Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Wysyp hochsztaplerów: "filozofia monastyczna" J. Melonowskiej


Otrzymałem wskazówkę na wystąpienie pewnej pani związanej z szeroko pojętym środowiskiem indultowym, konkretnie kwartalnika "Christianitas" (określanego przez niektórych "Hipocritas"). Krakówkowy odpowiednik, którym jest tzw. Klub Jagielloński (aczkolwiek usytuowany - odpowiednio do miejsca - chyba bardziej na lewo), podjął się ostatnio współpracy czy wręcz promowania takich osób. Oczywiście należy docenić zaangażowanie - przynajmniej pośrednie - nie tylko na rzecz liturgii tradycyjnej, lecz ogólnie dla kultury katolickiej. Problem w tym, że za mało jest w tym kompetencji, a za dużo pozorów. Ta ładna pani jest tego dość wybitnym przykładem. 

Ona sama - co jest oczywiście chwalebne - ułatwia sprawę, gdyż podaje w skrócie całą swoją "filozofię": 

Miło jest patrzeć na wylew zachwytu macierzyństwem, także w jego wysublimowanej postaci, jaką jest dla tej pani pisanie. Takich niewiast jest obecnie bardzo mało w przestrzeni publicznej i należy docenić jej obecność, gdyż to autentyczny skarb nie tylko dla rodziny, lecz także dla społeczeństwa i Kościoła, mając też nadzieję, że p. Melonowska w ten sposób kieruje wychowaniem swoich dzieci. Na tym jednak mniej więcej kończy się wartość intelektualna jej działalności, którą zaprezentowała w tymże wywiadzie. 

Można by wyliczać sporo kardynalnych błędów, które w owym wywiadzie zaprezentowała sobą p. Melonowska, co za razem świadczy o wartości książek, którymi się chwali. Zaznaczam, że tych książek nie znam, i przyznaję się, że nie mam ochoty ich czytać, mimo ciekawych tytułów. Wygląda na to, że treść jest najwyżej poetycko-publicystyczna, o praktycznie zerowym poziomie naukowym czy choćby myślicielskim. Oto kilka najgrubszych przykładów:

1. Pani Melonowska mówi tak, jakby alegorezę - czyli alegoryczną interpretację textu - wynalazł Platon, zaś jej główną postacią na gruncie chrześcijańskim był Orygenes. To jest niedopuszczalne uproszczenie, a nawet zafałszowanie historii, ponieważ już starożytni Grecy uprawiali alegorezę w interpretacji Homer'a, a w odniesieniu do pism Starego Testamentu metodę tą stosował filozof żydowski Filon z Aleksandrii. 

2. Pani Melonowska wykazuje niechęć do scholastyki oraz do uniwersytetów, które się z niej zrodziły, przeciwstawiając ten zasadniczy i kluczowy nurt kultury europejskiej (i światowej) czemuś, co sama nazywa "monastycyzmem", zresztą nie definiując tego pojęcia. Z kontextu wynika, że ona utożsamia go bądź przynajmniej ściśle wiąże z alegoryczną interpretacją Pisma św., co jest oczywiście absurdalne i fałszywe. Z prostego powodu: exegezą zajmowali się zazwyczaj duchowni skupieni w klasztorach i to ze szkół prowadzonych przez nich wyłoniła się instytucja universitas czyli wszechnica, skupiająca badawczo-dydaktycznie wszelkie dziedziny wiedzy (dlatego niemieckie określenia Technische Universität, Medizinische Universität itp. - niestety zmałpowane w Polsce - są absurdalne). Katolicka interpretacja Pisma św. uprawiana także w scholastyce zawsze łączyła sens dosłowny (historyczny) i sens duchowy (typologia, alegoria, sens moralny i sens anagogiczny). 

3. Pani Melonowska (widocznie wraz z Tomaszem Dekert'em) przeciwstawia alegorezę naukowemu podejściu do Pisma św., które z kolei utożsamia z tzw. metodą historyczno-krytyczną panującą obecnie na uczelniach. Prawdą jest, że owa metoda zasadniczo dotyczy wyłącznie sensu historycznego. Owszem, należy mieć na uwadze, że w praktyce powiązana jest ona z założeniami ideologicznymi, które sięgają takich żydowskich myślicieli jak Majmonides i Spinoza, którzy nie mają wiele wspólnego nawet z religią żydowską. Równocześnie nie wolno zapominać, że badaniem sensu dosłownego (historycznego) zajmowali się wszyscy exegeci chrześcijańscy, nawet Orygenes, czego dowodem jest zarówno jest główne dzieło De principiis, jak też słynna Hexapla, czyli zestawienie sześciu wersji Biblii. 

4. Katolicka interpretacja Pisma św. nie ma - i nigdy nie miała - nic wspólnego z dowolnością i mniej czy bardziej górnolotnym fantazjowaniem na kanwie jego textów. Zarówno poprzestanie na szukaniu sensu dosłownego (historycznego) jak też oderwanie alegorezy czy ogólniej sensu duchowego od niego jest sprzeczne nie tylko ze wszelką hermeneutyką chrześcijańską (a nawet żydowską), lecz także ze zdrowym rozsądkiem. Tym bardziej takiego oderwania z całą pewnością nie można nazwać filozofią, nawet w ramach jakiegoś subiektywistycznego światopoglądu (który musi być w sobie sprzeczny). 

5. Gdy p. Melonowska utożsamia tzw. metodę historyczno-krytyczną z naukowości, to hołduje zabobonowi, który sięga swymi korzeniami Spinozy i Majmonidesa. Owszem, należy uznać zasługi tejże metody, zwłaszcza w połączeniu z naukami takimi jak paleolingwistyka i archeologia. Byłoby jednak nieracjonalne - i tym samym nie naukowe - dopuszczenie do pomieszania metody metody naukowej z założeniami czy to (pseudo)filozoficznymi czy (pseudo)teologicznymi. Przykładem jest teoria tzw. demitologizacji (R. Bultmann), która nie tyle bada text biblijny, co raczej wychodząc z zabobonów światopoglądowych regularnie zadaje mu gwałt i przez to jakby uśmierca nie tylko sens dosłowny, lecz także duchowy. 

Na koniec przytoczę słynne adagium scholastyczne, które jak zwykle mistrzowsko streszcza bardzo bogate i szerokie horyzonty katolickiej hermeneutyki biblijnej:

littera gesta docet

quid credas allegoria

moralis quid agas

quo tendas anagogia

Słusznie na pierwszym miejscu jest sens dosłowny, czyli historyczny, gdyż bez niego każdy sens duchowy byłby zupełnie fantazyjny. Warto zwrócić uwagę na to, że alegoria nie ma nic wspólnego z subiektywnymi - mniej czy bardziej udanymi czy wzniosłymi - pomysłami na temat danego textu, lecz jest ściśle powiązana z prawdami wiary. 

Być może p. Melonowska chce dobrze, mianowicie pragnie wskazać na deficyt takiego podejścia do Pisma św., które jest godne tej księgi nie tylko ze strony wierzących w jej boskie pochodzenie (z natchnienia Bożego), lecz także każdego rozumnego i uczciwego człowieka. Czyni to jednak w sposób ukazujący brak kompetencji nie tylko teologicznej, lecz nawet historycznej co do dziejów exegezy biblijnej. Bez solidnej wiedzy o faktach historycznych nie jest możliwa także poważna filozofia. 


Katolicka mowa pogrzebowa

Po pierwsze, słowa pożegnania wygłaszane przez osoby świeckie nie powinny mieć miejsca w liturgii, ponieważ w liturgii jest miejsce wyłącznie na urzędowe nauczanie wiary katolickiej. Właściwym miejscem takiej mowy jest cmentarz i to po zakończeniu właściwego obrzędu pogrzebowego. 

Po drugie, pytanie jest o tyle słuszne, że także taka mowa w wykonaniu katolika powinna się kierować zasadami wiary katolickiej i też zwyczajów zgodnych z tą wiarą. W tym świetle nic nie przemawia za tym, by nie miały to być wspomnienia osób bliskich. Aczkolwiek należy wziąć pod uwagę, że mowa publiczna musi brać pod uwagę obecność różnych odbiorców. Tym samym właściwe jest, by to były słowa osobiste, choć z pewnym wyważeniem, czyli ograniczeniem do tego, co powinno czy może być pożyteczne dla słuchających. 

Co do zwracania się do osoby zmarłej w drugiej osobie już wyraziłem zastrzeżenia wraz z uzasadnieniem (por. tutaj). Mówiąc w skrócie, powodem jest prosty fakt tego rodzaju, że nie wiemy, czy i na ile dusza jest w stanie odebrać słowa wypowiadane w doczesności, a ciało osoby zmarłej na pewno nie jest tego w stanie uczynić. Katolicka rozwaga i rozumność muszą się z tym faktem liczyć, gdyż nie wolno powodować nieporozumienia u osób postronnych, ani narażać wiary katolickiej na wyśmianie czy wręcz szydzenie, które w takim wypadku byłoby poniekąd zrozumiałe. Wiadomo, że serce bliskich osób wręcz wyrywa się do przemawiania do zmarłej osoby, co jest po ludzku zrozumiałe. Jako spontaniczny odruch nie jest to złe samo w sobie, jeśli jest przejawem wiary w obcowanie świętych. Jednak czym innym jest wystąpienie publiczne i to zarówno osoby świeckiej jak też tym bardziej kapłana, który jeszcze bardziej jest zobowiązany do umiaru i roztropności ze względów teologicznych. 


Sprawiedliwość przewyższająca



Dominica V post Pentecosten

Mt 5, 17-24: 

Nie mniemajcie, że przyszedłem rozwiązać Prawo lub Proroków; nie przyszedłem rozwiązać, ale wypełnić.

Bo zaprawdę, powiadam wam: Dopóki aż przeminie niebo i ziemia, jedna jota, albo kreska, nie przeminie z Prawa, aż wszystko się stanie.

Jeśli więc, ktoś by rozwiązał jedno z tych najmniejszych przykazań, i tak by nauczał ludzi - najmniejszym będzie nazwany w królestwie niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w królestwie iebios.

Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie obfitowała bardziej niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, na pewno nie wejdziecie do królestwa niebios.

Słyszeliście, że powiedziano starożytnym: Nie będziesz mordował; a ktokolwiek by zamordował, będzie podległy sądowi.

Ale ja wam powiadam, że każdy, kto bez powodu złości się na swojego brata, będzie podległy sądowi; 

a ktokolwiek by powiedział swojemu bratu: raka, będzie podległy Sanhedrynowi; 

a ktokolwiek by powiedział: głupcze, będzie podległy gehennie ognia.

Zatem jeślibyś przyniósł twój dar do ołtarza, i tam wspomniał, że twój brat ma coś przeciwko tobie,

Zostaw tam twój dar przed ołtarzem, i odejdź, wpierw pojednaj się z twoim bratem, a wtedy przychodząc ofiaruj twój dar.


μη νομισητε οτι ηλθον καταλυσαι τον νομον η τους προφητας ουκ ηλθον καταλυσαι αλλα πληρωσαι

αμην γαρ λεγω υμιν εως αν παρελθη ο ουρανος και η γη ιωτα εν η μια κεραια ου μη παρελθη απο του νομου εως αν παντα γενηται

ος εαν ουν λυση μιαν των εντολων τουτων των ελαχιστων και διδαξη ουτως τους ανθρωπους ελαχιστος κληθησεται εν τη βασιλεια των ουρανων ος δ αν ποιηση και διδαξη ουτος μεγας κληθησεται εν τη βασιλεια των ουρανων

λεγω γαρ υμιν οτι εαν μη περισσευση η δικαιοσυνη υμων πλειον των γραμματεων και φαρισαιων ου μη εισελθητε εις την βασιλειαν των ουρανων

ηκουσατε οτι ερρεθη τοις αρχαιοις ου φονευσεις ος δ αν φονευση ενοχος εσται τη κρισει

εγω δε λεγω υμιν οτι πας ο οργιζομενος τω αδελφω αυτου εικη ενοχος εσται τη κρισει 

ος δ αν ειπη τω αδελφω αυτου ρακα ενοχος εσται τω συνεδριω 

ος δ αν ειπη μωρε ενοχος εσται εις την γεενναν του πυρος

εαν ουν προσφερης το δωρον σου επι το θυσιαστηριον κακει μνησθης οτι ο αδελφος σου εχει τι κατα σου

αφες εκει το δωρον σου εμπροσθεν του θυσιαστηριου και υπαγε πρωτον διαλλαγηθι τω αδελφω σου και τοτε ελθων προσφερε το δωρον σου



Ewangelia mszalna zaczyna się wprawdzie od wersetu 20, jednak dla jej lepszego zrozumienia należy uwzględnić kontext bezpośrednio poprzedzający, który jest zresztą szczególnie aktualny w obliczu dyskusyj teologicznych w kwestii relacji między Nowym a Starym Testamentem. 

Fragment jest częścią tzw. Kazania na Górze, które w Ewangelii św. Mateuszowej jest umieszczone na początku publicznej działalności Jezusa Chrystusa i ma charakter wyraźnie programatyczny, a nawet można jest uznać za swoistą syntezę Jego nauczania. 

Pierwsze zdanie nawiązuje do jądra sporu z przywódcami ludu, zwłaszcza z faryzeuszami. Chodzi o stosunek Jezusa do Starego Przymierza podanego w Pięcioksięgu Mojżeszowym oraz w pismach tzw. prorockich, które to księgi były czytane publicznie podczas nabożeństw szabatowych w synagogach (to rozróżnienie na dwa rodzaje pism występuje tylko w Nowym Testamencie, a żydzi w średniowieczu wprowadzili akronim "Tanach", który oznacza trzy rodzaje w ramach kanonu hebrajskiej Biblii: Prawo czyli Tora, prorocy i pisma inne). 

Ten stosunek zostaje tutaj określony jako wypełnienie, nie jako zaprzeczenie i odrzucenie. Wypełnienie jest tutaj zarówno wykonaniem jak też dopełnieniem w znaczeniu dodania, poszerzenia i pogłębienia, co ukazują przykłady "obfitszej sprawiedliwości", głoszonej i wymaganej przez Jezusa Chrystusa. 

Najpierw Pan Jezus podkreśla aktualność Starego Przymierza, a nawet jego niezmienność. Mowa o jednej jonie odnosi się do alfabetu greckiego, w którym ta właśnie litera jest najmniejsza. Natomiast mowa o kresce ma na myśli prawdopodobnie znak umieszczany wówczas nad hebrajskimi literami jod i waw, który nie miał samodzielnego znaczenia fonetycznego. Mamy więc tutaj wyraźne zaostrzenie wierności nawet dla literalnej postaci spisanego Bożego Objawienia. Tłem jest zarówno konflikt Pana Jezusa z duchowymi przywódcami żydowskimi, jak też późniejsze zmaganie Kościoła o określenie swojej tożsamości w relacji do religii żydowskiej. Ostatecznie chodzi o kwestię, kto jest wierny Prawu Bożemu, a kto nie jest. 

Równocześnie znamienne jest, że także tym, którzy rozwiązują któreś z najmniejszych przykazań, Pan Jezus przyznaje miejsce w Królestwie Niebios, aczkolwiek jako "najmniejszym". Istotne jest ograniczenie do mniejszych przykazań. Uczeni żydowscy już wtedy odróżniali między przykazaniami większymi i mniejszymi. Przestrzeganie i nauczanie jednych i drugich zapewnia większą rangę w porządku Bożym, który oznacza to Królestwo. Także w tym zdaniu Pan Jezus zachęca i wzywa do starannej wierności Prawu Bożemu. 

Sprawiedliwość jest jednym z centralnych wątków zarówno Starego Przymierza jak też Ewangelii św. Mateuszowej. We współczesnym języku Kościoła mówilibyśmy o świętości. W pojęciowości starotestamentalnej tylko Bóg jest święty, a człowiek może być jedynie sprawiedliwy w znaczeniu wypełniania prawa Bożego i to był ideał moralny. Sprawiedliwość, której uczy Jezus Chrystus, nie ma natury li tylko zewnętrznej, lecz jest istotnie duchowa i bardziej odpowiadająca naturze człowieka. 

Jezus Chrystus wymaga od swoich uczniów obfitszej sprawiedliwości niż ta, którą żyją przywódcy żydowscy. Tylko ta sprawiedliwość zapewnia dostęp do królestwa, które On głosi i przynosi. Ukazując tę sprawiedliwość Pan posługuje się stylem nawiązującym do nauczania rabinów, gdyż oni cytując najpierw opinie innych, a następnie wykładają swoją z formułą "a ja wam mówię". Pan Jezus stawia Siebie w kontraście do słów skierowanych do "starych" czyli przodków, cytując piąte przykazanie Dekalogu (LXX: Wyj 20,13; Pwt 5,18) wraz z sankcją, która nie jest zawarta w pismach biblijnych. One przepisują (ius talionis) ukarania zabójcy śmiercią Wyj 21,12; Kpł 24,17; Li 35,16nn). Tak więc sankcja podana w słowach Pana Jezusa - sąd - pochodzi widocznie z tradycji targumicznej, czyli aramejskiego, poszerzonego o dodatki przekładu textu biblijnego na użytek nauczania w synagogach. Chodzi o faktyczny, aktualny stan religii żydowskiej, nie o rekonstrukcję pierwotnego stanu historycznego. 

Zauważyć należy, że przedmiotem przykazania jest nie zabijanie w ogóle (jak zwykle sugerują tłumaczenia), lecz o czyn określany w języku prawniczym jako morderstwo, czyli zabicie osoby niewinnej i bez sprawiedliwego powodu. To rozróżnienie jest istotne zwłaszcza w kontekście aktualnej dyskusji w kwestii kary śmierci. Rozszerzenie zakazu zabijania o złość wewnętrzną, artykułowaną choćby tylko słowami, swoją drogą potwierdza to rozróżnienie. 

Kontrast Jezusowy podany w formie antytezy nie wyraża zaprzeczenia, lecz udoskonalenie, nawet pewne zaostrzenie i przewyższenie. Jest to zwrócenie uwagi na akty wewnętrzne i na słowa, które je wyrażają: już samo rozgniewanie się na bliźniego podpada pod piąte przykazanie. Słowo precyzujące, że chodzi o gniew "bez powodu", już św. Hieronym uważał za późniejszy dodatek, który oczywiście nie wypacza właściwego sensu, lecz go uwyraźnia. 

Złość wewnętrzna zwykle i najczęściej wyraża się w obraźliwych słowach. Znamienne jest, że Ewangelista podaje słowo semickie, aczkolwiek nie w wersji aramejskiej reka, lecz syryjskiej raka, co wskazuje na adresatów w środowisku chrześcijan w Syrii. Według biblistów właściwie nie ma semantycznej różnicy względem greckiego mora czyli "głupcze, błaźnie". Być może istniała różnica w pragmatyce językowej, która dziś jest nieuchwytna. Różnicę znaczeń sugerują różne sankcje: z jednej strony "sanhedryn", który być oznacza jakiś rodzaj rady starszych czy sądu w gminie chrześcijańskiej (choć w tym znaczeniu to słowo nie występuje w Nowym Testamencie), a z drugiej strony "gehenna ognista". Ta druga nazwa występuje tylko u św. Mateusza (23, 33) i jest aramejską nazwą doliny ge-hinnom (w okolicy Jerozolimy), która często występuje w literaturze rabinicznej. Odnosi się ona do miejsca, które zostało zbezczeszczone przez kult Molocha i gdzie według proroctwa Jeremiasza (7,31; 31,40; 32,34) nastąpi krwawa kara. U proroka Izajasza (66, 22-24) jest mowa o tym, że w dolinie kaźni ciała złoczyńców nie będą pogrzebane, lecz spalone, co w ujęciu starotestamentalnym jest o tyle bardziej okrutne, iż w jego wyobrażeniu los człowieka po śmierci zależał od stanu jego zwłok. Według etiopskiej Księgi Henocha (90,26nn) jest mowa o przepaści ognistej na południe od świątyni, gdzie na końcu czasów wrzuceni będą niewierni żydzi. Ci, których za życia nie spotkała sprawiedliwa kara, zmartwychwstaną, żeby następnie cierpieć w tym ogniu na wieczność. W nawiązaniu do innego fragmentu tejże Księgi (27,2) już w pierwszym wieku po Chrystusie pojawiło się powiązanie tego starotestamentalnego miejsca z możliwością oczyszczenia w ogniu, co prowadzi do katolickiej doktryny eschatologicznej o czyśćcu. 

Zgodnie z metodą wykładu halachicznego, po tych zdaniach quasi prawniczych następuje konkretny przykład wzięty z życia. Mówi on o tzw. prywatnej ofierze wiernego, który przynosi swój dar ofiarny przed ołtarz całopalny, by przekazać go kapłanowi do spełnienia. Być może chodzi tutaj o ofiarę przebłagalną za grzechy. Według nauk rabinicznych taka ofiara byłaby nieważna, gdyby np. w przypadku kradzieży ukradziona rzecz nie została zwrócona, czy ogólnie wyrządzona szkoda czy krzywa nie została naprawiona. Jednak także tutaj Pan Jezus zaostrza wymagania, gdyż mówi nie o braku spełnienia warunków przez składającego ofiarę, lecz o zarzutach ze strony bliźniego. Innymi słowy: Pan Jezus wymaga otwartości na krytykę, nawet jeśli ze swej strony wydaje nam się, że nie mamy sobie nic do zarzucenia. Tutaj znowu chodzi o wewnętrzny, duchowy wymiar pobożności, do której istotnie należy postawa pokory, otwartości na prawdę oraz oparte na prawdzie relacje międzyludzkie. 

Istotne jest słowo tłumaczone zwykle jako "pojednaj się", co odpowiada łacińskiemu "reconciliari". Słowo greckie ma jednak znaczenie nieco inne, poniekąd głębsze, gdyż oznacza bardziej "przejście przez różność", "rozmówienie się" (por. tutaj). Tak więc Pan Jezus na pewno nie wymaga powierzchownego zawierania pokoju czy paktu o nieagresji, ani negowania, przykrywania czy ukrywania różnic. Nie chodzi też o przywrócenie stanu wcześniejszego, czy to obojętności, czy przyjaźni. Pewne jest, iż Pan Jezus żąda słuchania i brania pod uwagę tego, co bliźni ma mi do powiedzenia o mnie, oczywiście ze wzajemnością. Zdrowe, oparte na prawdzie i szczerości relacje międzyludzkie są istotnym wymiarem prawdziwej religii. 

Nie trudno zauważyć, jak bardzo aktualne jest to nauczanie Chrystusowe, wręcz namacalnie konieczne. 

Po pierwsze, sprawiedliwość jest ostatnimi czasy pojęciem, a nawet już słowem niechcianym, wręcz programowo spychanym w przestrzeni nawet - jeśli nie przede wszystkim - kościelnej. Ma to miejsce za pomocą, przy okazji, a nawet wręcz programowo w ramach powszechnej obecnie propagandy herezji miłosierdzizmu, według której miłosierdzie jest rzekomo najwyższym przymiotem Bożym, przewyższającym Bożą sprawiedliwość (co jest oczywiście bluźnierstwem). Ewangelia mówi jasno, że nie może to być prawda pochodząca od Boga. 

Po drugie, jak zawsze, także aktualnie główną pokusą i zarazem wypaczeniem religijności jest zaniedbywanie jej wymiaru duchowego, wewnętrznego, zarówno w odniesieniu do siebie jak też do innych osób i ostatecznie do Pana Boga. Ma to związek zarówno z wypieraniem wyczucia i świadomości grzechu, jak też z wybujaniem - odrywającej się od rozumu - zmysłowości, które jest głównym wrogiem życia duchowego. 

Po trzecie, akurat ten fragment Kazania na Górze jest zarówno wybitnie ekumeniczny, jak też wybitnie nieekumeniczny, jeśli chodzi o fałszywą ideologię indyferentyzmu religijnego, związanego nieuchronnie z wypaczeniem, czy przynajmniej poważnym zaniedbaniem duchowym. Katolik nie ma prawa wypierać się czy choćby wstydzić tego, że jego religia wyznacza wyższe standardy niż religia żydowska, a tym bardziej inne religie, które są jeszcze bardziej odległe od prawdy Chrystusowej. Równocześnie katolik nie ma prawa negować, że wymiar duchowy naszej religii jest najbardziej misyjny i najbardziej otwarty na każdego człowieka dobrej woli, który szczerym sercem pragnie i szuka sprawiedliwości większej i głębszej niż ta, która była i jest dana i możliwa przed Chrystusem i bez Chrystusa. 

Po czwarte, stosunek Zbawiciela do religii przodków wedle ciała jest drogowskazem i normą dla postawy katolika w pewnym sensie także wobec religii jego przodków we wierze. Chodzi nie tylko o religię starotestamentalną, lecz także o wiarę i pobożność chrześcijan wieków minionych. Oczywiście istotnie inne jest odniesienie do Starego Testamentu, określone raz na zawsze, niezmiennie w Nowym Testamencie, niż do Tradycji Kościoła, gdyż ona zawiera i przekazuje to, co zostało ustanowione przez Jezusa Chrystusa w "przewyższającej sprawiedliwości". Istotne jest zasadnicze podejście do dziedzictwa przodków: skoro Pan Jezus nie usunął ani najmniejszej litery ze Starego Przymierza, to tym bardziej katolikowi - niezależnie od pozycji w hierarchii - nie wolno usuwać czy zmieniać czegokolwiek, co odziedziczył od Apostołów oraz pokoleń świętych i doktorów Kościoła. 

Ostatecznie każdy szczerze szukający sprawiedliwości staje nie tylko przed bliźnimi, ale także przed Bogiem z pytaniem: Panie, co masz przeciwko mnie? Ten, kto je zadaje nieustannie, jest na drodze do królestwa niebios. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.7.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w ostatnim miesiącu liczba wejść na bloga przekroczyła 4 miliony. Nastąpił też dalszy wzrost korzystania z bloga, które ostatnio wyniosło średnio ponad 4000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania, lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Co jest przedstawieniem? X. T. Jakubiak a małżeństwo



Tenże duchowny - który już niegdyś "zasłynął" apologią błogosławienia par cudzołożnych i jednopłciowych (por. tutaj) - w odpowiedzi na zadane pytanie niby zasadniczo odpowiedział prawidłowo, jednak wmieszał zdanie, które jest niestety sprzeczne z Kodeksem Prawa Kanonicznego i z teologią katolicką:


Jak widać, wykładowca w dziedzinie prawa kanonicznego ma z nim poważny problem. Otóż Kodeks mówi wyraźnie, że dla osoby ochrzczonej wyłącznie małżeństwo sakramentalne jest małżeństwem ważnym:


Owszem, tutaj jest mowa wprost o małżeństwie między ochrzczonymi. Jednak w całej logice prawa kanonicznego małżeństwo zawierane między katolikiem a niekatolikiem - czy to ochrzczonym czy nieochrzczonym - jest traktowane tak samo: w jednym i drugim przypadku zachodzi przeszkoda tzw. oddzielająca, czyli uniemożliwiająca zawarcie sakramentalnego czyli ważnego związku małżeńskiego, i dopiero udzielenie dyspensy uwarunkowanej zgodą obydwu stron co do katolickiego rozumienia małżeństwa umożliwia zawarcie ważnego małżeństwa, które dla strony ochrzczonej jest sakramentem (nie jest rozwiązywane przez Kościół). 

Dlaczego więc ów osobnik kłamie? Ano zapewne po to, żeby "dowartościować" związki niesakramentalne przez przyznanie im ważności czyli mocy wiążącej kanonicznie. A to jest sprzeczne z katolickim rozumieniem małżeństwa. 

Owszem, według teologii katolickiej istnieje także tzw. małżeństwo naturalne, które jest wiążące na zasadzie prawa naturalnego (i nie jest sakramentalne czyli nierozerwalne). Istnieje ono jednak wyłącznie między osobami nieochrzczonymi, więc nie jest możliwe wtedy, gdy choćby jedna strona związku jest ochrzczona. 


Parafia pod kierownictwem heretyka (z post scriptum)

Ten człowiek nie wie, co pisze, być może też nie wie, co robi. Na pewno jednak kłamie. Otóż dla katolika nie ma ważnego małżeństwa niesakramentalnego. To jest elementarz katolickiej teologii moralnej oraz prawa kanonicznego. Innymi słowy: dla katolika tylko małżeństwo sakramentalne jest małżeństwem ważnym czyli nierozerwalnym. Każdy inny związek zawarty przez katolika NIE jest i nie może być małżeństwem, lecz jest konkubinatem czyli grzechem. 

Oto dowody choćby z samego Kodexu Prawa Kanonicznego z 1983r.:

Sprawa jest jasna: związek zawarty między katolikiem a osobą nieochrzczoną jest nieważny, ponieważ nie jest sakramentem. Wynika to z tzw. przeszkody różności religii. Jest jednak możliwość udzielenia dyspensy od tej przeszkody pod warunkami podanymi w następujących kanonach:


Te warunki są niczym innym jak uzależnieniem ważności związku od zgody OBYDWU stron - czyli także strony niekatolickiej - na katolickie rozumienie małżeństwa. Nie jest to wówczas tzw. małżeństwo naturalne, lecz katolickie, mimo że jedna strona nie jest katolikiem. Tylko wówczas taki związek jest ważnym, czyli sakramentalnym małżeństwem, nawet jeśli strona niekatolicka nie wierzy w sakramenty Kościoła. 

Kanon wcześniejszy mówi wyraźnie, że dla osób ochrzczonych nie ma innego ważnego małżeństwa jak tylko małżeństwo sakramentalne, czyli rozumiane po katolicku:

Wprawdzie nie jest tutaj wprost powiedziane, czy małżeństwo zawarte na podstawie dyspensy, o której mowa w kanonie 1086, jest sakramentem. Jednak z połączenia tych dwóch kanonów (1086 i 1055) wynika, że tak jest, oczywiście pod warunkiem dyspensy, która jest powiązana z zapewnieniem konsensu co do katolickiego rozumienia małżeństwa. 

Kłamstwem jest więc twierdzenie, jakoby jakikolwiek związek katolika i niekatolika był czy to sakramentem czy ważnym małżeństwem. Po prostu nie ma dla katolika innego ważnego czyli nierozerwalnego małżeństwa jak tylko małżeństwo sakramentalne. 

Jeśli więc ktokolwiek błogosławi związki niesakramentalne, to nie błogosławi ważnego małżeństwa lecz jedynie konkubinat, niezależnie od bełkotu słownego, w który to owija. 


Post scriptum

Otrzymałem merytoryczną polemikę, na którą chętnie odpowiadam po kolei:

Tak właśnie twierdzę: dla katolika jedynie małżeństwo sakramentalne jest ważne ("ratum"), czyli ważne małżeństwo musi być sakramentalne. 

Nigdy nie twierdziłem, jakoby "między ochrzczonymi" oznaczało "między ochrzczonym a nieochrzczonym". Twierdzę natomiast, iż z połączenia kanonów 1055 i 1086 można wyprowadzić twierdzenie, iż małżeństwo między katolikiem a nieochrzczonym zawarte z dyspensą de disparitate cultus jest małżeństwem ważnym czyli sakramentalnym. 


Przyznaję, że nie znałem tego dokumentu (studia magisterskie z teologii ukończyłem przed rokiem 2001 i potem nie zajmowałem się nowościami kanonicznymi). Uważam, że to jest nowość, która nie jest spójna z katolickim rozumieniem małżeństwa. Przykład: para składająca się z katolika i osoby nieochrzczonej po otrzymaniu dyspensy sprawuje katolicki obrzęd sakramentu małżeństwa. Czy to jest tylko symulacja sakramentu? A jeśli taki związek - według tego dokumentu z 2001 r. - zostanie rozwiązany przez papieża, to drugi związek - tym razem zawierany już z osobą ochrzczoną - znów będzie zawierany według tego samego katolickiego obrzędu sakramentu małżeństwa. Czy to nie jest cyrk, czy przynajmniej nieporozumienie? To jest kpina z katolickiego obrzędu sakramentu małżeństwa. 


Nie wiem, czy są rozwiązywane. Trzeba by mieć wgląd do akt Roty Rzymskiej. Pewne jest, że rozwiązanie jest możliwe tylko wtedy, gdy małżeństwo nie jest sakramentalne. Pewne jest także, że chyba aż do 2001 r. małżeństwa między katolikiem a nieochrzczonym zawarte z dyspensą nie były rozwiązywane. 


Ktoś tu gruntownie pomieszał. Otóż kanon brzmi:


Widać chyba wyraźnie, że akurat ten kanon tak samo traktuje małżeństwa między ochrzczonymi jak między stroną ochrzczoną i nieochrzczoną. Tak więc jest tutaj potwierdzenie równości w ważności zawarcia, czyli w sakramentalności. 


Odpowiadam: argument z analogii do Chrztu św. jest całkowicie trafny, ponieważ dotyczy warunków ważności sakramentu pod stronie szafarza. 


Jak już wskazałem, ten dokument z 2001 r. jest pierwszym i jedynym, który zawiera takie sformułowanie. Widocznie demontaż katolickiego rozumienia małżeństwa odbywał się już za rządów wojtyliańskich. W każdym razie takie jedno zdanie, którego przedmiotem zresztą nie jest kwestia sakramentalności małżeństwa między stroną ochrzczoną i nieochrzczoną, po pierwsze NIE jest normą w tej kwestii, a po drugie nie jest spójne przynajmniej ze wcześniejszą praktyką Kościoła, który nie rozwiązywał takich małżeństw. 

Pewne jest, że wielowiekowa praktyka Kościoła ma moc większą niż jedno zdanie w dokumencie wydanym za rządów wojtyliańskich, które zresztą regularnie były niespójne, a dość często wręcz skandaliczne pod względem doktrynalnym. Temat jest na pewno godny zgłębienia i reflexji. 

Na koniec jeszcze zwracam uwagę na bezpośrednią przyczynę poruszenia tej sprawy. Otóż wpis x. Rakowskiego dotyczył dość wyraźnie konkubinatów, nie małżeństw zawartych z dyspensą de disparitate cultus. I to jest tutaj zasadniczy problem. Gdy ktoś miesza te sprawy, to po pierwsze nadużywa dokumenty, a po drugie oszukuje ludzi. 

Kara śmierci "państwa podziemnego"


Konieczne jest mieć na uwadze, że kara śmierci jest rodzajem obrony koniecznej życia niewinnych osób przed realnym zagrożeniem ze strony danej osoby (agresora). 

Nie znam na tyle tej historii, by ocenić zasady i praktykę stosowaną przez "państwo podziemne". Pewne jest, że okupacja była sytuacją nadzwyczajną, która jednak nie może zmienić zasad moralnych, choć ma wpływ na ich stosowanie. 

Ważne jest w tym temacie także katolickie nauczanie o wojnie sprawiedliwej. Na polu bitwy także nie jest możliwe prowadzenie procesu sądowego nad każdym walczącym, by dać mu możliwość obrony. Istotny jest udział w walce i realne zagrożenie życia, przed którym wolno i należy się bronić. Innymi słowy: chodzi o pewność realnego zagrożenia życia ze strony agresora. Także w przypadku tzw. państwa podziemnego istotna jest ta pewność. 


Jaka reforma liturgii?


Nie znam tego wywiadu. Poznałem jakiś czas temu osobiście x. Grzegorza, którego uważam za dobrego, gorliwego kapłana. Odniosę się tylko do zadanej kwestii. 

Prawdą jest, że głównym motywem i wątkiem tzw. drugiego ruchu liturgicznego, czyli tego z pierwszej połowy XX w. (w odróżnieniu od ruchu związanego z opatem Guéranger i jego klasztorem w Solesmes), była swoista "demokratyzacja" liturgii. Oczywiste są zresztą powiązania tego drugiego ruchu z modernizmem, zarówno personalne jak też treściowe. To w jego ramach pojawiła się tzw. Missa dialogata, czyli taka, gdzie wszyscy uczestnicy - a nie tylko ministranci - odpowiadają celebransowi w celebracji tzw. recytowanej. 

Tutaj należy mieć na uwadze, że właściwą forma liturgii jest Msza św. śpiewana (zwłaszcza z asystą wyższą). Gdy nie było możliwości udziału asysty jak też kantora wykonującego śpiewy mszalne tzw. gregoriańskie, wówczas pozostawała właściwie tzw. msza prywatna, czyli bez śpiewu liturgicznego (recytowana). W praktyce wyglądało to tak, że kapłan z ministrantem recytował przy ołtarzu, zaś lud - jeśli parafię było stać, to pod przewodnictwem organisty - śpiewał pieśni nabożne w języku narodowym. Postulat tzw. ruchu liturgicznego dotyczył zwalczenia właśnie tej formy, a nie rozpowszechnienia właściwej formy śpiewanej z chorałem gregoriańskim (jak to chciał słusznie pierwszy ruch liturgiczny). Nie trudno zauważyć, że to był wstęp i furtka do mentalności Novus Ordo, wraz ze wszelkimi charakterystycznymi nadużyciami. 

Nie do końca rozumiem tutaj kwestii mikrofonu. Otóż nagłośnienie ma sens podczas kazania. Natomiast w zasadniczej części liturgii, zwłaszcza w śpiewie, jest to raczej przeszkoda i wykrzywienie już nawet akustyczne. 

Prawidłowy rozwój liturgii pozostaje zawsze wierny zarówno istocie danego sakramentu jak też treściom zawartym w poszczególnych elementach. Np. modlitwy u stopni ołtarza są ze swej natury przygotowaniem celebransa i ministrantów do właściwej liturgii. Wyraża to istotnie inny udział kapłana (czy ogólnie duchowieństwa, gdyż ministranci jedynie zastępują kleryków niższych stopni) od udziału świeckich. Owszem, wierni świeccy mogą i powinni duchowo dołączać się do modlitwy duchowieństwa, jednak włączenie ich wprost - przez wspólne odmawianie Confiteor - zburzyłoby istotny element struktury całości. 


Usprawiedliwienie przed Chrystusem


Najpierw istotna uwaga merytoryczna:

Grzech nigdy nie może być usprawiedliwiony. Usprawiedliwiony - czyli uświęcony - może być tylko człowiek. 

Problem w zadanym pytaniu jest dość prosty. Wiadomo, że Pan Bóg każdego rozlicza z tego, co dane mu było poznać, oraz ze starań, które poczynił, by żyć zgodnie z prawdą. Dotyczy to tak samo żydów jak i pogan, a obecnie także chrześcijan, zgodnie ze słowami Pana Jezusa: "Komu wiele dano, od tego będzie wiele wymagane" (Łk 12, 48). Innymi słowy: już także przed ustanowieniem sakramentów Kościoła każdy człowiek miał możliwość osiągnięcia zbawienia, jeśli żył zgodnie z prawdą, którą dane mu było poznać. W każdej religii przedchrześcijańskiej była obecna jakaś świadomość grzechu i jakoś, choćby niewyraźnie pojęty żal za grzechy i konieczności pokuty i ascezy, czyli wysiłku ku jakoś pojętym cnotom. 

Pan Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym, który zna i sądzi każdego człowieka od początku stworzenia aż do końca czasów. Tylko Bóg zna stan umysłu człowieka, czyli poznanie, które zostało mu dane, a także to, na ile sprostał prawdziwemu poznaniu. 

Nasuwy się oczywiście pytanie o sens i konieczność Objawienia w Jezusie Chrystusie oraz sakramentów Kościoła. Pewne jest, że nikt nie jest potępiony z tego powodu, że żył na tym świecie przed przyjściem Zbawiciela czy też po tym przyjściu nie miał możliwości poznania Jezusa Chrystusa. Tutaj jest właście miejsce klasycznej katolickiej nauki - wyrażonej już przez św. Justyna Męczennika - o "nasionach Słowa" (Λογος σπερματικος) obecnych na świecie już przed Chrystusem i tym samym także poza widzialnym organizmem Jego Kościoła. Gdy ktoś dostępuje zbawienia wiecznego, to właśnie mocą Boskiego Logosu, którym jest Jezus Chrystus, choćby był znany danemu człowiekowi w sposób "zarodkowy", czyli początkowy i niepełny. O tym też mówi Prolog św. Jana (1,9): to Logos - Jezus Chrystus - jest tą światłością, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na ten świat. 

To nie jest osłabienie konieczności głoszenia wszystkim ludziom Jezusa Chrystusa, lecz jej wzmocnienie, gdyż cząstki, fragmenty prawdy ze swej natury dążą ku pełni, tak jak nasienie dąży do bycia dojrzałą rośliną. 


Jak się zachować w sytuacji sprzeczności w Magisterium?


Należy zacząć od tego, że w Magisterium Kościoła nie może być sprzeczności, ponieważ Duch Święty, który prowadzi Kościół we wierności Bożemu Objawieniu nie może się mylić, ani przeoczyć czegoś, co czyni czy naucza hierarchia Kościoła. 

Istotne jest, by mieć na uwadze, co jest właściwym przedmiotem Magisterium Kościoła. Podstawą, czyli niewzruszonym fundamentem jest oczywiście Boże Objawienia poświadczone w Tradycji i Piśmie św. Przedmiotem - w sposób podrzędny i podporządkowany - są także wnioski teologiczne oraz zastosowanie prawdy objawionej dla konkretnych, aktualnych w danym momencie historii pytań i problemów. Także tutaj nie może być sprzeczności, gdyż zmienna sytuacja historyczna nie może zmienić niezmiennej prawdy, a może jedynie być impulsem dla jej lepszego zrozumienia i aplikowania. 

Zasadne jest pytanie, jak należy się zachować w podanej kwestii. 

Najpierw należy mieć na uwadze, że kwestia tzw. wolności religijnej należy do kategorii wniosków z prawdy objawionej, konkretnie w dziedzinie etyki społecznej i politycznej. Kryterium nadrzędnym jest tutaj prawda o jedyności Bożego Objawienia strzeżonego w Kościele Chrystusowym. Innymi słowy: dane nauczanie odnośnie do wolności religijnej musi być zgodne z prawdą, że Bóg objawił się ostatecznie i niezmiennie w Jezusie Chrystusie, który ustanowił w Kościele jedyną prawdziwą religię dla całej ludzkości. Powiązaną prawdą jest oczywiście antropologia teologiczna, głównie w aspekcie aktu wiary, czyli relacji między łaską a wolnością. 

Po drugie, należy rzetelnie zbadać dane zdania także w ich kontekście historycznym. Właściwy sens można odkryć dopiero dzięki usytuowaniu historycznemu. Nie może to oczywiście oznaczać relatywizmu czy zmienności prawdy. 

Po trzecie: Jeśli po rzetelnym zbadaniu dwóch zdań, okazuje się, że nie da się ich pogodzić względem siebie, to należy rozważyć, które z nich w sposób pełniejszy i doskonalszy odpowiada nadrzędnej prawdzie objawionej pod względem zarówno dogmatyczno-doktrynalnym jak też praktyczno-etycznym. 

Po czwarte: Zdanie starsze i powszechne (a powszechne jest zasadniczo nauczanie papieskie) ma wagę wyższą, o ile nie wykazano jego błędności względem Bożego Objawienia. Uwarunkowania historyczne nigdy nie mogą być kryterium rozstrzygającym o prawdziwości danego zdania. 

Z całą pewnością błędne jest stawianie dwóch zdań sprzecznych na równi, tzn. przyznając im prawdziwość i tę samą rangę, nawet jeśli formalnie podawane są przez organ Magisterium Kościoła (choć w różnych momentach historii). 

Jeszcze odnosząc się do drugiego pytania. Grzechem jest sprzeciwianie się Magisterium Kościoła, które jest osobiście znane jako takie. Jeśli przykładowo ktoś nie zna innego nauczania jak tylko "posoborowe" i nie dostrzega jego sprzeczności względem Bożego Objawienia, to sprzeciwianie się temu nauczaniu jest grzechem. Grzechem - przynajmniej głupoty - jest także stawianie tego nauczania ponad Bożym Objawieniem, a także nieznajomość tego Objawienia, o ile jest zawiniona. 

Obowiązkiem katolika jest znajomość prawd wiary katolickiej, a można ją zdobyć także samodzielnie na podstawie każdego tradycyjnego katechizmu katolickiego. Zawiniona nieznajomość jest grzechem, gdyż świadczy albo o braku zainteresowania sprawami religii, albo o preferencji dla fałszywych doktryn, chociażby modernistycznych. 


Jakich nas Bóg miłuje?


Chodzi o następujący rozdział z dekretu Arausiacanum II o łasce i wolnej decyzji (źródło tutaj): 


Jest to jeden z fundamentalnych prawd antropologii teologicznej. Chodzi o to, że człowiek może osiągnąć doskonałość, do której go Bóg powołał, nie dzięki swoim zasługom, lecz dzięki łasce Bożej. Innymi słowy: ta doskonałość jest darem Bożym, a nie wynikiem wysiłków ludzkich. 

Oczywiście należy do zdanie rozumieć w kontekście całego nauczania Kościoła o łasce i wolności, gdzie swoje miejsce mają także uczynki ludzkie czyli zasługi. W uczynkach ludzkich wyraża i przejawia się działanie łaski czyli skuteczność daru Bożego w powiązaniu z zaangażowaniem człowieka. Ten dar wymaga współdziałania, aczkolwiek człowiek samym swoim działaniem nie jest w stanie osiągnąć tego, do czego Bóg go przeznaczył. 

Istotne jest to, że chodzi o świętość, która zostanie dopełniona w życiu wiecznym, nie o stan obecny, czy to człowieka pobożnego, czy trwającego w grzechach. Pan Bóg nie miłuje grzechu, lecz świętość i dążenie do niej. 


Czy moralne jest życzenie śmierci wrogom Ojczyzny?


To hasło jest rzeczywiście bardzo problematyczne z moralnego punktu widzenia. 

Katolik ma moralny obowiązek życzyć każdemu, także wrogowi, zbawienia duszy, czyli dobra wieczystego. Zaś w dziedzinie doczesnej - ze śmiercią włącznie - powinien życzyć tego, co służy zbawieniu duszy, o ile służy temu celowi. 

Zabicie agresora, który realnie zagraża życiu własnemu czy innych niewinnych osób, jest moralnie dopuszczalne jedynie w obronie koniecznej. Można to analogicznie zastosować do życzeń względem agresora, przy czym jego śmierć oczywiście nie może być celem samym w sobie, lecz jedynie środkiem dla ochrony życia niewinnych osób przed realnym zagrożeniem z jego strony. 


Struktura Magisterium Kościoła



Były już poruszane tematy bliskie i pokrewne (tutajtutajtutaj). 

Gwoli uzupełnienia: 

Magisterium Kościoła nie jest ściśle powiązane z określoną formą czy rodzajem literackim dokumentu. Poszczególne rodzaje - konstytucje apostolskie, encykliki, bulle, deklaracje, dekrety, notyfikacje - wynikają ze zwyczajowej praktyki i nie są ściśle określone. Także więc granice między poszczególnymi rodzajami mogą być płynne. Istotne jest natomiast określenie, które zdanie względnie orzeczenie ma daną rangę. Ranga może być podana 

- wprost, gdy np. powiedziane jest, że dana prawda jest objawiona przez Boga, czyli nieomylna i niezmienna, 

- pośrednio, czyli przez kontext, gdy np. jest wskazane na słowa Pisma św. czy wcześniejsze definicje dogmatyczne. 

Dotyczy to zarówno orzeczeń wydanych przez sobory powszechne jak też przez Stolicę Apostolską. Dany organ Magisterium zawsze wystarczająco jasno określał (tak było co Vaticanum I), jaką rangę ma dane orzeczenie względnie zdanie i jaką ma obowiązywalność. Sam rodzaj literacki danego dokumentu nie określa tego jednoznacznie. 

W skrócie:

1. Obowiązuje to, czego Kościół nauczał przez wieki, a nie nowości. Oczywiście najpierw należy wykazać, że nowość jest sprzeczna z odwiecznym nauczaniem. 

2. Stopień obowiązywalności - i tym samym waga grzechu w razie jej nieprzestrzegania - zależy od stopnia pewności czyli związku z Bożym Objawieniem. 

Źródłami w temacie są tradycyjne podręczniki dogmatyki katolickiej, dokładniej w traktacie wstępu do dogmatyki, względnie wstępu czy podstaw teologii katolickiej. 

Zadana pokuta a ważność spowiedzi


Wykonanie zadanej pokuty jest składnikiem dobrej spowiedzi, lecz nie jest warunkiem koniecznym do jej ważności, gdyż następuje po spowiedzi. Konieczna jest owszem wola wykonania pokuty w tym znaczeniu, że przynależy do szczerej woli poprawy, która koniecznym warunkiem spowiedzi. 

Dla spokoju sumienia należy tę kwestię wyznać przy następnej spowiedzi, poprosić o wyznaczenie pokuta "nadrabiającej" i już nie wracać do sprawy. 

Najlepszym środkiem przeciw skrupułom jest poddanie się dobremu kierownictwu duchowemu. Wybranemu kierownikowi duchowemu (spowiednikowi) należy być posłusznym. 

Błogosławieństwo od heretyka


Obecne prawo kanoniczne nie zawiera kary za samo przyjęcie błogosławieństwa od heretyka. Raczej należy powiedzieć: w ogóle nie przewiduje takiej sytuacji. Z prostego powodu: nikt przed Janem Paweł II nie wpadł na pomysł, by udzielać błogosławieństwa wspólnie z heretykami, a nikt przed Franciszkiem nie wpadł na pomysł, by samemu przyjąć takie błogosławieństwo. 

O ile mi wiadomo, póki co nie ma teologicznego uzasadnienia takiego przyjęcia, ani ze strony przyjmującego, ani kogokolwiek. Pewne jest, że taki gest jest skandaliczny, gdyż sprawia wrażenie, jakoby heretycy mieli conajmniej takie same prawo i taką samą możliwość działania w imię Boga Trójjedynego dla zbawienia dusz jak prawowity Kościół Chrystusowy. Nie trudno dostrzec w tym poglądzie herezji przynajmniej materialnej, negującej jedyność widzialnego Kościoła Chrystusowego, który otrzymał od Zbawiciela misję ratowania dusz. Z kolei herezja - aczkolwiek dopiero formalna - skutkuje popadnięciem w automatyczną karę exkomuniki (latae sententiae), która powoduje też utratę wszystkich urzędów kościelnych.

Co do przynależności do masonerii, to obecny Kodex Prawa Kanonicznego nie wspomina jej z imienia, w przeciwieństwie do Kodexu z 1917 r. Mówi ogólnie o przynależności do stowarzyszeń wrogich Kościołowi i zwalczających Kościół, a to oznacza, iż także rotarianizm można zaliczyć do takich stowarzyszeń. Jednak obecny Kodex niestety nie nakłada kary ekomuniki za taką przynależność. Tym samym kwestia jest pozostawiona do indywidualnej oceny przez biskupa miejsca, a ostatecznie władz rzymskich. 


Wysyp oszustów: pseudojezuita Jacek Prusak


Moderniści są mistrzami krętactwa i oszukiwania. Potrafią zamotać i wykręcić, żeby wyjść na swoje, przynajmniej we własnym mniemaniu. Dość typowym przykładem jest Jacek Prusak - gwiazda katolewackich i otwarcie antykatolickich przekaziorów. 

Ciekawe, że ostatnio wpadł on na pomysł wypowiedzenia się w nadal gorącej kwestii rzekomej schizmy FSSPX (którego oczywiście nie zamierzam bronić), a to w dość naciąganym nawiązaniu do perykopy Ewangelii (w Novus Ordo) o pszenicy i kąkolu. 

Już w słowach odnoszących się do samej przypowieści dość łatwo dostrzec talent oszusta: podczas gdy w Ewangelii jest wprost powiedziane, że nieprzyjacielem, który sieje chwast jest diabeł (Mt 13,39), to w "ewangelii" Prusaka nie ma wcale wzmianki o diable, a bycie chwastem zależy od człowieka. To dopiero wstęp do właściwego tematu w tym przypadku.

Następnym przykładem jest powiedzenie, że o. Pio z Pietrelciny "nie był wielkim sympatykiem reformy liturgicznej". Prusak zapewne cieszy się, gdy ktoś te jego słowa zrozumiał w ten sposób, że o. Pio był niewielkim sympatykiem reformy liturgii...

Gdy on mówi, że o. Pio ze względu na swój wiek otrzymał "specjalne pozwolenie na odprawianie mszy w języku łacińskim", to albo nie wie, co mówi, albo wie i znowu oszukuje. Jeśli nie wie, że "sobór" (ani "Novus Ordo"), ani ktokolwiek inny nie zakazał celebrowania po łacinie, to jest ignorantem nie znającym podstawowych dokumentów w tej kwestii. A jeśli wie i mimo tego mówi coś takiego, to jest oszustem. 

Następnym kłamstwem jest powiedzenie, jakoby o. Pio sprawował "tę Mszę łacińską" zarówno tyłem jak i przodem do ludzi. Prawda jest taka, iż o. Pio tylko jeden jedyny raz sprawował Mszę św. zreformowaną - było to według Missale Romanum z 1965 r., nie Novus Ordo (które zostało wprowadzone dopiero w 1969 r.) - i to jakby "przodem do ludzi". Była to bodajże jego ostatnia Msza św. przynajmniej publiczna. Faktycznie było to jednak przodem do krzyża znajdującego się na ołtarzu polowym, czyli z całą pewnością nie tyłem do Najświętszego Sakramentu w tabernakulum, co jest istotne. 

Następnie Prusak cytuje z dwóch listów o. Pio z 1913 r., gdzie jest mowa o niegodziwym traktowaniu liturgii przez kapłanów. To mają być według Prusaka dowody na to, że reforma liturgii nie jest zła i że nie jest winna obecnemu stanowi Kościoła -  z mszami w kąpielówkach na pontonie, karnawałowymi itp. itd. Prusak widocznie uważa swoich słuchaczy za debilów, którzy nie potrafią odróżnić ludzkiej słabości i złości, na które całkowicie zaradzić nie jest w stanie żadna liturgia (gdyż liturgia nie usuwa wolnej woli człowieka), od złej liturgii, która sprzyja słabości, złości i ogólnie grzeszności. Ponadto on widocznie usiłuje wmówić swoim słuchaczom, jakoby zapaść Kościoła, która ewidentnie ma miejsce (i której on tutaj nie neguje), nie miała nic wspólnego z "soborem" i następującymi po nim "reformami". To jest kolejne, w tym miejscu główne kłamstwo w wykonaniu tego osobnika. 

Podobnym zabiegiem jest postawienie chochoła w postaci twierdzenia, jakoby "liturgia trydencka" miała w zamyśle jej zwolenników usunąć z tego świata "chwasty" czyli zło. Tutaj kłamstwo jest podwójne. Po pierwsze, nikt z poważnych zwolenników liturgii tradycyjnej nie twierdzi, jakoby powrót do niej miał wybawić świat od zła wszelkiego. Pod tym względem Prusak uderza tylko w swojego chochoła. Perfidia Prusaka polega jednak na tym, że w tym uderzeniu godzi on w istotę zarówno sakramentów jak też Kościoła, mianowicie w ich rolę zbawczą w historii ludzkości. Jeśli - jak sugeruje Prusak - sprawowanie sakramentów optymalnie zgodne z wiarą katolicką nie ma żadnej wartości dla zwalczania zła czyli grzechu, to uderza to nie tylko w tradycyjną liturgię, lecz w sakramenty i ostatecznie w Kościół ustanowiony przez Jezusa Chrystusa dla sprawowania sakramentów. Sprowadzając do kwintesencji: Prusak twierdzi, że trzymanie się czy powrót do liturgii tradycyjnej nie ma żadnego znaczenia dla zbawienia dusz. Co więcej: on twierdzi, że ci, którzy to postulują czy przynajmniej pragną tego dla siebie, są buntownikami. 

Nasuwa się tutaj pytanie: Czyż głównym motywem "reform soborowych" nie był szczytny cel dotarcia do większej rzeszy ludzi oraz zjednoczenia rodzaju ludzkiego w pokoju i dobrobycie? Czy coś z tego zostało osiągnięte? A jeśli nie zostało osiągnięte (co jest oczywiste), to czyż nie należy wyrzucić Novus Ordo do śmietnika historii przynajmniej tak samo jak banda bergogliańska chciałaby wyrzucić liturgię tradycyjną? 

W repertuarze Prusaka nie zabrakło standardowego obecnie "argumentu" o - rzekomym - paraprotestanckim subiektywiźmie "tradycjonalistów", którzy mają czelność zauważać, iż liturgia tradycyjna bardziej odpowiada wierze katolickiej niż Novus Ordo. Ci, którzy wytaczają ten argument, albo nie mają pojęcia, na czym polega protestancki subiektywizm w sprawach wiary, albo mają pojęcie, lecz na doraźny użytek przekręcają i wykręcają dość proste fakty. Otóż wystarczy spojrzeć do elementarza historii Kościoła, by się dowiedzieć, iż herezja protestancka bazuje na osobistym, niezależnym od Tradycji i Magisterium Kościoła interpretowaniu Pisma św. Obecnie natomiast zachodzi problem polegający na sprzeczności między dokumentami "soborowymi" i "posoborowymi" a tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Ta sprzeczność dotyczy analogicznie także liturgii. Jeśli ktoś nazywa zauważanie tej sprzeczności "subiektywizmem" czy wręcz "protestantyzmem", to albo nie wie, o czym mówi, albo wie, lecz świadomie oszukuje publiczność na doraźny użytek. 

Co więcej: Prusak posługuje się tutaj typowym chwytem fałszywej pokory, co świadczy o tym, że albo nie zna nauczania założyciela zakonu jezuitów w kwestii pokory, albo udaje, że nie zna. Według Prusaka nie wolno twierdzić, że wie się lepiej, konkretnie, że Novus Ordo jest gorsze niż liturgia tradycyjna. On ponadto obwieszcza, iż wzorem tej - fałszywej - pokory jest o. Pio, bo on rzekomo nie twierdził, że wie lepiej (co jest zresztą także kłamstwem, skoro pisał do Pawła VI w sprawie reformy liturgii). Także tutaj pseudojezuita usiłuje odwrócić uwagę od właściwego problemu, którym jest sprzeczność między tym, czego nauczał i co czynił Kościół hierarchiczny przed Vaticanum II, a tym, co jest głoszone i czynione od Vaticanum II. Katolik ma więc problem polegający na tym, komu wierzyć i za kim iść. Kościół "przedsoborowy" nie przestał być Kościołem hierarchicznym, któremu posłuszeństwo nakazywał św. Ignacy z Loyoli. Kościół hierarchiczny nie mógł też zmienić zdania, ponieważ prawda jest niezmienna. Nachalne żądanie od katolików, by nie ważyli się dostrzegać tego problemu, lecz ślepo poddali się wszystkiemu, co idzie z Watykanu i stolic biskupich, jest oszustwem wielowarstwowym, de facto usiłującym sprowadzić katolicyzm do poziomu sekty autorytarnej, gdzie aktualny guru dysponuje prawdą, dobrem i pięknem, nie licząc się z tym, czego nauczali i co czynili jego poprzednicy. W takiej mentalności - którą można nazwać mentalnością trepa - moderniści tresują katolików i jakoś nie ogarniają związku tej tresury z faktem, że w ostatnich dekadach ludzie jako tako myślący masowo odwracają się od Kościoła, a właściwie od nich. 

Prusak próbuje ośmieszyć także typowe zarzuty wobec Novus Ordo jak antropocentryzm. Tutaj również miesza sprawy, sprowadzając kwestię do kierunku celebracji czyli ustawienia celebransa przodem do ludzi, tak jakby Novus Ordo nakazywało takie ustawienie, co jest oczywiście kłamstwem. Prusak lubi stawiać prymitywne i też fałszywe chochoły, żeby bardzo łatwo je obalić. Czyżby rzeczywiście nie zauważył antropocentryzmu w nauczaniu "papieży soborowych" i też w realnym sprawowaniu Novus Ordo, z mszami dla dzieci, dla strażaków, dla harcerzy, dla młodzieży, dla seniorów, karnawałowych, wakacyjnych, górskich, morskich, jeziornych, pielgrzymkowych itp. itd.? Czyżby na prawdę twierdził, że odwrócenie celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu - by koniecznie mógł patrzeć na ludzi a ludzie na jego mniej czy bardziej sympatyczną facjatę - nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem? Za kogo on uważa swoich odbiorców? Za zupełnych bezmózgowców? 

Jak typowy oszust, Prusak usiłuje obalić wartościowanie liturgii przez twierdzenie, że jedynie słowa Konsekracji są objawione i niezmienne, a reszta obrzędu zależy od tego "jak Kościół rozumie ten sakrament i jak go przeżywa". On więc sugeruje, że Novus Ordo wynika z innego rozumienia i przeżywania sakramentu Eucharystii. Jako przykład podaje Ostatnią Wieczerzę w kontraście do liturgii tzw. trydenckiej. W domyśle można dostrzec, że według niego Novus Ordo jest bliższe pierwszej Mszy św. we Wieczerniku, natomiast liturgia tzw. trydencka jest wypaczeniem. No cóż, to jest nic innego jak myślenie protestanckie, tak samo zresztą jak pomysł celebrowania przodem do ludu, który jest wynalazkiem protestanckim wynikającym dokładnie właśnie z nawiązania do Ostatniej Wieczerzy i negacji ofiarnego charakteru. Tym samym Prusak się zdemaskował. I tym samym też pseudopobożne wymachiwanie pokorą i ojcem Pio jawią się jako obłudne chwyty polemiczne, którymi wymachujący usiłuje przykryć swoje heretyckie poglądy. 

Pojawia się też następny obłudny pseudoargument, że tzw. msza trydencka nigdy nie była jedyną formą sprawowania. Tutaj znowu Prusak widocznie ma swoich odbiorców za debili, nie mających pojęcia o innych starożytnych liturgiach, które wszak w żadnym przypadku nie znają chociażby celebrowania przodem do ludu, ani też komunii dołapnej. Trzeba być zupełnym ignorantem i bezmózgowcem, by nie dostrzec, iż to liturgia tzw. trydencka jest o wiele bliższa innym liturgiom starożytnym, podczas gdy Novus Ordo do złudzenia przypomina "nabożeństwa" protestanckie. Kogo Prusak chce okłamać? 

Ten człowiek jest niestety dość typowym przykładem polskiego modernisty: maxymalnie nadęte ego, połączone z przeświadczeniem wszechmocy nad duszami dzięki manipulowaniu faktami i oszukiwaniu odbiorców, przynajmniej podświadomie uznawanych przez siebie za niedorozwiniętych intelektualnie ignorantów. W dodatku ktoś taki oczywiście wymachuje napominaniem do pokory i posłuszeństwa. Jeśli ktoś by się dziwił, że ten system coraz widoczniej zmierza ku zapaści, to niech przestanie się dziwić.