Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Komunia św. przez byty duchowe



Nie do końca rozumiem problem, o który chodzi w pytaniu. 

Zacząć należy od źródeł, czyli skąd wiemy czy ogólnie wiadomo o tych zdarzeniach. Pewne jest, że jakieś pseudopobożne czy autentycznie pobożne opowieści czy obrazy nie są źródłem dla teologii. Zasadniczą kwestię jest więc, czy i w jaki sposób te rzekome czy autentyczne wydarzenia czy raczej przeżycia są ujęte w aktach beatyfikacji i kanonizacji danej osoby. 

W tym świetle widać, że P. T. Autor pytania miesza zupełnie różne sprawy, które jednak mają jedną wspólną cechę: nigdy nie zostały potwierdzone przez władze kościelne jako autentyczne zdarzenia czy przeżycia. W przypadku św. Stanisława Kostki różnica polega na tym, że został kanonizowany, a rzeczona kwestia nie stanowiła przeszkody w kanonizacji, aczkolwiek nie jestem w stanie powiedzieć, czy była badana w procesie kanonizacyjnym, i czy opowieści o owej Komunii św. były znane przed kanonizacją, czy też raczej pojawiły się później jako twory mniej czy bardziej pobożnej fantazji. 

Objawień w Laus nie znam, zaś rzekome objawienia Anioła z Fatimy pochodzą dopiero z (rzekomych) opowieści (rzekomej) s. Łucji z końca lat 30-ych do 40-ych i tym samym nie należą do uznanych przez Kościół objawień z Fatimy. 

Tyle co do faktografii, która jest istotna dla teologicznej oceny.

Można oczywiście pytać teoretycznie w danej kwestii, czyli na podstawie ogólnych prawd i zasad teologii katolickiej. 

Z punktu widzenia teologii tego typu przeżycia mogły mieć charakter wyłącznie duchowy czyli wewnętrzny. Mogło więc chodzi jedynie o Komunię św. tak zwaną duchową i to dość specyficzną, ponieważ wydarzoną w nadzwyczajnym stanie duchowym, czyli w rodzaju extazy, która już sama w sobie ma charakter nadprzyrodzony (czyli pochodzący od Boga). Innymi słowy: świadkiem tego przeżycia mogła być wyłącznie dana osoba, nikt inny, nawet osoby obecne fizycznie podczas tego przeżycia. Tym samym badanie faktyczności i pochodzenia takiego przeżycia może się opierać wyłącznie na świadectwie danej osoby oraz według ogólnych kryteriów rozróżniania duchów. Co do autentyczności - czyli boskiego pochodzenia - Kościół się nigdy nie wypowiada, a jedynie ogranicza się najwyżej do stwierdzenia, że dane przeżycie nie ma znamion przeciwnych wierze katolickiej i moralności. 

Według teologii katolickiej nie jest wykluczone, że także osoby świątobliwe i kanonizowane mogły mieć przeżycia, których znamiona świadczą przeciw pochodzeniu od Boga, czyli mogą mieć pochodzenie czy to szatańskie, czy też mieć swoje korzenie w wyobraźni danej osoby (która sama w sobie nie jest ani grzeszna ani święta). Z tego powodu nie jest możliwe traktowanie wszystkich przeżyć nawet osób kanonizowanych jako argumentu teologicznego wprost, czyli jako przesłanki dla wniosków teologicznych czy to co prawd wiary, moralności czy ogólnie życia duchowego. 

Te odróżnienia są istotne, choć obecnie mało znane, a jeszcze mniej respektowane nawet w kręgach duchowieństwa, które bardziej poluje na chwytliwe przykłady homiletyczne czy katechetyczne, niż na prawdy rzetelnej teologii katolickiej. 


Duch prawdy


J 15,26 - 16,4


A gdy przyjdzie Obrońca, którego ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca wychodzi, Ten zaświadczy o mnie.

Ale i wy także świadczycie; bo jesteście ze mną od początku.

To wam powiedziałem, abyście nie byli oburzeni.

Wyłączać was będą z synagog; a nawet nadchodzi godzina, że każdy, kto was zabije, będzie uważał, że okazuje cześć Bogu.

A to wam uczynią, gdyż nie poznali Ojca, ani mnie.

Lecz to wam powiedziałem, abyście, gdy przyjdzie ta godzina, przypomnieli sobie, że to ja wam powiedziałem; a nie mówiłem wam tego od początku, bo byłem z wami.


οταν δε ελθη ο παρακλητος ον εγω πεμψω υμιν παρα του πατρος το πνευμα της αληθειας ο παρα του πατρος εκπορευεται εκεινος μαρτυρησει περι εμου

και υμεις δε μαρτυρειτε οτι απ αρχης μετ εμου εστε

ταυτα λελαληκα υμιν ινα μη σκανδαλισθητε

αποσυναγωγους ποιησουσιν υμας αλλ ερχεται ωρα ινα πας ο αποκτεινας υμας δοξη λατρειαν προσφερειν τω θεω

και ταυτα ποιησουσιν υμιν οτι ουκ εγνωσαν τον πατερα ουδέ εμε

αλλα ταυτα λελαληκα υμιν ινα οταν ελθη η ωρα μνημονευητε αυτων οτι εγω ειπον υμιν ταυτα δε υμιν εξ αρχης ουκ ειπον οτι μεθ υμων ημην 


Św. Jan Apostoł jest zwykle uważany za najbardziej mistycznego Ewangelistę, a jego Ewangelia za najbardziej tajemniczą. Poniekąd jest to słuszna charakterystyka, ponieważ jej słowa, w tym także podane słowa Pana Jezusa są nierzadko tak pełne treści i głębokie, że wydają się zagadkowe, mimo iż językowo są proste. 

Pan Jezus wielokrotnie zapowiedział Swoim uczniom posłanie i przyjście Ducha Świętego. Ewangeliści nie podają ich reakcji na te słowa. Nie wiemy, czy i na ile one były jasne dla nich. Zapewne rozumieli je w świetle i w duchu ksiąg starotestamentalnych. Nowe było jednak określenie Go przez Pana Jezusa jako "parakletos". To greckie słowo - tłumaczone na polski zwykle jako "pocieszyciel" (w nawiązaniu do niegdyś popularnego tłumaczenia niemieckiego jako Tröster), co jest właściwie błędne - bardziej adekwatnie, niemal dosłownie wyrażone jest łacińskim advocatus, od którego pochodzi polskie słowo "adwokat", zawężone obecnie do zawodu prawniczego. "Paraklet" to jest ktoś wezwany na pomoc, ktoś wspierający, ktoś towarzyszący, ktoś powołany do bycia obecnym i to do obecności wspomagającej i ratującej w trudnej sytuacji i potrzebie. 

Dlaczego Pan Jezus zesłał Ducha Świętego, który pochodzi od Ojca? Nie tylko dlatego, że uczniowie tego potrzebowali i że potrzebuje tego Kościół i cała ludzkość. To przysłanie jeszcze bardziej było konieczne z powodu tego, kim i jakim jest Bóg Trójjedyny. 

