Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jaka reforma liturgii?


Nie znam tego wywiadu. Poznałem jakiś czas temu osobiście x. Grzegorza, którego uważam za dobrego, gorliwego kapłana. Odniosę się tylko do zadanej kwestii. 

Prawdą jest, że głównym motywem i wątkiem tzw. drugiego ruchu liturgicznego, czyli tego z pierwszej połowy XX w. (w odróżnieniu od ruchu związanego z opatem Guéranger i jego klasztorem w Solesmes), była swoista "demokratyzacja" liturgii. Oczywiste są zresztą powiązania tego drugiego ruchu z modernizmem, zarówno personalne jak też treściowe. To w jego ramach pojawiła się tzw. Missa dialogata, czyli taka, gdzie wszyscy uczestnicy - a nie tylko ministranci - odpowiadają celebransowi w celebracji tzw. recytowanej. 

Tutaj należy mieć na uwadze, że właściwą forma liturgii jest Msza św. śpiewana (zwłaszcza z asystą wyższą). Gdy nie było możliwości udziału asysty jak też kantora wykonującego śpiewy mszalne tzw. gregoriańskie, wówczas pozostawała właściwie tzw. msza prywatna, czyli bez śpiewu liturgicznego (recytowana). W praktyce wyglądało to tak, że kapłan z ministrantem recytował przy ołtarzu, zaś lud - jeśli parafię było stać, to pod przewodnictwem organisty - śpiewał pieśni nabożne w języku narodowym. Postulat tzw. ruchu liturgicznego dotyczył zwalczenia właśnie tej formy, a nie rozpowszechnienia właściwej formy śpiewanej z chorałem gregoriańskim (jak to chciał słusznie pierwszy ruch liturgiczny). Nie trudno zauważyć, że to był wstęp i furtka do mentalności Novus Ordo, wraz ze wszelkimi charakterystycznymi nadużyciami. 

Nie do końca rozumiem tutaj kwestii mikrofonu. Otóż nagłośnienie ma sens podczas kazania. Natomiast w zasadniczej części liturgii, zwłaszcza w śpiewie, jest to raczej przeszkoda i wykrzywienie już nawet akustyczne. 

Prawidłowy rozwój liturgii pozostaje zawsze wierny zarówno istocie danego sakramentu jak też treściom zawartym w poszczególnych elementach. Np. modlitwy u stopni ołtarza są ze swej natury przygotowaniem celebransa i ministrantów do właściwej liturgii. Wyraża to istotnie inny udział kapłana (czy ogólnie duchowieństwa, gdyż ministranci jedynie zastępują kleryków niższych stopni) od udziału świeckich. Owszem, wierni świeccy mogą i powinni duchowo dołączać się do modlitwy duchowieństwa, jednak włączenie ich wprost - przez wspólne odmawianie Confiteor - zburzyłoby istotny element struktury całości. 


Usprawiedliwienie przed Chrystusem


Najpierw istotna uwaga merytoryczna:

Grzech nigdy nie może być usprawiedliwiony. Usprawiedliwiony - czyli uświęcony - może być tylko człowiek. 

Problem w zadanym pytaniu jest dość prosty. Wiadomo, że Pan Bóg każdego rozlicza z tego, co dane mu było poznać, oraz ze starań, które poczynił, by żyć zgodnie z prawdą. Dotyczy to tak samo żydów jak i pogan, a obecnie także chrześcijan, zgodnie ze słowami Pana Jezusa: "Komu wiele dano, od tego będzie wiele wymagane" (Łk 12, 48). Innymi słowy: już także przed ustanowieniem sakramentów Kościoła każdy człowiek miał możliwość osiągnięcia zbawienia, jeśli żył zgodnie z prawdą, którą dane mu było poznać. W każdej religii przedchrześcijańskiej była obecna jakaś świadomość grzechu i jakoś, choćby niewyraźnie pojęty żal za grzechy i konieczności pokuty i ascezy, czyli wysiłku ku jakoś pojętym cnotom. 

Pan Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym, który zna i sądzi każdego człowieka od początku stworzenia aż do końca czasów. Tylko Bóg zna stan umysłu człowieka, czyli poznanie, które zostało mu dane, a także to, na ile sprostał prawdziwemu poznaniu. 

