Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Wobec oszczerstw - prośba do P. T. Czytelników






Temat już poruszyłem okazyjnie kilka lat temu (tutaj). Widocznie żyje nadal, co sprawia, że jestem zmuszony ponownie go poruszyć. 

Otrzymałem bowiem następującą wiadomość (imię i nazwisko autora zostało podane):


Autor dodał jeszcze:


Odpowiedziałem na to:


W związku z tym proszę wszystkich Państwa o pomoc w ustaleniu tej okoliczności:

Jeśli ktoś z Państwa był świadkiem takiej wypowiedzi tejże osoby czy też tego typu wypowiedzi innych osób, to proszę o skontaktowanie się ze mną (można przez formularz kontaktowy bądź na adres: sacdrdjo@gmail.com). 

Tutaj nie chodzi tylko o moje dobra osobiste, lecz o dobro Kościoła, a każdy katolik ma obowiązek dbania o to dobro. 

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalna podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standartowym podręczniku teologii fundamentalnej:




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym, Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z podziwem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

Kogo wybierać?


Kwestia jest rzeczywiście ważna i niełatwa, a równocześnie bardzo aktualna współcześnie wszędzie tam, gdzie jest tzw. demokracja czyli wyłanianie sprawujących władzę w wyniku wyborów mniej czy bardziej uczciwych. 

Tutaj nie ma oficjalnego stanowiska Magisterium Kościoła. Są tylko ogólne wytyczne w dokumentach papieskich (tzw. encyklikach społecznych) oraz okazyjne głosy papieży oraz biskupów. Oznacza to, że konkretny wybór pozostawiony jest sumieniu katolika. To go stawia w niełatwej sytuacji tym bardziej, że brakuje znajomości nauczania Kościoła w tej dziedzinie po stronie duchownych, a tym bardzie - wskutek tego - także pośród świeckich. 

Naczelną zasadą jest zachęcanie katolików do udziału w życiu społecznym i w działalności politycznej zarówno aktywnej (jako czynni politycy) jak też aktywno-pasywnej czyli jako wyborcy. Tutaj tkwi już po części odpowiedź na pytanie: głównym wątkiem nauczania Kościoła jest aktywność katolików w znaczeniu programu polityki zgodnej z tym nauczaniem, czyli przede wszystkim z prawem naturalnym oraz z etyką chrześcijańską. Na tym właśnie polega kluczowy problem, gdyż z braku partyj czy ugrupowań o takim charakterze wynikają rozterki katolickich wyborców, czyli problem wskazany w powyższym pytaniu. Z tego też wynika główne zadanie Kościoła, mianowicie wychowanie politycznej elity katolików. I tutaj właśnie mamy bardzo poważny problem począwszy od lat 60-ych obiegłego wieku, czyli od początku flirtowania hierarchii kościelnej oraz katolików świeckich z lewackimi nurtami politycznymi, co się wiąże ze pewnym - mniej czy bardziej zamaskowanym - odejściem od klasycznej teologii politycznej oraz nauczania społecznego Kościoła (co miało postać głównie tzw. chadecji czyli chrześcijańskiej demokracji, obecnej także obecnie w tzw. partiach ludowych, które jeszcze bardziej oddaliły się od prawa naturalnego i etyki chrześcijańskiej). 

Co ma czynić w takiej sytuacji zwykły katolik? Gdy w danych wyborach nie ma partii czy kandydata o poglądach i z programem konsekwentnie katolickim, to pozostają właściwie tylko dwie możliwości: albo nie wzięcie udziału w wyborach, albo dokonanie wyboru takiego, który jest najbliższy programowi katolickiemu. Pierwsza możliwość oznacza zwykle pozostawienie pola walki nurtom i wyborcom lewackim czy wręcz antychrześcijańskim, co jest nie do usprawiedliwienia, gdyż jest de facto głosem na ich korzyść. Skoro pozostaje tylko druga możliwość, to należy z niej korzystać. 

Obserwując tzw. scenę polityczną zarówno w Polsce jak też w innych krajach przynajmniej europejskich, można zauważyć, iż w jej budowaniu realizowany jest - w znacznej, może nawet decydującej mierze - właściwie taki sam schemat. Jest istotnym składnikiem jest dbanie o to, by żadne ugrupowanie nie reprezentowało w całości zasad katolickich, zarówno teoretycznie (programowo) jak też w praktyce. Stąd dylemat jest dla katolickich wyborców poważny. 

Powyższe pytanie wynika ze zrozumiałego konfliktu sumienia, to znaczy jego tłem jest wola takiego oddania głosu czy ogólnie udziału w życiu społeczno-politycznym, który odpowiada wierze katolickiej. To jest słuszny i dobry punkt wyjścia. Jednak niebezpieczeństwo polega tutaj na skupieniu się na własnej "czystości" politycznej, czyli całkowitego odrzucenia wszelkiej odpowiedzialności za działania polityków, które nie licują z zasadami katolickimi, choćby nawet przez oddanie na nich głosu. Spojrzenie i rozpatrzenie powinno być szersze, mianowicie powinno być realistyczne w tym znaczeniu, że należy dokonać wyboru, który w danej sytuacji daje największą czy optymalną szansę na realizowanie polityki zgodnej z zasadami katolickimi. Innymi słowy: nie własna "czystość" jest tutaj istotna, lecz to, co mogę i powinienem w danej chwili i sytuacji uczynić, by życie społeczno-polityczne miało charakter jak najbliższy tym zasadom. 

Wiąże się z tym kwestia dość często się pojawiająca, mianowicie wyrachowania wyborczego: czy powinienem (wolno mi) głosować na ugrupowanie, które jest wprawdzie najbliższe zasadom katolickim (oczywiście tym tradycyjnym) lecz ma mniejsze czy wręcz nikłe szanse - według mnie czy bardziej wiarygodnych sondaży - szanse na sukces wyborczy. Myślę, to jest obecnie główny dylemat katolików w Polsce. Przyznam, że nie potrafię obecnie dać jednoznacznej odpowiedzi, gdyż zależy ona od arytmetyki w danej chwili oraz od rzetelności i wiarygodności sondaży. Jednak pod względem moralnym sprawa jest dość prosta: jeśli biorę pod uwagę wszystkie istotne aspekty oraz mam wolę przyczynienia się do tego, by zasady katolickie były realizowane w polityce, to jest to wystarczające do tego, by wybór był moralnie dobry. 


Dobroć Pasterza



Ewangelia z drugiej niedzieli po święcie Paschy jest właściwie znacznie krótsza (10,11-16), co wynika z charakteru okresu paschalnego oraz ze względów praktycznych, gdyż dłuższe czytania są w liturgii rzymskiej charakterystyczne dla okresów i dni pokutnych, nie świątecznych. Tym niemniej dla jej właściwego, pełniejszego zrozumienia konieczne jest uwzględnienie najbliższego kontextu w tym rozdziale Ewangelii św. Janowej. 

J 10,1-19:

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto nie wchodzi przez bramę do zagrody owiec, lecz wstępuje inną drogą, ten jest złodziejem i zbójcą;
A kto wchodzi przez bramę, ten jest pasterzem owiec.
Temu odźwierny otwiera, a owce słuchają jego głosu; i woła swoje owce po imieniu i je wyprowadza.
Kiedy wypędzi swoje owce, idzie przed nimi, a owce idą za nim, bo znają jego głos.
Zaś za obcym nie pójdą, ale uciekną od niego, bowiem nie znają głosu obcych.
Taką przypowieść powiedział im Jezus; ale oni nie zrozumieli czym było to, co im mówił.
Zatem Jezus znów im powiedział: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że ja jestem bramą owiec.
Wszyscy, którzy przyszli przede mną, są złodziejami i zbójcami; a owce ich nie usłuchały.
Ja jestem bramą; jeśli ktoś wejdzie przeze mnie - zostanie zbawiony i wejdzie i wyjdzie i znajdzie pastwisko.
Złodziej nie przychodzi, lecz aby ukradł, zabił i zniszczył - ja przyszedłem, aby miały życie i miały obficie.
Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz kładzie swe życie za owce.
Najemnik i ten, co nie jest pasterzem, którego owce nie są własne, widząc przychodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa oraz rozprasza owce.
Zaś najemnik ucieka, bo jest najemnikiem oraz nie troszczy się o owce.
Ja jestem dobrym pasterzem, i znam moje i jestem znany przez nie. 
Jak zna mnie Ojciec, a ja znam Ojca, i moje życie kładę za owce. 
Lecz mam także inne owce, która nie są z tej owczarni - i tamte trzeba mi prowadzić; a będą słuchać mojego głosu i będzie jedna pasterzownia i jeden pasterz.
Dlatego miłuje mnie Ojciec, bo ja kładę me życie, abym je znowu wziął.  
Nikt go ode mnie nie wyrywa, lecz ja kładę je od samego siebie; mam siłę je kładać i mam siłę je znowu wziąć; takie polecenie otrzymałem od mego Ojca.
Z powodu tych słów, znowu powstał rozłam między Żydami.


αμην αμην λεγω υμιν ο μη εισερχομενος δια της θυρας εις την αυλην των προβατων αλλα αναβαινων αλλαχοθεν εκεινος κλεπτης εστιν και ληστης
ο δε εισερχομενος δια της θυρας ποιμην εστιν των προβατων
τουτω ο θυρωρος ανοιγει και τα προβατα της φωνης αυτου ακουει και τα ιδια προβατα καλει κατ ονομα και εξαγει αυτα
και οταν τα ιδια προβατα εκβαλη εμπροσθεν αυτων πορευεται και τα προβατα αυτω ακολουθει οτι οιδασιν την φωνην αυτου
αλλοτριω δε ου μη ακολουθησωσιν αλλα φευξονται απ αυτου οτι ουκ οιδασιν των αλλοτριων την φωνην
ταυτην την παροιμιαν ειπεν αυτοις ο ιησους εκεινοι δε ουκ εγνωσαν τινα ην α ελαλει αυτοις
ειπεν ουν παλιν αυτοις ο ιησους αμην αμην λεγω υμιν οτι εγω ειμι η θυρα των προβατων
παντες οσοι προ εμου ηλθον κλεπται εισιν και λησται αλλ ουκ ηκουσαν αυτων τα προβατα
εγω ειμι η θυρα δι εμου εαν τις εισελθη σωθησεται και εισελευσεται και εξελευσεται και νομην ευρησει
ο κλεπτης ουκ ερχεται ει μη ινα κλεψη και θυση και απολεση εγω ηλθον ινα ζωην εχωσιν και περισσον εχωσιν
εγω ειμι ο ποιμην ο καλος ο ποιμην ο καλος την ψυχην αυτου τιθησιν υπερ των προβατων
ο μισθωτος δε και ουκ ων ποιμην ου ουκ εισιν τα προβατα ιδια θεωρει τον λυκον ερχομενον και αφιησιν τα προβατα και φευγει και ο λυκος αρπαζει αυτα και σκορπιζει τα προβατα
ο δε μισθωτος φευγει οτι μισθωτος εστιν και ου μελει αυτω περι των προβατων
εγω ειμι ο ποιμην ο καλος και γινωσκω τα εμα και γινωσκομαι υπο των εμων
καθως γινωσκει με ο πατηρ καγω γινωσκω τον πατερα και την ψυχην μου τιθημι υπερ των προβατων
και αλλα προβατα εχω α ουκ εστιν εκ της αυλης ταυτης κακεινα με δει αγαγειν και της φωνης μου ακουσουσιν και γενησεται μια ποιμνη εις ποιμην
δια τουτο ο πατηρ με αγαπα οτι εγω τιθημι την ψυχην μου ινα παλιν λαβω αυτην
ουδεις αιρει αυτην απ εμου αλλ εγω τιθημι αυτην απ εμαυτου εξουσιαν εχω θειναι αυτην και εξουσιαν εχω παλιν λαβειν αυτην ταυτην την εντολην ελαβον παρα του πατρος μου
σχισμα ουν παλιν εγενετο εν τοις ιουδαιοις δια τους λογους τουτους

Istotny jest także szerszy kontext biblijny i to już starotestamentalny. W psalmie 23 czytamy:

Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie
na niwach zielonych pasie mnie, nad wody spokojne prowadzi mnie,
duszę moją pokrzepia, wiedzie mnie ścieżkami sprawiedliwości ze względu na imię swoje.
Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną, laska twoja i kij twój mnie pocieszają,
zastawiasz przede mną stół wobec nieprzyjaciół moich, namaszczasz oliwą głowę moją, kielich mój przelewa się.
Dobroć i łaska towarzyszyć mi będą przez wszystkie dni życia mego i zamieszkam w domu Pana przez długie dni.

Prorok Ezechiel (34) nawiązuje do tego obrazu:

I doszło mnie słowo Pana tej treści:
Synu człowieczy, prorokuj przeciwko pasterzom Izraela, prorokuj i powiedz im: Pasterze! Tak mówi Wszechmocny Pan: Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie paśli! Czy pasterze nie powinni raczej paść trzody?
Mleko wy zjadacie, w wełnę wy się ubieracie, tuczne zarzynacie, lecz owiec nie pasiecie.
Słabej nie wzmacnialiście, chorej nie leczyliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zbłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie szukaliście, a nawet silną rządziliście gwałtem i surowo.
Tak rozproszyły się moje owce, gdyż nie było pasterza i były żerem dla wszelkiego zwierzęcia polnego. Rozproszyły się
I błąkały się moje owce po wszystkich górach i po wszystkich wysokich pagórkach; po całym kraju rozproszyły się moje owce, a nie było nikogo, kto by się o nie zatroszczył lub ich szukał.
Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pana!
Jakom żyw - mówi Wszechmocny Pan - ponieważ moje owce stały się łupem i ponieważ moje owce były żerem dla wszelkiego zwierzęcia polnego, gdyż nie było pasterza, a moi pasterze nie troszczyli się o moje owce, a sami się paśli pasterze, a moich owiec nie paśli,
Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pana!
Tak mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja wystąpię przeciwko pasterzom i zażądam od nich moich owiec, i usunę ich od pasienia moich owiec, i pasterze nie będą już paść samych siebie. Wyrwę moje owce z ich paszczy; nie będą już ich żerem.
Gdyż tak mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja sam zatroszczę się o moje owce i będę ich doglądał.
Jak pasterz troszczy się o swoją trzodę, gdy jest pośród swoich rozproszonych owiec, tak Ja zatroszczę się o moje owce i wyratuję je z wszystkich miejsc, dokąd zostały rozproszone w dniu chmurnym i mrocznym.
Wyprowadzę je spomiędzy ludów i zbiorę je z ziem; przyprowadzę je znowu do ich ziemi i będę je pasł na górach izraelskich, w dolinach i na wszystkich równinach kraju.
Będę je pasł na dobrych pastwiskach i ich błonie będzie na wysokich górach izraelskich. Tam będą odpoczywać na dobrym błoniu i będą się paść na tłustych pastwiskach na górach izraelskich.
Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam ułożę je na ich legowisku - mówi Wszechmocny Pan.
Będę szukał zaginionych, rozproszone sprowadzę z powrotem, zranione opatrzę, chore wzmocnię, tłustych i mocnych będę strzegł, i będę pasł sprawiedliwie.
Do was zaś, moje owce, mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja rozsądzę między owcą a owcą, między baranami i kozłami.
Czy nie dość wam tego, że spasacie najlepsze pastwisko, ale jeszcze resztę waszego pastwiska depczecie swoimi nogami, pijecie czystą wodę, ale jeszcze pozostałą resztę mącicie swoimi nogami?
I moje owce musiały paść się na tym, co zdeptały wasze nogi, i pić to, co zmąciły wasze nogi.
Dlatego tak mówi do nich Wszechmocny Pan: Oto Ja sam rozsądzę między owcami tłustymi a owcami chudymi.
Ponieważ odepchnęliście wszystkie słabe bokiem i plecami i odtrąciliście je swoimi rogami, aż wypchnęliście je na zewnątrz,
Dlatego wyratuję moją trzodę i już nie będzie łupem. Rozsądzę między owcą a owcą.
Ustanowię nad nimi jednego pasterza, mojego sługę Dawida, i będzie je pasł; będzie je pasł i będzie ich pasterzem.
A Ja, Pan, będę ich Bogiem, a mój sługa Dawid będzie księciem wśród nich - Ja, Pan, to powiedziałem.
Zawrę z nimi przymierze pokoju, wytępię z ziemi drapieżne zwierzęta, tak że będą bezpiecznie mieszkać nawet na pustyni i spać w lasach.
I złożę na nich i na otoczenie mojego wzgórza błogosławieństwo, i spuszczę na nich deszcz we właściwym czasie, a będzie to deszcz błogosławieństwa.
Wtedy drzewa leśne wydadzą swój owoc, a ziemia wyda swoje plony; będą bezpiecznie mieszkać na swojej ziemi i poznają, że Ja jestem Pan, gdy połamię drążki ich jarzma i wyratuję ich z ręki ich ciemiężców.
Już nie będą łupem narodów ani dzikie zwierzęta nie będą ich pożerać; będą bezpiecznie mieszkać, a nikt nie będzie ich straszył.
I wywiodę dla nich bujną roślinność, tak że już nie będą ofiarami głodu w kraju ani nie będą już znosić zniewag narodów.
I poznają, że Ja, Pan, ich Bóg, jestem z nimi, i że oni, dom izraelski, są moim ludem - mówi Wszechmocny Pan.
Moimi owcami jesteście, owcami mojego pastwiska, a Ja jestem waszym Bogiem - mówi Wszechmocny Pan.

Podobnie prorok Izajasz (40,9-11): 

Wyjdź na górę wysoką, zwiastunie dobrej wieści, Syjonie! Podnieś mocno swój głos, zwiastunie dobrej wieści, Jeruzalem! Podnieś, nie bój się! Mów do miast judzkich: Oto wasz Bóg!
Oto Wszechmocny, Jahwe przychodzi w mocy, jego ramię włada. Oto ci, których sobie zarobił, są z nimi, a ci, których wypracował, są przed nim.
Jak pasterz będzie pasł swoją trzodę, do swojego naręcza zbierze jagnięta i na swoim łonie będzie je nosił, a kotne będzie prowadził ostrożnie.

Te słowa prorockie, dobrze znane uczniom i słuchaczom Jezusowym, zapewne przychodziły na myśl, gdy On Siebie nazwał dobrym Pasterzem. W Jego słowach zawarta jest zarówno krytyka fałszywych i niedobrych pasterzy, których nazywa wręcz złodziejami i rabusiami, jak też Jego tożsamość i właściwość pasterska. 

Powyższy obraz przedstawia mozaikę powstałą około roku 450 w Rawennie w tzw. mauzoleum wybudowanym za cesarzowej o imieniu Aelia Galla Placydia. Jest ona typowym przykładem sztuki starochrześcijańskiej, która przedstawiała głównie wątki biblijne. Tutaj w sposób zarówno prosty jak też wymowny wręcz genialnie ilustruje słowa Pana Jezusa. Owce wsłuchane uważnie w pasterza, choć nie wszystkie zwrócone ku niemu, nie wyrażają ślepego posłuszeństwa, lecz słuchanie w wolności. Pasterz natomiast dwoma gestami: jedną ręką dzierży i ukazuje złoty krzyż - w kolorze aureoli i jego szat, drugą zaś ma zwróconą ku owcy w geście zarówno karmienia jak też czułości. Jego wzrok zwrócony jest poza obraz, ku oddali, czyli zapewne ku owcom, które nie są przy nim. Ten obraz jest nie tylko wymowny i bogaty w treść, lecz także dość dokładnie odpowiada Ewangelii, gdyż bardziej mówi o pasterzu niż o owcach. 

Podana przez ewangelistę reakcja słuchaczy na słowa Jezusowe - że między Żydami powstał rozłam - świadczy o ich rdzeniu: chodziło o to, kim jest Jezus. Żydzi doskonale to zrozumieli, gdyż według Pisma to Jahwe pasterzem, a po stronie ludzkiej - z ustanowienia Jahwe - król Dawid oraz obiecany Mesjasz z jego potomstwa. Wiązały się z tym określone oczekiwania, wręcz wymagania. Oni zrozumieli, że sprawa nie jest jedynie społeczno-polityczna. Istotne jest słuchanie głosu pasterza - Jezusa, a to zawsze odbywa się w sercu każdego. Oni trafnie wyczuli, że stosunek do tego Pasterza rozstrzyga się i ma konsekwencje dla własnego życia. 

Z jednej strony, zarówno każdy indywidualnie jak każda społeczność naturalnie potrzebuje przywództwa. Z drugiej zaś każdy w pewien sposób jest powołany do przewodzenia, choćby w minimalnym zakresie swojej prywatności, gdyż każdy człowiek, nawet najsłabszy i najmniej samodzielny ma w sobie zdolność do panowania na zasadzie podobieństwa do Stwórcy. Dlatego właśnie słowa Jezusowe o Dobrym Pasterzu dotykają każdego i są też kluczem do zdrowego człowieczeństwa i rozwoju duchowego. Równocześnie są też kluczem do rozwiązywania wszelkich problemów społecznych na każdej płaszczyźnie, począwszy od rodziny, a skończywszy na całej ludzkości. 

Kwestia sprowadza się ostatecznie do różnicy między działaniem dla innych i troską o innych, a zagarnianiem dla siebie i wykorzystywaniem innych do własnych celów. To przeciwieństwo ma różną postać, jednak znamiona są takie same i konsekwencje też. 

Ten sam jest i pozostanie na zawsze problem w przyjęciu Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, Pana i Pasterza. Jego oddanie życia dla naszego zbawienia pozostanie zawsze wezwaniem i prowokacją, gdyż wywołuje albo sprzeciw, albo infantylną obłudę, która wprawdzie jest gotowa korzystać, lecz bez naśladowania, co nie wytrzymuje próby czasu i nieuchronnych trudności. 

Dlatego właśnie co raz pojawiają się próby zafałszowania pasterstwa Jezusowego. W ostatnich dekadach życia Kościoła odbywa się to głównie za sprawą tzw. miłosierdzia Bożego. Ciekawe jest to, że Introit z tej niedzieli - drugiej po święcie Paschy - mówi akurat o miłosierdziu Boga. Wygląda na to, że nie przypadkowo apostazja faustyno-sopoćkowa upatrzyła sobie Niedzielę Białą (czyli pierwszą po święcie Paschy) jako wehikuł dla fałszowania prawdy o Bogu miłosiernym, który równocześnie zawsze jest sprawiedliwy. 

Prawda o Pasterzu ofiarowującym swoje życie czyli ukrzyżowanym dlatego budziła i budzi sprzeciw, że apeluje do pójścia za Nim. Niebezpieczeństwo polega tutaj nie tylko na braku gotowości do pójścia, lecz także na niewłaściwym, niemądrym pójściu, które polega na skupieniu się na sobie, nie na pożytku tych, dla których trzeba oddać swoje życie. 

Istnieje bowiem też niemądra ofiarność, nierozumne poświęcenie się. Można je sprowadzić do błędnego ujęcia "pełni życia", której Pan Jezus mówi. W świetle wiary katolickiej wiemy, że chodzi tutaj o zbawienie duszy, czyli życie wieczne. Osobiście gdy mam styczność z problemami wychowawczymi czy postwychowawczymi, dochodzę zwykle do wniosku, że sprowadzają się one do braku odpowiedniej, rozumnej troski o zbawienie duszy dziecka i to od początku wychowania. Ma to miejsce niestety także u wierzących, nawet u wyjątkowo religijnych rodziców. Właściwa troska o dusze dziecka nie ogranicza się do uczenia modlitwy, prowadzenia do kościoła, wysyłanie na lekcję religii itp., gdyż tutaj jest ryzyku sprowadzenia czy przeakcentowania przeżyć, może swego rodzaju wiedzy. O wiele bardziej istotne, kluczowe i fundamentalne jest wyrobienie w dziecku postawy wdzięczności, wzajemności i sprawiedliwości, która to cnota zawiera w sobie - co jest jasno wyłożone w klasycznej tomistycznej nauce katolickiej - cnotę religijności. Nie chodzi tutaj o wyrachowanie, które jest przeciwieństwem wspaniałomyślności i hojności w miłości. Aczkolwiek pewne, zdrowe - wynikające ze sprawiedliwości - wyrachowanie koniecznie tutaj przynależy: skoro wszystko otrzymaliśmy od Boga, to też wszystko powinniśmy Jemu oddać, a właściwie samych siebie. Wrogiem tej postawy jest nastawienie roszczeniowe: należy mi się wszystko, na co mam ochotę, nieważne, za jaką to jest cenę po stronie innych. Ten element jest właśnie zawarty w fałszywej ideologii faustyno-sopoćkowej, która wprost głosi, że im ktoś jest większym grzesznikiem, tym większe ma prawo do Bożego miłosierdzia. 

Zgubne owoce tej ideologii oraz związanej z nim postawy są nader widoczne na każdym poziomie życia, począwszy od rodziny aż po społeczności lokalne po narody i państwa. Tak kształtowane są kalekie, aspołeczne, nawet antyspołeczne charaktery, niezdolne do założenia rodziny czy choćby do uczciwej pracy na swoje utrzymanie. Stąd się biorą związki najwyżej tymczasowe, nastawione jedynie na zaspokajanie pożądliwości, a zdolne opiekować się najwyżej psieckiem czy kocieckiem dla własnej zabawy, gdyż to nie wymaga oddania choćby części swego życia na zawsze. 

W ten sposób Ewangelia Chrystusowa pozostaje zawsze aktualna. Nie tylko jako diagnoza, lecz jako zbawienne lekarstwo. Lekarzem jest sam Jezus Chrystus, a terapią jest słuchanie Jego głosu i pójście za Nim. Każdy uczynek będący umieraniem sobie a życiem dla Niego i dla zbawienia dusz jest krokiem ku uzdrowieniu nie tylko samego siebie lecz rodzin i społeczeństw. Jeśli społeczeństwa niegdyś chrześcijańskie - w tym Polska - wymierają bądź przynajmniej są poważnie zagrożone wymarciem, to właśnie dlatego, że przestały iść za Dobrym Pasterzem, zarówno społecznie jak też indywidualnie. Oby nie były konieczne bolesne wstrząsy, by nastąpiło opamiętanie i odwrócenie się od złodziei i zbójców, a nawrócenie do tego Jedynego, który prowadzi ku prawdziwemu życiu, życiu w pełni. 

Trwa demontaż moralności i świętości katolickiej



Sprawa Jacka Krawczyka (1966-1991) dopiero nabiera rozgłosu i rozpędu. Nie jest przypadkiem, że dzieje się to wskutek promowania przez kapucyna, Andrzeja Derdziuka (na zdjęciu powyżej), który jest bratem bliźniakiem polityka powiązanego z kręgami ewidentnie masońskimi (K. Marcinkiewicz, D. Tusk), Zbigniewa Derdziuka. Podstawowe wiadomości w sprawie łatwo można znaleźć w internecie, więc linkowanie jest zbędne. I one właściwie wystarczą dla trzeźwej oceny forsowanych obecnie starań o wyniesienie go do chwały ołtarzy (w marcu 2023 r. diecezja rzeszowska wszczęła proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym). 

Oczywiście nie neguję, że Jacek mógł mieć swoje zasługi w znaczeniu realizacji cnót chrześcijańskich. Nie można też wykluczyć, że ostatecznie dostąpił już szczęśliwości wiecznej u Sędziego Sprawiedliwego. Jednak podstawowe fakty jednoznacznie świadczą przeciw możliwości oficjalnego ogłoszenia go jako wzoru cnót teologalnych w stopniu heroicznym według odwiecznych zasad Kościoła. Beatyfikacja w Kościele Chrystusowym ma bowiem dwa zasadnicze znaczenia, ściśle ze sobą powiązane:

1. orzeczenie, że dana osoba jest w chwale niebiańskiej,

2. orzeczenie, że dana osoba może być otaczana kultem jako wzór cnót teologalnych w stopniu heroicznym, czyli wybitnym i ponadprzeciętnym, świadczącym o wyjątkowym działaniu łaski Bożej w niej, co stanowi podstawę dla zwracania się do niej o wstawiennictwo u Boga.

Uwaga: cnoty teologalne (wiara, nadzieja, miłość) są czymś innym niż cnoty moralne, aczkolwiek są oczywiście powiązane. Same cnoty moralne (wypełnianie przykazań) nie wystarczą do beatyfikacji, nawet jeśli dana osoba praktykowała je w sposób ponadprzeciętny. Być może Jacek rzeczywiście przejawiał pewne zadatki świętości, zwłaszcza w wieku licealnym. Jednak istotne jest, jak potoczyło się jego następne życie, na co oczywiście miało wypaczający i demoralizujący wpływ modernistyczne środowisko kościelne już w Rzeszowie, a potem w Lublinie. Być może nawet - wiele na to wskazuje - miał powołanie do stanu duchownego, które zmarnował i zaprzepaścił wskutek zgubnego oddziaływania środowisk, które teraz forsują jego wyniesienie na ołtarze. 

Fakty w skrócie:

- Studiowanie teologii jaki świecki w ówczesnych warunkach w Polsce oznaczało brak gotowości zupełnego poświęcenia się służbie Bożej, którą w pojęciu katolickim jest stan duchowny i życie konsekrowane. Owszem, przerwanie przez Jacka studiów teologii na rzecz zamiaru podjęcia studiów medycznych może świadczyć o trzeźwym i słusznym rozpoznaniu, iż nie da się pogodzić poważnego podejścia do teologii ze stanem świeckim. Jednak zwrócenie się ku medycynie oraz życiu w małżeństwie oznacza równocześnie odwrócenie się od całkowitego zaangażowania w sprawy duchowe i zbawienie dusz. To z całą pewnością nie świadczy o heroiczności wiary, nadziei i miłości. 

- Wręcz skandaliczny jest fakt, że jako student psychologii zawarł w maju 1990 r., nie będąc w stanie w sposób odpowiedzialny założyć rodziny, związek cywilny ze swoją narzeczoną, a odkładając sakramentalne małżeństwo na później (w tamtych czasach zwykle zawierało się związek cywilny w tym samym dniu, co ślub sakramentalny). Nieodzowne jest oczywiście retoryczne pytanie, po co w tym wieku zawierali najpierw tylko cywilne (które jest ateistyczną parodią sakramentu), a następnie po czasie sakramentalne małżeństwo, skoro będąc studentami nie byli w stanie w sposób odpowiedzialny wydać na świat i wychować potomstwo. Tak więc żył w związku niesakramentalnym przez kilka miesięcy, do września 1990 r., co świadczy o braku przestrzegania nie tylko elementarnych zasad moralności katolickiej, lecz zwykłych, zdroworozsądkowych obyczajów. Tego prostego faktu nie jest w stanie przysłonić, ani tym bardziej usprawiedliwić opiewanie jego zaangażowania na rzecz ubogich. 

Ta sprawa jest charakterystyczna dla typowego u modernistów produkowania fałszywych świętych. Jest to istotny element wypaczania nie tylko wiary, lecz także moralności katolików. 


Czy katolikowi wolno uczestniczyć w obrzędach niekatolickich?


W tradycyjnym prawie kościelnym jest ogólny zakaz uczestniczenia w obrzędach niekatolickich. Dotyczy to obrzędów zarówno pogańskich (tzw. świeckich) jak też heretyków i schizmatyków.

Obrzęd zawarcia związku małżeńskiego - czy to w formie religijnej czy świeckiej - z jednej strony podpada pod tę kategorię, jednak równocześnie stanowi szczególny przypadek.

W obecnym Kodeksie Prawa Kanonicznego (z 1983 r.) nie ma zakazu uczestniczenia obrzędach niekatolickich, oczywiście o ile nie są to obrzędy antykatolickie, tzn. wymierzone przeciw wierze, obyczajom i Kościołowi. Tym niemniej każdy katolik może, według swego uznania, stosować się do wcześniejszych przepisów prawa kanonicznego.

W przypadku stosowania się do nowego KPK należy odróżnić obrzęd ochrzczonych (zarówno wierzących jak też tzw. niewierzących) i nieochrzczonych, a także zgodny z prawem naturalnym i sprzeczny z nim.

Jeśli osoby nieochrzczone zawierają tzw. ślub cywilny, to jest to małżeństwo tzw. naturalne, tzn. zgodne z prawem naturalnym, choć oczywiście niesakramentalne. Uczestniczenie w nim jest dopuszczalne, o ile nie oznacza niebezpieczeństwa dla własnej wiary czy obyczajów.

Podobnie jest ze ślubem we wspólnocie heretyckiej. Ochrzczeni heretycy zawierają sakramentalne małżeństwo, jeśli ich wola odpowiada istotnym jego cechom (jedność, nierozwiązywalność i cel potomstwa). Przeszkodą w uczestnictwie jest także wtedy niebezpieczeństwo dla własnej wiary i obyczajów.

W przypadku "ślubu" osób czy osoby związanej wcześniejszym węzłem sakramentalnego małżeństwa nie jest możliwe ani małżeństwo naturalne, ani tym bardziej sakramentalne. Tym samym takowy obrzęd jest bluźnierczy i świętokradzki. Dlatego nie należy w nim uczestniczyć, nawet jeśli nie wiązałoby się z tym niebezpeczeństwo dla własnej wiary i obyczajów.

Czy ślub cywilny jest ważny?


Katolik zawiera sakramentalne i tym samym nierozerwalne małżeństwo zgodnie z katolicką formą czyli przepisanego przez Kościół obrzędu. Tzw. ślub cywilny nie stanowi takiego małżeństwa.

Wprawdzie jest możliwość późniejszego zatwierdzenia związku zawartego bez katolickiej formy, o ile jest wola takiego związku według istotnych przymiotów małżeństwa (jedność, nierozerwalność i wydanie potomstwa), ale konieczna jest do tego procedura kościelnokanoniczna (tzw. sanatio in radice). Dopiero po jej przeprowadzeniu i orzeczeniu przez Kościół małżeństwo takie jest uznawane jako sakramentalne.

Sam związek cywilny, choć nie jest sakramentalny, powoduje jednak zobowiązania moralne, szczególnie gdy jest potomstwo. Dlatego każdy przypadek, gdy osoba po takim związku pragnie zawrzeć sakramentalne małżeństwo z inną osobą, powinien być badany indywidualnie zgodnie z rozeznaniem duszpasterskim. Chodzi bowiem o godne zawarcie związku sakramentalnego. Gdy nie ma odpowiedniej postawy moralnej wobec zobowiązań naturalnych wynikających ze związku niesakramentalnego, wówczas pod znakiem zapytania jest dyspozycja do przyjęcia sakramentu. Oczywiście możliwe jest nawrócenie i wola poprawy. W gestii duszpasterza leży zbadanie sprawy oraz rozpoznanie dyspozycji.

Dlaczego żydzi już nie mogą być "ludem wybranym"?


(portal zachodni kościoła mariackiego w Trewirze)

W tej kwestii właściwie wystarczy przywołać słowa samego Pisma św.

- z Listu do Rzymian 9, 6-8:

Ale nie jest tak, jakoby miało zawieść Słowo Boże. Albowiem nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem;
I nie wszyscy są dziećmi, dlatego że są potomstwem Abrahamowym, lecz jest tak: Od Izaaka zwać się będzie potomstwo twoje.
To znaczy, że nie dzieci cielesne są dziećmi Bożymi, lecz dzieci obietnicy liczą się za potomstwo.


- z Listu do Rzymian 9,21-26:

Albo czy garncarz nie ma władzy nad gliną, żeby z tej samej bryły ulepić jedno naczynie kosztowne, a drugie pospolite?
A cóż, jeśli Bóg, chcąc okazać gniew i objawić moc swoją, znosił w wielkiej cierpliwości naczynia gniewu przeznaczone na zagładę,
A uczynił tak, aby objawić bogactwo chwały swojej nad naczyniami zmiłowania, które uprzednio przygotował ku chwale,
Takimi naczyniami jesteśmy i my, których powołał, nie tylko z Żydów, ale i z pogan,
Jak też u Ozeasza mówi: Nie mój lud nazwę moim ludem i tę, która nie była umiłowana, nazwę umiłowaną;
I będzie tak, że na tym miejscu, gdzie im powiedziano: Nie jesteście ludem moim - nazwani będą synami Boga żywego.

- z 1 Listu do Tesaloniczan 2,13-16:

A przeto i my dziękujemy Bogu nieustannie, że przyjęliście Słowo Boże, które od nas słyszeliście nie jako słowo ludzkie, ale, jak jest prawdziwie, jako Słowo Boże, które też w was wierzących skutecznie działa.
Albowiem wy, bracia, staliście się naśladowcami kościołów Bożych, które są w Judei w Chrystusie Jezusie, bo i wy doznaliście tych samych cierpień od swoich rodaków, jak i oni od Żydów,
Którzy i Pana Jezusa zabili, i proroków, i nas prześladowali, i Bogu się nie podobają i wszystkim ludziom są przeciwni;
A żeby dopełnić miary grzechów swoich, przeszkadzają nam w zwiastowaniu poganom zbawiennej wieści. Ale gniew Boży spadł na nich do końca.

- z Listu do Galatów 4,26-31:

Jeruzalem zaś, które jest w górze, jest wolne i ono jest matką naszą.
Jest bowiem napisane: Raduj się, niepłodna, która nie rodzisz, wydaj okrzyk radości i wesel się głośno, ty, która nie znasz bólów porodowych, bo więcej dzieci ma opuszczona niż ta, która ma męża.
Wy zaś, bracia, podobnie jak Izaak, dziećmi obietnicy jesteście.
Lecz jak ongiś ten, który się według ciała narodził, prześladował urodzonego według Ducha, tak i teraz.
Lecz co mówi Pismo? Wypędź niewolnicę i syna jej; nie będzie bowiem dziedziczył syn niewolnicy z synem wolnej.
Przeto, bracia, nie jesteśmy dziećmi niewolnicy, lecz wolnej!


- Dzieje Apostolskie 7,51-53:

Ludzie twardego karku i opornych serc i uszu, wy zawsze sprzeciwiacie się Duchowi Świętemu, jak ojcowie wasi, tak i wy!
Któregoż z proroków nie prześladowali ojcowie wasi? Pozabijali też tych, którzy przepowiedzieli przyjście Sprawiedliwego, którego wy teraz staliście się zdrajcami i mordercami,
Wy, którzy otrzymaliście prawo (Mojżeszowe), jak wam go dali aniołowie, a nie przestrzegaliście go.

- Dzieje Apostolskie 13,38-41:

Niechże więc będzie wam wiadome, mężowie bracia, że przez tego zwiastowane wam bywa odpuszczenie grzechów, 
I że w nim każdy, kto wierzy, bywa usprawiedliwiony w tym wszystkim, w czym nie mogliście być usprawiedliwieni przez prawo Mojżesza. 
Baczcie więc, aby na was nie przyszło to, co powiedziano u proroków:
Patrzcie, szydercy, zdumiewajcie się i przepadnijcie, Bo dokonuję dzieła za dni waszych, Dzieła, któremu nigdy nie uwierzycie, Gdy ktoś wam o nim opowiadać będzie.

- Dzieje Apostolskie 18,4-6:

A w każdy sabat rozprawiał w synagodze i starał się przekonać zarówno Żydów, jak i Greków.
Kiedy jednak Sylas i Tymoteusz przyszli z Macedonii, Paweł oddał się całkowicie słowu, przedkładając Żydom świadectwa, że Jezus jest Chrystusem.
Lecz gdy mu się sprzeciwiali i bluźnili, otrząsnąwszy szaty, rzekł do nich: Krew wasza na głowę waszą, ja jestem czysty, od tej chwili pójdę do pogan.

Czy był naród szczególnie umiłowany? (z post scriptum)

 

(obraz z ołtarza bocznego Najśw. Serca w katedrze św. Szczepana we Wiedniu)


Ostatnio zetknąłem się z modlitewnikami niby tradycyjnymi, które zawierają akt poświęcenia Najświętszemu Sercu w niby tradycyjnej wersji. Rzeczywiście chodzi o najdłuższą wersję tegoż aktu, wydaną przez Kongregację Rytów w 1925 r. Jednak podana w nich wersja niestety zawiera ewidentne i poważne fałszerstwo. Oto text oryginalny (źródło tutaj, str. 542): 


Jest więc mowa o "synach plemienia, które niegdyś było ludem wybranym". Natomiast tłumaczenia w modlitewnikach niby tradycyjnych zawierają w tym miejscu słowa: "który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym". Jest to więc nie tylko fałszywy dobór słów, lecz zafałszowanie treści oryginału. Czymś zupełnie innym jest "szczególne umiłowanie", a czym innym "wybranie". Wybranie jest bowiem przeznaczeniem do pewnej misji, zadania, natomiast szczególne umiłowanie jest emocjonalną, irracjonalną postawą. Wybranie do pewnego zadania czy celu nie oznacza w żaden sposób pomniejszenia rangi czy wartości innych ludów. Natomiast szczególne umiłowanie jest wyróżnieniem, które zawiera przynajmniej subiektywną deprecjację innych ludów, czyli pomniejszenie ich wartości przynajmniej emocjonalne. 

Przypisywanie takiej postawy Bogu jest nie tylko sprzeczne z Bożym Objawieniem, lecz bluźniercze, niezależnie od tego, kto jest autorem tych słów czy tłumaczenia. 


Post scriptum

Przebierańcy - czyli modernistyczni oszuści ze zboczeniem paleofetyszyzmu - oczywiście fałszują także w tej kwestii. Oto przykład:


Fragment pochodzi od gwiazdora poznańskiej szajki przebierańców:


Komentarz chyba zbędny. 




O robieniu z krzyża wieszaka na stułę - raz jeszcze

 



Autor tej debilnej stronki na pejsbuku ma problem z elementarną logiką. Gdyby znał (bądź znając wziął pod uwagę) text modlitwy poświęcenia wody, to by wiedział, że nie ma w niej nic sprzecznego z używaniem jej do poświęcenia pokarmów. W przeciwieństwie do modlitw poświęcenia paramentów, gdzie jest podany taki cel, który jest sprzeczny z używaniem ich do wieszania na krzyżu (więcej tutaj). 
To jest
1. ignorancja
2. brak logiki
3. bezczelność ze znamionami profanacji.

Także w kwestii fotki z kard. Ratzinger'em ta osoba fundamentalnie się myli (bądź kłamie), gdyż

1. to nie ja lansowałem tę fotkę, lecz redakcja "Christianitas", za którą wówczas odpowiadał Paweł Milcarek,

2. za celebracje papieskie odpowiada ceremoniarz i Benedykt XVI zasadniczo nie ingerował w ich przygotowanie, a ceremoniarzem był wtedy - odziedziczony po JPII - stary Piero Marini, ten pupil Bugnini'ego z jego bandy modernistyczno-gejowskiej,

3. Benedykt XVI nie było liturgistą, lecz dogmatykiem z sercem dla liturgii. To jest różnica.

Jak pomóc?


Po pierwsze, rzeczywiście takie zdarzenia mogą być skutkiem ataku złego ducha, a to nie dopiero w skutkach złorzeczenia (przekleństwa), lecz w samym złorzeczeniu, które już jest działaniem szatańskim. 

W tym opisie widzę błąd, gdy sakramenty nie są po to, by nas bronić przez złością szatańską, lecz po to, żeby nas wyposażyć w siłę - czyli Bożą łaskę - do walki. Nie należy się więc spodziewać ustania ataków szatańskich wskutek łaski sakramentalnej. Łaska sakramentalna jest dana dla zbawienia duszy i dla zyskiwania zasług, nie dla pomyślności doczesnej. Wręcz przeciwnie: wściekłość złego ducha zwykle jest skierowana przeciw duszom szczególnie bliskim Bogu, starającym się o świętość czyli wypełnianie woli Bożej. 

Taka osoba potrzebuje szczególnie dobrego towarzyszenia duchowego. Pewne jest, że Pan Bóg daje pomoc w odpowiednim czasie, nawet jeśli trzeba jakiś czas szukać i czekać. 


Gdzie jest pełny spis dogmatów?


Najpierw należy sprecyzować określenie "dogmat". Domyślam się, że chodzi o nieomylne prawdy wiary podane przez Kościół. 

W sensie węższym natomiast słowo to jest skrótowym określeniem definicyj dogmatycznych, które zostały uroczyście ogłoszone przez papieży czy sobory. 

Jest jeszcze szersze rozumienie tego określenia, mianowicie jako oznaczenie każdej prawdy wiary katolickiej, nawet takiej, która nie została ogłoszona uroczyście jako nieomylna. 

Najprościej jest mówić więc o prawdach wiary katolickiej. Są one podane zwłaszcza w tzw. professio fidei ogłaszanym od niepamiętnych czasów i zwykle przez sobory powszechne:

-  tzw. Skład Apostolski, czyli głównie rzymskie chrzcielne wyznanie wiary, stosowane obecnie np. w różańcu

- Skład Nicejsko-Konstatynopolitański, stosowany w liturgii zarówno rzymskiej jak też bizantyńskiej, 

- Skład Atanazyjski (Symbolum Athanasianum), stosowany w Oficjum.

Do celów katechetycznych służą wykłady prawd wiary podane w katechizmach. 

Po Vaticanum II, czyli w okresie wywołanego przezeń potężnego zamętu odnośnie do niemal wszystkich prawd wiary, Paweł VI wydał tzw. Credo Ludu Bożego. 

Natomiast charakter naukowy, czyli pełniejszy, dokładniejszy i bardziej dogłębny mają podręczniki dogmatyki katolickiej. One nie tylko omawiają poszczególne prawdy wiary zarówno historycznie jak i systematycznie, lecz podają też ich stopień pewności według tzw. cenzur teologicznych. W nich właśnie można się dowiedzieć, które zdania są zdefiniowane jako nieomylne, które są nieomylne bez zdefiniowania itd. 

Wyjazd we dwoje


Pytanie sprowadza się właściwie do dwóch kwestij:

1. okazja do grzechu

2. zgorszenie.

Okazją do grzechu jest zwłaszcza przebywanie ze sobą bez świadków, których obecność chroniłaby przed popełnieniem grzechu uczynkowego. Aczkolwiek obecność świadków nie chroni przed pożądaniem jako aktem wewnętrznym. 

Ważne jest także oddziaływanie na otoczenie, zwłaszcza w przypadku osób wierzących. 

To są główne, ogólne względy w sprawie. Tutaj Kościół nie stawia prostych zakazów, a to oznacza, iż należy osobiście rozważyć sprawę pod podanymi wyżej względami. Warto też zasięgnąć opinii rodziców i zapytać ich o zgodę. Także opinia duszpasterza powinna być pomocna. 

Moim zdaniem, dla poznania siebie bardziej pomocne i skuteczne jest poznanie swoich rodzin oraz przebywanie z nimi niż wyjazd we dwoje. Na takim wyjeździe łatwo jest stworzyć pozory i założyć maski (gdyż warunki nie są codzienne), podczas gdy w codzienności rodzinnej jest to o wiele trudniejsze, prawie niemożliwe.

Można ewentualnie wziąć pod uwagę wyjazd wakacyjny obydwu rodzin, co posłuży także ich poznaniu się. 

Czy odpowiedź na list może zmienić Tradycję Kościoła? (uzupełnione)


Temat fałszowania liturgii tradycyjnej przez najgłośniejszą medialnie grupę indultystów - notabene cieszących się poparciem strajnie modernistycznych przekaziorów jak deon.pl i KAI - był już okazyjnie poruszany:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/08/w-sprawie-faszowania-liturgii-czy.html

Ostatnio pojawiła się w sieci wymiana listów między x. Dawidem Pietrasem (z diecezji zielonogórsko-gorzowskiej) a sekretarzem Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei". Łatwo można znaleźć informacje odnośnie osoby, z których wynika, że jest właściwie zadomowiony w Novus Ordo, nie w liturgii tradycyjnej, co ma znaczenie dla postawionych przez niego pytań:

 

List składa się z 29 pytań w kontekście przygotowywanej przez autora rozprawy doktorskiej w dziedzinie prawa kanonicznego.


Pytania mają służyć wyjaśnieniu jego osobistych wątpliwości:

Z punktu widzenia formalno-prawnego odpowiedź sekretarza Komisji ma wyłącznie charakter prywatny. NIC więcej. List skierowany do osoby prywatnej i nie opublikowany w organie Stolicy Apostolskiej ani nie jest wiążącą interpretacją prawa, ani nie stanowi prawa (nie jest aktem prawnym), lecz jest wyłącznie stanowiskiem odnośnie praktycznego stosowania prawa. To jest istotne dla jego właściwej interpretacji. Nic pod tym względem nie zmienia fakt, że w korespondencji poruszana jest także kwestia rangi odpowiedzi Komisji, gdyż jest to także odpowiedź jedynie deklarująca, nie konstytuująca prawo (o czym będzie poniżej).



Nie ma potrzeby analizowania wszystkich poruszonych kwestij. Ograniczę się do spraw, które budzą najpoważniejsze zastrzeżenia.

Chodzi najpierw o wykroczenia przeciw rubrykom tradycyjnych ksiąg liturgicznych oraz przeciw odwiecznym regułom kanonicznym i liturgicznym Kościoła. Są to przede wszystkim dwie kwestie dotyczące sprawowania funkcyj przez świeckich:


Pytanie dotyczące pełnienia posługi subdiakona przez świeckiego sugeruje odpowiedź, powołując się na poprzednie listy Komisji do osób prywatnych, które nie zawierają jednoznacznego odniesienia do tzw. akolitów świeckich nie będących kandydatami do kapłaństwa:

 

Tym razem odpowiedź Komisji jest jednoznaczna: dopuszcza ona możliwość pełnienia funkcji subdiakona przez akolitę świeckiego nie będącego kandydatem do kapłaństwa:


Wskazany kanon Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r. mówi w sposób oczywisty o ustanowieniu akolity według ksiąg i prawa Novus Ordo, czyli odnosząc się wyłącznie do liturgii tzw. posoborowej. Wówczas, w roku 1983 r., nie było jeszcze ani indultu ani oficjalnego potwierdzenia dalszej legalności ksiąg liturgicznych z 1962 r. Tym samym mamy do czynienia z pomieszaniem porządków nie tylko prawno-kanonicznych, lecz przede wszystkim liturgicznych, co jest jednoznacznie odrzucone we wszystkich oficjalnych dokumentach odnoszących się do aktualnego stosowania liturgii tradycyjnej, zwłaszcza w obydwu motuproprio - "Ecclesia Dei" z 1988 r. oraz "Summorum Pontificum" z 2007 r.

Problem jest poważny, nie tylko natury prawnej, lecz głównie liturgicznej i doktrynalnej. Święcenia subdiakonatu są w Tradycji Kościoła pierwszym stopniem święceń wyższych, związanym ze ślubowaniem dozgonnego celibatu. Jest to więc urząd co do istoty zupełnie inny niż tzw. ustanowiony akolita w Novus Ordo, którym może być też świecki, niezobowiązany do życia w czystości. Dopuszczenie kogoś takiego do pełnienia funkcji wyświęconego wyższego duchownego, związanej istotnie z celibatem, jest wewnętrznie sprzeczne i przeciwne sakramentologii i eklezjologii katolickiej.

Problem istnieje także pod względem prawnym. Chodzi o to, że w prawodłowej interpretacji każdego prawa konieczne jest włączenie intencji prawodawcy. Skoro w Kodeksie Prawa Kanonicznego 1983 r. nie ma intencji zachowania sprawowania liturgii tradycyjnej, to na jakiej podstawie stosuje się do niej kanony sprzeczne z jej porządkiem liturgiczno-prawnym?  

Odnośnie pytania numer 7 - w temacie świeckich ceremoniarzy biskupich - Komisja odpowiada ostrożniej, mianowicie, że "nie widzi zastrzeżeń". Równocześnie mówi wyraźnie, że chodzi o sytuację "nieobecności wyświęconego ceremoniarza":


Przy okazji warto zauważyć, że x. Pietras popełnia fałszerstwo w swoim tłumaczeniu, zamieniając "zastrzeżenie" (objection) na "przeszkodę" (po angielsku by to było "obstacles"):


Jest jasne, że sytuacji, o której mowa, nie było w żadnej celebracji w Polsce, gdyż byli obecni kapłani, którzy byli w stanie przygotować się do tej posługi przynajmniej tak samo jak uczynili to świeccy. Zabrakło jednak widocznie dobrej woli, czy to u organizatorów czy u nich samych, albo u jednych i drugich.

Pytanie odnośnie sposobu wykonywania chorału gregoriańskiego łączy bardzo różne kwestie, zrównując klasyczne wykonanie z nowością w postaci experymentów M. Peresa, które on sam rozumie nie jako odtwarzanie wykonania historycznego, lecz poszukiwanie własnej, nowoczesnej interpretacji (więcej tutaj): 


Pytanie otrzymało najkrótszą i najprostszą z możliwych odpowiedzi, bez zróżnicowania:


Czy Komisja była świadoma problemu wykonania przez szkołę Peresa? Pytanie jest w każdym razie perfidne, gdyż próbuje wyręczyć adresata w zbadaniu sprawy i sugeruje odpowiedź, jest więc właściwie oszukańcze.

Godne uwagi są też niektóre inne odpowiedzi o charakterze bardziej ogólnym i zasadniczym.

Doniosłe jest pytanie o zależność stosowania liturgii tradycyjnej od Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r.:


Odnośny punkt instrukcji brzmi:

(za: http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_commissions/ecclsdei/documents/rc_com_ecclsdei_doc_20110430_istr-universae-ecclesiae_lt.html)

Tak więc sprawa jest właściwie prosta: chodzi wyłącznie o kwestie dyscyplinarne, czyli dotyczące stosowania reguł liturgii tradycyjnej, a nie samych reguł tej liturgii. Innymi słowy: Kodeks obowiązuje odnośnie liturgii tradycyjnej jedynie w zakresie nieokreślonym przez samą liturgię czyli księgi liturgiczne (jak Mszał, Rytuał itd.). Konkretny przykład: gdy jest mowa o uczestniczącym w celebracji Mszy św. subdiakonie, czyli osobie, która przyjęła święcenia subdiakonatu według tychże ksiąg liturgicznych, to Kodeks Prawa Kanonicznego nie ma władzy - ani zamiaru - zastępowania go kimś innym, np. akolitą, gdyż byłoby to w sprzeczności zarówno z księgami liturgicznymi jak też z zakresem władzy Kodeksu. Inny przykład: księgi liturgiczne nie określają kwestii postu eucharystycznego. Ta sprawa była zawsze regulowana w prawie kanonicznym. Dlatego w celebrowaniu liturgii tradycyjnej wystarczy - pod względem czysto prawnym - zachować post eucharystyczny jedynie w wymiarze przewidzianym w Kodeksie z 1983 r.

Idąc tym tropem, następne pytania dotyczą starszych dekretów Stolicy Apostolskiej odnośnie do liturgii, najpierw tego, czy mają one nadal moc prawną:


Odpowiedź jest zasadniczo twierdząca, aczkolwiek można mieć wątpliwość, czy text nie zawiera błędu, tzn. czy nie powinno być "if" zamiast "of" oraz "preceptive" ("nakazujące") zamiast "perceptive", gdyż wtedy zdanie byłoby jaśniejsze. X. Pietras nie bardzo sobie radzi z tłumaczeniem, co jest tutaj akurat zrozumiałe:


W każdym razie zdanie potwierdza obowiązywanie przedsoborowych dekretów odnośnie do liturgii tradycyjnej.

Następne pytanie dotyczy rangi odpowiedzi samej Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei". Odpowiedź jest twierdząca, analogicznie do poprzedniego pytania:





Tym samym Komisja przyznaje swoim odpowiedziom tę samą rangę co przedsoborowym dekretom odnośnie liturgii. Jest to o tyle zrozumiałe, że posoborowa Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zajmuje się jedynie liturgią Novus Ordo, stosując jej własne przepisy. Logicznie wynika z tego, że Komisja "Ecclesia Dei" zajmuje się liturgią tradycyjną według jej własnych, przedsoborowych przepisów. W przeciwnym razie nie miałoby sensu wyjęcie liturgii tradycyjnej z kompetencji Kongregacji ds. Kultu Bożego. Tym samym absurdalne i sprzeczne z porządkiem prawnym jest ingerowanie w liturgię tradycyjną w oparciu o przepisy odnoszące się - co do zamiaru i litery - do Novus Ordo. Tego swojego postępowania Komisja nie uzasadnia ani prawnie, ani teologiczne, co zresztą nie dziwi, gdyż takowe uzasadnienie nie jest możliwe.

Ponadto Komisja przemilcza istotny fakt: dekrety Świętej Kongregacji Obrzędów były publikowane w oficjalnych organach Stolicy Apostolskiej. Zgodnie z powszechną zasadą prawną, dekrety te obowiązywały powszechnie dopiero po ich oficjalnej publikacji, tzn. dopiero wtedy miały ogólnie wiążącą moc prawną. Natomiast odpowiedź skierowana do x. Pietrasa jest skierowana tylko do niego i nie została opublikowana jako oficjalny dokument Komisji, tym samym nie ma rangi ogólnie wiążącego dokumentu, lecz służy jedynie jako wyjaśnienie do prywatnego użytku x. Pietrasa jako adresata.

Szczególnie godne uwagi są w końcu dwie sprawy wprawdzie szczegółowe, jednak znamienne w perspektywie ogólniejszych wniosków. W obydwu sprawach Komisja odpowiada twierdząco, akceptując istniejącą praktykę, przy czym pierwsza polega na używaniu ksiąg starszych niż te z 1962 r., zaś druga na wykroczeniu nawet poza posoborowe przepisy.
Najpierw chodzi o "wykroczenie" zachowawcze:


Następnie o wykroczenie "postępowe": 


Mówiąc krótko: Komisja przyklepuje coś, co nie ma pokrycia w żadnym dokumencie odnoszącym się do stosowania liturgii tradycyjnej obecnie. To jest charakterystyczne dla tego listu, a także dla obecnej linii Komisji: dyktatura faktów dokonanych - czyli praktykowania nadużyć - jest kluczem do tego dokumentu. Jak widać powyżej, we wielu kwestiach list jest niespójny i sprzeczny wewnętrznie. Linia postępowania staje się jasna dopiero w kluczu praxizmu, który jest niczym innym jak aplikacją marxizmu do liturgii Kościoła. Tym wątkiem zajmę się osobno.

Jakie refleksje nasuwają się tytułem wniosków i podsumowania, zwłaszcza odnośnie do dwóch pierwszych spraw, które w sposób wyraźny dotykają prawd wiary i ustroju Kościoła?

Z pewnością należy wziąć pod uwagę kontext tej korespondencji. Ma ona miejsce
- po latach praktykowania nadużyć sprzecznych z literą rubryk oraz zasadami wiary i liturgii katolickiej,
- po zaproszeniu sekretarza Komisji na tzw. warsztaty Ars Celebrandi, gdzie został włączony do takiej praktykowanej już wcześniej celebry,
- wcześniejsze celebracje odbywały się z udziałem kilku biskupów, jednego kardynała (Burke) oraz w obecności biskupa miejsca (z Włocławka).

Tak więc zastosowano taktykę faktów dokonanych: zaczęto praktykować ewidentne nadużycia, po czym postarano się o ich quasi oficjalną aprobatę praktyczną (nie prawną), za którą ma widocznie uchodzić ta odpowiedź sekretarza Komisji.

Dla jasności:

- Nigdy w Kościele nie było pełnienia funkcji święceń wyższych przez świeckich, także funkcji subdiakona.
- Nigdy w Kościele nie było pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego w celebracji pontyfikalnej przez świeckiego.

Są to w sposób oczywisty wynalazki wąskiego grona osób powiązanych głównie z x. Wojciechem Grygielem (znanym ze skrajnie niekatolickich, wręcz heretyckich poglądów), grona, które cieszy się wszelkim poparciem kręgów otwarcie antykatolickich:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/07/udawany-katolicyzm-czyli-czy-fideizm.html 

X. Grygiel nie kryje swoich wywrotowych poglądów odnośnie także liturgii tradycyjnej:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-liturgia-tradycyjna-jest-mao.html



Warto zwrócić uwagę także na niedawne zachwyty zakulisowego organizatora "warsztatów" Ars Celebrandi:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-film-kler-sprzyja-nawroceniu-koscioa.html

Czy abp G. Pozzo miał realną możliwość udzielenia innej odpowiedzi, po tym jak praktyka tej grupy była de facto tolerowana przez kilku hierarchów (okłamywanych co do stanu prawnego i faktycznego w tych sprawach)? Pewne jest, że odpowiedź inna - tzn. zgodna z literą i teologią tradycyjnych ksiąg liturgicznych -  byłaby stwierdzeniem popełnienia wykroczeń przez kilku hierarchów, którzy wówczas przypuszczalnie nie mieli świadomości wagi swojego udziału w imprezach organizowanych przez tę grupę.

Pewne jest więc, że mamy do czynienia z typową taktyką modernistycznych wrogów Kościoła. Dokładnie w ten sam sposób wprowadzano celebrację versus populum, w językach narodowych, Komunię do ręki, świeckich szafarzy i szafarki, i inne zwyczaje ewidentnie antykatolickie: najpierw praktykowano z naiwną tolerancją władz, a następnie, gdy bezwiedni katolicy zostali jako tako oswojeni z nadużyciem, zażądano oficjalnego uznania. Jest to więc atak wymierzony tym razem w resztki liturgii tradycyjnej ujęte w indultyźmie. Czy jest to zapowiedź, iż jedynym miejscem sprawowania liturgii tradycyjnej wiernie z jej nieskażonym duchem i literą będą struktury i wspólnoty nie podlegające Komisji "Ecclesia Dei"?

Że będą tego typu ataki na liturgię tradycyjną, coby ją zafałszować w duchu herezji modernizmu, było do przewidzenia. Jednak żadna tego typu próba nie jest w stanie zmienić ewidentnych faktów i prostych zasad Tradycji liturgicznej Kościoła. Zawsze będą jasne granice między rzetelną wiernością a fałszerskimi pomysłami, które mają rzekomo służyć upowszechnieniu i jedności.


Post scriptum

Link do tego textu wstawiłem jako komentarz na tablicy autora. Komentarz został bez słowa usunięty. O czym to świadczy, jest chyba dość jasne.

Przy okazji wspomnę epizod sprzed ponad dwóch lat, gdy x. Dawid napisał do mnie z prośbą o kontakt, na co chętnie przystałem. Jednak znamienne jest, że oczekiwał, iż będę do niego telefonował w jego interesie. Pisemny kontakt chyba mu nie odpowiadał, wolał widocznie, żebym ponosił koszty udzielania mu pomocy... No cóż, czy to świadczy o dojrzałości osobowej i duchowej?