Jak się okazało we wielu komentarzach do poprzednich wpisów, temat jest nader aktualny i - wygląda na to - coraz szerszy. Tak też wynika z mojego doświadczenia duszpastersko-pozainternetowego.
Pytanie tytułowe jest oczywiście uproszczeniem. Równocześnie jest ono o tyle słuszne, iż przeważnie - może nawet prawie zawsze - żaden mężczyzna i żadna niewiasta z góry nie planuje starokawalerstwa i staropanieństwa.
Paradoxalnie starokawalerstwo grozi także żonatym i duchownym, podobnie jak staropanieństwo mężatkom i zakonnicom. Oczywiście w innym stopniu i w nieco innych sposób. A obecnie zjawisko to staje się coraz bardziej powszechne także w małżeństwach, gdy małżonkowie żyją bardziej obok siebie niż ze sobą.
Jak więc zdefiniować starokawalerstwo i staropanieństwo?
Myślę, że są tutaj dwie istotne cechy:
- brak odpowiedzialności za drugą osobę i inne osoby,
- brak gotowości poddania się korygowaniu przez inne osoby.
Te cechy mogą być w różnym stopniu obecne w zależności od osoby. Równocześnie muszę zaznaczyć, że znam osoby samotne, które te cechy wykazują w znacznie mniejszym stopniu niż wiele osób żyjących w małżeństwie.
Istotne jest to, że te brakujące cechy zwykle są przyczyną braku powodzenia w szukaniu żony czy męża. Dochodzi jednak jeszcze trzeci czynnik, mianowicie zbyt wygórowane, wręcz nierealistyczne oczekiwania i wymagania. Nierzadko wiąże się to z niesymetrycznymi wymaganiami wobec siebie, to znaczy z rozpieszczaniem siebie bądź z nierealistycznymi wymaganiem względem siebie.
Tym samym można się domyśleć, jakie są środki zaradcze. Jak je stosować?
Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się dość wcześnie i to w rodzinie. A to na dwa sposoby, nie całkowicie wykluczające się. Pierwszy sposób to nadopiekuńczość czy to obojga rodziców, czy zwłaszcza matki. W ten sposób odbywa się rozpieszczanie i uzależnianie od siebie, zarówno emocjonalne, jak też intelektualne i zwykle też materialne. Taka osoba jest tak wychowywana, że zatrzymuje się w rozwoju, że pod względem osobowościowym pozostaje dzieckiem, najwyżej nastolatkiem. Nadopiekuńczość nie musi oznaczać kształtowania braku zaradności i oczekiwania tylko troski ze strony innych osób. Władcza i dominująca matka może też wyrabiać w swoim dziecku także wypełnianie różnych zadań czy obowiązków, ale zasadniczo tylko tych, które jej są potrzebne i dla nie przydatne przynajmniej pośrednio. Innymi słowy takie dziecko do dorasta do samodzielnego życia i do założenia własnej rodziny, lecz do pozostania na zawsze synkiem czy córeczką. Bywa, że takie osoby wchodzą w związek małżeński, jednak są na tyle niedojrzałe, że związek albo się rozpada, albo współmałżonek musi pełnić rolę quasi zastępczą czy wręcz delegowaną przez mamusię czy - znacznie rzadziej - tatusia.
Drugi sposób to brak wychowania do odpowiedzialności za siebie i innych. Takie dziecko ma wszystko podane na tacy, niczego się od niego nie wymaga, co często odbywa się w intencji "żeby moje dziecko miało lepiej", "moje dziecko jest do wyższych rzeczy" itp. To jest też rodzaj uzależnienia i głupiej miłości, lecz szczególnie krótkowzroczny, gdyż takie dziecko nie będzie w stanie ani zadbać o siebie, ani o kogokolwiek, także o swoich rodziców na starość.
To są oczywiście skrajne przypadki i niekoniecznie związane, jak wspomniałem, z pozostawaniem w bezmałżeństwie, jednak cechy osobowości czynią takiego człowieka niezdolnym do zdrowej relacji małżeńskiej.
Po drugie, starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się w głowie, czyli w myśleniu. Tutaj najczęstsze są dwa błędy. Pierwszy polega na idealistycznych czyli nierealnych wymaganiach wobec ewentualnych kandydatów i kandydatek: ma być młoda/młody, ładna/ładny, dobrze zarabiający, z bogatego domu, dobry charakter, dziewica itp. itd. Nie chodzi o to, że te oczekiwania i wymagania są złe. Problem w tym, że po pierwsze stawiane są one bardziej drugiej osobie niż sobie, a po drugie, że często priorytety są pomieszane czy przestawione. Jest oczywiste, że należy dobierać sobie małżonkę czy małżonka przede wszystkim według głównego celu małżeństwa, jakim jest wydanie potomstwa, czy szukanie kogoś, kto ma predyspozycje do tego, by być dobrym ojcem czy dobrą matką. To się najlepiej sprawdza w tym, jakie dana osoba ma podejście do dzieci, także w tym, czy dzieci - oczywiście na razie cudze - lubią taką osobę. Przykład: tutaj nie jest istotna uroda w znaczeniu obrazków z czasopism czy internetowych. Osoby o takiej urodzie są przeważnie (choć nie zawsze) niemądre i niemoralne. Istotne są takie cechy osobowości jak gotowość do poświęcenia, dzielenia się, troski o innych, rezygnacji ze swoich zachcianek, obowiązkowość zarówno w domu jak i w pracy itd.
Drugim błędem w myśleniu jest oczekiwanie czy wręcz założenie, że małżeństwo automatycznie zmienia osobowość, charakter, nawyki, czyli uśmierza wady, a daje cnoty niemal bez wysiłku. Drugą stroną tego błędu jest założenie, że małżeństwo nic nie może zmienić w człowieku, zwłaszcza na lepsze. To jest nierealistyczne w odniesieniu do samego siebie jak też w odniesieniu do innych osób. Przykłady rozpadu małżeństw zniechęcają do zawierania małżeństwa. Ono wydaje się trudne, zbyt trudne i zbyt ryzykowne. Po co mam ryzykować i poświęcać swoje życie dla kogoś, kto nie okaże wdzięczności, wykorzysta, może nawet zdradzi? Tutaj neguje się wartość dobra niezależną od jego odbioru i odwzajemnienia. Neguje się też dobrą wolę drugiej osoby, jej starania. W sumie jest to nierealistyczne podejście do ludzkiej słabości zarówno w sobie jak też w innych. Może wynikać z bolesnych doświadczeń rozczarowania sobą czy innymi. Fałsz polega jednak na negacji prawdy, że każdy może i powinien się podnosić i starać się poprawiać. To nie przychodzi ani samo ze siebie, ani łatwo, bez trudu. Jednak jest możliwe i jest konieczne do dojrzewania osobowości, a na to nigdy nie jest za późno, choć z upływem lat i wiekiem staje się rzeczywiście coraz trudniejsze. Kto przestał się o to starać, ten przekreślił siebie i swoje szanse na spełnienie siebie czy to w małżeństwie, w stanie duchownym czy w stanie wolnym. Stan wolny nie musi oznaczać starokawalerstwa czy staropanieństwa w znaczeniu pejoratywnym.
Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie w temacie, stan wolny można rozumieć jako zgodny z wolą Bożą czyli indywidualnym "powołaniem" danej osoby, jeśli wynika nie z egocentryzmu i zamknięcia się w swoich potrzebach i wygodach, lecz z poświęcenia się celowi, który jest przynajmniej praktycznie nie do pogodzenia ani z małżeństwem ani ze stanem duchownym, aczkolwiek to drugie w normalnych warunkach nie powinno zachodzić, jeśli stan duchowny rozumie się w sensie szerszym, czyli obejmującym także życie zakonne. W pewnym sensie zakony - czyli wspólnoty braci czy sióstr - są (powinne być) miejscem dla bezpiecznej pod względem duchowym samotności w znaczeniu bezżeństwa. Nie jest przypadkiem, że zapaść co do powołań zakonnych zbiega się czasowo z explozją singielstwa zarówno męskiego jak też żeńskiego. Ma to też związek z hipersexualizacją, którą poddawana jest młodzież od lat najwcześniejszym, także z materializmem i wybujałym indywidualizmem. Objawem jest też pojawiająca się gdzieniegdzie moda na tzw. dziewice konsekrowane. To jest w ogóle dziwoląg na tle nie tylko historii Kościoła i zasad Kościoła, gdyż konsekracja zasadniczo była związana z poddaniem się regule i jakiemuś życiu wspólnotowemu, czego wymagają tzw. rady ewangeliczne. Oczywiście obecnie dochodzi czynnik zapaści duchowej (i też moralnej i intelektualnej) w istniejących zakonach, co rzeczywiście skutecznie zniechęca do wstępowania do nich, wskutek czego są raczej skazane na słuszne wymarcie.
Jeśli ktoś, będąc stanu wolnego, nie dba o swoje życie sakramentalne i duchowe, ani nie poświęca się bezinteresownie celom społecznym (nie muszą być na szeroką skalę i głośne publicznie), to są to niestety oznaki pejoratywnego starokawalerstwa czy staropanieństwa.
Obecnie w Kościele niestety brakuje regularnej, specyficznej opieki duszpasterskiej dla osób samotnych. Być może wynika to z poniekąd słusznej zasady, że nie należy tworzyć dla nich zamkniętej grupy. Uważam jednak, że ważniejsze jest zapobieganie zamknięciu się takich osób w sobie, w obrębie prywatnych trosk i potrzeb, może nawet w zgorzknieniu i rozczarowaniu życiem. Takie osoby wprawdzie coraz częściej mogą się wykazać osiągnięciami czy to zawodowymi, naukowymi, czy majątkowymi. Równocześnie jednak, przynajmniej prywatnie, w skrytości serca czują się mniej wartościowe, może nawet przegrane.
Potencjał tych osób w Kościele nie polega na tym, że powinni być wykorzystywani przez duchownych jako np. szafarze świeccy czy do innych fałszywych bo niekatolickich wynalazków. Uważam, że jest potrzeba dla tych osób pewnych struktur, które po pierwsze zapewniłyby im odpowiednią opiekę duchową (duszpasterską), a po drugie spięły organizacyjnie w działalność o charakterze społecznym.















































































