Nasuwy się oczywiście pytanie o sens i konieczność Objawienia w Jezusie Chrystusie oraz sakramentów Kościoła. Pewne jest, że nikt nie jest potępiony z tego powodu, że żył na tym świecie przed przyjściem Zbawiciela czy też po tym przyjściu nie miał możliwości poznania Jezusa Chrystusa. Tutaj jest właście miejsce klasycznej katolickiej nauki - wyrażonej już przez św. Justyna Męczennika - o "nasionach Słowa" (Λογος σπερματικος) obecnych na świecie już przed Chrystusem i tym samym także poza widzialnym organizmem Jego Kościoła. Gdy ktoś dostępuje zbawienia wiecznego, to właśnie mocą Boskiego Logosu, którym jest Jezus Chrystus, choćby był znany danemu człowiekowi w sposób "zarodkowy", czyli początkowy i niepełny. O tym też mówi Prolog św. Jana (1,9): to Logos - Jezus Chrystus - jest tą światłością, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na ten świat. 

To nie jest osłabienie konieczności głoszenia wszystkim ludziom Jezusa Chrystusa, lecz jej wzmocnienie, gdyż cząstki, fragmenty prawdy ze swej natury dążą ku pełni, tak jak nasienie dąży do bycia dojrzałą rośliną. 


Jak się zachować w sytuacji sprzeczności w Magisterium?


Należy zacząć od tego, że w Magisterium Kościoła nie może być sprzeczności, ponieważ Duch Święty, który prowadzi Kościół we wierności Bożemu Objawieniu nie może się mylić, ani przeoczyć czegoś, co czyni czy naucza hierarchia Kościoła. 

Istotne jest, by mieć na uwadze, co jest właściwym przedmiotem Magisterium Kościoła. Podstawą, czyli niewzruszonym fundamentem jest oczywiście Boże Objawienia poświadczone w Tradycji i Piśmie św. Przedmiotem - w sposób podrzędny i podporządkowany - są także wnioski teologiczne oraz zastosowanie prawdy objawionej dla konkretnych, aktualnych w danym momencie historii pytań i problemów. Także tutaj nie może być sprzeczności, gdyż zmienna sytuacja historyczna nie może zmienić niezmiennej prawdy, a może jedynie być impulsem dla jej lepszego zrozumienia i aplikowania. 

Zasadne jest pytanie, jak należy się zachować w podanej kwestii. 

Najpierw należy mieć na uwadze, że kwestia tzw. wolności religijnej należy do kategorii wniosków z prawdy objawionej, konkretnie w dziedzinie etyki społecznej i politycznej. Kryterium nadrzędnym jest tutaj prawda o jedyności Bożego Objawienia strzeżonego w Kościele Chrystusowym. Innymi słowy: dane nauczanie odnośnie do wolności religijnej musi być zgodne z prawdą, że Bóg objawił się ostatecznie i niezmiennie w Jezusie Chrystusie, który ustanowił w Kościele jedyną prawdziwą religię dla całej ludzkości. Powiązaną prawdą jest oczywiście antropologia teologiczna, głównie w aspekcie aktu wiary, czyli relacji między łaską a wolnością. 

Po drugie, należy rzetelnie zbadać dane zdania także w ich kontekście historycznym. Właściwy sens można odkryć dopiero dzięki usytuowaniu historycznemu. Nie może to oczywiście oznaczać relatywizmu czy zmienności prawdy. 

Po trzecie: Jeśli po rzetelnym zbadaniu dwóch zdań, okazuje się, że nie da się ich pogodzić względem siebie, to należy rozważyć, które z nich w sposób pełniejszy i doskonalszy odpowiada nadrzędnej prawdzie objawionej pod względem zarówno dogmatyczno-doktrynalnym jak też praktyczno-etycznym. 

Po czwarte: Zdanie starsze i powszechne (a powszechne jest zasadniczo nauczanie papieskie) ma wagę wyższą, o ile nie wykazano jego błędności względem Bożego Objawienia. Uwarunkowania historyczne nigdy nie mogą być kryterium rozstrzygającym o prawdziwości danego zdania. 

Z całą pewnością błędne jest stawianie dwóch zdań sprzecznych na równi, tzn. przyznając im prawdziwość i tę samą rangę, nawet jeśli formalnie podawane są przez organ Magisterium Kościoła (choć w różnych momentach historii). 


