Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Wysyp hochsztaplerów: duet Bańka & Malesa


Z powinności blogerskiej muszę znów zająć ponowną przykrą sprawą następnego popisu, tym razem duetowego, gdyż poszerzonego o przedstawiciela indulciarstwa w osobie nowej, wschodzącej gwiazdy na firmamencie kato-internetowym. Sprawa jest ciekawa nie tylko z powodu ostatnio gorąco dyskutowanej kwestii sakry biskupiej w FSSPX, lecz dla odsłonięcia typowych mentalności. 

Najpierw wyjaśniam pojęcie "hochsztapler". Pochodzi ono z języka niemieckiego (por. tutaj) i oznacza osobę, która udaje coś, co nie jest rzeczywiste: bycie lepszym, rangę czy pozycję, która jej nie przysługuje, wiedzę, której nie ma itp. Mamy to spełnione w przypadku tych obydwu młodzieńców w sutannach, co ukazują ich wypowiedzi. O x. Bańce była już mowa wielokrotnie. Dołączył do niego następny, wprawdzie z innego obozu, jednak pod tym względem dość podobny. 

Oto pierwszy przykład, z którego możemy się dowiedzieć od x. Malesy, że istnieje coś takiego jak "Kościół mozarabski":


On to wypowiada tak przekonywująco, że aż kusi, coby mu uwierzyć. Widocznie on sam w to wierzy, przynajmniej tak samo, jak generalnie wierzy w siebie. A wystarczyłoby minimum wiedzy w temacie. Chłopak pomylił ryt z Kościołem, a widocznie nie wie, że tzw. ryt mozarabski (zwany też toledańskim czy izydoriańskim) istniał jedynie w kilku parafiach personalnych w diecezji Toledo, zaś obecnie istnieje już chyba tylko w wydzielonej kaplicy katedry w tym mieście (także w Salamance i w dwóch klasztorach - Montserrat i Santo Domingo de Silos). Nigdy więc nie było nawet diecezji z tym rytem, a tym bardziej Kościoła. 

Drugi przykład, już dotyczący sedna tej dysputy dwóch młodzieńców:


Oto dla porównania to, co na prawdę mówi x. Tanquerey:



Tłumaczę dla niegramotnych w łacinie:

"Kościół Chrystusowy może zostać zdefiniowany jako społeczność ludzi pielgrzymujących pod nauczaniem i rządami prawowitych pasterzy, zaś zwłaszcza Biskupa Rzymskiego, dołączonych do jego wyznania wiary chrześcijańskiej i ich wspólnoty sakramentów, ku osiągnięciu wieczystego zbawienia." 

Warto zwrócić uwagę, że istotne jest po pierwsze wyznawanie wiary, po drugie wspólnota sakramentów, po trzecie zdążanie do celu ostatecznego, którym jest zbawienie dusz. Temu celowi służy nauczanie pasterzy oraz ich rządzenie. Ponadto istotne jest, że chodzi o ciągłość w nauczaniu wiary, nie o osobiste poglądy danych pasterzy. Wiara jest jedna, pasterzy jest wielu, także na przestrzeni wieków. Aktualny problem polega tym, że nauczanie sprawujących urzędy pasterskie w Kościele od ponad pół wieku odbiega - przynajmniej jak twierdzi FSSPX - od tego, czego nauczali pasterze Kościoła, zwłaszcza papieże wcześniej. O tym należy rozmawiać, a nie tylko pohukiwać sugestywnie na tych, którzy w taki czy inny sposób podnoszą problem. 

X. Malesa, jak każdy manipulator, jest dość sprawny w mieszaniu spraw na doraźny użytek, co by wyjść na swoje, a czyni to, nie wahając się nawet podnosić głosu na interlokutora:


Pomijając już nawet taki fakt, że - jako rzekomo filolog klasyczny - nie potrafi powiedzieć wyrażenia "ex cathedra" z prawidłowym akcentem, nie trudno zauważyć, że mamy tutaj do czynienia z sugestywnym pomieszaniem i niechlujstwem myślowym, którego nie da się pogodzić z rzetelną dyskusją. 

Po pierwsze, według teologii katolickiej nie ma dwóch "aspektów" nauczania nieomylnego, lecz są dwa sposoby uroczystego przedkładania nauczania nieomylnego: papież wraz z biskupami zgromadzonymi na soborze powszechnym oraz sam papież podający definicję dogmatyczną. Należy dodać, że na tym nie wyczerpuje się pojęcie nieomylności Kościoła, gdyż Kościół jest nieomylny także poza nauczaniem uroczystym (tzw. dogmatycznym w znaczeniu definiowania dogmatów wiary), mianowicie wtedy, gdy naucza czegoś stale i powszechnie. Także tutaj jest problem z nauczaniem pasterzy od Vaticanum II, gdyż FSSPX (i nie tylko) zarzuca im sprzeczność względem nauczania wszystkich wcześniejszych papieży, chociaż to nie było nauczanie zdogmatyzowane w znaczeniu uroczystych definicyj dogmatycznych. O tym należy rozmawiać, nie wymachiwać koniecznością jedności z Rzymem, w zanadrzu mając na myśli władze rzymskie od Vaticanum II, nawet jeśli jest poważny problem zgodności z tym, czego nauczała Stolica Apostolska przedtem i to przez całe wieki czyli faktycznie stale. 

Po drugie, x. Malesa dość podle sugeruje, jakoby FSSPX chciało być "poza Piotrem". To jest klasyczne ustawianie chochoła, żeby w niego walnąć. Problem jest w tym, że Piotr nie może zmienić zdania, tak samo zresztą jak Duch Święty, który prowadził Kościół poprzez wieki i nadal prowadzi. 

Po trzecie, dość prymitywną manipulacją jest utożsamienie jedności z Piotrem z danym - aktualnym - sposobem wyboru biskupów, który jak wiadomo był bardzo zmienny na przestrzeni wieków i dopiero od niewiele ponad sto lat jest scentralizowany i to również nie do końca (więcej tutaj). X. Malesa popisuje się tutaj wiedzą o kanonie Soboru Nicejskiego I w tej kwestii. Pomija jednak znów sedno sprawy, mianowicie sens teologiczny takiego a nie innego kanonu, którym jest zachowanie jedności we wierze objawionej przez Jezusa Chrystusa. Taki jest powód wszelkich regulacyj prawnych. Innymi słowy: to nie prawo stanowi o wierze, lecz wiara - oraz konieczność jej wiernego zachowania i nauczania - stanowi kanony prawne. 

Swoistym szczytem ignorancji, manipulacji w połączeniu z bezczelnością - i to z obydwu stron, choć w różnym stopniu - jest następujący fragment rozmowy:


X. Bańka popisuje się tutaj swoją niewiedzą, także co do samego Pisma św., co próbuje przykryć swoimi "myślami". A wystarczyłoby zajrzeć do Nowego Testamentu (więcej tutaj). Rzeczywiście nie ma w nim mowy o jakiejkolwiek ingerencji Piotra w wybór następców Apostołów. O tyle x. Bańka ma rację. Nie ma racji jednak, ograniczając kwestię do samego Pisma św. Natomiast zachowanie x. Malesy w tym momencie jest wybitnym połączeniem ignorancji, urojeń i pewności siebie (zakładając, że nie kłamie świadomie), co łatwo dostrzec porównując jego słowa z rzeczywistą treścią czy to Dziejów Apostolskich czy też Listu do Galatów. Chodzi mu zapewne o fragment w Gal 2,1-10, gdzie czytamy:

Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa;

A udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem.

Ale nawet Tytusa, który był ze mną, chociaż był Grekiem, nie zmuszono do obrzezania,

Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę,

A którym ani na chwilę nie ustąpiliśmy, ani się nie poddaliśmy, aby prawda ewangelii u was się utrzymała.

A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę - otóż ci, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem, niczego mi nie narzucili,

Raczej przeciwnie, gdy zobaczyli, że została mi powierzona ewangelia między nieobrzezanymi, jak Piotrowi między obrzezanymi -

Bo Ten, który skutecznie działał przez Piotra w apostolstwie między obrzezanymi, skutecznie działał i przeze mnie między poganami -

Otóż, gdy poznali okazaną mi łaskę, Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty, abyśmy poszli do pogan, a oni do obrzezanych;

Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać.


Gdzie tu jest mowa o jakimkolwiek ograniczeniu święcenia biskupów przez św. Pawła, to najwyżej sam x. Malesa raczy wiedzieć. Szokujące jest natomiast, z jakim przekonaniem, a nawet wręcz napastliwością wypowiada coś, co jest po prostu nieprawdą. Nasuwa się więc poważne pytanie o kondycję przynajmniej duchową tego człowieka.  

Od manipulacji nie stroni także x. Bańka:


Niestety zapomniał tutaj dodać, że św. Atanazy nie święcił nikogo wbrew procedurom kanonicznym, które wówczas polegały na wyborze w ramach prowincji kościelnej, choć sam sprzeciwiał się wyborowi takich, którzy nie wyznawali wiary zdefiniowanej na Soborze Nicejskim. A to jest właśnie sedno sprawy: istotą godziwości wyboru jest zapewnienie nauczania i przekazywania prawdziwej wiary. O tym należy rozmawiać. 

