Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy odpowiedź na list może zmienić Tradycję Kościoła? (uzupełnione)


Temat fałszowania liturgii tradycyjnej przez najgłośniejszą medialnie grupę indultystów - notabene cieszących się poparciem strajnie modernistycznych przekaziorów jak deon.pl i KAI - był już okazyjnie poruszany:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/08/w-sprawie-faszowania-liturgii-czy.html

Ostatnio pojawiła się w sieci wymiana listów między x. Dawidem Pietrasem (z diecezji zielonogórsko-gorzowskiej) a sekretarzem Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei". Łatwo można znaleźć informacje odnośnie osoby, z których wynika, że jest właściwie zadomowiony w Novus Ordo, nie w liturgii tradycyjnej, co ma znaczenie dla postawionych przez niego pytań:

 

List składa się z 29 pytań w kontekście przygotowywanej przez autora rozprawy doktorskiej w dziedzinie prawa kanonicznego.


Pytania mają służyć wyjaśnieniu jego osobistych wątpliwości:

Z punktu widzenia formalno-prawnego odpowiedź sekretarza Komisji ma wyłącznie właśnie taki charakter. NIC więcej. List skierowany do osoby prywatnej i nie opublikowany w organie Stolicy Apostolskiej ani nie jest wiążącą interpretacją prawa, ani nie stanowi prawa (nie jest aktem prawnym), lecz jest wyłącznie stanowiskiem odnośnie praktycznego stosowania prawa. To jest istotne dla jego właściwej interpretacji. Nic pod tym względem nie zmienia fakt, że w korespondencji poruszana jest także kwestia rangi odpowiedzi Komisji, gdyż jest to także odpowiedź jedynie deklarująca, nie konstytuująca prawo (o czym będzie poniżej).



Nie ma potrzeby analizowania wszystkich poruszonych kwestij. Ograniczę się do spraw, które budzą najpoważniejsze zastrzeżenia.

Chodzi najpierw o wykroczenia przeciw rubrykom tradycyjnych ksiąg liturgicznych oraz przeciw odwiecznym regułom kanonicznym i liturgicznym Kościoła. Są to przede wszystkim dwie kwestie dotyczące sprawowania funkcyj przez świeckich:


Pytanie dotyczące pełnienia posługi subdiakona przez świeckiego sugeruje odpowiedź, powołując się na poprzednie listy Komisji do osób prywatnych, które nie zawierają jednoznacznego odniesienia do tzw. akolitów świeckich nie będących kandydatami do kapłaństwa:

 

Tym razem odpowiedź Komisji jest jednoznaczna: dopuszcza ona możliwość pełnienia funkcji subdiakona przez akolitę świeckiego nie będącego kandydatem do kapłaństwa:


Wskazany kanon Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r. mówi w sposób oczywisty o ustanowieniu akolity według ksiąg i prawa Novus Ordo, czyli odnosząc się wyłącznie do liturgii tzw. posoborowej. Wówczas, w roku 1983 r., nie było jeszcze ani indultu ani oficjalnego potwierdzenia dalszej legalności ksiąg liturgicznych z 1962 r. Tym samym mamy do czynienia z pomieszaniem porządków nie tylko prawno-kanonicznych, lecz przede wszystkim liturgicznych, co jest jednoznacznie odrzucone we wszystkich oficjalnych dokumentach odnoszących się do aktualnego stosowania liturgii tradycyjnej, zwłaszcza w obydwu motuproprio - "Ecclesia Dei" z 1988 r. oraz "Summorum Pontificum" z 2007 r.

Problem jest poważny, nie tylko natury prawnej, lecz głównie liturgicznej i doktrynalnej. Święcenia subdiakonatu są w Tradycji Kościoła pierwszym stopniem święceń wyższych, związanym ze ślubowaniem dozgonnego celibatu. Jest to więc urząd co do istoty zupełnie inny niż tzw. ustanowiony akolita w Novus Ordo, którym może być też świecki, niezobowiązany do życia w czystości. Dopuszczenie kogoś takiego do pełnienia funkcji wyświęconego wyższego duchownego, związanej istotnie z celibatem, jest wewnętrznie sprzeczne i przeciwne sakramentologii i eklezjologii katolickiej.

Problem istnieje także pod względem prawnym. Chodzi o to, że w poprawnej interpretacji każdego prawa konieczne jest włączenie intencji prawodawcy. Skoro w Kodeksie Prawa Kanonicznego 1983 r. nie ma intencji zachowania sprawowania liturgii tradycyjnej, to na jakiej podstawie stosuje się do niej kanony sprzeczne z jej porządkiem liturgiczno-prawnym?  

Odnośnie pytania numer 7 - w temacie świeckich ceremoniarzy biskupich - Komisja odpowiada ostrożniej, mianowicie, że "nie widzi zastrzeżeń". Równocześnie mówi wyraźnie, że chodzi o sytuację "nieobecności wyświęconego ceremoniarza":


Przy okazji warto zauważyć, że x. Pietras popełnia fałszerstwo w swoim tłumaczeniu, zamieniając "zastrzeżenie" (objection) na "przeszkodę" (po angielsku by to było "obstacles"):


Jest jasne, że sytuacji, o której mowa, nie było w żadnej celebracji w Polsce, gdyż byli obecni kapłani, którzy byli w stanie przygotować się do tej posługi przynajmniej tak samo jak uczynili to świeccy. Zabrakło jednak widocznie dobrej woli, czy to u organizatorów czy u nich samych, albo u jednych i drugich.

Pytanie odnośnie sposobu wykonywania chorału gregoriańskiego łączy bardzo różne kwestie, zrównując klasyczne wykonanie z nowością w postaci experymentów M. Peresa, które on sam rozumie nie jako odtwarzanie wykonania historycznego, lecz poszukiwanie własnej, nowoczesnej interpretacji (więcej tutaj): 


Pytanie otrzymało najkrótszą i najprostszą z możliwych odpowiedzi, bez zróżnicowania:


Czy Komisja była świadoma problemu wykonania przez szkołę Peresa? Pytanie jest w każdym razie perfidne, gdyż próbuje wyręczyć adresata w zbadaniu sprawy i sugeruje odpowiedź, jest więc właściwie oszukańcze.

Godne uwagi są też niektóre inne odpowiedzi o charakterze bardziej ogólnym i zasadniczym.

Doniosłe jest pytanie o zależność stosowania liturgii tradycyjnej od Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r.:


Odnośny punkt instrukcji brzmi:

(za: http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_commissions/ecclsdei/documents/rc_com_ecclsdei_doc_20110430_istr-universae-ecclesiae_lt.html)

Tak więc sprawa jest właściwie prosta: chodzi wyłącznie o kwestie dyscyplinarne, czyli dotyczące stosowania reguł liturgii tradycyjnej, a nie samych reguł tej liturgii. Innymi słowy: Kodeks obowiązuje odnośnie liturgii tradycyjnej jedynie w zakresie nieokreślonym przez samą liturgię czyli księgi liturgiczne (jak Mszał, Rytuał itd.). Konkretny przykład: gdy jest mowa o uczestniczącym w celebracji Mszy św. subdiakonie, czyli osobie, która przyjęła święcenia subdiakonatu według tychże ksiąg liturgicznych, to Kodeks Prawa Kanonicznego nie ma władzy - ani zamiaru - zastępowania go kimś innym, np. akolitą, gdyż byłoby to w sprzeczności zarówno z księgami liturgicznymi jak też z zakresem władzy Kodeksu. Inny przykład: księgi liturgiczne nie określają kwestii postu eucharystycznego. Ta sprawa była zawsze regulowana w prawie kanonicznym. Dlatego w celebrowaniu liturgii tradycyjnej wystarczy - pod względem czysto prawnym - zachować post eucharystyczny jedynie w wymiarze przewidzianym w Kodeksie z 1983 r.

Idąc tym tropem, następne pytania dotyczą starszych dekretów Stolicy Apostolskiej odnośnie liturgii, najpierw czy mają one nadal moc prawną:


Odpowiedź jest zasadniczo twierdząca, aczkolwiek można mieć wątpliwość, czy text nie zawiera błędu, tzn. czy nie powinno być "if" zamiast "of" oraz "preceptive" ("nakazujące") zamiast "perceptive", gdyż wtedy zdanie byłoby jaśniejsze. X. Pietras nie bardzo sobie radzi z tłumaczeniem, co jest tutaj akurat zrozumiałe:


W każdym razie zdanie potwierdza obowiązywanie przedsoborowych dekretów odnośnie liturgii tradycyjnej.

