Czy onanizm zawsze jest grzechem ciężkim?

 


Jeśli czyn wynika z zamiaru podniecenia erotycznego poza aktem małżeńskim, to jest grzeszny. Taki zamiar stanowi ciężką materię grzechu. Ciężar grzechu zależy od spełnienia także dwóch innych warunków, mianowicie świadomości i własnowolności. 

Spełnienie takiego aktu, czyli zakończenie wylaniem nasienia nie jest istotne dla kwestii, czy jest to grzech lekki czy ciężki. Aczkolwiek przerwanie świadczy raczej o uprzednim braku pełnej świadomości, tym samym przeciw spełnieniu warunków grzechu ciężkiego. 

Może być tak, że ciężar grzechu nie jest całkiem jasny. Dlatego należy wyznać taki grzech w spowiedzi dla spokoju sumienia. 

Czy czyn sodomski popełniany w nieświadomości jest grzechem?




Pytanie odnosi się do wcześniejszych wpisów (por. tutaj i tutaj i tutaj).

Jeśli czyn sodomski był popełniany zgodnie z sumieniem pod wpływem fałszywych nauk, wówczas odpowiedzialność spoczywa na tym, kto fałszywie pouczył, natomiast na osobie popełniającej nie ciąży grzech. Jednak dobrze jest wyznać te czyny na następnej spowiedzi dla spokoju sumienia. 

Co jest dozwolone podczas aktu małżeńskiego?



Temat ten był już omawiany poprzednio (zwłaszcza tutaj). Powtórzę w skrócie w zastosowaniu do tego pytania:

W akcie małżeńskim moralnie dozwolone jest wszystko, co jest zgodne z naturą oraz ma związek z istotą aktu jakim jest płodność. Dotyk i pieszczoty służące właściwemu połączeniu narządów płciowych spełniają te warunki. Czym innym jest natomiast wzajemne podniecanie zmysłowe dla niego samego, to znaczy z zamiarem uniknięcia właściwego połączenia czyli celowego pominięcia płodności. 
Ponadto: jeśli akt został spełniony w sposób naturalny, lecz po stronie kobiety nie doszło do przeżycia orgazmu, wówczas moralnie dozwolone jest stymulowanie jej w celu tego przeżycia także po samym akcie. Wynika to z naturalnego związku między aktem a przeżyciem zmysłowym, które ma swoje miejsce i prawo bytu w małżeństwie. 

Co ma robić katolik?

 


Wbrew pozorom, odpowiedź nie jest trudna, aczkolwiek sytuacja jest trudna, niezwykła, w pewnym sensie nawet groźna. 

Katolik nie ma obowiązku śledzenia wszystkich wypowiedzi i posunięć papieża. Fakt, że wieści o tym docierają błyskawicznie praktycznie w każdy zakątek świata, jest czymś nowym w historii ludzkości i Kościoła. Obecnie powoduje to zamieszanie i owszem uzasadniony niepokój. Jest to uwarunkowane także tym, że jako Polacy byliśmy w ostatnich dekadach wychowywani w kulcie osoby papieża, już nawet nie jego nauczania. Pamiętać należy, iż do czasu Jana Pawła II przeciętny katolik w Polsce znał najwyżej imię papieża, często nawet nie wiedział, jak wygląda, nie znał jego wypowiedzi oficjalnych, tym bardziej tych nieoficjalnych. Pierwszym papieżem w historii, który udzielił wywiadu książkowego był Paweł VI. Benedykt XVI jako pierwszy udzielił wywiadu dla mediów, konkretnie dla telewizji niemieckiej w przeddzień wizyty w Ojczyźnie. Mentalnościowo nie łatwo jest się przestawić na trzeźwe, zdroworozsądkowe podejście do osoby papieża i jego wypowiedzi oraz czynów, które nie mają żadnej rangi w znaczeniu nauczania Kościoła. 

W skrócie: wypowiedzi i czyny, które nie dotyczą wprost prawd wiary i moralności, i nie są podawane jako oficjalne nauczanie, katolik może spokojnie zignorować, aczkolwiek psychologicznie zrozumiałe jest, że powodują one zamieszanie, dezorientację i niepokój. 

Także w obecnej sytuacji katolik ma środki zbawienia dane Kościołowi na zawsze i nieutracalnie:

1. Prawdy wiary i moralności zawarte w stałym nauczaniu Kościoła, czyli dokumentach papieży, soborów i świętych Doktorów Kościoła na przestrzeni wieków. Jest ono podane zwykle jasno i wystarczająco w tradycyjnych katechizmach Kościoła. Wszelkie odchylenia od stałego nauczania czy nowe nauki nie mają mocy wiążącej i tym samym mogą i powinny być jako takie zignorowane. 

2. Sakramenty święte, najlepiej sprawowane w tradycyjnej liturgii Kościoła. Także tutaj formy sprawdzone przez wieki mają pierwszeństwo i dają gwarancję wyrażania prawd wiary w sposób pewny i nieskażony. 

3. Trwanie w jedności hierarchicznej, czyli respektowanie ustroju Kościoła, oczywiście w ramach właściwie pojętej podległości kościelnej i posłuszeństwa. Oznacza to, że żadna władza nie ma prawa wymagać przyjęcia i praktykowania nauczania bądź czynów sprzecznych ze stałym nauczaniem i stałą praktyką Kościoła, zaś katolik ma obowiązek poddania się danej władzy jedynie w zakresie jej kompetencji, to znaczy gdy nie ma sprzeczności pod względem wiary i moralności. Innymi słowy: posłuszeństwo kościelne oznacza podległość zgodnym zarządzeniom władz kościelnych na przestrzeni wieków. Jeśli dane zarządzenie obecnych władz jest z nimi sprzeczne, wówczas po prostu nie obowiązuje. To jednak nie upoważnia katolika do zasadniczego odrzucenia aktualnej władzy. 

W poszczególnym kwestiach mogą się pojawiać trudności rozeznania. Wówczas należy się poradzić zaufanego duchownego, który przestrzega tradycyjnego nauczania i dyscypliny Kościoła. W razie niemożliwości niezwłocznej konsultacji pozostaje własna ocena i decyzja w sumieniu, według wskazań znanych prawd wiary i moralności. 

Jaki jest stosunek Kościoła do Starego Testamentu?




Odpowiedź jest zawarta w skrócie w słynnym powiedzeniu św. Augustyna (Quaestionum in Pentateuchum liber 2,73, PL 34, 623):

Novum Testamentum in Vetere latet, et in Novo Vetus patet. 

czyli:

Nowy Testament jest zawarty w sposób ukryty w Starym, a Stary został odkryty w Nowym. 

Oznacza to ścisły związek i współzależność w interpretacji. Równocześnie jest to stosunek hierarchiczny w tym sensie, że Stary Testament jest przygotowaniem Nowego, który jest spełnieniem. 

Oznacza to, że właściwy i trwały sens przepisów Starego Testamentu ukazuje się w Nowym. Tym samym te przepisy zachowują swoją ważność dopiero i tylko w Nowym Testamencie, który jest szczytem i pełnią Bożego Objawienia. 

Czy opowiadanie o potopie w Księdze Rodzaju jest historyczne?

 


Pytanie dotyczy ogólnie exegezy i hermeneutyki biblijnej. Otóż w teologii już począwszy od Ojców Kościoła odróżnia się znaczenia Pisma św. Są to dwa główne, mianowicie

- dosłowny (literalny), czyli historyczny, oraz

- duchowy.

W tym ostatnim odróżnia się trzy rodzaje:

- alegoryczy, czy wskazujący na rzeczywistość inną, wyższą, zwłaszcza w znaczeniu proroctw Starego Testamentu wskazujących na ich spełnienie w Nowym Testamencie,

- moralny (tropologiczny), czyli dający wskazówki moralnego postępowania, oraz

- anagogiczny, czyli wskazujący na dobra przyszłe i ostateczne, czyli eschatologiczne. 

Zostało to ujęte w scholastycznym powiedzeniu:

Littera gesta docet, 

quid credas allegoria, 

Moralis quid agas, 

quo tendas anagogia.

Należy mieć na uwadze, że sens literalny czyli historyczny jest jedynie podstawą, jakby fundamentem dla sensów duchowych. Na tym polega jego waga, ale także trudność we właściwym ujęciu. W exegezie, czyli nauce poświęconej właściwemu odczytaniu i wykładowi treści Pisma św., chodzi najpierw i głównie o zbadanie tej podstawowej warstwy, która sama w sobie jest już złożona. Wymaga bowiem ujęcia zarówno wiedzy filologicznej o językach oryginalnych, jak też historycznej w szerokim znaczeniu, czyli źródeł pisanych pozabiblijnych, jak też danych archeologicznych. 

Zamiarem autorów Pisma św. nie było zastąpienie źródeł wiedzy naukowej, czy to historycznej, przyrodniczej czy ogólnie literatury, choć oczywiste są powiązania i podobieństwa. Celem pism biblijnych jest przekazanie prawd religijnych, czyli odnośnie rzeczywistości w jej najgłębszym wymiarze, którego nie dosięgają żadne inne sposoby i źródła wiedzy. Równocześnie muszą się one posługiwać językiem, czyli systemem znaków słownych, metafor i środków stylistycznych, które były dostępne w danym czasie i miejscu. 

Te trzy główne uwarunkowania - zarówno historyczne jak też co do charakteru i celu pism - wyznaczają badanie tzw. rodzajów literackich zawartych w Biblii. Chodzi przy tym o rodzaje literackie nie tylko poszczególnych ksiąg, pochodzących zresztą z różnych epok i miejsc historycznych, lecz także ich części czy nawet fragmentów. Albowiem wiele z tych ksiąg zawiera w sobie różnorodne fragmenty, które są wcześniejsze bądź zostały przejęte z istniejącej tradycji ustnej. 

Dotyczy to także opowiadania o potopie (Rdz 6-9). Nowoczesne badania paleograficzne i archeologiczne wykazały dwa główne aspekty tego opowiadania:

- Możliwy związek z archeologicznie udowodnionymi wydarzeniami potopu jak w Ur w Mezopotamii (4 tysiąclecie a.Ch.n.), w Szurrupak (ok. 2800 a.Ch.n.), Kisz (ok. 2600 a. Ch. n.), a zwłaszcza tzw. zalanie Morza Czarnego (ok. 5600 a.Ch.n.).

- Podobieństwa i możliwe pokrewieństwa z opowieściami o potopie w mitologiach wielu innych kultur, i to nie tylko regionu Bliskiego i Środkowego Wschodu (zwłaszcza epos o Gilgameszu) i Grecji oraz Rzymu, lecz także Celtów, Germanów, Indii, Chin, a nawet Indian północnoamerykańskich. 

W tym znaczeniu można bez wątpienia mówić o historyczności opowiadania z Księgi Rodzaju, gdyż przejmuje ono uniwersalną tradycję ludzkości, która ma z całą pewnością związek przynajmniej z lokalnymi doświadczeniami potopu u różnych ludów. 

