Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jaka jest różnica między nieomylnością dogmatyczną a nieomylnością duszpasterską?


Raczej nikt nie ma problemu z tym, że kanonizacje przeprowadzone według tradycyjnych procedur opisanych obszernie przez kardynała Prospero Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV) są nieomylne. Aczkolwiek zaznaczyć trzeba, że jest to inny rodzaj nieomylności niż nieomylność dogmatyczna zdefiniowana na Soborze Watykańskim I: to jest jedynie nieomylność duszpasterska, co wynika jasno z jej duszpasterskiego - nie dogmatycznego - uzasadnienia. Problem w tym, że od Pawła VI zarzucono tę procedurę na rzecz innej, okrojonej o więcej niż połowę i bardzo podatną na manipulacje i fałszerstwa, czego jesteśmy świadkami zwłaszcza od pontyfikatu wojtyliańskiego.

Ta różnica jest dość jasno podana w uzasadnieniu zawartym zarówno w konstytucji "Dei Filius" jak też w argumentacji teologicznej za nieomylnością kanonizacyj.

Nieomylność dogmatyczna jest wtedy, gdy następca św. Piotra mocą swojej władzy nauczania Bożego Objawienia podaje uroczyście do wierzenia jako nieomylne dane zdanie dotyczące prawd wiary czy obyczajów. Kluczowy jest tutaj związek z Bożym Objawieniem, co jest wyraźnie zaznaczone w każdej definicji dogmatycznej. Źródłami tego orzeczenia są źródła Objawienia, czyli Pismo św. oraz Tradycja Kościoła nauczająca prawd wiary i obyczajów. Rodzaj pewności jest tutaj dogmatyczny. 

Natomiast w aktach kanonizacyjnych chodzi o to, że na podstawie procesu prowadzonego na podstawie świadectw historycznych, czyli empirycznych (zarówno co do heroiczności cnót jak też co do cudów), doszło nie tylko do wniosku, że według możliwie wysokiego prawdopodobieństwa dusza danej osoby jest w niebie, lecz że podanie jej do kultu przysługującego świętym będzie pożytkiem duchowym dla wiernych (ten osąd wydaje ostatecznie papież, po zasięgnięciu opinii kardynałów). Jak łatwo dostrzec tutaj rodzaj pewności to jedynie pewność tzw. moralna, istotnie różna od pewności dogmatycznej, co wynika

- z przedmiotu sprawy (przedmiotem nie są prawdy wiary i obyczajów objawione przez Boga w Piśmie św. i Tradycji Kościoła, lecz los danej duszy po śmierci oraz pożyteczność otoczenia ją kultem przysługującym świętym)

- z procedury dochodzenia do orzeczenia (nie badanie źródeł Objawienia Bożego czyli Pisma św. i Tradycji Kościoła, lecz badanie świadectw historycznych co do życia i działalności danej osoby, a także cudów przypisywanych jej wstawiennictwu).

Z tego właśnie powodu istotne i decydujące jest, jaka procedura została zastosowana, czyli jej poszczególne kroki i stopnie. Są ewidentne, istotne różnice między procedurą tradycyjną i nowy, stosowaną na masową skalę od pontyfikatu Jana Pawła II. 

Pierwszym i niezbędnym warunkiem wszczęcia procesu tradycyjnie były spontaniczny i długotrwały kult okazywany danej zmarłej osobie. Dlatego zasadniczo obowiązywał okres przynajmniej 50 lat od śmierci danej osoby, by okazało się pewne, iż kult nie wynika z zanikającej z czasem pamięci świadków życia danej osoby, lecz z szerokiego doświadczenia skutecznego jej wstawiennictwa, czyli doświadczenia niezależnego od osobistych przeżyć czy sympatii dla tej osoby ze strony osób, które ją znały osobiście. Świadectwa tych osób o życiu danej osoby oczywiście także miały istotne znaczenie i były wnikliwie badane, jednak dopiero na dalszym etapie i niezależnie od spontanicznego kultu. Chodziło o to, by możliwie wykluczyć czynnik więzi emocjonalnej, która zwykle zaciemnia czy wręcz fałszuje postrzeganie faktów, a trzeźwe, racjonalne podejście było istotne i niezbędne na każdym etapie procesu. 

Z tym właśnie wiąże się funkcja zwana "defensor fidei" (czyli obrońca wiary), zwana potocznie i właściwie błędnie - wręcz przewrotnie - "advocatus diaboli". Zadaniem tej funkcji było wskazywanie na te elementy z życia i działalności danej osoby, które świadczą przeciw jej świętości i tym samym są argumentem przeciw beatyfikacji i kanonizacji. Ta właśnie funkcja została praktycznie usunięta, co oczywiście umożliwiło nie tylko rażące niechlujstwo i kumoterstwo, lecz wręcz przemocowe forsowanie do chwały ołtarzy osób, które z całą pewnością na to nie zasługiwały. 

Pech24 w obronie faustyno-sopoćkizmu



Znane środowisko nie ustaje w gorliwym udowadnianiu swej wierności dla novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego. Tego dobitnym przykładem jest regularne wyznawanie fałszywej religii łagiewnickiej, która w znacznym stopniu zastąpiła religię katolicką głównie w Polsce. 

Punktualnie na dzisiejszą niedzielę "Quasi modo" czyli Białą wrzucili tekścik swojego nadwornego "dogmatyka" w habicie cysterskim. O nim była już raz mowa (tutaj). O całym towarzychu pech24 już kilkakrotnie (tutaj, tutaj, tutaj). Idźmy jak zwykle po kolei.

1.

Pierwszy problem, który Strumiłowski omawia: 
"że w słowach Koronki wierny świecki wyraża akt ofiarowania Chrystusa Ojcu przedwiecznemu, co w mniemaniu adwersarzy trąci uzurpacją władzy kapłańskiej". 

Odpowiada:
"Zauważyć tutaj możemy, że świecki nie jest podmiotem składającym, lecz współskładającym i że ofiarowuje siebie wraz z Chrystusem. Zarzut zatem wydaje się nie pozbawiony sensu."
Oraz powołując się na texty biblijne:
"Powyższe teksty mówią oczywiście o współofiarowaniu siebie. Chrześcijanin do takiej ofiary jedynie jest zdolny i do takiej ofiary jest zobowiązany."

Następnie przywołuje NIE zatwierdzone przez Kościół słowa rzekomego anioła z Fatimy:
"Podobnie jak w modlitwie Anioła z Fatimy (1916 r., zatwierdzonej przez Kościół): „Trójco Przenajświętsza, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa…”."

Czyli popełnia kardynalny błąd teologiczny, przedstawiając niezatwierdzone przez Kościół rzekome objawienie prywatne (więcej tutaj) jako źródło teologiczne. 


2. 

Jeszcze gorzej radzi sobie z kwestią ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa. Mówi najpierw słusznie:
"Otóż z teologicznego punktu widzenia Syn Boży stał się człowiekiem, aby oddalonego i odwróconego przez grzech człowieka przywrócić w akcie ofiary Bogu. Ofiarowanie oznacza bowiem oddanie, przekazanie. Syn zatem w sobie samym oddaje Ojcu wszystko, co stanowi przyjętą przez niego naturę ludzką. Bóstwo w takiej perspektywie nie podlega ofiarowaniu, gdyż jest czymś własnym i wspólnym całej Trójcy."

Następnie jednak kombinuje:
"Gdybyśmy chcieli trzymać się sztywno formuły, że Chrystus nie tyle ofiarował siebie, ale tylko swoje człowieczeństwo, to popadlibyśmy nieuchronnie w herezję nestorianizmu, która zbyt radykalnie oddziela to, co ludzkie, i to, co boskie w Chrystusie."
I jeszcze:
"Zatem faktem jest, że Bóstwo samo w sobie nie podlega ofiarowaniu, gdyż Bóstwo jest tym, co Ojciec posiada z natury. Jednak nie można powiedzieć, że Syn ofiarował człowieczeństwo jako coś przyjętego przez siebie, lecz odrębnego. Syn w człowieczeństwie ofiarował Siebie. Albo inaczej: stawszy się człowiekiem, jako człowiek ofiarował siebie Ojcu."

Tak więc najpierw Strumiłowski niby zmierza we właściwym kierunku:
"I chociaż przedmiotem ofiarowania ściśle rzecz ujmując jest to, co stanowi istotę człowieczeństwa, to jednak podmiotem ofiarowania jest Osoba – a podmiotem osoby Chrystusa (także w ludzkiej naturze) jest Boski Logos. Zatem nie możemy powiedzieć, że Chrystus ofiarował Bóstwo. Nie możemy też powiedzieć, że ofiarował jedynie abstrakcyjny element człowieczeństwa. Możemy powiedzieć, że ofiarował siebie, a w sobie ofiarował człowieczeństwo."