Następne pytanie dotyczy rangi odpowiedzi samej Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei". Odpowiedź jest twierdząca, analogicznie do poprzedniego pytania:





Tym samym Komisja przyznaje swoim odpowiedziom tę samą rangę co przedsoborowym dekretom odnośnie liturgii. Jest to o tyle zrozumiałe, że posoborowa Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zajmuje się jedynie liturgią Novus Ordo, stosując jej własne przepisy. Logicznie wynika z tego, że Komisja "Ecclesia Dei" zajmuje się liturgią tradycyjną według jej własnych, przedsoborowych przepisów. W przeciwnym razie nie miałoby sensu wyjęcie liturgii tradycyjnej z kompetencji Kongregacji ds. Kultu Bożego. Tym samym absurdalne i sprzeczne z porządkiem prawnym jest ingerowanie w liturgię tradycyjną w oparciu o przepisy odnoszące się co do zamiaru i litery do Novus Ordo. Tego swojego postępowania Komisja nie uzasadnia ani prawnie, ani teologiczne, co zresztą nie dziwi, gdyż takowe uzasadnienie nie jest możliwe.

Ponadto Komisja przemilcza istotny fakt: dekrety Świętej Kongregacji Obrzędów były publikowane w oficjalnych organach Stolicy Apostolskiej. Zgodnie z powszechną zasadą prawną, dekrety te obowiązywały powszechnie dopiero po ich oficjalnej publikacji, tzn. dopiero wtedy miały ogólnie wiążącą moc prawną. Natomiast odpowiedź skierowana do x. Pietrasa jest skierowana tylko do niego i nie została opublikowana jako oficjalny dokument Komisji, tym samym nie ma rangi ogólnie wiążącego dokumentu, lecz służy jedynie jako wyjaśnienie do prywatnego użytku x. Pietrasa jako adresata.

Szczególnie godne uwagi są w końcu dwie sprawy wprawdzie szczegółowe, jednak znamienne w perspektywie ogólniejszych wniosków. W obydwu sprawach Komisja odpowiada twierdząco, akceptując istniejącą praktykę, przy czym pierwsza polega na używaniu ksiąg starszych niż te z 1962 r., zaś druga na wykroczeniu nawet poza posoborowe przepisy.
Najpierw chodzi o "wykroczenie" zachowawcze:


Następnie o wykroczenie "postępowe": 


Mówiąc krótko: Komisja przyklepuje coś, co nie ma pokrycia w żadnym dokumencie odnośnie stosowania liturgii tradycyjnej obecnie. To jest charakterystyczne dla tego listu, a także dla obecnej linii Komisji: dyktatura faktów dokonanych - czyli praktykowania nadużyć - jest kluczem do tego dokumentu. Jak widać powyżej, we wielu kwestiach list jest niespójny i sprzeczny wewnętrznie. Linia postępowania staje się jasna dopiero w kluczu praxizmu, który jest niczym innym jak aplikacją marxizmu do liturgii Kościoła. Tym wątkiem zajmę się osobno.

Jakie refleksje nasuwają się tytułem wniosków i podsumowania, zwłaszcza odnośnie dwóch pierwszych spraw, które w sposób wyraźny dotykają prawd wiary i ustroju Kościoła?

Z pewnością należy wziąć pod uwagę kontext tej korespondencji. Ma ona miejsce
- po latach praktykowania nadużyć sprzecznych z literą rubryk oraz zasadami wiary i liturgii katolickiej,
- po zaproszeniu sekretarza Komisji na tzw. warsztaty Ars Celebrandi, gdzie został włączony do takiej praktykowanej już wcześniej celebry,
- wcześniejsze celebracje odbywały się z udziałem kilku biskupów, jednego kardynała (Burke) oraz w obecności biskupa miejsca (z Włocławka).

Tak więc zastosowano taktykę faktów dokonanych: zaczęto praktykować ewidentne nadużycia, po czym postarano się o ich quasi oficjalną aprobatę praktyczną (nie prawną), za którą ma widocznie uchodzić ta odpowiedź sekretarza Komisji.

Dla jasności:

- Nigdy w Kościele nie było pełnienia funkcji święceń wyższych przez świeckich, także funkcji subdiakona.
- Nigdy w Kościele nie było pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego w celebracji pontyfikalnej przez świeckiego.

Są to w sposób oczywisty wynalazki wąskiego grona osób powiązanych głównie z x. Wojciechem Grygielem (znanym ze skrajnie niekatolickich, wręcz heretyckich poglądów), grona, które cieszy się wszelkim poparciem kręgów otwarcie antykatolickich:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/07/udawany-katolicyzm-czyli-czy-fideizm.html 

X. Grygiel nie kryje swoich wywrotowych poglądów odnośnie także liturgii tradycyjnej:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-liturgia-tradycyjna-jest-mao.html



Warto zwrócić uwagę także na niedawne zachwyty zakulisowego organizatora "warsztatów" Ars Celebrandi:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-film-kler-sprzyja-nawroceniu-koscioa.html

Czy abp G. Pozzo miał realną możliwość udzielenia innej odpowiedzi, po tym jak praktyka tej grupy była de facto tolerowana przez kilku hierarchów (okłamywanych co do stanu prawnego i faktycznego w tych sprawach)? Pewne jest, że odpowiedź inna - tzn. zgodna z literą i teologią tradycyjnych ksiąg liturgicznych -  byłaby stwierdzeniem popełnienia wykroczeń przez kilku hierarchów, którzy wówczas przypuszczalnie nie mieli świadomości wagi swojego udziału w imprezach organizowanych przez tę grupę.

Pewne jest więc, że mamy do czynienia z typową taktyką modernistycznych wrogów Kościoła. Dokładnie w ten sam sposób wprowadzano celebrację versus populum, w językach narodowych, Komunię do ręki, świeckich szafarzy i szafarki, i inne zwyczaje ewidentnie antykatolickie: najpierw praktykowano z naiwną tolerancją władz, a następnie, gdy bezwiedni katolicy zostali jako tako oswojeni z nadużyciem, zażądano oficjalnego uznania. Jest to więc atak wymierzony tym razem w resztki liturgii tradycyjnej ujęte w indultyźmie. Czy jest to zapowiedź, iż jedynym miejscem sprawowania liturgii tradycyjnej wiernie z jej nieskażonym duchem i literą będą struktury i wspólnoty niepodlegające Komisji "Ecclesia Dei"?

Że będą tego typu ataki na liturgię tradycyjną, coby ją zafałszować w duchu herezji modernizmu, było do przewidzenia. Jednak żadna tego typu próba nie jest w stanie zmienić ewidentnych faktów i prostych zasad Tradycji liturgicznej Kościoła. Zawsze będą jasne granice między rzetelną wiernością a fałszerskimi pomysłami, które mają rzekomo służyć upowszechnieniu i jedności.


Post scriptum

Link do tego textu wstawiłem jako komentarz na tablicy autora. Komentarz został bez słowa usunięty. O czym to świadczy, jest chyba dość jasne.

Przy okazji wspomnę epizod sprzed ponad dwóch lat, gdy x. Dawid napisał do mnie z prośbą o kontakt, na co chętnie przystałem. Jednak znamienne jest, że oczekiwał, iż będę do niego telefonował w jego interesie. Pisemny kontakt chyba mu nie odpowiadał, wolał widocznie, żebym ponosił koszty udzielania mu pomocy... No cóż, czy to świadczy o dojrzałości osobowej i duchowej?


Jak pomóc w parafii?

 


Trudno jest podać listę, ponieważ to zależy też od sytuacji zastanej na parafii, też od ludzi, którzy byliby w stanie współdziałać. Generalnie każde element tradycyjny jest dobry i cenny, a też w praktyce działa także jako test na stan ducha katolickiego w parafii. 

Innymi słowy, wszystko tradycyjne, co nie jest wprost zakazane, może i powinno być stosowane. Przykłady:

- tradycyjne szaty liturgiczne

- tradycyjne ołtarze (nie zamieniać ich na miejsce dla kwiatów, lecz pozostawić w gotowości do celebracji)

- Kanon Rzymski

- formularze mszalne tradycyjne, czy to o świętych, czy wotywne (formularze na dni powszednie są wymyślone przez Bugnini'ego, natomiast wotywne przeważnie pozostały niezmienione),

- tradycyjne modlitwy ciche czyli te, które celebrans odmawia po cichu, stosować tradycyjne, zwłaszcza te na ofiarowanie (nowe są wzięte z żydowskiej modlitwy przy stole)

- gesty tradycyjne jak przyklękanie przed tabernakulum przy każdorazowym przechodzeniu, złączenie palców po Przeistoczeniu, itp. 

- nabożeństwa tradycyjne, ale te prawdziwe, nie zafałszowane modernistycznie. 