Równocześnie wyraźne i daleko idące są różnice między opowiadaniem z Księgi Rodzaju a wszystkimi innymi tradycjami pod względem teologicznym. Chodzi głównie o przezwyciężenie politeizmu oraz obraz karzącego i równocześnie miłosiernego, ratującego Boga Jahwe. W tym znaczeniu mamy do czynienia z historycznym źródłem Bożego Objawienia, gdyż opowiadanie biblijne w swej właściwej treści jest jedyne w swym rodzaju, mimo że posługuje się narracyjnym materiałem mitologii ludów nie tylko ościennych, lecz także odległych, a tym samym uniwersalnym pod względem kulturo- i religioznawczym. 

Czy osoba niemoralna może nauczać na uczelni katolickiej?

 


Prawo kanoniczne wyraźnie mówi, że na uczelni katolickiej nauczać mogą jedynie osoby nienaganne pod względem zarówno wiary jak też obyczajów:



Kompetentna władza - zwykle jest to biskup miejsca albo w przypadku uczelni zakonnych przełożony zakonny - ma obowiązek czuwać nad przestrzeganiem tego przepisu. Oznacza to, że powinna czuwać nad tym, by żadna osoba nauczająca w sprzeczności do wiary katolickiej bądź prowadząca niemoralne życie nie nauczała na uczelni katolickiej. W razie stwierdzenia takowych faktów władza ma obowiązek usunąć daną osobę od nauczania, czyli odebrać jej prawo do nauczania (facultas docendi). 

Jeśli kompetentna władza nie wypełnia należycie swojego obowiązku, wówczas należy zawiadomić o sprawie rzymską Kongregację ds. Wychowania Katolickiego, która sprawuje najwyższy nadzór nad działalnością uczelni katolickich. Skierowane pismo powinno zawierać odpowiednie dowody co do faktów oraz zostać wysłane przesyłką poleconą z potwierdzeniem odbioru. 

Czy nauczanie w sprawie kary śmierci jest nieomylne?

 


Po pierwsze, katechizm powinien podawać stałe nauczanie Kościoła, czyli niezależne od trendów, mniemań i opinij, nawet jeśli nie jest ono dogmatyczne w sensie ścisłym czyli formalnie nieomylne. 

Po drugie, katechizm nie jest właściwą formą zdefiniowania nauczania w znaczeniu wprowadzania zmian chociażby formalnych, czyli co do rangi danego zdania teologicznego. Innymi słowy: gdy papieże mieli mocą swojego autorytetu określić nauczanie w danej kwestii, to wydawali bullę czy encyklikę, w której wyjaśniali i ustanawiali daną prawdę. To nauczanie było następnie przejmowane do nauczania katechizmowego. Wynika to z natury katechizmu: jego zadaniem jest nauczanie jak najprostsze i zależne także od zdolności i zrozumienia u odbiorców. Natomiast do natury nauczania papieskiego, czyli skierowanego do całego Kościoła, należy uniwersalność i ponadczasowość przynajmniej w zamierzeniu. 

Po trzecie, naturą nauczania nieomylnego jest niezmienność. Jeśli dane nauczanie zostało zmienione, to albo nie należy dziedziny nauczania wiary i obyczajów wynikającego z Bożego Objawienia, albo jest omylne i zarazem tymczasowe, więc także nieobowiązujące w sumieniu. 

Wynika to z natury nieomylności Kościoła i tym samym papieskiej. Polega ona nie na otrzymywaniu nowych objawień w biegu historii, lecz na charyzmacie nieomylnej wierności Bożemu Objawieniu danemu raz na zawsze przez Jezusa Chrystusa. 

W zastosowaniu do kwestii kary śmierci:

Wprowadzenie diametralnej zmiany do katechizmu jest pogwałceniem nie tylko formalnych procedur dokumentów papieskich, lecz także natury katechizmu oraz istoty nauczania Kościoła. Równocześnie oznacza to, że także ta zmiana może ulec zmianie, ponieważ katechizmy są formalnie zmienne (materialnie i formalnie niezmienne są prawdy wiary pochodzące wprost z Bożego Objawienia). Zresztą już samo wprowadzenie zmiany w nauczaniu odnośnie kary śmierci oznacza, że wprowadzający tę zmianę uznał nauczanie w tej kwestii za zmienne, czyli podległe także przyszłym zmianom. 

Stanowisko odnośnie kary śmierci samo w sobie nie jest dogmatyczne, tzn. nie jest zawarte wprost w prawdach i moralności podanych w Bożym Objawieniu. Jest natomiast powiązane z takimi prawdami jak te, że jedynie Bóg jest władcą życia i śmierci, oraz że piąte przykazanie Dekalogu odnosi się do zabijania niewinnych, a nie do słusznej koniecznej ochrony życia niewinnych przed zbrodniarzem i jego prawdopodobnymi czynami. Pewne jest także, że w Bożym Objawieniu oraz dotychczasowym zwyczajnym (tzn. nieuroczystym dogmatycznie) nauczaniu Kościoła nie ma zasadniczego odrzucenia, ani tym bardziej potępienia kary śmierci. Tym samym teologicznie możliwe i poprawne jest jedynie precyzowanie warunków jej stosowania, oczywiście jako środka koniecznego i ostatecznego ku ochronie życia niewinnych. Inne funkcje tej kary - jak wychowawcza oraz zadośćuczynienia - są wtórne i podrzędne.   

W Kościele istnieje zasada zgodności diachronicznej, czyli na przestrzeni wieków. Dlatego już w starożytności nowość czy nowinka były synonimami herezji. Każde nauczanie wiary katolickiej musi być mieć podstawy i być zakorzenione w Bożym Objawieniu poświadczonym przez Tradycję Kościoła i Pismo św. Cokolwiek jest z tym sprzeczne, musi być odrzucone, niezależnie od tego, czy i na ile ma oparcie czy poparcie w trendach i opiniach współczesnych. 

Oznacza to, że wcześniejsze katechizmy, podające tradycyjne katolickie nauczanie odnośnie kary śmierci, nie tracą na aktualności i nie mogą jej utracić. Tym samym mogą być podstawą do kształtowania wiary i poglądów wiernych także obecnie i w przyszłości. 

Prawo kanoniczne a prawo moralne


Nie do końca rozumiem pytanie, które właściwie nie jest pytaniem, lecz sugestią. Widać w nim potrzebę wyjaśnienia kwestii zasadniczej, mianowicie stosunku między prawem moralnym a prawem kanonicznym, czyli kościelnym. 

Prawo moralne to są normy moralne pochodzące z prawa naturalnego, czyli poznawalnego rozumem, oraz prawa objawionego, czyli nadprzyrodzonego, znanego z Bożego Objawienia podanego w Piśmie św. oraz Tradycji Kościoła. Prawo kanoniczne, czyli kanony ustanowione w ciągu wieków przez Kościół a zebrane od 1917 r. w jednej księdze zwanej Kodeksem Prawa Kanonicznego (nowa wersja pochodzi z 1983 r.), to są normy, które są konkretnym zastosowaniem Bożego Objawienia ogólnie do życia Kościoła i poszczególnych jego członków. Tym samym zachodzi jego zależność od Bożego Objawienia i w tym znaczeniu względność. 

Zakres prawa kanonicznego jest oczywiście węższy, gdyż reguluje ono życie Kościoła jako społeczności i dotyczy członków Kościoła, podczas gdy prawo moralne - zarówno naturalne jak i nadprzyrodzone - obowiązuje wszystkich ludzi (według zakresu i stopnia jego poznania przez nich). Tym samym nie wszystkie normy moralne mogą być w pełnym zakresie ujęte w prawie kanonicznym. Grzechy osobiste, nie mające bezpośrednich i widzialnym skutków dla życia Kościoła, ze swej natury są zwykle nieuchwytne dla prawa kanonicznego, choć oczywiście podlegają prawu moralnemu. 

Dlatego moralne nauczanie Kościoła ma zakres znacznie szerszy niż normy prawa kanonicznego. Do natury tego ostatniego, które jest prawem stanowionym, należy exekwowalność prawna, czyli udowodnienie winy oraz wymierzenie kary przez instytucję sądów kościelnych. Natomiast przedmiotem moralnego nauczania są grzechy, czyli wykroczenia przeciw prawu moralnemu, nawet jeśli nie są znane nikomu oprócz popełniającego. Tutaj jedyną instancją jest często spowiednik. Działa on oczywiście także w imieniu Kościoła, a ostatecznie Jezusa Chrystusa, jednak w dziedzinie tak zwanego "forum wewnętrznego" (forum internum), czyli osobistego stosunku katolika do prawa moralnego. 

Najbardziej istotna różnica różnica polega na tym, że prawo moralne - jako ustanowione przez Boga raz na zawsze - jest niezmienne, podczas gdy prawo kanoniczne powstawało w stopniowym rozwoju i zasadniczo podlega zmianom. Zmiany te oczywiście są zależne od Bożego prawa moralnego w tym znaczeniu, że są jego zastosowaniem do konkretnych przypadków historycznych. 

Kształtowanie prawa kanonicznego podlega więc rozwojowi właściwemu dla każdego prawa stanowionego czyli ustaw prawnych. Właściwy rozwój polega na doskonaleniu, czyli zwiększaniu odpowiedniości względem prawa Bożego zarówno naturalnego jak i objawionego. 

Dlaczego wystarczy Komunia św. pod jedną postacią?

 


To "bardzo ubolewanie" nie ma podstaw w świetle prawd wiary katolickiej. W każdej z postaci eucharystycznych obecny jest cały Jezus Chrystus z Bóstwem i Człowieczeństwem, gdyż realnej obecności osoby nie można podzielić ani stopniować. Dlatego nie jest istotne, czy spożywamy tylko Ciało, czy tylko Krew Pańską, czy obydwie postaci. Spożywanie tylko jednej postaci przez wiernych (zwykle jest to Ciało Chrystusa) ma powody praktyczne: hostie można łatwo dzielić i przechowywać, łatwo też jest zapobiec profanacji. Natomiast z postacią wina są problemy natury praktycznej, których nie muszę chyba wyjaśniać. 

Teologicznie w porządku jest rozwiązanie praktykowane w obrządkach wschodnich, mianowicie podawanie wiernym łyżeczką Ciała Pańskiego wraz z Krwią. Jest jednak właśnie problem praktyczny, mianowicie niemożliwość przechowywania połączonych postaci eucharystycznych. 

Obrządek rzymski jest natomiast bardziej pragmatyczny, oczywiście bez uszczerbku pod względem teologicznym. 

Podawanie wiernym tylko jednej postaci (zwykle Ciała Pańskiego) jest ponadto także środkiem pedagogicznym i testem. Wypowiedź zawarta w powyższym pytaniu świadczy o myśleniu błędnym teologicznie i już nawet logicznie. Autor pytania został widocznie zwiedziony przez praktykę niekatolicką, która doprowadziła go do takiego błędnego myślenia. W Komunii św. spożywamy bowiem uwielbione Ciało i uwielbioną Krew Jezusa Chrystusa, które są żywe nie z powodu ich połączenia, lecz z powodu stanu uwielbienia po Zmartwychwstaniu. Uporczywe naleganie na spożywanie obydwu postaci świadczy przynajmniej o braku zrozumienia tej prawdy. 

Dlaczego niemożliwe jest dopuszczenie kobiet do sakramentu święceń?

 


W tym temacie jest List Apostolski Jana Pawła II "Ordinatio sacerdotalis". Ma on swoje słabe strony, mianowicie głównie absurdalne dopuszczenie, że biskupi mogą dopuścić dziewczęta do służby ołtarza. Jednak podaje też uzasadnienie odmowy dopuszczenia kobiet do sakramentu święceń. Każdy może się sam zapoznać, referowanie jest zbędne. 

