Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy wiejski wikary obronił "koroneczkę"?


Względnie nową gwiazdeczką internetową stał się (i raczej pozostanie tylko gwiazdeczką) x. Piotr Piekart z Archidiecezji Krakowskiej. Podobno ma jakieś ciągotki do liturgii tradycyjnej. Jeśli tak jest, to jest to już coś. Jednak zdecydowanie za mało, zwłaszcza w zestawieniu z poziomem intelektualnym i tym samym teologicznym, jaki reprezentuje, jak to widać na niniejszym przykładzie. 

Otóż zwrócono mi uwagę na jego wystąpienie w kwestii wiadomej "koroneczki". Jedyną zaletą tego wystąpienia jest to, że jest krótkie. Jego autor widocznie tkwi po uszy w fałszywej propagandzie łagiewnickiej, gdyż bezmyślnie ją powtarza.

Najpierw zaczyna niby dobrze:


Nie wiem, czy to słuszne twierdzenie wynikło u niego z tego, że czytał niniejszego bloga. Może niekoniecznie. Ciąg dalszy jest już bowiem katastrofalny, gdyż miesza różne sprawy i zupełnie wyłącza rozumowanie:

Wymachując fragmentem z dokumentów Soboru Trydenckiego widocznie nie zauważa, o czym on właściwie mówi. Jak już wielokrotnie zwracałem na to uwagę, a powinno to być właściwie jasne dla każdego myślącego człowieka:

- Po pierwsze Sobór mówi o obecności eucharystycznej, nie o Ofierze Eucharystycznej, a jest to dość istotna różnica w jest kwestii, skoro liturgia rzymska (i to zarówno tradycyjna jak też Novus Ordo) mówi o ofiarowaniu już PRZED Konsekracją, mianowicie w obrzędzie ofiarowania. 

- Po drugie, czym innym jest kwestia, kim jest Jezus Chrystus, a czym innym kwestia, z czego Jezus Chrystus złożył Ofiarę na krzyżu. Wszak każda Ofiara Mszy św. jest uobecnieniem właśnie Ofiary Krzyżowej i w Nowym Przymierzu NIE ma i nie może być żadnej innej ofiary. 

Tutaj jest sprawa dość prosta: Jezus Chrystus z całą pewnością nie złożył w ofierze Swojego Bóstwa, ponieważ musiałby Ojcu złożyć w ofierze także Jego (Ojca) Bóstwo. Natomiast złożył w ofierze Swoje ludzkie życie, gdyż to ono zostało zabite i nic innego nie mogło zostać zabite czyli ofiarowane. 

Innymi słowy: przytaczanie słów Soboru Trydenckiego w kwestii ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa jest zupełnie nie na temat, lecz próbą odwrócenia uwagi od właściwego problemu. 

Wiejski wikary idzie dalej, mianowicie przechodząc niby płynnie do tematu ofiarowania: 


On tutaj próbuje wybrnąć przez wykręt: unika rozróżnienia na Bóstwo i Człowieczeństwo. A to jest oszustwo. Owszem, w języku pospolitym, nieprecyzyjnym teologicznie można być tolerować wyrażenie, że Jezus Chrystus jest ofiarowany. Jednak herezją już jest powiedzenie, że CAŁY Jezus Chrystus jest ofiarowany, gdyż On nie ofiarował Ojcu Swojego Bóstwa. 

Następnym argumentem jest rzekomy autorytet x. Ignacego Różyckiego, rzekomo uznanego przez teologów rzymskich, co jest zresztą całkowitą nieprawdą, ponieważ dopiero Jan Paweł II za swoich rządów w Watykanie przeforsował włączenie "opinii teologicznej" x. Różyckiego do akt beatyfikacji s. Faustyny, która jest zresztą na zupełnie dennym poziomie (miałem możliwość zapoznania się z aktami), gdyż nie dorównuje nawet książce, na którą powołuje się wiejski wikary:


Tutaj po pierwsze widać, że x. Różycki jest heretykiem, skoro uważa, że Pan Jezus na krzyżu ofiarował całego Siebie. Po drugie, wiejski wikary wydaje się tutaj być jednak mądrzejszy od Różyckiego, gdyż ostatecznie próbuje wybrnąć przez zupełne pominięcie ofiarowania, a zastępując je prośbą o miłosierdzie "przez wzgląd" na całego Jezusa Chrystusa. No cóż, to jest poniekąd mistrzostwo krętactwa i oszukiwania ludzi, niestety typowe dla bagna krakówkowego. 

W sumie widać, że problem żyje i to jest najważniejsze. Apologeci "koroneczki" podejmują przeróżne chwyty, choć właściwie takie same i tak samo prymitywne, zakładające niewydolność umysłową katolików i podatność na zagadanie sprawy niby mądrze brzmiącym bełkotem. Prawda jednak ostatecznie zwycięży. A upadek oszustów będzie z łomotem. 


Co to są fundamentalne elementy Kościoła?


Wypowiedź Leona XIV z 16 VI 2016 uczyniona w ramach cowtorkowego nauczania przechodnio-ulicznego w Castel Gandolfo słusznie wywołała małą sensację, gdyż to są jego pierwsze osobiste słowa w kwestii zaplanowanej na 1 VII lipca 2026 sakry biskupiej w FSSPX. Rzeczywiście wymagają one komentarza, ponieważ są zdumiewające z kilku powodów. Oto one:


W tłumaczeniu własnym:

Pada pytanie, czy będzie schizma w związku z sakrą biskupią w FSSPX: "Zapewne. Wystosowaliśmy zaproszenie. Akurat zastanawiam się, czy wystosować następny apel i powiedzieć: nie róbcie tego! Szukajmy życia we wspólnocie Kościoła. Ale to jest ich wybór. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, co to oznacza, dla nich i dla Kościoła. Oczywiście podziały pośród chrześcijan są czymś bolesnym. Ale oni odrzucają przyjęcie pewnych fundamentalnych elementów Kościoła, począwszy od różnych punktów Soboru Watykańskiego II. Jeśli dokonują tego wyboru, to mi przykro. My musimy iść naprzód."

Oczywiście nie zamierzam bronić tego przedsięwzięcia ze strony FSSPX, jak już się kilkakrotnie wypowiedziałem. Odniosę się do tej spontanicznej wypowiedzi, która ma charakter jedynie prywatny i podlega krytyce jak każda inna wypowiedź każdej innej osoby. 

Najpierw zaproszenie. Do czego? Kiedy? Żeby dyskutować o kwestiach teologicznych, które były już dyskutowane w latach 1987-1988, a następnie praktycznie przez cały pontyfikat Benedykta XVI i kilka lat rządów Franciszka, aż do usunięcia kard. Müller‘a z Kongregacji Nauki Wiary? Przełożony generalny FSSPX, x. D. Pagliarani, miesiącami starał się o audiencję, bez odpowiedzi. Abp Carlo M. Viganó również się starał, w końcu bezskutecznie. Dla pseudobiskupki, dla progejowskiego (i prawdopodobnie geja) apostaty pseudojezuity J. Martin'a, na zabawę ze sportowcami, na odbiór konia z Polski jest czas, a gdy chodzi o dusze niesprawiedliwie potraktowanych duchownych i wiernych świeckich, którzy chcą być dobrymi katolikami, to drzwi są zamknięte i jest milczenie. 





Trzeba było konkretnej zapowiedzi podjęcia sakry, by Leon XIV kilkanaście dni przed wydarzeniem, gdy wszystko już jest gotowe, zastanowić się, czy wystosować osobisty apel. Przecież to jest kpina. Z ludzi i ze siebie. Widać, że osoby na głównych stołkach watykańskich właściwie cieszą się, że będą mogły ogłosić exkomunikę i schizmę, a wszelkie działania w tej sprawie są ściemnianiem. 

Życie we wspólnocie Kościoła: jakie życie w tej wspólnocie jest do zaoferowania? Takie jak zaoferowano Franciszkanom Niepokalanej, kwitnącemu w powołania, młodemu zakonowi, gdzie założyciela i większość członków wyrzucono, a z potulnej reszty zrobiono przybudówkę ekumaniacko-ekologiczną do "synodalności"? 

Podziały wśród chrześcijan: do FSSPX jest już tylko chrześcijańskie, a nie katolickie? To kiedy biskupi FSSPX zostaną przyjęci w Watykanie z takimi honorami jak pseudoarcybiskupka anglikańska? 

O jakie "fundamentalne elementy" chodzi? Od kiedy Vaticanum II jest pierwszym fundamentalnym elementem Kościoła? To Kościół zaczął się od Vaticanum II? To jednak nie był jedynie "sobór duszpasterski", który nie chciał niczego z Tradycji odrzucać, a jedynie nauczać tego, czego Kościół nauczał, choć w "udzisiejszony" (aggiornamento) sposób? 

Iść naprzód? Dokąd? W przepaść niebytu przez zlanie się z agendą ONZ, WHO, łUnii JEWroPEJSkiej itp. itd.? 

