Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Dziurawy jubileusz warszawski (z post scriptum)

 

Sprawa jest bardziej historyczna niż teologiczna, jednak teologia obejmuje także historię, zwłaszcza gdy chodzi o życie Kościoła, które zawsze jest powiązane z lepszą czy gorszą teologią. 

Zdaję sobie sprawę, że niniejszym narażam się na zarzut pisania o sobie czy swoich zasługach. Jednak intencją moją jest tylko pisanie o faktach, których ocenę pozostawiam P. T. Czytelnikom. Chodzi bowiem o artykuł redaktora naczelnego kwartalnika "Christianitas", z którym niegdyś - w zamierzchłych początkach tego czasopisma - współpracowałem, czego zresztą nie da się ukryć. Chodzi w nim o początki tzw. indultu w Warszawie. Zapoznawszy się z owym textem (dostępnym tutaj) musiałem kilka razy parsknąć śmiechem. Otóż rozśmieszyło mnie kilka rzeczy, ale zwłaszcza pomijanie mojego udziału w owych wydarzeniach, które nie może być przypadkowe, gdyż zarówno sam Paweł Milcarek był w centrum wydarzeń, w których uczestniczyłem, jak też wszystkie wspomniane w tekście osoby, które wtedy poznałem osobiście i to dość intensywnie. Wprawdzie nie zostałem zupełnie pominięty, choć na to w międzyczasie widocznie zasłużyłem (😁), co oczywiście - mianowicie w postaci wzmianki w nawiasie o Triduum - należy docenić. Tym niemniej czuję się w obowiązku dorzucenia faktów, które wydają mi się istotne dla pełniejszego i prawdziwszego obrazu tamtego czasu. Zaznaczam, że podaję z pamięci (która - nie chwaląc się - często uchodzi za słoniową), gdyż nie dysponuję żadnymi materiałami archiwalnymi oprócz osobistej korespondencji, która może mieć znaczenie jedynie częściowo i pomocniczo. Pan Milcarek natomiast dysponuje zapewne biuletynem duszpasterstwa, o którym wspomina w tekście. 

Przede wszystkim nie jest prawdą, że "autoryzowane" przez władze diecezjalne celebracje Mszy św. w tradycyjnym rycie zaczęły się dopiero w czerwcu 1996 r. Chodzi tutaj o coniedzielne Msze św. sprawowane przez opiekuna wyznaczonego przez władze archidiecezji warszawskiej. Natomiast dużo wcześniej, mianowicie od września 1995 r. celebrowałem w Warszawie średnio co 2-3 miesiące, oczywiście także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych, czyli w sposób "autoryzowany", nie pokątny czy tajny. Na pewno celebrowałem na początku września 1995 r., w tym dokładnie 3-ego września w święto św. Piusa X (to było w jakimś kościele na Żoliborzu, dokładnie nie pamiętam), potem na początku grudnia (podczas wizyty wraz z x. Emmerson'em z Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra), potem jeszcze kilka razy w pierwszej połowie 1996 r. Wszystkie celebracje odbywały się za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Świadkiem tego jest przede wszystkim Wojciech Środoń (wówczas student prawa, związany z czasopismem Pro fide, rege et lege), który zajmował się zarówno kontaktami z kurią jak też organizacją Mszy św., czyli przede wszystkim pertraktacjami z proboszczami i rektorami kościołów. 

Dla pełności obrazu wydarzeń wspomnę, że po pobycie w Warszawie we wrześniu 1995 r. pojechałem na zaproszenie do Poznania na 2-3 dni, po czym do Gdyni, również na kilka dni, a w końcu do Kalisza, gdzie także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych przewodniczyłem ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa Piotra Tryjanowskiego (także znajomego Marka Jurka, obecnie profesora na UAM w Poznaniu) z małżonką w sanktuarium św. Józefa. Jadąc z Kalisza do Austrii miałem przymusowy dłuższy pobyt w Krakowie (z powodu stłuczki samochodu), gdzie także sprawowałem Mszę św. tradycyjną za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Ówczesny biskup pomocniczy w Krakowie, obecny kard. Nycz, wydał mi po polsku (mój celebret był po łacinie) potwierdzenie prawa do celebracji. 

Także po objęciu funkcji opiekuna przez x. Jana Szymborskiego (tak, to krewny żydokomunistycznej noblistki) bywałem w Warszawie dość często. X. Szymborski bez problemu odstępował wówczas swoją Mszę św. niedzielną, godził się także na dodatkowe Msze św., tudzież na prowadzenie przeze mnie rekolekcyj (prowadziłem przynajmniej raz wielkopostne i przynajmniej raz adwentowe, dokładnie nie pamiętam). Chrzciłem także dzieci, w tym jedno dziecko Pawła Milcarka (nie pamiętam, czy to było pierwsze dziecko Michałek, czy Marysia, u któregoś chyba uzupełniałem obrzędy Chrztu św.) oraz innych 2-3 rodzin, nie licząc trójki dzieci innego znajomego Marka Jurka, Bogusława Kiernickiego, obecnie prezesa fundacji, która wydaje kwartalnik P. Milcarka (chrzty były w Gorzowie i koło Poznania, gdzie jechałem za każdym razem na własny koszt, a nikt się nawet nie zapytał, czy mam za co, przy czym w Gorzowie służył mi do Mszy św. inny znajomy Marka Jurka, obecny profesor Grzegorz Kucharczyk, któremu potem dwukrotnie za darmo poprawiałem tłumaczenie z niemieckiego książki x. Klaus'a Gamber'a). Grafik i fotograf związany z "Christianitas" Paweł Kula tak sobie załatwił ceremonię ślubu, że proboszcz parafii x. Bronisław Piasecki sprawował samą ceremonię ślubną, mnie natomiast powierzono sprawowanie Mszy św. za nowożeńców (to był chyba wrzesień 1997 r.). Była też pierwsza Komunia św. młodszej córki Marka Jurka. Z obecnych znanych mi celebrytów na Mszach św. bywali m. in. Paweł Lisicki, śp. Artur Górski, Paweł Kwaśniak, Dominik Zdort (jego znajomych, braci Janowskich, chrzciłem sub conditione podczas Triduum w 1997 r.), Łukasz Warzecha, przewinął się także Stanisław Krajski, wówczas spoza Warszawy Artur Zawisza, Arkadiusz Robaczewski, Konrad Szymański, Marcin Libicki i Jan Filip Libicki. 