Popieranie działań kapłana


Po pierwsze, idzie się do kościoła nie dla kapłana lecz dla Pana Jezusa i dla zbawienia swojej duszy. 

Po drugie, każdy odpowiada za siebie, zarówno kapłan jak też świecki. Owszem, jeśli w danym kościele czy na celebracji danego kapłana dzieją się skandaliczne nadużycia, to należy takiego kościoła czy celebransa unikać, a nawet zdecydowanie się odciąć.

Po trzecie, należy wziąć pod uwagę stan prawny w kwestii udzielania Komunii. Jeśli kapłan udziela na łapkę z własnego upodobania czy widzimisię, to jest to inna sytuacja niż wtedy, gdy udziela zmuszony do tego przez przepisy Novus Ordo. W tym drugim przypadku kapłan nie ma wyboru, to znaczy ma tylko wybór: albo poddać się przepisom, albo narazić się na suspensę czy przynajmniej zesłanie do domu emerytów. W drugim przypadku biskupi - ostatnio także w Polsce - zwykle wysyłają takiego kapłana do psychiatry i na terapię, co oczywiście oznacza de facto koniec posługi kapłańskiej i wegetację przynajmniej w przewlekłej depresji. Owszem, jest także opcja przejścia do zgromadzenia tradycyjnego, gdzie nie ma Komunii na łapkę, ale po pierwsze oznacza to - zresztą chwalebne - przejście całkowite na liturgię tradycyjną, do czego wielu nie jest gotowych z różnych względów, a po drugie wymaga zgody zarówno biskupa jak też przełożonego takiego zgromadzenia, co także nie jest proste w odniesieniu do kogoś z diagnozą psychiatryczną i w trakcie czy po terapii. Tak wygląda rzeczywistość niestety. Dlatego warto zastanowić się nie tylko nad swoją "czystością" co do kapłana, lecz także nad uwarunkowaniami, w których on się znajduje. Nie każdy jest skory do heroizmu, przynajmniej nie w podskokach i nie od razu. 

Jaka jest różnica między nieomylnością dogmatyczną a nieomylnością duszpasterską?


Raczej nikt nie ma problemu z tym, że kanonizacje przeprowadzone według tradycyjnych procedur opisanych obszernie przez kardynała Prospero Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV) są nieomylne. Aczkolwiek zaznaczyć trzeba, że jest to inny rodzaj nieomylności niż nieomylność dogmatyczna zdefiniowana na Soborze Watykańskim I: to jest jedynie nieomylność duszpasterska, co wynika jasno z jej duszpasterskiego - nie dogmatycznego - uzasadnienia. Problem w tym, że od Pawła VI zarzucono tę procedurę na rzecz innej, okrojonej o więcej niż połowę i bardzo podatną na manipulacje i fałszerstwa, czego jesteśmy świadkami zwłaszcza od pontyfikatu wojtyliańskiego.

Ta różnica jest dość jasno podana w uzasadnieniu zawartym zarówno w konstytucji "Dei Filius" jak też w argumentacji teologicznej za nieomylnością kanonizacyj.

Nieomylność dogmatyczna jest wtedy, gdy następca św. Piotra mocą swojej władzy nauczania Bożego Objawienia podaje uroczyście do wierzenia jako nieomylne dane zdanie dotyczące prawd wiary czy obyczajów. Kluczowy jest tutaj związek z Bożym Objawieniem, co jest wyraźnie zaznaczone w każdej definicji dogmatycznej. Źródłami tego orzeczenia są źródła Objawienia, czyli Pismo św. oraz Tradycja Kościoła nauczająca prawd wiary i obyczajów. Rodzaj pewności jest tutaj dogmatyczny. 

Natomiast w aktach kanonizacyjnych chodzi o to, że na podstawie procesu prowadzonego w oparciu o świadectwa historyczne, czyli empiryczne (zarówno co do heroiczności cnót jak też co do cudów), doszło nie tylko do wniosku, że według możliwie wysokiego prawdopodobieństwa dusza danej osoby jest w niebie, lecz że podanie jej do kultu przysługującego świętym będzie pożytkiem duchowym dla wiernych (ten osąd wydaje ostatecznie papież, po zasięgnięciu opinii kardynałów). Jak łatwo dostrzec, tutaj rodzaj pewności to jedynie pewność tzw. moralna, istotnie różna od pewności dogmatycznej, co wynika

- z przedmiotu sprawy (przedmiotem nie są prawdy wiary i obyczajów objawione przez Boga w Piśmie św. i Tradycji Kościoła, lecz los danej duszy po śmierci oraz pożyteczność otoczenia ją kultem przysługującym świętym)

- z procedury dochodzenia do orzeczenia (nie badanie źródeł Objawienia Bożego czyli Pisma św. i Tradycji Kościoła, lecz badanie świadectw historycznych co do życia i działalności danej osoby, a także cudów przypisywanych jej wstawiennictwu).

Z tego właśnie powodu istotne i decydujące jest to, jaka procedura została zastosowana, czyli jej poszczególne kroki i stopnie. Są ewidentne, istotne różnice między procedurą tradycyjną i nowy, stosowaną na masową skalę od pontyfikatu Jana Pawła II. 

Pierwszym i niezbędnym warunkiem wszczęcia procesu tradycyjnie był spontaniczny i długotrwały kult okazywany danej zmarłej osobie. Dlatego zasadniczo obowiązywał okres przynajmniej 50 lat od śmierci danej osoby, by okazało się pewne, iż kult nie wynika z zanikającej z czasem pamięci świadków życia danej osoby, lecz z szerokiego doświadczenia skutecznego jej wstawiennictwa, czyli doświadczenia niezależnego od osobistych przeżyć czy sympatii dla tej osoby ze strony osób, które ją znały osobiście. Świadectwa tych osób o życiu danej osoby oczywiście także miały istotne znaczenie i były wnikliwie badane, jednak dopiero na dalszym etapie i niezależnie od spontanicznego kultu. Chodziło o to, by możliwie wykluczyć czynnik więzi emocjonalnej, która zwykle zaciemnia czy wręcz fałszuje postrzeganie faktów, a trzeźwe, racjonalne podejście było istotne i niezbędne na każdym etapie procesu. 

Z tym właśnie wiąże się funkcja zwana "defensor fidei" (czyli obrońca wiary), zwana potocznie i właściwie błędnie - wręcz przewrotnie - "advocatus diaboli". Zadaniem tej funkcji było wskazywanie na te elementy z życia i działalności danej osoby, które świadczą przeciw jej świętości i tym samym są argumentem przeciw beatyfikacji i kanonizacji. Ta właśnie funkcja została praktycznie usunięta, co oczywiście umożliwiło nie tylko rażące niechlujstwo i kumoterstwo, lecz wręcz przemocowe forsowanie do chwały ołtarzy osób, które z całą pewnością na to nie zasługiwały. 

Pech24 w obronie faustyno-sopoćkizmu



Znane środowisko nie ustaje w gorliwym udowadnianiu swej wierności dla novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego. Tego dobitnym przykładem jest regularne wyznawanie fałszywej religii łagiewnickiej, która w znacznym stopniu zastąpiła religię katolicką głównie w Polsce. 

Punktualnie na dzisiejszą niedzielę "Quasi modo" czyli Białą wrzucili tekścik swojego nadwornego "dogmatyka" w habicie cysterskim. O nim była już raz mowa (tutaj). O całym towarzychu pech24 już kilkakrotnie (tutaj, tutaj, tutaj). Idźmy jak zwykle po kolei.

1.

Pierwszy problem, który Strumiłowski omawia: 
"że w słowach Koronki wierny świecki wyraża akt ofiarowania Chrystusa Ojcu przedwiecznemu, co w mniemaniu adwersarzy trąci uzurpacją władzy kapłańskiej". 

Odpowiada:
"Zauważyć tutaj możemy, że świecki nie jest podmiotem składającym, lecz współskładającym i że ofiarowuje siebie wraz z Chrystusem. Zarzut zatem wydaje się nie pozbawiony sensu."
Oraz powołując się na texty biblijne:
"Powyższe teksty mówią oczywiście o współofiarowaniu siebie. Chrześcijanin do takiej ofiary jedynie jest zdolny i do takiej ofiary jest zobowiązany."

Następnie przywołuje NIE zatwierdzone przez Kościół słowa rzekomego anioła z Fatimy:
"Podobnie jak w modlitwie Anioła z Fatimy (1916 r., zatwierdzonej przez Kościół): „Trójco Przenajświętsza, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa…”."