No cóż. Wniosek jest najpierw prosty: "magisterium" przechodnio-uliczne na pewno nie służy ani powadze osobistej Leona XIV, ani powadze urzędu, który sprawuje. Podobnie zresztą jak bergogliańskie "magisterium" samolotowe (od królików począwszy, poprzez "kimże ja jestem, żeby osądzać", aż do bełkotów, których treści obecnie chyba już nikt nie pamięta, bez jakiejkolwiek szkody, a raczej z korzyścią dla kondycji intelektualnej i emocjonalnej). 

Daleki jestem od uprawiania apologetyki na rzecz FSSPX. Jednak zawsze staram się bronić każdego, komu dzieje się krzywda. Bardziej oczywistego i jaskrawego odrzucenia fundamentalnych elementów Kościoła, jakie ma miejsce od ponad 60 lat i to w wykonaniu tych, którzy są u najwyższych sterów władzy, nie było w historii wszechświata. I z całą pewnością nie było to w wykonaniu abpa M. Lefebvre'a, mimo niespójności i ułomności niektórych jego wypowiedzi i działań. On przynajmniej starał się być wierny temu, czego Kościół zawsze nauczał i czynił. W przeciwieństwie do wielu purpuratów i wyżej. 

W tym momencie wygląda na to, że Leon XIV nie tylko usiłuje łączyć bergoglianizm z wojtylianizmem, lecz także z montinizmem, aczkolwiek nawet Montini (Paweł VI) miał na tyle odwagi, by spotkać się z abpem M. Lefebvre'm. Pozostaje mieć nadzieję, że czyny będą rozsądniejsze i sprawiedliwsze niż słowa. Zobaczymy. 


Kto oszukał? Czyli brak zaufania a "teologia" lefebvriańska


W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (por. tutaj, tutaj), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty (nie całego FSSPX), tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny: 


Tym niemniej cenne są słowa owego przywódcy, gdyż są demaskujące, mianowicie kłamliwe już nawet co do faktów, choć w zamyśle mają być zapewne obronno-ofensywne. Oto istotny fragment:


W skrócie: 

Arcybiskup M. L. podpisał 5 maja 1988 r. "jakiś protokół", który nie był porozumieniem z Rzymem, i został "wprowadzony w błąd", w domyśle przez Rzym. Następnie abp M. L. "wycofał się z tego protokołu", "powiedział, że rezygnuje z tego", "powiedział, że wycofuje swój podpis".  Powodem było to, że został poproszony przez kardynała Ratzinger'a o wysłanie listu do papieża przepraszającego za wszystkie błędy oraz proszącego o biskupa jako swojego następcę. W tym widział, "że to była pułapka", i od tego momentu był zdecydowany samodzielnie dokonać sakry biskupiej. 

Nasuwają się pytania: Skoro to był tylko protokół, to co w nim było zaprotokołowane? Na czym polegał błąd, w który abp M. L. został wprowadzony? Pod czym wycofał swój podpis i w jaki sposób? Z czego zrezygnował? Na czym miała polegać owa "pułapka"? Te pytania powinien był zadać Mysior, gdyby miał włączony rozum, a nie swój dewocyjny komplex uwielbienia dla "drogiego księdza Karola". Powinien też dopytać, z jakiej racji diakon Karl Stehlin trafił na misje do Afryki, podczas gdy jego koledzy kursowi otrzymali już święcenia kapłańskie. Ciekawe, czy by się dowiedział, że diakonowi Karl'owi zostały dyscyplinarnie wstrzymane święcenia prezbiteratu i został karnie wysłany jako diakon na misje, gdzie zresztą podczas jego bytności tam miała miejsce afera pedofilska jego współbraci z FSSPX, dopiero po latach ujawniona (więcej tutaj). 

W każdym razie x. Stehlin opisuje wydarzenia w sposób istotnie sprzeczny z innymi źródłami, w tym także ze słowami samego śp. abpa M. Lefebvre'a, które wypowiedział podczas konferencji prasowej dnia 15 czerwca 1988 r., czyli na około dwa tygodnie przed zapowiedzianą sakrą biskupią. 

Oto jego słowa w skrócie (całość jest tutaj): 

Arcybiskup wspomina cios, jaki go spotkał w roku 1976 r., mianowicie jako suspensa. Chce przedstawić kontext swojej decyzji konsekrowania biskupów dnia 30 czerwca 1988 r. Mówi o swojej walce przeciw modernizmowi i przeciw błędom, które mu się wydają nie do pogodzenia z wiarą katolicką, począwszy od soboru, nie tylko od momentu założenia Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X w 1970 r. Swój opór przeciw tym błędom uważa za fundament problemu, w jakim się znalazł. Jako przykłady wymienia: akceptację praw człowieka, prawa cywilne dla każdej religii, zasad świeckości państwa, ekumenizm i stowarzyszenie wszystkich religij (Asyż, Kyoto, wizyty w synagodze, w zborach protestanckich), a wewnątrz Kościoła do kolegialność biskupów, zmiany liturgii, zmiany w katechizacji, zwiększenie uczestniczenia świeckich w sferze religijnej. Uważa to za negację przeszłości Kościoła i wynikające stąd dążenie do zniszczenia Tradycji Kościoła, co odbywa się przez ciągłe prześladowanie tych, którzy chcą pozostać katolikami, jakimi byli przed Vaticanum II. My kontynuujemy to, czego papieże nauczali i co czynili przed Vaticanum II, a sprzeciwiamy się temu, co czynią Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II, ponieważ oni zerwali z tym, co czynili poprzedni papieże. Preferujemy Tradycję Kościoła zamiast papieży, którzy się odcięli od swoich poprzedników. Jednak chcieliśmy utrzymać kontakt z Rzymem w nadziei, że kiedyś Tradycja znów znajdzie swoje prawa w Rzymie. 

Oto kluczowy fragment:


Czyli abp M. L. wyjaśnia, że wobec tego, iż Rzym nie pozwolił na powrót do Tradycji, a on już jest w podeszłym wieku, prosił wielokrotnie Rzym o pozwolenie na wyświęcenie swojego następcy, żeby zapewnić swoim seminarzystom święcenia. Dlatego zapowiedział 29 czerwca 1987, że podejmie sakrę biskupią; jeśli Rzym nie odpowie na prośbę, to konsekruje biskupów 25 października jako swoich następców. Wtedy Rzym zareagował listem z 28 lipca, a przedtem odbył spotkanie z kardynałem Ratzinger'em 14 lipca, żeby powiedzieć, iż albo Rzym pozwoli na sakrę, albo on sam podejmie. W liście z 28 lipca kardynał Ratzinger odpowiedział, że najpierw trzeba, by FSSPX zostało uznane przez Kościół, a być może przyzna się prawo do tradycyjnej liturgii, prowadzenia seminariów duchownych, ale najpierw trzeba zrobić wizytację, żeby poznać sytuację w FSSPX. Abp M. L. wahał się, czy podjąć tą propozycję, czy ją odrzucić, gdyż nie miał zupełnie żadnego zaufania do władz rzymskich:


Mówi: byliśmy prześladowani, "nie mieliśmy zaufania, żeby oddać się w ręce Rzymu, który zwalczał Tradycję". Ale jednak postanowiliśmy spróbować wysondować, jakie jest nastawienie Rzymu wobec nas. W tym duchu udałem się do Rzymu i przyjęliśmy wizytację kardynała Gagnon'a. Mówi się, że ta wizytacja była przychylna. Po tej wizytacji zaproponowano nam rozmowy, by sporządzić protokół dla przygotowania porozumienia:


Abp M. L. wysłał do Rzymu swoich przedstawicieli do prowadzenia rozmów (x. Tissier de Mallerais oraz x. Roche). Celem było uregulowanie kwestij doktrynalnych i dyscyplinarnych. To oznaczało zrozumienie ze strony Rzymu, że są trudności doktrynalne. Ponadto nie wymagano od nas uznania tych elementów w dokumentach soborowych, w liturgii i prawie kanonicznym, które nam się wydają nie całkowicie do pogodzenia z Tradycją, czyli pozwolono na dyskutowanie o nich: 


Z powodu takiego satysfakcjonującego porozumienia w kwestiach doktrynalnych abp M. L. podpisał protokół. Pozostały do ustalenia kwestie dyscyplinarne, zwłaszcza kwestia sakry biskupiej oraz "biura" w Rzymie, które miało służyć rozwiązywaniu bieżących problemów (chodzi o komisję tego typu co późniejsza Papieska Komisja "Ecclesia Dei", która regulowała relacje między wspólnotami tradycyjnymi a władzami diecezjalnymi). Siedmiu członków tego grona miało być mianowanych przez papieża, a dwóch delegowanych przez FSSPX. Status miał być taki, że FSSPX miało być wyjęte spod władzy biskupów diecezjalnych (exempcja). Drugie spotkanie w ramach rozmów odbyło się z udziałem kardynała Ratzinger'a i abpa M. L. W ich rezultacie utrwalono na piśmie ustalenia, które zostały przez kardynała Ratzinger'a podpisane 4 maja, a przez abpa M. L. 5 maja 1988 r.:


Abp M. L. wyznaje, że jednak ciągle towarzyszyła mu nieufność i myśl, że wszystko, co "oni" robią, ma prowadzić do tego, żebyśmy zaakceptowali sobór i reformy posoborowe:


Następnie abp M. L, cytuje swoją rozmowę z kardynałem (chyba Ratzinger'em), który go prosił, żeby nie budował Kościoła równoległego:


Odpowiedź abpa M. L. jest znamienna i kluczowa dla zrozumienia jego decyzji co do sakry biskupiej: to nie my budujemy Kościół równoległy, bo my kontynuujemy Kościół taki, jaki był zawsze, lecz wy budujecie równoległy do niego Kościół soborowy, nowy Kościół z nowym katechizmem, z nowym sakramentami, z nową liturgią. 