Od 1997 r. do 2002 r. włącznie, czyli przez sześć kolejnych lat, celebrowałem liturgię Triduum w kościółku św. Barbary w centrum (przy parafii Wszystkich Świętych), gdzie doznałem rzeczowej życzliwości tamtejszego x. proboszcza. Zresztą celebrowałem tam także poza Triduum. Znacznie mniej życzliwy był natomiast rektor kaplicy Domu im. Piusa XI (hotel kościelny nieopodal), gdzie mnie kwaterowano (na początku kwaterowano mnie także prywatnie u Pawła Witaszka w Brwinowie). Gdy pozwoliłem wiernym na udział we Mszy św. w kaplicy, x. rektor zrobił awanturę, po czym zmieniono mi kwaterę na hotel sejmowy (chyba począwszy od 1997 r.). Ówczesny rektor kaplicy sejmowej, śp. x. Piotr Pawlukiewicz, nie robił żadnych trudności. Przeważnie jednak celebrowałem w kościołach, gdzie odbywały się Msze św. niedzielne, czyli u Dzieciątka Jezus, w Res Sacra Miser i też u św. Benona. O ile mi wiadomo, do 2002 r. byłem oprócz x. Szymborskiego jedynym kapłanem, który celebrował tzw. indult w Warszawie.  

Od jesieni 1997 r. moje przyjazdy stały się rzadsze, gdyż zakończyłem współpracę z Bractwem Kapłańskim Św. Piotra. Zresztą nie były one konieczne, skoro był opiekun na miejscu w osobie x. Szymborskiego. Angażowano mnie okazyjnie. Stałym elementem było Triduum. Dopiero w związku z wyjazdem do Monachium w 2002 r. i podjęciem tam pracy na parafii ustały moje przyjazdy do Warszawy (i ogólnie do Polski, oprócz stron rodzinnych). 

Podsumowując: Nie byłem zaangażowany bezpośrednio w batalie wiernych z kurią i proboszczami. Przyjeżdżałem na gotowe. Z nielicznymi wyjątkami, byłem przyjmowany przez duchowieństwo w Warszawie życzliwie. Zwykle nie robiono mi trudności. Także x. Szymborski nie narzucał mi swojego stosowania nowego porządku czytań. 

Natomiast od jesieni 1997 r. relacje ze strony wiernych oziębły, a od 2002 r. ustały (szczytem tego ustania jest powyższy artykulik P. Milcarka). Docierały do mnie jakieś dąsy, które mogłem różnie interpretować (choć to ja miałbym powody, chociażby z tego względu, że zwykle nikogo nie interesowało, czy mam za co - nie mając żadnej pensji - przyjechać z Bawarii czy Austrii, a gdyby nie finansowanie moich przyjazdów przez FSSP w okresie mojej współpracy czyli do połowy 1997 r., zresztą wyraźnie niechętne, to bym musiał je finansować ze stypendiów mszalnych, które wynosiły wówczas 10 DM czyli 5 €, czyli około 150 € na miesiąc; od 1998 r. płacono mi bilet lotniczy na przyjazd na Triduum, będąc zakwaterowany w hotelu sejmowym sam opłacałem posiłki). Zaś potwierdzeniem słuszności mojej decyzji o wycofaniu się z działalności w Warszawie i w Polsce było między innymi następujące zdarzenie: Ponad rok po wydaniu mojej książki (1997) przy okazji wspomniałem Markowi Jurkowi, który załatwił Marcina Dybowskiego jako jej wydawcę, że zostałem przez tego ostatniego oszukany (mam na to dowody). Wówczas Marek Jurek odpowiedział lakonicznie: "ważne, że książka się ukazała"... 


Post scriptum 1

Jest reakcja P. Milcarka:


I jest też moja odpowiedź:



Post scriptum 2

Dla pełności obrazu dodam jeszcze, że nie jestem jedynym tego rodzaju przypadkiem. Wspomniany już w innym miejscu pierwszy Polak wyświęcony w FSSP (w 2000 r.), pochodzący z Gdyni x. Tomasz Dawidowski, wyjechał z Polski i ostatecznie opuścił FSSP, przechodząc do diecezji drezneńskiej, właśnie z powodu traktowania go nie tyle przez władze kościelne w Polsce, co przez tzw. wiernych z Poznania oraz wyświęconego kilka lat po nim x. Wojciecha Grygiel'a. Głównymi dowodzącymi byli wówczas panowie Libiccy, również bliscy znajomi Marka Jurka, zresztą będący w dobrych stosunkach z ówczesnym arcybiskupem poznańskim Juliuszem Paetz'em. Wiem od samego x. Dawidowskiego, że chciał założyć placówkę FSSP w Polsce, a największe szanse widział w Krakowie, mimo że panowie Libiccy w Poznaniu mieli dobre stosunki z tamtejszymi władzami. Natomiast placówkę w Krakowie zarezerwował dla siebie x. Grygiel, który oczywiście nie przewidział dla siebie pozycji innej niż pierwsza. Jak wiadomo, środowisko poznańskie po przewodnictwem Libickich, współpracowało z przebierańcami wrocławskimi, czyli kolesiami x. Grygiel'a (więcej tutaj). Ten ostatni - mimo że od wielu lat publicznie głosi poglądy skrajnie modernistyczne i heretyckie - ma świetne stosunki ze środowiskiem kwartalnika "Christianitas", czyli z Pawłem Milcarkiem, czego dowodem jest częsta obecność chociażby na łamach tego pisma. 