Jakich nas Bóg miłuje?


Chodzi o następujący rozdział z dekretu Arausiacanum II o łasce i wolnej decyzji (źródło tutaj): 


Jest to jeden z fundamentalnych prawd antropologii teologicznej. Chodzi o to, że człowiek może osiągnąć doskonałość, do której go Bóg powołał, nie dzięki swoim zasługom, lecz dzięki łasce Bożej. Innymi słowy: ta doskonałość jest darem Bożym, a nie wynikiem wysiłków ludzkich. 

Oczywiście należy do zdanie rozumieć w kontekście całego nauczania Kościoła o łasce i wolności, gdzie swoje miejsce mają także uczynki ludzkie czyli zasługi. W uczynkach ludzkich wyraża i przejawia się działanie łaski czyli skuteczność daru Bożego w powiązaniu z zaangażowaniem człowieka. Ten dar wymaga współdziałania, aczkolwiek człowiek samym swoim działaniem nie jest w stanie osiągnąć tego, do czego Bóg go przeznaczył. 

Istotne jest to, że chodzi o świętość, która zostanie dopełniona w życiu wiecznym, nie o stan obecny, czy to człowieka pobożnego, czy trwającego w grzechach. Pan Bóg nie miłuje grzechu, lecz świętość i dążenie do niej. 


Czy moralne jest życzenie śmierci wrogom Ojczyzny?


To hasło jest rzeczywiście bardzo problematyczne z moralnego punktu widzenia. 

Katolik ma moralny obowiązek życzyć każdemu, także wrogowi, zbawienia duszy, czyli dobra wieczystego. Zaś w dziedzinie doczesnej - ze śmiercią włącznie - powinien życzyć tego, co służy zbawieniu duszy, o ile służy temu celowi. 

Zabicie agresora, który realnie zagraża życiu własnemu czy innych niewinnych osób, jest moralnie dopuszczalne jedynie w obronie koniecznej. Można to analogicznie zastosować do życzeń względem agresora, przy czym jego śmierć oczywiście nie może być celem samym w sobie, lecz jedynie środkiem dla ochrony życia niewinnych osób przed realnym zagrożeniem z jego strony. 


Struktura Magisterium Kościoła



Były już poruszane tematy bliskie i pokrewne (tutajtutajtutaj). 

Gwoli uzupełnienia: 

Magisterium Kościoła nie jest ściśle powiązane z określoną formą czy rodzajem literackim dokumentu. Poszczególne rodzaje - konstytucje apostolskie, encykliki, bulle, deklaracje, dekrety, notyfikacje - wynikają ze zwyczajowej praktyki i nie są ściśle określone. Także więc granice między poszczególnymi rodzajami mogą być płynne. Istotne jest natomiast określenie, które zdanie względnie orzeczenie ma daną rangę. Ranga może być podana 

- wprost, gdy np. powiedziane jest, że dana prawda jest objawiona przez Boga, czyli nieomylna i niezmienna, 

- pośrednio, czyli przez kontext, gdy np. jest wskazane na słowa Pisma św. czy wcześniejsze definicje dogmatyczne. 

Dotyczy to zarówno orzeczeń wydanych przez sobory powszechne jak też przez Stolicę Apostolską. Dany organ Magisterium zawsze wystarczająco jasno określał (tak było co Vaticanum I), jaką rangę ma dane orzeczenie względnie zdanie i jaką ma obowiązywalność. Sam rodzaj literacki danego dokumentu nie określa tego jednoznacznie. 

W skrócie:

1. Obowiązuje to, czego Kościół nauczał przez wieki, a nie nowości. Oczywiście najpierw należy wykazać, że nowość jest sprzeczna z odwiecznym nauczaniem. 

2. Stopień obowiązywalności - i tym samym waga grzechu w razie jej nieprzestrzegania - zależy od stopnia pewności czyli związku z Bożym Objawieniem. 

Źródłami w temacie są tradycyjne podręczniki dogmatyki katolickiej, dokładniej w traktacie wstępu do dogmatyki, względnie wstępu czy podstaw teologii katolickiej. 

Zadana pokuta a ważność spowiedzi


Wykonanie zadanej pokuty jest składnikiem dobrej spowiedzi, lecz nie jest warunkiem koniecznym do jej ważności, gdyż następuje po spowiedzi. Konieczna jest owszem wola wykonania pokuty w tym znaczeniu, że przynależy do szczerej woli poprawy, która koniecznym warunkiem spowiedzi. 

