Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokuszenie


Mt 4, 1-11

Wtedy Jezus został przez Ducha wyprowadzony na pustynię, aby był kuszony przez diabła. 
A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. 
Wtedy przystąpił kusiciel i kusząc rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». 
Lecz On w odpowiedzi mówi: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdą mową, która pochodzi przez usta Boga». 
Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni 
i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, bo jest napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie i na rękach nosić cię będą, byś nie uraził swej nogi o kamień». 
Rzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: Nie będziesz kusił Pana, Boga swego». 
Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich wspaniałość 
i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadając oddasz mi pokłon». 
Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz». 
Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu.

τοτε ο ιησους ανηχθη εις την ερημον υπο του πνευματος πειρασθηναι υπο του διαβολου

και νηστευσας ημερας τεσσαρακοντα και νυκτας τεσσαρακοντα υστερον επεινασεν

και προσελθων αυτω ο πειραζων ειπεν ει υιος ει του θεου ειπε ινα οι λιθοι ουτοι αρτοι γενωνται

ο δε αποκριθεις ειπεν γεγραπται ουκ επ αρτω μονω ζησεται ανθρωπος αλλ επι παντι ρηματι εκπορευομενω δια στοματος θεου

τοτε παραλαμβανει αυτον ο διαβολος εις την αγιαν πολιν και ιστησιν αυτον επι το πτερυγιον του ιερου

και λεγει αυτω ει υιος ει του θεου βαλε σεαυτον κατω γεγραπται γαρ οτι τοις αγγελοις αυτου εντελειται περι σου και επι χειρων αρουσιν σε μηποτε προσκοψης προς λιθον τον ποδα σου

εφη αυτω ο ιησους παλιν γεγραπται ουκ εκπειρασεις κυριον τον θεον σου

παλιν παραλαμβανει αυτον ο διαβολος εις ορος υψηλον λιαν και δεικνυσιν αυτω πασας τας βασιλειας του κοσμου και την δοξαν αυτων

και λεγει αυτω ταυτα παντα σοι δωσω εαν πεσων προσκυνησης μοι

τοτε λεγει αυτω ο ιησους υπαγε σατανα γεγραπται γαρ κυριον τον θεον σου προσκυνησεις και αυτω μονω λατρευσεις

τοτε αφιησιν αυτον ο διαβολος και ιδου αγγελοι προσηλθον και διηκονουν αυτω


Przedostatnia prośba modlitwy “Ojcze nasz” – “nie wódź nas na pokuszenie” – tak często odmawiana, może budzić pytania i wątpliwości. Ich śladem jest chociażby fakt, że tzw. Biblia Tysiąclecia właściwie nie tłumaczy odnośnego wersetu (Mt 6, 13), lecz dokonuje teologicznej interpretacji (“nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie”).

Problem polega głównie na pojęciu “pokuszenie”. Biblijne słowo greckie oznacza próbę, doświadczanie, także usiłowanie, zmaganie. Polskie słowo “pokusa” ma znaczenie specyficznie moralno-religijne, co stanowi pewne zawężenie. Ma to odniesienie głównie do dzisiejszej Ewangelii, gdzie jest mowa o wyprowadzeniu Jezusa przez Ducha na pustkowie, aby był “próbowany” przez diabła. Jest dość jasne, że istnieje związek między tym wyprowadzeniem Jezusa a modlitwą o to, byśmy nie byli wodzeni na wypróbowanie przez diabła.

Po tym wyprowadzeniu Jezus pościł, jakby prowokując kuszenie. Czas trwania postu – czterdzieści dni i czterdzieści nocy – nawiązuje zarówno do wędrówki Izraela przez pustynię po wyzwoleniu z Egiptu, jak też do czasu przebywania Mojżesza na górze Synaj podczas objawienia Dekalogu. Jest tu więc zawarty aspekt zarówno porzucenia i uwolnienia, jak też obdarowania i zobowiązania, początku czegoś nowego. Absolutna nowość i niepowtarzalność jest wyrażona przez post, który nie był i nie jest możliwy dla nikogo innego. Po tym następuje zbliżenie diabła i poddanie próbie przez niego, właściwie starcie z nim. To starcie jest o tyle znamienne, że Pan Jezus pozwala diabłowi zbliżyć się do Siebie, rozmawia z nim, daje się nawet zaprowadzić do Jerozolimy na szczyt świątyni, czyli na najwyższy punkt miasta i zarazem - w rozumieniu żydów - centrum świata, w końcu na wysoką górę z widokiem na cały świat.

Pociągające dla każdego są już przeżycia i widoki doświadczone pod przewodnictwem diabła, nie tylko jego obietnice. Tu więc diabeł wodzi na pokuszenie, nie Bóg. Nie trzeba jednak być wybitnym teologiem, by wiedzieć, że także w tej sytuacji diabeł może działać i działa tylko w ramach przyzwolenia Bożego. Podobnie jak zresztą w sprawie starotestamentalnego Hioba, gdy ma miejsce zakład między Bogiem i diabłem o wierność sprawiedliwego męża: Bóg zezwala na próbowanie człowieka, szatan działa. 

Jeśli Pan Jezusa każe nam prosić Boga o nie prowadzenie na pokuszenie, to dlatego, że po pierwsze ostatecznie wszystko jest w rękach Boga, a po drugie dlatego, że do diabła nie wolno się modlić, tym bardziej nie wolno go prosić.

Dlaczego więc Bóg pozwala na wodzenie i zwodzenie nas przez diabła? Po co ten cały teatr, skoro Bóg chce naszego zbawienia? Po co w ogóle istnieje szatan i jego diabły? Po co grzech i wszelkie zło na świecie i w ludziach? Dlaczego Bóg zezwala na porażki i klęski ludzi w kuszeniu diabelskim? Czyż to nie Bóg właśnie ponosi ostatecznie odpowiedzialność za tragedię grzechu?

Szczgólną odpowiedzią na te pytania jest właśnie kuszenie i zwycięstwo Jezusowe. Jezus Chrystus działa w nim jako Bóg i jako Człowiek. Jego bycie wyprowadzonym na kuszenie nadaje właściwy sens prośbie, byśmy my nie byli wodzeni na pokuszenie. Ta nasza prośba, wynikająca zarówno z poczucia własnej słabości, jak też z ufności w dobroć Bożą, jest wskazaniem na Chrystusowe pokuszenie i pokonanie szatana, a tym samym pogodzeniem się z wolą Bożą, gdy nastaje dla nas czas i sytuacja próby.

Są zasadniczo dwa rodzaje wypróbowania, podobnie jak dwa zasadnicze starcia Jezusa Chrystusa z szatanem: 1. codzienne potrzeby, dążenia i cele, w tym także podjęte z własnej woli zadania i wyzwania, 2. cierpienie, każde bolesne doświadczenie, niechciane, niemiłe, nielubiane, nawet niespodziewane i nieoczekiwane. Tym samym właściwie nie możemy uciec przed pokusami, nawet jeśli sam Zbawiciel każe nam modlić się o zachowanie przed nimi. Próba, a tym samym ryzykowność i niepewność sytuacji stanowią niezbywalny aspekt naszego życia. W taką sytuację zostaliśmy wprowadzeni wraz z zaistnieniem. Każdy, nawet najmniej zauważalny proces biologiczny i biochemiczny w naszym ciele jest wypróbowaniem i próbą sił, sprawdzeniem i zwycięstwem silniejszego, tego, co ma przetrwać.

Tym niemniej każdy obawia się próby i słusznie. Każdy zna mniej czy większy lęk przed egzaminem. Normalny człowiek odczuwa obawę przynajmniej o życie i dobro swoich bliźnich, jeśli nie swoje. Każdy, kto był zakochany, wie jak bardzo boli już chociażby przelotna myśl o możliwej utracie ukochanej osoby. Któż mógłby o sobie powiedzieć, że wytrzyma próbę, że się jej nie boi?

Czytając, słysząc czy widząc relacje o losie ludzi w łagrach, obozach koncentracyjnych, nieludzkich warunkach więziennych, czy aktualnie o sytuacji chrześcijan wyżynanych i wypędzanych przez zbrodniarzy muślimskich, czyż nie przychodzi nam na myśl wątpliwość, czy i jak bylibyśmy w stanie przetrwać i wytrzymać czas i sytuację takiego pokuszenia?

Kuszenie Jezusowe poucza i daje siłę ducha także na takie sytuacje, mianowicie przez wskazanie, że chodzi o walkę zasadniczo i przede wszystkim duchową. Tym samym żadne niesamowite i bolesne doświadczenie nie musi nas zastać zupełnie nieprzygotowanymi. Już tu i teraz, w tym Wielkim Poście, który dla każdego może być ostatnim tu na ziemi, możemy i powinniśmy podjąć przygotowanie do przyszłych pokuszeń, także na ostatnie kuszenie w godzinie śmierci. Już tu i teraz możemy i powinniśmy ucieleśnić postawę, że nie samym chlebem żyje człowiek, że nie wolno używać Pana Boga do swoich celów, do realizacji swoich ambicyj, że tylko Bogu samemu należy się najwyższe uwielbienie i poddanie. Tę postawę można zdobyć jedynie w uznaniu swojej słabości i niewystarczalności, wpatrując się w postawę i zwycięstwo naszego Zbawiciela. I naśladując Go w walce z szatanem. 

Serce piękne i dobre


Ciekawe jest historia pojęć także tych powszechnych i codziennych. Ciekawe jest przede wszystkim to, jak daleko niektóre pojęcia odsuwane są od ich źródła i pochodzenia, ulegając przy tym także zafałszowaniu. Wynika to głównie z zatarcia czy zapomnienia genezy, a za to odpowiedzialni są zwłaszcza ci, których zadaniem jest wierność pojęciom, a razie konieczności prostowanie ich. 

W obecnym obiegu publicznym określenie kogoś, że ma dobre serce, niemal zanikło. Zanika też, według mojej obserwacji, w życiu codziennym prywatnym. Gdy się jednak pojawia, to zwykle w ograniczeniu do sfery emocjonalnej w odniesieniu do kogoś, kto jest wrażliwy na potrzeby czy życzenia innych, nawet aż do naiwności i poddawania się wykorzystaniu. 

Mało kto obecnie zdaje sobie sprawę z tego, że przenośnie i symboliczne znaczenie słowa "serce" ma swoje korzenie w języku biblijnym, zarówno Starego jak zwłaszcza Nowego Testamentu. Dlatego warto sięgnąć do tego źródła. Jedną z głównych, a rzadko w tym świetle odczytywanych perykop jest przypowieść o siewcy w Ewangelii św. Łukaszowej 8, 4-15:

συνιοντος δε οχλου πολλου και των κατα πολιν επιπορευομενων προς αυτον ειπεν δια παραβολης

εξηλθεν ο σπειρων του σπειραι τον σπορον αυτου και εν τω σπειρειν αυτον ο μεν επεσεν παρα την οδον και κατεπατηθη και τα πετεινα του ουρανου κατεφαγεν αυτο

και ετερον επεσεν επι την πετραν και φυεν εξηρανθη δια το μη εχειν ικμαδα

και ετερον επεσεν εν μεσω των ακανθων και συμφυεισαι αι ακανθαι απεπνιξαν αυτο

και ετερον επεσεν επι την γην την αγαθην και φυεν εποιησεν καρπον εκατονταπλασιονα ταυτα λεγων εφωνει ο εχων ωτα ακουειν ακουετω

επηρωτων δε αυτον οι μαθηται αυτου λεγοντες τις ειη η παραβολη αυτη

ο δε ειπεν υμιν δεδοται γνωναι τα μυστηρια της βασιλειας του θεου τοις δε λοιποις εν παραβολαις ινα βλεποντες μη βλεπωσιν και ακουοντες μη συνιωσιν

εστιν δε αυτη η παραβολη ο σπορος εστιν ο λογος του θεου

οι δε παρα την οδον εισιν οι ακουοντες ειτα ερχεται ο διαβολος και αιρει τον λογον απο της καρδιας αυτων ινα μη πιστευσαντες σωθωσιν

οι δε επι της πετρας οι οταν ακουσωσιν μετα χαρας δεχονται τον λογον και ουτοι ριζαν ουκ εχουσιν οι προς καιρον πιστευουσιν και εν καιρω πειρασμου αφιστανται

το δε εις τας ακανθας πεσον ουτοι εισιν οι ακουσαντες και υπο μεριμνων και πλουτου και ηδονων του βιου πορευομενοι συμπνιγονται και ου τελεσφορουσιν

το δε εν τη καλη γη ουτοι εισιν οιτινες εν καρδια καλη και αγαθη ακουσαντες τον λογον κατεχουσιν και καρποφορουσιν εν υπομονη


A gdy się zeszło wiele tłumu i z miast przybywali do niego, rzekł przez podobieństwo:

Wyszedł siewca rozsiewać ziarno swoje. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało zdeptane, a ptaki nieba zjadły je.

A inne padło na ziemię skalistą, a gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci.

A inne padło między ciernie, a ciernie razem z nim wzrosły i zadusiły je.

A jeszcze inne padło na ziemię dobrą i, gdy wzrosło, wydało plon stokrotny. To mówiąc, wołał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.

I pytali go jego uczniowie, czymże jest to podobieństwo.

A On im rzekł: Wam dane jest poznać tajemnice królestwa Bożego, ale reszcie w podobieństwach, aby widząc nie widzieli, a słuchając nie rozumieli.

A tym jest to podobieństwo: Ziarnem jest słowo Boże.

A tymi na drodze są ci, którzy wysłuchali; potem przychodzi diabeł i wyrywa słowo z serca ich, aby nie uwierzywszy nie byli zbawieni.

A tymi przy skale są ci, którzy, gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, ale korzenia nie mają, do czasu wierzą, a w chwili pokusy odstępują.

A to, które padło między ciernie, to ci, którzy usłyszeli, ale idąc drogą wśród trosk, bogactw i rozkoszy życia, ulegają przyduszeniu i nie dochodzą do dojrzałości.

A to, które padło na piękną ziemię, to ci, którzy pięknym i dobrym sercem usłyszawszy słowo, zachowują je i w wytrwałości wydają owoc.


Nie trudno zauważyć, że cała przypowieść zmierza do pojęcia "serce piękne i dobre" (εν καρδια καλη και αγαθη) jako ideału człowieka, który słucha słowa Bożego. Jak należy je rozumieć, wynika z całości przypowieści, która jest oczywiście znowu jednym z niedoścignionych przykładów genialnej psychologii Ewangelii Jezusa Chrystusa. 