Duch Święty jest tym, który daje świadectwo o Chrystusie, a przez to świadectwo uczniowie stają się świadkami. Zadaniem świadka jest mówienie prawdy, mówienie tego, co świadek widział, słyszał, czego doświadczył. Dlatego ważne jest, iż uczniowie są "od początku" z Jezusem. To bycie od początku jest niejasne. Chodzi o początek Jego publicznej działalności? Przecież to nie jest początek życia Syna Bożego na ziemi, a o tym także mówią Ewangelie. Św. Paweł wcale nie należał do uczniów, którzy chodzili z Nim, a jednak został powołany na świadka Ewangelii z całą pewnością także przez działanie Ducha Świętego dla niego i w nim. Greckie słowo "arche" ma znacznie szersze znaczenie niż polskie słowo "początek". W filozofii greckiej oznacza ono także przyczynę i zasadę istnienia, nie odnosi się więc jedynie do chronologii. Tak więc chodzi tutaj bardziej o związek uczniów z prawdą, która jest ponadczasowa: o bycie z Jezusem, które jest oparte na prawdzie i prawdziwości, a to oznacza znacznie więcej niż doświadczenie zmysłami, oczywiście bez sprzeczności z nimi. 

"Świadków" życia i działalności ziemskiej Pana Jezusa było znacznie więcej niż dwunastu Apostołów, czy kilkudziesięciu czy kilkuset uczniów, którzy po Zmartwychwstaniu świadczyli, że On żyje. Większość z tych uczestników wydarzeń chyba nawet nie uwierzyła w to, co mówili uczniowie, którzy widzieli Zmartwychwstałego. Uczestnik wydarzeń to nie to samo co świadek. Świadek mówi prawdę, a uczestnik wydarzeń może milczeć i może też kłamać. 

Mówienie prawdy napotyka na sprzeciw tych, którzy nie miłują prawdy, jej nie chcą i czują się zagrożeni przez nią. Nienawiść do prawdy jest nienawiścią do rzeczywistości, która jest przenoszona na świadków prawdy. To właściwie wyjaśnia historię Kościoła od Abla (ab Abel) aż do skończenia świata. O tym właśnie mówi Pan Jezus, uświadamiając uczniom wtedy obecnym i po wsze czasy, by nie byli zgorszeni tym, co ich spotyka ze strony tych, którzy nie chcą i nienawidzą prawdy. 

W postawie i zachowaniu wobec świadków Jezusa Chrystusa wykazuje się zasadnicze nastawienie człowieka do prawdy czyli rzeczywistości. Nie chodzi o stosunek do wyznawców Chrystusowych wraz z ich grzechami, błędami, słabościami i ograniczeniami. Grzech i zło nie może być akceptowane - tego też wymaga szacunek dla prawdy czyli dla rzeczywistości. Świadek nie staje się automatycznie święty czy doskonały wraz z poświadczeniem o zdarzeniu. Z drugiej strony człowiek nałogowo grzeszący bardziej skłania się do kłamstwa i dawania fałszywego świadectwa. Zarówno grzechy jak też cnoty żyją gromadnie: każdy grzech pociąga, żywi i wzmacnia inne i następne grzechy, tak samo każda cnota działa z innymi cnotami. 

W ten sposób spełnia się proroctwo starca Symeona wypowiedziane do Matki Jezusowej (Łk 2,34): "Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu." Stosunek do prawdy Jezusa Chrystusa ujawnia zamysły czyli wnętrze człowieka, jego pragnienia, dążenia i zamiary. Można to nazwać także stanem czystości serca. 

Spoglądając trzeźwo na rzeczywistość społeczną w węższym i szerokim sensie, na politykę i też na problemy rodzinne i osobiste, nie trudno dostrzec, że korzeniem i rdzeniem problemów, konfliktów i tragedii jest brak prawdy i jej zaprzeczenie czyli kłamstwo. Widzimy, a równocześnie poniekąd przywykliśmy do tego, że politycy nie tylko się mylą lecz nagminnie i wręcz nałogowo kłamią, może nawet nawykowo i odruchowo, bezrefleksyjnie. Kłamstwo jest wszechobecne, a nie omija obecnie niestety środowisk kościelnych nawet najwyższych stopni (czego dość wyraźnym przykładem jest zakończony niedawno pontyfikat). Równocześnie każdy z nas decyduje o swoim stosunku do prawdy i kłamstwa, a tym samym o ich obecności w swoim środowisku i na tym świecie. W tym znaczeniu Duch Prawdy, który pochodzi od Ojca i Syna, jest "tylko" wsparciem, obrońcą, adwokatem. On oczywiście jest także tym, który woła w sercu człowieka ku Bogu prawdziwemu ukazującemu, że człowiek jest Jego dzieckiem, Jego stworzeniem i synem adoptowanym w Jezusie Chrystusie, jak mówi św. Paweł (Rz 8,15). 

W historii ludzkości i też Kościoła widzimy, że nie każdy człowiek godzi się na tę godność. Wynika to z tego, że tak dziecięctwo Boże jest relacją czyli osobistą więzią kojarzoną błędnie i fałszywie - jak od zarania dziejów podszeptuje ojciec kłamstwa czyli szatan - ze zniewoleniem. 

Lęk przed ograniczeniem wolności czy też inną domniemaną stratą zwykle motywuje do sprzeniewierzenia się prawdzie. Także chciwość czyli nieuporządkowane pragnienie czegoś może być motywem do kłamania. Zwykle są to dobra materialne i ogólnie doczesne, które przysłaniają dobra wyższe, wieczne. Duch Święty, który oświeca umysł, daje lekarstwo na te schorzenia duszy, prostując myślenie i pragnienia w świetle prawdy. Także dlatego Pan Jezus Go nazywa Duchem Prawdy. 

Zakończenie widzialnej obecności Zbawiciela na tym świecie wymaga od Jego wiernych dojrzałości. Zesłany z góry Duch Święty prowadzi nas w dojrzałym dziecięctwie Bożym, które wymaga współdziałania w wolności. Zaś istotnym i zarazem wyraźnym kryterium ukierunkowania naszego życia jest stosunek do prawdy, zwłaszcza tej przykrej i nieprzyjemniej, uderzającej w naszą pychę i fałszywą bo zakłamaną miłość własną. Poznanie i uznanie swej grzeszności otwiera na prowadzenie przez Ducha Prawdy. Równocześnie ci, którzy bardziej miłują zakłamanie, w swej niekiedy nawet nieuświadomionej rozpaczy i zazdrości, nienawidzą tych, którzy przynajmniej starają się iść za prawdą, która przemienia duchowo i uszlachetnia. To właśnie powoduje złość i złośliwość tych, którzy nałogowo kłamią, choćby nawet byli poniekąd "pobożni". Przykład faryzeuszy pokazuje, że fałszywa "pobożność" dość łatwo, wręcz naturalnie łączy się z obłudą. 

Pokusa fałszu dotyka każdego, gdyż jest to najbardziej typowa pokusa szatańska. Jednak jest to kuszenie względnie łatwe do pokonania, gdyż wystarczy konsekwentnie trwać w prawdzie, nawet jeśli wiąże się to z nieprzyjemnościami. To jest jedyna droga, na której prowadzi Duch Prawdy. 

