Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Powołanie a życie w czystości



Po pierwsze, należy mieć stałego spowiednika i to on powinien doradzić, jaką decyzję można podjąć. Doradzić, nie podjąć decyzję za kogoś. 


Po drugie, zasada jest taka, że tylko ktoś zdolny do trwałego życia w czystości ma powołanie do stanu duchownego. Chodzi o trwałą zdolność do rezygnacji z wyżycia popędu sexualnego. Opanowanie popędu jest konieczne oczywiście także w przypadku męża, gdyż wyżycie w małżeństwie też nie jest dowolne, a zależy od małżonki, która nie zawsze musi być gotowa i się godzić, choć zasadniczo nie może odmawiać współżycia. Różnica między duchownym a mężem polega na tym, że duchowny rezygnuje na stałe, a mąż opanowuje i stosuje tylko w ramach miłości małżeńskiej. Sytuacja męża jest pod pewnym względem trudniejsza (dla mnie osobiście byłoby znacznie trudniej opanować się, mając blisko siebie ukochaną niewiastę), ale opanowanie popędu jest konieczne zarówno w jego przypadku jak też w przypadku duchownego.


Po trzecie, należy odróżnić uzależnienie od masturbacji i okazyjne, mniej czy bardziej częste grzechy. Uzależnienie wymaga być może nawet terapii, natomiast okazyjne grzechy wymagają pracy nad sobą, czyli kształtowania woli i ducha ofiary. Moim zdaniem uzależnienie dyskwalifikuje od przyjęcia do seminarium, ale także właściwie od małżeństwa. W takim wypadku należałoby szukać kompetentnej terapii. Natomiast z okazyjnymi grzechami można i należy walczyć głównie przez regularną spowiedź i kierownictwo duchowe, a po temu są lepsze warunki w seminarium. O ile wiem, seminaria stosują taką zasadę, że dają pierwszy rok na uporządkowanie tej sprawy, czyli na wyrobienie trwałej zdolności do życia w czystości. 


Po czwarte, na pewno rozwiązaniem nie jest "pocieszanie się" tym, że część księży w historii czy obecnie nie dochowuje czystości. Jeśli ktoś z góry rezygnuje ze starania o czystość, to nie powinien wstępować do seminarium. Nawet jeśli modernistyczne seminaria są pod tym względem coraz bardziej pobłażliwe. 


Oczywiście należy liczyć się z tym, że słabości różnego rodzaju pozostają także po przyjęciu święceń. Równocześnie należy mieć świadomość, że po wyjściu z seminarium okazji do grzechu i pokus jest zwykle więcej, nawet znacznie więcej. 


I należy też pamiętać, co jest sednem problemów z czystością, mianowicie po pierwsze przerost sfery zmysłowej nad duchową w szerszym sensie (czyli także w znaczeniu wartości i przyjemności intelektualnych, bardziej wysublimowanej estetyki), a po drugie sprowadzenie człowieka - zarówno siebie jak też drugiej osoby, także nie znanej osobiście jak w przypadku pornografii - do przedmiotu pożądania i okazji do zaspokojenia potrzeb zmysłowych. Tutaj zawarte są już środki pracy nad problemem. Na pewno nie jest pomocne "zamodlanie" czy "zasportowianie" problemu, aczkolwiek zarówno modlitwa jak też rozsądne dbanie o zdrowie i kondycję ciała są niezbędne dla zdrowego i dojrzałego życia duchowego i kondycji psychicznej. Gdy naturalna energia zmysłowości jest tłumiona, to kiedyś w końcu exploduje w sposób zupełnie niekontrolowany, może nawet zboczony. Chodzi o trzeźwe poznanie siebie, swoich potrzeb, sił, zdolności, oraz świadome, rozumne, dobre obchodzenie się z nimi. Zwykle trzeba do tego dobrego kierownictwa duchowego, aczkolwiek dużo zależy już od wychowania w rodzinie, od atmosfery czystości - nie pruderii - między rodzicami i rodzeństwem, począwszy od słownictwa, zabaw, żartów itp. aż do rozwoju zainteresowań duchowych, kulturalnych, a najbardziej od atmosfery szczerej, autentycznej miłości, która jest najlepszą szkołą czystości, bo kształtuje ducha ofiary w znaczeniu daru ze siebie, nie zagarniania dla siebie kosztem innych. 


Jak rozeznać powołanie?


Teoretycznie nic się w tej kwestii nie zmieniło, aczkolwiek obecnie różnie bywa ze stosowaniem tradycyjnych kryteriów. W ostatnich dekadach doszły faktycznie inne, obce kryteria, powodowane ideologicznie modernizmem. Podczas gdy tradycyjnie decydujące były kwalifikacje moralne, intelektualne i duchowe (dojrzała, trzeźwa pobożność), to obecnie kładzie się zwykle nacisk na wspólnotowość i rozrywkowość (gitarka, dowcipy, zabawy itd., generalnie produkowanie i moderowanie przeżyć), co jest charakterystyczne dla sekt, nie dla katolicyzmu. 

Schematycznie ujmując tradycyjnie są kryteria subiektywne i obiektywne, wewnętrzne i zewnętrzne. 

Jest podobnie jak ogólnie z wyborem drogi życiowej, zawodu i małżeństwa. Ważnym czynnikiem jest tzw. pociąg, czyli zainteresowanie i upodobanie. Składają się na to zarówno uczucia i intuicja, jak też względy rozumowe. W przypadku powołania kapłańskiego jest to upodobanie w modlitwie, sprawach duchowych, sprawach Kościoła, ale także niezbędna jest chęć służenia bliźnim, czyli pewna wspaniałomyślność i hojność, pragnienie poświęcenia życia dla zbawienia dusz. 

Czynnikiem rozumowym jest ocena własnej zdolności do życia w kapłaństwie i w wykonywaniu zadań kapłańskich. Tutaj konieczna jest praktyczna weryfikacja, zarówno pozytywna jak też negatywna. Jedni czują się niegodni i niezdolni, obawiają się, że nie podołają obowiązkom stanu i życiu w celibacie. Inni czują się pewni co do swoich predyspozycyj i odporni na zagrożenia. Weryfikacją jest przede wszystkich życie w seminarium, które jest quasi klasztorne i zasadniczo - o ile jest poważnie prowadzone i traktowane - dość trafnie uwydatnia zarówno zalety, zdolności, ale także słabości i wady kandydatów do kapłaństwa. Na pewno jest to weryfikacja trafniejsza i pewniejsza niż luźne życie studenckie czy jedynie praktyka parafialna, aczkolwiek sprawdzenie się w warunkach życia na parafii pod koniec formacji przed święceniami ma także znaczenie jako weryfikacja owoców życia w seminarium. 

Zwykle już dość rychło podczas życia w seminarium duchownym ukazuje się, czy to życie prowadzi do dojrzewania duchowego, psychicznego i osobowego w ogólnym znaczeniu, czyli rozwinięciu i utrwaleniu cnót nadprzyrodzonych (wiara, nadzieja, miłość) i kardynalnych (sprawiedliwość, umiarkowanie, roztropność i męstwo), a także zdolności naturalnych, w tym zwłaszcza intelektualnych. Jeśli jest postęp i rozwój, to spełnione jest istotne, właściwie decydujące kryterium rozeznania powołania. Mówiąc obrazowo, chodzi o ogólny rozkwit duchowy młodego człowieka. 

Oczywiście zależy to nie tylko od niego samego, od gorliwości i dyscypliny, lecz także od prowadzenia w seminarium przez przełożonych i wychowawców. Jeśli w młodzieńcu rozwija się głównie czy wyłącznie cynizm w połączeniu z obłudą, to jest to świadectwo nie tyle jego nastawienia, co przede wszystkim warunków i osób wychowujących duchowo, intelektualnie, ogólnie osobowo. Gdyż, jak wiadomo, wychowuje się bardziej przez to, kim się jest, niż przez to, co się mówi. Stąd tak ważny jest wybór odpowiedniego, dobrego seminarium duchownego, a ze strony przełożonych kościelnych odpowiedni dobór kadry seminarium. Dlatego zawsze zalecam zapoznanie się najpierw z różnymi seminariami, zanim podejmie się decyzję o wyborze któregoś z nich. 

Zwykle - choć zdarzają się wyjątki - młody człowiek jest pełny ideałów i szlachetnych pragnień (a jeśli tak nie jest, to seminarium powinno weryfikować i eliminować). Jeśli taki dobry zapał, żar wewnętrzny jest rozwijany i utrwalany przez seminarium tak, że przynajmniej jego zarodek wystarczy na całe życie kapłańskie, oczywiście w połączeniu z własnymi staraniami, z własną wiernością na co dzień, to cel jest osiągnięty, a seminarium jest dobre. Generalnie jakość seminarium duchownego rozpoznaje się po jakości kapłanów, których wydaje, aczkolwiek zdarzają się wyjątki w każdą stronę, tzn. z dobrego seminarium może też wyjść zły kapłan, a ze złego dobry, choć prawdopodobieństwo jest mniejsze. 