Ze swojej strony mogę podać dwa zasadnicze powody:

- antropologiczny, czyli z porządku stworzenia, oraz

- teologiczny, czyli wynikający z Bożego Objawienia, czyli porządku łaski, który buduje na porządku stworzenia czyli naturalnym. 

Zacząć należy od istoty sakramentu święceń. Jest to sakrament wyposażający w udział w posłannictwie i urzędzie samego Jezusa Chrystusa dla zbawienia świata, konkretnie w 

- nauczaniu prawd wiary czyli Bożego Objawienia,

- uświęcaniu, czyli sprawowaniu sakramentów, oraz

- rządzeniu, czyli prowadzeniu wspólnoty kościelnej (na płaszczyźnie odpowiedniej dla stopnia święceń, czyli według zadań diakona, prezbitera i biskupa). 

Nauczanie wiary wymaga życia duchowego i solidnego przygotowania zarówno co do wiedzy jak też metody przekazu. Oczywiście stanowi to jedność ze sprawowaniem sakramentów oraz kierowaniem, gdyż te dziedziny są i muszą być podporządkowane nauczaniu wiary czyli Bożego Objawienia. Ma to związek z różnicą płci, czyli specyfiką męskości i ojcostwa, w porównaniu z kobiecością i macierzyństwem, bez pomieszania i pomniejszania wagi i godności każdej z nich. Mentalność współczesna, której od dziesięcioleci wpajane jest tzw. równouprawnienie płci, ma trudność w pojęciu i zrozumieniu tych różnic i specyfiki. Niestety forsowane przez modernistów w Novus Ordo angażowanie kobiet i dziewcząt do funkcyj liturgicznych wzmacnia i potwierdza to pomieszanie. Nie powinno więc dziwić, że w takiej sytuacji argumenty przeciw święceniu kobiet trafiają na blokady myślowe i emocjonalne. Zresztą jest oczywiste, że celem owego forsowania jest ostatecznie przeforsowanie święcenia kobiet, chociażby w celu upodobnienia do sekt protestanckich, które wprawdzie nie mają sakramentu święceń, lecz mają urząd "pastora" (względnie "pastorki"), który jest małpowaniem katolickiego duchowieństwa. Nie trudno zauważyć tutaj pewnego - mniej czy bardziej świadomego - związku z ideologią "gender". 

W skrócie:

1. Zasadniczym argumentem jest fakt, że Syn Boży we Wcieleniu w naturę ludzką przyjął ciało mężczyzny, nie kobiety. Oczywiście nie oznacza to pomniejszenia godności kobiety, lecz odpowiada porządkowi stworzenia, poświadczonego w Księdze Rodzaju: Bóg stworzył najpierw mężczyznę jako protoplastę rodzaju ludzkiego. W analogii do tego faktu, protoplastą odkupionego rodzaju ludzkiego jest Syn Boży, który także jest mężczyzną. Porządek przyrodzony (stworzenia) i porządek nadprzyrodzony przenikają się, przy czym ten drugi jest decydujący, aczkolwiek nie usuwa on porządku pierwszego, lecz go podnosi i udoskonala (św. Tomaszgratia non tollit naturam sed perficit). 

2. Przyjęcie sakramentu święceń (w każdym ze stopni) wyposaża w zdolność działania "w Osobie" (in persona) Jezusa Chrystusa, czyli sprawowania sakramentów Zbawienia pochodzącego od Syna Bożego i będącego Jego dziełem i działaniem. To działanie wymaga męskich zdolności według porządku naturalnego. 

3. Kościół jest związany tym, co uczynił Jezus Chrystus w ustanowieniu Kościoła. On powołał do sakramentu święceń wyłącznie mężczyzn, mimo że nie dbał o ówczesne zwyczaje religijno-kulturowe w stosunku do kobiet. Religia Mojżeszowa była wówczas bodajże jedyną religią, która nie miała kapłanek, czyli nie dopuszczała kobiet do sprawowania kultu, ani w sensie ścisłym, to znaczy w świątyni, ani w nauczaniu w synagodze. Wynikało to oczywiście z wierności Bożemu Objawieniu danemu w Starym Testamencie, podczas gdy kulty pogańskie z reguły dopuszczały kapłanki. Jezus Chrystus ustanowił kapłaństwo Nowego Przymierza, wychodząc poza kapłaństwo starotestamentalne, gdyż ani On sam ani powołani przez Niego Apostołowie nie należeli do plemienia kapłańskiego. Zachował jednak zasadę niepowoływania kobiet do sprawowania kultu publicznego, co oczywiście wynika z porządku stworzenia, o którym była mowa wyżej. 

4. Zachowując wiernie zasady ustanowione przez Boskiego Założyciela, Kościół nigdy nie dopuszczał kobiet do sprawowania funkcyj liturgicznych. Dopiero w moderniźmie po Vaticanum II - wskutek deprawacji intelektualnej i ekumaniackiego upodobniania do protestantyzmu - pojawiło się angażowanie kobiet jako lektorek, ministrantek i "nadzwyczajnych" szafarek Eucharystii. Stanowi to nie tylko skandaliczny i brzemienny w skutkach wyłom sprzeczny z Tradycją Kościoła i Bożym Objawieniem, lecz także przynajmniej pośrednie przejęcie i poparcie dla pomieszania płci, które jest sednem perwersji tzw. duchu LGBT. 

Czy istnieje ubój religijny?

 


Ostatnio politycy uważani dotychczas za konserwatywnych i katolickich wypuścili w przestrzeń publiczną nowotwór słowny: "ubój religijny". Ma on widocznie służyć usprawiedliwieniu ich skandalicznego zachowania w kwestii uboju talmudycznego i islamskiego, praktykowanego w celach przynajmniej biznesowych - osobna sprawa, czy tylko biznesowych - w kraju katolickim jakim jest Polska. 

To określenie jest nowotworem, gdyż nie pochodzi ani z talmudyzmu, ani z islamu. W obydwu tych fałszywych kultach chodzi o sposób uboju służącego do codziennego spożywania mięsa przez ludzi, nie w składaniu ofiar kultycznych. Charakter kultyczny tego uboju wynika z tła i kontextu, czyli związku z tymi kultami. Talmudyści powołują się na zakaz spożywania krwi zawarty w Księdze Powtórzonego Prawa, co zostało przejęte do islamu, z dodaniem pewnych zasad rytualnych jak wezwanie islamskiego bożka Ałłaha (pisałem o tym poprzednio tutaj). Nazwanie więc uboju talmudycznego i islamskiego "religijnym" jest fałszem i to przynajmniej podwójnym. 

Po pierwsze sugeruje, jakoby ten ubój był "religijny" w znaczeniu, jakie jest przyjęte w kulturze europejskiej w myśl rozróżnienia między sacrum i profanum. Innymi słowy, to określenie błędnie sprowadza ten ubój do sfery sacrum, jak jest ona rozumiana w pojęciach naszej cywilizacji. Ma to widocznie kłamliwie ochronić taki sposób uboju przed zdroworozsądkową krytyką i obaleniem, zaś ochrona ma przysługiwać w imię tzw. wolności religijnej, i to fałszywie rozumianej. 

Po drugie, określenie to nazywa religią fałszywe kulty talmudyzmu oraz islamu, co zakłada pojęcie religii charakterystyczne dla ideologii ateistycznej i masońskiej, które w głupawy sposób funkcjonuje także w dziedzinie religioznawstwa. Innymi słowy: to według ateistów - światopoglądowych, czy przynajmniej metodycznych jak religioznawcy abstrahujący od kwestii prawdziwości kultów - różne kulty jak chrześcijaństwo, talmudyzm, islam, hinduizm, buddyzm, politeizm itd. należą do wspólnej kategorii określanej pojęciem "religia". Natomiast dla każdego przekonanego wyznawcy jakiegokolwiek kultu tylko ten właśnie kult jest religią, podczas gdy inne kulty są bezbożne i antybożne. Istnieje też oczywiście zjawisko relatywizmu religijnego (zwanego też pluralizmem), które jest właściwie niczym innym jak mniej lub bardziej sprytnie zamaskowanym ateizmem czy przynajmniej agnostycyzmem. Zaś katolikowi, jak też zresztą każdemu myślącemu człowiekowi, nie godzi się obejmować jednym pojęciem "religii" kultów sprzecznych z tym, co uważa - w przypadku katolika słusznie - za prawdziwą religię. 

Należy mieć na uwadze, że ubój talmudyczno-islamski w skali przemysłowej wiąże się nieuchronnie ze sprowadzaniem muślimów do Polski na coraz większą skalę, gdyż wykonujący ów barbarzyński proceder muszą być kontrolowani i certyfikowani przez władze owych fałszywych kultów. Oznacza to oczywiście zagrożenie nie tylko demograficzne, lecz religijne, kulturowe i cywilizacyjne, takie samo jak w przypadku - w międzyczasie już nieuchronnej - islamizacji Europy zachodniej i północnej. 

Ponadto pozwolenie na swobodną, niczym nieograniczoną działalność fałszywych kultów, i to nawet w dziedzinie życia codziennego jaką jest żywność, de facto sprzyja i powoduje u Polaków indyferentyzm odnośnie religii, a tym samym oddalanie się w myśleniu, kulturze i wartościowaniu cywilizacyjnym od standardów nie tylko katolickich, lecz także racjonalnych i zdroworozsądkowych. Jest to nie mniej fałszywe i niebezpieczne, gdy powodem - rzekomym, czy też rzeczywistym - jest interes biznesowy, gdyż postawa taka jest niczym innym jak materializmem przynajmniej praktycznym, który zawsze godzi ostatecznie w kulturę i cywilizację, czego dowodem historycznym jest komunizm w jego różnych postaciach. 

W końcu należy podkreślić, że całkowity zakaz zarówno uboju rytualnego jak też importu mięsa z niego pochodzącego jest najprostszym, najbardziej realnym i najbardziej skutecznym sposobem przeciwdziałania islamizacji. Taki zakaz, który jest ze wszech miar uprawniony choćby w imię zasad humanitarnego uboju zwierząt, spowoduje, że ludność islamska albo przestanie praktykować islamskie przepisy żywieniowe i zdystansuje się wobec islamu, albo wyemigruje do innych krajów, które tolerują barbarzyńskie praktyki. 

Tym samym muszę stwierdzić, że nastąpiła haniebna kompromitacja formacji politycznej, w której wielu katolików pokładało nadzieję co do obrony nie tylko materialnych warunków bytowych, lecz przede wszystkich co do ducha, kultury oraz wartości cywilizacyjnych. Stawanie w obronie i po stronie barbarzyńskich praktyk fałszywych kultów - nawet jeśli motywem są interesy biznesowe - i to reprezentując kategorie i myślenie antykatolickie, antychrześcijańskie i przeciwne cywilizacji łacińskiej świadczy niestety o braku elementarnych zasad myślenia i wartościowania. Czyżby katolicy zostali ponownie oszukani przez cynicznych ludzi?


P. S.

Z powodu znowu występującego tajemniczego błędu w odpowiadaniu na komentarze, zamieszczam tutaj komentarz i odpowiedź.





Tym bardziej haniebne jest posługiwanie się przez katolików ukutym przez talmudystę fałszywym pojęciem. To raz. 

