιλαλον και παρακαλουσιν αυτον ινα επιθη αυτω την χειρα

και απολαβομενος αυτον απο του οχλου κατ ιδιαν εβαλεν τους δακτυλους αυτου εις τα ωτα αυτου και πτυσας ηψατο της γλωσσης αυτου

και αναβλεψας εις τον ουρανον εστεναξεν και λεγει αυτω εφφαθα ο εστιν διανοιχθητι

και ευθεως διηνοιχθησαν αυτου αι ακοαι και ελυθη ο δεσμος της γλωσσης αυτου και ελαλει ορθως

και διεστειλατο αυτοις ινα μηδενι ειπωσιν οσον δε αυτος αυτοις διεστελλετο μαλλον περισσοτερον εκηρυσσον

και υπερπερισσως εξεπλησσοντο λεγοντες καλως παντα πεποιηκεν και τους κωφους ποιει ακουειν και τους αλαλους λαλειν



Wiadomo, że to, co obecnie powszechnie nazywamy cudami, w języku Ewangelij jest nazywane "znakami". To właśnie określenie jest kluczem do zrozumienia. W przypadku powyższej Ewangelii mamy do czynienia z wieloma znakami, które się składają na całe to wydarzenie jako znak. 

Najpierw znaczące jest, iż Pan Jezus szedł z okolic wybrzeża Morza Śródziemnego, poprzez okolicę dziesięciu miast większościowo pogańskich, aż do ojczyzny Swojej i Swoich uczniów na Jeziorem Galilejskim. Poprzedzający fragment Ewangelii (Mk 7,24) mówi o Jego podróży w odległe okolice starych miast nadmorskich jak Tyr i Sydon, słynnych w historii tej krainy. Fakt, że przyprowadzono do Niego głuchoniemego, świadczy o tym, że rozpowszechniona była Jego sława, zapewne połączona z ciekawością i chęcią wypróbowania czy sprawdzenia tego, z czego słynął. Widocznie też znane było, iż uzdrawiając nakładał rękę na osobę chorą, skoro poproszono Go o to. 

Nałożenie rąk czy ręki jest gestem zrozumiałym intuicyjnie, niezależnie od tego, czy dotyczy głowy czy innej części ciała: wyraża bliskość powiązaną z szacunkiem i odpowiednim dystansem, a także zarówno przekazanie mocy, jak też wzięcie w posiadanie czy prowadzenie. W tym wypadku Pan Jezus spełnił prośbę w sposób specyficzny, nie całkiem typowy. 

Po pierwsze wziął głuchoniemego z dala od tłumu. Było to o tyle niezwykłe, iż rzekomi cudotwórcy i szarlatani regularnie troszczą się o rozgłos i dostarczenie widowiska, przynajmniej o tyle, o ile są pewni swego sukcesu. Pan Jezus natomiast pokazał, że nie zależy Mu na uznaniu tłumu i sławie, lecz na dobru tego człowieka. 

Po drugie, Pan Jezus posłużył się gestami, które można skojarzyć z praktykami uzdrowicieli czyli szamanów pogańskich, którzy zwykle posługiwali się dotykiem chorej części ciała oraz śliną. Także spojrzenie w niebo oraz westchnienie mogło nie być czymś nadzwyczajnym w porównaniu z takimi praktykami. Nawet wezwanie "effatha" - aramejskie słowo podane w oryginale i przetłumaczone przez Ewangelistę - nie wydaje się być zaskakujące w tej sytuacji. Innymi słowy: te gesty i słowa zapewne nie były tam nikomu obce czy niezrozumiałe. Niepojęty - aczkolwiek spodziewany na podstawie poprzednich zdarzeń - był rezultat w postaci natychmiastowego uzdrowienia, które zdziałać może tylko Bóg. 

Czy Pan Jezus nie mógł tego dokonać bez znaków i gestów, które dość wyraźnie przypominały praktyki hochsztaplerów? Oczywiście mógł. Dlaczego więc się nimi posłużył? 