Seminarium duchowne służy rozeznaniu subiektywnemu i wewnętrznemu, ale także obiektywnemu i zewnętrznemu. Wprawdzie predyspozycje (albo ich brak) zwykle widać już przed seminarium, niekiedy już w dzieciństwie. Zauważają je nie tylko rodzice i bliscy, lecz ogólnie otoczenie, zwłaszcza odpowiednio wyczulone. Nie musi to mieć związku z zaangażowaniem w życie parafii, jakiegoś "ruchu" czy organizacji kościelnej. Zwłaszcza cnoty kardynalne są zauważalne nawet przez niewierzących i ateistów, a są one także istotnym kryterium rozeznania. Z całą pewnością tzw. pobożność nie wystarczy, nawet jeśli jest postrzegana jako autentyczna i dojrzała. Należy pamiętać, że cnota pobożności - nazwana cnotą religijności - jest według św. Tomasza główną, podstawową częścią cnoty sprawiedliwości. Jest to przeciwne do promowanej obecnie herezji miłosierdzizmu, gdzie tzw. miłosierdzie jest ujmowane jako przeciwieństwo, a przynajmniej konkurencja dla sprawiedliwości. Nie powinno więc dziwić, że owocem tej herezji jest galopujące, masowe odwracanie się od prawdziwej religii, choć w połączeniu z sentymentalną, irracjonalną i tym samym niekatolicką pseudopobożnością, typu tzw. charyzmatyzm i podobne. 

Przełożeni seminarium powinni więc zwracać uwagę przede wszystkim na cnoty, zarówno nadprzyrodzone, jak też kardynalne. Oderwanie tych pierwszych od tych drugich - jak to ma regularnie miejsce w moderniźmie - jest fałszem, który musi prowadzić do wypaczenia religijności, zwłaszcza w postaci sprowadzenia jej czy to do uczuć i przeżyć, czy wręcz obłudy, co się zwykle łączy. Pobożność można dość łatwo grać i udawać, szczególnie gdy wykorzystuje się do tego emocje, wywoływanie i eksploatowanie przeżyć. Jej autentyczność sprawdza się w codziennej praktyce, która wymaga cnót kardynalnych, na których budują cnoty teologalne. Jeśli życie duchowe, także modlitwa nie prowadzi do rozwoju i umocnienia cnót naturalnych, to z całą pewnością nie jest to pobożność prawdziwa, autentyczna, katolicka. Autentyczna pobożność zawsze przemienia osobowość przynajmniej na tyle, że osobowość staje się jakby niezdolna do poważnych wypaczeń moralnych, jak np. praktyki pedofilskie czy homosexualne, ale także takich jak chciwość, pogoń za korzyściami materialnymi itp. Nie chodzi oczywiście o pokusy, lecz o sprawność w ich pokonywaniu. O sprawność należy oczywiście stale dbać, podobnie do sprawności fizycznej. Seminarium duchowne powinno zarówno wyćwiczyć sprawność moralno-duchową, jak też nauczyć dbania o nią przez całe życie kapłańskie. Pozostaje potem oczywiście własne staranie, własny wysiłek wierności życiu duchowemu. 

Podsumowując:
Kto czuje w sobie pewien "pociąg", czyli zainteresowanie i upodobanie w sprawach duchowych i kościelnych, a równocześnie znajduje potwierdzenie od innych osób, zwłaszcza od spowiednika (najlepiej od kierownika duchowego), ten powinien zdobyć się na odwagę pójścia drogą rozeznania powołania w dobrym seminarium duchownym, czy to diecezjalnym, czy zakonnym, zwłaszcza w tradycyjnym, czyli wychowującym w tradycyjnej liturgii Kościoła. Nawet jeśli by się w trakcie seminarium okazało, że to jednak nie jest właściwa droga, to jednak czas przeżyty w seminarium nie będzie czasem straconym, o ile motywacja wstąpienia była szlachetna i nastawienie szczere. Zakładając oczywiście, że było to dobre seminarium. 
Jeśli podczas życia w seminarium kandydat czuje subiektywnie, że generalnie (mimo przejściowych kryzysów) życie modlitwy, życie duchowe, lektura duchowa, uczestniczenie w liturgii sprawia radość, daje światło dla umysłu i pokarm duchowy, to jest spełnione wewnętrzne kryterium autentycznego powołania do stanu kapłańskiego. Do tego oczywiście muszą dojść kryteria zewnętrzne i obiektywne, czyli zdolność nauczania wiary i sprawowania sakramentów w sposób godny i owocny także dla wiernych, tudzież zdolność do kapłańskiego stylu życia, czyli w posłuszeństwie, czystości i ubóstwie według reguł zakonu, danego zgromadzenia czy statutów diecezjalnych. 
Zgodność rozeznania subiektywnego i obiektywnego, wewnętrznego i obiektywnego oznacza trafne rozeznanie. Na to trzeba oczywiście czasu i odpowiednich prób. Niezbędną podstawą jest szczera i szlachetna motywacja, czyli nie szukanie własnych korzyści, lecz drogi służenia Bogu i zbawieniu dusz. Wówczas Duch Święty będzie prowadził, mimo różnych trudności i przeciwności. 

Jakie seminarium wybrać?



Chyba muszę rozczarować, ponieważ nie jestem w stanie poddać konkretnej decyzji. Mogę podać jedynie ogólne zasady i kryteria wyboru, także na podstawie własnego doświadczenia.

Po pierwsze, należy zapoznać się osobiście z różnymi możliwościami, tzn. nawiązać kontakt i poznać osobiście zarówno alumnów i przełożonych, jak też dane miejsce. To może być zarówno seminarium diecezjalne, jak też różne zakonne. Radziłbym zapoznać się osobiście przed wstąpieniem także wtedy, gdy wybór już został dokonany. Dotyczy to zwłaszcza seminarium bardziej odległego, zwłaszcza zagranicznego. Przy okazji zapoznania się trzeba pytać o wszystko, co ważne. Chodzi o to, żeby potem nie było grubych niespodzianek.

Po drugie, należy kierować się przyszłym rodzajem posługiwania w Kościele, czy to w duszpasterstwie parafialnym, czy w zakonnym, czy w Novus Ordo, czy w liturgii tradycyjnej. Te opcje nie muszą się wykluczać, ale mogą. Jeśli ktoś czuje się dobrze tylko w liturgii tradycyjnej, to nie powinien iść do seminarium Novus Ordo, i odwrotnie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że łatwiej jest przejść z Novus Ordo do liturgii tradycyjnej niż odwrotnie, zwłaszcza gdy chodzi o seminarium duchowne. Człowiek z przeszłością tradycyjną jest traktowany podejrzliwie, nieufnie, nierzadko jest szykanowany, o ile oczywiście jest szczerym zwolennikiem Tradycji Kościoła.

Po trzecie, nie należy się kierować opiniami poszczególnych alumnów, ponieważ każdy z nich ma swoje ograniczone doświadczenia, które w różnym stopniu mogą być także przez nich zawinione. Jeśli chce się zbierać opinie, to przynajmniej od kilku i to nie tylko od tych, którzy mają podobne poglądy, choć ich opinia może być i jest zwykle najtrafniejsza i najważniejsza.

Po czwarte, nie należy traktować seminarium jako zła koniecznego w dojściu do święceń, lecz jako cennego czasu i miejsca do życia duchowego, zdobycia rzetelnej wiedzy teologicznej oraz korzystania z mądrości dobrych i doświadczonych kapłanów. To powinne być najważniejsze kryteria wyboru tego a nie innego seminarium.

Po piąte, choć to właściwie powinno być zasadnicze i początkowe, prosić o łaskę Ducha Świętego we właściwym rozeznaniu i znalezieniu odpowiedniego miejsca formacji duchowej.

Po szóste, warto też radzić się zaufanych kapłanów. Najlepszą pomocą powinien być kierownik duchowy czyli stały spowiednik, który jednak nie powinien decydować, lecz doradzać i towarzyszyć w decyzji własnej podopiecznego. Wiem, że nie jest łatwo o takiego spowiednika, gdyż księża dość często mają tendencję do kierowania według własnych upodobań, a nie według tego, jak Duch Święty chce prowadzić młodego człowieka.

Po siódme: Pewne jest, że przyszłością Kościoła jest powrót do Tradycji. Nie oznacza to, że przetrwają jedynie seminaria i instytuty tradycyjne, choć obecnie raczej na to wygląda. Myślę, że raczej nie jest wolą Pana Boga, by struktury Novus Ordo zupełnie oddaliły się od Tradycji, a to oznacza, że trzeba księży myślących tradycyjnie po katolicku także w tych strukturach. Dlatego osobiście polecałbym wybrać albo seminarium stricte tradycyjne, czyli wyłącznie z liturgią tradycyjną, albo przynajmniej takie, gdzie nie ma wrogości wobec liturgii tradycyjnej. Po haniebnym dokumencie "Traditionis Custodes" stało się to dość trudne, jednak nie całkiem niemożliwe, a myślę, że powoli pójdzie ku lepszemu także pod tym względem.

Na koniec dołożę kilka osobistych wspomnień. Gdy byłem alumnem na początku lat 90-ych, nikt nie spodziewał się takiej explozji Tradycji, która nastąpiła zwłaszcza za pontyfikatu Benedykta XVI. Wraz z moimi niewieloma kolegami byliśmy uważani za dziwaków, skazanych najwyżej na pokątne, niemal potajemne celebrowanie tridentiny w dni wolne od posługi duszpasterskiej. Mój proboszcz w pierwszym roku po święceniach mawiał mi: "wybij sobie z głowy, pociąg odjechał". Tak to chciałaby mieć banda bergogliańska i stąd wynikło "TC". Jednak akurat ten dokument jest dowodem na to, że oni działają w popłochu, wręcz w panice, gdyż widzą, że młodsze pokolenia w znacznej części nie idą za nimi, lecz sięgają do Tradycji, bo jest spójna, klarowna, lepsza, bardziej katolicka. Stąd też nerwowe ruchy tej bandy w kierunku poluzowania ogólnych wymagań moralnych, także co do kandydatów do seminariów, z dobrowolnością celibatu i gejostwem włącznie. To są dowody bankructwa duchowego i moralnego.