Interpretacja tej przypowieści wydaje się stosunkowo łatwa, gdyż sam Pan Jezus ją wyjaśnia. Najbardziej tajemnicze i niejasne jest właśnie określenia serca, które jest żyzną glebą dla słowa Boga. 

W czasach biblijnych greckie słowo καρδια było rzadko używane w przestrzeni świeckiej czyli niebiblijnej. Istotne znaczenia nabrało ono dopiero w Nowym Testamencie jako centrum życia człowieka nie tylko cielesnego lecz także duchowego: jako ośrodek i źródło myślenia, woli i odczuwania, aczkolwiek z przewagą zdolności i czynności rozumowo-duchowych, ale także wyborów i decyzyj moralnych, w tym także zarówno cnót jak też wad, pragnień i pożądliwości, ale również miłości czy to duchowej czy bardziej zmysłowej. Oznacza ono więc całościowo wnętrze człowieka, jego właściwości i poruszenia tak duchowe jak i zmysłowe i afektywne, i tak łączy w sobie pojęcia takie jak umysł, charakter i osobowość. Dlatego właśnie możliwe jest określenie serca pięknym i dobrym. 

To wyrażenie jest w tłumaczeniach zwykle przeinaczane, prawdopodobnie w ślad za Wulgatą ("in corde bono et optimo"), która w tym miejscu raczej zaciemnia niż tłumaczy. Natomiast oryginał grecki dość wyraźnie nawiązuje do klasycznego pojęcia καλοκἀγαθία znanego już od Sokratesa i jego ucznia Xenofona. To określenie wyraża typowo greckie połączenie piękna z dobrem i odwrotnie, przy czym piękno odnosi się bardziej do sfery cielesnej, widzialnej, podczas gdy dobroć jest kwalifikacją moralną czyli odnoszącą się do cnót jako sprawności umysłu i woli. Chodzi więc tutaj o całościową harmonię człowieka jako istoty cielesno-duchowej. 

W przypowieści Pana Jezusowej oczywiście nie chodzi o cielesne cechy serca. Tym niemniej zapewne chodzi o harmonię duchową człowieka, jego wnętrza wraz z władzami, zdolnościami i dążeniami. Analogia do uprawy rośliny pomaga w ujęciu głębokich zasad w życiu duchowym, które są przedmiotem pouczenia w przypowieści. 

Po pierwsze, należy tutaj mówić o zasadzie wzrostu, który pochodzi od Boga. Człowiek potrzebuje słowa, czyli pouczenia ku poznaniu i wskazania ku działaniu, aby nie być glebą bezużyteczną duchowo. Pan Jezus nie precyzuje, czym jest ziarno słowa Bożego. Z teologii katolickiej, zakorzenionej w Bożym Objawieniu, wiemy, że Bóg przemawia zarówno już w dziele stworzenia (liber creationis) jak też w dziele Zbawienia, czyli począwszy od patriarchów i proroków Starego Przymierza aż do pełni w Jezusie Chrystusie, przekazanej Apostołom i przez nich Kościołowi. W szczególny sposób Pan Jezus ma zapewne na myśli Swoje nauczanie, choć nie wyłącznie to, którego uczniowie byli świadkami w tym momencie. Na pewno pojęcie "słowo Boga" należy poszerzyć o znaczenie podane w Prologu Ewangelii św. Janowej:

εν αρχη ην ο λογος και ο λογος ην προς τον θεον και θεος ην ο λογος

ουτος ην εν αρχη προς τον θεον

παντα δι αυτου εγενετο και χωρις αυτου εγενετο ουδε εν ο γεγονεν

εν αυτω ζωη ην και η ζωη ην το φως των ανθρωπων


Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo.

Ono było na początku u Boga.

Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało.

W nim było życie, a życie było światłością ludzi.

Mimo fachowo exegetycznych względów w odróżnianiu tej Ewa
ngelii od textów synoptycznych, nie trudno zauważyć pewien związek z przypowieścią o siewcy: Słowo Boga daje życie i poznanie, które oświeca drogę człowieka i jego wzrost. Człowiek dlatego jest zdolny przyjąć to Słowo, ponieważ całe stworzenie stało się przez nie, także każdy człowiek i cała ludzkość. 


Tak więc pierwszym warunkiem płodności duchowej jest uznanie swojej zależności od pouczenia pochodzącego od Boga. Główną przeszkodą jest bowiem brak tego pouczenia i to nie z powodu jego nieobecności, lecz z powodu jego nieprzyjęcia i oporu przed przyjęciem. 

Oprócz przeszkody w samym człowieku, są też uwarunkowania zewnętrzne, które uniemożliwiają wzrost i owocowanie prawdy Bożej w nim. Jest to po pierwsze szatan, czyli działanie złego ducha w połączeniu z zawinioną słabością i brakiem odporności na jego działanie, po drugie powierzchowność i niestałość, po trzecie szeroko rozumiany materializm i hedonizm. Przeciwieństwem tych cech i zachowań jest właśnie piękno i dobroć serca. 

Należy mieć na uwadze, że Pan Jezus nie tyle opisuje lecz o wiele bardziej apeluje i to w sposób - według powszechnej obecnie "wrażliwości" - mało uprzejmy i zupełnie nie dyplomatyczny: "kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!" Mówi tym samym nie mniej ni więcej jak to, że piękno i dobroć serca polega na używaniu i rozwoju zdolności już danych człowiekowi. Ziemia udeptana na drodze może stać się glebą. Nawet skała może stać się glebą przynajmniej po jakimś czasie, a wiemy przecież, że nawet w szczelinach skalnych i też w szczelinach betonowych dróg dość łatwo i szybko zagnieżdża się i rozwija roślinność przynajmniej mniej wymagająca co do warunków. Ziarno rzucone w glebę nie jest także zupełnie bezbronne wobec ptactwa przygodnego zgłodniałego. Nie jest skazane na przegranie wyścigu wzrostu z chwastami. Normalny gospodarz zabezpiecza odpowiednio wysiane ziarno, tym bardziej czyni to Boski Siewca. 

W gruncie rzeczy każdy człowiek jest zasadniczo glebą zarówno ubitą, skalistą i zachwaszczoną, jak też żyzną i zadbaną. Nigdy nie jest tak, że jest skazany na bezowocność. Siewca nie przestaje dbać o glebę serca i siać ziarna prawdy aż do ostatniego tchnienia doczesnego życia człowieka. Zwykle jest tak, że serca dziecka jest piękniejsze i lepsze niż serce dorosłego, a to wtedy, gdy człowiek w ciągu swego życia przez swoje wolne wybory staje się glebą twardą, skalistą i zachwaszczoną. Jednak także wtedy Siewca nie skąpi siewu, dopóki jest choćby skrawek otwarty na ziarno i żyzny w sercu człowieka. 

Płodność znamionuje wszystkie istoty żywe, stanowi ich cechę istotną. Tylko to, co wzrasta, przemienia się i wydaje owoc, a tym samym przekazuje siebie i trwa w nowym życiu, jest żywe. Tak jest począwszy od najprostszych żywych organizmów jednokomórkowych aż do człowieka.

Płodność oznacza nie tylko dawanie siebie, lecz równocześnie spotkanie. Wyższy poziom płodności, takiej, która prowadzi do powstania nowej, niepowtarzalnej jakości, wymaga połączenia i przyjęcia, i to wielostopniowego i różnorodnego. Ma to miejsce już w świecie roślin na co dzień nas otaczających, począwszy od najmniejszej trawki przydrożnej i rośliny doniczkowej aż po okazałe drzewa. Tak Bóg urządził świat, widzialny dla nas, który jest odbiciem i obrazem, ilustracją i niejako objawieniem prawdy o samym Stwórcy i rzeczach niewidzialnych.


Przypowieść o siewcy i różnych typach gleby wydaje się przy pierwszym zetknięciu irytująca i tragiczna, poniekąd nawet absurdalna. Pozostaje taka – i staje się wręcz jeszcze bardziej – nawet w połączeniu z jej wyjaśnieniem w drugiej części perykopy. Cóż to za siewca, który wysiewa na drogę, na skały, pośród wybujałe ciernie? Zdumione pytanie uczniów jest więc zupełnie zrozumiałe. Byli zapewne na tyle pojętni i na tyle znali już styl nauczania Mistrza, że wiedzieli, iż ma na myśli sprawy wyższe, duchowe. Nie byłoby dziwne, gdyby przynajmniej część z nich od razu pojęła, że chodzi o plon duchowy, o dzieło Boże zakładające sens, dobroć i wspaniałość stworzenia.


Wyjaśnienie Jezusowe jest bardzo proste, właściwie oczywiste, przynajmniej dla nas. Zaskakujące jest Jezusowe wprowadzenie do wyjaśnienia: wskazanie na wybranie, Boże obdarowanie uczniów tak daleko idące, że udzielające poznania “tajemnic Królestwa Bożego”. Co to są za tajemnice? Dlaczego Bóg sprawia różnicę inaczej traktując wielki tłum i uczniów, których Jezus powołał do pójścia za Nim? Przecież także do tych ostatnich skierowana była przypowieść, skoro prosili o jej wyjaśnienie. Zaś wyjaśnienie nie wydaje się zawierać jakiejś tajemnej wiedzy. Czyż ono udziela wglądu w tajemnice, daje ich zrozumienie?


Nie samo wyjaśnienie przypowieści jest przywilejem i wyróżnieniem. Nie jest wykluczone, że pośród tłumu byli słuchacze na tyle inteligentni, że bez wyjaśnienia Jezusowego zrozumieli, iż ziarno oznacza słowo Jezusowe, a gleba to serca ludzkie. Tym niemniej dla każdego słuchacza – wówczas tak samo jak dzisiaj – było i jest irytujące i nurtujące pytanie, dlaczego siewca cenne ziarno wyrzucał na podeptanie, wyżarcie przez ptaki i zagłuszenie przez ciernie. To jest właśnie tajemnica Królestwa Bożego.


Tę tajemnicę poznają wybrani do bliskości, zażyłości z Jezusem. U nich pojawia się nie tylko dociekliwość o sens przypowieści, lecz także, a nawet przede wszystkim pytanie: jaką glebą jest moje serce? Przy tym serce oznacza w języku biblijnym - jak już zaznaczyłem wyżej - nie tylko i nie przede wszystkim sferę emocjonalną czyli uczucia, lecz centrum osoby, ośrodek zarówno cielesny jak też duchowy, podmiot całościowego poznania oraz działania.


To refleksyjne pytanie, jeśli dotyka i wychodzi z głębi serca, zawiera niepewność siebie, także pewien niepokój, zatroskanie o siebie. Miało ono miejsce zapewne u uczniów, może nawet powodując lęk o siebie i obawy. To może i powinno nastąpić także u nas. Jak Pan Jezus na to odpowiada? Właśnie wskazaniem na wybranie przez Boga w postaci powołania do bycia Jego uczniem. 


Pan Jezus nie mówi, jakoby to powołanie oznaczało samo przez się bycie żyzną glebą dla słowa Bożego. Wybranie w tym kontekście oznacza nie tyle upodobanie co obdarzenie z hojnej, wręcz niesłychanie rozrzutnej miłości. Tej Bożej rozrzutności jest świadom każdy, kto trzeźwo spogląda zarówno na swoje życie jak też na niewdzięczność, zaślepienie, otępiałość i zatwardziałość serc ludzkich wokół siebie. Równocześnie to właśnie nasze własne niewdzięczne zaskorupienie, rozproszenie i wybujałość w rzeczach przyziemnych i szkodliwych stanowi o rodzaju spotkania naszego serca ze słowem Bożym, które jest przehojne, szczodre, a równocześnie delikatne, nie zadające gwałtu. 


Klasyfikacja rodzajów gleby w przypowieści nie jest wyrokiem lecz wezwaniem. Wezwaniem typowym dla prawdziwego Boga, który tak urządził świat, że ze skruszonych skał powstaje gleba, zaś człowiekowi powierzył troskę o uprawę ziemi, w tym także trud rozróżniania ziarna pożytecznego, życiodajnego według czasu i miejsca. Człowiek ma nie tylko możliwość i władzę rozpoznawania gleby żyznej od nieurodzajnej, lecz nawet przemiany pustkowia w ziemię uprawną i płodną. Przede wszystkim każdy z nas ma zdolność uprawiania swego serca, czyli osobowej gotowości na przyjęcie życiodajnego, rozrzutnego z miłości słowa prawdy – o Bogu i o sobie. 


Jak szukać żony?


 

Co to jest "Msza święta wszechczasów"?

 



Czy antykoncepcja może być dozwolona?


Najpierw bym radził nie polegać na opinii jednego lekarza. Znam takie przypadki, że ginekolog nie tylko się mylił w swojej diagnozie i zaleceniach, lecz wręcz okazywał wrogość wobec chęci potomstwa u pacjentów. Nie brakuje też takich, którzy bez wystarczających powodów medycznych wręcz narzucają stosowanie antykoncepcji czy nawet zabicie dziecka w łonie matki. 

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby akt małżeński był elementem niezbędnym w małżeństwie. Owszem, małżeństwo - i tylko małżeństwo - jest jego właściwym miejscem. Gotowość i zdolność do aktu małżeńskiego jest istotna i konstytutywna także dla małżeństwa sakramentalnego, oczywiście o ile to zależy od woli małżonków czyli o ile nie zachodzą przeszkody obiektywne czy to tymczasowe czy trwałe (jak niezdolność do aktu wskutek choroby czy urazu cielesnego). 

Rzeczywiście trudną jest sytuacja, gdyż małżonkę spotkało gruntownie medycznie uzasadnione zalecenie unikania poczęcia dziecka. Tutaj istotne jest rozróżnienie: czym innym jest spojrzenie na taki fakt w perspektywie zaspokojenia pożądliwości, a czym innym w perspektywie pragnienia potomstwa. To drugie jest istotne i nadrzędne, nie to pierwsze. Jeśli ktoś ten porządek odwraca czy ujmuje odwrotnie, to świadczy to fatalnie o relacji małżeńskiej i rodzicielskiej. Taka relacja zmierza nieuchronnie do rozpadu i obumarcia najpóźniej w momencie niezdolności do aktu małżeńskiego w starszym wieku. Natomiast odpowiednie potraktowanie sytuacji wymagającej zaprzestania aktu małżeńskiego jest nie tylko najlepszym przygotowaniem na małżeństwo w starości, lecz także uczeniem się małżeństwa - być może na nowo - w jego wymiarze bardziej osobowym i duchowym niż cielesnym. 

Katolicka teologia moralna - a była o tym mowa tutaj już wielokrotnie - wyklucza stosowanie antykoncepcji czyli ubezpłodnienie aktu małżeńskiego, gdyż uderza to w jego naturę i tym samym godność. Uderza też w małżonków w ich godności jako osoby ludzkie, także w ich relację małżeńską, czego skutki są nieuchronne przynamniej po czasie. 

Moralnie dozwolone jest jedynie uleganie antykoncepcji stosowanej przez współmałżonka, jeśli sprzeciw narażałby jedność i trwałość małżeństwa. Warunkiem jest oczywiście brak zgody wewnętrznej oraz odpowiednie upomnienie współmałżonka narzucającego stosowanie antykoncepcji. 

Jak rozumieć "zmysł wiary"?



Prostota wiary



Łk 18, 31-43

Wziąwszy Dwunastu powiedział do nich: «Oto wstępujemy do Jerozolimy i spełni się wszystko, co zostało napisane przez proroków o Synu Człowieczym. 
 Zostanie wydany poganom i będzie wyszydzony i zelżony i opluty; 
i ubiczowawszy zabiją Go, a trzeciego dnia powstanie». 
Oni jednak nic z tego nie zrozumieli i mowa ta była zakryta przed nimi i nie poznali tego, co zostało powiedziane. 
Zaś stało się, że gdy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze żebrząc,  
a usłyszawszy, że tłum przechodzi, dowiadywał się, co to jest. 
Powiedzieli mu, że Jezus Nazarejczyk przechodzi. 
I zawołał mówiąc: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» 
A ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł, lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» 
Zaś Jezus stanąwszy kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go mówiąc: 
«Co chcesz, abym ci uczynił?»  Zaś on odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał». 
A Jezus mu powiedział: «Przejrzyj, twoja wiara cię zbawiła». 
I natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga, a także cały lud widząc oddał chwałę Bogu.

παραλαβων δε τους δωδεκα ειπεν προς αυτους ιδου αναβαινομεν εις ιεροσολυμα και τελεσθησεται παντα τα γεγραμμενα δια των προφητων τω υιω του ανθρωπου

παραδοθησεται γαρ τοις εθνεσιν και εμπαιχθησεται και υβρισθησεται και εμπτυσθησεται

και μαστιγωσαντες αποκτενουσιν αυτον και τη ημερα τη τριτη αναστησεται

και αυτοι ουδεν τουτων συνηκαν και ην το ρημα τουτο κεκρυμμενον απ αυτων και ουκ εγινωσκον τα λεγομενα

εγενετο δε εν τω εγγιζειν αυτον εις ιεριχω τυφλος τις εκαθητο παρα την οδον προσαιτων

ακουσας δε οχλου διαπορευομενου επυνθανετο τι ειη τουτο

απηγγειλαν δε αυτω οτι ιησους ο ναζωραιος παρερχεται

και εβοησεν λεγων ιησου υιε δαβιδ ελεησον με

και οι προαγοντες επετιμων αυτω ινα σιωπηση αυτος δε πολλω μαλλον εκραζεν υιε δαβιδ ελεησον με

σταθεις δε ο ιησους εκελευσεν αυτον αχθηναι προς αυτον εγγισαντος δε αυτου επηρωτησεν αυτον

λεγων τι σοι θελεις ποιησω ο δε ειπεν κυριε ινα αναβλεψω

και ο ιησους ειπεν αυτω αναβλεψον η πιστις σου σεσωκεν σε

και παραχρημα ανεβλεψεν και ηκολουθει αυτω δοξαζων τον θεον και πας ο λαος ιδων εδωκεν αινον τω θεω



Można zasadnie zapytać, czy powinniśmy zazdrościć muślimom z tego powodu, że ich wyznanie wiary (szahada) zawiera się w jednym prostym zdaniu. Wystarczy jego wypowiedzenie, żeby stać się członkiem wspólnoty muślimskiej. Tak więc bardzo łatwo w nią wejść, chyba najłatwiej spośród wszystkich wyznań religijnych, a za jej opuszczenie grozi kara śmierci.

W najnowszej historii teologii katolickiej zaistniał postulat tzw. krótkich formuł wiary (Kurzformel des Glaubens), które miałyby ułatwić bycie (niby) katolikiem w podwójny sposób: przez skrócenie wyznania “wiary” i przez indywidualne tegoż wynajdywanie. Głośny i modny niegdyś postulat - związany głównie z postacią jezuity Karl'a Rahner'a - w międzyczasie ucichł, właściwie zapomniany. Głównie dlatego, że także krótka formuły wiary zakłada jakąś wiarę, którą miałaby streszczać. Wiemy z życia codziennego, że ciągłe skracanie, zwłaszcza dla samego skracania, prowadzi z reguły do bezużyteczności i wyrzucenia bądź przynajmniej zapomnienia. I słusznie.

Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć, że w Ewangeliach spotykamy bardzo wiele przykładów wiary, a także niewiary, o których nie wiemy wiele oprócz okoliczności, w których występują, oraz jej wyrazów z reguły dość krótkich. Nie można wykluczyć, że te przykłady były jakąś, chociażby odległą inspiracją dla wspomnianego postulatu. Dlaczego więc Kościół zawsze wymagał od kandydatów do Chrztu świętego wyjątkowo mozolnego przygotowania zarówno co do wiedzy w prawdach wiary jak też co do praktyki życia? Dlaczego sformułował dość obszerne Credo, którego wyuczeniem się obarcza już dzieci pierwszo-komunijne i które nakazuje powtarzać regularnie w liturgii? Czy ma to coś wspólnego z wiarą, którą wielokrotnie pochwala sam Jezus Chrystus w Ewangeliach?

Chrystusowe pochwały wydają się zarówno zrozumiałe, jak też poniekąd pochopne. W ich świetle może się wydawać, że właściwie każdy, kto szczerze prosi Boga o jakąś łaskę, chociażby zdrowia i uzdrowienia, zasługiwałby na pochwałę Chrystusową. Rzeczywiście Pan Jezus zachęca do ufnego proszenia Boga w troskach, potrzebach i tragediach życiowych. Sam Bóg jest w stanie ocenić, czy i jaka wiara jest zawarta w naszych modlitewnych prośbach i wołaniach. Także tylko Bóg sam daje skuteczność naszych modlitw.

Ewangelie opowiadają niemal wyłącznie przykłady wysłuchanych próśb skierowanych do Jezusa. Jedynie na marginesie jest wzmianka o tym, że w swojej ojczyźnie “nie mógł zdziałać cudu” i że “dziwił się ich niedowiarstwu” (Mk 6, 5-6). Ludzka zażyłość zdawała się być przeszkodą dla cudów i przyczyną braku wiary. Zaś wiara w Ewangeliach oznacza zawsze zaufanie w Boską moc Jezusa – tego Mistrza, który przemierzał Palestynę i nauczał.

A czynił to otoczony uczniami, których wybrał na najbliższych świadków swego codziennego życia, nauczania i działalności, po to, żeby po Jego odejściu do Ojca uczyli ludzi wiary w Niego. Najpierw jednak ci uczniowie sami musieli uwierzyć, stać się wierzącymi. A to nie staje się raz na zawsze, lecz jest stałym wyzwaniem, które bazuje na dokonanych już doświadczeniach i wyborach.

Ci, którzy chodzili z Jezusem, byli w jakimś sensie wierzącymi. Któż rozsądny zostawiłby dom, rodzinę, pracę itd. bez wystarczającego powodu? Tym powodem musiało być przynajmniej rozpoznanie, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym, przynajmniej prorokiem – posłańcem Bożym, może nawet z oczekiwanym Mesjaszem – Namaszczonym przez Boga. To poznanie, chyba nawet pewność jest podłożem niezrozumienia, gdy Jezus mówi o swojej Męce, także o Zmartwychwstaniu. Ewangelista mówi, że nic z tego nie rozumieli. Nie rozumieli zapowiedzi Męki, bo przeczyła oczekiwaniom i wyobrażeniom o Mesjaszu. Nie rozumieli zapowiedzi Zmartwychwstania, choć widzieli cuda wskrzeszenia z martwych. To niezrozumienie było nie tyle kwestią intelektu (aczkolwiek też), co raczej tego, co się nazywa otwartością serca, gotowością przyjęcia czegoś niespodziewanego, co nie tylko wykracza poza oczekiwania, lecz może być i jest bolesne, może nawet wydawać się nie do zniesienia.

Jezus zapowiadał uczniom cierpienie duchowe i psychiczne w związku z Jego Męką. Wymagał też wiary w Jego Zmartwychwstanie. Ich niezrozumienie było obroną przed spełnieniem się tej zapowiedzi, a nawet przed samą zapowiedzią, która już jako zapowiedź była bolesna, także jako zdruzgotanie ich oczekiwań, wyobrażeń, nadziei. Oni przecież oczekiwali Mesjasza, który ustanowi królestwo Izraela, wyzwoli naród i zaprowadzi Boży porządek sprawiedliwości i pokoju. A On mówi im o odrzuceniu w Jerozolimie, zabiciu, a ponadto tylko o swoim powstaniu z martwych tak, jakby Go los narodu nie interesował.

Czyż nie dlatego Jezus pyta ślepego przy drodze: co chcesz żebym ci uczynił? Dlaczego Jezus nigdy nie zapytał uczniów: co chcecie żebym wam, żebym narodowi naszemu uczynił? Otóż dlatego, że właściwie tylko każdy z osobna, poszczególna osoba może chcieć, pragnąć, może prosić, nawet jeśli pragnienia, tęsknoty, oczekiwania i prośby są zgodne i równoczesne.

Bóg zbawia każdego z osobna, ponieważ stwarza każdego z osobna. Każdy grzeszy jako osoba, nawet jeśli dzieje się to najczęściej wespół, a całemu rodzajowi ludzkiemu wspólna jest zmaza grzechu pierworodnego, który ma swój początek w grzechu poszczególnych osób – pierwszych rodziców.

Dlatego właśnie wiara jest prosta, wiara jako osobiste stanięcie w prawdzie przed Bogiem ze swoimi pragnieniami, a właściwie z tym jedynym najgłębszym pragnieniem, którego pochodną są wszystkie mniejsze i drobne, także całkiem przyziemne pragnienia – pragnieniem widzenia Boga, to znaczy poznania Boga całym sobą, czego symbolem jest widzenie oczami Jego dzieł.

Wielkość i głębia wiary niewidomego żebraka polegała na prostym pragnieniu wyrażonym w usilnym błaganiu, które nie zważało ani na swoje wątpliwości, ani na przeszkody ze strony otoczenia.

Jakże zupełnie różne jest to wołanie od muślimskiej szahady i rahnerowskich wymyślonych skrótów! To jest wołanie z prawdy poznania własnej nędzy i bezradności, która skierowuje wszystkie siły i całe pragnienie ku Temu jedynemu, który ma moc i miłość.

Nie zrozumiał Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła ten, kto nie pojął, że taki właśnie jest sens zarówno Jego Męki i Zmartwychwstania, jak też całej instytucji i życia Kościoła. Nie rozumiemy nic z całego Pisma św., z Tradycji, uroczystych wyznań wiary, z pięknej liturgii katolickiej i wspaniałych pism katolickich uczonych i świętych, jeśli nie ma w nas postawy ślepego żebraka spod Jerycha, który wołał nie tylko o światło oczu dla siebie, lecz także o światło wiary dla nas. 

W tym kontekście należy widzieć i rozważać bodaj najstarsze, najgłębsze i najbardziej nurtujące pytanie ludzkości: jaki jest sens cierpienia, chorób i ułomności? Czyż nie właśnie dlatego skutkiem grzechu pierworodnego są utrapienia, boleści i śmierć ciała, byśmy mieli trwałą wskazówkę na choroby i grożącą śmierć duszy? Pan Jezus uzdrawiał nie dlatego, by usunąć choroby i cierpienie z tego świata, lecz żeby zbawić to, co nieśmiertelne - nasze dusze. Dla zrozumienia tego konieczne jest poznanie wiary Kościoła w Niego. Uczniowie potrzebowali lat chodzenia z Nim, by zostali wprowadzeni w tajemnicę, która jest właściwie prosta, choć nie można jej wyrazić kilkoma słowami. Dlatego właśnie przekazali nam swoje nauczanie o Nim w kilkudziesięciu księgach Nowego Testamentu i ponadto w prawdach wiary niespisanych w Piśmie św. Poznanie osoby wymaga czasu, trudu i niemało słów, i też niewerbalnej komunikacji. Wymaga odpowiedniej wrażliwości i też wysiłku rozumnej empatii. W tym wymiarze ostatecznie nie ma istotnej różnicy -a tym bardziej sprzeczności - między wiarą uczniów a wiarą ślepca spod Jerycha, nawet jeśli oni wtedy jeszcze - usiłując uciszyć wołającego - nie rozumieli tego związku. Oni swoją ślepotę - tę gorszą, bo duchową - poznali później, mianowicie najdotkliwiej w doświadczeniu swojej niewiary i tchórzostwa wobec Męki i Śmierci Mistrza. 

Przeciwieństwiem wiary i przeszkodą do niej nie jest niewiara - o ile coś takiego w ogóle istnieje, gdyż także ateiści wierzą w coś, mianowicie w nieistnienie Boga - lecz złudzenie swojej samowystarczalności i zbędności Boga. Tylko ten, kto do bólu doświadczy swojej nędzy i ślepoty duchowej, a się z tym nie godzi lecz wyrywa z wołaniem o litość Boga, jest gotowy uwierzyć, gdyż już to wołanie jest początkiem wiary, która zasługuje na zbawienie. Dlatego nie ma wiary bez modlitwy, która jest wołaniem z ciemności ku światłu, nawet mimo przeciwności otoczenia. 

Parodia "dialogu" czyli atak na x. prof. Waldemara Chrostowskiego


Po obszernym wywiadzie dla KAI z 6 lutego 2026 r. (tutaj) pojawiły się oburzone a rytualne ataki osób, które poczuły się czy to urażone czy też nadepnięte. Chodzi zwłaszcza o następujące fragmenty, które warto zachować w pamięci (aczkolwiek całość wywiadu jest godna polecenia):







Znamienne są zwłaszcza dwa ataki. Tym razem nie posłużono się mało znaczącym "kołem naukowym" KUL, lecz powierzono misję dwom księżom profesorowom - jednemu z KUL, drugiemu z UKSW. 

Oto pierwszy:



Oto jego wypowiedź: 

Idźmy po kolei:

1. Dobrze się składa, że x. Wróbel przyznaje, iż chodzi o zwalczanie tzw. teologii zastępstwa, która jest istotna i kluczowa dla całego Nowego Testamentu. Dobrze wiedzieć, że x. Wróbel i jego poplecznicy są po prostu apostatami, skoro odrzucają istotę Nowego Testamentu i tym samym chrześcijaństwa. Zagadkowe jest natomiast, co ma oznaczać "teologia pogardy". Jeśli to określenie odnosi się do pism i wypowiedzi żydowsko-talmudycznych, to sprawa jest oczywiście słuszna. Jeśli natomiast x. Wróbel tak określa odwieczne nauczanie Kościoła w kwestii judaizmu, to jest to chybione. Głoszenie wyznawcom judaizmu Ewangelii oraz wzywanie ich do nawrócenia z całą pewnością nie jest przejawem pogardy, lecz - wręcz przeciwnie - szacunku przynajmniej takiego samego jak wobec wszystkich innych ludzi. Jeśli ktoś wyklucza wyznawców judaizmu z ewangelizacji, to gardzi albo nimi, albo Ewangelią. 

2. Profesorowi teologii wypadałoby znać i prawidłowo interpretować słowa Pisma św. Dotyczy to także Listu do Rzymian, na która x. Wróbel się powołuje. Oto fragment ów 11,17-24 wraz z istotnym kontextem:


Wystarczy poziom IQ na poziomie najwyżej przeciętnym, by dostrzec, kogo św. Paweł ma na myśli mówiąc o odłamanych z powodu niewiary. Tak więc x. Wróbel widocznie ma problem z czytaniem ze zrozumieniem w stopniu elementarnym. A jeśli stawia słowa Jana Pawła II - jak na to wygląda - ponad słowami Nowego Testamentu, to z całą pewnością nie reprezentuje wiary chrześcijańskiej lecz jakąś dziwną sektę (wojtyliańską?). 

3. Dziwne jest deklarowane "leczenie ran" po Shoah za pomocą "dialogu", który polega na fałszowaniu zarówno historii jak też tożsamości Kościoła i katolików. Nasuwa się pytanie: w jaki sposób wierność Nowemu Testamentowi w kwestii rozumienia judaizmu miałoby być przeszkodą w "leczeniu ran"? Czyżby x. Wróbel uważał, jakoby nowotestamentalne - i tym samym chrześcijańskie - rozumienie judaizmu miało coś wspólnego czy było wręcz przyczyną ran zadanych przez Shoah? Na jakiej podstawie tak twierdzi? Na podstawie tego, co głosi propaganda "przemysłu holokaustu" (Norman Finkelstein)? Czy x. Wróbel zdaje sobie sprawę z tego, jakie są właściwe źródła nazizmu hitlerowskiego, który został wielokrotnie i jednoznacznie potępiony przez papieży (Pius XI i Piusa XII)? Czy x. Wróbel wie, ale udaje, że nie wie? A może nie przyjmuje do wiadomości prostych faktów historycznych, lecz woli kłamać publicznie na doraźny użytek?

4. To, co x. Wróbel nazywa "odzyskiwaniem wspólnego dziedzictwa kulturowego", jest - jak wynika z podanych przez niego przykładów - jednostronnym kultywowaniem hołdów państwa polskiego i społeczności polskiej względem "kultury żydowskiej". Pojawia się tutaj istotna wieloznaczność: z jednej strony x. Wróbel uważa ją za "integralną część polskości", z drugiej zaś strony wiadomo powszechnie, że nie można oddzielić tej kultury od religii judaistycznej (talmudyczno-rabinicznej i pochodnych). Powraca więc kwestia relacji między chrześcijaństwem a judaizmem, czyli religią faryzejską wrogą wobec chrześcijaństwa. Ta religia z całą pewnością nie może należeć do "dziedzictwa kulturowego", które jest istotne dla polskości jako kultury chrześcijańskiej. Wspólne mogą być najwyżej dzieje, czyli współistnienie w jednym państwie nacechowane relacjami o różnej randze i wartości. O ile istotnym składnikiem każdej kultury jest religia, o tyle nie można mówić o wspólnocie kulturowej między chrześcijaństwem a judaizmem, mimo oczywistych powiązań historycznych i teologicznych. W każdym razie nie wolno mylić wspólnoty na poziomie społecznym i politycznym z relacją pod względem religijnym. Innymi słowy: o ile zadaniem państwa może być upamiętnianie wkładu i wpływu społeczności żydowskiej na byt społeczno-polityczny Polski (co oczywiście powinno się odbywać w prawdzie historycznej, czyli bez bałwochwalczych hołdów i bez popierania "religii holokaustu"), o tyle zadaniem Kościoła z całą pewnością nie jest uwielbianie religii sprzecznej z chrześcijaństwem i wrogiej wobec niego, także w przebraniu "wspólnego dziedzictwa kulturowego". 

5. Walka z antysemityzmem jest oczywiście chwalebna, jednak pod warunkiem, że odbywa się w prawdzie, a nie według zakłamanej i oszczerczej wobec Kościoła propagandy żydowskiej, jak to ma obecnie niestety miejsce w ramach "dialogu z judaizmem". Należy zacząć od prawidłowej definicji antysemityzmu, której regularnie brakuje w tymże "dialogu". Już w świetle takiej definicji okazałoby się, że Kościół nigdy nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, wbrew temu, co głoszą żydzi oraz ich spolegliwi dialogowcy podający się za katolików. 

6. Także "praca nad budowaniem wiarygodności Polski" z całą pewnością nie należy ani do zadań ani do kompetencji Kościoła, przynamniej nie bezpośrednio. Kościół może się przyczynić do wiarygodności państwa polskiego i narodu polskiego tylko wtedy i tylko o tyle, o ile będzie strzegł tożsamości katolickiej i nauczał prawdy katolickiej. Akurat to jest nie tylko faktycznie nieobecne w "dialogu z judaizmem", lecz jest przez ten dialog tłamszone czy przynajmniej zaciemniane. Mówiąc wprost: przez wprowadzenie i kultywowanie "dnia judaizmu" hierarchowie polscy ściągnęli na Kościół w Polsce hańbę albo obłudnej dwuznaczności albo relatywizacji wiary katolickiej z tendencją do apostazji. To z całą pewnością nie służy ani wiarygodności Kościoła, ani Polski. 

7. Dobrze, że x. Wróbel podaje swoje (i nie tylko swoje) pojęcie "dialogu", gdyż tym samym ukazuje je jako sprzeczne z klasycznym pojęciem znanym w kulturze europejskiej i chrześcijańskiej. Otóż w tej kulturze dialog - jako mowa między dwiema osobami czy stronami - zawsze dążył do prawdy i tym samym do nawracania od błędu ku prawdzie. Modne hasło "wzajemnego ubogacenia" jest właściwie obłudne, gdyż sprowadza się do relatywizmu. Przede wszystkim oznacza ono, jakoby w prawdziwym, klasycznie pojętym dialogu nie było ubogacenia, co oczywiście nie jest prawdą. Każda dyskusja zdążająca do prawdy i przezwyciężenia błędu jest ubogacająca w tym sensie, że pomaga w ujęciu podstaw i powodów błędów, oraz stanowi okazję do ich obalenia być może w nowy, lepszy i skuteczniejszy sposób. Jeśli ktoś to autentyczne ubogacenie z góry wyklucza, to taki dialog jest jedynie obłudnym - relatywistycznym bądź agnostyckim - ograniczeniem do mniej czy bardziej miłych wrażeń i teatrem cieni. To zakłamanie jest ewidentne, gdy x. Wróbel twierdzi, jakoby dla katolików kontakt z judaizmem był "powrotem do korzeni biblijnych". Maniakalne powtarzanie kłamstwa, jakoby judaizm (czyli religia faryzejsko-talmudyczna) był biblijny, stanowi fundament tego fałszywego "dialogu".

8. Nie trudno dostrzec, na czym ma polegać owo "wspólne przeciwstawianie się złu", gdyż uprawiane jest ono regularnie przez wyznawców tego fałszywego "dialogu": złem i wrogiem są ci, którzy nie ulegają żydowskiej haggadzie w jej różnych warstwach, także chociażby historycznej. Kto wskazuje na prawdę o shoah (nierzadko odbiegającą od żydowsko-urzędowej wersji historii) czy choćby o świętowaniu chanukki w przestrzeni publicznej, ten jest złem, które "dialogowcy" gorliwie zwalczają wespół ze swoimi żydowskimi partnerami. 

9. Nie mniej zakłamane i to wręcz groteskowo jest chwalenie się "wspólnym czytaniem Biblii". Po pierwsze, takiego czytania - w znaczeniu czytania ze zrozumieniem czyli wysiłku hermeneutyki oraz interpretacji - właściwie nie ma, gdyż to właśnie istotne różnice w rozumieniu już nawet Starego Testamentu (Tanach) dzielą chrześcijan i żydów. Owszem, zdarza się, że w ramach "dnia judaizmu", czytane są jakieś fragmenty biblijne. Są one jednak tak starannie dobrane, by nie powodowały choćby najmniejszej kontrowersji czy podstawy do merytorycznej dyskusji, lecz jedynie stwarzały pozory zgody w rozumieniu i stosowaniu Pisma św. To jest zabawa w pozory, obliczona na debilizm katolików. 

10. Godne uwagi jest wskazanie na "punkty wspólne w etyce" jak konkretnie "troska o słabych, sprawiedliwość społeczna i wartość życia". Problem w tym, że po pierwsze - o ile mi wiadomo - te kwestie nigdy nie były poruszane w tzw. dialogu z judaizmem, przynajmniej na forum publicznym. Po drugie, tak się składa, że akurat w tych kwestiach zachodzą fundamentalne nie tylko różnice lecz wręcz sprzeczności między etyką chrześcijańską a judaistyczną (której oczywiście nie należy mylić ze starotestamentalną czyli mozaistyczną). Ta niekompatybilność sprowadza się do trybalizmu, który jest istotny dla judaizmu i jego etyki. Naocznych dowodów także współczesnych - jak choćby w postaci traktowania rdzennej ludności Palestyny - nie brakuje. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne. Nie trudno zauważyć, że ten głos dość dobitnie potwierdza słowa x. Chrostowskiego co do "parodii". 

Drugim głośnym atakiem jest wypowiedź wykładowcy dogmatyki UKSW oraz w seminarium duchownego w Łodzi: 







Już sam tytuł zawiera kłamstwo i oszczerstwo, gdyż propierwsze x. Chrostowski wypowiedział się jako uczony teolog, nie uzurpując sobie w żaden sposób rangi Magisterium Kościoła, a po drugie jego wypowiedź jest doskonale zgodna z tymże Magisterium. 

Idźmy po kolei.

1. X. Perzyński nazywa określenie "parodią" tego, co uprawiają obecnie judo-dialogiści, "przekroczeniem czerwonej linii". Podpiera się tym, że jakoby x. Chrostowski wypowiedział się w sprzeczności z Magisterium Kościoła. To z kolei uzasadnia słowami Jana Pawła II z przemówienia w synagodze w Moguncji (Niemcy, 1981 r.)skierowanego do wspólnoty żydowskiej (źródło tutaj). Tutaj już x. Perzyński popełnia fundamentalny błąd haniebny dla choćby adepta teologii, a tym bardziej dla profesora. Otóż powinien wiedzieć, jakie są wymagania formalne i materialne, które muszą być spełnione, by dana wypowiedź papieża czy dokument mógł zostać uznany za część Magisterium Kościoła. Warunkiem formalnym jest przede wszystkim forma wskazująca na wykonywanie urzędu papieskiego, czyli skierowanie do całego Kościoła. To przemówienie z całą pewnością tego kryterium nie spełnia, gdyż jest skierowane w sposób jasny i oczywisty do wyznawców judaizmu. Nie mniej istotne jest kryterium materialne, a to odnośnie do zarówno zakresu czyli dziedziny, jak też co do zgodności z Bożym Objawieniem. Spójrzmy na fragment, o który chodzi:


Jan Paweł II mówi o "spotkaniu między ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało odwołane przez Boga, a ludem Bożym Nowego Przymierza", a także "między dzisiejszymi Kościołami chrześcijańskimi a dzisiejszym ludem Przymierza zawartego z Mojżeszem". Można odnieść wrażenie, że te słowa nawiązują do deklaracji soborowej "Nostra aetate", jednak w całym przemówieniu nie ma żadnego wskazania na nią. Co więcej: słowa Jana Pawła II nie odpowiadają słowom tej deklaracji, gdzie czytamy (źródło tutaj):


Jak widać, nie ma tutaj utożsamienia współczesnego judaizmu z ludem Starego Testamentu. Jest mowa, że
- Kościół otrzymał Objawienie Starego Testamentu poprzez "synów Abrahama"
- w to Objawienie (nie w judaizm!) jako korzeń zostali wszczepieni poganie (tutaj przypis odnosi do Listu do Rzymian 11,17-24)
- żydzi są "jeszcze bardzo umiłowani" Bogu, "którego dary i powołanie są bez pokuty (żalu)".
Kluczem dla zrozumienia są słowa św. Pawła we wskazanym fragmencie, gdzie także nie ma utożsamienia judaizmu z ludem Starego Testamentu. 
W tym świetle oczywiste jest, że Jan Paweł II wypowiedział się w sprzeczności nie tylko z dokumentem Vaticanum II lecz także względem nauczania Apostoła. Tym samym jego wypowiedź nie spełnia materialnego kryterium przynależności do Magisterium Kościoła. Jest to więc jedynie pogląd prywatny, który nie tylko nie może rościć sobie prawa do przyjęcia przez katolików, lecz - z powodu sprzeczności względem źródeł Objawienia - musi zostać stanowczo odrzucony. 

2. Jako drugie swoje źródło x. Perzyński wskazuje na Katechizm Kościoła Katolickiego promulgowany także przez Jana Pawła II w 1991 r. Oto ów fragment w urzędowej czyli oficjalnej wersji (źródło tutaj):


Sprawa jest tutaj owszem pomieszana, a to przez to, iż powołując się na "Nostra aetate" Katechizm dokonuje zafałszowania polegającego na zastąpieniu określenia "cum stirpe Abraham" przez "cum populo Iudaico", co jest oczywiście niezgodne ze słowami św. Pawła, które również się wskazuje. Apostoł bowiem nigdy nie utożsamiał żydów, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, ani całego narodu żydowskiego z plemieniem Abrahama. Według niego potomkami i dziedzicami Starego Przymierza są tylko ci, którzy przyjęli Mesjasza. 

3. Następne źródło, na które powołuje się x. Perzyński, jest dokument "Papieskiej Komisji Biblijnej" (podległej Kongregacji Nauki Wiary) z 2001 r. pod tytułem "Naród żydowski oraz jego pisma święte w Biblii chrześcijańskiej" (źródło tutaj). Już pobieżne spojrzenie na ten text pozwala zauważyć, że chodzi w nim