Czy Pan Jezus się przejmuje?


Pan Jezus owszem w sposób dość oczywisty przejmował się
1. niewiarą w Swoje słowa,
2. brakiem zdrowych prostych wniosków, do których zdolni są normalni rozumni ludzie. 

Skoro powiedział, że to jest Jego Ciało, to miał też prawo oczekiwać od normalnych, myślących i wyposażonych w zwykłą wrażliwość ludzi, że będą to Ciało traktować z należytym szacunkiem, a nie jak przekąskę, w której można lekceważyć okruchy, bo nie można się nimi najeść... 

Zaś wypadałoby, żeby teolog katolicki wiedział, że wszystkie patrystyczne źródła w temacie przyjmowania Komunii św. usilnie przypominają i napominają do największej czci także dla okruchów Ciała Pańskiego... 

Także takim brakiem wiedzy u tych, którzy powinni nauczać wiary katolickiej, Pan Jezus się zapewne przejmuje.

X. prof. Waldemar Chrostowski contra mafia parasynagogalnych apostatów



Wydział teologii katolickiej w Toruniu, dokładniej jego dziekan, zorganizował publiczną debatę w sprawie haniebnego, Rysiowego "listu KEP". Najcenniejszy, a właściwie jedynie cenny był udział w niej x. prof. Waldemara Chrostowskiego, gdyż był jedynym uczciwym, rzetelnym i po katolicku myślącym w gronie trzech debatujących. O jednym jego adwersarzu, Mirosławie Wróblu, już pisałem (tutaj). O drugim jeszcze nie, a nie sądzę, by warto było o nim pisać, choć jest znany w półświatku pseudokatolickich elyt publicystycznych, gdyż był związany z pseudojezuitami w czasie, gdy prowadzili polskojęzyczną sekcję Radia Watykańskiego (gdzie regularnie występował wówczas także apostata pseudojezuicki, obecnie "żonaty" z zamężną Żydówką, Stanisław Obirek). Montusiewicz jest zresztą od lat związany chyba z parasynagogalną sektą kikonistów i ma odpowiednie poglądy, a przede wszystkim typowo sekciarski umysł odporny na racjonalność i proste fakty.

Tutaj właściwie wystarczy podać główne wypowiedzi x. Chrostowskiego, które właściwie nie wymagają komentarza, gdyż są bezbłędne, choć bardzo uprzejme. 


Symbolika prezbiterium


Po pierwsze, błędne jest utożsamianie świątyni katolickiej (ogólnie chrześcijańskiej) ze świątynią jerozolimską. Prawidłowe jest rozumienie tej ostatniej jako zapowiedzi i jakby cienia prawdziwego i doskonałego kultu, który jest w Nowym Testamencie czyli w Kościele. Innymi słowy: nie jest właściwe stosowanie dokładnie tych zasad w przypadku świątyń nowotestamentalnych i świątyni starotestamentalnej. 

Po drugie, według zgodnej interpretacji Ojców Kościoła, rozdarcie zasłony świątyni w momencie śmierci Jezusa Chrystusa oznacza ukazanie pustki Przybytku Najwyższego (która zresztą istniała już od niewoli babilońskiej istniała i była znana, choć ukrywana) i tym samym zakończenie kultu starotestamentalnego. 

Po trzecie, w prawidłowym rozumieniu zasłona Przybytku Najwyższego jest porównywalna do naszego tabernakulum, nie do ikonostasu czy balasek. 

Po czwarte, ikonostas i balaski, które są zresztą pozostałością wcześniejszej kraty oddzielającej prezbiterium od nawy, mają inną funkcję niż zasłona Przybytku, mianowicie zaznaczenie hierarchiczności Kościoła, czyli różnicy między stanem duchownym i stanem świeckim, która to różnica dotyczy głównie sprawowania kultu Bożego. 

Innymi słowy: usuwanie balasek (i wszelkiego innego oddzielenia) ma charakter protestanckiej negacji hierarchiczności Kościoła czy odróżnienia między duchowieństwem i świeckimi. 


Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalną podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej: 




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość-apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel ma aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkowo-krakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórując gościowi-apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje, lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej u kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym ze stajni masonów J. Tischner'a, J. Życińskiego i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach", a Grygiel bredzi jeszcze bardziej, poruszając się w sferze pseudonaukowych fantazyj dla dużych dzieci:


Jeśli by ktoś nie wiedział, to podaję, że dla tego typu fantazyj nie ma choćby najmniejszych przesłanek empirycznych, które są konieczne, by dyskusja miała sens na poziomie nauk przyrodniczych. To oczywiście nie przeszkadza Grygielowi - tudzież innym tego typu oszustom - w sprzedawaniu tego jako "wielkich pytań" naukowych i w tym też teologicznych. A on to sprzedaje wręcz dosłownie w postaci bełkotliwych publikacyj, którymi się chwali:


Tutaj Grygiel odkrywa, po co się umówił (z własnej inicjatywy, jak sam wyznaje) na wywiad, mianowicie dla promowania swojego "arcydzieła" stworzonego wespół z drugim krakówkowym apostatą o nazwisku Damian Wąsek (więcej o nim i jego kolaboracji z Grygielem tutaj). Jak trafnie podaje, prezentują oni dwie zasady:
- autonomia nauk przyrodniczych, w tym wypadku oczywiście rzekomych czyli żadnych, gdyż chodzi o ewolucjonizm (darwinizm), który nie jest nauką lecz ideologią,
- zmiana znaczenia dogmatów wiary, czyli oszustwo przez rzekomą zmianę jedynie językową. 
Obydwie zasady są oczywiście fałszywe i służą upozorowaniu zarówno naukowości jak też prawilności teologicznej. Zaś właściwie chodzi o podmianę wiary katolickiej na ideologię antykatolicką, która ma więcej wspólnego z kabałą niż z katolicyzmem, a służy zlaniu katolicyzmu z fałszywymi kultami, jak to widać już u mistrza i promotora Grygielowego, Michała Hellera (więcej tutaj). 

Dobrze, że Grygiel podaje konkretne przykłady:


On unika powiedzenia wprost, że według Grygielowo-Wąskowej "teologii ewolucyjnej" grzechu pierworodnego nie ma, a monogenizm - czyli wspólne pochodzenie całego rodzaju ludzkiego - jest błędny gdyż - rzekomo - sprzeczny z "nauką". Te dwa przykłady wystarczą, by orzec, że Grygiel i Wąsek są apostatami, którzy pod pozorami "naukowości" podważają nie tylko język teologii katolickiej, lecz jej istotne, wręcz fundamentalne treści. 

Grygiel oczywiście próbuje pozorować dobrą wolę i troskę duszpasterską, posługując się od dawna przestarzałym mitem, jakoby Kościół w swojej katechezie i homiliach postępował tak jak fundamentaliści protestanccy z ich prymitywnym traktowaniem Pisma św.:


To jest nic innego jak zabobon wzięty żywcem z propagandy ateistycznej, gdyż takiego podejścia Kościół nie miał nigdy, nawet względem takich bohaterów masonerii jak Galileusz i Giordano Bruno. Grygiel i Wąsek usiłują jednak jechać na tego typu przykładach, by rozkładać teologię katolicką od wewnątrz.