Po drugie, nikt nikomu nie zamyka interesu życia przez zakaz barbarzyńskiego uboju. Rynek światowy jest wystarczająco chłonny i hodowca na pewno znajdzie zbyt dla mięsa pochodzącego z normalnego uboju. Co najwyżej trochę mniej zarobi. Więc musi wybierać: albo większy zysk za wspieranie fałszywych i barbarzyńskich kultów, albo mniejszy (najwyżej chwilowo) zysk na normalnej, cywilizowanej produkcji mięsa, która nie niszczy kultury, cywilizacji i wartości duchowych narodu polskiego. Jeśli ta formacja polityczna tego nie dostrzega, to jest niestety następnym oszustwem na narodzie polskim. 

Czy anioł mógł udzielić Komunii św.?

 


Chodzi zapewne o tzw. objawienia anioła z Fatimy. 

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że te rzekome objawienia są znane dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji (ich autentyczność można uznać za wątpliwą) i nie należą do właściwych objawień fatimskich zatwierdzonych przez władze kościelne. Pisałem o tym poprzednio (tutaj). 

Niezależnie od kwestii źródłowej jest oczywiście problem teologiczny. Otóż rzeczywiście aniołowie z natury jako byty czysto duchowe nie mają ciała i są niewidzialne. Nie wyklucza to jednak cudu, czyli nadzwyczajnego działania Bożego, które jest nadnaturalne, nie przeciwnaturalne. Oznacza to, że niewidzialna osoba anioła może stać się jakby widzialna w wizji danej człowiekowi, która jest oczywiście duchowa, nie materialna. Pan Bóg oczywiście może się tutaj także posłużyć materią, to znaczy jej atomami, dając im na dany moment właściwości, które przewyższają naturalne właściwości, ale bez sprzeczności z nimi. Jednak Bóg nie może dać aniołom materialnego ciała, nie dlatego, jakoby Jego wszechmoc była ograniczona (i nie była wszechmocą), lecz dlatego, że byłoby to sprzeczne z naturą aniołów czyli z dziełem stworzenia, którego przecież Bóg jest sprawcą. Tak na przykład - mówiąc groteskowo i abstrahując od niemożliwości - cudem nie jest latanie na miotle, gdyż naturą miotły jest służenie do zamiatania, nie do latania. Na tej zasadzie możliwa jest wizja anioła posługującego w Komunii św. duchowej, natomiast nie jest możliwe podawanie przez anioła realnej, sakramentalnej Komunii św. 

Jakie podatki są sprawiedliwe?



Podatek jest obowiązkową daniną na poczet wypełniania przez państwo jego zadań. Tym zadaniem jest - najogólniej mówiąc - dobro wspólne obywateli, wszystkich obywateli, bez różnicy. Państwo powinno gwarantować równość nie tylko wobec prawa, lecz także w udziale co do dobra wspólnego.

Zadania czyli funkcje państwa mogą być różne i ulegać zmianom w zależności od danych potrzeb. Dlatego konieczne jest dopasowywanie także systemu podatkowego w zależności od tego, które rozwiązania służą najlepiej dobru wspólnemu. Stałe są i powinny być zasady etyczne, natomiast ich zastosowanie w danym państwie może i powinno być zmienne, gdy tego wymagają okoliczności. Inne na przykład są potrzeby w sytuacji wojny, a inne w sytuacji wewnętrznego zagrożenia bytu czy to duchowego czy biologicznego.

Zachodzi oczywiście współzależność między dobrem indywidualnym - należycie rozumianym - a dobrem wspólnym. One się nie wykluczają lecz nawzajem warunkują. Dlatego fałszywy jest zarówno indywidualizm (nazywany często ogólnie kapitalizmem) jak i kolektywizm (nazywany często socjalizmem). Jest to szczególnie widoczne w kwestii podatków. Im więcej państwo pobiera podatków, tym bardziej szkodzi dobru indywidualnemu i ostatecznie też wspólnemu, jeśli nie przeznacza środków pochodzących z podatków na odpowiednie cele, czyli służące dobru wspólnemu. Tak jest, gdy nie pobiera - obojętne z jakiego powodu - odpowiedniej ilości środków dla realizacji chociażby bezpieczeństwa publicznego czy obronności militarnej, gdyż uderza to w interes wszystkich obywateli.

Istotne jest właściwe rozumienie dobra wspólnego. Nie jest ono przeciwieństwem dobra indywidualnego, lecz egoizmu. Tak samo jak na poziomie indywidualnym, również na poziomie wspólnotowym jest to dobro - odpowiednio do natury człowieka - o wymiarze zarówno materialnym i biologicznym jak też duchowym. Także te wymiary się nie wykluczają, lecz są w pewnym sensie współzależne, aczkolwiek z zachowaniem hierarchii. Tak np. sprawy religii, kultury, edukacji stoją wyżej niż sprawy zamożności materialnej, aczkolwiek bez odpowiedniego poziomu bytu materialnego nie sposób jest poświęcić czas i uwagę na sprawy duchowe. Należy też pamiętać o granicach kompetencji państwa zarówno w kwestiach gospodarczych jak też duchowo-kulturowych. Według etyki katolickiej istotną funkcją państwa jest pomocniczość, nie zastępowanie działań jednostek, rodziny i społeczności. Państwo nie ma prawa dyktować ani działalności gospodarczej ani duchowej. Ma jednak obowiązek chronić i wspierać, gdzie i na ile jest to konieczne, oraz służyć dobru wspólnemu.

Sprawiedliwość nie oznacza równości. Dotyczy to także kwestii podatków. Dlatego fałszywe jest domaganie się pogłównego czy takiej samej procentowej dla wszystkich. Ewangeliczna zasada: "komu więcej dano, od tego więcej wymagać się będzie" (Łk 12, 48) dotyczy także podatków. Oznacza to: jeśli komuś społeczeństwo i państwo - w różny sposób - stworzyło korzystne warunki do wzbogacenia się, wówczas ma on obowiązek większej daniny w postaci podatków. Kto np. bez własnej winy - lecz np. z powodu braku odpowiednich zdolności czy umiejętności mimo starań - zarabia mniej czy tylko minimalnie, pokrywając jedynie podstawowe potrzeby exystencjalne, ten ma prawo nawet do zwolnienia od podatku np. w postaci kwoty wolnej od podatku. Obowiązkiem państwa jest zapewnienie takich warunków prawnych i gospodarczych, by nikt dokładający swoich starań nie cierpiał niedostatku w podstawowych potrzebach jak pożywienie, godziwe mieszkanie oraz godziwy wypoczynek. Nie ma to nic wspólnego z socjalizmem, lecz wynika z istoty i natury państwa.

Przekładając te zasady na system podatkowy w Polsce należy powiedzieć niestety, że jest on skrajnie niesprawiedliwy, antypolski - wymierzony przeciw dobru narodu polskiego - i tym samym niemoralny. A to z następujących powodów:
- Fałszywa i zgubna niejasność i niespójność określenia zadań państwa, co skutkuje przerostem biurokracji państwowej w każdej dziedzinie.
- Skrajnie niesprawiedliwe obciążenie podatkowe najmniej zarabiających, którzy stanowią ok 2/3 społeczeństwa. Hamuje to i tłumi ich aktywność zarówno gospodarczą, jak też intelektualną i kulturalną. Prowadzi to do emigracji zwłaszcza młodych, ambitnych i pracowitych.
- Skrajnie niesprawiedliwe faworyzowanie najwięcej zarabiających, co powoduje niezgodę społeczną i skrajny wyzysk. Jest to zarówno efekt wpływu wąskiej grupy najzamożniejszych na polityków, jak też czynnik wzmacniający i utrwalający ten wpływ.

Konkretny przykład: mężczyzna zarabiający w zachodnich krajach Uni Europejskiej przeciętną pensję pracowniczą 2 tys. eurów płaci de facto - dzięki kwocie wolnej od podatku dochodowego - około 10 % daniny podatkowej jako nieżonaty (9 tys. eurów wolnych od opodatkowania), a jako żonaty (18 tys. eurów bez opodatkowania) może nawet 2-3 %. W Polsce natomiast taka osoba może przekroczyć nie tylko kwotę wolną od opodatkowania (8 tys. zł) lecz także próg dla niższego opodatkowania (85 tys. złotych) i płaci wtedy 32 % podatku od dochodów. To jest właśnie główny powód emigracji młodych, zdolnych i ambitnych, co de facto skutkuje zapaścią demograficzną. Ponadto blokuje to chęci oraz inicjatywę pozostających w kraju, gdyż godzi w ich motywację.

Czyż więc rację mają ci, którzy domagają się takiej samej stopy procentowej podatku dla wszystkich? Nie mają. Z prostego powodu, który łatwo jest zrozumieć na przykładzie: jeśli menedżer zarabia miliony netto rocznie, a kobiecie sprzątającej jego biurowiec płaci 15 tys. rocznie, to nie trzeba być specjalnie wyczulonym moralnie, by dostrzec jaskrawą dysproporcję. I nie ma to zupełnie nic wspólnego ani z socjalizmem ani z pożądaniem cudzej własności. Wchodzi tutaj bowiem pojęcie płacy godziwej i tym samym odpowiedniego traktowania swoich pracowników. Państwo ma tutaj obowiązek nie tylko uniemożliwienia tego typu dysproporcji, lecz także pobrania wyższego procentowo podatku od menedżera czy to w formie wyższej stopy procentowej, czy w formie podatku od luxusu (np. typu własny jacht, własny samolot, luxusowe nieruchomości na cele prywatne). Ten obowiązek wynika z natury każdego posiadania: każde posiadanie, zwłaszcza ponadprzeciętne, jest wynikiem nie wysiłku indywidualnego, aczkolwiek wkład indywidualny może być wyjątkowy i ponadprzeciętny, co oczywiście także powinno mieć swoje odbicie w wynagrodzeniu. Posiadanie zawsze jest efektem wysiłku społecznego, czy to poprzednich pokoleń (rodziny, narodu), czy aktualnych współpracowników i podwładnych.

Kwestia ma wymiar także socjologiczny i psychologiczny. Chodzi w znacznej mierze o mentalność pracowników administracji rządowej i ogólnie klasy politycznej. W Polsce - i też we wielu innych krajach - jest de facto tak, że klasę polityków stanowią w znacznej mierze, jeśli nie we większości, osoby, które nigdy nie zarabiały na swoje utrzymanie poza stanowiskami politycznymi. Powoduje to zarówno uległość wobec lobbystów, czyli interesów wielkiego biznesu, jak też komplexy i zazdrość. Także politycy są tyko ludźmi.

Podsumowując:
W świetle skrótowej analizy etyczno-społecznej system podatkowy w Polsce okazuje się wysoce niesprawiedliwy, patologiczny oraz patogenny. De facto powoduje on trwanie większości Polaków na poziomie płac krajów tzw. Trzeciego Świata, zapaść demograficzną oraz potrzebę - widocznie zaplanowaną i już niestety realizowaną - sprowadzania obcokrajowców dla zapełnienia miejsc pracy. Obecnie sprowadzani są głównie sąsiedzi spoza wschodniej granicy, lecz te zasoby są na wyczerpaniu (z różnych powodów). Następnym krokiem - również "nieuchronnym" - będzie sprowadzanie z dalszych rejonów, czyli z krajów islamskich, które obecnie jako jedyne mają nadwyżkę reprodukcyjną ludności. A to jest już śmiertelne zagrożenie kulturowe i cywilizacyjne.


