Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Urojone plucie czyli Rysiowego łgarstwa ciąg dalszy


Właściwie wolałbym, gdyby temat był zamknięty. Sprawa jednak toczy się nadal i nie zapowiada się, by się miała rychło skończyć, przynajmniej nie ze strony delikwenta w purpurze. Świadczy o tym wywiad z nim, który się odbył 8 maja 2026 r. u słynnego Rymanowskiego. Notabene: gdyby Rymanowski rzetelnie się przygotował do spotkania, także czytając tutejsze wpisy w temacie, to by nie dał się tak łatwo owinąć gościowi w bawełnę. Być może ktoś mu serdecznie doradził skrzętne omijanie nie tylko niniejszego bloga lecz także jego treści. Powinien wiedzieć, co robi. 

Tyle tytułem krótkiego wstępu. Teraz do rzeczy. 

Znamienny jest wstęp, gdy delikwent się oburza akurat na Pawła Lisickiego, który dość rzeczowo wyraził swoją krytykę odnosząc się do listu KEP:


To jest godne preludium do całości: zamiast merytorycznego odniesienia się do zarzutów jest odgrywanie biednej, skrzywdzonej bo oplutej ofiary, żebrzącej o współczucie widzów. To już ma osłabić trzeźwe myślenie i odwrocić uwagę od meritum. 

Następnie cenne jest, co delikwent mówi o genezie słynno-haniebnego listu:

Oczywiście nie ma tutaj żadnej sensacji, aczkolwiek opis procedowania tego listu nie zgadza się z tym, co wcześniej przeniknęło do opinii publicznej ze źródeł anonimowych. W każdym razie Ryś potwierdza, że to on jest ostatecznie odpowiedzialny za treść, za procedowanie i za opublikowanie listu, a reszta biskupów była w przytłaczającej większości czy to obojętna czy też - a może przede wszystkim - uległa wobec akcji Rysiowej, biorąc na siebie współodpowiedzialność. Jakie były argumenty Rysiowe, można się domyślać na podstawie dalszego ciągu jego wypowiedzi, jak zobaczymy poniżej. 

Rymanowski wskazuje na polemikę z owym listem KEP prowadzoną m. in. przez x. Waldemara Rakocego CM:


Nie trudno zauważyć, że to jest typowy obłudny Rysiowy bełkot: twierdzi, że ów list KEP nie mówi o Kościele, a równocześnie, że list jest o relacji Kościoła z judaizmem. Nasuwają się proste pytania: Jak można mówić o relacji Kościoła, nie mówiąc o Kościele? Czyż relacja Kościoła nie mówi o Kościele? Jeśli nie mówi o Kościele, to czyja to jest relacja? Z czego wynika relacja jeśli nie z tego, czym jest Kościół i czym jest judaizm? A może tutaj Ryś mimowolnie przyznaje, że w liście jest mowa nie o Kościele Chrystusowym, lecz o innym bycie ("nasze relacje"), który się podszywa pod Kościół? Jak można przyzwoicie pisać o relacji między Kościołem a judaizmem pomijając prawdę, że Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem i że nie ma zbawienia poza Kościołem? Czyżby Ryś zapomniał, że w tym liście jest powiedziane, iż żydzi mogą się zbawić bez wiary w Jezusa Chrystusa, czyli że jednak jest mowa o zbawieniu w Jezusie Chrystusie? Czy ten człowiek ma zupełnie pomieszane w głowie i już nie wie sam, co mówi i pisze, czy też jest aż tak przeświadczony o debilstwie publiczności, że świadomie łże i usiłuje zaklinać rzeczywistość? Myślę, że każdy powinien sobie sam na te pytania odpowiedzieć. 

Na zwrócenie uwagi przez Rymanowskiego, że przytłaczająca część księży w Polsce (szacunkowo około 95%) nie odczytała haniebnego listu KEP, gość zaczyna stopniowo odkrywać karty, oczywiście znowu łgając teologicznie: 


Tak więc najpierw Ryś deklaruje, że celem owego listu jest edukowanie katolików polskich. To jest o tyle ciekawe, że oznacza, iż ponad 60 lat po "soborze" katolicy w Polsce potrzebują edukowania co do tego, czego "sobór" rzekomo naucza. Następnym fundamentalnym kłamstwem Rysiowym, które jest tutaj zawarte i przez niego maniakalne powtarzane, jest twierdzenie, jakoby ów list podawał nauczanie Kościoła. Wyłożyłem tę kwestię poprzednio (tutaj i tutaj). Kolejnym kłamstwem Rysiowym jest sugestia, jakoby brak mówienia o tym, iż żydzi NIEGDYŚ byli narodem wybranym, był zaprzeczeniem tej prawdzie, która jest dość jasno zawarta w Nowym Testamencie i w całej Tradycji Kościoła. Ryś ma albo problem z elementarną logiką, albo jest na tyle bezczelny, że próbuje wmówić ludziom coś, o czym wie, że jest sprzeczne z logiką. Mówiłem już o tym poprzednio, jednak powtórzę: w ŻADNYM dokumencie -  - także "soborowym" i "posoborowym" - nie jest powiedziane, jakoby żydzi, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, pozostawali ludem wybranym. To jest wymysł Rysiowy. Gdy Ryś twierdzi, że Kościół tak teraz naucza, to łże bezczelnie. 