Czyli popełnia kardynalny błąd teologiczny, przedstawiając niezatwierdzone przez Kościół rzekome objawienie prywatne (więcej tutaj) jako źródło teologiczne. 


2. 

Jeszcze gorzej radzi sobie z kwestią ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa. Mówi najpierw słusznie:
"Otóż z teologicznego punktu widzenia Syn Boży stał się człowiekiem, aby oddalonego i odwróconego przez grzech człowieka przywrócić w akcie ofiary Bogu. Ofiarowanie oznacza bowiem oddanie, przekazanie. Syn zatem w sobie samym oddaje Ojcu wszystko, co stanowi przyjętą przez niego naturę ludzką. Bóstwo w takiej perspektywie nie podlega ofiarowaniu, gdyż jest czymś własnym i wspólnym całej Trójcy."

Następnie jednak kombinuje:
"Gdybyśmy chcieli trzymać się sztywno formuły, że Chrystus nie tyle ofiarował siebie, ale tylko swoje człowieczeństwo, to popadlibyśmy nieuchronnie w herezję nestorianizmu, która zbyt radykalnie oddziela to, co ludzkie, i to, co boskie w Chrystusie."
I jeszcze:
"Zatem faktem jest, że Bóstwo samo w sobie nie podlega ofiarowaniu, gdyż Bóstwo jest tym, co Ojciec posiada z natury. Jednak nie można powiedzieć, że Syn ofiarował człowieczeństwo jako coś przyjętego przez siebie, lecz odrębnego. Syn w człowieczeństwie ofiarował Siebie. Albo inaczej: stawszy się człowiekiem, jako człowiek ofiarował siebie Ojcu."

Tak więc najpierw Strumiłowski niby zmierza we właściwym kierunku:
"I chociaż przedmiotem ofiarowania ściśle rzecz ujmując jest to, co stanowi istotę człowieczeństwa, to jednak podmiotem ofiarowania jest Osoba – a podmiotem osoby Chrystusa (także w ludzkiej naturze) jest Boski Logos. Zatem nie możemy powiedzieć, że Chrystus ofiarował Bóstwo. Nie możemy też powiedzieć, że ofiarował jedynie abstrakcyjny element człowieczeństwa. Możemy powiedzieć, że ofiarował siebie, a w sobie ofiarował człowieczeństwo."

Jak łatwo zauważyć, miesza on tutaj przedmiot z podmiotem, popadając przy tym w herezję monofizytyzmu czy przynajmniej monoteletyzmu, skoro według niego podmiotem ofiarowania jest Boski Logos, a nie Osoba Bosko-Ludzka Jezusa Chrystusa, który jest - od momentu Wcielenia - równocześnie zarówno Boskim Logosem jak też Człowiekiem zrodzonym z Mariji Dziewicy. Ta jedna Osoba Boga-Człowieka mogła złożyć w ofierze wyłącznie Swoje Człowieczeństwo, ponieważ Jej Bóstwo istotowo i nierozerwalnie było i jest zjednoczone z Bogiem Ojcem. Kto dopuszcza możliwość ofiarowania Bóstwa, ten neguje to nierozerwalne zjednoczenie i tym samym tożsamość Bóstwa Ojca i Syna, które jest istotowo jedno (więcej tutaj). 

Dalej Strumiłowski mówi:
"Ta prawda zawiera się także w orzeczeniach soboru Trydenckiego. Podczas Ofiary Mszy ponawia się ofiara Chrystusa. Chrystus staje się obecny w świętej Hostii i dokonuje (ponawia i uobecnia) swoją ofiarę. Co jest przedmiotem tej ofiary? Jest nią sama Hostia ofiarowana Ojcu (o czym świadczy chociażby modlitwa ofiarowania w Vetus Ordo). A ta Hostia to nie jest samo człowieczeństwo Chrystusa, ale w tej Hostii zawiera się Ciało i Krew, dusza i Bóstwo."

Tutaj już totalnie miesza i bełkocze. Otóż:

- Sobór Trydencki mówi o obecności eucharystycznej, nie o ofiarowaniu, które odbywa się we Mszy św. Oto dowód: 


Jeśli ktoś nie potrafi dostrzec tej prostej różnicy, to ma problem z elementarną logiką. Według prostej logiki czym innym jest być kimś i mieć coś, a czym innym jest dać coś ze siebie czy coś swojego. Wypadałoby, żeby doktor habilitowany teologii nawet modernistycznej dysponował zdolnością ogarnięcia tego rozróżnienia. 

- Słusznie Strumiłowski przywołuje modlitwę ofiarowania chleba w tradycyjnym mszale (św. Piusa V). Problem w tym, że on widocznie nie zauważa, iż w tym momencie ofiarowana hostia jest jedynie kawałkiem niekwaszonego chleba, a nie Ciałem Chrystusa. Tak więc akurat ta modlitwa jest dowodem przeciw jego argumentacji, ponieważ wyraża ona dość jasno, że ofiarowany jest chleb, czyli rzecz stworzona, która dopiero w Przeistoczeniu staje się Ciałem Chrystusa, które jednoczy w sobie Człowieczeństwo i Bóstwo. 

- W kwestii, co jest ofiarowane we Mszy św. (a pierwotnie na Krzyżu), kluczowe są słowa Przeistoczenia: "to jest Ciało Moje, które za was będzie wydane", "to jest Krew Moja, która za was i za wielu będzie wylana". Jak dość jasno widać, Pan Jezus nie powiedział, że wydaje Siebie, ani tym bardziej Swoje Bóstwo, lecz Swoje Ciało i Swoją Krew. To zupełnie jednoznacznie rozstrzyga problem. 

Strumiłowski jednak nie poddaje się, lecz usiłuje dzielnie walczyć w obronie herezji faustyno-sopoćkowej: 

"Jeśli formułę modlitwy rozumiemy jako wyliczenie elementów ofiarowania (co swoją drogą jest niezgodne z naturą Ofiary Chrystusa, która jest aktem osobowym), to rzeczywiście w liczbie tych elementów nie powinno być Bóstwa. Jeśli jednak rozumiemy to wyliczenie jako określenie pełni ofiarowującego się Chrystusa (jak robi to Sobór w określeniu Hostii jako całego Chrystusa – wraz z Ciałem, Krwią, duszą i Bóstwem), wtedy niczego kontrowersyjnego w tej modlitwie nie ma. Nie mówi ona w takim ujęciu bowiem o ofiarowaniu tego elementu, którym jest Bóstwo, ale mówi o integralności i pełni aktu, w którym Syn, stawszy się człowiekiem, oddał siebie Ojcu w ofierze Krzyża."

Tutaj nasuwa się już pytanie, czy on jest świadom tego, co pisze, skoro usiłuje wmówić odbiorcom, że wyliczenie nie jest wyliczeniem. To - według niego - Pan Jezus nie mógł podyktować s. Faustynie ofiarowania Siebie lecz musiał podyktować ofiarowanie ciała, krwi, duszy i Bóstwa, żądając przy tym, żebyśmy nie myśleli o ofiarowaniu Bóstwa? Kogo ta banda oszustów łagiewnickich próbuje oszukiwać (za sprawą protektorów masona Sopoćki, którymi byli Wyszyński i Wojtyła, niestety aż nadto skutecznie)? 

Na podobnym poziomie intelektualno-teologicznym jest końcowy "argument" Strumiłowskiego:

"Ze względu na tę piękną złożoność i integralność doktryny katolickiej Kościół po wieloletnim badaniu pism s. Faustyny nie tylko nie znalazł w Koronce żadnej herezji, ale zatwierdził kult Bożego Miłosierdzia, kanonizował s. Faustynę i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego oraz odpusty za odmawianie Koronki. Gdyby formuła była teologicznie wadliwa, nie byłoby to możliwe."

Tutaj widać, że Strumiłowski nie zadał sobie najmniejszego trudu, by zapoznać się z historią badania sprawy. Gdyby to uczynił, to by musiał przyznać, że przebiegała ona zupełnie inaczej niż głosi fałszywa propaganda łagiewnicka, o czym świadczą dokumenty archiwalne. On woli jednak tkwić w naiwnej mentalności trepa, który ślepo wierzy we wszystko, co wyrządził Kościołowi Lolek z Wadowic, nawet wbrew faktom i przeciw wierze katolickiej. 

Jak ocenić inwestowanie w fundusze?


Nie jest mi znany żaden dokument czy fragment dokumentu z oficjalnego nauczania Kościoła w tej kwestii. Widocznie nie było powodu do zajęcia się specjalnie tą sprawą i wystarczą ogólne zasady katolickiej teologii moralnej oraz nauczania społecznego. 

