Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Ceremoniarz w Novus Ordo


Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem specjalistą w Novus Ordo, ponieważ od dawna go nie sprawuję. Mam jedynie ogólną wiedzę. A zupełnie nie znam przepisów czy zwyczajów specyficznie polskich. Dlatego przede wszystkim polecam:

- nie polegać ślepo na tym, co dany proboszcz oczekuje czy praktykuje, 

- domagać się od nich (oczywiście uprzejmie) wskazania na przepisy liturgiczne, na których się opierają,

- mieć odwagę porównać praktykę parafialną z tymi przepisami. 

Podane przykłady wydają mi się mieścić w przepisach Novus Ordo. W liturgii tradycyjnej zadaniem ceremoniarza jest m. in. właśnie obsługiwanie mszału, czyli tutaj zachodziłaby nawet pewna zgodność. 

Co do podanego sposobu udzielenia Komunii św. sprawa jest nieco złożona. Po pierwsze, ten sposób mieści się w przepisach Novus Ordo, które dopuszczają udzielenie Komunii św. pod dwiema postaciami przez zanurzenie. Po drugie, zaletą tego sposobu jest niemożliwość udzielenia na łapkę, gdyż wtedy jest jedynie możliwość udzielenia do ust. Po trzecie jednak, podejrzewam, że kapłan w ten sposób usiłował Ciebie jakoś wyróżnić i w swoisty sposób jakby przekupić w jakimś celu. Ten trzeci aspekt jest oczywiście haniebny, gdyż liturgia nie powinna być okazją czy środkiem dla takich zagrywek. Ten kapłan mógłby w inny sposób okazać, że Cię lubi czy docenia, nie w ten sposób. 


Czy zły przedmiot jest zagrożeniem duchowym?


Należy tutaj sprecyzować zarówno zły przedmiot jak też zagrożenie duchowe. 

Rozumiem, że chodzi o książkę o złej treści. Nasuwa się pytanie, skąd się wzięła w danym domu i dlaczego, oraz po co w nim jest. To jest istotne. 

Co do zagrożenia duchowego pytający ma widocznie na myśli pokusy. 

Teologicznie są tutaj następująca zasadnicza kwestia:

Czy przedmiot może mieć wpływ na stan duchowy człowieka?

W pewnych kręgach od pewnego czasu nasiliło się przeświadczenie o rzekomej quasi magicznej mocy przedmiotów i miejsc. Jest czy było to głoszone przez niektórych popularnych duchownych, powiązanych w jakiś sposób z tzw. charyzmatyzmem, a niekiedy uprawiających oficjalnie bądź nieoficjalnie rzekome exorcyzmy w stylu bardziej czy wyłącznie protestancko-modernistym. Niektórzy nawiązują też do tradycyjnych exorcyzmów czy modlitw błogosławieństw z rytuału katolickiego, w których znajdują potwierdzenie czy źródło dla swojego nauczania o przeklętych czy posiadanych przez szatana przedmiotach. 

Pewne jest, że kręgi okultystyczne i satanistyczne stosują jakiegoś rodzaju przekleństwa czy zaczarowywanie przedmiotów, by w jakiś sposób posługiwać się nimi do złych celów. To właśnie do takich przedmiotów odnoszą się modlitwy exorcyzmowania w Rituale Romanum. Aczkolwiek te kwestie nie są bliżej określone ani w oficjalnych dokumentach Magisterium Kościoła ani w samych księgach liturgicznych. 

Istotne jest, że przedmioty same ze siebie nie mają żadnej mocy działania czy wpływania na człowieka, lecz jedynie mogą być okazją czy swego rodzaju "narzędziem" dla działania szatana czy demonów, zwłaszcza na zaproszenie czy wezwanie człowieka. Innymi słowy: nawet przeklęty przedmiot nie może wyrządzić niczego złego. Do złego zdolny jest jedynie byt duchowy, czyli obdarzony wolną wolą. 

Należy odróżnić działanie przedmiotu od jego odczuwania przez człowieka, dopuszczonego przez Boga. Na wskazanym przykładzie książki polega to na tym, że Pan Bóg może pozwalać na większe kuszenie przez szatana w pobliżu złej książki po to, by człowiek ją usunął względni zniszczył. "Złość" książki nie leży w tym, że jest książką, lecz w tym, że została napisana w złym celu i temu celowi poświęcona przez złego człowieka. 

Innymi słowy: zagrożeniem duchowym nie jest sam przedmiot lecz pokusa, która może się pojawić w jakimś związku z tym przedmiotem. Jej pojawienie się może być wskazówką ku temu, żeby się tego przedmiotu pozbyć, a bo nie z powodu jego samego lecz z powodu złego zamiaru tego, który chciał się tym przedmiotem posłużyć. 

Nie należy więc przeceniać "mocy" takiego przedmiotu, nawet jeśli rzeczywiście został stworzony w złym celu czy wręcz poświęcony złemu duchowi. Błędem byłoby jednak także niedocenianie jego znaczenia dla zdarzeń duchowych czy przynajmniej dla samopoczucia. Właściwe złe działanie książki zachodzi wtedy, gdy jest czytana, nie gdy leży na półce. Równocześnie także jej leżenie na półce nie jest obojętne czy zupełnie nieznaczące, gdyż może zostać przynajmniej potencjalnie przeczytana i tym samym rozwinąć swoje właściwe złe działanie. Ta zła potencjalność może być słusznie odczuwana jako zagrożenie czy to dla siebie czy dla innych osób, więc nie należy jej lekceważyć. Jednak pewne jest, że samo leżenie na półce nie jest w stanie wyrządzić szkody duchowej, o ile nie może człowieka nakłonić do grzechu. 

Dlatego nie jest obojętne, jakimi przedmiotami się otaczamy, aczkolwiek nie należy im też przypisywać mocy, której nie mają, gdyż to trąci myśleniem magicznym czyli niechrześcijańskim, a to już może zaszkodzić duchowo, gdyż jest przeciwne wierze katolickiej. 


Czy w Iranie jest teokracja?



Temat Iranu wyraźnie ożył w przestrzeni publicznej od ataku państwa położonego tam gdzie chce wraz z swoim sojusznikiem zza wielkiej wody, co rozpoczęto w formie gorącej dwa tygodnie temu. Sytuacja jest nieco podobna jak w kwestii ataku Moskali na państwo banderoidów położone w znacznej części na Kresach Rzeczypospolitej. Dochodzi oczywiście czynnik odległości kulturowej, cywilizacyjnej i religijnej. To odgrywa właśnie istotną rolę w aktualnej debacie czy raczej narracji polityczno-społecznej. Występują oczywiście także głosy wyważone przynajmniej częściowo i oparte na mniej więcej solidniejszej wiedzy. Przeważa jednak ignorancja i podejście bardziej sentymentalne niż racjonalne i to z różnych stron. Nie jestem politykiem ani historykiem, ani znawcą Środkowego Wschodu czy specjalnie Iranu. Jednak w wyniku znajomości osobistej z Irańczykami na tzw. Zachodzie mam też pewne doświadczenie. Zgodnie z oczekiwaniami P. T. Czytelników mogę się wypowiedzieć teologicznie jak najlepiej potrafię. 

Zostałem zmotywowany do wypowiedzi między innymi przez powyższą wypowiedź znalezioną w internetach, a szczególnie przez nazwanie aktualnego sytemu politycznego Iranu "teokracją", co z punktu widzenia zarówno teologicznego jak też historycznego i politologicznego jest błędne. 

Zanim przejdę do tej kwestii, pragnę zaznaczyć, że póki co nie zajmę zdecydowanego stanowiska wprost odnośnie do aktualnej wojny w Iranie, gdyż brakuje wystarczających danych. Obecnie wygląda na to, że atak trwający od dwóch tygodni przynajmniej o tyle nie spełnia warunków wojny sprawiedliwej określonych w nauczaniu Kościoła, że była szansa na pokoje rozwiązanie konfliktu w drodze pertraktacji, skoro państwo irańskie wyraziło gotowość do pewnych ustępstw w kwestii zagrożenia czy potencjału mogącego zagrozić bezpieczeństwu innych państw (rezygnacja z opracowania arsenału nuklearnego i współpraca z USAnią w wydobyciu ropy naftowej). Można oczywiście pytać, na ile wiarygodne byłyby to ustalenia, lecz to jest kwestia traktatowego dopracowania szczegółów. W każdym razie należy powiedzieć, że wojna nie może być sprawiedliwa, jeśli jest choćby szansa na pokojowe rozwiązanie. Ponadto zastosowane środki w postaci ataków na cele cywilne nie odpowiadają kryteriom etycznym i prawu międzynarodowemu.

Tymczasem przywódcy państw atakujących czyli agresorów wprost zadeklarowali, że ich celem jest obalenie obecnej władzy Iranu, którą uważają za zagrożenie zarówno dla siebie jak też dla społeczeństwa w Iranie czyli ludności. Tutaj sprawa jest już bardziej złożona. Głównym czynnikiem jest właśnie stosunek między ludnością tego kraju a obecną jego władzą. Z powodu różnorodności populacji raczej niemożliwe jest jednoznaczne określenie tego stosunku. Dlatego należy sięgnąć do kryterium wyższego, czyli wartości reprezentowanych przez tą władzę względem dobra ludności. Także w tym aspekcie sprawa nie jest prosta, są jednak obiektywne kryteria. Tutaj właśnie dochodzimy do kwestii tytułowej, czyli zasadności twierdzenia, że Iran jest rządzony w systemie teokratycznym. 

Można się domyśleć, co osoba wypowiadająca to twierdzenie ma na myśli. Chodzi o fakt, że najwyższą, nadrzędną władzę sprawuje tzw. rada strażników rewolucji islamskiej, która to wyznacza kandydatów do sprawowania władzy podrzędnej na szczeblu ustawodawczym, sądowniczym i wykonawczym. Emanacją i symbolem władzy nadrzędnej jest tzw. duchowy przywódca, wyłaniany przez ową radę. 