Jak łatwo zauważyć, miesza on tutaj przedmiot z podmiotem, popadając przy tym w herezję monofizytyzmu czy przynajmniej monoteletyzmu, skoro według niego podmiotem ofiarowania jest Boski Logos, a nie Osoba Bosko-Ludzka Jezusa Chrystusa, który jest - od momentu Wcielenia - równocześnie zarówno Boskim Logosem jak też Człowiekiem zrodzonym z Mariji Dziewicy. Ta jedna Osoba Boga-Człowieka mogła złożyć w ofierze wyłącznie Swoje Człowieczeństwo, ponieważ Jej Bóstwo istotowo i nierozerwalnie było i jest zjednoczone z Bogiem Ojcem. Kto dopuszcza możliwość ofiarowania Bóstwa, ten neguje to nierozerwalne zjednoczenie i tym samym tożsamość Bóstwa Ojca i Syna, które jest istotowo jedno (więcej tutaj). 

Dalej Strumiłowski mówi:
"Ta prawda zawiera się także w orzeczeniach soboru Trydenckiego. Podczas Ofiary Mszy ponawia się ofiara Chrystusa. Chrystus staje się obecny w świętej Hostii i dokonuje (ponawia i uobecnia) swoją ofiarę. Co jest przedmiotem tej ofiary? Jest nią sama Hostia ofiarowana Ojcu (o czym świadczy chociażby modlitwa ofiarowania w Vetus Ordo). A ta Hostia to nie jest samo człowieczeństwo Chrystusa, ale w tej Hostii zawiera się Ciało i Krew, dusza i Bóstwo."

Tutaj już totalnie miesza i bełkocze. Otóż:

- Sobór Trydencki mówi o obecności eucharystycznej, nie o ofiarowaniu, które odbywa się we Mszy św. Oto dowód: 


Jeśli ktoś nie potrafi dostrzec tej prostej różnicy, to ma problem z elementarną logiką. Według prostej logiki czym innym jest być kimś i mieć coś, a czym innym jest dać coś ze siebie czy coś swojego. Wypadałoby, żeby doktor habilitowany teologii nawet modernistycznej dysponował zdolnością ogarnięcia tego rozróżnienia. 

- Słusznie Strumiłowski przywołuje modlitwę ofiarowania chleba w tradycyjnym mszale (św. Piusa V). Problem w tym, że on widocznie nie zauważa, iż w tym momencie ofiarowana hostia jest jedynie kawałkiem niekwaszonego chleba, a nie Ciałem Chrystusa. Tak więc akurat ta modlitwa jest dowodem przeciw jego argumentacji, ponieważ wyraża ona dość jasno, że ofiarowany jest chleb, czyli rzecz stworzona, która dopiero w Przeistoczeniu staje się Ciałem Chrystusa, które jednoczy w sobie Człowieczeństwo i Bóstwo. 

- W kwestii, co jest ofiarowane we Mszy św. (a pierwotnie na Krzyżu), kluczowe są słowa Przeistoczenia: "to jest Ciało Moje, które za was będzie wydane", "to jest Krew Moja, która za was i za wielu będzie wylana". Jak dość jasno widać, Pan Jezus nie powiedział, że wydaje Siebie, ani tym bardziej Swoje Bóstwo, lecz Swoje Ciało i Swoją Krew. To zupełnie jednoznacznie rozstrzyga problem. 

Strumiłowski jednak nie poddaje się, lecz usiłuje dzielnie walczyć w obronie herezji faustyno-sopoćkowej: 

"Jeśli formułę modlitwy rozumiemy jako wyliczenie elementów ofiarowania (co swoją drogą jest niezgodne z naturą Ofiary Chrystusa, która jest aktem osobowym), to rzeczywiście w liczbie tych elementów nie powinno być Bóstwa. Jeśli jednak rozumiemy to wyliczenie jako określenie pełni ofiarowującego się Chrystusa (jak robi to Sobór w określeniu Hostii jako całego Chrystusa – wraz z Ciałem, Krwią, duszą i Bóstwem), wtedy niczego kontrowersyjnego w tej modlitwie nie ma. Nie mówi ona w takim ujęciu bowiem o ofiarowaniu tego elementu, którym jest Bóstwo, ale mówi o integralności i pełni aktu, w którym Syn, stawszy się człowiekiem, oddał siebie Ojcu w ofierze Krzyża."

Tutaj nasuwa się już pytanie, czy on jest świadom tego, co pisze, skoro usiłuje wmówić odbiorcom, że wyliczenie nie jest wyliczeniem. To - według niego - Pan Jezus nie mógł podyktować s. Faustynie ofiarowania Siebie lecz musiał podyktować ofiarowanie ciała, krwi, duszy i Bóstwa, żądając przy tym, żebyśmy nie myśleli o ofiarowaniu Bóstwa? Kogo ta banda oszustów łagiewnickich próbuje oszukiwać (za sprawą protektorów masona Sopoćki, którymi byli Wyszyński i Wojtyła, niestety aż nadto skutecznie)? 

Na podobnym poziomie intelektualno-teologicznym jest końcowy "argument" Strumiłowskiego:

"Ze względu na tę piękną złożoność i integralność doktryny katolickiej Kościół po wieloletnim badaniu pism s. Faustyny nie tylko nie znalazł w Koronce żadnej herezji, ale zatwierdził kult Bożego Miłosierdzia, kanonizował s. Faustynę i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego oraz odpusty za odmawianie Koronki. Gdyby formuła była teologicznie wadliwa, nie byłoby to możliwe."

Tutaj widać, że Strumiłowski nie zadał sobie najmniejszego trudu, by zapoznać się z historią badania sprawy. Gdyby to uczynił, to by musiał przyznać, że przebiegała ona zupełnie inaczej niż głosi fałszywa propaganda łagiewnicka, o czym świadczą dokumenty archiwalne. On woli jednak tkwić w naiwnej mentalności trepa, który ślepo wierzy we wszystko, co wyrządził Kościołowi Lolek z Wadowic, nawet wbrew faktom i przeciw wierze katolickiej. 

Jak pomóc w parafii?

 



Popieranie działań kapłana


 



Jak ocenić inwestowanie w fundusze?


Nie jest mi znany żaden dokument czy fragment dokumentu z oficjalnego nauczania Kościoła w tej kwestii. Widocznie nie było powodu do zajęcia się specjalnie tą sprawą i wystarczą ogólne zasady katolickiej teologii moralnej oraz nauczania społecznego. 

Rozumiem, że problem dotyczy bądź może dotyczyć dwóch zasadniczych i różnych kwestij:

1. inwestowanie w spółki, których cele bądź sposób prowadzenia działalności gospodarczej może słusznie budzić zastrzeżenia czy wątpliwości, jak np. zarabiane na zabijaniu dzieci nienarodzonych, na środkach antykoncepcyjnych, bądź nieetyczne traktowanie pracowników (wyzysk, zatrudnianie dzieci itp.),

2. zarabianie bez wkładu pracy, czyli czerpanie zysku bez zaangażowania swoich zdolności, umiejętności i czasu, a jedynie przez wkład kapitałowy. 

W kwestii pierwszej, o ile wiem, można się upewnić, przynajmniej w zasadniczym zakresie. Jeśli się dołożyło starań, by sprawdzić etyczność danych firm, a nie stwierdzono tego typu problemów, to inwestowanie pod tym względem i w takim wypadku nie jest nieetyczne. 

Bardziej złożona może się wydawać kwestia druga. Jak zaznaczyłem, nie ma generalnego potępienia inwestowania pod względem ze strony Magisterium Kościoła. Założeniem jest oczywiście, że środki przeznaczone do inwestowania pochodzą ze źródła etycznie czystego, czyli zostały uczciwie zarobione bądź prawnie odziedziczone. 

Pozostaje jeszcze trzecia kwestia, mianowicie ryzyko takiego inwestowania. Banki zwykle polecają tego typu lokatę kapitału jako sposób na czerpanie większego zysku niż z konta oszczędnościowego. Mniej czy bardziej uczciwie informują przy tym o ryzyku. Tutaj wchodzi oczywiście moralna kwestia chciwości na zysk oraz inne czynniki osobiste. Jeśli np. ktoś traktuje inwestowanie jako rodzaj kasyna, gdzie przez stosunkowo niewielki wkład spodziewa się łatwego i szybkiego zysku, to jest to mało racjonalne i może być nawet grzechem ciężkim, zwłaszcza jeśli ryzykuje się nie tylko środkami na własne utrzymanie lecz także potrzebnymi rodzinie czy też pomijając wykorzystanie na cele społeczne i dobroczynne także dla osób spoza rodziny, czy też na cele dobrej edukacji, kultury, a zwłaszcza kultu Bożego. 

Całość tej kwestii dotyczy systemu gospodarczego, potocznie nazywanego kapitalizmem, rozumianego jako przeciwieństwo tzw. socjalizmu. Już to nazewnictwo jest poważnym uproszczeniem, zwykle zawierającym poważne błędy. W każdym razie Kościół zawsze - a zwłaszcza od rozwinięcia tzw. społecznego nauczania w drugiej połowie XIX wieku - wskazywał na błędy i zagrożenia obydwu systemów, równocześnie wzywając do istotnych korekt i przedstawiając je. W modelu idealnym - wypracowanym według zasad podanych przez Urząd Nauczycielsko Kościoła - jest miejsce na inwestowanie w fundusze. Od dziesięcioleci zajmują się tym banki katolickie (są nawet takie założone przez duchownych katolickich za zgodą władz kościelnych), aczkolwiek są one w Polsce raczej mało znane. Nie będę podawał konkretnych nazw, ponieważ nie zajmuję się tą dziedziną. Ktoś zainteresowany będzie w stanie sam znaleźć odpowiednie informacje. 

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


 





O wieszaniu stuły na krzyżu - raz jeszcze


Widać, że temat żyje, a wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego czują widocznie zagrożenie, skoro powtarzają swoje durne kłamstwa. 

Powyższy wpisek z pejsbuka jest o tyle ciekawy, że nawet nie próbuje wysilić się na jakiś dowód, lecz domaga się od ludzi wierzenia bezwarunkowego w swoje kłamstwa. 

Po pierwsze, "ordinale płockie" nie istnieje, gdyż takowa księga - według oficjalnej wersji - zaginęła podczas II wojny światowej. Istnieje jedynie opowieść o nim oraz o tym, iż rzekomo zawierał coś takiego. Autorem tejże opowieści jest modernista z bandy charystów, x. Józef Michalak z Płocka (więcej tutaj). 

Po drugie, wszystkie średniowieczne obrzędy zostały zakazane przez św. Piusa V w bulli "Quo primum" z 1570 r., o ile nie można było wykazać ich trwania przynajmniej przez 200 lat. Wieszanie stuły na krzyżu widocznie nie spełniało tego kryterium, skoro zostało zaprzestane. 

Po trzecie, czym innym jest wieszanie stuły (czy ornatu) na krzyżu, a czym innym przykrywanie krzyża ornatem po złożeniu go do grobu po liturgii Wielkiego Piątku. Tym bardziej obnoszenie krzyża z zawieszoną stułą przez okres paschalny. 

Jak widać, wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego potrafią jedynie oszukiwać i poszczekiwać, licząc na naiwność odbiorców. To wróży ich koniec. I to może nawet dość rychły. 


Czy jednorożec jest chrześcijański?


Zadano mi pytanie odnośnie do wypowiedzi x. Piotra Świerczka FSSPX w kwestii symbolu jednorożca. Mogę się wypowiedzieć jedynie jako teolog, ponieważ nie zajmuję się historią sztuki. 

Nie widziałem też tego obrazu, o którym mówi x. Świerczek. Z jego opisu wynika jednak wystarczająco, że taki obraz jest sprzeczny z głównymi zasadami sztuki chrześcijańskiej, zwłaszcza sakralnej czyli przeznaczonej do użytku w dziedzinie kultu. 

Po pierwsze, jednorożec to postać z mitologii pogańskiej, stąd nie może mieć zastosowania w sztuce sakralnej, aczkolwiek może mieć jakieś pasujące zastosowanie w zdobnictwie, mianowicie jako symbol. 

Główną zasadą chrześcijańskiej sztuki sakralnej jest realizm, czyli reguła, iż może ona przedstawiać jedynie to, co było widziane realnie, bądź przynajmniej w wizji wewnętrznej, duchowej, czyli czy to w wizjach opisanych w Piśmie św. czy w autentycznym - pochodzącym od Boga - tzw. objawieniu prywatnym. 

Przykładami są:

- Przedstawienia Trójcy Przenajświętszej, gdzie Bóg Ojciec przedstawiony jest jako starzec w nawiązaniu do wizji u proroka Daniela (rozdz. 7), Syn w ludzkiej postaci zwykle jako ukrzyżowany bądź zmartwychwstały, Duch Święty jako gołębica (jak w Ewangeliach). 

- Przedstawienia Najświętszego Serca Pana Jezusa według wizji św. Małgorzaty Marii Alacoque. 

To są oczywiście zasady stosowane w Kościele zachodnim, czyli łacińskim. Natomiast w Kościele wschodnim reguły są jeszcze o wiele bardziej restrykcyjne, gdyż w pisaniu ikon generalnie obowiązują ściśle określone kanony, aczkolwiek w krajach słowiańskich dość luźno przestrzegane (stąd zwykle można odróżnić ikony greckie od niegreckich, głównie słowiańskich). Celem kanonów jest zabezpieczenie wiernego przedstawienia historycznego wyglądu Jezusa Chrystusa i Jego Matki, który miał zostać utrwalony już na najstarszych obrazach. Stąd się bierze daleko idąca zbieżność tych rysów twarzy z Całunem Turyńskim oraz chustą z Manopello. 

Aktywiści judeoprotestantyzacji w obronie apostazji Rysiowej


Było do przewidzenia, że odezwą się kumple i fani rzekomo pokrzywdzonego autora "listu KEP", o którym już było wielokrotnie. Grono jest oczywiście doborowe, składające się z heretyków wypromowanych i chronionych przez niego od lat. Rączka rączkę myje. Nie jest też przypadkiem, że są to chyba bez wyjątku - aczkolwiek część nazwisk jest raczej nieznana w przestrzeni publicznej - przedstawiciele paraprotestanckiej sekty tzw. charyzmatyzmu, grasującej w oficjalnych strukturach kościelnych właśnie przy poparciu takich osób jak Grzegorz Ryś. Powiązania osobisto-kumoterskie są oczywiste. Nie zaskakuje też poziom "teologiczny" tego grona. O niektórych z nich dane już mi było się wypowiadać (tutaj, tutaj, tutaj, tutaj itd.). Przejdźmy do ich powyższego textu.

Pierwszym "argumentem" tej grupki jest oburzanko na rzekome skrzywdzenie rzekomo skrzywdzonego ichniego idola krakówkowego. Wiąże się to z dogłębnym współczuciem dla niego. Skrzywdzenie ma polegać zwłaszcza na niedocenieniu jego "zaangażowania na rzecz dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego". Według nich ów "dialog" powinien widocznie polegać na przejęciu myślenia żydowskiego oraz usiłowaniu wpojenia go katolikom. 

Drugi "argument" jest szczytem obłudy potężnym nawet na tle dogłębnej i systemowej obłudy tego towarzystwa: powołanie się i przytoczenie deklaracji "Dominus Jesus" z 2000 r., a to w podporządkowaniu wstępnemu założeniu, iż arcydzieło Rysiowe pod nazwą "list KEP" jest właśnie wzorowym elementem dialogu, o którym mówi ta deklaracja. Grupka fanów Rysiowych widocznie nie zauważyła - raczej nie chciała zauważyć - iż ów list nie jest skierowany do żydów, lecz do katolików. To z katolikami Ryś chce dialogować czy z żydami? Kiedy napisze list KEP skierowany do żydów, zachęcając ich do odwiedzenia i modlitwy w świątyniach katolickich? Kiedy Ryś przypomniał zarówno katolikom jak i żydom o obowiązku posłuszeństwa prawdzie? 

Innego rodzaju szczytem obłudy jest odrzucenie "przenoszenia napięć politycznych na grunt życia Kościoła". Co jest tym życiem Kościoła? Rysiowy "list KEP"? Czyż on nie jest w gruncie rzeczy polityczny i to wyraźnie stronniczy (wiadomo po której stronie), skoro obarcza chrześcijan za zbrodnie niemieckich nazistów na żydach, a przemilcza zbrodnie żydów popełniane w imię ich religii na rdzennej ludności Ziemi Świętej? 