Odpowiedź mamy w sakramentach Kościoła: tak jak choroby i ułomności cielesne są znakiem grzechu i jego skutków, tak znaki sakramentalne wyrażają wewnętrzne, duchowe działanie Boga dla naszego zbawienia. Zapowiedzią i początkiem tego działania jest to, co czynił sam Pan Jezus będąc w ciele tu na ziemi. On zarazem przewidział, że Kościół w liturgii Chrztu św. nie tylko będzie obmywał wodą, lecz także nawiązywał do uzdrowienia głuchoniemego przez tzw. obrzęd Effata, czyli dotknięcie ust i uszu chrzczonego wraz z wypowiedzeniem tego aramejskiego słowa. Kościół zaś odpowiednio zrozumiał to wydarzenie z Ewangelii i połączył je z nakazem misyjnym Zbawiciela: "idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im Chrztu" (Mt 28,19-20). Sakramenty Kościoła są niczym innym jak wypełnieniem Ewangelii i jej zastosowaniem nie tylko w tym, co według dogmatyki Kościoła jest konieczne czyli niezbędne dla ich ważności w porządku łaski, lecz w całości ich treści według nauczania i czynów samego Jezusa Chrystusa. Znamienne jest, że w ramach tzw. reformy liturgii po Vaticanum II wprawdzie nie usunięto całkowicie obrzędu Effata, lecz pozostawiono go dowolności celebransa, co faktycznie spowodowało jego regularne i zasadnicze pomijanie, odpowiednio do mentalności skracania i wyrzucania wszystkiego, co rzekomo zbędne czy niezrozumiałe. 

Do fałszywej pseudoteologii i mentalności modernistycznej nie pasuje traktowanie osoby nieochrzczonej jak głuchoniemego z Ewangelii. Nie pasuje też nakazywanie w imieniu Chrystusa "otwórz się!". Nie pasuje tym samym zwrócenie uwagi na głuchotę i niemotę duchową, której uleczenie zależy od woli człowieka, choć jest dziełem łaski Bożej. Jednak nie ma innej drogi prawdziwej wiary jak właśnie uznanie tej prawdy, że potrzebujemy zarówno działania Chrystusowego w sakramentach świętych, jak też niezbędnego otwarcia swego wnętrza na to działanie, co z kolei zakłada pokorne przyznanie się do kondycji analogicznej duchowo do tego człowieka przyprowadzonego do Niego. 

Ten ostatni warunek najczęściej i najbardziej napotyka na przeszkody. Człowiekowi trudno jest się przyznać do czegoś, czego nie widać, co nawet wprost nie boli, przynajmniej co do ciała. Po pewnym względem sytuacja osoby głuchoniemej jest wygodna przynajmniej na tyle, że można się do niej przyzwyczaić: nie słychać krytyki i pochwał, nakazów i zakazów, nic zewnętrznego nie zakłóca akustycznie własnych myśli i odczuć. Nie ma też konieczności panowania nad swoim językiem, a grzechy języka są obecnie bardzo poważne, tak poważne, jak powszechne, dogłębne i wszechstronne jest zakłamanie. Łatwo jest więc przejść do porządku dziennego nad tym, że brak człowiekowi tego, co go wyróżnia względem wszystkich istot żywych, a co go upodabnia do bytów duchowych i samego Boga - przyjmowanie prawdy i dzielenie się nią. 

Bóg tak stworzył człowieka, że umiejętność mowy jest sprzężona ze zdolnością słuchania. To dzięki słuchowi uczymy się mówić. Dziecko najpierw słyszy, by stopniowo uczyć się też mówić, wyrażać swoje potrzeby, pragnienia, myśli itd. Tym samym umiejętność słuchania jest pierwotna i fundamentalna dla każdej komunikacji. 

