Teolog katolicki odpowiada
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
O wieszaniu stuły na krzyżu - raz jeszcze
Widać, że temat żyje, a wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego czują widocznie zagrożenie, skoro powtarzają swoje durne kłamstwa.
Powyższy wpisek z pejsbuka jest o tyle ciekawy, że nawet nie próbuje wysilić się na jakiś dowód, lecz domaga się od ludzi wierzenia bezwarunkowego w swoje kłamstwa.
Po pierwsze, "ordinale płockie" nie istnieje, gdyż takowa księga - według oficjalnej wersji - zaginęła podczas II wojny światowej. Istnieje jedynie opowieść o nim oraz o tym, iż rzekomo zawierał coś takiego. Autorem tejże opowieści jest modernista z bandy charystów, x. Józef Michalak z Płocka (więcej tutaj).
Po drugie, wszystkie średniowieczne obrzędy zostały zakazane przez św. Piusa V w bulli "Quo primum" z 1570 r., o ile nie można było wykazać ich trwania przynajmniej przez 200 lat. Wieszanie stuły na krzyżu widocznie nie spełniało tego kryterium, skoro zostało zaprzestane.
Po trzecie, czym innym jest wieszanie stuły (czy ornatu) na krzyżu, a czym innym przykrywanie krzyża ornatem po złożeniu go do grobu po liturgii Wielkiego Piątku. Tym bardziej obnoszenie krzyża z zawieszoną stułą przez okres paschalny.
Jak widać, wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego potrafią jedynie oszukiwać i poszczekiwać, licząc na naiwność odbiorców. To wróży ich koniec. I to może nawet dość rychły.
Czy jednorożec jest chrześcijański?
Zadano mi pytanie odnośnie do wypowiedzi x. Piotra Świerczka FSSPX w kwestii symbolu jednorożca. Mogę się wypowiedzieć jedynie jako teolog, ponieważ nie zajmuję się historią sztuki.
Główną zasadą chrześcijańskiej sztuki sakralnej jest realizm, czyli reguła, iż może ona przedstawiać jedynie to, co było widziane realnie, bądź przynajmniej w wizji wewnętrznej, duchowej, czyli czy to w wizjach opisanych w Piśmie św. czy w autentycznym - pochodzącym od Boga - tzw. objawieniu prywatnym.
Aktywiści judeoprotestantyzacji w obronie apostazji Rysiowej
Było do przewidzenia, że odezwą się kumple i fani rzekomo pokrzywdzonego autora "listu KEP", o którym już było wielokrotnie. Grono jest oczywiście doborowe, składające się z heretyków wypromowanych i chronionych przez niego od lat. Rączka rączkę myje. Nie jest też przypadkiem, że są to chyba bez wyjątku - aczkolwiek część nazwisk jest raczej nieznana w przestrzeni publicznej - przedstawiciele paraprotestanckiej sekty tzw. charyzmatyzmu, grasującej w oficjalnych strukturach kościelnych właśnie przy poparciu takich osób jak Grzegorz Ryś. Powiązania osobisto-kumoterskie są oczywiste. Nie zaskakuje też poziom "teologiczny" tego grona. O niektórych z nich dane już mi było się wypowiadać (tutaj, tutaj, tutaj, tutaj itd.). Przejdźmy do ich powyższego textu.
"Chcę być gotowy do nieba". Wspomnienie o przyjacielu.
Witek był właściwie kolegą szkolnym mojego zmarłego brata, natomiast młodsza siostra Witka, Basia, jest moją koleżanką szkolną. Znaliśmy się od ministrantów, ale tylko przelotnie. Drogi się rozeszły wraz z pójściem na studia i do seminarium. Spotkaliśmy się znowu w sposób dość nieoczekiwany, gdy kilka lat po święceniach przyjeżdżałem do Polski na zaproszenie środowisk tzw. indultowych. Okazało się, że mieliśmy nowych wspólnych znajomych, gdyż Witek dzięki studiom był zaprzyjaźniony z ludźmi tych środowisk, głównie z Lublina. Zdarzało się, że towarzyszył mi w podróży, a właściwie szukał do tego sposobności, gdyż interesował się liturgią tradycyjną i zaczął się uczyć służenia. Był też zaangażowany w działalność społeczno-polityczną, a to w specyficzny sposób, gdyż nigdy nie miał ambicyj politycznych w sensie startowania w wyborach czy stanowiska. Chcąc streścić moją znajomość jego osobowości i życia, także na podstawie tego, co się dowiedziałem od jego rodziny i przyjaciół, mogę podać trzy zasadnicze rysy.
Szukanie Boga
Witek był, gdy go poznałem wśród ministrantów, zwykłym chłopcem, zawsze miłym, z poczuciem humoru, łatwo się uśmiechającym, ale równocześnie z powagą w sprawach zasadniczych i świętych. Nie była to żadna poza, lecz naturalne zachowanie wyrażające wnętrze, bez cienia wyrzutów, choć równocześnie wymagające wobec siebie i innych. Jako student i jeszcze sporo lat po studiach, zanim się ożenił, przemierzył autostopem Europę wzdłuż i wszerz, nawiedzając sanktuaria katolickie, chyba aż do Fatimy włącznie. Pielgrzymował sam. Nie było to włóczęgostwo czy szukanie przygód, lecz wypływało z motywycji duchowej. Widać to było w jego zachowaniu, nacechowanym szczerą, gorliwą, trzeźwą, nie narzucającą się, całkiem skromną i pogodną pobożnością.
