Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):
94 1020 4274 0000 1102 0067 1784
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Warto zacząć od źródłosłowu polskiego słowa "przebaczenie". Można je inaczej wyrazić jako baczenie ponad, poza, czyli nie baczenie, nie zwracanie uwagi na coś, co miało miejsce. W tym znaczeniu jest to określenie dość mylne co do sprawy, o którą chodzi, choć zawiera także cząstkę prawdy.
Tą cząstką prawdy jest to, iż osobę, który wyrządziła krzywdę, należy w razie potrzeby traktować tak, jakby tego nie uczyniła. Przykładowo: ktoś, kto mi wyrządził krzywdę, jest głodny, chory, czy potrzebuje innej pomocy. Najważniejsza jest oczywiście pomoc duchowa. To należy mieć zawsze na uwadze. Innymi słowy: gdy złoczyńca potrzebuje pomocy, czy to dla ciała, a zwłaszcza dla duszy, nie wolno mi kierować się urazą z powodu doznanej krzywdy, lecz mam obowiązek jej pomóc, oczywiście przede wszystkim ku zbawieniu duszy.
Mylność określenia "przebaczenie" polega natomiast na tym, iż może być rozumiane - i tak bardzo często jest - jako zachowywanie się tak, jakby nic się nie stało, jakby krzywdy nie było, czy przynajmniej jakby ona nie bolała. To jest oczywiście oparte na nieprawdzie, a nieprawda nigdy nie jest właściwie pomocna, lecz jest zawsze szkodliwa czy wręcz toxyczna, przynajmniej w jakimś stopniu. Tak pojęte "przebaczenie" z całą pewnością jest niezgodne z Ewangelią i tym samym z nauczaniem Kościoła.
Zalinkowany text tego niestety nie odróżnia. Zamiast tego odwołuje się do kilku fragmentów Ewangelii, interpretując je błędnie czy przynajmniej tendencyjnie:
1. Słowa Pana Jezusa o przebaczeniu "siedemdziesiąt siedem razy" na pewno nie odnoszą się do fałszywie rozumianego przebaczenia, które zafałszowuje rzeczywistość.
2. Także przypowieść o nielitościwym dłużniku nie może świadczyć na korzyść fałszywego przebaczenia, gdyż po pierwsze ów dłużnik prosił o cierpliwość, więc uznał swój dług i miał wolę spłacenia go, nawet jeśli było to nierealne wobec jego wysokości. Przebaczenie mu całości długu przez wierzyciela - jego pana - nie wynika z powinności, lecz ze szczodrości, która jest właściwa tylko Bogu, a to z tego powodu, iż żaden człowiek nie jest w stanie spłacić swego długu wobec Niego. Nie oznacza to jednak, jakoby Boże przebaczenie było bezwarunkowe, skoro nielitościwego sługę spotyka kara. Należy mieć też na uwadze, iż chodzi o przypowieść, nie o ściśle rozumianą regułę postępowania. Chodzi w niej o nasze naśladowanie Bożego przebaczenia, a jest ono doskonale, jasno i całościowo ujęte w sakramencie pokuty i pojednanie, jak go rozumie Kościół.
Właśnie o tym też jest mowa w modlitwie "Ojcze nas". To nie nasze, fałszywie rozumiane przebaczanie ma być normą dla przebaczenia Bożego (jak to głosi fałszywa ideologia faustyno-sopoćkizmu), lecz odwrotnie: przebaczenie Boże, które jest dość jasno ujęte w warunkach sakramentu pokuty, jest regułą i wzorem dla naszego przebaczania. Oznacza to, że bez żalu, skruchy, woli poprawy oraz prośby o przebaczenie wraz z prośbą o właściwą pokutę, czyli gotowości przyjęcia sprawiedliwej kary, nie może być prawdziwego, pomocnego dla duszy czyli zbawiennego przebaczenia.
Zacznijmy od Mantykiewicza. Odnośnie do jego "kazania" wyraziłem już swoje uwagi (tutaj). Gdyby zamiast planszówkami zajął się dokształceniem w teologii katolickiej czy choćby w katechiźmie, to by raczej był w stanie wygłosić katolickie kazanie. Póki co widać po nim jedynie zafascynowanie różnego rodzaju grami, którego skutkiem jest dość widoczne obżarstwo, co świadczy także o poważnym problemie duchowo-psychicznym.
Jeszcze poważniejszy problem widać zarówno na powyższej grafice, jak też na innych obrazkach związanych z "planszówkami w opactwie" i - jak się okazuje - także poza nim. Oto przykłady:
On nie kryje swojej satysfakcji z odgrywanej funkcji przywódczej:
Dlaczego więc x. Adrian powiedział taką bzdurę? Ano dlatego, że od czasu wojtyliańskiego przepraszania wszystkich za wszystko w imieniu Kościoła - nie tyle obecnego, co raczej wszystkich wieków - nadal ma się dobrze patologiczna intelektualnie i duchowo przebaczoza. Jest ona oczywiście obliczona na poklask przekaziorów i wszystkich łasych na jakiekolwiek przejawy zarówno przyznawania się przez Kościół do win wszelakich, jak też na jego kajanie się przed trybunałem pseudoautorytetów pseudomoralnych. Taki pseudopobożny debilizm widocznie wpojono x. Adrianowi najpóźniej w seminarium, a teraz akurat miał wyjątkową sposobność popisania się nim na szerokim forum publicznym.
Wpisuje się to dość wyraźnie w fałszywą ideologię faustyno-sopoćkową, która otwarcie głosi, iż im większy grzesznik, tym większe ma prawo do "miłosierdzia". Co jest oczywiście bluźnierstwem i to demoralizującym, a jego owoce są coraz bardziej widocznie zwłaszcza w Polsce.
Zresztą autor tego wystąpienia ma ciekawą drogę kapłańską (źródło tutaj):
Zaś na nagrodę nie trzeba było czekać, gdyż niemal natychmiast przyznało mu nagrodę tzw. Towarzystwo im. Jana Karskiego (źródło tutaj):
Myślę, że dalsze komentarze są zbędne.
Dominica XIII post Pentecosten
Łk 17,11-19:
I stało się, gdy szedł do Jerozolimy, że przechodził przez środek Samarii i Galilei.
I gdy wchodził do jednego miasteczka, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężczyzn, którzy stanęli z daleka.
I oni podnieśli głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami.
A widząc, powiedział im: Idźcie, ukażcie się kapłanom.
I stało się, gdy odchodzili, że zostali oczyszczeni.
Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, potężnym głosem chwaląc Boga;
I padł na twarz u Jego nóg, dziękując Mu; a był on Samarytaninem.
A Jezus w odpowiedzi, rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, a gdzie jest dziewięciu?
Nie znaleźli się, wrócając się i dać chwałę Bogu, jak tylko ten innego pochodzenia?
I powiedział mu: Wstań, idź, twoja wiara cię wybawiła.
και εγενετο εν τω πορευεσθαι αυτον εις ιερουσαλημ και αυτος διηρχετο δια μεσου σαμαρειας και γαλιλαιας
και εισερχομενου αυτου εις τινα κωμην απηντησαν αυτω δεκα λεπροι ανδρες οι εστησαν πορρωθεν
και αυτοι ηραν φωνην λεγοντες ιησου επιστατα ελεησον ημας
και ιδων ειπεν αυτοις πορευθεντες επιδειξατε εαυτους τοις ιερευσιν
και εγενετο εν τω υπαγειν αυτους εκαθαρισθησαν
εις δε εξ αυτων ιδων οτι ιαθη υπεστρεψεν μετα φωνης μεγαλης δοξαζων τον θεον
και επεσεν επι προσωπον παρα τους ποδας αυτου ευχαριστων αυτω και αυτος ην σαμαρειτης
αποκριθεις δε ο ιησους ειπεν ουχι οι δεκα εκαθαρισθησαν οι δε εννεα που
ουχ ευρεθησαν υποστρεψαντες δουναι δοξαν τω θεω ει μη ο αλλογενης ουτος
και ειπεν αυτω αναστας πορευου η πιστις σου σεσωκεν σε
Są wydarzenia w życiu, które nadają się na przypowieści. W Ewangeliach czytamy aż kilka raty o Samarytanach. Oprócz powyższego fragmentu znamienna jest szczególnie rozmowa Pana Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakubowej (J 4,6nn), a także słynna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jest to w kolejności po Żydach pierwsza społeczność występująca najczęściej w Ewangeliach, a w dodatku wyłącznie pozytywnie ukazana, w przeciwieństwie do tych pierwszych. Można by wysnuć wniosek o szczególnej sympatii Zbawiciela, może nawet o swego rodzaju wybraniu, co nie musi oznaczać wolitywnego braku związku z faktami. Należy wziąć też pod uwagę, iż w porównaniu z Żydami była to społeczność znacznie mniej liczebna i mniej znacząca, zarówno w Ziemi Świętej jak też w diasporze. Siłą rzeczy Apostołowie głoszący Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego na całym świecie o wiele częściej zwracali się do Żydów niż do Samarytan. Mimo tego mamy do czynienia z wyraźną różnicą w ewangelicznym obrazie tych dwóch społeczności o jednym korzeniu w religii Mojżeszowej, której świadectwem jest Pięcioksiąg. A może właśnie dlatego?
Zarówno kierunek zdążania Pana Jezusa wraz z uczniami jak też miejsce opisanego zdarzenia jest znaczące. Jerozolima była jedynym miejscem kultu Boga prawdziwego objawionego w Starym Testamencie. Natomiast Samaria i Galilea - która była zresztą ojczyzną Pana Jezusa oraz wszystkich spośród dwunastu Apostołów oprócz Judasza Iskarioty - były postrzegane przez Judejczyków (czyli Żydów) jako tereny conajmniej skażone wpływami pogańskimi i pogardzane. Jak wiemy z Ewangelii św. Janowej (J 4), Żydzi unikali zadawania się z Samarytanami, a Galilejczyków traktowali z góry. Skoro w gronie tych dziesięciu trędowatych był Samarytanin, to widocznie w przypadku wspólnego losu wyznaczonego przez chorobę, który oznaczał nie tylko cierpienie fizyczne, lecz także wykluczenie ze społeczności zdrowych z powodu obawy przed zarażeniem, te granice plemienno-religijne nie były ważne.
Ich wołanie o pomoc Pana Jezusa świadczy o tym, że był im znany jako ten, który cudownie uzdrawia. W respektowaniu zasady dystansu społecznego nie ośmielali się podejść, lecz krzyczeli z bezpiecznej dla zdrowych odległości. Także tytuł, którym wzywali, jest znaczący, gdyż jest on mniej więcej odpowiednikiem hebrajskiego "rabbi", a nawet oznacza więcej, czyli szczególny szacunek. Co oczywiście nie jest zaskakujące w sytuacji proszącego o pomoc.
Rozkaz Pana Jezusa, by udali się pokazać kapłanom, nie jest wyjaśniony przez Ewangelistę, a także sam Pan Jezus go nie wyjaśnia. Nie mówi też nic o tym, że przyjmuje ich wołanie, ani o odpuszczeniu grzechów, które zwykle łączył z uzdrowieniem ciała. Udanie się do kapłanów miało sens o tyle, że uzdrowienie z trądu musiało zostać przez nich stwierdzone, by uzdrowiony mógł zostać przywrócony do życia w społeczności. Fakt, że owych dziesięciu natychmiast wyruszyło w kierunku Jerozolimy, świadczy o ich pełnym zaufaniu w to, że zostaną uzdrowieni. Ich posłuszeństwo słowom Pana Jezusa można by uznać za wręcz wzorowe. Jednak dziewięciu z nich zabrało czegoś istotnego.
Angielski filozof Francis Bacon powiedział kiedyś: "Nie jest tak, że szczęśliwi są wdzięczni, lecz jest tak, że wdzięczni są szczęśliwi". Należy uzupełnić, że nie ci są szczęśliwi, których pragnienia, potrzeby i prośby są spełniane, lecz ci, którzy są wdzięczni za to, co otrzymują.
Znamienny jest związek religii chrześcijańskiej - prawdziwej religii - z tą prawdą życiową. Nie przypadkowo centralny sakrament tej religii i zarazem rdzeń kultu chrześcijańskiego jest dziękczynieniem - eucharystią. Grecki czasownik εὐχαριστεῖν łączy w sobie dwa słowa - εὐ czyli dobry, oraz xάρις czyli łaska, dar. W tym znaczeniu wdzięczność jest odwzajemnieniem dobra, mianowicie duchowym, niekoniecznie jako wzajemność dosłowna. Charakter i wymiar duchowy jest zasadniczy, istotny. Zawiera w sobie zarówno uznanie otrzymanego dobra jako takiego, jak też wolę okazania tego uznania oraz jakiegoś rodzaju "odpłacenia", na ile jest ono możliwe.
