Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Prawda wyzwala czyli moje doświadczenia z FSSPX (z aktualizacją)



Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Założone ono zostało przez abpa Marcel'a Lefebvre w 1970 r. jako "pobożne stowarzyszenie" (pia unio) na prawie diecezjalnym z aprobatą biskupa szwajcarskiej diecezji Fribourg na okres próbny (ad experimentum) 3 lat, co następnie zostało przedłużone na następne 3 lata. Od nazwiska założyciela bierze się nazwa "lefebvryści", zresztą bardzo nielubiana przez członków i zwolenników. Resztę szczegółów można łatwo znaleźć w internecie.

Dlaczego poruszam ten temat? Ano dlatego, że ma on ścisły związek z niniejszym blogiem, co wyjaśnię poniżej, a temat pojawia się dość często przy różnych okazjach. Kilkakrotnie odpowiadałem na powiązane pytania. Niestety musiałem tutaj też kilkakrotnie korygować słowa i czyny członków FSSPX, zwłaszcza x. Szymona Bańki. Teraz nastąpił czas na ogólniejsze uwagi i poniekąd podsumowanie, które z konieczności musi zawierać także wątek autopsyjno-autobiograficzny, co wyjaśnię w trakcie. 

Moje doświadczenia z FSSPX zaczęły się w 1997 r. w konsekwencji mojej wydanej wówczas książki pt. W obronie Mszy św. i Tradycji katolickiej, której kupowanie zresztą stanowczo odradzam, ponieważ wydawca Marcin Dybowski mnie oszukał i nie płaci honorarium autorskiego (według umowy 10% ceny książki), a obecnie przygotowuję drugie, poszerzone wydanie. Otóż w tej książce zawarłem też rozdział dotyczący nauczania i postępowania abpa M. Lefebvre'a, a to na podstawie jego kazań opublikowanych po polsku. Wyprowadziłem z nich wniosek, że stanowisko Arcybiskupa wobec Jana Pawła II w ciągu lat stopniowo się radykalizowało, co doprowadziło do udzielenia przez niego w 1988 r. sakry biskupiej czterem ze swoich kapłanów i wskutek tego do orzeczenia exkomuniki na niego i wyświęconych biskupów (która to kara została uchylona przez Benedykta XVI w 2009 r.). Według mojej ówczesnej oceny wyjaśnieniem - i poniekąd usprawiedliwieniem - tego czynu abpa M. Lefebvre'a był fakt, że w jego wypowiedziach w okresie przed tą decyzją można zauważyć ukryty sedewakantyzm. Wówczas nie wiedziałem nic o usuwaniu przez niego z FSSPX kapłanów, którzy otwarcie głosili sedewakantyzm, co miało miejsce już w latach 70-ych, gdy stanowisko Arcybiskupa jeszcze nie było tak radykalne jak w 1988 r. W każdym razie treść książki także w innych kwestiach wzbudziła oburzenie ze strony x. Karl'a Stehlin'a, który wówczas rozwijał działalność FSSPX w Polsce. W czasopiśmie "Zawsze wierni" opublikował nie tyle polemikę, co raczej osobisty atak na moją osobę, nazywając mnie "konserwatywnym modernistą". O dziwo opublikowano także moją replikę. Prawdopodobnie zawdzięczam to ówczesnemu redaktorowi naczelnemu - obecnie słynnemu - Sławomirowi Cenckiewiczowi. X. Stehlin jednak się nie poddawał i znów mnie zaatakował. Na to również odpowiedziałem, jednak tym razem moja replika nie została opublikowana. Natomiast zadzwonił do mnie p. Cenckiewicz z propozycją publicznej debaty z x. Stehlinem. Moderatorem miał być redaktor modernistycznego organu KAI Krzysztof Gołębiowski. W odpowiedzi postawiłem warunek wstępny: publiczne odwołanie przez x. Stehlina obraźliwego określenia mnie "konserwatywnym modernistą". Warunek nie został spełniony i na tym sprawa się zakończyła. 

Drugi mój kontakt z FSSPX miał miejsce w Monachium, gdy posługiwałem w słynnej parafii św. Piotra w centrum miasta, najstarszej parafii stolicy Bawarii. Sprawowałem tam regularnie także Msze św. według mszału św. Piusa V, co przyciągało m. in. wiernych, którzy uczęszczali także do przeoratu FSSPX. To dzięki nim nawiązał ze mną kontakt x. Robert Schmitt FSSPX, który był wyznaczony przez swoich przełożonych do kontaktów z kapłanami spoza FSSPX. Odwiedził mnie i zaprosił na spotkania dla kapłanów organizowane w seminarium w Zaitzkofen. Równocześnie dość wyraźnie zaproponował mi wstąpienie do FSSPX. W spotkaniach uczestniczyłem dwa razy (chyba w roku 2009), po czym nie byłem już zapraszany (nie wiem właściwie dlaczego, być może dlatego, że nie zostawiłem żadnej "ofiary", a nie zostawiłem, ponieważ nie przyszło mi na myśl, że tak trzeba, skoro zostałem zaproszony bez żadnej choćby sugestii opłaty). Podczas jednego ze spotkań ówczesny rektor seminarium, x. Franz Schmidberger, wspomniał o x. Stehlinie. Odniosłem wrażenie, że znał moje doświadczenie z nim, a równocześnie próbował mnie zachęcić do nawiązania kontaktu i współpracy. 

Kolejny epizod nastąpił dopiero w 2020 r., gdy zamieszkałem w Rzeszowie. Otóż niegdyś w kontekście posługiwania w parafii w Monachium pewne zaprzyjaźnione małżeństwo wspomniało o swojej dawnej, z czasu młodości zażyłej znajomości z x. Anselmem Ettelt'em, pochodzącym z okolic Monachium, a posługującym obecnie w kaplicy FSSPX w Rzeszowie oraz w Jarosławiu. Przy pewnej sposobności poznałem go osobiście. Gdy z początkiem tego roku osiedliłem się w miejscowości rodzinnej, a nie miałem jeszcze urządzonej kaplicy domowej, poprosiłem x. Ettelt'a o możliwość sprawowania Mszy św. w kaplicy w Jarosławiu przez kilka dni, gdyż od lipca 2021 r. - wskutek motu proprio "Traditionis custodes" - niestety nie mam możliwości sprawowania w kościele parafialnym. X. Ettelt się zgodził i z tego wynikł kontakt z miejscowymi wiernymi, którzy chętnie uczestniczyli we Mszy św. Natychmiast też wystąpili z propozycją, bym regularnie sprawował dla nich Msze św., gdyż kapłani FSSPX przyjeżdżają do Jarosławia tylko na niedziele. W myśl kanonu 1752 Kodexu Prawa Kanonicznego (salus animarum suprema lex) zgodziłem się i zgodził się także x. Ettelt. Po kilku tygodniach, w lutym x. Ettelt poinformował mnie, że x. Stehlin życzy sobie rozmowy ze mną. Ów napisał do mnie z propozycją rozmowy: 

Rozmowa była kilkunastominutowa. Odbyła się w przyjaznej atmosferze i x. Stehlin zaproponował mi współpracę. Powiedział, że prawie wszyscy księża FSSPX zgadzają się ze mną w sprawie koronki s. Faustyny. Wspomniał też o blogu i przyznał, że sprawa tego chóru ustawionego pośladkami do Najświętszego Sakramentu (por. tutaj) jest rzeczywiście skandaliczna. Przyznał też, że sam nie czyta bloga, ale doszły do niego głosy, że mam "ostry język". Z mojej strony obiecałem, że przejrzę moje wpisy w temacie x. Szymona Bańki i że usunę wszystkie wyrażenia, które mogłyby zostać interpretowane jako atak na FSSPX. Tak też uczyniłem. 

W trakcie Wielkiego Postu pojawiło się ze strony wiernych życzenie sprawowania Triduum. Skontaktowałem się więc z x. Ettelt'em w tej sprawie, który mi polecił zwrócenie się do x. Stehlina, co uczyniłem:

Odpowiedź przyszła dość rychło:


Tak więc zgoda była jednoznaczna, co jest istotne dla dalszego biegu wydarzeń. Na początku Wielkiego Tygodnia napisał do mnie x. Ettelt:

W mojej odpowiedzi jest oczywiste, że zgodnie z ustaleniem liturgia odbędzie się według formy starszej, gdyż to w niej we Wielki Piątek nie ma Komunii św. dla wiernych:


W odpowiedzi x. Ettelt nie wyraża jakichkolwiek zastrzeżeń: 


Jednak dokładnie w tym samym czasie, na początku Wielkiego Tygodnia, jedna z kobiet (Jolanta N.), dowiedziawszy się o planowanej formie wszczęła zamęt w imię swoiście rozumianej wierności dla FSSPX. Jej małżonek (Klaudiusz N.) według pierwotnego planu miał pomagać w przygotowaniach do liturgii oraz służyć jako ministrant. Jednak nagle (chyba we wtorek Wielkiego Tygodnia) poinformował inne osoby - pomijając mnie - że ani on ani jego rodzina nie będzie uczestniczyła w Triduum. Równocześnie powiedziano mi, że Jolanta N. wysuwa jakieś bliżej nieokreślone zarzuty wobec mnie. W związku z tym zatelefonowałem do niej, prosząc o wyjaśnienie czy raczej o powtórzenie tego wobec mnie, co twierdziła o mnie wobec innych osób. Jolanta N. nie podjęła wcale tematu i po kilku wykrętnych zdaniach zakończyła rozmowę. Od tego też czasu wszczęła nagonkę na moją osobę. Pośrednio dotarło do mnie, że chodziło o bloga. Podobno twierdziła, że gdyby księża FSSPX znali bloga, to by mnie od razu wyrzucili z kaplicy. W obawie przed skutecznością jej poczynań wierni wystosowali w czerwcu pismo do x. Stehlin'a z podziękowaniem za moją posługę. Nie dostali żadnej odpowiedzi, co już świadczy o potraktowaniu ich przez x. Stehlin'a. Tymczasem Jolanta N. nie ustawała w swoich wysiłkach. W końcu x. Hubert Kuszpa FSSPX, który jest "przeorem" na tym terenie i to bardzo uwielbianym przez Jolantę N., zapowiedział wizytę x. Stehlin'a w Jarosławiu, która miała przynieść rozwiązanie konfliktu o moją skromną osobę. X. Stehlin poprosił o rozmowę ze mną:


W krótkiej rozmowie oznajmił od razu, że "musimy zakończyć" moje Msze św., a uzasadnił to tym, że powstało wzburzenie z powodu tego, iż on mi pozwolił na starszą formę Triduum, bo też inni kapłani, zwłaszcza ci, którzy przeszli z diecezyj do FSSPX, chcieliby dostać takie pozwolenie, a to by spowodowało zamieszanie. Podkreślił, że oprócz Jolanty N. nikt z wiernych w Jarosławiu się na mnie nie skarżył, ale on musi dbać o jedność w łonie FSSPX w Polsce. Przyjąłem to do wiadomości, nie domagając się dalszych wyjaśnień, gdyż nie sprawowałem tam Mszy św. we własnym interesie (przez ponad dziewięć miesięcy dojeżdżałem na swój koszt, aczkolwiek w tym czasie dwukrotnie od dwóch osób otrzymałem ofiarę na paliwo), lecz na prośbę i dla dobra wiernych. Tym niemniej takie uzasadnienie wydawało mi się bardzo dziwne, skoro decyzja zapadła dopiero ponad pół roku po Triduum i to bez żądania dostosowania się przeze mnie w tej kwestii na przyszłość. Post factum okazało się, że błędem z mojej strony było przyjęcie zaproszenia do rozmowy zarówno w lutym jak też ostatnio w październiku, gdyż post factum i wobec innych osób x. Stehlin przedstawił zupełnie inną wersję rozmowy i wydarzeń. 

Otóż po rozmowie ze mną x. Stehlin miał jeszcze spotkanie z wiernymi, które poświęcił swojej decyzji usunięcia sprawowania Mszy św. przeze mnie. Nie byłem obecny na tym spotkaniu, a o jego treści poinformowało mnie sukcesywnie w sumie 7 osób, niektóre także pisemnie. Wszystkie te osoby wyraziły swoje zaskoczenie, zasmucenie i oburzenie decyzją x. Stehlin'a, moim zdaniem zupełnie słusznie. Mnie natomiast zaskoczyła i zbulwersowała treść jego wystąpienia wobec wiernych, które z natury rzeczy dotyczyło mojej osoby. W takiej sytuacji zażądałem od x. Stehlin'a wyjaśnień:



W odpowiedzi x. Stehlin zastosował swoją typową taktykę - chciał załatwić sprawę w rozmowie, żeby uniknąć dowodów i móc przedstawiać fałszywą wersję wydarzeń:


Tym razem już nie byłem naiwny i nalegałem na pisemną odpowiedź:


Jednak nie było łatwo, bo x. Stehlin próbował dowiedzieć się najpierw, kim są "donosiciele":


Widocznie puściły mu nerwy, bo poczuł, że łajdaczenie nie będzie tym razem proste. Tym samym się zdemaskował, bo zamiast odpowiedzi na proste pytania wzięła go złość na tych, którzy nie posłuchali jego szantażowania na spotkaniu 9 X, jakoby "szemranie" przeciw jego decyzji było rzekomo grzechem przeciw posłuszeństwu, być może nawet ciężkim. Jednak nie poddałem się:


Po dłuższym namyśle i naradach ze wspólnikami odpowiedział jednak następująco, aczkolwiek nie mniej kłamliwie:



No cóż. To są szczyty zakłamania i obłudy. Zwrócę uwagę tylko na jeden znamienny szczegół: to wprawdzie jest kłamstwo, ale ciekawe jest, że niby żądał ode mnie usunięcia wpisów o Bańce, natomiast od Bańki chciał żądać tylko unikania przyszłej polemiki ze mną, czyli że Bańce w istniejących już i mających pozostać wystąpieniach wolno nadal bredzić i oszukiwać ludzi, a mnie nie wolno wykazywać, że Bańka bredzi i oszukuje. No cóż, mistrz dyplomacji... Odpowiednio mu odpisałem:


Sprawa ma też szerszy zasięg, który znowu poświadcza zakłamanie i obłudę tego grona. 

Otóż, jak wspomniałem, x. Stehlin zostawił wiernych ze swoją zaskakującą i niezrozumiałą dla nich decyzją, tudzież z kłamliwym uzasadnieniem wraz z szantażem emocjonalnym o rzekomym grzechu - może nawet ciężkim - w razie oporu wobec jego decyzji. Uzasadnienie było wprawdzie inne niż wobec mnie, ale również mętne i pokrętne, wskutek czego wierni byli zdani na domysły. Te domysły szły w kierunku doszukiwania się mojej winy, co dopiero pośrednio i stopniowo do mnie docierało. Wpierw nie przejmowałem się tym wcale. Jednak wiernym sprawa nie dawała spokoju i zaprosili mnie na spotkanie dnia 21 X w domu państwa S. w Jarosławiu, którzy zresztą należą do głównych utrzymujących działalność FSSPX w tym mieście. Z razu nie wyczułem stanu rzeczy, ale okazało się, że po pierwsze zostałem przesłuchany co do mojej wersji sprawy, a po drugie oczekiwano jakichś ruchów czy "poprawy" z mojej strony, by FSSPX łaskawie wyraziło zgodę na mój powrót do kaplicy. Z mojej strony zaoferowałem skontaktowanie się z x. Stehlin'em oraz z Jolantą N., która sprawiła bieg wydarzeń i ostatecznie taką a nie inną decyzję x. Stehlin'a. W podanej wyżej poczcie zacząłem od wyjaśnienia sprawy uzasadnienia jego decyzji wobec wiernych (z rezultatem jak wyżej). Dwa dni po spotkaniu dotarło do mnie, że syn państwa S., Michał S., który jest (czy był) głównym z ministrantów, twierdził, jakoby powodem decyzji x. Stehlin'a było moje nieposłuszeństwo co do formy Triduum. W skrócie: Michał S. twierdził, że x. Stehlin dał najpierw pozwolenie na starszą formę, ale potem odwołał pozwolenie, o czym ja zostałem rzekomo poinformowany, a mimo tego nie odstąpiłem od starszej formy. Michał S. twierdził, że wie to od x. Ettelt'a, ale wobec mnie nigdy takiego zarzutu nie wyraził, lecz wobec osób trzecich, co ponownie ukazuje mentalność i metody postępowania tego grona. Wobec tego poprosiłem go o wyjaśnienie, które okazało się znów zakłamane:



Podsumowuję: Michał S. stanowczo twierdzi, że byłem przez x. Ettelt'a informowany o wycofaniu zgody na starszą formę i to wycofanie zignorowałem. To jest oczywista nieprawda, skoro nawet we Wielkim Tygodniu x. Ettelt wiedział o tym, że będzie starsza forma, i w żaden sposób wobec mnie nie wspomniał o wycofaniu zgody x. Stehlin'a. Reszta nie jest istotna. Nawet gdyby Michał S. polecał mi kontaktowanie się z x. Hubertem Kuszpą, to niby w jakim celu, skoro o sprawie decydował jego przełożony czyli x. Stehlin? W takim stanie sprawy musiałem zażądać wyjaśnienia także od x. Ettelt'a: 


Odpowiedź otrzymałem wprawdzie znów mętną i pokrętną, jednak demaskującą, gdyż wynika z niej, że nie było żadnego wycofania zgody na starszą formę:



Musiałem jednak dopytać:


Otrzymałem odpowiedź:



Odpowiedź jest wprawdzie znów mętna i pokrętna, jednak obala jednoznacznie zarzut, jakoby było wycofanie zgody na starszą formę Triduum, które zlekceważyłem. Ponadto mówi wprost, że powodem decyzji x. Stehlin'a nie była sprawa Triduum, lecz treść niniejszego bloga. A to jest sprzeczne z uzasadnieniem podanym przez niego zarówno wobec mnie jak też wobec wiernych. 

Mamy więc do czynienia z rutynowym i bezwzględnym zakłamaniem. Tu nie chodzi o mnie, ponieważ robiłem to dla wiernych, nie dla siebie. To przede wszystkim wierni zostali nie tylko pozbawieni Mszy św. i spowiedzi w tygodniu, lecz zostali okłamani i oszukani. Tym samym stało się oczywiste, że x. Stehlin'owi nie zależy na sakramentach dla wiernych, lecz na dość specyficznie pojętym interesie FSSPX, nawet za cenę prawdy i udzielania sakramentów wiernym. To wierni utrzymują kaplicę w Jarosławiu, pokrywając koszty czynszu i opłat (obecnie 3000 zł miesięcznie), a drugie tyle (podobną sumę) wpłacają jako ofiarę na konto FSSPX, otrzymując za to od FSSPX tylko Msze św. w niedziele po południu (czyli FSSPX zarabia za jeden przyjazd przynajmniej 600-700 zł na czysto). I oczywiście traktowanie ich jak durne owce, którym x. Stehlin wmawia grzech nieposłuszeństwa, jeśli nie będą potulnie i "bez szemrania" przyjmować wszystkiego, co on zechce dla nich postanowić, nawet jeśli jest to na ich niekorzyść. 

Dla mnie osobiście ta historia jest bardzo pouczająca. Tak okazało się, kim niestety jest x. Karl Stehlin oraz FSSPX, o ile on je reprezentuje. Być może mieli nadzieję, że dla bezinteresownego posługiwania wiernym w ich kaplicy poświęcę ukazywanie prawdy na blogu, także tej niewygodnej dla nich. Głównym motorem decyzji x. Stehlin'a był przypuszczalnie x. Szymon Bańka, który ma widocznie dość ciekawą pozycję w FSSPX, mimo że jest w gruncie rzeczy nadętym pychą ignorantem, którego musi słuchać nawet sam x. Stehlin, posuwając się wręcz do oszukiwania wiernych. W każdym razie ta sprawa dość wyraźnie śmierdzi i ujawnia patologiczny stan wewnątrz FSSPX, który ma znamiona sekciarstwa. Tyle póki co pod rozwagę. 


Post scriptum 1

Ujęcie na obrazku pochodzi z wystąpienia x. Stehlina w kaplicy w Nagasaki:



Post scriptum 2

Akurat w tym samym czasie co afera jarosławska, czyli w tygodniach przed świętami wielkanocnymi 2023 r., rozegrał się dramat wewnętrzny w FSSPX w Polsce. Otóż x. Dawid Wierzycki - wspomniany w podanej wyżej korespondencji z x. Ettelt'em - porzucił kapłaństwo, a chyba też wiarę katolicką. Nie jest to błahy przypadek, gdyż jako bardzo młody kapłan był tzw. pierwszym asystentem przełożonego dystryktu Europy Środkowo-Wschodniej, czyli samego x. Karl'a Stehlin'a, czyli pierwszą osobą po nim w hierarchii całego dystryktu. 


To stanowisko świadczy o wyjątkowym, ogromnym zaufaniu wobec niego zwłaszcza ze strony x. Stehlin'a, ale też całego FSSPX. Jest bardzo znaczące, gdy akurat ktoś taki popełnia apostazję z kapłaństwa i chyba też z Kościoła. 
W maju 2024 r. przełożeni FSSPX oficjalnie ogłosili, że Dawid Wierzycki nie jest już kapłanem, przy czym chodzi o członkostwo w FSSPX. Nieoficjalnie krążą pogłoski, że równocześnie z opuszczeniem placówki FSSPX w marcu 2023 r. związał się z kobietą. Zaś obecnie tak oto prezentuje swoje usługi w internecie:


Cóż, tragiczna historia. Aczkolwiek, przyznam szczerze, w kontekście moich doświadczeń z FSSPX nie jest zaskakująca. On przynajmniej miał odwagę wyciągnąć konsekwencje z faktu utraty wiary, którą otrzymał od FSSPX i która mu zapewniła zawrotną karierę w strukturach FSSPX. Także to jest owoc, po którym można poznać. 

Jakie są obecnie przepisy co do miejsca celebracji?


Niedawno (tutaj) przedstawiłem stan prawny co do miejsca celebracji Mszy św. według Kodexu Prawa Kanonicznego z 1917 r., który obowiązywał do wydania nowego Kodexu w 1983 r. 

Nowy Kodex w tej sprawie daje regulację o wiele luźniejszą:

- Celebrować należy w miejscu świętym, czyli poświęconym do kultu Bożego, o ile w poszczególnym przypadku nie ma konieczności celebrowania w innym miejscu. 

- W tym ostatnim przypadku jedynym wymogiem jest, że ma to być miejsce godziwe (locus honestus) wyposażone w "odpowiedni stół" z obrusem i korporałem.

- Do celebrowania w innym miejscu (miejscu godziwym) nie jest konieczne pozwolenie ani Stolicy Apostolskiej, ani biskupa miejsca czy przełożonego zakonnego. 

- Nie jest podana definicja miejsca świętego (locus sacrus), czyli nie jest wymagane oficjalne poświęcenie tego miejsca czy pozwolenie ordynariusza miejsca na poświęcenie. 

- Wyraźnie pozwolenie ordynariusza miejsca jest wymagane jedynie w przypadku celebrowania w świątyni należącej do wspólnot niekatolickich. 

Gest rozłożonych rąk w liturgii


 

Liturgia tradycyjna nie reguluje przepisami postawy wiernych. Są jednak teologiczne i pobożne reguły. Główną regułą jest dostosowanie się do postawy asysty przy ołtarzu (bądź ministrantów). Tak więc w liturgii katolickiej obowiązuje wiernych składanie rąk jako wyraz postawy oddania i służby. Jedynie celebrans rozkłada ręce w odpowiednich momentach, mianowicie zarówno gdy zwraca się do Boga w modlitwie wstawienniczo-kapłańskiej, jak też gdy zwraca się ku ludowi. Ten gest oznacza więc kapłańskie pośrednictwo na mocy kapłaństwa Chrystusowego. Naśladowanie celebransa w rozkładaniu rąk wynika z fałszywej teologii protestanckiej, która neguje kapłaństwo hierarchiczne. 

Czy x. Karol Wojtyła otrzymał indult od kard. Stefana Wyszyńskiego?

 


Kwestia pojawiła się w związku z dość powszechnie rozplenionym obecnie nadużyciem tzw. mszy polowych. 

Otóż obrońcy tego nadużycia wskazują na słynną sprawę młodego x. Karola Wojtyły, który rzekomo otrzymał od samego Prymasa Polski indult na nieprzestrzeganie przepisu prawa kościelnego co do miejsca celebracji Mszy św. 

Zacznijmy od odnośnego, obowiązującego wówczas kanonu Kodexu Prawa Kanonicznego (z 1917 r.):


Tak więc prawo stanowi:
- Mszę św. należy celebrować na konsekrowanym ołtarzu w kościele bądź oratorium konsekrowanym bądź pobłogosławionym. 
- Przywilej ołtarza przenośnego udzielany jest na mocy czy to prawa czy to indultu jedynie Stolicy Apostolskiej. 
- Ten przywilej należy rozumieć tak, że zawiera zdolność do celebrowania wszędzie, aczkolwiek w miejscu godziwym i godnym, oraz na poświęconym kamieniu ołtarzowym (z relikwiami), lecz nie na morzu. 
- Ordynariusz miejsca, bądź w przypadku zakonów przełożony wyższy może ze sprawiedliwej i rozumnej przyczyny w nadzwyczajnych i jednostkowych przypadkach udzielić pozwolenia na celebrowanie poza kościołem i oratorium na poświęconym kamieniu ołtarzowym i w miejscu godnym, ale nigdy w sypialni. 

Nietrudno dostrzec wieloraki zgrzyt w zestawieniu z powyższym "dekretem" Prymasa Polski: 

Po pierwsze, indultu na używanie ołtarza przenośnego - jak każdego innego indultu - może udzielić wyłącznie Stolica Apostolska (jedynie prawodawca, czyli Stolica Apostolska, może w poszczególnym przypadku zwolnić od obowiązku przestrzegania prawa, NIKT inny). 

Po drugie, Prymas Polski nie był ani ordynariuszem miejsca w sprawie x. Wojtyły, ani jego przełożonym zakonnym, nie mógł więc wydać także pozwolenia według §4. 

Po trzecie, nie ma żadnego dokumentu na to, by kard. Wyszyński otrzymał jakiekolwiek specjalne uprawnienia od papieża. 

Po czwarte, jeśli by kard. Wyszyński otrzymał od Stolicy Apostolskiej specjalne uprawnienia, to wyłącznie dla spraw pilnych i wielkiej wagi dla Kościoła w Polsce. Taką sprawą z całą pewnością nie była zachcianka x. Wojtyły, żeby sobie pokajakować czy powędrować z młodymi naiwnymi.

Po piąte, indult jest instrumentem prawnym zastrzeżonym wyłącznie papieżowi, tzn. tylko papież ma władzę udzielenia indultu, czyli zwolnienia w określonym zakresie z obowiązku przestrzegania ogólnego prawa w jakiejś sprawie. Żaden papież NIGDY nie delegował ani nie aprobował udzielania indultu przez kogokolwiek i gdziekolwiek.

Po szóste, jest wręcz groteskowym szyderstwem z prawa kościelnego i z władzy papieskiej, gdy ktoś na mocy rzekomych - a raczej urojonych, bo niczym nieudokumentowanych - specjalnych uprawnień uzurpuje sobie prawo do stosowania instrumentu prawnego zastrzeżonego papieżowi i to dla tego typu sprawy, czyli wycieczek wakacyjnych. 

Po siódme, zarówno kard. Wyszyński jak też x. Wojtyła zapewne znali odnośny kanon Kodexu, bo to jest elementarz kapłański. Obydwaj działali więc z premedytacją i w zakłamaniu. Tym samym żyli w grzechu ciężkim i w takim stanie celebrowali Msze św., czyli świętokradzko. Nic nie wiadomo co do tego, by tego grzechu żałowali, przeprosili publicznie i za niego pokutowali. Wręcz przeciwnie: to skandaliczne postępowanie jest obecnie przedstawiane jako usprawiedliwienie dla aktualnych nadużyć. 

Czy mesjanizm jest herezją?


Kilka lat temu Paweł Rojek, filozof z Krakowa, podjął się przedstawienia problemu mesjanizmu polskiego w serii wykładów na yt. O ile z uznaniem mogę pochwalić jego przygotowanie tematu i sposób prezentacji, o tyle nie jestem w stanie zgodzić się z jego tezą końcową. Zmierza on bowiem do wykazania zgodności mesjanizmu z katolicyzmem, nawet wręcz zakorzenienia i wewnętrznej przynależności do katolicyzmu. 

Nie będę w tym miejscu obalał danych szczegółowych, na których P. Rojek opiera tę swoją główną tezę. Jego prezentacja jest jedynie pewnym szkicem, przeglądem i syntezą problemu, zresztą dość udaną. Brakuje w niej jednak znajomości rdzennej, tradycyjnej doktryny katolickiej, przynajmniej jej zastosowania. P. Rojek zadowala się wykazaniem - aczkolwiek także dyskusyjnym - powiązań i zgodności mesjanizmu polskiego z myśleniem jednego z prekursorów neomodernizmu dominującego na Vaticanum II, jezuity Henri de Lubac'a, a zwłaszcza Karola Wojtyły/ Jana Pawła II.

Mówiąc w skrócie i uproszczeniu: mesjanizm jest herezją. Pomijam tutaj ewidentne powiązania mesjanizmu z ideologią tzw. oświeceniową i heglizmem. O tym można samodzielnie doczytać. To jest elementarna wiedza z historii idei. Ograniczę się do poruszenia dwóch zasadniczych, kardynalnych błędów mesjanizmu, które uniemożliwiają pogodzenie go z katolicyzmem. 

Po pierwsze, fundamentalnym błędem mesjanizmu jest kolektywizm, czyli kolektywne, zbiorowe ujmowanie pojęcia "namaszczeńca", czyli mesjasza w znaczeniu starotestamentalnym: mesjaszem nie jest Osoba Jezusa Chrystusa, lecz naród żydowski. Ten zabieg został pierwotnie dokonany w faryzeiźmie, czyli judaiźmie talmudycznym, oczywiście w opozycji i wrogości do postaci Jezusa Chrystusa. Kolektywizm zresztą prosperuje obecnie we współczesnym żydowskim mesjaniźmie. 

Nie trudno więc zauważyć, iż słynne określenie "Polska Chrystusem narodów" jest niczym innym jak przejęciem żydowskiego bluźnierczego odrzucenia jedynej, niepowtarzalnej i wyłącznej godności Jezusa Chrystusa. 

Podjęta przez P. Rojka próba usprawiedliwienia tego zabiegu przez podniesienie osobistej relacji do Chrystusa i Jego obecności w człowieku, zwłaszcza cierpiącym, jest oczywiście chybiona. Czym innym jest osobista relacja z jedynymi prawdziwym Mesjaszem, a czym innym przynależność do kolektywnego "mesjasza", jakim miałby być naród czy to żydowski, czy polski. 

Drugim fundamentalnym błędem mesjanizmu, zresztą również pochodzącym z religii faryzejskiej, jest sekularyzm, czyli ujmowanie Królestwa Bożego i dążenie do niego jako do rzeczywistości doczesnej społeczno-politycznej. Jest to oczywiście dość prymitywne zafałszowanie Ewangelii czy raczej jej odrzucenie. Wszak według świadectw nowotestamentalnych Jezus Chrystus został znienawidzony przez przywódców narodu żydowskiego i skazany na śmierć właśnie za to, że nie głosił dobrobytu i wyzwolenia spod jarzma rzymskiego, czyli wolności politycznej, lecz wolność od grzechu, który wykazywał zwłaszcza elitom narodu. 

Nie są więc przypadkowe umizgi modernistów spod znaku Vaticanum II do żydów, w tym zwłaszcza Jana Pawła II. Jak zresztą P. Rojek słusznie zauważa, nawet słynne jego określenie "starsi bracia" w odniesieniu do żydów w pochodzi od jednego z głównych protoplastów mesjanizmu, od Andrzeja Towiańskiego. 

Nie jest też przypadkowe - choć oczywiście absurdalne - mówienie o "nowej Pięćdziesiątnicy" w w odniesieniu do Vaticanum II czy ostatniego przełomu tysiącleci. Wszak już August Cieszkowski bredził o "parakletyźmie" ("parakletos" to określenie Ducha Świętego w Nowym Testamencie) w znaczeniu spełnienia mesjańskiego. 

W tym znaczeniu religia wojtyliańska jest dość wyrazistym gruntem dla obecnego pontyfikatu, mimo wielu różnic czy nawet sprzeczności. Zresztą w myśleniu hegeliańskim sprzeczności są po to, by spotkały się i zlały w syntezie. Temu właśnie ma służyć bergogliańska taktyka chaosu, z którego ma się stale wyłaniać nowość, ale tylko taka, która idzie w parze z agendą możnych tego świata. Już nie Jezus Chrystus ma być stałym i danym raz na zawsze w historii odniesieniem, lecz tożsamość kolektywna, oczywiście kontrolowana i sterowana raz to uciskiem i męczeństwem, a raz wyniesieniem na wysokości i uwielbieniem. 

W ten proces legitymizowania fałszywej i bluźnierczej ideologii tzw. mesjanizmu - korzeniami faryzejsko-żydowskiego, choć sprzedawanego pokoleniom Polaków jako polskiego - niestety wpisał się skądinąd inteligentny i pracowity Paweł Rojek. 

Pod względem teologicznym mesjanizm jest dokładniej mówiąc przede wszystkim herezją soteriologiczną, czyli dotyczącą zbawienia, zarówno co do jego podmiotu, czyli zbawcy, jego przedmiotu, czyli człowieka, jak też sposobu i celu. 

Kolektywizacja pojęcia Mesjasza jest, jak już wspomniałem, bluźnierstwem i apostazją, gdyż neguje jedyną godność i misję Jezusa Chrystusa. Ani naród, ani nawet Kościół nie jest i nie może być Mesjaszem, nawet w rozumieniu Kościoła jako Mistycznego Ciała Zbawiciela. To Zbawiciel działa przez Swoje Mistyczne Ciało i w nim, a nie to Ciało samo w sobie i ze siebie samego. De facto nie każde działanie Kościoła i jego członków jest działaniem Zbawiciela, ponieważ Kościół działa także na zasadzie niekoniecznych i zmiennych przepisów prawa kościelnego, które nie pochodzą z Bożego Objawienia, zaś członkowie Kościoła popełniają grzechy, nawet ci, którzy w końcu zostają świętymi. 

Przedmiotem zbawienia w pojęciu katolickim jest człowiek pod względem grzechu i jego skutków, nie pod względem ograniczenia wolności osobistej czy zbiorowej, niepodległości państwowej, dobrobytu itd. Owszem, wybawienie od grzechów, czyli uświęcenie ma też wymiar doczesny i konsekwencje doczesne, także społeczne, jednak początkiem fundamentalnym procesem zbawienia jest przemiana duchowa, czyli poznanie prawdziwego Boga w Jezusie Chrystusie oraz życie według prawa Bożego. Gdy nie ma przemiany duchowej, czyli nawrócenia, które jest głównym wezwaniem w Ewangelii, to dążenie do przemian społecznych, politycznych, kulturowych itp. jest przynajmniej naiwne, a nawet wręcz fałszywe i z pewnością nieskuteczne w znaczeniu celu zarówno duchowo-indywidualnego jak też społecznego. Dowodem jest zarówno komunizm jak też obecnie np. państwo położone w Palestynie, gdzie właśnie w imię fałszywego mesjanizmu (a tym jest także syjonizm) dokonuje się zbrodni na rdzennych mieszkańcach tego kraju. 

Wiąże się z tym oczywiście droga zbawienia i jego cel. Pan Jezus powiedział o Sobie, że jest Drogą, Prawdą i Życiem (J 14,6). W tzw. mesjaniźmie zawęża się - i tym samym fałszuje - sposób zbawienia do cierpienia i to rozumianego dość specyficznie (tzw. pasjonizm). Natomiast w katolickim rozumieniu drogą zbawienia jest więź z Jezusem Chrystusem i naśladowanie Go. Oczywiście ma to wymiar zarówno indywidualny jak też społeczny. Jednak zawsze podstawą i początkiem jest osobiste nawrócenie poprzez wiarę w Ewangelię, oraz miłość Boga i bliźniego, a nie przemiany społeczno-polityczne. Tak więc cierpienie nigdy nie jest wartością samą w sobie, ani nie jest istotą drogi Zbawienia. 

Podobnie ma się sprawa z celem zbawienia w rozumieniu katolickim. Istotą jest zbawienie duszy nieśmiertelnej, ponieważ zarówno życie doczesne, jak też warunki społeczno-polityczne są zmienne i przemijające. Fałszywe jest też dążenie do zbudowania Królestwa Bożego na ziemi, gdyż jest to utopia sprzeczna z Ewangelią, a typowa dla systemów totalitarnych. Królestwo Boże zostało już założone przez Jezusa Chrystusa. Inne próby zbudowania go mogą być jedynie parodią bądź fałszerstwem i to z reguły o tragicznych, zbrodniczych skutkach. 

Czy używanie biretu w liturgii jest dowolne?



Niestety dotarł do mnie następny popis ignorancji i obłudy w sosie typowego zadowolenia ze siebie. Sam temat poruszałem już tutaj dość wyczerpująco. Teraz pozostaje uzupełnienie w odniesieniu do popisu x. Szymona Bańki FSSPX.

Zaczyna on typowo od szydery z pytania, które jest widocznie niewygodne: 


Następnie niby przechodząc do rzeczy kpi sobie z prawa kościelnego i zdrowego rozsądku: 


Po pierwsze, typowe jest, że w obliczu braku merytorycznych argumentów x. Bańce pozostaje bezczelna szydera zarówno z samego pytania jak też z pytającego. Dla x. Bańki biret jest kwestią "modową". Tym samym okazuje on pogardę dla rubryk liturgii, o którą FSSPX rzekomo walczy i dla której się rzekomo poświęca. We wspomnianym wyżej wpisie wykazałem jednoznacznie, że także rubryki z 1962 r. - wbrew kłamliwej "narracji" FSSPX i jego wyznawców - wyraźnie nakazują używanie biretu w liturgii. 

Po drugie, biografia abpa M. Lefebvre'a jest zupełnie nieistotna w tej kwestii. Nie ma żadnych dowodów czy choćby poszlak dla twierdzenia, jakoby w Afryce przepis rubryk co do nakrycia głowy nie obowiązywał. Jeśli abp M. Lefebvre już jako misjonarz w Afryce regularnie łamał tę rubrykę bez konieczności narzuconej przez obiektywne okoliczności, to wykazywał w ten sposób przynajmniej lekceważenie dla rubryk i popełniał grzech ciężki. 

Po trzecie, nawet jeśli abp M. Lefebvre będąc misjonarzem w Afryce miał powody do łamania tej rubryki, to zupełnie nic nie wskazuje na to, by powody te istniały w Europie, gdzie założył FSSPX. Tym samym powoływanie się przez x. Bańkę na "tradycję bractwa" jest o tyle chybione, że praktykowanie łamania rubryk przez "bractwo" w żaden sposób nie usprawiedliwia tego łamania. Ponadto na tym przykładzie widać, że "bractwu" daleko jest do wierności liturgii tradycyjnej, lecz raczej stworzyło swoją własną "tradycję", co jest typowe raczej dla sekt, nie dla wspólnot i instytutów kościelnych. 

Po czwarte, żadne nadużycie czyli łamanie rubryk nie może być tradycją katolicką, ani prawem. Owszem, kodex prawa kanonicznego przewiduje coś takiego jak prawo zwyczajowe, czyli zalegalizowanie praktyki wcześniej nie przewidzianej w prawie. Mówi jednak wyraźnie, że prawem zwyczajowym nie może stać się praktyka sprzeczna wprost z obowiązującym prawem. Tak więc nieużywanie biretu w liturgii tradycyjnej zawsze pozostanie nadużyciem, gdyż jest sprzeczne z rubrykami, i nigdy nie może stać się prawem zwyczajowym ("tradycją bractwa"), nawet na zasadzie dowolności. 

Po piąte, skoro FSSPX przynajmniej w Polsce pozostawia używanie biretu dowolności swoich członków, to tym samym poddaje dowolności stosowanie rubryk, czyli pozwala na praktykowanie nadużycia. Między bajki więc należy włożyć lansowany mit o rzekomym heroicznym zaangażowaniu FSSPX dla wierności liturgii tradycyjnej. FSSPX jest heroicznie wierne raczej swojej "tradycji" czy raczej obłudnej, zakłamanej praktyce, zamiast przyznać się do błędu i się nawrócić. Dopóki tego nie uczyni, będzie bardziej podobne do hipokryzyjnej sekty niż do wspólnoty katolickiej. 

Po szóste, należy zwrócić uwagę na właściwe pochodzenie nieużywania biretu w FSSPX. Jest to skrzętnie przemilczany przez nich fakt, że abp M. Lefebvre w pierwszych latach po Vaticanum II przyjął Missale z 1965 roku, który był pierwszą i właściwą realizacją konstytucji o liturgii, przy czym właśnie nie przewidywał używania biretu. Dopiero na początku lat 1970-ych abp Lefebvre przeszedł wraz z FSSPX na Missale z 1962 roku, ale widocznie nie do końca, lecz w formie mieszanej, gdyż z jednej strony odrzucił używanie biretu, a z drugiej zachował - co jest oczywiście chwalebne - tzw. trzecie Confiteor (przed Komunią), którego nie ma już w Missale z 1962 r. Tak więc założyciel FSSPX wraz ze swoimi zwolennikami dość luźno, wybiórczo i dowolnie podchodził do rubryk, mimo że oficjalnie kreował się na zbawiciela liturgii tradycyjnej. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 30.4.2024): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:



Jak pokazuje statystyka, codziennie korzysta z bloga średnio ponad 1000 i więcej osób, w zależności od częstotliwości nowych wpisów. Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar.  

Za wsparcie bloga - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784



Dla przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Czy o. Koń obroni ofiarowanie Bóstwa?

Odpowiadając krótko: szczerze wątpię.  

Oto powody.

Franciszkanin o. Koń (powyżej zrzut z jego bloga) bohatersko podjął się obalania wytoczonych tutaj argumentów przeciw koronce s. Faustyny (przynajmniej w wersji podanej przez x. Sopoćkę) a właściwie w całej sprawie s. Faustyny. Skoro "koroneczka" zawiera bardzo poważny błąd teologiczny wykazujący myślenie według herezji ariańskiej, a ta "koroneczka" została - według "Dzienniczka" - podyktowana rzekomo przez samego Pana Jezusa, to mamy do czynienia z niebywałym oszustwem i systemowym oszukiwaniem katolików w celu zwiedzenia ich do herezji, a właściwie do apostazji ariańskiej. 

Jakie to działa o. Koń bohatersko wytacza (a podobno przygotowuje nawet książkę obalającą moje - a właściwie nie tylko moje - zarzuty)?

Pierwszym ciosem o. Konia jest powołanie się na holenderskiego jezuitę Korneliusza van den Steen, znanego pod łacińską wersją nazwiska A Lapide (zm. 1637). Był wykładowcą exegezy biblijnej najpierw w Lovanium (Belgia), a następnie w Rzymie. Jest autorem komentarzy do większości ksiąg biblijnych. Teologicznie nie zajmował się niczym innym. Jego komentarze świadczą rzeczywiście o znajomości języków biblijnych oraz wcześniejszych dzieł exegetycznych, nie wykazują one jednak myślenia systematyczno-teologicznego. Innymi słowy: dogmatyka katolicka, wyczulona na precyzję pojęciową, była mu dość obca. Istotne jest także, że jego komentarze zostały wydane dopiero w 1681 r. w Antwerpii, czyli długo po jego śmierci, tak więc nie miał on wpływu na treść i jakość wydania, a pomyłki czy wręcz zmiany redaktorskie wówczas nie były rzadkością, zwłaszcza gdy drukowały wydawnictwa niekatolickie.

O. Koń wskazuje na fragment w komentarzu o. Korneliusza do Ewangelii św. Mateuszowej. Brzmi on następująco (źródło tutaj - wydanie poprawione z 1747 r. z wydawnictwa niemieckiego Veith z siedzibami w Augsburg‘u i Würzburg‘u, nie opatrzone "nihil obstat" władzy kościelnej, str. 68-69): 



Istotny jest tutaj kontext, niestety zupełnie pominięty przez o. Konia. Otóż Korneliusz (zakładając, że te słowy pochodzą od niego, co wcale nie jest pewne) usiłuje dokonać alegorycznej interpretacji trzech darów Mędrców ze Wschodu, odnosząc je do Ofiary Chrystusa na Krzyżu. Jest to oczywiście bardzo karkołomne przedsięwzięcie, sprzeczne z zasadami exegezy biblijnej, gdzie podstawą i granicą jest zawsze sens literalno-historyczny. Oto główne zdanie w tłumaczeniu roboczym:

"Natomiast Chrystus ofiarował Przenajświętszej Trójcy trzy dary, to jest ciało, duszę i bóstwo, i tak też chrześcijanie ofiarują Jej [Trójcy] akty wiary, nadziei i miłości."

Tak więc, po pierwsze, mamy tu wręcz karygodne pomieszanie teologiczne: darów Mędrców z Ofiarą Chrystusa na Krzyżu, z chrystologiczną triadą (ciało, dusza, bóstwo) oraz z cnotami teologalnymi. Jedynym wspólnym mianownikiem tych wątków teologicznych jest troistość, nic więcej. Jest to więc dość dobitny przykład na kiepską dogmatycznie jakość myślenia teologicznego tego jezuity, oczywiście zakładając, że to zdanie w takiej postaci pochodzi w całości od niego. W każdym razie już pod względem uporządkowania teologicznego jest to zdanie, którego autor powinien się wstydzić. 

Po drugie, zdanie to zawiera ewidentny absurd w sformułowaniu tego, co Chrystus ofiarował. Jakie Bóstwo Chrystus ofiarował Trójcy Przenajświętszej, do której Sam przynależał? Chyba że autor zakłada, iż Bóstwo Chrystusa było inne niż Bóstwo Drugiej Osoby Boskiej, a tak właśnie głosi herezja ariańska. Chyba że założenie jest z gruntu absurdalne, oznaczając, że Jezus Chrystus miał dwa Bóstwa: jedno Bóstwo jako Chrystus, czyli to ofiarowane, oraz drugie Bóstwo jako Drugiej Osoby Boskiej. 

Po trzecie, jest tutaj jednak istotna różnica względem koronki s. Faustyny, gdzie jest mowa o ofiarowaniu Bóstwa OJCU, nie Trójcy Przenajświętszej. Otóż według dogmatyki katolickiej (przykład: Ludwig Ott, Katholische Dogmatik) Syn Boży - wraz z Ojcem i Duchem - był adresatem Ofiary Krzyżowej, nie tylko jej podmiotem (w bosko-ludzkiej Osobie). Tak więc ofiarowanie Bóstwa Chrystusa Ojcu jest znacznie wyraźniejszą negacją współistotności Syna i Ojca, gdyż jest ono logiczne tylko przy założeniu, że Bóstwo Syna nie jest tożsame z Bóstwem Ojca (jak głosi herezja ariańska). 

Tak więc ten argument o. Konia nie jest w stanie obronić koronki s. Faustyny. Polega on na braku solidnej analizy teologicznej. 

Drugi cios o. Konia ma być w jego zamierzeniu już powalający. Otóż powołuje się on na dzieło XIX-wiecznego dogmatyka niemieckiego, x. Matthias'a Scheeben'a, słusznie polecanego także przez wielu teologów współczesnych. O. Koń wstawia cytat z jego głównego - choć nie największego - dzieła pt. Die Mysterien des Christentums. Tak się składa, że znam to dzieło, i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że o. Koń się myli w swoim argumentowaniu, a widocznie nie przeczytał tego dzieła w całości, choć próbuje się posługiwać jego fragmentem w sposób nierzetelny, pomijając jego kontext oraz całość myślenia x. Scheeben'a. Innymi słowy: o. Koń pozwala sobie na manipulację i to dość prymitywną. Wyjaśniam:

1. Podany przez o. Konia fragment jest zupełnie nie w temacie, ponieważ mówi o "zadatku (Pfand) Ducha Świętego" w człowieku, a nie o ofiarowaniu Bóstwa Ducha Świętego. Jeśli o. Koń nie potrafi czy nie chce odróżnić tych spraw, to niestety nie jestem w stanie mu pomóc, ponieważ chodzi o elementarną logikę. Owszem, mówi się potocznie, także w języku biblijnym - i o tym właśnie jest rozdział w książce x. Scheeben'a -, że Duch Święty zamieszkuje w człowieku, że człowiek jest świątynią Ducha Świętego itp. Jednak teolog ma obowiązek myślenia precyzyjnego, naukowego, porządkującego i krytycznego także wobec sformułowań biblijnych w tym znaczeniu, że jego zadaniem jest interpretowanie i wyjaśnianie treści Pisma św. i jego poszczególnych fragmentów w zgodności z całym nauczaniem Kościoła, do którego należą przede wszystkim dogmaty wiary katolickiej. Innymi słowy: ani w tym fragmencie, ani w żadnym innym x. Scheeben nie mówi, jakoby człowiek - czy też sam Jezus Chrystus - ofiarowywał czy choćby mógł ofiarowywać Bóstwo Ducha Świętego. 

2. Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że o. Koń nie przeczytał książki x. Scheeben'a, na którą się powołuje. Otóż nieco dalej, w § 65 (od strony 356) x. Scheeben dość solidnie wykłada, na czym polega Ofiara Jezusa Chrystusa. Oczywiście nie mogę tutaj zreferować całości. Ograniczę się do głównych i istotnych treści, które jednoznacznie wykluczają choćby nawet możliwość myślenia, że Jezus Chrystus złożył ofiarę ze Swojego Bóstwa. 

- Przez ofiarę w najszerszym sensie rozumiemy ofiarowanie komuś jakiejś rzeczy, żeby okazać mu miłość i oddanie. 

- Pierwszą istotną cechą aktu ofiarowania jest, że zachodzi realna różnica między ofiarnikiem i jego darem ofiarnym.

- Drugą istotną cechą jest, że w rzeczy ofiarowanej zachodzi realna i widzialna zmiana, która wyraża oddanie się ofiarnika. 

- Najważniejszą cechą ofiarowania jest zewnętrzne oddanie jakiejś rzeczy Bogu. W sposób doskonały wyraża to zniszczenie bądź unicestwienie rzeczy ofiarowanej, bądź przynajmniej oddanie Bogu na wyłączną własność. 

Jakże o. Koń jest w stanie pogodzić te podniesione przez x. Scheeben'a istotne znamiona ofiarowania z ofiarowaniem Bóstwa Jezusa Chrystusa? Wygląda więc na to, że o. Koń albo nie doczytał, albo po prostu oszukuje na doraźny użytek. 

Kto może przyjąć Komunię duchową?



Chodzi o następującą wypowiedź metropolity wrocławskiego (źródło tutaj): 

Abp J. Kupny niestety popisał się tutaj elementarną niewiedzą w temacie tzw. Komunii duchowej. Miejmy nadzieję, że tylko niewiedzą. Otóż Komunia duchowa nie jest dla wszystkich, lecz dla tych, którzy są dysponowani do przyjęcia Komunii św. sakramentalnej, czyli są w stanie łaski uświęcającej, a z powodu obiektywnych przeszkód nie mogą jej przyjąć. 

Sobór Trydencki rozróżnia bowiem trzy rodzaje Komunii św. (Sessio XIII, cap. VIII):


- Kto będąc w stanie grzechu ciężkiego przyjmuje Komunię św., ten przyjmuje tylko sakramentalnie.

- Kto pragnie Komunii św. z wiarą i miłością, a nie ma możliwości przyjęcia sakramentalnego, ten przyjmuje tylko duchowo. 

- Kto przyjmuje Komunię św. będąc w stanie łaski uświęcającej, ten przyjmuje sakramentalnie i duchowo. 

Nie ma ŻADNEGO dokumentu Kościoła ani tradycyjnego, ani "posoborowego", który by zachęcał czy choćby dopuszczał przyjmowanie Komunii duchowej przez osoby w stanie grzechu ciężkiego. Nie ma też żadnej oficjalnej wypowiedzi ani Jana Pawła II, ani Benedykta XVI, która by dopuszczała przyjmowanie Komunii św. duchowej przez osoby żyjące w grzechu ciężkim. Wypowiedź Benedykta XVI ze spotkania w Mediolanie 2.VI.2012 brzmi w oryginale (źródło tutaj):


Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że jest to przemówienie, lecz spontaniczna odpowiedź na pytanie jednej rodziny z Brazylii. Po drugie, Benedykt XVI nie mówi tutaj o Komunii duchowej, lecz o jedności duchowej z Chrystusem w Jego Mistycznym Ciele, jakim jest Kościół. Chodzi więc o zupełnie inną kwestię. Tak więc abp Kupny albo nie przeczytał uważnie tych słów, albo z rozmysłem jest przekręcił i popełnił fałszujące nadużycie. 


Czy jesteśmy manipulowani?


Temat jest rzeczywiście ważny i aktualny. Powyższe uwagi są zgodne z moimi spostrzeżeniami i reflexjami. 

Jest oczywiste, że przemiany polityczno-społeczne od 1989 roku, zapoczątkowane zresztą już w stanie wojennym od 1981 roku (jest oczywiste, że wprowadzony przez Wojciecha Jaruzelskiego stan wojenny służył odpowiedniemu przygotowaniu takiej transformacji ustrojowej, która by zapewniła ciągłość mentalnościową i też personalną z okresem PRL-u), nawiązują bardziej do wzorców piłsudczykowsko-masońskich niż do myśli narodowościowo-politycznej dmowszczyków. Ma to swój wyraz zwłaszcza w edukacji, która przejawia wręcz zadziwiającą ciągłość z okresem PRL-u. Innymi słowy: od pokoleń już II RP wpajana jest nam odgórnie fałszywa ideologia pseudoreligijno-polityczna, posługująca się głównie twórczością romantyczną, zresztą dość powierzchownie i niemal bezkrytycznie ujmowaną. Ma to obecnie wymiar zarówno polityczno-społeczny i państwowy, jak też kościelny. 

Istotne jest, że katolicyzm polski jest już od okresu II RP wewnętrznie fałszowany, co oczywiście nasiliło się w okresie PRL-u, zwłaszcza w epoce przywództwa duetu Wyszyński-Wojtyła. 

Charakterystycznym przykładem fałszowania wiary katolickiej już przed II wojną światową jest choćby "tłumaczenie" aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, gdzie słowa "populum olim electum" ("lud niegdyś wybrany") zostały "przetłumaczone" jako "naród niegdyś szczególnie umiłowany", co jest oczywiście fałszerstwem i bluźnierstwem. Innym przykładem jest wprowadzenie już wtedy używania krzyża jako wieszaka na stułę i to akurat w okresie paschalnym (więcej tutaj). 

Nowszymi, a nie mniej haniebnymi dowodami na wewnętrzną erozję katolicyzmu akurat pod rządami i wpływem wojtylianizmu są takie pionierskie wynalazki episkopatu polskiego jak "dzień judaizmu" i "dzień islamu". 

Owszem, generalnie można powiedzieć, że stan katolicyzmu w Polsce jest póki co nadal jeszcze znacznie lepszy niż na tzw. Zachodzie czy w innych krajach europejskich. Wynika to z rozpędu ideologiczno-duchowego z epoki wojtylianizmu. Jednak także pod tym względem przejawy schyłkowości, a nawet wręcz zapaści, są ewidentne: spadek frekwencji sakramentalnej, zapaść liczby powołań, a nade wszystko rozdźwięk między zasadami moralności katolickiej a faktycznymi wyborami na każdej płaszczyźnie, począwszy od osobistej, poprzez rodziny i samorządy, aż po najwyższe urzędy w państwie. 

Podejmowane przez hierarchię próby zatrzymania tego trendu - zresztą nieporadne i desperackie - są oczywiście skazane na klęskę. Nie można budować wiary i obyczajów młodego pokolenia przez nachalny i nierzadko wręcz groteskowy kult prymasa Wyszyńskiego, Jana Pawła II, s. Faustyny, x. Sopoćki, x. Blachnickiego, Ulmów itp. Młodzież nie kupuje bezkrytycznie exaltowanych przeżyć swoich rodziców i dziadków, i słusznie. Jeśli komuś się wydaje, że uratuje Kościół i wiarę w narodzie przez "dni papieskie", czy choćby peregrynacje obrazu jasnogórskiego, takich czy innych relikwij, i to w oderwaniu od trzeźwych zasad wiary katolickiej, ten albo nie zna właściwej wartości i doniosłości Kościoła, albo nie zna młodzieży, albo jednego i drugiego. 

Siłą Kościoła Chrystusa była zawsze prawda. Jeśli ktoś w imię zatrzymania ludzi w Kościele czy przyciągnięcia ich posługuje się kłamstwem, oszustwem, tandetą intelektualną, manipulacją emocjonalną itp., temu brakuje nie tylko elementarnej mądrości, lecz także szacunku dla ludzi, zwłaszcza normalnych i trzeźwo myślących. 

Tutaj nie trzeba wymyślać ani nowych treści, ani nowych metod, zwłaszcza zaczerpniętych od protestantów (jak to czynią tzw. ruchy czy ośrodki "nowej ewangelizacji", które są właściwie ośrodkami protestantyzacji). Jedynym ratunkiem jest powrót do niezafałszowanego przez modernizm nauczania katolickiego, oczywiście wraz z powrotem do katolickich sakramentów i nauczania katolickich obyczajów. 

Czy katolik powinien być zawsze miły?


Chodzi o wystąpienie tej pani:


Nie znając autora pytania, oczywiście nie jestem w stanie odpowiedzieć, czy i w jakim stopniu rozważania tej pani trafnie dotyczą jego osobowości. Mogę jedynie wyrazić ogólne uwagi o jej wystąpieniu.

Otóż reprezentuje ono dość typowy sposób podejścia do problemów osobowościowych, powszechny u większości - czy niemal u wszystkich - współczesnych psychologów czy to amatorów czy z dyplomami akademickimi i tytułami naukowymi. Widać w nich fundamentalną słabość współczesnej psychologii, polegającą na braku metody naukowej zarówno formalnie jak i materialnie. Istotne jest, że istnieje nie tylko wiele szkół i nurtów w psychologii, lecz że są one wewnętrznie skłócone. Wynika to głównie z braku jasnych założeń antropologicznych, a raczej z braku reflexji nad nimi i dyskusji o nich, choć te założenia są nieuchronnie obecne. Sprawia to brak jasności pojęć i solidnej metodologii, co uniemożliwia charakter naukowy tej dyscypliny wiedzy, mimo, że od wielu dziesięcioleci ma ona swoje stałe miejsce w nauczaniu uniwersyteckim.

W skrócie: ta pani prezentuje mieszankę mniej czy bardziej trafnych życiowych spostrzeżeń i porad. Nic więcej. Jedynym uzasadnieniem i to podawanym zupełnie niesystematycznie są następne spostrzeżenia i reflexje. Jako teolog dostrzegam w tym sporo trafnych uwag, które można znaleźć - wyrażone w znacznie prostszy, jaśniejszy i zasadny sposób - czy to w katolickiej literaturze duchowej, czy nawet w Ewangelii. Przykłady: Gdy ta pani mówi o "balansie", to można to poprawnie rozumieć jako odniesienie do kardynalnej cnoty umiarkowania. Gdy mówi o prawdziwości i szczerości wobec siebie, to można to poprawnie rozumieć jako zachętę do częstego rachunku sumienia oraz regularnej spowiedzi. Jednak poważnym brakiem tego wystąpienia - oraz innej tego typu twórczości "psychologicznej" - jest brak jasnego punktu odniesienia do podstaw i źródeł tych wywodów, a faktycznie mogą to być źródła dobre - jak właśnie tradycyjne katolickie nauczanie duchowe sięgające już samego Pisma św. - ale także zatrute, jeśli wywodzą się z fałszywych założeń i poglądów światopoglądowych i antropologicznych.

Innymi słowy: W nauczaniu Kościoła Chrystusowego mamy już wszelkie konieczne prawdy i środki psychologiczne, począwszy od Pisma św., poprzez Ojców Kościoła i świętych mistrzów życia duchowego, aż do realnego duszpasterstwa, także współcześnie. Problem polega zaś na tym, że obecnie wielu hierarchów i duszpasterzy nie docenia, a przede wszystkim nawet nie zna wystarczająco tych naszych solidnych źródeł życia i zdrowia duchowego i psychicznego, zachłystując się natomiast rzekomo wspaniałymi odkryciami i terapiami tzw. nowoczesnej psychologii.

Rdzennie katolicka psychologia, obecna w całej Tradycji Kościoła, opiera się na następujących filarach:

1. Na prawdzie o człowieku, poświadczonej zarówno w prawdziwym poznaniu rozumowym, czyli filozofii (zwłaszcza antropologii), jak też w źródłach Bożego Objawienia, czyli Piśmie św. i Tradycji.

2. Na prawdzie o sobie samym, czyli życiu duchowym, najlepiej pod opieką duszpasterską, zarówno w regularnych praktykach jak rachunek sumienia, jak w też w nadzwyczajnych jak rekolekcje oparte na autentycznym nauczaniu świętych mistrzów duchowych. O to ostatnie jest obecnie niestety dość trudno, gdyż modne jest bazowanie bardziej na świeckich, niekatolickich, a nawet antychrześcijańskich "mistrzach" psychologii, niż na źródłach katolickich. Tutaj oczywiście pomocna może być wiedza psychologiczna, zwłaszcza charakterologia i diagnostyka, o ile służy postawie prawdziwości i szczerości już chociażby wobec samego siebie. Rzeczywiście psychologia zarówno amatorska jak też profesjonalna - o ile nie jest fundamentalnie skrzywiona przez fałszywe założenia - może i powinna służyć poznaniu mocnych i słabych składników osobowości. Przyjęcie swojej osobowości jako daru Boga Stwórcy jest podstawą także każdej dobrej psychoterapii. Równocześnie niezbędne jest także uznanie prawdy o grzechu - zarówno o pierworodnym z jego skutkami (jak osłabienie sił duchowych, skłonność do grzechu), jak też o swoich grzechach osobistych. Negacja swoich błędów i grzechów jest główną przyczyną zastoju i skarłowacenia duchowo-psychicznego.

3. Na życiu sakramentalnym, które zakłada życie duchowe, lecz daje czynnik nadprzyrodzony, czyli działanie łaski uświęcającej, która leczy i udoskonala także na płaszczyźnie naturalnej, czyli osobowościowo-psychologicznej, oczywiście pod warunkiem spełnienia warunków naturalnych, czyli prawości naturalnej oraz stosowania naturalnych sił i środków. Przykładowo: jeśli ktoś nie wypełnia obowiązków stanu (w małżeństwie, w zawodzie), okłamuje nawet samego siebie (a do tego prowadzi okłamywanie innych), nie prowadzi zdrowego trybu życia (żywienie, używki, odpoczynek, sport itp.) czy popełnia inne wykroczenia w sferze naturalnej, wówczas nie należy się dziwić, że środki nadprzyrodzone jak sakramenty święte wydają się być nieskuteczne, czy nawet prowadzą do dziwactw w pobożności i praktykach religijnych.

Facit: Tego typu porady jak w zalinkowanym wystąpieniu mogą być pożytecznym impulsem. Jednak właściwym środkiem jest dobra, fachowa porada duszpasterska, zwłaszcza kierownictwo duchowe przez kapłana, który oczywiście powinien spełniać choćby minimalne warunki katolickiego duszpasterza. Zaś ostatecznie trzeba mieć ufność w prowadzenie przez łaskę Bożą. Innymi słowy: nawet jeśli ktoś nie znalazł jeszcze odpowiedniego kierownika duchowego czy spowiednika, powinien trwać w praktykach religijnych (zwłaszcza codzienna szczera modlitwa, regularna spowiedź, Msza św. i Komunia św.), mając pewną ufność, że Pan Bóg nikogo nie opuszcza, nawet jeśli dopuszcza próby i cierpienia czy to duchowe czy cielesne.

Na koniec jeszcze odnośnie pytania tytułowego, na kanwie którego mogę wyjaśnić powyższe uwagi. Obowiązkiem katolika nie jest bycie miłym, lecz miłowanie. A to oznacza staranie o dobro innych, także o swoje, począwszy od myśli, poprzez słowa, aż do uczynków. Najwyższym wzorem i kryterium jest Syn Boży, który stał się Człowiekiem - Jezus Chrystus. On powiedział o Sobie, że jest cichy i pokornego serca. Jednak powiedział również, że przynosi miecz. W końcu zapowiedział, że przyjdzie powtórnie sądzić żywym i umarłych, wydając także wyrok potępienia, choć nie potępienie lecz zbawienie jest Jego misją. Innymi słowy: naśladowanie Chrystusa jest właściwą i jedyną drogą nie tylko zbawienia po śmierci, lecz także już w życiu doczesnym, a to oznacza także zdrowie duchowe, które ma wymiar również psychologiczny.

Także odnośnie do znoszenia upokorzeń naczelną zasadą jest, czy służy to zbawieniu duszy własnej i innych. Pobłażliwość wobec wyrządzanego zła może utwierdzać winowajcę w złu. Zdecydowany, choć spokojny opór może być jedynym czy najlepszym środkiem zapobieżenia grzechowi złoczyńcy i także wezwaniem do nawrócenia.