Teolog katolicki odpowiada
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Prostota wiary
Łk 18, 31-43
Wziąwszy Dwunastu powiedział do nich: «Oto wstępujemy do Jerozolimy i spełni się wszystko, co zostało napisane przez proroków o Synu Człowieczym.
παραλαβων δε τους δωδεκα ειπεν προς αυτους ιδου αναβαινομεν εις ιεροσολυμα και τελεσθησεται παντα τα γεγραμμενα δια των προφητων τω υιω του ανθρωπου
παραδοθησεται γαρ τοις εθνεσιν και εμπαιχθησεται και υβρισθησεται και εμπτυσθησεται
και μαστιγωσαντες αποκτενουσιν αυτον και τη ημερα τη τριτη αναστησεται
και αυτοι ουδεν τουτων συνηκαν και ην το ρημα τουτο κεκρυμμενον απ αυτων και ουκ εγινωσκον τα λεγομενα
εγενετο δε εν τω εγγιζειν αυτον εις ιεριχω τυφλος τις εκαθητο παρα την οδον προσαιτων
ακουσας δε οχλου διαπορευομενου επυνθανετο τι ειη τουτο
απηγγειλαν δε αυτω οτι ιησους ο ναζωραιος παρερχεται
και εβοησεν λεγων ιησου υιε δαβιδ ελεησον με
και οι προαγοντες επετιμων αυτω ινα σιωπηση αυτος δε πολλω μαλλον εκραζεν υιε δαβιδ ελεησον με
σταθεις δε ο ιησους εκελευσεν αυτον αχθηναι προς αυτον εγγισαντος δε αυτου επηρωτησεν αυτον
λεγων τι σοι θελεις ποιησω ο δε ειπεν κυριε ινα αναβλεψω
και ο ιησους ειπεν αυτω αναβλεψον η πιστις σου σεσωκεν σε
και παραχρημα ανεβλεψεν και ηκολουθει αυτω δοξαζων τον θεον και πας ο λαος ιδων εδωκεν αινον τω θεω
W najnowszej historii teologii katolickiej zaistniał postulat tzw. krótkich formuł wiary (Kurzformel des Glaubens), które miałyby ułatwić bycie (niby) katolikiem w podwójny sposób: przez skrócenie wyznania “wiary” i przez indywidualne tegoż wynajdywanie. Głośny i modny niegdyś postulat - związany głównie z postacią jezuity Karl'a Rahner'a - w międzyczasie ucichł, właściwie zapomniany. Głównie dlatego, że także krótka formuły wiary zakłada jakąś wiarę, którą miałaby streszczać. Wiemy z życia codziennego, że ciągłe skracanie, zwłaszcza dla samego skracania, prowadzi z reguły do bezużyteczności i wyrzucenia bądź przynajmniej zapomnienia. I słusznie.
Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć, że w Ewangeliach spotykamy bardzo wiele przykładów wiary, a także niewiary, o których nie wiemy wiele oprócz okoliczności, w których występują, oraz jej wyrazów z reguły dość krótkich. Nie można wykluczyć, że te przykłady były jakąś, chociażby odległą inspiracją dla wspomnianego postulatu. Dlaczego więc Kościół zawsze wymagał od kandydatów do Chrztu świętego wyjątkowo mozolnego przygotowania zarówno co do wiedzy w prawdach wiary jak też co do praktyki życia? Dlaczego sformułował dość obszerne Credo, którego wyuczeniem się obarcza już dzieci pierwszo-komunijne i które nakazuje powtarzać regularnie w liturgii? Czy ma to coś wspólnego z wiarą, którą wielokrotnie pochwala sam Jezus Chrystus w Ewangeliach?
Chrystusowe pochwały wydają się zarówno zrozumiałe, jak też poniekąd pochopne. W ich świetle może się wydawać, że właściwie każdy, kto szczerze prosi Boga o jakąś łaskę, chociażby zdrowia i uzdrowienia, zasługiwałby na pochwałę Chrystusową. Rzeczywiście Pan Jezus zachęca do ufnego proszenia Boga w troskach, potrzebach i tragediach życiowych. Sam Bóg jest w stanie ocenić, czy i jaka wiara jest zawarta w naszych modlitewnych prośbach i wołaniach. Także tylko Bóg sam daje skuteczność naszych modlitw.
Ewangelie opowiadają niemal wyłącznie przykłady wysłuchanych próśb skierowanych do Jezusa. Jedynie na marginesie jest wzmianka o tym, że w swojej ojczyźnie “nie mógł zdziałać cudu” i że “dziwił się ich niedowiarstwu” (Mk 6, 5-6). Ludzka zażyłość zdawała się być przeszkodą dla cudów i przyczyną braku wiary. Zaś wiara w Ewangeliach oznacza zawsze zaufanie w Boską moc Jezusa – tego Mistrza, który przemierzał Palestynę i nauczał.