Dla spokoju sumienia należy tę kwestię wyznać przy następnej spowiedzi, poprosić o wyznaczenie pokuta "nadrabiającej" i już nie wracać do sprawy. 

Najlepszym środkiem przeciw skrupułom jest poddanie się dobremu kierownictwu duchowemu. Wybranemu kierownikowi duchowemu (spowiednikowi) należy być posłusznym. 

Błogosławieństwo od heretyka


Obecne prawo kanoniczne nie zawiera kary za samo przyjęcie błogosławieństwa od heretyka. Raczej należy powiedzieć: w ogóle nie przewiduje takiej sytuacji. Z prostego powodu: nikt przed Janem Paweł II nie wpadł na pomysł, by udzielać błogosławieństwa wspólnie z heretykami, a nikt przed Franciszkiem nie wpadł na pomysł, by samemu przyjąć takie błogosławieństwo. 

O ile mi wiadomo, póki co nie ma teologicznego uzasadnienia takiego przyjęcia, ani ze strony przyjmującego, ani kogokolwiek. Pewne jest, że taki gest jest skandaliczny, gdyż sprawia wrażenie, jakoby heretycy mieli conajmniej takie same prawo i taką samą możliwość działania w imię Boga Trójjedynego dla zbawienia dusz jak prawowity Kościół Chrystusowy. Nie trudno dostrzec w tym poglądzie herezji przynajmniej materialnej, negującej jedyność widzialnego Kościoła Chrystusowego, który otrzymał od Zbawiciela misję ratowania dusz. Z kolei herezja - aczkolwiek dopiero formalna - skutkuje popadnięciem w automatyczną karę exkomuniki (latae sententiae), która powoduje też utratę wszystkich urzędów kościelnych.

Co do przynależności do masonerii, to obecny Kodex Prawa Kanonicznego nie wspomina jej z imienia, w przeciwieństwie do Kodexu z 1917 r. Mówi ogólnie o przynależności do stowarzyszeń wrogich Kościołowi i zwalczających Kościół, a to oznacza, iż także rotarianizm można zaliczyć do takich stowarzyszeń. Jednak obecny Kodex niestety nie nakłada kary ekomuniki za taką przynależność. Tym samym kwestia jest pozostawiona do indywidualnej oceny przez biskupa miejsca, a ostatecznie władz rzymskich. 


Wysyp oszustów: pseudojezuita Jacek Prusak


Moderniści są mistrzami krętactwa i oszukiwania. Potrafią zamotać i wykręcić, żeby wyjść na swoje, przynajmniej we własnym mniemaniu. Dość typowym przykładem jest Jacek Prusak - gwiazda katolewackich i otwarcie antykatolickich przekaziorów. 

Ciekawe, że ostatnio wpadł on na pomysł wypowiedzenia się w nadal gorącej kwestii rzekomej schizmy FSSPX (którego oczywiście nie zamierzam bronić), a to w dość naciąganym nawiązaniu do perykopy Ewangelii (w Novus Ordo) o pszenicy i kąkolu. 

Już w słowach odnoszących się do samej przypowieści dość łatwo dostrzec talent oszusta: podczas gdy w Ewangelii jest wprost powiedziane, że nieprzyjacielem, który sieje chwast jest diabeł (Mt 13,39), to w "ewangelii" Prusaka nie ma wcale wzmianki o diable, a bycie chwastem zależy od człowieka. To dopiero wstęp do właściwego tematu w tym przypadku.

Następnym przykładem jest powiedzenie, że o. Pio z Pietrelciny "nie był wielkim sympatykiem reformy liturgicznej". Prusak zapewne cieszy się, gdy ktoś te jego słowa zrozumiał w ten sposób, że o. Pio był niewielkim sympatykiem reformy liturgii...

Gdy on mówi, że o. Pio ze względu na swój wiek otrzymał "specjalne pozwolenie na odprawianie mszy w języku łacińskim", to albo nie wie, co mówi, albo wie i znowu oszukuje. Jeśli nie wie, że "sobór" (ani "Novus Ordo"), ani ktokolwiek inny nie zakazał celebrowania po łacinie, to jest ignorantem nie znającym podstawowych dokumentów w tej kwestii. A jeśli wie i mimo tego mówi coś takiego, to jest oszustem. 

Następnym kłamstwem jest powiedzenie, jakoby o. Pio sprawował "tę Mszę łacińską" zarówno tyłem jak i przodem do ludzi. Prawda jest taka, iż o. Pio tylko jeden jedyny raz sprawował Mszę św. zreformowaną - było to według Missale Romanum z 1965 r., nie Novus Ordo (które zostało wprowadzone dopiero w 1969 r.) - i to jakby "przodem do ludzi". Była to bodajże jego ostatnia Msza św. przynajmniej publiczna. Faktycznie było to jednak przodem do krzyża znajdującego się na ołtarzu polowym, czyli z całą pewnością nie tyłem do Najświętszego Sakramentu w tabernakulum, co jest istotne. 

Następnie Prusak cytuje z dwóch listów o. Pio z 1913 r., gdzie jest mowa o niegodziwym traktowaniu liturgii przez kapłanów. To mają być według Prusaka dowody na to, że reforma liturgii nie jest zła i że nie jest winna obecnemu stanowi Kościoła -  z mszami w kąpielówkach na pontonie, karnawałowymi itp. itd. Prusak widocznie uważa swoich słuchaczy za debilów, którzy nie potrafią odróżnić ludzkiej słabości i złości, na które całkowicie zaradzić nie jest w stanie żadna liturgia (gdyż liturgia nie usuwa wolnej woli człowieka), od złej liturgii, która sprzyja słabości, złości i ogólnie grzeszności. Ponadto on widocznie usiłuje wmówić swoim słuchaczom, jakoby zapaść Kościoła, która ewidentnie ma miejsce (i której on tutaj nie neguje), nie miała nic wspólnego z "soborem" i następującymi po nim "reformami". To jest kolejne, w tym miejscu główne kłamstwo w wykonaniu tego osobnika. 

Podobnym zabiegiem jest postawienie chochoła w postaci twierdzenia, jakoby "liturgia trydencka" miała w zamyśle jej zwolenników usunąć z tego świata "chwasty" czyli zło. Tutaj kłamstwo jest podwójne. Po pierwsze, nikt z poważnych zwolenników liturgii tradycyjnej nie twierdzi, jakoby powrót do niej miał wybawić świat od zła wszelkiego. Pod tym względem Prusak uderza tylko w swojego chochoła. Perfidia Prusaka polega jednak na tym, że w tym uderzeniu godzi on w istotę zarówno sakramentów jak też Kościoła, mianowicie w ich rolę zbawczą w historii ludzkości. Jeśli - jak sugeruje Prusak - sprawowanie sakramentów optymalnie zgodne z wiarą katolicką nie ma żadnej wartości dla zwalczania zła czyli grzechu, to uderza to nie tylko w tradycyjną liturgię, lecz w sakramenty i ostatecznie w Kościół ustanowiony przez Jezusa Chrystusa dla sprawowania sakramentów. Sprowadzając do kwintesencji: Prusak twierdzi, że trzymanie się czy powrót do liturgii tradycyjnej nie ma żadnego znaczenia dla zbawienia dusz. Co więcej: on twierdzi, że ci, którzy to postulują czy przynajmniej pragną tego dla siebie, są buntownikami. 

Nasuwa się tutaj pytanie: Czyż głównym motywem "reform soborowych" nie był szczytny cel dotarcia do większej rzeszy ludzi oraz zjednoczenia rodzaju ludzkiego w pokoju i dobrobycie? Czy coś z tego zostało osiągnięte? A jeśli nie zostało osiągnięte (co jest oczywiste), to czyż nie należy wyrzucić Novus Ordo do śmietnika historii przynajmniej tak samo jak banda bergogliańska chciałaby wyrzucić liturgię tradycyjną? 

