Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jak okazywać czułość?


Przede wszystkim należy wziąć pod uwagę różnice psychologiczne między obydwoma płciami, także pod względem pragnienia, rozumienia i interpretowania oznak emocyj. Dochodzą oczywiście różnice indywidualne wynikające z wychowania, uwarunkowań kulturowych, charakteru i temperamentu. Zmienne są zwłaszcza uwarunkowania kulturowe, głównie wzorce i mody. One nie mogą wprawdzie usunąć odruchów i reakcyj naturalnych, mogą je jednak tłumić i wypaczyć. 

Obecnie największymi problemami pod tym względem to infantylizm, egocentryzm oraz irracjonalny sensualizm czyli skupienie czy wręcz ograniczenie do doznań zmysłowych oraz ich szukania, także wbrew racjonalności. Z jednej strony coraz częstszy jest brak czułości rodzicielskiej, począwszy od wczesnego dzieciństwa, zwłaszcza gdy rodzina jest niepełna, rozbita wskutek czy to rozwodu czy niepełnej opieki rodzicielskiej (samotnie wychowujące matki, czy to trwale czy wskutek wyjazdów zarobkowych). Dziewczętom brakuje wtedy doświadczenia ojcowskiej czyli męskiej bliskości. Dotyczy to zresztą także chłopców choć w inny sposób. Dochodzi wtedy do rozkładu jedności i rozdźwięku między bliskością zmysłową a emocjonalno-duchową. Oczywiście poniekąd łatwiej jest okazać i zdobyć tą pierwszą niż drugą, także dlatego, że promuje się jej oddzielenie od drugiej, która naturalnie bardziej domaga się odpowiedzialności za drugą osobę. 

Z tego właśnie powodu należy w każdej sytuacji skupić się na bliskości emocjonalno-duchowej. Gdy ona jest budowana i kultywowana, wówczas słabnie - a właściwie dojrzewa - potrzeba bliskości zmysłowej, cielesnej. Młodzi ludzie mają często pokusę pójścia na skróty, czyli szybkiego zaspokojenia zmysłowego, nie zdając sobie sprawy z tego, że ono nie daje spełnienia osobowego i tym samym trwałego. Stąd się bierze niestałość związków różnego rodzaju. 

Innymi słowy: im większa jest powściągliwość zmysłowa, co umożliwia budowanie głębokiej i trwałej relacji osobowej, tym dojrzalsza jest nie tylko ta relacja, lecz także przyszłe zmysłowe oznaki bliskości. 

Katolicka teologia moralna nie podaje szczegółowych zasad zachowania w tej dziedzinie, a to z dwóch powodów:
- z powodu naturalnego (niegdyś) poczucia wstydu i wyczucia, co oczywiście zakłada zdrowe wychowanie w rodzinie i w społeczeństwie, kulturze itp.
- z powodu uwarunkowań i wzorców kulturowych, które wprawdzie są zakorzenione w naturalnej wstydliwości, jednak ulegają różnokierunkowym wypaczeniom wynikającym z czynników ideologicznych, zarówno religijnych jak też antyreligijnych.
Z tych względów niemożliwe jest zestawienie ostrych i sztywnych ogólnoludzkich czyli ogólnokościelnych norm w tej dziedzinie. Równocześnie nie jest to konieczne, gdy wychowanie w rodzinie odbywa się przynajmniej na zdrowych moralnie, czyli zdroworozsądkowych zasadach. Młody człowiek w taki sposób ukształtowany ma przynajmniej ogólne wyczucie tego, co należy, a co nie, czyli jakie i gdzie są granice. W razie wątpliwości warto zwrócić się do swego spowiednika czy duszpasterza, któremu można bliżej naświetlić sytuację i daną kwestię. 

Pierwszy człowiek


Po pierwsze, ewolucjonizm jest pseudonaukową ideologią, a nie udowodnioną naukowo prawdą. Już nawet bardzo ostrożne określenie "teoria ewolucji" wskazuje na to. W naukach przyrodniczych nie ma miejsca na teorie, gdyż ich metoda jest empiryczna. Mogą one jedynie badać dane empiryczne i tworzyć na ich podstawie uogólnienia w postaci praw przyrodniczych oraz opisu procesów empirycznych. Nie ma np. teorii genetyki, reakcyj chemicznych, rozkładu substancyj organicznych czy nieorganicznych, lecz są dane empiryczne, z których wyprowadzane są ogólne opisy procesów oraz prawidłowości nimi rządzących. 

Równocześnie pewne jest, że Księga Rodzaju nie chce być i nie jest podręcznikiem genealogii ludzkości, czyli tym samym nie konkuruje z rzetelnymi danymi empirycznymi oraz uczciwym - nie ideologicznym - uprawianiem nauk przyrodniczych. Adam to po prostu pierwszy człowiek, czyli praojciec ludzkości. Zresztą monogenizm został potwierdzony naukowo przez nowoczesną genetykę. 

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się kompetentnie w kwestii tzw. neandertalczyka, gdyż nie jestem biologiem ani się tym tematem bliżej nie zajmowałem. O ile wiem, nie ma zgodności między przyrodnikami co do tego, czy był to już gatunek ludzki, co oczywiście zależy także od definicji. Sprawa jest jednak o tyle prosta, że można porównać jego genom z genomem ludzkim i - o ile wiem - stwierdzić, czy możliwa byłaby naturalna płodna kopulacja z przedstawicielem gatunku ludzkiego. 

Pewne jest, że jedynie przedstawiciele gatunku ludzkiego wyposażeni są w duszę nieśmiertelną. To wyposażenie ma oczywiście swój wyraz na poziomie biologicznym, przede wszystkim genomu specyficznego dla gatunku ludzkiego. 


Komunia św. w intencji innej osoby


Ofiarowanie Komunii św. za inną osobę oznacza prośbę do Pana Boga o udzielenie tej osobie łask płynących z tej Komunii św. W pewnym sensie jest to akt rezygnacji z łask płynących dla siebie na rzecz innej osoby. Chodzi tutaj o intencję aktu pobożnego i sakramentalnego, jakim jest Komunia św. Pewne jest, że wówczas osoba przyjmująca Komunię św. również otrzymuje łaskę, nawet w pewnym sensie więcej łaski, skoro jest to akt nie tylko miłości Boga lecz także miłości bliźniego. Oczywiście łaski nie można zmierzyć ani zważyć, ani podzielić w znaczeniu ilościowym. "Mierzy" się ona wyłącznie "ilością" czy raczej czystością i żarliwością miłości. Równocześnie niewłaściwe byłoby wyrachowanie, czyli ofiarowanie w intencji innej osoby, żeby otrzymać więcej łaski. Pan Bóg widzi wszystko, co jest skryte w sercu. Chodzi więc bardziej o wyzbycie się przywiązania do własnych korzyści z Komunii św., a bezinteresowne skierowanie uwagi - czyli miłości - ku dobru innej osoby. 


Co zrobić ze zniszczonym ołtarzem?

Należy odróżnić ołtarz w znaczeniu ścisłym, czyli tzw. mensę z kamieniem z relikwiami, od nadstawy czyli nadbudowy ołtarzowej, czyli ozdobnej "ściany" drewnianej zwykle wyposażonej w obrazy czy figury świętych. 

W mensie czyli płycie ołtarzowej jest umieszczony kamień z relikwiami. Ten kamień zwykle nie ulega zniszczeniu i może zostać wyjęty i przeniesiony w inne miejsce. Gdy zostanie wyjęty, wówczas ołtarz - zarówno w sensie płyty jak też nadstawy - może zostać kanonicznie sprofanowany czyli desakralizowany, czyli wyłączony z użytku do celów kultu, a tym samym poddany utylizacji w sposób godny, czyli spalony w miejscu świętym, zwykle to przy kościele. W razie gdy spalenie nie jest możliwe, może zostać też zakopany w miejscu świętym, żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Należy to wykonać z szacunkiem należnym rzeczy, która była poświęcona i służyło do kultu Bożego. 


Czy uczestniczyć w pogrzebie świeckim?


Pogrzeb świecki ma wtedy miejsce, gdy zmarła osoba była niereligijna, czyli była ateistą, apostatą, bądź obłożona karą exkomuniki. 

W takiej sytuacji należy oczywiście okazać współczucie rodzinie, zwłaszcza jeśli są w niej osoby wierzące po katolicku, gdyż dla nich taka sytuacja jest szczególnie bolesna. Dobrze jest więc złożyć kondolencje rodzinie zgromadzonej, najlepiej przed samym "obrzędem" świeckim, a następnie odejść, żeby nie uczestniczyć w czymś takim. Zamiast tego należy pomodlić się prywatnie za zmarłą osobę oraz jej bliskich. Nawet jeśli ta osoba wyparła się wiary katolickiej, gdyż nie ma pewności, czy w ostatnim momencie nie żałowała tego i uczyniła akt wiary, dzięki któremu mogła dostąpić zbawienia w Jezusie Chrystusie. 


Jak wyjaśnić fenomen stygmatów?

Stygmaty jako zjawisko nadprzyrodzone, czyli cud, mają to do siebie, że - jak każdy cud - nie mogą zostać wyjaśnione w ramach nauk przyrodniczych czyli ich metody oraz praw. Nauki przyrodnicze mogą jedynie stwierdzić zaistnienie takiego zjawiska w danym przypadku i braku możliwości wyjaśnienia w ramach ich metody, czyli metody empirycznej. Chodzi w tym wypadku głównie o takie nauki jak biologia, medycyna oraz psychologia (o ile psychologia jest nauką). 

Na tej podstawie - dostarczonej przez nauki przyrodnicze, ale także humanistyczne - możliwe jest wyjaśnienie teologiczne, które skupia w sobie dane przyrodnicze, historyczne i filozoficzne (głównie antropologiczne i psychologiczne) - i otwiera je na przedmiot właściwy teologii jako nauki o Bogu. 

Z faktu, że kroniki historyczne nie zanotowały fenomenu stygmatów przed św. Franciszkiem z Asyżu, nie wynika, jakoby go wcześniej nigdy nie było. Z braku świadectw zachowanych do naszych czasów nie wynika nieistnienie. 

Niektórzy exegeci i teologowie interpretują słowa św. Pawła w Liście do Galatów (6,17) jako świadczące o jego stygmatyzacji: 

"Nawet niech mi się żaden nie przykrzy, abowiem ja piątna Pana Jezusowe na ciele moim noszę."

Owszem, możliwe jest, iż pierwszy raz w sposób wyraźny i oczywisty taki fenomen miał miejsce u św. Franciszka. Wówczas rzeczywiście istniałby specyficzny związek z tą osobą. 

Teologia, bazując na wynikach innych nauk, rozumie stygmaty jaki znaki pochodzące od Boga, wskazujące za szczególną więź danej osoby - jej życia, działalności, nauczania - z cierpiącym, ukrzyżowanym Jezusem Chrystusem. 

Jeśli ten fenomen zaistniał jedynie w Kościele katolickim obrządku rzymskiego, to jest to zapewne znak wyjątkowego i szczególnego statusu tej wspólnoty w historii Zbawienia. 

Co to jest ubóstwo kościelne?

Rozumiem, że chodzi o skromny styl życia, czyli ewangeliczne ubóstwo, które oczekiwane jest u wierzących w Jezusa Chrystusa, zwłaszcza u duchownych. 

Przede wszystkim należy odróżnić ubóstwo osobiste (indywidualne) od ubóstwa wspólnotowego, zwłaszcza w ogólności duchowieństwa czy to diecezjalnego, czy zakonnego. Ludziom, którzy nie mają właściwie pojęcia ani o strukturze, ani o życiu Kościoła, może się wydawać, że zamieszkiwanie w zabytkowych i okazałych budynkach kościelnych, zwłaszcza o bogatym wystroju, świadczy o braku ubóstwa osobistego duchownych. Wystarczy jednak minimum wiedzy i zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że są to dwie różne sprawy. Podobnie jak zamieszkiwanie przez prezydenta państwa w pałacu zamieszkiwanym przez każdego kolejnego prezydenta nie ma nic wspólnego z brakiem czy nadmiarem jego osobistego ubóstwa. 

Należy więc najpierw rozważyć kwestię, czy budynki kościelne, czyli te, które nie są prywatną własnością poszczególnych osób, mogą i powinny być kosztowne, ozdobne, czy w jakimś sensie luxusuwe. Należy wziąć pod uwagę, że wartość i też wygląd danego budynku zależy nie tylko od jego przeznaczenia, lecz jest także znakiem, symbolem i wyrazem znaczenia, statusu i rangi danej instytucji. Budynki kościelne powstawały zasadniczo z dwóch źródeł: ze środków fundatorów i z ofiar wiernych. Obydwa źródła nie mają nic wspólnego z przymusem czy obowiązkową pod względem prawnym daniną. Można mówić tylko o obowiązku moralnym: kto chce, by on sam mógł i też by jego potomkowie mogli uczestniczyć w sprawowaniu kultu Bożego i nauczaniu prawdziwej religii, ten powinien czuć się moralnie odpowiedzialny za wzniesienie i utrzymanie takiego miejsca, a także miejsca zamieszkania przez duchownych, którzy się oddają takiej posłudze. Z jednej strony jest zrozumiałe, że fundatorom i darczyńcom powinno zależeć na odpowiednim wyposażeniu i wystroju takich budowli, gdyż to świadczy o dowartościowaniu ich celu. Z drugiej strony oczywiste jest, że obowiązkiem duchownych jest takie dysponowanie i pożytkowanie otrzymanych środków, które odpowiada ich celowi i woli ofiarodawców. Celem nie jest jedynie prosta funkcjonalność, lecz także wskazywanie na cel nadprzyrodzony czyli ponaddoczesny, a to wymaga nie tylko staranności, lecz także artystycznego uwydatnienia, które komuś myślącemu wyłącznie materialistycznie i utylitarnie może wydawać się zbytecznym luxusem. 

Inaczej ma się sprawa z ubóstwem osobistym, czyli skromnym stylem życia, który - nota bene - obowiązuje nie tylko duchownych, lecz każdego chrześcijanina, także świeckiego. Tutaj należy mieć na uwadze, że ubóstwo nie oznacza nędzarstwa czy niechlujstwa, lecz rozumne i odpowiedzialne dysponowanie tym, co się posiada, także dobrami materialnymi. Można do określić jako ekonomię chrześcijańską, gdzie dobro osobiste (indywidualne) nigdy nie jest w sprzeczności z dobrem wspólnym. To są dwa wymiary tej samej postawy duchowej. Polega ona na tym, że człowiek nie szuka szczęścia czy poczucia swojej wartości w posiadaniu i używaniu dóbr jak najbardziej kosztownych, okazałych, czy w zaspokajaniu pożądań i przyjemnościach zmysłowych, lecz posługuje się dobrami doczesnymi w podporządkowaniu ich wartościom duchowym zarówno indywidualnie jak też społecznie. Rozsądne gospodarowanie nie musi być równoznaczne - i z reguły nie jest - z ograniczeniem do tego, co najtańsze i najmniej okazałe. Wiadomo przecież z doświadczenia życiowego, że ten, kto chce najtaniej, płaci podwójnie. 

W zadanym pytaniu przebija jednak problem głębszy i szerszy. Są to jakby cytaty wzięte wprost zarówno z propagandy PRL-u jak też z mentalności komunistycznej. W jej ramach niewyobrażalne było, by można było się czegoś dorobić i zrobić coś cennego, trwałego, nawet okazałego w sposób uczciwy, czyli bez okradania innych. Miało to oczywiście realne podstawy, gdyż komunizm w swojej istocie i naturze jest złodziejski i oszukańczy. Niestety ta mentalność nadal w znacznym stopniu określa mentalność wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza tych, których charaktery i myślenie zostały ukształtowane w systemie słusznie minionym. Wiąże się to albo z nieudacznictwem, brakiem umiejętności, pracowitości i też chęci do własnego wysiłku, albo z "filozofią" życiową ukształtowaną w komuniźmie, a stosowaną zwłaszcza przez tych, którzy przepoczwarzyli się z komunistów w kapitalistów. W ich głowach tylko kradzież i oszukiwanie prowadzi do sukcesu i posiadania czegoś okazałego. 

Szczególną uwagę poświęca się stylowi życia duchownych. Tutaj szczególnie groźna jest pokusa obłudy, czyli ubóstwa na pokaz, dla uznania i ludzkiej opinii. Nie chodzi o to, by nie brać pod uwagę słusznej krytyki. Wyjaśniam na przykładzie: gdy duchowny wygląda na bardzo skromnego, gdyż nie ma drogiego samochodu i ubiera się skromnie, a nie szczędzi pieniędzy na wyszukane hobby i drogie podróże, to z pewnością nie jest to skromny styl życia. Istotne jest także dysponowanie dobrem, jakim jest czas, także czas wolny, którego celem jest wypoczynek. Nie żyje skromnie ten, kto spędza czas przed telewizorem czy na grach komputerowych zamiast dobrej lektury czy pożytecznego dla zdrowia sportu. 

Oczywiście szczególnie wrażliwym tematem jest samochód księdza, gdyż jest najbardziej widoczną posiadaną rzeczą. Są tacy, którzy lubią zmieniać samochody, dla samej przyjemności nowych wrażeń. Inni natomiast starannie przemyślują i kupują według potrzeb dla danego przeznaczenia. Jeśli kapłan jeździ w dłuższą trasę najwyżej raz czy dwa razy w roku (na urlop), to jego rozsądna potrzeba jest inna niż u kapłana, który z powodu charakteru posługi i działalności regularnie musi pokonywać długie trasy, także zagraniczne. 

Regularnie pomija się, że ubóstwo - oczywiście właściwie rozumiane - obowiązuje każdego chrześcijanina, także świeckiego. Wynika to dość jasno z Ewangelii, zwłaszcza z Kazania na Górze. To właśnie skromny styl życia ojców i matek rodzin jest najlepszą i konieczną szkołą powołań kapłańskich i zakonnych. Jego brak jest jedną z głównych przyczyn braku nie tylko powołań duchownych, lecz także zapaści dzietności, czyli obecnej katastrofy demograficznej. Jeśli ojciec czy matka, czy też oboje, stawiają na pierwszym miejscu dorabianie się, podróże, wczasy, wydatki na stroje, samochody, hobby itp., to właśnie w takim nastawieniu życiowym kształtują swoje dzieci, oczywiście ograniczając ich liczbę dla własnej wygody. Zwykle wiąże się to z zazdrością względem innych, którym jeszcze "lepiej" się powodzi. 


Moralny obowiązek Niemców


Należy odróżnić 

- aspekt moralny, aspekt polityczny i aspekt prawny

- odpowiedzialność społeczeństwa niemieckiego, odpowiedzialność państwa niemieckiego i odpowiedzialność poszczególnych Niemców. 

Jak widać, temat jest dość złożony i wymaga szerszego opracowania przynajmniej moralno-teologicznego. Nie tutaj jest na to miejsce. Muszę się więc ograniczyć do kilku zasadniczych uwag. 

Naczelną zasadą jest, że do odszkodowania i zadośćuczynienia zobowiązany jest zarówno ten, kto ponosi winę za wyrządzoną szkodę (jako inicjator, wykonujący, wspomagający itp.), jak również ten, kto odniósł jakąkolwiek korzyść ze szkody, także tej wyrządzonej przez kogoś innego. Dotyczy to także osób prawnych, jak np. państwo. 

Kwestia tzw. ziem zachodnich jest o tyle specyficzna o tyle, że nie zostały one Polsce przyznane przez Niemcy w ramach odszkodowania, lecz ich przynależność do Polski została ustalona przez mocarstwa zwycięskie, także jako rekompensata - zresztą niepełna - za utracone na rzecz Związku Sowieckiego ziemie wschodnie. 

Państwo niemieckie ma moralny - i chyba też polityczno-prawny - obowiązek odszkodowania i zadośćuczynienia za straty poniesione przez Polskę w wyniku II wojny światowej, gdyż jest prawnym i historycznym spadkobiorcą III Rzeszy. Ta powinność jest niezależna od faktycznej winy i poczucia winy poszczególnych Niemców i obywateli Niemiec. Nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową, lecz zarówno o winę i korzyści odniesione przez poszczególne osoby, jak też o korzyść zbiorową państwa niemieckiego. Są to oczywiście czynniki trudne do ustalenia, przynamniej częściowo. Chodzi o zasadę, zaś szczegóły są sprawą dla ekspertów. 

To samo dotyczy Związku Sowieckiego oraz jego prawno-politycznego spadkobiorcy. 


Co uważam o tzw. Funduszu Kościelnym?


Wiem mało o tym funduszu, może nawet mniej niż to, co jest wiedzą powszechną w Polsce. Z prostego powodu: nie jestem związany z tym systemem, ponieważ nie przynależę do struktur diecezjalnych w Polsce. Nie dotyczy mnie więc osobiście. 

Z tego, co mi wiadomo, chodzi o dwie zasadnicze kwestie:

- grabież posiadłości kościelnych dokonana przez komunistów po II wojnie światowej

- ugoda między władzą państwową (chyba jeszcze za PRL-u) a konferencją biskupów polskich, być może też ze Stolica Apostolska czyli w ramach konkordatu. 

Jest oczywiste pod względem moralnym, że za zagrabione mienie należy się rekompensata. Jej forma powinna być przedmiotem umowy między stronami. Zawarta umowa oczywiście obowiązuje, przynajmniej dopóki nie jest renegocjowana i obustronnie zmieniona prawnie. 

Problemem obecnej regulacji jest oczywiście zależność od władzy państwowej, co ogranicza wolność Kościoła i skłania do uległości wobec tejże władzy. Jest to niemoralne i też niezgodne z eklezjologią katolicką. Moralnie prawidłowe byłoby zwrócenie zagrabionych posiadłości, ewentualnie wraz z odszkodowaniem za zniszczenia i dotychczasowe użytkowanie. Nie wiem, na ile by to odpowiadało interesom ekonomicznym Kościoła w Polsce, czyli struktur zarówno diecezjalnych i parafialnych jak też zakonnych. Jednak zachowana by została wówczas bezspornie zarówno zasada sprawiedliwości (zwrot zagrabionego mienia) jak też zasada wolności Kościoła. 

Jak sprawować błogosławieństwo prymicyjne?


Należy odróżnić błogosławieństwo prymicyjne - czyli sprawowane w ramach i w dzień pierwszej Mszy św. neoprezbitera - od błogosławieństwa udzielanego przez neoprezbitera po tym dniu (w niektórych krajach stosuje się nawet do roku po przyjęciu święceń). 

Jedynie z błogosławieństwem prymicyjnym powiązana jest możliwość uzyskania odpustu zupełnego. Natomiast co do słów błogosławieństwa w tradycyjnym Rituale Romanum nie ma formuły przepisanej dla całego Kościoła, lecz są rytuały diecezjalne i krajowe, które wykazują pewne różnice. Są też różnice co do gestów. Część rytuałów odróżnia sposób udzielenia takiego błogosławieństwa duchownym od prezbiteratu wzwyż (prezbiterzy, biskupi), od udzielenia innym osobom, mianowicie w ten sposób, że duchownym neoprezbiter nie kładzie rąk na głowie (gdyż jest to gest z sakramentu świeceń), lecz na ramiona. Ma to oczywiście sens teologiczny, gdyż zaznacza różnicę pod względem sakramentu święceń oraz według hierarchicznego ustroju Kościoła. 

Regulacji w Novus Ordo nie znam. Wiem tylko, że są regulacje krajowe względnie konferencyj biskupów. 

Powszechnym zwyczajem jest udzielanie błogosławieństwa zwanego prymicyjnym także jakiś czas po dniu pierwszej Mszy św. neoprezbitera, zwłaszcza gdy jest to jego pierwsza Msza św. w jego rodzinnej parafii czy w innej. Analogicznie używa się wtedy formuły błogosławieństwa z pierwszej Mszy św. neoprezbitera. W niektóry krajach wiąże się to ze składaniem ofiar na jego potrzeby, co oczywiście nie jest zawarte w żadnej księdze liturgicznej, lecz zależy od zwyczaju. 


Dlaczego Święte Oficjum zakazało kultu Faustyno-Sopoćkowego?


Mówiąc najkrócej: to jest jeden z kłamliwych mitów sekty łagiewnickiej. Otóż w archiwum Świętego Oficjum, którego zasoby z okresu pontyfikatu Piusa XII (do 1958 r.) są dostępne od 2020 roku, znajdują się między innymi następujące dokumenty:

1. Nota urzędowa, według której Święto Oficjum zleciło tłumaczenie oryginału "Dzienniczka" s. Faustyny Kowalskiej polskiemu arystokracie o nazwisku Aleksander Mańkowski, a to na podstawie polecenia go przez Świętą Kongregację Obrzędów co do znanej już z doświadczenia rzetelności i powagi jego pracy jako tłumacza: 

Mańkowskiego łączyła współpraca ze słynnym działaczem emigracyjnym Jerzym Giedroyciem (więcej tutaj).

Jak widać, w punkcie 4. noty przewidziano współudział w tłumaczeniu i komentowaniu tłumaczenia przez czterech duchownych polskich pracujących wówczas w Stolicy Apostolskiej, a między nimi jest przyjaciel x. Karola Wojtyły i późniejszy kardynał Andrzej Maria Deskur. 

2. Odpis polecenia tegoż Aleksandra Mańkowskiego jako urzędowego tłumacza przez kanclerza Świętej Kongregacji Obrzędów:


3. Obwoluta oryginału polskiego uwierzytelnionego przez krakowską Kurię Arcybiskupią oraz urzędowego rzymskiego tłumaczenia na język włoski:


W aktach znajduje się sama obwoluta - karta w formacie A3 złożona na pół. Jak widać powyżej, jest ona podpisana odręcznie pismem wyglądającym na charakter pisma kardynała Pizzardo, ówczesnego proprefekta Świętego Oficjum i pochodzi z roku 1955 bądź 1956. W obecnym stanie obwoluta jest pusta, co oznacza, że jej zawartość została niestety wykradziona przez oszustów faustyno-sopoćkowych, zapewne w celu uniemożliwienia porównania ówczesnego stanu "Dzienniczka" z wersją obecnie rozpowszechnianą. To z kolei potwierdza, że mamy do czynienia z bezczelnym oszustwem na skalę niebywałą w historii Kościoła. 

Znamienne jest, że taką obwolutą opatrzono razem ówczesną całość "Dzienniczka" wraz z tłumaczeniem na włoski. Jest napisane, że chodzi o dwa tomy, z których jeden tom to oryginał, a drugi to tłumaczenie na język włoski. Nie ma mowy o sześciu zeszytach, które teraz się publikuje. Zresztą jest fizycznie właściwie niemożliwe, by w takiej obwolucie mieściło się sześć zeszytów oraz ich tłumaczenie, które musiałoby liczyć kilkaset stron maszynopisu. Najprawdopodobniej więc oryginał dostarczony na żądanie Świętego Oficjum był o wiele krótszy niż obecnie rozpowszechniana wersja "Dzienniczka". 

A że chodzi o kradzież z akt, nie o przeniesienie do innych zbiorów cennego oryginału jako "relikwii", wynika z faktu, iż wykradziono także tłumaczenie na język włoski, które stanowi dowód co do ówczesnego stanu oryginału. 

Dalsze dokumenty powinny się znajdować w archiwum Kongregacji Świętych Obrzędów, przejętych przez obecną dykasterię ds. beatyfikacyj i kanonizacyj. To archiwum niestety nadal nie jest dostępne dla badań historycznych. Widocznie jest co ukrywać. 

Przy okazji polecam inne wpisy niniejsze w temacie s. Faustyny. Można ja łatwo znaleźć pod taką właśnie etykietą w prawym pasie strony. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 30.9.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


W ostatnich miesiącach nastąpił dalszy wzrost korzystania z bloga, które ostatnio wyniosło średnio około 4000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania, lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około czterdziestu osób, co stanowi około 0,8 % osób codziennie korzystających z bloga. Kilkanaście osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. 

W miesiącu wrześniu 2026 ofiarę na bloga złożyły osoby (w porządku chronologicznym):

Jakub R.
Paweł S.
Grzegorz W.
Jarosław K.
Michał J. K.
Tomasz O.
Anna S.
Helena S.
Mateusz Z.
Michał K. 
Piotr K.
Ewa K.
Wacław U.
Rafał J.
Paweł P.
Paweł K.
Krzysztof P. K.
Grzegorz W.
Grzegorz Ł.
Stanisław R.
Tomasz A. K.
Michał K.
Seweryn T.
Anna D.-G.
Grażyna L. 
Klaudia W.
J. i A. W.
Piotr S.
Mariola E. B.
Barbara C. 
Marek R.
Katarzyna A. O.
Maciej L.
Ronald Z.
Marcin D. S.
Daniel P. 
Aleksander M.  

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Kiedy przebaczać?


Odpowiedź na zadane pytanie już jest podana skrótowo. Teraz odniosę się do zalinkowanego textu. 

Warto zacząć od źródłosłowu polskiego słowa "przebaczenie". Można je inaczej wyrazić jako baczenie ponad, poza, czyli nie baczenie, nie zwracanie uwagi na coś, co miało miejsce. W tym znaczeniu jest to określenie dość mylne co do sprawy, o którą chodzi, choć zawiera także cząstkę prawdy. 

Tą cząstką prawdy jest to, iż osobę, który wyrządziła krzywdę, należy w razie potrzeby traktować tak, jakby tego nie uczyniła. Przykładowo: ktoś, kto mi wyrządził krzywdę, jest głodny, chory, czy potrzebuje innej pomocy. Najważniejsza jest oczywiście pomoc duchowa. To należy mieć zawsze na uwadze. Innymi słowy: gdy złoczyńca potrzebuje pomocy, czy to dla ciała, a zwłaszcza dla duszy, nie wolno mi kierować się urazą z powodu doznanej krzywdy, lecz mam obowiązek jej pomóc, oczywiście przede wszystkim ku zbawieniu duszy. 

Mylność określenia "przebaczenie" polega natomiast na tym, iż może być rozumiane - i tak bardzo często jest - jako zachowywanie się tak, jakby nic się nie stało, jakby krzywdy nie było, czy przynajmniej jakby ona nie bolała. To jest oczywiście oparte na nieprawdzie, a nieprawda nigdy nie jest właściwie pomocna, lecz jest zawsze szkodliwa czy wręcz toxyczna, przynajmniej w jakimś stopniu. Tak pojęte "przebaczenie" z całą pewnością jest niezgodne z Ewangelią i tym samym z nauczaniem Kościoła. 

Zalinkowany text tego niestety nie odróżnia. Zamiast tego odwołuje się do kilku fragmentów Ewangelii, interpretując je błędnie czy przynajmniej tendencyjnie:

1. Słowa Pana Jezusa o przebaczeniu "siedemdziesiąt siedem razy" na pewno nie odnoszą się do fałszywie rozumianego przebaczenia, które zafałszowuje rzeczywistość. 

2. Także przypowieść o nielitościwym dłużniku nie może świadczyć na korzyść fałszywego przebaczenia, gdyż po pierwsze ów dłużnik prosił o cierpliwość, więc uznał swój dług i miał wolę spłacenia go, nawet jeśli było to nierealne wobec jego wysokości. Przebaczenie mu całości długu przez wierzyciela - jego pana - nie wynika z powinności, lecz ze szczodrości, która jest właściwa tylko Bogu, a to z tego powodu, iż żaden człowiek nie jest w stanie spłacić swego długu wobec Niego. Nie oznacza to jednak, jakoby Boże przebaczenie było bezwarunkowe, skoro nielitościwego sługę spotyka kara. Należy mieć też na uwadze, iż chodzi o przypowieść, nie o ściśle rozumianą regułę postępowania. Chodzi w niej o nasze naśladowanie Bożego przebaczenia, a jest ono doskonale, jasno i całościowo ujęte w sakramencie pokuty i pojednanie, jak go rozumie Kościół. 

Właśnie o tym też jest mowa w modlitwie "Ojcze nas". To nie nasze, fałszywie rozumiane przebaczanie ma być normą dla przebaczenia Bożego (jak to głosi fałszywa ideologia faustyno-sopoćkizmu), lecz odwrotnie: przebaczenie Boże, które jest dość jasno ujęte w warunkach sakramentu pokuty, jest regułą i wzorem dla naszego przebaczania. Oznacza to, że bez żalu, skruchy, woli poprawy oraz prośby o przebaczenie wraz z prośbą o właściwą pokutę, czyli gotowości przyjęcia sprawiedliwej kary, nie może być prawdziwego, pomocnego dla duszy czyli zbawiennego przebaczenia. 


Sprawa jarosławska - raz jeszcze


Powyżej widzimy autoreklamę x. Adriana Mantykiewicza, który od kilku dni zasłynął po tym, jak publicznie wybaczył ukraińskiemu nożownikowi nie tylko w swoim imieniu, lecz także w imieniu innych poszkodowanych, w tym zadźganego x. Stanisława Zbojnowicza. Ten obrazek wiąże się z hobby Mantykiewicza, przy czym świadomie unikam x. To on - przywędrowawszy z Zagłębia poprzez Warmię na Podkarpacie - przeobraził swoje hobby w działalność pseudoduszpasterską w jarosławskim tzw. opactwie (które jest obecnie nazwą jedynie historyczną, ponieważ z niegdysiejszego opactwa pozostała tylko część budynku, przejęta przez Archidiecezję Przemyską na dom rekolekcyjny oraz imprezy mniej czy bardziej rozrywkowe, a siostry benedyktynki zamieszkują obecnie inny budynek i nie stanowią opactwa, lecz jedynie klasztor-przeorat). 

Zacznijmy od Mantykiewicza. Odnośnie do jego "kazania" wyraziłem już swoje uwagi (tutaj). Gdyby zamiast planszówkami zajął się dokształceniem w teologii katolickiej czy choćby w katechiźmie, to by raczej był w stanie wygłosić katolickie kazanie. Póki co widać po nim jedynie zafascynowanie różnego rodzaju grami, którego skutkiem jest dość widoczne obżarstwo, co świadczy także o poważnym problemie duchowo-psychicznym. 

Jeszcze poważniejszy problem widać zarówno na powyższej grafice, jak też na innych obrazkach związanych z "planszówkami w opactwie" i - jak się okazuje - także poza nim. Oto przykłady:


To ma być zapewne minipomnik Mantykiewicza, cieszący się jego wyraźną autoaprobatą, wyrażoną w komentarzu (gdyż to on jest autorem i adminem tejże stronki na pejsbuku). Chyba nie trudno zauważyć, że to niby wiosło - niewiadomo, dlaczego to ma być jego atrybut jako planszówkowicza - można odczytać jako zasłonięty czy ukryty tryzub, na co wskazuje też pomalowanie na niebieski kolor. 


Otoczenie kotami, które są atrybutem czarowników i wiedźm, także do tego pasują. 

On nie kryje swojej satysfakcji z odgrywanej funkcji przywódczej:







Jego działalność niestety nie ogranicza się do "opactwa" (źródło tutaj - portal szkoły podstawowej w Zarzeczu):





Chwali się też charakterystycznymi kontaktami i powiązaniami:



Ciekawe, czy rodzice wiedzą, kto - z dość specyficznymi powiązaniami - został zaproszony do prowadzenia rekolekcyj szkolnych dla ich dzieci. 

Zaś gry, którymi się zabawia wraz ze swoim towarzychem, nie są bynajmniej niewinne:



Przyznaję, że się na grach nie znam. Planszówki kojarzą mi się z wysiłkiem intelektualnym nie wykraczającym poza umiejętność rzucania kostką. To może być dobra zabawa dla dzieci i osób z ograniczonymi funkcjami intelektualnymi. Dobra o tyle, że może pomóc w uczeniu się opanowania emocyj, co ma znaczenie zwłaszcza dla osób z zaburzeniami w tej dziedzinie, czyli terapeutyczne. W wypadku Mantykiewicza z "opactwa" jest to jednak zapewne coś o wiele więcej, co świadczy albo o poważnym zaburzeniu osobowości, albo o promowaniu zaburzenia, przynajmniej w postaci uzależnienia od gier, co staje się obecnie coraz częstsze zwłaszcza w młodym pokoleniu, choć nie tylko, co widać na obrazkach ukazujących kumpli i fanów tego człowieka. 

Można i należy snuć reklexję, czy i na ile te powiązania mają związek z atakiem nożownika. Pewne jest, że x. Adrian Mantykiewicz nie tylko ma hobby, które jest nie do pogodzenia z posługą kapłańską, lecz także powiązania tego samego rodzaju. Jego działalność licuje najwyżej z osobą zabawiacza, który ma dość ewidentny problem sam ze sobą, a nie kapłana katolickiego. Czy to właśnie przyciągnęło nożownika akurat w to miejsce? Czy osoba Adriana i jego działalność ma związek z tym, że pojawił się w Jarosławiu po śmierci x. Mariana Rajchela, który sam był przez lata powiązany z tzw. charyzmatykami (oprócz działalności jako exorcysta diecezjalny), lecz pod koniec życia dość krytycznie wyrażał się o osobach takich jak Marcin Zieliński i pośrednio także o hierarchach, którzy popierają i promują tego osobnika? Czyżby sprowadzenie Mantykiewicza do Jarosławia miało na celu "skorygowanie" linii x. Rajchela? Czy zachodzi związek z tzw. festiwalem "naszych korzeni", którego głównym miejscem jest jarosławskie "opactwo", a gdzie regularnie zapraszano żydów i muzułmanów, i to do występów w świątyni (więcej tutaj i tutaj)? 

Pewne jest, że dotychczas nie zostały publicznie przedstawione wyniki solidnego, urzędowego zbadania tragicznego w skutkach wydarzenia z dnia 24 IX 2026. Media podają jedynie jakieś niby wywiady z osobami, które nie były bezpośrednimi świadkami tego wydarzenia, czy to w kuchni, kawiarence czy w kościele. Wypowiedzi osób, które twierdzą, że nożownik miał nóż o długości 80 cm, nie mogą być poważne. Świadczą raczej o braku zrozumienia słowa nóż. Nie popisała się w tym także siostra Barbara z klasztoru ze swoimi wieloma widocznie chętnie udzielanymi wypowiedziami, mimo iż nie była świadkiem samego zdarzenia, a opowiada o nim w sposób niespójny i niekompetentny, aczkolwiek z widocznym zadowoleniem ze siebie. Wstyd. Żaden z organów władzy państwowej czy samorządowej nie podał jakichkolwiek ustaleń policji. W normalnym kraju i normalnym państwie byłoby to nie do pomyślenia. Zamiast tak prostego i podstawowego kroku, który jest elementarną powinnością wobec opinii publicznej, perswaduje się nam konieczność przebaczenia nożownikowi oraz nie obarczania winą wszystkich jego rodaków. I to przy zupełnym braku choćby cienia reflexji, a nawet z planowym brakiem dostarczenia podstawowych danych ku reflexji nad przyczynami tego zdarzenia, które słusznie porusza nie tylko Polaków, lecz także światową opinię publiczną. 

Czy można wybaczyć za kogoś?