Następnie abp M. L. mówi o momencie krytycznym zerwania rozmów:


Mówi, że podczas rozmów miał odczucie, iż to jest próba doprowadzenia FSSPX do uznania soboru V2. Jednak podpisał protokół porozumienia doktrynalnego, żeby pokazać swoją dobrą wolę. Pozostała kwestia dyscyplinarna w postaci sakry biskupiej. Abp M. L. otrzymał obietnicę, że zasadniczo jest na to zgoda i że ma podać listę trzech kandydatów, spośród których papież wybierze. Gdy zapytał o datę, sugerując 30 czerwca, otrzymał odpowiedź, że to niemożliwe, ponieważ to jest zbyt krótki czas na takie procedury w Rzymie. Zaproponował 15 sierpnia, na co otrzymał odpowiedź, że to wakacje i wtedy nikogo nie ma w Rzymie. Zaproponował 1 listopada, na co otrzymał odpowiedź, że nie można tego obiecać. Tak samo z datą na Boże Narodzenie. To było widocznie podczas rozmów z kardynałem Ratzinger'em. Jego odpowiedzi są o tyle zrozumiałe, że to nie on decydował o procedurze nominacyj biskupich, lecz Kongregacja ds. Biskupów, a ostatecznie papież, a nigdy nie wyznacza się terminu sakry przed nominacją. Wtedy abp M. L. stracił całkowicie zaufanie i napisał list do papieża, w którym zadeklarował, że nie widzi sensu kontynuowania rozmów. Zauważmy: NIE odwołał swojego podpisu pod protokołem dotychczasowych uzgodnień, lecz zerwał rozmowy w dalszych kwestiach, zwłaszcza co do konsekrowania swojego następcy. Następnie abp M. L. przywołuje kilka znanych przykładów na stałe dążenie władz rzymskich do narzucenia wszystkim nowej liturgii: opactwo we Flavigny, opactwo w Fontgombault, seminarium "Mater Ecclesiae" w Rzymie, utworzone dla byłych seminarzystów z Ecône. To są według niego dowody na to, że Rzym chce wszystkich doprowadzić do reform soborowych i dlatego nie ufa w ustalenia zawarte w podpisanym protokole. Szczególnie znaczące są słowa końcowe tego wystąpienia:


Tutaj każde słowo jest ważne: W razie przyznania jego Bractwu statusu kanonicznego abp M. L. nie wyobrażał sobie współpracy ze strukturami Novus Ordo. Wobec jego wycofania się z dalszych rozmów i samodzielnego podjęcia sakry biskupiej spodziewa się ogłoszenia przez Rzym schizmy i dodaje: "Exkomunika przez kogo? Przez Rzym modernistyczny. Przez Rzym, który już nie ma w sposób doskonały wiary katolickiej, który już nie myśli po katolicku, który już nie działa po katolicku." Manifestacjami tego są takie wydarzenia jak spotkanie międzyreligijne w Asyżu (1986 r.), spotkanie w Kyoto, słowa Jana Pawła II w synagogach, ceremonia w kościele rzymskim Santa Maria in Trastevere (1987 r.) - to są wydarzenia skandaliczne i niekatolickie. "Będziemy exkomunikowani przez modernistów, przez ludzi, którzy zostali potępieni przez poprzednich papieży... To nie będzie miało żadnej wartości." I dalej: "Schizma z kim? Z papieżem jako następcą św. Piotra? Nie. Schizma z papieżem modernistą? Tak." I jeszcze: "Osobiście nie mam intencji zrywania z Rzymem. Chcemy trzymać z Rzymem tym, który był zawsze... Kontynuujemy to w naszych seminariach, w kazaniach, w całym naszym życiu, w życiu chrześcijan, którzy idą za nami, jak to było przed Soborem Watykańskim II... Nie chcemy współpracować w niszczeniu Kościoła." Tym niemniej abp M. L. deklaruje na koniec, że przełożony generalny FSSPX, x. Franz Schmidberger, także po dokonaniu sakry biskupiej będzie chciał utrzymywać kontakty z Rzymem. 

Ten opis wydarzeń potwierdza inny świadek owego czasu, mianowicie x. Engelbert Recktenwald, który wówczas był jednym z wykładowców seminarium FSSPX w Zaitzkofen, a z powodu sakry biskupiej 30 czerwca 1988 r. odszedł i wraz z innymi byłymi kapłanami i seminarzystami FSSPX założył Bractwo Kapłańskiej Św. Piotra. Oto jego niedawno zarejestrowane wspomnienia (całość tutaj):


W skrócie: W 1987 r. abp M. L. był tak zbulwersowany wydarzeniami takimi jak spotkanie w Asyżu (jesień 1986 r.), że zapowiedział 29 czerwca podjęcie sakry biskupiej dla zapewnienia swojemu Bractwu biskupa-następcy. Na to zareagował kard. Ratzinger, oferując listownie rozmowy w celu przyznania FSSPX statusu kanonicznego jako wspólnoty na prawie papieskim oraz nieograniczonego stosowania liturgii tradycyjnej. Abp M. L. właściwie nie chciał podjąć oferty. Jednak większość kapłanów FSSPX niemieckojęzycznych opowiadała się za porozumieniem z Rzymem. Także jego rada generalna (do które należeli: x. F. Schmidberger, przełożony generalny, x. B. Tissier de Mallerais, późniejszy biskup, oraz x. J. Bisig, późniejszy przełożony generalny FSSP) popierała dążenie do porozumienia i przekonali abpa M. L., żeby skorzystał z oferty: 


W ramach wizytacji przeprowadzonej przez kardynała E. Gagnon'a w listopadzie 1987 r. prowadzone były rozmowy zarówno ze wszystkimi członkami FSSPX jak też z przedstawicielami wiernych świeckich korzystających z ich posługi. X. Recktenwald odniósł wrażenie, że ze strony wizytatorów nastawienie było życzliwe i że była szczera wola znalezienia dobrego rozwiązania dla FSSPX. W ustaleniach, które były wynikiem wizytacji, władze rzymskie przyznały abpowi M. L. wszystko, o co się przez lata daremnie starał, mianowicie nieograniczone stosowanie liturgii tradycyjnej, uznanie wszystkich placówek oraz seminariów FSSPX. W sprawach doktrynalnych ustalono kompromis polegający na tym, że nie narzucono bezwarunkowego przyjęcia nauczania V2 i po V2, zaś FSSPX miało się zobowiązać do studiowania dokumentów oraz powstrzymania się od polemiki. Takie ustępstwa ze strony Rzymu budziły sprzeciw u niektórych biskupów:


Z drugiej strony, dla abpa M. L. ustępstwa władzy rzymskiej były niewystarczające i po podpisaniu protokołu porozumienia wysuwał dalsze żądania. Niepokój budził u niego zwłaszcza brak ustalenia daty sakry biskupiej oraz zasada, że to Rzym miał wybrać biskupa dla FSSPX, a nie on:


Drugą kwestią sporną był skład komisji, która miała zostać powołana do regulowania trudności w relacja FSSPX z biskupami diecezjalnymi. Władze rzymskie przyznały dwa miejsca w tej komisji członkom FSSPX, natomiast abp M. L. chciał mieć większość, co było oczywiście iluzoryczne, gdyż wtedy komisja byłaby organem FSSPX, a nie watykańskim: 


Trzecim powodem do nieufności był dla abp M. L. fakt, że Rzym nie był zadowolony z jego propozycji trzech kandydatów i prosił o inne propozycje:


Tym niemniej podczas konferencji prasowej 15 czerwca 1988 r. abp M. L. powiedział, że ustalenia zawarte w protokole podpisanym przez niego 5 maja są do przyjęcia. Tak samo w swoim liście z 6 maja (skierowanym chyba do kardynała Ratzinger'a) napisał, że podpisał tej protokół z zadowoleniem, ale jednak podejmie udzielenie sakry biskupiej 30 maja i że będzie to więcej biskupów, nie jeden (jak było ustalone z Rzymem):


Co więcej, przełożony generalny, x. Franz Schmidberger, w wewnętrznym liście do kapłanów FSSPX z dnia 9 maja 1988 r. napisał, że dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Fatimskiej udało się osiągnąć porozumienie z Rzymem:


Dopiero na spotkaniu xięży niemieckiego dystryktu dnia 13 czerwca x. Schmidberger poinformował ich, że porozumienie jednak nie jest doskonałe, ponieważ nie doszło do ustalenia daty, oraz liczby i osób kandydatów:


Jak zaznacza x. Recktenwald, na podstawie tego porozumienia powstało i istnieje Bractwo Kapłańskie Św. Piotra oraz inne instytuty tradycyjne utworzone przez - rozwiązaną za rządów bergogliańskich - Papieską Komisję "Ecclesia Dei". W tym znaczeniu Rzym na pewno dotrzymał słowa i nie oszukał. 

