Podziękowanie

Pragnę poinformować, iż prawdopodobnie z końcem roku będę mógł powrócić do normalnego prowadzenia bloga. Proszę o modlitwę, by się to udało. Bóg zapłać za cierpliwość i wszelkiego rodzaju wsparcie. 

Przy tej okazji podaję aktualną statystykę (na dzień dzisiejszy): 



Przebieg w skali ostatniego roku:



Jak pokazuje statystyka, codziennie korzysta z bloga średnio ponad 1000 osób. 
Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie dwadzieścia kilka osób. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. 

Za wsparcie bloga - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784



Dla przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Co oznacza przywiązanie do grzechu?



W pytaniu chodzi o właściwe rozumienie braku przywiązaniu do grzechu, który jest warunkiem uzyskania odpustu zupełnego. Otóż wolność od tego przywiązania jest zasadniczą postawą, której wyrazem są akty woli. Tym samym jest ona możliwa także mimo nawyku czy nałogu grzeszenia, oczywiście o ile człowiek stara się walczyć z tym nawykiem czy nałogiem. Można to rozpoznać w sumieniu, tzn. rozeznając, czy ma się szczere pragnienie i wolę niepopełniania grzechów nawet lekkich. Jest to możliwe także mając świadomość swojej słabości. Nie można mieć jednak całkowitej pewności co do braku przywiązania do grzechów. Dlatego należy stale odnawiać akty woli, zwłaszcza w codziennym rachunku sumienia oraz w spowiedzi. 

Jak katolik powinien traktować tzw. halloween?

 


Problem ze "świętowaniem" halloween ma dwa główne aspekty: historyczny i treściowy, w tym także teologiczny. 

Historycznie wydaje się prawdopodobne, że korzeniem jest pogańsko-celtyckie święto samhain, obchodzone wieczorem i w nocy z 31 października na 1 listopada. Jest ono związane zarówno z rytmem przyrody jak też z mitologią, czyli religią celtycką. Według tej mitologii jest to jedno z tych świąt, gdy ludzie mają dostęp do świata zmarłych i odwrotnie. Istnieje tu zresztą pewna analogia do starosłowiańskiego świętowania tzw. dziadów, ale to jest osobny temat. Podczas święta samhain palono świąteczne ogniska, z których płonące drzazgi zabierano do domostw, co miało dawać ochronę przeciw złym mocom. Te dwa elementy - obecność dusz zmarłych oraz ogień względnie światło - można dostrzec także w świętowaniu halloween. 

Skąd się wzięło świętowanie halloween? Otóż wygląda na to, że powstało ono w wyniku ludowej recepcji chrześcijańskiego kultu wszystkich świętych i modlitwy za zmarłych w kontekście pogańskiego zwyczaju święta samhain, które zostało częściowo jakby schrystianizowane przez przeniesienie kościelnego święta wszystkich męczenników - obchodzonego pierwotnie w okresie wielkanocnym (13 maja) - na 1 listopada (przez papieża Grzegorza III, † 741). Wprawdzie historycy spierają się w kwestii związku halloween z pogańskim świętem samhain, gdyż przeniesienie święta Wszystkich Świętych na dzień, w którym pierwotnie świętowano samhain, jest udokumentowane najpierw dla Włoch, nie dla terenów historycznie i kulturowo celtyckich. Jednak trzeba mieć na uwadze, że odległość geograficzna nie jest w dziedzinie kościelnej istotna, ponieważ Kościół już wtedy dysponował wyśmienitymi kanałami komunikacji wewnętrznej. 

W każdym razie w celtyckiej Irlandii i pobliskich regionach doszło do swoistego połączenia chrześcijańskiego święta z elementami zwyczajów pogańskich, co wyraża właśnie nazwa halloween, oznaczająca "wieczór wszystkich świętych" (All Hallows’ Eve). To ludowe święto istniało pierwotnie tylko na terenie katolickiej Irlandii, podczas gdy w protestanckich regionach wysp brytyjskich w ten dzień obchodzono święto tzw. reformacji. Wprawdzie protestancko-liberalny etnolog religii James Frazer (The Golden Bough, 1922) nazwał halloween "starym pogańskim świętem zmarłych z cienką powłoką chrześcijańską". Świadczy to jednak raczej o jego uprzedzeniach i braku zrozumienia dla katolickich zasad teologicznych i duszpasterskich niż o solidnej wiedzy naukowej. Otóż Kościół w swojej działalności misyjnej zawsze nawiązywał do elementów religijności zawartych w zwyczajach pogańskich (tak np. panteon rzymski został przemieniony na świątynię katolicką poświęconą kultowi świętych męczenników). Tak w kontekście celtyckiego święta samhain katolicyzm skierował myśli i zwyczaje ku prawdziwemu kultowi ludzi świętych oraz ku modlitwie za zmarłych, w wyniku czego powstało ludowe świętowanie halloween. A tego protestanci w ramach swojej fałszywej teologii - odrzucającej zarówno kult świętych jak też modlitwę za dusze w czyśćcu - nie rozumieją. 

Znamiennym przykładem połączenia chrześcijaństwa z pogaństwem w pierwotnym iryjskim zwyczaju halloween jest opowieść odnosząca się do pochodzenia lampy w postaci znanej obecnie oświetlonej od wewnątrz dyni. Otóż według ludowej opowieści (źródło tutaj) żył niegdyś kowal Jack, który był skąpym pijaczyną. Gdy pewnego razu siedział sobie w karczmie, nagle stanął przed nim diabeł, chcąc go zabrać ze sobą do piekła. W zamian kowal Jack zażądał od diabła zafundowanie mu jeszcze jednego drinka. Diabeł zgodził się na taki pakt, a nie mając pieniędzy, sam zamienił się w monetę, żeby zapłacić karczmarzowi za drinka dla Jack'a. Wtedy sprytny Jack chwycił diabła zamienionego w monetę i wsadził go do swojej kieszeni, trzymając mocno. A ponieważ w kieszeni miał srebrny krzyżyk, diabeł nie mógł się uwolnić ani przemienić się z powrotem w swoją zwykłą postać. Wówczas sprytny Jack postawił diabłu warunek: wypuści go z kieszeni wtedy, gdy diabeł pozwoli mu jeszcze pożyć 10 lat na ziemi. Po 10 latach diabeł powrócił, żeby zabrać Jack'a do piekła. Sprytny Jack znowu poprosił diabła o ostatnią przyjemność przed śmiercią, mianowicie o jabłko z pobliskiej jabłoni. Gdy diabeł wszedł na drzewo, wówczas Jack szybko wyrył na drzewie krzyż, wskutek czego diabeł nie mógł z niego zejść. W tej sytuacji Jack wymusił na diable pakt, że za usunięcie krzyża wyrytego na korze jabłoni diabeł już odtąd na zawsze zostawi Jack'a w spokoju. Gdy potem Jack po wielu latach zmarł, poszedł do bramy nieba prosząc o wstęp. Ponieważ nie zasłużył na to za życia, nie został wpuszczony, lecz odesłany do bram piekła. Jednak także tam nie został wpuszczony, gdyż diabeł był związany zawartym niegdyś paktem, że nie weźmie duszy Jack'a. Tak więc Jack musiał wrócić na ziemię. Ponieważ była jesień - pora wilgotna i zimna - diabeł ze współczucia dał Jack'owi żarzący węgielek prosto z ognia piekielnego. Jack włożył węgielek do wydrążonej rzepy, którą miał przy sobie na drogę, żeby mu świecił w ciemności. Od tego czasu nieszczęsna, zewsząd odrzucona dusza Jacka błąka się z lampą po tym świecie. A według wierzeń ludowych światło z ognia umieszczonego w wydrążonej rzepie bądź dyni ma odstraszać złe moce. 

Tak więc mamy tutaj pomieszanie elementów chrześcijańskich (grzech, diabeł, krzyż, niebo, piekło) z pogańskimi (pewne miłe cechy diabła, przemiana diabła w materię, błąkanie się duszy po śmierci). Przeważają elementy chrześcijańskie, zwłaszcza w postaci kary za grzeszne życie oraz w możliwości przeciwstawienia się diabłu. Niechrześcijański jest natomiast brak dobrego wzoru nawrócenia u głównego bohatera. "Zwycięstwo" nad diabłem polega jedynie na jego przechytrzeniu. Pojawia się wprawdzie chrześcijański znak krzyża, jednak w funkcji quasi magicznej. Tym niemniej opowieść ta zawiera chrześcijański morał: przez życie doczesne zasługujemy na życie wieczne. W postaci Jack'a błąkającego się z lampą pośród nocy można by rozumieć dusze czyśćcowe potrzebujące modlitwy Kościoła, tym samym nawiązanie do katolickiego Dnia Zadusznego. 

Jak to się ma do popularnego obecnie "świętowania" halloween? 

Otóż prócz stawiania wydrążonej dyni ze światłem wewnątrz - i to zwykle bez znajomości opowieści o sprytnym Jack'u - nie ma właściwie związku między tradycyjnym, ludowym, pierwotnym świętem halloween a tym, co jest obecnie znane pod tą nazwą. Należy mieć na uwadze, że pierwotny, iryjski ludowo-katolicki zwyczaj został w ostatnich dekadach (z początkami w pierwszej połowie XX w.) podobnie komercyjnie zafałszowany jak katolicki zwyczaj związany ze świętem św. Mikołaja, którego zamieniono w grubego krasnala w czerwonym kostiumie koncernu coca-cola. Fałszerstwo - motywowane komercyjnie, ale zapewne także ideologicznie - polega na odejściu od pierwotnej treści ludowego święta halloween na rzecz pogańskich, a nawet wręcz satanistycznych treści, jak swoisty kult śmierci i upiorów. Nie przypadkowo halloween w obecnej, zafałszowanej postaci należy do głównych "świąt" wyznawców satanizmu (więcej tutaj). 

Przytoczona powyżej opowieść o Jack'u jest praktycznie nieznana czy mało znana, gdyż jest przemilczana i pomijana przez obecnych propagatorów halloween, co jest zrozumiałe, gdyż zawiera jednak sporo treści chrześcijańskiej. Zaś forma popularnych obecnie świateł z wydrążonych dyń raczej wyraża i promuje zło niż je odstrasza. 

W obecnej postaci obchodów halloween głównym elementem są dzieci przebrane za kościotrupy czy upiory, żebrzące po domach o słodycze (trick or treating). Wprzęgnięcie dzieci w zafałszowane świętowanie halloween jest szczególnie perfidne. Wpływa bowiem na psychikę i umysły dzieci, oswajając je z rzeczywistością mroczną, z rzeczywistością zła, tym samym niszcząc w nich naturalny dystans i lęk wobec takiej rzeczywistości, a wzbudzając ciekawość i zainteresowanie tą sferą. Obdarowywanie ich za to słodyczami, które dzieci przecież zawsze lubią, jest iście szatańską przynętą. W ten sposób niszczona jest w dzieciach pewna naturalna - wynikająca z dziecięcej niewinności - odporność na zło, a wszczepiana jest im podatność na rzeczywistość okultyzmu, czyli demoniczną. 

Jakie wynikają stąd zalecenia praktyczno-duszpasterskie?

1. Przede wszystkim należy zdecydowanie i konsekwentnie odrzucić wszelkie obecne zwyczaje halloween, począwszy od wydrążonych dyni, aż do przebierania dzieci w kościotrupy czy upiory. 

2. Należy przy tym uświadamiać wszystkich o powiązaniach tych zwyczajów, zwłaszcza o demonicznym zafałszowaniu w obecnych zwyczajach halloween, czyli o istotnych różnicach względem starego, ludowego iryjskiego świętowania wieczoru przed świętem Wszystkich Świętych. 

3. Według sprawdzonej przez wieki metody katolickiej, należy zastąpić demoniczno-pogańskie praktyki przez zwyczaje chrześcijańskie jak

- przebranie dzieci w postaci świętych

- orszaki (procesje) z lampami ze świecami poświęconymi według tradycyjnego katolickiego rytuału, który zawiera nawiązanie do exorcyzmu, czyli jest skierowany przeciw mocom demonicznym, 

- ustawianie lamp (poświęcone świece) z symbolami chrześcijańskimi, zwłaszcza ze znakiem krzyża.

Oczywiście można dodać elementy zachęcające dzieci do uczestnictwa, jak np. podarowanie owoców, słodyczy w umiarze, czy świąteczna, dobra zabawa, pasująca do święta Wszystkich Świętych, a zachęcająca do dążenia ku świętości. 


>> Tutaj znajduje się wersja mówiona: 

https://www.youtube.com/watch?v=4WUu4LSs-mY

Jeszcze raz: czy kłamstwo jest grzechem?


Rzeczywiście wygląda na to, że ponownie muszę zabrać głos w temacie (było już kilkakrotnie, jak tutaj), tym bardziej, że L. W. popełnia wypowiedzi w tematach teologicznych, w których już na pierwszy rzut oka brakuje mu wiedzy i kompetencji. Idźmy po kolei:


Tutaj mamy do czynienia nie tylko z brakiem elementarnej wiedzy teologicznej, lecz z dość jaskrawym przejawem myślenia w schematach protestancko-modernistycznych. Otóż mówca zupełnie pomija nauczanie Kościoła i teologię katolicką na rzecz swojego, zresztą dość prymitywnego pojęcia "istoty chrześcijaństwa". Zaś przeciwstawienie "prawa" przykazaniu miłości jest typowe dla brukowców modernistycznych. 

Co jest istotą chrześcijaństwa i jak ma się ona konkretnie do przykazań Dekalogu, to jest określane nie przez L. W., lecz przez nauczanie Kościoła oraz teologię katolicką, którą L. W. widocznie zupełnie ignoruje i chce ignorować. 

Według zasad teologii katolickiej, czy choćby nawet exegezy biblijnej, konieczne jest interpretowanie w kontekście. Innymi słowy: właściwe znaczenie ósmego przykazania oraz jego trwałego znaczenia w chrześcijaństwie można uzyskać jedynie w połączeniu z nauczaniem moralnym Nowego Testamentu, wraz z jego wykładnią katolicką. Kto tę zasadę ignoruje czy wręcz odrzuca, ten znajduje się na manowcach swoich prywatnych mniemań na doraźny użytek, czy ewentualnie na użytek "teologii" podwórkowej czy kuchennej (nie obrażając ani podwórka ani kuchni). 

Temat prawdomówności jest poruszany w Piśmie św. nie tylko w Dekalogu i nie tylko w "prawie" czyli Torze. W Księdze Wyjścia (23,7) czytamy: uciekaj od kłamstwa, zaś w Księdze Kapłańskiej (19,11): nie kłamcie i niech nikt nie oszukuje swojego bliźniego. Także w Liście do Kolosan św. Paweł (3,9) napomina: nie okłamujcie się nawzajemU Ojców Kościoła znajdujemy wiele takich napomnień. Św. Augustyn wielokrotnie mówi (De mendacio, Contra mendacium), że kłamstwo nigdy nie jest dozwolone, choć w Starym Testamencie opisywane są przypadki posługiwania się kłamstwem. Według św. Tomasza każde kłamstwo jest grzechem (STh II-II q110 a3; Quodl. 8, a14). Owszem, niektórzy teologowie nowożytni dopuszczali kłamstwo w sytuacji konieczności, podobnie zresztą jak wielu protestantów. Jednak ta opinia została wyraźnie potępiona przez Magisterium Kościoła, jak w dekrecie wydanym przez Święte Oficjum z polecenia papieża Innocentego XI (1679 r., źródło tutaj):


Tym samym bajdurzenie o prymacie miłości nad prawem jest w tym kontekście dość prymitywnym bełkotem, który zakłada, jakoby Kościół wraz z najwybitniejszymi teologami i papieżami popadł w faryzejski kult "prawa", przy czym L. W. widocznie miesza prawo Mojżeszowe i prawo talmudyczne, a równocześnie wykazuje wybitną ignorancję bądź zakłamanie, gdyż to właśnie talmudyzm dopuszcza kłamstwo w pewnym zakresie:


Tak więc L. W. dość wyraźnie wyznaje, że to on decyduje, co jest miłością, która przewyższa "prawo". Nie jest jednak w stanie trafnie wykazać, jakoby Pan Jezus sam łamał ósme przykazanie, bądź dopuszczał jego łamanie. O bardzo niskim poziomie wiedzy religijnej świadczy upatrywanie analogii między łamaniem szabatu przez Pana Jezusa, a łamaniem ósmego przykazania. Pan Jezus ustanowił nowy "szabat" wraz z jego eschatologicznym charakterem. Ustanowił także pełne znaczenie ósmego przykazania, gdyż stał się ofiarą jego łamania przez oskarżycieli, którzy wydali go na śmierć. Czyż może być większe potępienie i odrzucenie łamania ósmego przykazania? 

Tym samym bajdurzenie o rzekomo faryzejskiej naturze prawdomówności i potępiania kłamstwa świadczy o elementarnej ignorancji już nawet historycznej, a tym bardziej teologicznej. 

I oto kolejny popis wybitnej ignorancji w temacie:


Człowiek widocznie nie wie nawet, jakie jest właściwe znaczenie piątego przykazania, gdyż nie chodzi w nim o zabijanie w ogóle, lecz mordowanie, czyli zabijanie niewinnych i bez jakiejkolwiek sprawiedliwej przyczyny. Tym samym ani wojna sprawiedliwa, ani żadne inne usprawiedliwione zabicie nie jest złamaniem piątego przykazania. Ponadto wygląda na to, że L. W. nie wie, iż nie tylko wojna obronna może być wojną sprawiedliwą, i tym samym widocznie nie zapoznał się także z tym tematem, choć wypadałoby, skoro wypowiada się publicznie i to atakując jakieś bliżej nieokreślone grono osób. 

No cóż. Nie neguję dobrej woli i zapału. To jednak nie wystarczy do wypowiadania się w tematach tak ważnych i komplexowych. 

Przypadek L. W. nie jest odosobniony, lecz niestety dość częsty w gronie zarówno heretyków-modernistów, jak też niektórych tzw. tradycjonalistów. O bełkotach Adama Szustaka, Remigiusz Recława, Aleksandra Bańki, Mikołaja Kapusty, Szymona Pękali, Szymona Bańki, Dariusza Oko, Pawła Chmielewskiego, Pawła Lisickiego, Dawida Mysiora (wpisy można poszukać w etykietach obok) wypowiadałem się już mniej czy bardziej obszernie. Są to oczywiście tylko przykłady spośród setek czy tysięcy jutjuberów, którzy próbują - i to niestety z sukcesem - sprzedawać masom wręcz okrutne bełkoty, nie odwołując choćby najgorszej wypowiedzianej bzdury czy wręcz kłamstwa, by nie szkodzić swemu wizerunkowi u naiwnych ignorantów, którzy łykają te potoki słów i to nawet płacąc czy umożliwiając płacenie przez yt. Ten proceder jest szczególnie skandaliczny w wykonaniu katolików, zwłaszcza tzw. tradycyjnych. Zapominają widocznie, że z każdego wypowiedzianego słowa będą musieli zdać sprawę na sądzie Bożym, gdzie z całą pewnością nie będzie rozdźwięku między prawem a miłością. 

Czy wolno fałszować dokumenty dla ochrony życia?



Sprawa dotyczy nie tylko ósmego przykazania Dekalogu lecz także stosunku Kościoła i poszczególnego katolika do władzy świeckiej, a także zakresu tej władzy, zwłaszcza wobec zagrożenia i konieczności ochrony życia ludzkiego. Innymi słowy: wystawienie fałszywego świadectwa Chrztu św. jest nie tylko poświadczeniem nieprawdy i tym samym grzechem przeciw ósmemu przykazaniu, lecz także sposobem ratowania przed zabiciem przez zbrodniczą władzę.

W skrócie:

1. Nie ma obowiązku posłuszeństwa wobec niesprawiedliwych zarządzeń władz, jak np. wydawanie osób przeznaczonych przez władzę na zagładę. Co więcej, jest obowiązek pomocy takim osobom, dawanie im schronienia, aczkolwiek nie ma obowiązku narażania swojego życia w ten sposób, gdyż nie ma obowiązku heroizmu, choć heroizm jest pochwalany i zalecany przez etykę chrześcijańską.

2. Ani obowiązek pomocy w ochronie życia, ani heroizm w pomaganiu nie zwalniają z obowiązku przestrzegania przykazań Bożych, także ósmego przykazania. Tym samym nie jest moralnie dopuszczalne jakiekolwiek poświadczanie nieprawdy, także w postaci wydawania fałszywych dokumentów służących do ochrony życia.

Moralnie dozwolone jest jedynie tzw. restrictio late mentalis, czyli przemilczenie prawdy przez niejednoznaczne zdanie, umożliwiające błędne zrozumienie u złoczyńcy, co ma służyć ochronie przed nim. 

Należy to odróżnić od tzw. restrictio pure mentalis, czyli zdania fałszywego, które jest prawdziwe tylko wraz z zatajonym doprecyzowaniem. Takie zdanie zostało potępione moralnie już przez Cycerona (De officiis I, 10; III, 32) i św. Augustyna (De mendacio, Contra mendacium). Także dekret papież Innocenty XI dekretem Świętego Oficjum z 1679 r. (źródło tutaj) potępił następujące zdania:


"Jeśli by ktoś sam lub wobec innych, czy to pytany, czy sam ze siebie, czy to dla rozrywki, czy dla jakiegokolwiek innego celu przysięgał, że nie uczynił czego, co prawdziwie uczynił, a to myśląc w sobie coś innego, czego nie uczynił, czy inną drogą, którą uczynił, czy cokolwiek innego prawdziwego dodając, prawdziwie nie kłamie, ani nie jest krzywoprzysiężcą."

Innymi słowy: dekret potępia twierdzenie, jakoby mówienie czegoś sprzecznego z własnym poznaniem nie było kłamstwem. 

W związku z oszczerstwami



W związku z oszczerstwami rozpowszechnianymi przez pewne anonimowo prowadzone strony na facebook, oświadczam, że nie mają one żadnych podstaw w rzeczywistości. Są one kłamliwą i perfidną manipulacją, nie przypadkowo posługującą się rzekomą wiadomością anonimowego autora, tak samo, jak te strony są prowadzone anonimowo, zapewne w obawie przed zdemaskowaniem kłamliwości oraz przed konsekwencjami prawnymi z powodu oszczerstwa.

Z powodu braku odpowiednich instrumentów prawnych na terenie Rzeczpospolitej Polskiej - jak dowiedziałem się od prawników - nie ma możliwości uzyskania od firmy facebook danych autorów owych oszczerstw w celu dochodzenia prawnej ochrony moich dóbr osobistych. 

Mimo anonimowości, można się łatwo domyśleć autorów: są to osoby, których słusznie nazwałem przebierańcami, ponieważ udając tradycyjnych katolików są w rzeczywistości osobami, które gardzą zasadami Kościoła zarówno doktrynalnymi i liturgicznymi, jak też moralnymi.

Zapewniam, że tego typu metody nie odwiodą mnie od dalszego demaskowania tych osób i ich poczynań. Ich podła reakcja, którą można traktować jedynie jako nikczemną zemstę, jest potwierdzeniem słuszności ich demaskowania.

Ut Deus in omnibus glorificetur! 

Katolicyzm a nacjonalizm


W tym temacie jest wiele nieporozumień, uproszczeń i pomyłek. Obecnie zwykle wyrażana jest opinia, że nie można pogodzić nacjonalizmu z katolicyzmem i odwrotnie. Równocześnie brakuje dogłębnej analizy tematu, choć od niedawna podejmowane są pierwsze próby w tym kierunku. Podjęcie tematu powinno uwzględniać wymiar przede wszystkim historyczny, filozoficzny, społeczno-etyczny, także socjologiczny, oczywiście nie pomijając teologicznego, skoro sprawa dotyczy katolicyzmu. Tutaj mogę jedynie pokrótce zarysować problematykę, zaczynając od podstawowych pojęć oraz rozwiązania głównych nieporozumień. 


Wprawdzie nie ma ogólnie przyjętej i obowiązującej definicji nacjonalizmu. Często myli się nacjonalizm z nazizmem, co służy oczywiście zdyskredytowaniu tego pierwszego na tle elementarnej wiedzy historycznej. Wiele źródeł o ambicjach nawet naukowych upatruje korzenie nacjonalizmu w rewolucji tzw. francuskiej, czy nawet w tzw. reformacji protestanckiej. Sprzyja to mniemaniu czy wręcz przeświadczeniu o sprzeczności czy wręcz wrogości wobec katolicyzmu. W odniesieniu to historii nazizmu w XX w. nie sposób zaprzeczyć, że ów miał znacznie większą popularność w krajach protestanckich niż katolicków. Równocześnie wskazuje się, że Hitler był z pochodzenia katolikiem, podobnie zresztą jak wielu z jego obozu. Jest to argument bardzo słaby i świadczący o nieznajomości podstawowych faktów. Otóż pochodzenie katolickie nie jest decydujące, skoro ideologia nazizmu jest sprzeczna z katolicyzmem, co miało swój wyraz w zwalczaniu i prześladowaniu Kościoła, przy czym chodziło o istotną sprzeczność, nie o doraźną wrogość. Wyrazili to już papieże Pius XI i Pius XII, zwłaszcza w swoich encyklikach (Mit brennender Sorge, Summi Pontificatus). Z powodu tych powiązań częste jest zarówno wśród historyków, politologów itp. z jednej strony, a teologów i ludzi Kościoła z drugiej strony przeświadczenie o nieprzejednanej wrogości, czy przynajmniej obcości między katolicyzmem a nacjonalizmem. A jest to przeświadczenie błędne, wynikające z jedynie płytkiej, pobieżnej i niedostatecznej wiedzy historycznej, filozoficznej i teologicznej, a zwłaszcza z nieznajomości katolicyzmu w jego postaci rdzennej, reprezentowanej przez tradycyjne nauczanie Kościoła. 


Zacznijmy od określenia kluczowych pojęć. Przez nacjonalizm rozumiem koncepcję polityczną postulującą państwo czy przynajmniej politykę państwową o charakterze narodowym, czyli dla dobra i w interesie danej narodowości. Oczywiście nie należy tego mylić z państwem nazistowskim, zwłaszcza tym znanym z XX wieku. Tutaj istotne jest pojęcie narodu. W literaturze naukowej zwykle odróżnia się pojęcie niemieckie i pojęcie amerykańskie. Według tego pierwszego pojęcia - o pochodzeniu właściwie żydowskim - naród jest wspólnotą opartą na więzach krwi, czyli pochodzenia biologicznego, zwłaszcza rasowego. Według tego drugiego naród ("nation") jest wspólnotą cywilizacyjno-kulturową, czego przykładem jest wieloetniczna "narodowość" Stanów Zjednoczonych Ameryki. W języku polskim funkcjonuje raczej to drugie pojęcie, jak chociażby w nazwie "Rzeczpospolita Oboja Narodów", aczkolwiek niezupełnie. Polskie pojęcie narodu jest połączeniem aspektu etnicznego z kulturowym. Ma to oczywiście konsekwencje społeczne i polityczne. Są wprawdzie próby określenia polskości, jednak bardziej potoczne i intuicyjne. Chodzi zwłaszcza o określenie kulturowe, które istotnie dzieli społeczeństwo polskie na różne orientacje (proniemiecką, prorosyjską, proamerykańską). Najważniejszym zwornikiem tożsamości narodowej polskiej jest katolicyzm, co wynika ze statystyki socjologicznej. 


Czy jest sposób na poprawne i maksymalnie akceptowalne pojęcie narodu? Jest. Pomocą jest tutaj etymologia. Polskie słowo "naród" ma odpowiednik w łacińskim natio, przejętym zresztą przynajmniej przez większość języków europejskich. Zarówno polskie jak i łacińskie słowo pochodzą od słowa "rodzić" (nascere, natum). Polskie słowo jest ponadto blisko spokrewnione ze słowem "rodzina", które z kolei w językach słowiańskich (jak chociażby w rosyjskim) prowadzi do pojęcia "ziemia ojczysta" czyli ojczyzna. Innymi słowy: pojęcie narodu ma związek z miejscem urodzenia (w znaczeniu społeczności, z której się dana osoba wywodzi) i rodziną. Wskazuje więc na fakt biologiczno-historyczny, nieodłączny od ludzkiego istnienia. Każdy człowiek przychodzi na świat w określonej społeczności, nawet jeśli jest ona wieloetniczna i wielokulturowa. Równocześnie tożsamość jest w znacznym stopniu dynamiczna. Wraz z migracją i procesem asymilacji podlega ona zmianom, nawet jeśli tożsamości pierwotnej nie można zastąpić przez inną. 


Reasumując: naród jest społecznością złożoną z jednostek o wspólnym pochodzeniu lokalnym i tym samym w znacznym stopniu o wspólnym charakterze kulturowym. Tak jak każdy człowiek przychodzi na świat w określonej rodzinie i społeczności, tak też zostaje w jakimś stopniu określony przez daną kulturę. Najprostszym przykładem jest język. Każdy uczy się najpierw języka swoich rodziców (bywają rodziny wielojęzyczne, jednak są one wyjątkiem i zarazem zakładają pewną kulturę reprezentowaną przez daną rodzinę). W tym znaczeniu każdy człowiek ma swoją pierwotną narodowość, nawet jeśli sam jej nie potrafi jednoznacznie określić. 


W kontekście tej definicji narodu nacjonalizm (po polsku: narodowizm) postuluje budowanie porządku społecznego na fundamencie faktu biologiczno-historycznego, jakim jest przyjście na świat człowieka w określonej rodzinie i społeczności w znaczeniu kulturowym. 


Jak to się ma do katolicyzmu? Tutaj również należy zacząć od definicji katolicyzmu. W znaczeniu socjologicznym i w potocznym rozumieniu jest to wspólnota Kościoła, której zwierzchnikiem jest biskup Rzymu jako następca św. Piotra. To nie jest jednak istota katolicyzmu. Istotą katolicyzmu jest pewne rozumienie świata i ludzkości, nie tylko Boga i spraw religijnych. Te obszary tematyczne są ze sobą ściśle powiązane i stanowią określony system prawd i norm ("wartości"). W dziedzinie społecznej i politycznej, czyli wspólnej z narodowizmem, katolicyzm reprezentuje pewne zasady, sformułowane w tzw. nauczaniu społecznym Kościoła. To nauczanie, rozwinięte szczególnie od czasu papieża Leona XIII (encyklika Rerum novarum), jest czymś unikatowym na tle wszystkich innych religij. Wychodząc od pewnego rozumienia człowieka i społeczności wraz z wzajemnymi powinnościami, czyli zasadami etycznymi, katolicyzm podaje zasady porządku społecznego, także w krytycznym odniesieniu do aktualnych problemów. Wprawdzie generalnie nie ma bezpośrednich odniesień do kwestii nacjonalizmu (czy raczej nacjonalizmów, gdyż jest wiele koncepcji i rodzajów). Jednak nie trudno zauważyć, że nauczanie społeczne Kościoła i nacjonalizm łączy przynajmniej wspólna problematyka, czyli reagowanie na zjawiska, sytuacje i procesy społeczne. Owszem, w historii nierzadko bywało, że dany nacjonalizm rozumiał siebie i zachowywał się jak droga i metoda różna, konkurencyjna, czy wręcz wroga katolicyzmowi (tak było w tzw. reformacji protestanckiej i rewolucji tzw. francuskiej). Czy oznacza to, że nie ma i nie może być pojednania, tym bardziej współpracy?


Odpowiedzi należy szukać w istocie katolicyzmu z jednej strony i nacjonalizmu z drugiej. Jak podane wyżej, istotą nacjonalizmu w znaczeniu ogólnym - czyli abstrahując od historycznych postaci kojarzonych z nacjonalizmem jak nazizm - jest postulowanie porządku społecznego opartego na naturalnych uwarunkowaniach i powiązaniach społecznych (warto mieć na uwadze znamienny fakt, że łacińskie słowa natura i natio pochodzą od tego samego czasownika nascere). Dokładnie taka sama jest istota katolicyzmu w jego wymiarze społecznym: podstawą katolickiej etyki społecznej są naturalne więzi, począwszy od rodziny. Według katolicyzmu rodzina i naród (jako rodzina rodzin) mają pierwszeństwo przed państwem, nie odwrotnie, jak to miało miejsce w przypadku zarówno rewolucji tzw. francuskiej jak też w niemieckim naziźmie. Odwrócenie naturalnego porządku przez stawianie państwa i jego interesów ponad dobrem narodu i rodzin demaskuje historyczne zwyrodnienia nacjonalizmu, które właściwie nie były prawdziwymi nacjonalizmami, gdyż nie były oparte na poznawalnym rozumowo prawie naturalnym. 


Słynne powiedzenie wzięte z nauczania głównego mistrza teologii katolickiej, jakim był św. Tomasz z Akwinu, że łaska nie niszczy natury, lecz ją wspiera i udoskonala (gratia supponit naturam), ma zastosowanie także w dziedzinie społeczno-politycznej. Tutaj zachodzi nie tylko kompatybilność, lecz zupełna zgodność z właściwie rozumianym, prawdziwym nacjonalizmem. Naturalne więzi społeczne jak rodzina i naród są punktem wyjścia zdrowej polityki. Katolicyzm ze swej istoty i natury jest tego gwarantem, mimo że wielu przedstawicieli Kościoła tego obecnie nie rozumie, a może nawet nie chce rozumieć. 


Szczególnie prymitywne i świadczące o elementarnej ignorancji teologicznej jest mówienie, jakoby katolik nie mógłby być nacjonalistą, ponieważ Kościół jest powszechny. W takim mówieniu zawartych jest kilka nieporozumień i błędów. Przede wszystkim jest tutaj pomieszanie porządku nadprzyrodzonego (nadnaturalnego), czyli ustroju Kościoła wraz z jego powszechnością, z porządkiem przyrodzonym, który dotyczy społeczności i państwa. Z powszechności Kościoła w znaczeniu katolickim bynajmniej nie wynika słuszność globalnego państwa czy choćby imperializmu. Praktycznym, społecznym celem powszechności Kościoła jest służenie zgodzie i współpracy między narodami, nie zniszczenie narodów w ogóle czy choćby poszczególnych narodów. Kościół ze swej istoty i natury powinien bronić tożsamości i suwerenności narodowej, podobnie jak broni tożsamości i wartości rodziny. 


Nie jest więc przypadkiem, że wykształceni nacjonaliści, myślący zdrowo kategoriami prawa naturalnego, słusznie zwracają się ku tradycyjnemu katolicyzmowi, a ma to miejsce nie tylko w Polsce, lecz właściwie wszędzie w obszarze kultury zachodniej. Oby wzajemne zrozumienie i współdziałanie przyniosło trwałe owoce zarówno dla Polski jak też dla Kościoła w Polsce i na świecie. 

Ku przypomnieniu: pisownia form zwracania się

Jako że problem nadal istnieje, co wynika widocznie z wadliwości edukacji szkolnej, zwracam uwagę, że obowiązuje kultura języka polskiej, czyli odpowiednia ortografia w zwracaniu się (źródło tutaj):


Pytania i komentarze nie przestrzegające tej zasady będą usuwane. 

Co mogą aniołowie?

 

Ten buńczuczny tekścik odnosi się do wcześniejszego wpisu co do możliwości sprawowania Komunii św. przez aniołów (tutaj). Dość groteskowa wypowiedź zdradza swój poziom już choćby przez to, że ogłasza s. Łucję błogosławioną...


Przechodząc do rzeczy: Po pierwsze autor widocznie albo nie raczył przeczytać ani komentarzy pod tym wpisem, ani moich odpowiedzi na nie, albo przeczytał i nie zrozumiał względnie nie chciał zrozumieć. 

Coby zakończyć temat, odniosę się raz jeszcze w temacie. 

Właściwie wystarczy uważnie przeczytać podany fragment św. Tomaszowy. Zacznijmy od oryginału (źródło tutaj):




Odnośne słowa św. Tomaszowe wskazane są czerwoną gwiazdką (początek). Oto ich poprawne tłumaczenie:

"Należy jednak wiedzieć, że tak jak Bóg nie związał Swojej mocy sakramentami, tak jakby nie mógł udzielać skutku sakramentów bez sakramentów, tak też nie związał Swojej mocy sługami Kościoła, jakoby nie mógł także aniołom udzielić mocy posługiwania w sakramentach. A ponieważ dobrzy aniołowie są zwiastunami prawdy, tak więc jeśli by jakaś sakramentalna posługa była sprawowana przez dobrych aniołów, należałoby to uznać za ważne, ponieważ powinno by być pewne, że staje się to z woli Bożej, tak jak o niektórych świątyniach mówi się, że są poświęcone przez posługę aniołów. Jeśli by natomiast demony, które są duchami kłamstwa, sprawowały jakąś sakramentalną posługę, to nie należałoby tego uznać za ważne." 

Istotne jest tutaj zdanie poprzedzające (podkreślone na zielono), do którego odnosi się powyższy fragment:

"Tak więc sprawą ludzi jest szafowanie i posługiwanie w sakramentach, nie sprawą aniołów".

Jak widać, autor powyższego bluzga nie potrafi poprawnie cytować źródła, a może nawet raczej nie chce. Bowiem to zdanie jest kluczowe dla właściwego zrozumienia, które wyłożyłem w poprzednim wpisie.

Należy bowiem odróżnić porządek faktyczny, zwyczajny, od porządku wirtualnego, czyli nadzwyczajnego, cudownego. Gramatycznie i znaczeniowo istotny jest tutaj tryb warunkowy (possit, perficeretur, deberet, exhiberent). W porządku zwyczajnym, czyli faktycznym porządku sprawowania sakramentów przez Kościół, szafarzami i posługującymi są ludzie (konkretnie: duchowni). Pan Bóg oczywiście zawsze może działać poza zwykłym porządkiem sakramentalnym, to znaczy może działać cuda, w tym także może sprawiać cuda polegające na tym, iż dobre duchy, czyli dobrzy aniołowie sprawują coś, co według Bożej woli służy uświęceniu i zbawieniu dusz. Nie oznacza to jednak w żaden sposób, jakoby aniołowie sami ze siebie, według zdolności właściwych ich naturze, mogli czynić coś tego rodzaju. 

Ponadto należy mieć na uwadze, że nie ma tutaj mowy o stosunku aniołów do świata materialnego, czy o mocy aniołów nad światem materialnym, ani o udzielaniu Komunii św. Jest mowa tylko o czynności konsekrowania świątyni, czyli o czynności duchowej, która nie oznacza fizycznej władzy nad materią w sensie fizycznego oddziaływania. Pan Bóg oczywiście może w sposób nadzwyczajny posłużyć się aniołami w swoim oddziaływaniu na materię. Nie jest to jednak działanie mocą własną aniołów, lecz działanie wszechmocy Bożej przez aniołów. Ta różnica jest istotna zwłaszcza w kwestii, czy demony, czyli źli aniołowie, mają moc nad przedmiotami materialnymi (o tym było w poprzedni wpisie tutaj). 

Co oznacza powinność małżeńska?

 


Ta kwestia została już poruszona, aczkolwiek nie omówiona. Chodzi o następujące słowa św. Pawła:


Odpowiedź jest już zawarta w słowach św. Pawła, choć nie całkiem wyraźnie.

Według katolickiej nauki moralnej, małżonkowie na mocy sakramentalnego małżeństwa mają prawo do swojego ciała wzajemnie w tym znaczeniu, że powinni być otwarci na akt małżeński w jego pełni, czyli płodny, czyli otwarty na potomstwo. Celem właściwym współżycia nie jest zaspokojenie pożądliwości, gdyż niemoralne jest oddzielenie jej od jej celu, którym jest przekazywanie życia. 

Tak więc grzechem jest zasadnicze odrzucanie współżycia przez któregoś ze współmałżonków, ale także żądanie współżycia z wyłączeniem płodności, czyli z użyciem tzw. antykoncepcji. Oznacza to, że zarówno małżonek jak i małżonka nie mają obowiązku być zawsze gotowi do współżycia według pożądliwości drugiej osoby, lecz mają obowiązek być gotowi zasadniczo. Wymaga to oczywiście odpowiedniego wyczucia jak też wzajemnego poszanowania, co jest właśnie testem prawdziwej, osobowej miłości. 

Czy Msza św. jest ucztą paschalną?

 


Teologicznie pytanie odnosi się do istoty sakramentu Eucharystii oraz jego sprawowania, czyli Ofiary Mszy św. (sacrificium Missae). Równocześnie ma też wybitne znaczenie praktyczne, gdyż jest fundamentem zmian w liturgii Mszy św. (i nie tylko) po Vaticanum II oraz obecnego sporo o prawomocność,  ważność i doniosłość liturgii tzw. przedsoborowej, czyli tradycyjnej. Otóż w świadomości potocznej podstawą zmiany choćby ukierunkowania celebransa Mszy św. - zmiany zresztą w żaden sposób nie wymaganej, ani choćby wspomnianej w oficjalnych dokumentach Vaticanum II i po nim - jest powoływanie się na Ostatnią Wieczerzę, czyli domyślne przeświadczenie, jakoby wzorem i normą dla sprawowania Eucharystii była Ostatnia Wieczerza, czyli żydowska uczta paschalna. Według tego przeświadczenia pewne sekty grasujące w obrębie Kościoła usiłują realizować to powiązanie i dążą do maxymalnego naśladowania uczty paschalnej, nawet wbrew oficjalnym przepisom liturgicznym Novus Ordo. Pośrednio zawarty jest tutaj zarzut, jakoby liturgia tzw. przedsoborowa (zwana też "trydencką") stanowiła sprzeniewierzenie się pierwotnej i wzorcowej postaci sprawowania Eucharystii jaką jest Ostatnia Wieczerza, czyli ostatecznie uczta paschalna. Na tym zarzucie bazuje i nim się żywi wrogość i aktualne prześladowanie tejże liturgii. Brak natomiast teologicznego zgłębienia tematu, czy choćby nawet wyraźnego postawienia kwestii. Bierze się to z tego, iż wówczas konieczne jest sięgnięcie do historii tej kwestii, co by odsłoniło powiązania stanowisk. Ostatnio wydawane odgórne dokumenty bynajmniej nie dążą do wyjaśnień doktrynalnych, lecz - wręcz przeciwnie - zaciemniają i mieszają, dążąc apodyktycznie do dalszego forsowania owego przeświadczenia, tudzież całkowitej eliminacji liturgii "przedsoborowej". Nieprzypadkowo zupełnie pomija się katolicką doktrynę o Eucharystii, poświadczoną poprzez wieki, a szczególnie wnikliwie i normatywnie - z rangą nieomylności - omówioną na Soborze Trydenckim. Innymi słowy: nie da się zaprzeczyć, iż nie ma katolickiego nauczania o sakramencie Eucharystii z pominięciem czy wręcz z zaprzeczeniem tegoż soboru. Ponieważ formalne zaprzeczenie temu nauczaniu oznaczałoby popadnięcie w herezję formalną i tym samym w wykluczenie się ze wspólnoty Kościoła (exkomunika latae sententiae), dlatego operuje się sugestiami, półprawdami i niedopowiedzeniami. Sprzymierzeńcem tej taktyki jest potoczne przeświadczenie, jakoby nauczanie Soboru Trydenckiego było przestarzałe, nieaktualne i unieważnione przez Vaticanum II i papieży po nim, to jest oczywiście nieprawdą, gdyż nieomylne prawdy wiary, w tym dogmatyczne nauczanie Soboru Trydenckiego, nigdy nie tracą swej prawdziwości i obowiązywalności. 

Główny fragment nauczania tego soboru w naszym temacie brzmi (sesja XXII, dekret: Doctrina de sacrificio Missae, źródło tutaj):





W skrócie i uproszczeniu (dla lepszego zrozumienia):

1. Ponieważ kapłaństwo starotestamentalne nie było doskonałe, dlatego Bóg w Swoim miłosierdziu ustanowił kapłana według obrządku Melchizedeka, którym jest Jezus Chrystus, by przez Niego spełnić dzieło uświęcenia (Hbr 7,11; 10,14; Rdz 14,18; Ps 109,4).

2. Jezus Chrystus ofiarował Siebie Bogu Ojcu na ołtarzu krzyża dla naszego zbawienia.

3. By to Jego kapłaństwo nie zanikło wraz z Jego śmiercią, dlatego w nocy, w której był wydany, podczas Ostatniej Wieczerzy pozostawił Swojemu Kościołowi widzialną ofiarę, która uobecnia krwawą ofiarę złożoną na krzyżu. 

4. W tej ofierze Jezus Chrystus pod postaciami chleba i wina ofiarował Ojcu Swoje Ciało i Krew, dał je Apostołom do spożycia, oraz nakazał im sprawować tę ofiarę. 

5. Tak więc po sprawowaniu starej (żydowskiej) paschy, którą Izraelici sprawowali na pamiątkę wyjścia z niewoli egipskiej (Wj 12,1), Pan Jezus ustanowił nową paschę (novum pascha), by kapłani pod widocznymi znakami ją ofiarowali na pamiątkę Jego przejścia z tego świata do Ojca, gdy przez wylanie Swojej krwi odkupił nas i wyzwolił z panowania ciemności i przeniósł do Swego Królestwa (Kol 1,13). 

6. To jest ofiara czysta zapowiedziana przez proroka Malachiasza (Mal 1,11), sprawowana wszędzie, na całym świecie i po wsze czasy.

7. O niej też mówi św. Paweł w Liście do Koryntian (1 Kor 10,21), przeciwstawiając "stół Pański" (mensa Domini) "słołowi demonów" (mensa daemoniorum). 

8. Ta ofiara była zapowiedziana przez wszystkie ofiary religii naturalnych i religii mojżeszowej, oraz jest ich spełnieniem i udoskonaleniem (consummatio et perfectio). 

9. We Mszy św. sprawowana jest boska (pochodząca od Boga) ofiara, w której jest obecny i zostaje bezkrwawo ofiarowany Jezus Chrystus, która Siebie raz na zawsze ofiarował na ołtarzu krzyża. 

10. Kto mówi, że Msza św. nie ofiarowuje Bogu prawdziwej i właściwej ofiary (verum et proprium sacrificium), ten niech będzie wyklęty. 

11. Kto mówi, że kapłani w Sukcesji Apostolskiej nie ofiarowują Ciała i Krwi Chrystusa, ten niech będzie wyklęty. 

12. Kto mówi, że Msza św. jest jedynie pamiątką ofiary krzyżowej, a nie ofiarą przebłagalną, ten niech będzie wyklęty. 

Już to skrótowe zestawienie kluczowych prawd nauczanych przez sobór ukazuje kontrast a nawet sprzeczność względem poglądów i przeświadczeń sporej części (raczej nawet większości) katolików wychowanych na liturgii Novus Ordo, czyli wprowadzonej po Vaticanum II. 

Należy mieć na uwadze kontext historyczny nauczania Soboru Trydenckiego: sobór nie podaje traktatu o Eucharystii, lecz w obronie wiary Kościoła przed herezją protestancką wskazuje na istotne i fundamentalne prawdy. Pomijanie czy wręcz przynamniej pośrednie negowanie tych prawd oznacza w gruncie rzeczy popadnięcie w herezję protestancką, która neguje ofiarny charakter sprawowania Eucharystii. Temu popadnięciu służy faktyczne upodabnianie Mszy św. do uczty paschalnej czy uczty w ogóle, nawet jeśli odbywa się to w powoływaniu się na Ostatnią Wieczerzę. Owszem, nie da się zaprzeczyć, iż Pan Jezus pierwszą Mszę św. sprawował w kontekście Wieczernika oraz uczty paschalnej. Z tego faktu nie wynika jednak w żaden sposób, jakoby Msza św. była swego rodzaju kontynuacją czy nową wersją uczty paschalnej. Według nauczania Kościoła, począwszy od Nowego Testamentu i Ojców Kościoła, ofiary starotestamentalne, w tym także obchody Paschy, były jedynie zapowiedzią i przygotowaniem do ustanowienia jedynej właściwej i doskonałej Ofiary złożonej na Krzyżu w sposób krwawy, a uobecnianej w sposób bezkrwawy we Mszy św. Innymi słowy: istotą Mszy św. nie jest uczta paschalna, lecz Ofiara Krzyżowa. 

Ma to fundamentalne znaczenie dla rozumienia Nowego Testamentu, oraz istoty i znaczenia Kościoła wraz ze wszystkimi sakramentami, czyli środkami zbawienia. Nie przypadkowo wrogość wobec tradycyjnej liturgii katolickiej - oznaczająca właściwie wrogość wobec prawd wiary co do sakramentu Eucharystii - regularnie łączy się z wybujałym ekumaniactwem, począwszy od bratania się z heretykami protestanckimi, poprzez uwydatnianie rzeczywistych czy urojonych wspólnych korzeni z judaizmem i islamem, aż do uczestnictwa w obrzędach pogańskich. Bowiem żadna inna religia nie może się poszczycić kultem tak wzniosłym, czystym i doskonałym jak Ofiara Mszy św., uobecniająca Ofiarę Krzyżową wcielonego Syna Bożego. Ta ofiara przeszkadza i wręcz blokuje ekumenizm polegający na relatywiźmie i pluraliźmie religijnym, a właściwie równoznaczny z apostazją, czyli porzuceniem wiary katolickiej przekazanej przez Apostołów. 

Tym wyraźniej widać, jak ważne, konieczne i niezbędne jest trwanie przy tradycyjnej liturgii Kościoła, mimo kłamliwych, perfidnych i podstępnych zabiegów jej wrogów, którzy nie przypadkowo są równocześnie - choć skrycie - wrogami wiary katolickiej, nawet jeśli sprawują wysokie urzędy w Kościele. 

Czy "Dzienniczek" s. Faustyny zmienia prawdy wiary?

 


Oczywiście ani "Dzienniczek" ani żadne objawienie prywatne, choćby było autentyczne, nie jest w stanie zmienić prawd wiary. Autentyczne, czyli pochodzące od Boga objawienia prywatne jedynie przypominają, uwydatniają i konkretyzują Boże Objawienie i tym samym prawdy wiary katolickiej. Jeśli jakieś rzekome objawienie prywatne wykracza poza te ramy, czy wręcz jest sprzeczne z prawdami wiary, wówczas z całą pewnością nie pochodzi od Boga lecz jest szatańskim mamieniem bądź przynajmniej ludzkim oszustwem. 

Pytanie odnosi się do następującego fragmentu "Dzienniczka":


Ten fragment zawiera szereg niedorzeczności i fałszów teologicznych. Pytający słusznie zwraca uwagę na kwestię odpuszczenia win i kar. Przejdźmy po kolei.

1. W tym dniu otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego...

Te słowa mógł wypowiedzieć tylko ktoś, kto nie zna języka hebrajskiego i greckiego. Bowiem język hebrajski na określenie miłosierdzia posługuje się źródłosłowem rhm (רחם), który oznacza "wnętrzności, łono". Idąc za tym język grecki również mówi o "wnętrznościach" w znaczeniu pierwotnie fizjologicznym (σπλάγχνον). Dlatego w świetle już choćby Pisma św. wyrażenie "wnętrzności miłosierdzia" jest absurdalne i przypisywanie go Panu Jezusowi jest bluźniercze.

2. dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar

Według teologii katolickiej odpuszczenie win i kar następuje wyłącznie w sakramencie Chrztu świętego. Człowiek ochrzczony może dostąpić odpuszczenia win w sakramencie Pokuty, zaś odpuszczenia kar doczesnych w uzyskanym odpuście, którego warunki są określane przez następcę św. Piotra. Zupełne pominięcie tego rozróżnienia świadczy przynajmniej o ignorancji życia Kościoła i teologii katolickiej, a nawet o ich podważaniu. Dopiero Jan Paweł II ustanowił tzw. święto Miłosierdzia Bożego w pierwszą niedzielę po niedzieli Paschy wraz z odpustem zupełnym. Słowa "Dzienniczka" natomiast zupełnie pomijają konieczność ustanowienia odpustu przez papieża. Zresztą samo ustanowienie tego święta oznacza "korektę" tradycyjnej liturgii rzymskiej, która od niepamiętnych czasów świętuje miłosierdzie Boże w drugą niedzielę po niedzieli Paschy (introit Misericordia Domini), co de facto stanowi podważenie prowadzenia Kościoła przez Ducha Świętego poprzez wieki. 

W całej historii Kościoła nie ma - i nie może być - autentycznego objawienia prywatnego, które by negowało czy podważało sakramenty Kościoła, jego liturgię oraz porządek hierarchiczny. To są cechy fałszywych objawień, które z całą pewnością nie pochodzą od Boga. 

3. w dniu tym... 

Ograniczenie obfitości łask miłosierdzia Bożego do danego dnia jest zarówno groteskowe i fałszywe, jak też bluźniercze. Jest sprzeczne już z biblijnym nauczaniem o Bogu, które mówi o powszechnej i niezmierzonej obfitości zmiłowania Bożego. Jedynym "ograniczeniem" dla łask Bożych jest sprzeciw człowieka, czyli brak woli nawrócenia. Nie zależy ono ani od czasu, ani od dnia, ani od miejsca, lecz jedynie od dyspozycji człowieka. Nie przypadkowo każdy wierzący ma możliwość spowiedzi i Komunii św., oraz uzyskania odpustu zupełnego codziennie (oczywiście przy spełnieniu odpowiednich warunków). Wyróżnienie jednego dnia w roku przypomina raczej pogańskie zabobony, a z całą pewnością nie Boże Objawienie i życie Kościoła Chrystusowego. 

4. święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności Moich...

Wystarczy proste pytanie: skoro owo święto zostało "objawione" s. Faustynie dopiero w XX wieku, a pod koniec tegoż wieku oficjalnie ustanowione, to jak to się ma do faktu zakończenia Bożego Objawienia wraz ze śmiercią ostatniego z dwunastu Apostołów? Dlaczego tylko w dniu tego święta i dopiero od "objawienia" (i ustanowienia) tego święta otwarte jest "wnętrze miłosierdzia"? Czyż nie jest to negacja, przynajmniej pośrednia, zakończenia czyli dokonania Bożego Objawienia wraz ze wszystkimi koniecznymi do zbawienia dusz środkami za życia dwunastu Apostołów? Wszak dlatego właśnie Kościół jest apostolski, że nie wykracza poza wiarę Apostołów, którzy byli świadkami życia Zbawiciela aż do Wniebowstąpienia. Mówienie, że takie nowe święto - zresztą sprzeczne z tradycyjną liturgią Kościoła - wyszło z "wnętrzności" Pana Jezusa, zaprzecza dokonaniu pełni Objawienia za życia dwunastu Apostołów i tym samym wierze katolickiej. 

Owszem, w historii Kościoła pojawiło się wiele świąt i nabożeństw zainspirowanych przez autentyczne objawienia prywatne, jak chociażby święto Bożego Ciała i kult Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jednak nigdy nie uzasadniano tych nowości "wypłynięciem" z "wnętrza" Pana Jezusa, lecz rozumiano je jako przykłady prowadzenia Kościoła przez Ducha Świętego, który uwyraźnia i uwydatnia Boże Objawienie - raz na zawsze dane w Jezusie Chrystusie. Innymi słowy: według teologii katolickiej, począwszy od Ojców Kościoła, z wnętrza Pana Jezusa wypłynęły na krzyżu sakramenty Kościoła, które od tego momentu są dostępne całej ludzkości za pośrednictwem Kościoła raz na zawsze. Pan Jezus z całą pewnością niczego nie zatrzymał ze Swego wnętrza aż do XX wieku, gdyż - jak już św. Jan mówi w swoim prologu - "z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali" (J 1). Powiększeniu i rozszerzeniu w ciągu wieków podlega jedynie nasze rozumienie i przyswajanie sobie tejże pełni, które z całą pewnością nie jest ograniczone do jakiegoś jednego dnia w roku. Byłoby to absurdalne także z tego powodu, że od czasów apostolskich, głównym największym świętem Kościoła są święta Paschy, czyli celebracja Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Zbawiciela. Obecnie jednak owo "święto miłosierdzia" de facto przysłania tę celebrację. Poprzez wieki historii Kościoła czasem pokuty i nawrócenia był okres Wielkiego Postu i Męki Pańskiej. Wierny katolik spowiadał się przynajmniej raz w roku zwykle we Wielkim Tygodniu, około Wielkiego Piątku, na pewno przed niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego. Natomiast owe nowe "święto" tydzień później raczej zachęca do okładania spowiedzi i Komunii św. i tym samym do uczestniczenia w celebracji paschalnej bez należytego przygotowania pokutnego. Taki zabieg z całą pewnością nie jest dziełem Ducha Świętego i nie może pochodzić od Boga. 

5. nie zazna ludzkość spokoju...

To zdanie potwierdza bluźnierczy charakter zdań o pochodzeniu nowego święta z "wnętrza" Pana Jezusa, gdyż oznacza, że Pan Jezus zwlekał prawie 20 wieków z udostępnieniem ludzkości Swojego miłosierdzia i to ograniczając tegoż pełnię do jednego dnia w roku. Coś takiego może być wymysłem jedynie wrogów autentycznego Bożego Objawienia i Kościoła Chrystusowego. 

W podsumowaniu oczywiście nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że tego rodzaju fałsze, niedorzeczności i bluźnierstwa mogły w końcu - po dziesięcioleciach słusznych zastrzeżeń i zakazów ze strony Magisterium Kościoła - otrzymać aprobatę a nawet poparcie sprawujących władzę w Kościele. Odpowiedź wymaga przestudiowania przede wszystkim materiałów archiwalnych, które na razie nie są ogólnie dostępne, i tym samym musi poczekać. 

Czy procesja Bożego Ciała jest tradycyjna?

 


Ostatnio okazało się, że święto Bożego Ciała - tak silnie związane z religią w Polsce, że nawet komuniści nie odważyli się go skasować - staje się przedmiotem kontrowersji. W samym Rzymie po stuleciach odwołano w tym roku centralną, diecezjalną procesję Bożego Ciała, z pokrętnym, właściwie kłamliwym uzasadnieniem przez chorobę kolana Franciszka, który wszak nigdy dotychczas nie klękał przed Najświętszym Sakramentem, a ostatnimi laty też nie prowadził procesji (choćby jadąc na lawecie z Najświętszym Sakramentem, jak to czynił w ostatnich latach życia Jan Paweł II, zresztą do końca klęcząc mimo sędziwego wieku i schorowania). Pewien skrajnie modernistyczny jezuita w Polsce publicznie zaatakował to święto, co wpisuje się w przygotowywanie gruntu dla dalszej protestantyzacji katolików przez skasowanie najpierw zwyczajowych obchodów, a ostatecznie zapewne także samego święta, które przeszkadza zapędom ekumaniackim. Dlatego warto zwrócić uwagę na kwestie historyczne, doktrynalne, rytualne i zwyczajowe związane z tematem. 

Pominę tutaj historyczne korzenie tego święta, związane ze św. Julianną z Liège, zakonnicą belgijską. Najważniejszych faktów można się łatwo dowiedzieć z internetu. Mniej znana jest historia procesji Bożego Ciała i zwyczajów z nią związanych. Tutaj istniała - i nadal oficjalnie istnieje - znaczna różnorodność zarówno co do obrzędu jak też zwyczajów. 

Procesja Bożego Ciała pierwotnie nie była praktykowana wraz z liturgicznym świętem, wprowadzonym w diecezji Liège w 1246 roku, zaś w roku 1264 w całym Kościele. Procesja pojawiła się dopiero z pewnym opóźnieniem, mianowicie w roku 1277 najpierw Kolonii i innych miastach i regionach niemieckojęzycznych. Według historyków liturgii, nawiązywała ona do procesji w tzw. dni krzyżowe z błogosławieństwem pól. W tych procesjach pierwotnie niesiono obrazy i figury świętych, następnie dołączono Najświętszy Sakrament. Wówczas papież Urban IV w swojej bulli zalecił śpiewać podczas tej procesji hymny eucharystyczne autorstwa św. Tomasza z Akwinu. Na jej koniec udzielano błogosławieństwa eucharystycznego. W takiej postaci procesja Bożego Ciała została ujęta w tradycyjnym Rituale Romanum. 

Natomiast w krajach niemieckojęzycznych doszło do rozbudowania procesji przez dodanie czterech stacyj ze śpiewaniem Ewangelii (zapewne z powodów praktycznych, by celebrans miał nieco wytchnienia w przeważnie długiej drodze i to w skwarze dnia). Pierwotnie Ewangelie te nawiązywały oprócz Wielkiego Czwartku do tajemnicy Wcielenia, czyli Bożego Narodzenia. Dopiero w XX w., w ramach pełzającej protestantyzacji forsowanej głównie z Niemiec, zastąpiono te treści Ewangeliami o uczcie i rozmnożeniu chleba. 

Równocześnie rozwijał się folklor związany z procesją. Ponieważ niesienie obrazów i figur było podzielone na stany i cechy, była to sposobność do ich autoprezentacji galowej. Ołtarze stacyjne także były okazją dla twórczości folklorystycznej, która przy braku czujności duszpasterzy mogła przybierać bardziej dziwne formy, zwłaszcza gdy sam duszpasterz nie dysponował ani wystarczającą wiedzą, ani wyczuciem liturgicznym, teologicznym czy choćby estetycznym. 

Jaskrawym przykładem są tutaj dywany z kwiatów przedstawiające symbole święte czy wręcz postaci eucharystyczne i symbole oznaczające samego Jezusa Chrystusa. Nawet jeśli tworzono je z pieczołowitością i kunsztem, to jednak stanowiły one nadużycie i wręcz zaproszenie do bezczeszczenia rzeczy świętych, mimo nawet szlachetnych intencyj połączonych z bezmyślnością i brakiem wyczucia. Oczywiście nie ma nic złego w tworzeniu obrazów z kwiatów przedstawiających osoby czy symbole święte. Jednak ich miejscem z całą pewnością nie powinna być ziemia, lecz lokalizacja powinna oznaczać szacunek i zapraszać do oddawania czci, nie do deptania. 

Poważnym nadużyciem, sprzecznym z zasadami liturgii katolickiej i znaczeniem procesji eucharystycznej, jest także głoszenie kazań podczas procesji w obecności Najświętszego Sakramentu. Ten fałszywy zwyczaj rozpowszechnił się zwłaszcza w Polsce, co jest haniebnym przykładem stanu wiedzy i wyczucia liturgicznego. 

Niestety nawet w kręgach tradycyjnych katolików często brak jest takiego zdrowego, trzeźwego wyczucia i rozróżnienia. Świadczy to o głęboko sięgającej ruinie duchowej, intelektualnej i estetycznej, której należy się przeciwstawić, by to iście katolickie święto było w każdym szczególe sprawowane z należną starannością i nienagannym pięknym. 

Komu brakuje wyczucia katolickiego?

 


Wskazano mi właśnie na następny popis internetowy x. Szymona Bańki. Jest to niestety kolejny szczyt ignorancji, zakłamania i bezczelności. 

Otóż pod enigmatycznym i chwytliwym tytułem "Katoliku, dlaczego jesteś nienormalny" x. Bańka usiłuje usprawiedliwić wydarzenie, które słusznie wzbudziło zgorszenie, oburzenie i sprzeciw u katolików, także u wiernych FSSPX. Chodzi o występ chóru w kaplicy szkoły w Józefowie, konkretnie o jego ustawienie, które - jak widać wyraźnie - odpowiada praktyce protestantów i modernistów, ale nie zasadom Kościoła:




X. Bańka przyznaje się, że to ustawienie jest jego pomysłem. Zamiast przyznać się do skandalicznego błędu i wywołania zgorszenia, próbuje sprawę usprawiedliwić, w sposób typowo dla siebie zakłamany, pokrętny i niekompetentny teologicznie, atakując w sposób perfidny tych, których to wydarzenie uraziło. Posługuje się przy tym prawie pół godzinnym wprowadzeniem o "zmyśle katolickim", powołując się na o. Woronieckiego, który zresztą nie powinien być autorytetem dla tradycyjnego katolika, gdyż był kryptomodernistą związanym z klerykalną subwersyjną mafią charystów, która odegrała (i nadal odgrywa) haniebną, katastrofalną rolę w historii Kościoła w Polsce. 

Oto wywody x. Bańka we właściwym temacie, do którego zmierza:


Odpowiadam:

Nie ma żadnego półkola, lecz chór stoi w szeregu, w którego środku znajduje się dyrygentka chóru, dyrygująca z tego miejsca. Tutaj absurd goni absurd. 

Po pierwsze, dyrygowanie chórem z tego miejsca jest bez sensu, gdyż ta pani nie jest zwrócona ku chórowi (ani chór ku niej), więc ona dyryguje tylko pustymi ławkami, na które zresztą patrzą także chórzyści. 

Po drugie, dyrygentka stoi prawie dokładnie na środku, jak widać wyraźnie. Nawet jeśli nie stoi co do centymetra na wprost tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, to de facto jest odwrócona swoimi 4literami do niego, co zresztą nie ma żadnego usprawiedliwienia choćby nawet praktycznego, gdyż nie jest to normalna, ani konieczna pozycja dyrygowania chórem. 

Po trzecie, chór śpiewa do pustych ławek i do kamerzysty. Oczywiście głównie do odbiorców przed ekranem komputera, a do tego wcale nie jest konieczne odwrócenie się 4literami do Najświętszego Sakramentu. 

Po czwarte, wedlug x. Bańka widocznie najważniejsza jest widoczność twarzy i wymachiwania dyrygentki, skoro za tę cenę pozwala tej pani na takie zachowanie. 

Po piąte, szczytem bezczelności - zresztą typowej dla x. Bańki - jest twierdzenie, jakoby zastrzeżenia odnośnie tego pomysłu było przejawem braku "katolickiego zmysłu". To x. Bańka ma obowiązek wykazać zgodność z zasadami Kościoła, co próbuje uczynić w następujący sposób:


Czyli x. Bańka powołuje się na pozycję kapłana oraz ministrantów podczas sprawowania liturgii. Tu wystarczy wiedza na poziomie zdroworozsądkowym, by odróżnić po pierwsze liturgię od występu chóru, a po drugie kapłana i kleryków podczas liturgii od pani w kusej spódniczce bezsensownie wymachującej rączkami do pustych ławek i pośladkami w kierunku Najświętszego Sakramentu. Wygląda na to, że x. Bańka na ludzi za debili, którzy nie są w stanie uchwycić tych różnic. Otwarte pozostaje pytanie, czy on sam je rozumie. 

Wyjaśniam:

- Kapłan podczas liturgii odwraca się tyłem do ołtarza tylko wtedy, gdy w Osobie Pana Jezusa zwraca się ku ludowi. Odwraca się tylko na ten krótki moment, całując przedtem ołtarz, wyrażając swoją osobistą jedność z ofiarą, która jest sprawowania na ołtarzu. 

- Turyfer (kleryk czy ministrant, czyli zastępca kleryka) okadzający lud także wykonuje czynność kultyczną, której źródłem i właściwym podmiotem jest Jezus Chrystus, uświęcający lud i składający go w ofierze. W tym momencie tabernakulum jest zasłonięte przez kapłana, co także ma znaczenie liturgiczne w akcji liturgicznej, której momenty i elementy zawierają różne akcenty. Ten moment oznacza, że uświęcenie i poświęcenie w ofierze spływa na lud od samego Jezusa Chrystusa na ołtarzu, więc ustawienie turyfera w tej czynności ma uzasadnienie teologiczne i liturgiczne. 

Czymś istotnie i zupełnie innym jest koncertowy występ chóru, nawet jeśli wykonuje pieśń religijną. NIE jest to akcja liturgiczna pod żadnym względem. Zwrócenie chóru ku pustym ławkom czy choćby nawet ku publiczności jest bezpodstawne teologicznie i praktycznie, absurdalne, sprzeczne z sensem pieśni modlitewnej, i przejawem całkowitego braku zmysłu wiary i pobożności. Jest wręcz świętokradzkie, gdyż jest zachowaniem traktującym ołtarz jako tło dla koncertu. Nie ma to nic wspólnego ani z modlitwą, ani z prowadzeniem ku modlitwie, skoro sam chór nie jest zwrócony ku ołtarzowi i Najświętszemu Sakramentowi. De facto ta pani w kusej spódniczce wymachująca rączkami do ławek oraz ta nadużywana młodzież przysłaniają sobą ołtarz i Najświętszy Sakrament. W Kościele Chrystusowym nigdy, aż do zapaści liturgiczno-duchowej po Vaticanum II, czegoś takiego nie było. To jest zachowanie na wzór zborów protestanckich, gdzie oczywiście nie ma ani tabernakulum, ani Najświętszego Sakramentu. 

X. Bańka jednak powtarza swoje bełkotliwe mieszanie spraw, czy to z ignorancji teologiczno-liturgicznej, czy z obłudnej zatwardziałości i pychy niechętnej do przyznania się do błędu:


Czyżby po studiach w Zaitzkofen nie był w stanie odróżnić między czynnościami duchownych w liturgii, a występem chóru? Czyżby nie odróżniał aktów kapłana od aktów chóru i to poza liturgią? Co na to jego przełożeni? 

X. Bańka brnie jeszcze bardziej:


Czyli x. Bańka bezczelnie twierdzi, że koncertowe ustawienie chóru jak na estradzie czy w teatrze odpowiada zachowaniu duchownych podczas liturgii. No cóż, nasuwa się pytanie, czy x. Bańka sam siebie słyszy. 

Dodaje jeszcze jeden argument: odwrócenie chóru pośladkami do Najświętszego Sakramentu ma "lepiej podkreślić to, co się tutaj dzieje". Nasuwa się pytanie: co tu się dzieje według x. Bańki? Mówi: "żeby lepiej pokazać śpiew i równocześnie ołtarz". Cóż, to jest wręcz wybitny bełkot, zresztą typowy dla tego człowieka. Od kiedy śpiew jest do pokazania? Czyż nie jest raczej do słuchania? Po co budowano i buduje się empory z tyłu świątyń? Czyż po to, żeby pokazywać chórzystów i dyrygentkę w kusej spódniczce wymachującą rączkami w kierunku ławek? Komu śpiewa chór? Czyż ławkom, czyż dla publiczności? Oj komuś tu wybitnie brakuje już choćby trzeźwego, racjonalnego myślenia, a tym bardziej zdrowego katolickiego wyczucia.

Szyderczy przykład z wychodzeniem tyłem z kościoła jest także kłamliwy i absurdalny. Po pierwsze, nie ma i nigdy nie było zakazu takiego wychodzenia. Po drugie, wychodzenie z kościoła nie jest koncertowaniem i to ze słowami modlitwy. Po trzecie, nikt z osób zgorszonych tym wydarzeniem nie postuluje niczego, co by było niezgodne z powszechnym zwyczajem Kościoła. Takim zwyczajem z całą pewnością nie jest scena, którą x. Bańka próbuje w sposób bełkotliwy i obłudny usprawiedliwić. 

Na koniec pozostaje zwrócić uwagę, że nie jest to pierwszy przypadek tego typu zachowania x. Bańki. Przypomnę o dwóch, o których pisałem wcześniej (tutaj i tutaj):

- X. Bańka twierdził, że ruch abstynencki jest obcy Kościołowi, co świadczy o jego ignorancji co do tradycyjnych podręczników katolickiej teologii moralnej. Mimo zwrócenia uwagi na fałszywość tego twierdzenia, x. Bańka go nie odwołał i nie przeprosił za wprowadzenie w błąd.

- X. Bańka zarzucał mi "nadwrażliwość" w kwestii rozumienia Bóstwa Jezusa Chrystusa, zapowiadając teologiczne obalenie moich zastrzeżeń co do koronki s. Faustyny, oraz atakując mnie ad personam. Tego obalenia nadal nie ma, podobnie jak wycofania się z bezczelnego ataku. 

Nasuwa się prosty wniosek: dla x. Bańki nie prawda jest najważniejsza, lecz własna rzekoma, a zakłamana nieomylność, tudzież biznes na youtube. 

Podziękowanie

Pragnę poinformować, iż prawdopodobnie z końcem roku będę mógł powrócić do normalnego prowadzenia bloga. Proszę o modlitwę, by się to udało....