Ciekawe, że Grygiel w końcu jednak - chyba nie do końca świadomie - przyznaje, że dla niego kwestia właściwej interpretacji Księgi Rodzaju (i całego Pisma św.) jest "małostkowa" czyli nieistotna dla wiary katolickiej:

;

On widocznie czuje się tak bezpiecznie pod protekcją apostaty Rysia, że właściwie dość wyraźnie odkrywa swoje karty, zresztą podobnie do swojego protektora. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne. 


Grzegorz Ryś - deista czy ateista?


O dziwo, z największym odgłosem spotkał się następujący fragment z wywiadu u Rymanowskiego:


Jedni urządzają oburzanko, inni obronianko, a wszyscy razem plotą bzdety, nie ogarniając istoty rzeczy. A sprawa jest dość prosta: Ryś mówi, że nie jest aż tak, by on wątpił w istnienie Boga, ale jest tak, że jest kwestia, czy Bóg się objawił w Jezusie Chrystusie i czy się w ogóle objawił. Nie wiem, jak to możliwe, że nikt - o ile mi wiadomo - nie zauważył, iż jest to nic innego jak dyplomatycznie wyrażone klasyczne wyznanie wiary deisty czyli masona rytu szkockiego. Jak właściwe każdy z wykształceniem ponadpodstawowym powinien wiedzieć, deizm jest poglądem, który uznaje istnienie Boga, lecz neguje Jego działanie w historii i tym samym istnienie Bożego Objawienia. 

Sprawa jednak nie jest całkiem jednoznaczna, gdyż Ryś równocześnie ogłasza, że twierdzenie iż Boga nie ma, to "bardzo mocna teza". To zdanie słusznie wzbudziło oburzenie i sprzeciw. Ono jest fałszywe pod wieloma względami. Po pierwsze jest fałszywe, ponieważ teza ateistyczna nie jest bardzo mocna lecz jest bardzo słaba. Po drugie jest fałszywe, ponieważ padło z ust duchownego i to wysokiej rangi, który powinien zwalczać ateizm, a nie go wychwalać. 

Ryś widocznie jest aż tak pewny swojej pozycji w Kościele, że - po chwili namysłu - zdecydował się właściwie odkryć swoje karty. I właśnie te karty wyjaśniają jego zaangażowanie w interesie judaizmu kabalistycznego. 

Pawła Lisickiego zaczadzenie stehlino-rysizmem


Przykro jest patrzeć i słyszeć, gdy znani publicznie ludzie, z których poglądami zasadniczo się zgadzam - gdyż widać u nich, że generalnie chcą być wiernymi katolikami - notorycznie popełniają grzech niechlujstwa i fałszowania faktów. Takim przypadkiem jest niestety nawet Paweł Lisicki. Zhańbił się już kilka lat temu, gdy naiwnie a namiętnie powtarzał kłamstwa x. Dariusza Oko (więcej tutaj). Obecnie wprawdzie stara się jakoś prostować fałsze rozsiewane przez modernistów w kwestii judaizmu, jednak równocześnie popełnia ten sam kardynalny - i niewybaczalny w przypadku publicysty pretendującego do rangi autorytetu dla katolików - błąd, mianowicie powtarzanie podłapanego zabobonu, w tym wypadku podłapanego od sekty stehliniańskiej, która reprezentuje FSSPX w Polsce. 

Chodzi o następującą wypowiedź, odnoszącą się do "deklaracji wiary" wydanej kilka dni temu przez przełożonego generalnego FSSPX, gdzie poruszona została także kwestia aktualności Starego Przymierza:


Pisałem o tej kwestii w odniesieniu do owego listu KEP (tutaj punkt 6 i 7). W skrócie: fałszem fundamentalnym zarówno u Jana Pawła II jak też w następnych wypowiedziach i dokumentach w kwestii judaizmu nie jest aktualność Starego Przymierza - gdyż ona jest teologicznie pewna, jako że Stare Przymierze zostało wypełnione w Jezusie Chrystusie i trwa w Nowym Przymierzu - lecz utożsamienie współczesnego judaizmu z religią Starego Przymierza, co jest quasi dogmatem owego judaizmu, a co jest nie do przyjęcia zarówno w świetle Nowego Testamentu jak też w świetle podstawowej wiedzy religioznawczej. Lisicki widocznie skrzętnie omija niniejszego bloga, gdyż zdarzają się w nim treści nieprzyjemne dla jego pewności siebie i samopoczucia.

Myślę, że teraz wystarczy zająć się fragmentem z "Evangelii Gaudium", na który wskazuje Lisicki. Oto on w wersji oryginalnej włoskiej (źródło tutaj; jak widać, za pontyfikatu bergogliańskiego niestety zaprzestano wydawania wersji łacińskiej czyli w urzędowym języku Kościoła):


A oto wersja polskojęzyczna, a jest to również text oficjalny, gdyż opublikowany na oficjalnej stronie watykańskiej:


Tutaj fałszem jest przede wszystkim tłumaczenie "il popolo" jako "naród". Fałsz jest oczywisty, gdyż po pierwsze, w czasach starotestamentalnych, a nawet aż do nowożytności nie było obecnie rozpowszechnionego pojęcia "narodu", po drugie język Kościoła zawsze odróżniał "populus" od "natio", po trzecie w języku Kościoła -  także w tłumaczeniach na polski - jest mowa zawsze o "ludzie Bożym", nie o "narodzie Bożym". 

Drugim fałszem, aczkolwiek sięgającym dalej, jest fałszywe tłumaczenie słynnego zdania z Listu do Rzymian 11,29, na co również już wskazałem odnosząc się do listu KEP. To fałszywe tłumaczenie na włoski zostało przejęte do oficjalnych dokumentów watykańskich, co jest oczywiście skutkiem odejścia od urzędowego języka Kościoła, jakim jest łacina. Gdyby oficjalne dokumenty trzymały się łacińskiej Biblii,  to by taki fałsz nie był możliwy. Fałsz jest tutaj zarówno werbalny jak też merytoryczny, gdyż zmiana właściwego tłumaczenia "są bez żalu" (sine poenitentia) na "są nieodwołalne" ma poważne konsekwencje o tyle, że sprzyja, a przynajmniej umożliwia budowanie fałszywej ideologii o rzekomym trwaniu Starego Przymierza w judaiżmie. Taki to jest jeden z - zapewne zaplanowanych i zamierzonych - skutków używania języków narodowych zarówno w liturgii jak też w oficjalnych dokumentach: to jest wręcz zaproszenie do wszelkiego rodzaju fałszerstw, które są następnie łykane choćby bezwiednie nawet przez takich wykształconych a elokwentnych ignorantów jak Paweł Lisicki. 

Trzecim fałszem jest już wspomniane fundamentalne kłamstwo, polegające na utożsamianiu współczesnego narodu żydowskiego z wyznawcami religii starotestamentalnej. 