I jeszcze na koniec: Nawet jeśli droga powołania duchownego okaże się niełatwa, mozolna i kręta, to należy zawsze zachować czystość intencji, czyli stanowczą wolę służenia chwale Bożej i zbawieniu dusz, oraz ufność w prowadzenie Boże wraz z poddaniem się temu prowadzeniu. Jeśli chodzi o moją drogę, to nigdy nie planowałem i nie przypuszczałem, że będę na studiach w Austrii, na doktoracie w Monachium, i że będę księdzem diecezjalnym. To wynikło z okoliczności, a dokładnie z wierności wierze katolickiej i Kościołowi. Gdy musiałem, będąc na studiach w Austrii, opuścić zgromadzenie werbistów (do którego wstąpiłem pierwotnie w Polsce, a z dawnymi współbraćmi mam nadal serdeczny kontakt) z powodu narzucanych tam herezyj i nadużyć liturgicznych, to najbliższym miejscem, gdzie mogłem we względnym spokoju ukończyć studia i dojść do święceń było seminarium diecezjalne we Wiedniu, które wówczas akurat przeżywało swoistą restaurację katolicką w związku ze zmianą ekipy wychowawców na bardziej katolicką, przynajmniej nie wrogą katolicyzmowi (po dekadach rządów "czerwonego kardynała" Franz'a König‘a). W ten sposób, wbrew pierwotnemu zamiarowi i planom zostałem kapłanem diecezjalnym. Pozostała jednak wola służenia Panu Bogu i ludziom tam, gdzie wola Boża mnie postawi. I tego się trzymam. Dlatego z całym przekonaniem mogę każdego zachęcić do tego, by wobec trudności i przeciwności nie rezygnować z dobrego postanowienia, lecz korzystać z każdej sposobności do jego oczyszczenia, utrwalenia i udoskonalenia. I mogę też powiedzieć z pełnym przekonaniem, że warto, nawet jeśli bolesnych doświadczeń nie brakuje.

Rozum i tajemnica



Dominica Ssmæ Trinitatis

Mt 28,16-20:

A jedenastu uczniów poszło do Galilei, na górę, gdzie im Jezus przykazał.
I widząc Go, upadli przed Nim w pokłonie, lecz niektórzy powątpiewali.
A Jezus przystąpiwszy, rzekł do nich mówiąc: Dana mi jest wszelka moc w niebie i na ziemi.
Idźcie więc i czyńcie uczniami wszystkie narody, zanurzając je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego,
Ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do zakończenia świata. Amen.

οι δε ενδεκα μαθηται επορευθησαν εις την γαλιλαιαν εις το ορος ου εταξατο αυτοις ο ιησους
και ιδοντες αυτον προσεκυνησαν αυτω οι δε εδιστασαν
και προσελθων ο ιησους ελαλησεν αυτοις λεγων εδοθη μοι πασα εξουσια εν ουρανω και επι γης
πορευθεντες ουν μαθητευσατε παντα τα εθνη βαπτιζοντες αυτους εις το ονομα του πατρος και του υιου και του αγιου πνευματος
διδασκοντες αυτους τηρειν παντα οσα ενετειλαμην υμιν και ιδου εγω μεθ υμων ειμι πασας τας ημερας εως της συντελειας του αιωνος αμην

Ewangelia w tradycyjnej liturgii rzymskiej święta Trójcy Przenajświętszej opuszcza wprawdzie dwa pierwsze wersety powyższego fragmentu. Wynika to zapewne z tego, iż ważniejsze wydawało się jakby oddalenie od wydarzenia historycznego i przez to podkreślenie ponadczasowej wymowy ostatnich trzech wersetów Ewangelii św. Mateuszowej. Rzeczywiście wersety ten podają zarówno kwintesencję całej pierwszej Ewangelii i zarazem otwierają i wyznaczają całą historię Kościoła.

Ewangelista nie podaje, o którą górę w Galilei chodzi. Być może chodziło o tę samą górą, gdzie miało miejsce Kazanie na Górze z początku działalności Jezusowej. To by spinało tę działalności jakby klamrą. Inną klamrą, jeszcze szerszą jest obietnica - a właściwie zapewnienie - stałej Jego obecności z uczniami aż do skończenia świata, zgodnie z proroctwem Izajaszowym, które Mateusz przywołuje w opisie narodzenia (1,23). 

Zachowanie Jedenastu oznacza wiarę w Boskość Mistrza i oddanie Jemu. Pozostaje jednak czynnik ludzki w postaci powątpiewania. Według exegetów powątpiewanie może dotyczyć zarówno niektórych z Jedenastu jak też innych, którzy nie byli z nimi. Połączenie oddania czci z powątpiewaniem odpowiada realizmowi wiary. Ten opis wprawdzie nie ma cech tzw. chrystofanij czyli zjawień Zmartwychwstałego, gdzie wątpliwości także miały miejsce. W pojęciach biblijnych wątpienie ma charakter nie tyle intelektualny, co raczej ogólny w znaczeniu wahania i dystansu. To wyjaśnia, dlaczego Ewangelista nie dodaje, czego ta postawa dotyczyła. 

To Jezus jest tym, który przezwycięża dystans, zbliżając się do nich. Jednak nie zaczyna z czułością, lecz z wyrażeniem Swojej mocy. Wbrew pozorom nie jest to sprzeczność, gdyż to właśnie Jego Boska wszechpotęga daje podstawy do ufności w Jego słowa, do przyjęcia i wypełniania ich. On nakazuje z mocą i działa z mocą, działając w nich i przez nich. 

Nakaz "idźcie" wzywa do opuszczenia poczucia bezpieczeństwa i komfortu swojego domu i ojczyzny, by skierować się ku wszystkim, bez ograniczenia i bez wyjątków. Pojęcie "ethnos" w języku biblijnym oznacza pogan (w odróżnieniu od określenia "lud", które było zarezerwowane dla społeczności Izraela). Dla Izraelczyków udanie się do pogan było potężnym wyzwaniem, gdyż wymagało przezwyciężenia mentalności exkluzywistycznej i supremacyjnej. Trudności pod tym względem młody Kościół przeżywał dość wyraźnie, o czym świadczą Dzieje Apostolskie. 

Nie mniej trudniejszym wyzwaniem było "czynienie uczniami", czyli włączanie pogan do swojego grona - grona uczniów Chrystusowych. Prości rybacy z Galilei musieli odczuwać nie tylko zakłopotanie lecz wręcz lęk przed takim zadaniem. Zapewne dochodziły do nich opowieści o imponującej kulturze hellenistycznej Syrii, Grecji i Rzymu. Prawdopodobnie nieraz doświadczali pogardy nie tylko ze strony dumnych Judejczyków, lecz także obcych czy to handlarzy czy żołnierzy i urzędników. Jak to teraz oni mają iść do nich i przekonać ich o tym, co widzieli i słyszeli od Mistrza? Kto ich zechce słuchać, a tym bardziej stać się jednym z nich, Galilejczyków, pogardzanych nawet przez ich współwyznawców religii Mojżeszowej z Judei? 

Na to pytanie odpowiada Jezus, mówiąc, że to "czynienie uczniami" ma się odbywać po "zanurzeniu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". Te słowa są zwykle tłumaczone jak "chrzczenie", co oczywiście nie jest mylne. Dla właściwego, głębszego zrozumienia należy jednak sięgnąć do źródłosłowu greckiego. Wiemy, że pierwotnie chrzest udzielano przez zanurzenie, które oznaczało śmierć i powstanie ze śmierci do nowego życia (o czym dość wyraźnie naucza św. Paweł: Rz 6). Pierwszym więc zadaniem Jedenastu - i całego Kościoła po wsze czasy - jest więc wprowadzanie wszystkich, czyli pogan w poznanie Ojca i Syny i Ducha Świętego, gdyż to właśnie oznacza udzielanie Chrztu. To udzielanie jest sprzęgnięte z "czynieniem uczniami", przy czym kolejność wydaje nam się przestawiona, zwłaszcza wobec faktu, że o nauczaniu Pan Jezus mówi na końcu. Jest dość zrozumiałe, że nie chodzi tutaj o metodykę pastoralno-katechetyczną, gdyż tą Zbawiciel mógł spokojnie pozostawić rozumności i roztropności Swoich uczniów. Mówi tutaj o istocie i priorytetach, oczywiście w całości, nie o etapach czy stopniach działalności misyjnej Kościoła. W formule językowej na pierwszym miejscu jest zanurzanie, następnie czynienie uczniami, a na końcu nauczanie przykazań Chrystusowych. Wiadomo, że nie jest do porządek chronologiczny, lecz ontologiczny. Pouczanie i nauczanie ma prowadzić do wspólnoty uczniów Chrystusowych, zaś istotą i celem tej wspólnoty jest zanurzenie w wewnętrznym życiu Boga Trójjedynego, we wspólnocie z Nim, która jest zawsze wspólnotą z Jego uczniami, która sięga tego wydarzenia na górze w Galilei, czyli wspólnoty Jedenastu, która padłszy na twarz przed Nim otrzymała misję aż do skończenia świata. 

Nowy Testament - zarówno Ewangelie jak też listy apostolskie - zawiera wiele słów odnoszących się do tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Skoro liturgia rzymska, czyli papieska, wybrała akurat tę perykopę - ostatnie wersety Ewangelii św. Mateuszowej, tej najdłuższej i zarazem najbardziej zadomowionej w mentalności Izraelitów, także pod tym względem, że pierwotnie powstała prawdopodobnie po aramejsku, czyli w ówczesnym języku codziennym Palestyny i tym samym Pana Jezusa i Apostołów - to ma znaczenie dla zrozumienia tej tajemnicy, którą jest Bóg Trójjedyny. 

Trynitologia, czyli dział dogmatyki katolickiej poświęcony pojęciu Boga według Objawienia, doznawała burzliwego rozwoju już w starożytności. Dwa pierwsze sobory powszechne były powodowane sporami w tych kwestiach i doprowadziły do ustalenia Składu prawd wiary katolickiej znanego jako Nicaeno-Constantinopolitanum, które liturgia rzymska (a także bizantyńska i jej pochodne) wyznaje uroczyście w niedziele i święta. Ponadto we wszystkie niedziele po Zesłaniu Ducha Świętego (a także już po Epifanii) śpiewana jest prefacja o Trójcy Przenajświętszej. Właściwie każda modlitwa publiczna Kościoła - a także modlitwy prywatne zatwierdzone przez Kościół - zawiera zwykle tzw. doxologię trynitarną, czyli wyznanie wiary i zarówno uwielbienie tej Tajemnicy. Najpotężniejsze umysły teologów, a także niektórzy filozofowie, poświęcali lata badań, reflexji, medytacji oraz publikowali swoje dzieła w tym temacie. Tym niemniej prawda o Bogu Trójjedynym napotykała na przestrzeni wieków na trudności i opory, zarówno w łonie chrześcijaństwa jak też strony jego przeciwników i wrogów. Zarzuty były i są formułowane jako niby racjonalne, mimo iż na poziomie intelektualnym zostały już dawno - właściwie już w IV w. - wyjaśnione i obalone. Obecnie i to właściwie przynajmniej od XIX w. ta tematyka w teologii przycichła, aczkolwiek niekiedy powracała głównie w próbach nawiązania do fałszywych koncepcyj heglizmu (jak u niesławnego Karl'a Rahner'a). Jako że "teologia" modernistyczna nie lubi ani wyrazistych pojęć, ani klarownego wykładu, to zasadniczo unika atakowania wprost także tej prawdy wiary katolickiej. Podważanie i podkopywanie odbywa się jakby od tyłu, ukradkiem i podstępem, a cel jest ciągle taki sam, mianowicie odciągnięcie od zanurzenia w życie Ojca i Syna i Ducha Świętego poprzez prawdę Ewangelii i sakramenty Kościoła. Przejawem jest chociażby szalony tzw. ekumenizm, czyli ekumaniactwo rozciągane nie tylko na heretyków, lecz nawet na żydów, muślimów i pogan. To jest wręcz naoczny dowód, jak ściśle sprzężone jest odejście od kultu dla Jezusa Chrystusa i poszanowania Jego posłannictwa danego Kościołowi z jednej strony, a zapaść intelektualna z drugiej strony, przy czym jedno i drugie jest wręcz programowe, skoro szerokim łukiem omijane są kwestie prawdziwościowe, a uwaga skupia się na miłej atmosferze i samopoczuciu w "dialogowaniu", które do niczego nie prowadzi oprócz zamętu teologicznego i ogólnie umysłowego. 

Jedenastu upadło na twarz przed tajemnicą Mistrza ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Upadli w przeczuciu wielkości zadania, które ich chciał powierzyć, w poczuciu własnej słabości, niedostateczności, a zarazem w pewności Jego obecności teraz i na zawsze. To połączenie realizmu, zrozumienia, a równocześnie uznania wielkości i nieogarnialności tego, kim On jest w jedności z Ojcem i Duchem, ożywia, scala i utrwala Kościół aż do końca historii. Z tego wypływa autentyczne życie duchowe każdego prawdziwie wierzącego, gdyż on nie tylko przyjmuje nauczanie Apostołów i należy do grona uczniów Chrystusowych, lecz jest zanurzony w oczyszczającej tajemnicy Boga Trójjedynego. Ta tajemnica oczyszcza rozum z pychy i wznosi go ponad i poza wszelkie błędy, mody, trendy, naciski, nawet prześladowania, pogardę i cierpienia. Tak będzie aż do końca czasów. I tak będzie przejawiała się Jego moc, która łączy niebo z ziemią i ziemię z niebem. W tym połączeniu ma udział każdy, kto upada przed Nim i wypełnia Jego słowa. 

Do wahających się



Okres końca roku szkolnego i akademickiego jest szczególnym wyzwaniem dla tych, którym akurat w tym czasie przypadło podejmować decyzje życiowe, w tym także co do wyboru stanu duchownego czyli w kapłaństwie lub też w życiu zakonnym. W tym kontekście - a życie stale dostarcza nowych powodów jak ostatnio tzw. list KEP - szczególnego znaczenia nabiera zapytanie o wiarygodności Kościoła, czy przynajmniej jego hierarchii. 

Rzeczywiście wiarygodność Kościoła w znaczeniu hierarchii znajduje się w poważnej zapaści od ponad pół wieku, mianowicie od czasu tzw. reform po Soborze Watykańskim II. Skoro praktyka w głównej, uroczystej dziedzinie kościelnej, jaką jest liturgia, doznała radykalnych zmian, które są zaprzeczeniem dotychczasowej liturgii Kościoła, a w praktyce wręcz podważają prawdy wiary, to nie należy się dziwić, że przynajmniej w powierzchownym postrzeganiu pojawia się pytanie o zachowanie i trwanie tożsamości, tym samym o podstawy wiarygodności. Wprawdzie żaden dokument soborowy ani posoborowy nie podważa wprost prawd wiary katolickiej, jednak w wyniku zarówno braku jasności i precyzji doktrynalnej jak też praktyki - dość wyraźnie odbiegającej od prawd wiary katolickiej - doszło do upadku świadomości i wyznawania tej wiary. Odwrócenie się mas od Kościoła, co widać w krajach zarówno zamożnych jak też ubogich, oraz drastyczny spadek zainteresowania młodych ludzi drogą życia w stanie duchownym i zakonnym to jedynie symptomy kryzysu wiarygodności Kościoła, zwłaszcza jego hierarchii. 

Rozwiązaniem z całą pewnością nie jest ani dalsze pomieszanie doktrynalne, ani dalsze praktyczne odchodzenie od prawd wiary katolickiej na rzecz mglistej pseudoreligii "ekumenicznej", ani przymilanie się modnym - a narzucanym przez globalne ośrodki władzy finansowej, medialnej i politycznej - trendom i postępującej demoralizacji. Dostrzega to zwłaszcza młode pokolenie, dokładniej ta jego część, która szuka prawdy i dąży do ideałów. Dlatego właśnie akurat młode pokolenie odkrywa i czuje pociąg do tradycyjnego - jasnego i spójnego nauczania Kościoła, oraz jego tradycyjnej liturgii, która konsekwentnie stosuje i wyraża prawdy wiary katolickiej. Dlatego właśnie za rządów Franciszka nastąpiło uderzenie nie tylko w liturgię tradycyjną - której przecież nie można zniszczyć - co raczej w młode pokolenie świeckich katolików i duchownych, a to przez brutalne ograniczenie dostępu do sprawowania i uczestniczenia w tej liturgii, która jest nośnikiem czystej, nieskażonej prawdy i pobożności katolickiej. 

Nie będę się rozwodził o stanie umysłu i serca osób, które te ciosy zamierzyły i wykonały. Każdy zainteresowany ma dość materiału do analiz, reflexji i wniosków. Można się dziwić jedynie, że te osoby w swoim zacietrzewieniu wydają się nie zauważać problemu swojej wiarygodności. Wszak na tym punkcie szczególnie wrażliwi są ludzie młodzi, którzy pragną i szukają autentycznych autorytetów, nie krętaczy, zwodzicieli i oszustów. Pobłażliwością dla słabości czy wręcz dla rozwiązłości - jak to ma miejsce w gadaninie o miłosierdziu, czułości itp. - dają się przekupić i przyciągnąć jedynie osobowości słabe i nadpsute. Zdrowe osobowości kierują się ku prawdzie i realizują się w wyzwaniach, nawet jeśli są wymagające. Dlatego możni tego świata - niestety w kolaboracji z wieloma przedstawicielami hierarchii Kościoła - usiłują jak najwcześniej zgasić czy przynajmniej stłumić zdrowy idealizm u dzieci i młodzieży przez rozwiązłość, wskutek tzw. edukacji sexualnej i wszechobecnej pornografii. Czyż sytuacja jest beznadziejna?

Nie jest. Dowodem jest prawda, że Pan Bóg w każdym czasie i w każdej sytuacji działa, wzbudza i powołuje ludzi, których zadaniem jest odnowa duchowa - Kościoła i społeczeństw. Tak też jest bez wątpienia obecnie. Sam tego doświadczam, gdy zwracają się do mnie ludzie młodzi spragnieni zarówno czystego nauczania prawd wiary katolickiej, jak też porady duchowej zgodnej z tymi prawdami. Wprawdzie różnie się toczą ich losy. Jak to zwykle bywa w życiu duszpasterza, przeważnie służy się komuś tylko na pewnym etapie jego drogi życiowej. Duszpasterz nie zatrzymuje dla siebie, bo ma służyć bliźnim, nie sobie. 