Jakże bardzo akurat tej umiejętności brakuje, a raczej już gotowości, mimo otaczającego zewsząd hałasu. Jeszcze nigdy dotychczas w historii ludzkości nie było tyle bodźców akustycznych i to takich, które można mieć na zawołanie i według swojego upodobania. Ta wielość i dostępność najbardziej stępia i blokuje właśnie gotowość i wolę słuchania czegoś, co jest wyzwaniem, co jest może przykre czy choćby nieprzyjemne, czy tylko wymagające jakiegoś wysiłku duchowego, a nie tylko łechcące dla zmysłów czy wręcz odurzające. To jest właściwa i najgorsza głuchota w naszych czasach, gdyż jest duchowa, wewnętrzna. 

Nie powinno więc dziwić, że wiąże się z tym swoista niemota, mianowicie wielosłowna, pełna zakłamań, fałszów, zbędnych, a nawet szkodliwych słów. Nawet osoby uważające się za inteligentne, wykształcone prześcigając się w sprawności mówienia tak, żeby właściwie nic nie powiedzieć, a co najwyżej dać mnie czy bardziej pokrętny wyraz swoim wrażeniom, odczuciom, woli itp. Nie do takiej mowy stworzył nas Pan Bóg. 

Także w wymiarze duchowym pierwotne i kluczowe jest słuchanie. Mówienie jest wtórne. Dlatego przyczyną i powodem braku modlitwy i ogólnie życia duchowego jest brak słuchania tego, co mówi Bóg. A Bóg mówi w swoisty i różnoraki sposób. Ponieważ jest miłością, to przemawia przede wszystkim przez Swoje czyny, począwszy od dzieła stworzenia i utrzymywania w istnieniu, aż po dzieło zbawienia, do sądu po śmierci włącznie, o którym nauczał Jezus Chrystus. Jeśli człowiek nie chce słuchać Boga, to są ku temu dwie główne przyczyny: przeświadczenie, że człowiek sam wszystko wie i sobie poradzi, oraz obawa przed koniecznością zmiany swojego życia, swoich grzesznych przyzwyczajeń, przyjemności i celów. Dla obrony swoich złych nawyków w myśleniu, mówieniu i postępowaniu człowiek jest gotowy kłamać, nawet okłamywać samego siebie. Sprzyja temu pycha, z kolei wspierana i wzmacniana przez powodzenia doczesne jak zdrowie, siły fizyczne, uznanie u ludzi, dobrobyt itp. Dlatego choroba czy niedomaganie fizyczne czy materialne jest szansą, gdyż jest okazją i lekcją pokory, z której jednak trzeba chcieć skorzystać. 

Wiąże się z tym fakt, iż Pan Jezus zakazywał rozgłaszania tego, co uczynił głuchoniememu. Zapewne wiedział, że będzie nie posłuchają, że zakaz spowoduje raczej odwrotność, nie tylko z powodu przekory, lecz dlatego, iż tajemnice bardziej fascynują. Skoro jednak nakazywał im milczenie, to pierwsze dlatego, iż nie chciał zostać okrzyknięty Mesjaszem cudów, czyli jednym z proroków-cudotwórców znanych przynajmniej z pism starotestamentalnych, a po drugie dlatego, by zaznaczyć, iż nie zależy Mu na popularności, i by dać przykład pokory, która zawsze towarzyszy działaniu bezinteresownemu. 

Zakończenie perykopy można rozumieć jako rozwiązanie języków także świadków, mianowicie w sensie duchowym, skoro wielbili Pana Jezusa. Otóż wiara prawdziwa i tym samym słuchanie prawdy pochodzącej od Boga przejawia się głównie i istotnie w wyznaniu, że wszystko, co Bóg czyni, jest piękne i dobre. Greckie słowo "kalos" zawiera w sobie obydwa wymiary - zarówno piękno jak i dobro. W mentalności starożytnych piękne jest zarazem dobre i odwrotnie. Gdy świadkowie wyrażają swój zachwyt, to reagują oczywiście na uzdrowienie głuchoniemego. Ewangelista podaje jednak ich słowa, które odnoszą się do wszystkiego, co Pan Jezus uczynił. Należy to rozumieć jako słowa prorockie w szerszym sensie, nawet jeśli wtedy nie były do końca uświadomione. 