Czwarty fałsz dotyczy tłumaczenia "l'affetto che si è sviluppato" jako "serdeczne uczucie, jakie się pogłębiło". Jest to niby szczegół, jednak dość znaczący, gdyż rozwój nie jest pogłębieniem, ani odwrotnie. 

Piąty fałsz jest już poważniejszy: "persecuzioni (...) che coinvolgono o hanno coinvolto cristiani" jest zmienione na "prześladowania (...), w których uczestniczą lub uczestniczyli chrześcijanie". Czym innym jest bycie zamieszanym w prześladowania, a czym innym jest uczestniczenie w nich. Zamieszanie czy włączenie oznacza, że ktoś inny je inspirował i prowadził. Natomiast uczestniczenie jest czymś więcej. Tym samym "tłumaczenie" polskie zarzuca chrześcijanom o wiele więcej niż oryginał włoski, który jest znacznie ostrożniejszy. Oczywiście nie pomniejsza to faktu, że brakuje doprecyzowania, o jakie prześladowania chodzi, kto je inspirował i prowadzi, z jakich pobudek i w jaki sposób. W takim sformułowaniu można bowiem pomieścić w miarę wszystko, co się może nie podobać żydom, jak np. zakaz posiadania ziemi, który obowiązywał przez długie wieki chyba we wszystkich krajach europejskich, nakaz słuchania kazań kapłanów katolickich w państwie kościelnym, ale także mordowanie Żydów przez nazistów, których motywacja z całą pewnością nie była chrześcijańska, choć wielu z nich było ochrzczonych. W każdym razie takie bicie w nieswoje piersi bardzo się podoba państwu położonemu w Palestynie i jego poplecznikom. 

Numer 249 popełnia wprost fundamentalny fałsz, o którym już była mowa, gdyż zakłada, jakoby obecni żydzi byli "ludem Starego Przymierza" (tutaj tłumaczenie polskie znowu zafałszowuje na "naród"). Tym niemniej jest też powiedziane wprost, że Kościół nie może odwołać głoszenia Jezusa Chrystusa jako Pana i Mesjasza, co stanowi oczywiście sprzeczność, a co z kolei jest typowe dla całości bełkotów soboro-modernistycznych, których szczególnym wykwitem jest "nauczanie" bergogliańskie. Jeśli Jezus Chrystus jest Bogiem i Mesjaszem, a właśnie jako taki został odrzucony przez większość ówczesnych Żydów, które to odrzucenie jest fundamentem obecnego judaizmu, to w jaki sposób tenże judaizm może być religią ustanowioną przez Boga w Starym Testamencie? Na to pytanie nawet nie próbuje się odpowiadać, najwyżej zasłaniając się "tajemnicą", jak to czyni haniebny list KEP. Odpowiedź jest jednak dość prosta, gdyż wystarczy porzucić fałszywe założenie przejęte z tego judaizmu, jakoby on był kontynuacją Starego Przymierza. 

Nasuwa się pytanie: skoro sprawa jest dość prosta, to dlaczego nawet taki Paweł Lisicki, który jest człowiekiem dość inteligentnym i oczytanym, leci na takie plewy, które mają więcej wspólnego z propagandą Rysiową i ignorancją lefebvriańską niż z rozumnym, trzeźwym, niezaślepionym czytaniem dość prostych textów zarówno biblijnych jak też watykańskich? Idźmy dalej. 


Tutaj Lisicki znów zachwyca się "Deklaracją wiary katolickiej" autorstwa przełożonego FSSPX x. Davide Pagliarani'ego (którego nazwisko Lisicki uporczywie przekręca). Ze swojej strony słusznie zauważa treściowe nawiązanie do Listu do Hebrajczyków 8,13 (tego wskazania nie ma u x. Pagliarani'ego). Popełnia jednak kardynalny błąd polegający na wyrwaniu jednego zdania z jego kontextu zarówno bezpośredniego jak też dalszego, czyli w całości Pisma św. Innymi słowy: tego fragmentu z Listu do Hebrajczyków nie można właściwie zrozumieć bez całości Nowego Testamentu. Lisicki popełnia więc błąd taki sam jak moderniści bredzący o "nieodwołalnych darach łaski" - rzekomo na podstawie Listu do Rzymian - w oderwaniu chociażby od Listu do Hebrajczyków. Podejście teologiczne katolickie, a nawet już zdroworozsądkowe łączy w całość, która dopiero daje pełną prawdę odporną na fałsze z różnych stron. Konkretnie mówiąc: Pan Bóg rzeczywiście nie żałuje obietnic i darów, które dał niegdyś Izraelowi. Można też słusznie powiedzieć, że ich nie odwołał. To jednak nie jest cała prawda. Dla jej całości - tym samym "prawdziwej prawdziwości" - musi zostać dodane, że te obietnice i łaski zostały spełnione w Jezusie Chrystusie i jako spełnienie trwają w Kościele Chrystusowym, jednym, świętym, katolickim i apostolskim. W nim trwa wszystko to, co było doskonałe w Starym Przymierzu, i w tym znaczeniu to Przymierze trwa. Ono nie trwa natomiast i nie może trwać bez Chrystusa czy wręcz przeciw Niemu, gdyż wtedy traci swój właściwy sens i właściwą treść. W tym znaczeniu można mówić o przedawnieniu czy przestarzeniu Starego Przymierza, ale zawsze z dodaniem, że ono trwa w swojej istocie i prawdzie w Kościele, nigdzie indziej. Tego Lisicki - podobnie zresztą jak wielu innych pseudotradycjonalistych gwiazdorów internetowo-medialnych - nie rozumie, choć wystarczyłoby się uważnie wczytać w to, czego Kościół naucza od zawsze, a czego struktury oficjalne nie wypierają się także obecnie, choć to przemilczają i mącą przez pomieszanie z fałszywą ideologią żydowską. 

Na koniec jeszcze coś znamiennego i zarazem wyjaśniającego:


Przyznam szczerze, że jestem w lekkim szoku, gdy Lisicki nie potrafi prawidłowo przytoczyć zdania, które należy do elementarza argumentów katolickich. Jeśli ktoś sili się na cytat łaciński, to powinien być w stanie go rzeczywiście podać. Lisicki jest z wykształcenia prawnikiem i musiał mieć na studiach przynajmniej podstawowy kurs łaciny. Ponadto od dekad  obraca się w liturgii tradycyjnej (bywał nawet na sprawowanych przez moją skromną osobę Mszach św. w Warszawie, gdy tam jeździłem w zamierzchłych latach 90-ych XX wieku), czyta i wypowiada się w tematach teologii katolickiej. Zapewne dziesiątki razy jeśli nie setki zetknął się ze zdaniem "extra Ecclesiam nulla salus", które tutaj chce cytować. Dlaczego mu się to nie udaje? Zapewne, po pierwsze, z elementarnej ignorancji języka łacińskiego, gdzie słowo salus należy do podstawowego słownictwa, a po drugie z niechlujstwa czyli braku dbałości o istotne szczegóły. Generalnie odnoszę wrażenie, że on więcej mówi i pisze niż czyta. Być może nawet te jego taśmowo produkowane książki są pisane przez kogoś innego przynajmniej w istotnej mierze, a on zarządza jedynie ostateczną wersją. W każdym razie mamy tutaj kolejny przykład swoistego hochsztaplerstwa, czyli podawania jako rzetelnej wiedzy czegoś, co nie zostało rzetelnie zbadane i przemyślane. On tutaj niestety nie jest wyjątkiem, lecz tylko jednym z licznych przykładów, o których też już mi było dane tutaj pisać. 