Nie trudno zauważyć pewnych podobieństw do starożytnych teorij państwa z myśli greckiej (Platon i Arystoteles), według których najwyższą władzę powinni sprawować filozofowie, czyli mędrcy stojący na straży dobra wspólnego oraz doboru środków właściwych do osiągnięcia tego dobra. Gdy p. Jacek Bartyzel wspomina teorię Al-Farabi'ego, nazywając go "muzułmańskim filozofem", to zapomina o rzeczy istotnej, mianowicie po pierwsze o korzeniach jego myśli w filozofii greckiej, a po drugie o tym, że właściwą "filozofią" muzułmańską jest to, co czynił Mahomet, czyli krwawy rozbój i podbój. To są zasadnicze błędy popełniane regularnie zarówno przez muślinów jak też przez powtarzających za nimi mało rozgarniętych historyków. Islam sam ze siebie nie wyłonił nigdy żadnej myśli czy to filozoficznej, czy politycznej, czy jakiejkolwiek naukowej. To, co się zwykle określa jako kultura arabska czy islamska, było tworzone przez pierwotnie chrześcijańskich niewolników i poddanych, którzy nie czerpali ze źródeł islamskich - którymi są Kuran oraz tzw. hadisy czyli legendy o życiu i słowach Mahometa - lecz z myśli greckiej i chrześcijańskiej, a w Persji także z myśli rdzennej czyli zaratustriańskiej. Tego typowym przykładem jest właśnie Al-Farabi (który zresztą z pochodzenia na pewno nie był Arabem, lecz raczej Persem i to z powiązaniami chrześcijańskimi). Sam islam od początku zawsze był genetycznie wrogi wszelkiej naukowości. Dlatego właśnie tzw. filozofia arabska jak też rozwój naukowy, kulturowy i gospodarczy niemal zupełnie zanikł wraz z dogłębnym przeoraniem społeczeństw podbitych przez islam. Innymi słowy: kultura i nauka istniały w krajach islamskich nie dzięki islamowi, lecz wbrew niemu, i dlatego przestały istnieć wraz z konsekwentnym wdrożeniem tej "religii", a raczej jej "prawa" czyli szariatu. 

To jest więc po pierwsze błąd historyczny, wynikający czy to z niewiedzy, czy też z naiwności wobec współczesnej islamofilskiej narracji. 

Znacznie poważniejszy jest błąd pod względem teologicznym. Otóż określenie władzy islamskiej jako "teokratycznej" oznacza nic innego jak twierdzenie o boskim pochodzeniu islamu, co jest oczywiście fałszywe. Jest bardzo dziwne, gdy coś takiego pochodzi z ust czy z pióra kogoś, kto się uważa za katolika. Sprawa jest istotna, wręcz kluczowa zarówno zasadniczo jak też w ocenie obecnego konfliktu związanego z państwem irańskim. 

Jest wprawdzie dość oczywiste, że ta wojna ma charakter polityczny, gdyż chodzi głównie o interes państwa położonego tam gdzie chce. Tym niemniej nie można jej zrozumieć w oderwaniu od tła religijnego. Wszak nie można zaprzeczyć, że polityka państwa położonego tam gdzie chce powołuje się na rzekomo religijne prawo do tej ziemi, przy czym w jego religii nie ma podziału na politykę i religię. Z drugiej strony "republika islamska" grozi zniszczeniem tego państwa w imię obrony islamskiego "świętego miejsca", za który uważa Jerozolimę i wzgórze świątynne. Wchodzą tutaj oczywiście kwestie historii wczesnego islamu, która dzięki rzetelnym historykom od kilku dziesięcioleci jest dopiero mozolnie odkłamywana, co oznacza oddalenie się i w istotnej mierze obalenie oficjalnej narracji muślimskiej, a co w Polsce jest praktycznie nieznane (więcej tutaj). Widać to w wypowiedziach powtarzających bezmyślnie i naiwnie przekonanie o rzekomym prawie muślimów do wzgórza świątynnego, gdzie postawili sobie nawet dwa meczety dla upamiętnienia rzekomego "wniebowstąpienia" ich "proroka" na rumaku o wdzięcznym imieniu Burak. Ta bajka jest zresztą typowa dla absurdalności i zarazem bezczelności islamu. Państwo położone tam gdzie chce oczywiście dąży do odzyskania tego miejsca, które dla ich przodków (pomijam w tym miejscu kwestię więzów tego państwa z ludem starotestamentalnym i jego religią) było najświętszym na ziemi. Tego sporu nie można rozwiązać polubownie ani choćby załagodzić, gdyż dotyka on rdzenia tożsamości judaizmu z jednej oraz islamu z drugiej strony. Dochodzi nieludzkie, wręcz zbrodnicze traktowanie rdzennych mieszkańców Ziemi Świętej przez państwo położone tam gdzie chce, co także jest zakorzenione w religii judaistycznej. Mamy więc jaskrawy przykład tego, jak tragiczne, wręcz okrutne skutki mają fałszywe religie, zwłaszcza gdy ścierają się ze sobą.  

Tutaj zachodzi kwestia, czy i na ile obecny system państwa irańskiego czyli tzw. islamskiej republiki jest rdzennie islamski, czy też jego korzenie teoretyczne są inne, pozaislamskie. Odpowiedź jest dość prosta, gdyż wystarczy sięgnąć do przykładu Mahometa, który według islamu jest najwyższym, a właściwie jedynym wzorem dla swoich wyznawców także pod względem politycznym. Zarówno w jego życiorysie jak też w jemu przypisywanemu nauczaniu nie ma choćby śladu ani podziału władzy, ani tym bardziej jakiejkolwiek choćby ograniczonej demokracji. Jego cała "polityka" sprowadza się do bezwzględnej przemocy i podstępu. 

Fenomenu obecnego państwa irańskiego nie da się więc sprowadzić do islamu. Już sama nazwa "republika islamska" zawiera w sobie sprzeczność. Państwo nie może być równocześnie republiką i islamskie. Mamy więc do czynienia z czymś, co bardziej przypomina system państw komunistycznych z kastą rządzącą skupioną wokół jednej partii, w tym wojska i policji. Tak więc można powiedzieć, że "islamska republika Iranu" jest podobnie irańska jak państwo PRL było polskie. 

Ma to oczywiście związek z powstaniem tegoż państwa. W skrócie wyglądało to tak, że bunt społeczny wobec rządów szacha Pahlawi został sprytnie przechwycony i wysterowany przez "duchownych" szyickich. Błędy władzy szacha są oczywiste. Osobno trzeba by rozważyć ich przyczyny i korzenie. Tzw. rewolucja islamska miała realne podłoże w szerokim niezadowoleniu społecznym w odniesieniu do tamtej władzy, za co winę ponoszą także jej sprzymierzeńcy z tzw. Zachodu. Dziwne, że nikt z nich w porę nie dostrzegł poważnych problemów społecznych i braku zdolności czy raczej też chęci szacha do zmierzenia się z nimi. Równocześnie jest pewne, że już wtedy główną linią napięcia nie były jedynie jaskrawe nierówności w społeczeństwie Iranu lecz także konflikt kulturowo-cywilizacyjny między prozachodnią orientacją ówczesnej monarchii a bardziej zakorzenionym w ludzie wpływem "duchownych" szyickich. 

Wyjaśniam tutaj cudzysłów: Otóż w islamie nie ma stanu duchownego, gdyż nie ma kapłaństwa. Zarówno imam jak też mułła nie przynależy do stanu przeznaczonego do sprawowania kultu, lecz jest przywódcą i nauczycielem, czyli kimś porównywalnym z żydowskim rabinem czy protestanckim kaznodzieją i księciem, który jest głową lokalnej wspólnoty. Warunkiem przynależności jest owszem pewien stopień wykształcenia w doktrynie islamskiej, jednak nie ma związanego z tym i udzielanego na zawsze urzędu związanego z specyficznymi, formalnie wyznaczonymi prawami i obowiązkami. 

Interesujące byłoby zbadanie, czy i na ile tajne służby obcych państw brały udział w "rewolucji islamskiej", bądź przynajmniej ją wspierały. Dotychczas nie natrafiłem na takie opracowanie. Prawdopodobnie wynika to z niedostępności materiałów czy to archiwalnych czy przynajmniej dziennikarskich. Można jedynie podejrzewać pewien udział agentury sowieckiej, w owym czasie dość rozbudowanej i aktywnej na całym świecie, zwłaszcza w tym regionie dość bliskim Rosji sowieckiej. 

W obecnych głosach w sprawie pochodzących od polskich komentatorów regularnie brakuje spojrzenia na sprawę z perspektywy zwykłych Irańczyków. W przestrzeni publicznej dominują - aż do wyłączności - dwa spojrzenia: albo bezkrytycznie proislamskie (w znaczeniu obrony "republiki islamskiej") albo pro-usraelskie. Obydwie strony wykazują stronniczość, abstrahującą od optyki i realnych problemów ludzi czy to żyjących w Iranie czy emigrantów irańskich. 

Jak już wspomniałem, miałem okazję poznać tych ostatnich, a także jakiś czas temu młodych turystów z Iranu zwiedzających Niemcy. Jedni i drudzy byli kategorycznie negatywnie nastawieni wobec zarówno samych rządzących ich krajem jak też wobec systemu i samego islamu. Tę wrogą wobec siebie władzę utożsamiali albo z islamem (w przypadku emigrantów) albo z religią w ogóle. Innymi słowy: ich doświadczenia z władzą "religijną" spowodowały niechęć a nawet wręcz wstręt nie tylko względem islamu, lecz względem każdej religii. Irańczycy, których dane mi było przygotowywać do przyjęcia Chrztu św., utożsamiali się raczej z zaratustranizmem niż z islamem, który był dla nich religią wrogów i najeźdźców czyli Arabów. Często wskazywali mi na podobieństwa między religią Zaratustry i chrześcijaństwem, natomiast o islamie wypowiadali się z mieszanką grozy i pogardy. Dodatkowo regularnie szydzili z Turków, sugerując ich niepełnosprawność umysłową. 