A czynił to otoczony uczniami, których wybrał na najbliższych świadków swego codziennego życia, nauczania i działalności, po to, żeby po Jego odejściu do Ojca uczyli ludzi wiary w Niego. Najpierw jednak ci uczniowie sami musieli uwierzyć, stać się wierzącymi. A to nie staje się raz na zawsze, lecz jest stałym wyzwaniem, które bazuje na dokonanych już doświadczeniach i wyborach.
Ci, którzy chodzili z Jezusem, byli w jakimś sensie wierzącymi. Któż rozsądny zostawiłby dom, rodzinę, pracę itd. bez wystarczającego powodu? Tym powodem musiało być przynajmniej rozpoznanie, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym, przynajmniej prorokiem – posłańcem Bożym, może nawet z oczekiwanym Mesjaszem – Namaszczonym przez Boga. To poznanie, chyba nawet pewność jest podłożem niezrozumienia, gdy Jezus mówi o swojej Męce, także o Zmartwychwstaniu. Ewangelista mówi, że nic z tego nie rozumieli. Nie rozumieli zapowiedzi Męki, bo przeczyła oczekiwaniom i wyobrażeniom o Mesjaszu. Nie rozumieli zapowiedzi Zmartwychwstania, choć widzieli cuda wskrzeszenia z martwych. To niezrozumienie było nie tyle kwestią intelektu (aczkolwiek też), co raczej tego, co się nazywa otwartością serca, gotowością przyjęcia czegoś niespodziewanego, co nie tylko wykracza poza oczekiwania, lecz może być i jest bolesne, może nawet wydawać się nie do zniesienia.
Jezus zapowiadał uczniom cierpienie duchowe i psychiczne w związku z Jego Męką. Wymagał też wiary w Jego Zmartwychwstanie. Ich niezrozumienie było obroną przed spełnieniem się tej zapowiedzi, a nawet przed samą zapowiedzią, która już jako zapowiedź była bolesna, także jako zdruzgotanie ich oczekiwań, wyobrażeń, nadziei. Oni przecież oczekiwali Mesjasza, który ustanowi królestwo Izraela, wyzwoli naród i zaprowadzi Boży porządek sprawiedliwości i pokoju. A On mówi im o odrzuceniu w Jerozolimie, zabiciu, a ponadto tylko o swoim powstaniu z martwych tak, jakby Go los narodu nie interesował.
Czyż nie dlatego Jezus pyta ślepego przy drodze: co chcesz żebym ci uczynił? Dlaczego Jezus nigdy nie zapytał uczniów: co chcecie żebym wam, żebym narodowi naszemu uczynił? Otóż dlatego, że właściwie tylko każdy z osobna, poszczególna osoba może chcieć, pragnąć, może prosić, nawet jeśli pragnienia, tęsknoty, oczekiwania i prośby są zgodne i równoczesne.
Bóg zbawia każdego z osobna, ponieważ stwarza każdego z osobna. Każdy grzeszy jako osoba, nawet jeśli dzieje się to najczęściej wespół, a całemu rodzajowi ludzkiemu wspólna jest zmaza grzechu pierworodnego, który ma swój początek w grzechu poszczególnych osób – pierwszych rodziców.
Dlatego właśnie wiara jest prosta, wiara jako osobiste stanięcie w prawdzie przed Bogiem ze swoimi pragnieniami, a właściwie z tym jedynym najgłębszym pragnieniem, którego pochodną są wszystkie mniejsze i drobne, także całkiem przyziemne pragnienia – pragnieniem widzenia Boga, to znaczy poznania Boga całym sobą, czego symbolem jest widzenie oczami Jego dzieł.
Wielkość i głębia wiary niewidomego żebraka polegała na prostym pragnieniu wyrażonym w usilnym błaganiu, które nie zważało ani na swoje wątpliwości, ani na przeszkody ze strony otoczenia.
Jakże zupełnie różne jest to wołanie od muślimskiej szahady i rahnerowskich wymyślonych skrótów! To jest wołanie z prawdy poznania własnej nędzy i bezradności, która skierowuje wszystkie siły i całe pragnienie ku Temu jedynemu, który ma moc i miłość.
Nie zrozumiał Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła ten, kto nie pojął, że taki właśnie jest sens zarówno Jego Męki i Zmartwychwstania, jak też całej instytucji i życia Kościoła. Nie rozumiemy nic z całego Pisma św., z Tradycji, uroczystych wyznań wiary, z pięknej liturgii katolickiej i wspaniałych pism katolickich uczonych i świętych, jeśli nie ma w nas postawy ślepego żebraka spod Jerycha, który wołał nie tylko o światło oczu dla siebie, lecz także o światło wiary dla nas.
Parodia "dialogu" czyli atak na x. prof. Waldemara Chrostowskiego
Po obszernym wywiadzie dla KAI z 6 lutego 2026 r. (tutaj) pojawiły się oburzone a rytualne ataki osób, które poczuły się czy to urażone czy też nadepnięte. Chodzi zwłaszcza o następujące fragmenty, które warto zachować w pamięci (aczkolwiek całość wywiadu jest godna polecenia):
Wystarczy poziom IQ na poziomie najwyżej przeciętnym, by dostrzec, kogo św. Paweł ma na myśli mówiąc o odłamanych z powodu niewiary. Tak więc x. Wróbel widocznie ma problem z czytaniem ze zrozumieniem w stopniu elementarnym. A jeśli stawia słowa Jana Pawła II - jak na to wygląda - ponad słowami Nowego Testamentu, to z całą pewnością nie reprezentuje wiary chrześcijańskiej lecz jakąś dziwną sektę (wojtyliańską?).
Jan Paweł II mówi o "spotkaniu między ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało odwołane przez Boga, a ludem Bożym Nowego Przymierza", a także "między dzisiejszymi Kościołami chrześcijańskimi a dzisiejszym ludem Przymierza zawartego z Mojżeszem". Można odnieść wrażenie, że te słowa nawiązują do deklaracji soborowej "Nostra aetate", jednak w całym przemówieniu nie ma żadnego wskazania na nią. Co więcej: słowa Jana Pawła II nie odpowiadają słowom tej deklaracji, gdzie czytamy (źródło tutaj):
Jak widać, nie ma tutaj utożsamienia współczesnego judaizmu z ludem Starego Testamentu. Jest mowa, że
Sprawa jest tutaj owszem pomieszana, a to przez to, iż powołując się na "Nostra aetate" Katechizm dokonuje zafałszowania polegającego na zastąpieniu określenia "cum stirpe Abraham" przez "cum populo Iudaico", co jest oczywiście niezgodne ze słowami św. Pawła, które również się wskazuje. Apostoł bowiem nigdy nie utożsamiał żydów, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, ani całego narodu żydowskiego z plemieniem Abrahama. Według niego potomkami i dziedzicami Starego Przymierza są tylko ci, którzy przyjęli Mesjasza.
Korzenie modernizmu
Pytanie jest wprawdzie złożone, lecz właściwie dość proste. Trafną analizę modernizmu dał Kościołowi i światu już papież św. Pius X w swojej słynnej encyklice "Pascendi Dominici gregis", której lekturę oczywiście polecam. W niej zawarta jest zasadnicza odpowiedź na to pytanie. Encyklika jest owszem pisana częściowo dość fachowym językiem, co wynika z faktu, że jest adresowana właściwie do biskupów czyli osób dysponujących odpowiednim przygotowaniem filozoficznym i teologicznym. Tym niemniej każdy może odnieść z niej pożytek, tym większy im większego trudu dołoży dla jej zrozumienia.
Nie byłoby sensowne referowanie tutaj tejże encykliki. Ograniczę się do kilku - mam nadzieję pomocnych - uwag.
Papież jako główne i zasadnicze źródło modernizmu wymienia na pierwszym miejscu agnostycyzm, a następnie ewolucjonizm i panteizm. Nie trudno więc dostrzec, że chodzi o takie filozoficzne korzenie jak kantyzm i heglizm. W uproszczeniu mówiąc: ten pierwszy jest odpowiedzialny za sprowadzenie religii do sfery przeżyć i ewentualnie moralnej funkcji społecznej, ten drugi za ślepą wiarę w postęp dziejowy i apoteozę subiektywności, z panteizmem włącznie. Konsekwencją jest relatywizm, czyli negacja nie tylko poznania prawdy lecz wręcz istnienia prawdy.