Wyjaśniam: Ani teologicznie, ani choćby zdroworozsądkowo nie jest możliwe, by zarówno Kościół jak też żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa byli ludem Bożym. Pojęcie "ludu Bożego" ma bowiem dość określone znaczenie już w Piśmie św. Starego Testamentu i oznacza społeczność, która została ukonstytuowana przez prawo Boże dane Mojżeszowi na Synaju. Innymi słowy: lud Boży jest konstytuowany przez porządek prawny dotyczący zarówno kultu Bożego jak też spraw i zasad życia społecznego czyli etyki. Nikt, kto nie jest zupełnym ignorantem, nie będzie twierdził, jakoby te społeczności - Kościół z jednej strony i żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa (czyli judaizm) z drugiej - kierowały się tymi samymi konstytutywnymi zasadami w dziedzinie religii i życia politycznego. Pewne podobieństwa - zresztą bardzo ograniczone - są oczywiste, także pewne powiązania historyczne. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie twierdzić, jakoby te dwa byty religijno-społeczne były jednym bytem bądź identycznymi bytami. Skoro są to odrębne byty społeczne, to nie mogą obydwa pochodzić od Boga, gdyż w przeciwnym razie nieuchronne jest twierdzenie, jakoby Pan Bóg sobie zaprzeczał, co jest oczywiście bluźnierstwem. Kto więc twierdzi, jakoby zarówno Kościół jak też społeczność żydowska była ludem Bożym, ten jest nie tylko apostatą (gdyż zaprzecza Nowemu Testamentowi), lecz także bluźniercą. Tym samym Ryś - wraz z KEP - chce edukować katolików polskich ku apostazji i bluźnierstwu. 

Rymanowski słusznie nieco drąży:


Tutaj Ryś ponownie kłamie i to wielorako:

- Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby istniała jakakolwiek różnica między nauczaniem św. Augustyna, św. Jana Chryzostoma, św. papieża Grzegorza Wielkiego w kwestii judaizmu, a nauczaniem "przedsoborowych" papieży i soborów w tejże kwestii. 

- Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby nie było sprzeczności między tym, co Ryś podaje - oczywiście fałszywie - jako obecne nauczanie Kościoła, a tym, co Kościół zawsze nauczał w kwestii judaizmu. Prostym dowodem jest fakt, że Kościół zawsze mówił o żydach jako ludzie NIEGDYŚ wybranym, jak to jest uroczyście powiedziane w tradycyjnej, używanej od niepamiętnych czasów modlitwie wielkopiątkowej za żydów, a liturgia Kościoła jest jednym z fundamentalnych źródeł dogmatów. Innymi słowy: jeśli Kościół przez wieki i to począwszy od Nowego Testamentu w swojej liturgii (oczywiście nie tylko) i tym samym uroczyście nauczał, że żydzi odrzucający wiarę w Jezusa Chrystusa nie są ludem wybranym, to jest to nauczanie nieomylne i niezmienne, nawet jeśli dotychczas nie zostało ujęte w definicję dogmatyczną. 

- Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby Sobór Watykański II w kwestii judaizmu "wrócił do tego, co w Kościele było jego najstarszą, pierwszą Tradycją", gdyż po pierwsze "sobór" nie mówi nic sprzecznego z tym, czego nauczał Kościół przed "soborem", i tym samym nie musiał do niczego wracać, a po drugie z całą pewnością nie mówi tego, co sugeruje Ryś oraz list KEP (jak już wyłożyłem wcześniej). 

Idźmy dalej:


Ryś konsekwentnie brnie w swoim łgarstwie, a Rymanowski łyka te łgarstwa jak pelikan. Powinien był dopytać, w czym konkretnie owe "pięć dokumentów" zaprzeczają temu, co mówią krytycy listu KEP (a właściwie łgarstw Rysiowych). Gdyby dopytał, to by się okazało, że Ryś będzie znów maniakalnie powtarzał, że przymierze Boże jest nieodwołalne, a Kościół od "soboru" rzekomo naucza, iż żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa są "narodem wybranym". Ryś potrafi sugestywnie łgać, a trafia przeważnie niestety na takich naiwniaków jak Rymanowski, którzy nie wyobrażają sobie, iż ktoś, zwłaszcza duchowny i w purpurze potrafi aż tak bezczelnie oszukiwać. 

Ponadto widać tutaj, jak Ryś potrafi wykręcić kota ogonem, gdyż straszy swoich adwersarzy tym, iż rzekomo nie okazują uległości wobec Magisterium Kościoła, podczas gdy to on jest apostatą negującym elementarne podstawy soteriologii i eklezjologii katolickiej (nawet ogólnie chrześcijańskiej). Nie da się bowiem pogodzić twierdzenia, iż żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa są "ludem wybranym", z zarówno Nowym Testamentem jak też z całą Tradycją Kościoła i nawet z deklaracją "Nostra Aetate", którą Ryś tak namiętnie a perfidnie wymachuje. 

Rymanowski dopytuje o szczegóły praktyczne:


Kwestia jest rzeczywiście ciekawa, gdyż akurat w tym punkcie - braku "instytucjonalnej misji wobec żydów" - mamy bergogliańską nowość, sprzeczną z całą Tradycją Kościoła wraz z Nowym Testamentem, czemu Ryś nie byłby w stanie zaprzeczyć. Ta nowość oczywiście nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła. A jest to jeden z obłudnych absurdów bergogliańskich, obliczonych na rozmywanie tożsamości katolickiej, a równocześnie na tyle śliskich i dwulicowych, żeby nie łatwo było wykazać sprzeczności z wiarą i praktyką Kościoła. Magiczną sztuczką jest tutaj rozróżnienie i oddzielenie "instytucjonalnej misji" od osobistego czyli prywatnego "świadectwa wiary". To ma być w zamyśle majstersztyk obłudy bergogliańskiej narzucanej katolikom. Innymi słowy: gdy zwykły katolik mówi żydowi, że Jezus Chrystus jest Mesjaszem i Zbawicielem, to jest niby ok, natomiast w żadnym oficjalnym dokumencie z Watykanu czy z KEP nie wolno tego powiedzieć. Problem w tym, że wówczas zwykły katolik przynajmniej jest niepewny, czy wolno coś takiego powiedzieć żydowi, skoro Ryś i inni bergoglianie straszą nieposłuszeństwem nauczaniu Kościoła. I to właśnie chodzi - o sianie niepewności, wątpliwości, pomieszania u katolików, ostatecznie o ich odmóżdżenie i teologiczne wykastrowanie. 