Myślę, że mój komentarz jest zbędny, gdyż wielorako poświadczone fakty w zestawieniu ze słowami x. Karl'a Stehlin'a mówią za siebie. 

Zakończę więc jedynie tak i to z całą odpowiedzialnością za te słowa: x. Karl Stehlin jest notorycznym kłamcą i oszustem. Sapienti sat. 












Czy ujawnienie grzechu cudzego jest grzechem?

W katolickiej teologii moralnej nie ma takiego grzechu jak ujawnienie grzechu innej osoby. Rozumiem, że chodzi o kwestię należącą do dziedziny cnoty prawdomówności (veracitas, veritas), zwłaszcza zarówno dochowania tajemnicy (czy jej złamania) jak też poniekąd zniesławienia (jeśli mówi się nieprawdę bądź coś niepewnego). 

Grzech ukryty (niejawny), czyli nieznany przez osobę postronną, jest tzw. tajemnicą naturalną. Tajemnicą nie jest grzech, który jest znany innym osobom. 

Prawo do tajemnicy jest według katolickiej teologii moralnej względne i ograniczone, mianowicie przez prawa innych osób oraz dobro wspólne. Innymi słowy: złamanie tajemnicy naturalnej bez sprawiedliwej przyczyny (sine iusta causa) jest grzechem ciężkim. 

Przyczyny sprawiedliwe są trojakie:

- jeśli zgoda na ujawnienie jest rozumnie domniemana, 

- jeśli sprawa ujawniona jest już znana z innego źródła, 

- jeśli zachodzi konieczność zapobieżenia złu proporcjonalnie ważkiemu, czy to publicznemu czy prywatnemu, własnemu czy innej osoby, czyli gdy wymaga tego miłość bliźniego lub sprawiedliwość. 

Prawo do ujawnienia tajemnicy kończy się tam, gdzie nie wymaga tego dobro innych osób czy publiczne. Tak np. lekarz ma prawo, a nawet obowiązek poinformowania inne osoby o chorobie pacjenta, jeśli ta choroba zagraża zdrowiu innych osób. 

Konieczność może się odnosić także do dobra osoby, której tajemnicy dotyczy. Tak np. jest konieczność poinformowania duszpasterza o nieznanej publicznie przeszkodzie co do zawarcia sakramentu małżeństwa (np. niepłodność, ukryta choroba, nałóg, wcześniejsze związki) czy przyjęcia święceń. 

Konieczność zachodzi także wtedy, gdy w grę wchodzi poważne zagrożenie dla niewinnych osób trzecich. 

W końcu koniecznością jest zagrożenie śmiercią za dotrzymanie tajemnicy, chyba że złożona została obietnica dotrzymania jej także w takiej sytuacji. 


Radość niebiańska


Dominica III post Pentecosten

Łk 15,1-10:

Zaś zbliżali się do niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby go słuchać.
Faryzeusze zaś i uczeni w Piśmie szemrali mówiąc: Ten grzeszników przyjmuje i jada z nimi.
Powiedział im więc takie podobieństwo, mówiąc:
Któż z was mając sto owiec, a zgubiwszy jedną z nich, nie pozostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustkowiu i nie idzie za zagubioną, aż ją odnajdzie?
A odnalazłszy, kładzie ją na ramiona swoje radując się.
I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów, mówiąc do nich: Radujcie się ze mną, bo odnalazłem moją zgubioną owcę!
Powiadam wam, że tak będzie radość w niebie z jednego grzesznika zmieniającego swój umysł, jak z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują zmiany umysłu.
Albo, która niewiasta, mając dziesięć drachm, gdy zgubi jedną drachmę, czyż nie bierze lampy, wymiata dom i szuka starannie, aż znajdzie?
A znalazłszy, zwołuje przyjaciółki oraz sąsiadów mówiąc: Radujcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam.
Taka, mówię wam, staje się radość wobec aniołów Boga z powodu jednego grzesznika zmieniającego swój umysł.

ησαν δε εγγιζοντες αυτω παντες οι τελωναι και οι αμαρτωλοι ακουειν αυτου
και διεγογγυζον οι φαρισαιοι και οι γραμματεις λεγοντες οτι ουτος αμαρτωλους προσδεχεται και συνεσθιει αυτοις
ειπεν δε προς αυτους την παραβολην ταυτην λεγων
τις ανθρωπος εξ υμων εχων εκατον προβατα και απολεσας εν εξ αυτων ου καταλειπει τα εννενηκονταεννεα εν τη ερημω και πορευεται επι το απολωλος εως ευρη αυτο
και ευρων επιτιθησιν επι τους ωμους εαυτου χαιρων
και ελθων εις τον οικον συγκαλει τους φιλους και τους γειτονας λεγων αυτοις συγχαρητε μοι οτι ευρον το προβατον μου το απολωλος
λεγω υμιν οτι ουτως χαρα εσται εν τω ουρανω επι ενι αμαρτωλω μετανοουντι η επι εννενηκονταεννεα δικαιοις οιτινες ου χρειαν εχουσιν μετανοιας
η τις γυνη δραχμας εχουσα δεκα εαν απολεση δραχμην μιαν ουχι απτει λυχνον και σαροι την οικιαν και ζητει επιμελως εως οτου ευρη
και ευρουσα συγκαλειται τας φιλας και τας γειτονας λεγουσα συγχαρητε μοι οτι ευρον την δραχμην ην απωλεσα
ουτως λεγω υμιν χαρα γινεται ενωπιον των αγγελων του θεου επι ενι αμαρτωλω μετανοουντι


Jest ogólnie przyjętą i słuszną zasadą, że nie należy zadawać się z ludźmi o złej reputacji. Ma to znaczenie zarówno ochronno-prewencyjne, jak też wychowawcze: ma zapobiec zepsuciu swojej reputacji, także własnemu zepsuciu moralnego czy zepsuciu dzieci, a równocześnie upomnieć osoby i dać bodziec do namysłu nad sobą. W przypadku faryzeuszy i żydowskich uczonych w Piśmie dochodził czynnik istotny, mianowicie mniemanie o sobie oraz programowe separowanie się od tych, których uważali za grzeszników czyli nieprawych w znaczeniu nie przestrzegających prawa żydowskiego. Już nazwana "faryzeusz" oznacza "oddzielony" w sensie swoistej elity. 

Skoro oni oburzali się na to, że Pan Jezus zadawał się, a nawet jadał z celnikami i innymi grzesznikami, to po pierwsze mieli wysokie mniemanie o Nim, a po drugie poniekąd oczekiwali, że będzie ich naśladował. Swoje zasady chcieli Jemu narzucić, co zresztą było zasadniczo zgodne z powszechną mentalnością. Oni cieszyli się powszechnym poważaniem i zważali na to, by nie doznało ono uszczerbku. Celnicy jako poborcy podatkowi byli powszechnie znienawidzeni nie tylko z powodu pobierania opłat, lecz jeszcze bardziej jako kolaboranci rzymskich okupantów. W Palestynie cło na towary wprowadzili Persowie, czyli najeźdźcy, a Rzymianie czyli okupanci narzucili cały system podatkowy, którego wykonawcami byli tubylcy na służbie rzymskiej, pobierając opłaty za swoją działalność od podatników, nierzadko pazernie i nieuczciwie. W Ewangeliach regularnie występuje formuła "celnicy i grzesznicy" (Mt 9,10; 11,19) "celnicy i poganie" (Mt 18,17), "celnicy i nierządnice " (Mt 21,31).

Tacy właśnie przychodzili do Pana Jezusa, żeby Go słuchać. Ewangelie wspominają o dwóch celnikach z imienia: o małym Zacheuszu, który wszedł na drzewo, żeby Go zobaczyć, a następnie się nawrócił (Łk 19,2), oraz o Lewim Mateuszu, powołanym do grona Dwunastu, późniejszym Ewangeliście (Mt 10,3; Mk 2,14). Nie była to masa, jednak znaczące przykłady. Do Zacheusza Pan Jezus wprosił się jako gość i przez Swoją obecność przemienił jego życie. Zmienił też życie Lewiego i to całkowicie, aż do męczeństwa za głoszenie tego, czego był świadkiem. 