Jest moment, w którym obydwaj dyskutanci błyszczą ignorancją, przy czy jeden z nich jednak w sposób wybitnie bezczelny, gdyż mistrzowsko usiłuje udawać posiadanie rzetelnej wiedzy, a zarazem potraktować interlokutora jak uczniaka w podstawówce:


No cóż, trzeba mieć ego zupełnie wystrzelone w kosmos, by być zdolnym do takiego wyczynu polemicznego. Oczywiście, o sprawie, o której mowa widocznie nie ma pojęcia ani jeden ani drugi z młodzieńców. Patriarchowie nigdy nie ustanawiali biskupów poza zasięgiem swojej jurysdykcji jako metropolici. X. Bańka widocznie nawet nie wie, że wówczas jeszcze nie było patriarchów w jakimkolwiek znaczeniu kanonicznym. Zaś to, co x. Malesa jemu zarzuca, mianowicie anachroniczne pomylenie okresu patrystycznego ze współczesnością, to sam dość prymitywnie popełnia, a nawet więcej, gdyż po prostu zmyśla. Nigdy w Kościele nie było kanonicznego wprowadzania na urząd biskupi przez cesarza, ani nawet wyboru przez cesarza. Istniało jedynie udzielanie tzw. regaliów, czyli wręczanie insygniów władzy (pierścienia i pastorału), lecz odbywało się to dopiero w państwie Franków, a to w sposób przemocowy, czyli uzurpatorski i niekanoniczny, co słusznie napotkało na rosnący sprzeciw ze strony papieży aż do słynnego sporu o inwestyturę (więcej tutaj)

Mieszanie spraw oraz prawdy z fałszem, a przez to fałszowanie wyników jest specjalnością modernistów:


Tutaj x. Malesa myli nieomylność Kościoła z nieomylnością decyzyj dyscyplinarnych i wykraczających poza zakres władzy papieskiej. Nie wiem, czy on rzeczywiście nie zna nauczania dogmatycznego konstytucji Vaticanum I "Pastor Aeternus", czy tylko udaje na doraźny użytek. Już samo określenie "Stolica Apostolska" jest nieostre. Jeśli on ma na myśli wszelkie dokumenty wydawane czy to przez Kurię Rzymską czy przez papieży osobiście, to to zdanie jest ewidentnie nieprawdziwe. Według teologii katolickiej - i też według dogmatycznego nauczania "Pastor Aeternus" - zdefiniowana jest jedynie nieomylność papieża i to jedynie w szczególnych przypadkach aktów magisterialnych jakimi są uroczyste definicje dogmatyczne. Jeśli on ma miesza to czy to z nauczaniem Vaticanum II czy też ze wszystkim, co od tego czasu wyprodukowały urzędy watykańskie, to po prostu oszukuje publiczność. 

Ignorancję teologiczną i równocześnie jego specyficzną mentalność ukazuje zwłaszcza następujący moment: 


Tymczasem do elementarza teologii katolickiej należy rozróżnienie między wymiarem materialnym a formalnym. Zatwierdzenie przez kompetentną władzę jest jedynie elementem formalny katolickości. Istotny i w pewnym sensie bardziej konstytutywny jest aspekt materialny, czyli zarówno zgodność rytu z wiarą katolicką oraz stopień czy doskonałość jej wyrażenia przez dany ryt. Sam aspekt formalny z całą pewnością nie wystarczy do orzeknięcia katolickości. Kościół nie jest sektą autorytarną, gdzie aktualna władza dysponuje prawdą i może są dowolnie zmieniać. Tego x. Malesa widocznie jednak nie ogarnia:


Szczególnie groteskowym sofizmatem jest powiedzenie, że o ciągłości urzędu stanowi to, że jeden papież może zadecydować dokładnie odwrotnie do decyzji swego poprzednika. To jest swoisty szczyt absurdu i zakłamania rzeczywistości. 

W pewnym momencie x. Malesy odkrywa swoje karty, aczkolwiek nie do końca: 


Tutaj charakterystyczne jest to, że nie dostrzega problemu ani u siebie, ani w strukturach Novus Ordo (zarówno diecezjalnych jak też rzymskich), lecz jedynie po stronie FSSPX. Z mojej strony nie muszę chyba udowadniać mojego krytycznego - czyli rozróżniającego - stosunku do tego ostatniego, gdy dowodem jest wiele niniejszych wpisów w temacie. Nie popieram też wmawiania ludziom, że w ogóle nie wolno uczęszczać na liturgię Novus Ordo. Chodzi o uczciwość w widzeniu i ocenie sytuacji. A sytuacja wygląda w ten sposób, iż struktury Novus Ordo po pierwsze nie rozumieją i wolą nie widzieć potrzeby umożliwienia wiernym i kapłanom sprawowania liturgii tradycyjnej, a po drugie są bardzo łase na wszystko, co ten brak zrozumienia i chęci może choćby w sposób bardzo oddalony usprawiedliwić. Innymi słowy: już sympatia dla liturgii tradycyjnej jest według nich conajmniej podejrzana. Dlatego usilne odcinanie się od FSSPX jest mało skuteczne, a nawet praktycznie zupełnie nieskuteczne, czego dowodem jest właśnie haniebny bo kłamliwy dokument "Traditionis Custudes". Zarzekanie się, że chodzi jedynie o subiektywny głos serca, czyli uczucie religijne, świadczy jedynie albo o debilstwie modernistycznym, albo o obłudzie. 

Na szczęście nie zabrakło też mięsa w dyskusji, czyli sięgania do sedna problemu w sporze:


Szkoda, że żadna ze stron, ani moderator nie pociągnął tematu. W każdym razie chybiona jest próba zepchnięcia sprawy w kwestię dobrej czy złej woli. Jak powszechnie wiadomo, człowiek oprócz woli ma też rozum, który powinien panować nad wolą i wyznaczać jej cele. Jest to istotne zwłaszcza dlatego, że rozum katolika powinien być oświecony wiarą w Boże Objawienie. Jeśli czyny nie dadzą się z nią pogodzić, to nie jest to problem woli, przynajmniej nie przede wszystkim. Aczkolwiek wola bierze udział w przyjęciu Bożego Objawienia przez rozum. O tym trzeba mówić, a nie o tym, czy wszystkie kropki są połączone. 

Nie zabrakło też klasyka prymitywnej ideologii pseudokonserwatywnych katolików: 


Chodzi zdanie, które ma swoje źródło w fałszerstwie historycznym znanym pod nazwą Constitutum Silvestri (więcej tutaj), a które trafiło do Kodexu Prawa Kanonicznego, kanon 1404: prima sedes a nemine iudicatur. Tutaj należy zwrócić uwagę przede wszystkim na to, że nie ma mowy o papieżu, lecz o Stolicy św. Piotra. Papieże się zmieniają, Stolica Apostolska trwa. To ona nie może być sądzona przez kogokolwiek, ani przez inne stolice biskupie, ani przez władców świeckich. To jest dość jasna i prosta zasada, gdyż w Kościele - i też ogólnie na ziemi - nie ma władzy wyższej niż Stolica Piotrowa. Z tego jedna wcale nie wynika, jakoby poszczególny papież jako osoba prywatny nie mógłby być sądzony, a to zarówno formalnie - w znaczeniu postawieniu przed trybunałem - jak też w myślach i wyrażaniu ich. Czym innym jest bowiem urząd Piotrowy, a czym innym osoba ten urząd sprawująca. Osoba jest omylna i grzeszna, gdyż tylko urzędowi zapewniona jest trwała nieomylność w znaczeniu trwania prawdziwej wiary, której ten urząd służy. Tak więc x. Malesa popełnia tutaj elementarne błędy logiczne i teologiczne. A jest to typowe dla modnej w Polsce od wyboru Karola Wojtyły mentalności sekciarsko-papalistycznej jako pochodnej sekty wojtyliańskiej, gdzie dana osoba jest wręcz ubóstwiana, czyli stawiana ponad wiarą katolicką nauczaną w Tradycji Kościoła. 

Jak zostać biskupem? Wybór biskupów w historii Kościoła


 W Nowym Testamencie jest mowa o wielorakim sposobie wyboru następców Apostołów:

Dz 14,23 - ustanowienie przez Apostołów
Tt 1,5 - ustanowienie przez ucznia Apostołów
Dz 1,15-26 oraz Dz 6,1-7 - wybór przez losowanie

Za każdym razem odbywało się to w obecności wspólnoty wiernych.

Z czasów poapostolskich, z końca pierwszego wieku mamy świadectwo w pierwszym liście św. Klemensa (44,3), według którego prezbiterzy (wówczas nie było jasnego odróżnienia między biskupami a prezbiterami) w Koryncie byli ustanawiani przez Apostołów lub innych poważanych mężów "wraz ze zgodą całego Kościoła". 

W Didache (15,1) natomiast znajduje się wezwanie do wyboru przez społeczność: "wybierajcie sobie biskupów i diakonów, którzy są godni Pana". Brak jest jednak opisu procedury wyboru. Widocznie nie było jednej, powszechnie ustalonej. 

W Traditio Apostolica (2) przypisywanej biskupowi rzymskiemu Hipolitowi (początek II wieku) widnieje wymaganie, by był święcony na biskupa ktoś, kto jest wybrany przez wszystek lud ("electus ab omni populo"). 

Ta zasada jest zawarta także w powstałych później świadectwach jak Constitutiones Apostolorum oraz Testamentum Domini:

(źródło tutaj)

(źródło tutaj)

W pismach św. Cypriana z Kartaginy (†258) jest wiele wzmianek o udziale całej wspólnoty danej gminy w wyborze biskupa. W jednym z listów (Epistula 55, 8) mówi, że prawowity wybór został dokonany z osądu Boga i Jego Chrystusa, ze świadectwa prawie wszystkich duchownych, z poparcia obecnego ludu, z kolegium starych kapłanów i dobrych mężów ("factus est Cornelius episcopus de Dei et Christi eius iudicio, de clericorum paene omnium testimonio, de plebis quae tunc adfuit suffragio, de sacerdotum antiquorum et bonorum virorum collegio"). 

W innym liście (Epistula 59,5 - CSEL III/2, 672) mówi o osądzie Bożym, o wsparciu ludu i o zgodzie współbiskupów: 


Orygenes natomiast podkreśla wybór hierarchiczny, mówiąc o ustanowieniu przez Mojżesza przywódcy ludu jako swojego następcy (Hom. in Num XXII, 4 - źródło tutaj):


Po uzyskaniu wolności przez Kościół za panowania cesarza Konstantyna Wielkiego (306-337) nie doszło do istotnych zmian w procedurze wyboru biskupów. Gdy wówczas - w pewnej analogii do struktury imperium rzymskiego - doszło do ukształtowania prowincyj kościelnych (metropolij), nabrały one także znaczenia w tej kwestii. 

Sobór w Ankyrze (314) mówi o biskupach, którzy nie zostali przyjęci w diecezjach, w których zostali nominowani, a usiłują objąć urząd biskupi w diecezji innego biskupa, że powinni zostać  usunięci (źródło tutaj):


Na soborze w Arles (314) pojawiła się zasada, że nikt nie powinien konsekrować biskupa sam, lecz przy udziale siedmiu innych biskupów, a przynajmniej trzech: "De his qui usurpant sibi quod soli debeant episcopos ordinare, placuit ut nullus hoc sibi praesumat nisi assumptis secum aliis septem episcopis. Si tamen non potuerit septem, infra tres non audeat ordinare." (canon 20, Mansi II, 473 - źródło tutaj). 

Podobnie mówi Sobór Nicejski I (325), wprowadzając zasadę udziału biskupów danej prowincji kościelnej: "Episcopum convenit máxime quidem ab ómnibus qui sunt in provincia episcopis ordinari. Si autem hoc difficile fuerit, aut propter instantem necessitatem, aut propter itineris longitudinem tribus tamen omnimodis in idipsum convenientibus, et absentibus quoque pari modo decernentibus, et per scripta consentientibus, tunc ordinatio celebretur. Firmitas autem eorum quae geruntur, per unamquamque provinciam metropolitano tribuatur episcopo." (Mansi II, 679 - źródło tutaj)

Te zasady nie usunęły udziału ludu w wyborze, o czym świadczą nie tylko wspomniane już Constitutiones Apostolorum powstałe w drugiej połowie IV w., lecz także św. Ambroży, który został zresztą wybrany przez aklamację. W jednym ze swoich listów pisze, że biskup powinien być wybrany przez wszystkich (Epistula 63,46; PL XVI, 1253 - źródło tutaj):


Z czasem w cesarstwie wschodnim pojawia ograniczenie udziału ludu. Cesarz Justynian I (527-565) w swoim prawodawstwie reguluje w ten sposób, że duchowni oraz zacni świeccy mają przedłożyć metropolicie listę trzech kandydatów, z których ten wybiera najgodniejszego do konsekracji. W praktyce wkradło się wywieranie wpływu czy wręcz nacisków przez władców świeckich, zwłaszcza przez cesarza. W reakcji na to Sobór Nicejski II (787) orzekł, że wybór biskupów dokonany przez władcę świeckiego jest nieważny, zaś ważnego wyboru dokonują jedynie biskupi danej prowincji kościelnej. 

Nieco inaczej wyglądał rozwój w chrześcijaństwie zachodnim. Papież Celestyn I (422-432) sformułował zasadę, że nie należy narzucać biskupa, lecz konieczna jest zgoda i pragnienie duchowieństwa i ludu (PL 50, 434 - źródło tutaj):

Papież Leon I Wielki (440-461) sformułował zasadę, że ten kto na stać na czele wszystkich, powinien być przez wszystkich wybrany źródło 
(Epistula X, 6; PL 54, 634 - źródło tutaj):


Pewnym przełomem było pojawienie się państwa Franków oraz wpływ jego germańskiej cywilizacji na życie Kościoła. Polegał on na ingerencji władzy świeckiej w wyborze biskupów. V sobór w Orleanie (549) przyznał królowi Merowingów prawo udziału w wyborze, właściwie gwarancję, że nikt nie zostanie wyświęcony wbrew jego woli
 ("cum voluntate regis iuxta electionem cleri et plebis"). W praktyce zdarzało się, że królowie samodzielnie mianowali biskupów, co było sprzeczne z prawem kościelnym. Napotkało to na wyraźny sprzeciw ze strony Kościoła, który potępił tę praktykę chociażby na soborze paryskim w 557 r. (kanon VIII, Mansi 9, 746 - źródło tutaj): 


Także papież Grzegorz I Wielki upominał władców, domagając się od nich respektowania praw Kościoła czyli zachowania kanonicznego. Mimo tych napomnień władcy z dynastii Merowingów a następnie Karolingów uzurpowali sobie prawo do desygnowania biskupów, pozostawiając duchownym jedynie udzielenie święceń biskupich. Gdy Karol Wielki (768-814) uważał, jakoby mianowanie biskupów wynikało z powierzonej mu przez Boga władzy, papież Hadrian I (772-795) usilnie go upomniał, by respektował wybory dokonywane kanonicznie, czyli przez duchowieństwo i lud katolicki (Codex Carolinus, źródło tutaj, str. 517):


Syn Karola, Ludwik Pobożny (814-840) zapewnił wobec soboru w Akwizgranie, że biskupi mają być wybierani zgodnie z kanonami prawa kościelnego przez duchowieństwo i lud ze względu na zasługi życiowe oraz wyposażenie w mądrość by przewodzić im (źródło tutaj, s. 397):

To jednak nie powstrzymało na trwałe zapędów cesarzy, którzy poczęli traktować biskupstwa jak swoje lenne księstwa, roszcząc sobie prawo do udzielania pierścienia biskupiego i pastorału (inwestytura) jako atrybutów władzy biskupiej, pozostawiając duchowieństwu jedynie udzielanie samych święceń. Papieże nie zaprzestawali protestowania przeciw tej praktyce, jak chociażby papież Mikołaj I (858-867) w liście do biskupów (Mansi 15, 7 i 350). 

W XI wieku, po wiekach przykrych doświadczeń z wpływem władzy świeckiej na urzędy kościelne, ukształtował się mocny sprzeciw. Dążono nie tylko do przywrócenia starożytnej zasady elekcji przez duchowieństwo lokalne i lud. Wprawdzie jeszcze sobór w Reims z 1049 r. - pod przewodnictwem papieża Leona IX (1049-1054) - zadekretował zasadę, że nikt nie może zostać powołany na urząd kościelny bez wyboru przez duchowieństwo i lud (Mansi 19, 741). W roku 1059 sobór rzymski zarządził, że wyboru biskupa Rzymu mają dokonywać wyłącznie kardynałowie, czyli duchowni, oraz zakazał przyjmowania urzędu kościelnego z rąk świeckich (Mansi 19, 898). Papież Grzegorz VII (1073-1085) nie tylko dekretował zakaz przyjmowania inwestytury z rąk świeckich, lecz w słynnym "Dictatus papae" z 1075 r. wprowadził zasadę, że tylko Biskup Rzymski ma prawo ustanawiania i odwoływania biskupów.  Sobór rzymski w 1080 r. wydał ponadto kanony regulujące powoływania biskupów (Mansi 20, 533). Według nich obsadzanie wakujących stolic biskupich miało się odtąd odbywać pod nadzorem wizytatora wyznaczonego albo przez Stolicę Apostolską albo przez metropolitę. Wizytator miał czuwać nad tym, by wybór został dokonany przez duchowieństwo i lud, z wyłączeniem wpływu władzy świeckiej, a za zgodą albo papieża, albo metropolity. Jeśli by wybór został dokonany wbrew tej procedurze, to został określony jako nieważne kanonicznie i w takiej sytuacji wyboru biskupa miał dokonać albo papież albo metropolita. 

Te starania papieża doprowadziły do ostrego konfliktu z cesarstwem znanego w historii jako spór o inwestyturę. Zakończył się on dopiero po ponad pół wieku dzięki zawarciu tzw. konkordatu w Wormacji w 1122 r. W tej ugodzie cesarz Henryk V (1106-1125) wyrzekł się udzielania insygniów biskupich (pierścienia i pastorału) i zapewnił Kościołowi na terenie swojego imperium wolny od jego wpływów kanoniczny wybór i konsekrowanie biskupów, zastrzegając sobie jednak przyznawanie berła jako insygnium władzy. Natomiast papież - Kalikst II (1119-1124) przyznał cesarzowi prawo obecności podczas wyborów biskupów i opatów na terenie imperium. Ponadto w razie niezgody między stronnictwami cesarz miał mieć prawo do wsparcia wraz z metropolitą i biskupami danej prowincji stronnictwa "zdrowszego" ("sanior pars"), czyli bardziej odpowiadającego zasadom i dobru Kościoła. 

W rok później obradującym I Soborze Laterańskim (1123) omawiano tenże konkordat. Wydano jednak tylko dość ogólny kanon, według którego wolno udzielać sakry biskupiej jedynie temu, kto został kanonicznie - czyli zgodnie z prawem kościelnym - wybrany ("Nullus in episcopum nisi canonice electum consecret"). 

Sobór Laterański II (1139) zakazał ograniczenia grona wybierającego biskupów do kanoników katedralnym, czyli wykluczenia z wyborów reszty duchowieństwa i mnichów. Zakaz obowiązywał pod sankcją anatemy (czyli exkomuniki) i nieważności wyboru. 

Wkrótce po tym soborze, w roku 1140 powstał dokument bardzo ważny dla historii prawa kościelnego, znany pod nazwą "Concordia discordantium canonum" jak też "Decretum Gratiani". Odnośnie do wyboru biskupów podaje on zasadę (opierając ją na licznych źródłach), że wyboru biskupa dokonuje duchowieństwo, zaś ludowi przysługuje jedynie wyrażenie zgody (consensus). To dość szerokie sformułowanie było następnie różnie interpretowane przez poszczególne szkoły kanonistów co do określenia zarówno grona duchownych, którym przysługiwało prawo wyboru, jak też udziału świeckich, czyli ich realnego wpływu na wybór. Następni papieże - Innocenty III (1198-1216) oraz Grzegorz IX (1227-1241) - ograniczyli prawo wyboru do kapituł katedralnych. Odpowiadało to kanonowi 42 Soboru Laterańskiego IV, według którego ma zostać uznany za wybranego ten kandydat, na którego zagłosowała większość albo zdrowsza część kapituły katedralnej ("is collatione habita eligatur, in quem omnes, vel maior et sanior pars capituli consentit"). To niejasne sformułowanie oczywiście nie mogło zapobiec dalszym sporom. 

Doprowadziło to do tego, że coraz częściej zwracano się do Stoilicy Apostolskiej z prośbą o rozstrzygnięcie. W takiej sytuacji papież Aleksander IV (1254-1261) postanowił w roku 1257, że wybory biskupów należą do "causae maiores" i jako takie wyposażone zostają w środek prawny w postaci możliwości apelacji do papieża. Liczebność apelacyj za pontyfikatu Grzegorza X (1271-1276) skłoniła go na soborze w Lyon w roku 1274 do zastąpienie zasady "pars sanior" zasadą większości 2/3 głosów. Jednak to także nie zapobiegło nadużyciom i sporom. Równocześnie nastąpił proces wzmacniania władzy papieży. Już Klemens IV (1265-1268) zarezerwował sobie w roku 1265 prawo nadawania wszystkich wakujących niższych beneficjów kościelnych. Od Bonifacego VIII (1294-1303) znacznie powiększyła się liczba liczby rezerwacyj papieskich co do powoływania biskupów. Jego następca, Klemens V (1305-1314) - zresztą pierwszy papież awinioński - rozciągnął rezerwację na wszystkie wakujące stolice patriarsze, metropolitalne i biskupie. Jan XXII (1316-1334) objął tym wszystkie wakaty powstałe w wyniku działań Stolicy Apostolskiej, niezależnie od sposobu ich zaistnienia, czy to z powodu orzeczenia nieważności wyboru, oddalenia postulacji czy rezygnacji z urzędu na ręce papieża. W końcu Urban V (1362-1370) ogłosił w 1363 roku rezerwację papieską do obsadzania wszystkich patriarchatów, metropolij i biskupstw, niezależnie od sposobu zaistnienia wakatu ("reservatio generalis"). Sprzyjało to niestety nadużyciom tego rodzaju jak udzielanie beneficjów swoim krewnym i zaufanym, co wiązało się oczywiście z korzyściami materialnymi. Otwarło to drogę także do instytucji tzw. biskupów pomocniczych: podczas gdy ordynariusz albo wcale nie zajmował się swoją diecezją, albo jedynie korzystaniem z profitów, pozostawiał on sprawowanie sakramentów swoim podwładnym kapłanom wyposażonym w sakrę biskupią. 

Do pewnego ograniczenia tej zgoła absolutystycznej władzy papieży doszło dopiero dzięki soborom w XV w. i w wyniku konkordatów zawieranych z władcami świeckimi. Sobór w Bazylei (1433) usunął z obiegu prawnego wszystkie szczególne i ogólne rezerwacje, które nie były zawarte w Corpus Iuris Canonici, oraz postulował powrót do wcześniejszej praktyki wyboru biskupów. Równocześnie sobór zakazał pobierania opłat za udzielenie urzędu kościelnego oraz od ubiegania się o beneficjum, co oczywiście odzwierciedla rozpowszechnioną praktykę. 

To nie zakończyło trwającego od wieków ścierania się interesów zarówno papiestwa jak też władzy świeckiej czyli cesarstwa. Jednak obydwie strony widziały potrzebę współdziałania. Tak w roku 1448 doszło do podpisania tzw. konkordatu wiedeńskiego między papieżem Mikołajem V (1447-1455) a cesarzem Fryderykiem III (1440-1493). W tym akcie papież przywrócił kapitułom katedralnym wolny wybór biskupa (tym samym odwołał rezerwacje wydane przez Urbana V), zarezerwował sobie jednak prawo zatwierdzania wyboru oraz obsadzanie wszystkich stanowisk kurialnych ("apud Sedem Apostolicam") tudzież stolic biskupich podległych bezpośrednio Stolicy Apostolskiej (czyli ustanowionych przez papieży, nie przez władców świeckich). Ta rozwiązanie obowiązywało zasadniczo aż do tzw. wielkiej sekularyzacji na początku XIX wieku, gdy to doszło do zerwania dotychczasowych uregulowań w stosunkach między Kościołem a cesarstwem. 

Od XVI w., gdy to zarówno jedność Kościoła jak też cesarstwa została poważnie zagrożona i uszczerbiona, wykształcił się dobry zwyczaj zgodnego współdziałania między papiestwem, lokalnymi strukturami kościelnymi i władzą świecką we wspólnym interesie zachowania wiary katolickiej i państwowości. Zasadniczo wyboru biskupa dokonywały kapituły czy to metropolitalne czy katedralne. Po dokonaniu wyboru następował proces informacyjny o elekcie, prowadzony przez nuncjusza apostolskiego, jeśli był ustanowiony na danym terenie. Procedurę kończyło zatwierdzenie przez papieża oraz udzielenie insygniów władzy przez cesarza. Poza terytorium cesarstwa istniała także praktyka odmienna, sięgająca już XV w., gdy to papieże starający się ograniczyć wpływ postanowień soboru w Bazylei przyznawali władcom świeckim - na zasadzie indultu bądź konkordatu - prawo do nominowania biskupów na ich terytorium. Zasłynął zwłaszcza tzw. konkordat francuski z 1516 r., w którym papież przyznał królowi Francji prawo nominowania opatów i biskupów w jego państwie. To prawo uzyskał z czasem także cesarz austriacki w swoich terytoriach koronnych (Austria, Czechy, Morawy), w Hiszpanii, Portugalii i w koloniach. Podobnie było w księstwach takich jak Sabaudia i Piemont. Dotyczyło to tylko nominowania, gdyż ustanowienia urzędowego dokonywał papież. 