Dlatego zwracam się tutaj do tych, którzy rozważają pójście drogą powołania kapłańskiego czy zakonnego, zwłaszcza do wahających się. Nie wiem, czy będąc w ich sytuacji miałbym odwagę pójść drogą powołania. W czasie mojej decyzji - a było to już kilka dekad temu - zaufanie do hierarchii i do Kościoła nie było tak trudne jak obecnie. Jednak z drugiej strony, nie znałem wówczas czystości, wspaniałości i wzniosłości tradycyjnego nauczania Kościoła i jego liturgii. Wtedy nie było internetu, a o Tradycji Kościoła milczały stanowczo także media katolickie. O tyle teraźniejsze młode pokolenie jest w sytuacji o wiele lepszej, choć ma też wiele więcej opcyj życiowych do wyboru. 

Tym niemniej myślę, że także obecny czas jest w pewnym sensie łaską. Pobudzane coraz bardziej nastroje apokaliptyczne - choć zwykle dość płytkie i pochopne - są normalną reakcją na widmo globalnego zagrożenia, nawet jeśli jest to sterowane, a właściwe cele nie są do końca jasne. Jeśli czeka nas era niebywałego w dziejach ludzkości i świata cierpienia czy zniewolenia, to tym bardziej wezwane do działania są jednostki światłe, szlachetne i odważne. Takich nie brakuje obecnie, mimo wszystko. A w sytuacji zagrożenia wartości moralnych, a także egzystencjalnego tym bardziej aktualne i pilne jest zaangażowanie w dziedzinie duchowej, w zbawienie dusz. 

Niniejszym zwracam się właśnie do tych, którzy dostrzegają taką potrzebę. Zdaję sobie sprawę, że akurat takie osoby - w swojej skromności - nie czują się trafnie opisane chlubnymi przymiotnikami. Dlatego wyjaśniam: Jeśli

- dostrzegasz i rozumiesz, że w kryzysie Kościoła i cywilizacji ratunkiem jest powrót do czystej, nieskażonej doktryny i praktyki katolickiej zwłaszcza w liturgii,

- pragniesz mieć swój udział w tej oczyszczającej odnowie Kościoła i cywilizacji, oraz

- jesteś gotowy (gotowa) poświęcić swoje siły i zdolności, nawet swoje życie, dla tego dzieła ku chwale Bożej i zbawieniu dusz

to właśnie do Ciebie kieruję te słowa zachęty i utwierdzenia w dobrych i szlachetnych zamiarach. 

Być może, a nawet prawdopodobnie nosisz w sobie wątpliwości, może nawet niepewność i lęk, także wskutek świadomości swoich niedoskonałości i słabości. Pamiętaj, że Pan Jezus nie przyszedł powołać doskonałych, lecz grzeszników (Mt 9, 12). 

Św. Franciszek Salezy powiedział (źródło): 


"Wielu ludzi się myli, uważając, że osoby ślubujące doskonałość już nie mogą upadać w niedoskonałości, zwłaszcza osoby zakonne. Jednak zakony nie są po to, żeby gromadzić osoby doskonałe, lecz osoby, które mają odwagę dążyć do doskonałości". 

Zachowuj przede wszystkim czystość woli i zamiarów, czyli motywację płynącą z miłości Boga i bliźniego. Reszty dokona Pan Bóg i będziesz zdziwiony (zdziwiona) potęgą Jego przemieniającej łaski. 

Na koniec zalecenia konkretne praktyczne:

1. Dbaj o życie duchowe, czyli modlitwę i przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Spowiedzi i Komunii św. Cenne jest tutaj trzymanie się liturgii tradycyjnej we wszystkich sakramentach i sakramentaliach, na ile to możliwe, gdyż jest to niezawodna szkoła modlitwy także osobistej oraz zdrowego i dojrzałego życia duchowego. 

2. Do wytrwania i postępu w dobrem potrzebna jest duchowa opieka doświadczonego duszpasterza, który jest bezwzględnie wierny odwiecznemu nauczaniu Kościoła, a nie nowinkom ostatnich dziesięcioleci. 

3. Rozwijaj swoją wiedzę oraz intelekt przez właściwą lekturę, zwłaszcza religijną, ale nie tylko. Sięgaj przede wszystkim do klasyków myśli katolickiej, zwłaszcza do pism świętych, do których sięgały pokolenia katolików. To Cię wyposaży w zdrowe i trzeźwe myślenie, niezbędne do właściwej oceny wszelkich nowości, czyli rozeznania - odzielenia ziarna od plew, którymi jesteśmy nachalnie karmieni odgórnie, zarówno w szkołach i na uczelniach, jak też ostatnimi czasy niestety nawet w dziedzinie kościelnej.

4. Zatroszcz się o swoich bliźnich, pouczając ich w prawdzie katolickiej, jeśli trzeba, także upominając. Ta troska wymaga zwykle tworzenia spotkań i kręgów edukacji oddolnej, aczkolwiek pod opieką kogoś dysponującego odpowiednim wykształceniem zwłaszcza w dziedzinie teologii. 

Te zalecenia możesz stosować już tu i teraz, nawet będąc jeszcze uczniem czy studentem. Poznasz wtedy zarówno trud jak też piękno i radość płynącą z zaangażowania dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Jeśli Pan Bóg zechce, to da Ci w odpowiednim czasie usłyszeć wezwanie i poznać powołanie. Wystarczy Twoja wielkoduszna gotowość, a On dokona reszty. 


---
Wersja do słuchania i subskrybowania:


Jaka kara za grzech przeciw naturze?


Chodzi o konstytucję apostolską św. Piusa V z 1568 r. w odniesieniu do problemu, który istniał już wtedy pośród duchowieństwa, a nawet sporo wcześniej (o czym świadczy św. Piotr Damiani). Decyzja Papieża jest zarówno klarowna jak też wyważona i powinna być wzorem  postępowania także obecnie i po wsze czasy. Dokument jest stosunkowo krótki, aczkolwiek treściwy: 


Treść w skrócie:

Papież mówi o niewstrzemięźliwości przeciw naturze, czyli o grzechach przeciw szóstemu przykazaniu, które są niezgodne z naturalnym współżyciem. Należy tutaj nie tylko tzw. homosexualizm, gdyż istnieją także grzechy tego rodzaju między osobami obojga płci, jak np. tzw. sex oralny (poczytać o tym można w każdy tradycyjnym podręczniku katolickiej teologii moralnej, więcej tutaj). Papież zarządza, że duchowni, którzy zostali przyłapani na takim grzechu, mają być albo usunięci ze stanu duchownego, albo wysłani na czas pokuty do klasztoru. Duchowni, którzy trwają w tym grzechu, mają być oddani władzy świeckiej na ukaranie. Tym samym Papież pozbawia takich duchownych wszelkich stopni duchownych, godności, przywilejów i beneficjów, bo zostali poddani takim samym karom ze strony władzy świeckiej jak osoby świeckie. 


Czy modlitwa wielkopiątkowa jest obraźliwa?



Z pewnym osłabieniem, ale nadal trwa debata w sprawie haniebnego listu Rysiowo-KEP-owego (więcej tutaj). Pośród niewielu prominentnych głosów jak x. prof. Waldemara Chrostowskiego pojawiły się także wypowiedzi innego profesora biblisty, mianowicie x. Waldemara Rakocego CM z Krakowa. Zasadniczo słuszna jest jego krytyka owego listu, jednak swoim poziomem fachowości nie sięga niestety jakości wypowiedzi x. Chrostowskiego, a nawet popełnia dość poważne błędy merytoryczne. 

Zacznę od tego, w czym się z nim zgadzam. Otóż zgadzam się z nim co do tego, że deklaracja "Nostra Aetate" w części odnoszącej się do religii żydowskiej zasadniczo nie odchodzi od tradycyjnego nauczania Kościoła. Dodać jednak należy, że zawarte w niej niejasne, nieprecyzyjne i wieloznaczne sformułowania niejako umożliwiły głoszenie fałszywych nauk, których jesteśmy świadkami obecnie. 

Gorzej jest z tezą x. Rakocego, jakoby Stare Przymierze straciło swoją ważność, gdyż przeczy jej wiele słów Nowego Testamentu, począwszy od tzw. kazania na górze w Ewangelii św. Mateuszowej ("nie przyszedłem unieważnić Prawa i proroków, lecz wypełnić"), aż do Listu do Rzymian, rozdział 11, który jest notabene fałszywie przedstawiany w wypowiedziach Rysiowych, mianowicie w fałszywym tłumaczeniu (więcej tutaj). W skrócie: według teologii katolickiej - począwszy od pism nowotestamentalych, poprzez Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła i dokumentów Magisterium Kościoła aż do encykliki Piusa XII "Mystici Corporis" - Stare Przymierze trwa w swoim właściwym i doskonałym znaczeniu w Nowym Przymierzu, które je wypełnia, a nie unieważnia. Na tym właśnie polega tragizm judaizmu, który odrzuca Jezusa Chrystusa, gdyż tym samym odrzuca on także Stare Przymierze, mimo pozorów trwania przy nim. Tego x. Rakocy widocznie nie ogarnia, nie wiem, z jakiego powodu, gdyż jest to elementarz nauczania pism Nowego Testamentu. 

Stąd się bierze widocznie następująca bzdura wypowiedziana przez niego:


Oto ta modlitwa w wersji sprawowanej od niepamiętnych czasów aż do Piusa XII: 


W tłumaczeniu własnym:

"Módlmy się za wiarołomnych żydów, aby Bóg i Pan nasz usunął zasłonę z ich serc, aby także oni uznali Jezusa Chrystusa Pana naszego.

Wszechmogący wieczysty Boże, który także wiarołomności żydowskiej nie odrzucasz od Twego miłosierdzia, wysłuchaj nasze modlitwy, które zanosimy za zaślepienie owego ludu, aby poznawszy światło Twojej prawdy, którą jest Chrystus, zostali wyrwani ze swoich ciemności. Przez tegoż Pana naszego Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje. Amen."

Pius XII zmienił przez dodanie przyklęknięcia (którego przy tej modlitwie nie było na pamiątkę tego, że żołnierze szydzili z Pana Jezusa podczas biczowania, przyklękając przed Nim): 


Jan XXIII w 1960 r. zmienił modlitwę przez usunięcie "perfidis" oraz "perfidia": 


Dlaczego w tej modlitwie ani nie ma błędu teologicznego, ani tym samym nie jest obraźliwa?

Po pierwsze, prawda nie może być obraźliwa. X. Rakocy widocznie wyznaje modernistyczny świecki zabobon, który temu przeczy, przynajmniej praktycznie. Dla katolika wzorem nie powinne być fałszywe zasady pseudouprzejmości, która ma wiele wspólnego z obłudą i dwulicowością (czy nawet wielolicowością), lecz wzorem jest Jezus Chrystus i kształtowany według tegoż przykład Apostołów i świętych. Jak każdy łatwo można stwierdzić, w Ewangeliach ani w pismach apostolskich nie ma słodkości, nie ma fałszywej kurtuazji, choćby nawet cienia obawy, by kogoś nie urazić gorzką, twardą, nawet bolesną prawdą. Tak samo jest u Ojców Kościoła. Fałszywa uprzejmość jest natomiast typowa i charakterystyczna zwłaszcza dla talmudyzmu i jego pochodnych, zwykle zresztą w połączeniu z krętactwem i podstępem. 

Po drugie, należy zwrócić na właściwe znaczenie słów łacińskich "perfidus" i "perfidia". Jeśli ktoś utożsamia je z polskim potocznym słowem perfidia, to wykazuje ignorancję języka łacińskiego, co jest haniebne zwłaszcza dla duchownego, a już wybitnie dla profesora teologii. Otóż znaczenie łacińskie odnosi w dość jasny sposób do nauczania Nowego Testamentu, według którego odrzucenie Jezusa Chrystusa jest niewiernością względem Starego Przymierza i tym samym wiarołomnością. Innymi słowy: w tej modlitwie nie chodzi o Żydów jako narodowość - jak to jest zwykle fałszywie interpretatowane - lecz o żydów, którzy nie przyjęli Jezusa Chrystusa. Nie ma to więc nic wspólnego ani z antysemityzmem, ani nawet z judaizmem, jeśli uznaje się, że prawdziwą religią żydowską jest religia starotestamentalna, a nie faryzejsko-rabiniczna, czyli odrzucająca Jezusa Chrystusa. 

Tak więc należałoby dopytać x. Rakocego, z jakiego powodu on uważa rdzennie katolicką modlitwę za obraźliwą i dla kogo. 





Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.5.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w ostatnich miesiącach nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 3000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Sedemenefregizm jako sposób na przetrwanie


30 listopada 2023 roku na stronie znanego watykanisty Marco Tosatti'ego została opublikowana deklaracja będąca pierwszą tego typu reakcją na obecną sytuację w Kościele. Sygnatariusze są anonimowi i nazywają się "grupą dziewięciu", składającą się z duchownych i świeckich filozofów, teologów, kanonistów i historyków. Deklaracja jest o tyle bardziej ciekawa, że próbuje wyrazić i określić stanowisko, które stało się jeszcze bardziej aktualne po niewiele później opublikowanej deklaracji "Fiducia supplicans" w kwestii błogosławienia związków grzesznych. To stanowisko otrzymało dziennikarską nazwę sedemenefreghismo od włoskiego wyrażenia "me ne frego" czyli "nie obchodzi mnie", "nie rusza mnie". 

Oto robocze tłumaczenie tej deklaracji:

Świadomi niebywałego kryzysu, który już od dłuższego czasu uderza w Kościół, oraz widząc, że toczone pośród ludzi dobrych często spory, podziały oraz debaty bez końca mają za przedmiot stan Stolicy Piotrowej (oraz całej hierarchii kościelnej), jako prywatni uczeni (duchowni, świeccy, teologowie, filozofowie, kanoniści, prawnicy i historycy) zgodnie sporządziliśmy co następuje:

1. Że mamy niebywały kryzys w łonie Kościoła, że w kryzysie pierwotna Tradycja Katolicka zostaje przytłoczona przez doktryny heterodoxyjne (modernizm i neomodernizm), że ten kryzys jest kryzysem doktrynalnym, liturgicznym i moralnym, że ten kryzys dotyka ciała Kościoła aż do Stolicy Rzymskiej - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić. 

2. Że ten kryzys, choć ma korzenie starożytne, ma swój początek na Soborze Watykańskim II wraz z przewagą niekatolickiego myślenia pośród hierarchii, sięgając aż do Stolicy Rzymskiej - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić. 

3. Że nowa liturgia wprowadzona przez Pawła VI przedstawia sztuczną konstrukcję oraz obiektywne zerwanie z nieprzerwaną Tradycją Kościoła oraz z dogmatem katolickim - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić. 

4. Obowiązkiem każdego ochrzczonego jest trwanie w wyznawaniu wiary ze Chrztu, czyli we wierze wszechczasów, w niezmiennej doktrynie otrzymanej od Apostołów. Obowiązkiem każdem ochrzczonego jest żyć i modlić się zgodnie ze świętą wolą Bożą, ukazaną w Bożym Objawieniu (Piśmie św. i świętej Tradycji). 

5. Obowiązkiem każdego ochrzczonego jest unikanie tego, co może zaszkodzić własnej duszy, co stanowi niebezpieczeństwo dla integralności wiary. 

6. Wobec rozmiaru i wagi kryzysu i aż do jego rozwiązania (potępienie i wyrzucenie z Kościoła każdej idei heterodoxyjnej, całkowity powrót do Tradycji w doktrynie, w liturgii i w obyczajach) jest powinnością roztropności, by nie dowierzać hierarchom opanowanym przez myślenie niekatolickie, jak też instytucjom kościelnym, które stały się narzędziem myślenia niekatolickiego. 

7. Roztropne jest trzymanie się wszystkiego, co jest pewne (lex credendi, lex orandi, lex vivendi jak to było zawsze nauczane), powstrzymując się natomiast od zgody na to wszystko, co jest wątpliwe. 

8. Wierny, czy to duchowny czy świecki, nie jest powołany do badania każdego poszczególnego nauczania, każdego poszczególnego textu liturgicznego, każdej wypowiedzi hierarchii dla zbadania jej zgodności z Depozytem Wiary. Raczej należy przyjąć kryterium roztropnościowe i profilaktyczne: skoro myślenie niekatolickie zaraziło hierarchię aż do Stolicy Rzymskiej, to należy trzymać się tego, co było nauczane przed kryzysem, i należy powstrzymać się od zgody na to, co jest nauczane potem. 

9. Powstrzymanie się od zgody nie jest "wolnym osądem", lecz powinnością roztropności dla trwania we wierze. Powstrzymując zgodę pozostawia się autorytetowi Kościoła osąd doktrynalny (o wierze bądź moralności) oraz co do lex orandi. Gdy kryzys zostanie przezwyciężony a hierarchia będzie znów pewna w ortodoxji wiary, wówczas będzie ona prawowitą władzą sądzenia we wierze. 

10. Kryzys będzie mógł być przezwyciężony gdy hierarchia (papież i moralna jednomyślność biskupów) będzie nauczała tę samą doktrynę, która była nauczana przez Kościół nieprzerwanie do Soboru Watykańskiego II i zostanie przywrócona lex orandi Tradycji Apostolskiej. 

11. Z racji uwikłania samej Stolicy Rzymskiej w kryzys jest zasadne postawienie kwestii co do stanu Stolicy Papieskiej. 

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Jorge Maria Bergoglio za prawdziwego papieża, choć poważnie heterodoxyjnego.

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Jorge Maria Bergoglio za nieprawowitego okupanta Stolicy Piotrowej i tym samym za antypapieża. 

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Stolicę Rzymską za nieobsadzoną.  

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają, że Stolica Rzymska jest obsadzona jedynie materialnie. 

Uprawniona jest opinia tych, którzy wiążą kryzys Stolicy Rzymskiej z postacią papieża heretyka. 

Uprawniona jest opinia tych, którzy wiążą kryzys Stolicy Rzymskiej z postacią papieża schizmatyka. 

Uprawniona jest także opinia tych, którzy uważają, że jest współobecność "dwóch Kościołów" pod widzialną postacią jednego Kościoła (tak więc w Kościele posoborowym byłby zarówno prawdziwy Kościół Chrystusowy, święty Kościół katolicki, apostolski rzymski, jak też neo-Kościół gnostycki) z papieżem jako głową obydwóch w ten sposób, że papież byłby wikariuszem Chrystusa, ale także głową nowej wiary, nowego kultu, nowego Kościoła. 

Uprawniona jest opinia tych, którzy uważają papieży posoborowych za prawdziwych papieży, chociaż nacechowanych myśleniem niekatolickim. 

12. Co do punktu 11 to są to między innymi opinie, których nie możne ze sobą pogodzić, gdyż nie mogą być równocześnie prawdziwe, a tylko jedna z nich może być prawdziwa. Osądzenie co do tego, która jest prawdziwa, jest sprawą wyłącznie najwyższej władzy w Kościele. Dopóki, po rozwiązaniu kryzysu, najwyższa władza w Kościele nie wyda osądu, są to tylko opinie uprawnione i podlegające dyskusji. 

13. Ponieważ są to tylko opinie, żadna z nich, nawet jeśli jest uprawniona, nie może być pewnym kryterium w stawieniu czoła kryzysowi. 

14. Ponieważ tylko najwyższa władza Kościoła ma prawo wydać osąd w kwestii Stolicy Rzymskiej, rozwijanie bądź popieranie takiej czy innej tezy będzie przedsięwzięciem nieuchronnie skazanym na brak rozwiązania. Kwestia Stolicy Rzymskiej jest skazana na pozostawanie otwartą, nierozwiązaną aż do końca kryzysu, aż to pewnego osądu najwyższej władzy. 

15. Różnice zdań co do Stolicy Rzymskiej nie może być nigdy powodem do podziałów, gdyż chodzi o opinie podlegające dyskusji, a nie o prawdy pewne. 

16. Jakiekolwiek byłyby opinie, to dopóki trwa stwierdzony kryzys (także w Stolicy Rzymskiej oraz w całej hierarchii) to postawa roztropności powinna polegać na powstrzymaniu się od zgody (sospensione dell' assenso), w oczekiwaniu na koniec kryzysu. 

Nadaje się temu naszemu stanowisku określenie "sedemenefregizm" w podwójnym znaczeniu:

- "mnie nie obchodzi" kwestia Stolicy Rzymskiej, o ile nie może być rozwiązana przez nas, więc bezużyteczne jest jej stawianie sobie,

- "mnie nie obchodzi" to, co pochodzi od Stolicy Rzymskiej, o ile ten, kto na niej zasiada (czy prawowicie czy nieprawowicie, czy jedynie materialnie czy także formalnie, czy de facto czy de iure, to podlega dyskusji), jest opanowany przez myślenie niekatolickie i z powodu roztropności nie powinien był słuchany. 


Tyle textu deklaracji. Jest ona wysoce kompetentna zarówno teologicznie jak też kanonicznie. Osobiście podejrzewam - także na podstawie chronologicznej bliskości faktu zaszykanowania kardynała R. Burke'a odebraniem mu mieszkania oraz pensji kardynalskiej, co miało miejsce około dwóch tygodni po opublikowaniu deklaracji - że jej inicjatorem i jednym z sygnatariuszy jest właśnie ten Kardynał. 

Ponadto osobiście mam tylko jedną uwagę. Wolałbym w tym kontekście użycie innego słowa niż kryzys, gdyż moim zdaniem bardziej pasujące jest określenie "zapaść". Rozumiem jednak, że słowo kryzys bardziej napawa optymizmem, gdyż można je rozumieć w nawiązaniu do kryzysu w stanie pacjenta. Obecny stan Kościoła wydaje się gorszy niż krytyczny. Równocześnie pewne jest, że bramy piekielne go nie przemogą. Po upadku Kościoła - a było ich sporo w historii - zawsze następowało podniesienie i odnowa. Na tę odnowę nie wystarczy czekać. Każdy wierzący może i powinien codziennie odnawiać się łasce Bożej, w życiu wiarą, nadzieją i miłością. To jest kryzys w każdym z nas. I zarazem jego przezwyciężenie tu i teraz. 


Śp. abp Marcel Lefebvre uważał swoje święcenia za wątpliwe


Natrafiłem na znamienne słowa śp. abpa M. Lefebvre'a wypowiedziane w szczególnym momencie, mianowicie w kazaniu podczas udzielenia sakry biskupiej swoim księżom w 1988 r.:


Oto jego słowa w oryginale:

"vous savez bien qu`il ne peut y avoir des pretres sans eveques, tous ces seminaristes qui sont ici presentes, si demain le bon Dieu me rapelle et ce ne sera sans doute sans tarder, et bien ces seminaristes de qui reçevront-ils le sacrement de l`ordre? des eveques concilliers, dont les sacrements sont toutes douteux, parce qu`on ne se pas exactement, quelles sont leures intentions? c`est pas possible!"

Oto tłumaczenie: 

"wiecie dobrze, że nie ma księży bez biskupów, wszyscy ci seminarzyści, którzy są tutaj obecni, jeśli jutro dobry Bóg mnie wezwie, a niewątpliwie nastąpi to wkrótce, cóż, od kogo ci seminarzyści otrzymają sakrament święceń? od biskupów soborowych, których wszystkie sakramenty są wątpliwe, ponieważ nie znamy dokładnie ich intencyj? to niemożliwe!"

Tak więc konieczność tego aktu - udzielenia sakry swoim kapłanom - uzasadnia tym, że święcenia udzielane przez "biskupów soborowych" są wątpliwe - i tym samym wątpliwe są sakramenta sprawowane przez kapłanów przez nich wyświęconych - z powodu wątpliwej intencji. 

Ciekawe, że abp M. L. zapomniał dodać, że on otrzymał zarówno prezbiterat jak też episkopat z rąk kardynała Achille Liénart‘a, który był nie tylko "biskupem soborowym", lecz skrajnym modernistą i prawdopodobnie masonem, więc tym samym należy wątpić w jego intencję przy udzielaniu święceń. 



Pawła Lisickiego zaczadzenie stehlino-rysizmem (z post scriptum)


Przykro jest patrzeć i słyszeć, gdy znani publicznie ludzie, z których poglądami zasadniczo się zgadzam - gdyż widać u nich, że generalnie chcą być wiernymi katolikami - notorycznie popełniają grzech niechlujstwa i fałszowania faktów. Takim przypadkiem jest niestety nawet Paweł Lisicki. Zhańbił się już kilka lat temu, gdy naiwnie a namiętnie powtarzał kłamstwa x. Dariusza Oko (więcej tutaj). Obecnie wprawdzie stara się jakoś prostować fałsze rozsiewane przez modernistów w kwestii judaizmu, jednak równocześnie popełnia ten sam kardynalny - i niewybaczalny w przypadku publicysty pretendującego do rangi autorytetu dla katolików - błąd, mianowicie powtarzanie podłapanego zabobonu, w tym wypadku podłapanego od sekty stehliniańskiej, która reprezentuje FSSPX w Polsce. 

Chodzi o następującą wypowiedź, odnoszącą się do "deklaracji wiary" wydanej kilka dni temu przez przełożonego generalnego FSSPX, gdzie poruszona została także kwestia aktualności Starego Przymierza:


Pisałem o tej kwestii w odniesieniu do owego listu KEP (tutaj punkt 6 i 7). W skrócie: fałszem fundamentalnym zarówno u Jana Pawła II jak też w następnych wypowiedziach i dokumentach w kwestii judaizmu nie jest aktualność Starego Przymierza - gdyż ona jest teologicznie pewna, jako że Stare Przymierze zostało wypełnione w Jezusie Chrystusie i trwa w Nowym Przymierzu - lecz utożsamienie współczesnego judaizmu z religią Starego Przymierza, co jest quasi dogmatem owego judaizmu, a co jest nie do przyjęcia zarówno w świetle Nowego Testamentu jak też w świetle podstawowej wiedzy religioznawczej. Lisicki widocznie skrzętnie omija niniejszego bloga, gdyż zdarzają się w nim treści nieprzyjemne dla jego pewności siebie i samopoczucia.

Myślę, że teraz wystarczy zająć się fragmentem z "Evangelii Gaudium", na który wskazuje Lisicki. Oto on w wersji oryginalnej włoskiej (źródło tutaj; jak widać, za pontyfikatu bergogliańskiego niestety zaprzestano wydawania wersji łacińskiej czyli w urzędowym języku Kościoła):


A oto wersja polskojęzyczna, a jest to również text oficjalny, gdyż opublikowany na oficjalnej stronie watykańskiej:


Tutaj fałszem jest przede wszystkim tłumaczenie "il popolo" jako "naród". Fałsz jest oczywisty, gdyż po pierwsze, w czasach starotestamentalnych, a nawet aż do nowożytności nie było obecnie rozpowszechnionego pojęcia "narodu", po drugie język Kościoła zawsze odróżniał "populus" od "natio", po trzecie w języku Kościoła -  także w tłumaczeniach na polski - jest mowa zawsze o "ludzie Bożym", nie o "narodzie Bożym". 

Drugim fałszem, aczkolwiek sięgającym dalej, jest fałszywe tłumaczenie słynnego zdania z Listu do Rzymian 11,29, na co również już wskazałem odnosząc się do listu KEP. To fałszywe tłumaczenie na włoski zostało przejęte do oficjalnych dokumentów watykańskich, co jest oczywiście skutkiem odejścia od urzędowego języka Kościoła, jakim jest łacina. Gdyby oficjalne dokumenty trzymały się łacińskiej Biblii,  to by taki fałsz nie był możliwy. Fałsz jest tutaj zarówno werbalny jak też merytoryczny, gdyż zmiana właściwego tłumaczenia "są bez żalu" (sine poenitentia) na "są nieodwołalne" ma poważne konsekwencje o tyle, że sprzyja, a przynajmniej umożliwia budowanie fałszywej ideologii o rzekomym trwaniu Starego Przymierza w judaiżmie. Taki to jest jeden z - zapewne zaplanowanych i zamierzonych - skutków używania języków narodowych zarówno w liturgii jak też w oficjalnych dokumentach: to jest wręcz zaproszenie do wszelkiego rodzaju fałszerstw, które są następnie łykane choćby bezwiednie nawet przez takich wykształconych a elokwentnych ignorantów jak Paweł Lisicki. 