Nie spodziewam się, że te moje uwagi dotrą do niego. A nawet jeśli dotrą, to on będzie raczej robił wszystko, żeby je przemilczeć i zapomnieć. A to już byłby przejaw poważnej choroby duchowej, zresztą typowej zarówno dla modernistów jak też dla sekty stehliniańskiej i wszelkich innych sekt. 

Bezwstydność modernistów


Sprawa jest dość typowa, a problem szerszy. Właściwie nie analizowany i prawie zupełnie nierozumiany. Wymagałby gruntownego zbadania socjologicznego i psychologicznego (o ile socjologia i psychologia mogą być gruntowne). Tym niemniej myślę, że możliwe są uwagi teologiczne. 

Moderniści chcą przez takie imprezy - jak sami zwykle podają - "ewangelizować", "przyciągnąć" ludzi, zwłaszcza młodzież do Kościoła. Mówią to zwykle szczerze, przynajmniej spora ich część. Problem w tym, że mówią głupio, gdyż wychodzą z fałszywych założeń i fałszywych podstaw. 

Główną podstawą jest swoisty komplex niższości względem świata współczesnego. Stąd się bierze pogoń za wzorcami, trendami i modami tego świata, nawet gdy są one absurdalne czy wręcz durne i złe. Oczywiście nie przeczę, że należy docenić rozwój np. technologii, naukowy w różnych dziedzinach, także ogólnie kulturowy, o ile jest zdrowy i dobry. Problem leży w braku rozróżnienia i swoistej ślepocie, która uniemożliwia rozeznanie i odróżnianie, a wynika z braku poznania i trzymania się prawdy o Bogu, człowieku i świecie, co ma swoje źródło w odejściu od rdzennej, autentycznej wiary katolickiej. Wierzenie po katolicku jest procesem sprzężonym: ta wiara daje prawdę, a równocześnie prawda ukazuje się człowiekowi na miarę jego woli i gotowości do wdrażania jej w życie, nawet jeśli wymaga to zmiany nawyków, zmiany myślenia i postępowania. Chodzi więc o połączenie zaburzenia umysłowego z moralnym (czy raczej niemoralnym). 

Drugim głównym czynnikiem jest zaburzenie w szerokim sensie estetyczne. Jak wiadomo już z filozofii klasycznej, prawda, dobro i piękno są ściśle ze sobą powiązane. Oznacza to, że uszczerbek czy oddalenie się od którejś z tych wartości pociąga za sobą, a nawet jest wręcz tożsame z odejściem od dwóch pozostałych czyli wszystkich trzech. Widzimy to obecnie wręcz naocznie w tzw. sztuce współczesnej, która weszła czy raczej została wprowadzona do przestrzeni kościelnej. Ohyda i to wręcz prymitywna i wulgarna dominuje od ponad pół wieku zarówno w szeroko pojętej dziedzinie sztuki - nazywanej tak przeważnie bardzo na wyrost - zarówno w dziedzinie plastycznej i architekturze jak też w akustyce, która zwykle zowie się muzyką, choć na to miano właściwie nie zasługuje. Wiąże się z tym także ohyda w ubiorze, zwłaszcza damskim, polegająca już nie tylko w exponowaniu wdzięków niewieścich, lecz brzydoty wynikającej z połączenia ciała niewieściego ze spodniami mniej czy bardziej obcisłymi, co się stało powszechne nawet w przestrzeni kościelnej, co świadczy o zupełnej zapaści umysłowo-estetycznej także u duchownych, którzy zwykle wręcz nie dostrzegają problemu. Bezwstydność wszelkiego rodzaju jest niczym innym jak wynaturzeniem w znaczeniu stępienia czy wręcz zatraty wyczucia godności ciała ludzkiego w porządku naturalnej hierarchii co do struktury człowieczeństwa, czyli prymatu wartości duchowych nad zmysłowością i cielesnością. 

Skrzywieni umysłowo i estetycznie - co się ściśle wiąże - katolicy zarówno duchowni jak i świeccy nie zauważają tego wynaturzenia, tym bardziej nie są w stanie i nie mają woli zdiagnozować tego stanu rzeczy w "kulturze" współczesnej jako wypaczenia, które niszczy i wypacza nie tylko dziedzinę duchową w najszerszym sensie lecz także życie społeczne i sferę biologiczną czyli demografię. Bezwstydność zawsze oznacza brak szacunku zarówno dla ciała jak i dla ducha ludzkiego, sprowadzając ciało - czy to swoje czy innych osób, a zwykle jedno i drugie - do przedmiotu pożądania czyli zaspokojenia zmysłowego, które, jeśli jest wyjęte czy oddzielone od sfery wyższej, duchowej, zawsze powoduje chaos, zagubienie, frustrację i zamknięcie w sobie, destrukcyjne dla wszelkich więzi społecznych, zwłaszcza rodzinnych i to już w zarodku. Naocznym skutkiem jest spadająca liczna zawieranych, trwałych małżeństw, oraz wynikająca stąd zapaść dzietności. Sprzyja temu oczywiście przemysł aborcyjny, antykoncepcyjny i pornograficzny, aczkolwiek nie jest to przyczyna, lecz jedynie katalizator, gdyż człowiek trzeźwo, rozumnie myślący wie, że zabijanie dzieci w łonie matki, traktowanie drugiej osoby jako narzędzia zaspokojenia zmysłowego, a także konsumpcja pornografii godzi w godność człowieka i prowadzi do wielorakich nieszczęść. Także tutaj problem jest umysłowo-estetyczny w tym znaczeniu, że nawet resztki zdrowego myślenia i wyczucia estetycznego są tłumione przez nierozumne i obrzydliwe namiętności. Ma to związek również z modnym ostatnio problemem fałszywej ideologii gender i homosexualizmu, gdyż to jest jedynie szczególny, mianowicie skrajny przypadek wypaczenia umysłowo-estetycznego. Nie można więc leczyć tego problemu w oderwaniu od całości i korzenia, czyli właściwej przyczyny. Nie jest przypadkiem, że ohyda estetyczna w przestrzeni kościelnej zbiega się nawet czasowo z demoralizacją, zwłaszcza z homosexualizacją w kręgach duchowieństwa (aczkolwiek sama czystość estetyczna oczywiście nie daje gwarancji czystości moralnej). Tutaj przykładem jest chociażby używanie krzyża jako wieszaka na stułę, rzekomo na przyozdobienie (więcej tutaj). Innym przykładem jest forsowanie akurat w przestrzeni liturgii tradycyjnej antyestetyki akustycznej, czyli niby muzycznej, w postaci zarówno różnego rodzaju kakofonii (jako rzekomej muzyki współczesnej) jak też peresizmu, który przerabia święte melodie liturgii katolickiej na ohydne, wręcz świętokradzkie beczenie (więcej tutaj). Następnym przykładem są niesamowite bluźnierstwa w "Dzienniczku" s. Faustyny Kowalskiej, gdzie jest mowa między innymi o (rzekomych) jej wizjach, w których (rzekomo) widziała, jak kapłan w Komunii św. zjadał Dzieciątko Jezus. Każdy normalny człowiek, o normalnej kondycji umysłowo-estetycznej, może na coś takiego zareagować jedynie odrazą, a nie uznaniem czegoś takie za wizję pochodzącą od Boga. 