Podobnie było w katolickiej Bawarii od zawarcia konkordatu w 1817 r., w którym papież przyznał monarsze prawo nominowania. Takiego prawa nie przyznawano natomiast władcom niekatolickim. Dlatego w innych częściach Rzeszy niemieckiej nadal wyboru dokonywały kapituły katedralne. Władzy świeckiej zezwolono jedynie na skreślanie z listy kandydatów osób, wobec których zachodziły zastrzeżenia. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 dokonał scentralizowania i ujednolicenia prawa także w kwestii wyboru biskupów. Kanon 329 stanowił, że papież jest wolny w ustanawianiu biskupów, o ile w danym przypadku nie jest związany prawem do prezentowania kandydata przez inne instytucje. W poszczególnych krajach szczegóły były uregulowane przez konkordaty, które niekiedy gwarantowały kapitułom prawo wyboru. Ciekawym przykładem jest konkordat z państwem bawarskim z 1924 roku, według którego papież w sposób wolny ustanawia biskupów, aczkolwiek jest związany listami kandydatów, które episkopat oraz kapituły katedralne dostarczają Stolicy Apostolskiej co trzy lata. W innych częściach Niemiec biskupa wybiera kapituła katedralny spośród trzech kandydatów przedłożonych przez Stolicę Apostolską. Władze państwowe o tyle biorą udział w procedurze wyboru, że organ kościelny - czy to władze rzymskie czy kapituła - zapytuje rząd danego kraju, czy wysuwa zastrzeżenia co do nominata. Ostateczną decyzję podejmuje jednak papież. Podobnie jest w archidiecezji austriackiej Salzburg oraz w szwajcarskich diecezjach Chur, Sankt Gallen i Bazylea. Poza tym na całym świecie papież mianował biskupów w sposób zupełnie wolny, o ile nie było w poszczególnych przypadkach specjalnych uprawnień czy to kapituł czy władzy świeckiej. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r. (can. 377) przejął zasadę wolnego wyboru przez papieża. Mówi jednak o dwóch sposobach nominowania: wolny wybór przez papieża albo zatwierdzenie prawowitego wyboru. W istocie nie stanowi to istotnej zmiany względem poprzedniego prawa. 

Tyle z faktów kanoniczno-historycznych w skrócie. Na ich podstawie należy oczywiście przeprowadzić teologiczną reflexję analityczno-syntetyczną. Skrótowo jej wynik przedstawia się następująco:

1. Od zarania Kościoła aż do czasów współczesnych nie było i nie ma jednolitej procedury wyboru biskupów. 

2. Celem każdej kościelnej procedury było zapewnienie nieskażonego i niewypaczonego przekazywania Tradycji Kościoła w nauczaniu, sakramentach i obyczajach. 

3. Ingerencja papiestwa w wybór biskupów miała ten sam cel i pojawiła się stopniowo jak środek zabezpieczenia tego celu. 

Myślę, że to wystarczy jako podsumowanie. 

Kardynał G. Müller wspiera FSSPX (z post scriptum)


Kardynał G. Müller został przed dwoma dniami zapytany w wywiadzie o stan rzeczy po ogłoszeniu exkomuniki na FSSPX, konkretnie o ważność sakramentów przezeń sprawowanych. Oto jego odpowiedź:


W skrócie: Władza odpuszczania grzechów jest udzielana wraz z sakramentem święceń w stopniu prezbiteratu. Udzielanie jurysdykcji do spowiadania dotyczy jedynie wykonywania tej władzy, czyli reguluje jej wykonywanie, a nie jest jej udzielaniem. Dlatego - według Kardynała - sakrament pokuty udzielany chociażby u prawosławnych jest ważny. Na takiej samej zasadzie - na podstawie ważności sakramentu święceń - jest również ważny, gdy jest udzielany przez kapłanów FSSPX także w sytuacji obecnej. 



Post scriptum

Kardynał tutaj zaprzecza prawu kanonicznemu, zarówno kodexowi z 1917 r. (kanon 872 i 879) jak też z 1983 r. (kanon 966), gdzie jest powiedziane, że do ważności (validitas) absolucji konieczna jest nie tylko władza święceń (potestas ordinis) lecz także jurysdykcja (iurisdictio, facultas), czyli osobno udzielona władza. Te zapisy kanoniczne mają podstawę w dekrecie Soboru Trydenckiego o sakramencie pokuty i ostatniego namaszczenia (z sesji XIV):


Sobór argumentuje tutaj, że z natury i rozumienia sakramentu pokuty jako aktu sędziowskiego wynika, iż absolucja ma tylko wtedy znaczenie (momenti esse), gdy jest udzielana osobie, co do której kapłan ma jurysdykcję czy to zwykłą (ordinaria) czy delegowaną (subdelegatam). W tym znaczeniu kardynał Müller ma rację: jurysdykcja dotyczy wykonywania władzy do udzielania rozgrzeszenia względem wiernych. Natomiast niezgodność dotyczy konieczności jurysdykcji - oprócz władzy wynikającej ze święceń - dla ważności absolucji. Tutaj rzeczywiście należy wziąć pod uwagę, iż Magisterium Kościoła nigdy nie negowało ważności sakramentu pokuty udzielanego przez schizmatyków wschodnich. Jak można to pogodzić? Wygląda na to, że jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie istnienia jurysdykcji, która jest dana wraz z sakramentem święceń, choć jej wykonywanie może zostać ograniczone przez władzę kościelną. Według kardynała to ograniczenie nie niweczy ważności sakramentalnej. To jest pogląd oryginalny, gdyż wydaje się sprzeczny z kodexami prawa kanonicznego. Widocznie jest to jedna z kwestij, które wymagają dalszego opracowania teologicznego. 

Dlaczego FSSPX odrzuciło porozumienie?


W wywiadzie dla włoskiego katolickiego portalu były (i ostatni) sekretarz Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei", abp Guido Pozzo odsłania szczegóły sytuacji, w której w roku 2018 rozmowy prowadzone między ową Komisją a FSSPX - mające na celu osiągnięcie porozumienia teologicznego oraz kanoniczne uregulowanie statusu FSSPX - zakończyły się fiaskiem. W skrócie:

Arcybiskup przypomina, że deklaracja doktrynalna wypracowana wspólnie podczas wieloletnich rozmów z przedstawicielami FSSPX - przewodzonego wówczas przez bpa B. Fellay'a - została ostatecznie odrzucona przez FSSPX, które w międzyczasie przeszło pod prowadzenie x. Davide Pagliarani'ego. Otóż dnia 28 lutego 2018 r. bp Fellay oznajmił, że decyzję co do przyjęcia owej deklaracji podejmie kapituła generalna FSSPX. W jesieni tego samego roku przybył do Rzymu nowo wybrany przełożony FSSPX x. Pagliarani i oznajmił, że nie podpisze deklaracji, gdyż jest niewystarczająca jako odpowiedź na krytykę ze strony FSSPX odnośnie do aktualnej sytuacji Kościoła, oraz iż Rzym powinien odwołać swoje błędy nauczane od Vaticanum II. Innymi słowy: z tego wynika, że na kapitule generalnej FSSPX w 2018 przeważyła frakcja twardogłowych i to w osobie nowego przełożonego. Bardziej ugodowy bp Fellay został odsunięty. To właściwie wyjaśnia przynamniej po części, dlaczego Leon XIV nie chciał się spotkać z x. Pagliarani'm. 

Następnie Arcybiskup podaje istotne elementy owej deklaracji doktrynalnej:

- Zadaniem Magisterium Kościoła jest wyjaśnianie i wyrażanie dokumentów magisterialnych - zarówno Vaticanum II jak i poprzednich - zgodnie z wiarą katolicką oraz odwieczną Tradycją Kościoła, nie w sprzeczności z nimi. 

- Uznanie, że dokumenty Vaticanum II należy rozumieć w świetle całej Tradycji Kościoła i na podstawie stałego Magisterium Kościoła, zachowując możliwość dyskutowania teologicznego co do poszczególnych sformułowań zawartych w dokumentach Vaticanum II, zreformowanej liturgii czy prawa kanonicznego. 

- uznanie ważności sakramentalnej obrzędów liturgicznych sprawowanych prawowicie według ksiąg liturgicznych promulgowanych przez Pawła VI i Jana Pawła II. 

Wobec tego nasuwa się pytanie: dlaczego kapituła generalna FSSPX z 2018 r. ostatecznie odrzuciła tę deklarację?

Ze strony FSSPX nie wydano żadnego oficjalnego wyjaśnienia. Pozostają więc domysły na podstawie znanych publicznie faktów. Myślę, że szczególnie wyjaśniające są wypowiedzi pochodzące zarówno od x. Pagliarani'ego jak też nowo konsekrowanych biskupów, zwłaszcza bpa Goldade, który uchodzi za najbardziej twardogłowego spośród nich. W wypowiedziach x. Pagliarani'ego zarówno ustnych jak też pisemnych nie brakuje deklarowania uznawania autorytetu władz rzymskich z Leonem XIV włącznie. Równocześnie jednak stale pojawia się - mniej czy bardziej wyraźnie - myśl, iż "Rzym jest modernistyczny", a to oznacza ni mniej ni więcej, iż Stolica Apostolska wraz Leonem XIV odpadła od wiary katolickiej, a to z kolei oznacza, że osoby te jako heretycy pozbawione są urzędów kościelnych, a tym samym nie ma papieża. Tą samą myśl wyraził dosłownie abp M. Lefebvre w roku 1988 na dwa tygodnie przed konsekrowaniem biskupów (więcej tutaj). 

Sytuacja jest taka: FSSPX regularnie naucza, iż "Rzym" odłączył się od prawdziwego Rzymu, który był przed Vaticanum II, a równocześnie zaznacza, iż uznaje prawowitość papieży do Leona XIV włącznie, czyli odrzuca sedewakantyzm. Teologicznie nie da się tego pogodzić. Zapewne dlatego właśnie FSSPX stawia na ignorancję teologiczną i pseudoteologiczny bełkot reprezentowany wybitnie przez słynnego Szymona Bańkę. 