Wdzięczność uzdrowionego z trądu Samarytanina wyrażała się w akcie kultu zarówno głosem i słowami, jak też postawą ciała. Ludzie starożytniego Wschodu (i nie tylko) tak okazywali uwielbienie i podziękowanie najwyższego stopnia. W tym wypadku ludzki odruch wdzięczności za uzdrowienie doprowadził do oddania czci oczekiwanemu Mesjaszowi i prawdziwemu Bogu. Tak właśnie działa prawdziwa religia: to, co naturalnie szlachetne, ludzkie, zdrowe, skłania ku oddawania czci prawdziwemu Bogu.
Na sens religijny tego zdarzenia wskazuje to, że Pan Jezus mówi o oczyszczeniu, nie o uzdrowieniu. Owszem, to określenie zapewne nawiązuje do samej choroby, do jej wyglądu, jednak tego nie wyczerpuje. Greckie słowo κάθαρσις najpóźniej od Poieteke Arystotelesa ma znaczenie zarówno sakralne jak też psychologiczne.
Pytanie Pana Jezusa o pozostałych dziewięciu jest skierowane do ludzi wszystkich czasów, zarówno do tych, którzy nie znają kultu chrześcijańskiego, jak też do tych, którzy ten kult znają, lecz go nie praktykują, bądź praktykują jedynie zewnętrznie, formalnie, jedynie z posłuszeństwa. Wydaje się, że tych dziewięciu jest zawsze znacznie więcej niż tych, którzy są tak oczyszczeni, iż są jakby naturalnie skorzy do wdzięczności. Na tym przykładzie widać, że istotą religii Chrystusowej nie jest samo posłuszeństwo czy to prawu Bożemu, czy też nawet nakazom Chrystusowym. Sedno tkwi w takim oczyszczeniu serca człowieka - jego wnętrza, że naturalne poczucie sprawiedliwości wraz ze szlachetnymi odruchami współgra ze czcią dla Boga samego.
Wdzięczność jest więc jednym ze znamion prawdziwej religijności, czyli dojrzałości we wierze. Jako że chodzi o dyspozycję i sprawność serca człowieka - w znaczeniu biblijnym jako centrum osobowości - nie można oddzielić wdzięczności wobec Boga od wdzięczności wobec ludzi. Człowiek autentycznie wdzięczny Panu Bogu, docenia także wszelkie dobro, które otrzymuje od ludzi. A ten, kto potrafi być wdzięczny po ludzku, ma zdolność także ku prawdziwej religii.
Duchowa postawa tych dziewięciu tkwi w jakimś stopniu w każdym z nas o tyle, o ile bardziej skupiamy się na własnych potrzebach i doznaniach niż na obiektywnej rzeczywistości, którą jesteśmy obdarzani, zwłaszcza na rzeczywistości Boga Stwórcy i Zbawiciela. Cóż doprowadziło owego Samarytanina do takiego zachowania, które po wsze czasy stało się wzorem, a nawet ideałem chrześcijanina? Skoro Opatrzność Boża zechciała nam akurat jego ukazać w tym świetle i charakterze, to ma to zapewne znaczenie. Ewangelia i wraz z nią ten wzór religijności był głoszony najpierw Żydom, którzy gardzili Samarytanami. Trwała wzgarda i ścieranie się z krytyką w pozycji mniejszego i słabszego zapewne nie tylko motywowało do stałej reflexji i ćwiczyło w pokorze, lecz mogło być właśnie przez to szkołą wdzięczności, która jest fundamentem i rdzeniem prawdziwej religii. Przykładem przeciwnym są przywódcy narodu żydowskiego, którzy nie poznali czasu swego nawiedzenia (Łk 19, 44).
Walka o wiarę prawdziwą odbywa się nie tylko w dziedzinie doktryny i moralności, lecz ma zawsze wymiar dogłębnie duchowy i osobisty. Bez tego wymiaru nawet przepiękne ceremonie, a nawet posłuszeństwo kościelne są przynajmniej niepełne.
Pewne jest, że jako grzeszne należy uznać wszystko to, co jest wykorzystaniem drugiej osoby do zaspokojenia zmysłowego - niekoniecznie sexualnego w węższym sensie - bez odpowiedzialności za osobę. Gdy ktoś pragnie bliskości zmysłowej np. przez dotyk, to zawarta jest w tym potrzeba głębsza, mianowicie akceptacji, a ostatecznie miłości. Problem jest w tym, że bliskość zmysłową łatwo jest dać, zwykle też przyjąć, natomiast miłość osobowa - czyli taka, która odpowiada wymiarowi duchowemu człowieka - jest trudniejsza, bo wymaga wysiłku, czasu, oraz przezwyciężenia swojego egoizmu, który tkwi w każdym w jakimś stopniu.
Jedynym rozwiązaniem jest otwarte, choć koniecznie powiązane z szacunkiem, porozmawianie o tej sprawie z daną osobą. Można zapytać wprost, czego oczekuje, a co nie wchodzi w grę, i też wyrazić swoje oczekiwania, oczywiście z uzasadnieniem. To będzie pierwsza próba dojrzałości i też wzajemnego szanowania. Jeśli obydwu osobom zależy zarówno na związaniu się, jak też na poszanowaniu zasad katolickich, to na pewno znajdą wspólną linię.
Konieczne jest wyzwolenie się z fałszywych wzorców tego typu jak "jeśli nie chce do łóżka, to nie kocha", czy też mniej skrajnych. Trzeźwe, samodzielne myślenie wbrew trendom pseudokulturowym znamionuje osobowości inteligentne i charakterne. Warto szukać takiej osoby.
Konkretnych porad powinien ponadto udzielić spowiednik, oczywiście jeśli sam ma poukładane w głowie według zasad katolickich. Pomocą mogą, a nawet powinni być także rodzice, o ile myślą po katolicku. Syn powinien mieć oparcie głównie w ojcu, a córka głównie w matce.
Wiadomo, że pielgrzymki starotestamentalne dotyczyły świątyni jerozolimskiej jako jedynego centrum religii starotestamentalnej. Były one jasno przewidziane i wymagane prawnie. Natomiast pielgrzymki chrześcijańskie pojawiły się dopiero z czasem i miały związek zarówno z grobami świętych i męczenników, jak też z Ziemią Świętą (także tzw. krucjaty były pierwotnie rozumiane jako pielgrzymki, nie jako wyprawy wojenne, choć ten aspekt był także obecny i oczywisty). Zawsze miały jednak charakter dobrowolny i tym samym względny.
Istotny był ich charakter pokutny, czyli jako sposobu uzyskania przebaczenia oraz zadośćuczynienia za grzechy, w powiązaniu z przemianą wewnętrzną i stylu życia. Przeważnie odbywały się indywidualnie, bądź w małych grupach. Liczne zorganizowane grupy pielgrzymkowe pojawiły się chyba dopiero w Polsce, mianowicie wpierw jako wotywna pielgrzymka warszawska na Jasną Górę odbywająca się nieprzerwanie od 1711 roku w intencji podziękowania za uratowanie stolicy od epidemii dżumy. Powstawały też regularne, zwykle doroczne pielgrzymki do sanktuariów zwłaszcza marijnych jak Kalwaria Zebrzydowska, Kalwaria Pacławska itp. Nie trudno zauważyć tutaj nawiązania do Ziemi Świętej.
Do wyraźnego ożywienia pielgrzymek doszło w Polsce w latach 70-ych i 80-ych ubiegłego wieku. Wydaje się, że liczebność nadal utrzymuje się na pewnym poziomie, mimo wyraźnego spadku praktyk religijnych.
Problem polega nie na idei pielgrzymki w jej pierwotnym sensie religijnym, lecz w faktycznym jej prowadzeniu. Obecnie nierzadko przeważają elementy bliższe turystyce niż pobożności. Zapewne są ludzie, dla których udział w pielgrzymce stał się okazją czy może nawet bodźcem do odnowienia i pogłębienia życia religijnego, być może nawet poważnej poprawy życia. To jest bardzo cenne. Tym niemniej istotne jest, jaki tego typu praktyka religijna ma znaczenie dla życia Kościoła na co dzień, czyli wpływ i oddziaływanie.
Jeśli jest tam autentyczna, szczera modlitwa, zarówno wspólnotowa jak też indywidualna, to jest to wielka wartość. Jeśli jest tam czynna miłość bliźniego, wzajemna pomoc i zrozumienie, to jest to również cenne. Jeśli jednak nie przekłada się to na poprawę życia religijnego w parafiach i rodzinach, to jest to poważny brak, nad którego przyczyną i naprawą należy się zastanowić.
Monumentalna figura mająca przedstawiać Matkę Najświętszą, uroczyście poświęcona kilka dni temu, wzbudza kontrowersje. Głosy są skrajnie różne. Z jednej strony dominuje zarzut, iż to gigantomania i marnotrawienie środków, które należałoby wykorzystać celach społecznych. Z drugiej strony nie brakuje zachwytu dla rozmachu i religijności fundatorów, którymi są małżonkowie miliarderzy o nazwisku Karkosik. Są też głosy krytyczne odnoszące się do wymowy i wartości religijno-estetycznej tej potężnej figury.
Pierwsze zarzut da się o tyle obalić, że liczą się nie tylko potrzeby materialne i cielesne, lecz także duchowe. Jeśli ten pomnik ma być religijnym wotum wdzięczności i wyznaniem wiary, to odpowiada to także dobru społecznemu i to nawet poniekąd bardziej. Pozostaje jednak kwestia, czy tego rodzaju wotum jest najbardziej odpowiednie, czy optymalnie służy chwale Bożej i zbawieniu dusz. Na pewno o wiele potrzebniejsze byłoby wzniesienie świątyni dla sprawowania liturgii tradycyjnej czy klasztoru dla zakonu sprawującego tę liturgię. Także wsparcie finansowe tej typu instytucyj byłoby wartościowe, choć nie przyniosłoby tyle rozgłosu. Innymi słowy: wartość użytkowa dla celów religijnych jest znikoma, właściwie bliska zeru, gdyż to miejsce nie nadaje się do sprawowania sakramentów, nauczania wiary, czy choćby do modlitwy osobistej. Czy wybór akurat takiego wotum nie wynika także z szukania chwały własnej, należałoby rozważyć. Pan Bóg osądzi.
Co do szczerości pobożności fundatorów można mieć wątpliwości chociażby z powodu obecności na uroczystości poświęcenia słynnego elektryka o pseudonimie "Bolek". Skoro przybył, to widocznie został zaproszony, więc zapewne łączy go coś z fundatorami, a to nie świadczy o nich dobrze. Chodzi oczywiście o obiektywne kryteria, nie subiektywne odczucia.
Jako że chodzi o okazały monument, istotna jest także wartość sakralno-estetyczna. Sakralność wymaga stosowania czy przynajmniej przestrzegania zasad Kościoła co do dzieł sztuki. Według informacyj pochodzących od autora - rzeźbiarza Adama Matejkowskiego - sporządził on najpierw rzeźbę próbną w miniaturze, która została umieszczona przy jakimś kościele. Nie wiadomo, czy po to, by oswoić z nią katolików, czy też po to, by zasięgnąć ich opinii. W każdym razie wynika z tego, że zarówno fundatorzy jak też autor w czasie prac nad figurą byli w kontakcie z władzami kościelnymi, przynajmniej z parafią, a prawdopodobnie także z władzami diecezji włocławskiej. Nie wiadomo, jak współpraca przebiegała, jednak wiadomo, że przynajmniej efekt końcowy uzyskał aprobatę diecezji, skoro biskup miejsca dokonał uroczystego poświęcenia. Tyle w kwestii formalnej. Pozostaje pytanie, czy ta figura odpowiada kryteriom sztuki sakralnej, stosowanym przez Kościół. Należy oczywiście odróżnić kryteria tradycyjne od kryteriów obecnie będących w użyciu.
W ogólnym wrażeniu figura ma charakter sakralny przynamniej w tym znaczeniu, że jest harmonijna i nie straszy dziwnymi szczegółami. Wyjątkiem jest wyexponowanie piersi, co może razić zarówno estetycznie - jako erotyzacja - jak też historycznie, gdyż w kulturze starotestamentalnej czy ogólnie semickiej niedopuszczalne byłoby ukazywanie matki, a zwłaszcza świętej osoby w ten sposób. Nawet jeśli autor nie miał zamiaru erotyzacji, to miał obowiązek wziąć pod uwagę zarówno historyczność przedstawienia, czyli zgodność z faktycznym ubiorem niewiasty galilejskiej w owych czasach, jak też oddziaływanie na szeroką publiczność, skoro figura ma mieć szeroki zasięg i charakter de facto publiczny. Dziwne, że władze kościelne nie zwróciły uwagi na ten aspekt, albo zauważyły i jednak zlekceważyły.
Post scriptum
Prześledzenie wątku "shekhinah" w judaiźmie zwłaszcza kabalistycznym daje ciekawe powiązania niestety na niekorzyść posągu konotopieńskiego.
Najpierw widać dość wyraźne nawiązania symboliczne:
Owszem, są pewno różnice w szczegółach, jednak mimo tego pewne jest, że symbolika tego posągu jest o wiele bliższa kabalistycznemu systemowi znaków niż znakom, zasadom i wymowie sztuki chrześcijańskiej.