Tylko Bóg czyni wszystko dobrze i pięknie. Uzdrowienie głuchoniemego jest tylko jednym z niezliczonych przykładów. Człowiek ma skłonność do myślenia o Bogu raczej wtedy, gdy się mu źle dzieje, gdy uważa, iż dzieje mu się krzywda, że niewinnie cierpi, doznaje krzywdy i niesprawiedliwości. Wówczas spontanicznie pojawia się oskarżenie Boga przynajmniej o bezczynność, o brak ingerencji czy może nawet ignorowanie usilnie zanoszonych modlitw. Wynika to z przestawienia priorytetów czy przynajmniej pomieszania trosk: zwracamy się do Boga zwykle przede wszystkim czy głównie w potrzebach i troskach doczesnych, nawet jeśli nie negujemy wagi zbawienia duszy. Dopiero po czasie jesteśmy gotowi przyznać, że wszystko, co działa Pan Bóg, jest dobre i piękne, także wtedy, gdy wpierw wydaje nam się to być zaniechaniem. 

Bez wątpienia słowa skierowane przez Pana Jezusa do głuchoniemego - wezwanie "effata" - apeluje do każdego z nas i do każdego człowieka. I nie wystarczy przyjąć to wezwanie z wiarą podczas Chrztu św. czy to osobiście, czy poprzez rodziców i chrzestnych. Zamknięcie na łaskę Bożą grozi każdemu, także temu, kto świadomie i głęboko wewnętrznie przeżył obrzęd swojego Chrztu, ponieważ każdy grzech jest zamykającym nieposłuszeństwem, które prowadzi raczej do oskarżania Boga niż do wyznawania Jego dobroci. 

Jak się otworzyć i zachować otwartość? Skoro Pan Jezus wzywa także i nas, to podaje też sposób, gdyż nie stawia wymagań zbyt trudnych. Skoro chciał, by głuchoniemy poganin był wzorem otwartości na działanie Boże, to jest ona możliwa dla każdego człowieka. 

Pierwszym warunkiem otwarcia się jest przyznanie się do swojej niepełnosprawności oraz pragnienie uwolnienia od niej. Ta pokora poddaje się zarówno prowadzeniu przez innych do Jezusa Chrystusa, jak też prowadzeniu przez Niego z dala od zgiełku, w pewien rodzaj samotności z Nim. 

Drugim warunkiem jest poddanie się bliskości Jezusa Chrystusa. Nie jest to właściwie trudne, skoro Zbawiciel posługuje się znakami znanymi skądinąd jak nałożenie ręki, dotknięcie uszu i języka. Jednak nie znaki są istotne, lecz Jego obecność sam na sam. 

Trzecim warunkiem jest wiara w to, że Jego działanie rozwiązuje i wyzwala umiejętności dotąd nieużywane czy wręcz niedostępne, czyli je przywraca w znaczeniu dania pełni naturalnych zdolności według porządku stworzenia, ukierunkowanego na porządek nadprzyrodzony. 

W tym znaczeniu otwarcie tego głuchoniemego nastąpiło już zanim uzyskał słuch i mowę. Uzdrowienie ciała stało się jedynie wyrazem duchowego przyjęcia łaski czyli działania Bożego. To przyjęcie przemienia każdego. A przemienia nie w otwartość na wszystko ze złem, błędem i grzechem włącznie, jak to się dzieje w fałszywych modnych koncepcjach i postulatach. Kto jest otwarty na wszystko, ten jest zamknięty na prawdę Bożą i Jego działanie. 

Co uobecnia Msza św.?


Należy odróżnić rodzaje uobecniania, analogicznie do rodzajów obecności. 

Jest jedna obecność istotowa (substancjalna) Pana Jezusa: w Ciele i Krwi pod postaciami chleba i wina. 

Wiąże się z nią obecność duchowa wydarzeń zbawienia: począwszy od Wcielenia, poprzez Mękę i Śmierć, aż po Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie. To o tym mówi Kanon Rzymski w modlitwie Unde et memores

Innymi słowy: Pan Jezus umarł raz historycznie i już nie umiera, lecz żyje jako Bóg i Człowiek w chwale niebiańskiej. To jest to samo Człowieczeństwo, które cierpiało, zmartwychwstało i wstąpiło do nieba, więc o tyle Msza św. jest uobecnieniem tych wydarzeń. 

To oczywiście nie pomniejsza wartości i wagi tego uobecnienia, lecz wręcz przeciwnie. 

Prawdą jest, że obrzęd Mszy św. bardziej wskazuje na misterium Męki i Śmierci, gdyż to wynika ze słów Przeistoczenia, gdzie jest mowa o wydaniu na śmierć Ciała i Krwi. O tyle - w pewnym sensie - Msza św. jest pamiątką jakby najbardziej właśnie tego wydarzenia, zwłaszcza że to Ciało i Krew Chrystusa przyjmujemy w Komunii św. Jednak nie można tego oddzielić od całości wydarzeń zbawczych, aż do Wniebowstąpienia i oczekiwanego powtórnego przyjścia w chwale, z czego właśnie wynika tradycyjny kierunek celebracji, mianowicie ku wschodowi. 


Jak oceniać krucjaty?


Po pierwsze, z całą pewnością tzw. krucjaty - czyli wyprawy zbrojne dla wyzwolenia Ziemi Świętej spod zbrodniczej władzy najeźdźców islamskich - należy zaliczyć do kategorii wojny sprawiedliwej, gdyż chodziło o ochronę życia i wiary zarówno mieszkańców jak też chrześcijańskich pielgrzymów napadanych, ciemiężonych i mordowanych przez tych najeźdźców, a jedynym możliwym środkiem było zbrojne wyzwolenie. 

Po drugie, należy trzymać się faktów historycznych, a nie propagandy islamskiej i antychrześcijańskiej, czyli opierać się na sprawdzonych źródłach historycznych. 

Po trzecie, należy odróżnić krucjatę jako taką od ewentualnych wybryków wojaków, które były działaniem sprzecznym z katolickimi zasadami wojny sprawiedliwej. Konkretnie chodzi głównie o zasadę stosowania jedynie środków koniecznych do osiągnięcia sprawiedliwego celu. 


W sprawie Galileusza


Najlepszą książką w temacie jest:



Tęczowy kogut w koloratce


Modernizm nie tylko odmóżdża, lecz pompuje pychę maxymalnie do tego stopnia, że taki człowiek zupełnie traci resztki autokrytycyzmu, nawet jeśli ma do niego okazję. 

Typowym przykładem dość aktywny w rożnych przekaziorach Michał Gławdel, inkardynowany w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Myślę, że wystarczy spojrzeć na materiał, który on sam wystawia publicznie i to zupełnie bez żenady, choć normalny człowiek by się przynajmniej zastanowił, i też zostałby szturchnięty znacząco przez otoczenie, zwłaszcza duchowne, jeśli byłoby normalne. Oto niektóre przykłady. 

On słynie z błazeńsko-przebierankowych "kazań":


Czym zresztą pasuje do linii proboszcza, który jest widocznie nie mniej skrajnym modernistą, skoro ma u siebie "ministrantki":


Słuszne i pocieszające jest to, że ludzie odpowiednio doceniają takie "duszpasterstwo", skoro ławki świecą pustkami: 


I to mimo przekupywania ich słodyczami:


A oto zacne inaczej grono duchowieństwa tej parafii (z proboszczem w bieli):

Pewnym punktem szczytowym jest następująca zabawa reklamowana wszem i wobec nawet  przez lokalną telewizję:

W roli głównej oczywiście sam Gławdel jako kogut z tęczowym ogonem, co jest szczególnie znaczące w kontekście dalszych materiałów (będą poniżej):



Tęczowy kogut oczywiście nie mógł sobie odmówić tańca męsko-męskiego:


Co pasuje do promowania przez niego tęczowego środowiska: 


Przy okazji widać, że Gławdel jest wytatuowany: 


Oto jak wygląda "wiara", która tak mu imponuje: 


Oni się zresztą wcale nie kryją z powiązaniami politycznymi: 

Tęczowy kogut chwali się ponadto byciem wyznawcą zjawy medjugoriańskiej: 

Z tym zapewne wiąże się takt, iż tęczowy kogut przeniknął też do imperium o. Rydzyka:


Myślę, że podsumowanie jest zbędne. 

Zakończę więc apelem o kierowanie protestów w sprawie x. Michała Gławdel'a zarówno do władz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej jak też to władz TV Trwam. Wszak chodzi o ochronę zwłaszcza dzieci przed tęczowym kogutem. 


Wysyp hochsztaplerów: "filozofia monastyczna" J. Melonowskiej


Otrzymałem wskazówkę na wystąpienie pewnej pani związanej z szeroko pojętym środowiskiem indultowym, konkretnie kwartalnika "Christianitas" (określanego przez niektórych "Hipocritas"). Krakówkowy odpowiednik, którym jest tzw. Klub Jagielloński (aczkolwiek usytuowany - odpowiednio do miejsca - chyba bardziej na lewo), podjął się ostatnio współpracy czy wręcz promowania takich osób. Oczywiście należy docenić zaangażowanie - przynajmniej pośrednie - nie tylko na rzecz liturgii tradycyjnej, lecz ogólnie dla kultury katolickiej. Problem w tym, że za mało jest w tym kompetencji, a za dużo pozorów. Ta ładna pani jest tego dość wybitnym przykładem. 

Ona sama - co jest oczywiście chwalebne - ułatwia sprawę, gdyż podaje w skrócie całą swoją "filozofię": 

Miło jest patrzeć na wylew zachwytu macierzyństwem, także w jego wysublimowanej postaci, jaką jest dla tej pani pisanie. Takich niewiast jest obecnie bardzo mało w przestrzeni publicznej i należy docenić jej obecność, gdyż to autentyczny skarb nie tylko dla rodziny, lecz także dla społeczeństwa i Kościoła, mając też nadzieję, że p. Melonowska w ten sposób kieruje wychowaniem swoich dzieci. Na tym jednak mniej więcej kończy się wartość intelektualna jej działalności, którą zaprezentowała w tymże wywiadzie. 

Można by wyliczać sporo kardynalnych błędów, które w owym wywiadzie zaprezentowała sobą p. Melonowska, co za razem świadczy o wartości książek, którymi się chwali. Zaznaczam, że tych książek nie znam, i przyznaję się, że nie mam ochoty ich czytać, mimo ciekawych tytułów. Wygląda na to, że treść jest najwyżej poetycko-publicystyczna, o praktycznie zerowym poziomie naukowym czy choćby myślicielskim. Oto kilka najgrubszych przykładów:

1. Pani Melonowska mówi tak, jakby alegorezę - czyli alegoryczną interpretację textu - wynalazł Platon, zaś jej główną postacią na gruncie chrześcijańskim był Orygenes. To jest niedopuszczalne uproszczenie, a nawet zafałszowanie historii, ponieważ już starożytni Grecy uprawiali alegorezę w interpretacji Homer'a, a w odniesieniu do pism Starego Testamentu tę metodę stosował filozof żydowski Filon z Aleksandrii. 

2. Pani Melonowska wykazuje niechęć do scholastyki oraz do uniwersytetów, które się z niej zrodziły, przeciwstawiając ten zasadniczy i kluczowy nurt kultury europejskiej (i światowej) czemuś, co sama nazywa "monastycyzmem", zresztą nie definiując tego pojęcia. Z kontextu wynika, że ona utożsamia go - bądź przynajmniej ściśle wiąże - z alegoryczną interpretacją Pisma św., co jest oczywiście absurdalne i fałszywe. Z prostego powodu: exegezą zajmowali się zazwyczaj duchowni skupieni w klasztorach i to ze szkół prowadzonych przez nich wyłoniła się instytucja universitas czyli wszechnica, skupiająca badawczo-dydaktycznie wszelkie dziedziny wiedzy (dlatego niemieckie określenia Technische Universität, Medizinische Universität itp. - niestety zmałpowane w Polsce - są absurdalne). Katolicka interpretacja Pisma św. uprawiana także w scholastyce zawsze łączyła sens dosłowny (historyczny) i sens duchowy (typologia, alegoria, sens moralny i sens anagogiczny). 

3. Pani Melonowska (widocznie wraz z Tomaszem Dekert'em) przeciwstawia alegorezę naukowemu podejściu do Pisma św., które z kolei utożsamia z tzw. metodą historyczno-krytyczną panującą obecnie na uczelniach. Prawdą jest, że owa metoda zasadniczo dotyczy wyłącznie sensu historycznego. Owszem, należy mieć na uwadze, że w praktyce powiązana jest ona z założeniami ideologicznymi, które sięgają takich żydowskich myślicieli jak Majmonides i Spinoza, którzy nie mają wiele wspólnego nawet z religią żydowską. Równocześnie nie wolno zapominać, że badaniem sensu dosłownego (historycznego) zajmowali się wszyscy exegeci chrześcijańscy, nawet Orygenes, czego dowodem jest zarówno jego główne dzieło De principiis, jak też słynna Hexapla, czyli zestawienie sześciu wersyj Biblii. 

4. Katolicka interpretacja Pisma św. nie ma - i nigdy nie miała - nic wspólnego z dowolnością i mniej czy bardziej górnolotnym fantazjowaniem na kanwie jego textów. Zarówno poprzestanie na szukaniu sensu dosłownego (historycznego) jak też oderwanie alegorezy - czy ogólniej sensu duchowego - od niego jest sprzeczne nie tylko ze wszelką hermeneutyką chrześcijańską (a nawet żydowską), lecz także ze zdrowym rozsądkiem. Tym bardziej takiego oderwania z całą pewnością nie można nazwać filozofią, nawet w ramach jakiegoś subiektywistycznego światopoglądu (który musi być w sobie sprzeczny). 

5. Gdy p. Melonowska utożsamia tzw. metodę historyczno-krytyczną z naukowością, to hołduje zabobonowi, który sięga swymi korzeniami Spinozy i Majmonidesa. Owszem, należy uznać zasługi tejże metody, zwłaszcza w połączeniu z naukami takimi jak paleolingwistyka i archeologia. Byłoby jednak nieracjonalne - i tym samym nie naukowe - dopuszczenie do pomieszania metody metody naukowej z założeniami czy to (pseudo)filozoficznymi czy (pseudo)teologicznymi. Przykładem jest teoria tzw. demitologizacji (R. Bultmann), która nie tyle bada text biblijny, co raczej wychodząc z zabobonów światopoglądowych regularnie zadaje mu gwałt i przez to jakby uśmierca nie tylko sens dosłowny, lecz także duchowy. 

Na koniec przytoczę słynne adagium scholastyczne, które jak zwykle mistrzowsko streszcza bardzo bogate i szerokie horyzonty katolickiej hermeneutyki biblijnej:

littera gesta docet

quid credas allegoria

moralis quid agas

quo tendas anagogia

Słusznie na pierwszym miejscu jest sens dosłowny, czyli historyczny, gdyż bez niego każdy sens duchowy byłby zupełnie fantazyjny. Warto zwrócić uwagę na to, że alegoria nie ma nic wspólnego z subiektywnymi - mniej czy bardziej udanymi czy wzniosłymi - pomysłami na temat danego textu, lecz jest ściśle powiązana z prawdami wiary. 

Być może p. Melonowska chce dobrze, mianowicie pragnie wskazać na deficyt takiego podejścia do Pisma św., które jest godne tej księgi nie tylko ze strony wierzących w jej boskie pochodzenie (z natchnienia Bożego), lecz także każdego rozumnego i uczciwego człowieka. Czyni to jednak w sposób ukazujący brak kompetencji nie tylko teologicznej, lecz nawet historycznej co do dziejów exegezy biblijnej. Bez solidnej wiedzy o faktach historycznych nie jest możliwa także poważna filozofia.