Post scriptum

Otrzymałem następujący komentarz:


Ponieważ w tajemniczy sposób występuje błąd techniczny po dodaniu odpowiedzi na ten komentarz, odpowiadam tutaj.

Przesłanki słuszności progresji podatkowej to:
1. odpowiedzialność za dobro wspólne, która powinna być większa u bogatszych,
2. przeświadczenie, że nie ma przynajmniej moralnego uzasadnienia dla różnic w zarobkach rzędu kilkadziesiąt czy nawet kilkaset razy. 

Oczywiście system podatkowy powinien być dostosowany do sytuacji i struktury społeczeństwa. Jak wiadomo, w Polsce przemiany ustrojowe polegały na tym, że głównie dawne elity aparatu reżimu komunistycznego uwłaszczyły się majątkiem zrabowanym po 2wś prywatnym właścicielom, a także Kościołowi, względnie przeszły na wasalczą służbę globalnych i obcych koncernów, kosztem tych, którzy zarówno w komuniźmie jak też po przemianach pozostali tanią siłą roboczą, a to zarówno w kraju jak i na emigracji. 

Należy mieć na uwadze, że przynajmniej w Europie Polska jest niechlubnym wyjątkiem co do wyzysku fiskalnego najmniej zarabiających (groteskowo niska kwota wolna od podatku dochodowego, wysokie opodatkowanie w pierwszym progu, niski drugi i zarazem ostatni próg podatkowy, wyjątkowo wysoki podatek VAT), oraz stosunkowo niskiego opodatkowania najbogatszych (32%, czyli w progu, do którego należy już ktoś, kto zarabia na poziomie prostego pracownika w krajach zachodnich, jak kasjerka czy sprzątaczka). To jest sytuacja wręcz skandaliczna i antypolska, gdyż jest głównym mechanizmem motywjącym zwłaszcza młodych ludzi do emigracji zarobkowej. 

Konkretnie np. w Niemczech osoba samotna zarabiająca 2 tys. eurów brutto płaci około 10% podatku dochodowego (z powodu wysokiej kwoty wolnej od podatku dochodowego, a jest ona podwójnie wyższa dla małżeństw), podczas gdy w Polsce należy już do najwyższego progu podatkowego i musi płacić 32%, czyli tak samo jak milioner i multimiliarder. To jest wręcz zbrodnicza polityka podatkowa, przynajmniej de facto wymierzona zwłaszcza w młodych i zdolnych Polaków. 

Czy wykluczenie współżycia powoduje nieważność małżeństwa?

 


Nie wiemy dokładnie, według jakiej formuły były zawierane małżeństwa w średniowieczu. Pewne jest jednak, że katolickie rozumienie sakramentalnego małżeństwa było zawsze takie samo, choć nie zawsze jasno wyrażone. 

Dochodzi też kwestia zupełności i wiarygodności legend czy źródeł historycznych. Jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że władze kościelne przed zawarciem związku przez Kingę i Bolesława nie wiedziały o ich postanowieniu. Być może to postanowienie jest dopiero późniejszą legendą. 

Jak już wskazywałem, małżeństwo nieskonsumowane nie jest nierozerwalne, nawet jeśli zostało ważnie zawarte co do formy. Forma obowiązująca przed Vaticanum II także zawiera wyrażenie woli przyjęcia potomstwa. 

Wykluczenie współżycia i tym samym potomstwa powoduje nieważność zawarcia, tzn. sakramentalne małżeństwo nie zachodzi. Jednak jeśli została wypowiedziana formuła, to z reguły nie ma podstaw do kwestionowania intencji wyrażonej w ślubowaniu. Jest więc kwestia udowodnienia intencji innej niż ta, która jest zawarta w wypowiedzianej publicznie formule. 

Katolicyzm a ubój rytualny

 


W związku z ostatnimi politycznym wydarzeniami pojawiał się często temat tzw. uboju rytualnego. Praktycznie dotyczy on tylko talmudyzmu (czyli judaizmu rabinicznego) oraz islamu. Po raz kolejny okazało się, że panuje powszechna ignorancja w tej kwestii i to po obydwu stronach polemiki. Zaś najbardziej skandaliczne jest powoływanie się na "wolność religijną" przez polityków podających się za katolickich konserwatystów. Mam nadzieję, że z powodu ignorancji w temacie, nie z obłudy, co się jednak okaże. 

Chodzi tutaj o przepis nazwany po hebrajsku szechita, dotyczący uboju zwierząt przeznaczonych do spożycia zgodnie z przepisami odnośnie pożywienia dozwolonego żydom (koszerkaszrut). Należy mieć na uwadze, że sposób uboju nie jest podany w Starym Testamencie. Jedyne słowa mówiące o tym znajdują się w Księdze Powtórzonego Prawa:

Dopiero Talmud (Chullin 1-2) i jeszcze późniejsze księgi (Miszne Tora, Szulchan Aruch) określają sposób znany obecnie jako warunek "czystości" rytualnej mięsa,  czyli koszerności. Wykluczone jest wszelkie znieczulenie zwierzęcia powodujące utratę jego świadomości, zaś zabicie dokonywane jest przez przecięcie tętnic szyi oraz tchawicy, przez co następuje zadławienie krwią oraz powolne wykrwawienie, trwające nawet kilkadziesiąt sekund aż do ustania odruchowych reakcyj ciała. Oczywiście talmudyści twierdzą, jakoby dokładne zastosowanie ich przepisów uboju minimalizowało mękę zwierzęcia. Jednak należy to uznać za kłamliwą wymówkę, gdyż

- po pierwsze, dokładność w zastosowaniu nie powoduje znieczulenia, na co ewidentnie wskazują trwające nawet kilkadziesiąt sekund konwulsje zabijanego zwierzęcia,

- po drugie, nie ma żadnej gwarancji, że rzeźnik rytualny zastosuje te przepisy z dokładnością (jeśli nie zastosuje i mięso zostanie orzeknięte jako "nieczyste", wówczas jest oddawane do spożycia jako pochodzące z normalnego uboju, co jest oszustwem na konsumentach). 

Jako motyw takiego uboju podawane jest zapewnienie zupełnego wykrwawienia zabitego zwierzęcia z powodu zakazu spożywania krwi, co jest oczywiście absurdalne i fałszywe, gdyż resztki krwi zawsze pozostają w mięsie. 

Zasada talmudyczna została przejęta w islamie, co wskazuje na ścisłe wzajemne powiązania tych kultów. 

Podkreślam: to nie jest rytuał starotestamentalny (religii Mojżeszowej), lecz talmudyczny oraz wtórnie islamski. 

O ścisłym związku z fałszywym kultem świadczy chociażby fakt, iż rzeźnik rytualny (szochet) musi przejść odpowiednie przygotowanie zarówno praktyczne jak i "duchowe", by miał prawo wykonywania tej czynności. 

Właściwie takie same są przepisy islamskie (dhabihah) dla mięsa dozwolonego do spożywania przez muślimów (halal). Dodatkowo do istotnych reguł należy 

- skierowanie głowy zwierzęcia w kierunku kamienia Kaaba w Mekce (quiblah), oraz 

- konieczne wypowiadane wezwania islamskiego Ałłaha (basmalah). 

Świadczy to o wybitnie kultycznym charakterze tego zabijania, czyli o ścisłym związku z fałszywym kultem Muhammada (więcej tutaj i tutaj). 

Jak wskazuje wiele nowoczesnych badań (przykład tutaj), mięso zwierzęcia ubitego w ten sposób wykazuje znacznie podwyższone tzw. wskaźniki stresu, czyli hormony wydzielane przez ciało zwierzęcia konającego w męczarniach, które spożywane przez człowieka mają wpływ na jego samopoczucie i zdrowie. 

Nawet prezydent Stowarzyszenia Weterynarzy Brytyjskich miał odwagę publicznie powiedzieć, że ubój rytualny powinien zostać przynajmniej poddany restrykcjom, jeśli nie zupełnie zakazany. 

Prawodawstwo państwowe na świecie jest w tej kwestii bardzo różne. Większość krajów europejskich niestety nie nakazuje znieczulenia przy uboju zwierząt. Wyjątkami są: Szwajcaria, Liechtenstein, Belgia (oprócz regionu Bruxeli), Islandia, Dania, Szwecja i Norwegia, gdzie zakazany jest ubój bez uprzedniego znieczulenia. W takich krajach jak Austria, Słowacja, Grecja, Łotwa i Estonia znieczulenie jest nakazane po dokonaniu cięcia. Finlandia nakazuje równoczesne znieczulenie. Jedynie w Słowenii obowiązuje całkowity zakaz uboju rytualnego. 

Wśród muślimów są obecnie różne opinie odnośnie rytualnej dopuszczalności znieczulenia wstrząsem elektrycznym. Także wśród tzw. reformowanych (nowoczesnych) talmudystów pojawiają się głosy dystansujące się wobec archaicznego rytuału. 

Jakie jest - względnie powinno być - stanowisko Kościoła i tym samym katolika w tej sprawie?

Wprawdzie nie ma oficjalnego dokumentu dotyczącego wprost kwestii uboju, jednak sprawa jest dość jasna. Teologicznie zasadnicze są tutaj dwie kwestie:

- traktowanie zwierząt, oraz

- granice tzw. wolności religijnej, to znaczy tolerancji dla fałszywych kultów. 

Chrześcijańskie rozumienie i traktowanie zwierząt wyklucza wszelkie zbędne zadawanie im cierpień. Jest oczywiste, że zaniechanie znieczulenia z powodu absurdalnego i zakłamanego rzekomego unikania spożywania krwi, jest wprost sprzeczne z tą zasadą. Tym samym obowiązkiem katolika jest stanowczy sprzeciw wobec takiej praktyki. Tym bardziej grzechem ciężkim jest praktykowanie takiego uboju, zwłaszcza dla celów komercyjnych i biznesowych, gdyż jest to rodzaj udziału w fałszywych kultach talmudyzmu czy islamu, tym samym wspieranie tych kultów przynajmniej pośrednie. 

Podobnie ma się sprawa z punktu widzenia tzw. wolności religijnej. Według tradycyjnego nauczania Kościoła granicą tolerancji dla fałszywych kultów oraz ich praktyk jest prawo naturalne, czyli poznawalne rozumowo normy etyczne. Do tych norm należy zasada humanitarnego traktowania zwierząt, co wyklucza zadawanie im zbędnych cierpień oraz zaniechanie możliwej ochrony przed cierpieniem. Tym bardziej, gdy wchodzą w grę także aspekty zdrowotne dla człowieka (wyżej wspomniana sprawa szkodliwych dla człowieka hormonów stresu w mięsie). 

Obowiązkiem katolika jest wskazywanie wyznawcom fałszywych kultów na absurdalność i niehumanitarność ich doktryn i praktyk. Zaniedbanie tego obowiązku na rzecz interesów biznesowych, na które wskazują pseudokatoliccy politycy, jest haniebnym autoświadectwem obłudy i kryptomaterializmu. 

Co to jest prymat sumienia?