Skoro ta grupka fanów Rysiowych w pełni się z nim solidaryzuje, to staje po stronie jego ewidentnie politycznych działań, które z wiarą Kościoła i teologią katolicką mają wspólną najwyżej etykietkę, a nic z treści (co tutaj już parokrotnie wykazałem). 

W sumie dobrze, że tego rodzaju burza powstała. Scena się przynajmniej trochę sortuje. Ryś dostał solidnie po głowie przez większość biskupów, którzy go nie poparli, aczkolwiek póki co tylko jeden - abp Kupny - odważył się publicznie zdystansować od owego "listu KEP". Znacznie bardziej dostał po głowie od zwykłych księży, którzy w przytłaczającej większości nie odczytali w kościołach owego "listu KEP". Zresztą być może był to zamierzony zabieg badania gruntu, czyli sortowania ewentualnych kandydatów na biskupów: kto nie przeczytał, ten będzie miał zablokowaną karierę przez Rysia osobiście i przez jego kompana Krajewskiego. Tak to obecnie działa niestety. 

Póki co, oszuści są pewni siebie, choć - Deo gratias! - coraz mniej. 

"Chcę być gotowy do nieba". Wspomnienie o przyjacielu.


(napisane w kwietniu 2020)

10 kwietnia 2019 r. odszedł do wieczności mój serdeczny przyjaciel Witold. Zmarł na chorobę nowotworową około 10 miesięcy po jej zdiagnozowaniu. W ostatnich 20 latach z powodu dzielącej odległości widywaliśmy się bardzo rzadko i tylko okazyjnie, średnio co kilka lat. Tak się złożyło, że w miesiącach przed jego odejściem spotkaliśmy się aż dwa razy. Gdy byłem akurat następny raz w Polsce, Witek zmarł i dlatego mogłem, a właściwie miałem zaszczyt prowadzić jego pogrzeb. Jako najdłużej i najbliżej go znający z obecnych kapłanów, wygłosiłem też kazanie, które mimo bólu i współczucia z rodziną było dla mnie okazją do przemyślenia jego życia zakończonego na ziemi. Także rok po pogrzebie to życie wydaje mi się tak świeże, iż ciągle mam w pamięci powiedziane wtedy kazanie. Obiecałem przyjaciołom obecnym na pogrzebie (niektórzy podobno czytują tego bloga), że je opublikuję. Spełniam tę obietnicę ze sporym opóźnieniem, ale z tą samą treścią, którą przez rok nosiłem w sobie, i z nie mniejszym przejęciem.

Witek był właściwie kolegą szkolnym mojego zmarłego brata, natomiast młodsza siostra Witka, Basia, jest moją koleżanką szkolną. Znaliśmy się od ministrantów, ale tylko przelotnie. Drogi się rozeszły wraz z pójściem na studia i do seminarium. Spotkaliśmy się znowu w sposób dość nieoczekiwany, gdy kilka lat po święceniach przyjeżdżałem do Polski na zaproszenie środowisk tzw. indultowych. Okazało się, że mieliśmy nowych wspólnych znajomych, gdyż Witek dzięki studiom był zaprzyjaźniony z ludźmi tych środowisk, głównie z Lublina. Zdarzało się, że towarzyszył mi w podróży, a właściwie szukał do tego sposobności, gdyż interesował się liturgią tradycyjną i zaczął się uczyć służenia. Był też zaangażowany w działalność społeczno-polityczną, a to w specyficzny sposób, gdyż nigdy nie miał ambicyj politycznych w sensie startowania w wyborach czy stanowiska. Chcąc streścić moją znajomość jego osobowości i życia, także na podstawie tego, co się dowiedziałem od jego rodziny i przyjaciół, mogę podać trzy zasadnicze rysy.


Szukanie Boga

Witek był, gdy go poznałem wśród ministrantów, zwykłym chłopcem, zawsze miłym, z poczuciem humoru, łatwo się uśmiechającym, ale równocześnie z powagą w sprawach zasadniczych i świętych. Nie była to żadna poza, lecz naturalne zachowanie wyrażające wnętrze, bez cienia wyrzutów, choć równocześnie wymagające wobec siebie i innych. Jako student i jeszcze sporo lat po studiach, zanim się ożenił, przemierzył autostopem Europę wzdłuż i wszerz, nawiedzając sanktuaria katolickie, chyba aż do Fatimy włącznie. Pielgrzymował sam. Nie było to włóczęgostwo czy szukanie przygód, lecz wypływało z motywycji duchowej. Widać to było w jego zachowaniu, nacechowanym szczerą, gorliwą, trzeźwą, nie narzucającą się, całkiem skromną i pogodną pobożnością.

Charakterystyczny jest następujący epizod: Będąc końcem lat 90-ych na południu Francji na rekolekcjach w tradycyjnych klasztorze w Le Barroux, wyszedłszy po kolacji na spacer do ogrodu przed klasztorem nagle zobaczyłem na ławce leżącą z plecakiem pod głową znajomą postać - właśnie Witka. Gdy nie kryjąc zaskoczenia, zapytałem, jak się tutaj znalazł i co robi, powiedział, że dowiedziawszy się, iż jestem w tym czasie w klasztorze, wybrał się z Polski autostopem, żeby skorzystać ze sposobności poznania klasztoru tradycyjnego. W międzyczasie nasze spotkanie zauważył ojciec zajmujący się gośćmi. Z nieukrywanym zdziwieniem, zapytał mnie, kto to jest, wprawiając nas obydwu w zakłopotanie. Gdy mu wyjaśniłem, zaoferował Witkowi kolację i pokój, na co Witek odpowiedział, że on tu tylko na ławce chciał przenocować, pójść rano na Mszę św. i potem pojechać dalej. Ojciec się uśmiechnął i z pogodną gościnnością stanowczo podtrzymał zaproszenie, z którego Witek jednak skorzystał, ze skromnością i wdzięcznością.

Prostota, na sposób dziecka łączyła się u niego z naturalną i głęboką powagą, zarazem z męską delikatnością, poczuciem humoru i stałą życzliwości wobec innych. Nigdy nie zauważyłem u niego choćby cienia pretensjonalności czy gniewu, choć bardzo jasno dostrzegał też zło, wady ludzi i problemy. Potwierdził to jeden z przyjaciół, który go znał od czasu studiów. Witek także będąc z nim i jego rodziną na wakacjach codziennie uczęszczał na Mszę św., nawet jeśli oznaczało to dojazd autobusem do odległego kościoła i tym samym stratę pół dnia, podczas gdy inni do późna spali czy wylegiwali na plaży. We właściwy sobie, humorystyczno-poważny sposób zachęcał tego przyjaciela: "A koleżka był już dzisiaj na Mszy św. czy koleżka tylko niedzielny?".

Gdziekolwiek był, czy u siebie czy na wyjeździe, codziennie uczęszczał na Mszę św. i przystępował do Komunii św. Nie pamiętam, by kiedykolwiek uczestniczył bez Komunii św. Przy tym miał bardzo wrażliwe sumienie, nie będąc ani skrupulantem, ani pobożnisiem z przerostem uczuć. Nigdy nie mówił ani o swoim życiu duchowym, ani o praktykach. Miał pobożność prostą, trzeźwą i męską, bez exaltacji i pretensjonalności. Nigdy nie czynił niczego na pokaz, ale też nie wstydził się wiary i pobożności. Żył nią po prostu. Widać było szczerość, gdy się modlił, gdy przyjmował Komunię św., czy chociażby gdy znaczył na sobie znak krzyża czy całował krzyż przy wejściu do kościoła. Było to dla niego tak naturalne, że nie zwracał tym na siebie uwagi. Nie wydłużał czasu modlitwy, ale był zawsze skupiony, a równocześnie był sobą, bez cienia sztuczności czy pozy.

Od jego małżonki Teresy dowiedziałem się, że w każdej kurtce i płaszczu miał różaniec, żeby nie wychodzić bez niego gdziekolwiek. Rzeczywiście pamiętam, że patrząc z odległości, gdy szedł sam swoim typowym energicznym jakby wojskowym krokiem, można było zauważyć, że odmawiał różaniec, dyskretnie, bez pokazywania na zewnątrz.

Jego śp. Mama (zmarła ok. 4 miesiące przed nim również na bardzo bolesną chorobę nowotworową), wiedząc w latach 90-ych o moim kontakcie z Witkiem, sugerowała, żebym wpłynął na niego. Ponieważ był już znacznie po 30-tce, nalegała, żeby albo się ożenił, albo wstąpił do seminarium.  Widząc jego pobożność już podczas podróży ponad 20 lat temu, zapytałem go kiedyś, czy nie chce pójść do seminarium. Odpowiedział prosto i zdecydowanie, że chce założyć rodzinę i mieć dużo dzieci. Późno się ożenił, mając prawie 40 lat. Wtedy już od dawna prowadził intensywne życie duchowe, a także pochłaniającą siły i czas działalność społeczną. Żył już wtedy życiem głębszym i wyższym, ponaddoczesnym, choć aktywnie w doczesności, z nogami na ziemi. Pragnienie założenia rodziny ziściło się w inny sposób, gdyż wraz z małżonką prowadzili przez lata rodzinny dom dziecka, dopóki wystarczało im sił. Tutaj przejawił się drugi zasadniczy rys osobowości Witka.


Serce czyste 

Witek żył pobożnością, nie mówiąc o niej w znaczeniu własnego życia duchowego. Rozmawialiśmy natomiast często o sprawach Kościoła i społeczno-politycznych. Na sprawy doczesne spoglądał jasno i trzeźwo, z klarownym rozpoznaniem, co do którego nie musieliśmy uzgadniać poglądów, a równocześnie z troską i wolą działania. Dla niego liczyło się zbawienie dusz. Chciał służyć w sprawach codziennych i drobnych. To od niego dostałem mszalik łacińsko-polski, który nadal mi służy do czytań po polsku we Mszy św. Nie będąc zamożnym, kupował i dawał, gdzie widział jakąś potrzebę. Ofiarował swój czas. Dzielił się tym, co miał, nie zważając na to, czy będzie miał coś jeszcze dla siebie. Pomagał bardzo chętnie, nie narzucając się, z prostotą i dobrocią.

Jeszcze w ostatnich tygodniach życia, gdy był już poważnie osłabiony chorobą, podczas ferii zimowych w lutym 2019, przyjechał do rodziny, żeby zabrać swoich siostrzeńców na narty, dając im ostatnie ludzkie wyrazy życzliwości i opieki na sposób ojcowski. Przyjechał też ze względu na swojego ojca, żeby pobyć z nim, pocieszając po śmierci mamy.

Wtedy właśnie spotkaliśmy się po raz ostatni. Przychodził na Mszę św., choć z powodu osłabienia nie mógł już służyć.

Wielkość jego serca, czystego, skromnego i zarazem gorliwego w miłości Boga i bliźniego, miała także szerszy wymiar.


Serce szerokie

Jak już wspomniałem, Witek żył także sprawami społeczno-politycznymi - czytał, nawiązywał kontakty i udzielał się. Przy tym nie szukał dla siebie posady, exponowanego stanowiska czy popularności. Jego zaangażowanie było zarówno duchowo-intelektualne, jak też czynne, konkretne. O szczegółach tego, co robił w tej dziedzinie, niewiele wiem. Więcej mogą opowiedzieć przyjaciele i znajomi, z którymi współpracował, poświęcając swój czas, siły i też środki. Może oni przekażą potomności swoje świadectwa. Obecność pocztów sztandarowych podczas pogrzebu jest świadectwem docenienia tego, kim był dla środowiska patriotycznego i co zdziałał, mimo że póki co nie można się chlubić wynikami w znaczeniu sukcesów w wyborach.

Wiem jednak tyle, że mogę powiedzieć: Gdyby więcej było ludzi zaangażowanych w politykę na sposób, którego przykładem jest Witek, mianowicie w twardej i zupełnie bezinteresownej działalności na co dzień, to by dogłębnie została przemieniona rzeczywistość społeczno-polityczna w Polsce.

Na koniec pozostaje mi jeszcze raz wspomnieć moje ostatnie spotkanie z Witkiem w lutym ubiegłego roku. Przywiózł wtedy ze sobą podręczniki do nauki łaciny i prosił mnie, żebym przerobił z nim kilka lekcyj. Oczywiście cieszyłem się z tego, że ma chęć do nauki języka Kościoła i że widocznie ma dość sił fizycznych i duchowych mimo ciężkiej i nieuleczalnej - patrząc po ludzku - choroby. Jednak zdając sobie sprawę z sytuacji, trochę się dziwiłem, i wolałem mu mówić o naturalnych metodach leczenia nowotworów, żeby zastanowić się, jak mogę mu pomóc. Z typową prostotą, skromnością i dobrocią i zarazem stanowczością Witek zakończył temat leczenia, mówiąc, że nie chce, by choroba była główną treścią jego życia. Gdy powróciliśmy do tematu łaciny, widocznie zauważając moje niedowierzanie, podał mi uzasadnienie, które znowu w charakterystyczny dla niego sposób łączyło powagę i poczucie humoru. Powiedział: "Po to się uczę łaciny, żeby być gotowym do nieba". Zaniemówiłem wtedy, gdyż z jednej strony cieszyłem się jego nie gasnącą, a nawet wzmożoną miłością do liturgii tradycyjnej i także optymizmem, jednak z drugiej smuciła myśl o pożegnaniu. Ze  łzą w oku i równocześnie z uśmiechem wspominam te słowa. Mogę tylko wyobrazić sobie Jego udział w liturgii nieba. On już za życia do niej pasował.



Na zdjęciu powyżej: 

Cmentarz w Kielcach, na którym spoczywa ciało Witolda.
Na prośbę małżonki Teresy, zaproponowałem następujący napis po łacinie na jego grobie, moim zdaniem trafnie odpowiadający stanowi Jego duszy:
"Paratum est cor meum, Deus, paratum cor meum".
Są to słowa z Psalmu 107: "Gotowe jest serce moje, Boże, gotowe serce moje".

W imieniu swoim, także rodziny i przyjaciół Witka, proszę o modlitwę za Jego duszę.
Osobiście uważam go za świętego i mogę przyznać, że proszę Go o wstawiennictwo.

Jego odejście jest bolesne, podobnie jak innych bliskich mi osób w ostatnich latach (mojego serdecznego przyjaciela Cyrusa, siostrzeńca Jakuba). Należy on do tych, o których można powiedzieć, że dobry Pan Bóg zabiera do siebie najlepszych, najdoskonalszych. Widocznie dlatego, że będąc w niebie tym więcej mogą uczynić dla nas, którzy przebywamy jeszcze "in hac lacrimatum valle".

Pamięć o nich niech będzie pociechą i motywacją do naśladowania. Z myślą o gotowości, do której także jesteśmy wezwani. Niech nam to przypomina chociażby ten śpiew ze skarbca Kościoła.

Obecność Jezusa Chrystusa (z post scriptum)


Argument jest oczywiście fałszywy, aczkolwiek znaczący. 

Należy zacząć od jego korzeni. W konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" nr 7 jest mowa o obecności Chrystusa w liturgii: 


Wymienia się więc obecność
- w osobie celebransa
- "maxime" czyli "najbardziej" w postaciach eucharystycznych
- w czynnościach sakramentalnych
- w słowie czyli czytaniu Pisma św.
- w modlitwie Kościoła czyli w zgromadzeniu modlitewnym. 

Te słowa nie są fałszywe, jednak problem polega na tym, że są pomieszane i nieprecyzyjne teologicznie. Mimo tego nie jest powiedziane, że Pan Bóg jest obecny w "Ludzie Bożym", lecz jedynie wtedy, gdy Kościół się modli. 

Sprawę nieco sprecyzował Jan Paweł II w swoim liście apostolskim na 25-lecie tejże konstytucji, gdzie napisał (źródło tutaj):


Oficjalne tłumaczenie na polski brzmi (źródło): 

7. Dla urzeczywistnienia swojej Tajemnicy paschalnej Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, przede wszystkim w czynnościach liturgicznych. Dlatego Liturgia stanowi uprzywilejowane „miejsce” spotkania chrześcijan z Bogiem i z Tym, którego On posłał, Jezusem Chrystusem (por. J 17,3).

Chrystus jest obecny w Kościele gromadzącym się w Jego imię na modlitwie. I właśnie ten fakt sprawia, że chrześcijańskie zgromadzenie jest czymś, co stawia wymaganie braterskiego otwarcia się — posuniętego aż do przebaczenia (por. Mt 5,23-24) — i godnej postawy wyrażającej się w gestach i w śpiewach.

Chrystus jest obecny i działa w osobie odprawiającego kapłana,  który nie tylko jest powołany do tej funkcji, lecz przez fakt otrzymanych święceń kapłańskich został posłany, aby działać „in persona Christi”. Tej godności powinna odpowiadać postawa wewnętrzna i zewnętrzna uwidoczniona także w szatach liturgicznych, w miejscu, które zajmuje i w słowach, które wypowiada.

Chrystus jest obecny w swoim Słowie, głoszonym w zgromadzeniu; ono to, wyjaśniane w homilii, powinno być słuchane z wiarą i przyswojone na modlitwie. To wszystko powinno objawiać się w godnym wyglądzie księgi i miejsca głoszenia Słowa Bożego, w postawie lektora, w jego świadomości, że jest rzecznikiem Boga wobec braci. 

Chrystus jest obecny i działa mocą Ducha świętego w sakramentach, a w sposób szczególny i wzniosły (sublimiori modo) w Ofierze Mszy świętej pod postaciami eucharystycznymi,  także wtedy, gdy są one przechowywane w tabernakulum dla Komunii świętej, przede wszystkim chorych, oraz dla adoracji przez wiernych.  Pasterze mają obowiązek częstego przypominania w swych katechezach nauki wiary o tej rzeczywistej i tajemniczej obecności, którą wierni powinni żyć i którą teologowie winni zgłębiać. Wiara w obecność Pana zakłada pewne zewnętrzne oznaki szacunku dla kościoła, miejsca świętego, w którym Bóg objawia się w swojej tajemnicy (por. Wj 3,5), przede wszystkim podczas sprawowania sakramentów: rzeczy święte powinny być zawsze traktowane jako święte.

Kluczowe są słowa podkreślone na czerwono. Prawidłowe tłumaczenie brzmi: w sposób jedyny i wznioślejszy, czyli w sposób wyróżniający się od innych wymienionych sposobów obecności. To jest oczywiście coś zupełnie innego niż sposób szczególny i wzniosły, gdy każdy sposób jest szczególny i każdy sposób jest wzniosły. 

Niestety brakuje tutaj sprecyzowania teologicznego, na czym ta wyjątkowość i wyższość polega, a to jest istotne. 

Tradycyjnie w teologii katolickiej odróżnia się między obecnością istotową (substancjalną) a obecnością duchową. Ta pierwsza dotyczy wyłącznie postaci eucharystycznych po Przeistoczeniu i jest jasno określona w nauce Kościoła w dogmacie wiary o Transsubstancjacji. Drugi rodzaj obecności Chrystusa jest istotnie różny, to znaczy nie tylko co do stopnia. Otóż obecność duchowa nie polega na przemianie przedmiotu, materii czy człowieka, lecz na działaniu poprzez posługiwanie się przez Chrystusa. Innymi słowy: to jest obecność w narzędziowym posługiwaniu się, nie w przemianie istoty. 

Natomiast w Novus Ordo widać dość wyraźnie tendencję do zrównania obecności substancjalnej i duchowej, czy raczej do zamazania tej pierwszej przez sprowadzenie jednej do drugiej, czyli w rezultacie do zatarcia różnicy. Dobitnym przykładem jest pomijanie i rugowanie przyklękania przed Najświętszym Sakramentem (czyli przed tabernakulum) przynajmniej podczas liturgii Novus Ordo (skłony do novusowego "ołtarza", wypinając pośladki do tabernakulum). To nie ma wprawdzie - dokładnie biorąc - podstaw w przytoczonych powyżej dokumentach (ani w żadnych innych), idzie jednak według w gruncie rzeczy heretyckiej tendencji zaciemniania i faktycznego negowania jedynej istotowej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. 

Dopuścił się tego zresztą nowy metropolita łódzki w swoim pierwszym kazaniu, mianowicie już na ingresie, wzywając do szukania Chrystusa - bez żadnej różnicy - w ołtarzu novusowym, a ludziach, w słowie i w postaciach eucharystycznych: 




To jest właściwie negacja wyjątkowej, jedynej w swoim rodzaju - jako że istotowej - obecności Chrystusa w postaciach eucharystycznych czyli herezja. Zabieg jest sprytny, gdyż Krajewski nie neguje wprost, jednak rezultat jest oczywisty, mianowicie zrównanie obecności Ciała i Krwi do obecności jedynie duchowej. To jest nic innego jak herezja protestancka, aczkolwiek perfidnie przemycona. 



Post scriptum

Pojawił się w internetach text odnośnego dekretu:


Jak widać, nie ma w nim nakazu, a jedynie "prośba". A jest ona wybitnie obłudna. 

Po pierwsze, pismo jest skierowane do wszystkich wiernych. Tym samym daje diecezjanom narzędzie, by domagać się od celebransa Komunii pod obydwiema postaciami. W razie gdyby celebrans nie chciał czy nie mógł tego uczynić, to każdy może poskarżyć się do centrali. Tym samym mówienie, że włodarz diecezji jedynie "prosi" jest wybitnie obłudne i perfidne. 

Ma to poważne konsekwencje praktyczne. Skąd na zwykłe parafii kapłan ma nagle wziąć odpowiednie naczynie liturgiczne? Tak więc de facto prawie we wszystkich parafiach kapłani zostali zmuszeni do korzystania z usług tzw. nadzwyczajnych szafarzy, czy to ustanowiony oficjalnie, czy ad hoc, czyli natychmiastowo bez jakiekolwiek przygotowania. To zapewne zostało tak właśnie zaplanowane, czyli jako dalsze oswajanie wiernych z brakiem szacunku do Najświętszego Sakramentu i to narzuconego przez włodarza diecezji, który jest - nota bene - z wykształcenia liturgistą. 

A warto zwrócić uwagę, komu zawdzięcza swoją karierę. O niej mówi jego były biskup i poprzednik:


Zwróćmy uwagę: ceremoniarzowi Piero Marini'emo spodobał się wówczas młody alumn seminarium i to on planuje jego karierę, nie jego biskup. Biskupowi oczywiście nie wypada odmówić. A kim jest Piero Marini? Otóż podobnie jak Krajewski stał się jego pupilem, tak Marini był pupilem twórcy Novus Ordo, słynnego Annibale Bugnini, który za przynależność do masonerii został zesłany jako nuncjusz do Teheranu, mimo że nie miał żadnego przygotowania dyplomatycznego. Takie to są powiązania... 

Jaki jest teologiczny powód Komunii św. pod jedną postacią?

Podstawowym powodem teologicznym jest prawda wiary katolickiej, że cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą postacią eucharystyczną, nawet w każdej jej cząstce. Na podstawie tej prawdy w Kościele rzymskim z czasem zaprzestano udzielania wiernych Komunii św. pod obydwiema postaciami, a to z powodów praktycznych. Po pierwsze z tego powodu, że łatwiej jest zabezpieczyć przed profanacją samą postać chleba. Po drugie z tego powodu, że przechowywać bezpiecznie - czyli bez niebezpieczeństwa zepsucia - można jedynie postać chleba, a przechowywanie jest konieczne do Komunii św. dla chorych. Jeśli chorzy otrzymywaliby Komunię św. inaczej niż reszta wiernych, to sprzyjałoby to wrażeniu różnicy i nierównego traktowania pośród wiernych. Natomiast różnica w przyjmowaniu Komunii św. przez celebransa (czyli duchownego) i przez wiernych świeckich ma podstawy teologiczne, mianowicie w innym udziale w Eucharystii celebransa z jednej a wiernych świeckich z drugiej. To właśnie ta różnica były korzeniem herezji kalikstynów, którzy domagali się takiego samego sposobu przyjmowania Komunii św. przez duchownych i świeckich. Nie dziwi więc, że skrajni moderniści, którzy podejmują wszelkie możliwe herezje, forsują także tę herezję, przynajmniej w praktyce. 

Ponadto zachodzi tutaj nadużycie władzy polegające na tym, że biskup nie ma prawa nakazywać czegoś, co
- jest w prawie liturgicznym Novus opcjonalne, a w liturgii tradycyjnej zakazane,
- cuchnie starą herezją kalikstynów.

O "liście KEP" jeszcze czyli Rysiowego krętactwa ciąg dalszy


Rzeczywiście to jest brnięcie czy wręcz upór będący albo przejawem niesprawności umysłowej, albo dogłębnego zakłamania połączonego z pogardą dla zdolności intelektualnej odbiorców. 

Oto co stoi w Katechizmie Kościoła Katolickiego: 


Dla porównania odpowiedni fragment z Katechizmu Rzymskiego, na który się tutaj wskazuje:


Jak widać, nie ma tutaj w żaden sposób zdejmowania z żydów odpowiedzialności za śmierć Jezusa Chrystusa, nawet jeśli jest powiedziane, że większą winę ponoszą ci, którzy wierząc w Niego mimo tego grzeszą. 

Następnym - i to nachalnie powtórzonym kłamstwem - jest twierdzenie, jakoby Kościół od Vaticanum II nauczał, że żydzi pozostają "narodem wybranym". Tutaj Ryś posługuje się, jak zwykle, sztuczką słowną, mówiąc o Izraelu, a sugerując, że chodzi o wyznawcach współczesnego judaizmu. 

Tutaj należałoby oczywiście sprecyzować określenia "naród wybrany" czy właściwie "lud wybrany", następnie znaczenie wybrania, oraz pojęcie Izraela. Zwłaszcza to ostatnie jest skrajnie wieloznaczne. Ryś zapewnie z rozmysłem miesza zupełnie różne sprawy, by forsować tezę głoszoną przez wyznawców współczesnego judaizmu, jakoby on - a nie Kościół Chrystusowy - był kontynuacją religii Mojżeszowej. 

Sztuczką erystyczną jest także pomieszanie wybrania Izraela ze zbawieniem Izraela i ze zbawieniem całej ludzkości. Czym innym jest zbawienie, a czym innym wybranie. Wybranie w znaczeniu teologicznym oznacza rolę pośrednictwa w dziele Zbawienia. W Starym Testamencie religia Mojżeszowa - związana za narodem żydowskim - miała na celu przygotowanie na przyjście Mesjasza. Ta rola oczywiście dobiegła końca wraz z Jego przyjściem i założeniem Kościoła. Od tego momentu do Kościół jest Bożym narzędziem w dziele zbawienia świata, nie naród żydowski. To jest elementarz teologii Nowego Testamentu i tym samym Kościoła Chrystusowego. Jeśli Ryś tego nie rozumie, to albo nie zna podstaw wiary chrześcijańskiej - w tym także Nowego Testamentu - albo je odrzuca i wyznaje w zamian to, co głosi judaizm antychrześcijański.

Gdy Ryś zapowiada edukację religijną w tej kwestii, to brzmi to śmieszno-strasznie. To on wykazuje albo haniebny brak edukacji w elementarzu wiary katolickiej, albo jej odrzucanie. 

Wysyp oszustów-przebierańców: indultowe Triduum w Gdańsku


Pojawiły się dumne relacje obrazkowe z indultowego Triduum w Gdańsku. Na uwagę zasługują fotki z Wielkiego Piątku, gdyż zawierają coś, co poniekąd przerasta wszelkie dotychczasowe dziwactwa ekipy przebierańców modernistycznych, którzy opanowali wiele środowisk indultowych w Polsce. 

Generalnie - jak wynika zarówno z fotek jak też z deklaracji - sprawowano według obrzędu tzw. pre55 czyli sprzed reformy Wielkiego Tygodnia wprowadzonej za Piusa XII w 1955 r., a która była już dziełem głównie architekta późniejszych "reform" za Pawła VI, Annibale Bugnini'ego. O tyle ta celebracja była słuszna i cenna. Tym bardziej zaskakuje a nawet szokuje to, co przedstawiają fotki zwłaszcza z Wielkiego Piątku (źródło tutaj): 




Fotki pokazują jakiś pseudoobrzęd, który jest ewidentnie sprzeczny z tradycyjnymi księgami liturgicznymi pre55, a są jakimś folklorem przypominającym bardziej novusizm:

- dziwna procesja z krzyżem, która zupełnie wykracza poza rubryki
- zawieszenie na krzyżu ornatu koloru czerwonego, który nie ma nic wspólnego z liturgią tradycyjną, a za to może wynikać jedynie z novusizmu
- brak zakrycia krzyża przed odsłonięciem i tym samym brak odsłonięcia zgodnego z rubrykami

Najpoważniejszą sprawą jest oczywiście ukazanie krzyża jako wieszaka na ornat. 

Ekipa się broni przed zarzutami następująco:


To jest o tyle ciekawe, że pokazują jedynie wycinek z czegoś, co nie jest dostępne publicznie. A nawet jeśli wycinek jest autentyczny, to znaczy pochodzi rzeczywiście z mszału włocławskiego z 1515 roku, to ekipa popełniła coś znamiennego. Otóż każdy katolik powinien wiedzieć, że papież św. Pius V w bulli "Quo primum" z 1570 r. zakazał używania wszelkich obrzędów, które nie mogły się wykazać trwaniem przez conajmniej 200 lat. To z całą pewnością dotyczy "mszału włocławskiego", zwłaszcza co do owego pseudoobrzędu wieszania ornatu na krzyżu. Należy mieć przy tym na uwadze, że wówczas nie było jeszcze w kształcie barokowym, który jest widoczny na fotkach wyżej, lecz w tzw. gotyckim, czyli starorzymskim. Połączenie późnośredniowiecznego zwyczaju z barokową formą ornatu i to w kolorze wziętym z novusizmu Pawła VI świadczy o zupełnym pomieszaniu umysłowo-estetycznym. Ten lokalny zwyczaj odziewania krzyża w ornat można wyjaśnić tym, że wówczas ornat był najcenniejszą szatą liturgiczną i najgodniejszą ozdobą. Mogło więc chodzić o przyozdobienie, ale o wiele bardziej o przykrycie. Należy też wziąć pod uwagę pierwotne, szerokie znaczenie łacińskiego słowa "casula", które oznacza szatę wierzchnią, nakrycie, a dopiero specyficznie w liturgii oznacza to, co po polsku nazywa się ornatem. W każdym razie ten fragment wcale nie musi odnosić się do ornatu w obecnym znaczeniu, lecz ogólnie do nakrycia.

Tak więc zupełnie absurdalne jest wygrzebanie fragmentu z lokalnego, już w XVI wieku usuniętego z użytku, a nawet zakazanego mszału i włączenie go do tradycyjnej liturgii rzymskiej w sprzeczności z jej rubrykami. Jest to zarówno nielegalne liturgicznie jak też rażąco nierozumne i gorszące. Co więcej: to trąci herezją archeologizmu, potępioną przez Piusa XII w encyklice "Mediator Dei". 

Jeśli więc ktoś zdobył się na coś takiego, to oszukał wiernych, którym obiecano liturgię rzymską według ksiąg liturgicznych promulgowanych od św. Pius V. Osoba czy osoby za to odpowiedzialne widocznie albo cierpią na zboczenie, które zasługuje na takie określenie jak archeofetyszyzm, albo usiłują skompromitować środowiska katolików tradycyjnych, albo jedno i drugie. 

Droga do Emaus


Łk 24, 13-35

A o to tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. 
Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. 
Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. 
Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. 
On zaś powiedział do nich: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze i jesteście smutni?". 
A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało». 
I powiedział im: «Cóż takiego?» I powiedzieli Mu: «To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu;
jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. 
A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. 
Ale też niektóre z naszych niewiast przeraziły nas: były rano u grobu, 
a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy mówią, iż On żyje. 
Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak niewiasty powiedziały, ale Jego nie widzieli». 
Na to On rzekł do nich: «O nierozumni i gnuśni sercem do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! 
Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?» 
I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. 
I przybliżyli się do wsi, do której szli, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. 
Lecz przymusili Go, mówiąc: «Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił». Wszedł więc, aby zostać z nimi. 
Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziąłwszy chleb, odmówił błogosławieństwo, i połamawszy dawał im. 
Wtedy przejrzały ich oczy i poznali Go, lecz On stał się niejawny od nich. 
I mówili nawzajem do siebie: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?» 
W tej samej godzinie powstali i wrócili do Jerozolimy i zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, 
którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście powstał i ukazał się Szymonowi». 
Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak dał się im poznać przy łamaniu chleba. 

και ιδου δυο εξ αυτων ησαν πορευομενοι εν αυτη τη ημερα εις κωμην απεχουσαν σταδιους εξηκοντα απο ιερουσαλημ η ονομα εμμαους
και αυτοι ωμιλουν προς αλληλους περι παντων των συμβεβηκοτων τουτων
και εγενετο εν τω ομιλειν αυτους και συζητειν και αυτος ο ιησους εγγισας συνεπορευετο αυτοις
οι δε οφθαλμοι αυτων εκρατουντο του μη επιγνωναι αυτον
ειπεν δε προς αυτους τινες οι λογοι ουτοι ους αντιβαλλετε προς αλληλους περιπατουντες και εστε σκυθρωποι
αποκριθεις δε ο εις ω ονομα κλεοπας ειπεν προς αυτον συ μονος παροικεις εν ιερουσαλημ και ουκ εγνως τα γενομενα εν αυτη εν ταις ημεραις ταυταις
και ειπεν αυτοις ποια οι δε ειπον αυτω τα περι ιησου του ναζωραιου ος εγενετο ανηρ προφητης δυνατος εν εργω και λογω εναντιον του θεου και παντος του λαου
οπως τε παρεδωκαν αυτον οι αρχιερεις και οι αρχοντες ημων εις κριμα θανατου και εσταυρωσαν αυτον
ημεις δε ηλπιζομεν οτι αυτος εστιν ο μελλων λυτρουσθαι τον ισραηλ αλλα γε συν πασιν τουτοις τριτην ταυτην ημεραν αγει σημερον αφ ου ταυτα εγενετο
αλλα και γυναικες τινες εξ ημων εξεστησαν ημας γενομεναι ορθριαι επι το μνημειον
και μη ευρουσαι το σωμα αυτου ηλθον λεγουσαι και οπτασιαν αγγελων εωρακεναι οι λεγουσιν αυτον ζην
και απηλθον τινες των συν ημιν επι το μνημειον και ευρον ουτως καθως και αι γυναικες ειπον αυτον δε ουκ ειδον
και αυτος ειπεν προς αυτους ω ανοητοι και βραδεις τη καρδια του πιστευειν επι πασιν οις ελαλησαν οι προφηται
ουχι ταυτα εδει παθειν τον χριστον και εισελθειν εις την δοξαν αυτου
και αρξαμενος απο μωσεως και απο παντων των προφητων διηρμηνευεν αυτοις εν πασαις ταις γραφαις τα περι εαυτου
και ηγγισαν εις την κωμην ου επορευοντο και αυτος προσεποιειτο πορρωτερω πορευεσθαι
και παρεβιασαντο αυτον λεγοντες μεινον μεθ ημων οτι προς εσπεραν εστιν και κεκλικεν η ημερα και εισηλθεν του μειναι συν αυτοις
και εγενετο εν τω κατακλιθηναι αυτον μετ αυτων λαβων τον αρτον ευλογησεν και κλασας επεδιδου αυτοις
αυτων δε διηνοιχθησαν οι οφθαλμοι και επεγνωσαν αυτον και αυτος αφαντος εγενετο απ αυτων
και ειπον προς αλληλους ουχι η καρδια ημων καιομενη ην εν ημιν ως ελαλει ημιν εν τη οδω και ως διηνοιγεν ημιν τας γραφας
και ανασταντες αυτη τη ωρα υπεστρεψαν εις ιερουσαλημ και ευρον συνηθροισμενους τους ενδεκα και τους συν αυτοις
λεγοντας οτι ηγερθη ο κυριος οντως και ωφθη σιμωνι
και αυτοι εξηγουντο τα εν τη οδω και ως εγνωσθη αυτοις εν τη κλασει του αρτου


Wydaje się, że w tym opisie św. Łukaszowym jest więcej zagadek niż odpowiedzi, i to właśnie w istotnych sprawach. Dlaczego uczniowie wpierw nie rozpoznali Pana Jezusa? Co było w tym “łamaniu chleba”, że ono spowodowało rozpoznanie? Co więcej: jak to możliwe, że uczniowie pozwolili przygodnemu człowiekowi zarzucać sobie nierozumność, a potem nawet zaprosili go w gościnę?

Ewangelie ukazują nam postawę, zachowanie i postępowanie Jezusa Chrystusa, a także reakcje i zachowanie ludzi – jako dobre wzory i jako złe przykłady. Postawa tych dwóch jest typowa dla uczniów: oni byli pod wrażeniem wydarzeń, choć ich nie rozumieli. Przed Męką Mistrza byli pełni nadziei, jak zresztą wielu pobożnych ziomków. Tym bardziej byli wstrząśnięci i rozczarowani. Być może wracali do swoich domów, uważając sprawę Jezusa za zakończoną. A może szli z wieścią do krewnych czy przyjaciół. Nie wiemy, co powodowało “uwięzienie” ich oczu wobec postaci Zmartwychwstałego. Komentatorzy biorą pod uwagę zarówno zmieniony wygląd Zmartwychwstałego, jak też duchową ślepotę uczniów. Pewne jest, że Pan Jezus wpierw nie dał się im poznać. Chciał ich stopniowo doprowadzić do poznania, najpierw przez przypomnienie i wyjaśnienia Pisma. To pouczenie, dość twarde zresztą, nie spowodowało u nich obrazy, niechęci, urazy, lecz wręcz przeciwnie – uznanie, sympatię i przywiązanie do tajemniczego podróżnego.

Kluczowe stało się Jego zachowanie przy stole. Było to postępowanie ojca rodziny, który jako głowa i chlebodawca odmawiał modlitwę i podawał chleb. Nie ma to bezpośredniego związku z Ostatnią Wieczerzą. Nic nie wskazuje na to, jakoby chodziło tutaj o sakrament Eucharystii. Pan Jezus chciał, żeby uczniowie Go poznali w sytuacji i geście, który znali z lat chodzenia z Nim. Zapewne wiele razy wcześniej jadali z Nim, gdy On podawał im chleb jak to czynią ojcowie rodzin. Musiało być w tym coś specyficznego, niepowtarzalnego i właściwego tylko dla Jezusa. To musiało być tak wyraźne, że spowodowało w nich wiarę, że On żyje, bo oto jest z nimi.

Jakiś czas temu, akurat w niedzielę wielkanocną odwiedziłem przyjaciela ciężko chorego w klinice, po mocnej dawce chemioterapii i przeszczepie szpiku. Bardzo cierpiał, zarówno fizycznie jak też duchowo. Był to dorosły człowiek z Iranu, który kilka lat temu przyjął Chrzest św. Opowiedział mi, że był u niego kapelan szpitalny z Komunią św. i że on mógł przyjąć Najświętszy Sakrament pod postacią chleba, mimo że od tygodni nie może nawet pić i tym bardziej przyjmować do ust pokarmu. Zapytał mnie: “jak to jest możliwe?"

Wielokrotnie rozmawialiśmy wcześniej o sprawach wiary. Próbowałem mu wyjaśnić między innymi tajemnicę Eucharystii. Co niedzielę przyjmował Komunię św., na ile to można zewnętrznie ocenić, z wiarą i pobożnością. Teraz w sytuacji cierpienia widocznie dane mu było poznać na nowo wielkość tej tajemnicy Obecności. Nie wiem, czy i na ile zrozumiał nasze filozoficzno-teologiczne pojęcia, choć jest człowiekiem wykształconym. Pewne jest, że doznał zdziwienia, chyba nawet zaskoczenia. Stało się to dzięki temu, że pragnął przyjąć Komunię św. mimo tego, że wiedział, iż nie może przyjmować żadnego zwykłego pokarmu. Mówił mi też o swojej niepewności, czy przeżyje, czy przeszczep się powiódł. Wyczułem też lęk, zresztą zupełnie zrozumiały. Jest jednak pewne, że Pan Jezus dał mu znak Swojej obecności. Że pokazał mu wręcz namacalnie, iż w Komunii św. przyjmuje nie opłatek, lecz Obecność, która poucza, pociesza, ukazuje dobroć i daje poznać prawdę. 

Pan Bóg każdego prowadzi na ten sposób, że jakby dołącza do jego drogi. To nie jest towarzyszenie, lecz prowadzenie, poczynając od wyjaśniania prawd i faktów, czyli od zmiany myślenia, od jego korygowania. To jest prowadzenie ojcowskie, czyli o wiele więcej niż nauczycielskie, aczkolwiek wymagające, posługujące się także karceniem. Człowiek może się obrazić na prawdę, ale wtedy zamyka się na nią i nie dochodzi do poznania. Cechą człowieka otwartego na prawdę jest wdzięczność za nią, nawet jeśli jest wymagająca i podważa przeświadczenie o własnej wspaniałości i nieomylności. Cechuje go też zachłanność na prawdę, czyli jej pragnienie niezależnie od tego, jakie ma konsekwencje. A konsekwencją prawdy jest zawsze wracanie do źródeł nadziei oraz dzielenie się prawdą. Prawda powoduje zawsze spotkanie się ludzi dobrej woli. Tylko człowiek zły obraża się na prawdę, choćby nawet odruchowo. 

Zmartwychwstałego poznać może tylko człowiek otwarty na prawdę, zwłaszcza o sobie samym, o swoim braku w rozumowaniu, o swojej ograniczoności. Zdruzgotanie własnych przyziemnych nadziei i wyobrażeń jest konieczne dla poznania Jego takim, jakim jest. On żyje właśnie jako taki, nie inny.