Rozumiem, że problem dotyczy bądź może dotyczyć dwóch zasadniczych i różnych kwestij:

1. inwestowanie w spółki, których cele bądź sposób prowadzenia działalności gospodarczej może słusznie budzić zastrzeżenia czy wątpliwości, jak np. zarabiane na zabijaniu dzieci nienarodzonych, na środkach antykoncepcyjnych, bądź nieetyczne traktowanie pracowników (wyzysk, zatrudnianie dzieci itp.),

2. zarabianie bez wkładu pracy, czyli czerpanie zysku bez zaangażowania swoich zdolności, umiejętności i czasu, a jedynie przez wkład kapitałowy. 

W kwestii pierwszej, o ile wiem, można się upewnić, przynajmniej w zasadniczym zakresie. Jeśli się dołożyło starań, by sprawdzić etyczność danych firm, a nie stwierdzono tego typu problemów, to inwestowanie pod tym względem i w takim wypadku nie jest nieetyczne. 

Bardziej złożona może się wydawać kwestia druga. Jak zaznaczyłem, nie ma generalnego potępienia inwestowania pod względem ze strony Magisterium Kościoła. Założeniem jest oczywiście, że środki przeznaczone do inwestowania pochodzą ze źródła etycznie czystego, czyli zostały uczciwie zarobione bądź prawnie odziedziczone. 

Pozostaje jeszcze trzecia kwestia, mianowicie ryzyko takiego inwestowania. Banki zwykle polecają tego typu lokatę kapitału jako sposób na czerpanie większego zysku niż z konta oszczędnościowego. Mniej czy bardziej uczciwie informują przy tym o ryzyku. Tutaj wchodzi oczywiście moralna kwestia chciwości na zysk oraz inne czynniki osobiste. Jeśli np. ktoś traktuje inwestowanie jako rodzaj kasyna, gdzie przez stosunkowo niewielki wkład spodziewa się łatwego i szybkiego zysku, to jest to mało racjonalne i może być nawet grzechem ciężkim, zwłaszcza jeśli ryzykuje się nie tylko środkami na własne utrzymanie lecz także potrzebnymi rodzinie czy też pomijając wykorzystanie na cele społeczne i dobroczynne także dla osób spoza rodziny, czy też na cele dobrej edukacji, kultury, a zwłaszcza kultu Bożego. 

Całość tej kwestii dotyczy systemu gospodarczego, potocznie nazywanego kapitalizmem, rozumianego jako przeciwieństwo tzw. socjalizmu. Już to nazewnictwo jest poważnym uproszczeniem, zwykle zawierającym poważne błędy. W każdym razie Kościół zawsze - a zwłaszcza od rozwinięcia tzw. społecznego nauczania w drugiej połowie XIX wieku - wskazywał na błędy i zagrożenia obydwu systemów, równocześnie wzywając do istotnych korekt i przedstawiając je. W modelu idealnym - wypracowanym według zasad podanych przez Urząd Nauczycielsko Kościoła - jest miejsce na inwestowanie w fundusze. Od dziesięcioleci zajmują się tym banki katolickie (są nawet takie założone przez duchownych katolickich za zgodą władz kościelnych), aczkolwiek są one w Polsce raczej mało znane. Nie będę podawał konkretnych nazw, ponieważ nie zajmuję się tą dziedziną. Ktoś zainteresowany będzie w stanie sam znaleźć odpowiednie informacje. 

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


 





O wieszaniu stuły na krzyżu - raz jeszcze


Widać, że temat żyje, a wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego czują widocznie zagrożenie, skoro powtarzają swoje durne kłamstwa. 

Powyższy wpisek z pejsbuka jest o tyle ciekawy, że nawet nie próbuje wysilić się na jakiś dowód, lecz domaga się od ludzi wierzenia bezwarunkowego w swoje kłamstwa. 

Po pierwsze, "ordinale płockie" nie istnieje, gdyż takowa księga - według oficjalnej wersji - zaginęła podczas II wojny światowej. Istnieje jedynie opowieść o nim oraz o tym, iż rzekomo zawierał coś takiego. Autorem tejże opowieści jest modernista z bandy charystów, x. Józef Michalak z Płocka (więcej tutaj). 

Po drugie, wszystkie średniowieczne obrzędy zostały zakazane przez św. Piusa V w bulli "Quo primum" z 1570 r., o ile nie można było wykazać ich trwania przynajmniej przez 200 lat. Wieszanie stuły na krzyżu widocznie nie spełniało tego kryterium, skoro zostało zaprzestane. 

Po trzecie, czym innym jest wieszanie stuły (czy ornatu) na krzyżu, a czym innym przykrywanie krzyża ornatem po złożeniu go do grobu po liturgii Wielkiego Piątku. Tym bardziej obnoszenie krzyża z zawieszoną stułą przez okres paschalny. 

Jak widać, wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego potrafią jedynie oszukiwać i poszczekiwać, licząc na naiwność odbiorców. To wróży ich koniec. I to może nawet dość rychły. 


Czy jednorożec jest chrześcijański?


Zadano mi pytanie odnośnie do wypowiedzi x. Piotra Świerczka FSSPX w kwestii symbolu jednorożca. Mogę się wypowiedzieć jedynie jako teolog, ponieważ nie zajmuję się historią sztuki. 

Nie widziałem też tego obrazu, o którym mówi x. Świerczek. Z jego opisu wynika jednak wystarczająco, że taki obraz jest sprzeczny z głównymi zasadami sztuki chrześcijańskiej, zwłaszcza sakralnej czyli przeznaczonej do użytku w dziedzinie kultu. 

Po pierwsze, jednorożec to postać z mitologii pogańskiej, stąd nie może mieć zastosowania w sztuce sakralnej, aczkolwiek może mieć jakieś pasujące zastosowanie w zdobnictwie, mianowicie jako symbol. 

Główną zasadą chrześcijańskiej sztuki sakralnej jest realizm, czyli reguła, iż może ona przedstawiać jedynie to, co było widziane realnie, bądź przynajmniej w wizji wewnętrznej, duchowej, czyli czy to w wizjach opisanych w Piśmie św. czy w autentycznym - pochodzącym od Boga - tzw. objawieniu prywatnym. 

Przykładami są:

- Przedstawienia Trójcy Przenajświętszej, gdzie Bóg Ojciec przedstawiony jest jako starzec w nawiązaniu do wizji u proroka Daniela (rozdz. 7), Syn w ludzkiej postaci zwykle jako ukrzyżowany bądź zmartwychwstały, Duch Święty jako gołębica (jak w Ewangeliach). 

- Przedstawienia Najświętszego Serca Pana Jezusa według wizji św. Małgorzaty Marii Alacoque. 

To są oczywiście zasady stosowane w Kościele zachodnim, czyli łacińskim. Natomiast w Kościele wschodnim reguły są jeszcze o wiele bardziej restrykcyjne, gdyż w pisaniu ikon generalnie obowiązują ściśle określone kanony, aczkolwiek w krajach słowiańskich dość luźno przestrzegane (stąd zwykle można odróżnić ikony greckie od niegreckich, głównie słowiańskich). Celem kanonów jest zabezpieczenie wiernego przedstawienia historycznego wyglądu Jezusa Chrystusa i Jego Matki, który miał zostać utrwalony już na najstarszych obrazach. Stąd się bierze daleko idąca zbieżność tych rysów twarzy z Całunem Turyńskim oraz chustą z Manopello. 

Aktywiści judeoprotestantyzacji w obronie apostazji Rysiowej


Było do przewidzenia, że odezwą się kumple i fani rzekomo pokrzywdzonego autora "listu KEP", o którym już było wielokrotnie. Grono jest oczywiście doborowe, składające się z heretyków wypromowanych i chronionych przez niego od lat. Rączka rączkę myje. Nie jest też przypadkiem, że są to chyba bez wyjątku - aczkolwiek część nazwisk jest raczej nieznana w przestrzeni publicznej - przedstawiciele paraprotestanckiej sekty tzw. charyzmatyzmu, grasującej w oficjalnych strukturach kościelnych właśnie przy poparciu takich osób jak Grzegorz Ryś. Powiązania osobisto-kumoterskie są oczywiste. Nie zaskakuje też poziom "teologiczny" tego grona. O niektórych z nich dane już mi było się wypowiadać (tutaj, tutaj, tutaj, tutaj itd.). Przejdźmy do ich powyższego textu.

Pierwszym "argumentem" tej grupki jest oburzanko na rzekome skrzywdzenie rzekomo skrzywdzonego ichniego idola krakówkowego. Wiąże się to z dogłębnym współczuciem dla niego. Skrzywdzenie ma polegać zwłaszcza na niedocenieniu jego "zaangażowania na rzecz dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego". Według nich ów "dialog" powinien widocznie polegać na przejęciu myślenia żydowskiego oraz usiłowaniu wpojenia go katolikom. 

Drugi "argument" jest szczytem obłudy potężnym nawet na tle dogłębnej i systemowej obłudy tego towarzystwa: powołanie się i przytoczenie deklaracji "Dominus Jesus" z 2000 r., a to w podporządkowaniu wstępnemu założeniu, iż arcydzieło Rysiowe pod nazwą "list KEP" jest właśnie wzorowym elementem dialogu, o którym mówi ta deklaracja. Grupka fanów Rysiowych widocznie nie zauważyła - raczej nie chciała zauważyć - iż ów list nie jest skierowany do żydów, lecz do katolików. To z katolikami Ryś chce dialogować czy z żydami? Kiedy napisze list KEP skierowany do żydów, zachęcając ich do odwiedzenia i modlitwy w świątyniach katolickich? Kiedy Ryś przypomniał zarówno katolikom jak i żydom o obowiązku posłuszeństwa prawdzie? 

Innego rodzaju szczytem obłudy jest odrzucenie "przenoszenia napięć politycznych na grunt życia Kościoła". Co jest tym życiem Kościoła? Rysiowy "list KEP"? Czyż on nie jest w gruncie rzeczy polityczny i to wyraźnie stronniczy (wiadomo po której stronie), skoro obarcza chrześcijan za zbrodnie niemieckich nazistów na żydach, a przemilcza zbrodnie żydów popełniane w imię ich religii na rdzennej ludności Ziemi Świętej? 

Skoro ta grupka fanów Rysiowych w pełni się z nim solidaryzuje, to staje po stronie jego ewidentnie politycznych działań, które z wiarą Kościoła i teologią katolicką mają wspólną najwyżej etykietkę, a nic z treści (co tutaj już parokrotnie wykazałem). 

W sumie dobrze, że tego rodzaju burza powstała. Scena się przynajmniej trochę sortuje. Ryś dostał solidnie po głowie przez większość biskupów, którzy go nie poparli, aczkolwiek póki co tylko jeden - abp Kupny - odważył się publicznie zdystansować od owego "listu KEP". Znacznie bardziej dostał po głowie od zwykłych księży, którzy w przytłaczającej większości nie odczytali w kościołach owego "listu KEP". Zresztą być może był to zamierzony zabieg badania gruntu, czyli sortowania ewentualnych kandydatów na biskupów: kto nie przeczytał, ten będzie miał zablokowaną karierę przez Rysia osobiście i przez jego kompana Krajewskiego. Tak to obecnie działa niestety. 

Póki co, oszuści są pewni siebie, choć - Deo gratias! - coraz mniej. 

"Chcę być gotowy do nieba". Wspomnienie o przyjacielu.


(napisane w kwietniu 2020)

10 kwietnia 2019 r. odszedł do wieczności mój serdeczny przyjaciel Witold. Zmarł na chorobę nowotworową około 10 miesięcy po jej zdiagnozowaniu. W ostatnich 20 latach z powodu dzielącej odległości widywaliśmy się bardzo rzadko i tylko okazyjnie, średnio co kilka lat. Tak się złożyło, że w miesiącach przed jego odejściem spotkaliśmy się aż dwa razy. Gdy byłem akurat następny raz w Polsce, Witek zmarł i dlatego mogłem, a właściwie miałem zaszczyt prowadzić jego pogrzeb. Jako najdłużej i najbliżej go znający z obecnych kapłanów, wygłosiłem też kazanie, które mimo bólu i współczucia z rodziną było dla mnie okazją do przemyślenia jego życia zakończonego na ziemi. Także rok po pogrzebie to życie wydaje mi się tak świeże, iż ciągle mam w pamięci powiedziane wtedy kazanie. Obiecałem przyjaciołom obecnym na pogrzebie (niektórzy podobno czytują tego bloga), że je opublikuję. Spełniam tę obietnicę ze sporym opóźnieniem, ale z tą samą treścią, którą przez rok nosiłem w sobie, i z nie mniejszym przejęciem.

Witek był właściwie kolegą szkolnym mojego zmarłego brata, natomiast młodsza siostra Witka, Basia, jest moją koleżanką szkolną. Znaliśmy się od ministrantów, ale tylko przelotnie. Drogi się rozeszły wraz z pójściem na studia i do seminarium. Spotkaliśmy się znowu w sposób dość nieoczekiwany, gdy kilka lat po święceniach przyjeżdżałem do Polski na zaproszenie środowisk tzw. indultowych. Okazało się, że mieliśmy nowych wspólnych znajomych, gdyż Witek dzięki studiom był zaprzyjaźniony z ludźmi tych środowisk, głównie z Lublina. Zdarzało się, że towarzyszył mi w podróży, a właściwie szukał do tego sposobności, gdyż interesował się liturgią tradycyjną i zaczął się uczyć służenia. Był też zaangażowany w działalność społeczno-polityczną, a to w specyficzny sposób, gdyż nigdy nie miał ambicyj politycznych w sensie startowania w wyborach czy stanowiska. Chcąc streścić moją znajomość jego osobowości i życia, także na podstawie tego, co się dowiedziałem od jego rodziny i przyjaciół, mogę podać trzy zasadnicze rysy.


Szukanie Boga

Witek był, gdy go poznałem wśród ministrantów, zwykłym chłopcem, zawsze miłym, z poczuciem humoru, łatwo się uśmiechającym, ale równocześnie z powagą w sprawach zasadniczych i świętych. Nie była to żadna poza, lecz naturalne zachowanie wyrażające wnętrze, bez cienia wyrzutów, choć równocześnie wymagające wobec siebie i innych. Jako student i jeszcze sporo lat po studiach, zanim się ożenił, przemierzył autostopem Europę wzdłuż i wszerz, nawiedzając sanktuaria katolickie, chyba aż do Fatimy włącznie. Pielgrzymował sam. Nie było to włóczęgostwo czy szukanie przygód, lecz wypływało z motywycji duchowej. Widać to było w jego zachowaniu, nacechowanym szczerą, gorliwą, trzeźwą, nie narzucającą się, całkiem skromną i pogodną pobożnością.

Charakterystyczny jest następujący epizod: Będąc końcem lat 90-ych na południu Francji na rekolekcjach w tradycyjnych klasztorze w Le Barroux, wyszedłszy po kolacji na spacer do ogrodu przed klasztorem nagle zobaczyłem na ławce leżącą z plecakiem pod głową znajomą postać - właśnie Witka. Gdy nie kryjąc zaskoczenia, zapytałem, jak się tutaj znalazł i co robi, powiedział, że dowiedziawszy się, iż jestem w tym czasie w klasztorze, wybrał się z Polski autostopem, żeby skorzystać ze sposobności poznania klasztoru tradycyjnego. W międzyczasie nasze spotkanie zauważył ojciec zajmujący się gośćmi. Z nieukrywanym zdziwieniem, zapytał mnie, kto to jest, wprawiając nas obydwu w zakłopotanie. Gdy mu wyjaśniłem, zaoferował Witkowi kolację i pokój, na co Witek odpowiedział, że on tu tylko na ławce chciał przenocować, pójść rano na Mszę św. i potem pojechać dalej. Ojciec się uśmiechnął i z pogodną gościnnością stanowczo podtrzymał zaproszenie, z którego Witek jednak skorzystał, ze skromnością i wdzięcznością.

Prostota, na sposób dziecka łączyła się u niego z naturalną i głęboką powagą, zarazem z męską delikatnością, poczuciem humoru i stałą życzliwości wobec innych. Nigdy nie zauważyłem u niego choćby cienia pretensjonalności czy gniewu, choć bardzo jasno dostrzegał też zło, wady ludzi i problemy. Potwierdził to jeden z przyjaciół, który go znał od czasu studiów. Witek także będąc z nim i jego rodziną na wakacjach codziennie uczęszczał na Mszę św., nawet jeśli oznaczało to dojazd autobusem do odległego kościoła i tym samym stratę pół dnia, podczas gdy inni do późna spali czy wylegiwali na plaży. We właściwy sobie, humorystyczno-poważny sposób zachęcał tego przyjaciela: "A koleżka był już dzisiaj na Mszy św. czy koleżka tylko niedzielny?".

Gdziekolwiek był, czy u siebie czy na wyjeździe, codziennie uczęszczał na Mszę św. i przystępował do Komunii św. Nie pamiętam, by kiedykolwiek uczestniczył bez Komunii św. Przy tym miał bardzo wrażliwe sumienie, nie będąc ani skrupulantem, ani pobożnisiem z przerostem uczuć. Nigdy nie mówił ani o swoim życiu duchowym, ani o praktykach. Miał pobożność prostą, trzeźwą i męską, bez exaltacji i pretensjonalności. Nigdy nie czynił niczego na pokaz, ale też nie wstydził się wiary i pobożności. Żył nią po prostu. Widać było szczerość, gdy się modlił, gdy przyjmował Komunię św., czy chociażby gdy znaczył na sobie znak krzyża czy całował krzyż przy wejściu do kościoła. Było to dla niego tak naturalne, że nie zwracał tym na siebie uwagi. Nie wydłużał czasu modlitwy, ale był zawsze skupiony, a równocześnie był sobą, bez cienia sztuczności czy pozy.

Od jego małżonki Teresy dowiedziałem się, że w każdej kurtce i płaszczu miał różaniec, żeby nie wychodzić bez niego gdziekolwiek. Rzeczywiście pamiętam, że patrząc z odległości, gdy szedł sam swoim typowym energicznym jakby wojskowym krokiem, można było zauważyć, że odmawiał różaniec, dyskretnie, bez pokazywania na zewnątrz.

Jego śp. Mama (zmarła ok. 4 miesiące przed nim również na bardzo bolesną chorobę nowotworową), wiedząc w latach 90-ych o moim kontakcie z Witkiem, sugerowała, żebym wpłynął na niego. Ponieważ był już znacznie po 30-tce, nalegała, żeby albo się ożenił, albo wstąpił do seminarium.  Widząc jego pobożność już podczas podróży ponad 20 lat temu, zapytałem go kiedyś, czy nie chce pójść do seminarium. Odpowiedział prosto i zdecydowanie, że chce założyć rodzinę i mieć dużo dzieci. Późno się ożenił, mając prawie 40 lat. Wtedy już od dawna prowadził intensywne życie duchowe, a także pochłaniającą siły i czas działalność społeczną. Żył już wtedy życiem głębszym i wyższym, ponaddoczesnym, choć aktywnie w doczesności, z nogami na ziemi. Pragnienie założenia rodziny ziściło się w inny sposób, gdyż wraz z małżonką prowadzili przez lata rodzinny dom dziecka, dopóki wystarczało im sił. Tutaj przejawił się drugi zasadniczy rys osobowości Witka.


Serce czyste 

Witek żył pobożnością, nie mówiąc o niej w znaczeniu własnego życia duchowego. Rozmawialiśmy natomiast często o sprawach Kościoła i społeczno-politycznych. Na sprawy doczesne spoglądał jasno i trzeźwo, z klarownym rozpoznaniem, co do którego nie musieliśmy uzgadniać poglądów, a równocześnie z troską i wolą działania. Dla niego liczyło się zbawienie dusz. Chciał służyć w sprawach codziennych i drobnych. To od niego dostałem mszalik łacińsko-polski, który nadal mi służy do czytań po polsku we Mszy św. Nie będąc zamożnym, kupował i dawał, gdzie widział jakąś potrzebę. Ofiarował swój czas. Dzielił się tym, co miał, nie zważając na to, czy będzie miał coś jeszcze dla siebie. Pomagał bardzo chętnie, nie narzucając się, z prostotą i dobrocią.

Jeszcze w ostatnich tygodniach życia, gdy był już poważnie osłabiony chorobą, podczas ferii zimowych w lutym 2019, przyjechał do rodziny, żeby zabrać swoich siostrzeńców na narty, dając im ostatnie ludzkie wyrazy życzliwości i opieki na sposób ojcowski. Przyjechał też ze względu na swojego ojca, żeby pobyć z nim, pocieszając po śmierci mamy.

Wtedy właśnie spotkaliśmy się po raz ostatni. Przychodził na Mszę św., choć z powodu osłabienia nie mógł już służyć.

Wielkość jego serca, czystego, skromnego i zarazem gorliwego w miłości Boga i bliźniego, miała także szerszy wymiar.


Serce szerokie

Jak już wspomniałem, Witek żył także sprawami społeczno-politycznymi - czytał, nawiązywał kontakty i udzielał się. Przy tym nie szukał dla siebie posady, exponowanego stanowiska czy popularności. Jego zaangażowanie było zarówno duchowo-intelektualne, jak też czynne, konkretne. O szczegółach tego, co robił w tej dziedzinie, niewiele wiem. Więcej mogą opowiedzieć przyjaciele i znajomi, z którymi współpracował, poświęcając swój czas, siły i też środki. Może oni przekażą potomności swoje świadectwa. Obecność pocztów sztandarowych podczas pogrzebu jest świadectwem docenienia tego, kim był dla środowiska patriotycznego i co zdziałał, mimo że póki co nie można się chlubić wynikami w znaczeniu sukcesów w wyborach.

Wiem jednak tyle, że mogę powiedzieć: Gdyby więcej było ludzi zaangażowanych w politykę na sposób, którego przykładem jest Witek, mianowicie w twardej i zupełnie bezinteresownej działalności na co dzień, to by dogłębnie została przemieniona rzeczywistość społeczno-polityczna w Polsce.

Na koniec pozostaje mi jeszcze raz wspomnieć moje ostatnie spotkanie z Witkiem w lutym ubiegłego roku. Przywiózł wtedy ze sobą podręczniki do nauki łaciny i prosił mnie, żebym przerobił z nim kilka lekcyj. Oczywiście cieszyłem się z tego, że ma chęć do nauki języka Kościoła i że widocznie ma dość sił fizycznych i duchowych mimo ciężkiej i nieuleczalnej - patrząc po ludzku - choroby. Jednak zdając sobie sprawę z sytuacji, trochę się dziwiłem, i wolałem mu mówić o naturalnych metodach leczenia nowotworów, żeby zastanowić się, jak mogę mu pomóc. Z typową prostotą, skromnością i dobrocią i zarazem stanowczością Witek zakończył temat leczenia, mówiąc, że nie chce, by choroba była główną treścią jego życia. Gdy powróciliśmy do tematu łaciny, widocznie zauważając moje niedowierzanie, podał mi uzasadnienie, które znowu w charakterystyczny dla niego sposób łączyło powagę i poczucie humoru. Powiedział: "Po to się uczę łaciny, żeby być gotowym do nieba". Zaniemówiłem wtedy, gdyż z jednej strony cieszyłem się jego nie gasnącą, a nawet wzmożoną miłością do liturgii tradycyjnej i także optymizmem, jednak z drugiej smuciła myśl o pożegnaniu. Ze  łzą w oku i równocześnie z uśmiechem wspominam te słowa. Mogę tylko wyobrazić sobie Jego udział w liturgii nieba. On już za życia do niej pasował.



Na zdjęciu powyżej: 

Cmentarz w Kielcach, na którym spoczywa ciało Witolda.
Na prośbę małżonki Teresy, zaproponowałem następujący napis po łacinie na jego grobie, moim zdaniem trafnie odpowiadający stanowi Jego duszy:
"Paratum est cor meum, Deus, paratum cor meum".
Są to słowa z Psalmu 107: "Gotowe jest serce moje, Boże, gotowe serce moje".

W imieniu swoim, także rodziny i przyjaciół Witka, proszę o modlitwę za Jego duszę.
Osobiście uważam go za świętego i mogę przyznać, że proszę Go o wstawiennictwo.

Jego odejście jest bolesne, podobnie jak innych bliskich mi osób w ostatnich latach (mojego serdecznego przyjaciela Cyrusa, siostrzeńca Jakuba). Należy on do tych, o których można powiedzieć, że dobry Pan Bóg zabiera do siebie najlepszych, najdoskonalszych. Widocznie dlatego, że będąc w niebie tym więcej mogą uczynić dla nas, którzy przebywamy jeszcze "in hac lacrimatum valle".

Pamięć o nich niech będzie pociechą i motywacją do naśladowania. Z myślą o gotowości, do której także jesteśmy wezwani. Niech nam to przypomina chociażby ten śpiew ze skarbca Kościoła.

Obecność Jezusa Chrystusa (z post scriptum)


Argument jest oczywiście fałszywy, aczkolwiek znaczący. 

Należy zacząć od jego korzeni. W konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" nr 7 jest mowa o obecności Chrystusa w liturgii: 


Wymienia się więc obecność
- w osobie celebransa
- "maxime" czyli "najbardziej" w postaciach eucharystycznych
- w czynnościach sakramentalnych
- w słowie czyli czytaniu Pisma św.
- w modlitwie Kościoła czyli w zgromadzeniu modlitewnym. 