 


Pytanie zawiera widoczne nieporozumienie. Przede wszystkim problematyczne jest mówienie o prymacie sumienia. Tego typu hasła są zwykle skrótem myślowym, który łatwo może zawierać czy przynajmniej powodować błędy. W tym wypadku jest to błąd fundamentalny. 

Zacznijmy od tego, czym jest sumienie. Źródło tego słowa w języku polskim nie jest jasne. Możne je jednak rozumieć jako w miarę dosłowne tłumaczenie łacińskiego conscientia (con = z, scientia = wiedza, umiejętność) oraz greckiego συνείδησις (συν = z,  εἰδέναι = poznawać, od εἴδος = obraz, kształt). Być może słowo to pierwotnie brzmiało z-umienie w znaczeniu współ-wiedzy, współ-poznania, czyli równoczesnego działania umysłu. W pochodnym znaczeniu określenie to odnosi się do umiejętności moralnej oceny oraz wynikającego stąd nakazu moralnego w odniesieniu do działania względnie jego zaniechania. 

W tym znaczeniu określenie "prymat sumienia" jest absurdalne, ponieważ zakłada ono, jakoby sumienie było jednym z elementów szeregu, w którym znajduje się na pierwszym miejscu pośród innych. Atoli sumienie jest umiejętnością jedyną i niezastępowalną. 

Tym niemniej mówienie o jego "prymacie" wiąże się z drugim znaczeniem, mianowicie jako nakazu. Chodzi o nakaz wewnętrzny, nazywany często "głosem sumienia", w odróżnieniu od nakazów czy zakazów zewnętrznych, pochodzących od instancyj innych niż osobista ocena moralna. Tutaj tkwi problem zarówno antropologiczny (filozoficzno-psychologiczny), jak też teologiczny. Albowiem poddanie się nakazowi zewnętrznemu, czyli przymusowi, jest także decyzją sumienia wynikającą z mniej czy bardziej reflektowanych powodów czy pobudek. Tak więc także przymus nie może ani zastąpić ani usunąć głosu sumienia, tym samym nie stanowi żadnej konkurencji, lecz podlega ocenie sumienia. W tym znaczeniu można - w sposób bardzo nieprecyzyjny czy wręcz mylący - mówić o prymacie, przy czym należy mieć na uwadze, o jaką kwestię czy temat chodzi. 

Właściwie rozumiany "prymat" nie oznacza bynajmniej, jakoby głos sumienia miał rangę absolutną i nieomylną. Takowej rangi nie nauczał ani żaden teolog katolicki ani tym bardziej żaden dokument Kościoła. Ponad sumieniem jest prawo Boże, zarówno poznawalne czysto rozumowo, czyli naturalne, jak też objawione w sposób nadprzyrodzony. To ono jest nieomylne, nie sumienie. Sumienie może błądzić, może być skrzywione, niewykształcone, czy przynamniej stłumione i zagłuszone w konkretnych ocenach moralnych i decyzjach człowieka. Człowiek ma obowiązek badać swoje sumienie oraz kształcić je w świetle i według norm prawa Bożego. Mówią o tym wszystkie dokumenty Kościoła poświęcone tej kwestii, a także wszyscy wielcy teologowie Kościoła. 

Następną pułapką pojęciową zawartą w pytaniu jest "internalizacja". Właściwie nie ma definicji tego pojęcia, mimo że brzmi ono i jest używane w quasi "uczony" sposób. Zwykle chodzi o to, że ktoś nie przyjmuje jakiejś prawdy czy normy moralnej, mimo że ją zna. Przyczyną może być oczywiście brak odpowiedniego wyłożenia i uzasadnienia w przekazywaniu, zwłaszcza w wychowaniu dzieci i młodzieży. Jednak przyczyną może być decyzja odrzucenia tej prawdy i normy, czy wręcz zasadnicza niechęć do treści ograniczających swawolę czy wymagających jakiegoś wysiłku duchowego bądź moralnego. Tym samym brak "internalizacji" jako taki nie jest i nie może być usprawiedliwieniem przed odpowiedzialnością moralną, ponieważ sam podlega ocenie moralnej. 

Jesteśmy więc w temacie błądzącego sumienia w znaczeniu czy to błędnej oceny danego czynu bądź zachowania, czy błędnego nakazu sumienia. Przykład: w sytuacji niesprawiedliwej i zbrodniczej wojny jednym obywatelom sumienie nakazuje udział w takiej wojnie z przekonania dla słuszności sprawy, innym z powodu lojalności wobec własnego państwa, które jest agresorem, jeszcze innym nakazuje uległość wobec zbrodniczej władzy ze względu na ochronę własną i rodziny, jeszcze innym nakazuje bierny bądź nawet aktywny sprzeciw. Te zupełnie różne postawy nie mogą równocześnie moralnie słuszne i dobre. Dlatego fałszywe byłoby twierdzenie, jakoby każda z nich była moralnie usprawiedliwiona z powodu prymatu sumienia. Pomocne jest tutaj klasyczne katolickie rozróżnienie między wartością moralną czynu a winą. Ma ono zresztą zastosowanie także w prawodawstwie świeckim i to od wieków: inna jest kwalifikacja prawna niezamierzonego spowodowania czyjejś śmierci, a inna zabójstwa, zwłaszcza z premedytacją. Osoba obwiniana za zabójstwo jest ponadto badana psychologicznie na okoliczność, czy jest osobowością patologiczną stanowiącą trwałe zagrożenie dla zdrowia i życia innych. Zwykle jest tak, że seryjni przestępcy i zbrodniarze mają wyraźnie i nieodwracalnie skrzywioną osobowość, odporną na resocjalizację. Mówienie o usprawiedliwiającym braku internalizacji w takich przypadkach jest kpiną ze zdrowego rozsądku i z krzywdy ofiar. Jest to przykład skrajny, jednak zasada obowiązuje generalnie. 

Osobną, aczkolwiek ściśle powiązaną, jest kwestia winy w znaczeniu teologiczno-moralnym. Jest to kwestia dla Sakramentu Spowiedzi czyli stanu sumienia. Osoba przystępująca dobrowolnie do tego sakramentu ma przynajmniej resztkowe wyrzuty sumienia czyli poczucie winy, tym samym "zinternalizowała" conajmniej w minimalnym stopniu ogólne zasady moralne. Zarówno teologia moralna jak też nauki empiryczne są zgodne co do tego, że głosu sumienia jako choćby resztkowej oceny moralnej swoich czynów i zachowań nie można całkowicie stłumić czy usunąć. Ani czynniki zewnętrzne (wychowanie, zwyczaje, nakazy), ani wewnętrzne (nawyki, potrzeba poczucia własnej wartości itp.) nie są w stanie zniweczyć wewnętrznej zasady moralnej nakazującej "czyń dobrze", chociaż pojęcie dobra może być u danej osoby poważnie skrzywione czy wręcz fałszywe. W tym znaczeniu sumienie jest zdolnością silniejszą i trwalszą niż umiejętność racjonalnego myślenia. 

Teologiczne uwarunkowania przejścia osób duchownych i zakonnych do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X itp.

 


Należy odróżnić następujące płaszczyzny tego pytania:

1. kanoniczną, czyli kościelno-prawną

2. teologiczną, czyli w świetle prawd wiary katolickiej

3. moralno-ascetyczną

4. psychologiczną. 


1. 

W aspekcie kanonicznym chodzi zarówno o 

- status czyli prawa i obowiązki danej osoby wynikające z aktualnego (opuszczanego) członkostwa w strukturach diecezjalnych bądź zakonnych, jak też

- status kanoniczny wspólnoty, do której dana osoba wstępuje czy ma zamiar wstąpić. 

W Kościele zawsze było możliwe i zdarzało się przejście z jednej struktury kościelnej do innej (z zakonu do diecezji i odwrotnie, z diecezji do diecezji, z zakonu czy zgromadzenia do zakonu czy zgromadzenia). Jest to możliwe także obecnie, zaś warunkiem jest zgoda przełożonego po obydwu stronach. Według przepisów prawa, powinna ona zależeć nie od widzimisię czy swawoli, lecz od dobra zarówno danej osoby podejmującej przejście jak też od dobra Kościoła. Inicjatywa powinna wychodzić od tej osoby, oczywiście w porozumieniu zarówno ze spowiednikiem (czy kierownikiem duchowym), jak też z przełożonymi po obydwu stronach. Wynika to ze specyfiki stosunku podległości kościelnej, która jest czymś znacznie więcej niż formalnym członkostwem czy zatrudnieniem, lecz ma bardziej charakter wspólnoty rodzinno-duchowej. Innymi słowy: zarówno pod względem kanonicznym jak też duchowym przełożony kościelny jest bardziej ojcem niż rozkazodawcą. Dotyczy to oczywiście również zakonów żeńskich, na co wskazuje także nazewnictwo: matka generalna czy matka przełożona.

Praktycznie procedura powinna polegać na tym, że dana osoba prosi zarówno o przyjęcie do innej wspólnoty jak też o pozwolenie opuszczenia dotychczasowej. Zwykle przełożeni obydwu wspólnot porozumiewają się ze sobą przynajmniej korespondencyjnie. Prośba przejścia powinna być wnikliwie zbadana oraz potraktowana poważnie i z dobrą wolą według wspomnianych kryteriów (dobro danej osoby oraz dobro Kościoła, oczywiście równocześnie). Istotne jest tutaj, że dana osoba jest związana przyrzeczeniem czy ślubem posłuszeństwa z dotychczasowym przełożonym, którego obowiązkiem jest dbałość o dobro podwładnego, zaś prawem jest wymaganie posłuszeństwa, oczywiście w ramach poprawnie rozumianego posłuszeństwa kościelnego, którego nadrzędną normą są prawdy wiary i moralności. 

Formalnie wystarczy, jeśli przełożony dotychczasowy wyda pisemną zgodę na opuszczenie wspólnoty oraz przejście do innej, zaś nowy przełożony formalnie przyjmie daną osobę. Prawo kanoniczne wymaga tutaj okresu próbnego (ad experimentum), który zwykle trwa trzy lata. Przed ostatecznym (po okresie próbnym) przejściem do nowej wspólnoty dana osoba pozostaje formalnie członkiem pierwotnej (czyli w przypadku duchownych zachowuje dotychczasową inkardynację) oraz ma prawo powrotu do pierwotnej wspólnoty. Dopiero inkardynacja w nowej wspólnocie powoduje pełny i stały status w niej. 

Sprawa jest bardziej złożona - zarówno teologicznie jak też kanonicznie i praktycznie - gdy wspólnota, do której dana osoba pragnie przejść nie ma jasnego czy formalnego statusu kanonicznego. Ma to wpływ oczywiście zarówno na aspekt dobra danej osoby i Kościoła, jak też na płaszczyznę porozumienia między przełożonymi. Przełożeni powinni tutaj wyłączyć względy osobiste i emocjonalne. Może być tak, że w trosce o - subiektywnie pojęte - dobro danej osoby przełożony (względnie przełożona) nie wyrazi zgody na przejście do wspólnoty bez oficjalnego statusu kanonicznego. Jeśli dana osoba w sumieniu nie zgadza się z tą decyzją, wówczas powinna poprosić przełożonego (przełożoną)

- o pozwolenie przebywania poza diecezją względnie poza domem tego zakonu oraz 

- jeśli jest osobą zakonną, skierować do Stolicy Apostolskiej (Kongregacji ds. Zakonów) prośbę o zwolnienie ze ślubów wiążących ją z dotychczasową wspólnotą. 

Zwolnienie ze ślubów czyli odejście ze stanu zakonnego wiąże się zwykle z pozbawieniem prawa do noszenia dotychczasowego stroju zakonnego. Przyjęcie do nowej wspólnoty daje natomiast prawo do stroju tej wspólnoty. 

Procedura w dykasteriach rzymskich trwa zwykle wiele miesięcy, a nawet lat. Na ten czas dobrze jest znaleźć z przełożonym przejściowe rozwiązanie ugodowe. Praktycznie mało prawdopodobne jest, by przełożony (względnie przełożona) próbował na siłę zatrzymać daną osobę w swojej wspólnocie. Jeśli by to miało miejsce, wówczas należy się podporządkować, chyba że zachodzi niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia - wtedy naturalne prawo ochrony swego życia działa jako nadrzędne wobec prawa kościelnego. Należy o tej decyzji poinformować przełożonego formalnie wraz z wyczerpującym uzasadnieniem. 

Jeśli by przełożony bądź dykasteria rzymska nałożyła karę za samowolne opuszczenie wspólnoty zakonnej bądź diecezji, wówczas można i należy się bronić prawnie, zarówno według norm prawa kościelnego, jak też - w razie braku skuteczności - w ramach prawa państwowego (które oczywiście może dotyczyć tylko praw obywatelskich jak np. prawo pracy, ubezpieczeń itp.). 

Konkretnie odnośnie Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, należy zaznaczyć, że jego status kanoniczny jest niejasny. Z pewnością nie można zasadnie twierdzić, że jego kapłani są suspendowani, skoro od 1 września 2015 roku (List Apostolski Misericordia et misera, nr 12) mają oficjalnie jurysdykcję do spowiadania oraz asystowania w Sakramencie Małżeństwa. Brakuje jednak całościowej kanonicznej regulacji w znaczeniu zatwierdzenia statutów i tym samym pełnej osobowości kościelno-prawnej na poziomie uniwersalnego prawa kościelnego. Jest to sytuacja nadzwyczajna pod względem prawnym. Tym bardziej znaczące są aspekty teologiczne. 


2. 

Kanonistyka jest dziedziną teologiczną. Oznacza to, że normy i reguły kościelno-prawne (kanoniczne) są podrzędne względem norm teologicznych czyli prawd wiary. Konkretnie oznacza to: jeśli życie w danej wspólnocie zakonnej czy strukturze kościelnej stanowi niebezpieczeństwo dla wiary i moralności, wówczas zachodzi zasadny powód to opuszczenia tej wspólnoty czy struktury. Wystarczy tutaj osobiste przekonanie o zagrożeniu, oczywiście o ile ma uzasadnienie zarówno w solidnej znajomości prawd wiary i moralności, jak też w bezsprzecznych faktach. Jeśli np. dana wspólnota czy przełożony wymaga czegoś, co jest sprzeczne z nauczaniem wiary i moralności, czy chociażby z normami dyscyplinarnymi czy liturgicznymi, wówczas jest to poważny powód. Należy zebrać dowody na taki stan rzeczy oraz przedstawić go przełożonemu względnie przełożonej. Jeśli nie ma wiarygodnych szans na skorygowanie stanu rzeczy, wówczas zachodzi moralna i teologiczna racja do opuszczenia danej wspólnoty czy struktury. Postępowanie kanoniczne powinno być podporządkowane tej racji, a nie odwrotnie. 

Teologicznie istotna jest tutaj kwestia rangi sumienia w podejmowaniu decyzyj moralnych, do których oczywiście należy także decyzja co do stanu i miejsca. Jest to osobny i dość szeroki temat, który przedstawię wkrótce w osobnym wpisie. 


3. 

W tym temacie zachodzą oczywiście aspekty z dziedziny duchowości, ascetyki i moralności. Dla osoby duchownej czy zakonnej ważne, a nawet istotne jest, czy dana decyzja jest zgodna nie tylko z prawem kościelnym i wiarą katolicką, lecz także z duchowością katolicką poświadczoną w nauczaniu i przykładzie świętych Kościoła. 

Należy mieć na uwadze, że obecny stan Kościoła nie ma analogii w całej historii. Nigdy dotychczas nie było sytuacji, by struktury kościelne de facto zwalczały wiarę katolicką oraz nauczanie Kościoła z ubiegłych stuleci aż do czasów apostolskich. Nie jest tutaj istotna motywacja tego zwalczania. Wiadomo, że odbywa się ono zwykle w powoływaniu się na Sobór Watykański II oraz papieży ostatnich dziesięcioleci. Jest to osobny temat, bardzo szeroki. W tym miejscu wystarczy wskazać, że 

- nie może być sprzeczności wewnątrz nauczania Kościoła, który jest i pozostaje ten sam od Zesłania Ducha Świętego aż do końca czasów,

- zerwanie ciągłości tego nauczania zawsze świadczy i musi świadczyć przeciw tym, którzy tego dokonują, nie odwrotnie. 

Życie duchowe, pobożność i asceza katolicka są także podrzędne i w pewnym sensie powinny być wtórne i pochodne względem prawd wiary. To one są jedynym prawdziwym i solidnym fundamentem zdrowej duchowości i dążenia do świętości. Odejście od prawd wiary katolickiej zawsze ma konsekwencje dla moralności, życia duchowego i pobożności (nie przypadkiem Kościół boryka się obecnie z nadużyciami moralnymi niesłychanymi w dziejach, przynajmniej co do skali). Przebywanie we wspólnocie czy strukturze zaciemniającej czy wręcz negującej doktrynę katolicką stanowi niebezpieczeństwo dla życia wiary. Ochrona tego życia jest prawem i obowiązkiem także wobec swojego życia duchowego. Jeśli decyzja przełożonego jest obiektywnie sprzeczna z wiarą katolicką, wówczas nie obowiązuje moralnie. Jeśli takie decyzje są nagminne, wówczas zachodzi powód odejścia z takiej struktury, niezależnie od skutków kanonicznych. Oczywiście najpierw należy podjąć kroki wyjaśnienia oraz odpowiedniego upomnienia przełożonego czy wspólnoty. Gdy usiłowania nie doprowadzą do uzasadnionej nadziei na istotną poprawę, wówczas moralnie i duchowo usprawiedliwione jest odejście z takiej wspólnoty. 


4.

U większości katolików, także duchownych i zakonników, mamy obecnie do czynienia z wręcz skandalicznym brakiem znajomości prawd wiary, zasad moralności, prawa kościelnego i duchowości katolickiej. W takiej sytuacji biorą górę mechanizmy psychologiczne, głównie emocje zaciemniające czy wręcz tłumiące trzeźwe myślenie i reagowanie. Jest to widoczne zwykle także w niniejszej sprawie. Brak solidnej wiedzy teologicznej, ascetycznej i kanonicznej zastępowany jest przez własne fantazje, uprzedzenia i odczucia, co jest oczywiście niegodne duchownych, tym bardziej w pozycji przełożonych. Należy się z tym liczyć, ale równocześnie starać o merytoryczne podejście. Wymaga to trudu i cierpliwości, z miłości bliźniego, która należy się także błądzącym przełożonym. 

Podziękowanie





(dane z teraz)

Po opublikowaniu prośby o wsparcie bloga nadeszły datki, za które serdecznie dziękuję, niezależnie od wysokości, gdyż tylko Pan Bóg zna serce darczyńców - Bóg zapłać! 

Serdecznie dziękuję także za wsparcie duchowe i modlitewne, które jest najważniejsze. Ze swojej strony wspominam wszystkich darczyńców w memento każdej Mszy św.

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało w sumie kilkanaście osób.

Natomiast liczba wyświetleń na dzień waha się, w zależności głównie od pojawienia się nowych wpisów, między kilkaset a tysiąc i ponad tysiąc. Świadczy to o sporym i regularnym zainteresowaniu, mimo wielości ofert teologicznych w internecie.

Tym ważniejsze i potrzebniejsze są ofiary osób, które choćby przez drobną ofiarę nadal okazują, że doceniają i pragną, by blog istniał i się rozwijał.

Konto numer IBAN:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Czy nałóg jest grzechem ciężkim?

 


Grzech ciężki - czyli pozbawiający łaski uświęcającej - zachodzi wtedy, gdy spełnione są równocześnie następujące warunki:

1. materia grzechu jest ważka

2. grzech popełniany jest ze świadomością grzeszności oraz

3. z wolnego wyboru

Ten ostatni warunek jest w nałogu często pomniejszony. Na przykład ktoś już w dzieciństwie czy wczesnej młodości zaczął palić tytoń, nie zdając sobie sprawy z wagi grzechu i nałogu, a we wieku dorosłym usiłuje porzucić ten nałóg, jednak podejmowane postanowienia nie prowadzą do trwałego porzucenia. Tak samo może być w przypadku innych nałogów. 

Nie jest prawdą, jakoby sytuacja nałogu zawsze istotnie pomniejszała wolność wyboru i tym samym powodowała, że nie ma grzechu ciężkiego. Decydujące jest, czy i na ile jest wola porzucenia nałogu. Musi się to wykazać w podejmowanych wysiłkach zwalczenia nałogu, a są to:

- mocne i konkretne postanowienie

- podejmowanie środków jego realizacji, a to przede wszystkim

- szukanie pomocy duchowej, ewentualnie także psychologicznej,

- modlitwa i życie duchowe, zwłaszcza w sakramentach pokuty i Eucharystii,

- ćwiczenie woli.

Na ciężar grzechu w nałogu mają wpływ także dwa pierwsze warunki, czyli ważkość materii oraz świadomość wagi grzechów wynikających z nałogu. Tak np. w przypadku palenia tytoniu często brakuje świadomości szkodliwości palenia. Zwłaszcza młodzież subiektywnie nie przyjmuje do wiadomości tego faktu, nie koniecznie z braku woli, lecz w ramach młodzieńczej mentalności, lekkomyślności, czy braku bezpośredniej styczności ze skutkami zdrowotnymi palenia. Ponadto inna jest waga wypalania dziennie paczki papierosów, a inna zapalenia sobie "dla towarzystwa" czy w sytuacji stresu. 

Spowiednik powinien rozeznać sytuację danego penitenta. Jeśli ocena nie wynika z wyznania grzechów, wówczas powinien dopytać. Może być tak, że spowiednik uzna, iż nie są spełnione warunki grzechu ciężkiego oraz można pozwolić na przyjmowanie Komunii św. mimo nałogu. 


Post scriptum



Tytoń jest tutaj tylko przykładem, zresztą podanym w uproszczeniu. Temat jest szerszy, gdy chodzi o używkę. Używka to nie to samo co nałóg, mimo że chodzi o ten sam tytoń. Istotne jest uzależnienie i to szkodliwe. Podobnie może być z alkoholem, kofeiną, być może także z miękkimi narkotykami jak konopia. Kwestia onanizmu jest bardziej złożona, gdyż sfera sexualności głębiej dotyka osobowości i relacyj międzyludzkich. Dlatego szukanie uwolnienia musi być bardziej komplexowe. Tym niemniej zasadniczo ograniczenie wolności woli także w tym przypadku może mieć wpływ na ciężar winy. 

Czy istnieje powołanie do życia w samotności?