Post scriptum 3

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, istotny, chyba nawet kluczowy. Widać go na przykładzie. Otóż jednym z członków redakcji kwartalnika "Christianitas" jest Michał Barcikowski. Pojawił się w tym środowisku pod koniec lat 90-ych i odtąd należy do jego twardego jądra. Wtedy, gdy jeszcze przyjeżdżałem do Warszawy, służył mi kiedyś do Mszy św. Zapamiętałem go jako uprzejmego. Niedawno na swoim profilu na fb umieścił nawet moją książkę z 1997 r. jako jedną z najważniejszych swoich lektur. Miałem go już jakiś czas temu wśród znajomych na fb, zresztą jak większość tego grona, jednak usunąłem po tym, jak w tym środowisku zaczęły się pojawiać tekściki broniące Lecha Wałęsę, negatywne odnośnie tzw. różańca do granic itp. 


Kilka tygodni temu M. Barcikowski zaprosił mnie do znajomych, co w swojej naiwności przyjąłem, nawet nie żądając wyjaśnień. Po czym przez przypadek okazało się, że wśród polubionych ma anonimową stronkę rzucającą na mnie podłe oszczerstwa, które są perfidną zemstą za mój text o oszustach w kręgach tzw. indultowych (jest tutaj):




Tym samym okazało się znowu, kim jest to towarzystwo. A kim jest? Otóż widać to na następującym przykładzie.

M. Barcikowski należy sam wprawdzie do starszej ekipy kwartalnika i jego środowiska. Dla jego obecnego stanu charakterystyczne są kariery i powiązania młodszego, które jest promowane. Chodzi głównie o jednego młodego człowieka, szczególnie exponowanego - zapewne nie przypadkowo -  z którym Barcikowski intensywnie się prezentuje:



Kim jest Paweł Grad, można się łatwo dowiedzieć w internetach:



Oprócz środowiska P. Milcarkowego, powiązany jest z "Teologią polityczną", czyli Opus Judaei, oraz tzw. Instytutem Nauk o Człowieku, do którego kuratorów należy m. in. George Soros (źródło tutaj)...


Założyciel owego "instytutu" był oczywiście blisko związany z kręgami krakowsko-warszawskiej żydomasonerii:



Tym samym widać, kto kontroluje pisemko P. Milcarka, którego zakulisowym współzałożycielem jest Marek Jurek. A potwierdza to następujący ładny obrazek (tak, to jest ta córka, której dawałem 1-ą Komunię św.):


I jeszcze jedno potwierdzenie:



Post scriptum 4 (aktualizacja)


Jest też świętowanie 30-lecia:


Jak widać, niewiele się zmieniło w rzetelności historycznej. Te osoby albo mają specyficzne rozumienie słów "stale i regularnie", albo mają wolę ich specyficznego rozumienia, albo jedno i drugie. Oczywiście nie byłem na stale w Warszawie. Wiem, że były starania o zainstalowanie w Warszawie i ogólnie w Polsce Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra, dla którego wówczas pracowałem. Co oczywiście nie wypaliło, gdyż linia biskupów - dość wyraźnie wyrażona także podczas rozmów, których byłem uczestnikiem - była taka, iż nie chciano kapłanów z zewnątrz. Dopiero niejakiemu x. Wojciechowi Grygielowi, który już po roku 2000 został święcony dla FSSP, udało się utworzył placówką w Krakowie, a to bardziej we własnym interesie (i dla działalności dywersyjnej w Kościele) niż w interesie katolików tradycyjnych. 

Tak więc Warszawa świętuje objęcie duszpasterstwa przez kuzyna żydostalinowskiej noblistki, który zawsze używał lekcjonarza novusowego czyli wprowadzał samowolną zmianę do Missale Romanum. Jest zrozumiałe, że na świętowanie trzeba mieć konkretną datę i konkretne, udokumentowane formalnie wydarzenie. Jednak należy trzymać się prawdy historycznej, nawet jeśli jest niewygodna. Gdyby ktoś nie zauważył: czym innym jest regularne czyli zgodne z regułami sprawowanie Mszy św., a czym innym duszpasterstwo ze stałą obecnością duszpasterza i coniedzielną Mszą św. To chyba nie takie trudnie do ogarnięcia. Widocznie, ktoś nie chce tego ogarnąć. 


Gdzie był Bóg?


Pytanie jest rzeczywiście poważne, a pochodzi już z arsenału starożytnych sekt judaistycznych i gnostyckich, nie dopiero islamskich. 

Przede wszystkim to pytanie fałszywie zakłada przestrzenno-czasową ograniczoność Boga. Jest to sprzeczne nawet już ze zdroworozsądkowym pojęciem Boga. Równocześnie jest w tym zawarte fałszywe ujmowanie Osób Boskich jakoby były trzema Bogami, nie jednym Bogiem. Innymi słowy: pytanie jest absurdalne, w zamiarze podstępne, aczkolwiek porusza istotne kwestie teologiczne. Odpowiedzi należy szukać oczywiście nie w pojęciach islamskich czy wyznawców islamu (jak też innych sekt antychrześcijańskich), lecz we właściwym rozumieniu pojęć teologii katolickiej, która zresztą bazuje na zdrowych, sprawdzonych pojęcia filozoficznych.  

Myślę, że nie ma tutaj konieczności wchodzenia w fachowy wykład trynitologii katolickiej (czyli klasycznego traktatu dogmatyki o Trójcy Przenajświętszej), lecz wystarczy krótka i prosta odpowiedź. 

Jest teologicznie pewne, że Wcielony Syn Boży, czyli Jezus Chrystus, w Swej boskiej istocie stale był w jedności z dwoma innym Osobami Trójcy Przenajświętszej, czyli z Ojcem i Duchem Świętym. Dotyczy to także momentu ukrzyżowania i śmierci na krzyżu. Podkreślam: chodzi o jedność co do Istoty, czyli Bóstwa Boga Trójjedynego. Słowa psalmu, które Pan Jezus wypowiedział na krzyżu ("Eloi, Eloi, lama sabahthani"), są modlitwą wypowiedzianą z natury ludzkiej, nie z natury boskiej, która zawsze pozostawała w jedności Trzech Osób. 

Podane pytanie jest o tyle podstępne, że w zamiarze ma godzić zarówno w Bóstwo Jezusa Chrystusa jak też w Trójjedyność Boga. Bardzo wygodnym momentem dla tej negacji jest właśnie Męka i Śmierć krzyżowa, czyli w radykalnym poniżeniu i wyniszczeniu, jakie może spotkać człowieka. Człowiek wyznający pojęcie Boga transcendentnego wręcz odruchowo czy przynajmniej emocjonalnie odrzuca połączenie tego pojęcia z Ukrzyżowanym. Na tym polega "zgorszenie" już dla Żydów, o którym mówi św. Paweł (1 Kor 18). Ono od nich przeszło do islamu. 

Kluczem jest tutaj odróżnienie między naturą oraz istotą jednego Boga, a troistością Osób Boskich. Tutaj trzeba już elementarnej wiedzy filozoficznej, której nie tylko regularnie brak u wyznawców judaizmu i islamu, lecz którą oni zasadniczo odrzucają, mimo iż nie jest ona specyficznie chrześcijańska lecz pochodzi od wybitnych przedchrześcijańskich umysłów greckich (a być może ma też swoje odpowiedniki w innych kulturach starożytnych). 

Mówiąc najprościej: na krzyżu Jezusa Chrystusa był obecny Bóg Trójjedyny co do natury i istoty boskiej. Na tym właśnie polega nie tyle tragedia lecz bezmiar i wyjątkowość tego wydarzenia w dziejach wszechświata. Równocześnie należy mieć na uwadze, że na krzyżu cierpiał jedynie Syn Boży, czyli jedna Osoba Boska, a to z tego względu, że tylko Syn Boży przyjął ludzkie ciało podległe cierpieniu i śmierci. Na tym właśnie zasadza się zwyciężenie śmierci i grzechu. I właśnie z powodu braku właściwego rozumienia Trójjedyności Boga i Wcielenia Syna Bożego wszystkie inne kulty poza chrześcijaństwem ani nie pojmują, ani przyjmują, ani nie mogą zaoferować zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. 

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nawet Kuran zawiera dość istotny ślad faktyczności Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, gdyż opowiada, jakoby podmieniono osobę Jezusa Chrystusa na kogoś innego, który został zamiast Niego ukrzyżowany. To jest oczywiście fałszywe i absurdalne opowiadanie, jednak jego istotą jest przekonanie, że Jezus był żywy - i jako taki był widziany - po ukrzyżowaniu. Innym słowy: nawet jeszcze w epoce wczesnego islamu nie negowano, że Jezus Chrystus był widziany żywy po ukrzyżowaniu. 


Działalność x. Piotra Natanka


Nie śledziłem, ani nie śledzę działalności x. Natanka. Okazyjnie coś do mnie docierało i dociera. Myślę, że na tyle wystarczająco, by mieć odpowiednie zdanie. 

Przyznam, że nie mam pewnej wiedzy co do tego, co było pierwsze w jego problemach z przełożonymi kościelnymi - jego conajmniej dziwne nauki czy raczej publiczne oskarżenia w odniesieniu do jego ordynariusza, kard. Stanisława Dziwisza. Pewne jest natomiast, że x. Natanek regularnie wykazuje przynajmniej brak znajomości elementarza teologii katolickiej, a także poważne, choć proste błędy teologiczne. Jest to o tyle znamienne, że zdobył stopnie naukowe z teologii, wprawdzie dokładniej z historii Kościoła, jednak powinien dysponować elementarną wiedzą teologiczną, której mu ewidentnie brak. Nie wiem, czy w wyniku braku pilności czy braku dobrej woli. Aczkolwiek pod tym względem nie jest niestety wyjątkiem w środowisku kościelno-krakowskim, w którym wręcz roi się od przykładów różnego rodzaju mieszanek ignorancji teologicznej z herezjami. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że źródłem i powodem jego problemów z przełożonymi nie są względy teologiczne, lecz kościelno-polityczne. Hierarchia wojtyliańska wykazuje skłonność do daleko idącej tolerancji nawet dla ewidentnie heretyckich i apostackich poglądów, o ile mieszczą się one w ramach lojalności wobec siebie. 

Mało wiarygodne, a nawet wręcz niewiarygodnie wydaje się przyswojenie sobie przez x. Natanka liturgii tradycyjnej, którą zresztą miesza z własnymi pomysłami pseudoliturgicznymi (stąd pojawiło się określenie "ryt grzechińsko-katolicki"). On tej liturgii ani gruntownie nie poznał, ani jej sobie autentycznie nie przyswoił. Jest stosowanie wynika raczej ze względów taktycznych, to znaczy jest wyjściem na przeciw upodobaniom konserwatywnych katolików i zapotrzebowaniu. 

Szczególnie haniebne jest posługiwanie się - i to nawet publiczne i zadeklarowane - rzekomymi objawieniami niejakiej Agnieszki, co świadczy o zupełnej pogardzie dla najprostszych tradycyjnych zasad Kościoła już na poziomie zdroworozsądkowym. 

Demaskująca jest także jego pozytywna reakcja na nominację Grzegorza Rysia na arcybiskupa krakowskiego i ogólnie pochlebna o nim opinia. Oto dowód:  

Ma to zresztą związek zapewne z faktem, że obydwaj są uczniami x. Jana Kracika, powiązanego dość wyraźnie z kręgami masońskimi i antykościelnymi (w czym zresztą nie był wyjątkiem pośród profesorków krakówkowych). 

W sumie wygląda na to, że x. Natanek w obliczu konfliktu z przełożonymi chwyta się wszelkich środków, które mogą mu zdobyć i przysporzyć zwolenników, a tym samym popularności i wsparcia także materialnego. Posłuch, jaki ma u wielu nawet szczerze pobożnych katolików świadczy nie tyle o poziomie jego posługi, co o nędzy teologicznej, duchowej, intelektualnej i duszpasterskiej w strukturach regularnych Novus Ordo. Ludzie, którzy są zniesmaczeni przynajmniej nijakością życia parafialnego i spragnieni duchowego przywódcy, trafiają na kogoś, kto przez swoisty radykalizm zdobywa ich sympatię i zaufanie. 

Osobiście uważam, że z całości sprawy wynika, iż x. Natanek działa dla poczucia własnej wartości, a brak mu autentycznej pobożności, życia wewnętrznego i ducha kapłańskiego, w czym jest niestety dość typowym produktem systemu modernistycznego, mimo że formalnie od niego się zdystansował. 

Oczywiście zapewne zdarza mu się mówić rzeczy dobre i słuszne, co mu właśnie zjednuje zwolenników. Nie chcę też tracić nadziei na jego autentyczne nawrócenie. Póki co niestety nic nie wskazuje na jego gotowość do tego. Ponadto nie sądzę, by obecnie był w stanie zbudować coś autentycznie katolickiego, gdyż on działa bardziej według zasad przywódcy sekty niż prawdziwego duszpasterza, choć potrafi sprytnie wykorzystać deficyty typowe dla środowisk novusowych. 


Komunia św. przez byty duchowe



Nie do końca rozumiem problem, o który chodzi w pytaniu. 

Zacząć należy od źródeł, czyli skąd wiemy czy ogólnie wiadomo o tych zdarzeniach. Pewne jest, że jakieś pseudopobożne czy autentycznie pobożne opowieści czy obrazy nie są źródłem dla teologii. Zasadniczą kwestię jest więc, czy i w jaki sposób te rzekome czy autentyczne wydarzenia czy raczej przeżycia są ujęte w aktach beatyfikacji i kanonizacji danej osoby. 

W tym świetle widać, że P. T. Autor pytania miesza zupełnie różne sprawy, które jednak mają jedną wspólną cechę: nigdy nie zostały potwierdzone przez władze kościelne jako autentyczne zdarzenia czy przeżycia. W przypadku św. Stanisława Kostki różnica polega na tym, że został kanonizowany, a rzeczona kwestia nie stanowiła przeszkody w kanonizacji, aczkolwiek nie jestem w stanie powiedzieć, czy była badana w procesie kanonizacyjnym, i czy opowieści o owej Komunii św. były znane przed kanonizacją, czy też raczej pojawiły się później jako twory mniej czy bardziej pobożnej fantazji. 

Objawień w Laus nie znam, zaś rzekome objawienia Anioła z Fatimy pochodzą dopiero z (rzekomych) opowieści (rzekomej) s. Łucji z końca lat 30-ych do 40-ych i tym samym nie należą do uznanych przez Kościół objawień z Fatimy. 

Tyle co do faktografii, która jest istotna dla teologicznej oceny.

Można oczywiście pytać teoretycznie w danej kwestii, czyli na podstawie ogólnych prawd i zasad teologii katolickiej. 

Z punktu widzenia teologii tego typu przeżycia mogły mieć charakter wyłącznie duchowy czyli wewnętrzny. Mogło więc chodzi jedynie o Komunię św. tak zwaną duchową i to dość specyficzną, ponieważ wydarzoną w nadzwyczajnym stanie duchowym, czyli w rodzaju extazy, która już sama w sobie ma charakter nadprzyrodzony (czyli pochodzący od Boga). Innymi słowy: świadkiem tego przeżycia mogła być wyłącznie dana osoba, nikt inny, nawet osoby obecne fizycznie podczas tego przeżycia. Tym samym badanie faktyczności i pochodzenia takiego przeżycia może się opierać wyłącznie na świadectwie danej osoby oraz według ogólnych kryteriów rozróżniania duchów. Co do autentyczności - czyli boskiego pochodzenia - Kościół się nigdy nie wypowiada, a jedynie ogranicza się najwyżej do stwierdzenia, że dane przeżycie nie ma znamion przeciwnych wierze katolickiej i moralności. 

Według teologii katolickiej nie jest wykluczone, że także osoby świątobliwe i kanonizowane mogły mieć przeżycia, których znamiona świadczą przeciw pochodzeniu od Boga, czyli mogą mieć pochodzenie czy to szatańskie, czy też mieć swoje korzenie w wyobraźni danej osoby (która sama w sobie nie jest ani grzeszna ani święta). Z tego powodu nie jest możliwe traktowanie wszystkich przeżyć nawet osób kanonizowanych jako argumentu teologicznego wprost, czyli jako przesłanki dla wniosków teologicznych czy to co prawd wiary, moralności czy ogólnie życia duchowego. 

Te odróżnienia są istotne, choć obecnie mało znane, a jeszcze mniej respektowane nawet w kręgach duchowieństwa, które bardziej poluje na chwytliwe przykłady homiletyczne czy katechetyczne, niż na prawdy rzetelnej teologii katolickiej. 


Duch prawdy


J 15,26 - 16,4


A gdy przyjdzie Obrońca, którego ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca wychodzi, Ten zaświadczy o mnie.

Ale i wy także świadczycie; bo jesteście ze mną od początku.

To wam powiedziałem, abyście nie byli oburzeni.

Wyłączać was będą z synagog; a nawet nadchodzi godzina, że każdy, kto was zabije, będzie uważał, że okazuje cześć Bogu.

A to wam uczynią, gdyż nie poznali Ojca, ani mnie.

Lecz to wam powiedziałem, abyście, gdy przyjdzie ta godzina, przypomnieli sobie, że to ja wam powiedziałem; a nie mówiłem wam tego od początku, bo byłem z wami.


οταν δε ελθη ο παρακλητος ον εγω πεμψω υμιν παρα του πατρος το πνευμα της αληθειας ο παρα του πατρος εκπορευεται εκεινος μαρτυρησει περι εμου

και υμεις δε μαρτυρειτε οτι απ αρχης μετ εμου εστε

ταυτα λελαληκα υμιν ινα μη σκανδαλισθητε

αποσυναγωγους ποιησουσιν υμας αλλ ερχεται ωρα ινα πας ο αποκτεινας υμας δοξη λατρειαν προσφερειν τω θεω

και ταυτα ποιησουσιν υμιν οτι ουκ εγνωσαν τον πατερα ουδέ εμε

αλλα ταυτα λελαληκα υμιν ινα οταν ελθη η ωρα μνημονευητε αυτων οτι εγω ειπον υμιν ταυτα δε υμιν εξ αρχης ουκ ειπον οτι μεθ υμων ημην 


Św. Jan Apostoł jest zwykle uważany za najbardziej mistycznego Ewangelistę, a jego Ewangelia za najbardziej tajemniczą. Poniekąd jest to słuszna charakterystyka, ponieważ jej słowa, w tym także podane słowa Pana Jezusa są nierzadko tak pełne treści i głębokie, że wydają się zagadkowe, mimo iż językowo są proste. 

Pan Jezus wielokrotnie zapowiedział Swoim uczniom posłanie i przyjście Ducha Świętego. Ewangeliści nie podają ich reakcji na te słowa. Nie wiemy, czy i na ile one były jasne dla nich. Zapewne rozumieli je w świetle i w duchu ksiąg starotestamentalnych. Nowe było jednak określenie Go przez Pana Jezusa jako "parakletos". To greckie słowo - tłumaczone na polski zwykle jako "pocieszyciel" (w nawiązaniu do niegdyś popularnego tłumaczenia niemieckiego jako Tröster), co jest właściwie błędne - bardziej adekwatnie, niemal dosłownie wyrażone jest łacińskim advocatus, od którego pochodzi polskie słowo "adwokat", zawężone obecnie do zawodu prawniczego. "Paraklet" to jest ktoś wezwany na pomoc, ktoś wspierający, ktoś towarzyszący, ktoś powołany do bycia obecnym i to do obecności wspomagającej i ratującej w trudnej sytuacji i potrzebie. 

Dlaczego Pan Jezus zesłał Ducha Świętego, który pochodzi od Ojca? Nie tylko dlatego, że uczniowie tego potrzebowali i że potrzebuje tego Kościół i cała ludzkość. To przysłanie jeszcze bardziej było konieczne z powodu tego, kim i jakim jest Bóg Trójjedyny. 

Duch Święty jest tym, który daje świadectwo o Chrystusie, a przez to świadectwo uczniowie stają się świadkami. Zadaniem świadka jest mówienie prawdy, mówienie tego, co świadek widział, słyszał, czego doświadczył. Dlatego ważne jest, iż uczniowie są "od początku" z Jezusem. To bycie od początku jest niejasne. Chodzi o początek Jego publicznej działalności? Przecież to nie jest początek życia Syna Bożego na ziemi, a o tym także mówią Ewangelie. Św. Paweł wcale nie należał do uczniów, którzy chodzili z Nim, a jednak został powołany na świadka Ewangelii z całą pewnością także przez działanie Ducha Świętego dla niego i w nim. Greckie słowo "arche" ma znacznie szersze znaczenie niż polskie słowo "początek". W filozofii greckiej oznacza ono także przyczynę i zasadę istnienia, nie odnosi się więc jedynie do chronologii. Tak więc chodzi tutaj bardziej o związek uczniów z prawdą, która jest ponadczasowa: o bycie z Jezusem, które jest oparte na prawdzie i prawdziwości, a to oznacza znacznie więcej niż doświadczenie zmysłami, oczywiście bez sprzeczności z nimi. 

"Świadków" życia i działalności ziemskiej Pana Jezusa było znacznie więcej niż dwunastu Apostołów, czy kilkudziesięciu czy kilkuset uczniów, którzy po Zmartwychwstaniu świadczyli, że On żyje. Większość z tych uczestników wydarzeń chyba nawet nie uwierzyła w to, co mówili uczniowie, którzy widzieli Zmartwychwstałego. Uczestnik wydarzeń to nie to samo co świadek. Świadek mówi prawdę, a uczestnik wydarzeń może milczeć i może też kłamać. 

Mówienie prawdy napotyka na sprzeciw tych, którzy nie miłują prawdy, jej nie chcą i czują się zagrożeni przez nią. Nienawiść do prawdy jest nienawiścią do rzeczywistości, która jest przenoszona na świadków prawdy. To właściwie wyjaśnia historię Kościoła od Abla (ab Abel) aż do skończenia świata. O tym właśnie mówi Pan Jezus, uświadamiając uczniom wtedy obecnym i po wsze czasy, by nie byli zgorszeni tym, co ich spotyka ze strony tych, którzy nie chcą i nienawidzą prawdy. 

W postawie i zachowaniu wobec świadków Jezusa Chrystusa wykazuje się zasadnicze nastawienie człowieka do prawdy czyli rzeczywistości. Nie chodzi o stosunek do wyznawców Chrystusowych wraz z ich grzechami, błędami, słabościami i ograniczeniami. Grzech i zło nie może być akceptowane - tego też wymaga szacunek dla prawdy czyli dla rzeczywistości. Świadek nie staje się automatycznie święty czy doskonały wraz z poświadczeniem o zdarzeniu. Z drugiej strony człowiek nałogowo grzeszący bardziej skłania się do kłamstwa i dawania fałszywego świadectwa. Zarówno grzechy jak też cnoty żyją gromadnie: każdy grzech pociąga, żywi i wzmacnia inne i następne grzechy, tak samo każda cnota działa z innymi cnotami. 

W ten sposób spełnia się proroctwo starca Symeona wypowiedziane do Matki Jezusowej (Łk 2,34): "Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu." Stosunek do prawdy Jezusa Chrystusa ujawnia zamysły czyli wnętrze człowieka, jego pragnienia, dążenia i zamiary. Można to nazwać także stanem czystości serca. 

Spoglądając trzeźwo na rzeczywistość społeczną w węższym i szerokim sensie, na politykę i też na problemy rodzinne i osobiste, nie trudno dostrzec, że korzeniem i rdzeniem problemów, konfliktów i tragedii jest brak prawdy i jej zaprzeczenie czyli kłamstwo. Widzimy, a równocześnie poniekąd przywykliśmy do tego, że politycy nie tylko się mylą lecz nagminnie i wręcz nałogowo kłamią, może nawet nawykowo i odruchowo, bezrefleksyjnie. Kłamstwo jest wszechobecne, a nie omija obecnie niestety środowisk kościelnych nawet najwyższych stopni (czego dość wyraźnym przykładem jest zakończony niedawno pontyfikat). Równocześnie każdy z nas decyduje o swoim stosunku do prawdy i kłamstwa, a tym samym o ich obecności w swoim środowisku i na tym świecie. W tym znaczeniu Duch Prawdy, który pochodzi od Ojca i Syna, jest "tylko" wsparciem, obrońcą, adwokatem. On oczywiście jest także tym, który woła w sercu człowieka ku Bogu prawdziwemu ukazującemu, że człowiek jest Jego dzieckiem, Jego stworzeniem i synem adoptowanym w Jezusie Chrystusie, jak mówi św. Paweł (Rz 8,15). 

W historii ludzkości i też Kościoła widzimy, że nie każdy człowiek godzi się na tę godność. Wynika to z tego, że tak dziecięctwo Boże jest relacją czyli osobistą więzią kojarzoną błędnie i fałszywie - jak od zarania dziejów podszeptuje ojciec kłamstwa czyli szatan - ze zniewoleniem. 

Lęk przed ograniczeniem wolności czy też inną domniemaną stratą zwykle motywuje do sprzeniewierzenia się prawdzie. Także chciwość czyli nieuporządkowane pragnienie czegoś może być motywem do kłamania. Zwykle są to dobra materialne i ogólnie doczesne, które przysłaniają dobra wyższe, wieczne. Duch Święty, który oświeca umysł, daje lekarstwo na te schorzenia duszy, prostując myślenie i pragnienia w świetle prawdy. Także dlatego Pan Jezus Go nazywa Duchem Prawdy. 

Zakończenie widzialnej obecności Zbawiciela na tym świecie wymaga od Jego wiernych dojrzałości. Zesłany z góry Duch Święty prowadzi nas w dojrzałym dziecięctwie Bożym, które wymaga współdziałania w wolności. Zaś istotnym i zarazem wyraźnym kryterium ukierunkowania naszego życia jest stosunek do prawdy, zwłaszcza tej przykrej i nieprzyjemniej, uderzającej w naszą pychę i fałszywą bo zakłamaną miłość własną. Poznanie i uznanie swej grzeszności otwiera na prowadzenie przez Ducha Prawdy. Równocześnie ci, którzy bardziej miłują zakłamanie, w swej niekiedy nawet nieuświadomionej rozpaczy i zazdrości, nienawidzą tych, którzy przynajmniej starają się iść za prawdą, która przemienia duchowo i uszlachetnia. To właśnie powoduje złość i złośliwość tych, którzy nałogowo kłamią, choćby nawet byli poniekąd "pobożni". Przykład faryzeuszy pokazuje, że fałszywa "pobożność" dość łatwo, wręcz naturalnie łączy się z obłudą. 

Pokusa fałszu dotyka każdego, gdyż jest to najbardziej typowa pokusa szatańska. Jednak jest to kuszenie względnie łatwe do pokonania, gdyż wystarczy konsekwentnie trwać w prawdzie, nawet jeśli wiąże się to z nieprzyjemnościami. To jest jedyna droga, na której prowadzi Duch Prawdy. 

Czy Pan Jezus się przejmuje?


Pan Jezus owszem w sposób dość oczywisty przejmował się
1. niewiarą w Swoje słowa,
2. brakiem zdrowych prostych wniosków, do których zdolni są normalni rozumni ludzie. 

Skoro powiedział, że to jest Jego Ciało, to miał też prawo oczekiwać od normalnych, myślących i wyposażonych w zwykłą wrażliwość ludzi, że będą to Ciało traktować z należytym szacunkiem, a nie jak przekąskę, w której można lekceważyć okruchy, bo nie można się nimi najeść... 

Zaś wypadałoby, żeby teolog katolicki wiedział, że wszystkie patrystyczne źródła w temacie przyjmowania Komunii św. usilnie przypominają i napominają do największej czci także dla okruchów Ciała Pańskiego... 

Także takim brakiem wiedzy u tych, którzy powinni nauczać wiary katolickiej, Pan Jezus się zapewne przejmuje.

X. prof. Waldemar Chrostowski contra mafia parasynagogalnych apostatów



Wydział teologii katolickiej w Toruniu, dokładniej jego dziekan, zorganizował publiczną debatę w sprawie haniebnego, Rysiowego "listu KEP". Najcenniejszy, a właściwie jedynie cenny był udział w niej x. prof. Waldemara Chrostowskiego, gdyż był jedynym uczciwym, rzetelnym i po katolicku myślącym w gronie trzech debatujących. O jednym jego adwersarzu, Mirosławie Wróblu, już pisałem (tutaj). O drugim jeszcze nie, a nie sądzę, by warto było o nim pisać, choć jest znany w półświatku pseudokatolickich elyt publicystycznych, gdyż był związany z pseudojezuitami w czasie, gdy prowadzili polskojęzyczną sekcję Radia Watykańskiego (gdzie regularnie występował wówczas także apostata pseudojezuicki, obecnie "żonaty" z zamężną Żydówką, Stanisław Obirek). Montusiewicz jest zresztą od lat związany chyba z parasynagogalną sektą kikonistów i ma odpowiednie poglądy, a przede wszystkim typowo sekciarski umysł odporny na racjonalność i proste fakty.