Charakterystyczny jest następujący epizod: Będąc końcem lat 90-ych na południu Francji na rekolekcjach w tradycyjnych klasztorze w Le Barroux, wyszedłszy po kolacji na spacer do ogrodu przed klasztorem nagle zobaczyłem na ławce leżącą z plecakiem pod głową znajomą postać - właśnie Witka. Gdy nie kryjąc zaskoczenia, zapytałem, jak się tutaj znalazł i co robi, powiedział, że dowiedziawszy się, iż jestem w tym czasie w klasztorze, wybrał się z Polski autostopem, żeby skorzystać ze sposobności poznania klasztoru tradycyjnego. W międzyczasie nasze spotkanie zauważył ojciec zajmujący się gośćmi. Z nieukrywanym zdziwieniem, zapytał mnie, kto to jest, wprawiając nas obydwu w zakłopotanie. Gdy mu wyjaśniłem, zaoferował Witkowi kolację i pokój, na co Witek odpowiedział, że on tu tylko na ławce chciał przenocować, pójść rano na Mszę św. i potem pojechać dalej. Ojciec się uśmiechnął i z pogodną gościnnością stanowczo podtrzymał zaproszenie, z którego Witek jednak skorzystał, ze skromnością i wdzięcznością.
Prostota, na sposób dziecka łączyła się u niego z naturalną i głęboką powagą, zarazem z męską delikatnością, poczuciem humoru i stałą życzliwości wobec innych. Nigdy nie zauważyłem u niego choćby cienia pretensjonalności czy gniewu, choć bardzo jasno dostrzegał też zło, wady ludzi i problemy. Potwierdził to jeden z przyjaciół, który go znał od czasu studiów. Witek także będąc z nim i jego rodziną na wakacjach codziennie uczęszczał na Mszę św., nawet jeśli oznaczało to dojazd autobusem do odległego kościoła i tym samym stratę pół dnia, podczas gdy inni do późna spali czy wylegiwali na plaży. We właściwy sobie, humorystyczno-poważny sposób zachęcał tego przyjaciela: "A koleżka był już dzisiaj na Mszy św. czy koleżka tylko niedzielny?".
Gdziekolwiek był, czy u siebie czy na wyjeździe, codziennie uczęszczał na Mszę św. i przystępował do Komunii św. Nie pamiętam, by kiedykolwiek uczestniczył bez Komunii św. Przy tym miał bardzo wrażliwe sumienie, nie będąc ani skrupulantem, ani pobożnisiem z przerostem uczuć. Nigdy nie mówił ani o swoim życiu duchowym, ani o praktykach. Miał pobożność prostą, trzeźwą i męską, bez exaltacji i pretensjonalności. Nigdy nie czynił niczego na pokaz, ale też nie wstydził się wiary i pobożności. Żył nią po prostu. Widać było szczerość, gdy się modlił, gdy przyjmował Komunię św., czy chociażby gdy znaczył na sobie znak krzyża czy całował krzyż przy wejściu do kościoła. Było to dla niego tak naturalne, że nie zwracał tym na siebie uwagi. Nie wydłużał czasu modlitwy, ale był zawsze skupiony, a równocześnie był sobą, bez cienia sztuczności czy pozy.
Od jego małżonki Teresy dowiedziałem się, że w każdej kurtce i płaszczu miał różaniec, żeby nie wychodzić bez niego gdziekolwiek. Rzeczywiście pamiętam, że patrząc z odległości, gdy szedł sam swoim typowym energicznym jakby wojskowym krokiem, można było zauważyć, że odmawiał różaniec, dyskretnie, bez pokazywania na zewnątrz.
Jego śp. Mama (zmarła ok. 4 miesiące przed nim również na bardzo bolesną chorobę nowotworową), wiedząc w latach 90-ych o moim kontakcie z Witkiem, sugerowała, żebym wpłynął na niego. Ponieważ był już znacznie po 30-tce, nalegała, żeby albo się ożenił, albo wstąpił do seminarium. Widząc jego pobożność już podczas podróży ponad 20 lat temu, zapytałem go kiedyś, czy nie chce pójść do seminarium. Odpowiedział prosto i zdecydowanie, że chce założyć rodzinę i mieć dużo dzieci. Późno się ożenił, mając prawie 40 lat. Wtedy już od dawna prowadził intensywne życie duchowe, a także pochłaniającą siły i czas działalność społeczną. Żył już wtedy życiem głębszym i wyższym, ponaddoczesnym, choć aktywnie w doczesności, z nogami na ziemi. Pragnienie założenia rodziny ziściło się w inny sposób, gdyż wraz z małżonką prowadzili przez lata rodzinny dom dziecka, dopóki wystarczało im sił. Tutaj przejawił się drugi zasadniczy rys osobowości Witka.
Serce czyste
Witek żył pobożnością, nie mówiąc o niej w znaczeniu własnego życia duchowego. Rozmawialiśmy natomiast często o sprawach Kościoła i społeczno-politycznych. Na sprawy doczesne spoglądał jasno i trzeźwo, z klarownym rozpoznaniem, co do którego nie musieliśmy uzgadniać poglądów, a równocześnie z troską i wolą działania. Dla niego liczyło się zbawienie dusz. Chciał służyć w sprawach codziennych i drobnych. To od niego dostałem mszalik łacińsko-polski, który nadal mi służy do czytań po polsku we Mszy św. Nie będąc zamożnym, kupował i dawał, gdzie widział jakąś potrzebę. Ofiarował swój czas. Dzielił się tym, co miał, nie zważając na to, czy będzie miał coś jeszcze dla siebie. Pomagał bardzo chętnie, nie narzucając się, z prostotą i dobrocią.