Są tutaj jeszcze dwa typowe chwyty Rysiowe: 

- Twierdzenie, jakoby konieczność nawrócenia odnosiła się jedynie do pogan, nie do żydów. Nie wiem, skąd on to bierze. Pewne jest, że jest to sprzeczne z całym Nowym Testamentem, gdzie już w Ewangeliach jest jasno podane, iż Chrystusowe - a właściwie już począwszy od działalności św. Jana Chrzciciela - wezwanie do nawrócenia i uwierzenia w Niego odnosiło się najpierw do żydów, a dopiero później do pogan. 

- Ryś niby przyznaje, iż ma prawo mówić żydom o swojej "wierze". Tu jest problem po pierwsze tego rodzaju, iż nie ma choćby jednego przykładu, by Ryś publicznie powiedział żydom, że Jezus Chrystus jest drogą, prawdą i życiem. Nic nie wskazuje także na to, by powiedział to jakiemuś żydowi prywatnie, a jeśli powiedział, to zupełnie bezowocnie, gdyż nie ma żadnego przykładu żyda nawróconego przez niego. Po drugie, sprowadzenie sprawy do "wiary" Rysiowej oraz najwyżej prywatnego mówienia o niej cuchnie subiektywizmem i relatywizmem. Jeśli by bowiem Ryś nawet wierzył niby po katolicku, to nic nie wskazuje na to, by uważał tę wiarę za prawdziwą i adresowaną do wszystkich, także do żydów. 

Rymanowski wygląda momentami na jako tako przygotowanego:


Zauważmy tutaj najpierw Rysiową mowę ciała: on jest wyraźnie - mówiąc delikatnie - poirytowany takimi pytaniami. Można się domyślać, dlaczego. Obłuda boi się zdemaskowania. 

Postawione pytanie jest dość proste. Ryś jako sprawny manipulant właściwie nie odpowiada, ale jego wymijająca odpowiedź jest jednak znacząca. W pytaniu chodzi o warunki zbawienia po stronie człowieka, nie o to, skąd pochodzi zbawienie. Żaden chrześcijanin nie neguje, że jesteśmy zbawieni przez łaskę. Katolicy różnią się jednak od heretyków (zwłaszcza protestanckich) co do warunków koniecznych do spełnienia po stronie człowieka. Uciekając od tej kwestii Ryś właściwie neguje soteriologię katolicką, która dość wyraźnie mówi - począwszy od Nowego Testamentu, a nawet już od Starego - że łaska Boża apeluje o nawrócenie człowieka, czyli do jego wolnej woli, przez którą człowiek albo przyjmuje łaskę zbawczą, albo ją odrzuca (stąd konieczność wiecznego potępienia). Rysiowi to oczywiście nie pasuje, gdyż protestancka koncepcja zbawienia tylko przez łaskę ("sola gratia") zrzuca odpowiedzialność na Boga, co jest oczywiście bluźnierstwem, a równocześnie usprawiedliwia brak woli nawrócenia także u żydów. 


Także tutaj Ryś okazuje się mistrzem krętactwa i omijania pytań. Rymanowski stawia proste pytanie teologiczne, a Ryś je zbija jako "bardzo teoretyczne". Zauważmy: pytanie nie jest o to, czy dany człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa może się zbawić, lecz o zasadniczą, ogólną możliwość. Na to właściwe pytanie Ryś nie odpowiada i widocznie nie chce odpowiedzieć. A dlaczego nie chce odpowiedzieć? Jest tylko jedna możliwość: nie przejdzie mu przez usta powiedzenie, że człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa nie może się zbawić, bo wtedy by wyznał wiarę katolicką i obraził żydów. Nie chce też powiedzieć, że człowiek odrzucający Jezusy Chrystusa generalnie może się zbawić, gdyż wówczas zdemaskowałby się jako apostata. Dlatego właśnie ucieka w badanie konkretnych przypadków, niby nie określając się, a Rymanowski zaniedbuje dopytania. A należałoby dopytać, jakie to warunki w konkretnym przypadku umożliwiają, a jakie uniemożliwiają zbawienie. 


Tutaj punktem wyjścia jest dość durny argument niektórych - akurat modernistycznych - krytyków listu KEP, sugerujący, jakoby prawdziwość i fałszywość zależała od momentu. Jednak dobrze, iż Ryś tutaj dodaje szerszy kontext w ramach sekciarskiego wojtylianizmu. Wszystkie trzy przywołane wydarzenia - wizyta Jana Pawła II w Marokko w sierpniu 1985 r., wizyta w synagodze rzymskiej, spotkanie w Asyżu w 1986 r. - są powiązane z żydami. Marokko pod rządami Hassana II (a właściwie już za panowania jego ojca), zresztą członka paramasońskiej organizacji Rotary Club, było krajem muślimskim najbardziej sprzyjającym państwu położonemu w Palestynie (więcej tutaj). Zaś spotkanie w Asyżu - co jest mało znane - zostało zainspirowane przez żydowskiego przyjaciela Karola Wojtyły z Wadowic, Jerzego Kluger'a. Pretextem jest oczywiście dążenie do pokoju światowego poprzez "pojednanie" wszystkich religij, a przynajmniej tzw. religij Abrahamowych, czyli judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Problem tkwi po pierwsze w pojęciu pojednania, a po drugie w utopijności pokoju zbudowanego na fałszu, jakim jest pomijanie kwestii prawdy w religii, a sprowadzenie jej do uczuć, kultury, tradycji itp. Korzeniem jest zarówno oddzielenie religii od prawdy, jak też - mniej czy bardziej szczere - stawianie wartości doczesnych ponad prawdą i ponad celem wiecznym, jakim jest zbawienie dusz. To jest nic innego jak czystej wody ideologia masońska, o charakterze ostatecznie totalitarnym, gdyż nie licząca się z elementarną ludzką potrzebą prawdy i narzucana wszelkimi środkami, począwszy od propagandy i manipulacji, aż po brutalną przemoc, której doświadczaliśmy dobitnie w ostatnich latach i nadal doświadczamy. Nie jest przypadkowe, że przedstawiciele hierarchii kościelnej wychowani na wojtylianiźmie, a następnie na bergoglianiźmie (który jest właściwie tylko rozwinięciem i radykalizacją tego pierwszego - czego naocznym przykładem jest właśnie Ryś) wiernie służą temu iluzorycznemu, a w swej istocie obłudnemu planowi, który jest przeciwieństwem i negacją Królestwa Chrystusowego na ziemi. Dlatego właśnie wojtyliańsko-bergogliańskie pachołki zamykały przed wiernymi kościoły, zakazywały duchownym przystępu do umierających, skazując ich na śmierć bez łaski i pociechy z sakramentów Kościoła, stręczyły szprycowanie ludzi preparatami wyprodukowanymi przy użyciu ciał dzieci zamordowanych w łonach matek itp. itd. Takie to są dość wyraźne powiązania. 

Dokładnie takie totalitarne zapędy wykazuje Ryś:


On po pierwsze widocznie nie zauważył, że przywołani Perzyński i Wróbel pisali znacznie wcześniej (mianowicie plując na x. Waldemara Chrostowskiego) niż wypowiedział się x. Rakocy (por. tutaj), więc nie mogli odpowiadać temu ostatniemu. Przy okazji pośrednio przyznaje tutaj, że ci dwaj są właściwie jego pachołkami na usługach. Po drugie, wykazuje tutaj, że nie ma argumentów, skoro wymachuje autorytetem KEP i rzekomym nieposłuszeństwem wobec papieża, czyli de facto grozi x. Rakocemu karami kościelnym za brak uległości wobec nauczania Kościoła. Nasuwa się pytanie, czy Ryś zauważył, iż Franciszek w żadnym miejscu nie twierdzi czegoś przeciwnego do tego, co powiedział x. Rakocy, tzn. nie twierdzi, jakoby "sobór" w "Nostra Aetate" odszedł od tego, co Kościół zawsze głosił w kwestii judaizmu. Zresztą sam Ryś już się w końcu pogubił w swoim łgarstwie, bo przed chwilą twierdził, iż "sobór" nie mówi nic przeciwnego Tradycji, a teraz grozi x. Rakocemu karami kościelnymi za powiedzenie tego samego. Tak to jest z oszustami. 

Dochodzi w końcu do wybuchu emocji:


Sytuacja jest o tyle ciekawa, że x. Oko jest akurat podwładnym gościa jako inkardynowany w jego archidiecezji. Tutaj Ryś już nie grozi karami kościelnymi, bo to on by musiał ukarać, a widocznie jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nie miałby za co, to znaczy, że tu akurat jego podwładny ma rację. Stąd ucieczka w zupełnie inny temat i zagranie na emocjach, zresztą dość absurdalne. Czy on na prawdę uważa, że dla zapobieżenia używaniu macew (żydowskie płyty nagrobne) do budowy stodoły i parkingów konieczne czy choćby użyteczne jest nie tylko odwiedzanie synagog lecz głoszenie apostackich bzdetów o rzekomo trwającym wybraństwie żydów? W każdym razie gotów jest ośmieszać się publicznie. Czy robi to na zlecenie czy sam od siebie? Oto jest pytanie. 

A oto następna próbka obłudnego krętactwa:


Tutaj najpierw zacytuję to, co już byłem napisałem (tutaj):


Jak to zwykle bywa u modernistów, mamy tutaj pomieszane, zamącone i zafałszowane. List KEP miesza możliwość zbawienia bez wyraźnego wyznawania wiary katolickiej z możliwością zbawienia tych, którzy tę wiarę odrzucają. Ryś mówi o "tajemnicy", o której św. Paweł wcale nie mówi, a to sugerując, jakoby dla żydów odrzucających Jezusa Chrystusa była jakaś tajemnicza inna droga zbawienia, czyli jakoby Jezus Chrystus ich zbawiał wbrew ich woli i mimo nienawiści do Niego i mimo tego, że Go odrzucają. To jest nie tylko sprzeczne z katolicką soteriologią, lecz wręcz bluźniercze wobec Boga, gdyż przypisuje Bogu gwałcenie wolnej woli człowieka.  

A oto kolejny przykład tego, jak Ryś świetnie sobie radzi z pytaniami, a Rymanowski nie ma dość śmiałości, by docisnąć: 


Zauważmy: człowiek wyciąga logiczny wniosek ze zdania w liście KEP (które jest zresztą wzięte z dość durnej "refleksji teologicznej" bergogliańskiej rady judaistycznej), a Ryś jest w stanie jedynie wydusić słowo "nie" i je powtórzyć.  