Pewne jest, że zadawał się z nimi nie po to, żeby ich utwierdzać w ich grzesznym życiu, ani po to, żeby bulwersować faryzeuszy i uczonych w piśmie, lecz żeby przemienić. To jest istotne, gdyż ostatnimi czasy modne się stało - odgórnie - tzw. wychodzenie na peryferie Kościoła, ku różnym grupom z marginesu, choć zwykle oznacza to jedynie tych, których obyczaje pod względem seksualnym są (delikatnie mówiąc) nieuporządkowane. Regularnie brakuje w tym "wychodzeniu" ukierunkowania na wezwanie do nawrócenia, do naprawy życia, a jest raczej utwierdzanie w grzechu i braku woli poprawy. 

Pan Jezus odpowiada tutaj na oburzenie tych, którzy uważali siebie za sprawiedliwych (w znaczeniu starotestamentalnym czyli życia zgodnego z prawem Mojżeszowym). W tym wypadku jednak nie wytyka im obłudy i zatwardziałości serca, jak we wielu innych miejscach Ewangelij. Nie neguje ich pobożności i wartości jako tych owiec, które się nie zagubiły, jako dziewięciu spośród dziesięciu drachm. Uzasadnia Swoje zachowanie - i tym samym zachowanie Boga samego - w sposób, który wykracza poza ludzkie, poniekąd słuszne mierniki i kalkulacje. Żaden normalny, rozsądny pasterz nie zostawia 99 owiec po to, by szukać jednej. Człowiek rozsądny też nie poświęca czasu i drogiego oświetlenia lampą oliwną na szukanie monety wartej tyle co najwyżej jeden dzień pracy robotnika najemnego, podczas gdy oświetlenie domu lampą (a domy zwykłych ludzi były mroczne, gdyż nie miały okien) mogło dorównywać cenowo. Te porównania można zrozumieć tylko w odniesieniu do wartości duszy nieśmiertelnej, która nie jest wymierna materialnie. 

Cel szukania owcy przez pasterza i drachmy przez gospodynię jest złożony i dwojaki. Jako że chodzi o grzesznika, który zagubił się, celem jest coś, co w języku biblijnym jest określane specyficznym słowem metánoia, które w polskich przekładach biblijnych jest zwykle tłumaczone po niemiecku, to znaczy według niemieckiego tłumaczenia tego słowa jako Umkehr względnie Bekehrung, choć bardziej właściwe byłoby tutaj inne słowo niemieckie, mianowicie Umdenken, czyli zmiana myślenia. To jest zresztą jeden z przykładów wpływu niemieckiego języka teologicznego na polski i to już w przekładzie Pisma św. Natomiast łacińskie tłumaczenie poenitentiam agere, czemu odpowiada wyrażenie czynić pokutę, wprawdzie także nie oddaje dokładnie pojęcia greckiego, jednak wskazuje w specyficznym pojęciu na praktykę kościelną, która oznacza przemianę życia i do niej prowadzi. Istotą i zarazem początkiem jest dokładnie to, co nazywa słowo greckie metánoia: przemiana w umyśle, w myśleniu, i to nie na poziomie jedynie racjonalnym, lecz ogólnie mentalnym, który włącza także wolę i uczucia. Dopiero z takiej wewnętrznej przemiany może wypływać zmiana uczynków i całego postępowania. 

Drugim celem szukania jest radość w niebie, zilustrowana przez radość z przyjaciółmi i sąsiadami pasterza i gospodyni. Podczas gdy po stronie znajdującego - biorąc dosłownie - powód radości jest namacalny, to zaproszeni do współradowania się mają podstawę czysto duchową, którą jest życzliwość dla znaleźćcy. W sensie właściwym jednak, jako że szukającym i znajdującym jest sam Bóg, cała radość jest bezinteresowna, gdyż wypływa z czystej miłości, która może się tylko udzielać. 

Radość Pana Jezusa zaczęła się już w momencie, gdy oni przychodzili Go słuchać, nie jak ci, którzy przychodzili, żeby przyłapać na jakimś słowie i oskarżyć. Radość z odnalezienia powodowała trud szukania. W końcu radość z obdarowania swojego stworzenia niekończącym się radowaniem w niebie jest tym, czego ludzie skupieni na sobie nie pojmują. 

Z tej Ewangelii nie wynika pomniejszenie zła oddalenia się od Boga i przez to zagubienia siebie, swojego przeznaczenia przynależności do Niego. Nie wynika też rzekome większe prawo do miłosierdzia, jak to głoszą fałszywe "objawienia" faustyno-sopoćkowe. Troska pasterza o zabłąkaną owcę i gospodyni o zawieruszoną drachmę z całą pewnością nie usprawiedliwiają zabłąkania i zawieruszenia. Wręcz bluźniercze byłoby zarówno przypisywanie Bogu współwiny za grzech człowieka (jak to jest w judaizmie, por. tutaj), jak też twierdzenie o rzekomym uprzywilejowaniu grzesznika wprost proporcjonalnie do grzechu. Nie wolno bowiem zapominać o cenie, jaką Zbawiciel zapłacił za szukanie nas, wszystkich grzeszników, oraz wprowadzenie na drogę zbawienia. Tą ceną było Jego Wcielenie, a zwłaszcza Jego Męka i Śmierć. 

Dramat historii zbawienia polega na tym, że akurat wielu z tych uważanych powszechnie za grzeszników weszło na tę drogę, podczas gdy ci, którzy mieli się za sprawiedliwych, czyhali na Jego życie i domagali się Jego śmierci. Ten dramat trwa do dziś i będzie trwał aż do skończenia świata. Jednym z głównych kryteriów rozpoznawczych drogi duchowej każdego z nas jest postawa wobec radości Chrystusowej, która patrzy na to, czy ktoś się daje znaleźć i przemienić w tę radość. 

O różnicy między katolicyzmem i judaizmem


Powodem niniejszego wpisu jest występ przedstawiciela tzw. judaizmu (talmudyzmu) w ramach tzw. dyspucie dwóch ambon z udziałem pewnego popularnego hierarchy. Oto odnośny fragment: 

Bezpośrednim kontextem tej wypowiedzi jest pytanie o różnice między katolicyzmem a judaizmem, na które ów rebe właśnie odpowiada, wskazując tutaj na pierwszą i główną - według niego - różnicę. Dlatego wypowiedź ma szczególną wagę. A jest bardzo znamienna, gdyż właściwie demaskująca. Jest więc zrozumiałe, że nie jest nagłaśniana, choć nadal wisi na yt. 

Głupawa reakcja publiczności w postaci głośnego śmiechu wskazuje na to, że jednak słusznie rozeznała, choć właściwą reakcją powinien być raczej głośny krzyk oburzenia i wypędzenie bluźniercy ze świątyni katolickiej. Swoimi słowami ów rebe udowodnił bowiem, iż tzw. judaizm nie wyznaje tego samego Boga, co katolicyzm, ani nawet religia starotestamentalna. 

W Starym Testamencie nie ma bowiem ani śladu przypisywania Bogu współodpowiedzialności za grzech człowieka. Jest natomiast dość sporo wskazywania na grzechy ludzi, zwłaszcza narodu izraelskiego, głównie jego przywódców, tudzież wyznawania grzeszności i wzywania do nawrócenia zarówno indywidualnego jak też zbiorowego. W modlitwach, zwłaszcza psalmach mówiących o grzechu, przeważnie używa się pierwszej osoby liczby pojedynczej, co stanowi już dość prosty dowód na fałszywość religii wyznawanej przez owego rebe. 

Mówiąc krótko: W tle tej rabinicznej wypowiedzi tkwi pogląd, że w człowieku jest pierwiastek boski (w swoistym nawiązaniu do "obrazu i podobieństwa" w Księdze Rodzaju), który odpowiada także ze grzechy człowieka. Szczególną i wybitnie bluźnierczą, wręcz szatańską perwersją jest obarczanie Boga winą za grzech z tego powodu, że człowiek w sposób grzeszny używa sił i zdolności danych mu przez Boga. Właściwie jest to nic innego jak usprawiedliwienie grzechu jako takiego. Dlatego zrozumiałe jest, że judaizm - jak przedstawia to ów rebe - stroni od przyznawania się do grzeszności, od brania odpowiedzialności za grzechy, od szczerego żalu za nie i od nawrócenia. 

Tym samym niesamowitym skandalem jest dopuszczenie do głoszenia takich wręcz szatańskich, bluźnierczych, obrażających Boga poglądów w świątyni katolickiej ufundowanej, zbudowanej i poświęconej dla nauczania prawdziwej religii i kultu Boga w Trójcy Przenajświętszej jedynego i prawdziwego. 

Na koniec jeszcze w kwestiach drugorzędnych, lecz także znaczących. 

- Ów rebe, jak każdy człowiek świecki, nie miał prawa przebywać w świątyni katolickiej z nakryciem głowy. Jeśli chciał wejść do niej, to miał obowiązek zachowywać się zgodnie z zasadami religii katolickiej.

- Znaczące, gdyż świadczące o nastawieniu i o braku kultury tego człowieka świadczy, że do biskupa zwraca się przez "pan". Natomiast o braku kultury biskupa świadczy nie tylko fakt, iż na takich warunkach zaprosił tego rebe do świątyni katolickiej, lecz zwraca się do niego przez "rabin", nie przez "pan", tak jakby rebe nie był osobą świecką nawet w pojęciu religii judaistycznej. Bowiem rabin w judaiźmie nie jest duchownym, czyli inne stanu, lecz osobą świecką, której zadaniem jest nauczanie, nie sprawowanie kultu. 

Czy jest stan wyższej konieczności? (z post scriptum)


Można mówić o wszystkim, byle poważnie, sensownie i zgodnie z prawdą. 

Określenie "stan wyższej konieczności" jest regularnie używane w kontekście zarówno sakry przez śp. abpa M. Lefebvre'a w 1988 r. jak też obecnie. A jest ono słowno-pojęciowym dziwolągiem i nie istnieje w języku Kościoła. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. mówi po prostu o konieczności, gdyż konieczność nie jest stopniowalna:


Tak samo jest w KPK z 1983 r.:


Różnica polega na tym, że według wcześniejszego Kodexu konieczność usuwa winę jedynie wtedy, gdy chodzi o przepisy prawa czysto kościelnego, czyli nie z prawa naturalnego i Bożego Objawienia (czyli prawd wiary), zaś nowy Kodeks rozszerza, dodając do czynów wewnętrznie złych zgubę dusz, co pozostawia bardzo szerokie pole do interpretacji. 

Sporna jest kwestia, czy udzielenie sakry biskupiej wbrew woli papieża dotyczy jedynie prawa kościelnego czy prawa Bożego w znaczeniu pochodzącej od Boga konstytucji Kościoła, gdzie papież jest najwyższym pasterzem i widzialną głową w zastępstwie Jezusa Chrystusa. Owszem, praktyka co do wpływu papieża na nominacje biskupie zmieniała się w ciągu wieków i przez długie wieki papieże jedynie zatwierdzali wybór dokonany przez lokalne duchowieństwo czy narzucony przez władców świeckich. Jednak o kształcie tej praktyki decydowali papieże (mniej czy bardziej dobrowolnie), a w ostateczności nakładali karę exkomuniki, gdy nie zgadzali się na daną nominację, ku czemu musiały być powody kanoniczne, czyli wynikające z prawa kościelnego. 

Ci, którzy mówią o konieczności dla uzasadnienia słuszności owych sakr biskupich bez mandatu papieskiego, regularnie nie określają tej konieczności, a jedynie wskazują na obecny stan Kościoła, konkretnie na różnego rodzaju skandale, jak ostatnio papier Dykasterii Doktryny Wiary co do tytułów Najświętszej Mariji Panny czy wizyta pani przebranej za arcybiskupkę anglikańską, podejmowaną w Watykanie ze wszelkimi honorami. To są rzeczywiście skandale i można by podawać wiele innych. Pozostaje jednak kwestia, jak one się mają do konieczności w znaczeniu teologiczno-kanonicznym. 

Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X nie precyzuje owego "stanu wyższej konieczności", a jedynie powtarza, że krok, który zamierza, służy dobru Kościoła. Nie wyjaśnia natomiast, jak należy rozumieć konieczność. Pewne jest, że sakra biskupów dla FSSPX jest konieczna dla przetrwania tej wspólnoty oraz ich duszpasterstw. Czy można to utożsamić z przetrwaniem Kościoła? Oczywiście nie, chyba że rozumie się FSSPX jako jedyną ostoję wiary katolickiej, sakramentów katolickich i prawowitej hierarchii katolickiej, a w takiej mentalności tresowani są regularnie jego zwolennicy, co widać szczególnie w Polsce. Oczywiście należy uznać zasługi tej wspólnoty, a także jej założyciela, dla przetrwania zwłaszcza tradycyjnej liturgii rzymskiej. O wiele gorzej jest pod względem doktrynalnym i teologicznym, choć należy docenić szczerą wolę trzymania się ortodoxji katolickiej, co obecnie niestety nie jest regułą zwłaszcza w strukturach Novus Ordo. Należy jednak rozróżnić między koniecznością a pożytecznością. 

O nędzy teologicznej w kręgach FSSPX było mi dane niestety już wielokrotnie pisać. Pisałem też o problemie z ważnością święceń przyjętych przez św. abpa M. Lefebvre'a, tym samym także święceń przez niego udzielanych. Co do prawowitości hierarchicznej także niestety można mieć przynajmniej zastrzeżenia. FSSPX powołuje się na tzw. jurysdykcję nadzwyczajną, co jest o tyle uzasadnione, że w ramach fałszywego miłosierdzizmu bergogliańskiego otrzymali oficjalną jurysdykcję do spowiadania i możliwość ubiegania się o jurysdykcję do sakramentu małżeństwa. Żeby było jasne: z serca życzę im, by wszystkie te wątpliwości i niedostatki zostały usunięte i właśnie dlatego regularnie w razie konieczności staram się korygować bzdety głoszone zwłaszcza bez internetową gwiazdę Sz. B. Tyle jest w mojej mocy. Problem polega na tym, że oni widocznie zupełnie nie zauważają, a chyba nawet nie chcą zauważać tych niedostatków, które są dość istotne zarówno dla ich katolickości jak też dla ich służby Kościołowi, którą regularnie deklarują. 

Odpowiadając w skrócie: 

Stan konieczności usprawiedliwiający działanie wbrew prawu kościelnemu musiałby dotyczyć przynajmniej jednego z istotnych znamion Kościoła, czyli
- nauczania wiary
- ważnego udzielania sakramentów
- jedności hierarchicznej z Następcą św. Piotra i biskupami jemu podległymi. 

FSSPX wskazuje póki co jedynie na mankamenty czy wręcz błędy doktrynalne w dokumentach V2 i w późniejszych. Wskazywanie na skandale nie ma znaczenia prawnego, lecz najwyżej psychologiczne. Natomiast po swojej stronie ma problem z ważnością sakramentów przez siebie udzielanych, a także z realną - a nie tylko deklarowaną - jednością z papieżem, którego oficjalnie czyli formalnie uznają. 

Moim zdaniem konieczność jest, ale inna, mianowicie naprawa wewnątrz FSSPX. Jeśli temu będzie służyć sakra 1 lipca 2026 r., to będzie to główny i właściwy argument na jej korzyść. 

Tymczasem można mówić jedynie o pożytkach większych czy mniejszych działalności FSSPX. O ile gwoli tych pożytków konieczne jest konsekrowanie własnych biskupów, o tyle może to być usprawiedliwione moralnie i teologicznie, być może nawet kanonicznie. 

Jednak także przy tej okazji przedstawiciele FSSPX wykazują dwie brzydkie cechy, niegodne zwłaszcza katolika tradycyjnego:
- pomieszanie myślowe, czyli chaos teologiczny i ogólnie intelektualny, który nie jest ani katolicki, ani tradycyjny,
- zakłamanie, a to już jest nawet problem moralny i duchowy. 

Wiem, że zarówno wśród duchownych FSSPX jak też wśród ich wiernych jest sporo ludzi szczerze wierzących po katolicku, czy przynajmniej tego pragnących, szczerze pobożnych i oddanych dla sprawy wiary katolickiej i Kościoła. Problem jest natomiast w doborze głównych postaci, zwłaszcza w Polsce. Jeśli główne postacie zarówno decyzyjne jak też medialne wykazują się wybitną ignorancją nawet w prostych kwestiach teologicznych, tudzież specyficznym zakłamaniem, to niestety rzutuje to nie tylko na całość tej wspólnoty, lecz ma katastrofalne skutki także dla wiernych, którzy poddają się ich prowadzeniu w zaufaniu na prawdziwie katolickie duszpasterstwo. 

Z tego właśnie względu istnieje spore zagrożenie tym, że FSSPX wskutek sakry i z tym związanej formalnej exkomuniki podryfuje coraz bardziej w kierunku sekciarstwa, gdzie nie prawda jest najważniejsza, lecz interes grupowy oraz wola przywódcy. Tego im ani ich wiernym, ani całemu Kościołowi oczywiście nie życzę. 



Post scriptum

Otrzymałem prośbę o doprecyzowanie, czy kanon 1323 punkt 4 ma zastosowanie w przypadku zapowiedzianej sakry biskupiej w FSSPX. Nie jestem kanonistą i nie mam możliwości sprawdzenia w komentarzach do Kodexu. Jednak biorąc pod uwagę kontext słowa "konieczność" (necessitas), mianowicie "ciężki lęk", "przymus", "ważka niedogodność", myślę, że w tym kanonie w tym słowie nie chodzi o czyn typu sakra biskupia. Najbardziej by w tej sprawie pasował "ciężki lęk" (metus gravis), gdyż rzeczywiście zachodzi lęk o przetrwanie FSSPX bez tej sakry. To musi być połączone z przekonaniem, że przetrwanie FSSPX jest niezbędne dla przetrwania Kościoła. To już prowadzi dość prostą drogą do przekonania, że nie ma papieża, skoro nie papież lecz FSSPX ma się troszczyć o przetrwanie Kościoła oraz decydować o tym, co jest ku temu niezbędne. 

Innymi słowy: postawa FSSPX jest psychologicznie zrozumiała i należy docenić szczerą wolę służenia przetrwania Kościoła. Tym niemniej teologicznie i nawet czysto zdroworozsądkowo to się nie klei. Na szczęście nie jestem w pozycji upoważniającej do urzędowego osądzania tego czynu i nie zamierzam sobie tego uzurpować. Mogę jednak powiedzieć, że nawet zakładając, iż ten akt będzie grzeszny (charakter schizmatycki to osobna sprawa), to jednak pod względem teologicznym są obecnie o wiele poważniejsze grzechy przeciw wierze, sakramentom oraz dyscyplinie hierarchicznej, i to powszechnie. Dlatego ani nie pochwalam, ani nie potępiam, a to nie z powodu relatywizmu teologicznego, lecz z wyważenia różnych aspektów i wymiarów sprawy. Powtarzam jeszcze raz: największym zagrożeniem dla jedności i misji Kościoła nie jest sakra w FSSPX, a największym zagrożeniem dla FSSPX nie jest brak nowych biskupów. Idealnie byłoby zarówno dla całego Kościoła jak też dla FSSPX, gdyby FSSPX reprezentowało prawdziwie katolicką, solidną teologię, oraz sprawowało niewątpliwe co do ważności sakramenty. Wtedy kwestia posłuszeństwa oraz jedności kościelnej dałaby się rozwiązać wcześniej czy później (możliwe są różne scenariusze). Jeśli natomiast obydwie strony będą trwały w swoich conajmniej wątpliwych pozycjach - a właściwie nędzach - teologicznych, oraz jedna strona będzie chciała drugiej stronie pokazać swoją wyższość, to nie będzie zbliżenia, lecz gra na wymarcie drugiej strony. 

Jak się zachować w sytuacji - dość prawdopodobnej - gdy dojdzie do ogłoszenia kary exkomuniki czy to odnośnie do samach biskupów FSSPX czy też całego FSSPX? 

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że każda kara kościelna, także ta najsurowsza, którą jest exkomunika, jest naprawcza, czyli jej celem jest poprawa winnego, co się oczywiście wiąże z żalem za czyn i nawróceniem. Tym samym nie będzie to wyrok dożywotni czy wieczny, czego dowodem jest decyzja Benedykta XVI z 2009 r. usuwająca karę ogłoszoną w 1988 r. na dwóch biskupów konsekrujących i czterech konsekrowanych. Ewenementem było, że po zdjęciu kary pozwolono im - wbrew zwyczajowi Stolicy Apostolskiej, czyli nadzwyczaj wspaniałomyślnie - na dalsze sprawowanie funkcyj biskupich i kapłańskich. Wynikało to zapewne ze względów duszpasterskich, a szczytem było posunięcie Franciszka w ramach "roku miłosierdzia" o udzieleniu jurysdykcji, co zresztą jest dziwolągiem kanonicznym, ponieważ formalnie nie zdjęto z kapłanów FSSPX kary suspensy. Tutaj zarówno FSSPX jak też ich wierni powinni dążyć do rychłego uleczenia faktycznego rozłamu, a nie utwierdzać się w postawie niezależności czyli faktycznej schizmy mimo deklarowania jedności. 

Po drugie, należy wziąć pod uwagę, że istnieje zagrożenie mentalności schizmatyckiej, co w historii Kościoła wiązało się chyba zawsze z popadnięciem w błędy teologiczne i herezje. A jest to w przypadku FSSPX o tyle prawdopodobne, że regularnie widać u nich nędzę teologiczną, połączoną z naginanem tradycyjnego nauczania Kościoła - któremu rzekomo chcą być wierni - do swoich potrzeb propagandowych, które mają uzasadnić czy raczej usprawiedliwić ich samodzielność (mówiąc delikatnie) względem oficjalnych struktur kościelnych. Modlitwa za papieża i za biskupa miejsca, oraz wymienianie ich po cichu w kanonie Mszy św. oczywiście nie jest w stanie zastąpić realnego poddania się ich jurysdykcji, skoro FSSPX całkowicie samodzielnie, a nawet wbrew woli biskupów i papieży sprawuje sakramenty (w tym święcenia), naucza, zakłada kaplice, buduje kościoły itd. 

Po trzecie, każdy sam - o ile jest w stanie - powinien zarówno respektować formalny stan prawny czyli ogłoszoną exkomunikę, jak też wyższość prawd wiary katolickiej oraz sakramentów ponad kwestiami dyscyplinarnymi, jak to zawsze było w Kościele. Innymi słowy: jeśli katolik w ramach oficjalnych struktur, czy to tzw. indultowych czy Novus Ordo (choć staje się niestety coraz rzadsze) ma zapewnione autentyczne nauczanie wiary oraz sprawowanie sakramentów według Tradycji Kościoła, to powinien z tego korzystać. Moralnie dozwolone będzie korzystanie z posługi FSSPX tylko wtedy, gdy oficjalne struktury kościelne nie zapewniają nieskażonego błędami nauczania wiary oraz tradycyjnego sprawowania sakramentów. 

Czy przyjmowanie Komunii św. na stojąco jest grzechem?


To zależy od powodu. 

Jeśli powodem takiej postawy jest choroba czy niesprawność z powodu podeszłego wieku, to nie jest go grzechem, jeśli jest wola uklęknięcia, lecz są przeszkody, które do uniemożliwiają bądź nadzwyczaj utrudniają. 

Jeśli natomiast ktoś nie klęka do Komunii św. z powodu dumy czy braku wiary, że ma do czynienia z samym Bogiem, to jest to oczywiście grzech, który dochodzi do grzechu pychy i niewiary. 

Ostatnimi czasy zachodzi też okoliczność jakby pośrednia, gdyż także w Polsce została przeforsowana maniera wzięta z blachnicyzmu (a mason Blachnicki wziął ją od modernistów z tzw. Zachodu) tzw. podchodzenia "procesyjnego", rzekomo dla porządku. Tutaj grzech i to potężny mają ci, którzy to forsują i faktycznie wiernych zmuszają, zwłaszcza osoby starsze, które by chętnie chciały uklęknąć, lecz sytuacja im na to nie pozwala bądź poważnie utrudnia, zwłaszcza gdy nie ma balasek ani klęcznika, mimo że przepisy Novus Ordo właściwie wymagają od duszpasterzy umożliwienia przyjmowania Komunii św. na klęcząco. Natomiast wierni, którzy tej perfidii ulegają, nie grzeszą, o ile nie są świadomi swojego prawa i sami ze siebie by uklęknęli, jeśli by były ku temu normalne warunki. Grzeszą jednak ci, którzy ulegają z wygodnictwa, lenistwa czy z tchórzostwa. 

Należy też zaznaczyć, że w obrządkach wschodnich zasadniczo udziela się Komunii św. na stojąco, głównie ze względu na okoliczność, że odbywa się to pod obiema postaciami, a pochylenie się kapłana trzymającego kielich z Krwią Pańską mogłoby sprawić zagrożenie. Jest to jeden z przykładów niedoskonałości tych obrządków względem tradycyjnej liturgii rzymskiej, aczkolwiek znacznie przewyższają one zarówno liturgicznie jak też teologicznie obrzędy Novus Ordo. Jeśli więc zdarzy się katolikowi rzymskiego przyjmować Komunię św. w katolickim obrządku wschodnim (co jest dopuszczalne w wyjątkowych sytuacjach), to katolik nie grzeszy, przyjmując w postawie stojącej, ponieważ taka jest tam zasada liturgiczna. 


Czy są modlitwy nie do odparcia?


Odpowiedź jest właściwie prosta: takich modlitw w znaczeniu magicznego działania czy gwarancji oczekiwanego skutku nie ma. Z prostego powodu: Pan Bóg nie jest automatem do spełniania naszych pragnień, ani partnerem handlu wymiennego.

Oczywiście nasze modlitwy mają wartość u Pana Boga. Jak zaznacza chociażby św. Tomasz z Akwinu, Pan Bóg chce, żebyśmy prosili o to, czego nam chce udzielić. Dlatego możemy i powinniśmy się zwracać do Niego w różnych potrzebach, nawet w każdej godziwej. Nie oznacza to jednak, jakoby Pan Bóg miał obowiązek wysłuchać nasze prośby.

Pan Jezus mówi: "O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię." (J 14,13-14) Warunkiem jest, że modlitwa ma być "w imię" Jego, tzn. w Jego istocie, w Jego postawie, na Jego wzór. Oznacza to całkowite oddanie się woli Ojca. Wówczas człowiek otrzymuje to, czego właściwie pragnie, mianowicie to, co jest wolą Pana Boga, a to jest zawsze najlepsze, choć nie od razu to poznajemy.

Innymi słowy: nie ma modlitw z gwarancją spełnienia prośby. Święty Tomasz mówi, że Pan Bóg zawsze wysłuchuje próśb dotyczących łask potrzebnych do zbawienia wiecznego. Natomiast gdy chodzi o inne sprawy i łaski, to wysłuchuje ich tylko wtedy, gdy służą one zbawieniu wiecznemu. To wyjaśnia, dlaczego stosunkowo rzadko wysłuchiwane są modlitwy w sprawach doczesnych, o zdrowie itp. Pan Bóg wie najlepiej, co jest dobre dla naszego zbawienia. Spełnienie naszych życzeń doczesnych mogłoby być szkodliwe dla naszych dusz.

Ponadto w modlitwie liczy się bardziej nastawienie wewnętrzne niż ilość czy długość. Owszem, czas i siły poświęcone na modlitwę mają znaczenie i wartość u Pana Boga, ale jako wyraz miłości i oddania, nie jako sposób wymuszenia czegoś od Pana Boga. W tym znaczeniu lepsza i "skuteczniejsza" ja taka modlitwa, która bardziej sprzyja i pomaga w odpowiedniej wewnętrznej postawie pokory, miłości i oddania się woli naszego miłującego Ojca.

Szczególną wartość mają modlitwy za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, co potwierdza doświadczenie wielu świętych i całego Kościoła na przestrzeni wieków. Wiąże się to zarówno z Jej wyjątkowym wstawiennictwem jak też z postawą, której to wstawiennictwo sprzyja. Jak zauważa św. Ludwik Grignon de Montfort, zwracanie się do Boga za wstawiennictem Matki Najświętszej wymaga większej pokory i wyraża pokorę, przez co szczególnie dysponuje człowieka od otrzymania łask.

Tzw. nowenna pompejańska wymaga ponadprzeciętnego zaangażowania czasu, sił oraz wytrwałości. Nie jest ona zwykle ponad siły także świeckiego katolika, jednak jest dość wymagająca. Oczywiście istotne nie jest zewnętrzne jej praktykowanie, lecz oddanie wewnętrze, które wyraża się w słowach i postawie zewnętrznej. Stąd wynika jej skuteczność, aczkolwiek także nie jest to działanie automatyczne czy kontraktowe. Kto szczerze uczynił taką modlitwę, ten może poświadczyć jej działanie przede wszystkim duchowe, które kształtuje i przemienia serce człowieka, który z czystych pobudek podejmuje modlitwę.

Co mogą aniołowie? Raz jeszcze, czyli Sz. Bańkowych bełkotów ciąg dalszy


Niestety słynna gwiazda medialna sekty stehliniańskiej nie odpuszcza w dalszym głoszeniu ignoranckich bzdur, nie tylko świadczących o jego odmóżdżeniu i nędzy co do wiedzy teologicznej, lecz zdążających do odmóżdżenia fanów sekty. Zwrócono mi na to uwagę:


Oto owa wypowiedź w częściach (z powodów technicznych):




Przede wszystkim mamy tutaj pomieszanie wątków i myśli, czy raczej nieprzemyślanych słów, czyli bełkot typowy dla tego osobnika. Ten człowiek widocznie jedyne, co potrafi, to udawać, że wie, i to dość nieudolnie. Twierdzi, że:
- Księga Tobiasza pokazuje anioła, 
- Jakub walczył z aniołem, który się pokazał,
- częścią Bożego Objawienia jest to, że aniołowie mogą się pokazać, bo to jest bezpośrednio objawione,
- aniołowie pokazują się wtedy, gdy chcą zadziałać,
- aniołowie mogą konstruować ciało udające ciało ludzkie, jak w Księdze Tobiasza, 
- duch może oddziaływać na materię i dawać zmysłowe sygnały jak fale dźwiękowe, i może kształtować materię, 
- duch może tworzyć iluzję jak hologram. 

Zacznijmy od wskazanych przykładów biblijnych. 

W Księdze Tobiasza czytamy:


W Septuagincie brzmi to:


Tutaj jest istotna różnica względem tłumaczenia, mianowicie jest mowa o "modlitwie wobec chwały wielkiego Rafała, i został posłany uzdrowić tych dwoje". Imię Rafał znaczy po hebrajsku "Bóg uzdrawia". 

Pod koniec księgi staje się jaśniejsze, kim jest Rafał:


W Septuagincie czytamy:


Także tutaj tłumaczenie polskie popełnia sporo przeinaczeń. Text grecki mówi wyraźnie, że Rafał jest jednym z siedmiu świętych wysłanników, że przybył z woli Boga, że widzieli jedynie wizję, że anioł Pana im się ukazał. 

Jednak także w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia jest także jasno powiedziane, że Rafał został posłany przez Boga, że przybył z woli Bożej, i że to było tylko widzenie. Nie ma nic o samowolnym i wynikającym z natury anioła zjawieniu, a jest wprost powiedziane, że to było tylko widzenie duchowe, gdyż Rafał nie ma ciała i właśnie dlatego nic nie jadł. 

W Księdze Rodzaju czytamy:


Septuaginta mówi nieco inaczej:



Podobnie jest w następnym fragmencie: 


Septuaginta mówi, że człowiek zmagał się z Jakubem (podobnie jak text hebrajski):


W pierwszym fragmencie wcale nie jest powiedziane, że chodzi o aniołów w znaczeniu dobrych duchów, lecz o wysłanników, gdyż takie jest znaczenie zarówno słowa hebrajskiego jak też greckiego w Septuagincie (Biblia Tysiąclecia popełnia więc tutaj błąd w tłumaczeniu). 

Natomiast w drugim fragmencie wcale nie jest powiedziane, z kim Jakub walczył. Dopiero w żydowskich midraszach pojawia się interpretacja, że to był jego anioł stróż czy archanioł Michał. Sprawy nie wyjaśnia także Księga Ozeasza (12,4-5), gdyż z jednej strony mówi, że Jakub walczył z Bogiem, a z drugiej, że z wysłannikiem (nie do końca wiadomo czyim). 

Jeśli to - według x. Bańki - są źródła, które "wprost objawiają", że aniołowe mogą być widzialni i konstruować sobie ciało, to po pierwsze on nie umie czytać ze zrozumieniem, albo w ogóle nie czytał, a po drugie to jest to bluźnierstwo względem Bożego Objawienia, skoro ono rzekomo objawia coś, co właściwie wcale nie jest objawione przynajmniej jednoznacznie. 

Tak więc, po pierwsze x. Bańka wykazuje haniebny brak literalnej znajomości nawet tych fragmentów Pisma św., na które się powołuje. Po drugie, wykazuje zupełny brak znajomości katolickiego warsztatu exegetycznego, co jest szczególnie istotne w przypadku textów starotestamentalnych. Exegeza katolicka wymaga po pierwsze rzetelnego zbadania sensu dosłownego i historycznego, a po drugie jego interpretowania w powiązaniu z całością Bożego Objawienia, w tym także z Magisterium Kościoła oraz z teologią katolicką, które je bada i odpowiednio interpretuje. 

Co mówi Magisterium Kościoła w tej kwestii? 

Sobór Laterański IV zdefiniował stworzenia duchowe czyli anielskie jako bezcielesne:


Jedynym stworzeniem duchowo-cielesnym jest człowiek. Wynika z tego, że aniołowe jako bezcielesne ani nie są widzialni przez zmysły, ani nie mają sami ze siebie zdolności do działania takiego, jakie jest właściwe bytom materialnym i duchowo-materialnym jak człowiek. Innymi słowy: aniołowie są niewidzialni i nie mogą sprawić nic, do czego konieczne jest oddziaływanie materialne czyli cielesne. Taki jest naturalny porządek stworzenia. 
Oczywiście Pan Bóg jako Stwórca jest ponad tym porządkiem i może działać wbrew prawom natury, też wbrew naturalnym zdolnościom aniołów. O takich działaniach, które można określić cudami, jest zapewne mowa w Piśmie św. Innymi słowy: Gdy aniołowie stają się widzialni dla człowieka i działają w sposób właściwy dla istoty duchowo-cielesnej (jaką jest człowiek), to dzieje się to nie dzięki ich naturalnej zdolności, lecz na mocy działania Bożego przez nich. To jest istotna różnica.

Różnica ta jest istotna nie tylko dla właściwego rozumienia źródła Bożego Objawienia, jakim jest Pismo św., lecz jako zapora przed fałszywymi poglądami, które są zarówno judaistyczne (gnostyckie) jak też pogańskie (animistyczne), modne w różnych odmianach okultyzmu, który się rozplenił niestety także pośród katolików, a właściwie został rozpleniony dzięki elementarnej niewiedzy nawet duchownych, do których należy widocznie x. Bańka. 

W tym kontekście pojawiają się opowieści zwłaszcza o św. Janie Vianney czy o św. o. Pio, czy też z rzekomych opisów pseudoexorcystów, które są przytaczane jako rzekome dowody przeciw powyższej prawdzie katolickiej. Co świadczy zarówno o ignorancji teologicznej, jak też o naiwności, bezczelnie wykorzystywanej przez tych, którzy nauczyli się robić potężny biznes na sensacjach tego typu, mających więcej wspólnego z grafomaństwem okultystycznym i okultystyczną kinematografią niż z rzeczywistością i prawdą historyczną.