Te słowa nie są fałszywe, jednak problem polega na tym, że są pomieszane i nieprecyzyjne teologicznie. Mimo tego nie jest powiedziane, że Pan Bóg jest obecny w "Ludzie Bożym", lecz jedynie wtedy, gdy Kościół się modli. 

Sprawę nieco sprecyzował Jan Paweł II w swoim liście apostolskim na 25-lecie tejże konstytucji, gdzie napisał (źródło tutaj):


Oficjalne tłumaczenie na polski brzmi (źródło): 

7. Dla urzeczywistnienia swojej Tajemnicy paschalnej Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, przede wszystkim w czynnościach liturgicznych. Dlatego Liturgia stanowi uprzywilejowane „miejsce” spotkania chrześcijan z Bogiem i z Tym, którego On posłał, Jezusem Chrystusem (por. J 17,3).

Chrystus jest obecny w Kościele gromadzącym się w Jego imię na modlitwie. I właśnie ten fakt sprawia, że chrześcijańskie zgromadzenie jest czymś, co stawia wymaganie braterskiego otwarcia się — posuniętego aż do przebaczenia (por. Mt 5,23-24) — i godnej postawy wyrażającej się w gestach i w śpiewach.

Chrystus jest obecny i działa w osobie odprawiającego kapłana,  który nie tylko jest powołany do tej funkcji, lecz przez fakt otrzymanych święceń kapłańskich został posłany, aby działać „in persona Christi”. Tej godności powinna odpowiadać postawa wewnętrzna i zewnętrzna uwidoczniona także w szatach liturgicznych, w miejscu, które zajmuje i w słowach, które wypowiada.

Chrystus jest obecny w swoim Słowie, głoszonym w zgromadzeniu; ono to, wyjaśniane w homilii, powinno być słuchane z wiarą i przyswojone na modlitwie. To wszystko powinno objawiać się w godnym wyglądzie księgi i miejsca głoszenia Słowa Bożego, w postawie lektora, w jego świadomości, że jest rzecznikiem Boga wobec braci. 

Chrystus jest obecny i działa mocą Ducha świętego w sakramentach, a w sposób szczególny i wzniosły (sublimiori modo) w Ofierze Mszy świętej pod postaciami eucharystycznymi,  także wtedy, gdy są one przechowywane w tabernakulum dla Komunii świętej, przede wszystkim chorych, oraz dla adoracji przez wiernych.  Pasterze mają obowiązek częstego przypominania w swych katechezach nauki wiary o tej rzeczywistej i tajemniczej obecności, którą wierni powinni żyć i którą teologowie winni zgłębiać. Wiara w obecność Pana zakłada pewne zewnętrzne oznaki szacunku dla kościoła, miejsca świętego, w którym Bóg objawia się w swojej tajemnicy (por. Wj 3,5), przede wszystkim podczas sprawowania sakramentów: rzeczy święte powinny być zawsze traktowane jako święte.

Kluczowe są słowa podkreślone na czerwono. Prawidłowe tłumaczenie brzmi: w sposób jedyny i wznioślejszy, czyli w sposób wyróżniający się od innych wymienionych sposobów obecności. To jest oczywiście coś zupełnie innego niż sposób szczególny i wzniosły, gdy każdy sposób jest szczególny i każdy sposób jest wzniosły. 

Niestety brakuje tutaj sprecyzowania teologicznego, na czym ta wyjątkowość i wyższość polega, a to jest istotne. 

Tradycyjnie w teologii katolickiej odróżnia się między obecnością istotową (substancjalną) a obecnością duchową. Ta pierwsza dotyczy wyłącznie postaci eucharystycznych po Przeistoczeniu i jest jasno określona w nauce Kościoła w dogmacie wiary o Transsubstancjacji. Drugi rodzaj obecności Chrystusa jest istotnie różny, to znaczy nie tylko co do stopnia. Otóż obecność duchowa nie polega na przemianie przedmiotu, materii czy człowieka, lecz na działaniu poprzez posługiwanie się przez Chrystusa. Innymi słowy: to jest obecność w narzędziowym posługiwaniu się, nie w przemianie istoty. 

Natomiast w Novus Ordo widać dość wyraźnie tendencję do zrównania obecności substancjalnej i duchowej, czy raczej do zamazania tej pierwszej przez sprowadzenie jednej do drugiej, czyli w rezultacie do zatarcia różnicy. Dobitnym przykładem jest pomijanie i rugowanie przyklękania przed Najświętszym Sakramentem (czyli przed tabernakulum) przynajmniej podczas liturgii Novus Ordo (skłony do novusowego "ołtarza", wypinając pośladki do tabernakulum). To nie ma wprawdzie - dokładnie biorąc - podstaw w przytoczonych powyżej dokumentach (ani w żadnych innych), idzie jednak według w gruncie rzeczy heretyckiej tendencji zaciemniania i faktycznego negowania jedynej istotowej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. 

Dopuścił się tego zresztą nowy metropolita łódzki w swoim pierwszym kazaniu, mianowicie już na ingresie, wzywając do szukania Chrystusa - bez żadnej różnicy - w ołtarzu novusowym, a ludziach, w słowie i w postaciach eucharystycznych: 




To jest właściwie negacja wyjątkowej, jedynej w swoim rodzaju - jako że istotowej - obecności Chrystusa w postaciach eucharystycznych czyli herezja. Zabieg jest sprytny, gdyż Krajewski nie neguje wprost, jednak rezultat jest oczywisty, mianowicie zrównanie obecności Ciała i Krwi do obecności jedynie duchowej. To jest nic innego jak herezja protestancka, aczkolwiek perfidnie przemycona. 



Post scriptum

Pojawił się w internetach text odnośnego dekretu:



Przede wszystkim jest tutaj zafałszowanie słów Pisma św., błąd teologiczny i herezja, mianowicie w słowach, jakoby Komunia św. była niebiańską Ucztą Baranka, o której mówi Księga Apokalipsy 19,7. Wystarczy uważnie czytać tę księgę, by wiedzieć, że po pierwsze nie jest mowa o uczcie, lecz o godach Baranka, a po drugie, że jest to wizja eschatologiczna, nie sakramentologiczna (czyli odnosząca się do sakramentu Eucharystii). Autor nawiązuje tutaj do słów, które zostały dodane do obrzędu Komunii w Novus Ordo: podczas gdy tradycyjna liturgia zawiera jedynie słowa "Ecce Agnus Dei, ecce qui tollit peccata mundi", to moderniści dodali "beati qui ad coenam Agni vocati sunt" (a w obecnie używanym mszale polskim słowa "coena Agni" zafałszowano na "Jego ucztę"). Innymi słowy: te zmiany zmierzają do protestanckiego ujmowania Eucharystii jako uczty, co jest oczywiście herezją. Nie dziwi, że skrajny modernista ze stajni Bugnini'ego i Marini'ego od tego zaczyna swoje rządy w diecezji. 

Równocześnie, jak widać, nie nakazuje, lecz jedynie "prosi". A jest to wybitna obłuda. 

Po pierwsze, pismo jest skierowane do wszystkich wiernych. Tym samym daje diecezjanom narzędzie, by domagać się od celebransa Komunii pod obydwiema postaciami. W razie gdyby celebrans nie chciał czy nie mógł tego uczynić, to każdy może poskarżyć się do centrali. Tym samym mówienie, że włodarz diecezji jedynie "prosi" jest skrajnie perfidne. 

Ma to poważne konsekwencje praktyczne. Skąd na zwykłej parafii kapłan ma nagle wziąć odpowiednie naczynie liturgiczne? Tak więc prawie we wszystkich parafiach kapłani zostali de facto zmuszeni do korzystania z usług tzw. nadzwyczajnych szafarzy, czy to ustanowiony oficjalnie, czy ad hoc, czyli natychmiastowo bez jakiekolwiek przygotowania. To zapewne zostało tak właśnie zaplanowane, czyli jako dalsze oswajanie wiernych z brakiem szacunku do Najświętszego Sakramentu i to narzuconego przez włodarza diecezji, który jest - nota bene - z wykształcenia liturgistą. 

A warto zwrócić uwagę, komu zawdzięcza swoją karierę. O niej mówi jego były biskup i poprzednik:


Zwróćmy uwagę: ceremoniarzowi Piero Marini'emo spodobał się wówczas młody alumn seminarium i to on planuje jego karierę, nie jego biskup. Biskupowi oczywiście nie wypada odmówić. A kim jest Piero Marini? Otóż podobnie jak Krajewski stał się jego pupilem, tak Marini był pupilem twórcy Novus Ordo, słynnego Annibale Bugnini, który za przynależność do masonerii został zesłany jako nuncjusz do Teheranu, mimo że nie miał żadnego przygotowania dyplomatycznego. Takie to są powiązania...