Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):
94 1020 4274 0000 1102 0067 1784
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Ten człowiek nie wie, co pisze, być może też nie wie, co robi. Na pewno jednak kłamie. Otóż dla katolika nie ma ważnego małżeństwa niesakramentalnego. To jest elementarz katolickiej teologii moralnej oraz prawa kanonicznego. Innymi słowy: dla katolika tylko małżeństwo sakramentalne jest małżeństwem ważnym czyli nierozerwalnym. Każdy inny związek zawarty przez katolika NIE jest i nie może być małżeństwem, lecz jest konkubinatem czyli grzechem.
Oto dowody choćby z samego Kodexu Prawa Kanonicznego z 1983r.:
Sprawa jest jasna: związek zawarty między katolikiem a osobą nieochrzczoną jest nieważny, ponieważ nie jest sakramentem. Wynika to z tzw. przeszkody różności religii. Jest jednak możliwość udzielenia dyspensy od tej przeszkody pod warunkami podanymi w następujących kanonach:
Kanon wcześniejszy mówi wyraźnie, że dla osób ochrzczonych nie ma innego ważnego małżeństwa jak tylko małżeństwo sakramentalne, czyli rozumiane po katolicku:
Wprawdzie nie jest tutaj wprost powiedziane, czy małżeństwo zawarte na podstawie dyspensy, o której mowa w kanonie 1086, jest sakramentem. Jednak z połączenia tych dwóch kanonów (1086 i 1055) wynika, że tak jest, oczywiście pod warunkiem dyspensy, która jest powiązana z zapewnieniem konsensu co do katolickiego rozumienia małżeństwa.
Kłamstwem jest więc twierdzenie, jakoby jakikolwiek związek katolika i niekatolika był czy to sakramentem czy ważnym małżeństwem. Po prostu nie ma dla katolika innego ważnego czyli nierozerwalnego małżeństwa jak tylko małżeństwo sakramentalne.
Jeśli więc ktokolwiek błogosławi związki niesakramentalne, to nie błogosławi ważnego małżeństwa lecz jedynie konkubinat, niezależnie od bełkotu słownego, w który to owija.
Post scriptum
Otrzymałem merytoryczną polemikę, na którą chętnie odpowiadam po kolei:
Tak właśnie twierdzę: dla katolika jedynie małżeństwo sakramentalne jest ważne ("ratum"), czyli ważne małżeństwo musi być sakramentalne.Nigdy nie twierdziłem, jakoby "między ochrzczonymi" oznaczało "między ochrzczonym a nieochrzczonym". Twierdzę natomiast, iż z połączenia kanonów 1055 i 1086 można wyprowadzić twierdzenie, iż małżeństwo między katolikiem a nieochrzczonym zawarte z dyspensą de disparitate cultus jest małżeństwem ważnym czyli sakramentalnym.
Nie znam na tyle tej historii, by ocenić zasady i praktykę stosowaną przez "państwo podziemne". Pewne jest, że okupacja była sytuacją nadzwyczajną, która jednak nie może zmienić zasad moralnych, choć ma wpływ na ich stosowanie.
Ważne jest w tym temacie także katolickie nauczanie o wojnie sprawiedliwej. Na polu bitwy także nie jest możliwe prowadzenie procesu sądowego nad każdym walczącym, by dać mu możliwość obrony. Istotny jest udział w walce i realne zagrożenie życia, przed którym wolno i należy się bronić. Innymi słowy: chodzi o pewność realnego zagrożenia życia ze strony agresora. Także w przypadku tzw. państwa podziemnego istotna jest ta pewność.
Prawdą jest, że głównym motywem i wątkiem tzw. drugiego ruchu liturgicznego, czyli tego z pierwszej połowy XX w. (w odróżnieniu od ruchu związanego z opatem Guéranger i jego klasztorem w Solesmes), była swoista "demokratyzacja" liturgii. Oczywiste są zresztą powiązania tego drugiego ruchu z modernizmem, zarówno personalne jak też treściowe. To w jego ramach pojawiła się tzw. Missa dialogata, czyli taka, gdzie wszyscy uczestnicy - a nie tylko ministranci - odpowiadają celebransowi w celebracji tzw. recytowanej.