Powołanie (vocatio) w sensie właściwym oznacza wybranie do stanu duchownego (z przyjęciem święceń) czy konsekrowanego (zakonnego). Chodzi o szczególną, w pewnym sensie wyjątkową drogę życiową, która jest naśladowaniem Chrystusa w formie życia, nie tylko według przykazań Bożych i kościelnych, lecz także tzw. rad ewangelicznych ubóstwa, czystości i posłuszeństwa według statutów właściwych dla duchownych i osób zakonnych. W tym znaczeniu w klasycznej teologii mówi się o dwóch stanach życia w Kościele:
- stanie przykazań oraz
- stanie rad ewangelicznych (które zakładają oczywiście także wypełnianie przykazań).

Świętość można i trzeba osiągnąć oczywiście także nie przynależąc do stanu rad ewangelicznych. Z żyjących w stanie przykazań Pan Bóg powołuje niektóre osoby na swoją szczególną służbę dla Swojej chwały i dla zbawienia dusz.

Żyjący w stanie świeckim (czyli samych przykazań) mają za zadanie zwykle obowiązki wspólne wszystkim ludziom. Przeważnie jest to także a nawet przede wszystkim założenie rodziny i wychowanie potomstwa. Jednak, według świadectwa Pisma św. Starego i Nowego Testamentu, zawsze istniały osoby, które nie zakładały rodziny, z różnych przyczyn. Boże Objawienie ani nie nakazuje każdemu założenia rodziny, ani nie zleca poszczególnym osobom życia samotnego, ani go nie potępia. W starożytnym Kościele istniała instytucja dziewic poświęconych Bogu, także wdów. Tak było zanim powstały zakony żeńskie. Nieżonaci mężczyźni byli czy to żołnierzami, czy sługami u zamożnych, także jako uczeni, nauczyciele i wychowawcy, czy też duchownymi w niższych święceniach. W niższych warstwach społecznych bezżeństwo (czyli życie w samotności) było przez długie wieki i stosunkowo do niedawna bardzo częste, zarówno wśród niewiast jak też wśród mężczyzn, gdyż założenie rodziny wymagało zabezpieczenia utrzymania i wychowania dzieci, na co uboższych zwykle nie było stać. W tym znaczeniu można mówić o trzeciej drodze życiowej, oprócz stanu duchowno-konsekrowanego i stanu małżeńskiego.

Jaka jest specyfika tego stanu? Ponieważ nie ma obowiązków ani wobec własnej rodziny, ani wobec Kościoła, osoba taka ma znacznie większą wolność w wyborze i wypełnianiu zadań, ale także szerszą odpowiedzialność. W związku z tym jest to droga trudniejsza, wymagająca większej siły ducha i także umiejętności praktycznych. Pod względem duchowym taka osoba nie ma kontroli i korekty ze strony ani wspólnoty duchownej ani współmałżonka, pod względem czysto ludzkim i materialnym również jest zdana bardziej na siebie niż ktoś żyjący w stanie duchownym czy małżeńskim. Jest to oczywiście pewne niebezpieczeństwo i wyzwanie, ale równocześnie szansa dla rozwoju osobowego. Jednak warunkiem jest przede wszystkim dojrzałe życie duchowe i religijne, oraz zdrowe relacje ludzkie czyli życie miłością bliźniego, mimo że ten stan może sprzyjać egoizmowi i zamknięciu się w sobie, co musi powodować regres czy wręcz patologię osobowości.

Pewne jest, że Pan Bóg daje także takim osobom łaski i siły, których potrzebują do życia według przykazań, osiągnięcia świętości oraz odpowiedniej służby Bogu i bliźnim. Konieczny jest jednak wkład własnych sił i umiejętności. Środki są takie same jak dla innych stanów życia:
korzystanie z Sakramentów,
z kierownictwa duchowego oraz
czynna miłość bliźniego.

Zaletą tego stanu życia jest
- doskonalenie zawodowe oraz
- troska o potrzebujących, chorych, ubogich, opuszczonych itp.

Osoba samotna ma więcej czasu a także środków dla zdobywania wiedzy, umiejętności oraz dla uczynków miłości bliźniego. Osoba taka może i powinna docierać ze swoją uwagą i troską do ludzi niezauważanych, lekceważonych czy pogardzanych przez innych. Jest to sposób realizacji ojcostwa czy macierzyństwa duchowego, którego wzorem jest także w tym wypadku Jezus Chrystus.

Czy święty powinien dbać o swoje zdrowie?



Pytanie jest rzeczywiście ważne i godne uwagi. Dotyczy bowiem nie tylko właściwej interpretacji żywotów świętych, lecz drogi do świętości ogólnie i każdego z nas.

Równocześnie odpowiedź jest prosta: miarą świętości jest miłość na wzór Jezusa Chrystusa. Do tego sprowadza się chrześcijańska asceza i moralność, która oczywiście nie stoi w sprzeczności z porządkiem naturalnym, a go przewyższa i podnosi.

Pamiętać też należy, że droga świętości jest nie tylko jedna i ta sama (gdyż wzorem i kryterium jest Jezus Chrystus), lecz także indywidualna, gdyż każdy człowiek jako niepowtarzalne indywiduum idzie tą drogą wraz z własnymi zdolnościami, decyzjami i doświadczeniami, które są jako jednostkowa całość są jedyne w całej historii wszechświata (jest zawsze tylko jeden jedyny człowiek urodzony w danym czasie z danych rodziców, dotyczy to także bliźniaków). Stąd pochodzi stare porzekadło katolickiej ascetyki: świętych należy podziwiać, ale nie zawsze naśladować (admirandi sunt, sed non semper imitandi).

Oczywiście świętość jest dziełem łaski wraz ze współpracą czyli wolnymi wyborami i wysiłkami człowieka. Innymi słowy, jest to życie łaską, a naczyniem tej łaski jest osoba ludzka, z których każda jest jedyna i niepowtarzalna. Oznacza to, że każdy sam i na swój sposób odpowiada na pobudzenie przez łaskę i jej działanie. Łaska może pobudzić i ożywiać wyjątkowe zdolności człowieka, także w sferze cielesnej, oczywiście gdy służy to zbawieniu duszy danej człowieka i bliźnich. Nie odbywa się to bez gotowości i wysiłku człowieka, a jest to zawsze rezultat wolnego wyboru, mimo prymatu łaski.

Miłość, której wzorem jest Jezus Chrystus, jest przede wszystkim ukierunkowaniem na dobro, zarówno najwyższe, jakim jest Bóg, jak też stworzone, czyli obecne w każdym stworzeniu, także w nas samych. Dlatego prawdziwa miłość własna i miłość bliźniego się nie wykluczają, lecz uzupełniają i wspierają. Ukierunkowanie ku Dobru Najwyższemu, którym jest sam Bóg, zakłada odpowiedni stosunek do dóbr względnych, czyli stworzonych, także do swojego ciała i zdrowia. Z powodu tej względności wybory motywowane nadprzyrodzoną miłością ku Dobru Najwyższemu mogą się wydawać pomniejszeniem czy brakiem miłości do stworzeń, może nawet - odpowiednio rozumianą - "pogardą" czy "nienawiścią". Nie może to być sprzeczne z fundamentem moralności i świętości, jakim jest uznanie dobroci stworzenia jako pochodzącego od Stwórcy, który jest samą Dobrocią.

Słynny przykład św. Maksymiliana Kolbe może tutaj posłużyć ku zrozumieniu. W pewnym sensie jego decyzja oddania życia za ojca rodziny może być nazwana "pogardą" dla własnego życia, także dla własnej, jakże owocnej działalności duszpasterskiej i wydawniczej dla zbawienia dusz. Jednak kluczem do zrozumienia tej decyzji jest przykład Jezusa Chrystusa - Jego wezwanie do oddania życia za bliźnich i to dosłownie, na wzór dobrowolnego wydania się na śmierć dla ratowania bliźniego, konkretnie i spontanicznie, co najlepiej świadczy o postawie duchowej i życiowej.

Tę zasadę można i należy przełożyć także na sytuacje i wybory bardziej codzienne, mniej spektakularne. Gdy małżonkowie pragną potomstwa nie z pobudek egoistycznych (dziecko jako swego rodzaju zabawka czy sposób realizowania swoich ambicyj), lecz w duchu ofiary czyli poświęcenia rozrywki, czasu, wygód, także spoczynku nocnego i środków dla współpracy w dziele stworzenia i utrzymania rodzaju z ludzkiego, wówczas realizują w sobie właściwy sposób miłość małżeńską i rodzicielską, której wzorem jest także Jezus Chrystus.

W życiu kapłańskim i zakonnym jest więcej sposobności do niezwykłych poświęceń, aczkolwiek także stan duchowny polega głównie na codziennych, niepozornych obowiązkach i poświęceniach, nawet heroicznych, choć niedostrzeganych jako takie. Jako przykład przychodzi mi na myśl jeden proboszcz, którego poznałem w pierwszych latach kapłaństwa. Po jednej z uroczystych celebracyj z jakiejś szczególnej okazji, zostaliśmy sami w kościele, gdy wszyscy już wyszli. Wtedy zobaczyłem, że proboszcz wyszedł z zakrystii z miotłą, żeby posprzątać prezbiterium, by następna Msza św. odbyła się w uprzątniętym miejscu. To była względnie mała parafia, ale proboszcz z pewnością mógł poprosić czy nawet wyznaczyć kogoś do sprzątania wtedy (kościół był regularnie sprzątany i utrzymany w czystości), jednak nie chciał nikogo zobowiązywać do tego zajęcia w dzień świąteczny, wolał sam uporządzić miejsce święte. Na pewno by się szczerze roześmiał, gdyby ktoś nazwał to heroizmem. Większość kapłanów - w poczuciu własnej "godności" - by zresztą nie wpadła na pomysł sprzątania samemu, a najwyżej nakazaliby kościelnemu czy zakrystiance.

Podobnie ascetyczne praktyki świętych mogą się wydawać niezrozumiałe, czy wręcz dziwne, może nawet wątpliwe co do wartości i oceny. Można jednak założyć, że były uzgodnione ze spowiednikiem czy kierownikiem duchowym, który powinien czuwać, czy podopieczna dusza nie jest zwodzona czy wręcz ulega podstępom szatańskim. Jeśli spowiednik dopuścił dany sposób ascezy, wówczas można uznać, że dana praktyka jest zgodna z łaską Bożą chociażby w danym przypadku.

W końcu należy mieć na uwadze, że literatura hiagograficzna, zwłaszcza odnosząca się do osób z dalszej przeszłości, nierzadko obfituje w legendy i dobroduszne fantazje, które same w sobie nie są kłamstwem, ale pewną przesadą, motywowaną chęcią zachęty do doskonałości i przezwyciężania siebie. Dlatego nie należy zbytnio przejmować się niezwykłymi wyczynami ascezy podawanymi w takiej literaturze. Należy natomiast przejąć się duchem miłości i gorliwości, której ideałem jest sam Jezus Chrystus prowadzący Swoich uczniów - każdego na swój sposób - do zjednoczenia ze Sobą.

Czy onanizm zawsze jest grzechem ciężkim?

  Jeśli czyn wynika z zamiaru podniecenia erotycznego poza aktem małżeńskim, to jest grzeszny. Taki zamiar stanowi ciężką materię grzechu. C...