Jak widać, problem poruszony w pytaniu jest bardzo szeroki i sięgający w głąb przyczyn obecnej sytuacji w Kościele. W przyczynach leży też lekarstwo, to znaczy od nich należy zacząć leczenie. Tutaj każdy może i powinien zadziałać w swoim zakresie zarówno indywidualnym jak też rodzinnym i społecznym, przez:

- dbałość o to, w czym uczestniczymy i czym się karmimy, zarówno co do wiedzy religijnej jak też sztuki czy to wizualnej czy akustycznej (muzycznej), także w dziedzinie ubioru własnego i członków własnej rodziny, grona przyjaciół itp.

- dbałość o przestrzeń rodzinną, zwłaszcza wobec dzieci i z dziećmi, gdyż - według zasady "czym z młodu nasiąknie..." - wyrobienie wrażliwości na prawdę, dobro i piękno jest kluczowe dla zdrowego rozwoju i przyszłości młodego pokolenia,

- dbania o przestrzeń społeczną bliższą i dalszą, zarówno kościelną (parafialną, diecezjalną) jak i świecką. 

Także w tej ostatniej dziedzinie jest sporo okazyj i sposobów do czynienia. Przykład: w ostatnich dekadach, zwłaszcza dzięki działalności wiadomego osobnika w czerwonych okularach od "wielkiej orkiestry" rozpleniły się głośnie "koncerty" w przestrzeni publicznej, z poparciem czy przynajmniej za zgodą lokalnych władz, przy milczącej zgodzie bądź obojętności i bezradności mieszkańców. Pretextem jest rzekoma, a właściwie fałszywa dobroczynność, a chodzi właściwie o demoralizację młodzieży wraz z szantażem pseudomoralnym, także za pomocą zanieczyszczenia przestrzeni akustycznej, która jest właściwie własnością wszystkich, także katolików, którzy nadal są jednak większością w Polsce. Nasuwa się pytanie: gdzie jest zdrowy odruch sprzeciwu ze strony katolików i to mający nawet podstawy prawne w postaci paragrafu 51 kodexu wykroczeń (zakłócenie spokoju i to niezależnie od pory dnia)? Niestety zamiast słusznego i koniecznego sprzeciwu ekipa Rysiowa - i jej podobne w innych miejscach Polski - forsuje naśladowanie perfidnej strategii Owsiakowej i to rzekomo w zbożnym celu. A to jest nic innego jak legitymizowanie i wybielanie tej strategii, która jest w istocie diabelska i bezprawna. 

Dlatego polecam stanowczy sprzeciw wobec takich imprez, niezależnie od tego, kto je organizuje. Należy zgłaszać na policję naruszenie spokoju (§51 kodeksu wykroczeń) i domagać się ukarania, w razie konieczności także przez sąd (a możliwe jest także dochodzenie zadośćuczynienia). To jest istotny środek także wychowawczy względem młodzieży. Ten, kto przyciąga młodzież do imprez na wolnym powietrzu, które nie liczą się tym, iż inne osoby nie chcą odbierać tego typu wrażeń akustycznych, trwających nawet do późnych godzin nocnych, ten wychowuje ją do postaw i zachowań antyspołecznych, nie liczących się z prawami innych osób. 

Jak widać, jest wiele do zrobienia i właściwie każdy może wiele zrobić w swoim zakresie. 

Jeszcze wracając do postawionego pytania. Sprowadza się ono do kwestii zgodności formy, w tym także estetyki, z treścią. Czy można głosić Ewangelię za pomocą dźwięków i środków dyskotekowych? Czy w Kościele jest miejsce na wzorce wzięte żywcem z "kultury" współczesnej bez rozróżniania, oczyszczania, korygowania? 

Nie chcę tutaj uprawiać autoapologii, ale następujący przykład powinien być pomocny. Otóż co jakiś czas spotykam się z zarzutem, że mój "język" na blogu jest "nie do przyjęcia", gdyż jest "niekulturalny", "obraźliwy", nie odpowiada "zasadom życia społecznego" itp. itd. Najpierw wynika z tego, że brak jest zarzutów merytorycznych, więc pozostają zarzuty quasi estetyczne i formalne. Zdaję sobie sprawę z tego, że zaburzam tutaj swego rodzaju estetykę wypowiedzi mniej czy bardziej powszechną w pewnych kręgach czy to kościelnych czy politycznych. Dziwi jednak fakt, że u osób podnoszących te zarzuty brakuje powiązania formy z treścią. Innymi słowy: w każdej krytyce - a za każdą merytoryczną jestem wdzięczny - należy zacząć od treści i według niej oceniać adekwatność formy. Rozumiem, gdy ktoś się nie zgadza z treścią i tym samym odrzuca formę. Jeśli natomiast ktoś się zgadza z treścią, to według niej powinien ocenić formę, nie odwrotnie. Przykład: gdy muszę obalać potężne a prymitywne bzdury i to wypowiadane z całkowitą pewnością siebie, mimo iż ich absurdalność jest wręcz rażąca, to oburzenie wyrażone odpowiednio nie może być niewłaściwe, nawet jeśli burzy to komuś jego sympatie czy błogość emocjonalną. 

Podobnie jest z formą przekazu treści Ewangelii. Pan Jezus - oczywiście nie porównuję siebie, aczkolwiek przyznaję się, że staram się naśladować - nigdy nie bawił się w fałszywe uprzejmości, nie owijał w bawełnę, byle nikogo nie urazić. Tak samo Apostołowie, o czym świadczą ich listy i Dzieje Apostolskie. Tak samo jest w pismach Ojców Kościoła, zwłaszcza tych polemicznych i apologetycznych. Jakież to dalekie od fałszywej uprzejmości, której jest pełno chociażby w Talmudzie czy innych fałszywych pismach starych i nowych. Kłamstwo musi się maskować pod pozorami, prawda nie chce i nie musi. To samo się odnosi do metod tzw. nowej ewangelizacji. A nawet prości ludzie to wyczuwają, o ile myślą trzeźwo i mają zdrowe wyczucie. Gdy np. taki Ryś robi wraz z pseudojezuitami jakąś imprezę masową, nagle ogłaszając, że to była już pierwsza część liturgii Novus Ordo, to każdy normalny człowiek poczuje się oszukany, nie tylko ten, któremu drogie są rubryki novusowe. Tak samo jest z łączeniem treści chrześcijańskich z formami czy rytuałami, które przynajmniej częściowo mają pochodzenie antychrześcijańskie czy wręcz satanistyczne. Nie chodzi o to, że nie należy nawracać także satanistów i zaczadzonych "wielką orkiestrą" cwaniaka w czerwonych okularach. Chodzi o to, że każdy podstęp ma krótkie nogi, nawet jeśli sukces wydaje się szybki i doraźny. Sprawa jest prosta: nikt normalny i szczery nie powie w takim samym tonie w głosie zdania "kocham cię" i "nienawidzę cię", czy też zdania "to jest piękne" i "to jest ohydne". Jeśli ktoś ton właściwy do jednego zdania przenosi na zdanie przeciwne, to nie powinien się dziwić, że nie zostanie właściwie zrozumiany, a nawet prawdopodobnie zostanie uznany za oszusta. 

Nie chodzi o to, że mamy ludziom podawać treści tylko na słodko i miło. Są treści, które muszą zostać wyrażone dosadnie (jak to się może dzieje nierzadko tutaj). Istotna i niezbędna jest zgodność formy z treścią i odwrotnie. A to jest obecnie najpoważniejszy problem z Kościołem, ściśle związany z jego wiarygodnością czy raczej z jej zapaścią. 


Ciekawa koalicja pro-Rysiowa (z post scriptum)


Na kanwie słynnej rozmowy u Rymanowskiego ukazały się ciekawe komentarze, przejawiające odpowiedni poziom merytoryczny, a to przeważnie dość denny i to po różnych stronach sceny niby katolickiej. Oto szczególnie ciekawy przykład:


Pomijając wybitną inteligencję tej pani, przejawiającą się chociażby w tym, że nie potrafi prawidłowo podać nazwiska osoby, o której mówi (z Mysiora robi Myszora), należy zwrócić uwagę na wieloraką zgodność między nią a słynnym w tradiświatku i nie tylko panu Dawidzie z Sopotu, który po długiej karierze blisko plebanii Novus Ordo od paru lat wtopił w sektę stehliniańską, której wiernie z porównywalną do Białkowskiej rozumnością służy: 

1. zgodność co do tego, że Ryś jedynie podaje to, czego Kościół od Vaticanum II naucza,

2. zgodność co do tego, że Ryś jest biedny skrzywdzony przez tych, którzy krytykują jego list znany jako list KEP,

3.  tym samym zgodność w wybitnym niechlujstwie i w braku merytorycznej rzetelności w analizie i ocenie tego, co Ryś napisał w liście KEP i też poza nim głosi,

4. zgodność w myśleniu brzuchem zamiast głową. 

Nie podlega dyskusji, że fenomen Rysia ma ewidentny związek z tym, co się stało i co się nadal dzieje z Kościołem po "soborze". Nie o to chodzi. Chodzi o rzetelne badanie wypowiedzi i uczciwą krytykę, nawet jeśli musi ona wypaść druzgocąco. Tego właśnie brakuje zarówno u Białkowskiej powiązanej ze środowiskami katolewackimi jak też u Mysiora powiązanego obecnie z sektą stehliniańską, czym się on zresztą chlubi. Przyznam, że nie ogarniam, jak ktoś wręcz nachalnie afiszujący się rozumnością, może tak naiwnie, wręcz infantylnie bezrozumnie traktować wypowiedzi takich osób jak Szymon Bańka FSSPX i to nawet promując go. Mysior ma widocznie jakiś komplex poddańczy (dewocyjny), który blokuje mu trzeźwe myślenie względem kogoś w stroju duchownym, komu on z jakichś powodów ślepo zaufał. 

Odmóżdżenie jest typowe dla modernistów, co oczywiście nie wyklucza funkcjonalnej inteligencji na usługach wypaczonej umysłowości modernistycznej. Jest jednak typowe także dla każdej sekty, również stehliniańskiej. A przejawia się w prymacie własnej ideologii nad rzeczywistością i nawet nad prostymi faktami. Gdy pojawia się jakaś kwestia, to zamiast rzetelnego, w razie konieczności nawet żmudnego jej zbadania, wręcz odruchowo pojawia się gotowa odpowiedź, nawet jeśli ma ona niewiele wspólnego z rzeczywistością w danym przypadku. Gdy moderniści tego typu jak wybitnie inteligentna inaczej Białkowska quasi automatycznie łykają kłamstwa Rysiowe, bo one potwierdzają ich fałszywy obraz świata, to można to wyjaśnić lenistwem intelektualnym i notorycznym zakłamaniem. Gdy zaś sekta stehliniańska - a Mysior jako wierny sługa wraz z nią - chętnie łyka te kłamstwa, zamiast podjąć się rzetelnej analizy teologicznej, to wynika to również z lenistwa intelektualnego i z obrazu świata tego typu, że wszelkie zło pochodzi od "soboru", nawet jeśli w danym przypadku związek jest najwyżej luźny, o czym świadczą proste fakty, które każdy może sprawdzić. 

Sekta stehliniańska usiłuje oczywiście upiec swoją pieczeń na ogniu rozpalonym przez Rysia. Jest to poniekąd zrozumiałe, aczkolwiek w gruncie rzeczy nieuczciwe i na pewno na dłuższą metę kontraproduktywne, gdyż także tradziuchów nie można bez końca oszukiwać. 

Zdaję sobie sprawę, że katolik straumatyzowany szaleństwami w novusowej parafii (czy też nawet na niektórych indultach) upatruje swój ratunek i bezpieczną przystań w ramionach FSSPX, które w Polsce ma niestety postać sekty stehliniańskiej. Nikomu nie wolno jednak wyłączyć trzeźwego myślenia, mimo mniej czy bardziej trwałego zachwycenia się "Tradycją", którą rzekomo doskonale i czysto reprezentuje FSSPX, co oczywiście nie jest prawdą niestety. 


Post scriptum

Wyjaśniam, co by nie było: generalnie Dawid Mysior to dobry chłop, ogólnie się z nim zgadzam. Nie zgadzam się jednak przede wszystkim z wybujałą pewnością siebie i wręcz pychą, co go niestety łączy z sektą stehliniańską. Oto przykłady:

Byłem mile zaskoczony, gdy podesłano mi jedno jego nagranie z YT, gdzie poleca moją opinię teologiczną ws. chanukki na KUL. Kilka dni po zamieszczeniu nagranie to zostało bez słowa wyjaśnienia usunięte, widocznie przez samego Mysiora. Można się domyśleć, że na żądanie sekty stehliniańskiej, która pozytywną wzmiankę o mnie uznała za nielojalność wobec siebie. Zachowała się jedynie wersja dźwiękowa na innej platformie:


Drugi przykład świadczy o tym samym. Otóż kilka miesięcy temu skrytykowałem prostactwo, którym się popisał Mysior, zobacz tutaj. Niestety widocznie on albo nie zrozumiał problemu - albo zrozumiał i uważa, że robi dobrze, skoro nadal ma zasięgi i chyba nikt inny mu nie zwrócił uwagi - skoro niedawno temu popełnił to samo (być może popełnia regularnie, nie mam pewności, gdyż go nie śledzę, a trafiam jedynie okazyjnie):


Jeśli ktoś notorycznie nie dostrzega problemu, to niestety cierpi na zaślepienie powodowane pychą. W czym jest zapewne utwierdzany przez sektę stehliniańską.