Jeszcze w ostatnich tygodniach życia, gdy był już poważnie osłabiony chorobą, podczas ferii zimowych w lutym 2019, przyjechał do rodziny, żeby zabrać swoich siostrzeńców na narty, dając im ostatnie ludzkie wyrazy życzliwości i opieki na sposób ojcowski. Przyjechał też ze względu na swojego ojca, żeby pobyć z nim, pocieszając po śmierci mamy.
Wtedy właśnie spotkaliśmy się po raz ostatni. Przychodził na Mszę św., choć z powodu osłabienia nie mógł już służyć.
Wielkość jego serca, czystego, skromnego i zarazem gorliwego w miłości Boga i bliźniego, miała także szerszy wymiar.
Serce szerokie
Jak już wspomniałem, Witek żył także sprawami społeczno-politycznymi - czytał, nawiązywał kontakty i udzielał się. Przy tym nie szukał dla siebie posady, exponowanego stanowiska czy popularności. Jego zaangażowanie było zarówno duchowo-intelektualne, jak też czynne, konkretne. O szczegółach tego, co robił w tej dziedzinie, niewiele wiem. Więcej mogą opowiedzieć przyjaciele i znajomi, z którymi współpracował, poświęcając swój czas, siły i też środki. Może oni przekażą potomności swoje świadectwa. Obecność pocztów sztandarowych podczas pogrzebu jest świadectwem docenienia tego, kim był dla środowiska patriotycznego i co zdziałał, mimo że póki co nie można się chlubić wynikami w znaczeniu sukcesów w wyborach.
Wiem jednak tyle, że mogę powiedzieć: Gdyby więcej było ludzi zaangażowanych w politykę na sposób, którego przykładem jest Witek, mianowicie w twardej i zupełnie bezinteresownej działalności na co dzień, to by dogłębnie została przemieniona rzeczywistość społeczno-polityczna w Polsce.
Na koniec pozostaje mi jeszcze raz wspomnieć moje ostatnie spotkanie z Witkiem w lutym ubiegłego roku. Przywiózł wtedy ze sobą podręczniki do nauki łaciny i prosił mnie, żebym przerobił z nim kilka lekcyj. Oczywiście cieszyłem się z tego, że ma chęć do nauki języka Kościoła i że widocznie ma dość sił fizycznych i duchowych mimo ciężkiej i nieuleczalnej - patrząc po ludzku - choroby. Jednak zdając sobie sprawę z sytuacji, trochę się dziwiłem, i wolałem mu mówić o naturalnych metodach leczenia nowotworów, żeby zastanowić się, jak mogę mu pomóc. Z typową prostotą, skromnością i dobrocią i zarazem stanowczością Witek zakończył temat leczenia, mówiąc, że nie chce, by choroba była główną treścią jego życia. Gdy powróciliśmy do tematu łaciny, widocznie zauważając moje niedowierzanie, podał mi uzasadnienie, które znowu w charakterystyczny dla niego sposób łączyło powagę i poczucie humoru. Powiedział: "Po to się uczę łaciny, żeby być gotowym do nieba". Zaniemówiłem wtedy, gdyż z jednej strony cieszyłem się jego nie gasnącą, a nawet wzmożoną miłością do liturgii tradycyjnej i także optymizmem, jednak z drugiej smuciła myśl o pożegnaniu. Ze łzą w oku i równocześnie z uśmiechem wspominam te słowa. Mogę tylko wyobrazić sobie Jego udział w liturgii nieba. On już za życia do niej pasował.
Na zdjęciu powyżej:
Cmentarz w Kielcach, na którym spoczywa ciało Witolda.
Na prośbę małżonki Teresy, zaproponowałem następujący napis po łacinie na jego grobie, moim zdaniem trafnie odpowiadający stanowi Jego duszy:
"Paratum est cor meum, Deus, paratum cor meum".
Są to słowa z Psalmu 107: "Gotowe jest serce moje, Boże, gotowe serce moje".
W imieniu swoim, także rodziny i przyjaciół Witka, proszę o modlitwę za Jego duszę.
Osobiście uważam go za świętego i mogę przyznać, że proszę Go o wstawiennictwo.
Jego odejście jest bolesne, podobnie jak innych bliskich mi osób w ostatnich latach (mojego serdecznego przyjaciela Cyrusa, siostrzeńca Jakuba). Należy on do tych, o których można powiedzieć, że dobry Pan Bóg zabiera do siebie najlepszych, najdoskonalszych. Widocznie dlatego, że będąc w niebie tym więcej mogą uczynić dla nas, którzy przebywamy jeszcze "in hac lacrimatum valle".
Pamięć o nich niech będzie pociechą i motywacją do naśladowania. Z myślą o gotowości, do której także jesteśmy wezwani. Niech nam to przypomina chociażby ten śpiew ze skarbca Kościoła.
Obecność Jezusa Chrystusa (z post scriptum)
Argument jest oczywiście fałszywy, aczkolwiek znaczący.
Oficjalne tłumaczenie na polski brzmi (źródło):
7. Dla urzeczywistnienia swojej Tajemnicy paschalnej Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, przede wszystkim w czynnościach liturgicznych. Dlatego Liturgia stanowi uprzywilejowane „miejsce” spotkania chrześcijan z Bogiem i z Tym, którego On posłał, Jezusem Chrystusem (por. J 17,3).
Chrystus jest obecny w Kościele gromadzącym się w Jego imię na modlitwie. I właśnie ten fakt sprawia, że chrześcijańskie zgromadzenie jest czymś, co stawia wymaganie braterskiego otwarcia się — posuniętego aż do przebaczenia (por. Mt 5,23-24) — i godnej postawy wyrażającej się w gestach i w śpiewach.
Chrystus jest obecny i działa w osobie odprawiającego kapłana, który nie tylko jest powołany do tej funkcji, lecz przez fakt otrzymanych święceń kapłańskich został posłany, aby działać „in persona Christi”. Tej godności powinna odpowiadać postawa wewnętrzna i zewnętrzna uwidoczniona także w szatach liturgicznych, w miejscu, które zajmuje i w słowach, które wypowiada.
Chrystus jest obecny w swoim Słowie, głoszonym w zgromadzeniu; ono to, wyjaśniane w homilii, powinno być słuchane z wiarą i przyswojone na modlitwie. To wszystko powinno objawiać się w godnym wyglądzie księgi i miejsca głoszenia Słowa Bożego, w postawie lektora, w jego świadomości, że jest rzecznikiem Boga wobec braci.
Chrystus jest obecny i działa mocą Ducha świętego w sakramentach, a w sposób szczególny i wzniosły (sublimiori modo) w Ofierze Mszy świętej pod postaciami eucharystycznymi, także wtedy, gdy są one przechowywane w tabernakulum dla Komunii świętej, przede wszystkim chorych, oraz dla adoracji przez wiernych. Pasterze mają obowiązek częstego przypominania w swych katechezach nauki wiary o tej rzeczywistej i tajemniczej obecności, którą wierni powinni żyć i którą teologowie winni zgłębiać. Wiara w obecność Pana zakłada pewne zewnętrzne oznaki szacunku dla kościoła, miejsca świętego, w którym Bóg objawia się w swojej tajemnicy (por. Wj 3,5), przede wszystkim podczas sprawowania sakramentów: rzeczy święte powinny być zawsze traktowane jako święte.
Jaki jest teologiczny powód Komunii św. pod jedną postacią?
- jest w prawie liturgicznym Novus opcjonalne, a w liturgii tradycyjnej zakazane,
O "liście KEP" jeszcze czyli Rysiowego krętactwa ciąg dalszy
Rzeczywiście to jest brnięcie czy wręcz upór będący albo przejawem niesprawności umysłowej, albo dogłębnego zakłamania połączonego z pogardą dla zdolności intelektualnej odbiorców.
Oto co stoi w Katechizmie Kościoła Katolickiego:
Dla porównania odpowiedni fragment z Katechizmu Rzymskiego, na który się tutaj wskazuje:
Jak widać, nie ma tutaj w żaden sposób zdejmowania z żydów odpowiedzialności za śmierć Jezusa Chrystusa, nawet jeśli jest powiedziane, że większą winę ponoszą ci, którzy wierząc w Niego mimo tego grzeszą.
Następnym - i to nachalnie powtórzonym kłamstwem - jest twierdzenie, jakoby Kościół od Vaticanum II nauczał, że żydzi pozostają "narodem wybranym". Tutaj Ryś posługuje się, jak zwykle, sztuczką słowną, mówiąc o Izraelu, a sugerując, że chodzi o wyznawcach współczesnego judaizmu.
Tutaj należałoby oczywiście sprecyzować określenia "naród wybrany" czy właściwie "lud wybrany", następnie znaczenie wybrania, oraz pojęcie Izraela. Zwłaszcza to ostatnie jest skrajnie wieloznaczne. Ryś zapewnie z rozmysłem miesza zupełnie różne sprawy, by forsować tezę głoszoną przez wyznawców współczesnego judaizmu, jakoby on - a nie Kościół Chrystusowy - był kontynuacją religii Mojżeszowej.
Sztuczką erystyczną jest także pomieszanie wybrania Izraela ze zbawieniem Izraela i ze zbawieniem całej ludzkości. Czym innym jest zbawienie, a czym innym wybranie. Wybranie w znaczeniu teologicznym oznacza rolę pośrednictwa w dziele Zbawienia. W Starym Testamencie religia Mojżeszowa - związana za narodem żydowskim - miała na celu przygotowanie na przyjście Mesjasza. Ta rola oczywiście dobiegła końca wraz z Jego przyjściem i założeniem Kościoła. Od tego momentu do Kościół jest Bożym narzędziem w dziele zbawienia świata, nie naród żydowski. To jest elementarz teologii Nowego Testamentu i tym samym Kościoła Chrystusowego. Jeśli Ryś tego nie rozumie, to albo nie zna podstaw wiary chrześcijańskiej - w tym także Nowego Testamentu - albo je odrzuca i wyznaje w zamian to, co głosi judaizm antychrześcijański.
Gdy Ryś zapowiada edukację religijną w tej kwestii, to brzmi to śmieszno-strasznie. To on wykazuje albo haniebny brak edukacji w elementarzu wiary katolickiej, albo jej odrzucanie.
Wysyp oszustów-przebierańców: indultowe Triduum w Gdańsku
To jest o tyle ciekawe, że pokazują jedynie wycinek z czegoś, co nie jest dostępne publicznie. A nawet jeśli wycinek jest autentyczny, to znaczy pochodzi rzeczywiście z mszału włocławskiego z 1515 roku, to ekipa popełniła coś znamiennego. Otóż każdy katolik powinien wiedzieć, że papież św. Pius V w bulli "Quo primum" z 1570 r. zakazał używania wszelkich obrzędów, które nie mogły się wykazać trwaniem przez conajmniej 200 lat. To z całą pewnością dotyczy "mszału włocławskiego", zwłaszcza co do owego pseudoobrzędu wieszania ornatu na krzyżu. Należy mieć przy tym na uwadze, że wówczas nie było jeszcze w kształcie barokowym, który jest widoczny na fotkach wyżej, lecz w tzw. gotyckim, czyli starorzymskim. Połączenie późnośredniowiecznego zwyczaju z barokową formą ornatu i to w kolorze wziętym z novusizmu Pawła VI świadczy o zupełnym pomieszaniu umysłowo-estetycznym. Ten lokalny zwyczaj odziewania krzyża w ornat można wyjaśnić tym, że wówczas ornat był najcenniejszą szatą liturgiczną i najgodniejszą ozdobą. Mogło więc chodzić o przyozdobienie, ale o wiele bardziej o przykrycie. Należy też wziąć pod uwagę pierwotne, szerokie znaczenie łacińskiego słowa "casula", które oznacza szatę wierzchnią, nakrycie, a dopiero specyficznie w liturgii oznacza to, co po polsku nazywa się ornatem. W każdym razie ten fragment wcale nie musi odnosić się do ornatu w obecnym znaczeniu, lecz ogólnie do nakrycia.
Droga do Emaus
Łk 24, 13-35
Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło.
Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi.
Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali.
On zaś powiedział do nich: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze i jesteście smutni?".
A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało».
jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali.
και ιδου δυο εξ αυτων ησαν πορευομενοι εν αυτη τη ημερα εις κωμην απεχουσαν σταδιους εξηκοντα απο ιερουσαλημ η ονομα εμμαους
και αυτοι ωμιλουν προς αλληλους περι παντων των συμβεβηκοτων τουτων
και εγενετο εν τω ομιλειν αυτους και συζητειν και αυτος ο ιησους εγγισας συνεπορευετο αυτοις
οι δε οφθαλμοι αυτων εκρατουντο του μη επιγνωναι αυτον
ειπεν δε προς αυτους τινες οι λογοι ουτοι ους αντιβαλλετε προς αλληλους περιπατουντες και εστε σκυθρωποι
αποκριθεις δε ο εις ω ονομα κλεοπας ειπεν προς αυτον συ μονος παροικεις εν ιερουσαλημ και ουκ εγνως τα γενομενα εν αυτη εν ταις ημεραις ταυταις
και ειπεν αυτοις ποια οι δε ειπον αυτω τα περι ιησου του ναζωραιου ος εγενετο ανηρ προφητης δυνατος εν εργω και λογω εναντιον του θεου και παντος του λαου
οπως τε παρεδωκαν αυτον οι αρχιερεις και οι αρχοντες ημων εις κριμα θανατου και εσταυρωσαν αυτον
ημεις δε ηλπιζομεν οτι αυτος εστιν ο μελλων λυτρουσθαι τον ισραηλ αλλα γε συν πασιν τουτοις τριτην ταυτην ημεραν αγει σημερον αφ ου ταυτα εγενετο
αλλα και γυναικες τινες εξ ημων εξεστησαν ημας γενομεναι ορθριαι επι το μνημειον
και μη ευρουσαι το σωμα αυτου ηλθον λεγουσαι και οπτασιαν αγγελων εωρακεναι οι λεγουσιν αυτον ζην
και απηλθον τινες των συν ημιν επι το μνημειον και ευρον ουτως καθως και αι γυναικες ειπον αυτον δε ουκ ειδον
και αυτος ειπεν προς αυτους ω ανοητοι και βραδεις τη καρδια του πιστευειν επι πασιν οις ελαλησαν οι προφηται
ουχι ταυτα εδει παθειν τον χριστον και εισελθειν εις την δοξαν αυτου
και αρξαμενος απο μωσεως και απο παντων των προφητων διηρμηνευεν αυτοις εν πασαις ταις γραφαις τα περι εαυτου
και ηγγισαν εις την κωμην ου επορευοντο και αυτος προσεποιειτο πορρωτερω πορευεσθαι
και παρεβιασαντο αυτον λεγοντες μεινον μεθ ημων οτι προς εσπεραν εστιν και κεκλικεν η ημερα και εισηλθεν του μειναι συν αυτοις
και εγενετο εν τω κατακλιθηναι αυτον μετ αυτων λαβων τον αρτον ευλογησεν και κλασας επεδιδου αυτοις
αυτων δε διηνοιχθησαν οι οφθαλμοι και επεγνωσαν αυτον και αυτος αφαντος εγενετο απ αυτων
και ειπον προς αλληλους ουχι η καρδια ημων καιομενη ην εν ημιν ως ελαλει ημιν εν τη οδω και ως διηνοιγεν ημιν τας γραφας
και ανασταντες αυτη τη ωρα υπεστρεψαν εις ιερουσαλημ και ευρον συνηθροισμενους τους ενδεκα και τους συν αυτοις
λεγοντας οτι ηγερθη ο κυριος οντως και ωφθη σιμωνι
και αυτοι εξηγουντο τα εν τη οδω και ως εγνωσθη αυτοις εν τη κλασει του αρτου
Wydaje się, że w tym opisie św. Łukaszowym jest więcej zagadek niż odpowiedzi, i to właśnie w istotnych sprawach. Dlaczego uczniowie wpierw nie rozpoznali Pana Jezusa? Co było w tym “łamaniu chleba”, że ono spowodowało rozpoznanie? Co więcej: jak to możliwe, że uczniowie pozwolili przygodnemu człowiekowi zarzucać sobie nierozumność, a potem nawet zaprosili go w gościnę?
Ewangelie ukazują nam postawę, zachowanie i postępowanie Jezusa Chrystusa, a także reakcje i zachowanie ludzi – jako dobre wzory i jako złe przykłady. Postawa tych dwóch jest typowa dla uczniów: oni byli pod wrażeniem wydarzeń, choć ich nie rozumieli. Przed Męką Mistrza byli pełni nadziei, jak zresztą wielu pobożnych ziomków. Tym bardziej byli wstrząśnięci i rozczarowani. Być może wracali do swoich domów, uważając sprawę Jezusa za zakończoną. A może szli z wieścią do krewnych czy przyjaciół. Nie wiemy, co powodowało “uwięzienie” ich oczu wobec postaci Zmartwychwstałego. Komentatorzy biorą pod uwagę zarówno zmieniony wygląd Zmartwychwstałego, jak też duchową ślepotę uczniów. Pewne jest, że Pan Jezus wpierw nie dał się im poznać. Chciał ich stopniowo doprowadzić do poznania, najpierw przez przypomnienie i wyjaśnienia Pisma. To pouczenie, dość twarde zresztą, nie spowodowało u nich obrazy, niechęci, urazy, lecz wręcz przeciwnie – uznanie, sympatię i przywiązanie do tajemniczego podróżnego.
Kluczowe stało się Jego zachowanie przy stole. Było to postępowanie ojca rodziny, który jako głowa i chlebodawca odmawiał modlitwę i podawał chleb. Nie ma to bezpośredniego związku z Ostatnią Wieczerzą. Nic nie wskazuje na to, jakoby chodziło tutaj o sakrament Eucharystii. Pan Jezus chciał, żeby uczniowie Go poznali w sytuacji i geście, który znali z lat chodzenia z Nim. Zapewne wiele razy wcześniej jadali z Nim, gdy On podawał im chleb jak to czynią ojcowie rodzin. Musiało być w tym coś specyficznego, niepowtarzalnego i właściwego tylko dla Jezusa. To musiało być tak wyraźne, że spowodowało w nich wiarę, że On żyje, bo oto jest z nimi.
Jakiś czas temu, akurat w niedzielę wielkanocną odwiedziłem przyjaciela ciężko chorego w klinice, po mocnej dawce chemioterapii i przeszczepie szpiku. Bardzo cierpiał, zarówno fizycznie jak też duchowo. Był to dorosły człowiek z Iranu, który kilka lat temu przyjął Chrzest św. Opowiedział mi, że był u niego kapelan szpitalny z Komunią św. i że on mógł przyjąć Najświętszy Sakrament pod postacią chleba, mimo że od tygodni nie może nawet pić i tym bardziej przyjmować do ust pokarmu. Zapytał mnie: “jak to jest możliwe?"
Wielokrotnie rozmawialiśmy wcześniej o sprawach wiary. Próbowałem mu wyjaśnić między innymi tajemnicę Eucharystii. Co niedzielę przyjmował Komunię św., na ile to można zewnętrznie ocenić, z wiarą i pobożnością. Teraz w sytuacji cierpienia widocznie dane mu było poznać na nowo wielkość tej tajemnicy Obecności. Nie wiem, czy i na ile zrozumiał nasze filozoficzno-teologiczne pojęcia, choć jest człowiekiem wykształconym. Pewne jest, że doznał zdziwienia, chyba nawet zaskoczenia. Stało się to dzięki temu, że pragnął przyjąć Komunię św. mimo tego, że wiedział, iż nie może przyjmować żadnego zwykłego pokarmu. Mówił mi też o swojej niepewności, czy przeżyje, czy przeszczep się powiódł. Wyczułem też lęk, zresztą zupełnie zrozumiały. Jest jednak pewne, że Pan Jezus dał mu znak Swojej obecności. Że pokazał mu wręcz namacalnie, iż w Komunii św. przyjmuje nie opłatek, lecz Obecność, która poucza, pociesza, ukazuje dobroć i daje poznać prawdę.
Pan Bóg każdego prowadzi na ten sposób, że jakby dołącza do jego drogi. To nie jest towarzyszenie, lecz prowadzenie, poczynając od wyjaśniania prawd i faktów, czyli od zmiany myślenia, od jego korygowania. To jest prowadzenie ojcowskie, czyli o wiele więcej niż nauczycielskie, aczkolwiek wymagające, posługujące się także karceniem. Człowiek może się obrazić na prawdę, ale wtedy zamyka się na nią i nie dochodzi do poznania. Cechą człowieka otwartego na prawdę jest wdzięczność za nią, nawet jeśli jest wymagająca i podważa przeświadczenie o własnej wspaniałości i nieomylności. Cechuje go też zachłanność na prawdę, czyli jej pragnienie niezależnie od tego, jakie ma konsekwencje. A konsekwencją prawdy jest zawsze wracanie do źródeł nadziei oraz dzielenie się prawdą. Prawda powoduje zawsze spotkanie się ludzi dobrej woli. Tylko człowiek zły obraża się na prawdę, choćby nawet odruchowo.
Zmartwychwstałego poznać może tylko człowiek otwarty na prawdę, zwłaszcza o sobie samym, o swoim braku w rozumowaniu, o swojej ograniczoności. Zdruzgotanie własnych przyziemnych nadziei i wyobrażeń jest konieczne dla poznania Jego takim, jakim jest. On żyje właśnie jako taki, nie inny.
Czy wieszanie stuły na krzyżu jest zgodne z zasadami Kościoła? (z uzupełnieniem)
W związku ze zbliżającymi się świętami wielkanocnymi nasuwa się temat zwyczaju specyficznie i wyłącznie polskiego, mianowicie umieszczania w okresie wielkanocnym na krzyżu czerwonej stuły.
Niejasne są początki i pochodzenie tego zwyczaju. Rozpowszechnił się w okresie między I i II wojną światową, a to wyłącznie w Polsce. Wygląda na to, że został wprowadzony odgórnie, nie będąc znany i praktykowany powszechnie.
Tak np. rytuał diecezji chełmińskiej z 1894 r. nie zna jeszcze tego zwyczaju:
O krzyżu z nałożoną stułą nie mówi także ani oryginalny Rytuał Rzymski ani żadne jego wydanie diecezjalne czy krajowe.
Dopiero w wydanym w 1927 r. w Katowicach "Rytuale dla Kościołów Polski" jest mowa o krzyżu procesyjnym ze zwisającą stułą koloru czerwonego:
Imprimatur - datowane dziwnym sposobem na 1928 czyli rok po wydaniu - udzielił i zapewne decydujący wpływ na treść tego Rytuału miał ówczesny biskup katowicki Arkadiusz Lisiecki.
Dziwne, że ani wydawcą ani odpowiedzialnym za treść tego wydania nie jest Prymas Polski.
Dziwny jest także tytuł mówiący, że ten rytuał jest "przystosowany dla Kościołów Polski" (Ecclesiis Poloniae adaptatum). Jest bardzo mało prawdopodobne, właściwie wykluczone, by wówczas Stolica Apostolska dopuściła nazywanie diecezyj "Kościołami", gdyż jest to sprzeczne z eklezjologią katolicką.
X. Lisiecki, w młodości związany z ruchem narodowym, przeszedł następnie na poglądy lewicowe i związki z piłsudczykami. Prawdopodobnie należał do tajnej paramasońskiej organizacji tzw. charystów, skupiającej księży spiskujących na rzecz "postępowych" przemian w Kościele, związanych z zakładem w Laskach pod Warszawą (więcej tutaj i tutaj i tutaj i tutaj i tutaj). Wskazuje na to typowy dla tego grona masoński znak rozpiętych guzików w sutannie. W rozjaśnieniu obrazu widać wyraźnie rozpięte guziki sutanny, co nie może być przypadkowe lecz jest raczej zamierzonym znakiem rozpoznawczym, gdyż fotografia jest pozowana:
Tutaj nieco więcej.
O innym przypadku charysty - x. F. Blachnickim - była mowa tutaj.
Jego zawołanie biskupie brzmi akurat bardzo "nowocześnie" bo ekumaniacko: "aby byli jedno".
Należy pamiętać, że w przypadku ksiąg liturgicznych głównym celem udzielenia imprimatur jest stwierdzenie i zapewnienie zgodności z wersją zatwierdzoną przez Stolicę Apostolską. W związku z tym nasuwają się pytania:
- Dlaczego rytuał przeznaczony do użytku w diecezjach polskich nie został wydany mocą autorytetu Prymasa Polski?
- Dlaczego imprimatur biskupa katowickiego jest datowane na rok po wydaniu rytuału?
- Jaki związek ma sprzeczne z eklezjologią katolicką nazywanie diecezyj "Kościołami" z ekumaniackim nastawieniem bpa Lisieckiego wyrażonym w jego herbie biskupim?
Przyozdabianie krzyża w okresie wielkanocnym, także na procesję Bożego Ciała, jest dawnym zwyczajem. Natomiast wykorzystywanie do tego celu stuły jest nowością i to praktykowaną jedynie w Polsce. Źródłem tej praktyki jest widocznie rytuał wydany przez "charystę" bpa Lisieckiego.
A jest to zwyczaj ewidentnie sprzeczny z zasadami Kościoła katolickiego. Stuła jest częścią ubioru liturgicznego kapłana. Jak w przypadku wszystkich przedmiotów poświęcanych, cel, znaczenie i przeznaczenie stuły jest jasno podane w modlitwach poświęcenia, konkretnie w Rituale Romanum:
Jest jasno powiedziane, że strój liturgiczny służy duchownym podczas sprawowania liturgii. Tym samym używanie go - w tym wypadku stuły - do innych celów, w tym wypadku jako ozdoby przedmiotów kultu, jest sprzeczne z poświęceniem i tym samym jest nadużyciem. Tego nie jest w stanie zmienić okoliczność, iż w najnowszym wydaniu mszału polskiego Novus Ordo przewidziane jest praktykowanie tego fałszywego zwyczaju.
Na fałszywość wskazuje również kolor stuły. W tradycyjnej liturgii rzymskiej w obrzędach Wielkiego Tygodnia nie występuje czerwony kolor liturgiczny. Pojawił się on dopiero w Novus Ordo. Oznacza on męczeństwo czyli przelanie Krwi, dlatego stosowany jest w formularzach o Krzyżu Świętym, o Męce Pańskiej, o Najdroższej Krwi oraz o męczennikach. Nie jest to kolor liturgiczny ani okresu Męki Pańskiej, ani okresu wielkanocnego.
Zgodne z zasadami liturgii Kościoła byłoby użycie np. czegoś w rodzaju wieńca z kwiatów czy welonu koloru białego czy złotego, odpowiednio do okresu liturgicznego.
Także w Polsce praktykowano ozdabianie krzyża wieńcem z kwiatów:
Na koniec ostatni przykład pochodzący ze Szwajcarii. Welon tutaj pozornie przypomina stułę. Jednak nie jest to stuła. Sposób umieszczenia wskazuje jednoznacznie, że jest to welon, mimo pewnego podobieństwa w jego wykonaniu. Zaś umieszczany jest nie w okresie wielkanocnym lecz na święto Podwyższenia Krzyża, stąd kolor czerwony, czyli zgodny z liturgią.
1. Ceremoniał parafialny autorstwa abpa Antoniego J. Nowowiejskiego oraz inne starsze podręczniki czy opisy zwyczajów związanych z liturgią,
2. kanony Kodexu Prawa Kanonicznego mówiące o prawie zwyczajowym,
3. zwyczaj strojenia statuy św. Piotra w papieskie insignia oraz trumny zmarłych duchownych w insignia stanu i stopnia święceń, także stułę,
ad 1.
Abp Nowowiejski pisze:
Chodzi więc jedynie o zwyczaj, bez jakichkolwiek podstaw w tradycyjnych księgach liturgicznych (aż do 1928 r., gdy pojawia się jako nowość). Tak samo jest we wszystkich innych cytowanych książkach. Autor nie podaje ani źródła ani uzasadnienia praktyki przewiązania krzyża stułą. Mówi, że jest to przewiązanie takie jak u kapłana. Tym samym potwierdza sprzeczność z przeznaczeniem stuły wyrażonym w obrzędzie poświęcenia: krzyż nie jest kapłanem a kapłan nie jest krzyżem.
ad 2.
W nawiązaniu do słów abpa Nowowiejskiego niektórzy powołują się na moc prawną zwyczajów, o których mówią obydwa Kodexy Prawa Kanonicznego.
CIC z 1917 r. mówi:
Prawo kanoniczne uznaje więc, że niektóre zwyczaje mogą nabyć mocy prawnej, podaje jednak istotne ograniczające warunki:
- Zwyczaj nie może unieważnić prawa Bożego czy to naturalnego czy stanowionego.
- Zwyczaj nie ma rangi wyższej niż prawo kościelne.
- Gdy zwyczaj sprzeciwia się zakazowi prawa kościelnego, może nabyć mocy prawnej tylko wtedy, gdy jest rozumny, trwa przez przynajmniej 100 lat lub od niepamiętnych czasów.
- Zwyczaj wyraźnie odrzucony przez prawo nie może być rozumny.
CIC z 1983 r. dokonuje pewnych uproszczeń i ułatwień pod tym względem, jednak nie zmienia istotnych zasad mających znaczenie także w niniejszej sprawie:
Głównym warunkiem uprawomocnienia zwyczaju jest więc jego zgodność z prawem Bożym oraz rozumnością. Wprawdzie modlitwy poświęcenia szat liturgicznych w Rituale Romanum nie są same w sobie prawem Bożym w znaczeniu prawnym, jednak wprowadzenie praktyki sprzecznej z tym modlitwami z całą pewnością nie jest rozumne, gdyż sprzeciwia się zarówno naturalnemu przeznaczeniu szat jak też treści modlitw poświęcenia, które powinny być znane przynajmniej kapłanowi.
ad 3.
Jest istotna różnica między zawieszaniem stuły na krzyżu a umieszczaniem szat liturgicznych na figurach świętych czy trumnie zmarłego duchownego. Otóż przyodziewanie figur w szaty przysługujące osobie przedstawianej jest w porządku, gdyż jest realne: ta osoba w rzeczywistości nosiła czy mogłaby nosić daną szatę. Natomiast krzyż z całą pewnością ani nie nosił, ani nie mógł nosić żadnej szaty, gdyż jest krzyżem, nie osobą.
Tak więc wartość źródłowa tej informacji jest właściwie żadna, gdyż wzmianki jednej osoby odnośnie treści zaginionego źródła nie można traktować jako wystarczającej.
Podsumowując:
1° Umieszczanie stuły na krzyżu jest najwyżej zwyczajem wprowadzonym w niektórych regionach Polski. Nie wiadomo, kiedy i przez kogo wprowadzonym. Sprzeczne są opisy tego zwyczaju: jedne mówią o przepasaniu krzyża czyli skrzyżowaniu na wzór szaty prezbitera, inne mówią o stule zawieszonej jak u biskupów (bez skrzyżowania ramion stuły).
2° Po raz pierwszy w księdze liturgicznej pojawił się ten zwyczaj w rytuale o dziwnym pochodzeniu i dziwnych znamionach z 1927 r. Z powodu jego dziwności wskazanej powyżej można mieć wątpliwości, czy w tej postaci został zatwierdzony przez Stolicę Apostolską, co jest konieczne dla wartości jako oficjalnej księgi liturgicznej Kościoła.
3° Zwyczaj umieszczenia stuły na krzyżu nie ma żadnego odpowiednika ani w zwyczajach, ani w przepisach liturgicznych Kościoła powszechnego. Tym samym nie ma żadnych podstaw do umieszczania stuły jako elementu stroju liturgicznego na przedmiocie kultu liturgicznego jakim jest krzyż.
4° Przeciw temu zwyczajowi przemawiają także racje teologiczne, mianowicie
- sprzeczność z modlitwami poświęcenia szat liturgicznych określającymi ich użycie, oraz
- sprzeczność z właściwym użyciem stuły jako szaty wierzchniej, czyli na sutannie i albie względnie komży.
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Sprawa wywołała znaczną burzę medialną już przed oficjalną publikacją owego listu. Jego styl i treść prowadzą do jednego autora, którego łat...























