Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Papież Dawid I


Tutaj mamy oficjalny komunikat opublikowany we wielu językach na stronie (czy stronach) internetowej lefebvrianów. Kwestia sakry biskupiej w FSSPX pojawiała się w ostatnich latach co jakiś czas, a w ostatnich tygodniach już dość wyraźnie i półoficjalnie. Niniejszy komunikat jest oficjalną zapowiedzią i potwierdzeniem pogłosek o takim zamiarze. Ten krok właściwie nie dziwi. Tym niemniej w komunikacie zawarte są znamienne elementy. Otóż x. Pagliarani mówi o swojej decyzji - decyzji przełożonego generalnego. Ma to oczywiście związek z dość dziwną sytuacją, że przełożonym - więc w normalnych warunkach ordynariuszem sprawującym jurysdykcję - nad biskupami FSSPX jest zwykły kapłan. Ta dziwna i właściwie niekatolicka konstrukcja hierarchiczna jest przez lefebvrian tłumaczona tym, iż są to jedynie biskupi pomocniczy (episcopi auxiliarii), zaś ustanowienie przełożonym zwykłego kapłana (prezbitera) jest gestem pojednawczym wobec Stolicy Apostolskiej zaznaczającym to, iż FSSPX nie rości sobie statusu hierarchii równoległej oraz jurysdykcji zwyczajnej. To pokrętne tłumaczenie nie zmienia jednak stanu rzeczy, iż faktycznie zwykły prezbiter sprawuje władzę (według lefebvrian: jurysdykcję nadzwyczajną) nad biskupami, którzy de facto podlegają jemu, a nie Stolicy Apostolskiej. O tyle zrozumiałe jest sformułowanie, iż x. Pagliarani podjął decyzję o udzieleniu sakry biskupiej przez jemu podległych biskupów FSSPX. Nie trzeba być wytrawnym teologiem, by zauważyć tutaj poważny zgrzyt eklezjologiczny, niebywały w historii Kościoła. Gdyby x. Pagliarani powiedział, że wspólnie ze swoimi biskupami - co raczej odpowiada prawdzie - podjął taką decyzję, to byłoby bardziej prawidłowe także teologicznie. Natomiast zlecenie biskupom podjęcia sakra biskupiej jest aktem właściwie papieskim. Czy x. Pagliarani zdaje sobie z tego sprawę? W każdym razie jest to kolejny przykład haniebnej nędzy teologicznej w łonie FSSPX. 

Powyższy komunikat wywołał już dość ożywione dyskusje. Głosy są dość rozbieżne i rzadko rozjaśniające sytuację. 

Ze strony watykańskiej nie ma póki co żadnej oświadczenia w tej sprawie. Jest tylko nieoficjalna wypowiedź rzecznika prasowego, niewiele mówiąca:


Wygląda na to, że jeszcze nie ma wypracowanego stanowiska, co wynika zapewne z braku zdania ze strony Leona XIV. Zgadza się to z tym, co jest zawarte słowach x. Pagliarani'ego, że list otrzymany przez niego w odpowiedzi na jego prośbę o audiencję nie odnosi się do kwestii. Oznacza to, że na Watykanie są istotne rozbieżności w odniesieniu do FSSPX, a Leon XIV nie wypracował jeszcze swojego stanowiska. 

Są trzy możliwości: 
- wypracowanie porozumienia, które będzie podstawą dla udzielenia sakry biskupiej w FSSPX, - brak porozumienia i ogłoszenie exkomuniki, 
- brak porozumienia i milczenie. 

Pierwsza możliwość byłaby spójna z polityką Watykanu wobec komunistycznego państwa chińskiego, dokładnie wobec tzw. Kościoła patriotycznego, który jest ściśle powiązany z państwem, właściwie zależnym. Oznacza to, że de facto partia komunistyczna dokonuje nominacje biskupie i zleca wykonanie sakry biskupom sobie podległym. Od pewnego czasu Rzym jakby pogodził się z tym faktem, a za pontyfikatu Franciszka zostało nawet zawarte porozumienie z partią komunistyczną, które oznacza właściwie zgodę na decydującą rolę partii. 

Drugi wariant byłby spójny z polityką Jana Pawła II, czyli z twardą linią wobec FSSPX, co oznaczałoby powtórkę sytuacji z 1988 r. 

Trzeci wariant byłby oryginalnym posunięciem Leona XIV, aczkolwiek bliższym linii bergogliańskiej. 

Wiadomo, że Franciszek okazał wręcz niesamowitą hojność wobec FSSPX, udzielając jego członkom jurysdykcji do sprawowania sakramentu pokuty oraz sakramentu małżeństwa. Ten kanoniczny dziwoląg - z jednej strony brak statusu kanonicznego, co normalnie oznacza stan suspensy od sprawowania wszelkich sakramentów, a z drugiej udzielenie jurysdykcji do sprawowania dwóch sakramentów - oczywiście wpisuje się w bergogliańską swawolę i pogardę dla prawa kanonicznego. Ciekawe jest też zestawienie tej decyzji z wręcz patologiczną nienawiścią Franciszka do liturgii tradycyjnej i sprawujących ją. Można spekulować o tym, jak należy te fakty połączyć. Najbardziej spójnym wyjaśnieniem jest to, że on dążył do wpędzenia wszystkich katolików wierzących tradycyjnie w ramiona FSSPX, by następnie dość wygodnie wszystkich takich exkomunikować z powodu odrzucania Vaticanum II, co by formalnie niby rozwiązało problem. W tym świetle zrozumiały jest też haniebny i obłudny dokument "Traditionis custodes", który dość brutalnie uderza w sprawowanie liturgii tradycyjnej w ramach regularnych struktur. 

Spójrzmy jeszcze raz na uzasadnienie po stronie FSSPX. Kluczowe jest wyrażenie "stan wyższej konieczności". Cóż ono oznacza w odniesieniu do sakry biskupiej? Otóż w tej kwestii stan wyższej konieczności musiałby oznaczać, że bez udzielenia sakry biskupiej w FSSPX cały Kościół bądź przynajmniej spora liczba wiernych pozbawiona byłaby ważnie sprawowanych sakramentów. Czyżby FSSPX uważało, że poza jego strukturami nie było ważnie sprawowanych sakramentów? 

Tego FSSPX nie mówi. Mówi natomiast o konieczności zapewnienia tradycyjnego nauczania wiary, co według nich oznacza odrzucenie nauczania Vaticanum II. Problem jest po pierwsze w tym, że do takiego nauczania nie jest konieczne konsekrowanie biskupów, gdyż nauczać zgodnie z tradycyjnym nauczaniem Kościoła mogą zwykli kapłani (w tym wypadku nawet bez misji kanonicznej), a w sytuacji nadzwyczajnej także świeccy. Chodzi więc właściwie o zapewnienie udzielania święceń w seminariach FSSPX przez własnych biskupów oraz innych funkcyj biskupich w strukturach lefebvriańskich. Można przyjąć, że chcą to czynić dla dobra Kościoła, że chcą być jego częścią, a nawet wręcz elitą. Problem jest jednak w tym, że to ich nauczanie jest dość często niezgodne nawet z tradycyjną teologią katolicką i wcześniejszymi dokumentami Magisterium Kościoła, czego dobitnym przykładem na terenie polskim jest działalność x. Szymona Bańki, o której wielokrotnie musiałem się tutaj wypowiadać. 

Uzasadnienie ze strony FSSPX jest więc pokrętne i zakłamane. Lepiej byłoby, gdyby - bazując na autentycznej teologii katolickiej i na zwykłej przyzwoitości - przyznali, że chodzi o zapewnienie funkcjonowania własnym strukturom, do czego konieczne są funkcje biskupie. Owszem nie neguję, że chcą w ten sposób służyć zbawieniu dusz, tzn. że taką mają intencję. Oznacza to jednak, że funkcjonowanie swoich struktur uważają za konieczne dla tego celu, a tutaj można się już nie zgodzić. Wprawdzie indoktrynują swoich wiernych - zwłaszcza w Polsce - według zasady "extra FSSPX nulla salus", równocześnie jednak nie głoszą tego wprost. Ta niespójność nie świadczy bynajmniej o poziomie przynajmniej moralnym.

Jest też kwestia ważności święceń z linii arcybiskupa M. Lefebvre'a, o czym także już była mowa (tutaj i tutaj). Gdyby przywódcom FSSPX zależało na maxymalnym zapewnieniu wiernym prawowitych sakramentów, to by podjęli kroki dla usunięcia wątpliwości co do ważności linii swoich święceń. Zapowiedziane udzielenie sakry byłoby ku temu okazją. Gdyby zaprosili choćby jako współkonsekratora biskupa z linii nieobciążonej wątpliwościami, to by przynajmniej zapoczątkowali usuwanie wątpliwości czy zastrzeżeń. To by służyło też nawiązaniu współpracy między biskupami tradycyjnymi i tym samym wzmocniło ich pozycję wobec modernizmu. Poniekąd zrozumiałe jest, że FSSPX oficjalnie odżegnuje się od sedewakantyzmu, a to dlatego, by nie pogrzebać swojej (pozornej) łączności z władzą rzymską. Problem jednak polega na tym, że ta łączność jest właściwie obłudna i to obustronnie: ludzie piastujący urzędy watykańskie serdecznie życzą FSSPX niebytu przynajmniej w oficjalnych strukturach kościelnych, zaś FSSPX serdecznie życzy tym strukturom śmierci przynajmniej naturalnej. 

W obecnej dyskusji w temacie panuje mocno ograniczona czy wręcz fragmentaryczna perspektywa, mianowicie zredukowana do kwestii kanonicznej w znaczeniu obecnego prawa kanonicznego bez jakiegokolwiek spojrzenia bardziej teologicznego, w tym także historycznego. Otóż historycznie biorąc, mianowanie biskupów przez papieża jest zasadą dość po pierwsze dość nową na tle historii Kościoła, a po drugie nie absolutną, gdyż nadal istnieją nawet kanonicznie uznane wyjątki polegające na tym, że papież jedynie zatwierdza dokonany wybór nominata. Ma to miejsce zarówno w tzw. Ecclesiae sua iuris, czyli w strukturach katolickich obrządków wschodnich jak też w niektórych diecezjach obrządku rzymskiego, gdzie kapituła katedralna dokonuje czy to jednego nominata czy trzech kandydatów do nominacji. Od starożytności aż do późnego średniowiecza biskupów regularnie wybierano lokalnie. Wybór był jedynie zatwierdzany przez Stolicę Apostolską w tym znaczeniu, że wybrany prosił papieża o tzw. jedność kościelną, czyli formalnie poddawał się władzy papieskiej. Zasada mianowania biskupów przez papieża została ustalona dopiero w związku z tzw. sporem o inwestyturę. Chodziło o to, że władcy świeccy - zgodnie z wypaczonym zwyczajem bizantyńskim - uzurpowali sobie prawo do nominowania biskupów i tym samym do ingerowania wprost w życie Kościoła. Oczywiście wywołało to słuszny sprzeciw ze strony Stolicy Apostolskiej, co ostatecznie doprowadziło do kanonicznej zasady powoływania biskupów przez papieża, czyli centralizacji w tej kwestii także kosztem wpływu lokalnych struktur kościelnych na wybór. Celem była wolność Kościoła od wpływu władz i czynników świeckich. To jest właśnie istotne w tej kwestii: sposób mianowania czy wyboru biskupów ulegał istotnej zmianie na przestrzeni wieków, ale zasada istotna i nadrzędna pozostała ta sama, mianowicie zapewnienie odpowiednich warunków personalnych dla misji Kościoła. Konkretnie chodziło o to, by biskupem został nie ktoś, kto jest wygodny czy spolegliwy dla władzy świeckiej bądź czynników świeckich, lecz ktoś, kto daje maxymalną gwarancję dla przekazywania wiary katolickiej w doktrynie i obyczajach, oraz w godziwym sprawowaniu sakramentów świętych. Ta właśnie zasada jest obecnie całkowicie pomijana w dyskusji. 

Pozostaje oczywiście kwestia, kto ma oceniać kandydatów pod względem tego kryterium. Sposób wyboru kandydatów w łonie FSSPX okryto tajemnicą. Nie wiadomo zresztą także, w jaki sposób abp M. Lefebvre dokonał wyboru swoich kandydatów do sakry w 1988 r. W każdym razie kolej rzeczy wykazała, że przynajmniej jeden wybór chybiony, mianowicie Richard'a Williamson'a, mimo że to on spośród czterech konsekrowanych był chyba najinteligentniejszy i najlepiej wykształcony. Równocześnie to on właśnie zarzucał swoim trzem współbraciom zdradę dzieła założyciela poprzez podjęcie rozmów z Rzymem w okresie przełożeństwa bpa Bernard'a Fellay'a. 

Być może FSSPX liczy na to, że historia kiedyś doceni, iż to wybrani przez nich biskupi bardziej spełniają kryteria Kościoła co do godnych biskupstwa niż nominaci watykańscy. O to właśnie toczy się walka. Lefebvrianie nie chcą narzucenia im nominacji z Watykanu, obawiając się wyboru, który miałby ich zniszczyć (jak zwykle przez rozbicie). Z drugiej strony władze rzymskie nie chcą zrzec się swojej prerogatywy zgodnej z obecnym prawem kanonicznym. Czy możliwy jest kompromis? Warunki kompromisu zostały podane za pontyfikatu Benedykta XVI. Kością niezgody pozostał stosunek FSSPX do Vaticanum II. Wygląda na to, że zabrakło zrozumienia po obydwu stronach. Z jednej strony władze watykańskie nie mogły się zgodzić na odrzucanie choćby niektórych elementów nauczania V2. Z drugiej zaś władze FSSPX nie chciały ryzykować rozłamu wewnętrznego, który jednak o tyle nastąpił, że bp Williamson został usunięty i założył swój tzw. ruch oporu, następnie udzielając wielokrotnie sakry biskupiej swoim zwolennikom. Także obecnie żadna ze stron nie jest szczerze zainteresowana porozumieniem. Moderniści cieszą się z perspektywy exkomuniki i formalnego zupełnego odłączenia FSSPX. Lefebvrianie natomiast z satysfakcją patrzą na coraz głębsze pogrążanie się oficjalnych struktur rzymskich w odmętach synodalizmu, którego celem jest niewątpliwie de facto wyrzeczenie się resztek tożsamości katolickiej i tym samym całkowite odcięcie się od Kościoła "przedsoborowego". 

Sytuacja jednak nie jest beznadziejna, gdyż szansa zarówno dla obydwu stron jak też dla ich porozumienia jest jedna i ta sama: wiara katolicka i tym samym też zdrowy rozsądek. Co bym konkretnie polecał?

1. FSSPX powinno poddać swoich kandydatów do biskupstwa tym kryteriom, które zawsze były w Kościele stosowane. Zarówno te kryteria jak też ich zastosowanie powinno być jawne i znane publicznie, oczywiście przedstawione także władzom watykańskim. 

2. Dla usunięcia wątpliwości co do ważności linii święceń powinni zaprosić do udziału w konsekracji przynajmniej jednego z biskupów pochodzących z linii święceń nie obciążonej wątpliwościami. 

3. Po dokonaniu sakry (jeśli odbędzie się bez porozumienia z Rzymem) wyświęceni powinni poprosić papieża o jedność kościelną, zapewniając o uznanie jego władzy. 

4. Władze rzymskie powinne docenić dobrą wolę po stronie FSSPX wraz z solidnością procedury wyboru - jeśli będzie ona miała miejsce - w ten sposób, że w pewnym terminie (np. do trzech miesięcy) powstrzyma się od ogłoszenia exkomuniki przewidzianej w prawie kanonicznym, oczekując na deklarację jedności kościelnej ze strony wyświęconych. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że zastosowanie tych zaleceń wydaje się mało prawdopodobne. Jednak są one realistyczne i możliwe do spełnienia, gdyż wynikają z odwiecznych zasad Kościoła. Pozostaje modlitwa o światło Ducha Świętego i opamiętanie. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.1.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w bieżącym roku nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 2000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to już oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Czy "studniówka" to coś mądrego?


Banalne pytanie, banalna sprawa. Czy aby?

Otóż sprawa dotyczy szkoły, pośrednio także systemu edukacji. Wszak studniówki dzieją się w szkołach, przynajmniej w ścisłym związku ze szkołą i nawet w ten sposób, że należą wręcz jakby do programu szkolnego. W każdej szkole średniej w Polsce - i tylko w Polsce - jest co roku studniówka. 

Skąd się wzięła? Wszystko wskazuje na to, że jest to wynalazek PRL-u. Owszem, w II RP istniały komersy, bale maturalne, podobnie zresztą jak w innych krajach. Jednak bal przed maturą jest pomysłem komunistycznym. Już sam ten związek z minioną epoką powinien pobudzić do namysłu. 

Bale same w sobie są związane zwłaszcza z karnawałem, czyli okresem zabawowym między Bożym Narodzeniem a Wielkim Postem, choć nie tylko, gdyż istniały w różnych okresach roku. To była rozrywka arystokracji (kultywowana chociażby na wiedeńskim Opernball). Takie są też chyba korzenie studniówki: nawiązanie do balów karnawałowych. A polegało to na tym, że przyszli maturzyści - a właściwie ich rodzice - fundowali swoim nauczycielom darmową zabawę, zresztą zakulisowo (ukradkiem) obficie zakrapianą trunkami. W mentalności komunistycznej miało to wymiar kupienia ich łaskawości na maturze, która polegała na niemal oficjalnym ściąganiu czyli oszukiwaniu, które dawało przepustkę na studia i awans społeczny. 

Oczywiście pretextem była niby potrzeba relaxu młodzieży przed ciężkimi przygotowaniami do matury. W rzeczywistości studniówka nigdy nie była ani jedyną zabawą młodzieży, ani na prawdę relaxującą, a przygotowanie i zorganizowanie jej pochłaniało i pochłania nie tylko spore środki finansowe, lecz także czas i energię. 

Przede wszystkim brakuje jej sensowności, gdyż ani nie ma czego świętować, skoro matura jeszcze nie jest zdana, ani w niczym nie pomaga, a raczej przeszkadza w skupieniu na uczeniu się (oczywiście wraz z odpowiednim, indywidualnym relaxem, gdyż ludzie w różny sposób odpoczywają i relaxują się). Quasi rytualna studniówka jest raczej pseudobowiązkiem i to szkodliwym, także dla kieszeni rodziców. Uczniowie z rodzin mniej zamożnych - a takich jest w Polsce wciąż nadal większość - albo zostają siłą rzeczy wykluczeni, albo czują się zmuszeni stawać na uszach, by opłacić sobie ów "bal". Nie bez znaczenia jest fakt, że szkoły zawodowe mogą czuć się "gorsze", skoro w nich nie ma studniówek. Maturzyści i ich nauczyciele odgrywają rolę quasi arystokracji, skoro bal szkolny o takim charakterze jest ich przywilejem. 

W tym miejscu pomijam kwestie moralne związane z zachowaniem podczas takiego balu, zwłaszcza sprawę fundowania nauczycielom darmowej rozrywki i popitki, pokątne pijaństwo, toaletowe romanse itp. Już sam fakt organizowania dla młodzieży, która jeszcze nie zdała matury, balu, który sam w sobie ma charakter elitarnej zabawy dorosłych, jest antypedagogiczny i demoralizujący. 

Pod tym względem o wiele sensowniejszy byłby bal maturalny po maturze, w ramach świętowania zakończenia szkoły średniej, gdy jest co świętować i jest za co dziękować. Wymaga to jednak myślowego dystansu do pseudotradycji prl-owskiej oraz odwagi zerwania z nią. 

KULowska propaganda chanukkowa


Przykładem postępującego ożywienia w temacie świętowania chanuki w przestrzeni publicznej jest manifest "Koła Naukowego Teologów KUL" z dnia 19.XII.2025, który jest pierwszym aktem tego rodzaju i tej rangi (o wcześniejszych aktach: tutaj). Został on oczywiście powielony w mediach katolewackich i nie tylko, jednak bez szerszej dyskusji. Regularnie pominięto przy tym fakt, iż ów manifest był ze swej strony reakcją na list otwarty społeczności pracowników i studentów KUL (źródło tutaj):


O ile mi wiadomo, nie ma - i raczej nie będzie - jakiejkolwiek reakcji ze strony adresatów. Wygląda na to, że posłużyli się oni "kołem naukowym" w sformułowaniu swoistej odpowiedzi. Owa odpowiedź podaje, że text został przygotowany przez x. Karola K. Godlewskiego (wizerunek powyżej), który jest kapłanem Archidiecezji Białostockiej oraz pracownikiem naukowym KUL. Od kilku lat jest on promowany - czy raczej sam się promuje - w przestrzeni internetowej jako typowy modernistyczny krętacz z linii bergoliańsko-rysiowej, budując swoją dalszą karierę. Wpisuje się w to ów manifest w sprawie chanukki. Przyjrzyjmy się temu dziełu charakterystycznego krętactwa pseudoteologicznego. 

1. Nieprawdziwe jest twierdzenie, jakoby chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu "jak gałąź z pnia". Pod względem zarówno historycznym jak też teologicznym nie należy mylić judaizmu z religią starotestamentalną. Niestosowność tego utożsamienia wynika nie tylko ze źródeł chrześcijańskich (zarówno pism bilijnych Nowego Testamentu jak też pism patrystycznych jak chociażby List Barnaby, pisma św. Ignacego z Antiochii, św. Justyna, Tertuliana, św. Jana Chryzostoma, św. Izydora z Sewilli itd), lecz także ze źródeł żydowskich. Przykładem jest chociażby powszechnie ceniony historyk żydowski Heinrich Graetz, który w swojej słynnej wielotomowej "Historii żydów" mówi, że protoplaści i twórcy judaizmu, którymi są faryzeusze, "na swój własny sposób interpretowali" Pięcioksiąg i z tej swojej interpretacji wywodzili nowe przepisy prawa żydowskiego czyli religii judaistycznej, które następnie jako Talmud "uzupełniały, zmieniały i poprawiały" przepisy prawa Mojżeszowego zawartego w biblijnych księgach Starego Testamentu (H. Graetz, Volkstümliche Geschichte der Juden, München 1985, Bd. 12, s. 47; Bd. 3, s. 15). Co więcej, tzw. Biblia masoretów, czyli wersja opracowana przez rabinów judaistycznych dopiero w okresie od VIII do X wieku po Chrystusie, następnie przejęta przez protestantów, znacznie odbiega zarówno od Septuaginty jak też od Pięcioksięgu samarytańskiego, co świadczy o wprowadzeniu poważnych zmian względem Biblii hebrajskiej (Tanach) będącej w użyciu w czasach Jezusa Chrystusa (por. J. Morin, Antiquitates Ecclesiae Orientalis, źródło tutaj). Powszechnie uznaną wiedzą jest (por. A. McCaul, The Old Paths or the Talmud Tested by Scripture, London 1880, s. 3), że źródłami judaizmu, którym ta religia przypisuje boskie pochodzenie, jest nie tylko Pięcioksiąg Mojżeszowy (w faryzejsko-rabinicznej interpretacji), lecz także tzw. tradycja ustna (ujęta z czasem w Talmud). Z tego też powodu arcybiskup Józef Teodorowicz (Od Jahwy do Mesjasza, Poznań 1936, s. 349) pisze: "Zasadnicza pomyłka we wszystkich opinjach o Żydach tkwi w tem, że się uważa typ dzisiejszego Żyda we wszystkich ujemnych jego stronach za jakąś emanację religii Starego Testamentu". W pojęciu chrześcijańskim natomiast tradycje faryzejskie (talmudyczne) są jedynie ludzkimi, nie pochodzącymi od Boga (por. Mk 7,8; Mt 15,6). Oprócz tej zasadniczej różnicy źródłowej zachodzi także fundamentalna sprzeczność w rozumieniu swojej tożsamości: podczas gdy Kościół uważa siebie za właściwą kontynuację i spełnienie religii Starego Testamentu czyli mozaizmu - a nie religiii talmudycznej czyli judaizmu -to judaizm podaje siebie jako tożsamy z religią Patriarchów (od Abrahama, poprzez Izaaka i Jakuba do Mojżesza), a temu zaprzecza Nowy Testament. Dowodem są chociażby słowa Jezusa Chrystusa według Ewangelii św. Janowej (8, 38.54-55): "W odpowiedzi rzekli do Niego: «Ojcem naszym jest Abraham». Rzekł do nich Jezus: «Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama. (...) Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: "Jest naszym Bogiem", ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam." Te dwa rozumienia wykluczają się. Jeśli ktoś przyjmuje rozumienie judaistyczne - a jest ono zawarte w cytowanej na wstępie metaforze botanicznej - to tym samym odrzuca katolickie (i ogólnie chrześcijańskie) rozumienie związku między Starym a Nowym Testamentem. 

2. Bezpodstawne jest twierdzenie, jakoby Pan Jezus świętował święto chanukki (więcej tutaj). Nie wynika to bynajmniej z przytaczanego fragmentu z Ewangelii św. Janowej (10,22-23), gdyż przechadzanie się w tzw. Portyku Królewskim usytuowanym na oddalonej krawędzi kompleksu świątynnego z całą pewnością nie stanowi elementu świętowania ani w znaczeniu ściśle kultycznym ani w znaczeniu ogólnym. Zresztą nie ma jakichkolwiek źródeł, które by poświadczały istnienie wówczas jakichkolwiek obrzędów w świątyni związanych z tym świętem. Historycy są zgodni co do tego, że za czasów Pana Jezusa - i aż do czasów współczesnych, konkretnie do drugiej połowy XX w. - tzw. święto odnowienia świątyni jerozolimskiej nie było świętem religijnym lecz jedynie politycznym (związanym z dynastią Hasmoneuszy), jak mówią wyraźnie źródła żydowskie. Pewne jest, że obecnie znane zwyczaje jak zapalanie świec chanukkowych połączone z pewnymi śpiewami pojawiły się dopiero w czasach nowożytnych, niemal współczesnych. Charakter tego świętowania wyraża znamienny hymn Ma'oz Tzur, którego ostatnia zwrotka w tłumaczeniu na język polski brzmi następująco: "Obnaż swoje święte ramię i przynieś koniec zbawienia. Dokonaj zemsty na (krwi) niegodziwego narodu, w imieniu Twoich wiernych sług. Bo wybawienie było zbyt długo opóźnione; A złe dni nie mają końca. O, odrzuć wroga w cień bałwochwalstwa i postaw nam siedmiu pasterzy." (więcej tutaj) Należy mieć na uwadze, że judaizm uważa chrześcijan za bałwochwalców, jak mówi chociażby powszechnie ceniony uczony żydowski Majmonides (Miszne Tora, ks. I,rozdz. 9, 4; źródło tutaj), który zresztą wprost złorzeczy Jezusowi Chrystusowi (tamże, rozdz. 10, 1). Włączenie się w świętowanie chanukka jest więc uczestniczeniem w pogardliwych oszczerstwach i złorzeczeniach odnoszących się do chrześcijan oraz do samego Jezusa Chrystusa. 

3. Utożsamianie braku akceptacji obchodów chanukki w przestrzeni publicznej i katolickiej (czyli kościelnej) z brakiem szacunku dla obchodów chanukki przez żydów w swoim gronie jest elementarnie nielogiczne i nieprawdziwe. Nikt nie zabrania i nie chce zabronić świętowania żydom ich świąt czy to kultycznych czy politycznych. Czym innym jest natomiast wprowadzanie ich obchodów do przestrzeni publicznej i katolickiej, a do nich należy teren będący własnością Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ufundowany i utrzymywany przez katolików dla celów służących misji ewangelizacyjnej Kościoła, a nie sprzecznych z tą misją. Powiązanie tychże obchodów z takim terenem jest wewnętrznie sprzeczne i niezgodne z ich przeznaczeniem, gdyż sugeruje poparcie społeczności katolickiej dla judaizmu jako takiego, który jest zanegowaniem misji Jezusa Chrystusa.  

4. Twierdzenie, jakoby chanukka upamiętniała wierność Bogu, jest przynajmniej nieporozumieniem, nawet jeśli judaiści tak głoszą. Takie głoszenie sugeruje, że to oni są dziedzicami tych, którzy sprzeciwiali się pogaństwu, a świętowanie chanukki manifestuje wierność Bogu objawionemu w Starym Testamencie. Tutaj natrafiamy ponownie na sedno stosunku Kościoła do judaizmu i odwrotnie. Otóż są tylko dwie wykluczające się nawzajem możliwości: albo to Kościół Chrystusowy jest spełnieniem i dziedzicem Starego Testamentu, albo jest nim judaizm. Tertium non datur. Kto twierdzi, jakoby judaizm był wierny Bogu objawionemu przez Stary Testament, ten przeczy nie tylko odwiecznemu nauczaniu Kościoła, lecz już nawet księgom Nowego Testament oraz całej Tradycji Kościoła, i jest tym samym apostatą. 

5. Sugerowanie, jakoby świętowanie chanukki było wręcz obowiązkiem dla katolika, analogicznym do wspominania bohaterów poległych za niepodległość ojczyzny, także polega przynajmniej na nieporozumieniu. Otóż nieprzypadkowo w Kościele nie było nigdy świętowania chanukki nawet w rozumieniu pierwotnym czyli jako upamiętnienia oczyszczenia świątyni z elementów kultu pogańskiego, mimo wielu nawiązań liturgii Kościoła do świąt starotestamentalnych. Obojętność akurat na to święto - które także w rozumieniu judaizmu ma charakter polityczny, nie religijny - wynikała wprost z istoty Nowego Testamentu, konkretnie ze stosunku samego Pana Jezusa do świątyni jerozolimskiej oraz ogólnie do kultu starotestamentalnego, którego centrum i symbolem jest ta świątynia: "Zaprawdę powiadam wam, nie zostanie kamień na kamieniu" (Mt 24,2; Mk 13,2); "Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu" (Łk 21,6); "Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo" (J 2,19); "nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca" (J 4,21). Przywiązanie zarówno do świątyni jerozolimskiej jak też ogólnie do kultu starotestamentalnego jako takiego jest więc obce chrześcijaństwu, przy całym szacunku w odpowiednim rozumieniu, na który wskazałem. 

6. Mówienie o "dialogu wewnątrzreligijnym" sugeruje, jakoby chrześcijaństwo i judaizm stanowiły jedną religię, co oczywiście nie jest prawdą, zarówno historycznie jak też teologicznie. Judaizm - jak wskazane powyżej - przypisuje chrześcijaństwu bałwochwalstwo i tym samym stanowczo się odcina od chrześcijaństwa, już począwszy od czasu Pana Jezusa i Apostołów. Choćby biorąc pod uwagę nowoczesne naukowe kryteria religioznawcze jak doktryna, ustrój, kult i osoba założyciela, nie można w żaden sposób mówić o tej samej religii. Tym bardziej jest to niemożliwe w świetle kryteriów teologicznych jak pojęcie Boga, Wcielenie Syna Bożego, ustrój hierarchiczny, kult, nauczanie moralne itp., mimo pewnych elementów wspólnych czy podobieństw. 

7. Fałszywa jest także analogia między związkiem chrześcijaństwa z Tradycją Kościoła a stosunkiem judaizmu do religii starotestamentalnej (czyli mozaizmu). Dowodem są proste fakty: podczas gdy w chrześcijaństwie Biblia i Tradycja są zarówno genetycznie jak też treściowo ściśle powiązane i nierozłączne jako dane raz na zawsze Boże Objawienie (Biblia jest właściwie zapisem Tradycji ustnej, a Tradycja jest niezbędnym kryterium prawidłowej interpretacji Biblii), to mozaizm istniał na długo przed judaizmem, zaś judaizm dość daleko odszedł od religii starotestamentalnej i nadal podlega istotnym zmianom (o rzekomo boskim pochodzeniu), czego dowodem są sprzeczności między Talmudem a Starym Testamentem, a także sprzeczności w łonie współczesnego judaizmu, w którego skład wchodzą zarówno ugrupowania odrzucające Talmud czy to na rzecz nowszych nauk (kabała, chasydyzm, sabbatianizm itd.) czy też samego Pięcioksięgu (jak karaimi), jak też różne szkoły talmudyczne oraz judaizm liberalny, aż do areligijnego syjonizmu. Z całą pewnością nie jest tak, jakoby obecny judaizm był religią biblijną na wyższym stopniu rozwoju osiągniętym poprzez dodanie do Pięcioksięgu tradycji w znaczeniu Talmudu, nawet jeśli tak to przedstawiają obecnie główni przedstawiciele judaizmu. Tutaj znowu judaistyczny punkt widzenia jest ewidentnie sprzeczny z ujęciem chrześcijańskim (czyli prawdziwym), według którego to chrześcijaństwo jest dokonanym raz na zawsze spełnieniem i dziedzicem religii Mojżeszowej, a nie judaizm. 

8. Twierdzenie, jakoby Talmud nie powstał z nienawiści do chrześcijaństwa, ponieważ był "literaturą wewnętrzną", jest znowu nielogiczne, gdyż jedno nie wyklucza drugiego. Wprost nieprawdziwe jest twierdzenie, jakoby w Talmudzie nie było elementów nienawiści nie tylko do chrześcijan lecz przede wszystkim do samego Jezusa Chrystusa i Jego Matki (zob. wyżej). Ponadto nasuwa się pytanie, w jaki sposób do przetrwania judaizmu konieczna była i jest pogarda dla osoby Jezusa Chrystusa, Jego Matki i Jego uczniów. Zaś nawet jeśli była taka konieczność, to powstaje pytanie, co jest ważniejsze: prawda czy przetrwanie judaizmu? Tak więc albo należy się zgodzić z Talmudem co do pogardy dla Jezusa Chrystusa czyli uznać ją za słuszną, albo przyznać, że autorzy Talmudu posłużyli się zakłamaną nienawiścią w interesie własnej religii. Te i podobne pytania są istotne i niezbędne w szczerym i uczciwym dialogu z judaizmem. 

9. Podobnie rzecz się ma ze zrównaniem zawartych w Talmudzie wyrazów pogardy i nienawiści do Jezusa Chrystusa z rzekomym "antysemityzmem" Ojców Kościoła. Trzeba by tu oczywiście mówić o konkretach, a tego brakuje, zwłaszcza w perspektywie prawdy zarówno historycznej jak też teologicznej. W każdym razie istotne i nieuchronne są przede wszystkim pytania: 

- czy należy się zgodzić z tym, co Talmud mówi o Jezusie Chrystusie, a jeśli nie należy się zgodzić, to

- na jakiej podstawie wolno twierdzić, że Ojcowie Kościoła mówili nieprawdę o żydach. 

Odpowiedź wymaga oczywiście pozostania na płaszczyźnie rzeczowości, czyli faktów źródłowych i racjonalnej argumentacji, bez uciekania w emocje. 

10. Błędna jest sugestia, jakoby judaizm stanowił czy reprezentował starotestamentalny "naród wybrany". To nie wynika ani z cytowanych fragmentów z Listu do Rzymian (11,28-29), ani nawet z "Nostra aetate" i podobnych dokumentów. Otóż w żadnym z nich nie ma utożsamienia judaizmu z religią starotestamentalną. Wręcz przeciwnie: modne po "Lumen gentium" nazywanie Kościoła "ludem Bożym" jest - teologicznie rzecz biorąc - niczym innym jak słusznym twierdzeniem, że od dzieła zbawienia w Jezusie Chrystusie to Kościół jest ludem Bożym i że właśnie w nim trwają "dary i wezwania łaski". Oto kluczowy fragment (LG 9): "W każdym wprawdzie czasie i w każdym narodzie miły jest Bogu, ktokolwiek się Go lęka i postępuje sprawiedliwie (por. Dz 10,35), podobało się jednak Bogu uświęcić i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył. Przeto wybrał sobie Bóg na lud naród izraelski, z którym zawarł przymierze i który stopniowo pouczał, siebie i zamiary woli swojej objawiając w jego dziejach i uświęcając go dla siebie. Wszystko to jednak wydarzyło się jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie, oraz pełniejszego objawienia, jakie dać miało samo Boże Słowo, stawszy się ciałem. „Oto dni nadchodzą, mówi Pan, i zawrę z domem izraelskim przymierze nowe… Położę zakon mój we wnętrznościach ich i na sercu ich napiszę go, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem… Bo wszyscy poznają mnie, od najmniejszego do największego, mówi Pan” (Jr 31,31-34). Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu „rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym” (1 P 2,9-10). Lud ów mesjaniczny ma głowę Chrystusa, „który wydany został za grzechy nasze i zmartwychwstał dla usprawiedliwienia naszego” (Rz 4,25), a teraz, posiadłszy imię, które jest ponad wszelkie imię, chwalebnie panuje w niebie." Tym samym nieprawdziwe jest głoszenie, jakoby Kościół od Vaticanum II odrzucił tzw. teorię substytucji czyli prawdę, że Kościół zastąpił lud starotestamentalny w dziele Zbawienia. 

11. Niedorzeczne jest skojarzenie "teologii zastępstwa" z "neomarcjonizmem" i antysemityzmem. Podstawą tego kojarzenia jest fałszywa teza, jakoby współczesny judaizm reprezentował czy był wręcz tożsamy z religią starotestamentalną. Z faktu, że tak twierdzi judaizm, nie wynika, że jest to teza prawdziwa. Bezkrytyczne jej przyjmowanie jest niegodne człowieka myślącego, a tym bardziej teologa. Otóż powiązanie judaizmu ze Starym Testamentem oznacza przeciwstawienie tego drugiego Nowemu Testamentowi (który reprezentuje chrześcijaństwo czyli Kościół), a właśnie takie przeciwstawienie jest heretyckim poglądem Markjona. Jest więc dokładnie odwrotnie niż twierdzi ks. Godlewski: to nie teologia zastępstwa zawiera herezję marcjonizmu lecz jej odrzucenie. 

12. Manipulacją jest utożsamiane sprzeciwu wobec świętowania chanuki w przestrzeni publicznej z antysemityzmem. To raczej takie nachalne świętowanie - powiązane de facto z promowaniem rasistowskiej sekty Chabad Lubawicz, która to właśnie upowszechnia i nalega na publiczne obchody - jest pożywką dla antysemityzmu czy antyjudaizmu. Być może chodzi właśnie o sprowokowanie sprzeciwu dla identyfikacji sił społecznych, czyli dla ustalenia tego, kto ulega temu promowaniu, a kto nie ulega. 

13. Nie jest prawdą, jakoby dopiero Sobór Watykański II odrzucił antysemityzm. Papieże najpóżniej począwszy do św. Grzegorza Wielkiego i Kaliksta II (bulla "Sicut Iudaeis") sprzeciwiali się wszelkiego rodzaju uprzedzeniom i niechęciom wobec żydów. Odrzucili także nowożytny antysemityzm nazistowski (Pius XI, encyklika "Mit brennender Sorge", Pius XII, encyklika "Summo Pontificatus"). W tzw. Katechizmie Rzymskim (wydanym po Soborze Trydenckim) jest wprost powiedziane, że winę za śmierć Jezusa Chrystusa nie ponoszą żydzi kolektywnie lecz każdy grzesznik (co odnosi się oczywiście także do żydów). Takie jest stałe nauczanie Kościoła, które naturalnie nie oznacza zaniechania czy zaniedbywania nauczania żydów wiary katolickiej oraz przyjmowania ich - na podstawie szczerej wiary w jedynego Zbawiciela Jezusa Chrystusa - na łono Kościoła Chrystusowego. Na tym właśnie polega różnica między tradycyjnym katolickim odrzuceniem antysemityzmu i antyjudaizmu, a obecną fałszywą ideologią wykluczenia żydów z nawracania na wiarę katolicką. 

14. Dość oryginalnym pomysłem jest potępienie tzw. symetrycyzmu (w znaczeniu żądania wzajemności), a to posługując się swoistym pomieszaniem liturgicznego gestu epiklezy (czyli wyciągnięcia ręki nad darami dla przywołania Ducha Świętego) ze zwykłym wyciągnięciem ręki. Po pierwsze: czyż wyciągnięcie do kogoś ręki nie jest wezwaniem czy przynajmniej oczekiwaniem na wyciągnięcie ręki przez drugą stronę? Czyż więc "symetrycyzm" nie jest czymś naturalnym, zrozumiałym i właściwie niezbędnym w relacjach międzyludzkich? Po drugie: czy rozumienie gestu wyciągnięcia ręki jako epiklezy wzywającej Ducha Świętego nad nimi jako darami ofiarnymi - jak to wynika ze słów ks. Godlewskiego - zostało w ten sposób przedstawione i wyjaśnione uczestnikom wspólnego obrzędu chanukki pracowników KUL i przedstawicieli judaizmu? Czy zapytano tych ostatnich o zgodę na wzywanie nad nimi Ducha Świętego w geście ofiarnym? Czy może ten konstrukt myślowy (tzn. odrzucenie symetrycyzmu gwoli gestu epiklezy) jest raczej sofizmatem przeznaczonym tylko dla katolików? 

15. Sugerowanie jakoby symetrycyzm był sprzeczny z dekretem "Unitatis redintegratio" jest oczywiście znowu niedorzeczne, gdyż nie ma podstaw ani w tymże, ani w żadnym innym oficjalnym dokumencie Kościoła. Zasada wzajemności w dobrem jest oczywista nie tylko w normalnej mentalności lecz także według elementarnego poczucia sprawiedliwości i respektowania wolności drugiej osoby. Jeśli wyciągam do kogoś rękę, a nie spotyka się to ze wzajemnością, to szacunek dla tej osoby wymaga zaprzestania tego z mojej strony. Próba podważenia tej zasady - przezwanej pogardliwie "symetrycyzmem" - jest i musi być chybione. Ten przykład ukazuje, jak bardzo irracjonalnie wielbiciele świętowania chanukki w przestrzeni publicznej chcą chronić żydów przed domaganiem się od nich wzajemności. Można się domyślać, czym to jest uwarunkowane. 

16. W tym kontekście zagadkowe jest mówienie o jedności jako celu "dialogu" z żydami. Zagadkowe jest także, na jakiej podstawie i w jaki sposób przyjmowanie przybyszów spoza naszego kręgu wyznaniowego ma do tego celu prowadzić. Jasne jest jedynie, iż według ks. Godlewskiego świętowanie chanukki w polskiej przestrzeni publicznej ma być przygotowywaniem przyjmowania przybyszów, a nawet już ich przyjmowaniem. Czyżby miał on na myśli stworzenie wspólnej religii z żydami? Co taka religia mówiłaby o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Przenajświętszej, o sakramentach itp.? Tutaj nie wystarczy sypanie ideologicznych frazesów wziętych z wypowiedzi hierarchów Kościoła, które ze swej natury nie należą do Magisterium Kościoła, lecz są najwyżej ich prywatnymi poglądami, gdyż nie spełniają warunków istotnych i niezbędnych dla rangi magisterialnej, mianowicie - materialnie - zgodność z Bożym Objawieniem przekazanym w Piśmie św. i w Tradycji Kościoła oraz - formalnie - podanie w formie oficjalnego dokumentu skierowanego do całego Kościoła. Wypowiedzi, które nie spełniają tych warunków, nie stanowią i nie mogą stanowić nauczania Kościoła, nawet jeśli pochodzą od osób sprawujących najwyższe urzędy kościelne. 

17. Gdy ks. Godlewski twierdzi w kontekście obchodów chanukki, że Jezus Chrystus jest w tym Siewcą, który sieje ziarno także na "nieżyzną glebę, to czy uważa on, że - jak wynikałoby z kontextu - tą glebą są żydzi? Czy miałby on odwagę powiedzieć to w oczy żydom, którzy przychodzą na świętowanie chanukki na KUL? Wszak Jezusowi Chrystusowi nie udzielono głosu podczas świętowania chanukki, gdyż pilnie wystrzegano się nawet wspomnienia o Nim, nie mówiąc nawet o głoszeniu uczestnikom Jego nauki. 

18. Specyficzne jest posługiwanie się w tym kontekście hasłem "dialogu". Jest to jedno z czołowych haseł "ekumenicznych". W kulturze europejskiej to pojęcie jest związane z "Dialogami" Platona, ale także wielu autorów chrześcijańskich jak chociażby św. Justyna "Dialogiem z żydem Tryfonem". Problem polega na tym, że w klasycznym rozumieniu tego pojęcia chodzi o dysputę, której celem jest przedstawienie prawdy i przekonanie do prawdy, nie o pogadanie sobie dla samego pogadania i tworzenia miłych wrażeń, jak to ma miejsce faktycznie w "dialogu ekumenicznym". 

19. Zupełnie nietrafne jest w tym kontekście powiązanie dialogu z Trójcą Przenajświętszą, a to wielorako. Otóż pod względem teologicznym w Boskiej Trójcy nie ma dialogu, lecz jest monolog, gdyż Syn Boży jest jedynym Słowem Ojca. Osoby Boskie z całą pewnością nie prowadzą z sobą debaty dążącej do prawdy czy mającej przekonać do prawdy. Przypisywanie Bogu dialogiczności jest więc bluźnierstwem, które nie ma nic wspólnego z katolickim pojęciem Boga, a raczej ma korzenie talmudyczne i kabalistyczne. 

20. Wobec tego zaskakuje, gdy ks. Godlewski na koniec przywołuje słowa z Ewangelii św. Jana, gdzie Pan Jezus mówi o Sobie, że jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Gdyby dialog ekumeniczny i międzyreligijny trzymał się tych słów, to by było oczywiście dobrze. Problem w tym, że tak nie jest. Jest powszechnie wiadome, że w całym świętowaniu chanukki nie ma nawet wzmianki o Jezusie Chrystusie jako Synu Bożym i Zbawicielu świata, a tym bardziej nie pojawiają się Jego słowa z Ewangelii. Wręcz przeciwnie: w całym owym "dialogu" zasadniczo, generalnie, gruntownie i konsekwentnie wyrzucone zostało nie tylko słowo "prawda", lecz nawet pytanie o prawdę, o prawdziwość poszczególnych doktryn. Tym bardziej ci "dialogujący" unikają jak ognia powiedzenia, że jedyną drogą Zbawienia jest Jezus Chrystus i że tylko w Nim jest życie wieczne. 

Podsumowując:

Mamy tutaj typowy przykład charakterystycznego gadulstwa perswazyjnego, który ma sprawić pozór katolickiej uczoności, a w rzeczywistości jest niczym innym jak mieszaniną wątpliwych haseł, błędów i fałszów. Tego nie zmienia quasi rytualne powoływanie się na "aktualne nauczanie Kościoła", ani tym bardziej dość fantazyjne chwyty pseudoteologiczne (jak wyszydzenie "symetryzmu"). Wystarczy stawiać proste pytania, żądając wyjaśnień. Ktoś zapatrzony we własną genialność być może sam nie zauważa absurdalności swoich słów, ani ich konsekwencyj. 

Korzenie modernizmu

 



Warunki uzyskania odpustu


Należy odróżnić oficjalne warunki od tego, co niektórzy - może nawet liczni - proboszczowie czy kurie biskupie fantazyjnie tworzą w ramach ogłoszeń duszpasterskich. 

W Enchiridion Indulgentiarum z 1967 r. jest jasno powiedziane (nr 26), że warunkami uzyskania odpustu zupełnego - oprócz danego przypisanego uczynku - są:
- Spowiedź sakramentalna
- Komunia św.
- modlitwa według intencji papieża. 
Równocześnie powiedziane jest, że te trzy warunki można spełnić w kilka dni przed albo po spełnieniu uczynku przypisanego (norma 8). 

To jest oczywiście bardzo rozszerzone i ułatwione. 

Podobnie sprawa wygląda według norm z roku 1999 (źródło tutaj):


Nie ma więc mowy o stanie łaski uświęcającej w momencie wypełnienia uczynku przypisanego do odpustu. Oczywiście można dyskutować, czy jest to właściwe, jednak taki jest stan prawny obecnie. 


Spowiedź a exkomunika


Słuszne pytanie. Wynika ono z tego, że formuła rozgrzeszenia w novusiźmie została zmieniona i wyrzucono z niej słowa o zdjęciu kar kościelnych, co jest warunkiem udzielenia rozgrzeszenia. 

Nie wiem, jak to jest teraz nauczane w seminariach. Osobiście zawsze używam tradycyjnej formuły rozgrzeszenia. 

Kto jest narodem wybranym?

 


Cały Nowy Testament jest przeniknięty tzw. teologią zastąpienia, czyli przekonaniem, że od Jezusa Chrystusa właściwym dziedzicem i nosicielem obietnicy Zbawienia jest Kościół, a nie naród żydowski. Tym samym pojęcie "narodu wybranego" straciło znaczenie etniczne, a stało się pojęciem duchowym. 

Należy mieć na uwadze, że we wielu językach nie ma odróżnienia między pojęciami naród i lud, bądź te pojęcia są stosowane zamiennie czy też jako synonimy. W języku polskim lud może być wielonarodowy, a naród może być pojęciem szerszym niż lud (jeśli w narodzie odróżnia się lud czyli pospólstwo od arystokracji). Dlatego w teologii należy się trzymać określeń łacińskich. Po łacinie jest pojęcie "populus electus", czyli dokładnie tłumacząc "lud wybrany". Równocześnie prawidłowe jest też określenie "naród wybrany", o ile narodowość rozumie się duchowo, nie etnicznie. Kościół to narodowość tych, którzy są zrodzeni duchowo we Chrzcie św. 


Czy katolicy i żydzi wierzą w tego samego Boga?


Odpowiedź jest właściwie prosta, choć dla wielu obecnie nieoczywista, co jest skutkiem zaczadzenia fałszywym ekumaniactwem. 

Katolicy wierzą w Boga Trójjedynego i Syna Bożego - Drugą Osobę Boską - który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem. To Objawienie i dzieło Zbawienia zostało zapowiedziane i przygotowane w Starym Testamencie. 

Żydzi stanowczo odrzucają do pojęcie Boga i Zbawienia, więc tym samym odrzucają spełnienie tego, co niby przyjmują, czyli Stary Testament. W związku z tym interpretują Stary Testament inaczej niż katolicy, a jest to z pewnością fałszywa interpretacja, mimo elementów wspólnych interpretacją chrześcijańską. 

Zresztą już w Nowym Testamencie - zwłaszcza w Ewangelii św. Jana - jest dość jasno powiedziane, że ci, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela, nie są duchowymi potomkami Abrahama, czyli wyznawcami prawdziwego Boga, który objawił się Abrahamowi, patriarchom i prorokom. 

Miejsce Mariji


Odpowiadam po kolei:

1. Zależy od pojęcia kultu. Jeśli chodzi o kult liturgiczny w szerokim sensie, czyli zarówno jako liturgię, nabożeństwa publiczne, obrazy poświęcone, to kult przysługuje wszystkim świętym jak tym, którzy są najściślej zjednoczeni z Jezusem Chrystusem, a pośród nich najściślej i w sposób jedyny i wyjątkowy zjednoczona jest Jego Najświętsza Matka. Nie oznacza to, jakoby nie można było wzywać wstawiennictwa Jej i też innych świętych. 

2. Świętość Matki Najświętszej jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, zarówno w porządku łaski (niepokalanie poczęta) jak też w porządku naturalnym (jako matka, a matka jest zawsze jedyna). Z tej bliskości wynika szczególna "skuteczność", czyli potęga Jej miłości, która jest pochodną miłości Bożej. Z tego powodu otaczana jest szczególną czcią pośród wszystkich świętych, jako "Królowa wszystkich świętych".

3. Uzdrawiać czyli czynić cuda może tylko Pan Bóg, także za wstawiennictwem świętych. To właśnie mamy na myśli, gdy Ją prosimy o uzdrowienie.

4. Są prawidłowe, a dowodem na to są liczne źródła, począwszy od modlitw starożytnych, poprzez Ojców i Doktorów Kościoła, aż po nauczanie papieży do XX wieku włącznie. 


Pseudocharyzmatyzm: Bogdan Kocańda

Taką oto prośbę otrzymałem:


I dodano:


Odowiadam po kolei:

1. Nie ma modlitwy w językach. Jest tylko bełkot praktykowany w sekcie pseudopentekostalnej, przejęty do pseudokatolickiego charyzmatyzmu. Powoływanie się na na tzw. mówienie językami, o którym jest mowa w Nowym Testamencie, jest fałszywe, ponieważ owo mówienie nadawało się do rozumienia i tłumaczenia (co jest jasno powiedziane w Dziejach Apostolskich), czyli odbywało się w rzeczywistym języku. Natomiast to, o czym mówi o. Kocańda nie ma nic wspólnego z mową, a tym bardziej z modlitwą. 

2. Symptomy, o których mówi o. Kocańda, są typowe raczej dla działania złych duchów, nie Ducha Świętego, ponieważ Duch Święty działa przede wszystkim na rozum i wolę, nie na zmysły. Natomiast złe duchy działają przede wszystkim na zmysły i uczucia, ponieważ jest to dla nich o wiele łatwiejsze. 

3. Prawdziwe dary charyzmatyczne mają to do siebie, że nie można ich wyprosić. Dlatego w Kościele Chrystusowym nigdy nie było modlitwy o takowe dary. Twierdzenie, jakoby dary Ducha Świętego nie były wystarczające, jest fałszywe i bluźniercze, ponieważ to one prowadzą duszę do świętości, a nie "dary charyzmatyczne". Nadzwyczajne zjawiska mogą być raczej zgubne dla duszy, jak uczą wszyscy mistrzowie duchowi Kościoła, także dlatego, że mogą pochodzić od złego ducha. 

4. Namaszczenie przez Ducha Świętego odbywa się w sakramentach świętych, począwszy od Chrztu św. Jeśli ktoś uważa, że to namaszczenie nie jest wystarczające, to bluźni Duchowi Świętemu i zwodzi ku poddaniu się działaniom demonicznym, które są ewidentne obecne i charakterystyczne w praktykach tzw. charyzmatycznych. 

5. Fałszywe jest przeciwstawianie łaski sakramentalnej sakramentu święceń i charyzmatów, gdyż to właśnie obdarzenie odpowiednimi charyzmatami - czyli darami łaski, których nie można wyprosić w modlitwie - są podstawą do udzielenia komuś sakramentu święceń. Oczywiście w pewnym sensie charyzmatem jest ojcostwo, macierzyństwo, bycie dobrym lekarzem, nauczyciele, prawnikiem itp. W tym znaczeniu każdy charyzmat ma swoje miejsce w budowaniu Królestwa Bożego. Nie ma to nic wspólnego z niwelowaniem czy negowaniem różnicy między hierarchią a wiernymi świeckimi, jak to jest w protestantyźmie, a do czego zmierza poniekąd modna obecnie "synodalność". 

Mamy tu więc do czynienia z dość typowym pomieszaniem i przemycaniem fałszywej ideologii sekty pseudocharyzmatycznej pod niby katolickimi hasłami. Diabeł jest mistrzem mieszania i mącenia. I w tym właśnie mistrzami są aktywiści wszelakich sekt, zwłaszcza sekty pseudocharyzmatycznej. 

Czy usuwanie tabernakulum na bok jest zgodne z wiarą katolicką?


Problem pojawił się wraz z celebrowaniem zwanym twarzą do ludu. Z kolei takie celebrowanie zostało wprowadzone z fałszywym powoływaniem się na Ostatnią Wieczerzę ("Pan Jezus nie spożywał Ostatniej Wieczerzy tyłem do uczniów") oraz na rzekomy nakaz Vaticanum II. Wskazanie na Ostatnią Wieczerzę jest oczywiście fałszywe i protestanckie. W rozumieniu katolickim - i jest to dogmat wiary katolickiej - Msza św. nie jest odtwarzaniem czy pamiątką Ostatniej Wieczerzy lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Zaś Vaticanum II nie mówi ani słowem o kierunku celebracji, ani tym bardziej nie nakazuje celebrowania twarzą do ludu, czyli odwrócenia celebransa.

Wskutek - ewidentnie kłamliwego i heretyckiego - wprowadzenia celebracji przodem do ludzi pojawił się problem ustawienia celebransa tylem do tabernakulum i tym samym do Najświętszego Sakramentu. Jest to szczególnie jaskrawe w starszych kościołach, gdzie tabernakulum znajduje się w centralnym miejscu, w sercu świątyni. Gdzieniegdzie usunięto Najświętszy Sakrament do ołtarza bocznego. W nowo budowanych kościołach zwykle umieszcza się tabernakulum czy to z boku, czyli nie w centralnym miejscu, albo w osobnej kaplicy. Oczywiście nie rozwiązuje to problemu braku czci dla Najświętszego Sakramentu, lecz jakby cementuje ten brak w sposób architektoniczny. 

Moderniści powołują się tutaj na układ architektoniczny starożytnych i średniowiecznych świątyń, gdzie rzekomo albo wcale nie było tabernakulum, albo znajdowało się ono gdzieś z boku. Po pierwsze, to powoływanie się jest fałszywe, gdyż są dowody historyczne na stosowanie tabernakulum już we wczesnym średniowieczu, umieszczanego także centralnie na ołtarzu czy nad ołtarzem (słynne tabernakula wiszące). Po drugie, ten argument modernistyczny jest niczym innym jak herezją archeologizmu, która polega na odtwarzaniu praktyki z zamierzchłych czasów z pominięciem postępu rozumienia prawd wiary katolickiej, czy wręcz przeciw tym prawdom.

Owszem, prawdą jest, że świątynie skoncentrowane architektonicznie na tabernakulum stały się powszechną regułą dopiero z końcem średniowiecza, a w baroku przybrały szczególnie wyraziste i bogate formy. Nie był to rozwój przypadkowy, lecz wynikał wprost z prawdy wiary katolickiej o realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Ta prawda należy od początku - czyli od czasu Apostołów - do depozytu wiary Kościoła, aczkolwiek jej dowartościowanie oraz odpowiednie wyrażenie w architekturze sakralnej nastąpiło dopiero stopniowo na przestrzeni wieków, do czego impulsem były herezje atakujące ją. Dlatego powracanie do dawnych form architektonicznych odnośnie miejsca tabernakulum oznacza faktycznie nie tylko odrzucenie słusznego, autentycznego rozwoju rozumienia wiary i pobożności katolickiej, lecz uderza w prawdę wiary przynajmniej pośrednio.

Dowodem na to jest chociażby spontaniczne zachowanie ludzi w pomieszczeniu bez tabernakulum jako centrum i serca świątyni. Coraz bardziej powszechne staje się zachowanie w stylu hali widowiskowej i miejsca spotkań, czyli bez postawy modlitwy i adoracji.

Zaś pod względem teologicznym zarówno ustawianie się celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu, jak też usuwanie tabernakulum na bok jest nie tylko fałszywe, lecz sprzeczne także z nauczaniem Vaticanum II. Bowiem w konstytucji o liturgii czytamy, że Jezus Chrystus jest w największy sposób obecny pod postaciami eucharystycznymi, a nie w akcji liturgicznej, ani w osobie celebransa:


Dlatego postawienie celebransa i jego czynności w centrum, kosztem miejsca Najświętszego Sakramentu jest fałszywe, sprzeczne z wiarą katolicką, niszczące tę wiarę u wiernych, oraz gorszące. 

Jak należy pisać na drzwiach?

 


Temat jest niby prosty, jednak nieco złożony i wymaga nieco sięgnięcia do historii. 

W ostatnich dekadach powstał wręcz spór w tej kwestii. Ci bardziej niby światli zaczęli głosić, że litery pisane na drzwiach oznaczają "Christus mansionem benedicat", czyli "Chrystus błogosławi domostwo". Natomiast ci niby bardziej tradycyjni twardo stoją ja stanowisku, że chodzi o inicjały Trzech Króli, wobec czego nawet należy pisać po polsku K zamiast C. Bardziej oświeceni spośród tych ostatnich argumentują niby betonowo przez wskazanie na modlitwę poświęcenia kredy w tradycyjnym Rituale Romanum, gdzie jest mowa o pisaniu imion na drzwiach:


Jednak, jak łatwo zauważyć, pierwsze imię jest na literę G, nie C. To oczywiście jeszcze bardziej komplikuje spór. 

Osobiście uważam, że należy zacząć od danych historycznych, czyli genezy historycznej obecnego zwyczaju pisania na drzwiach tych trzech liter, ale także od historii tej modlitwy poświęcenia. Tą ostatnią kwestią nie zajmowałem się i nie wiem, czy są badania historyczne w tej kwestii. Wiadomo jednak, że modlitwy błogosławieństw (poświęceń) najpierw pojawiały się lokalnie, a następnie były przejmowane do Rytuału Rzymskiego. Na ten moment nie jestem w stanie ustalić chronologii tej modlitwy. W każdym razie poświęcenie kredy wydaje się wtórne względem używania jej do pisania na drzwiach, tzn. najpierw pisano kredą na drzwiach, a następnie powstała modlitwa poświęcenia kredy. Należy więc sięgać głębiej, mianowicie do historii pisania na drzwiach i tym samym do genezy błogosławienia domostw, zwłaszcza w związku ze świętem Objawienia Pańskiego. 

Otóż w wigilię Objawienia Pańskiego w tradycyjnym rycie rzymskim ma miejsce jedno z trzech uroczystych poświęceń wody (oprócz Wigilii Paschalnej i Wigilii Zesłania Ducha Świętego). Wyraża to rangę tego święta, a jeszcze bardziej wyjaśnia związek tzw. kolędy czyli tzw. wizyty duszpasterskiej ze "Świętem Trzech Króli". Tradycyjnie bowiem kapłani zaczynali tzw. kolędę dopiero 6 stycznia, czyli po uroczystym poświęceniu wody w wigilię święta. Niestety wraz z zaniechaniem - a właściwie wyrzuceniem - tego poświęcenia zanikł jego związek z błogosławieniem domów oraz właściwy sens tzw. kolędy jako właśnie błogosławieństwa niesionego przez kapłana do domostw. Trudno się oprzeć wrażeniu, że komuś zależało zarówno na zarzuceniu poświęcenia wody w wigilię Objawienia Pańskiego, jak też na przerobieniu błogosławienia domostw w wizytę duszpasterską (czy kopertową). Obrzęd tego poświęcenia zawiera potężny, uroczysty exorcyzm, jedyny tego rodzaju w całym roku liturgicznym. Potęga tego obrzędu promieniuje właśnie w napisie C+M+B jako pamiątce pobłogosławienia domostwa wodą z potężnego exorcyzmu. Oto ten exorcyzm (znajduje się w dodatku Rituale Romanum):


Wracając do pytania tytułowego. Moim zdaniem jest bardziej prawdopodobne, że te inicjały pochodzą pierwotnie od prośby o błogosławieństwo, nie od imion Trzech Mędrców. Wynika to z tego, iż w hagiografii (tutaj) występują oni w zupełnie innej kolejności, mianowicie Baltazar jako najstarszy, Kacper jako młodszy, a najmłodszym miał być Melchior. Gdyby w pierwotnym znaczeniu drzwi chodziło o ich imiona, to by zapewne zachowano tę hierarchię. Widocznie w czasie tworzenia modlitwy błogosławieństwa kredy, a nawet wcześniej, nie znano już ich hagiografii, bądź jej nie uznawano. Prawdopodobne powiązanie z imionami wzięło się z kartek czy tabliczek wotywnych, które pielgrzymujący do ich relikwii w Kolonii przynosili ze sobą w swoje rodzinne strony (więcej tutaj). Innymi słowy: z jednej strony kapłani błogosławili domostwa wodą z wigilii "Trzech Króli", zaś z drugiej bywały w domostwach tego typu pamiątki po pielgrzymce do Kolonii, zawierające "błogosławieństwo Trzech Króli". Kiedy i gdzie doszło do stopienia tych dwóch elementów pobożności, raczej nie da się obecnie ustalić. Pewne jest, że właściwym pobożnym zwyczajem związanym z Objawieniem Pańskim jest pobłogosławienie domostwa, natomiast umieszczanie napisu na drzwiach może być kojarzone raczej z pamiątkami pątników, nawiązującymi do imion tych trzech świętych. 

Podsumowując: 

Prawidłowe jest rozumienie inicjałów C+M+B jako skrótu słów "Christus mansionem benedicat", czyli "niech Chrystus pobłogosławi to domostwo". Równocześnie słuszne jest też odniesienie do imion Trzech Mędrców według słów poświęcenia kredy, jednak jest to raczej wtórne. Praktycznie wygląda to obecnie następująco: wierni piszą te litery na drzwiach swoich domostw zarówno wpisując się w hołd Mędrców, jak też równocześnie prosząc o pobłogosławienie domostwa przez kapłana wodą exorcyzmowaną w wigilię Objawienia Pańskiego. Obydwa znaczenia - zarówno duchowe naśladowanie Mędrców jak też prośba o błogosławieństwo Chrystusowe - zawarte są w tych literach. Oznaczenie drzwi jest zaproszeniem kapłana do pobłogosławienia. 

Nie ma tu żadnej sprzeczności. Liturgia zna sporo przykładów wieloznaczności, czyli różnorodności warstw znaczeniowych. Jest dość typowym zjawiskiem w liturgii, że te same słowa - w tym wypadku inicjały - można rozumieć wielorako bez sprzeczności, lecz za to w głębszym kojarzeniu historii i teraźniejszości. 

Nieprawidłowe jest jedynie zastępowanie C przez K, nawet jeśli ma się na myśli nawiązanie do modlitwy błogosławienia kredy. To zastępstwo niweczy bowiem związek z pierwotnym obrzędem, czyli błogosławieniem domostwa. 

Dlaczego nie zakazuję uczestniczenia w Novus Ordo?

 


Takie oto pytanie skierował do mnie pewien człowiek, będący widocznie pod wpływem propagandy uprawianej przez FSSPX. 

Odpowiedź jest prosta: nie zakazuję, ponieważ nie mam takiej władzy i sobie jej nie uzurpuję. 

Z teologicznego punktu widzenia nie ma też podstaw do takowego zakazu, jeśli uznaje się sakramentalną ważność Novus Ordo. 

Członkowie FSSPX zarówno w swoich publicznych wystąpieniach, jak też - i to bardziej stanowczo - w prywatnym kierownictwie duchowym głoszą, że nie należy uczęszczać na Novus Ordo, gdyż oznacza to zagrożenie dla wiary. Oto dobitny przykład:

Tym samym wartość katechetyczno-pedagogiczna liturgii jest stawiana ponad wartością sakramentalną, czyli otrzymywaniem łask, które się odbywa, skoro Msza św. jest ważna (jak oficjalnie głosi FSSPX). To jest myślenie protestanckie, przez sprowadzenie liturgii do jej wymiaru katechetyczno-pedagogicznego. 

Zresztą fakt, że zdecydowana większość wiernych przekonanych obecnie do liturgii tradycyjnej wychowywała się w Novus Ordo, świadczy o tym, że jednak można poznać, zachować i nawet zgłębić wiarę katolicką także w strukturach Novus Ordo. 

Moim zadaniem jest nauczanie wiary katolickiej bez nieskażenia błędami współczesności, by każdy wierzący był w stanie samodzielnie rozeznać, która liturgia bardziej odpowiada tej wierze. Na tym polega dojrzałość wiary. Każdy powinien sam roztropnie ocenić, gdzie jego wiara nie jest obrażana, niszczona czy poniewierana, a gdzie może w spokoju i zgodzie modlić się i przyjmować sakramenty. 

Problem jest więc zasadniczo w traktowaniu wiernych przez FSSPX: są traktowani jak wyznawcy sekty, nie jak rozumne istoty, zdolne do rozsądnego wyboru w świetle wiary katolickiej. FSSPX gromadzi osoby, które dostrzegają w strukturach Novus Ordo problemy liturgiczne (Komunia na stojąco, dołapna, szafarze świeccy itp.) i teologiczne (ekumenizm itp.), i szukają liturgii, nauczania i opieki duszpasterskiej zgodnej z wiarą katolicką. Bardzo często, a raczej nawet z reguły są to osoby, które przeszły w jakimś stopniu formację we wspólnotach typu "charyzmatycy" czy "neokatechumenat". Zwykle efekt jest taki, że osoby te przechodzą z jednej wersji sekciarstwa do drugiej, tym razem niby tradycjonalistycznej czy raczej lefebvriańskiej. Zasada i mentalność jest ta sama: ślepe, irracjonalne zapatrzenie w przywódców, którzy ze swej strony też tego oczekują i tak właśnie tresują swoich wyznawców. Dobitnym przykładem jest sprawa jarosławska, o której było niegdyś (tutaj). Na tym i też na wielu innych przykładach widać wyraźnie, że "bractwu" (FSSPX) zależy nie na udzielaniu wiernym sakramentów tradycyjnych, lecz na związaniu ich ze sobą i to wyłącznie ze sobą, wraz z dość bezczelnym wykorzystywaniem ich. Tak działają sekty, nie Kościół katolicki.