Tutaj należy mieć na uwadze, że właściwą forma liturgii jest Msza św. śpiewana (zwłaszcza z asystą wyższą). Gdy nie było możliwości udziału asysty jak też kantora wykonującego śpiewy mszalne tzw. gregoriańskie, wówczas pozostawała właściwie tzw. msza prywatna, czyli bez śpiewu liturgicznego (recytowana). W praktyce wyglądało to tak, że kapłan z ministrantem recytował przy ołtarzu, zaś lud - jeśli parafię było stać, to pod przewodnictwem organisty - śpiewał pieśni nabożne w języku narodowym. Postulat tzw. ruchu liturgicznego dotyczył zwalczenia właśnie tej formy, a nie rozpowszechnienia właściwej formy śpiewanej z chorałem gregoriańskim (jak to chciał słusznie pierwszy ruch liturgiczny). Nie trudno zauważyć, że to był wstęp i furtka do mentalności Novus Ordo, wraz ze wszelkimi charakterystycznymi nadużyciami.
Nie do końca rozumiem tutaj kwestii mikrofonu. Otóż nagłośnienie ma sens podczas kazania. Natomiast w zasadniczej części liturgii, zwłaszcza w śpiewie, jest to raczej przeszkoda i wykrzywienie już nawet akustyczne.
Prawidłowy rozwój liturgii pozostaje zawsze wierny zarówno istocie danego sakramentu jak też treściom zawartym w poszczególnych elementach. Np. modlitwy u stopni ołtarza są ze swej natury przygotowaniem celebransa i ministrantów do właściwej liturgii. Wyraża to istotnie inny udział kapłana (czy ogólnie duchowieństwa, gdyż ministranci jedynie zastępują kleryków niższych stopni) od udziału świeckich. Owszem, wierni świeccy mogą i powinni duchowo dołączać się do modlitwy duchowieństwa, jednak włączenie ich wprost - przez wspólne odmawianie Confiteor - zburzyłoby istotny element struktury całości.
Grzech nigdy nie może być usprawiedliwiony. Usprawiedliwiony - czyli uświęcony - może być tylko człowiek.
Problem w zadanym pytaniu jest dość prosty. Wiadomo, że Pan Bóg każdego rozlicza z tego, co dane mu było poznać, oraz ze starań, które poczynił, by żyć zgodnie z prawdą. Dotyczy to tak samo żydów jak i pogan, a obecnie także chrześcijan, zgodnie ze słowami Pana Jezusa: "Komu wiele dano, od tego będzie wiele wymagane" (Łk 12, 48). Innymi słowy: już także przed ustanowieniem sakramentów Kościoła każdy człowiek miał możliwość osiągnięcia zbawienia, jeśli żył zgodnie z prawdą, którą dane mu było poznać. W każdej religii przedchrześcijańskiej była obecna jakaś świadomość grzechu i jakoś, choćby niewyraźnie pojęty żal za grzechy i konieczności pokuty i ascezy, czyli wysiłku ku jakoś pojętym cnotom.
Pan Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym, który zna i sądzi każdego człowieka od początku stworzenia aż do końca czasów. Tylko Bóg zna stan umysłu człowieka, czyli poznanie, które zostało mu dane, a także to, na ile sprostał prawdziwemu poznaniu.
Nasuwy się oczywiście pytanie o sens i konieczność Objawienia w Jezusie Chrystusie oraz sakramentów Kościoła. Pewne jest, że nikt nie jest potępiony z tego powodu, że żył na tym świecie przed przyjściem Zbawiciela czy też po tym przyjściu nie miał możliwości poznania Jezusa Chrystusa. Tutaj jest właście miejsce klasycznej katolickiej nauki - wyrażonej już przez św. Justyna Męczennika - o "nasionach Słowa" (Λογος σπερματικος) obecnych na świecie już przed Chrystusem i tym samym także poza widzialnym organizmem Jego Kościoła. Gdy ktoś dostępuje zbawienia wiecznego, to właśnie mocą Boskiego Logosu, którym jest Jezus Chrystus, choćby był znany danemu człowiekowi w sposób "zarodkowy", czyli początkowy i niepełny. O tym też mówi Prolog św. Jana (1,9): to Logos - Jezus Chrystus - jest tą światłością, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na ten świat.
To nie jest osłabienie konieczności głoszenia wszystkim ludziom Jezusa Chrystusa, lecz jej wzmocnienie, gdyż cząstki, fragmenty prawdy ze swej natury dążą ku pełni, tak jak nasienie dąży do bycia dojrzałą rośliną.
Należy zacząć od tego, że w Magisterium Kościoła nie może być sprzeczności, ponieważ Duch Święty, który prowadzi Kościół we wierności Bożemu Objawieniu nie może się mylić, ani przeoczyć czegoś, co czyni czy naucza hierarchia Kościoła.
Istotne jest, by mieć na uwadze, co jest właściwym przedmiotem Magisterium Kościoła. Podstawą, czyli niewzruszonym fundamentem jest oczywiście Boże Objawienia poświadczone w Tradycji i Piśmie św. Przedmiotem - w sposób podrzędny i podporządkowany - są także wnioski teologiczne oraz zastosowanie prawdy objawionej dla konkretnych, aktualnych w danym momencie historii pytań i problemów. Także tutaj nie może być sprzeczności, gdyż zmienna sytuacja historyczna nie może zmienić niezmiennej prawdy, a może jedynie być impulsem dla jej lepszego zrozumienia i aplikowania.
Zasadne jest pytanie, jak należy się zachować w podanej kwestii.
Najpierw należy mieć na uwadze, że kwestia tzw. wolności religijnej należy do kategorii wniosków z prawdy objawionej, konkretnie w dziedzinie etyki społecznej i politycznej. Kryterium nadrzędnym jest tutaj prawda o jedyności Bożego Objawienia strzeżonego w Kościele Chrystusowym. Innymi słowy: dane nauczanie odnośnie do wolności religijnej musi być zgodne z prawdą, że Bóg objawił się ostatecznie i niezmiennie w Jezusie Chrystusie, który ustanowił w Kościele jedyną prawdziwą religię dla całej ludzkości. Powiązaną prawdą jest oczywiście antropologia teologiczna, głównie w aspekcie aktu wiary, czyli relacji między łaską a wolnością.
Po drugie, należy rzetelnie zbadać dane zdania także w ich kontekście historycznym. Właściwy sens można odkryć dopiero dzięki usytuowaniu historycznemu. Nie może to oczywiście oznaczać relatywizmu czy zmienności prawdy.
Po trzecie: Jeśli po rzetelnym zbadaniu dwóch zdań, okazuje się, że nie da się ich pogodzić względem siebie, to należy rozważyć, które z nich w sposób pełniejszy i doskonalszy odpowiada nadrzędnej prawdzie objawionej pod względem zarówno dogmatyczno-doktrynalnym jak też praktyczno-etycznym.
Po czwarte: Zdanie starsze i powszechne (a powszechne jest zasadniczo nauczanie papieskie) ma wagę wyższą, o ile nie wykazano jego błędności względem Bożego Objawienia. Uwarunkowania historyczne nigdy nie mogą być kryterium rozstrzygającym o prawdziwości danego zdania.
Z całą pewnością błędne jest stawianie dwóch zdań sprzecznych na równi, tzn. przyznając im prawdziwość i tę samą rangę, nawet jeśli formalnie podawane są przez organ Magisterium Kościoła (choć w różnych momentach historii).
Jeszcze odnosząc się do drugiego pytania. Grzechem jest sprzeciwianie się Magisterium Kościoła, które jest osobiście znane jako takie. Jeśli przykładowo ktoś nie zna innego nauczania jak tylko "posoborowe" i nie dostrzega jego sprzeczności względem Bożego Objawienia, to sprzeciwianie się temu nauczaniu jest grzechem. Grzechem - przynajmniej głupoty - jest także stawianie tego nauczania ponad Bożym Objawieniem, a także nieznajomość tego Objawienia, o ile jest zawiniona.
Obowiązkiem katolika jest znajomość prawd wiary katolickiej, a można ją zdobyć także samodzielnie na podstawie każdego tradycyjnego katechizmu katolickiego. Zawiniona nieznajomość jest grzechem, gdyż świadczy albo o braku zainteresowania sprawami religii, albo o preferencji dla fałszywych doktryn, chociażby modernistycznych.
Oczywiście należy do zdanie rozumieć w kontekście całego nauczania Kościoła o łasce i wolności, gdzie swoje miejsce mają także uczynki ludzkie czyli zasługi. W uczynkach ludzkich wyraża i przejawia się działanie łaski czyli skuteczność daru Bożego w powiązaniu z zaangażowaniem człowieka. Ten dar wymaga współdziałania, aczkolwiek człowiek samym swoim działaniem nie jest w stanie osiągnąć tego, do czego Bóg go przeznaczył.
Istotne jest to, że chodzi o świętość, która zostanie dopełniona w życiu wiecznym, nie o stan obecny, czy to człowieka pobożnego, czy trwającego w grzechach. Pan Bóg nie miłuje grzechu, lecz świętość i dążenie do niej.
Katolik ma moralny obowiązek życzyć każdemu, także wrogowi, zbawienia duszy, czyli dobra wieczystego. Zaś w dziedzinie doczesnej - ze śmiercią włącznie - powinien życzyć tego, co służy zbawieniu duszy, o ile służy temu celowi.
Zabicie agresora, który realnie zagraża życiu własnemu czy innych niewinnych osób, jest moralnie dopuszczalne jedynie w obronie koniecznej. Można to analogicznie zastosować do życzeń względem agresora, przy czym jego śmierć oczywiście nie może być celem samym w sobie, lecz jedynie środkiem dla ochrony życia niewinnych osób przed realnym zagrożeniem z jego strony.
Dla spokoju sumienia należy tę kwestię wyznać przy następnej spowiedzi, poprosić o wyznaczenie pokuta "nadrabiającej" i już nie wracać do sprawy.
Najlepszym środkiem przeciw skrupułom jest poddanie się dobremu kierownictwu duchowemu. Wybranemu kierownikowi duchowemu (spowiednikowi) należy być posłusznym.
O ile mi wiadomo, póki co nie ma teologicznego uzasadnienia takiego przyjęcia, ani ze strony przyjmującego, ani kogokolwiek. Pewne jest, że taki gest jest skandaliczny, gdyż sprawia wrażenie, jakoby heretycy mieli conajmniej takie same prawo i taką samą możliwość działania w imię Boga Trójjedynego dla zbawienia dusz jak prawowity Kościół Chrystusowy. Nie trudno dostrzec w tym poglądzie herezji przynajmniej materialnej, negującej jedyność widzialnego Kościoła Chrystusowego, który otrzymał od Zbawiciela misję ratowania dusz. Z kolei herezja - aczkolwiek dopiero formalna - skutkuje popadnięciem w automatyczną karę exkomuniki (latae sententiae), która powoduje też utratę wszystkich urzędów kościelnych.
Co do przynależności do masonerii, to obecny Kodex Prawa Kanonicznego nie wspomina jej z imienia, w przeciwieństwie do Kodexu z 1917 r. Mówi ogólnie o przynależności do stowarzyszeń wrogich Kościołowi i zwalczających Kościół, a to oznacza, iż także rotarianizm można zaliczyć do takich stowarzyszeń. Jednak obecny Kodex niestety nie nakłada kary ekomuniki za taką przynależność. Tym samym kwestia jest pozostawiona do indywidualnej oceny przez biskupa miejsca, a ostatecznie władz rzymskich.
Ciekawe, że ostatnio wpadł on na pomysł wypowiedzenia się w nadal gorącej kwestii rzekomej schizmy FSSPX (którego oczywiście nie zamierzam bronić), a to w dość naciąganym nawiązaniu do perykopy Ewangelii (w Novus Ordo) o pszenicy i kąkolu.