Dwa przykłady powinne nieco zilustrować. 

Przykład pierwszy. W katechezie do Chrztu św. miałem pewną rodzinę z Teheranu, z 16-letnią córką. Miła dziewczyna, jak zresztą wszyscy Irańczycy, których poznałem. Omawialiśmy dość szeroko kwestie religii i wiary. Sahar (to było jej irańskie imię) pełniła też rolę tłumacza wobec innych, gdyż już chodziła do szkoły niemieckiej i lepiej znała język. Z nią mogłem najswobodniej rozmawiać. Sama ze siebie poruszała dość poważne tematy teologiczne, jak istnienie Boga, problem zła itp. Myślała dość odważnie i otwarcie stawiała wątpliwości typowe dla młodego człowieka, choć uprzejmie i bez agresji. Gdy jej ojciec przysłuchiwał się rozumiejąc, o czym rozmawiamy, zauważyłem u niego wyraźny niepokój. W pewnym momencie nagle wstał i wyszedł na korytarz. Gdy po chwili wrócił, zapałem go, czy coś się stało. Wyraźnie zmieszany powiedział patrząc na córkę, że gdyby ona coś takiego powiedziała w Iranie, to by - tu pokazał przykładając dłoń do szyi - została skrócona o głowę. Tymczasem Sahar nie powiedziała nic zdrożnego, a jedynie stawiała pytania w temacie pogodzenia istnienia Boga z istnieniem zła. To mi uświadomiło, jak irracjonalna i nieludzka jest "religia", w której on został wychowany (a był mniej więcej w moim wieku). 

Drugi przykład to młody chłopak, który w Iranie poznał wiarę katolicką i musiał wyemigrować do Francji, żeby przyjąć Chrzest św. Tam też poczuł powołanie i wstąpił do seminarium duchownego. Po jakimś czasie z powodu jakiejś sprawy rodzinnej pojechał do Iranu i został tam natychmiast uwięziony pod zarzutem porzucenia islamu. Ponad rok spędził we więzieniu w nieludzkich warunkach i w obawie o swoje życie. W końcu jakimiś kanałami dyplomatycznymi udało się go wydobyć z tego przedsionka piekła i mógł wrócić do Francji, aczkolwiek pod wieloma względami zniszczony i straumatyzowany. Udało się mu uratować życie, ale doświadczył na własnej skórze, do czego zdolna jest "islamska republika" i to nie w najbardziej okrutnej wersji. 

Te przykłady są istotne dla charakterystyki państwa w Iranie. I to należy brać pod uwagę w ocenie sytuacji, nawet jeśli jest oczywiste, że Usraelowi nie chodzi o wywalczenie wolności religijnej w tym państwie. Wielu powołuje się na istnienie tam kościołów i parafij chrześcijańskich, ale widocznie nie wie, że względną swobodę kultu mają tam jedynie mniejszości etniczne jak Ormianie czy Chaldejczycy, natomiast surowo zabronione jest krzewienie wiary chrześcijańskiej wśród muślimów. Konwersje z islamu sankcjonowane są karą śmierci. Nie zmienia tego fakt, że w listopadzie 2025 r. jedną z nowym stacji metro w Teheranie poświęcono Matce Bożej (więcej tutaj):



Ten miły gest na pewno nie wynika z islamu lecz z kultury irańskiej, której nawet islam nie zdołał całkowicie unicestwić. 

W każdym razie katolik powinien oceniać wydarzenia i postępowanie według znaczenia i skutków dla krzewienia wiary katolickiej i Królestwa Bożego, czyli dla zbawienia dusz w Iranie, nie według sympatii czy antypatii względem danego państwa. 

W tym momencie jeszcze nie można ocenić, jakie konsekwencje pod tym względem może mieć i będzie miała obecna wojna przeciw "islamskiej republice". Pewne jest, że należy się solidaryzować z tymi Irańczykami, którzy szczerze dążą do wolności obywatelskiej zwłaszcza pod względem religijnym. Takiego podejścia najbardziej obecnie brakuje w dyskusjach w tym temacie. I nie należy też zaniedbywać modlitwy za Irańczyków i Iran, gdzie trwa starożytna tradycja chrześcijańska, która tam przetrwała mimo wielowiekowych burz i prześladowań. Aktualne wydarzenia mogą być szansą dla okazania szacunku i życzliwości z naszej strony. 

Na pewno szkodliwy jest fakt, że jedyny rzymsko-katolicki (formalnie) biskup z Iranu, belgijski franciszkanin Dominique Mathieu w obecnej sytuacji opuścił swoich wiernych w Teheranie, pozbawiając ich tym samym zupełnie opieki duszpasterskiej, gdyż obecnie nie ma tam żadnego innego duchownego katolickiego (więcej tutaj). Haniebne jest, że ktoś taki zostaje przyjęty w Watykanie jak niby bohater: 


Nasuwa się tutaj analogiczna sytuacja z czasu pontyfikatu Piusa XII: Gdy ówczesny pierwszy w historii kardynał niebiały, chiński werbista Thomas Tien Ken-sin uciekł z Chin z obawy przed uwięzieniem przez komunistów i przyjechał do Rzymu, żeby spotkać się z papieżem, Pius XII dowiedziawszy się o tym, że ów kardynał stoi przed wejściem, wysłał tam zakonnicę, słynną s. Pascalinę Lehnert, żeby mu oznajmiła, gdzie jest jego miejsce. Opowiedziała o tym sama zakonnica:


Więcej tutaj po angielsku. 

Takich to pasterzy namianowano w pontyfikacie bergogliańskim...


Dlaczego rozmnożenie chleba?



J 6, 1-15

Potem Jezus odszedł za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie.
A szedł za Nim liczny tłum, bo widzieli Jego znaki, jakie czynił na chorujących.
Zaś Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami.
Bowiem bliska była Pascha, święto żydów.
Podniósłszy tedy Jezus oczy i ujrzawszy, że liczny tłum idzie do Niego, mówi do Filipa: «Skąd kupimy chleba, aby oni zjedli?»
A mówił to wystawiając go na próbę, bowiem wiedział, co miał czynić.
Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba dla nich, aby każdy z nich choć trochę otrzymał».
Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, mówi do Niego:
«Jest tutaj jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?»
Jezus zatem rzekł: «Każcie ludziom spocząć!» A w miejscu tym było wiele roślinności. Spoczęli więc mężczyźni w liczbie około pięciu tysięcy.
Jezus zaś wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, dał uczniom, zaś uczniowie tym, którzy leżeli, i podobnie z ryb tyle, ile chcieli.
A gdy się nasycili, mówi do uczniów swoich: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło».
Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów.
A ludzie widząc znak, który uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który przyszedł na świat».

Jezus zaś wiedząc, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go uczynić królem, znów usunął się na górę sam.

μετα ταυτα απηλθεν ο ιησους περαν της θαλασσης της γαλιλαιας της τιβεριαδος
και ηκολουθει αυτω οχλος πολυς οτι εωρων αυτου τα σημεια α εποιει επι των ασθενουντων
ανηλθεν δε εις το ορος ο ιησους και εκει εκαθητο μετα των μαθητων αυτου
ην δε εγγυς το πασχα η εορτη των ιουδαιων
επαρας ουν ο ιησους τους οφθαλμους και θεασαμενος οτι πολυς οχλος ερχεται προς αυτον λεγει προς τον φιλιππον ποθεν αγορασομεν αρτους ινα φαγωσιν ουτοι
τουτο δε ελεγεν πειραζων αυτον αυτος γαρ ηδει τι εμελλεν ποιειν
απεκριθη αυτω φιλιππος διακοσιων δηναριων αρτοι ουκ αρκουσιν αυτοις ινα εκαστος αυτων βραχυ τι λαβη
λεγει αυτω εις εκ των μαθητων αυτου ανδρεας ο αδελφος σιμωνος πετρου
εστιν παιδαριον εν ωδε ο εχει πεντε αρτους κριθινους και δυο οψαρια αλλα ταυτα τι εστιν εις τοσουτους
ειπεν δε ο ιησους ποιησατε τους ανθρωπους αναπεσειν ην δε χορτος πολυς εν τω τοπω ανεπεσον ουν οι ανδρες τον αριθμον ωσει πεντακισχιλιοι
ελαβεν δε τους αρτους ο ιησους και ευχαριστησας διεδωκεν τοις μαθηταις οι δε μαθηται τοις ανακειμενοις ομοιως και εκ των οψαριων οσον ηθελον
ως δε ενεπλησθησαν λεγει τοις μαθηταις αυτου συναγαγετε τα περισσευσαντα κλασματα ινα μη τι αποληται
συνηγαγον ουν και εγεμισαν δωδεκα κοφινους κλασματων εκ των πεντε αρτων των κριθινων α επερισσευσεν τοις βεβρωκοσιν
οι ουν ανθρωποι ιδοντες ο εποιησεν σημειον ο ιησους ελεγον οτι ουτος εστιν αληθως ο προφητης ο ερχομενος εις τον κοσμον
ιησους ουν γνους οτι μελλουσιν ερχεσθαι και αρπαζειν αυτον ινα ποιησωσιν αυτον βασιλεα ανεχωρησεν παλιν εις το ορος αυτος μονος


Odnośnie do tej Ewangelii poniekąd słusznie pojawia się zastanowienie, jak to mogło się wydarzyć. Co widzieli świadkowie? W jaki sposób odbyło się to rozmnożenie? Miało ono miejsce w koszu? W rękach Pana Jezusa czy uczniów? U samych ludzi? Na te pytania zapewne nie będziemy mieli odpowiedzi, przynajmniej na tym świecie, choć jest wiele prób interpretacji, wyobrażeń i przedstawień. Widocznie Duch Święty chciał nam pozostawić to pytanie bez odpowiedzi, żeby zawsze było intrygujące, pobudzające wyobraźnię i refleksję. 

Intrygujące jest także pytanie, dlaczego akurat ten fragment Ewangelii ma swoje miejsce w liturgii w środku Wielkiego Postu, czasu pokuty i rozważania Męki Pańskiej. Co ma on wspólnego z tym okresem, oczywiście poza oczywistym związkiem z całością Objawienia i Odkupienia? Wszak zapewne nie chodzi o wzbudzanie pokus w sytuacji postu, jako że jest mowa nie o sutej uczcie, lecz o najprostszym pożywieniu. 

Św. Jan opowiada o tym samym rozmnożeniu chleba co Ewangelie synoptyczne, jednak podając nieco inaczej rozmowę Pana Jezusa z Apostołami. Zaznacza pedagogiczny charakter słów Zbawiciela, nie tylko dla Filipa. Widocznie wydarzenie to miało szczególnie bezpośrednie znaczenie dla uczniów i to takie, że szczegóły zewnętrzne nie były istotne.

Pan Jezus wystawił na próbę Filipa, a wraz z nim wszystkich uczniów, powołanych do pójścia za Nim. Wezwał ich do ofiarowania tego, co mieli, dla wyżywienia tłumu. Była to wieloraka prowokacja. Oblicza się, że podana suma dwustu denarów zwykle wystarczyła na kilkudniowe, może nawet tygodniowe wyżywienie dla kilkunastu mężczyzn. Filip wyraził gotowość Apostołów do ofiarowania tej sumy, wskazał jednak na realne możliwości. Podobnie Andrzej, który wspomniał o chłopcu z pięcioma chlebami i dwiema rybami. Tylko dary chłopca Pan Jezus wziął, pobłogosławił i rozdzielił. Dlaczego akurat wziął te chleby i ryby? 

W Piśmie św., zwłaszcza u św. Jana, liczby mają znaczenie. Liczba pięć to niepełna liczba dni stworzenia i też tygodnia pracy człowieczej. Także liczba dwa zapewne nawiązuje do Księgi Rodzaju, mianowicie do opisu stworzenia człowieka, gdy Pan Bóg powiedział, że niedobrze jest, by człowiek był sam. Parzystość jest głęboko wpisana zwłaszcza w naturę ludzką. To para jest płodna, nie jednostka. A jeśli jest jakiś rodzaj kreatywności jednostkowej, to zawsze odbywa się ona pomiędzy bytem a nicością, dobrem a złem, prawdą a fałszem, pięknem a brzydotą itd. Pięć chlebów wskazuje, że to, czym uczniowie wraz z tłumem dysponują, jest niekompletne, niedoskonałe. Ta wskazówka zawarta jest także w tym, że to chłopiec przyniósł, czyli ktoś niedorosły, niedojrzały, i miał to raczej nie ze swojej pracy lecz prawdopodobnie z wyposażenia w prowiant przez rodziców. Niepełność i zarazem znikomość pięciu chlebów względem zapotrzebowania przez tłum mężczyzn kontrastuje z symboliczną kompletnością dwóch ryb, która oczywiście także jest niewystarczająca w tym kontekście. Chleb człowiek musi zdobyć ciężką pracą na roli i niemniej żmudnym wysiłkiem wydobycia ziarna z kłosów i przetworzenia go w mąkę i ciasto do wypieku. Ryba natomiast jest dana przez Stwórcę bez wysiłku hodowania, choć pewnego trudu wymaga jej przyrządzanie do spożycia a także spożywanie. W tych dwóch znakach - chlebach i rybach - wyraża się zarówno wielkość jak i nędza tego, co człowiek może mieć i przynieść. W tym chłopcu ukazuje się cała ludzkość i całe dzieje ludzkości, które zawsze są i będą niedojrzałe, niekompletne i niewystarczające, mimo doskonałości Bożego dzieła stworzenia. Dopiero w rękach Boga-Człowieka dokonywane jest zaspokojenie głodu nie tylko cielesnego, lecz tego głodu, który zaprowadził tłumy do Niego. 

Niezwykłość czynu Pana Jezusa jest oczywista wobec obfitości resztek po nasyceniu tłumu, przewyższającej wielokrotnie pierwotną ilość. Liczba koszy z resztkami wskazuje na liczbę pokoleń Izraela. Ich zebranie oznacza zapowiedź zarówno zjednoczenia rozproszonych i zaginionych pokoleń, jak też utworzenia Nowego Izraela, żywionego na wieczność przez Mesjasza. Zachowanie tłumu, rozpoznającego w Jezusie “proroka” i chcącego Go za to obwołać królem czyli Mesjaszem, jest typowym nieporozumieniem współczesnych i nie tylko współczesnych, zresztą dość jasno odrzuconym przez Pana Jezusa już w kuszeniu na pustyni. Jezus nie jest Mesjaszem chleba doczesnego, aczkolwiek daje ludowi pożywienie jako znak życia trwałego, wiecznego. 

Bóg stworzył człowieka, podobnie jak wszystkie istoty żywe, czyniąc go zależnym od pokarmu czyli przyjmowania i przemiany materii z zewnątrz – darów Stwórcy. Tak było już w raju przed grzechem pierworodnym. Pożywienie stało się też okazją i narzędziem pierwszego grzechu. Po upadku i wypędzeniu z raju człowiek został skazany na zdobywanie chleba w pocie czoła, w mozole pracy, której owoc jednak nigdy nie jest gwarantowany, ponieważ zależy od wielu okoliczności w przyrodzie, ostatecznie od błogosławieństwa i dobroci Bożej. Nie jest więc przypadkiem, że starotestamentalne oczekiwanie Mesjasza miało charakter mocno przyrodzony, ziemski. Religia Chrystusowa także nie jest czysto duchowa, bezmaterialna, na co wskazuje właśnie opisane przez Ewangelistów rozmnożenie chleba. 

Rozważając to wydarzenie od wieków w kontekście paschalnym, Kościół dokonuje zarazem jego rozumienia i wykładni. Głód ciała i jego zbawcze zaspokojenie wskazują zarówno na elementarną strukturę człowieczeństwa, jak też na istotę Boga i Jego działania. Jak zawsze w Ewangelii, chodzi w tym nie o poznanie czysto teoretyczne, lecz wyzwanie dla nas i wytyczenie naszych zachowań i czynności zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych.

Cudowne rozmnożenie chleba jest zapowiedzią i zarazem jednym z aktów ustanowienia Kościoła, tego prawdziwego Kościoła, którego korzenie i konstytucja sięgają początków stworzenia, grzechu i Odkupienia. Wezwanie uczniów do troski o głodnych dotyczy nie tylko i nie przede wszystkim głodu ciała. Nieporozumienie nasyconego tłumu, chcącego obwołać Jezusa królem, zawiera słuszne rozpoznanie czasu Zbawienia, choć mylnie, bo w zawężeniu rozumianego. Ofiarność zarówno uczniów, gotowych poświęcić pieniądze przeznaczone na własne utrzymanie, jak też chłopca z tłumu, stała się narzędziem nie tylko znaku, lecz nawet realnego działania Zbawiciela. 

W chłopcu można dostrzec uosobienie wiecznej młodości Kościoła. Introibo ad altere Dei, ad Deum qui laetificat juventutem meam - tak od wieków kapłani modlą się na początku każdej Mszy św., co jest codziennym wyznaniem i znakiem dziecięcej ufności, prostoty ducha i wspaniałomyślności nie tylko kapłana lecz całego Kościoła. Ten chłopiec szedł widocznie sam za Jezusem, bez rodziny, choć wyposażony w prowiant dla siebie. Nie ukrywał  go dla siebie, być może już zaczął się nim dzielić, skoro uczniowie go dostrzegli. Słuchanie słów Chrystusa ten chłopiec łączył z postawą, która jest zwykle częstsza u ludzi młodych niż u starszych.

Nie wiemy o tym chłopcu nic więcej. Można jednak powiedzieć, że Pan Jezus uczynił go wzorem szczególnie na okres Wielkiego Postu, ostatecznie na całe życie chrześcijańskie w jego prostocie i cudowności. Na jego przykładzie Chrystus Pan ukazał, jak dokonuje się Jego własne mesjańskie posłannictwo w Kościele i poprzez Kościół. Tego znaczenia bynajmniej nie pomniejsza cały podniosły i szeroki teologiczny kontext: zbliżające się święto Paschy, podniesienie oczu na lud podążający za Nim, czyli spojrzenie jakby od dołu, z głębi, z otchłani, a także reminiscencja słów psalmisty w wezwaniu do spoczynku na wypełnionej roślinnością ziemi: “Pan moim pasterzem, nie brak mi niczego, pozwala im leżeć na zielonych pastwiskach” (Ps 23).

To wydarzenie na górze w Galilei ukazuje więc codzienny, niezwykły w swej zwykłości wymiar Chrystusowego dzieła Zbawienia: jak niewiele wystarczy i że z naszej strony nie potrzeba właściwie niczego nadzwyczajnego, by dokonała się chwała Jego obecności i działania dla nas. Wystarczy i trzeba ofiarowania wszystkiego, co mamy, a w tym powierzenia się w Jego ręce, w Jego dziele ratowania i udzielania życia w pełni i obfitości. 

Sprawa Judasza


Sprawa Judasza jest o tyle prosta, że po pierwsze jest "tylko" przypadkiem wolnej woli człowieka, możliwości grzechu i zła na świecie, a po drugie została poruszona już w Piśmie św. 

Odnośne fragmenty Pisma św. są raczej dobrze znane i do nich odwołują się postawione pytania. Dlatego nie ma potrzeby ich tutaj przedstawiać i analizować. 

Pierwsze pytanie dotyczy właściwie wolności człowieka, a raczej stosunku między tą wolnością a wolą Bożą czyli planem Bożym. Innymi słowy: Judasz zdradził nie dlatego, że tak mówiły proroctwa, lecz dlatego, że miał wolną wolę. Fakt wolnej woli Judasza jest taki sam jak fakt wolnej woli każdego człowieka. Możny zadać pytanie: czy Pan Jezus mógł nie powoływać Judasza do grona Dwunastu i tym samym nie dawać mu sposobności do zdrady? Oczywiście mógł. Wtedy byłyby dwie możliwości: albo zdradziłby inny uczeń w miejscu Judasza, albo wydanie Pana Jezusa na śmierć odbyłoby się w inny sposób. To wydanie jest tutaj jedyną koniecznością, gdyż świat po grzechu pierworodnym jest w takim stanie, że odrzucenie Boga w Jezusie Chrystusie musiało nastąpić. A że nastąpiło w sposób radykalnie, dogłębnie podły, to obrazuje stan ludzkości. Jednak jeszcze bardziej ukazuje wszechmoc i miłość, konkretnie w zachowaniu i słowach Pana Jezusa wobec Judasza: "przyjacielu, pocałunkiem zdradzasz...?" (Łk 22,48). Judasz oczywiście w każdej chwili mógł zmienić swoje postępowanie, mógł nawet po zdradzie prosić Pana Jezusa o przebaczenie, jednak popadł w rozpacz, nie wierząc w przebaczenie, a raczej nawet zabrakło mu pokory, bo prosić Pana Jezusa. 

Pytanie drugie dotyczy opętania, jego istoty oraz przebiegu. Ewangelista (Łk 22,3) mówi oczywiście skrótowo i w kontekście. Oznaki jego opętania są podane nie tylko w kontekście samej Ostatniej Wieczerzy i zdrady. Już także jego oburzenie na hojność i miłość wobec Pana Jezusa, w połączeniu ze chciwością i obłudą (J 12, 6) jest dość wyraźną oznaką. Opętanie nie oznacza braku czy wyłączenia wolnej woli człowieka, lecz na tym, że wola człowieka jest zła, że człowiek chce zła a odrzuca dobro. To jest też odpowiedź na trzecie pytanie: opętanie odbywa się stopniowo i dość systematycznie, nie w jakimś nagłym opanowaniu przez szatana. Jedynie objawy opętania mogą być nagłe. 

Czwarte pytanie jest właściwie zawarte w pierwszym. Pan Jezus nie tyle przyjął Judasza jako ucznia, lecz go wręcz wybrał i powołał do grona Dwunastu. Uczynił to po to, by zaznaczyć swoją miłość także do zdrajcy i złoczyńcy, dając nadzieję każdemu, kto jest pod tym względem podobny do Judasza. 

Rozróżnianie duchów



Łk 11, 14-28

Gdy wyrzucał demona, który był niemy, stało się, że gdy demon wychodził, niemy przemówił i tłumy zdziwiły się. 
Lecz niektórzy z nich rzekli: «Przez Belzebuba, władcę demonów, wyrzuca demony». 
Inni zaś, wystawiając Go na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. 
On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: «Każde królestwo wewnętrznie podzielone pustoszeje i dom na dom się wali. 
Jeśli więc i szatan w sobie jest podzielony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam demony. 
Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. 
A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam demony, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, w pokoju jest jego mienie. 
Lecz gdy mocniejszy od niego przychodząc zwycięży go, zabierze całe uzbrojenie jego, na którym polegał, i łupy jego rozda.
Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie, a kto nie gromadzi ze Mną, rozprasza.
Gdy duch nieczysty wyjdzie od człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, a nie znajdując, mówi: “Wrócę do mego domu, skąd wyszedłem”. 
A przychodząc zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. 
Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I rzeczy ostatnie owego człowieka stają się gorsze niż pierwsze».
Gdy On to mówił, jakaś kobieta wydając głos z tłumu powiedziała Jemu: «Szczęśliwe łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś». 
On zaś rzekł: «Bardziej szczęśliwi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je».

και ην εκβαλλων δαιμονιον και αυτο ην κωφον εγενετο δε του δαιμονιου εξελθοντος ελαλησεν ο κωφος και εθαυμασαν οι οχλοι

τινες δε εξ αυτων ειπον εν βεελζεβουλ αρχοντι των δαιμονιων εκβαλλει τα δαιμονια

ετεροι δε πειραζοντες σημειον παρ αυτου εζητουν εξ ουρανου

αυτος δε ειδως αυτων τα διανοηματα ειπεν αυτοις πασα βασιλεια εφ εαυτην διαμερισθεισα ερημουται και οικος επι οικον πιπτει

ει δε και ο σατανας εφ εαυτον διεμερισθη πως σταθησεται η βασιλεια αυτου οτι λεγετε εν βεελζεβουλ εκβαλλειν με τα δαιμονια

ει δε εγω εν βεελζεβουλ εκβαλλω τα δαιμονια οι υιοι υμων εν τινι εκβαλλουσιν δια τουτο κριται υμων αυτοι εσονται

ει δε εν δακτυλω θεου εκβαλλω τα δαιμονια αρα εφθασεν εφ υμας η βασιλεια του θεου

οταν ο ισχυρος καθωπλισμενος φυλασση την εαυτου αυλην εν ειρηνη εστιν τα υπαρχοντα αυτου

επαν δε ο ισχυροτερος αυτου επελθων νικηση αυτον την πανοπλιαν αυτου αιρει εφ η επεποιθει και τα σκυλα αυτου διαδιδωσιν

ο μη ων μετ εμου κατ εμου εστιν και ο μη συναγων μετ εμου σκορπιζει

οταν το ακαθαρτον πνευμα εξελθη απο του ανθρωπου διερχεται δι ανυδρων τοπων ζητουν αναπαυσιν και μη ευρισκον λεγει υποστρεψω εις τον οικον μου οθεν εξηλθον

και ελθον ευρισκει σεσαρωμενον και κεκοσμημενον

τοτε πορευεται και παραλαμβανει επτα ετερα πνευματα πονηροτερα εαυτου και εισελθοντα κατοικει εκει και γινεται τα εσχατα του ανθρωπου εκεινου χειρονα των πρωτων

εγενετο δε εν τω λεγειν αυτον ταυτα επαρασα τις γυνη φωνην εκ του οχλου ειπεν αυτω μακαρια η κοιλια η βαστασασα σε και μαστοι ους εθηλασας

αυτος δε ειπεν μενουνγε μακαριοι οι ακουοντες τον λογον του θεου και φυλασσοντες αυτον



Jednym ze szczególnie modnych słów zarówno w teologii i ogólnie w dziedzinie kościelnej jak też poza Kościołem jest “duchowość”. Mówi się o duchowościach różnych zakonów, o duchowości nowoczesnej i tradycyjnej. W księgarniach z regałem pod takową nazwą znajdziemy często pisaninę o treści ezoterycznej, mniej czy bardziej sprytnie przemyconej. Gatunek jest chodliwy, mimo powszechnych narzekań na generalną tzw. sekularyzację czy wręcz ateizację.

Temat nie jest też wcale nowy, lecz prastary, właściwie sięgający samych początków ludzkości. Właściwie chyba nie ma religii, która by nie znała istnienia i działania istot duchowych, choć różnie pojmowanych, zwłaszcza w oddziaływaniu na człowieka i jego sprawy. Nie dziwi więc, że tematyka znajduje się także w Ewangeliach. Nie dziwi też, że w jego ramach miała miejsce konfrontacja Jezusa Chrystusa ze współczesnymi.

Problematyka rozróżniania duchów jest obecna już na pierwszych kartach Pisma św., w Księdze Rodzaju, i ciągnie się aż do ostatniej księgi – Apokalipsy św. Jana. W biblijnej wizji rzeczywistości, rozróżniającej między Bogiem i stworzeniami, a w obrębie tych ostatnich duchy dobre i złe mają dostęp i wpływ na człowieka, którego istnienie ma wymiar zarówno materialny jak też duchowy. Jezus Chrystus nie tylko był poddany rozróżnianiu duchowemu przez swoich współczesnych, lecz także – to jest właściwy cel tego poddania – dał nam naukę i pomoc ku właściwemu, prawdziwemu rozróżnianiu. Uczynił to przede wszystkim w spektakularnym kuszeniu na pustyni. W dzisiejszej Ewangelii temat jest w odmienny sposób przedstawiony i rozwinięty.

Pierwszą jest kwestia pochodzenia czynów Jezusa, konkretnie dokonanego przez Niego uzdrowienia z mocy demonicznej, która upośledza naturalne zdolności człowieka. Jego wrogowie nie zadali sobie trudu – widocznie wcale nie chcieli sobie zadać – uczciwego zbadania sprawy, lecz użyli pozornego rozróżnienia do bezpodstawnego ataku, bez żadnych racjonalnych przesłanek. Ten mechanizm psychologiczny jest ponadczasowy: gdy kogoś nie lubimy, gdy kogoś uważamy za wroga czy przynajmniej zagrożenie dla naszych interesów czy chociażby samopoczucia czy poczucia własnej wartości, wówczas jesteśmy mniej czy bardziej skłonni umiejscowić tę osobę po stronie zła, w języku religijnym po stronie złych mocy duchowych, nie zważając czy zbyt mało zważająca na naturę sprawy i czynów danej osoby. 

Inni świadkowie działania Pana Jezusa byli rozsądniejsi, domagając się “znaku z nieba” na poświadczenie i potwierdzenie Jego boskiego posłannictwa. Oczywiście Zbawiciel nie uczynił znaku na zawołanie, lecz zaapelował do zdrowego rozsądku i racjonalnego namysłu, gdyż to jest normalna, zasadnicza droga człowieka do prawdy. Jednak akurat to podejście ludzi zostało na zawsze zachowane w Kościele, głównie w procedurach kanonizacji oraz oceny tzw. prywatnych objawień. Nie chodzi przy tym o żądanie znaków, regularnie odrzucane przez Zbawiciela, który wszak właśnie czynił wiele cudów, w tym także największy cud, jakim jest Zmartwychwstanie. Religia objawiona jako pierwsza i właściwie jedyna charakteryzuje się także widzialną ingerencją Boga w historię, jak w cudownym wyprowadzeniu Izraelitów z Egiptu, poprzez wiele znaków zdziałanych przez proroków, aż do działalności Jezusa Chrystusa, Apostołów i Kościoła aż po nasze czasy. Tak więc oczekiwanie cudów należy poniekąd do logiki naszej religii, aczkolwiek nie jako żądanie w znaczeniu wystawiania Boga na próbę, jak w kuszeniu szatańskim wobec Jezusa, lecz w prośbie i pozostawieniu Panu Bogu wyboru co do czasu, rodzaju i sposobu działania. 

Pewne jest, że Pan Bóg każdemu i w każdym czasie daje wystarczające i czytelne znaki, które wskazują na Jego prawdę i wolę. Reszta jest zadaniem dla człowieka, który powinien posługiwać się daną mu przez Stwórcę zdolnością rozumowania. Ta czynność musi się opierać na pewnych przesłankach zarówno objawionych jak też naturalnych.

Główną, fundamentalną zasadą jest jedność i spójność działania Bożego. Bóg działa zawsze jako ten sam, począwszy od stworzenia, poprzez dzieło Zbawienia, aż do skończenia świata i Sądu Ostatecznego. Sama znajomość prawd religii nie wystarcza, lecz konieczne jest ich zastosowanie w konkretnym razie. Do tego konieczna jest dobra wola i niezbędna doza obiektywizmu, czyli gotowość do dystansu wobec własnych przywiązań emocjonalnych. Dlatego Pan Jezus wzywa swoich wrogów do refleksji i szczerej oceny w zestawieniu z czynami ich “synów”, co do których zapewne mieli dobrą wolę.

Następną naczelną zasadą jest boska godność i moc Jezusa Chrystusa. Wszystko ma być mierzone zgodnością z Jego słowem i działalnością. To właśnie oznacza bycie z Nim. Równocześnie swoją działalność Pan Jezus nazywa “zbieraniem”, czyli gromadzeniem, jednoczeniem. Chodzi oczywiście o jedność z Nim, czyli Bogiem, który się nie zmienia, jest stale ten sam i taki sam. Nie może być prawdziwego “zbierania” bez Niego. Wszelkie inne łączenie, to znaczy jednoczenie bez Niego czy wbrew Niemu jest rozpraszaniem, mimo pozorów jedności. Tylko sam Bóg, który jest prawdą, ma moc jednoczącą. Nie ma i nie może być jedności bez Niego i wbrew Niemu. Wykazują to wszystkie przykłady takowych prób w dziejach ludzkości, zarówno te zapisane w Piśmie św. jak też znane z nowszej historii.

Rozróżnianie duchowe nie jest abstrakcją czy jakąś czystą teorią, lecz konkretną diagnozą. Dlatego konieczna jest znajomość i zważanie na typowy sposób działania złego ducha. Uwolnienie od jego ataku nie jest jednostkowym dokonaniem raz na zawsze. Konieczna jest stała czujność. Pan Jezus mówi o stanie tych, którzy oczyszczeni duchowo czują się pewni siebie i bezpieczni, podczas gdy są szczególnie atrakcyjnym obiektem zainteresowania demonów. Upadły grzechowo anioł zachował wyczucie piękna duchowego, aczkolwiek żywi doń nienawiść wynikającą z grzechu głównego zazdrości. Jezusowe porównanie do zamieszkania jest typowe dla Ewangelii: wszystkie dokonane przez Niego exorcyzmy odbywają się na zasadzie wyrzucenia z miejsca przebywania, którym stał się dla złego ducha człowiek. Podstawą jest tutaj porządek stworzenia: duch wchodzi w materię jako czasoprzestrzeń bądź z niej wychodzi. Jako byt wyższy od materii ma nad nią pewną władzę. W przypadku człowieka dochodzi istnienie jego duszy duchowej, która jest jakby konkurentem i przeszkodą dla złego ducha, który oczywiście chciałby sam zawłaszczyć ciałem, co jest możliwe jedynie przez opanowanie i podporządkowanie sobie duszy człowieka. Jako istoty bytowo wyższe duchy złe mogą mieć i faktycznie mają – w różnym stopniu w zależności – wpływ na zmysłowe i cielesne władze człowieka, nawet jeśli jego dusza nie jest im oddana. Tą dziedziną rządzą proste prawidła, nawet jeśli konkretne przypadki są zwykle dość skomplikowane.

Zakończenie dzisiejszej perykopy tylko z pozoru nie pasuje do kontextu. Podając całość zdarzenia dla zupełności, zawiera ono w sobie treść i pouczenie właśnie w tej tematyce. Ten fragment jest z reguły używany – zwłaszcza przez przeciwników katolickiej pobożności maryjnej – jako argument na rzekomo chłodny stosunek Pana Jezusa do Matki. Kobieta, która wypowiedziała pochwałę i uwielbienie Matki Jezusowej, była narzędziem pouczenia dla nas. Każda normalna kobieta nosi w sobie instynkt macierzyński, który jest tak silny, że myśli ona w jego duchu właściwie nieustannie. Nawet chociażby podświadomie wczuwa się jakby w odczucia matki, w okolicznościach zarówno przykrych jak i radosnych. Głos tej niewiasty nawiązuje – raczej bezwiednie – do wcześniejszego Jezusowego wskazania na “synów” słuchaczy. W ich wypadku ludzkie rodzinne przywiązanie miało być pomostem ku przezwyciężeniu uprzedzeń wobec Jezusa. Tutaj natomiast Pan Jezus wskazuje na istotę postawy Swej Matki, którą tym samym stawia jako wzór: istotne jest słuchanie słowa Bożego i jego zachowywanie, coby nie było jedynie przelotnym wrażeniem czy przeżyciem, lecz stałym wyznacznikiem. To stanowi zarazem właściwą broń przed zakusami złego ducha.

Marija jest mistrzynią i nauczycielką tego słuchania i zachowywania. Pismo św. wzmiankuje o tej postawie w momentach dla Niej przykrych, bolesnych czy przynajmniej zapowiadających cierpienie. Dla Niej słowo Boże oznaczało błogosławieństwo, pełnię łaski, jedyne w historii ludzkości wyjątkowe wyróżnienie, a równocześnie zadanie, posłannictwo, które jak u każdej matki, a tu szczególnie i nieporównywalnie oznaczało boleść i to właściwie bez żadnych zaszczytów. Jej jedyną radością była tajemnica Syna, której się wystraszyła nie tylko przy zwiastowaniu, lecz która aż do końca napełniała Ją świętą bojaźnią Bożą. W ten sposób wypełniła się zapowiedź Protoewangelii z Księgi Rodzaju: “Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, między potomstwo twoje a potomstwo jej. Ono zmiażdży ci głowę…” (3, 15).

Jest dość prosta reguła, sprawdzona i wyraźnie wypowiedziana przez wielu świętych Pańskich: miłość do Matki Zbawiciela jest potężnym orężem w walce ze złym duchem i zarazem wyraźnym znamieniem tych, którzy podążają za Chrystusem. To się sprawdza regularnie, aczkolwiek nie chodzi przede wszystkim o zewnętrzne okazywanie czci, lecz o wewnętrzną cześć, która zawsze oznacza duchowe przejęcie i naśladowanie.

Czas Wielkiego Postu to też czas maryjny. To z Nią właśnie, Królową boleści, rozpamiętujemy Mękę i Śmierć Jej Syna. Powinniśmy to czynić nie jedynie z ckliwości i współczucia, lecz w postawie wsłuchiwania się w słowo Boże z gotowością pójścia za nim na wzór Maryi: “oto ja służebnica Pańska”. Jej odpowiedź, dana nie tylko słowami lecz całym wolnym od grzechu życiem, jest zmiażdżeniem szatańskiego “non serviam” – “nie będę służył”. To było i jest służenie nie sobie, nie swoim interesom, nawet pod pozorem służenia bliskim czy bliźnim, lecz służenie Bogu według Jego planu i zadań przez Niego wyznaczonych. W ten sposób każdy z nas może i powinien być narzędziem dla palca Bożego.


"Synodalna" formacja seminaryjna


O ile mi wiadomo, chodzi o jeden z postulatów "synodalnych", które są wynikiem obrad jednej z grup roboczych powołanych przez Franciszka. Grupa pod kierownictwem skrajnie bergogliańskiego i skrajnie progejowskiego kardynała z Madrytu Cobo Cano, który raczył już swoich seminarzystów progejowską propagandą (więcej tutaj), wydała jakby wytyczne do rewizji i przerobienia tzw. ratio fundamentalis czyli ogólnokościelnych zasad kształcenia duchownych (źródło tutaj). 

Najpierw uwaga ogólna co do obecnie modnego hasła "synodalność". Synodalność w znaczeniu  zgromadzenia biskupów dla umówienia i ustalenia niejasnych kwestij sięga czasów apostolskich (tzw. sobór jerozolimski) i starożytnych (sobory lokalne oraz powszechne począwszy od Soboru Nicejskiego I w 325 r.). Greckie określenie "synodos" odpowiada łacińskiemu "concilium" i polskiemu "sobór". Dopiero z biegiem czasu zaczęto w obrębie katolicyzmu terminologicznie odróżniać między "soborem powszechnym" ("concilium oenumenicum", po grecku "oikoumenike synodos") czyli zgromadzeniem biskupów z całego świata, a synodem w znaczeniu zgromadzenia kościelnego o charakterze lokalnym. Jeszcze większe zamieszanie poięciowe nastąpiło wraz z powołaniem "synodu biskupów" przez Pawła VI, zwoływanego co jakiś czas potem także przez Jana Pawła II i jego następców, który był właściwie jakby "małym soborem", gdyż uczestnikami byli przedstawiciele konferencyj biskupów z całego świata (a nie wszyscy biskupi jak w przypadku soboru właściwego). W synodach lokalnych brali udział z natury rzeczy nie tylko biskupi lecz także duchowni niższych stopni. Po Vaticanum II system gremiów doradczych a z czasem też decyzyjnych rozszerzono na parafie tworząc tzw. rady parafialne, w Polsce nazwane dość debilnie i skrajnie modernistyczne "radą duszpasterską", jakoby rada miała się zajmować duszpasterstwem, a nie kapłani. Na tzw. Zachodzie doprowadziło to do gremiokracji na użytek skrajnych modernistów, którzy forsowali skrajne nadużycia zwłaszcza liturgiczne powołując się na swoje gremia parafialne (rada parafialna, wyłoniona przez nią tzw. komisja liturgiczna). Ten obłudny, właściwie sowiecki model - przećwiczony na poziomie krajowym przez niemiecką tzw. "Drogę synodalną" - przejęła dość bezpośrednio ekipa bergogliańska dla przeforsowania dalszej dewastacji ustroju, nauczania i praktyki Kościoła. Sedno taktyki jest to samo co w rewolucji roncalliańsko-montiniańskiej z lat 1960-ych: przejęcie starego pojęcia synodalności, zafałszowanie go oraz użycie dla strukturalno-doktrynalnego przewrotu wewnątrz Kościoła. Zacementowaniem tego przewrotu miał być pontyfikat bergogliański przez utworzenie stałych mechanizmów nowej "synodalności" na poziomie ogólnokościelnym po to, by odgórnie nakazać fałszowanie nauczania i praktyki Kościoła aż do poziomu parafialnego i tym samym zniszczyć czy przynajmniej unieszkodliwić resztki katolicyzmu jeszcze tlące się na niektórych parafiach. 

W przeróbce "ratio fundamentalis" czyli ogólnego regulaminu kształcenia seminaryjnego chodzi o to, by przyszłych kapłanów tresować na potulnych i spolegliwych sługusów gremiów parafialnych i diecezjalnych. Tym samym mają zostać wyeliminowani mężczyźni myślący samodzielnie po katolicku i tym samym potencjalnie bądź realnie zagrażający aparatowi modernistycznemu w jego do spodu bezwzględnej rewolucji. 

Takie formowanie musi oczywiście być sprzężone wszechstronnie z permanentną rewolucją, także w jej gałęzi feministycznej. Feminizm głosi godność i niezależność, a sprowadza się do bycia narzędziem zniewolenia zarówno niewiast jak i wychowywanego przez nie potomstwa. Nie trzeba udowadniać, że niewiasty są generalnie bardziej podatne na różnego rodzaju manipulacje, co widać chociażby w uleganiu nawet durnym i antyestetycznym modom, choć oczywiście zdarzają się wyjątki mężnych niewiast. Zniewieściała uległość i tym samym odmężczyźnienie ma być też wpajane kandydatom na kapłanów. Istotne początki już zostały dokonane przez:
- daleko posuniętą feminizację zawodów wychowawczych i edukacyjnych
- daleko posuniętą feminizację w liturgii Kościoła (śpiew, lektorki, nawet służba liturgiczna i szafarki Komunii)
- ostatnimi laty bergogliańska feminizacja głównych urzędów watykańskich posunięta aż do bezczelnie absurdalnej sytuacji tzw. dykasterii ds. zakonów, gdzie "prefektem" jest zakonnica a jej sekretarzem jest kardynał.
Celem tych zabiegów jest pozyskanie niewiast - rzekomo dotychczas niedocenionych i uciskanych - na użytek radykalnego i dogłębnego przewrotu doktrynalno-strukturalnego w Kościele. To jest plan iście szatański. 

Tym niemniej należy zachować spokój. Kościół nie runie od tego, że niewiasta będzie wykładała np. język obcy w seminarium. Gorzej by było z przedmiotami teologicznymi, gdyż to by oznaczało dalsze pogłębienie zapaści w nauczaniu teologii, która ze swej natury musi być racjonalna, trzeźwa i odważna, nie uczuciowa i bezkrytyczna. Aczkolwiek w obecnym stanie trudno sobie wyobrazić głębszą zapaść niż ta, która jest już dokonana rękami modernistycznych mężczyzn. 

Oczywiście dalszy tego typu proces spowoduje jeszcze pomniejszenue liczbę seminarzystów, o co zresztą też chodzi, gdyż moderniści już dość otwarcie dążą do święcenia żonatych i kobiet przynajmniej - tymczasowo - tylko do diakonatu. Nie da się jednak wyrugować ani wiary katolickiej, ani racjonalnego myślenia po katolicku, ani nie uda się stłamsić czy wyrugować natury ludzkiej i tym samym różnicy płci oraz ich specyficznych właściwości. Będzie to oznaczało większe powodzenie seminariów tradycyjnych, począwszy od indultowych, poprzez lefevbriańskie aż do sedewakantystycznych. Tym pierwszym można wprawdzie teoretycznie narzucić kwotę żeńskich wykładowców, jednak możliwe są też mechanizmy obronne przynajmniej w pewnym zakresie. 

Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa szaleństwo modernistyczne. Miejmy nadzieję, że już niedługo. Wydaje mi się, że pokolenie obecnej młodzieży doczeka lepszych czasów w Kościele niż obecne. Nawet jeśli dojdzie do oficjalnego rozłamu, którego zresztą nie chcą ani moderniści ani umiarkowani konserwatyści. Ci pierwsi chcą oczywiście zawładnąć umysłami katolików do spodu i bez reszty, co im się na pewno nie uda. 

Co więc począć? Po pierwsze, kształcić się w prawdziwie katolickiej teologii choćby nawet prywatnie w domu. Po drugie, starać się o szczere życie duchowe i sakramentalne. Po trzecie, łączyć się w grupy i środowiska dla tych dwóch pierwszych celów. To jest przygotowywanie pewnego zwycięstwa katolicyzmu, które nie musi być liczbowo-statystyczne, ale na pewno będzie jakościowe pod względem intelektualno-duchowym. 

Co robić dla ratowania małżeństwa?


Ponieważ problem opowiedziany tutaj jest dość typowy, zdecydowałem się odpowiedzieć publicznie, na co jest zgoda P. T. Autorki, jak widać. 

Przede wszystkim dobrze, że Pani szuka pomocy zarówno psychologicznej jak też duszpasterskiej. Najgorzej byłoby zamknąć się w sobie ze swoimi problemami. 

Drugi istotny pozytywny element, to trzymanie się wiary katolickiej i sakramentów. Dobrze by było, gdyby to miało miejsce po obydwu stronach, gdyż wówczas szanse na uratowanie małżeństwa byłyby znacznie większe. 

Po trzecie, dobrze że myśli Pani nie tylko o swoim dobru i komforcie, lecz także o dobru dzieci i męża. To jest bardzo ważne i również trzeba by, by to miało miejsce także ze strony małżonka. Nie chcę go podejrzewać czy oceniać, ponieważ go nie znam. Znam sprawę tylko z Pani strony. Tutaj potrzebne jest poznanie widzenia sprawy przez obydwie strony. Oczywiście nie podejrzewam Panią o zamierzoną stronniczość czy nierzetelność opisu. Chodzi o to, że spojrzenie w sprawach osobistych zawsze jest w dużej mierze subiektywne, nawet jeśli jest jak najbardziej uczciwe i dobroduszne. 

Dlatego do możliwie skutecznej porady konieczne byłoby wysłuchanie także spojrzenia małżonka, najpierw osobno, potem także rozmowy w trójkę. Do tego oczywiście konieczna jest przynajmniej zgoda małżonka. 

Z opisu wynika, że małżonek raczej nie ma chęci ratowania pożycia małżeńskiego. I to jest największy błąd i przeszkoda. To nie oznacza, że to ma być powód dla Pani do takiej samej postawy. 

Leczenie także w tego typu sprawie należy zacząć od przyczyny, nie od objawów. 

Jak wynika z opisu, sama Pani zdaje sobie sprawę, że dość istotnym czynnikiem jest tutaj różnica kulturowa między Wami. Małżeństwa mieszane pod względem kulturowym zawsze są poważnie ryzykowne, zwłaszcza jeśli chodzi o pochodzenie z obszaru islamskiego. Nawet jeśli w tym wypadku małżonek nie pochodzi z rodziny całkowicie tureckiej, to jednak nosi w sobie wiele z kultury ojca, co jest typowe w przypadku mężczyzny. 

Problemy, które Pani wspomina, są po części błahe (zniszczona czapka, zmiana sylwetki). Jeśli urastają do problemu życiowego, to jest to przejaw problemów głębszych, które są przykrywane tematami zastępczymi. Należy więc sięgnąć do właściwego problemu czy problemów. Jeśli sami nie jesteście w stanie tego zrobić, to potrzeba osoby trzeciej, która po pierwsze z racji swojej pozycji (jak członek rodziny, kolega z pracy itp.) nie jest stronnicza i po drugie ma zaufanie choćby minimalne ze strony obojga. 

Małżeństwo jako relacja nigdy nie jest i nie może być statyczne, jeśli ma być trwałe. Wynika to z tego, że żaden człowiek nie jest statyczny, gdyż codziennie dokonuje wyborów, które kształtują nie tylko nawyki lecz także osobowość, oczywiście w pewnych ramach, lecz dość znacznie, a nawet istotnie. Innymi słowy: samego siebie i drugiej osoby uczymy się stale, więc musimy się uczyć stale na nowo także relacji, zwłaszcza małżeńskiej, gdzie chodzi także, a nawet przede wszystkim o dobro dzieci, aczkolwiek bez odcinania czy lekceważenia dobra małżonków. 

To równocześnie daje nadzieję. Każdy człowiek może i powinien dojrzewać do końca życia. Małżeństwo jest szczególną, najbardziej naturalną szkołą dojrzewania. 

Tutaj konieczne jest poznanie i docenienie swoich dobrych cech, zdolności i umiejętności, ale także swoich słabości, niedoskonałości i grzechów. I tak samo w odniesieniu do współmałżonka. Życie niesie ze sobą wiele zranień, które wynikają zwykle z emocyj, są nieprzemyślane, w pewnym sensie nawet niechciane przynajmniej po namyśle. Przebaczenie polega na tym, żeby dać sobie nawzajem szansę, nawet jeśli trzeba poczekać na dobrą wolę drugiej osoby. 

Pod względem kościelno-prawnym możliwa jest separacja, nie rozwód. Separacja jest po to - jak wszystko w Kościele - by w pewnym koniecznym dystansie po jakimś czasie być w stanie rozpocząć na nowo, choćby małymi krokami. Emocje mają to do siebie, że z czasem słabną. Dotyczy do emocyj zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Stąd się biorą kryzysy zakochania, ale także możliwość budowania relacji na nowo. To jest ważne zarówno dla własnego dojrzewania życiowego jak też dla kształtowania i dojrzewania osobowości dzieci. 

Rozwód nie jest rozwiązaniem, nawet w połączeniu z kościelnym orzeczeniem nieważności małżeństwa. Nieważność małżeństwa nie przywróci dzieciom rodziny i nie wymaże lat spędzonych razem w chęci bycia małżeństwem i rodziną. 

Dlatego zachęcam do ratowania relacji, oczywiście na miarę możliwości w obecnej sytuacji. Wspomniała Pani o przyjaźni i rozczarowaniu. Także przyjaźń można uleczyć i odnowić. Warunkiem jest jedynie dobra wola obustronna. W pewnym sensie jesteście "skazani" na jakiegoś rodzaju przyjaźń ze względu na dzieci, nawet jeśli obecnie nie jest możliwe pożycie małżeńskie. 

Widzę w Pani opisie dużo zdrowego rozsądku, trzeźwego spojrzenia, mimo ciężaru sytuacji i zranień. To jest bardzo dobry znak i fundament ratowania małżeństwa. 

Włączam Was do modlitwy i pozostaję do usług, jeśli będzie taka potrzeba. 

Kiedy wojna jest sprawiedliwa?


Temat należy do klasyki katolickiej doktryny politycznej. Literatura przedmiotu jest dość bogata. Można ją dość łatwo znaleźć. Dlatego ograniczę się do skrótowej odpowiedzi. 

Przez wojnę rozumiemy podjęcie środków zbrojnych, czyli ludzkich sił zbrojnych wraz z uzbrojeniem zdatnym do stosowania przemocy wobec rzeczy i osób, wraz z możliwością ich zabijania. 

W katolickim rozumieniu wojna sprawiedliwa nie jest tożsama z wojną defensywną, czyli polegającą jedynie na odpieraniu zbrojnej napaści wroga. 

Według doktryny katolickiej, opartej zresztą na etyce klasycznej, muszą być spełnione następujące warunki, by można było uznać wojnę za sprawiedliwą:

1. Zagrożone musi być poważne dobro zbiorowe, czy to duchowe, czy materialne, czy też obydwa równocześnie. Przykładem jest niepodległość narodu i państwa, dająca pewną gwarancję bytu i rozwoju pod względem zarówno duchowym jak też gospodarczym czyli materialnym. Pod względem duchowym wystarczy, gdy dobro ma charakter w znaczeniu prawa naturalnego, jak np. dobrostan i bezpieczeństwo rodzin, dzieci, chorych, niepełnosprawnych, także rozwój i postęp naukowy, kulturowy. Te wartości muszą być zgodne z prawem naturalnym, czyli z porządkiem etycznym poznawalnym rozumowo. 

2. Wyczerpane zostały pokojowe środki zażegnania zagrożenia dla tych dóbr, jak np. ochrony życia narodu czy jego części, czy też jego tożsamości zgodnej z prawem naturalnym. 

3. Stosowane mogą być jedynie środki adekwatne do osiągnięcia takiej ochrony, a nie dążące zasadniczo do unicestwienia wroga w jego bycie zbiorowym czy narodowym, chyba że ten byt stanowi zagrożenie. Ten ostatni przypadek ma miejsce wtedy, gdy dany wrogi naród czy społeczność cechuje ideologia (czy "religia"), w skład której wchodzi dążenie do unicestwienia czy zniewolenia innych narodów. Wówczas oczywiście należy najpierw dążyć do oddzielenia od takiej ideologii. Sprawa jest oczywiście delikatna i taki cel jest trudny do osiągnięcia. 

Jak widać, prawidłowa ocena zależy od wielu danych, które raczej rzadko są publicznie i powszechnie znane, aczkolwiek są takie przypadki. 

Przykładem wojny sprawiedliwej są tzw. krucjaty, czyli wyprawy wojenne narodów chrześcijańskich podjęte dla obrony i ochrony życia chrześcijan w Ziemi Świętej, bestialsko mordowanych i uciskanych przez muślimów. Jeśli zdarzały się nieetyczne zachowania czy może nawet okrucieństwa ze strony uczestników wypraw krzyżowych, to nie należą one oczywiście do wojny sprawiedliwej, nawet jeśli zostały popełnione w związku czy przy okazji wojny sprawiedliwej jaką była krucjata. 


Dla kogo jest Komunia św.?


Warunki przyjmowania Komunii św. są dość jasno określone w każdym katolickim katechiźmie. Nie jest to więc ani kwestia opinii jednego duchownego czy nawet jednego sprawującego urząd papieski. Także papież nie ma prawa zmieniać tych warunków, które są jasno określone przez Tradycję Kościoła wespół z Pismem św. A jest to właściwie jeden warunek: stan łaski uświęcającej w połączeniu z wierzeniem po katolicku w odniesieniu do sakramentu Eucharystii, oraz wolność od kar kościelnych (jak interdykt i exkomunika). 

Problem polega na tym, że Franciszek - dokładnie biorąc - nie zanegował tych warunków, lecz wypowiedział się w sposób taki, jakby je podważał co do istoty. Wiadomo, że także ktoś będący aktualnie w stanie łaski uświęcającej jest grzesznikiem narażonym na pokusy i tym samym na utratę tego stanu. Święci uważali siebie za grzeszników i niegodnych przyjmowania Komunii św. Natomiast wypowiedź Franciszka może być tak interpretowana, jakoby stan łaski uświęcającej nie był koniecznym warunkiem, a to jest herezja dyscyplinarna oraz podżeganie do świętokradzkiego przyjmowania Komunii św. 

Czy satyra jest grzechem?

 


Także mówienie żartów i satyra podlegają ogólnym zasadom moralnym co do używania mowy. Główne zasady to
- prawdziwość, czyli wyrażanie i przekazywanie prawdy, 
- ukierunkowanie na dobro moralne, czyli celowość moralna. 

W pierwszym aspekcie sprawa może się wydawać trudna i złożona. Tutaj należy owszem wziąć pod uwagę "rodzaj literacki" żartu i satyry, czyli specyficzny sposób wyrażania myśli. Jednak także ten rodzaj mowy nie zwalnia z moralnego obowiązku trzymania się prawdy i podawania jej. A jest oczywiście możliwe. 

Nieodzownym - i równocześnie koniecznym do spełnienia - warunkiem jest także cel moralny. Ośmieszenie kogoś czy raczej danego zachowania czy postępowania może i powinno dążyć do tego, jeśli ma być moralne. Pamiętać należy, że respektowana powinna być godność danej osoby, a to należy rozumieć nie jako unikanie wskazania na zachowania czy cechy niemoralne i naganne lecz jako odróżnianie między niemoralnym zachowaniem czy postępowaniem danej osoby a jej zdolnością do poprawy i moralnej postawy, nawet jeśli dana osoba może to odebrać jako poniżenie czy upokorzenie. Nie należy mylić odczucia od stanu faktycznego. Jeśli np. ktoś mi zwraca uwagę na błędy czy grzechy, to jest to emocjonalnie oczywiście nieprzyjemne dla mnie, gdyż normalny człowiek nie popełnia chętnie błędów i grzechów, więc normalnemu człowiekowi jest przynajmniej wstyd, gdy się dowiaduje, że coś takiego mu się zdarzyło. Tutaj nawet nie jest istotne dla mnie, czy zwraca mi na to uwagę tylko po to żeby mnie poniżyć, czy też dla mojej poprawy czyli w trosce o moją duszę. Ta różnica jest owszem istotna dla niego, to znaczy od niej zależy, czy grzeszy (jeśli chce mi jedynie dokuczyć czy okazać swoją wyższość rzekomą czy rzeczywistą) czy raczej spełnia dobry uczynek co do mojej duszy. 

W tej perspektywie żarty, ironia i satyra mogą być grzeszne, ale same w sobie nie muszą. Faktycznie tzw. kabarety polegają dość często, a nawet przeważnie na wywoływaniu śmiechu i wesołości bez uwzględnienia podanych wyżej dwóch zasadniczych kryteriów. Znakiem rozpoznawczym takiej wątpliwej "sztuki" jest występowanie elementów czy wątków z dziedziny poniżej pasa, gdyż ich obecność daje właściwie pewność, że chodzi o przyciągnięcie i wykorzystanie odbiorców przez wywołanie w nich dość prymitywnych emocyj, a nie o przekazanie im prawdy ukierunkowanej na cel moralny.