Sięgając jeszcze głębiej w historii myśli ludzkiej, dochodzimy do późnośredniowiecznego nominalizmu oraz starożytnego sofizmu z pewną domieszką platonizmu i neoplatonizmu (co jest widocznie zwłaszcza u Hegla). Reprezentantami w dziedzinie religii są zarówno judaizm (czyli religia rabiniczno-talmudyczna) oraz protestantyzm. Jako wspólną cechę mają wstręt do realizmu poznawczego czyli do możliwości prawdziwego poznania w różnych a kompatybilnych drogach poznania (indukcja, dedukcja, w pewnym zakresie także intuicja), reprezentowanego w filozofii o metodzie scholastycznej, której wybitnym wykwitem jest tomizm, a to nie w znaczeniu pewnej szkoły czy nurtu filozoficznego lecz jako tzw. filozofii wieczystej, skupiającej i dyskutującej komplexowo i owocnie całość zakresu i dziejów myśli ludzkiej w jej najwybitniejszych okazach.
W XIX w. doszło do pewnej transformacji w stosunku między tą filozofią i tym samym teologią katolicką a naukami. Filozofia europejska była wówczas zdominowana przez kantyzm oraz jego epigonów i bachorów - z jednej strony heglizm, z drugiej pozytywizm i scjentyzm. Nauki szczegółowe, zwłaszcza przyrodnicze rozwijały się bujnie swoją drogą, czyli metodą indukcyjną. Nieco później pojawiła się fenomenologia i tzw. filozofia analityczna skupiona na dedukcji. Przyrodnicy przejawiali - i obecnie także przejawiają - ambicje quasi filozoficzne, a nawet quasi teologiczne, a to zwykle niestety bez odpowiedniego przygotowania w wykształceniu ogólnym filozoficznym. Skutkuje to z reguły podawaniem poglądów filozoficznych czy raczej pseudofilozoficznych jako rzekomo wynikających z danych przyrodnictwa. Bardzo często spotykanym przejawem ignorancji filozoficznej na poziomie elementarnym jest utożsamianie naukowości z metodą nauk przyrodniczych (w takich sformułowaniach jak "filozofia a nauka", "teologia a nauka" itp.). Zwykle polega to na przynajmniej językowym przejęciu angielskiego słowa "science" do języka polskiego jako "nauka", co choćby językowo jest błędne i świadczące o ignorancji także lingwistycznej, gdyż to angielskie słowo oznacza jedynie nauki przyrodnicze (co się wiąże z XVIII i XIX-wiecznym empiryzmem angielskim), a nie naukowość w ogóle. W językach romańskich takiego zawężenia z reguły nie ma, także w języku niemieckim, jednak w języku publicystycznym i popularnym jest ono dość częste niestety, co ma związek z rozpowszechnieniem języka angielskiego w stopniu jedynie prymitywnym i powierzchownym i to nawet na wyższych uczelniach.
Należy więc odróżnić pierwotne, historyczne korzenie modernizmu od przyczyn współczesnych. Te drugie oczywiście sprowadzają się ostatecznie do pierwszych, jednak obecnie nie są tożsame. Przyczyny obecne są prostsze, bardziej prymitywne, gdyż zwykle bezrefleksyjne i na niskim poziomie intelektualnym, wręcz nieuświadomione, gdyż otaczające niemal zewsząd, także w teologii i w przestrzeni kościelnej, a wynikające z braku wiedzy i krytycznego myślenia. Jednak nie można im zaradzić bez odniesienia do przyczyn historycznych. Innymi słowy: środkiem zaradczym jest powrót do solidnej wiedzy filozoficznej i teologicznej. W tym znaczeniu lekarstwem jest nauka we właściwym, niezawężonym do przyrodnictwa sensie. Znajomość zdrowej filozofii - tej, która jest też fundamentem zdrowej teologii katolickiej - wyposaża umysł w krytycyzm niezbędny dla trzeźwego podejścia do współczesnych trendów myślowych i kulturowych, obecnych także pośród przedstawicieli nauk szczegółowych, tudzież pośród ludzi sztuki, publicystyki, polityki, edukacji itd.
W tym znaczeniu solidna wiedza naukowa nie zagraża lecz sprzyja teologii i życiu kościelnemu. Nie przypadkowo w ostatnich dekadach forsowany jest także na uczelniach katolickich i na wydziałach teologii (niegdyś) katolickich wtórny debilizm polegający z jednej strony na niechęci czy wręcz wrogości i wyszydzaniu filozofii klasycznej i ogólnie edukacji klasycznej, a z drugiej na wręcz irracjonalnym, sekciarskim uwielbieniu dla wiadomego "soboru" wraz z jego zgniłymi owocami w postaci pisanej, mówionej, wizualnej i akustycznej.
Ma to wymiar nie tylko antyintelektualny lecz także antyestetyczny. Naocznie widać to w nowoczesnej architekturze kościelnej, w wyposażeniu świątyń, w szatach i sprzętach liturgicznych, których brzydota czy wręcz ohyda uderza każdego, kto nie wyzbył się elementarnego wyczucie estetyki. Podobnie jest z muzyką w obszarze kościelnym.
Zapaść zarówno estetyczna jak też intelektualno-duchowo-moralna przejawia się szczególnie jaskrawo w modzie damskiej", która się rozpowszechniła na szeroką skalę w ostatnich 10-20 latach. Polega ona na przejęciu noszenia spodni. Ta maniera została zapoczątkowana w komuniźmie, czego dowodzą obrazki z tamtej epoki. Wiązało się to z zaprzęgnięciem niewiast do ciężkiej pracy fizycznej w kołchozach i fabrykach. Jednak nawet komunizm wykazał o tyle respektu wobec godności niewieściej, że nawet mundur damski (policyjny, wojskowy itp.) zawierał jedynie spódnice, nigdy spodnie. Ogólnie w przestrzeni publicznej, zarówno w urzędach, jak też w szkołach, nawet w handlu i usługach nie było wyjątku. To, czego nie próbowali forsować nawet komuniści, stało się quasi obowiązującą modą dopiero w epoce długich (zbyt długich) rządów pewnej biologicznie żeńskiej osoby politycznej zza Odrą, która dla kogokolwiek zdrowo myślącego z całą pewnością właściwie nie powinna być wzorem pod jakimkolwiek względem. Bezmyślne naśladowanie takiej osoby doprowadziło do obecnego stanu estetyczno-umysłowego, który obraża zarówno niewiasty jak i mężczyzn. Zdrowo myślący mężczyźni - i to nawet duchowni - nie mają śmiałości powiedzieć stanowczo swoim małżonkom, co sądzą o tej modzie, zapewne w przeświadczeniu, że ich zdanie zostanie przynajmniej zlekceważone bądź wręcz wyszydzone. Po stronie zaś niewiast ta "moda" manifestuje brak elementarnego szacunku dla męskich odczuć estetycznych, co oznacza ostatecznie pogardę dla ich męskości, nie tylko dla swojej godności niewieściej.
Równocześnie forsuje się fideizm polegający na ślepym zaufaniu dla "soboru" i reform z nim związanych, a zwłaszcza dla hierarchii, która je reprezentuje, a sama jest uległa i spolegliwa już nie tylko względem "soboru" i "papieży soborowych", lecz jeszcze bardziej wobec możnych tego świata i potężnych machin medialnych. Dobitnym przykładem jest postawa i zachowanie hierarchii - z nielicznymi wyjątkami - podczas niedawnej globalnej histerii w związku z pewną chorobą. Te wręcz niebywale skandaliczne na tle całej historii Kościoła fakty ukazały stan intelektualny, duchowy i moralny większości duchowieństwa, co świadczy o tym, jak i czym zostało ono i jest formowane. Z całą pewnością nie są to zasady i wartości katolickie w znaczeniu rdzennie katolickich prawd i norm wynikających z Bożego Objawienia podawanego przez Tradycję Kościoła na przestrzeni wieków.
Jak można i trzeba temu zaradzić?
Po pierwsze, przez kształcenie intelektualne na podstawie klasycznych dzieł filozofii i teologii katolickiej. Najlepiej jest to czynić w grupach samokształceniowych choć niewielkich. Nie wystarczy ograniczyć się do słuchania czy oglądania swoich ulubionych kanałów, czytania blogów i czytania sobie dobrych książek. Dobrze prowadzona formacja w grupach jest nieodzowna zwłaszcza dla osób nieprzygotowanych do tematyki z powodu braku wykształcenia. Takim osobom jest szczególnie trudno przebrnąć przez niekiedy niełatwe konstrukcje myślowe nawet w dobrych książkach, zaś wyjaśnienie przez kogoś kompetentnego zarówno istotnie pomaga jak też motywuje. Wystarczy spotykać się po domach w małych grupach pod opieką kogoś lepiej przygotowanego. Ileż czasu marnuje się często na plotkowanie, rytualne oburzanko, czy durne rozrywki. A rodzice swoim spędzaniem wolnego czasu dają przykład swoim dzieciom. Jeśli sami się karmią tylko telewizją, internetem, czy byle jaką rozrywką, to nie powinni się dziwić, że ich dzieci i nie mają lepszych pomysłów na poszerzanie swoich horyzontów intelektualnych, duchowych i moralnych.
Po drugie, dojrzałe życie duchowe, obejmujące nie tylko regularne praktyki sakramentalne (spowiedź, Komunia św.), lecz także modlitwę osobistą i rodzinną, wraz z pogłębianiem życia duchowego na dobrych dniach skupienia czy rekolekcjach.
Oczywiście nie są to środki sensacyjne czy nowatorskie (takiego typu jak spędy pseudocharyzmatyczne). Są jednak sprawdzone i dające gwarancję dobrych owoców w wymiarze zarówno indywidualnym jak też rodzinnym i w szerszych społecznościach. To jest walka z modernizmem - tym zbiorem wszelkich herezyj, jak mówi św. Pius X - możliwa dla każdego i właściwie niezbędna. W taki właśnie sposób może i powinno postępować odtruwanie duchowe, intelektualne i moralne, które może zapalić także młodzież, która z natury jest krytyczna i szukająca właściwej drogi. Bez reprezentowania odpowiedniego poziomu w tych wymiarach zarówno indywidualnie jak też społecznie nie uda się ukazać młodemu pokoleniu prawdy i piękna katolicyzmu. Narzekanie na świat współczesny, na "takie czasy", na "taką młodzież" na pewno nie pomoże, a jedynie prowadzi do zniechęcenia, gnuśności i katastrofizmu. To jest obecnie poważna, bardzo powszechna pokusa szatańska zwłaszcza pośród katolików nastawionych tradycyjnie. Nie wolno się jej poddawać.
Tajemnica płodności
Łk 8,4-15:
A gdy się zeszło wiele ludu i z miast przybywali do niego, rzekł przez podobieństwo:
Wyszedł siewca rozsiewać ziarno swoje. A gdy on siał, jedno padło na drogę i zostało zdeptane, a ptaki niebiańskie zjadły je.
A drugie padło na skałę, a gdy wzrosło, uschło, bo nie miało wilgoci.
A inne padło między ciernie, a ciernie razem z nim wzrosły i zadusiły je.
A inne padło na ziemię dobrą i, gdy wzrosło, wydało plon stokrotny. To mówiąc, wołał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.
I pytali go jego uczniowie, co znaczy to podobieństwo.
A On im rzekł: Wam dane jest poznać tajemnice Królestwa Bożego, ale innym dawane jest w podobieństwach, aby widząc nie widzieli, a słuchając nie pojęli.
A tym jest to podobieństwo: Ziarnem jest słowo Boże.
A tymi na drodze są ci, którzy słuchają; potem przychodzi diabeł i wyrywa słowo z serca ich, aby nie zostali uwierzywszy zbawieni.
A tymi na skale są ci, którzy, gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, ale korzenia nie mają, chwilowo wierzą, a w chwili próby odstępują.
A to, które padło między ciernie, to są ci, którzy usłyszeli, ale idąc pod troskami, bogactwami i rozkoszami życia, są przyduszeni i nie donoszą do celu.
A to na pięknej ziemi to są ci, którzy pięknym i dobrym sercem usłyszawszy słowo, zachowują je i wydają owoc w wytrwałości.
συνιοντος δε οχλου πολλου και των κατα πολιν επιπορευομενων προς αυτον ειπεν δια παραβολης
εξηλθεν ο σπειρων του σπειραι τον σπορον αυτου και εν τω σπειρειν αυτον ο μεν επεσεν παρα την οδον και κατεπατηθη και τα πετεινα του ουρανου κατεφαγεν αυτο
και ετερον επεσεν επι την πετραν και φυεν εξηρανθη δια το μη εχειν ικμαδα
και ετερον επεσεν εν μεσω των ακανθων και συμφυεισαι αι ακανθαι απεπνιξαν αυτο
και ετερον επεσεν επι την γην την αγαθην και φυεν εποιησεν καρπον εκατονταπλασιονα ταυτα λεγων εφωνει ο εχων ωτα ακουειν ακουετω
επηρωτων δε αυτον οι μαθηται αυτου λεγοντες τις ειη η παραβολη αυτη
ο δε ειπεν υμιν δεδοται γνωναι τα μυστηρια της βασιλειας του θεου τοις δε λοιποις εν παραβολαις ινα βλεποντες μη βλεπωσιν και ακουοντες μη συνιωσιν
εστιν δε αυτη η παραβολη ο σπορος εστιν ο λογος του θεου
οι δε παρα την οδον εισιν οι ακουοντες ειτα ερχεται ο διαβολος και αιρει τον λογον απο της καρδιας αυτων ινα μη πιστευσαντες σωθωσιν
οι δε επι της πετρας οι οταν ακουσωσιν μετα χαρας δεχονται τον λογον και ουτοι ριζαν ουκ εχουσιν οι προς καιρον πιστευουσιν και εν καιρω πειρασμου αφιστανται
το δε εις τας ακανθας πεσον ουτοι εισιν οι ακουσαντες και υπο μεριμνων και πλουτου και ηδονων του βιου πορευομενοι συμπνιγονται και ου τελεσφορουσιν
το δε εν τη καλη γη ουτοι εισιν οιτινες εν καρδια καλη και αγαθη ακουσαντες τον λογον κατεχουσιν και καρποφορουσιν εν υπομονη
Płodność znamionuje wszystkie istoty żywe, stanowi ich cechę istotną. Tylko to, co chłonie pożywienie i energię, przemienia się, wzrasta i wydaje owoc, a tym samym przekazuje swoje życie i poniekąd siebie, jakby trwając w nowym życiu. Tak jest począwszy od najprostszych żywych organizmów jednokomórkowych aż do człowieka.
