Jaki jest sens małżeństwa?

 


Każde działanie i zaniechanie działania wiąże się z możliwością popełnienia grzechu śmiertelnego i tym samym z ryzykiem zasłużenia na wieczne potępienie. Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Zaś nie każdy błąd jest grzechem i nie każdy grzech jest śmiertelny czyli pozbawiający życia wiecznego. Jeśli ktoś wydawszy na świat dziecko, czyli wszystko, co możliwe, żeby je dobrze, po katolicku wychować, a dziecko jednak idzie inną drogą, wówczas rodzic nie ponosi odpowiedzialności i nie powinien sobie zarzucać popełnienia grzechu sprzeniewierzenia się obowiązkom rodzicielskim, choćby przez zaniedbanie. Oczywiście stale należy badać w sumieniu, czy nie popełniło się grzechów także co do obowiązków stanu. Należy mieć jednak na uwadze, że błąd jest czymś innym niż grzech. 

Wydanie na świat potomstwa jest współpracą człowieka w Bożym dziele stworzenia. Przez wychowanie potomstwa w prawdziwej wierze, czyli katolickiej, rodzice ponadto współpracują w dziele Zbawienia, i to nie tylko duszy swojego dziecka, lecz także tych, dla których ich dziecko będzie dobrym przykładem, a może nawet, jeśli zostanie powołane do stanu duchownego, będzie inne dusze prowadziło do zbawienia. 

Dar płodności dany rodzajowi ludzkiemu jest także obowiązkiem. Jest to obowiązek ogólny, choć nie każdemu jest dane zrealizować płodność w sensie biologicznym. Pan Bóg oczywiście wspomaga w wypełnieniu tego obowiązku, właśnie przez Sakrament Małżeństwa. Uchylanie się od tego obowiązku, czyli unikanie płodności i tym samym sakramentalnego małżeństwa bez obiektywnych przeszkód, jest nie tylko grzechem lecz szkodzi rozwojowi duchowemu i osobowemu. Jedynym zasadnym powodem może być cel wyższy, duchowy, czyli płodność duchowa w poświęceniu życia dla chwały Bożej i dobra bliźnich. 

Niekiedy rozeznanie własnej właściwej drugi wymaga czasu i cierpliwości. Są osoby, które mimo chęci i zamiaru założenia rodziny pozostają samotne przez całe życie lub jego znaczną część. Także wtedy są zobowiązane do płodności duchowej przez dobre uczynki, czyli poświęcanie czasu i środków w bezinteresownej miłości. To jest także ważny i cenny rodzaj realizacji Bożego planu Zbawienia. 

Rozmyślanie czy kontemplacja?

 


Nie bardzo rozumiem, czemu ma służyć to pytanie. Zakładam, że wydarzenie opisane na wstępie jest autentyczne. Jeśli doprowadziło ono do autentycznego i trwałego pomnożenia wiary, nadziei i miłości, to mogło być działaniem Ducha Świętego. Jednak najpierw należałoby dokładniej zbadać samo to przeżycie. W każdym razie mówienie o krzyżu w niebie jest przynajmniej nieporozumieniem, gdyż w niebie nie ma krzyża, jest tylko chwała Boża. Dlatego może tutaj wchodzić w grę mamienie szatańskie. Po drugie, na pewno złudzeniem - i tym samym mamieniem szatańskim - jest wrażenie "poznania tego wszystkiego", gdyż może to nastąpić dopiero po śmierci i przejściu do nieba. W życiu doczesnym, także w autentycznych przeżyciach mistycznych podane do wierzenia w Bożym objawieniu prawdy wiary zawsze pozostają tajemnicą, choć może być dane ich głębsze poznanie. 

W końcu nazwanie tego przeżycia jakimś pojęciem jest nieistotne i nieważne. Pytanie o nazwę ma raczej związek z działaniem złego ducha, który usiłuje pociągnąć w kierunku pychy. 

Tyle odnośnie konkretnego zdarzenia. 

Przy okazji wyjaśnię, że nie ma ostrych i powszechnie uznanych definicyj pojęć takich jak rozmyślanie i kontemplacja. Nazewnictwo jest tutaj używane różnie. Zwykle odróżnia się między medytacją (zwykle odpowiada ona polskiemu słowu "rozmyślanie") a kontemplacją. Pierwsze pojęcie oznacza modlitwę myślną w pewnym porządku metodycznym. Odróżnia się tutaj różne metody, z których najbardziej znana jest metoda ignacjańska czyli pochodząca od św. Ignacego z Loyoli. Nota bene św. Ignacy nie wymyślił tej metody z niczego, lecz zebrał, połączył i usystematyzował znane już przed nim sposoby i praktyki modlitwy. To połączenie przedstawił praktycznie w swoich "Ćwiczeniach duchowych". Ta metoda zawiera elementy zarówno stałe i sztywne, jak też zmienne i elastyczne. 

Św. Ignacy używa w swoich "Ćwiczeniach" także pojęcia "contemplación", a to właściwie synonimicznie do pojęcia "meditación". Natomiast ogólnie w literaturze z teologii duchowości przez kontemplację rozumie się modlitwę niedyskursywną i niemetodyczną, lecz będącą prostym uniesieniem umysłu ku Bogu czy ku prawdzie Bożej. Jest to więc raczej moment doświadczenia łączącego poznanie rozumowe, zmysłowe i uczuciowe. Jest ono bardziej narażone na mamienia szatańskie niż medytacja. W medytacji zły duch usiłuje odwrócić uwagę od modlitwy, podczas gdy przeciw kontemplacji działa powodując fałszywe uniesienia czy wręcz złudzenia. Dlatego potrzeba tutaj szczególnej czujności. Najważniejszą bronią jest tutaj kierownictwo duchowe. W jego ramach należy omawiać wszelkie przeżycia na modlitwie. Zadaniem kierownika duchowego jest pomoc w odróżnienia działania Ducha Świętego od działania złego. 

Jak należy podejść do "Księgi Urantii"?

 


Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że ta obszerna książka została opublikowana anonimowo. Widocznie jej autor względnie autorzy mieli powody do nieujawniania swojej tożsamości, co już wskazuje na oszustwo. Według nowszych badań autorem jest amerykański lekarz, okultysta i mason William S. Sadler, który był związany z sektą "adwentystów dnia siódmego". 


Źródłem tej książki mają być "objawienia" otrzymywane podczas snu przez osobę podającą się za przybysza z innej planety. Książka ta należy więc do gatunku typowego dla ezoteryki i rzekomych - w tym ewidentnie fałszywych - objawień prywatnych, które łączą pozorną wiedzę historyczną z treściami jakby światopoglądowymi i religijnymi. Ich zasadniczą i istotną cechą jest podważanie właściwej treści Bożego Objawienia znanego z Pisma św. i Tradycji Kościoła. To podważanie jest przeważnie subtelne i dotyczy z pozoru szczegółowych spraw, które są jednak istotne dla całości prawdy objawionej oraz prawdziwej religii reprezentowanej przez Kościół katolicki. 

Dlatego katolik nie powinien czytać tego typu książek, w tym także "Księgi Urantii". Nie ma ona żadnej wartości, ani historycznej, ani tym bardziej religijnej, lecz jest obliczona na wprowadzanie zamętu w umysłach oraz odciąganie od prawdziwej wiary i tym samym wciąganie w apostazję. Stanowi więc niebezpieczeństwo dla zbawienia duszy. Kto czyta takie książki świadome, popełnia grzech śmiertelny przez narażenie swojej wiary. 

Jedna kolęda i dwie herezje

 


Spośród krajów katolickich czy w ogóle chrześcijańskich kultura polska wydała chyba najbogatszy zbiór pieśni religijnych na okres Bożego Narodzenia, zwanych kolędami. Pojawiają się one także w mediach zupełnie świeckich. Są znane i lubiane - przynajmniej co do melodii -nawet przez ludzi dalekich od Kościoła. Tym bardziej lubiane są przez katolików. Dlatego warto zwrócić uwagę na ich jakość teologiczną, gdyż wiara i pobożność zwykłych wiernych kształtowana jest w znacznej, jeśli nie wręcz w głównej mierze właśnie przez pieśni słyszane i śpiewane w kościołach. 

Całościowa prezentacja teologicznej treści i wartości kolęd wymaga oczywiście obszerniejszego opracowania. Pod wpływem wczorajszego doświadczenia podczas Mszy św. jestem zmuszony pilnie się wypowiedzieć odnośnie kolędy "Pójdźmy wszyscy", szczególnie znanej i lubianej z powodu nastroju, rytmiczności i prostoty.

Otóż akurat wczoraj dane mi było chyba pierwszy raz w życiu usłyszeć ostatnie wersy tej kolędy, które mi - mówiąc obrazowo - zjeżyły włosy na głowie:


Każda z tych zwrotek - mimo skądinąd ponętnych słów - zawiera grube herezje, które nie mogły wyjść spod pióra kogoś, kto ma choćby elementarne pojęcie o teologii i myśli po katolicku. 

Mówienie o "wyniszczeniu" Bóstwa jest po pierwsze fałszywe, po drugie bluźniercze. Jezus Chrystus nigdy i w żaden sposób nie wyniszczył Swojego Bóstwa, a jedynie podczas Swego ziemskiego życia ukrywał, choć też wielokrotnie ukazywał i to dość wyraźnie. Wcielenie Syna Bożego współistotnego Ojcu nie polegało i nie mogło polegać na wyniszczeniu, gdyż Bóg prawdziwy jest trwający wiecznie, bezczasowo, nieśmiertelny i niezmienny. Dlatego właśnie mówienie o "wyniszczeniu" jest tutaj perfidnym bluźnierstwem. 

Fałszem i bluźnierstwem jest także powiedzenie, jakoby dzieło Zbawienia polegało na zrównaniu ludzi z aniołami. Otóż takowe zrównanie niweczyłoby porządek dzieła stworzenia, gdzie każda istota stworzona na swoją naturę i miejsce. Innym stworzeniem jest człowiek, a innym anioł, choć są cechy wspólne. Bóg Stwórca nie niweczy tego porządku, który jest dobry i doskonały. Psalmista (8, 6) mówi o tym porządku:

"Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskichchwałą i czcią go uwieńczyłeś."

Natomiast dzieło Zbawienia polega podniesieniu z grzechu i jego skutków do życia wiecznego. Nie ma to nic wspólnego z równością względem aniołów, gdyż także chwała nieba nie niweczy porządku stworzenia.

Tyle o fałszu teologicznym. Warto zwrócić uwagę także na fałsz edytorski. Otóż te zwrotki podawane są w internetowych źródłach jako wzięte z klasycznego "Śpiewnika kościelnego" x. Mioduszewskiego wydanego w 1837 r.:

https://pl.wikisource.org/wiki/%C5%9Apiewnik_ko%C5%9Bcielny

Kliknięcie na rzekome źródło prowadzi jednak do drukowej wersji e-booka:


Tymczasem przy sprawdzeniu w autentycznym wydaniu "Śpiewnika" okazuje się, że w ogóle nie ma w nim tej pieśni:

https://dlibra.kul.pl/dlibra/show-content/publication/edition/24314?id=24314

Tym samym źródła internetowe oszukują. Co więcej: to oszustwo zostało przejęte nawet przez modlitewnik rzekomo tradycyjny wydany przez wydawnictwo związane z Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X, gdyż ta wersja kolędy się tam znajduje, zatruwając umysły i wiarę także katolików szukających nieskażonej doktryny wiary. 

Wygląda na to, że ktoś powołując się na "Śpiewnik kościelny" x. Mioduszewskiego dokonał fałszerstwa nie tylko źródłowego, lecz także w nauczaniu wiary, gdyż fałszywa treść teologiczna kolędy fałszuje wiarę i jej wyznawanie. 

Kyrie eleison!

Podziękowanie






(dane z teraz)

Po opublikowaniu prośby o wsparcie bloga nadeszły datki, za które serdecznie dziękuję, niezależnie od wysokości, gdyż tylko Pan Bóg zna serce darczyńców - Bóg zapłać! 

Serdecznie dziękuję także za wsparcie duchowe i modlitewne, które jest najważniejsze. Ze swojej strony wspominam wszystkich darczyńców w memento każdej Mszy św.

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało w sumie dwadzieścia kilka osób.

Liczba wyświetleń na dzień waha się, w zależności głównie od pojawienia się nowych wpisów, między kilkaset a ponad tysiąc. Świadczy to o sporym i regularnym zainteresowaniu, mimo wielości ofert teologicznych w internecie.

Gdyby ktoś chciał okazać choćby przez drobną ofiarę, że blog jest potrzebny i przydatny: 

Konto numer IBAN:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Dlaczego Msza św. jest ofiarą bezkrwawą?

 


Rzeczywiście to określenie jest mylące. Wynika to z trudności w przetłumaczeniu określenia łacińskiego sacrificium incruens. Oznacza ono ofiarę, w której nie jest dokonywane zabicie i tym samym przelanie krwi w znaczeniu dosłownym. We Mszy św. jest oczywiście obecna Krew Jezusa Chrystusa, mianowicie sakramentalnie. Sakramentalne oddzielenie Ciała i Krwi wyraża symbolicznie akt ofiarowania, czyli zabicie na Krzyżu. Jednak to nie jest samo realne zabicie, gdyż, jak mówi św. Paweł w Liście do Rzymian:


Innymi słowy: Ofiara Krzyżowa czyli krwawa jest uobecniana we Mszy św., jednak to nie jest ponowne zabijanie czyli przelewanie Krwi Jezusa Chrystusa. Ofiara Mszy św. polega na tym, że na ołtarzu staje się realnie-sakramentalnie obecny Jezus Chrystus raz na zawsze ukrzyżowany i zmartwychwstały. On staje się obecny po to, by być pokarmem dla nas i dawać nam życie wieczne. Dlatego właśnie to uobecnienie odbywa się pod postaciami chleba i wina. Krwawa Ofiara Krzyżowa oraz ofiarowanie się za nas pod tymi postaciami przenikają się i stanowią całość. Spożywanie postaci jest swego rodzaju "zabijaniem" w znaczeniu oddawania życia dla nas. Jednak nie jest to zabijanie dosłowne czyli krwawe w znaczeniu przelewania krwi. Wylanie Krwi Jezusa Chrystusa dokonało się raz na zawsze na Golgocie. We Mszy św. staje się ono obecne w ofierze z chleba i wina, nie z krwawo zabijanych istot żywych jak to miało miejsce w Starym Testamencie. Dlatego określenie "ofiara bezkrwawa" wskazuje na różnicę między Ofiarą sprawowaną w Kościele a ofiarami starotestamentalnymi. 

Czy małżeństwo to tylko łoże?

 


Odpowiedź na zasadnicze pytanie jest prosta: małżeństwo oczywiście nie polega jedynie na prokreacji (czyli akcie małżeńskim), lecz jest to wspólnota życia mężczyzny i niewiasty, której celem pierwszorzędnym - ale nie jedynym - jest płodność. Płodność biologiczna jest właściwością wyróżniającą od wszelkich innych wspólnot ludzkich. Ona zakłada miłość oblubieńczą oraz charakter osobowy. Innymi słowy: małżeństwo jest wspólnotą wielowymiarową jedyną w swoim rodzaju. Jego istoty i natury z całą pewnością nie można ograniczyć do prokreacji, gdyż byłoby to sprzeczne z osobowym charakterem małżeństwa, istotnie różnym od związków prokreacyjnych wśród zwierząt. 

Rzeczywiście podane w "Familiaris consortio" rozwiązanie kwestii rozwodników żyjących w nowych związkach jest wysoce problematyczne, niespójne i w gruncie rzeczy fałszywe, a także krzywdzące dla małżonka czy małżonki porzuconej, tym niemiej dla dzieci (jeśli są). Jest to jeden z wielu przykładów na to, iż okazywanie rzekomego miłosierdzia grzesznikom oznacza de facto niesprawiedliwość czy wręcz okrucieństwo wobec ich ofiar. 

Najpierw owszem należy docenić intencje tego rozwiązania. Jako tło jest podawana sytuacja, gdy pierwsze małżeństwo uległo rozpadowi (mówiąc potocznie), zaś w drugim związku jest wola życia według wiary, przyjmowania sakramentów oraz katolickiego wychowania potomstwa. W tym właśnie założeniu tkwi fałsz, gdyż tego typu przypadki są mało realne i bardzo rzadkie, o ile w ogóle możliwe. Regułą jest natomiast, że raz okazana niewierność czy brak rozsądku w wyborze małżonka (względnie małżonki) ma tendencję do powtarzania się. Innymi słowy: jest bardzo mało prawdopodobne, by ktoś, kto najpierw nieroztropnie zawarł sakramentalne małżeństwo i następnie je porzucił, był w stanie szczerze pragnąć życia zgodnego z zasadami wiary katolickiej. A jeśli zachodzi taki przypadek, to dobrym testem jest, czy ta osoba jest gotowa do końca życia pogodzić się z niemożliwością otrzymania rozgrzeszenia, dopóki trwa w nowym związku, który przecież oznacza niewierność wobec sakramentalnego współmałżonka czy współmałżonki. 

Częsta jest taka sytuacja, że osoba, która porzuciła małżeństwo dla nowego związku, następnie udaje nawróconego katolika, dążąc czy to do orzeczenia nieważności małżeństwa, czy przynajmniej do dopuszczenia do sakramentów, podając spowiednikowi, iż nie ma współżycia sexualnego, czego spowiednik oczywiście nie może w żaden sposób sprawdzić. 

Dla przypadków niemożliwości pogodzenia małżeństwa we wspólnym życiu Kościół zawsze przewidywał separację, co oczywiście oznaczało życie bez nowego związku. Muszą tutaj być poważne powody, jak niebezpieczeństwo życia czy zdrowia. 

Na koniec odpowiadam konkretnie na zadane pytania:

1. Kościół oczywiście nie ma władzy do wprowadzania zmian w instytucji małżeństwa ani pod względem porządku naturalnego, ani objawionego, czyli nadprzyrodzonego. Innymi słowy: udzielanie rozgrzeszenia osobom żyjącym w nowych związkach - także bez współżycia sexualnego - jest wykroczeniem przeciw naturze sakramentalnego małżeństwa. 

2. Taka praktyka oczywiście podważa nierozwiązywalność przynajmniej psychologicznie. Zgodnym z naturą małżeństwa jest natomiast separacja w przypadkach zagrożenia życia i zdrowia, także psychicznego, gdy ma miejsce chociażby werbalne znęcanie się. 

3. Spowiednik stosujący rozwiązanie podane w "Familiaris consortio" nie grzeszy, oczywiście o ile zachowuje wszystkie warunki. Nie grzeszy, ponieważ odpowiedzialność spoczywa na władzy kościelnej, która takie rozwiązanie wprowadziła. Jednak spowiednik nie grzeszy także wtedy, gdy kieruje się tradycyjnymi zasadami Kościoła, a nie rozwiązaniem podanym w "Familiaris consortio", ponieważ stała dyscyplina Kościoła ma rangę wyższą i pewniejszą względem nowości. 

4. Nie jest możliwe zwolnienie z przysięgi małżeńskiej zawartej ważnie, nawet przez rozgrzeszenie. Jedynym zwolnieniem z tej przysięgi jest orzeczenie nieważności małżeństwa, czyli orzeczenie, iż nie zostało ważnie zawarte. Także instytucja separacji nie zwalnia z przysięgi małżeńskiej, choć zwalnia z obowiązku życia wspólnego, czyli dzielenia stołu i łoża. Oznacza to, że gdy stan konieczności przestaje istnieć, to znaczy nie ma już niebezpieczeństwa dla życia czy zdrowia, wówczas należy powrócić do wspólnego życia. 

Czy zwierzęta mają duszę?

 


Nieporozumienie tkwi w pojęciu duszy. Tutaj decydujące jest wykształcenie filozoficzne, zwłaszcza duchowieństwa, z którym obecnie jest niestety nie najlepiej (delikatnie mówiąc). 

W rozumieniu potocznym przez duszę rozumie się zwykle duszę duchową i nieśmiertelną, właściwą człowiekowi. To doprecyzowanie jest istotne. Chroni bowiem przed nieporozumieniem i zarazem przed fałszywym rozumieniem duszy w odniesieniu do zwierząt. 

Należy mieć na uwadze, że klasyczna filozofia i teologia rozumieją duszę jako formę ciała, czyli zasadę określającą, że dany zbiór atomów (względnie cząsteczek elementarnych) stanowi ten a nie inny organizm żywy. 

Zgodnie z tą definicją rozróżnia się trzy zasadnicze rodzaje duszy: 

- duszę wegetatywną, właściwą roślinom, czyli elementarna zasada życia, 

- duszę sensytywną (zmysłowo-emocjonalną, czyli psychiczną), właściwą zwierzętom, oraz

- duszę duchową, stanowiącą o władzach duchowych jak wolna wola i rozum. 

Są to nie tylko rodzaje, lecz zarazem stopnie zasady, którą jest dusza. Według filozofów i teologów chrześcijańskich człowiek łączy w sobie świat materialny oraz wszystkie rodzaje duszy i jest dlatego nazywany "mikrokosmosem". Innymi słowy: człowiek jest organizmem żywym o trzystopniowej duszy, przy czym dusza duchowa, która jest nieśmiertelna, odróżnia go od wszystkich innych stworzeń cielesnych, w tym od zwierząt. 

Tym samym jest jasne: jedynie człowiek, jako stworzenie wyposażone w duszę duchową czyli nieśmiertelną, żyje po śmierci, to znaczy jego dusza trwa po śmierci. 

Osobną kwestią jest ostateczny los wszystkich innych stworzeń materialnych, które nie mają duszy duchowej czyli nieśmiertelnej. Wiadomo, że te stworzenia kończą swój byt wraz ze śmiercią i rozkładem organizmu do pierwiastków i atomów, które następnie służą jako budulec dla następnych stworzeń, także dla ciał ludzkich. Ostatecznie chodzi o kwestię, co się stanie z materią na końcu świata. Według teologii katolickiej, całe stworzenie, także materia, jest przeznaczona do istnienia uwielbionego dla chwały Bożej. Oznacza to, że nic stworzonego przez Boga nie ulega unicestwieniu, lecz przemianie w "nowe niebo i nową ziemię" (Księga Apokalipsy 21). W tym znaczeniu świat materialny, w tym także zwierzęta, będą stanowiły "nowe stworzenie", jednak jako świat materialny, nie duchowo-nieśmiertelny w znaczeniu trwania zasady duchowej, która jest stworzona na obraz Stwórcy w wolności woli oraz zdolności rozumu. Można powiedzieć, że w świętych w niebie po zmartwychwstaniu trwać będzie także świat dusz wegetatywnych i sensytywnych, oczywiście w sposób przemieniony, "przebóstwiony", czyli wypełniony i udoskonalony przez życie łaski pochodzące od Boga. 

Jakie jest nauczanie Kościoła w sprawie tzw. stosunków przerywanych?

W reakcji na moje wpisy odnośnie etyki małżeńskiej pojawiły się zaplecowo krytyczne głosy, zarzucające mi niezgodność z nauczaniem Kościoła. Wskazano na "monitum" Świętego Oficjum z 1952 r. 

Po pierwsze, podkreślam, że w mojej prezentacji stanowiska katolickiego (por. tutaj) jedynie oddałem treść klasycznych podręczników katolickiej teologii moralnej. Z ich treścią się zgadzam i tylko w tym znaczeniu jest to stanowisko moje, a nie w znaczeniu mojej prywatnej opinii teologicznej. 

Po drugie, rzeczone "monitum" nie zawiera treści, która jest sugerowana przez krytykę. 

Zacznijmy od samej treści tego dokumentu

Dla jasności i wygody PT Czytelników podaję własne tłumaczenie robocze (tutaj można znaleźć tłumaczenie na francuski):

"Z wielką troską Stolica Apostolska zauważa ostatnimi czasy niemało autorów, którzy traktując o pożyciu małżeńskim schodzą publicznie i detalicznie w sposób bezwstydny do szczegółów tego dotyczących: że zwłaszcza niektórzy akt zwany zjednoczeniem wstrzymanym opisują, chwalą i zalecają.

Aby w sprawie tak ważnej, która ma na uwadze świętość małżeństwa oraz zbawienie dusz, nie uchybić swej posłudze, Najwyższa Święta Kongregacja Św. Oficjum, z wyraźnego zlecenia Ojca świętego Piusa z Bożej Opatrzności XII, wszystkich rzeczonych autorów z powagą upomina, by odstąpili rozumnie od takiego działania. Tudzież usilnie zachęca wyświęconych pasterzy [= biskupów], aby w tych sprawach gorliwie czuwali oraz troskliwe zastosowali odpowiednie środki zaradcze.

Zaś kapłanów w duszpasterstwie i kierowaniu sumieniami wzywa, by nigdy, ani ze sobie, ani zapytani, nie ważyli się mówić tak, jakoby ze strony prawa chrześcijańskiego nie było nic do zarzucenia przeciw zjednoczeniu wstrzymanemu."

Kolej na istotne uwagi:

1. Dokument nie definiuje kluczowego pojęcia amplexus reservatus, zakładając jego potoczne znaczenie. 

2. Dokument jest skierowany przeciw "licznym autorom" (scriptores), bez podania konkretnych nazwisk choćby przykładowych. 

3. Istotnym ich przewinieniem jest

- szczegółowe publiczne opisywanie tego rodzaju aktu

- jego pochwalanie, oraz zachęcanie do praktykowania.

4. Dokument odrzuca takie nauczanie i prowadzenie sumień, które pomija zastrzeżenia i zarzuty odnośnie takiego aktu z punktu widzenia etyki chrześcijańskiej. 

W skrócie: dokument Św. Oficjum nie zawiera generalnego potępienia aktu zwanego amplexus reservatus. Potępia natomiast przemilczanie kryteriów moralnych w jego ocenie w poszczególnych przypadkach, tudzież pochwalanie i zachęcanie.

Dokument odnosi się konkretnie do dwóch książek francuskiego świeckiego katolika Paul'a Chanson'a z 1948 i 1950 r. (texty tutaj i tutaj). 


W wyniku "monitum" Arcybiskup Paryża zakazał ich rozpowszechniania, także w innych językach. 

Tym samym dokument nie zawiera potępienia treści, które zaprezentowałem w poprzednich wpisach na podstawie klasycznych podręczników katolickiej teologii moralnej. Żaden z podręczników, którym się posłużyłem, nie został ani potępiony, ani wycofany z obiegu w formacji kapłańskiej przed Vaticanum II. Owszem, istnieją pewne różnice poglądów w tej kwestii między teologami katolickimi, co jest normalne, dopóki nie ma ostatecznego orzeczenia Magisterium Kościoła. 

W skrócie przedstawię stanowisko teologów tomistycznych, opierając się na artykule w słynnym rzymskim czasopiśmie Angelicum z 1951 r. autorstwa dominikanina o. Hering'a. 

W teologii mówi się o "amplexus reservatus" bądź "copula reservata", rozumiejąc pod tym "zjednoczenie małżeńskie dokonywane z intencją powstrzymania wylania nasienia tak, by nie doszło do zapłodnienia" ("copula peracta cum intentione cohibendi seminationem ne fecondatio sequatur"). Istotna różnica względem onanizmu polega na powstrzymaniu wylania nasienia. 

Autor podaje najpierw, co podałem na podstawie podręcznika x. Noldina, że połączenie narządów zgodne z naturą nie jest grzeszne (bądź przynajmniej nie jest grzechem ciężkim), nawet jeśli nie dojdzie do złożenia nasienia w łonie, o ile nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia poza łonem:


Wspomniany jezuita Tomás Sánchez napisał pierwszy w historii Kościoła traktat o etyce małżeńskiej, który zyskał pochwałę papieża Klemensa VIII oraz przez długi czas pozostawał dziełem standartowym (więcej tutaj). 

Po przeglądzie poglądów teologów katolickich o. Hering dochodzi jednak do wniosku, że zaczęcie połączenia z intencją zapobieżenia wylania nasienia, jest niedozwolone i grzechem ciężkim: 


Wskazuje na nauczanie św. Tomasza zawarte w Summa Theologiae II - II, q. 153 jako podstawę. Podaje argumenty:

1. Na podstawie kontraktu małżeńskiego małżonkowie mają prawo do swoich ciał tylko w celu wydania potomstwa, czyli do zjednoczenia płodnego. Takim zjednoczeniem nie jest zjednoczenie z zamiarem przerwania bez złożenia nasienia. 

2. Zjednoczenie tego rodzaju, że wyklucza poczęcie, jest wbrew naturze zjednoczenia, czyli wbrew jego naturalnemu celowi, którym jest poczęcie. 

To jest spójna doktryna, całkowicie zgodna z zasadami podawanymi przez Magisterium Kościoła. Należy jednak zauważyć, że nie ma ona rangi nauczania samego Magisterium. Nie ma orzeczenia Magisterium dotyczącego bezpośrednio tzw. stosunków przerywanych. Tym samym kwestia pozostaje na poziomie opinii teologów oraz porad duszpasterskich. Istotną zasadą jest tutaj cel aktu małżeńskiego, którym jest wydanie potomstwa. Cel drugorzędny, czyli uśmierzenie pożądliwości, musi być podporządkowany celowi pierwszorzędnemu. Zadaniem teologów i duszpasterzy jest odpowiednie wyłożenie oraz przybliżenie małżonkom tej zasady, nie oddalanie od niej czy wręcz lekceważenie. 

Łysiejący młodo-wojtylianizm

 


W związku z medialnymi skandalami z ostatnich miesięcy odnośnie pontyfikatu Jana Pawła II pojawiają się głosy próbujące poradzić sobie z sytuacją. Szczególnie godna uwagi jest reakcja młodszego pokolenia, tego ostatniego pamiętającego tamte czasy ze swojej młodości. To pokolenie przeżywa już trzeci pontyfikat z kolei, ma więc szerszą bazę empiryczną niż pokolenie wcześniejsze i też późniejsze, co oczywiście nie daje automatycznie kompetencji wiedzy i umiejętności w ocenie. Wypowiedzi, póki co, nie są liczne, i raczej tak pozostanie. Tym bardziej warto się przyjrzeć tym, które są. 

Jedną z popularniejszych postaci "salonów" youtubowych jest Tomasz Samołyk, obecnie prawnik z wykształcenia, który, jak sam podaje, miał bierzmowanie w roku śmierci Jana Pawła II, czyli był już dorastającym człowiekiem. Nie bez znaczenia jest, że następnie znalazł się w odmętach czegoś, co wygląda na satanizm, jak sam wyznaje (chodzenie na czarno, w łańcuchach, słuchanie pseudomuzyki). Nie pomogło religijne wychowanie w rodzinie, o którym świadczy pielgrzymka do Asyżu z rodzicami. Szkoda, że nie podejmuje choćby próby reflexji nad tym, dlaczego jednak wylądował w sataniźmie. To byłby bardzo ciekawy temat, istotny w tym kontekście. Być może zalążek odpowiedzi znajduje się w tym opowiadaniu (widocznym powyżej), jednak odbiorcy mają prawo do wyjaśnienia tej kwestii, przynajmniej do poznania punktu widzenia "łysiejącego katolika". 

Najpierw odniosę się do poszczególnych tez tego wystąpienia.

1. Lekcja religii jest jednym z przedmiotów w szkole, a "nie tak powinno wyglądać nauczanie religii". Samołyk postuluje: "do tego trzeba dodać Ewangelię" jako "sposób na rozwiązywanie problemów". Konkretnie: "trzeba czytać Ewangelię i mówić, co to znaczy w moim życiu". 

Odpowiadam: Po pierwsze rzeczywiście chodzi o lekcje religii jako jeden z przedmiotów szkolnych. I tak powinno pozostać. Jest różnica między lekcją religii a katechezą. Lekcja religii ma przekazywać solidną wiedzę odnośnie religii katolickiej. Jeśli jej owocem jest przekazanie pewności, że religia katolicka ma solidne podstawy rozumowe, to zasadniczy cel został osiągnięty. Innymi słowy: najpierw wystarczy, jeśli lekcja religii podprowadzi do wiary (praeambula fidei). Dlaczego wystarczy? Ano dlatego, że w szkole na lekcji są dzieci z obowiązku, rzadko całkiem dobrowolnie. Wiara jest aktem woli opartym na argumentach rozumowych. Te argumenty mogą być jedynie wstępem, nie mogą zastąpić tego aktu. Czytanie Ewangelii nie pomoże, przynajmniej nie musi pomóc, a zakłada, że przeszkody dla rozumu zostały usunięte. Ponadto lekcja religii nie może i nie powinna próbować zastąpić uczestniczenia w liturgii, gdzie oczywiście czytana i wyjaśniana jest Ewangelia. Natomiast postulowanie paraprotestanckiego "dzielenia się" niedobrze świadczy już nawet o zrozumienia istoty i natury Pisma św. Ono zasadniczo nie jest i pierwotnie nigdy nie było przeznaczone do indywidualnego czytania, lecz służyło do publicznego nauczania wiary. Tym samym traktowanie go do prezentowania swoich osobistych odczuć, wrażeń, myśli i pomysłów, jest nie tylko nadużyciem typu protestanckiego, lecz de facto często prowadzi do mniej czy bardziej grubych herezyj. 

2. Samołyk zauważa, że "uniesienia religijne" z dzieciństwa nie mogą być trwałym fundamentem wiary: "wiara to nie są emocje", dlatego "na tym nie można budować relacji z Bogiem". Nie zauważa jednak, że posługując się pojęciem relacji - bez zdefiniowania - poddaje się narracji typowej dla przeżyciowego, emocjonalnego ujmowania wiary. To pojęcie należy sprecyzować, by nie wpaść w pułapkę. Czym innym jest relacja w znaczeniu naturalnym, a czym innym w znaczeniu porządku łaski. Każdy człowiek jest w relacji z Bogiem jako stworzony na Jego obraz i to nieutracalnie, nawet jeśli jest ateistą czy zbrodniarzem. Natomiast relacja w porządku łaski jest posłuszeństwem wiary wobec Stwórcy, który się w pełni objawił w Jezusie Chrystusie. Nie są tutaj istotne uniesienia czy przeżycia. Istotne jest przyjęcie Bożego Objawienia (na ile jest ono znane) w akcie wiary, oraz życie według niego. Jeśli czytanie, studiowanie i medytowanie Pisma św. temu służy, to super, ale nie ma żadnej gwarancji, że tak się zawsze dzieje, czego przykładem są całe zastępy heretyków i obłudników (do nich należą już biblijni "uczeni w Piśmie"). Można powiedzieć, że zadaniem lekcji religii jest przekazanie poznania tej dwojakiej relacji z Bogiem, zarówno naturalnej jak też nadprzyrodzonej. Przy czym oczywiście relacja nadprzyrodzona buduje na naturalnej, czyli na poznaniu rozumowym, ale także na przeżyciach estetycznych i wszelkim odczuciu dobra. Z tego powodu lekcja religii powinna zawierać poznanie sztuki chrześcijańskiej, z muzyką włącznie, zwłaszcza z liturgiczną, czyli chorałem gregoriańskim, który jest nie tylko właściwą muzyką Kościoła, lecz także podstawą i punktem wyjścia całej wielowiekowej kultury muzycznej Europy. 

3. Zupełnie daleko od stanowiska nie tylko Kościoła lecz także już zdroworozsądkowego jest, gdy Samołyk deklaruje: "uważam, że edukacja sexualna jest bardzo potrzebna" i dodaje: "szanowna prawico, leżysz po stronie edukacji sexualnej". Według niego miejscem odpowiednim na edukację sexualną jest szkoła. A przy okazji kłamie, sugerując, jakoby "prawica" sprzeciwiała się edukacji sexualnej w ogóle. Tak więc "łysiejący katolik" albo nie ma pojęcia o sprawie, o której się wypowiada, albo świadomie wprowadza w błąd. Bowiem według nauczania Kościoła jedynie rodzina jest właściwym miejscem dla tego tematu, nie szkoła, ani ulica. Jeśli rodzice nie wypełniają tutaj swojego obowiązku, to wydają swoje dzieci na pastwę sex"edukatorów", którym bynajmniej nie zależy na właściwie pojętym dobru dziecka. O zupełnej ignorancji w temacie świadczy także, gdy mówi, że "tylko o. Szustak i o. Knotz mówią, skąd się wziął ten pomysł Kościoła na te sprawy". Widocznie jego jedynym źródłem wiedzy są internetowe filmiki tych osobników. Gdyby się wysilił na sięgnięcie do autentycznego nauczania Kościoła, to by musiał stwierdzić, że o. Knotz je perfidnie fałszuje (więcej tutaj), zaś o. Szustak jak zwykle miesza tak, że niby nie neguje tego nauczania, ale jednak nagina do oczekiwań słuchaczy (por. tutaj). 

4. Gdy mówi o bierzmowaniu jako "sakramencie pożegnania z Kościołem", podaje niby przyczyny takiego stanu:

- przygotowanie do bierzmowania było marne

- brakuje bodźców po bierzmowaniu

Zero konkretów i tym samym zero wartości takiej "diagnozy". Niewiele konkretów, za to banały pojawiają się, gdy mówi o "wnioskach": 

- "budujmy"

- "jeśli chcemy zmienić rzeczywistość, zmieńmy najpierw samego siebie"

- argumenty czy książki nie przybliżają do Boga

- natomiast potrzeba "świadków" czyli dobrych przykładów

- trzeba, żeby każdy z nas się codziennie nawracał, detronizował ze swego serca siebie i wkładał tam Chrystusa (tutaj Samołyk powtarza utarty slogan blachnicyzmu, który sam w sobie jest słuszny, ale po pierwsze nie konkretny, a po drugie prymitywny)

- "czytać codziennie Ewangelie i starać się każdego dnia naśladować Chrystusa, być taki jak On".

Czyli jedyne, czego się dowiadujemy, to to, że argumenty i książki są zbędne, zaś należy czytać Ewangelie, czyli robić to, co zalecają protestanci. Tyle recepty Samołyka. Nie wiadomo do końca, do kogo kieruje te postulaty, czy do Kościoła, czyli prowadzących przygotowanie do bierzmowania, czy do każdego z osobna. W każdym razie podważają one sens solidnej wiedzy w sprawach wiary, a przykład Samołyka ukazuje, że już jego przygotowanie nie zawierało akurat tego. 

Tutaj jest problem, na który wskazałem powyżej. Chodzi o różnicę między lekcją religii a katechezą, czyli przygotowaniem do sakramentów. Jeśli katecheza jest robiona tak samo jak lekcja religii, to jest to nieporozumienie. Celem lekcji jest dostarczenie solidnej wiedzy, która powinna być podstawą dla katechezy. Zaś celem katechezy jest wtajemniczenie, czyli całościowe wprowadzenie w tajemnice wiary. Dlatego katecheza powinna mieć bardziej charakter rekolekcyj niż lekcji szkolnej. Powinna zawierać przykłady z życia świętych, także osobiste "świadectwa" życia wiarą, oraz wdrażanie do tego życia, pod względem zarówno sakramentalnym jak też ogólnożyciowym. Natomiast danie każdemu do ręki Pisma św. do samodzielnego czytania jest przynajmniej nieporozumieniem i może być niebezpieczne, ponieważ także szatan potrafi posługiwać się Pismem św. (więcej tutaj). 

Podsumowując:

Wystąpienie oznacza po pierwsze, że także myślący w kategoriach mainstreamu katolickiego w Polsce, który słusznie należy nazwać wojtylianizmem, zauważają tendencję schyłkową i dlatego szukają rozwiązań i ratunku. Brakuje jednak pogłębionej analizy zarówno stanu jak też przyczyn. Tym samym także recepta nie wnosi nic nowego, lecz sprowadza się do powtarzania tych samych błędów, czy wręcz leczenia dżumy cholerą. Głównym problemem wojtylianizmu jest bowiem niechlujność doktrynalna, która jest tego stopnia, że zniechęca każdego myślącego człowieka do katolicyzmu. Gdy ktoś regularnie powtarza, że talmudyzm to religia starotestamentalna, że talmudyści są "starszymi braćmi", że islam czci tego samego Boga (więcej tutaj) itp., to człowiek mający choćby minimalną wiedzę w temacie musi być przynajmniej zdegustowany. Tym bardziej, gdy nie ma blokady emocjonalnej typowej dla pokolenia, dla którego Jan Paweł II jest wielkim herosem młodości. 

Nie mniej poważna jest niechlujność liturgiczna i administracyjna. Przykład: masowe koncelebry polowe z Komunią dołapną, po których zbierano z błota Ciało Chrystusa. Nie jest to bagatela. Zaś ewidentnym dowodem na zaniedbania w rządzeniu są takie przypadki jak Maciel, McCarrick i Paetz. Nawet jeśli odpowiednie wieści nie docierały do Jana Pawła II, to ponosi on odpowiedzialność za to, kim się otoczył i komu zaufał, kto stanowił blokadę informacyjną i to systematyczną. Ktoś na tak wysokim stanowisku ma obowiązek sprawdzać także osoby ze swojego najbliższego otoczenia. Gdyby to robił, to "don Stanislao" nie odważyłby się blokować istotnych informacyj, które obecnie są bardzo kłopotliwe także dla niego. 

Rozwiązaniem nie jest udawanie, że nie ma problemu, że wszystko było super i na wieki wieków pozostanie. Prawdy nie można zdusić. 

Szczególnie jaskrawym przykładem jest sprawa "Dzienniczka" s. Faustyny i jej koronki, co stanowi chyba najbardziej znany pomnik pontyfikatu Jana Pawła II. A jest to de facto najbardziej haniebna pamiątka po tym pontyfikacie, gdyż nie tylko promuje fałszywe "miłosierdzie" bez sprawiedliwości i bluźniercze bzdety (jak lot hostii z tabernakulum do ręki s. Faustyny), lecz wręcz herezję ariańską (więcej tutaj). Innym haniebnym pomnikiem jest kariera takich ludzi jak Józef Życiński (TW Filozof) i Michał Heller, którego należy uznać za apostatę, i to bez żadnej poważnej kompetencji ani filozoficznej, ani przyrodniczej, ani tym bardziej teologicznej (więcej tutaj). 

Skandale obyczajowe związane z tym pontyfikatem są jedynie wierzchołkiem góry lodowej zaniedbań i błędów w rządzeniu Kościołem (por. tutaj). 

Jest oczywiste, że wojtylianizm nie jest w stanie siebie uratować, tak jak w słynnej opowieści barona Münchhausen‘ie, który miał sam siebie za włosy wyciągnąć z bagna. Jedynym ratunkiem jest powrót do tego, co Kościół zawsze nauczał i czynił. Będzie to musiało oznaczać odbrązowienie postaci Jana Pawła II, co musi być bolesne szczególnie dla tych, którzy jemu zawdzięczają swoje kariery i zaszczyty. Jest to jednak nieuchronne. 

Na koniec warto przypomnieć, że sam Jan Paweł II jako najważniejsze słowa Pisma św. podawał: "poznacie prawdę a prawda was wyzwoli" (J 8, 32). Należy to zastosować oczywiście także do niego samego. To jest jedyna droga uratowania jego dobrego dziedzictwa dla następnych pokoleń.  


P. S. 

Oto dowód, że więcej osób na podstawie solidnej wiedzy uważa, że "Dzienniczek" jest sprzeczny z wiarą katolicką:

https://www.youtube.com/playlist?list=PLB9wsq--mkdPdufUaUCaQPZAGyfp1OixJ&fbclid=IwAR2rjZzOdDAaTNtm0pt0UjP7id7FGf1vJovVmXLnC23QeM1nxoI_24XtYSY

Szymon mówi więcej niż wie

 


Taki fenomen jak możliwość publikowania swoich wystąpień przez każdego ma plusy i minusy. Plusem jest niewątpliwie szerszy dostęp do opinii publicznej, który oczywiście nie jest nieograniczony, gdyż platformy takie jak YouTube także mają swoje apodyktyczne kryteria dopuszczania i niedopuszczania. Minus właśnie z tym się wiąże: sukces - także finansowy - danego kanału zależy od zgodności z ideologiczną linią platformy oraz od popularności wśród odbiorców. Ma to więc niewiele wspólnego z jakością treści, przynajmniej bezpośrednio, aczkolwiek publiczność ma też swoje wymagania treściowe, choć zwykle nie są one - mówiąc bardzo oględnie - wygórowane intelektualnie. Liczy się bardziej wrażenie przeżyciowo-estetyczne niż solidność intelektualna. Sprytna - nie rzadko też perfidna - manipulacja cieszy się w tej lidze o wiele większym powodzeniem niż rzetelność co do faktów i wniosków. Wybitnym przykładem jest Adam Szustak (por. tutaj wraz z podanymi linkami), a także inni, którzy podjęli pomysł na zarobienie fortuny dzięki kanałowi na yt (por. tutaj i tutaj). 

Jednym z nich jest Szymon Pękala, który owszem wyróżnia się niezłym poziomem intelektualnym w znaczeniu wnikliwości. Nie odróżnia się natomiast niestety pod względem rzetelności co do prezentowanych treści, aczkolwiek zdarzają mu się lepsze wystąpienia, gdy np. prezentuje owoce swoich lektur apologetycznych (np. tutaj czy tutaj). Znacznie gorzej, a nawet wręcz katastrofalnie jest, gdy wchodzi w tematy kościelne, społeczne i polityczne, zwłaszcza te aktualne. Wykazuje wtedy w znacznej mierze dystans, a nawet niezgodność nie tylko z nauczaniem Kościoła, lecz także z elementarną wiedzą. Chłopak ma wprawdzie na utrzymaniu rodzinę i jest na dorobku, tudzież wykazuje pewien spryt biznesowy, to jednak nie usprawiedliwia sprzedawania ludziom tandety (mówiąc delikatnie) i to z pozycji quasi autorytetu. Sam nie jest z wykształcenia ani teologiem, ani humanistą, co regularnie się przejawia w jego wystąpieniach. Tym dziwniejsze są zapędy w tematykę, której ewidentnie nie zgłębił dostatecznie. W jednym z wystąpień wspomina, że jego obydwoje rodziców są teologami (wygląda na to, że najwyżej katolewackimi). Stąd zapewne wynika skłonność do tematyki teologicznej i kościelnej, jednak nie idzie to w parze z merytoryczną kompetencją, jak w tym wypadku:

Widocznie odnośnie antykoncepcji nie wpadł na pomysł by zajrzeć chociażby do Katechizmu Kościoła Katolickiego, już nie mówiąc o dokumentach papieskich. Zaś co do owego "księdza w Auschwitz" to nie trzeba być nawet katolikiem, żeby wiedzieć, iż chodzi o św. Maksymiliana Kolbe, bo jest to ogólnodostępna wiedza historyczna. Niewiedza w obydwu sprawach jest tym bardziej skandaliczna, że Pękala jest nie tylko dzieckiem dwojga teologów lecz absolwentem renomowanego liceum katolickiego w Rzeszowie. 

Przyznaję się, że znam tylko kilka wystąpień Szymona, choć co jakiś czas podsyłane mi są linki z prośbą o opinię. Nie sądzę, by warto i konieczne było je wszystkie analizować i oceniać. Czuję się jednak w obowiązku przestrzeżenia, gdyż człowiek - nota bene na pierwszy rzut oka i pierwsze usłyszenie dość sympatyczny - ma potencjał, a przez rozpowszechniane błędy i bzdety może tym bardziej zaśmiecać i zatruwać umysły odbiorców. Nie neguję zasadniczo jego dobrej woli, nie tylko co do potrzeby zarobienia na rodzinę. Jego wszechstronna ciekawość (robił nawet rozmowę z satanistą) może świadczyć - między innymi - o poszukiwaniu wiedzy i rozumienia zjawisk. Szkoda natomiast, że nie kieruje swojego zapału poznawczego na źródła teologiczno-kościelne, choć się bardzo często wypowiada w takich właśnie tematach. Przykładowo omówię wystąpienie niedawne (podane na początku), gdyż po pierwsze jest ono z jego strony poniekąd osobiste, a po drugie także dla mnie temat jest bliski. 

Właściwie już na początku pada jego swoiste "credo", gdy mówi, że nazwałby się bez wątpienia konserwatystą w znaczeniu brytyjskim. Nie rozwija tej myśli i zrazu nie wiadomo, o co mu chodzi. Wygląda na to, że należy tutaj rozumieć konserwatyzm w znaczeniu liberalizmu, który się sprzeciwia "rewolucji ekologicznej", zaś najwyższą wartością jest wolność gospodarcza i generowanie zysków. Ten człowiek widocznie nie ma pojęcia ani o historii Wielkiej Brytanii, ani kapitalizmu, tym bardziej o głębszym zrozumieniu pojęć. Gdy w dalszym toku mówi - oczywiście krytycznie - o romantyzowaniu własnego dzieciństwa, to powinien to odnieść także do swojego pojęcia konserwatyzmu. Otóż dla tzw. liberalnych konserwatystów (względnie konserwatywnych liberałów) należy zachować stan (względnie powrócić do stanu), gdy państwo w żaden sposób nie regulowało działalności gospodarczej, jak to było jeszcze w XIX w. czyli w epoce tzw. kapitalizmu manchesterowskiego, który oznaczał de facto ogromne zyski dla przedsiębiorców i banków, kosztem pracy iście niewolniczej, do której zatrudniane były nawet dzieci (bez dni wolnych od pracy, dzień pracy 12-godzinny i więcej), co było oczywiście podłożem dla komunizmu. 

Zdefiniowanie "tradycjonalizmu" jako romantyzowania przeszłości świadczy przynajmniej o braku znajomości pojęć. W żadnej znanej definicji pojęcia "tradycjonalizm" nie ma mowy o idealizowaniu przeszłości. Tradycja to - mówiąc najprościej - przekazywanie wartości i też form ich wyrażania poprzez pokolenia. Nie ma chyba zdrowo myślącego człowieka, który by zasadniczo odrzucał tradycję tak rozumianą, gdyż oznaczałoby to, że musiałby zaczynać od samodzielnego krzesania ognia z kamieni (a najpierw musiałby sam wpaść na pomysł, że w taki sposób można uzyskać ogień), a kończyć na samodzielnym zrobieniu sobie przynajmniej roweru, nie mówiąc już o samochodzie. Innymi słowy: niewyobrażalne i niemożliwe jest życie bez przejęcia wartości, wiedzy, umiejętności i form od przeszłych pokoleń. W tym najprostszym znaczeniu każdy myślący człowiek przyzna, że jest i musi być tradycjonalistą. Dlatego wiązanie tego określenia z "romantyzowaniem" przeszłości świadczy przynajmniej o braku namysłu. 

Z jeszcze większym niedowierzaniem usłyszałem przykład owego rzekomego polskiego niezdrowego "tradycjonalizmu" w sensie "naiwnej romantyzacji przeszłych norm", mianowicie "stawianie barier", jakim jest sprzeciw wobec zalegalizowania związków partnerskich dla par homosexualnych. Szymon nie ma tutaj żadnego argumentu, z czego raczej zdaje sobie sprawę, skoro ucieka się do zabiegu niegodnego myślącego człowieka: sprowadza sprawę do katolicyzmu, tak, jakby sprzeciw wobec legalizacji związków LGBT wynikał specyficznie z katolicyzmu, co jest oczywistą nieprawdą. Nie trzeba dużego wysiłku intelektualnego, by poznać, że podstawą tego sprzeciwu jest prawo naturalne, czyli normy etyczne poznawalne czysto rozumowo: skoro pary homosexualne z natury rzeczy nie mogą mieć dzieci - i nie powinny ich mieć (!) - to tym samym nie mają prawa do przywilejów właściwych małżeństwom, których celem i zadaniem jest wydanie na świat i wychowanie potomstwa, przez co w sposób niezastępowalny wyświadczają przysługę społeczeństwo, narodowi i państwu. Już proste poczucie sprawiedliwości podpowiada, że prawa mają związek z obowiązkami. Jeśli nie ma nawet możliwości objęcia obowiązków rodzicielskich, to tym samym nie powinno być praw z nimi związanych. 

Ciągnąc dalej ten absurdalny przykład, Szymon generalnie podważa zasadność i uprawnienie do realizacji zasad katolickich ("katolicka wizja społeczna") w życiu społecznym, a to z tego powodu, że w Polsce jedynie mniejszość uczęszcza regularnie do kościoła i może być uznana za świadomych i przekonanych katolików (zaś reszta jest "katolikami kulturowymi"). Człowiek tkwi tutaj widocznie w zabobonie demokratyzmu i relatywizmu moralnego, typowego zresztą dla ateizmu i pokrewnych światopoglądów. Widocznie nie dociera do niego, że sprzeciw wobec prawnego zrównania związków homosexualnych z małżeństwami ma podstawy w prawie naturalnym i poznaniu zdroworozsądkowym, a nie jest exkluzywnym hobby katolicyzmu. Chwilowe zaćmienie czy strategia? Raczej to drugie. 

Niemniej kompromitujący jest drugi podany przez niego przykład, mianowicie, że znaczna część społeczeństwa w Polsce "negatywnie zareagowała" na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego ws. dopuszczalności aborcji. Według Szymona z faktu, że tylko mniejszość społeczeństwa wdraża w życie wartości katolickie, wynika, że "nie da się narzucić" ich reszcie społeczeństwa. Także tutaj vloger popełnia fundamentalny i skandaliczny błąd, nazywając orzeczenie TK "optyką stricte katolicką", podczas gdy chodzi o prosty biologiczny fakt, że życia człowieka zaczyna się w momencie poczęcia, nie dopiero na którymś etapie rozwoju (więcej tutaj). 

Trzeci przykład rzekomo charakterystycznie katolickiej etyki to sprawa "sexu przedmałżeńskiego". Chodzi oczywiście o najpowszechniejszy problem, szczególnie ludzi młodych. Tutaj na wstępie Szymon twierdzi, że w ostatnich 20-30 latach nastąpiła "bardzo poważna zmiana" w poglądzie społecznym na tę sprawę. Nie wiem, skąd on wziął te dane. Przed 20-30 laty sam był chyba jeszcze dzieckiem, więc raczej nie mógł wiedzieć, jak sprawa wyglądała wtedy i wcześniej. Owszem, permisywizm, rozwiązłość i niemoralność zapewne nasiliły się w od tego czasu, przy czym także skala tzw. wolnych związków wzrosła, wskutek różnych czynników. Jednak mówienie o "poważnej zmianie" w ocenie społecznej czyli zdroworozsądkowej w tej kwestii, jest na pewno chybione. Mówiąc o "normalizacji" sexu przedmałżeńskiego, sugeruje, jakoby tym samym przestała obowiązywać norma moralna czyli moralna ocena tego "zjawiska". Nie wiem, w jakim środowisku niegdyś żył, a żyje teraz. Wystarczy jednak znać nieco choćby historię najnowszą, żeby wiedzieć, że już pół wieku temu, wraz z rzuceniem na rynek pigułki antykoncepcyjnej, doszło do fali wzmożenia rozwiązłości, a dużo wcześniej przez legalizację aborcji. Tzw. wolne związki oraz dzieci nieślubne pojawiały się zawsze w historii, także w Polsce i także na wsi. 

Mętne wywody Szymonowe osnute są wokół fałszywej tezy, jakoby kwestie związków homosexualnych, aborcji i sex przedmałżeńskiego były zmiennymi "normami społecznymi" względnie "kulturowymi". Absurdalność tego poglądu jest wręcz jaskrawa, gdy jako dowód na ową zmienność podaje, że niegdyś po szkole człowiek stawał się dorosły i mógł założyć rodzinę, podczas gdy obecnie są jeszcze studia. No cóż, człowieka musiało poważnie zaćmić, skoro nie wie - albo udaje że nie wie - iż zarówno wcześniej jak i teraz są młodzi ludzie, którzy zarabiają już po szkole, jak też i tacy, którzy to mogą robić dopiero po studiach. Dochodzi do tego teza obraźliwa dla współczesnej młodzieży, iż mianowicie młodym ludziom "nie da się wytłumaczyć", że powinni czekać z sexem do ślubu, czyli mówiący Szymon widocznie ma ich za debili, skoro uważa, że normalny człowiek nie jest w stanie zrozumieć tak prostej sprawy jak związek małżeństwa z obowiązkiem utrzymania rodziny. 

Wypowiadanie tak prymitywnych bzdetów służy widocznie celowi, który jest sformułowany następnie w konkretnym postulacie skierowanym do Kościoła: należy "wymyślić nowy dodatek", który "by uwzględnił ten czynnik" powszechności rozwiązłości przedmałżeńskiej. Tym samym mówiący Szymon ma widocznie zapędy reformatorskie wobec nauczania Kościoła, dość groteskowe zresztą, co niedobrze świadczy o kontakcie z rzeczywistością. 

Jako przykład realizacji tego postulatu podaje: "z perspektywy katolickiej" należy powiedzieć "ślub masz brać i tak po szkole kiedy masz te 19-20 lat". To ma być "nowa synteza w świetle nowych realiów". Tutaj znowu nasuwa się wątpliwość, czy ten człowiek sam słyszy to, co mówi. Od kiedy to katolicyzm kiedykolwiek dyktował wiek i kolejność zawierania małżeństwa (owszem, w prawie kościelnym jest wymagany wiek minimalny zgodny zresztą z prawym cywilnym)? Od kiedy to jest kwestia specyficzna dla katolicyzmu? Czyż tak trudno zrozumieć, że założenie rodziny wymaga przynajmniej od męża zdolności do jej utrzymania, w tym także do wychowania dzieci? W myśleniu Szymona widocznie liczy się tylko czy przede wszystkim uprawianie sexu jako zaspokajanie popędu. Jednak nawet w tym - dość prymitywnym i fałszywym schemacie - należy zapytać, na jakiej podstawie twierdzi, jakoby 25-latkom trudniej było zachować czystość przedmałżeńską niż 19-latkom. Czy on na prawdę myśli, że Kościół może i chce wyznaczać wiek zawarcia małżeństwa? Czyż nie wystarczy zdrowy rozsądek przeciętnego 19-latka, by zrozumieć, że celem małżeństwa nie jest wyżycie popędu, lecz wydanie na świat dzieci, którym trzeba zapewnić byt i wychowanie, i że dorosły człowiek już w tym wieku powinien być zdolny sam ocenić, w jakim momencie swojego życia jest w stanie się tego podjąć?

Następnym wytkniętym problemem jest "podejście niemałej części polskich konserwatystów" do "pewnych radykalnych elementów polskiego nacjonalizmu". Zachowanie pobłażliwe wobec nich jest "kolosalnie niebezpieczne". Jako przykład podaje wypowiedź lidera Ruchu Narodowego, według którego w przyszłej Polsce lesbijki i geje "mają się bać". Drugim przykładem jest projekt ustawy, w którym zawarta jest delegalizacja wyrażania poglądów LGBT w przestrzeni publicznej. To wszystko jest według Szymona "próbą narzucenia ogółowi społeczeństwa norm", które odpowiadają "tradycyjnym katolickim" i "są sprzeczne" z normami podzielanymi przez całe społeczeństwo. "Tego typu zabieg może się udać wyłącznie przez zastosowanie tyranii" - straszy bez ogródek Szymon. Próbuje to rozwinąć przez porównanie do historycznej sytuacji. Otóż przypisuje Kościołowi "naiwne postrzeganie tych, którzy biją komunistów, jako tych swoich", na czym się Kościół "bardzo mocno" przejechał. Nie podaje wprost, o jaką sytuację mu chodzi, można się jednak domyśleć, że zarzuca Kościołowi kolaborację z hitlerowskimi Niemcami. Cóż, trzeba być albo zupełnym ignorantem historycznym, albo bezdennie bezczelnym kłamcą, by wypuścić ze swoich ust coś takiego. Widocznie nie zna chociażby dokumentów papieskich odnośnie nazizmu (encykliki "Mit brennender Sorge" oraz "Summi pontificatus"), ani takich faktów historycznych jak mordowanie duchownych katolickich także niemieckich, sprzeciwiających się reżimowi Hitlera. Mówienie czy choćby sugerowanie, jakoby Kościół uważał niemieckich nazistów za "swoich", jest rodem z najmroczniejszej propagandy komunistycznej i żydowskiej. 

Na koniec mgr inż. Pękala podaje przykład pozytywny, mianowicie chwalebny "nurt" w łonie polskiego konserwatyzmu, który nazywa "ewolucjonistycznym". Jak wyjaśnia, chodzi o to, że normy muszą się zmieniać. Ma to być zmiana ciągła, aby "nie było rewolucyjnych zmian". Jako przykład przeciwny podaje niedawne orzeczenie TK w sprawie aborcji, które uważa za "zmianę rewolucyjną", co jest oczywiście z gruntu fałszywe już na poziomie prostych faktów, gdyż taka jest stała linia orzecznictwa odnośnie obowiązującej konstytucji. Tak więc Pękala albo nie zna podstawowych faktów w kwestii, w której się wypowiada, albo po prostu bezczelnie oszukuje swoją publiczność. 

Całkiem na końcu pojawia się natomiast coś, co wiele wyjaśnia, mianowicie płatna reklama, za którą Pękala oczywiście kasuje...

Podsumowując:

Atutem tego człowieka jest z pewnością łatwość miłego gadania w połączeniu z dociekliwością, aczkolwiek bardziej w odniesieniu do wypowiedzi innych, a mniej w odniesieniu do własnych słów. Nie można mu też odmówić inteligencji, nawet pewnej błyskotliwości, przez którą systematycznie - i wobec naiwnej publiczności skutecznie - maskuje swoją wręcz skandaliczną ignorancję nawet w prostych sprawach i bełkotliwość w treści. Ten rodzaj postępowania staje się zrozumiały jako sposób na zarobek. Oczywiście nie ma nic zdrożnego w zarabianiu przez sprzedawanie solidnej i przemyślanej wiedzy. Szymon Pękala sprzedaje natomiast głównie swoją sympatyczną gadatliwość, w którą opakowuje nierzadko i nagminnie swój brak rzetelnej wiedzy, a nawet prymitywny fałsz. 

Czy embrion ludzki jest w pełni człowiekiem?


Zalinkowany text jest manipulacją obliczoną na ignorancję i lenistwo intelektualne czytelników. Aczkolwiek omawiana kwestia jest rzeczywiście ważna i kluczowa. 

Już początek textu ukazuje pomieszanie pojęć i jest typowym zabiegiem podrzucenia przeciwnikowi fałszywej tezy i to perfidnie opakowanej. 

Autor oczywiście nie definiuje pojęć "równość moralna" i "status moralny", bo jest mu tak wygodnie. Jest dość jasne, że chodzi tutaj o godność istoty ludzkiej, z której wynikają prawa człowieka, w tym prawo do życia. Jest ona różna od kwalifikacji moralnej, ponieważ ta ostatnia zależy od wolnych decyzyj danego człowieka. Innymi słowy: pod względem moralnym istota ludzka jaką jest embrion, który rzecz jasna nie mógł popełnić niczego złego, jest moralnie znacznie wyższa niż istota ludzka, którą jest zbrodniarz czy złoczyńca. Dlaczego autor unika pojęcia "godność ludzka", można się łatwo domyśleć w dalszym przebiegu jego wywodów. Otóż godność człowieka jako podstawa jego praw jest nieodwracalnie dana każdej istocie, nawet jeśli jest brukana czy to przez własne niemoralne decyzje, czy też poniżana i raniona przez innych. 

Słusznie więc należy pytać, czy embrion ludzki jest człowiekiem. Dodanie określenia "w pełni" jest próbą zamącenia sprawy. To właśnie czyni autor textu systematycznie. 

Ostatecznie chodzi oczywiście o pojęcie człowieka, a to już jest kwestia filozoficzna, czyli o wiele szersza niż dziedzina medycyny i biologii. Takie pojęcia jak "równość moralna", "status moralny", "godność człowieka", "prawa człowieka", "osoba" nie są pojęciami biologicznymi lecz filozoficznymi. To jest skrzętnie ukrywane przez autora textu. Zaś pomieszanie tych dziedzin - czyli chaos metodologiczny - jest przyczyną niezrozumienia problemu oraz podatności na manipulację, której przykład tutaj mamy. Widać to zwłaszcza w zasadniczej tezie:


Zarzucając - dość prymitywnie i bezpodstawnie - przeciwnikom aborcji rzekomy błąd ekwiwokacji autor sam miesza i wprowadza w błąd, przeciwstawiając pojęcie organizmu z jednej i pojęcie osoby z drugiej. Zakłamuje tym samym fakt, że organizm jest pojęciem biologicznym, podczas gdy osoba jest pojęciem filozoficznym. Oczywiście autor nie jest w stanie uzasadnić tego pomieszania, czego zresztą nawet nie próbuje. Jedynym "argumentem" jest zalinkowanie kilku rzekomo naukowych textów, popełniających ten błąd pomieszania dziedzin i tym samym zafałszowania pojęć. O właściwym ujęciu związku między dziedziną biologii i filozofii, tym samym poprawnym przejściu, będzie poniżej. 

Następnie autor formułuje w punktach następne argumenty typu redukcji ad absurdum:


Tutaj autor posługuje się autorytetem Jana Pawła II, co jest już o tyle absurdalne, że ów był radykalnym przeciwnikiem aborcji. Tym samym powoływanie się na jego słowa dla uzasadnienia dopuszczalności aborcji jest delikatnie mówiąc groteskowe, dopóki nie jest wykazana sprzeczność w nauczaniu papieża. 

Można pominąć aspekt formalny, mianowicie fakt, że jest to jedynie fragment z przemówienia do transplantologów i tym samym nie ma żadnej rangi magisterialnej (rangę magisterialną w znaczeniu nauczania papieskiego ma jedynie nauczanie skierowane do całego Kościoła). Osobną jest też kwestia hipotezy tzw. śmierci mózgu (to przemówienie Jana Pawła II nie świadczy bynajmniej o dogłębnym jej zbadaniu pod względem medycznym i etycznym, więcej tutaj i tutaj). Już na pierwszy rzut oka widać, że także w tym akapicie autor niesamowicie miesza: moralna dopuszczalność wycięcia organów po ustaniu aktywności mózgu ma uzasadniać traktowanie embrionu - w domyśle nie posiadającego aktywności mózgu - jako bytu nieosobowego i nieludzkiego. W tym miejscu nie jest konieczne zbadanie kwestii, czy ustanie aktywności mózgu stwierdzalnej obecnymi narzędziami można utożsamić ze śmiercią człowieka (należy to zdecydowanie zanegować, gdyż człowiek składa się nie tylko z mózgu, lecz z całego ciała, tym samym nie można utożsamić braku stwierdzalnej aktywności jednego organu ze śmiercią całego organizmu). Wystarczy wiedzieć, że według hipotezy śmierci mózgu - zakładanej w cytowanych bezkrytycznych słowach Jana Pawła II - śmierć organizmu następuje w momencie ustania aktywności mózgu. Tym samym zrównanie martwego organizmu z organizmem żywym, jakim jest bezsprzecznie embrion, jest po prostu absurdalne już na poziomie czysto biologicznym. 


Także tutaj autor dopuszcza się absurdalnej i prymitywnej manipulacji. Według jego logiki staranie się o dzieci w ogóle byłoby niemoralne, skoro nigdy nie można wykluczyć tego, że dziecko już w młodym wieku zachoruje na śmiertelną chorobę czy zginie w wypadku. W sposób wręcz groteskowy autor miesza fakt, że dzieci umierają także przed urodzeniem, z ich zabijaniem w łonie matki. Nie muszę chyba wyjaśniać, na czym polega różnica między śmiercią a zabijaniem, nawet jeśli odmawia się embrionowi ludzkiemu godności ludzkiej.


Autor znowu operuje pomieszaniem i fałszem. Po prostu kłamie twierdząc, że "nie robimy nic" dla zapobieżenia śmiertelności dzieci w łonie matki. Czyżby nie wiedział nic o rozwoju i sukcesach chociażby neonatologii, która w ostatnich dziesięcioleciach poważnie zmniejszyła śmiertelność prenatalną? Tym samym także ten "argument" można uznać jedynie jako manipulację i to już na poziomie prostych faktów. Prócz tego autor znowu myli śmierć z zabijaniem. 


Ten "argument" jest wyjątkowo perfidny, nawet w zestawieniu z poprzednimi. Poza poruszeniem problemu teodycei, który jest jak najbardziej poważny i zasługuje na osobne omówienie, autor nie mówi tutaj właściwie nic oprócz powtórzenia prymitywnego pomieszania śmierci z zabijaniem. 

Tutaj autor wreszcie porusza godny uwagi dylemat moralny, aczkolwiek sytuacja jest konstrukcją myślową. Podłe jest natomiast powiedzenie, jakoby fakt "pełnego człowieczeństwa zarodków" był kwestią wiary (o tym więcej poniżej). Niemniej perfidne jest sugerowanie, jakoby katolik powinien uznać uratowanie pięcioletniej dziewczynki zamiast dziesięciu embrionów ludzkim za czyn zły. Autor pomija bowiem naczelną zasadę etyki nie tylko katolickiej lecz ogólnoludzkiej (wyrażonej także w prawodawstwie świeckim), według której moralnie obowiązujące jest tylko to, co jest w danym przypadku możliwe (ad impossibilia nemo tenetur). W jej świetle proste jest rozwiązanie dylematu moralnego podanej sytuacji: jeśli nie jest możliwe uratowanie zarówno dziewczynki jak też embrionów, to spontaniczną reakcją jest słusznie ratowanie najpierw dziewczynki. Wynika to z empatii, która jest także ważnym czynnikiem etycznym. Tym samym nie będzie grzechem wybór uratowania dziewczynki. Trzeba zauważyć, że także w tym "argumencie" autor konsekwentnie miesza śmierć - przez niemożliwość uratowania - z zabijaniem, co jest dość prymitywną manipulacją. 

Tutaj autor powtarza w innej wersji swoje powiedziane już wyżej bzdury, podlane na nowo fałszem apelującym jedynie do uczuć i podżegającym do buntu wobec ochrony życia nienarodzonych dzieci. Jedynym "argumentem" jest prawdopodobieństwo turystyki aborcyjnej oraz podziemia aborcyjnego. Według tej logiki nie należałoby też zakazywać używania narkotyków i handlu nimi, skoro można je kupić za granicą i na czarnym rynku. Na tyle wysiłku myślowego stać proaborcyjnego manipulatora...

Do tego samego gatunku należy zaliczyć quasi koronny "argument", który jest jedynie maniakalnie powtórzony, bez choćby próby uzasadnienia:

Są tutaj zawarte dwie te tezy:

- osobowy status "zarodka i płodu" jest kwestią wiary

- tej "wiary" nie podzielają konsekwentnie nawet katolicy. 

Tę drugą tezę mogę pominąć, gdyż nie jest istotna, a jest już na pierwszy rzut oka o tyle fałszywa, że oficjalne stanowisko Kościoła we wszystkich jego dokumentach jest jednoznaczne, co nawet sam autor wspomina na początku swojego textu. 

Istotny i kluczowy jest natomiast intelektualny i naukowy status twierdzenia, że embrion ludzki posiada godność ludzką. 

Warto zauważyć, że autor posługuje się tutaj pojęciami biologicznymi jak "zarodek" i "płód". Należy zapytać, na jakiej podstawie w odniesieniu do dziecka po urodzeniu i dorosłego człowieka przechodzi do określenia pojęciem filozoficznym - nie biologicznym - "osoba" zamiast określenia biologicznego "organizm ludzki" albo "system komórek z DNA charakterystycznym dla gatunku homo sapiens". Czyż nie obraziłby się, gdyby ktoś tymi ostatnimi pojęciami określał jego czy innych ludzi z wykluczeniem godności ludzkiej? Tak więc najpierw istotne jest rozróżnienie dziedziny i kompetencji danej nauki oraz jej pojęć. 

Następnie istotne jest pytanie, czy biologia jest w stanie rozstrzygnąć czy przynajmniej pomóc w rozstrzygnięciu kwestii osobowej godności embrionu ludzkiego. Sama kwestia jest oczywiście natury filozoficznej. Nie oznacza to pomniejszenia jej rangi, gdyż filozofia jest także nauką (wbrew forsowanemu przez ateistów scjentyzmowi), mianowicie ogólną - jako podstawa uprawiania każdej nauki - i uogólniającą, to znaczy bazującą na wynikach nauk szczegółowych, w tym przyrodniczych. 

Jest bezsprzecznym faktem, że biologia nie jest w stanie podać momentu w rozwoju, gdy embrion staje się osobą ludzką. Do posługiwania się pojęciem "osoba" tej nauce po prostu brakuje kompetencji. Stąd wynika niezgodność biologów w tej kwestii. Odpowiedzialny za swoje słowa kompetentny biolog trzymający się metody swojej nauki w ogóle nie wypowiada się w tej sprawie z pozycji czysto biologicznej. Może jednak i powinien wskazać na fakt, że - z punktu widzenia czysto biologicznego - kluczowym i decydującym momentem w powstaniu organizmu także ludzkiego jest zapłodnienie czyli połączenie komórki męskiej i żeńskiej. Współczesna genetyka potwierdza ten fakt, co z kolei jest potwierdzeniem stanowiska Kościoła i każdego uczciwie myślącego człowieka, że życie człowieka i tym samym jego ludzka godność zaczyna się już w tym momencie. Skoro moment zapłodnienia jest wydarzeniem kluczowym z punktu widzenia biologicznego, to nie ma innego momentu, który by decydował o ludzkiej czyli osobowej godności organizmu. Uznanie tego faktu nie jest kwestią wiary religijnej lecz szacunku wobec nauki, jaką jest biologia (wraz z dziedzinami pokrewnymi), której pewne wyniki należy zastosować do filozoficznej kwestii statusu osobowego. 

Godność ludzka jest oczywiście niestopniowalna, to znaczy że albo jest się człowiekiem albo się nim nie jest. Dlatego jedynie propagandowym bełkotem jest mówienie o byciu "w pełni człowiekiem". Nie można być człowiekiem w połowie, w ćwiartce czy w innym ułamku, ponieważ godność osobowa nie zależy ani od sprawności funkcyj organizmów, ani od jego stanu, lecz jedynie od tego, czy jest to żywy - a poniekąd także martwy - organizm ludzki. Odnośnie bycia organizmem ludzkim rozstrzyga biologia, zwłaszcza genetyka. Na podstawie tego rozstrzygnięcia danemu organizmowi - uznanemu przez biologię za ludzki - przysługuje godność ludzka czyli osobowa. 

Jeśli by przyjąć, jak czyni to autor textu, że człowieczeństwo organizmu i tym samym jego godność zależy od stwierdzalnej przez obecne narzędzia aktywności mózgu, to wraz z aborcją należy prawnie zalegalizować także zabijanie ludzi, u których taka aktywność nie zostaje stwierdzona. Ma to owszem już miejsce w biznesie transplantacyjnym, a to na podstawie wspomnianej już fałszywej hipotezy tzw. śmierci mózgowej. Nie przypadkowo przebieg takich "zabiegów" jest skrzętnie ukrywany przed opinią publiczną. Gdyby pokazano, co się dzieje z organizmem w tym czasie, to by raczej nie było chętnych tzw. dawców organów. Zwykły prosty obywatel myśli, że po stwierdzeniu tzw. śmierci mózgowej jest się martwym i nic się nie czuje, co jest ewidentną nieprawdą. 

Podsumowując:

Rozstrzygnięcie kwestii statusu osobowego embrionu ludzkiego nie należy do kompetencji biologii i medycyny. Te nauki mogą jedynie dostarczyć materiał służący rozstrzygnięciu. Tym materiałem jest fakt, że w rozwoju organizmu ludzkiego nie ma innego momentu determinującego jak moment poczęcia. Tym samym uczciwe intelektualnie jest albo uznanie osobowego statusu organizmu ludzkiego począwszy od chwili poczęcia, albo jego całkowite zanegowanie, czyli zredukowanie do rangi zwierząt czyli innych istot żywych, czyli do statusu jedynie biologicznego. Ta druga alternatywa jest oczywiście absurdalna już chociażby na podstawie doświadczenia codziennego: nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje wyjątkowej rangi człowieka pośród istot żywych. 

Jakie są powody wprowadzenia tzw. tajemnic światła?

 

Oficjalne powody podał sam Jan Paweł II wprowadzając te tajemnice. Chodzi o szersze odniesienie do Pisma św. 

Należy tutaj rozróżnić aspekt pozytywny i negatywny. Jeśli tzw. tajemnice światła sprzyjają znajomości i medytacji Pisma św., to jest to oczywiście pozytywne. Aczkolwiek akurat tajemnica "Chrzest w Jordanie" jest o tyle problematyczna, że to wydarzenie opisane w Ewangeliach już w starożytności było okazją do heretyckich poglądów (tzw. adopcjonizmu). Jeśli teologiczne wyjaśnienie tej tajemnicy służy wiedzy w tym temacie, to jest oczywiście także pozytywne. 

Negatywny aspekt polega na tym, że te nowe tajemnice mogą sugerować, jakoby wreszcie ujmowały całą treść Pisma św. Faktem jest, że w historii odmawiano różaniec z różnymi tajemnicami, aż zostały one ostatecznie określone w postaci klasycznych piętnastu tajemnic. Ograniczona liczba uwydatnia te wydarzenia, które są konkretne, naoczne, właściwie nie wymagające wyjaśnienia, tym samym otwarte na szeroką treść medytacji. Natomiast już sama nazwa "tajemnice światła" sugeruje ich szczególne znaczenie, które jest niejasne. Prawdopodobnie nie znaleziono lepszej nazwy. 

Rzeczywiście przez zwiększenie liczby tajemnic do dwudziestu zamazuje się ich związek z psałterzem. Aczkolwiek nie jest to istotne. 

Można przyjąć, że Jan Paweł II miał dobre intencje, także w zamiarze zachęty to odmawiania różańca przez jego urozmaicenie. Równocześnie pewne jest, że kierował się motywacją "ekumeniczną" i właśnie z jej powodu pominął prawdę o powszechnym pośrednictwie łask. Zapewne tak mu doradzali zwłaszcza kardynałowie i teologowie niemieccy i z innych krajów przesiąkniętych protestantyzmem. 

Jaki jest sens małżeństwa?

  Każde działanie i zaniechanie działania wiąże się z możliwością popełnienia grzechu śmiertelnego i tym samym z ryzykiem zasłużenia na wiec...