Symptomatyczny jest także następujący wątek:


Tu jest znowu kłamstwo pomieszane z wymachiwaniem "soborem". Kłamstwem jest oczywiście twierdzenie, jakoby nie było prześladowania liturgii tradycyjnej oraz sprawujących ją. A przy okazji jest dość gruba bzdura, gdy Ryś mówi, że dokumenty soborowe są "natchnione przez Ducha Świętego". On albo nie ma pojęcia o katolickim pojęciu natchnienia, albo udaje na doraźny użytek. Otóż w katolickim pojęciu natchnione przez Ducha Świętego są wyłącznie kanoniczne księgi Pisma św. Natomiast w dziejach Kościoła, zwłaszcza w jego nauczaniu wiary i obyczajów jest tzw. asystencja Ducha Świętego, czyli wspomagające towarzyszenie, które prowadzi drogą Bożego Objawienia, ale samo w sobie nie chroni koniecznie poszczególnych członków Kościoła przed błędami czy nawet herezjami, czego dowodem są liczni duchowni herezjarchowie. Teologia katolicka nie wyklucza nawet popadnięcia papieża w herezję, o ile nie naucza uroczyście mocą urzędu apostolskiego (ex cathedra). W historii Kościoła nie brakuje także fałszywych soborów, które dopiero po pewnym czasie zostały odrzucone jako latrocinium (zgromadzenie zbójców), mimo że wpierw uchodziły za concilium

W pytaniach pojawia się też wątek, który znowu świadczy o obecnym stanie urzędów watykańskich po rządach bergogliańskich, które przyniosły Rysiowi zawrotną karierę:


Zauważmy: Ryś wraz z pseudojezuitami z sekty recławistów robi jakieś wymyślone pseudoobrzędy, nikogo z uczestników nie informując, co zamierza, a następnie oznajmia, że to już była pierwsza część "liturgii" Novus Ordo, do której dołącza resztę. Zaś ekipa bergogliańska w Rzymie nie tylko nie karci go za rażącą samowolkę i oszustwo na ludziach, lecz go wręcz chwali i utwierdza, mimo że "sobór" (Sacrosanctum Concilium), którym oni stale wymachują, mówi wyraźnie:


Jak widać, przepisy są tylko po to, żeby uderzyć w tradziuchów, bo nietradziuchom wolno wszystko i są za to nawet chwaleni. 

Na koniec pojawia się ciekawy wątek, który ponownie ukazuje metodę Rysiową:


Porównajmy z tym, co rzeczywiście się znajduje w Księdze Apokalipsy:


Jak widać, Ryś albo nie zna Pisma św., mimo iż chwali się tym, że codziennie przez godzinę je medytuje, albo ma czelność okłamywać publiczność także co do prostej jego treści. I to na pewno nie jest wypadek przy pracy, lecz metoda. 

Podsumowując:

Mamy tutaj kolejny przykład perfidnej manipulacji odbiorcami, nie stroniącej nawet od zwykłych kłamstw i zaprzeczania sobie. Tę metodę Grzegorz Ryś stosuje od wielu lat, najpóźniej od swojej perfidnej książki o celibacie (więcej tutaj). Takie postępowanie nie przeszkodziło mu w robieniu kariery w hierarchii, nawet wręcz przeciwnie, gdyż on swoje kłamstwa i manipulacje przykrywa obłudną czołobitnością względem aktualnie rządzącego, co mu najlepiej wychodziło oczywiście za pontyfikatu bergogliańskiego, za którego właśnie najwyżej zaszedł w hierarchii. Nie dziwi więc, że czuje się nie tylko zobowiązany do wierności wobec swojego promotora i jego bandy, lecz upoważniony do jeszcze większej bezczelności w oszukiwaniu katolików. Jednak, jak widać po jego irytacji i podenerwowaniu w wywiadzie, dostrzega też opór i pewne zagrożenie w tym znaczeniu, że spora część społeczeństwa polskiego nie poddaje się potulnie i naiwnie jego manipulacjom, lecz mniej czy bardziej otwarcie się sprzeciwia. Do tego Ryś nie przywykł. Oby musiał jednak przywyknąć. 

Liturgia a folklor


Pytający jest człowiekiem bardzo młodym, więc ma prawo nie wiedzieć, zwłaszcza w obliczu obecnego zamieszania modernistycznego pleniącego się niestety także w kręgach tzw. tradycyjnych, a to za sprawą bandy oszustów-przebierańców ze zboczeniem paleofetyszyzmu, którzy wygrzebują folklorystyczne starocie po to, żeby je prezentować jako niby Tradycję. Dobrze, że pytający szuka prawdy. 

Sprawa jest właściwie prosta. Liturgią Kościoła jest to, co jest zawarte w oficjalnych tradycyjnych księgach liturgicznych. Nie są liturgią zwyczaje, także te opisywane np. przez abpa Nowowiejskiego czy innych mniej czy bardziej uczciwych autorów. Zwyczaje nie mające oparcia w księgach liturgicznych są najwyżej folklorem, a nierzadko są po prostu nadużyciem mniej czy bardziej zakorzenionym w praktyce ignorantów i wypaczeńców umysłowo-estetycznych. 

Podane przykłady są dość proste. Unoszenie figury Zmartwychwstałego nie jest elementem liturgii i tym samym nie ma prawa być stosowane podczas liturgii, ani nawet podczas paraliturgii. Może mieć miejsce najwyżej podczas pouczenia. Natomiast gaszenie paschału po Ewangelii w święto Wniebowstąpienia Pańskiego jest podane w mszale i powinno być stosowane. 

Folklor jest o tyle dopuszczalny o ile

- jest odróżniany od liturgii, tzn. nie wchodzi w jej miejsce,

- nie jest sprzeczny z liturgią, tzn. nie wyraża treści teologicznie chociażby wątpliwych, tym bardziej przeciwnych wierze katolickiej, 

- nie razi zdrowego wyczucia estetyki i rozumności. 

Generalnie im mniej folkloru w przestrzeni kościelnej, tym lepiej. Folklor rodzi się z potrzeby uproszczenia bądź wypaczenia liturgii i jej treści. Motywacja do uproszczenia może być dobra, gdy chodzi o przybliżenie treści teologicznych prostemu ludowi. Jest tutaj jednak zawarta pogarda dla prostego ludu bądź przynajmniej niedocenienie jego zdolności poznawczych i estetycznych. Folklor rodzi się zwykle oddolnie, jako sposób wyrazu treści, które nie zawsze zostały odpowiednio pojęte i zrozumiane. Ze swej natury powinien więc zbliżać do liturgii, a nie od niej oddalać, tym bardziej nie mam prawa jej zastępować. 


Zachowanie w zakrystii


Rzeczywiście problem istnieje i dobrze, że został poruszony. 

Rzeczywiście, zakrystia jest integralną częścią świątyni, służącą bliższemu i dalszemu przygotowaniu liturgii czyli sprawowania kultu Bożego. Tylko temu celowi to miejsce powinno służyć, a każde sprzeniewierzenie się temu celowi jest nadużyciem i grzechem bezczeszczenia miejsca świętego. 

Ten grzech rozplenił się zwłaszcza za przyczyną Mszy tzw. polowych, głównie znanych z podróży Jana Pawła II i jego następców, gdzie także zakrystia była polowa, a "świątynią" łąki, pastwiska, stadiony itp. Ryba psuje się od głowy, więc także w tym wypadku haniebny przykład szedł z góry. 

Oczywiście mogą się zdarzyć sytuacje, gdy w zakrystii trzeba poruszyć jakieś kwestie nie związane bezpośrednio z liturgią. To są jednak tylko wyjątki, a również wtedy obowiązuje pamięć o tym, że jest to część miejsca świętego, czyli przeznaczonego do sprawowania kultu Bożego, a nie dla rozrywki czy życia towarzyskiego duchownych czy innych osób. 


Jak przyjmować Magisterium Kościoła?


Sprawa jest właściwie prosta. 

Po pierwsze, w pojęciu katolickim wiara nie niweczy rozumności człowieczej, ani jej się nie sprzeciwia, lecz udoskonala i podnosi na wyższy poziom. To w protestanckim - i też w ateistycznym - pojęciu wiara jest przeciwnikiem, nawet wrogiem rozumności (i odwrotnie). Dlatego podstawą katolicyzmu są argumenty rozumowe za istnieniem Boga oraz za prawdziwością religii chrześcijańskiej i Kościoła katolickiego. Natomiast podstawą protestantyzmu jest ślepa - bardziej uczuciowa niż rozumna - ufność w to, co głosi protestancki kaznodzieja i co się samemu wyczytuje w Biblii. Nie trudno dostrzec, że właśnie protestanckie pojęcie wiary jest wpajane katolikom przez modernistów, czyli ślepe wierzenie w to, co oni głoszą w kazaniach czy jakichś papierach. 

Po drugie, przedmiotem wiary katolickiej nie jest kazanie czy jakiś dokument papierowy, lecz Boże Objawienie. To jest istotna różnica. Owszem, w normalnym Kościele kazania i dokumenty papierowe mają podawać nic innego jak tylko Boże Objawienie oraz jego wierne wyjaśnienie. Faktycznie jednak nie dzieje się tak zawsze i wszędzie, zwłaszcza w ostatnich 60-ciu latach. 

Po trzecie, żaden dokument Magisterium Kościoła nie wymaga od katolików wierzenia według protestanckiego pojęcia wiary. Wręcz przeciwnie: święty Sobór Watykański I w konstytucji dogmatycznej "Dei Filius" uroczyście i nieomylnie określił, na czym polega wierzenie po katolicku. 

Po czwarte, z wyłożonego tam pojęcia wiary wynika niezbędność stałego udziału rozumu i rozumności we wierzeniu po katolicku. Oznacza to, że katolik bynajmniej nie jest zobowiązany do delegowania myślenia komukolwiek, także przedstawicielom hierarchii czy teologom. Wręcz przeciwnie: rozumność oświecona wiarą, czyli rozumnym przyjęciem prawd wiary, jest właściwa każdemu wierzącemu po katolicku, niezależnie od stanowiska kościelnego czy pozycji społecznej. Innymi słowy: ponieważ normą najwyższą w Kościele jest Boże Objawienie, czyli prawdy wiary katolickiej podane w Piśmie św. i Tradycji Kościoła, to wszystkie akty czy to ustne i pisane mogą i muszą być ocenianie w świetle i według tej nadrzędnej normy. Dzięki temu Kościół Chrystusowy nie jest autorytarną sektą, gdzie aktualny guru decyduje o tym, co jest prawdą, a co fałszem, co jest dobre, a co złe, lecz każdy sprawujący władzę w Kościele podlega tym stałym i niezmiennym kryteriom. 

Po piąte, te proste zasady nie przypadkowo są zwalczane przez modernistów. Oni by chcieli przekształcić Kościół Chrystusowy w jedną z autorytarnych sekt. Temu ma służyć protestantyzacja Kościoła, do której zmierza ekumaniactwo. Najpierw jest relatywizacja prawd wiary katolickiej ("rozwój", "postęp", "uwspółcześnienie"), a na koniec całkowite odrzucenie pojęcia prawdy, by pozostało tylko ślepe poddanie się władzy, a ostatecznie ma to być władza antychrysta (której oznaki już są). 

Po szóste, wynikają z tego zasady praktyczne:

1. Poznawanie prawd wiary katolickiej, najpierw najlepiej z tradycyjnego katechizmu katolickiego. Bardziej zaawansowani mogą i powinni korzystać z tradycyjnych podręczników teologii katolickiej. Znajomość i przyjmowanie we wierze prawd nauczanych przez nieomylne Magisterium Kościoła jest podstawowym i niezbędnym narzędziem w myśleniu i działaniu po katolicku. 

2. Pamiętać należy, że nieomylne jest tylko to nauczanie Kościoła, które jest stałe. Nowości, zwłaszcza gdy są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem, nie tylko nie obowiązują, lecz muszą zostać odrzucone, nawet jeśli są głoszone przez przedstawicieli hierarchii, ponieważ nie stanowią i nie mogą stanowić nauczania Kościoła. 

W sprawie oszczerstw - ciąg dalszy


Na moje zapytanie Kajetan R. oświadczył, iż twierdzenie co do zaistnienia jego wypowiedzi podanej tutaj nie jest prawdziwe. 

W związku z tym oświadczam, że do momentu pojawienia się następnych dowodów sprawa tej wypowiedzi pozostaje niewyjaśniona, a zmierzające do wyjaśnienia ujawnienie jego tożsamości i naszej korespondencji, oraz zamieszczenie fotografii jako podejrzanego o przestępstwo kryminalne było niedostatecznie uzasadnione. 

Z powodu zaistnienia tej sytuacji wyrażam ubolewanie. 

Na życzenie zainteresowanego zamieszczam następujący text:



Jednak nie spodobało się zainteresowanemu:



Zauważmy, że zainteresowany nie jest zainteresowany tym, kto go obciążył rozpowszechnianiem oszczerstw co do mojej osoby, a jedynie tym, że się przed tym bronię, oraz tym, że ujawniłem jego przeszłość. 

Zauważmy też, że zainteresowany uporczywie chce mnie obrazić przez niestosowanie kulturalnej ortografii w zwracaniu się. To też świadczy o nim. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 30.4.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w ostatnich miesiącach nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 3000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Wymowa łacińska



Podzielam krytyczny stosunek śp. x. Romana Kneblewskiego do tzw. wymowy włoskiej, aczkolwiek jego argumentacja jest w znacznej części chybiona, gdyż on odwołuje się do wymowy polskiej, która z kolei opiera się na wymowie niemieckiej. Zaś ta ostatnia jest wprawdzie bliższa wymowie klasycznej niż wymowa włoska, ale nie do końca jej odpowiada. 

Osobiście uważam, że należy powrócić do wymowy klasycznej, gdzie każda litera ma określoną i niezmienianą wartość fonetyczną. Oznacza to, że c zawsze wymawia się jako k, t zawsze jako t, v (czyli u) zawsze jako u, a także dyftongi (ae, oe) zawsze jako takie, a nie jak proste samogłoski. Powody są wszelakie:

- konsekwentna wierność naturze zapisu języka łacińskiego jako fonetycznego, gdzie zapis dokładnie odpowiada wymowie i odwrotnie

- elegancja wymowy fonetycznej

- łatwość w rozumieniu oraz w uczeniu się

X. Kneblewski ma rację, gdy mówi, że wymowa włoska - określana błędnie jako rzymska czy kościelna - jest zepsuciem i wulgaryzacją łaciny, nawet jeśli jest od dłuższego czasu w użyciu w Rzymie i ogólnie w Kościele. Tego faktu nie może zmienić nawet zdanie św. Piusa X w liście do francuskiego arcybiskupa Bourges (źródło tutaj): 


Jak widać, przede wszystkim nie ma tu mowy o obowiązku przejęcia wymowy stosowanej w Rzymie, lecz Papież zachęca Francuzów do zbliżenia się do tej wymowy. Należy mieć oczywiście na uwadze, jakie cyrki wymowa francuska mogła i może wywijać z wymową, podobnie zresztą do Niemców, którzy oe przerabiają na swoje ö. 
W każdym razie nie ma tutaj mowy o wykluczeniu wymowy klasycznej, czyli tzw. restituta. 

Dopiero w wytycznych Kongregacji Seminariów i Studiów Uniwersyteckich z roku 1962 (czyli za pontyfikatu niesławnego Jana XXIII) jest powiedziane, że wprawdzie docenia się wymowę klasyczną czyli tzw. odtworzoną (restituta), ale z powodu jedności formy (uniformitatis causa) należy zachować wymowę zwaną - zresztą błędnie - rzymską (źródło tutaj, str. 345):

Zarówno konstytucja Jana XXIII "Veterum sapientia", do której te wytyczne się odnoszą, a której istotnym nakazem było m. in. zachowanie wykładania teologii po łacinie, jak też one same praktycznie nigdy nie weszły w życie, lecz wręcz przeciwnie, gdyż - jak powszechnie wiadomo - w krótce potem łacina zniknęła zupełnie nie tylko z sal wykładowych lecz także z liturgii. 

Osobiście od około 20 lat stosuję zawsze historycznie z całą pewnością pierwotną wymowę, jako jedynie zgodną z naturą języka łacińskiego. I każdemu polecam, oczywiście bez narzucania. 


Praca w niedzielę w gastronomii


Temat już był poruszany (tutaj i tutaj). Niniejsze pytanie jest jednak specyficzne, gdyż dotyczy konkretnej dziedziny. 

Oczywiście obowiązuje zasada ogólna: należy zachować charakter świąteczny niedzieli, zarówno osobiście w swoim zakresie jak też społecznie. Dotyczy to także życia rodzinnego. Oznacza to, że inaczej należy ocenić sytuację osoby samotnej, a inaczej ojca czy matki rodziny. Jeśli rodzic nie jest zmuszony do pracy w niedzielę dla zapewnienia utrzymania rodzinie, a pracą zapełnia czas, który powinien poświęcić bliskim, to praca w ten dzień jest grzeszna. 

Kryterium decyzji powinien być nie tylko zarobek, lecz właśnie dobro duchowe zarówno swoje i rodziny, jak też innych ludzi. 

Owszem, są miejsca, gdzie jest potrzeba zapewnienia wyżywienia np. osobom w podróży. Wówczas jest to potrzeba i funkcja społeczna, która usprawiedliwia odpowiednie dopasowanie. 

Główny, podstawowy problem leży w mentalności, czyli w zaniku świadomości szczególnego charakteru niedzieli także dla życia rodzinnego. Ci, którzy dla wygody idą w niedzielę na obiad do restauracji, nie myślą o jej pracownikach, którzy także mają rodziny. 

Jak już zaznaczyłem w poprzednich wpisach w temacie, Kościół daje w tej kwestii jedynie ogólne wskazówki, bez quasi talmudycznego określania szczegółów. Pozostawia tym samym pole dla osobistej decyzji w sumieniu. Jeszcze raz: należy kierować się przede wszystkim dobrem duchowym, także w aspekcie możliwego zgorszenia dla niewierzących. 

O jałmużnie


Rzeczywiście należy rozważnie i roztropnie postępować w udzielaniu jałmużny. Oczywiście, jeśli widzimy np. żebraka na ulicy, to można mu spontanicznie, bez długiego namysłu kupić coś do jedzenia, nawet jeśli nie mamy pewności, że jest w tym momencie głodny. Jeśli natomiast wsparcie ma być większe czy nawet jakby regularne, to należy dokładniej zbadać i przemyśleć przeznaczenie.

Nie muszę chyba się usprawiedliwiać z tego, że nie podam konkretnych organizacyj czy celów. Podam jednak główne zasady:

1. Jeśli w danym momencie nie ma wątpliwości co do godziwego przeznaczenia danej jałmużny, to czyn jest zbożny i na pewno nie grzeszny, nawet jeśli po fakcie okazałoby się, że nastąpiła pomyłka czy wręcz zostaliśmy oszukani co do potrzeby u danej osoby.

2. Nie ma obowiązku dokładnego badania danej osoby proszącej czy potrzebującej, lecz wystarczy trzeźwy osąd doraźny. 

3. Grzechem przynajmniej zaniedbania byłby natomiast zupełny brak namysłu i brak wzięcia pod uwagę, czy aby nie mamy stać się ofiarą pozorowanej potrzeby czy wręcz oszustwa. Przeznaczenie jałmużny oszustowi jest odebraniem jej osobie, która jej na prawdę potrzebuje. 

4. W razie gdy bez własnej winy, czy bez zaniedbania zwykłego doraźnego namysłu, staliśmy się ofiarą wyłudzenia, to nie ma grzechu. Równocześnie należy z tego wyciągnąć konsekwencje na przyszłość. 

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalna podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej:




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy choćby przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkoworkrakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórujący gościowi apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej dla kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym, czyli ze stajni masonów J. Tischner'a i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach" 

Kiedy popełniło się grzech śmiertelny?


Znamiona grzechu śmiertelnego powinny być znane i z pytania wynika, że są znane. Jednak przypominam:

1. ważkość sprawy (ciężar gatunkowy)

2. świadomość, że dany czyn jest grzechem

3. własnowolność czyli możliwość wyboru między popełnieniem danego czynu a jego niepopełnieniem

Jeśli te trzy warunki są spełnione równocześnie - czyli w tym samym czynie - to grzech jest ciężki czyli śmiertelny. 

W praktyce najtrudniejszą kwestią jest zwykle warunek pierwszy, czyli ocena ważności czynu. W tym też zawarte jest rozwiązanie: w razie wątpliwości osąd co do ważkości materii można i należy poddać ocenie spowiednika. 

Także co do warunku trzeciego rozstrzygająca powinna być ocena spowiednika. 

Drugi warunek jest najtrudniejszy w ocenie o tyle, że ktoś z zewnątrz nie jest w stanie tego ocenić, tzn. ostatecznie każdy sam musi wiedzieć, czy miał świadomość grzeszności danego czynu czy nie. 

W pytanie dostrzegam jest problem innego rodzaju, mianowicie zjawisko tzw. skrupulanctwa. Jest to rodzaj pokusy szatańskiej typowej w sytuacji osób początkujących w życiu duchowym i gorliwych. Stan takiej osoby jest taki, że zwykle nie popełnia grzechów ciężkich (przynajmniej od pewnego czasu) i tym samym szatanowi nie udaje się tej osoby zwieść ku takiemu grzechowi i tym samym do utraty łaski uświęcającej. Usiłuje więc człowiekowi zaszkodzić podstępnie, czyli wmawiając grzech ciężki czy przynajmniej silne i natrętne wątpliwości tam, gdzie tego grzechu obiektywnie nie ma. Stąd wynika główny środek zaradczy, mianowicie słuchanie spowiednika i kierownika duchowego. 

Jest jednak także nie mniej istotny środek zaradczy, który jakby leczy skrupulanctwo u jego korzenia, mianowicie w jego egocentryźmie. Takim środkiem jest zwiększenie swojej uwagi na dobrych uczynkach i ogólnie na potrzebach bliźnich. Zwykle, a chyba nawet zawsze skrupuły wiążą się z przesadnym skupieniem na swoich doznaniach i przeżyciach duchowych, co zawsze oznacza zaniedbanie miłości bliźniego i świadomego, zamierzonego działania na chwałę Bożą. Dlatego serdecznie polecam zastanowić się: czy i na ile myślę przynajmniej z taką samą uwagą i poświęceniem czasu o tym, co mogę dobrego uczynić bliźnim, co mogę im ofiarować, jaką pomoc wyświadczyć i to zupełnie bezinteresownie. To jest najskuteczniejsze i właściwie niezawodne lekarstwo na skrupulanctwo.