Trzecim fałszem jest już wspomniane fundamentalne kłamstwo, polegające na utożsamianiu współczesnego narodu żydowskiego z wyznawcami religii starotestamentalnej. 

Czwarty fałsz dotyczy tłumaczenia "l'affetto che si è sviluppato" jako "serdeczne uczucie, jakie się pogłębiło". Jest to niby szczegół, jednak dość znaczący, gdyż rozwój nie jest pogłębieniem, ani odwrotnie. 

Piąty fałsz jest już poważniejszy: "persecuzioni (...) che coinvolgono o hanno coinvolto cristiani" jest zmienione na "prześladowania (...), w których uczestniczą lub uczestniczyli chrześcijanie". Czym innym jest bycie zamieszanym w prześladowania, a czym innym jest uczestniczenie w nich. Zamieszanie czy włączenie oznacza, że ktoś inny je inspirował i prowadził. Natomiast uczestniczenie jest czymś więcej. Tym samym "tłumaczenie" polskie zarzuca chrześcijanom o wiele więcej niż oryginał włoski, który jest znacznie ostrożniejszy. Oczywiście nie pomniejsza to faktu, że brakuje doprecyzowania, o jakie prześladowania chodzi, kto je inspirował i prowadzi, z jakich pobudek i w jaki sposób. W takim sformułowaniu można bowiem pomieścić w miarę wszystko, co się może nie podobać żydom, jak np. zakaz posiadania ziemi, który obowiązywał przez długie wieki chyba we wszystkich krajach europejskich, nakaz słuchania kazań kapłanów katolickich w państwie kościelnym, ale także mordowanie Żydów przez nazistów, których motywacja z całą pewnością nie była chrześcijańska, choć wielu z nich było ochrzczonych. W każdym razie takie bicie w nieswoje piersi bardzo się podoba państwu położonemu w Palestynie i jego poplecznikom. 

Numer 249 popełnia wprost fundamentalny fałsz, o którym już była mowa, gdyż zakłada, jakoby obecni żydzi byli "ludem Starego Przymierza" (tutaj tłumaczenie polskie znowu zafałszowuje na "naród"). Tym niemniej jest też powiedziane wprost, że Kościół nie może odwołać głoszenia Jezusa Chrystusa jako Pana i Mesjasza, co stanowi oczywiście sprzeczność, a co z kolei jest typowe dla całości bełkotów soboro-modernistycznych, których szczególnym wykwitem jest "nauczanie" bergogliańskie. Jeśli Jezus Chrystus jest Bogiem i Mesjaszem, a właśnie jako taki został odrzucony przez większość ówczesnych Żydów, które to odrzucenie jest fundamentem obecnego judaizmu, to w jaki sposób tenże judaizm może być religią ustanowioną przez Boga w Starym Testamencie? Na to pytanie nawet nie próbuje się odpowiadać, najwyżej zasłaniając się "tajemnicą", jak to czyni haniebny list KEP. Odpowiedź jest jednak dość prosta, gdyż wystarczy porzucić fałszywe założenie przejęte z tego judaizmu, jakoby on był kontynuacją Starego Przymierza. 

Nasuwa się pytanie: skoro sprawa jest dość prosta, to dlaczego nawet taki Paweł Lisicki, który jest człowiekiem dość inteligentnym i oczytanym, leci na takie plewy, które mają więcej wspólnego z propagandą Rysiową i ignorancją lefebvriańską niż z rozumnym, trzeźwym, niezaślepionym czytaniem dość prostych textów zarówno biblijnych jak też watykańskich? Idźmy dalej. 


Tutaj Lisicki znów zachwyca się "Deklaracją wiary katolickiej" autorstwa przełożonego FSSPX x. Davide Pagliarani'ego (którego nazwisko Lisicki uporczywie przekręca). Ze swojej strony słusznie zauważa treściowe nawiązanie do Listu do Hebrajczyków 8,13 (tego wskazania nie ma u x. Pagliarani'ego). Popełnia jednak kardynalny błąd polegający na wyrwaniu jednego zdania z jego kontextu zarówno bezpośredniego jak też dalszego, czyli w całości Pisma św. Innymi słowy: tego fragmentu z Listu do Hebrajczyków nie można właściwie zrozumieć bez całości Nowego Testamentu. Lisicki popełnia więc błąd taki sam jak moderniści bredzący o "nieodwołalnych darach łaski" - rzekomo na podstawie Listu do Rzymian - w oderwaniu chociażby od Listu do Hebrajczyków. Podejście teologiczne katolickie, a nawet już zdroworozsądkowe łączy w całość, która dopiero daje pełną prawdę odporną na fałsze z różnych stron. Konkretnie mówiąc: Pan Bóg rzeczywiście nie żałuje obietnic i darów, które dał niegdyś Izraelowi. Można też słusznie powiedzieć, że ich nie odwołał. To jednak nie jest cała prawda. Dla jej całości - tym samym "prawdziwej prawdziwości" - musi zostać dodane, że te obietnice i łaski zostały spełnione w Jezusie Chrystusie i jako spełnienie trwają w Kościele Chrystusowym, jednym, świętym, katolickim i apostolskim. W nim trwa wszystko to, co było doskonałe w Starym Przymierzu, i w tym znaczeniu to Przymierze trwa. Ono nie trwa natomiast i nie może trwać bez Chrystusa czy wręcz przeciw Niemu, gdyż wtedy traci swój właściwy sens i właściwą treść. W tym znaczeniu można mówić o przedawnieniu czy przestarzeniu Starego Przymierza, ale zawsze z dodaniem, że ono trwa w swojej istocie i prawdzie w Kościele, nigdzie indziej. Tego Lisicki - podobnie zresztą jak wielu innych pseudotradycjonalistych gwiazdorów internetowo-medialnych - nie rozumie, choć wystarczyłoby się uważnie wczytać w to, czego Kościół naucza od zawsze, a czego struktury oficjalne nie wypierają się także obecnie, choć to przemilczają i mącą przez pomieszanie z fałszywą ideologią żydowską. 

Na koniec jeszcze coś znamiennego i zarazem wyjaśniającego:


Przyznam szczerze, że jestem w lekkim szoku, gdy Lisicki nie potrafi prawidłowo przytoczyć zdania, które należy do elementarza argumentów katolickich. Jeśli ktoś sili się na cytat łaciński, to powinien być w stanie go rzeczywiście podać. Lisicki jest z wykształcenia prawnikiem i musiał mieć na studiach przynajmniej podstawowy kurs łaciny. Ponadto od dekad  obraca się w liturgii tradycyjnej (bywał nawet na sprawowanych przez moją skromną osobę Mszach św. w Warszawie, gdy tam jeździłem w zamierzchłych latach 90-ych XX wieku), czyta i wypowiada się w tematach teologii katolickiej. Zapewne dziesiątki razy jeśli nie setki zetknął się ze zdaniem "extra Ecclesiam nulla salus", które tutaj chce cytować. Dlaczego mu się to nie udaje? Zapewne, po pierwsze, z elementarnej ignorancji języka łacińskiego, gdzie słowo salus należy do podstawowego słownictwa, a po drugie z niechlujstwa czyli braku dbałości o istotne szczegóły. Generalnie odnoszę wrażenie, że on więcej mówi i pisze niż czyta. Być może nawet te jego taśmowo produkowane książki są pisane przez kogoś innego przynajmniej w istotnej mierze, a on zarządza jedynie ostateczną wersją. W każdym razie mamy tutaj kolejny przykład swoistego hochsztaplerstwa, czyli podawania jako rzetelnej wiedzy czegoś, co nie zostało rzetelnie zbadane i przemyślane. On tutaj niestety nie jest wyjątkiem, lecz tylko jednym z licznych przykładów, o których też już mi było dane tutaj pisać. 

Nie spodziewam się, że te moje uwagi dotrą do niego. A nawet jeśli dotrą, to on będzie raczej robił wszystko, żeby je przemilczeć i zapomnieć. A to już byłby przejaw poważnej choroby duchowej, zresztą typowej zarówno dla modernistów jak też dla sekty stehliniańskiej i wszelkich innych sekt. 



Post scriptum

Jest też inny przykład na zupełną ignorancję Lisickiego w łacinie i to przezeń regularnie powtarzany:



Nie wiem, kto, gdzie, kiedy i jak przekonał go, że on umie łacinę. Jednak widocznie on tak jest o tym przekonany, że z całkowitą pewnością siebie regularnie powtarza coś, co z całą pewnością nie jest łaciną, choć udaje bycie nią. Jak łatwo stwierdzić po elementarnym kursie tego języka, nie ma w nim takiego wyrażenia jak "perfides iudaeos", choć oczywiście wiemy, o co mu chodzi. W owej modlitwie są słowa „(pro) perfidis iudaeis" od formy mianownika "perfidi iudaei". W łacinie w ogóle nie ma słowa "perfides", a Lisickiemu chodzi zapewne o przymiotnik perfidus (-a, -um). No cóż. Jemu się widocznie nie chce douczyć, bo widocznie uważa, iż wystarczy udawać, że zna łacinę.