Już w słowach odnoszących się do samej przypowieści dość łatwo dostrzec talent oszusta: podczas gdy w Ewangelii jest wprost powiedziane, że nieprzyjacielem, który sieje chwast jest diabeł (Mt 13,39), to w "ewangelii" Prusaka nie ma wcale wzmianki o diable, a bycie chwastem zależy od człowieka. To dopiero wstęp do właściwego tematu w tym przypadku.
Następnym przykładem jest powiedzenie, że o. Pio z Pietrelciny "nie był wielkim sympatykiem reformy liturgicznej". Prusak zapewne cieszy się, gdy ktoś te jego słowa zrozumiał w ten sposób, że o. Pio był niewielkim sympatykiem reformy liturgii...
Gdy on mówi, że o. Pio ze względu na swój wiek otrzymał "specjalne pozwolenie na odprawianie mszy w języku łacińskim", to albo nie wie, co mówi, albo wie i znowu oszukuje. Jeśli nie wie, że "sobór" (ani "Novus Ordo"), ani ktokolwiek inny nie zakazał celebrowania po łacinie, to jest ignorantem nie znającym podstawowych dokumentów w tej kwestii. A jeśli wie i mimo tego mówi coś takiego, to jest oszustem.
Następnym kłamstwem jest powiedzenie, jakoby o. Pio sprawował "tę Mszę łacińską" zarówno tyłem jak i przodem do ludzi. Prawda jest taka, iż o. Pio tylko jeden jedyny raz sprawował Mszę św. zreformowaną - było to według Missale Romanum z 1965 r., nie Novus Ordo (które zostało wprowadzone dopiero w 1969 r.) - i to jakby "przodem do ludzi". Była to bodajże jego ostatnia Msza św. przynajmniej publiczna. Faktycznie było to jednak przodem do krzyża znajdującego się na ołtarzu polowym, czyli z całą pewnością nie tyłem do Najświętszego Sakramentu w tabernakulum, co jest istotne.
Następnie Prusak cytuje z dwóch listów o. Pio z 1913 r., gdzie jest mowa o niegodziwym traktowaniu liturgii przez kapłanów. To mają być według Prusaka dowody na to, że reforma liturgii nie jest zła i że nie jest winna obecnemu stanowi Kościoła - z mszami w kąpielówkach na pontonie, karnawałowymi itp. itd. Prusak widocznie uważa swoich słuchaczy za debilów, którzy nie potrafią odróżnić ludzkiej słabości i złości, na które całkowicie zaradzić nie jest w stanie żadna liturgia (gdyż liturgia nie usuwa wolnej woli człowieka), od złej liturgii, która sprzyja słabości, złości i ogólnie grzeszności. Ponadto on widocznie usiłuje wmówić swoim słuchaczom, jakoby zapaść Kościoła, która ewidentnie ma miejsce (i której on tutaj nie neguje), nie miała nic wspólnego z "soborem" i następującymi po nim "reformami". To jest kolejne, w tym miejscu główne kłamstwo w wykonaniu tego osobnika.
Podobnym zabiegiem jest postawienie chochoła w postaci twierdzenia, jakoby "liturgia trydencka" miała w zamyśle jej zwolenników usunąć z tego świata "chwasty" czyli zło. Tutaj kłamstwo jest podwójne. Po pierwsze, nikt z poważnych zwolenników liturgii tradycyjnej nie twierdzi, jakoby powrót do niej miał wybawić świat od zła wszelkiego. Pod tym względem Prusak uderza tylko w swojego chochoła. Perfidia Prusaka polega jednak na tym, że w tym uderzeniu godzi on w istotę zarówno sakramentów jak też Kościoła, mianowicie w ich rolę zbawczą w historii ludzkości. Jeśli - jak sugeruje Prusak - sprawowanie sakramentów optymalnie zgodne z wiarą katolicką nie ma żadnej wartości dla zwalczania zła czyli grzechu, to uderza to nie tylko w tradycyjną liturgię, lecz w sakramenty i ostatecznie w Kościół ustanowiony przez Jezusa Chrystusa dla sprawowania sakramentów. Sprowadzając do kwintesencji: Prusak twierdzi, że trzymanie się czy powrót do liturgii tradycyjnej nie ma żadnego znaczenia dla zbawienia dusz. Co więcej: on twierdzi, że ci, którzy to postulują czy przynajmniej pragną tego dla siebie, są buntownikami.
Nasuwa się tutaj pytanie: Czyż głównym motywem "reform soborowych" nie był szczytny cel dotarcia do większej rzeszy ludzi oraz zjednoczenia rodzaju ludzkiego w pokoju i dobrobycie? Czy coś z tego zostało osiągnięte? A jeśli nie zostało osiągnięte (co jest oczywiste), to czyż nie należy wyrzucić Novus Ordo do śmietnika historii przynajmniej tak samo jak banda bergogliańska chciałaby wyrzucić liturgię tradycyjną?
W repertuarze Prusaka nie zabrakło standardowego obecnie "argumentu" o - rzekomym - paraprotestanckim subiektywiźmie "tradycjonalistów", którzy mają czelność zauważać, iż liturgia tradycyjna bardziej odpowiada wierze katolickiej niż Novus Ordo. Ci, którzy wytaczają ten argument, albo nie mają pojęcia, na czym polega protestancki subiektywizm w sprawach wiary, albo mają pojęcie, lecz na doraźny użytek przekręcają i wykręcają dość proste fakty. Otóż wystarczy spojrzeć do elementarza historii Kościoła, by się dowiedzieć, iż herezja protestancka bazuje na osobistym, niezależnym od Tradycji i Magisterium Kościoła interpretowaniu Pisma św. Obecnie natomiast zachodzi problem polegający na sprzeczności między dokumentami "soborowymi" i "posoborowymi" a tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Ta sprzeczność dotyczy analogicznie także liturgii. Jeśli ktoś nazywa zauważanie tej sprzeczności "subiektywizmem" czy wręcz "protestantyzmem", to albo nie wie, o czym mówi, albo wie, lecz świadomie oszukuje publiczność na doraźny użytek.
Co więcej: Prusak posługuje się tutaj typowym chwytem fałszywej pokory, co świadczy o tym, że albo nie zna nauczania założyciela zakonu jezuitów w kwestii pokory, albo udaje, że nie zna. Według Prusaka nie wolno twierdzić, że wie się lepiej, konkretnie, że Novus Ordo jest gorsze niż liturgia tradycyjna. On ponadto obwieszcza, iż wzorem tej - fałszywej - pokory jest o. Pio, bo on rzekomo nie twierdził, że wie lepiej (co jest zresztą także kłamstwem, skoro pisał do Pawła VI w sprawie reformy liturgii). Także tutaj pseudojezuita usiłuje odwrócić uwagę od właściwego problemu, którym jest sprzeczność między tym, czego nauczał i co czynił Kościół hierarchiczny przed Vaticanum II, a tym, co jest głoszone i czynione od Vaticanum II. Katolik ma więc problem polegający na tym, komu wierzyć i za kim iść. Kościół "przedsoborowy" nie przestał być Kościołem hierarchicznym, któremu posłuszeństwo nakazywał św. Ignacy z Loyoli. Kościół hierarchiczny nie mógł też zmienić zdania, ponieważ prawda jest niezmienna. Nachalne żądanie od katolików, by nie ważyli się dostrzegać tego problemu, lecz ślepo poddali się wszystkiemu, co idzie z Watykanu i stolic biskupich, jest oszustwem wielowarstwowym, de facto usiłującym sprowadzić katolicyzm do poziomu sekty autorytarnej, gdzie aktualny guru dysponuje prawdą, dobrem i pięknem, nie licząc się z tym, czego nauczali i co czynili jego poprzednicy. W takiej mentalności - którą można nazwać mentalnością trepa - moderniści tresują katolików i jakoś nie ogarniają związku tej tresury z faktem, że w ostatnich dekadach ludzie jako tako myślący masowo odwracają się od Kościoła, a właściwie od nich.
Prusak próbuje ośmieszyć także typowe zarzuty wobec Novus Ordo jak antropocentryzm. Tutaj również miesza sprawy, sprowadzając kwestię do kierunku celebracji czyli ustawienia celebransa przodem do ludzi, tak jakby Novus Ordo nakazywało takie ustawienie, co jest oczywiście kłamstwem. Prusak lubi stawiać prymitywne i też fałszywe chochoły, żeby bardzo łatwo je obalić. Czyżby rzeczywiście nie zauważył antropocentryzmu w nauczaniu "papieży soborowych" i też w realnym sprawowaniu Novus Ordo, z mszami dla dzieci, dla strażaków, dla harcerzy, dla młodzieży, dla seniorów, karnawałowych, wakacyjnych, górskich, morskich, jeziornych, pielgrzymkowych itp. itd.? Czyżby na prawdę twierdził, że odwrócenie celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu - by koniecznie mógł patrzeć na ludzi a ludzie na jego mniej czy bardziej sympatyczną facjatę - nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem? Za kogo on uważa swoich odbiorców? Za zupełnych bezmózgowców?
Jak typowy oszust, Prusak usiłuje obalić wartościowanie liturgii przez twierdzenie, że jedynie słowa Konsekracji są objawione i niezmienne, a reszta obrzędu zależy od tego "jak Kościół rozumie ten sakrament i jak go przeżywa". On więc sugeruje, że Novus Ordo wynika z innego rozumienia i przeżywania sakramentu Eucharystii. Jako przykład podaje Ostatnią Wieczerzę w kontraście do liturgii tzw. trydenckiej. W domyśle można dostrzec, że według niego Novus Ordo jest bliższe pierwszej Mszy św. we Wieczerniku, natomiast liturgia tzw. trydencka jest wypaczeniem. No cóż, to jest nic innego jak myślenie protestanckie, tak samo zresztą jak pomysł celebrowania przodem do ludu, który jest wynalazkiem protestanckim wynikającym dokładnie właśnie z nawiązania do Ostatniej Wieczerzy i negacji ofiarnego charakteru. Tym samym Prusak się zdemaskował. I tym samym też pseudopobożne wymachiwanie pokorą i ojcem Pio jawią się jako obłudne chwyty polemiczne, którymi wymachujący usiłuje przykryć swoje heretyckie poglądy.
Pojawia się też następny obłudny pseudoargument, że tzw. msza trydencka nigdy nie była jedyną formą sprawowania. Tutaj znowu Prusak widocznie ma swoich odbiorców za debili, nie mających pojęcia o innych starożytnych liturgiach, które wszak w żadnym przypadku nie znają chociażby celebrowania przodem do ludu, ani też komunii dołapnej. Trzeba być zupełnym ignorantem i bezmózgowcem, by nie dostrzec, iż to liturgia tzw. trydencka jest o wiele bliższa innym liturgiom starożytnym, podczas gdy Novus Ordo do złudzenia przypomina "nabożeństwa" protestanckie. Kogo Prusak chce okłamać?
Ten człowiek jest niestety dość typowym przykładem polskiego modernisty: maxymalnie nadęte ego, połączone z przeświadczeniem wszechmocy nad duszami dzięki manipulowaniu faktami i oszukiwaniu odbiorców, przynajmniej podświadomie uznawanych przez siebie za niedorozwiniętych intelektualnie ignorantów. W dodatku ktoś taki oczywiście wymachuje napominaniem do pokory i posłuszeństwa. Jeśli ktoś by się dziwił, że ten system coraz widoczniej zmierza ku zapaści, to niech przestanie się dziwić.
Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa;
A udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem.
Ale nawet Tytusa, który był ze mną, chociaż był Grekiem, nie zmuszono do obrzezania,
Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę,
A którym ani na chwilę nie ustąpiliśmy, ani się nie poddaliśmy, aby prawda ewangelii u was się utrzymała.
A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę - otóż ci, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem, niczego mi nie narzucili,
Raczej przeciwnie, gdy zobaczyli, że została mi powierzona ewangelia między nieobrzezanymi, jak Piotrowi między obrzezanymi -
Bo Ten, który skutecznie działał przez Piotra w apostolstwie między obrzezanymi, skutecznie działał i przeze mnie między poganami -
Otóż, gdy poznali okazaną mi łaskę, Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty, abyśmy poszli do pogan, a oni do obrzezanych;
Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać.