Odpowiedź wydaje się prosta. Wydarzenie jest powszechnie znane. W międzyczasie pojawiły się też następne oficjalne dokumenty oraz liczne komentarze. Nie spotkałem jednak dotychczas syntezy wydarzeń, a otrzymałem kilka pytań w tej sprawie.
Zacznijmy od samego wydarzenia. Nie będę referował, gdyż przypuszczalnie chyba wszyscy P. T. Czytelnicy widzieli przynajmniej fragmenty, jeśli nie całość. Najpierw zwrócę uwagę na kilka szczegółów, które mogą się wydawać drobne, a jednak są znaczące. Idźmy po kolei.
Odczytanie przysięgi przez x. Schreiber'a było na poziomie średnio kumatego licealisty. Nawet jeśli nie jest biegły w czytaniu po łacinie, co samo w sobie jest nie do usprawiedliwienia w jego przypadku, to mógł się przygotować do tego odczytania, czego widocznie nie zrobił:
Po drugie, podczas udzielania Komunii św. dwukrotnie pokazano kapłana, któremu usługiwał w roli ministranta z pateną człowiek świecki w garniturze, podczas gdy kleryk obsługiwał parasolkę. Można pytać, kto wpadł na pomysł takiego rozwiązania. W każdym razie nie świadczy ono ani o przestrzeganiu zasad Kościoła w liturgii, ani nawet o zdrowym rozsądku.
Po trzecie, znamienna jest także fotka ujęta podczas przygotowań ołtarza, ukazująca, jak kleryk zapala świece ołtarzowe chodząc po ołtarzu. To jest właściwie skandal, nawet jeśli wyniknął on ze złego zaprojektowania ołtarza. Wystarczyło zachować pół metra odległości między tyłem ołtarza a tłem ("ścianą"), by można było tym właśnie z drabiny obsługiwać zapalanie i gaszenie świec. Wystarczyło pomyśleć o tym, że po ołtarzu się nie chodzi, także klerykalnymi stopami, zwłaszcza gdy jest możliwe inne rozwiązanie, a nie "wyższa konieczność"...
Po czwarte, w przebiegu ceremonii jest istotny moment w postaci prefacji przed namaszczeniem głów, gdyż jest prośba o "katedrę biskupią" dla święconych. To wprost przeczy fałszywej teorii, jakoby FSSPX udzielało jedynie biskupią władzę sakramentalną, a nie jurysdykcję (której może udzielić tylko papież):
Wyjaśniam: właśnie z tego powodu tzw. biskupi pomocniczy są zawsze mianowani jako biskupi tytularni, czyli przydziela im się stolicę biskupią historyczną, która obecnie nie istnieje. To jest właśnie zabieg prawny, który zachowuje zasadę związku sakry biskupiej z jurysdykcją.
W komentarzach pojawiły się krytyczne głosy odnośnie do odpowiedzi na obrzędowe pytanie o mandat apostolski oraz co do przysięgi posłuszeństwa i wierności Leonowi XIV. Dokument odczytany w miejscu przewidzianym na nominacyjną bullę papieską jest w istocie odpowiedzią negatywną, a zarazem uzasadnieniem podjęcia własnej nominacji przez FSSPX. Przy tej okazji sformułowano zarzut wobec władzy rzymskich, który sprowadza się do popadnięcia w apostazję. Z tego właśnie powodu nielogiczne jest przysięganie poddania się temu, który skupia w sobie tę władzę. Logiczne i uczciwsze byłoby orzeczenie, że udzielenie sakry odbywa się z domyślnego mandatu apostolskiego w imię zapewnienia przekazywania wiary, sakramentów oraz hierarchicznej jedności z papieżami "przedsoborowymi", czyli do Piusa XII włącznie.
Nasuwa się pytanie, dlaczego FSSPX oficjalnie głosi uznawanie "papieży soborowych", a równocześnie de facto nie poddaje się ich władzy, gdyż czyni wszystko zupełnie bez ich woli, a nawet wbrew ich woli. Modlitwa za nich oraz wymienianie ich imienia w kanonie Mszy św. z całą pewnością nie jest w stanie zastąpić realnego, faktycznego poddania się ich władzy. Wszystko wskazuje na to, że powody są pragmatyczne. Gdyby FSSPX ogłosiło, że nie ma papieża, to by z całą pewnością straciło większość wiernych, mianowicie tych, którzy są emocjonalnie przywiązani do papiestwa i nie byliby gotowi żyć w sytuacji vacatio sedis. Drugim powodem jest jest zapewne to, iż ogłoszenie nieuznawania uniemożliwiłoby zachowanie pozorów jedności hierarchicznej z władzą rzymską. Tutaj dochodzimy do kwestii kary, która została ogłoszona nazajutrz po konsekracji, mianowicie 2 lipca.
Wydano dwa dokumenty: dekret orzekający zaistnienie kary exkomuniki latae sententiae na biskupa konsekratora oraz konsekrowanych, oraz "notę wyjaśniającą". Orzeczenie zajścia kary na biskupów nie jest zaskoczeniem. W dekrecie zawarte jest też wezwanie do kapłanów FSSPX i wiernych, by nie szli za schizmą, która przypisywana jest biskupom w związku z exkomuniką. Problem jest tutaj po pierwsze w utożsamieniu kary exkomuniki ze schizmą. Wynika to z zakwalifikowania udzielania sakry biskupiej bez mandatu papieża jako aktu schizmatyckiego. Tutaj problem jest tego rodzaju, czy jeden akt choćby nawet schizmatycki wystarczy do zajścia schizmy. Można mieć wątpliwości. Po drugie, sens wezwania skierowanego do kapłanów FSSPX i wiernych zależy od zajścia schizmy poprzez dokonanie sakry.
Fundamentalny problem, w międzyczasie już dość szeroko omówiony w różnych źródłach (np. tutaj), polega na tym, że "nota wyjaśniająca" rozszerza zajście exkomuniki i schizmy na duchownych FSSPX oraz wiernych "formalnie przylegających". Jak zgodnie podają kanoniści, nałożenie czy choćby orzeczenie kary przez "notę wyjaśniającą" jest kanonicznie niemożliwe. Innymi słowy: kanoniczne jest jedynie orzeczenie kary zawarte w dekrecie, nie w "nocie".
Dlaczego nie ma orzeczenia kary na kapłanów FSSPX i świeckich w dekrecie? Ano z powodu tego, co jest zawarte w stanowisku Papieskiej Rady ds. Interpretacji Textów Prawnych z 1996 r., na które powołują się autorzy dekretu i noty: do orzeczenia przynależności do schizmy konieczne jest spełnienie warunków zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych, a to z natury rzeczy musi zostać wpierw zbadane indywidualnie. Innymi słowy: kanonicznie niemożliwe jest orzeczenie popadnięcie w schizmę kapłanów FSSPX oraz świeckich przywiązanych do ich posługi.
Nie może być prawdziwe i kanonicznie skuteczne także twierdzenie zawarte w "nocie", że kapłani FSSPX odtąd sprawują sakramenty pokuty i małżeństwa nieważnie. Otóż jurysdykcja została im udzielona na mocy dekretu papieskiego w 2015 r. i przedłużona na czas nieokreślony od 2016 r. Oznacza to, że tylko dekret papieski może tę jurysdykcję wycofać, a nie dekret dykasterii, a tym bardziej nie nota wyjaśniająca. Innymi słowy: owa nota jest kanonicznym bublem bez mocy prawnie wiążącej i oszukiwaniem publiczności. Czy León XIV jako kanonista z wykształcenia tego nie zauważył? A może jednak zauważył i świadomie chce takiego stanu rzeczy, żeby zachować furtkę dla dalszych działań względem FSSPX? Należy mieć na uwadze, że kara exkomuniki i to powiązana z orzeczeniem schizmy oznacza, iż papież nie ma już władzy kanonicznej wobec takiej osoby i że konieczne jest wpierw formalne pojednanie, czyli usunięcie exkomuniki, by mogły zostać podjęte jakiekolwiek kroki kanoniczne względem takiej osoby. Innymi słowy: jeśli by teraz ktoś wpadł na pomysł, by dekretem papieskim jeszcze raz orzec czy to exkomunikę dla całego FSSPX czy choćby odebranie jurysdykcji udzielonej przez Franciszka, to albo będzie to kanonicznie nieważne (jako że skierowane wobec osób już exkomunikowanych), albo będzie oznaczało anulowanie przynajmniej "noty wyjaśniającej" z 2 lipca 2026 r. Innymi słowy: to jest chaos kanoniczny i logiczny typowy dla całego modernizmu, zwłaszcza dla bandy bergogliańskiej, oczywiście w połączeniu z niekompetencją przynajmniej kanoniczną oraz zakłamaniem.
Tym samym "nota wyjaśniająca" po pierwsze wprowadza w błąd co do stanu prawnego, ma więc znaczenie jedynie psychologiczne. Po drugie, ona właściwie niczego nie wyjaśnia, lecz mąci co do stanu prawnego oraz podjudza do nagonki względem kapłanów FSSPX oraz wiernych świeckich z nimi związanych, a to z powodu bezsilności pod względem kanonicznym, gdyż orzeczenie ich za exkomunikowanych i schizmatyków, które musiałoby być indywidualne, jest praktycznie niemożliwe.
Doszedł element trzeci, mianowicie wytyczne odnoszące się do tego, jak należy postępować z tymi, którzy chcą wyjść ze schizmy. To zakłada oczywiście przyznanie się do przynależności do schizmy, co bardzo ułatwia postępowanie. Pierwsze owoce już się pojawiły: prowincjał dominikanów w Polsce wydał ostrzeżenie przed działalnością o. Wojciecha Gołaskiego, określając go jako exkomunikowanego i schizmatyka. Dochodzą też wieści z różnych diecezyj, że wierni znani z udzielania się zarówno w duszpasterstwach indult owych jak też lefebvriańskich są wzywani do zerwania z FSSPX pod groźbą orzeczenia o przynależności do schizmy i popadnięcia w karę exkomuniki. Modernistów nie interesują względy kanoniczne, czyli kanoniczna nieskuteczność nałożenia kary przez "notę wyjaśniającą". Oni od dawna czekali na ukaz, który da zielone światło do polowania na tradziuchów-schizmatyków. Możliwość wykupienia się też została określona, a warunkiem przygarnięcia na łono modernizmu jest wyznanie wiary w "sobór" oraz Novus Ordo.
Wygląda na to, że w Watykanie zatrąbiono do Endlösung na tradziuchach. Do tego zmierzano zresztą od początku pontyfikatu bergogliańskiego, a właściwie już począwszy od abdykacji Benedykta XVI. Moim zdaniem został dlatego zmuszony do ustąpienia, ponieważ nie udało mu się wciągnąć FSSPX do regularnych struktur, a zamiast tego poważnie wzmocnił "tradycjonalizm" w wersji indultowej. Posunięcia Franciszka - najpierw "przemiłosierne" potraktowanie FSSPX począwszy od przyznania jurysdykcji od 2015 r., a następnie jeszcze bardziej "miłosierne" uderzenie w indultowców poprzez perdifne "Traditionis Custodes" - są częścią tej taktyki. Jak już zaznaczałem wielokrotnie od lat, jemu chodziło nie o dobro duchowe wiernych przywiązanych do FSSPX, lecz o wepchnięcie w ramiona FSSPX jak największej części katolików tradycyjnych, by następnie wygodnie ich wraz z FSSPX exkomunikować i tym samym "oczyścić" "Kościół synodalny" z tych, którzy się jemu opierają chociażby w myślach. Obecny moment - czyli podjęta konsekracja biskupów - był do przewidzenia i stał się sposobnością dla realizacji tego planu.
Jest pewne, że FSSPX - przynajmniej w dużej części - już w latach 80-ych przestało chcieć uregulowania kanonicznego, które by oznaczało faktyczne poddanie się władzy rzymskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami, które stały się naoczne za pontyfikatu bergogliańskiego (Franciszkanie Niepokalanej, diecezja Ciudad del Este w Paragwaju, diecezja Fréjus-Toulon we Francji itp.). Już abp M. Lefebvre prowadził rozmowy w latach 1987-1988 bez przekonania w możliwość kontynuowania swojej działalności w podległości władzom rzymskim. Tak samo zachowywali się jego następcy aż do pontyfikatu Franciszka. Z drugiej strony władze rzymskie nigdy nie były gotowe się zgodzić na działalność FSSPX w takim kształcie, jaki ona miała, czyli wraz z krytykowaniem "soboru" oraz sakramentów Novus Ordo. Maxymalna doza wspaniałomyślności miała miejsce dopóki miał coś do powiedzenia w Watykanie kardynał J. Ratzinger i potem Benedykt XVI. On dążył do stanu takiego, jaki jest w przypadku instytutów podległych nieboszczce Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei", czyli FSSP, ICRSS, IBP itp.: przyznanie prawa do sprawowania liturgii tradycyjnej, w zamian za wyrzeknięcie się atakowania "soboru" i "Novus Ordo". Te warunki są dość logiczne i zrozumiałe, mianowicie z perspektywy utrzymania słynnej "jedności" także ze skrajnymi modernistami: gdyby władze rzymskie nie stawiały takich wymagań wobec tradziuchów, to by zostały oskarżone przez skrajnych modernistów o zdradę "soboru", a to by spowodowało już otwarty bunt i schizmę przynajmniej ze strony takich zamożnych episkopatów jak niemiecki czy usański i kanadyjski. Dziwne, że FSSPX tego albo nie rozumie, albo nie chce rozumieć. Władze rzymskie, jak każda władza, myśli kategoriami ilościowymi: odpadnięcie modernistycznych episkopatów i tym samym zamożnych diecezyj byłoby o wiele boleśniejsze i poważniejsze w skutkach niż ogłoszenie schizmy z tradziuchami. Aczkolwiek jest oczywiste, że także w Rzymie nie brakowało i nie brakuje modernistów, którzy dążą do przekształcenia Kościoła na sposób niemieckiej "synodalności", więc pozbycie się problemu tradziuchów jest dla nich bardzo dogodne.
Dlatego właśnie zaproszenie wystosowane do FSSPX przez "Tucho" Fernandez'a z lutego bieżącego roku do dialogu teologicznego, jak też wezwanie przez Leona XIV z 29 czerwca do zaniechania sakry zaplanowanej na 1 lipca nie mogło być poważne. Szczególnie groteskowe jest powiedzenie, jakoby papieże doceniali kultywowanie liturgii tradycyjnej oraz formację kapłańską w FSSPX. (Dowodem tego "docenienia" jest los wszystkich tych kapłanów znajdujących się w strukturach oficjalnych, którzy z przekonania sprawowali mniej czy bardziej oficjalnie liturgię tradycyjną i nauczali prawd wiary katolickiej: począwszy od usuwania z parafii, co zwykle oznaczało pozbawienie środków do życia, poprzez wysyłanie do psychologów i psychiatrów, aż do skazania na dożywotny stan nieokreślony, bo ukarać kanonicznie nie było za co, a pozwolić na normalną działalność nie chciano.) Te wszystkie niby zaproszenia i upomnienia tylko gra pozorów na użytek kłamliwej propagandy. Oni wiedzieli, że rozmowy nie mają sensu, gdyż obydwie strony nie chcą porozumienia, skoro FSSPX nie chce się poddać władzom rzymskim, by nie zostać potraktowane jak chociażby Franciszkanie Niepokalanej, zaś władze rzymskie w obecnych tam osobach szczerze nienawidzą nie tylko liturgii tradycyjnej lecz także wszystkiego, co nie pasuje do ich "Kościoła soborowego".
Jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń?
Wygląda na to, że obecnie w Rzymie nadal nadają ton siły skrajnie modernistyczne wrogie katolikom tradycyjnym. Leon XIV albo do nich należy, albo jest, póki co, pod ich wpływem. Jest dość prawdopodobne, że nie rozumie przywiązania do liturgii tradycyjnej, mimo że musiał ją poznać w dzieciństwie. Być może ma jakiś uraz. Raczej myśli o tej kwestii jedynie w kategoriach posłuszeństwa, a także ilościowo, skoro tradziuchy to tylko "krzykliwa" a znikoma mniejszość rzędu jakichś promili. Równocześnie, jak pokazał w swojej pierwszej encyklice, nie stroni od nowości, a tym samym trzymanie się Tradycji czy to liturgicznej czy też doktrynalnej nie jest dla niego ideałem, mówiąc oględnie. Z takiego punktu widzenia także indultowcy mogą przeszkadzać. Matematyk lubi porządek, a liczą się dla niego bardziej abstrakty niż realia i prawda. Jeśli rachunek końcowy się zgadza, to błędy w rozumowaniu się nie liczą. To pokazały jego posunięcia w sprawie FSSPX: cel pozbycia się problemu "uświęca" posługiwanie się ewidentną nieprawdą.
Możliwe są więc różne dalsze scenariusze. Po pierwsze, może być tak, że indulty chwilowo odetchną, być może będą nawet chwilami głaskane, choć raczej tylko symbolicznie. Nic nie zwiastuje istotnej zmiany postępowania względem indulciarzy. Obecnie raczej wzmocni się inwigilacja i badanie prawilnomyślności, czyli tropienie "kryptolefebvryzmu", by zbierać dowody na konieczność całkowitego zakazu liturgii tradycyjnej, czyli de facto zepchnięcia szczerych tradycyjnych katolików do "schizmy lefebviańskiej".
Po drugie, może być tak, że sytuacja będzie stabilizowana w obecnych stanie, czyli liczenie na biologiczne rozwiązanie indultyzmu. Szczerze myślący tradycyjnie katolicy odejdą do "bractwa", a w indultach zostaną mniej czy bardziej niedojrzałe chłopaczki ze zboczeniem paleo-fetyszyzmu, co wcześniej czy później musi skończyć się wymarciem.
Po trzecie, jest też wariant optymistyczny, choć raczej zbyt optymistyczny, by był realistyczny w niedalekiej przyszłości, aczkolwiek ostatnio właśnie głosy na jego rzecz się nasiliły, mianowicie wezwania ratzingerianów (kard. F. Müller, abp G. Gänswein, bp A. Schneider) do restytuowania statusu liturgii tradycyjnej według motu proprio "Summorum Pontificum" z 2007 r. Te zacne osoby mają oczywiście rację. Póki co jednak nic nie wskazuje na to, by Leon XIV poważnie brał pod uwagę głosy tych osób. On dość wyraźnie słucha niemal wyłącznie bandy odziedziczonej po swoim poprzedniku i nie zanosi się na zmianę.
Podsumowując:
1 lipca 2026 r. oraz w dni następne - poprzez opublikowane dokumenty - sytuacja stała się bardziej klarowna: władze rzymskie potraktowały ostrzem orzeczenia o exkomunice deklaracje ze strony FSSPX, jakoby ono uznawało władzę Leona XIV i jego "posoborowych" poprzedników. Władze pokazały tym samym, że żądają faktycznej i bezwzględnej podległości, a nie deklaracji. Z kolei FSSPX okazało, że nie zamierza faktycznie poddać się tej władzy, dopóki ona sama nie odstąpi od "soboru" i "Novus Ordo". Nie wiem, czy wierchuszka FSSPX rzeczywiście wierzy w realność tego scenariusza. Pewne jest, że ten, kto w coś takiego wierzy, albo bardzo liczy na spektakularny dziejowy cud, albo utracił kontakt z rzeczywistością. Dla FSSPX bardzo wygodne jest trwanie w obecnej sytuacji: robią, co chcą, i budują sobie sławę jedynych wiernych Tradycji Kościoła katolików, niesprawiedliwie prześladowanych ze wszech stron, mianowicie nie tylko ze strony "modernistycznego Rzymu", lecz także indultowców i sedewakantystów. Rosną w siłę, powoli ale stale. Ten trend raczej się nie załamie, przynajmniej dopóki władze rzymskie nie otworzą znów możliwości rozwoju dla liturgii tradycyjnej w ramach oficjalnych struktur. Jednak modernistom bardziej pasuje monopol FSSPX w liturgii tradycyjnej niż wolność dla niej. Paradoxalnie jest tutaj zbieżność interesów.
Oczywiście nie można wykluczyć, że to będzie sygnał do następnych prześladowań wewnątrz struktur oficjalnych. Moderniści nie są w stanie zniszczyć FSSPX, dopóki ono im nie podlega. Są oni jednak w stanie niszczyć duchownych i świeckich, którzy są w oficjalnych strukturach. Tu się odbywa heroiczne wyznawanie wiary i autentyczne męczeństwo. I stąd tylko może nadejść odnowa Kościoła. Dlatego właśnie FSSPX usilnie stara się wmawiać zarówno sobie jak też całemu światu, że nie jest poza Kościołem, poza jego widzialnymi strukturami, nawet jeśli władze rzymskie orzekły - czy usiłują orzekać - inaczej. Dla odnowy Kościoła oczywiście byłoby znacznie lepiej, gdyby wszyscy wierzący po katolicku - z sedewakantystami włącznie - nie walczyli przeciwko sobie, lecz ze wspólnym wrogiem, jakim są apostaci modernistyczni na stołkach kościelnych różnych szczebli.
Dlatego istotne jest docenienie tego, co łączy, mianowicie wiara katolicka. Ona równocześnie oddziela nas od apostatów modernistycznych. To nie wyklucza, lecz wręcz zakłada wzajemne upominanie co do błędów, które uderzają w naszą wiarygodność. To nie upominanie godzi w nią, lecz nieżałowane i niekorygowane błędy.
Pierwszym i najważniejszym orężem jest umiłowanie prawdy, nawet jeśli godzi ona we własny egoizm. Modernizm buduje na fałszu i kłamstwie, i to są jego główne narzędzia, co widać na co dzień i też w uroczystych dekretach. Nie wolno nam posługiwać się takimi samymi środkami, choć wielu w FSSPX - zwłaszcza z sekty stehliniańskiej - tego nie rozumie.
Drugim narzędziem jest zdobywanie solidnej wiedzy teologicznej, czego brakuje dość wyraźnie akurat w FSSPX, nawet jeśli ich poziom jest znacznie lepszy niż u absolwentów seminariów modernistycznych. Rzetelna teologia chroni zarówno przed herezjami jak też przed nieroztropnością w praktyce.
Po trzecie, ćwiczenie się w ofiarności przeciw egoizmowi i szukaniu własnych korzyści (czy to materialnych czy bardziej wysublimowanych jak popularność), także w interesie grupowym. Pod tym względem Kościół szczególnie różni się od wszelkich sekt: w Kościele rządzi prawda i szczera, ofiarna miłość, natomiast w sektach fałsz, zakłamanie oraz interes czy to indywidualny czy grupowy. I to Kościół będzie ostatecznie tryumfował, nawet jeśli doznaje ucisku, a nie jakakolwiek sekta pod jakąkolwiek nazwą czy podszywająca się pod Kościół Chrystusowy.
W tym znaczeniu 1 lipca wydarzyło się wiele. Nie tylko to, że cały świat zobaczył kapłanów, kleryków i tysiące wiernych przywiązanych do Tradycji Kościoła. Zobaczył także zakłamanie, nawet wręcz perfidię ze strony tych, którzy występują niby ze strony Kościoła. Pewne jest, że człowiek, który z czystym sercem szuka prawdy, dość łatwo rozpozna, komu warto zaufać, kto reprezentuje prawdę Chrystusową. Ostre, a właściwie pokrętne pisma mogą pociągnąć najwyżej tych, których myślenie ogranicza się do kibicowania swoim.
Oczywiście należy docenić istotny wkład śp. abpa M. Lefebvre'a oraz jego FSSPX w sprawę zachowania Tradycji doktrynalnej i liturgicznej Kościoła. Bez wątpienia FSSPX jest największą i najbardziej prężną organizacją, która stawia sobie taki cel, co wynika zapewne z geniuszu jego założyciela. Historia pokaże, czy istnienie FSSPX jest dowodem na to, że trzymanie się Tradycji jest ważniejsze dla Kościoła niż absolutne poddanie się władzy kościelnej, czy odwrotnie, czyli na to, że to poddanie się władzy jest ważniejsze i niezbędne. A to zależy przede wszystkim od tego, czy i na ile FSSPX stale zachowa wierność dla Tradycji, którą deklaruje i sobie stawia za cel. Do tego nie wystarczy stosowanie tradycyjnej liturgii Kościoła, choć jej porzucenie musi prowadzić przynajmniej do poważnych zawirowań, jeśli nie wręcz do zerwania z Tradycją także doktrynalną, czego jesteśmy świadkami od lat 60-ych i to coraz bardziej. Pewne jest, że FSSPX przetrwa próbę czasu tylko wtedy, gdy trwale zachowa wiarę katolicką nieskażoną i nieskażone sakramenty, nawet jeśli to będzie czynić wbrew woli aktualnych władz kościelnych. Pozostaje jednak pytanie, czy w oderwaniu od aktualnej władzy kościelnej praktycznie możliwe będzie trwałe zachowanie czystej doktryny katolickiej. Czas pokaże.