Płodność oznacza nie tylko dawanie siebie, lecz równocześnie spotkanie. Wyższy poziom płodności, takiej, która prowadzi do powstania nowej, niepowtarzalnej jakości, wymaga połączenia i przyjęcia, i to wielostopniowego i różnorodnego. Ma to miejsce już w świecie roślin na co dzień nas otaczających, od najmniejszej trawki przydrożnej i rośliny doniczkowej aż po okazałe drzewa. Tak Bóg urządził świat, widzialny dla nas, który jest odbiciem i obrazem, ilustracją i niejako objawieniem prawdy o samym Stwórcy i rzeczach niewidzialnych.
Przypowieść o siewcy i różnych typach gleby wydaje się przy pierwszym zetknięciu irytująca i tragiczna, nawet niestosowna: ktoś przemawiający do tłumu rzuca porównanie siebie do siewcy, a słuchacza do gleby czy raczej różnych rodzajów miejsca zasiewu. Nasuwa się pytanie, czy bardziej obraźliwe jest porównanie siebie do kogoś, kto rzuca ziarno na drogę bądź skałę, czy też nazwanie swoich słuchaczy złą glebą. Ta wręcz, wydawałoby się, zuchwała niestosowność pozostaje i nawet wręcz potęguje się w połączeniu z wyjaśnieniem w drugiej części perykopy. Cóż to za siewca, który wysiewa na drogę, na skały, pośród gotowe do wybujania ciernie? Zdumione pytanie uczniów jest zupełnie zrozumiałe i wyraża bardziej zmieszanie emocjonalne niż nieporadność intelektualną. Byli na tyle pojętni i na tyle znali już styl nauczania Mistrza, że wiedzieli, iż ma na myśli sprawy wyższe, duchowe. Nie byłoby dziwne, gdyby przynajmniej część z nich od razu pojęła, że chodzi o plon duchowy, o dzieło Boże zakładające sens, dobroć i wspaniałość stworzenia.
Wyjaśnienie Jezusowe jest bardzo proste, właściwie oczywiste, zarówno dla współczesnych jak też po wsze czasy. Zaskakujące jest natomiast Jezusowe wprowadzenie do wyjaśnienia: wskazanie na wybranie, Boże obdarowanie uczniów tak daleko idące, że udzielające poznania “tajemnic Królestwa Bożego”. Co to są za tajemnice? Dlaczego Bóg sprawia różnicę inaczej traktując z jednej strony wielki tłum, a z drugiej uczniów, których Jezus powołał do pójścia za Nim? Przecież także do tych ostatnich skierowana była przypowieść, skoro prosili o jej wyjaśnienie. Zaś wyjaśnienie nie wydaje się zawierać jakiejś tajemnej wiedzy. Czyż ono udziela wglądu w tajemnice, daje ich zrozumienie?
Nie samo wyjaśnienie przypowieści jest przywilejem i wyróżnieniem. Zapewne pośród tłumu byli słuchacze na tyle inteligentni, że bez wyjaśnienia Jezusowego zrozumieli, iż ziarno oznacza słowo Jezusowe, a gleba to serca ludzkie. Tym niemniej dla każdego słuchacza – wówczas tak samo jak dzisiaj – było i jest irytujące i nurtujące pytanie, dlaczego siewca cenne ziarno wyrzucał na podeptanie, wyżarcie przez ptaki i zagłuszenie przez ciernie. To jest właśnie tajemnica Królestwa Bożego.
Tę tajemnicę poznają wybrani do bliskości, zażyłości z Jezusem. U nich pojawia się nie tylko dociekliwość o sens przypowieści, lecz także, a nawet przede wszystkim pytanie: jaką glebą jest moje serce? Przy tym serce oznacza w języku biblijnym nie tylko i nie przede wszystkim sferę emocjonalną czyli uczucia, lecz centrum osoby, ośrodek zarówno cielesny jak też duchowy, podmiot całościowego poznania oraz działania.
To refleksyjne pytanie, jeśli dotyka i wychodzi z głębi serca, zawiera niepewność siebie, także pewien niepokój, zatroskanie o siebie. Miało ono miejsce zapewne u uczniów, może nawet powodując lęk o siebie i obawy. To może i powinno nastąpić także u nas. Jak Pan Jezus na to odpowiada? Właśnie wskazaniem na wybranie przez Boga w postaci powołania do bycia Jego uczniem.
Pan Jezus nie mówi, jakoby to powołanie oznaczało samo przez się bycie żyzną glebą dla słowa Bożego. Wybranie w tym kontekście oznacza nie tyle upodobanie co obdarzenie z hojnej, wręcz niesłychanie rozrzutnej miłości. Tej Bożej rozrzutności jest świadom każdy, kto trzeźwo spogląda zarówno na swoje życie jak też na niewdzięczność, zaślepienie, otępiałość i zatwardziałość serc ludzkich wokół siebie. Równocześnie to właśnie nasze własne niewdzięczne zaskorupienie, rozproszenie i wybujałość w rzeczach przyziemnych i szkodliwych stanowi o rodzaju spotkania naszego serca ze słowem Bożym, które jest przehojne, szczodre, a równocześnie delikatne, nie zadawające gwałtu.
Klasyfikacja rodzajów gleby w przypowieści nie jest wyrokiem lecz wezwaniem. Wezwaniem typowym dla prawdziwego Boga, który tak urządził świat, że ze skruszonych skał powstaje gleba, zaś człowiekowi powierzył troskę o uprawę ziemi, w tym także trud rozróżniania ziarna pożytecznego, życiodajnego według czasu i miejsca. Człowiek ma nie tylko możliwość i władzę rozróżniania gleby żyznej od nieurodzajnej, a nawet przemiany pustkowia w ziemię uprawną i płodną. Przede wszystkim każdy z nas ma zdolność uprawiania swego serca, czyli osobowej gotowości na przyjęcie życiodajnego, rozrzutnego z miłości słowa prawdy – o Bogu i o sobie.
Czy udział w studniówce w piątek jest grzechem?
Są dwie kwestie:
kanoniczno-prawna
oraz
duchowo-moralna.
Przykazania kościelne w obecnej wersji wydanej przez biskupów polskich (w 2014 r.) zawierają:
Tak więc czysto prawnie w piątki obowiązuje abstynencja, natomiast we Wielkim Poście zakaz udziału w zabawach.
Dyspensy może udzielić tylko biskup ordynariusz (can. 87), zaś proboszcz czy inny duchowny może udzielić dyspensy tylko wtedy, gdy udzielone mu zostało prawo do udzielenia dyspensy (can. 89), czyli musi mieć to prawo udzielone przez biskupa ordynariusza.
Tyle od strony czysto prawnej.
Jednak nie mniej ważna a nawet ważniejsza jest perspektywa duchowo-moralna. Otóż udzielenie dyspensy w myśl prawa kanonicznego musi być powodowane jakimś dobrem wyższym. W tym wypadku takiego dobra nie ma, a nawet wręcz przeciwnie.
Tak więc jeśli ktoś w ślepym zaufaniu wobec proboszcza skorzysta z ważnie udzielonej dyspensy, nie grzeszy. Grzeszy natomiast duchowny, który udziela dyspensy bez godziwego powodu czyli dla dobra wyższego.
Jeśli natomiast ktoś wie, że dyspensa została udzielona bez godziwego powodu, a mimo tego skorzysta z niej, wówczas popełnia grzech. Nie jest to grzech ciężki, jeśli nie wynika z ogólnej pogardy dla przepisów postnych Kościoła. Jednak także takich grzechów lekkich należy unikać.
Papież Dawid I
Wygląda na to, że jeszcze nie ma wypracowanego stanowiska, co wynika zapewne z braku zdania ze strony Leona XIV. Zgadza się to z tym, co jest zawarte słowach x. Pagliarani'ego, że list otrzymany przez niego w odpowiedzi na jego prośbę o audiencję nie odnosi się do kwestii. Oznacza to, że na Watykanie są istotne rozbieżności w odniesieniu do FSSPX, a Leon XIV nie wypracował jeszcze swojego stanowiska.
Podziękowanie
Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):
94 1020 4274 0000 1102 0067 1784
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Kwestia dotyczy wprost autonomii Kościoła, w odpowiednim sensie stosunków między Kościołem a państwem. W tej kwestii są dwie zasadnicze p...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
Dopiero zwrócono mi uwagę na wypowiedź znanego jezuity w kwestii, na którą dane mi było już kiedyś odpowiedzieć w związku z wypowiedziami...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