Tutaj właściwie wystarczy podać główne wypowiedzi x. Chrostowskiego, które właściwie nie wymagają komentarza, gdyż są bezbłędne, choć bardzo uprzejme. 


Symbolika prezbiterium


Po pierwsze, błędne jest utożsamianie świątyni katolickiej (ogólnie chrześcijańskiej) ze świątynią jerozolimską. Prawidłowe jest rozumienie tej ostatniej jako zapowiedzi i jakby cienia prawdziwego i doskonałego kultu, który jest w Nowym Testamencie czyli w Kościele. Innymi słowy: nie jest właściwe stosowanie dokładnie tych zasad w przypadku świątyń nowotestamentalnych i świątyni starotestamentalnej. 

Po drugie, według zgodnej interpretacji Ojców Kościoła, rozdarcie zasłony świątyni w momencie śmierci Jezusa Chrystusa oznacza ukazanie pustki Przybytku Najwyższego (która zresztą istniała już od niewoli babilońskiej istniała i była znana, choć ukrywana) i tym samym zakończenie kultu starotestamentalnego. 

Po trzecie, w prawidłowym rozumieniu zasłona Przybytku Najwyższego jest porównywalna do naszego tabernakulum, nie do ikonostasu czy balasek. 

Po czwarte, ikonostas i balaski, które są zresztą pozostałością wcześniejszej kraty oddzielającej prezbiterium od nawy, mają inną funkcję niż zasłona Przybytku, mianowicie zaznaczenie hierarchiczności Kościoła, czyli różnicy między stanem duchownym i stanem świeckim, która to różnica dotyczy głównie sprawowania kultu Bożego. 

Innymi słowy: usuwanie balasek (i wszelkiego innego oddzielenia) ma charakter protestanckiej negacji hierarchiczności Kościoła czy odróżnienia między duchowieństwem i świeckimi. 


Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalną podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej: 




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość-apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel ma aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkowo-krakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórując gościowi-apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje, lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej u kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym ze stajni masonów J. Tischner'a, J. Życińskiego i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach", a Grygiel bredzi jeszcze bardziej, poruszając się w sferze pseudonaukowych fantazyj dla dużych dzieci:


Jeśli by ktoś nie wiedział, to podaję, że dla tego typu fantazyj nie ma choćby najmniejszych przesłanek empirycznych, które są konieczne, by dyskusja miała sens na poziomie nauk przyrodniczych. To oczywiście nie przeszkadza Grygielowi - tudzież innym tego typu oszustom - w sprzedawaniu tego jako "wielkich pytań" naukowych i w tym też teologicznych. A on to sprzedaje wręcz dosłownie w postaci bełkotliwych publikacyj, którymi się chwali:


Tutaj Grygiel odkrywa, po co się umówił (z własnej inicjatywy, jak sam wyznaje) na wywiad, mianowicie dla promowania swojego "arcydzieła" stworzonego wespół z drugim krakówkowym apostatą o nazwisku Damian Wąsek (więcej o nim i jego kolaboracji z Grygielem tutaj). Jak trafnie podaje, prezentują oni dwie zasady:
- autonomia nauk przyrodniczych, w tym wypadku oczywiście rzekomych czyli żadnych, gdyż chodzi o ewolucjonizm (darwinizm), który nie jest nauką lecz ideologią,
- zmiana znaczenia dogmatów wiary, czyli oszustwo przez rzekomą zmianę jedynie językową. 
Obydwie zasady są oczywiście fałszywe i służą upozorowaniu zarówno naukowości jak też prawilności teologicznej. Zaś właściwie chodzi o podmianę wiary katolickiej na ideologię antykatolicką, która ma więcej wspólnego z kabałą niż z katolicyzmem, a służy zlaniu katolicyzmu z fałszywymi kultami, jak to widać już u mistrza i promotora Grygielowego, Michała Hellera (więcej tutaj). 

Dobrze, że Grygiel podaje konkretne przykłady:


On unika powiedzenia wprost, że według Grygielowo-Wąskowej "teologii ewolucyjnej" grzechu pierworodnego nie ma, a monogenizm - czyli wspólne pochodzenie całego rodzaju ludzkiego - jest błędny gdyż - rzekomo - sprzeczny z "nauką". Te dwa przykłady wystarczą, by orzec, że Grygiel i Wąsek są apostatami, którzy pod pozorami "naukowości" podważają nie tylko język teologii katolickiej, lecz jej istotne, wręcz fundamentalne treści. 

Grygiel oczywiście próbuje pozorować dobrą wolę i troskę duszpasterską, posługując się od dawna przestarzałym mitem, jakoby Kościół w swojej katechezie i homiliach postępował tak jak fundamentaliści protestanccy z ich prymitywnym traktowaniem Pisma św.:


To jest nic innego jak zabobon wzięty żywcem z propagandy ateistycznej, gdyż takiego podejścia Kościół nie miał nigdy, nawet względem takich bohaterów masonerii jak Galileusz i Giordano Bruno. Grygiel i Wąsek usiłują jednak jechać na tego typu przykładach, by rozkładać teologię katolicką od wewnątrz.

Ciekawe, że Grygiel w końcu jednak - chyba nie do końca świadomie - przyznaje, że dla niego kwestia właściwej interpretacji Księgi Rodzaju (i całego Pisma św.) jest "małostkowa" czyli nieistotna dla wiary katolickiej:

;

On widocznie czuje się tak bezpiecznie pod protekcją apostaty Rysia, że właściwie dość wyraźnie odkrywa swoje karty, zresztą podobnie do swojego protektora. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne.