Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Połów ludzi


Dominica IV post Pentecosten

Łk 5,1-11:

Wydarzyło się, gdy tłum tłoczył się dokoła Niego, by słuchać Słowa Bożego, a On stał przy jeziorze Genezaret.

I ujrzał dwie łodzie, stojące przy jeziorze, a rybacy, wyszedłszy z nich, płukali sieci.

Wszedłszy do jednej z tych łodzi, która była Szymona, poprosił go, aby odjechał nieco od brzegu; i usiadłszy, nauczał rzesze z łodzi.

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: wyjedź na głębię i zarzućcie sieci swoje na połów.

A odpowiadając Szymon, rzekł Mu: Mistrzu, całą noc ciężko pracując, nic nie złowiliśmy; ale na mowę Twoją zarzucę sieć.

A uczyniwszy to, zagarnęli wielkie mnóstwo ryb, tak iż ich sieć się rwała.

Skinęli więc na towarzyszy w drugiej łodzi, aby przybyli pomóc im, i przybyli i napełnili obie łodzie, tak iż się zanurzały.

Widząc to Szymon Piotr upadł do kolan Jezusa, mówiąc: Odejdź ode mnie, Panie, bom jest mężem grzesznym.

Albowiem zdumienie ogarnęło jego i wszystkich, którzy z nim byli, z powodu połowu ryb, który zebrali.

Tak samo Jakuba, i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli towarzyszami Szymona. A Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, od teraz ludzi łowić będziesz.

A wyciągając łodzie na ziemię, opuszczając wszystko, poszli za Nim.


εγενετο δε εν τω τον οχλον επικεισθαι αυτω του ακουειν τον λογον του θεου και αυτος ην εστως παρα την λιμνην γεννησαρετ

και ειδεν δυο πλοια εστωτα παρα την λιμνην οι δε αλιεις αποβαντες απ αυτων απεπλυναν τα δικτυα

εμβας δε εις εν των πλοιων ο ην του σιμωνος ηρωτησεν αυτον απο της γης επαναγαγειν ολιγον και καθισας εδιδασκεν εκ του πλοιου τους οχλους

ως δε επαυσατο λαλων ειπεν προς τον σιμωνα επαναγαγε εις το βαθος και χαλασατε τα δικτυα υμων εις αγραν

και αποκριθεις ο σιμων ειπεν αυτω επιστατα δι ολης της νυκτος κοπιασαντες ουδεν ελαβομεν επι δε τω ρηματι σου χαλασω το δικτυον

και τουτο ποιησαντες συνεκλεισαν ιχθυων πληθος πολυ διερρηγνυτο δε το δικτυον αυτων

και κατενευσαν τοις μετοχοις τοις εν τω ετερω πλοιω του ελθοντας συλλαβεσθαι αυτοις και ηλθον και επλησαν αμφοτερα τα πλοια ωστε βυθιζεσθαι αυτα

ιδων δε σιμων πετρος προσεπεσεν τοις γονασιν του ιησου λεγων εξελθε απ εμου οτι ανηρ αμαρτωλος ειμι κυριε

θαμβος γαρ περιεσχεν αυτον και παντας τους συν αυτω επι τη αγρα των ιχθυων η συνελαβον

ομοιως δε και ιακωβον και ιωαννην υιους ζεβεδαιου οι ησαν κοινωνοι τω σιμωνι και ειπεν προς τον σιμωνα ο ιησους μη φοβου απο του νυν ανθρωπους εση ζωγρων

και καταγαγοντες τα πλοια επι την γην αφεντες απαντα ηκολουθησαν αυτω


Tutaj mamy opis powołania nie tylko Szymona Piotra, lecz także synów Zebedeuszowych Jakuba i Jana, a tym samym najbliższego Panu Jezusowi, ścisłego grona uczniów, mianowicie tych wybranych przez Niego, by byli świadkami Jego przeminienia na górze, oraz modlitwy w ogrodzie oliwnym przed męką, czy właściwie już na początku męki. Szymon został potem tym, na którym Pan zbudował Swój Kościół, mimo zaparcia się w godzinie próby. Jakub został pierwszym biskupem Jerozolimy, który jako pierwszy spośród Dwunastu poniósł śmierć męczeńską za wiarę w Jezusa Chrystusa. Jan był jedynym spośród Dwunastu, który stał pod krzyżem. Był tym, którego Pan Jezus szczególnie miłował, i który żyjąc najdłużej na ziemi, najdłużej też dawał świadectwo wierze, a jako jedyny zmarł śmiercią naturalną, choć również doświadczał prześladowań. Z tego względu można powiedzieć, że w tym opisie powołania jest zawarte powołanie całego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów, tym samym każdego wierzącego. 

Tłumy szły za Jezusem, mimo iż Jego słowa nie były łatwe, ani pobłażliwe. Były wymagające, z wyczuwalnym autorytetem, intrygujące, pociągające, a zarazem kojące. Tak nikt inny nie przemawiał. On widocznie przyprowadził tłum idący za Nim na brzeg jeziora. Zrobił to po to, by unaocznić swoje nauczanie. 

Wejście do łodzi jednego z rybaków miało sens nie tylko praktyczny, by głos Jego niesiony przez wodę lepiej docierał do tłumu. To było równocześnie oderwanie Szymona od płukania sieci, a jeszcze bardziej wyrwanie go smutku, może nawet z przygnębienia i frustracji, z powodu daremnej pracy nocą, która jest normalna dla rybaka. Szymon się nie opierał, choć mógł powiedzieć Jezusowi: człowieku, mam swoje sprawy, swoją pracę, moja łódź nie jest mównicą, muszę ją przygotować na następną noc na połów, daj mi spokój. Widocznie jednak było coś, co skłoniło go do użyczenia gościnności nieznanemu wędrownemu nauczycielowi. Na pewno było to to samo, co przyciągało cały tłum do słuchania. Być może także wzgląd na słuchaczy spowodował u Szymona gotowość dystansu od jego własnej, prywatnej troski. A to jest już ważna podstawa dla urzędu, który miał potem objąć w Kościele. 

Jest jednak ważniejsza cecha w postawie Szymona. Wyrażona jest w jego reakcji na wezwanie Jezusowe do wypłynięcia na głębię, wbrew wyrobionemu w doświadczeniu rozsądkowi rybaka. Nie wiemy, jak długo Szymon przysłuchiwał się słowom Jezusa. To raczej nie mogło być długo, gdyż w skwarze dnia byłoby trudne do zniesienia. Prawdopodobnie było to rano, niedługo po daremnej pracy nocnej. To było jednak wystarczająco długo, by rybak nabrał szczególnego uznania dla wędrownego nauczyciela, mimo że ten zakłócił mu rytm pracy i spokój w trosce. "Ale na Twoją mowę..." - to zdanie jest często niedokładnie tłumaczone, począwszy od textu łacińskiego "in verbo autem tuo..." Język grecki odróżnia bowiem między rhema (= locutio) i logos (= verbum). Skoro Ewangelista używa tutaj określenia rhema, to wskazuje na to, że chodzi ogólnie nie o konkretne słowo, lecz o słowa, o całe nauczanie, którego Szymon był świadkiem. Innymi słowy: to nie polecenie "wypłyń" jest powodem posłuszeństwa Szymonowego, lecz całość tego, co słyszał z ust Jezusowych. Zapewne poruszało go to samo, co każdego normalnego człowieka, mianowicie prawdziwość i moc, które są ze sobą oczywiście ściśle powiązane. To budzi zaufanie czyli gotowość polegania na słowach danej osoby, mimo swoich nawyków myślowych, doświadczeń i naturalnych oporów. Decyzja Szymona co do posłuchania wezwania Jezusowego nie była nierozsądna, ponieważ jej podstawą było słuchanie Jego nauczania. 

To poleganie zostało oczywiście potwierdzone i nagrodzone. Mocą boską i w stylu boskim, czyli przeobficie i wbrew wszelkim zwykłym oczekiwaniom. Wtedy następuje kolejny krok rozwoju duchowego Szymona: upadnięcie do kolan Jezusowych. Text grecki używa tutaj określenia wziętego z dziedziny kultycznej (stosowanej zresztą także wobec władców) proskynein, które oznacza upadnięcie na twarz w geście uniżenia i wyrażenia czci. Także zaznaczenie Ewangelisty, że Szymon upadł do kolan Jezusowych, jest zapewne nie przypadkowe. Chodzi prawdopodobnie o to, że to upadnięcie było takie, iż twarz Szymona nie sięgała ziemi, lecz wysokości kolan Mistrza. Czyżby oznaczało to brak całkowitego uniżenia? To nie wynika z kontextu. Chodzi raczej o to, iż Szymon chce pozostać twarzą na wysokości kolan Jezusowych, by być jak dziecko u rodzica, jak niemowlę przy łonie karmiącej je matki. Padnięcie na twarz do stóp jest typowe dla poddanego i niewolnika. Szymon wie, że Pan Jezus tego nie oczekuje, że Jemu chodzi o inną relację, o taką, która prowadzi do obfitego połowu. 

Szymonowe poczucie niegodności do tej relacji jest odpowiedzią człowieka szczerego wobec siebie i wobec innych, czyli niezakłamanego i nie zgrywającego czegokolwiek. Człowieka, która doznał swojej słabości, ułomności, niewystarczalności mimo wysiłków, mimo dobrej woli i żarliwości, której dowody podają Ewangelie w innych miejscach. Szymon nie uniknął pokusy zbyt szybkiej świętości, czyli zaufania w swoje siły, gdy zapewniał Mistrza po Jego zapowiedzi męki, że go nie opuści, choćby wszyscy Go opuścili. Dlatego musiał boleśnie doznać swojej zdrady po pojmaniu Jezusa, by potem - jak mówi legenda - do końca życia zapłakać gorzko przy każdym pianiu koguta, czyli o świcie, u początku dnia, by na skrusze i pamięci o swojej słabości budować wierne łowienie ludzi. 

Szymon jawi się więc tutaj jako pierwowzór łowienia ludzi według nauczania i nakazu Jezusa Chrystusa. 

Po pierwsze, Szymon nie jest wzorem ani lenistwa ani nieudacznictwa. On ciężko pracował całą noc, wraz z towarzyszami. Był doświadczonym rybakiem, a jednak spotkało go coś, czego żaden rybak się nie spodziewa. Rybak wie, że jakiś połów zawsze jest, mniejszy czy większy, o ile robi się swoją pracę normalnie profesjonalnie. Zupełny brak ryb w sieci jest swoistym anty-cudem, który jest trudno wyjaśnić w sposób naturalny. Może się zdarzyć tylko wtedy, gdy albo rybak popełni elementarne błędy, albo wydarzy się coś takiego, jakby przyroda sprzysięgła się przeciw niemu. Jeśli coś takiego nie wydarza się w rybołówstwie, to wydarza się czy może się wydarzyć w życiu każdego z nas: mimo wysiłku, mimo starań, mimo zaangażowania swojej wiedzy, doświadczenia i umiejętności, trud jest daremny, a ta daremność zagraża przynajmniej poczuciu bezpieczeństwa, nawet jeśli nie zagraża wprost życiu własnemu i bliskich. Pojawia się wtedy pokusa przynajmniej zniechęcenia, jeśli nie wręcz buntu wobec niesprawiedliwości, którą Pan Bóg dopuszcza. Co robi wtedy Szymon? Być może niechętnie i mrukliwe, ale jednak udostępnia swoją łódź, przerywając swoją normalną pracę - płukanie sieci. I słucha. Słucha nie tylko z ciekawości czy żeby zapomnieć o swojej frustracji: przyjmuje wezwanie do posłuszeństwa, choć zapewne bez wiary w sensowność jego wykonania. 

Po drugie, wezwanie Jezusowe "wypłyń na głębię" ma zapewne także znaczenie duchowe. Głębia jest czymś tajemniczym i może być też czymś groźnym, chociażby z powodu odległości od bezpiecznego lądu. Na głębinie nie zawsze jest szansa na połów, gdyż ryby mogą ukrywać. Gdy Pan Jezus każe zarzucić sieci na głębi, to sprawia także, że ryba będzie dostępna dla sieci, a może nawet ku niej wypłynie. Wypłynięcie na głębię jest więc zaufaniem w działanie Boże i w ogóle w głębszy wymiar rzeczywistości, który daje wiara w Boga - w Jego istnienie i aktywność. Tutaj wzorem jest Szymon. 

Po trzecie, on jest wzorem realizmu, szczerości i autentyczności, zwłaszcza w odniesieniu do siebie i też wobec działania Bożego, które przerasta jego trzeźwe oczekiwania. Szymon mógł się poczuć wyróżniony wyborem akurat jego łodzi przez Pana Jezusa i to na oczach tłumu. Mógł popaść choćby w pospolitą pychę, do której zresztą ze swej natury miał skłonność. Wiedział, że przed Jezusem nie ma sensu niczego udawać? Poczuł się niegodny bliskości tego, który dokonał ewidentnego znaku działania boskiego. Czego się bał? Obawiał się, że nie sprosta tej obecności, a czuł, że Pan Jezus czegoś więcej chce od niego, że to nie było tylko przelotne spotkanie. 

Na koniec pozostaje zagadkowe sformułowanie Jezusowe: "od teraz będziesz łowiącym ludzi". Greckie słowo zogrein oznacza "chwytanie żywcem". Rybak łowi, żeby zabić na pożywienie, to oczywiste. Dlaczego Pan Jezus jednak posługuje się tym obrazem z codzienności Szymona? Zapewne dlatego, że po pierwsze jego zdolności i umiejętności odtąd zostaną wykorzystane do wyższej czynności. Będzie to czynność Jezusowa, bo to on sprawił połów na głębi w ciągu dnia, gdy normalnie żadna się pojawia. Po drugie, będzie to czynność wynikająca ze słuchania Jego mowy, Jego słów, i podejmowana w zaufaniu w Jego działanie, nie we własne siły i umiejętności. W końcu to zarzucanie sieci i łowienie nie prowadzi do śmierci, lecz do nowego życia - życia z Nim i działania z Nim, nawet jeśli wymaga to obumarcia dla starego życia. 

W powołaniu Szymona jest nam dany raz na zawsze paradygmat wiary w Jezusa i uwierzenia Jemu. Trudno jest nam sobie wyobrazić, jak to trzeźwo myślący rybacy nagle porzucają wszystko, by pójść za Nim. A jest to wezwanie do wolności. Podobnie jak nagłe wezwanie do przejścia z tego świata do wieczności. Wtedy nie liczy się już nic oprócz pójścia za Nim. 


Ślimak lednicowo zaczadzony

 

Jedną z nowszych gwiazdek internetowych modernistycznego kato-światka jest Wojciech Czuba z Warszawy, powiązany z modernistycznymi dominikanami typu Tomasz Nowak (więcej tutaj). Wygląda na to, że chłopak stara się być normalnym katolikiem bez perfidnych wyskoków typu Adam Szustak. Prawdopodobnie ma to z domu rodzinnego. Jest ponadto inteligentny, autentyczny i utalentowany do występów publicznych. Jego problem polega jednak na braku dojrzałego, samodzielnego myślenia, co się wiąże oczywiście z młodym wiekiem, ale raczej nie tylko. Jest też w niebezpieczeństwie pewnego narcyzmu, co z reguły niesie ze sobą kariera medialna, i to też wynika z braku dojrzałości. Oto przykład:


Tutaj wdać, że chłopak stara się prezentować nauczanie Kościoła i też myśleć przy tym. Problem w tym, iż widocznie zakłada po pierwsze, jakoby Katechizm Kościoła Katolickiego był w każdym zdaniu precyzyjny i wyczerpujący, a po drugie sam to niego nie podchodzi dokładnie. Oto fragment, który Wojtek ma na myśli:


Otóż błędne jest zdanie Wojtka, jakoby nieuporządkowanie nie odnosiło się do osób ze skłonnością homoseksualną, a jedynie do ich czynów. Sprawa jest dość prosta już na poziomie zwykłej logiki: skoro czyny homosexualne są nieuporządkowane, to także skłonność do nich musi być nieuporządkowana, dokładniej mówiąc, przeciwna naturze. Być może Wojtkowi chodzi o to, że nie należy mylić nieuporządkowanej skłonności z osobą. Tu jest moja zgoda, o ile odpowiednio zdefiniuje się osobę, zwłaszcza w odróżnieniu od osobowości w znaczeniu psychologicznym. Otóż według teologii katolickiej także grzesznik, nawet nałogowy zachowuje godność ludzką, choć jego grzechy uderzają właśnie w tę godność. Istotą godności ludzkiej jest bowiem rozumność i wolność (wolna wola, jak to się mówi dziwacznie po polsku w stylu "masło maślane", a po łacinie jest to wyrażone właściwie jako liberum arbitrium). Skutki grzechu pierworodnego kaleczą zarówno rozumność jak też wolność wyboru, skłaniając przez pożądliwość ku grzechowi. Dochodzą błędy wychowawcze, zranienia i wykrzewienia osobowości, nałogi grzechowe, i też każdy pojedynczy grzech osłabia dobrą wolę. 

W przypadku osób ze skłonnością homosexualną istotne jest, że one zasadniczo nie wybrały sobie tej skłonności, a jedynie mogą albo odrzucić albo wybrać pójście za tą skłonnością. Tutaj właśnie ważne jest odróżnienie między godnością ludzkiej takiej osoby, a jej złym wyborem, gdyż w każdej chwili może porzucić zły wybór i dokonywać dobrego wyboru. 

Sednem problemu jest negowanie, że taka skłonność jest nieuporządkowana czyli niezgodna z naturą. Gdy ktoś uważa tę skłonność za naturalną - czy to dla siebie czy w ogóle - to niestety nie jest w stanie dostrzec problemu, aczkolwiek agresja i publiczne, nachalne exponowanie tej skłonności czy nawet czynów i stylu życia dość wyraźnie wskazuje na przynajmniej podświadome wyczuwanie nieuporządkowania i zgubności tej skłonności. 

Dlatego właśnie nieodpowiednie domaganie się szacunku dla takich osób czy nawet - jak to się mówi w stylu bergogliańskim - miejsca w Kościele, o ile oznacza to utwierdzanie ich w zakłamaniu, uderza w ich godność i jest dla nich szkodliwa. Tego Wojtek wydaje się nie rozumieć. Póki co. Oby dojrzał do zrozumienia. 


Przywódca sekty dolindowców kłamie


W sprawie x. Dolindo i około już się wypowiadałem (tuta i tutaj). Oto ostatnio sam główny promotor tego oszustwa w Polsce, x. Robert Skrzypczak, już zupełnie się zdemaskował u jak zwykle dobroduszno-naiwnego pana Janka Pospieszalskiego. Chodzi o tę wypowiedź:


Przyznam, że nie ogarniam, jak można bezczelnie kłamać, mówiąc, że nie było żadnych dowodów do procesu kanonicznego i ukarania x. Dolindo. Wystarczy spojrzeć do książki kolabarantki x. Skrzypczaka, do której on zresztą oczywiście napisał wstęp, gdzie w przypływie szczerości jest wzmiankowana sprawa niejakiej Serafiny:





Podane fragmenty są oczywiście zretuszowane względem rzeczywistości i próbują wybronić x. Dolindo. To jednak nie może się udać. Sprawa jest właściwie prosta: jeśli kapłan zamiast prostych teologicznych kryteriów rozróżniania duchów kieruje się tym, jak się czuje w obecności danej osoby, to nie jest tylko zupełnie nie kompetentny, lecz groźny dla dusz. Jeśli ktoś mimo tego prostego przykładu, twierdzi, że nie było powodów do procesu przed Świętym Oficjum, to bezczelnie łże i oszukuje publiczność. 

Osobną kwestią jest sprawa inkardynacji. X. Skrzypczak powinien właściwie wiedzieć, że kapłan bez inkardynacji jest tym samym suspendowany i nie ma prawa sprawować sakramentów. Nie badałem biografii x. Dolindo, ale o ile gdzieś tam wyczytałem, w ostatnich dekadach życia jednak sprawował Mszę św. Na jakiej podstawie to czynił, nie wiem. Trzeba by to wyjaśnić. 

Wiejski wikary zaskakuje na plus, a rektorem seminarium jest heretyk


 X. Piotr Piekart, o którym była niedawno tutaj mowa w związku z jego wypowiedzią o "koroneczce", zaskoczył właśnie chwalebnie swoją inną wypowiedzią, mianowicie w ramach "synodu" Archidiecezji Krakowskiej. Oto jest słowa:


Problem jest o tyle typowy, że powinien go zauważyć każdy, kto myśli po katolicku, czyli wierzy zgodnie z wiarą Kościoła, iż Jezus Chrystus jest obecny w każdej cząstce eucharystycznej postaci chleba. Doskonale to wyraża tradycyjna liturgia rzymska, zwłaszcza w geście złączenia palców celebransa począwszy od Konsekracji aż do puryfikacji po Komunii św. Natomiast w Novus Ordo tej świadomości nie ma, gdyż została ono systemowo wyrugowana przez:
- brak złączenia palców
- brak pateny (nie jest wymagana)
- puryfikowanie pateny przez ściąganie cząsteczek do kielicha puryfikaterzem, co jest o tyle absurdalne, że partykuły z natury przywierają do puryfikaterza, skąd mogą się rozproszyć praktycznie wszędzie
- Komunia dołapna

Wprawdzie nie jest to przewidziane w żadnym oficjalnym dokumencie, jednak z czasem rozpowszechnił się zwyczaj kreślenia znaku krzyża dzieciom na czole tym samym palcem, którym się podaje Ciało Pańskie w Komunii. Niby szczegół, ale pasujący do całości. 

Należy zauważyć, że problemem nie jest znaczenie czoła dziecka krzyżykiem, lecz brak złączenia palców. Można bowiem znaczyć resztą dłoni, trzymając złączony kciuk i palec wskazujący. 

Dobrze, że "wiejski wikary" wskazał na problem. Niestety jednak chyba nie całkiem jest gotów wyjść poza schemat myślenia jedynie w kategoriach Novus Ordo. Oby jednak - przynajmniej z czasem - dostrzegł, w czym jest właściwy problem, mianowicie w samym Novus Ordo, aczkolwiek w nim nie ma zakazu złączenia palców. 

Wypowiedź x. Piekarta wywołała oburzoną reakcję rektora krakowskiego seminarium duchownego, x. Robert Woźniak, który jest równocześnie wykładowcą dogmatyki:


Nie wiem, co ten człowiek wykłada alumnom seminarium i innym studentom. Pewne jest, że albo ma wiedzę poniżej poziomu katechezy na poziomie podstawowym, albo jest heretykiem negującym podstawową prawdę wiary katolickiej, mianowicie o istotowej obecności Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Było już o tym szerzej (tutaj). W skrócie: jeśli ktoś nie potrafi odróżnić obecności duchowej od istotowej (substancjalnej), to jest teologicznym analfabetą. A jeśli powołuje się przy tym na Ojców Kościoła, to jest też oszustem, gdyż żaden z nich nie negował wyjątkowej, realnej obecność wyłącznie w Najświętszym Sakramencie. Jest poważnym skandalem, że ktoś taki pełni funkcję wykładowcy teologii, a nawet kogoś odpowiedzialnego za formację przyszłych duchownych. 

Co to są fundamentalne elementy Kościoła? Ciąg dalszy

 

Wypada szerzej potraktować pytanie tytułowe. Wprawdzie w wypowiedzi Leona XIV jest przynajmniej zagadka w tej kwestii, jeśli nie kłamstwo. Powinna to być jednak okazja do przypomnienia elementarza eklezjologii katolickiej. Otóż znamiona Kościoła są podane w wyznaniu wiary: jeden, święty, katolicki i apostolski. Nie ma nic o Vaticanum II, ani o żadnym innym soborze, ani o wszystkich razem, ani nawet o papiestwie. Idźmy po kolei:

Jedność Kościoła jest trójwymiarowa: we wierze, w sakramentach, w hierarchii (czyli rządzeniu). Kolejność jest tutaj ważna. To nie są składniki jedności, jakoby każdy z nich mógł istnieć z osobna, lecz one są nierozerwalną całością. Przykład oparty wprost na prawie kanonicznym: jeśli duchowny porzuca wiarę katolicką, czyli popada w herezję albo nawet w apostazję, to traci tym samym wszelkie urzędy kościelne oraz prawo do sprawowania sakramentów. 

Ten punkt jest istotny, ponieważ z jednej strony FSSPX zarzuca władzy rzymskiej modernizm, czyli popadnięcie w herezję (choć tego tak wprost nie nazywają, z niewyraźnych przyczyn), zaś z drugiej władze rzymskie żądają uznania Vaticanum II jako warunku koniecznego przynależności do Kościoła, a w domyśle musi chodzić o swoiste wyznanie wiary, czyli przyjęcia Vaticanum II jako nauczania wiary katolickiej, niezależnie od tego czy i na ile jest ono sprzeczne z wiarą katolicką. To jest właśnie sedno problemu, a trudność polega na tym, że strony po pierwsze mają różne założenia, po drugie przeciwne oczekiwania czyli cele, po trzecie nie są całkiem szczere ani wobec siebie ani wobec publiczności. FSSPX oczekuje, że władze rzymskie powrócą do tradycyjnego nauczania i sprawowania sakramentów, natomiast one żądają, by FSSPX - idąc wraz z "Kościołem soborowym" - od niego odeszło, bądź przynajmniej zaprzestało potępiania tego odejścia. Równocześnie władze rzymskie grają swoją pozycją jako władza, która dysponuje także środkami karnymi czyli możliwością nałożenia kar kościelnych i wygląda na to, że to jest właściwie jedyny argument z jej strony. Natomiast FSSPX z jednej strony zaznacza, że uznaje władzę rzymską czyli aktualnie sprawujących rządy papieży, ale z drugiej strony zachowuje się tak, jakby ostateczny głos w podejmowaniu decyzyj miało FSSPX względnie jego przełożony generalny. Merytorycznie - co do rozumienia jedności Kościoła czyli konieczności zachowania ciągłości z całą Tradycją - pozycja FSSPX jest silniejsza, jednak dyscyplinarnie, zwłaszcza praktycznie jest niespójna, co wynika oczywiście z trudnej i niebywałej dotychczas w historii Kościoła sytuacji wielorakiego rozdźwięku między dyscypliną a doktryną: stare zasady dyscyplinarne są stosowane do forsowania nowości w doktrynie i rugowania tradycyjnej doktryny, czyli właściwie przeciw jedności z Kościołem "przedsoborowym". Tym samym brakuje wspólnej płaszczyzny do porozumienia. 

Nie mniej istotna w tym kontekście jest świętość Kościoła. Otóż u podłoża zmian wprowadzonych od Vaticanum II jest mniej czy bardziej wyraźnie artykułowane przeświadczenie, że Kościół błądził przynajmniej od końca średniowiecza, z którego to powodu konieczna i słuszna była tzw. reformacja czyli właściwie rewolucja protestancka, a nawet już od IV wieku, kiedy to Kościół zyskując wolność według prawa imperium rzymskiego rzekomo uległ wypaczeniu. Właściwie jest tutaj zawarta negacja świętości Kościoła i w imię tej negacji zostały przeforsowane "reformy", połączone z otwarcie czy mniej otwarcie wyrażaną pogardą dla tego, co "przedsoborowe", zwłaszcza liturgia Kościoła. Temat jest używany także dość przewrotnie w odniesieniu do krytyki owych "reform", mianowicie gdy ich fani powołują się na nieomylność Kościoła, sugerując, że Kościół stał się święty dopiero wraz z Vaticanum II, czy przynajmniej częściowo święty, a to akurat w tym, co jest nowością, zwłaszcza w tzw. ekumenizmie, wolności religijnej, poluzowaniu w nauczaniu moralności itp. itd. Co odważniejsi przyznają wprost, że to jeszcze nie jest doskonała "świętość", dopóki katolicyzm nie został doszczętnie przemieniony w ich wyobrażenia, które sprowadzają się do roli jednej z wielu równoważnych religij, bez jakiejkolwiek pretensji do prawdziwości. Tym samym albo o boskim pochodzeniu Kościoła - co jest podstawą i korzeniem jego świętości - nie może być mowy, albo przypisuje się Bogu bluźnierczo chcenie wielości religij (jak to chociażby wprost w papierze podpisanym przez Bergoglio wraz z jednym z nauczycieli islamskich), czyli zaprzeczanie sobie i oszukiwanie ludzi. Tak samo bluźniercza co do świętości Kościoła jest - mniej czy bardziej uświadomiona - mentalność, jakoby w Kościele mogła istnieć sprzeczność między wcześniejszym nauczaniem a obecnym (a nawet przyszłym). To także jest jeden z kluczowych punktów spornych między władzami rzymskimi a FSSPX. Benedykt XVI usiłował temu zaradzić przez swoją słynną "hermeneutykę ciągłości", w przekonaniu, że nauczanie Vaticanum II (i późniejsze) da się pogodzić ze wcześniejszym nauczaniem Kościoła. To napotkało na - zwykle pośredni - sprzeciw ze strony zarówno modernistów okupujących stanowiska watykańskie, stolice biskupie, kurie i wydziały teologiczne, jak też ze strony przywódców FSSPX, i doprowadziło do fiaska rozmów, które miały prowadzić do uregulowania sytuacji kanonicznej tego ostatniego. Tym niemniej także tutaj nie ma płaszczyzny porozumienia, skoro dla tych pierwszych świętością (przynajmniej najwyższą, choć jedynie tymczasową) jest Vaticanum II, które natomiast przez drugich jest uważane za zdradę Tradycji i źródło wszelkiego obecnego zła w Kościele. 

Trzecie znamię Kościoła może się wydawać najkorzystniejsze dla modernistów, zwłaszcza gdy rozumie się katolickość tak, jak oni ją ujmują. Pierwotnie w języku Kościoła - poświadczonym przez Ojców Kościoła - katolickość była przeciwieństwem pluralizmu religijnego. Kościół - jako pierwszy w historii ludzkości - uważał siebie za religię przeznaczoną i chcianą przez Boga dla wszystkich ludów, dla całej ludzkości. W tle jest tutaj exkluzywizm żydowski, a także relatywizm pogański, który ma korzenie w politeiźmie. Skoro Bóg jest jeden, to wszyscy ludzie są wezwani do poznania Go, a Kościół ma obowiązek iść do wszystkich ludów, żeby im głosić tego jednego prawdziwego Boga. Moderniści zrobili z tego odwrotność, czyli usiłują przerobić Kościół na relatywistyczną religię subiektywizmu i tym samym pozbawioną prawdy, choćby nawet w zalążku. Stąd się bierze pęd na ekumaniactwo, prowadzący do coraz absurdalniejszych excesów słownych i w gestach, czego jesteśmy świadkami od 60 lat. Innymi słowy: jeśli ktoś oddziela katolickość od misyjności, czyli głoszenia wszystkim Ewangelii Jezusa Chrystusa w celu zgromadzenia ich w jednym Kościele, czyli w jednej społeczności wyznających wiarę katolicką, to tym samym jej zaprzecza i nie może być katolikiem, niezależnie od pozycji, urzędu, czy popularności, nawet jeśli posługuje się tą nazwą. Tutaj nie muszę chyba wykazywać, kto jest bliżej prawdziwego pojęcia katolickości. Zaś dość prosty i oczywistym dowodem jest liturgia. Ona była w Kościele zawsze widzialnym znakiem i zastosowaniem katolickości, w połączeniu z jednością i świętością i apostolskością. Jednolity język liturgii na całym świecie wyraża powszechność Kościoła, jego wolność od lokalnych i narodowych zwyczajów, które nierzadko są wypaczeniami. Nie muszę w tym miejscu wykazywać, że zarówno w łonie katolicyzmu w jednym kraju, jak też zwłaszcza między krajami, istnieją obecnie kolosalne różnice. Wystarczy porównać chociażby to, co się w Niemczech, z tym, co jednak nadal jest standardem w Polsce, aczkolwiek różnice coraz bardziej się zacierają na niekorzyść Polski. To już nie jest katolickość, gdyż sprzeczności są wręcz rażące. Warto jednak zauważyć, że dotyczy to jedynie modernistów, ich struktur. W środowiskach tradycyjnych, i to zarówno indultowych, jak też lefebviańskich i sedewakantystycznych katolickość kwitnie nawet naocznie, i to także w znaczeniu uproszczonym i płytszym jako powszechność. 

Apostolskość Kościoła zwykle wydaje się tajemnicza i zagadkowa. Równocześnie jest ona historycznym korzeniem wszystkich pozostałych znamion. Powszechne jest powiedzenie, że Kościół jest zbudowany na fundamencie Apostołów, co oznacza, że fundamentem Kościoła jest nauczanie oraz działanie Apostołów po Zesłaniu Ducha Świętego. W tym zawarta jest zarówno jedność z Apostołami, a przez nich z samym Jezusem Chrystusem, jak też świętość Kościoła i jego katolickość. Oznacza to, że choćby najdrobniejsze odejście od nauki i praktyki Apostołów, czyli zdrada apostolskości, godzi także w jedność, świętość i katolickość Kościoła. Nie muszę udowadniać, że nauczanie modernistyczne, także to rozpowszechniane z powoływaniem się na Vaticanum II, mniej czy bardziej radykalnie przynajmniej oddala się od tego, czego nauczali Apostołowie, a co zostało przekazane czy to w Piśmie św. czy też w Tradycji Kościoła. Natomiast, póki co, na ile mi wiadomo, nikt nawet w przypływie podniesienia nastroju nie postawił tego zarzutu wobec FSSPX. Także Leon XIV, mimo tak poważnego zarzutu sformułowanego ogólnie, bez żadnych konkretów nie jest widocznie w stanie wskazać, w których kwestiach FSSPX czy też ogólnie katolicy tradycyjni odchodzą od nauczania Apostołów czy są jemu niewierni. Jedynym argumentem jest odrzucanie niektórych elementów w dokumentach Vaticanum II tak, jakby one miały zastąpić Boże Objawienie podawane przez Kościół począwszy od Apostołów na przestrzeni wieków. Zaś odwrotnie można dość łatwo wykazać, iż działania modernistów - także w ramach Vaticanum II i po - nie mają żadnych podstaw w dziedzictwie Apostołów i ich następców na przestrzeni wieków: Apostołowie nic nie mówią o ekumeniźmie, o wolności religijnej, o roli świeckich w Kościele, o święceniu kobiet, o błogosławieniu par cudzołożnych i homosexualnych, ani o tym, że papież czy jakaś powołana przez niego rada ma prawo zakazać liturgii sprawowanej w Kościele od wieków i wprowadzać obrzędy zainspirowane czy nawet wręcz przejęte od heretyków. Kto tu więc odrzuca fundamentalne elementy Kościoła jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego? 

Zobaczymy, jaki będzie rozwój wydarzeń w następnych dniach i tygodniach. Pojawiła się poważna pogłoska, że władze watykańskie rozważają nałożenie kary exkomuniki nie tylko na biskupów FSSPX, lecz także na kapłanów oraz świeckich korzystających z ich posługi. To by pasowało do przypuszczenia, które wyrażałem już od dłuższego czasu w związku z nadzwyczaj (pozornie) życzliwym i hojnym traktowaniem FSSPX przez Franciszka. To nie były gesty autentycznego zrozumienia, życzliwości i uznania, lecz taktyka zmierzająca do wepchnięcia jak największej liczby katolików myślących i wierzących po katolicku w ramiona struktury, którą będzie można dość łatwo i wygodnie exkomunikować. Czas pokaże. 

Jaka jest ranga dokumentów Vaticanum II?


Nie znam wszystkich wypowiedzi x. Hesse odnoszących się do Vaticanum II. Na ile je znam (a poznałem go nawet niegdyś osobiście na urodzinach u wspólnego znajomego), uważam, że sprowadzają się one do kwestii charakteru oraz rangi dokumentów. Wiąże się to z zamiarem, który przyświecał jego zwołaniu, oraz z celem. Nie bez znaczenia jest także zarówno forma wypowiedzi jak też treść. Po krótce chodzi o następującą charakterystykę:

1. Zamiarem była - według oficjalnych deklaracyj Jana XXIII - nie dbałość o czystość nauczania wiary i obyczajów, czyli obrona przed herezjami, lecz głoszenie dopasowane do współczesności. W tym znaczeniu był to sobór nie dogmatyczny, lecz - jak to się zaczęło mówić - "pastoralny". Tak więc, biorąc dokładnie i poważnie tę zadeklarowaną intencję, z góry wykluczone zostało głoszenie nowego nauczania co do treści. Nowa miała być jedynie forma, czyli sposób przekazania treści nauczania.Takie określenie celu soboru miało miejsce po raz pierwszy w historii Kościoła. Celem wszystkich poprzednich soborów była troska o czystość wiary i dyscypliny, tym samym odparcie błędów i nadużyć. W tym znaczeniu wszystkie poprzednie sobory były dogmatyczne, co oczywiście nie zaprzecza ich charakterowi pastoralnemu, gdyż wszystko w Kościele powinno opierać się na prawdzie i na tym polega pastoralność. Innymi słowy: wszystkie inne sobory były dlatego pastoralne, ponieważ były dogmatyczne. Przeciwstawienie, czy już nawet odróżnienie jednego od drugiego jest nie tylko nowością, lecz ma znamiona oszustwa. 

2. Faktycznie forma zastosowana w dokumentach Vaticanum II wyraźnie i ewidentnie odbiega od formy wypowiedzi wszystkich poprzednich soborów: nie tylko nie ma kanonów potępiających błędy, lecz styl jest często jedynie opisowy oraz wieloznaczny. Brak precyzji teologicznej spowodował nie tylko zamieszanie, lecz poważne napięcia i konflikty zarówno w teologii jak też w zastosowaniu praktycznym.

3. Faktycznie dokumenty Vaticanum II - wbrew oficjalnej deklaracji - zawierają nie mało nowości, które mają charakter nie tylko praktyczno-dyscyplinarny, lecz w swej istocie doktrynalny, dotyczący nauczania prawd wiary i moralności. Tutaj tkwi najpoważniejszy problem, na który wskazuje także x. Hesse. Osobiście uważam, że te nowości nie dotyczą samych prawd wiary czy moralności, lecz konsekwencji tych prawd w tym znaczeniu, że otwarto możliwość wniosków teologicznych i dyscyplinarnych, które mniej czy bardziej wprost uderzają w prawdy wiary. 

Jest jednak prosta zasada, która daje rozwiązanie tych trudności. To właśnie ona jest podstawą słynnego hasła Benedykta XVI odnośnie do Vaticanum II, mianowicie tzw. hermeneutyki ciągłości jako przeciwieństwa fałszywej interpretacji na zasadzie "hermeneutyki zerwania". Zasadą dogmatyczną jest tutaj niezmienność Kościoła w wyznawaniu i nauczaniu prawdy objawionej. Zasadą historyczną jest wola i zamysł Ojców Soborowych, których - przynajmniej w zdecydowanej większości - celem nie było ani zaprzeczenie dotychczasowemu Magisterium ani wprowadzanie nowości sprzecznych z prawdami wiary i moralności. Mówiąc najkrócej: o ile w dokumentach Vaticanum II znajdują się nowości sprzeczne czy trudne do pogodzenia z nieomylnym nauczaniem Kościoła, nie mają one i nie mogą mieć mocy wiążącej. Nie są wiążące także wypowiedzi nie dotyczące wprost prawdy wiary, jak np. odnośnie do islamu czy innych kultów, gdyż należą one do dziedziny religioznawstwa, nie nauczania wiary objawionej. Stąd właściwa recepcja Vaticanum II musi przede wszystkim respektować charakter poszczególnych zdań. Z tego charakteru wynika możliwość, a nawet obowiązek krytyki, czy wręcz odrzucenia pewnych zdań, o ile są one sprzeczne czy to z oficjalnie zadeklarowanym celem soboru czy ze wcześniejszym stałym czyli niezmiennym nauczaniem Kościoła. 

Czy wiejski wikary obronił "koroneczkę"?


Względnie nową gwiazdeczką internetową stał się (i raczej pozostanie tylko gwiazdeczką) x. Piotr Piekart z Archidiecezji Krakowskiej. Podobno ma jakieś ciągotki do liturgii tradycyjnej. Jeśli tak jest, to jest to już coś. Jednak zdecydowanie za mało, zwłaszcza w zestawieniu z poziomem intelektualnym i tym samym teologicznym, jaki reprezentuje, jak to widać na niniejszym przykładzie. 

Otóż zwrócono mi uwagę na jego wystąpienie w kwestii wiadomej "koroneczki". Jedyną zaletą tego wystąpienia jest to, że jest krótkie. Jego autor widocznie tkwi po uszy w fałszywej propagandzie łagiewnickiej, gdyż bezmyślnie ją powtarza.

Najpierw zaczyna niby dobrze:


Nie wiem, czy to słuszne twierdzenie wynikło u niego z tego, że czytał niniejszego bloga. Może niekoniecznie. Ciąg dalszy jest już bowiem katastrofalny, gdyż miesza różne sprawy i zupełnie wyłącza rozumowanie:

Wymachując fragmentem z dokumentów Soboru Trydenckiego widocznie nie zauważa, o czym on właściwie mówi. Jak już wielokrotnie zwracałem na to uwagę (por. tutaj), a powinno to być właściwie jasne dla każdego myślącego człowieka:

- Po pierwsze Sobór mówi o obecności eucharystycznej, nie o Ofierze Eucharystycznej, a jest to dość istotna różnica w jest kwestii, skoro liturgia rzymska (i to zarówno tradycyjna jak też Novus Ordo) mówi o ofiarowaniu już PRZED Konsekracją, mianowicie w obrzędzie ofiarowania. 

- Po drugie, czym innym jest kwestia, kim jest Jezus Chrystus, a czym innym kwestia, z czego Jezus Chrystus złożył Ofiarę na krzyżu. Wszak każda Ofiara Mszy św. jest uobecnieniem właśnie Ofiary Krzyżowej i w Nowym Przymierzu NIE ma i nie może być żadnej innej ofiary. 

Tutaj jest sprawa dość prosta: Jezus Chrystus z całą pewnością nie złożył w ofierze Swojego Bóstwa, ponieważ musiałby Ojcu złożyć w ofierze także Jego (Ojca) Bóstwo. Natomiast złożył w ofierze Swoje ludzkie życie, gdyż to ono zostało zabite i nic innego nie mogło zostać zabite czyli ofiarowane. 

Innymi słowy: przytaczanie słów Soboru Trydenckiego w kwestii ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa jest zupełnie nie na temat, lecz próbą odwrócenia uwagi od właściwego problemu. 

Wiejski wikary idzie dalej, mianowicie przechodząc niby płynnie do tematu ofiarowania: 


On tutaj próbuje wybrnąć przez wykręt: unika rozróżnienia na Bóstwo i Człowieczeństwo. A to jest oszustwo. Owszem, w języku pospolitym, nieprecyzyjnym teologicznie można być tolerować wyrażenie, że Jezus Chrystus jest ofiarowany. Jednak herezją już jest powiedzenie, że CAŁY Jezus Chrystus jest ofiarowany, gdyż On nie ofiarował Ojcu Swojego Bóstwa. 

Następnym argumentem jest rzekomy autorytet x. Ignacego Różyckiego, rzekomo uznanego przez teologów rzymskich, co jest zresztą całkowitą nieprawdą, ponieważ dopiero Jan Paweł II za swoich rządów w Watykanie przeforsował włączenie "opinii teologicznej" x. Różyckiego do akt beatyfikacji s. Faustyny, która jest zresztą na zupełnie dennym poziomie (miałem możliwość zapoznania się z aktami), gdyż nie dorównuje nawet książce, na którą powołuje się wiejski wikary:


Tutaj po pierwsze widać, że x. Różycki jest heretykiem, skoro uważa, że Pan Jezus na krzyżu ofiarował całego Siebie. Po drugie, wiejski wikary wydaje się tutaj być jednak mądrzejszy od Różyckiego, gdyż ostatecznie próbuje wybrnąć przez zupełne pominięcie ofiarowania, a zastępując je prośbą o miłosierdzie "przez wzgląd" na całego Jezusa Chrystusa. No cóż, to jest poniekąd mistrzostwo krętactwa i oszukiwania ludzi, niestety typowe dla bagna krakówkowego. 

W sumie widać, że problem żyje i to jest najważniejsze. Apologeci "koroneczki" podejmują przeróżne chwyty, choć właściwie takie same i tak samo prymitywne, zakładające niewydolność umysłową katolików i podatność na zagadanie sprawy niby mądrze brzmiącym bełkotem. Prawda jednak ostatecznie zwycięży. A upadek oszustów będzie z łomotem. 


Co to są fundamentalne elementy Kościoła?


Wypowiedź Leona XIV z 16 VI 2016 uczyniona w ramach cowtorkowego nauczania przechodnio-ulicznego w Castel Gandolfo słusznie wywołała małą sensację, gdyż to są jego pierwsze osobiste słowa w kwestii zaplanowanej na 1 VII lipca 2026 sakry biskupiej w FSSPX. Rzeczywiście wymagają one komentarza, ponieważ są zdumiewające z kilku powodów. Oto one:


W tłumaczeniu własnym:

Pada pytanie, czy będzie schizma w związku z sakrą biskupią w FSSPX: "Zapewne. Wystosowaliśmy zaproszenie. Akurat zastanawiam się, czy wystosować następny apel i powiedzieć: nie róbcie tego! Szukajmy życia we wspólnocie Kościoła. Ale to jest ich wybór. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, co to oznacza, dla nich i dla Kościoła. Oczywiście podziały pośród chrześcijan są zawsze czymś bolesnym. Ale oni odrzucają przyjęcie pewnych fundamentalnych elementów Kościoła, począwszy od różnych punktów Soboru Watykańskiego II. I to jest to. Jeśli dokonują takich wyborów, to mi przykro, ale my musimy iść do przodu."

Oczywiście nie zamierzam bronić tego przedsięwzięcia ze strony FSSPX, jak już się kilkakrotnie wypowiedziałem. Odniosę się do tej spontanicznej wypowiedzi, która ma charakter jedynie prywatny i podlega krytyce jak każda inna wypowiedź każdej innej osoby. 

Najpierw zaproszenie. Do czego? Kiedy? Żeby dyskutować o kwestiach teologicznych, które były już dyskutowane w latach 1987-1988, a następnie praktycznie przez cały pontyfikat Benedykta XVI i kilka lat rządów Franciszka, aż do usunięcia kard. Müller‘a z Kongregacji Nauki Wiary? Przełożony generalny FSSPX, x. D. Pagliarani, miesiącami starał się o audiencję, bez odpowiedzi. Abp Carlo M. Viganó również się starał, w końcu bezskutecznie. Dla pseudobiskupki, dla progejowskiego (i prawdopodobnie geja) apostaty pseudojezuity J. Martin'a, na zabawę ze sportowcami, na odbiór konia z Polski jest czas, a gdy chodzi o dusze niesprawiedliwie potraktowanych duchownych i wiernych świeckich, którzy chcą być dobrymi katolikami, to drzwi są zamknięte i jest milczenie. 





Trzeba było konkretnej zapowiedzi podjęcia sakry, by Leon XIV kilkanaście dni przed wydarzeniem, gdy wszystko już jest gotowe, zastanowić się, czy wystosować osobisty apel. Przecież to jest kpina. Z ludzi i ze siebie. Widać, że osoby na głównych stołkach watykańskich właściwie cieszą się, że będą mogły ogłosić exkomunikę i schizmę, a wszelkie działania w tej sprawie są ściemnianiem. 

Życie we wspólnocie Kościoła: jakie życie w tej wspólnocie jest do zaoferowania? Takie jak zaoferowano Franciszkanom Niepokalanej, kwitnącemu w powołania, młodemu zakonowi, gdzie założyciela i większość członków wyrzucono, a z potulnej reszty zrobiono przybudówkę ekumaniacko-ekologiczną do "synodalności"? 

Podziały wśród chrześcijan: do FSSPX jest już tylko chrześcijańskie, a nie katolickie? To kiedy biskupi FSSPX zostaną przyjęci w Watykanie z takimi honorami jak pseudoarcybiskupka anglikańska? 

O jakie "fundamentalne elementy" chodzi? Od kiedy Vaticanum II jest pierwszym fundamentalnym elementem Kościoła? To Kościół zaczął się od Vaticanum II? Czyżby to jednak nie był jedynie "sobór duszpasterski", który nie chciał niczego z Tradycji odrzucać, a jedynie nauczać tego, czego Kościół zawsze nauczał, choć w "udzisiejszony" (aggiornamento) sposób? 

Iść naprzód? Dokąd? W przepaść niebytu przez zlanie się z agendą ONZ, WHO, łUnii JEWroPEJSkiej itp. itd.? 

No cóż. Wniosek jest najpierw prosty: "magisterium" przechodnio-uliczne na pewno nie służy ani powadze osobistej Leona XIV, ani powadze urzędu, który sprawuje. Podobnie zresztą jak bergogliańskie "magisterium" samolotowe (od królików począwszy, poprzez "kimże ja jestem, żeby osądzać", aż do bełkotów, których treści obecnie chyba już nikt nie pamięta, bez jakiejkolwiek szkody, a raczej z korzyścią dla kondycji intelektualnej i emocjonalnej). 

Daleki jestem od uprawiania apologetyki na rzecz FSSPX. Jednak zawsze staram się bronić każdego, komu dzieje się krzywda. Bardziej oczywistego i jaskrawego odrzucenia fundamentalnych elementów Kościoła, jakie ma miejsce od ponad 60 lat i to w wykonaniu tych, którzy są u najwyższych sterów władzy, nie było w historii wszechświata. I z całą pewnością nie było to w wykonaniu abpa M. Lefebvre'a, mimo niespójności i ułomności niektórych jego wypowiedzi i działań. On przynajmniej starał się być wierny temu, czego Kościół zawsze nauczał i czynił. W przeciwieństwie do wielu purpuratów i wyżej. 

W tym momencie wygląda na to, że Leon XIV nie tylko usiłuje łączyć bergoglianizm z wojtylianizmem, lecz także z montinizmem, czyli z betonowym forsowaniem niebywałej zdrady, która zaczęła się wraz z Vaticanum II, aczkolwiek nawet Montini (Paweł VI) i potem Jan Paweł II mieli na tyle odwagi, by spotkać się z abpem M. Lefebvre'm. Pozostaje mieć nadzieję, że czyny będą rozsądniejsze i sprawiedliwsze niż słowa. Zobaczymy. 


Kto oszukał? Czyli brak zaufania a "teologia" lefebvriańska


W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (por. tutaj, tutaj), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty (nie całego FSSPX), tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny: 


Tym niemniej cenne są słowa owego przywódcy, gdyż są demaskujące, mianowicie kłamliwe już nawet co do faktów, choć w zamyśle mają być zapewne obronno-ofensywne. Oto istotny fragment:


W skrócie: 

Arcybiskup M. L. podpisał 5 maja 1988 r. "jakiś protokół", który nie był porozumieniem z Rzymem, i został "wprowadzony w błąd", w domyśle przez Rzym. Następnie abp M. L. "wycofał się z tego protokołu", "powiedział, że rezygnuje z tego", "powiedział, że wycofuje swój podpis".  Powodem było to, że został poproszony przez kardynała Ratzinger'a o wysłanie listu do papieża przepraszającego za wszystkie błędy oraz proszącego o biskupa jako swojego następcę. W tym widział, "że to była pułapka", i od tego momentu był zdecydowany samodzielnie dokonać sakry biskupiej. 

Nasuwają się pytania: Skoro to był tylko protokół, to co w nim było zaprotokołowane? Na czym polegał błąd, w który abp M. L. został wprowadzony? Pod czym wycofał swój podpis i w jaki sposób? Z czego zrezygnował? Na czym miała polegać owa "pułapka"? Te pytania powinien był zadać Mysior, gdyby miał włączony rozum, a nie swój dewocyjny komplex uwielbienia dla "drogiego księdza Karola". Powinien też dopytać, z jakiej racji diakon Karl Stehlin trafił na misje do Afryki, podczas gdy jego koledzy kursowi otrzymali już święcenia kapłańskie. Ciekawe, czy by się dowiedział, że diakonowi Karl'owi zostały dyscyplinarnie wstrzymane święcenia prezbiteratu i został karnie wysłany jako diakon na misje, gdzie zresztą podczas jego bytności tam miała miejsce afera pedofilska jego współbraci z FSSPX, dopiero po latach ujawniona (więcej tutaj). 

W każdym razie x. Stehlin opisuje wydarzenia w sposób istotnie sprzeczny z innymi źródłami, w tym także ze słowami samego śp. abpa M. Lefebvre'a, które wypowiedział podczas konferencji prasowej dnia 15 czerwca 1988 r., czyli na około dwa tygodnie przed zapowiedzianą sakrą biskupią. 

Oto jego słowa w skrócie (całość jest tutaj): 

Arcybiskup wspomina cios, jaki go spotkał w roku 1976 r., mianowicie jako suspensa. Chce przedstawić kontext swojej decyzji konsekrowania biskupów dnia 30 czerwca 1988 r. Mówi o swojej walce przeciw modernizmowi i przeciw błędom, które mu się wydają nie do pogodzenia z wiarą katolicką, począwszy od soboru, nie tylko od momentu założenia Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X w 1970 r. Swój opór przeciw tym błędom uważa za fundament problemu, w jakim się znalazł. Jako przykłady wymienia: akceptację praw człowieka, prawa cywilne dla każdej religii, zasad świeckości państwa, ekumenizm i stowarzyszenie wszystkich religij (Asyż, Kyoto, wizyty w synagodze, w zborach protestanckich), a wewnątrz Kościoła do kolegialność biskupów, zmiany liturgii, zmiany w katechizacji, zwiększenie uczestniczenia świeckich w sferze religijnej. Uważa to za negację przeszłości Kościoła i wynikające stąd dążenie do zniszczenia Tradycji Kościoła, co odbywa się przez ciągłe prześladowanie tych, którzy chcą pozostać katolikami, jakimi byli przed Vaticanum II. My kontynuujemy to, czego papieże nauczali i co czynili przed Vaticanum II, a sprzeciwiamy się temu, co czynią Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II, ponieważ oni zerwali z tym, co czynili poprzedni papieże. Preferujemy Tradycję Kościoła zamiast papieży, którzy się odcięli od swoich poprzedników. Jednak chcieliśmy utrzymać kontakt z Rzymem w nadziei, że kiedyś Tradycja znów znajdzie swoje prawa w Rzymie. 

Oto kluczowy fragment:


Czyli abp M. L. wyjaśnia, że wobec tego, iż Rzym nie pozwolił na powrót do Tradycji, a on już jest w podeszłym wieku, prosił wielokrotnie Rzym o pozwolenie na wyświęcenie swojego następcy, żeby zapewnić swoim seminarzystom święcenia. Dlatego zapowiedział 29 czerwca 1987, że podejmie sakrę biskupią; jeśli Rzym nie odpowie na prośbę, to konsekruje biskupów 25 października jako swoich następców. Wtedy Rzym zareagował listem z 28 lipca, a przedtem odbył spotkanie z kardynałem Ratzinger'em 14 lipca, żeby powiedzieć, iż albo Rzym pozwoli na sakrę, albo on sam podejmie. W liście z 28 lipca kardynał Ratzinger odpowiedział, że najpierw trzeba, by FSSPX zostało uznane przez Kościół, a być może przyzna się prawo do tradycyjnej liturgii, prowadzenia seminariów duchownych, ale najpierw trzeba zrobić wizytację, żeby poznać sytuację w FSSPX. Abp M. L. wahał się, czy podjąć tą propozycję, czy ją odrzucić, gdyż nie miał zupełnie żadnego zaufania do władz rzymskich:


Mówi: byliśmy prześladowani, "nie mieliśmy zaufania, żeby oddać się w ręce Rzymu, który zwalczał Tradycję". Ale jednak postanowiliśmy spróbować wysondować, jakie jest nastawienie Rzymu wobec nas. W tym duchu udałem się do Rzymu i przyjęliśmy wizytację kardynała Gagnon'a. Mówi się, że ta wizytacja była przychylna. Po tej wizytacji zaproponowano nam rozmowy, by sporządzić protokół dla przygotowania porozumienia:


Abp M. L. wysłał do Rzymu swoich przedstawicieli do prowadzenia rozmów (x. Tissier de Mallerais oraz x. Roche). Celem było uregulowanie kwestij doktrynalnych i dyscyplinarnych. To oznaczało zrozumienie ze strony Rzymu, że są trudności doktrynalne. Ponadto nie wymagano od nas uznania tych elementów w dokumentach soborowych, w liturgii i prawie kanonicznym, które nam się wydają nie całkowicie do pogodzenia z Tradycją, czyli pozwolono na dyskutowanie o nich: 


Z powodu takiego satysfakcjonującego porozumienia w kwestiach doktrynalnych abp M. L. podpisał protokół. Pozostały do ustalenia kwestie dyscyplinarne, zwłaszcza kwestia sakry biskupiej oraz "biura" w Rzymie, które miało służyć rozwiązywaniu bieżących problemów (chodzi o komisję tego typu co późniejsza Papieska Komisja "Ecclesia Dei", która regulowała relacje między wspólnotami tradycyjnymi a władzami diecezjalnymi). Siedmiu członków tego grona miało być mianowanych przez papieża, a dwóch delegowanych przez FSSPX. Status miał być taki, że FSSPX miało być wyjęte spod władzy biskupów diecezjalnych (exempcja). Drugie spotkanie w ramach rozmów odbyło się z udziałem kardynała Ratzinger'a i abpa M. L. W ich rezultacie utrwalono na piśmie ustalenia, które zostały przez kardynała Ratzinger'a podpisane 4 maja, a przez abpa M. L. 5 maja 1988 r.:


Abp M. L. wyznaje, że jednak ciągle towarzyszyła mu nieufność i myśl, że wszystko, co "oni" robią, ma prowadzić do tego, żebyśmy zaakceptowali sobór i reformy posoborowe:


Następnie abp M. L, cytuje swoją rozmowę z kardynałem (chyba Ratzinger'em), który go prosił, żeby nie budował Kościoła równoległego:


Odpowiedź abpa M. L. jest znamienna i kluczowa dla zrozumienia jego decyzji co do sakry biskupiej: to nie my budujemy Kościół równoległy, bo my kontynuujemy Kościół taki, jaki był zawsze, lecz wy budujecie równoległy do niego Kościół soborowy, nowy Kościół z nowym katechizmem, z nowym sakramentami, z nową liturgią. 

Następnie abp M. L. mówi o momencie krytycznym zerwania rozmów:


Mówi, że podczas rozmów miał odczucie, iż to jest próba doprowadzenia FSSPX do uznania soboru V2. Jednak podpisał protokół porozumienia doktrynalnego, żeby pokazać swoją dobrą wolę. Pozostała kwestia dyscyplinarna w postaci sakry biskupiej. Abp M. L. otrzymał obietnicę, że zasadniczo jest na to zgoda i że ma podać listę trzech kandydatów, spośród których papież wybierze. Gdy zapytał o datę, sugerując 30 czerwca, otrzymał odpowiedź, że to niemożliwe, ponieważ to jest zbyt krótki czas na takie procedury w Rzymie. Zaproponował 15 sierpnia, na co otrzymał odpowiedź, że to wakacje i wtedy nikogo nie ma w Rzymie. Zaproponował 1 listopada, na co otrzymał odpowiedź, że nie można tego obiecać. Tak samo z datą na Boże Narodzenie. To było widocznie podczas rozmów z kardynałem Ratzinger'em. Jego odpowiedzi są o tyle zrozumiałe, że to nie on decydował o procedurze nominacyj biskupich, lecz Kongregacja ds. Biskupów, a ostatecznie papież, a nigdy nie wyznacza się terminu sakry przed nominacją. Wtedy abp M. L. stracił całkowicie zaufanie i napisał list do papieża, w którym zadeklarował, że nie widzi sensu kontynuowania rozmów. Zauważmy: NIE odwołał swojego podpisu pod protokołem dotychczasowych uzgodnień, lecz zerwał rozmowy w dalszych kwestiach, zwłaszcza co do konsekrowania swojego następcy. Następnie abp M. L. przywołuje kilka znanych przykładów na stałe dążenie władz rzymskich do narzucenia wszystkim nowej liturgii: opactwo we Flavigny, opactwo w Fontgombault, seminarium "Mater Ecclesiae" w Rzymie, utworzone dla byłych seminarzystów z Ecône. To są według niego dowody na to, że Rzym chce wszystkich doprowadzić do reform soborowych i dlatego nie ufa w ustalenia zawarte w podpisanym protokole. Szczególnie znaczące są słowa końcowe tego wystąpienia:


Tutaj każde słowo jest ważne: W razie przyznania jego Bractwu statusu kanonicznego abp M. L. nie wyobrażał sobie współpracy ze strukturami Novus Ordo. Wobec jego wycofania się z dalszych rozmów i samodzielnego podjęcia sakry biskupiej spodziewa się ogłoszenia przez Rzym schizmy i dodaje: "Exkomunika przez kogo? Przez Rzym modernistyczny. Przez Rzym, który już nie ma w sposób doskonały wiary katolickiej, który już nie myśli po katolicku, który już nie działa po katolicku." Manifestacjami tego są takie wydarzenia jak spotkanie międzyreligijne w Asyżu (1986 r.), spotkanie w Kyoto, słowa Jana Pawła II w synagogach, ceremonia w kościele rzymskim Santa Maria in Trastevere (1987 r.) - to są wydarzenia skandaliczne i niekatolickie. "Będziemy exkomunikowani przez modernistów, przez ludzi, którzy zostali potępieni przez poprzednich papieży... To nie będzie miało żadnej wartości." I dalej: "Schizma z kim? Z papieżem jako następcą św. Piotra? Nie. Schizma z papieżem modernistą? Tak." I jeszcze: "Osobiście nie mam intencji zrywania z Rzymem. Chcemy trzymać z Rzymem tym, który był zawsze... Kontynuujemy to w naszych seminariach, w kazaniach, w całym naszym życiu, w życiu chrześcijan, którzy idą za nami, jak to było przed Soborem Watykańskim II... Nie chcemy współpracować w niszczeniu Kościoła." Tym niemniej abp M. L. deklaruje na koniec, że przełożony generalny FSSPX, x. Franz Schmidberger, także po dokonaniu sakry biskupiej będzie chciał utrzymywać kontakty z Rzymem. 

Ten opis wydarzeń potwierdza inny świadek owego czasu, mianowicie x. Engelbert Recktenwald, który wówczas był jednym z wykładowców seminarium FSSPX w Zaitzkofen, a z powodu sakry biskupiej 30 czerwca 1988 r. odszedł i wraz z innymi byłymi kapłanami i seminarzystami FSSPX założył Bractwo Kapłańskiej Św. Piotra. Oto jego niedawno zarejestrowane wspomnienia (całość tutaj):


W skrócie: W 1987 r. abp M. L. był tak zbulwersowany wydarzeniami takimi jak spotkanie w Asyżu (jesień 1986 r.), że zapowiedział 29 czerwca podjęcie sakry biskupiej dla zapewnienia swojemu Bractwu biskupa-następcy. Na to zareagował kard. Ratzinger, oferując listownie rozmowy w celu przyznania FSSPX statusu kanonicznego jako wspólnoty na prawie papieskim oraz nieograniczonego stosowania liturgii tradycyjnej. Abp M. L. właściwie nie chciał podjąć oferty. Jednak większość kapłanów FSSPX niemieckojęzycznych opowiadała się za porozumieniem z Rzymem. Także jego rada generalna (do które należeli: x. F. Schmidberger, przełożony generalny, x. B. Tissier de Mallerais, późniejszy biskup, oraz x. J. Bisig, późniejszy przełożony generalny FSSP) popierała dążenie do porozumienia i przekonali abpa M. L., żeby skorzystał z oferty: 


W ramach wizytacji przeprowadzonej przez kardynała E. Gagnon'a w listopadzie 1987 r. prowadzone były rozmowy zarówno ze wszystkimi członkami FSSPX jak też z przedstawicielami wiernych świeckich korzystających z ich posługi. X. Recktenwald odniósł wrażenie, że ze strony wizytatorów nastawienie było życzliwe i że była szczera wola znalezienia dobrego rozwiązania dla FSSPX. W ustaleniach, które były wynikiem wizytacji, władze rzymskie przyznały abpowi M. L. wszystko, o co się przez lata daremnie starał, mianowicie nieograniczone stosowanie liturgii tradycyjnej, uznanie wszystkich placówek oraz seminariów FSSPX. W sprawach doktrynalnych ustalono kompromis polegający na tym, że nie narzucono bezwarunkowego przyjęcia nauczania V2 i po V2, zaś FSSPX miało się zobowiązać do studiowania dokumentów oraz powstrzymania się od polemiki. Takie ustępstwa ze strony Rzymu budziły sprzeciw u niektórych biskupów:


Z drugiej strony, dla abpa M. L. ustępstwa władzy rzymskiej były niewystarczające i po podpisaniu protokołu porozumienia wysuwał dalsze żądania. Niepokój budził u niego zwłaszcza brak ustalenia daty sakry biskupiej oraz zasada, że to Rzym miał wybrać biskupa dla FSSPX, a nie on:


Drugą kwestią sporną był skład komisji, która miała zostać powołana do regulowania trudności w relacja FSSPX z biskupami diecezjalnymi. Władze rzymskie przyznały dwa miejsca w tej komisji członkom FSSPX, natomiast abp M. L. chciał mieć większość, co było oczywiście iluzoryczne, gdyż wtedy komisja byłaby organem FSSPX, a nie watykańskim: 


Trzecim powodem do nieufności był dla abp M. L. fakt, że Rzym nie był zadowolony z jego propozycji trzech kandydatów i prosił o inne propozycje:


Tym niemniej podczas konferencji prasowej 15 czerwca 1988 r. abp M. L. powiedział, że ustalenia zawarte w protokole podpisanym przez niego 5 maja są do przyjęcia. Tak samo w swoim liście z 6 maja (skierowanym chyba do kardynała Ratzinger'a) napisał, że podpisał tej protokół z zadowoleniem, ale jednak podejmie udzielenie sakry biskupiej 30 maja i że będzie to więcej biskupów, nie jeden (jak było ustalone z Rzymem):


Co więcej, przełożony generalny, x. Franz Schmidberger, w wewnętrznym liście do kapłanów FSSPX z dnia 9 maja 1988 r. napisał, że dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Fatimskiej udało się osiągnąć porozumienie z Rzymem:


Dopiero na spotkaniu xięży niemieckiego dystryktu dnia 13 czerwca x. Schmidberger poinformował ich, że porozumienie jednak nie jest doskonałe, ponieważ nie doszło do ustalenia daty, oraz liczby i osób kandydatów:


Jak zaznacza x. Recktenwald, na podstawie tego porozumienia powstało i istnieje Bractwo Kapłańskie Św. Piotra oraz inne instytuty tradycyjne utworzone przez - rozwiązaną za rządów bergogliańskich - Papieską Komisję "Ecclesia Dei". W tym znaczeniu Rzym na pewno dotrzymał słowa i nie oszukał. 

Myślę, że mój komentarz jest zbędny, gdyż wielorako poświadczone fakty w zestawieniu ze słowami x. Karl'a Stehlin'a mówią za siebie. 

Zakończę więc jedynie tak i to z całą odpowiedzialnością za te słowa: x. Karl Stehlin jest notorycznym kłamcą i oszustem. Sapienti sat.