Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Sprawa Judasza


Sprawa Judasza jest o tyle prosta, że po pierwsze jest "tylko" przypadkiem wolnej woli człowieka, możliwości grzechu i zła na świecie, a po drugie została poruszona już w Piśmie św. 

Odnośne fragmenty Pisma św. są raczej dobrze znane i do nich odwołują się postawione pytania. Dlatego nie ma potrzeby ich tutaj przedstawiać i analizować. 

Pierwsze pytanie dotyczy właściwie wolności człowieka, a raczej stosunku między tą wolnością a wolą Bożą czyli planem Bożym. Innymi słowy: Judasz zdradził nie dlatego, że tak mówiły proroctwa, lecz dlatego, że miał wolną wolę. Fakt wolnej woli Judasza jest taki sam jak fakt wolnej woli każdego człowieka. Możny zadać pytanie: czy Pan Jezus mógł nie powoływać Judasza do grona Dwunastu i tym samym nie dawać mu sposobności do zdrady? Oczywiście mógł. Wtedy byłyby dwie możliwości: albo zdradziłby inny uczeń w miejscu Judasza, albo wydanie Pana Jezusa na śmierć odbyłoby się w inny sposób. To wydanie jest tutaj jedyną koniecznością, gdyż świat po grzechu pierworodnym jest w takim stanie, że odrzucenie Boga w Jezusie Chrystusie musiało nastąpić. A że nastąpiło w sposób radykalnie, dogłębnie podły, to obrazuje stan ludzkości. Jednak jeszcze bardziej ukazuje wszechmoc i miłość, konkretnie w zachowaniu i słowach Pana Jezusa wobec Judasza: "przyjacielu, pocałunkiem zdradzasz...?" (Łk 22,48). Judasz oczywiście w każdej chwili mógł zmienić swoje postępowanie, mógł nawet po zdradzie prosić Pana Jezusa o przebaczenie, jednak popadł w rozpacz, nie wierząc w przebaczenie, a raczej nawet zabrakło mu pokory, bo prosić Pana Jezusa. 

Pytanie drugie dotyczy opętania, jego istoty oraz przebiegu. Ewangelista (Łk 22,3) mówi oczywiście skrótowo i w kontekście. Oznaki jego opętania są podane nie tylko w kontekście samej Ostatniej Wieczerzy i zdrady. Już także jego oburzenie na hojność i miłość wobec Pana Jezusa, w połączeniu ze chciwością i obłudą (J 12, 6) jest dość wyraźną oznaką. Opętanie nie oznacza braku czy wyłączenia wolnej woli człowieka, lecz na tym, że wola człowieka jest zła, że człowiek chce zła a odrzuca dobro. To jest też odpowiedź na trzecie pytanie: opętanie odbywa się stopniowo i dość systematycznie, nie w jakimś nagłym opanowaniu przez szatana. Jedynie objawy opętania mogą być nagłe. 

Czwarte pytanie jest właściwie zawarte w pierwszym. Pan Jezus nie tyle przyjął Judasza jako ucznia, lecz go wręcz wybrał i powołał do grona Dwunastu. Uczynił to po to, by zaznaczyć swoją miłość także do zdrajcy i złoczyńcy, dając nadzieję każdemu, kto jest pod tym względem podobny do Judasza. 

Rozróżnianie duchów



Łk 11, 14-28

Gdy wyrzucał demona, który był niemy, stało się, że gdy demon wychodził, niemy przemówił i tłumy zdziwiły się. 
Lecz niektórzy z nich rzekli: «Przez Belzebuba, władcę demonów, wyrzuca demony». 
Inni zaś, wystawiając Go na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. 
On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: «Każde królestwo wewnętrznie podzielone pustoszeje i dom na dom się wali. 
Jeśli więc i szatan w sobie jest podzielony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam demony. 
Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. 
A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam demony, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, w pokoju jest jego mienie. 
Lecz gdy mocniejszy od niego przychodząc zwycięży go, zabierze całe uzbrojenie jego, na którym polegał, i łupy jego rozda.
Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie, a kto nie gromadzi ze Mną, rozprasza.
Gdy duch nieczysty wyjdzie od człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, a nie znajdując, mówi: “Wrócę do mego domu, skąd wyszedłem”. 
A przychodząc zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. 
Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I rzeczy ostatnie owego człowieka stają się gorsze niż pierwsze».
Gdy On to mówił, jakaś kobieta wydając głos z tłumu powiedziała Jemu: «Szczęśliwe łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś». 
On zaś rzekł: «Bardziej szczęśliwi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je».

και ην εκβαλλων δαιμονιον και αυτο ην κωφον εγενετο δε του δαιμονιου εξελθοντος ελαλησεν ο κωφος και εθαυμασαν οι οχλοι

τινες δε εξ αυτων ειπον εν βεελζεβουλ αρχοντι των δαιμονιων εκβαλλει τα δαιμονια

ετεροι δε πειραζοντες σημειον παρ αυτου εζητουν εξ ουρανου

αυτος δε ειδως αυτων τα διανοηματα ειπεν αυτοις πασα βασιλεια εφ εαυτην διαμερισθεισα ερημουται και οικος επι οικον πιπτει

ει δε και ο σατανας εφ εαυτον διεμερισθη πως σταθησεται η βασιλεια αυτου οτι λεγετε εν βεελζεβουλ εκβαλλειν με τα δαιμονια

ει δε εγω εν βεελζεβουλ εκβαλλω τα δαιμονια οι υιοι υμων εν τινι εκβαλλουσιν δια τουτο κριται υμων αυτοι εσονται

ει δε εν δακτυλω θεου εκβαλλω τα δαιμονια αρα εφθασεν εφ υμας η βασιλεια του θεου

οταν ο ισχυρος καθωπλισμενος φυλασση την εαυτου αυλην εν ειρηνη εστιν τα υπαρχοντα αυτου

επαν δε ο ισχυροτερος αυτου επελθων νικηση αυτον την πανοπλιαν αυτου αιρει εφ η επεποιθει και τα σκυλα αυτου διαδιδωσιν

ο μη ων μετ εμου κατ εμου εστιν και ο μη συναγων μετ εμου σκορπιζει

οταν το ακαθαρτον πνευμα εξελθη απο του ανθρωπου διερχεται δι ανυδρων τοπων ζητουν αναπαυσιν και μη ευρισκον λεγει υποστρεψω εις τον οικον μου οθεν εξηλθον

και ελθον ευρισκει σεσαρωμενον και κεκοσμημενον

τοτε πορευεται και παραλαμβανει επτα ετερα πνευματα πονηροτερα εαυτου και εισελθοντα κατοικει εκει και γινεται τα εσχατα του ανθρωπου εκεινου χειρονα των πρωτων

εγενετο δε εν τω λεγειν αυτον ταυτα επαρασα τις γυνη φωνην εκ του οχλου ειπεν αυτω μακαρια η κοιλια η βαστασασα σε και μαστοι ους εθηλασας

αυτος δε ειπεν μενουνγε μακαριοι οι ακουοντες τον λογον του θεου και φυλασσοντες αυτον



Jednym ze szczególnie modnych słów zarówno w teologii i ogólnie w dziedzinie kościelnej jak też poza Kościołem jest “duchowość”. Mówi się o duchowościach różnych zakonów, o duchowości nowoczesnej i tradycyjnej. W księgarniach z regałem pod takową nazwą znajdziemy często pisaninę o treści ezoterycznej, mniej czy bardziej sprytnie przemyconej. Gatunek jest chodliwy, mimo powszechnych narzekań na generalną tzw. sekularyzację czy wręcz ateizację.

Temat nie jest też wcale nowy, lecz prastary, właściwie sięgający samych początków ludzkości. Właściwie chyba nie ma religii, która by nie znała istnienia i działania istot duchowych, choć różnie pojmowanych, zwłaszcza w oddziaływaniu na człowieka i jego sprawy. Nie dziwi więc, że tematyka znajduje się także w Ewangeliach. Nie dziwi też, że w jego ramach miała miejsce konfrontacja Jezusa Chrystusa ze współczesnymi.

Problematyka rozróżniania duchów jest obecna już na pierwszych kartach Pisma św., w Księdze Rodzaju, i ciągnie się aż do ostatniej księgi – Apokalipsy św. Jana. W biblijnej wizji rzeczywistości, rozróżniającej między Bogiem i stworzeniami, a w obrębie tych ostatnich duchy dobre i złe mają dostęp i wpływ na człowieka, którego istnienie ma wymiar zarówno materialny jak też duchowy. Jezus Chrystus nie tylko był poddany rozróżnianiu duchowemu przez swoich współczesnych, lecz także – to jest właściwy cel tego poddania – dał nam naukę i pomoc ku właściwemu, prawdziwemu rozróżnianiu. Uczynił to przede wszystkim w spektakularnym kuszeniu na pustyni. W dzisiejszej Ewangelii temat jest w odmienny sposób przedstawiony i rozwinięty.

Pierwszą jest kwestia pochodzenia czynów Jezusa, konkretnie dokonanego przez Niego uzdrowienia z mocy demonicznej, która upośledza naturalne zdolności człowieka. Jego wrogowie nie zadali sobie trudu – widocznie wcale nie chcieli sobie zadać – uczciwego zbadania sprawy, lecz użyli pozornego rozróżnienia do bezpodstawnego ataku, bez żadnych racjonalnych przesłanek. Ten mechanizm psychologiczny jest ponadczasowy: gdy kogoś nie lubimy, gdy kogoś uważamy za wroga czy przynajmniej zagrożenie dla naszych interesów czy chociażby samopoczucia czy poczucia własnej wartości, wówczas jesteśmy mniej czy bardziej skłonni umiejscowić tę osobę po stronie zła, w języku religijnym po stronie złych mocy duchowych, nie zważając czy zbyt mało zważająca na naturę sprawy i czynów danej osoby. 

Inni świadkowie działania Pana Jezusa byli rozsądniejsi, domagając się “znaku z nieba” na poświadczenie i potwierdzenie Jego boskiego posłannictwa. Oczywiście Zbawiciel nie uczynił znaku na zawołanie, lecz zaapelował do zdrowego rozsądku i racjonalnego namysłu, gdyż to jest normalna, zasadnicza droga człowieka do prawdy. Jednak akurat to podejście ludzi zostało na zawsze zachowane w Kościele, głównie w procedurach kanonizacji oraz oceny tzw. prywatnych objawień. Nie chodzi przy tym o żądanie znaków, regularnie odrzucane przez Zbawiciela, który wszak właśnie czynił wiele cudów, w tym także największy cud, jakim jest Zmartwychwstanie. Religia objawiona jako pierwsza i właściwie jedyna charakteryzuje się także widzialną ingerencją Boga w historię, jak w cudownym wyprowadzeniu Izraelitów z Egiptu, poprzez wiele znaków zdziałanych przez proroków, aż do działalności Jezusa Chrystusa, Apostołów i Kościoła aż po nasze czasy. Tak więc oczekiwanie cudów należy poniekąd do logiki naszej religii, aczkolwiek nie jako żądanie w znaczeniu wystawiania Boga na próbę, jak w kuszeniu szatańskim wobec Jezusa, lecz w prośbie i pozostawieniu Panu Bogu wyboru co do czasu, rodzaju i sposobu działania. 

Pewne jest, że Pan Bóg każdemu i w każdym czasie daje wystarczające i czytelne znaki, które wskazują na Jego prawdę i wolę. Reszta jest zadaniem dla człowieka, który powinien posługiwać się daną mu przez Stwórcę zdolnością rozumowania. Ta czynność musi się opierać na pewnych przesłankach zarówno objawionych jak też naturalnych.

Główną, fundamentalną zasadą jest jedność i spójność działania Bożego. Bóg działa zawsze jako ten sam, począwszy od stworzenia, poprzez dzieło Zbawienia, aż do skończenia świata i Sądu Ostatecznego. Sama znajomość prawd religii nie wystarcza, lecz konieczne jest ich zastosowanie w konkretnym razie. Do tego konieczna jest dobra wola i niezbędna doza obiektywizmu, czyli gotowość do dystansu wobec własnych przywiązań emocjonalnych. Dlatego Pan Jezus wzywa swoich wrogów do refleksji i szczerej oceny w zestawieniu z czynami ich “synów”, co do których zapewne mieli dobrą wolę.

Następną naczelną zasadą jest boska godność i moc Jezusa Chrystusa. Wszystko ma być mierzone zgodnością z Jego słowem i działalnością. To właśnie oznacza bycie z Nim. Równocześnie swoją działalność Pan Jezus nazywa “zbieraniem”, czyli gromadzeniem, jednoczeniem. Chodzi oczywiście o jedność z Nim, czyli Bogiem, który się nie zmienia, jest stale ten sam i taki sam. Nie może być prawdziwego “zbierania” bez Niego. Wszelkie inne łączenie, to znaczy jednoczenie bez Niego czy wbrew Niemu jest rozpraszaniem, mimo pozorów jedności. Tylko sam Bóg, który jest prawdą, ma moc jednoczącą. Nie ma i nie może być jedności bez Niego i wbrew Niemu. Wykazują to wszystkie przykłady takowych prób w dziejach ludzkości, zarówno te zapisane w Piśmie św. jak też znane z nowszej historii.

Rozróżnianie duchowe nie jest abstrakcją czy jakąś czystą teorią, lecz konkretną diagnozą. Dlatego konieczna jest znajomość i zważanie na typowy sposób działania złego ducha. Uwolnienie od jego ataku nie jest jednostkowym dokonaniem raz na zawsze. Konieczna jest stała czujność. Pan Jezus mówi o stanie tych, którzy oczyszczeni duchowo czują się pewni siebie i bezpieczni, podczas gdy są szczególnie atrakcyjnym obiektem zainteresowania demonów. Upadły grzechowo anioł zachował wyczucie piękna duchowego, aczkolwiek żywi doń nienawiść wynikającą z grzechu głównego zazdrości. Jezusowe porównanie do zamieszkania jest typowe dla Ewangelii: wszystkie dokonane przez Niego exorcyzmy odbywają się na zasadzie wyrzucenia z miejsca przebywania, którym stał się dla złego ducha człowiek. Podstawą jest tutaj porządek stworzenia: duch wchodzi w materię jako czasoprzestrzeń bądź z niej wychodzi. Jako byt wyższy od materii ma nad nią pewną władzę. W przypadku człowieka dochodzi istnienie jego duszy duchowej, która jest jakby konkurentem i przeszkodą dla złego ducha, który oczywiście chciałby sam zawłaszczyć ciałem, co jest możliwe jedynie przez opanowanie i podporządkowanie sobie duszy człowieka. Jako istoty bytowo wyższe duchy złe mogą mieć i faktycznie mają – w różnym stopniu w zależności – wpływ na zmysłowe i cielesne władze człowieka, nawet jeśli jego dusza nie jest im oddana. Tą dziedziną rządzą proste prawidła, nawet jeśli konkretne przypadki są zwykle dość skomplikowane.

Zakończenie dzisiejszej perykopy tylko z pozoru nie pasuje do kontextu. Podając całość zdarzenia dla zupełności, zawiera ono w sobie treść i pouczenie właśnie w tej tematyce. Ten fragment jest z reguły używany – zwłaszcza przez przeciwników katolickiej pobożności maryjnej – jako argument na rzekomo chłodny stosunek Pana Jezusa do Matki. Kobieta, która wypowiedziała pochwałę i uwielbienie Matki Jezusowej, była narzędziem pouczenia dla nas. Każda normalna kobieta nosi w sobie instynkt macierzyński, który jest tak silny, że myśli ona w jego duchu właściwie nieustannie. Nawet chociażby podświadomie wczuwa się jakby w odczucia matki, w okolicznościach zarówno przykrych jak i radosnych. Głos tej niewiasty nawiązuje – raczej bezwiednie – do wcześniejszego Jezusowego wskazania na “synów” słuchaczy. W ich wypadku ludzkie rodzinne przywiązanie miało być pomostem ku przezwyciężeniu uprzedzeń wobec Jezusa. Tutaj natomiast Pan Jezus wskazuje na istotę postawy Swej Matki, którą tym samym stawia jako wzór: istotne jest słuchanie słowa Bożego i jego zachowywanie, coby nie było jedynie przelotnym wrażeniem czy przeżyciem, lecz stałym wyznacznikiem. To stanowi zarazem właściwą broń przed zakusami złego ducha.

Marija jest mistrzynią i nauczycielką tego słuchania i zachowywania. Pismo św. wzmiankuje o tej postawie w momentach dla Niej przykrych, bolesnych czy przynajmniej zapowiadających cierpienie. Dla Niej słowo Boże oznaczało błogosławieństwo, pełnię łaski, jedyne w historii ludzkości wyjątkowe wyróżnienie, a równocześnie zadanie, posłannictwo, które jak u każdej matki, a tu szczególnie i nieporównywalnie oznaczało boleść i to właściwie bez żadnych zaszczytów. Jej jedyną radością była tajemnica Syna, której się wystraszyła nie tylko przy zwiastowaniu, lecz która aż do końca napełniała Ją świętą bojaźnią Bożą. W ten sposób wypełniła się zapowiedź Protoewangelii z Księgi Rodzaju: “Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, między potomstwo twoje a potomstwo jej. Ono zmiażdży ci głowę…” (3, 15).

Jest dość prosta reguła, sprawdzona i wyraźnie wypowiedziana przez wielu świętych Pańskich: miłość do Matki Zbawiciela jest potężnym orężem w walce ze złym duchem i zarazem wyraźnym znamieniem tych, którzy podążają za Chrystusem. To się sprawdza regularnie, aczkolwiek nie chodzi przede wszystkim o zewnętrzne okazywanie czci, lecz o wewnętrzną cześć, która zawsze oznacza duchowe przejęcie i naśladowanie.

Czas Wielkiego Postu to też czas maryjny. To z Nią właśnie, Królową boleści, rozpamiętujemy Mękę i Śmierć Jej Syna. Powinniśmy to czynić nie jedynie z ckliwości i współczucia, lecz w postawie wsłuchiwania się w słowo Boże z gotowością pójścia za nim na wzór Maryi: “oto ja służebnica Pańska”. Jej odpowiedź, dana nie tylko słowami lecz całym wolnym od grzechu życiem, jest zmiażdżeniem szatańskiego “non serviam” – “nie będę służył”. To było i jest służenie nie sobie, nie swoim interesom, nawet pod pozorem służenia bliskim czy bliźnim, lecz służenie Bogu według Jego planu i zadań przez Niego wyznaczonych. W ten sposób każdy z nas może i powinien być narzędziem dla palca Bożego.


"Synodalna" formacja seminaryjna


O ile mi wiadomo, chodzi o jeden z postulatów "synodalnych", które są wynikiem obrad jednej z grup roboczych powołanych przez Franciszka. Grupa pod kierownictwem skrajnie bergogliańskiego i skrajnie progejowskiego kardynała z Madrytu Cobo Cano, który raczył już swoich seminarzystów progejowską propagandą (więcej tutaj), wydała jakby wytyczne do rewizji i przerobienia tzw. ratio fundamentalis czyli ogólnokościelnych zasad kształcenia duchownych (źródło tutaj). 

Najpierw uwaga ogólna co do obecnie modnego hasła "synodalność". Synodalność w znaczeniu  zgromadzenia biskupów dla umówienia i ustalenia niejasnych kwestij sięga czasów apostolskich (tzw. sobór jerozolimski) i starożytnych (sobory lokalne oraz powszechne począwszy od Soboru Nicejskiego I w 325 r.). Greckie określenie "synodos" odpowiada łacińskiemu "concilium" i polskiemu "sobór". Dopiero z biegiem czasu zaczęto w obrębie katolicyzmu terminologicznie odróżniać między "soborem powszechnym" ("concilium oenumenicum", po grecku "oikoumenike synodos") czyli zgromadzeniem biskupów z całego świata, a synodem w znaczeniu zgromadzenia kościelnego o charakterze lokalnym. Jeszcze większe zamieszanie poięciowe nastąpiło wraz z powołaniem "synodu biskupów" przez Pawła VI, zwoływanego co jakiś czas potem także przez Jana Pawła II i jego następców, który był właściwie jakby "małym soborem", gdyż uczestnikami byli przedstawiciele konferencyj biskupów z całego świata (a nie wszyscy biskupi jak w przypadku soboru właściwego). W synodach lokalnych brali udział z natury rzeczy nie tylko biskupi lecz także duchowni niższych stopni. Po Vaticanum II system gremiów doradczych a z czasem też decyzyjnych rozszerzono na parafie tworząc tzw. rady parafialne, w Polsce nazwane dość debilnie i skrajnie modernistyczne "radą duszpasterską", jakoby rada miała się zajmować duszpasterstwem, a nie kapłani. Na tzw. Zachodzie doprowadziło to do gremiokracji na użytek skrajnych modernistów, którzy forsowali skrajne nadużycia zwłaszcza liturgiczne powołując się na swoje gremia parafialne (rada parafialna, wyłoniona przez nią tzw. komisja liturgiczna). Ten obłudny, właściwie sowiecki model - przećwiczony na poziomie krajowym przez niemiecką tzw. "Drogę synodalną" - przejęła dość bezpośrednio ekipa bergogliańska dla przeforsowania dalszej dewastacji ustroju, nauczania i praktyki Kościoła. Sedno taktyki jest to samo co w rewolucji roncalliańsko-montiniańskiej z lat 1960-ych: przejęcie starego pojęcia synodalności, zafałszowanie go oraz użycie dla strukturalno-doktrynalnego przewrotu wewnątrz Kościoła. Zacementowaniem tego przewrotu miał być pontyfikat bergogliański przez utworzenie stałych mechanizmów nowej "synodalności" na poziomie ogólnokościelnym po to, by odgórnie nakazać fałszowanie nauczania i praktyki Kościoła aż do poziomu parafialnego i tym samym zniszczyć czy przynajmniej unieszkodliwić resztki katolicyzmu jeszcze tlące się na niektórych parafiach. 

W przeróbce "ratio fundamentalis" czyli ogólnego regulaminu kształcenia seminaryjnego chodzi o to, by przyszłych kapłanów tresować na potulnych i spolegliwych sługusów gremiów parafialnych i diecezjalnych. Tym samym mają zostać wyeliminowani mężczyźni myślący samodzielnie po katolicku i tym samym potencjalnie bądź realnie zagrażający aparatowi modernistycznemu w jego do spodu bezwzględnej rewolucji. 

Takie formowanie musi oczywiście być sprzężone wszechstronnie z permanentną rewolucją, także w jej gałęzi feministycznej. Feminizm głosi godność i niezależność, a sprowadza się do bycia narzędziem zniewolenia zarówno niewiast jak i wychowywanego przez nie potomstwa. Nie trzeba udowadniać, że niewiasty są generalnie bardziej podatne na różnego rodzaju manipulacje, co widać chociażby w uleganiu nawet durnym i antyestetycznym modom, choć oczywiście zdarzają się wyjątki mężnych niewiast. Zniewieściała uległość i tym samym odmężczyźnienie ma być też wpajane kandydatom na kapłanów. Istotne początki już zostały dokonane przez:
- daleko posuniętą feminizację zawodów wychowawczych i edukacyjnych
- daleko posuniętą feminizację w liturgii Kościoła (śpiew, lektorki, nawet służba liturgiczna i szafarki Komunii)
- ostatnimi laty bergogliańska feminizacja głównych urzędów watykańskich posunięta aż do bezczelnie absurdalnej sytuacji tzw. dykasterii ds. zakonów, gdzie "prefektem" jest zakonnica a jej sekretarzem jest kardynał.
Celem tych zabiegów jest pozyskanie niewiast - rzekomo dotychczas niedocenionych i uciskanych - na użytek radykalnego i dogłębnego przewrotu doktrynalno-strukturalnego w Kościele. To jest plan iście szatański. 

Tym niemniej należy zachować spokój. Kościół nie runie od tego, że niewiasta będzie wykładała np. język obcy w seminarium. Gorzej by było z przedmiotami teologicznymi, gdyż to by oznaczało dalsze pogłębienie zapaści w nauczaniu teologii, która ze swej natury musi być racjonalna, trzeźwa i odważna, nie uczuciowa i bezkrytyczna. Aczkolwiek w obecnym stanie trudno sobie wyobrazić głębszą zapaść niż ta, która jest już dokonana rękami modernistycznych mężczyzn. 

Oczywiście dalszy tego typu proces spowoduje jeszcze pomniejszenue liczbę seminarzystów, o co zresztą też chodzi, gdyż moderniści już dość otwarcie dążą do święcenia żonatych i kobiet przynajmniej - tymczasowo - tylko do diakonatu. Nie da się jednak wyrugować ani wiary katolickiej, ani racjonalnego myślenia po katolicku, ani nie uda się stłamsić czy wyrugować natury ludzkiej i tym samym różnicy płci oraz ich specyficznych właściwości. Będzie to oznaczało większe powodzenie seminariów tradycyjnych, począwszy od indultowych, poprzez lefevbriańskie aż do sedewakantystycznych. Tym pierwszym można wprawdzie teoretycznie narzucić kwotę żeńskich wykładowców, jednak możliwe są też mechanizmy obronne przynajmniej w pewnym zakresie. 

Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa szaleństwo modernistyczne. Miejmy nadzieję, że już niedługo. Wydaje mi się, że pokolenie obecnej młodzieży doczeka lepszych czasów w Kościele niż obecne. Nawet jeśli dojdzie do oficjalnego rozłamu, którego zresztą nie chcą ani moderniści ani umiarkowani konserwatyści. Ci pierwsi chcą oczywiście zawładnąć umysłami katolików do spodu i bez reszty, co im się na pewno nie uda. 

Co więc począć? Po pierwsze, kształcić się w prawdziwie katolickiej teologii choćby nawet prywatnie w domu. Po drugie, starać się o szczere życie duchowe i sakramentalne. Po trzecie, łączyć się w grupy i środowiska dla tych dwóch pierwszych celów. To jest przygotowywanie pewnego zwycięstwa katolicyzmu, które nie musi być liczbowo-statystyczne, ale na pewno będzie jakościowe pod względem intelektualno-duchowym. 

Co robić dla ratowania małżeństwa?


Ponieważ problem opowiedziany tutaj jest dość typowy, zdecydowałem się odpowiedzieć publicznie, na co jest zgoda P. T. Autorki, jak widać. 

Przede wszystkim dobrze, że Pani szuka pomocy zarówno psychologicznej jak też duszpasterskiej. Najgorzej byłoby zamknąć się w sobie ze swoimi problemami. 

Drugi istotny pozytywny element, to trzymanie się wiary katolickiej i sakramentów. Dobrze by było, gdyby to miało miejsce po obydwu stronach, gdyż wówczas szanse na uratowanie małżeństwa byłyby znacznie większe. 

Po trzecie, dobrze że myśli Pani nie tylko o swoim dobru i komforcie, lecz także o dobru dzieci i męża. To jest bardzo ważne i również trzeba by, by to miało miejsce także ze strony małżonka. Nie chcę go podejrzewać czy oceniać, ponieważ go nie znam. Znam sprawę tylko z Pani strony. Tutaj potrzebne jest poznanie widzenia sprawy przez obydwie strony. Oczywiście nie podejrzewam Panią o zamierzoną stronniczość czy nierzetelność opisu. Chodzi o to, że spojrzenie w sprawach osobistych zawsze jest w dużej mierze subiektywne, nawet jeśli jest jak najbardziej uczciwe i dobroduszne. 

Dlatego do możliwie skutecznej porady konieczne byłoby wysłuchanie także spojrzenia małżonka, najpierw osobno, potem także rozmowy w trójkę. Do tego oczywiście konieczna jest przynajmniej zgoda małżonka. 

Z opisu wynika, że małżonek raczej nie ma chęci ratowania pożycia małżeńskiego. I to jest największy błąd i przeszkoda. To nie oznacza, że to ma być powód dla Pani do takiej samej postawy. 

Leczenie także w tego typu sprawie należy zacząć od przyczyny, nie od objawów. 

Jak wynika z opisu, sama Pani zdaje sobie sprawę, że dość istotnym czynnikiem jest tutaj różnica kulturowa między Wami. Małżeństwa mieszane pod względem kulturowym zawsze są poważnie ryzykowne, zwłaszcza jeśli chodzi o pochodzenie z obszaru islamskiego. Nawet jeśli w tym wypadku małżonek nie pochodzi z rodziny całkowicie tureckiej, to jednak nosi w sobie wiele z kultury ojca, co jest typowe w przypadku mężczyzny. 

Problemy, które Pani wspomina, są po części błahe (zniszczona czapka, zmiana sylwetki). Jeśli urastają do problemu życiowego, to jest to przejaw problemów głębszych, które są przykrywane tematami zastępczymi. Należy więc sięgnąć do właściwego problemu czy problemów. Jeśli sami nie jesteście w stanie tego zrobić, to potrzeba osoby trzeciej, która po pierwsze z racji swojej pozycji (jak członek rodziny, kolega z pracy itp.) nie jest stronnicza i po drugie ma zaufanie choćby minimalne ze strony obojga. 

Małżeństwo jako relacja nigdy nie jest i nie może być statyczne, jeśli ma być trwałe. Wynika to z tego, że żaden człowiek nie jest statyczny, gdyż codziennie dokonuje wyborów, które kształtują nie tylko nawyki lecz także osobowość, oczywiście w pewnych ramach, lecz dość znacznie, a nawet istotnie. Innymi słowy: samego siebie i drugiej osoby uczymy się stale, więc musimy się uczyć stale na nowo także relacji, zwłaszcza małżeńskiej, gdzie chodzi także, a nawet przede wszystkim o dobro dzieci, aczkolwiek bez odcinania czy lekceważenia dobra małżonków. 

To równocześnie daje nadzieję. Każdy człowiek może i powinien dojrzewać do końca życia. Małżeństwo jest szczególną, najbardziej naturalną szkołą dojrzewania. 

Tutaj konieczne jest poznanie i docenienie swoich dobrych cech, zdolności i umiejętności, ale także swoich słabości, niedoskonałości i grzechów. I tak samo w odniesieniu do współmałżonka. Życie niesie ze sobą wiele zranień, które wynikają zwykle z emocyj, są nieprzemyślane, w pewnym sensie nawet niechciane przynajmniej po namyśle. Przebaczenie polega na tym, żeby dać sobie nawzajem szansę, nawet jeśli trzeba poczekać na dobrą wolę drugiej osoby. 

Pod względem kościelno-prawnym możliwa jest separacja, nie rozwód. Separacja jest po to - jak wszystko w Kościele - by w pewnym koniecznym dystansie po jakimś czasie być w stanie rozpocząć na nowo, choćby małymi krokami. Emocje mają to do siebie, że z czasem słabną. Dotyczy do emocyj zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Stąd się biorą kryzysy zakochania, ale także możliwość budowania relacji na nowo. To jest ważne zarówno dla własnego dojrzewania życiowego jak też dla kształtowania i dojrzewania osobowości dzieci. 

Rozwód nie jest rozwiązaniem, nawet w połączeniu z kościelnym orzeczeniem nieważności małżeństwa. Nieważność małżeństwa nie przywróci dzieciom rodziny i nie wymaże lat spędzonych razem w chęci bycia małżeństwem i rodziną. 

Dlatego zachęcam do ratowania relacji, oczywiście na miarę możliwości w obecnej sytuacji. Wspomniała Pani o przyjaźni i rozczarowaniu. Także przyjaźń można uleczyć i odnowić. Warunkiem jest jedynie dobra wola obustronna. W pewnym sensie jesteście "skazani" na jakiegoś rodzaju przyjaźń ze względu na dzieci, nawet jeśli obecnie nie jest możliwe pożycie małżeńskie. 

Widzę w Pani opisie dużo zdrowego rozsądku, trzeźwego spojrzenia, mimo ciężaru sytuacji i zranień. To jest bardzo dobry znak i fundament ratowania małżeństwa. 

Włączam Was do modlitwy i pozostaję do usług, jeśli będzie taka potrzeba. 

Kiedy wojna jest sprawiedliwa?


Temat należy do klasyki katolickiej doktryny politycznej. Literatura przedmiotu jest dość bogata. Można ją dość łatwo znaleźć. Dlatego ograniczę się do skrótowej odpowiedzi. 

Przez wojnę rozumiemy podjęcie środków zbrojnych, czyli ludzkich sił zbrojnych wraz z uzbrojeniem zdatnym do stosowania przemocy wobec rzeczy i osób, wraz z możliwością ich zabijania. 

W katolickim rozumieniu wojna sprawiedliwa nie jest tożsama z wojną defensywną, czyli polegającą jedynie na odpieraniu zbrojnej napaści wroga. 

Według doktryny katolickiej, opartej zresztą na etyce klasycznej, muszą być spełnione następujące warunki, by można było uznać wojnę za sprawiedliwą:

1. Zagrożone musi być poważne dobro zbiorowe, czy to duchowe, czy materialne, czy też obydwa równocześnie. Przykładem jest niepodległość narodu i państwa, dająca pewną gwarancję bytu i rozwoju pod względem zarówno duchowym jak też gospodarczym czyli materialnym. Pod względem duchowym wystarczy, gdy dobro ma charakter w znaczeniu prawa naturalnego, jak np. dobrostan i bezpieczeństwo rodzin, dzieci, chorych, niepełnosprawnych, także rozwój i postęp naukowy, kulturowy. Te wartości muszą być zgodne z prawem naturalnym, czyli z porządkiem etycznym poznawalnym rozumowo. 

2. Wyczerpane zostały pokojowe środki zażegnania zagrożenia dla tych dóbr, jak np. ochrony życia narodu czy jego części, czy też jego tożsamości zgodnej z prawem naturalnym. 

3. Stosowane mogą być jedynie środki adekwatne do osiągnięcia takiej ochrony, a nie dążące zasadniczo do unicestwienia wroga w jego bycie zbiorowym czy narodowym, chyba że ten byt stanowi zagrożenie. Ten ostatni przypadek ma miejsce wtedy, gdy dany wrogi naród czy społeczność cechuje ideologia (czy "religia"), w skład której wchodzi dążenie do unicestwienia czy zniewolenia innych narodów. Wówczas oczywiście należy najpierw dążyć do oddzielenia od takiej ideologii. Sprawa jest oczywiście delikatna i taki cel jest trudny do osiągnięcia. 

Jak widać, prawidłowa ocena zależy od wielu danych, które raczej rzadko są publicznie i powszechnie znane, aczkolwiek są takie przypadki. 

Przykładem wojny sprawiedliwej są tzw. krucjaty, czyli wyprawy wojenne narodów chrześcijańskich podjęte dla obrony i ochrony życia chrześcijan w Ziemi Świętej, bestialsko mordowanych i uciskanych przez muślimów. Jeśli zdarzały się nieetyczne zachowania czy może nawet okrucieństwa ze strony uczestników wypraw krzyżowych, to nie należą one oczywiście do wojny sprawiedliwej, nawet jeśli zostały popełnione w związku czy przy okazji wojny sprawiedliwej jaką była krucjata. 


Dla kogo jest Komunia św.?


Warunki przyjmowania Komunii św. są dość jasno określone w każdym katolickim katechiźmie. Nie jest to więc ani kwestia opinii jednego duchownego czy nawet jednego sprawującego urząd papieski. Także papież nie ma prawa zmieniać tych warunków, które są jasno określone przez Tradycję Kościoła wespół z Pismem św. A jest to właściwie jeden warunek: stan łaski uświęcającej w połączeniu z wierzeniem po katolicku w odniesieniu do sakramentu Eucharystii, oraz wolność od kar kościelnych (jak interdykt i exkomunika). 

Problem polega na tym, że Franciszek - dokładnie biorąc - nie zanegował tych warunków, lecz wypowiedział się w sposób taki, jakby je podważał co do istoty. Wiadomo, że także ktoś będący aktualnie w stanie łaski uświęcającej jest grzesznikiem narażonym na pokusy i tym samym na utratę tego stanu. Święci uważali siebie za grzeszników i niegodnych przyjmowania Komunii św. Natomiast wypowiedź Franciszka może być tak interpretowana, jakoby stan łaski uświęcającej nie był koniecznym warunkiem, a to jest herezja dyscyplinarna oraz podżeganie do świętokradzkiego przyjmowania Komunii św. 

Czy satyra jest grzechem?

 


Także mówienie żartów i satyra podlegają ogólnym zasadom moralnym co do używania mowy. Główne zasady to
- prawdziwość, czyli wyrażanie i przekazywanie prawdy, 
- ukierunkowanie na dobro moralne, czyli celowość moralna. 

W pierwszym aspekcie sprawa może się wydawać trudna i złożona. Tutaj należy owszem wziąć pod uwagę "rodzaj literacki" żartu i satyry, czyli specyficzny sposób wyrażania myśli. Jednak także ten rodzaj mowy nie zwalnia z moralnego obowiązku trzymania się prawdy i podawania jej. A jest oczywiście możliwe. 

Nieodzownym - i równocześnie koniecznym do spełnienia - warunkiem jest także cel moralny. Ośmieszenie kogoś czy raczej danego zachowania czy postępowania może i powinno dążyć do tego, jeśli ma być moralne. Pamiętać należy, że respektowana powinna być godność danej osoby, a to należy rozumieć nie jako unikanie wskazania na zachowania czy cechy niemoralne i naganne lecz jako odróżnianie między niemoralnym zachowaniem czy postępowaniem danej osoby a jej zdolnością do poprawy i moralnej postawy, nawet jeśli dana osoba może to odebrać jako poniżenie czy upokorzenie. Nie należy mylić odczucia od stanu faktycznego. Jeśli np. ktoś mi zwraca uwagę na błędy czy grzechy, to jest to emocjonalnie oczywiście nieprzyjemne dla mnie, gdyż normalny człowiek nie popełnia chętnie błędów i grzechów, więc normalnemu człowiekowi jest przynajmniej wstyd, gdy się dowiaduje, że coś takiego mu się zdarzyło. Tutaj nawet nie jest istotne dla mnie, czy zwraca mi na to uwagę tylko po to żeby mnie poniżyć, czy też dla mojej poprawy czyli w trosce o moją duszę. Ta różnica jest owszem istotna dla niego, to znaczy od niej zależy, czy grzeszy (jeśli chce mi jedynie dokuczyć czy okazać swoją wyższość rzekomą czy rzeczywistą) czy raczej spełnia dobry uczynek co do mojej duszy. 

W tej perspektywie żarty, ironia i satyra mogą być grzeszne, ale same w sobie nie muszą. Faktycznie tzw. kabarety polegają dość często, a nawet przeważnie na wywoływaniu śmiechu i wesołości bez uwzględnienia podanych wyżej dwóch zasadniczych kryteriów. Znakiem rozpoznawczym takiej wątpliwej "sztuki" jest występowanie elementów czy wątków z dziedziny poniżej pasa, gdyż ich obecność daje właściwie pewność, że chodzi o przyciągnięcie i wykorzystanie odbiorców przez wywołanie w nich dość prymitywnych emocyj, a nie o przekazanie im prawdy ukierunkowanej na cel moralny. 

Prawo świeckie a prawo Boże


To jest jak zwykle Bańkowy bełkot świadczący po raz kolejny o nędzy teologicznej w łonie FSSPX. On może coś tam słyszał bądź czytał, ale to znowu pomieszał i zamącił. 

Zasada ogólna jest taka: 

Normą nadrzędną jest prawo Boże, które jest dwojakiego rodzaju:
- prawo naturalne, czyli zasadniczo poznawalne rozumowo, oraz
- prawo objawione w historii Zbawienia, czyli poświadczone w źródłach Objawienia Bożego, którymi są Tradycja Kościoła oraz Pismo św.
Oczywiście nie może być sprzeczności między tym dwoma rodzajami, ponieważ mają tego samego Prawodawcę, którym jest Stwórca i Zbawiciel. 

Prawo stanowione, czy to państwowe czy kościelne, jest - czyli powinno - być ukształtowane według tego prawa nadrzędnego, czyli jest ze swej natury podrzędne. Tutaj zachodzi różnica między prawem państwowym (świeckim, czyli cywilnym w szerszym sensie) i kościelnym: podczas gdy wystarczy, by to pierwsze stosowało jedynie prawo naturalne (choć jak najbardziej ma prawo stosować także prawo Bożego Objawienia), to prawo kościelne musi ze swej natury stosować zarówno prawo naturalne jak też objawione (czyli nadprzyrodzone). 

O ile rozumiem pytanie, chodzi o taki przypadek, gdy prawo państwowe wykracza poza prawo naturalne. Tutaj są możliwe zasadniczo dwa przypadki:
- wykraczanie zgodne z prawem naturalnym 
- wykraczanie niezgodne z nim (czyli sprzeczne).

Jeśli dane stanowione prawo - czy to państwowe czy kościelne - wykracza poza prawo Boże (czy to naturalne czy także objawione) nie będąc z nim sprzecznym, to obowiązuje na zasadzie obowiązku obywatelskiego i pod względem moralnym wolno mu być posłusznym. 

Jeśli natomiast dane prawo stanowione jest sprzeczne z prawem Bożym - czy to naturalnym, czy objawionym - to nie wolno mu być posłusznym. 

Zaniechanie znaku krzyża

 


Zależy oczywiście od powodu zaniechania. Przychodzą mi na myśl trzy powody:
- bezmyślność
- pośpiech
- wstyd

Prywatne czynienie znaku krzyża nie jest określone jako obowiązek ani w prawie kanonicznym, ani w katolickiej teologii moralnej. Jest to zwyczaj, który jest jakby codziennym przedłużeniem i odnowieniem znaku liturgicznego, jest więc ze swej natury zarówno wyznaniem wiary jak też modlitwą (swego rodzaju tzw. aktem strzelistym), a nawet pewnego rodzaju exorcyzmem. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z tej natury i znaczenia znaku krzyża, a go świadomie nie stosuje bądź unika, to ma problem z wiarą i modlitwą, a może nawet opór czy niechęć o charakterze demonicznym. Szatan oczywiście usiłuje odwieść człowieka od tego znaku nie na zasadzie czynności magicznej w jego właściwym religijnym znaczeniu. 

Grzech zachodzi oczywiście dopiero wtedy, gdy człowiek jest świadomy niewłaściwości danego zachowania. Sam znak krzyża jako gest nie jest materią ważką, o ile unikanie go czy zaniedbanie nie wynika z niechęci do wiary i Pana Boga. Innymi słowy: materią ważką jest znaczenie znaku krzyża a nie sam znak. 

Dopiero połączenie trzech warunków - ważkość materii, świadomość grzechu i własnowolność - stanowi o grzechu ciężkim. Jeśli brakuje któregoś z tych elementów, to zachodzi grzech powszedni. 

Czy w Iranie jest teokracja?


 



Jak szukać żony?


Odpowiedź jest właściwie prosta: dozwolone jest wszystko, co nie sprzeciwia się prawu Bożemu, zarówno naturalnemu jak i objawionemu w historii Zbawienia. Chodzi oczywiście zwłaszcza o sferę sexualną, pojętą w całości prawdy o człowieku i o drodze zbawienia dusz. 

Najpierw należy mieć na uwadze cel małżeństwa. Tutaj obecnie dominuje zamieszanie spowodowane modernistycznym wypaczeniem etyki małżeńskiej, oddalającym od tradycyjnego nauczania katolickiego. Rzekomo bardziej personalistyczne ujęcie doprowadziło do poważnego zafałszowania nawet pośród katolików, a to jest główną przyczyną zapaści demograficznej. 

Rdzeniem tego zafałszowania jest przeniesienie akcentu z rodzicielstwa na enigmatyczne "dobro małżonków", które w praktyce sprowadzane jest do wzajemnego egoizmu, który naturalnie traktuje potomstwo w najlepszym przypadku jako dodatek, zabawkę i luxus. W powszechnej mentalności współżycie ma służyć zaspokojeniu popędu i wzmocnieniu więzi małżonków, a nie wydaniu na świat potomstwa. Potrzeby i zachcianki małżonków traktowane są priorytetowo, a nawet nadrzędnie. Istota i cel powinności powinności małżeńskiej, jaką jest wydanie potomstwa, są praktycznie nieobecne w katechezie, kazaniach, publikacjach. Duchowni, nie chcąc się narazić na niechęć czy wręcz wrogość swoich owieczek, nie pouczają, nie zachęcają, nie napominają. Dla nich najważniejsze jest, by ludzie przychodzili do kościoła, więc chcą się przypodobać. 

Głównym kryterium w poszukiwaniu przyszłej małżonki i przyszłego małżonka powinno być właśnie kryterium rodzicielskie, mianowicie czy i na ile dana dziewczyna jest w stanie być dobrą matką, a dany chłopak czy mężczyzna dobrym ojcem. W tego zakres wchodzą właściwości różnego rodzaju, począwszy od cech charakteru, aż do zdolności wypełniania obowiązków domowych, a w przypadku mężczyzn także utrzymania rodziny. 

Najważniejsze jest oczywiście pierwsze kryterium, gdyż stanowi podstawę wszystkich innych. W pewnym sensie jest ono nawet ważniejsze niż religijność, gdyż jest także fundamentem religijności, który w ujęciu katolickim jest częścią cnoty sprawiedliwości (wbrew fałszywemu modernistycznemu ujęciu pobożności jako skłonności do wzniosłych, mniej czy bardziej obłudnych przeżyć). 

Tutaj cechy są zarówno wspólne czy jednakowe dla mężczyzn i niewiast, jak też różne. Męskość jest słusznie w języku polskim (i też np. greckim) powiązana z męstwem, lecz męstwo w znaczeniu właściwym - jako łacińskie fortitudo - jest nieodzowną cnotą także dla niewiastości. Ileż męstwa trzeba, by wziąć na siebie trud wielomiesięcznego noszenia dzieciątka w łonie, ból rodzenia, uciążliwość opieki nad niemowlęciem, wychowanie wczesne, codzienne mycie, sporządzanie posiłków, pranie, sprzątanie, nie bacząc na wdzięczność czy niewdzięczność? 

Męstwo męskie także wymaga gotowości podjęcia trudu codziennego i zapewnienia bezpieczeństwa dla małżonki i potomstwa, kosztem własnej wygody, komfortu, potrzeb i zachcianek. 

Natomiast w obecnej prymitywnej kulturze wizualnej dominuje oczekiwanie piękna ciała i to jest główna przyczyna fałszywych wyborów zarówno co od własnego przygotowania do małżeństwa jak też wyboru kandydata czy kandydatki. Oczywiście pewne wrażenie estetyczne ma także swoje wrażenie, gdyż wygląd zewnętrzny świadczy o stylu życia i priorytetach. Forsowane przez tzw. kulturę masową i modę wzorce zafałszowują zdrowe myślenie także w tej dziedzinie. Tutaj dość ważnym sygnałem jest ubiór, aczkolwiek inaczej niż to jest przeważnie ujmowane: pogoń za modą w ubiorze nawet kosztem zdrowego rozsądku i wbrew naturze męskiej czy żeńskiej świadczy nie tylko o braku racjonalności, lecz także o słabości charakteru. 

Bardzo ważnym, wręcz nieodzownym elementem poszukiwania i badania jest zapoznanie się z rodziną ewentualnego kandydata czy kandydatki. I to nie pod względem zamożności czy wykształcenia, aczkolwiek zwłaszcza to drugie ma pewne znaczenie dla kompatybilności małżeńskiej. Istotna jest tutaj przede wszystkim relacja między ewentualnymi teściami, ich wzajemny szacunek, wierność, także uczciwość w sensie ogólnym, zdrowa religijność odpowiednia dla stanu. Jeśli w danej rodzinie nagminna jest niewierność, oszukiwanie, egoizm, materializm itp. to - zgodnie z porzekadłem o jabłku i jabłoni - nie należy się spodziewać cudu w charakterze osoby, która zauroczyła swoim wyglądem, zdolnościami, majętnością itp. Przebywanie z rodzicami czy rodziną danej osoby daje o wiele więcej poznać tę osobę niż np. wspólne wakacje. Dotyczy to także sytuacji, gdy dana osoba odcina się od swojej rodziny ze słusznych powodów. 

Z całą pewnością błędne jest też liczenie na to, że po zawarciu małżeństwa dana osoba zmieni się radykalnie na lepsze, że on przestanie pić czy ćpać, wydawać pieniądze na swoje zachcianki i rozrywki, a zacznie uczciwie pracować, że ona przestanie szukać przygód z mężczyznami, zacznie lubić prace domowe i dzieci itp. Zwykle dzieje się dokładnie odwrotnie, może nawet mimo szczerych chęci poprawy i obietnic. Owszem, małżonkowie mają wzajemnie na siebie wpływ, a powinni sobie pomagać ku poprawie. Poprawa wymaga jednak stanowczej siły woli i systematycznego, długotrwałego trudu, a nie tylko okazyjnych dobrych chęci. Jeśli ktoś się zmienia w małżeństwie, to raczej przez życie codzienne. Samoczynna zmiana, która dokonuje się bez trudu, jest częściej zmianą na gorsze niż na lepsze. 

Temat jest oczywiście bardzo szeroki, nie sposób do wyczerpać w krótkim z konieczności wpisie. Może się wydawać, że są to porady czysto zdroworozsądkowe. W tym właśnie tkwi ich katolickość i to właśnie tradycyjna. Najgroźniejszym wrogiem katolicyzmu nie jest ani ateizm ani amoralność lecz brak zdrowego rozsądku i rozumności, co przekłada się na codzienne postawy, wybory i zachowania. 

Dlatego właśnie na koniec jeszcze jedna istotna rada: nie kierować się jedynie "sercem" czyli własnym uczuciem lecz szukać porady u innych osób, zarówno z rodziny i pośród przyjaciół, jak też rozsądnych duszpasterzy. Oczywiście nie po to, żeby ślepo poddać się opinii, lecz żeby uwzględnić ich zdanie przed dokonaniem wyboru. Wybrać musi się samemu. 

I jeszcze na koniec: modlić się o dobrą małżonkę czy dobrego męża. Pan Bóg na pewno pomoże. Moja śp. Babcia mówiła: "moja córka gorliwie się modliła o dobrego męża i dlatego takiego ma". I to nie jest jedyny przypadek, który znam. Pan Bóg zawsze dopomaga, jeśli człowiek pragnie spełnić Jego plan, nie tylko ogólnie i abstrakcyjnie, lecz konkretnie i praktycznie. 

Pomijanie "amen"



Rzeczywiście taka moda się zagnieździła ostatnio. Trudno powiedzieć, z czego to wynika. nie znam żadnego uzasadnienia, które by zostało podane czy choćby zasugerowane publicznie. Trzeba by zapytać osoby, które coś takiego forsują. Można mieć różne domysły. Być może jest tego głębszy sens wynikający ze znaczenia hebrajskiego słowa "amen". W tłumaczeniu na polski starodawny oznacza ono "zaprawdę", w tłumaczeniu współczesnym można przetłumaczyć jako "na prawdę", bądź też "tak jest", "potwierdzam", "niech tak się stanie". 

Na pewno złe i fałszywe jest rugowanie tego słowa w liturgii. Ono występuje właściwie we wszystkich obrządkach chrześcijańskich (w formach nieco dopasowanych do danego języka). 

Być może moderniści wpadli na pomysł rugowania tego słowa w liturgii katolickiej dlatego, by zatrzeć ten najbardziej znany i najczęstszy ślad związku Kościoła z biblijnym językiem hebrajskim, a to nie z powodu antysemityzmu lecz raczej na użytek fałszywej ideologii, według której Kościół zerwał ze Starym Testamentem, którego jedynym prawowitym dziedzicem jest współczesny judaizm. To by pasowało do forsowanej obecnie linii modernistów, zgodnej z propagandą żydowską. 

Wybranie



Mt 17, 1-9: 

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. 
I został przemieniony wobec nich i zajaśniała twarz Jego jak słońce, zaś Jego szaty stały się białe jak światło. 
A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz rozmawiający z Nim. 
Odpowiadając zaś Piotr rzekł Jezusowi: «Panie, pięknie jest nam tutaj być; jeśli chcesz, zrobimy tutaj trzy namioty: Tobie jeden, Mojżeszowi jeden i Eliaszowi jeden». 
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, i oto z obłoku głos mówiący: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» 
Usłyszawszy to uczniowie upadli na twarz i bardzo się zlękli. 
A Jezus zbliżając się dotknął ich i rzekł: «Wstańcie i nie lękajcie się!» 
Zaś podniósłszy swoje oczy nikogo nie widzieli jak tylko samego Jezusa. 
A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu tego widzenia, dopóki Syn Człowieczy nie powstanie z martwych».

και μεθ ημερας εξ παραλαμβανει ο ιησους τον πετρον και ιακωβον και ιωαννην τον αδελφον αυτου και αναφερει αυτους εις ορος υψηλον κατ ιδιαν

και μετεμορφωθη εμπροσθεν αυτων και ελαμψεν το προσωπον αυτου ως ο ηλιος τα δε ιματια αυτου εγενετο λευκα ως το φως

και ιδου ωφθησαν αυτοις μωσης και ηλιας μετ αυτου συλλαλουντες

αποκριθεις δε ο πετρος ειπεν τω ιησου κυριε καλον εστιν ημας ωδε ειναι ει θελεις ποιησωμεν ωδε τρεις σκηνας σοι μιαν και μωση μιαν και μιαν ηλια

ετι αυτου λαλουντος ιδου νεφελη φωτεινη επεσκιασεν αυτους και ιδου φωνη εκ της νεφελης λεγουσα ουτος εστιν ο υιος μου ο αγαπητος εν ω ευδοκησα αυτου ακουετε

και ακουσαντες οι μαθηται επεσον επι προσωπον αυτων και εφοβηθησαν σφοδρα

και προσελθων ο ιησους ηψατο αυτων και ειπεν εγερθητε και μη φοβεισθε

επαραντες δε τους οφθαλμους αυτων ουδενα ειδον ει μη τον ιησουν μονον

και καταβαινοντων αυτων απο του ορους ενετειλατο αυτοις ο ιησους λεγων μηδενι ειπητε το οραμα εως ου ο υιος του ανθρωπου εκ νεκρων αναστη


Wybranie jest czymś Bożym i ludzkim zarazem. Nasze życie składa się z wyborów zarówno świadomych jak i niezależnych od naszej świadomości. Wynika to z ograniczoności naszego istnienia. Nie można mieć wszystkiego na raz. I nie byłoby to dla nas dobre. Bóg ma wszystko i to wszystko równocześnie. On działając w świecie dla nas, dokonuje wyborów, ustanawia czas, miejsce, osoby.

Trzej uczniowie – Szymon Piotr, Jakub i Jan – stanowili najbliższe grono przy Panu Jezusie ze Jego wyboru. Tylko oni byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira, tylko oni uczestniczyli w Przemienieniu na Górze, to właśnie oni towarzyszli Mistrzowi podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym u początku Męki, zresztą zachowując się dość niegodnie, ze słabości. Otrzymali oni też specjalne zadania w planie Bożym: Piotr stał się Opoką dla Kościoła, Jakub został pierwszym zabitym w świadectwie krwi, Jan, ten szczególnie umiłowany, przebywał najdłużej na ziemi, opiekował się Matką Mistrza po Jego Śmierci, nauczał Kościół najdłużej z Apostołów i przekazał mu Księgę Apokalipsy – pouczenie, ostrzeżenie i pocieszenie na wszystkie czasy, aż do skończenia świata.

Trzy różne posłannictwa, jednak mające to samo źródło i ten sam fundament – poznanie prawdy i tajemnicy Jezusa Chrystusa. Wydarzenie na górze było dla nich zarówno czytelne, jak też przedziwne, zaskakujące i zachwycające. 
Światłość jest powszechnym symbolem Boskości. Postacie Mojżesza i Eliasza to główni reprezentanci Objawienia Starego Przymierza. Obłok był znany z Księgi Wyjścia jako znak tajemniczej i potężnej obecności Boga. Uczniowie byli najpierw widzami i słuchaczami rozmowy Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Piotr, jak zwykle skory do mówienia i działania, miał natychmiast odpowiedni pomysł. Uczniowie zostali jednak napomniani przez sam głos z obłoku do posłuszeństwa Mistrzowi, do uczenia się i słuchania Jego. Tym samym zostali wezwani, by nie zatrzymywali się na zachwycie wrażeniem wizualnym. To przeżycie może być właściwie zrozumiane i przyjęte jedynie według nauczania i prowadzenia przez Jezusa. Tego Jezusa, który krótko przedtem zapowiedział Swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie.

Myśmy przywykli powierzchownie przynajmniej do mówienia o tych sprawach. Inną sprawą jest, czy rzeczywiście trafiają one do nas, mimo dorocznych obchodów liturgicznych. Celebrowanie pamiątki wydarzeń paschalnych ma właśnie ten sens, że powinno nas poruszyć przynajmniej cząstkowo w taki sposób, jak poruszało uczniów wtedy. Gdy słyszeli Jezusową zapowiedź Męki i Zmartwychwstania, była ona dla nich czymś odległym, abstrakcyjnym aż do momentu spełnienia. Ich reakcja była rodzajem sprzeciwu czy wręcz buntu. Słusznie wyczuwali, że chodzi także o ich własny, osobisty los, o ich przyszłość.

Przemienienie na górze stało się udziałem akurat tych Apostołów, którzy najbardziej sprzeciwiali się perspektywie Krzyża, przynajmniej według danych zawartych w Piśmie św.: Piotr wprost robił wyrzuty Jezusowi z powodu zapowiedzi Męki, o zaszczytne miejsca w Królestwie mesjańskim dla swoich synów prosiła matka Jakuba i Jana, bez sprzeciwu z ich strony. Tak więc wybranie do widzenia na górze nie było wyróżnieniem z dowolnej sympatii, lecz miało realne podstawy w osobowościach i postawach tych właśnie uczniów. Jeszcze wyraźniej ukazuje się ten związek w Ewangelii św. Łukaszowej, gdzie podane jest, że Mojżesz i Eliasz rozmawiali z Jezusem o Męce. To połączenie perspektywy cierpienia z doznaniem zachwytu i bojaźni wobec tajemnicy jest adresowane nie tylko do tych trzech uczniów wówczas, lecz do każdego człowieka w sposób i na miarę jego wybrania do udziału w Krzyżu i promieniowaniu Boskości. 

Piotr, Jakub i Jan zostali przez Jezusa zobowiązani do zachowania tajemnicy aż do Zmartwychwstania, czyli objawienia uwielbionego Ciała. Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa było stale zjednoczone z Jego Bóstwem. Owo pozostawało jednak na co dzień ukryte. Ujawniane było jedynie w znakach Bożej wszechmocy czyli cudach. Czekanie do spełnienia się zapowiedzi Męki, Śmierci i Zmartwychwstania było konieczne z tego powodu, że uczniowie mieli być naocznymi świadkami tych wszystkich wydarzeń, które dopiero w całości doświadczone mogły być prawdziwie przyjęte i przekazywane. Do tej koniecznej zupełności brakowało przytomności ukrzyżowania Mistrza, które było dla uczniów doznaniem także osobistej klęski, rozczarowania, słabości i upadku. 

Widząc świetlisto-chwalebną postać Mistrza Apostołowie zostali umocnieni na czas nadchodzącej próby wiary. W świetle Ewangelii wygląda na to, że to umocnienie jedynie u Jana okazało się skuteczne, który jako jedyny towarzyszył Jezusowi aż po grób. Zapewne jednak miało ono znaczenie także dla Piotra i Jakuba, choć mogło zaowocować dopiero w ich późniejszym życiu i działalności. Ich widzenie przekazane nam przez Ewangelistów także dla nas ma być umocnieniem we wierze, zwłaszcza na czas próby w doświadczeniu cierpienia, klęski i słabości.

Syn Boży wszedł w nasz świat ukrywając swoją Boską chwałę nie tylko zewnętrznie. On stał się Człowiekiem, czyli pod względem człowieczeństwa jednym z nas. Jego przejmująca Męka i Śmierć dowodzą wewnętrznego wzięcia całej i dogłębnej nędzy naszego człowieczeństwa przez Niego. On wziął ją na siebie, do siebie i w siebie nie przestając być Bogiem – po to, żeby żadna nędza, żaden ból, żadna ciemność naszej egzystencji nie pozostawały poza Jego światłością, która jest prawdą miłości. 

Dlatego właśnie wybrał na zawsze ciemność cierpienia i śmierci na sanktuarium dla swojej chwały – Najświętszą Ofiarę. Dlatego w centrum Jego świątyń znajduje się Krzyż. Dlatego też każde cierpienie, każdy cierpiący człowiek, każdy dom naznaczony cierpieniem – cielesnym czy duchowym – może być i przynajmniej potencjalnie jest wybranym, świętym miejscem dla Jego chwały. 

Ta prawidłowość ukazuje się najczęściej dopiero po czasie. W chwilach mrocznych zwątpienia czy rozpaczy zwykle nie widać żadnego światła, nawet pomimo promyków ludzkiej nadziei, współczucia czy dobroci. Wtedy właśnie człowiek staje się gotowy doświadczyć, że tylko Bóg, który jest światłością nieprzeniknioną, może rozjaśnić i opromienić przepaści zła, bólu i strachu. 

Wiara przekazana nam przez Apostołów, dana nam z wybrania Bożego, jest dla nas i po wsze czasy naszą Górą Tabor. W jej świetle widzimy Boską chwałę Jezusa Chrystusa, który dla nas stał się Człowiekiem i dał się ukrzyżować. On nam daje również szczególne chwile i miejsca (zwłaszcza na modlitwie czy to indywidualnej czy wspólnotowej), dzięki którym możemy także pośród i pomimo ciężkich i przykrych prób doznać przynajmniej duchowo Jego bliskości chwalebnej, miłującej, umacniającej, pocieszającej, rozpraszającej mroki. “Dobrze nam tu być” – dobrze jest trwać w świetle wiary prawdziwej, w łasce wybrania. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 28.2.2026): 

Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w bieżącym roku nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 2000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to już oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Co to jest "Msza święta wszechczasów"?


Przyznam, że nie wiem, kto jako pierwszy użył tego określenia. Wygląda na to, że ma pochodzenie kaznodziejsko-publicystyczne, oczywiście apologetyczno-polemiczne. 

Obecnie funkcjonuje ono w opozycji czy przynajmniej w odróżnieniu od Novus Ordo, które jest tym samym uważane za nowoczesny wynalazek. Nierzadko wywołuje to sprzeciw ze strony fanatycznych wyznawców modernizmu. Jak to w sporach zwykle bywa, mało jest w tym merytoryki i rzetelności. 

Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że tzw. nowa msza jest wymysłem mniej więcej połowy XX w. Nie zmienia tego fakt, że autorzy tego pomysłu powołują się na starożytne - czy raczej rzekomo starożytne - pochodzenie poszczególnych elementów. W rzeczywistości jednak zarówno jako całość jak też chyba we wszystkim elementach odróżniających od liturgii tradycyjnej jest to obrzęd stworzony na nowo, co jest szczególnie widoczne w jego wersjach skrajnie modernistycznych, które zresztą przeważają obecnie. Przykłady:

- celebracja w kierunku ludu

- w języku potocznym

- żydowskie błogosławieństwo posiłku jako modlitwy ofiarowania

- nowe "modlitwy eucharystyczne"  

- koncelebra sakramentalna

- lektorki i ministrantki

- komunia dołapna.

To są nowości tak potężne a zarazem istotne, że zupełnie przyćmiewają takie rzekomo przywrócone tradycyjne elementy jak modlitwa powszechna i procesja z darami, które są przecież mniej niż drugo- czy nawet trzeciorzędne w teologicznej wymowie Mszy św.

Innymi słowy: wprawdzie Novus Ordo uzurpuje sobie bliskość i wierność liturgii względem liturgii czasów apostolskich i patrystycznych, to jednak co do zawartości teologicznej to liturgia tzw. przedsoborowa jest znacznie bliższa, a właściwie wręcz identyczna i tym samym ponadczasowa czyli "wszechczasowa". Wiadomo, że obrzędy w znaczeniu gestów, znaków i też konkretnych słów są zmienne. Niezmienna jest natomiast treść teologiczna, o ile jest zakorzeniona w Bożym Objawieniu. Właśnie przede wszystkim z powodu wierności Bożemu Objawieniu tzw. msza trydencka jest "mszą wszechczasów". 

W tym też znaczeniu właśnie ta Msza św. będzie trwała do końca czasów, gdyż Boże Objawienie będzie trwało i Kościół będzie sprawował Mszę św. Nie oznacza to, że Msza św. tradycyjna na zawsze pozostanie dokładnie w takiej postaci, jaką znamy obecnie. Teologicznie nie można wykluczać zmian, które nie oddalają od Bożego Objawienia, lecz jeszcze bardziej do niego zbliżają w tym znaczeniu, że je coraz bardziej wyrażają i poświadczają. Tak gdyby np. doszło do jeszcze dokładniejszego zabezpieczenia Najświętszego Sakramentu przed zbezczeszczeniem, to byłaby to zmiana we wierności Bożemu Objawieniu, a nie przeciw niemu (jak to jest niestety w Novus Ordo). 

Jak rozumieć "zmysł wiary"?


Temat jest rzeczywiście aktualny, a równocześnie dość szeroki i niełatwy, choć można go też streścić. Od 2014 r. istnieje dokument Papieskiej Komisji Teologicznej, kierowanej wówczas przez kard. G. Müller‘a (do poczytania tutaj w kilku językach, po polsku nie znalazłem). Zachęcam do zapoznania się przynamniej pobieżnego. W tym temacie nie znam szerszego opracowania. Myślę, że nie byłoby celowe streszczanie całego tego dokumentu. Dlatego odpowiem jedynie krótko i jak najprościej. 

Dokument ten podaje następującą definicję:


Czyli:
W określeniu "sensus fidei" chodzi o pewne wyczucie czy instynkt dla prawdy Ewangelii. Jest to "instynkt nadprzyrodzony", czyli pochodzący bezpośrednio od Boga, a jest powiązany z łaską wiary we wspólnocie Kościoła. 

Ważne jest też bliższe rozróżnienie:


Rozróżnia się między "sensu fidei fidelis" a "sensus fidei fidelium", czyli między osobistym zmysłem wiary poszczególnego wiernego a zmysłem wiary właściwym dla wszystkich wiernych czyli dla całego Kościoła. Te dwa aspekty są ściśle powiązane, co stało się szczególnie istotne w obliczu protestantyzmu, który stawiał na osobisty akt wiary kosztem wiary Kościoła. 

Podobnie do protestantów rozumie się "zmysł wiary" obecnie opacznie w opozycji, konkurencji czyli nawet przeciwieństwie do wiary Kościoła przekazanej przez wieki. Jest to conajmniej nieporozumienie. Otóż wyczucie wiary czyli zmysł właściwy zarówno poszczególnemu wierzącemu jak też całej wspólnocie Kościoła zakłada akt wiary, czyli przyjęcie za prawdę tego wszystkiego, co Bóg objawił w Jezusie Chrystusie, a Jezus Chrystus przekazał Apostołom, a z kolei Apostołowie przekazali Kościołowi raz na zawsze. 

Nie może więc pochodzić ze zmysłu wiary coś, co jest sprzeczne z tym Objawieniem, nawet jeśli odpowiada temu, co myśli, sądzi czy mniema większość osób podających się za katolików. Innymi słowy: nie należy mylić zmysłu wiary ze świadomością co do wiary czy z poglądami, które obecnie wyznaje duża część czy może nawet większość uważających się za katolików. 

Przykładem na żywotność zmysłu wiary jest obecnie natomiast powrót szczególnie młodego pokolenia do tradycyjnego katolicyzmu, zwłaszcza do liturgii tradycyjnej. Większość obecnie żyjących katolików została wychowana w Novus Ordo i powiązanej z nim fałszywej ideologii modernistycznej, a jednak pokaźna część z nich - z tendencją wzrostową - zwraca się ku temu, co obowiązywało w Kościele przed "reformami soborowymi". Warunkiem jest tutaj oczywiście znajomość choćby podstawowych prawd wiary katolickiej, a przede wszystkim otwartość serca na prawdę, także za cenę zmiany swojego życia. Statystycznie tacy katolicy stanowią niestety mniejszość. Wynika to z tego, iż zawsze tylko mniejszość populacji jest zdolna do samodzielnego myślenia nawet wbrew wzorcom narzuconym odgórnie czy oddolnie. Tym niemniej to w nich żyje wyczucie dla wiary Kościoła, nie w tych, którzy wyznają modernizm. 

Powolny lecz nieuchronny powrót coraz większej liczby katolików do tego, czego Kościół nauczał, stanowi więc naoczny znak działania Ducha Świętego także w naszych czasach.