Sprawa jest oczywiście zarazem tragiczna i delikatna. Tym niemniej z powodu jej nagłośnienia i zasięgu muszę się odnieść do tytułowego wątku, gdyż on nie tylko sam w sobie jest dość ważny, lecz spotykany jest nagminnie w ostatnich dziesięcioleciach, a wymaga skorygowania. Chodzi o następujące słowa jednego z poszkodowanych księży o nazwisku Adrian Mantykiewicz (nazwisko jest regularnie przemilczane):


Chłop być może chce dobrze. Wobec opinii publicznej wypada mu wypowiedzieć słowa o przebaczeniu. Być może został do tego zachęcony czy wręcz nakłoniony przez przełożonych. Zresztą dla niego ta sytuacja jest przyczyną niespodziewanej sławy i to wręcz światowej. W poczuciu takiego brzemienia niestety jednak przestrzelił, a dokładniej powiedział bzdurę, która zresztą nie jest nowością w tzw. posoborowiu modernistycznym, zwłaszcza wojtyliańskim. Otóż już na zdrowy, chłopski rozum nie trudno się domyśleć, że nie można przebaczyć za kogoś, zwłaszcza za osobę zmarłą. Nawet jeśli można rozumnie przypuszczać, że ta osoba by też sama przebaczyła czy byłaby gotowa przebaczyć. Tym niemniej nikt nie ma prawa przebaczać w czyimś imieniu, jeśli nie został do tego przez daną osobę upoważniony. To jest właściwie dość proste. 

Dlaczego więc x. Adrian powiedział taką bzdurę? Ano dlatego, że od czasu wojtyliańskiego przepraszania wszystkich za wszystko w imieniu Kościoła - nie tyle obecnego, co raczej wszystkich wieków - nadal ma się dobrze patologiczna intelektualnie i duchowo przebaczoza. Jest ona oczywiście obliczona na poklask przekaziorów i wszystkich łasych na jakiekolwiek przejawy zarówno przyznawania się przez Kościół do win wszelakich, jak też na jego kajanie się przed trybunałem pseudoautorytetów pseudomoralnych. Taki pseudopobożny debilizm widocznie wpojono x. Adrianowi najpóźniej w seminarium, a teraz akurat miał wyjątkową sposobność popisania się nim na szerokim forum publicznym. 

Wpisuje się to dość wyraźnie w fałszywą ideologię faustyno-sopoćkową, która otwarcie głosi, iż im większy grzesznik, tym większe ma prawo do "miłosierdzia". Co jest oczywiście bluźnierstwem i to demoralizującym, a jego owoce są coraz bardziej widocznie zwłaszcza w Polsce. 

Zresztą autor tego wystąpienia ma ciekawą drogę kapłańską (źródło tutaj):


Pochodzi z Czeladzi, wyświęcony w Olsztynie, a wylądował w Archidiecezji Przemyskiej. Wygląd - jak widać - ma wybitnie niekapłański. Zaś nazwisko - regularnie pomijane w mediach - jest mało polskie. To też może mieć znaczenie. 

Zaś na nagrodę nie trzeba było czekać, gdyż niemal natychmiast przyznało mu nagrodę tzw. Towarzystwo im. Jana Karskiego (źródło tutaj):


To towarzystwo jest dość charakterystyczne (źródło tutaj):

Myślę, że dalsze komentarze są zbędne. 


Gdzie jest dziewięciu?


Dominica XIII post Pentecosten


Łk 17,11-19: 


I stało się, gdy szedł do Jerozolimy, że przechodził przez środek Samarii i Galilei.

I gdy wchodził do jednego miasteczka, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężczyzn, którzy stanęli z daleka.

I oni podnieśli głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami.

A widząc, powiedział im: Idźcie, ukażcie się kapłanom. 

I stało się, gdy odchodzili, że zostali oczyszczeni.

Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, potężnym głosem chwaląc Boga;

I padł na twarz u Jego nóg, dziękując Mu; a był on Samarytaninem.

A Jezus w odpowiedzi, rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, a gdzie jest dziewięciu?

Nie znaleźli się, wrócając się i dać chwałę Bogu, jak tylko ten innego pochodzenia?

I powiedział mu: Wstań, idź, twoja wiara cię wybawiła. 


και εγενετο εν τω πορευεσθαι αυτον εις ιερουσαλημ και αυτος διηρχετο δια μεσου σαμαρειας και γαλιλαιας

και εισερχομενου αυτου εις τινα κωμην απηντησαν αυτω δεκα λεπροι ανδρες οι εστησαν πορρωθεν

και αυτοι ηραν φωνην λεγοντες ιησου επιστατα ελεησον ημας

και ιδων ειπεν αυτοις πορευθεντες επιδειξατε εαυτους τοις ιερευσιν 

και εγενετο εν τω υπαγειν αυτους εκαθαρισθησαν

εις δε εξ αυτων ιδων οτι ιαθη υπεστρεψεν μετα φωνης μεγαλης δοξαζων τον θεον

και επεσεν επι προσωπον παρα τους ποδας αυτου ευχαριστων αυτω και αυτος ην σαμαρειτης

αποκριθεις δε ο ιησους ειπεν ουχι οι δεκα εκαθαρισθησαν οι δε εννεα που

ουχ ευρεθησαν υποστρεψαντες δουναι δοξαν τω θεω ει μη ο αλλογενης ουτος

και ειπεν αυτω αναστας πορευου η πιστις σου σεσωκεν σε 


Są wydarzenia w życiu, które nadają się na przypowieści. W Ewangeliach czytamy aż kilka raty o Samarytanach. Oprócz powyższego fragmentu znamienna jest szczególnie rozmowa Pana Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakubowej (J 4,6nn), a także słynna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jest to w kolejności po Żydach pierwsza społeczność występująca najczęściej w Ewangeliach, a w dodatku wyłącznie pozytywnie ukazana, w przeciwieństwie do tych pierwszych. Można by wysnuć wniosek o szczególnej sympatii Zbawiciela, może nawet o swego rodzaju wybraniu, co nie musi oznaczać wolitywnego braku związku z faktami. Należy wziąć też pod uwagę, iż w porównaniu z Żydami była to społeczność znacznie mniej liczebna i mniej znacząca, zarówno w Ziemi Świętej jak też w diasporze. Siłą rzeczy Apostołowie głoszący Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego na całym świecie o wiele częściej zwracali się do Żydów niż do Samarytan. Mimo tego mamy do czynienia z wyraźną różnicą w ewangelicznym obrazie tych dwóch społeczności o jednym korzeniu w religii Mojżeszowej, której świadectwem jest Pięcioksiąg. A może właśnie dlatego?

Zarówno kierunek zdążania Pana Jezusa wraz z uczniami jak też miejsce opisanego zdarzenia jest znaczące. Jerozolima była jedynym miejscem kultu Boga prawdziwego objawionego w Starym Testamencie. Natomiast Samaria i Galilea - która była zresztą ojczyzną Pana Jezusa oraz wszystkich spośród dwunastu Apostołów oprócz Judasza Iskarioty - były postrzegane przez Judejczyków (czyli Żydów) jako tereny conajmniej skażone wpływami pogańskimi i pogardzane. Jak wiemy z Ewangelii św. Janowej (J 4), Żydzi unikali zadawania się z Samarytanami, a Galilejczyków traktowali z góry. Skoro w gronie tych dziesięciu trędowatych był Samarytanin, to widocznie w przypadku wspólnego losu wyznaczonego przez chorobę, który oznaczał nie tylko cierpienie fizyczne, lecz także wykluczenie ze społeczności zdrowych z powodu obawy przed zarażeniem, te granice plemienno-religijne nie były ważne. 