Innymi słowy: zachowanie FSSPX nie da się inaczej wytłumaczyć jak tylko kryptosedewakantyzmem, czyli ostatecznie obłudą. Oni wiedzą, że straciliby wielu wiernych, gdyby ogłosiło wprost vacatio sedis. Zapewne nie mieliby wtedy też ani tylu zamożnych sponsorów, ani tyle powołań. Reprezentując sprzeczność teologiczną - czyli głoszenie, że Rzym odpadł od wiary katolickiej ("Rzym stracił wiarę"), a równocześnie uznawanie papieży do Leona XIV - łapie ludzi, którzy są - oczywiście słusznie - oburzeni tym, co się dzieje począwszy od Vaticanum II, oraz szukają bezpiecznej przystani doktrynalnej i liturgicznej, a równocześnie mają słabe bądź żadne pojęcie o podstawach teologii katolickiej. Dlatego FSSPX jedzie na emocjach, wrażeniach i zwodzeniu tych, którzy - zresztą słusznie - uciekają od struktur Novus Ordo, a równocześnie nie są na tyle kumaci teologicznie oraz konsekwentni w myśleniu i praktyce, żeby pójść w sedewakantyzm, którego struktury są o wiele mniej rozwinięte i do tego wewnętrznie skłócone. 

Każdy następny skandal idący z Rzymu oczywiście wzmacnia pozycję FSSPX. Dlatego ono gra na czas i czekało z konsekracją nowych biskupów aż do teraz. 

Co się stało 1 lipca AD 2026 w Écône?


Odpowiedź wydaje się prosta. Wydarzenie jest powszechnie znane. W międzyczasie pojawiły się też następne oficjalne dokumenty oraz liczne komentarze. Nie spotkałem jednak dotychczas syntezy wydarzeń, a otrzymałem kilka pytań w tej sprawie. 

Zacznijmy od samego wydarzenia. Nie będę referował, gdyż przypuszczalnie chyba wszyscy P. T. Czytelnicy widzieli przynajmniej fragmenty, jeśli nie całość. Najpierw zwrócę uwagę na kilka szczegółów, które mogą się wydawać drobne, a jednak są znaczące. Idźmy po kolei. 

Odczytanie przysięgi przez x. Schreiber'a było na poziomie średnio kumatego licealisty. Nawet jeśli nie jest biegły w czytaniu po łacinie, co samo w sobie jest nie do usprawiedliwienia w jego przypadku, to mógł się przygotować do tego odczytania, czego widocznie nie zrobił: 



Po drugie, podczas udzielania Komunii św. dwukrotnie pokazano kapłana, któremu usługiwał w roli ministranta z pateną człowiek świecki w garniturze, podczas gdy kleryk obsługiwał parasolkę. Można pytać, kto wpadł na pomysł takiego rozwiązania. W każdym razie nie świadczy ono ani o przestrzeganiu zasad Kościoła w liturgii, ani nawet o zdrowym rozsądku. 



Po trzecie, znamienna jest także fotka ujęta podczas przygotowań ołtarza, ukazująca, jak kleryk zapala świece ołtarzowe chodząc po ołtarzu. To jest właściwie skandal, nawet jeśli wyniknął on ze złego zaprojektowania ołtarza. Wystarczyło zachować pół metra odległości między tyłem ołtarza a tłem ("ścianą"), by można było tym właśnie z drabiny obsługiwać zapalanie i gaszenie świec. Wystarczyło pomyśleć o tym, że po ołtarzu się nie chodzi, także klerykalnymi stopami, zwłaszcza gdy jest możliwe inne rozwiązanie, a nie "wyższa konieczność"...


Po czwarte, w przebiegu ceremonii jest istotny moment w postaci prefacji przed namaszczeniem głów, gdyż jest prośba o "katedrę biskupią" dla święconych. To wprost przeczy fałszywej teorii, jakoby FSSPX udzielało jedynie biskupią władzę sakramentalną, a nie jurysdykcję (której może udzielić tylko papież):


Wyjaśniam: właśnie z tego powodu tzw. biskupi pomocniczy są zawsze mianowani jako biskupi tytularni, czyli przydziela im się stolicę biskupią historyczną, która obecnie nie istnieje. To jest właśnie zabieg prawny, który zachowuje zasadę związku sakry biskupiej z jurysdykcją. 

W komentarzach pojawiły się krytyczne głosy odnośnie do odpowiedzi na obrzędowe pytanie o mandat apostolski oraz co do przysięgi posłuszeństwa i wierności Leonowi XIV. Dokument odczytany w miejscu przewidzianym na nominacyjną bullę papieską jest w istocie odpowiedzią negatywną, a zarazem uzasadnieniem podjęcia własnej nominacji przez FSSPX. Przy tej okazji sformułowano zarzut wobec władzy rzymskich, który sprowadza się do popadnięcia w apostazję. Z tego właśnie powodu nielogiczne jest przysięganie poddania się temu, który skupia w sobie tę władzę. Logiczne i uczciwsze byłoby orzeczenie, że udzielenie sakry odbywa się z domyślnego mandatu apostolskiego w imię zapewnienia przekazywania wiary, sakramentów oraz hierarchicznej jedności z papieżami "przedsoborowymi", czyli do Piusa XII włącznie. 

Nasuwa się pytanie, dlaczego FSSPX oficjalnie głosi uznawanie "papieży soborowych", a równocześnie de facto nie poddaje się ich władzy, gdyż czyni wszystko zupełnie bez ich woli, a nawet wbrew ich woli. Modlitwa za nich oraz wymienianie ich imienia w kanonie Mszy św. z całą pewnością nie jest w stanie zastąpić realnego, faktycznego poddania się ich władzy. Wszystko wskazuje na to, że powody są pragmatyczne. Gdyby FSSPX ogłosiło, że nie ma papieża, to by z całą pewnością straciło większość wiernych, mianowicie tych, którzy są emocjonalnie przywiązani do papiestwa i nie byliby gotowi żyć w sytuacji vacatio sedis. Drugim powodem jest jest zapewne to, iż ogłoszenie nieuznawania uniemożliwiłoby zachowanie pozorów jedności hierarchicznej z władzą rzymską. Tutaj dochodzimy do kwestii kary, która została ogłoszona nazajutrz po konsekracji, mianowicie 2 lipca. 

Wydano dwa dokumenty: dekret orzekający zaistnienie kary exkomuniki latae sententiae na biskupa konsekratora oraz konsekrowanych, oraz "notę wyjaśniającą". Orzeczenie zajścia kary na biskupów nie jest zaskoczeniem. W dekrecie zawarte jest też wezwanie do kapłanów FSSPX i wiernych, by nie szli za schizmą, która przypisywana jest biskupom w związku z exkomuniką. Problem jest tutaj po pierwsze w utożsamieniu kary exkomuniki ze schizmą. Wynika to z zakwalifikowania udzielania sakry biskupiej bez mandatu papieża jako aktu schizmatyckiego. Tutaj problem jest tego rodzaju, czy jeden akt choćby nawet schizmatycki wystarczy do zajścia schizmy. Można mieć wątpliwości. Po drugie, sens wezwania skierowanego do kapłanów FSSPX i wiernych zależy od zajścia schizmy poprzez dokonanie sakry. 

Fundamentalny problem, w międzyczasie już dość szeroko omówiony w różnych źródłach (np. tutaj), polega na tym, że "nota wyjaśniająca" rozszerza zajście exkomuniki i schizmy na duchownych FSSPX oraz wiernych "formalnie przylegających". Jak zgodnie podają kanoniści, nałożenie czy choćby orzeczenie kary przez "notę wyjaśniającą" jest kanonicznie niemożliwe. Innymi słowy: kanoniczne jest jedynie orzeczenie kary zawarte w dekrecie, nie w "nocie". 

Dlaczego nie ma orzeczenia kary na kapłanów FSSPX i świeckich w dekrecie? Ano z powodu tego, co jest zawarte w stanowisku Papieskiej Rady ds. Interpretacji Textów Prawnych z 1996 r., na które powołują się autorzy dekretu i noty: do orzeczenia przynależności do schizmy konieczne jest spełnienie warunków zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych, a to z natury rzeczy musi zostać wpierw zbadane indywidualnie. Innymi słowy: kanonicznie niemożliwe jest orzeczenie popadnięcie w schizmę kapłanów FSSPX oraz świeckich przywiązanych do ich posługi. 

Nie może być prawdziwe i kanonicznie skuteczne także twierdzenie zawarte w "nocie", że kapłani FSSPX odtąd sprawują sakramenty pokuty i małżeństwa nieważnie. Otóż jurysdykcja została im udzielona na mocy dekretu papieskiego w 2015 r. i przedłużona na czas nieokreślony od 2016 r. Oznacza to, że tylko dekret papieski może tę jurysdykcję wycofać, a nie dekret dykasterii, a tym bardziej nie nota wyjaśniająca. Innymi słowy: owa nota jest kanonicznym bublem bez mocy prawnie wiążącej i oszukiwaniem publiczności. Czy León XIV jako kanonista z wykształcenia tego nie zauważył? A może jednak zauważył i świadomie chce takiego stanu rzeczy, żeby zachować furtkę dla dalszych działań względem FSSPX? Należy mieć na uwadze, że kara exkomuniki i to powiązana z orzeczeniem schizmy oznacza, iż papież nie ma już władzy kanonicznej wobec takiej osoby i że konieczne jest wpierw formalne pojednanie, czyli usunięcie exkomuniki, by mogły zostać podjęte jakiekolwiek kroki kanoniczne względem takiej osoby. Innymi słowy: jeśli by teraz ktoś wpadł na pomysł, by dekretem papieskim jeszcze raz orzec czy to exkomunikę dla całego FSSPX czy choćby odebranie jurysdykcji udzielonej przez Franciszka, to albo będzie to kanonicznie nieważne (jako że skierowane wobec osób już exkomunikowanych), albo będzie oznaczało anulowanie przynajmniej "noty wyjaśniającej" z 2 lipca 2026 r. Innymi słowy: to jest chaos kanoniczny i logiczny typowy dla całego modernizmu, zwłaszcza dla bandy bergogliańskiej, oczywiście w połączeniu z niekompetencją przynajmniej kanoniczną oraz zakłamaniem.   

Tym samym "nota wyjaśniająca" po pierwsze wprowadza w błąd co do stanu prawnego, ma więc znaczenie jedynie psychologiczne. Po drugie, ona właściwie niczego nie wyjaśnia, lecz mąci co do stanu prawnego oraz podjudza do nagonki względem kapłanów FSSPX oraz wiernych świeckich z nimi związanych, a to z powodu bezsilności pod względem kanonicznym, gdyż orzeczenie ich za exkomunikowanych i schizmatyków, które musiałoby być indywidualne, jest praktycznie niemożliwe. 

Doszedł element trzeci, mianowicie wytyczne odnoszące się do tego, jak należy postępować z tymi, którzy chcą wyjść ze schizmy. To zakłada oczywiście przyznanie się do przynależności do schizmy, co bardzo ułatwia postępowanie. Pierwsze owoce już się pojawiły: prowincjał dominikanów w Polsce wydał ostrzeżenie przed działalnością o. Wojciecha Gołaskiego, określając go jako exkomunikowanego i schizmatyka. Dochodzą też wieści z różnych diecezyj, że wierni znani z udzielania się zarówno w duszpasterstwach indult owych jak też lefebvriańskich są wzywani do zerwania z FSSPX pod groźbą orzeczenia o przynależności do schizmy i popadnięcia w karę exkomuniki. Modernistów nie interesują względy kanoniczne, czyli kanoniczna nieskuteczność nałożenia kary przez "notę wyjaśniającą". Oni od dawna czekali na ukaz, który da zielone światło do polowania na tradziuchów-schizmatyków. Możliwość wykupienia się też została określona, a warunkiem przygarnięcia na łono modernizmu jest wyznanie wiary w "sobór" oraz Novus Ordo. 

Wygląda na to, że w Watykanie zatrąbiono do Endlösung na tradziuchach. Do tego zmierzano zresztą od początku pontyfikatu bergogliańskiego, a właściwie już począwszy od abdykacji Benedykta XVI. Moim zdaniem został dlatego zmuszony do ustąpienia, ponieważ nie udało mu się wciągnąć FSSPX do regularnych struktur, a zamiast tego poważnie wzmocnił "tradycjonalizm" w wersji indultowej. Posunięcia Franciszka - najpierw "przemiłosierne" potraktowanie FSSPX począwszy od przyznania jurysdykcji od 2015 r., a następnie jeszcze bardziej "miłosierne" uderzenie w indultowców poprzez perdifne "Traditionis Custodes" - są częścią tej taktyki. Jak już zaznaczałem wielokrotnie od lat, jemu chodziło nie o dobro duchowe wiernych przywiązanych do FSSPX, lecz o wepchnięcie w ramiona FSSPX jak największej części katolików tradycyjnych, by następnie wygodnie ich wraz z FSSPX exkomunikować i tym samym "oczyścić" "Kościół synodalny" z tych, którzy się jemu opierają chociażby w myślach. Obecny moment - czyli podjęta konsekracja biskupów - był do przewidzenia i stał się sposobnością dla realizacji tego planu. 

Jest pewne, że FSSPX - przynajmniej w dużej części - już w latach 80-ych przestało chcieć uregulowania kanonicznego, które by oznaczało faktyczne poddanie się władzy rzymskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami, które stały się naoczne za pontyfikatu bergogliańskiego (Franciszkanie Niepokalanej, diecezja Ciudad del Este w Paragwaju, diecezja Fréjus-Toulon we Francji itp.). Już abp M. Lefebvre prowadził rozmowy w latach 1987-1988 bez przekonania w możliwość kontynuowania swojej działalności w podległości władzom rzymskim. Tak samo zachowywali się jego następcy aż do pontyfikatu Franciszka. Z drugiej strony władze rzymskie nigdy nie były gotowe się zgodzić na działalność FSSPX w takim kształcie, jaki ona miała, czyli wraz z krytykowaniem "soboru" oraz sakramentów Novus Ordo. Maxymalna doza wspaniałomyślności miała miejsce dopóki miał coś do powiedzenia w Watykanie kardynał J. Ratzinger i potem Benedykt XVI. On dążył do stanu takiego, jaki jest w przypadku instytutów podległych nieboszczce Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei", czyli FSSP, ICRSS, IBP itp.: przyznanie prawa do sprawowania liturgii tradycyjnej, w zamian za wyrzeknięcie się atakowania "soboru" i "Novus Ordo". Te warunki są dość logiczne i zrozumiałe, mianowicie z perspektywy utrzymania słynnej "jedności" także ze skrajnymi modernistami: gdyby władze rzymskie nie stawiały takich wymagań wobec tradziuchów, to by zostały oskarżone przez skrajnych modernistów o zdradę "soboru", a to by spowodowało już otwarty bunt i schizmę przynajmniej ze strony takich zamożnych episkopatów jak niemiecki czy usański i kanadyjski. Dziwne, że FSSPX tego albo nie rozumie, albo nie chce rozumieć. Władze rzymskie, jak każda władza, myśli kategoriami ilościowymi: odpadnięcie modernistycznych episkopatów i tym samym zamożnych diecezyj byłoby o wiele boleśniejsze i poważniejsze w skutkach niż ogłoszenie schizmy z tradziuchami. Aczkolwiek jest oczywiste, że także w Rzymie nie brakowało i nie brakuje modernistów, którzy dążą do przekształcenia Kościoła na sposób niemieckiej "synodalności", więc pozbycie się problemu tradziuchów jest dla nich bardzo dogodne. 

Dlatego właśnie zaproszenie wystosowane do FSSPX przez "Tucho" Fernandez'a z lutego bieżącego roku do dialogu teologicznego, jak też wezwanie przez Leona XIV z 29 czerwca do zaniechania sakry zaplanowanej na 1 lipca nie mogło być poważne. Szczególnie groteskowe jest powiedzenie, jakoby papieże doceniali kultywowanie liturgii tradycyjnej oraz formację kapłańską w FSSPX. (Dowodem tego "docenienia" jest los wszystkich tych kapłanów znajdujących się w strukturach oficjalnych, którzy z przekonania sprawowali mniej czy bardziej oficjalnie liturgię tradycyjną i nauczali prawd wiary katolickiej: począwszy od usuwania z parafii, co zwykle oznaczało pozbawienie środków do życia, poprzez wysyłanie do psychologów i psychiatrów, aż do skazania na dożywotny stan nieokreślony, bo ukarać kanonicznie nie było za co, a pozwolić na normalną działalność nie chciano.) Te wszystkie niby zaproszenia i upomnienia tylko gra pozorów na użytek kłamliwej propagandy. Oni wiedzieli, że rozmowy nie mają sensu, gdyż obydwie strony nie chcą porozumienia, skoro FSSPX nie chce się poddać władzom rzymskim, by nie zostać potraktowane jak chociażby Franciszkanie Niepokalanej, zaś władze rzymskie w obecnych tam osobach szczerze nienawidzą nie tylko liturgii tradycyjnej lecz także wszystkiego, co nie pasuje do ich "Kościoła soborowego". 

Jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń?

Wygląda na to, że obecnie w Rzymie nadal nadają ton siły skrajnie modernistyczne wrogie katolikom tradycyjnym. Leon XIV albo do nich należy, albo jest, póki co, pod ich wpływem. Jest dość prawdopodobne, że nie rozumie przywiązania do liturgii tradycyjnej, mimo że musiał ją poznać w dzieciństwie. Być może ma jakiś uraz. Raczej myśli o tej kwestii jedynie w kategoriach posłuszeństwa, a także ilościowo, skoro tradziuchy to tylko "krzykliwa" a znikoma mniejszość rzędu jakichś promili. Równocześnie, jak pokazał w swojej pierwszej encyklice, nie stroni od nowości, a tym samym trzymanie się Tradycji czy to liturgicznej czy też doktrynalnej nie jest dla niego ideałem, mówiąc oględnie. Z takiego punktu widzenia także indultowcy mogą przeszkadzać. Matematyk lubi porządek, a liczą się dla niego bardziej abstrakty niż realia i prawda. Jeśli rachunek końcowy się zgadza, to błędy w rozumowaniu się nie liczą. To pokazały jego posunięcia w sprawie FSSPX: cel pozbycia się problemu "uświęca" posługiwanie się ewidentną nieprawdą. 

Możliwe są więc różne dalsze scenariusze. Po pierwsze, może być tak, że indulty chwilowo odetchną, być może będą nawet chwilami głaskane, choć raczej tylko symbolicznie. Nic nie zwiastuje istotnej zmiany postępowania względem indulciarzy. Obecnie raczej wzmocni się inwigilacja i badanie prawilnomyślności, czyli tropienie "kryptolefebvryzmu", by zbierać dowody na konieczność całkowitego zakazu liturgii tradycyjnej, czyli de facto zepchnięcia szczerych tradycyjnych katolików do "schizmy lefebviańskiej". 

Po drugie, może być tak, że sytuacja będzie stabilizowana w obecnych stanie, czyli liczenie na biologiczne rozwiązanie indultyzmu. Szczerze myślący tradycyjnie katolicy odejdą do "bractwa", a w indultach zostaną mniej czy bardziej niedojrzałe chłopaczki ze zboczeniem paleo-fetyszyzmu, co wcześniej czy później musi skończyć się wymarciem. 

Po trzecie, jest też wariant optymistyczny, choć raczej zbyt optymistyczny, by był realistyczny w niedalekiej przyszłości, aczkolwiek ostatnio właśnie głosy na jego rzecz się nasiliły, mianowicie wezwania ratzingerianów (kard. F. Müller, abp G. Gänswein, bp A. Schneider) do restytuowania statusu liturgii tradycyjnej według motu proprio "Summorum Pontificum" z 2007 r. Te zacne osoby mają oczywiście rację. Póki co jednak nic nie wskazuje na to, by Leon XIV poważnie brał pod uwagę głosy tych osób. On dość wyraźnie słucha niemal wyłącznie bandy odziedziczonej po swoim poprzedniku i nie zanosi się na zmianę. 

Podsumowując:

1 lipca 2026 r. oraz w dni następne - poprzez opublikowane dokumenty - sytuacja stała się bardziej klarowna: władze rzymskie potraktowały ostrzem orzeczenia o exkomunice deklaracje ze strony FSSPX, jakoby ono uznawało władzę Leona XIV i jego "posoborowych" poprzedników. Władze pokazały tym samym, że żądają faktycznej i bezwzględnej podległości, a nie deklaracji. Z kolei FSSPX okazało, że nie zamierza faktycznie poddać się tej władzy, dopóki ona sama nie odstąpi od "soboru" i "Novus Ordo". Nie wiem, czy wierchuszka FSSPX rzeczywiście wierzy w realność tego scenariusza. Pewne jest, że ten, kto w coś takiego wierzy, albo bardzo liczy na spektakularny dziejowy cud, albo utracił kontakt z rzeczywistością. Dla FSSPX bardzo wygodne jest trwanie w obecnej sytuacji: robią, co chcą, i budują sobie sławę jedynych wiernych Tradycji Kościoła katolików, niesprawiedliwie prześladowanych ze wszech stron, mianowicie nie tylko ze strony "modernistycznego Rzymu", lecz także indultowców i sedewakantystów. Rosną w siłę, powoli ale stale. Ten trend raczej się nie załamie, przynajmniej dopóki władze rzymskie nie otworzą znów możliwości rozwoju dla liturgii tradycyjnej w ramach oficjalnych struktur. Jednak modernistom bardziej pasuje monopol FSSPX w liturgii tradycyjnej niż wolność dla niej. Paradoxalnie jest tutaj zbieżność interesów. 

Oczywiście nie można wykluczyć, że to będzie sygnał do następnych prześladowań wewnątrz struktur oficjalnych. Moderniści nie są w stanie zniszczyć FSSPX, dopóki ono im nie podlega. Są oni jednak w stanie niszczyć duchownych i świeckich, którzy są w oficjalnych strukturach. Tu się odbywa heroiczne wyznawanie wiary i autentyczne męczeństwo. I stąd tylko może nadejść odnowa Kościoła. Dlatego właśnie FSSPX usilnie stara się wmawiać zarówno sobie jak też całemu światu, że nie jest poza Kościołem, poza jego widzialnymi strukturami, nawet jeśli władze rzymskie orzekły - czy usiłują orzekać - inaczej. Dla odnowy Kościoła oczywiście byłoby znacznie lepiej, gdyby wszyscy wierzący po katolicku - z sedewakantystami włącznie - nie walczyli przeciwko sobie, lecz ze wspólnym wrogiem, jakim są apostaci modernistyczni na stołkach kościelnych różnych szczebli. 

Dlatego istotne jest docenienie tego, co łączy, mianowicie wiara katolicka. Ona równocześnie oddziela nas od apostatów modernistycznych. To nie wyklucza, lecz wręcz zakłada wzajemne upominanie co do błędów, które uderzają w naszą wiarygodność. To nie upominanie godzi w nią, lecz nieżałowane i niekorygowane błędy. 

Pierwszym i najważniejszym orężem jest umiłowanie prawdy, nawet jeśli godzi ona we własny egoizm. Modernizm buduje na fałszu i kłamstwie, i to są jego główne narzędzia, co widać na co dzień i też w uroczystych dekretach. Nie wolno nam posługiwać się takimi samymi środkami, choć wielu w FSSPX - zwłaszcza z sekty stehliniańskiej - tego nie rozumie. 

Drugim narzędziem jest zdobywanie solidnej wiedzy teologicznej, czego brakuje dość wyraźnie akurat w FSSPX, nawet jeśli ich poziom jest znacznie lepszy niż u absolwentów seminariów modernistycznych. Rzetelna teologia chroni zarówno przed herezjami jak też przed nieroztropnością w praktyce. 

Po trzecie, ćwiczenie się w ofiarności przeciw egoizmowi i szukaniu własnych korzyści (czy to materialnych czy bardziej wysublimowanych jak popularność), także w interesie grupowym. Pod tym względem Kościół szczególnie różni się od wszelkich sekt: w Kościele rządzi prawda i szczera, ofiarna miłość, natomiast w sektach fałsz, zakłamanie oraz interes czy to indywidualny czy grupowy. I to Kościół będzie ostatecznie tryumfował, nawet jeśli doznaje ucisku, a nie jakakolwiek sekta pod jakąkolwiek nazwą czy podszywająca się pod Kościół Chrystusowy. 

W tym znaczeniu 1 lipca wydarzyło się wiele. Nie tylko to, że cały świat zobaczył kapłanów, kleryków i tysiące wiernych przywiązanych do Tradycji Kościoła. Zobaczył także zakłamanie, nawet wręcz perfidię ze strony tych, którzy występują niby ze strony Kościoła. Pewne jest, że człowiek, który z czystym sercem szuka prawdy, dość łatwo rozpozna, komu warto zaufać, kto reprezentuje prawdę Chrystusową. Ostre, a właściwie pokrętne pisma mogą pociągnąć najwyżej tych, których myślenie ogranicza się do kibicowania swoim. 

Oczywiście należy docenić istotny wkład śp. abpa M. Lefebvre'a oraz jego FSSPX w sprawę zachowania Tradycji doktrynalnej i liturgicznej Kościoła. Bez wątpienia FSSPX jest największą i najbardziej prężną organizacją, która stawia sobie taki cel, co wynika zapewne z geniuszu jego założyciela. Historia pokaże, czy istnienie FSSPX jest dowodem na to, że trzymanie się Tradycji jest ważniejsze dla Kościoła niż absolutne poddanie się władzy kościelnej, czy odwrotnie, czyli na to, że to poddanie się władzy jest ważniejsze i niezbędne. A to zależy przede wszystkim od tego, czy i na ile FSSPX stale zachowa wierność dla Tradycji, którą deklaruje i sobie stawia za cel. Do tego nie wystarczy stosowanie tradycyjnej liturgii Kościoła, choć jej porzucenie musi prowadzić przynajmniej do poważnych zawirowań, jeśli nie wręcz do zerwania z Tradycją także doktrynalną, czego jesteśmy świadkami od lat 60-ych i to coraz bardziej. Pewne jest, że FSSPX przetrwa próbę czasu tylko wtedy, gdy trwale zachowa wiarę katolicką nieskażoną i nieskażone sakramenty, nawet jeśli to będzie czynić wbrew woli aktualnych władz kościelnych. Pozostaje jednak pytanie, czy w oderwaniu od aktualnej władzy kościelnej praktycznie możliwe będzie trwałe zachowanie czystej doktryny katolickiej. Czas pokaże.