Ich wołanie o pomoc Pana Jezusa świadczy o tym, że był im znany jako ten, który cudownie uzdrawia. W respektowaniu zasady dystansu społecznego nie ośmielali się podejść, lecz krzyczeli z bezpiecznej dla zdrowych odległości. Także tytuł, którym wzywali, jest znaczący, gdyż jest on mniej więcej odpowiednikiem hebrajskiego "rabbi", a nawet oznacza więcej, czyli szczególny szacunek. Co oczywiście nie jest zaskakujące w sytuacji proszącego o pomoc. 

Rozkaz Pana Jezusa, by udali się pokazać kapłanom, nie jest wyjaśniony przez Ewangelistę, a także sam Pan Jezus go nie wyjaśnia. Nie mówi też nic o tym, że przyjmuje ich wołanie, ani o odpuszczeniu grzechów, które zwykle łączył z uzdrowieniem ciała. Udanie się do kapłanów miało sens o tyle, że uzdrowienie z trądu musiało zostać przez nich stwierdzone, by uzdrowiony mógł zostać przywrócony do życia w społeczności. Fakt, że owych dziesięciu natychmiast wyruszyło w kierunku Jerozolimy, świadczy o ich pełnym zaufaniu w to, że zostaną uzdrowieni. Ich posłuszeństwo słowom Pana Jezusa można by uznać za wręcz wzorowe. Jednak dziewięciu z nich zabrało czegoś istotnego. 

Angielski filozof Francis Bacon powiedział kiedyś: "Nie jest tak, że szczęśliwi są wdzięczni, lecz jest tak, że wdzięczni są szczęśliwi". Należy uzupełnić, że nie ci są szczęśliwi, których pragnienia, potrzeby i prośby są spełniane, lecz ci, którzy są wdzięczni za to, co otrzymują. 

Znamienny jest związek religii chrześcijańskiej - prawdziwej religii - z tą prawdą życiową. Nie przypadkowo centralny sakrament tej religii i zarazem rdzeń kultu chrześcijańskiego jest dziękczynieniem - eucharystią. Grecki czasownik εὐχαριστεῖν łączy w sobie dwa słowa - εὐ czyli dobry, oraz xάρις czyli łaska, dar. W tym znaczeniu wdzięczność jest odwzajemnieniem dobra, mianowicie duchowym, niekoniecznie jako wzajemność dosłowna. Charakter i wymiar duchowy jest zasadniczy, istotny. Zawiera w sobie zarówno uznanie otrzymanego dobra jako takiego, jak też wolę okazania tego uznania oraz jakiegoś rodzaju "odpłacenia", na ile jest ono możliwe. 

Wdzięczność uzdrowionego z trądu Samarytanina wyrażała się w akcie kultu zarówno głosem i słowami, jak też postawą ciała. Ludzie starożytniego Wschodu (i nie tylko) tak okazywali uwielbienie i podziękowanie najwyższego stopnia. W tym wypadku ludzki odruch wdzięczności za uzdrowienie doprowadził do oddania czci oczekiwanemu Mesjaszowi i prawdziwemu Bogu. Tak właśnie działa prawdziwa religia: to, co naturalnie szlachetne, ludzkie, zdrowe, skłania ku oddawania czci prawdziwemu Bogu. 

Na sens religijny tego zdarzenia wskazuje to, że Pan Jezus mówi o oczyszczeniu, nie o uzdrowieniu. Owszem, to określenie zapewne nawiązuje do samej choroby, do jej wyglądu, jednak tego nie wyczerpuje. Greckie słowo κάθαρσις najpóźniej od Poieteke Arystotelesa ma znaczenie zarówno sakralne jak też psychologiczne. 

Pytanie Pana Jezusa o pozostałych dziewięciu jest skierowane do ludzi wszystkich czasów, zarówno do tych, którzy nie znają kultu chrześcijańskiego, jak też do tych, którzy ten kult znają, lecz go nie praktykują, bądź praktykują jedynie zewnętrznie, formalnie, jedynie z posłuszeństwa. Wydaje się, że tych dziewięciu jest zawsze znacznie więcej niż tych, którzy są tak oczyszczeni, iż są jakby naturalnie skorzy do wdzięczności. Na tym przykładzie widać, że istotą religii Chrystusowej nie jest samo posłuszeństwo czy to prawu Bożemu, czy też nawet nakazom Chrystusowym. Sedno tkwi w takim oczyszczeniu serca człowieka - jego wnętrza, że naturalne poczucie sprawiedliwości wraz ze szlachetnymi odruchami współgra ze czcią dla Boga samego. 

Wdzięczność jest więc jednym ze znamion prawdziwej religijności, czyli dojrzałości we wierze. Jako że chodzi o dyspozycję i sprawność serca człowieka - w znaczeniu biblijnym jako centrum osobowości - nie można oddzielić wdzięczności wobec Boga od wdzięczności wobec ludzi. Człowiek autentycznie wdzięczny Panu Bogu, docenia także wszelkie dobro, które otrzymuje od ludzi. A ten, kto potrafi być wdzięczny po ludzku, ma zdolność także ku prawdziwej religii. 

Duchowa postawa tych dziewięciu tkwi w jakimś stopniu w każdym z nas o tyle, o ile bardziej skupiamy się na własnych potrzebach i doznaniach niż na obiektywnej rzeczywistości, którą jesteśmy obdarzani, zwłaszcza na rzeczywistości Boga Stwórcy i Zbawiciela. Cóż doprowadziło owego Samarytanina do takiego zachowania, które po wsze czasy stało się wzorem, a nawet ideałem chrześcijanina? Skoro Opatrzność Boża zechciała nam akurat jego ukazać w tym świetle i charakterze, to ma to zapewne znaczenie. Ewangelia i wraz z nią ten wzór religijności był głoszony najpierw Żydom, którzy gardzili Samarytanami. Trwała wzgarda i ścieranie się z krytyką w pozycji mniejszego i słabszego zapewne nie tylko motywowało do stałej reflexji i ćwiczyło w pokorze, lecz mogło być właśnie przez to szkołą wdzięczności, która jest fundamentem i rdzeniem prawdziwej religii. Przykładem przeciwnym są przywódcy narodu żydowskiego, którzy nie poznali czasu swego nawiedzenia (Łk 19, 44). 

Walka o wiarę prawdziwą odbywa się nie tylko w dziedzinie doktryny i moralności, lecz ma zawsze wymiar dogłębnie duchowy i osobisty. Bez tego wymiaru nawet przepiękne ceremonie, a nawet posłuszeństwo kościelne są przynajmniej niepełne.