W repertuarze Prusaka nie zabrakło standardowego obecnie "argumentu" o - rzekomym - paraprotestanckim subiektywiźmie "tradycjonalistów", którzy mają czelność zauważać, iż liturgia tradycyjna bardziej odpowiada wierze katolickiej niż Novus Ordo. Ci, którzy wytaczają ten argument, albo nie mają pojęcia, na czym polega protestancki subiektywizm w sprawach wiary, albo mają pojęcie, lecz na doraźny użytek przekręcają i wykręcają dość proste fakty. Otóż wystarczy spojrzeć do elementarza historii Kościoła, by się dowiedzieć, iż herezja protestancka bazuje na osobistym, niezależnym od Tradycji i Magisterium Kościoła interpretowaniu Pisma św. Obecnie natomiast zachodzi problem polegający na sprzeczności między dokumentami "soborowymi" i "posoborowymi" a tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Ta sprzeczność dotyczy analogicznie także liturgii. Jeśli ktoś nazywa zauważanie tej sprzeczności "subiektywizmem" czy wręcz "protestantyzmem", to albo nie wie, o czym mówi, albo wie, lecz świadomie oszukuje publiczność na doraźny użytek. 

Co więcej: Prusak posługuje się tutaj typowym chwytem fałszywej pokory, co świadczy o tym, że albo nie zna nauczania założyciela zakonu jezuitów w kwestii pokory, albo udaje, że nie zna. Według Prusaka nie wolno twierdzić, że wie się lepiej, konkretnie, że Novus Ordo jest gorsze niż liturgia tradycyjna. On ponadto obwieszcza, iż wzorem tej - fałszywej - pokory jest o. Pio, bo on rzekomo nie twierdził, że wie lepiej (co jest zresztą także kłamstwem, skoro pisał do Pawła VI w sprawie reformy liturgii). Także tutaj pseudojezuita usiłuje odwrócić uwagę od właściwego problemu, którym jest sprzeczność między tym, czego nauczał i co czynił Kościół hierarchiczny przed Vaticanum II, a tym, co jest głoszone i czynione od Vaticanum II. Katolik ma więc problem polegający na tym, komu wierzyć i za kim iść. Kościół "przedsoborowy" nie przestał być Kościołem hierarchicznym, któremu posłuszeństwo nakazywał św. Ignacy z Loyoli. Kościół hierarchiczny nie mógł też zmienić zdania, ponieważ prawda jest niezmienna. Nachalne żądanie od katolików, by nie ważyli się dostrzegać tego problemu, lecz ślepo poddali się wszystkiemu, co idzie z Watykanu i stolic biskupich, jest oszustwem wielowarstwowym, de facto usiłującym sprowadzić katolicyzm do poziomu sekty autorytarnej, gdzie aktualny guru dysponuje prawdą, dobrem i pięknem, nie licząc się z tym, czego nauczali i co czynili jego poprzednicy. W takiej mentalności - którą można nazwać mentalnością trepa - moderniści tresują katolików i jakoś nie ogarniają związku tej tresury z faktem, że w ostatnich dekadach ludzie jako tako myślący masowo odwracają się od Kościoła, a właściwie od nich. 

Prusak próbuje ośmieszyć także typowe zarzuty wobec Novus Ordo jak antropocentryzm. Tutaj również miesza sprawy, sprowadzając kwestię do kierunku celebracji czyli ustawienia celebransa przodem do ludzi, tak jakby Novus Ordo nakazywało takie ustawienie, co jest oczywiście kłamstwem. Prusak lubi stawiać prymitywne i też fałszywe chochoły, żeby bardzo łatwo je obalić. Czyżby rzeczywiście nie zauważył antropocentryzmu w nauczaniu "papieży soborowych" i też w realnym sprawowaniu Novus Ordo, z mszami dla dzieci, dla strażaków, dla harcerzy, dla młodzieży, dla seniorów, karnawałowych, wakacyjnych, górskich, morskich, jeziornych, pielgrzymkowych itp. itd.? Czyżby na prawdę twierdził, że odwrócenie celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu - by koniecznie mógł patrzeć na ludzi a ludzie na jego mniej czy bardziej sympatyczną facjatę - nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem? Za kogo on uważa swoich odbiorców? Za zupełnych bezmózgowców? 

Jak typowy oszust, Prusak usiłuje obalić wartościowanie liturgii przez twierdzenie, że jedynie słowa Konsekracji są objawione i niezmienne, a reszta obrzędu zależy od tego "jak Kościół rozumie ten sakrament i jak go przeżywa". On więc sugeruje, że Novus Ordo wynika z innego rozumienia i przeżywania sakramentu Eucharystii. Jako przykład podaje Ostatnią Wieczerzę w kontraście do liturgii tzw. trydenckiej. W domyśle można dostrzec, że według niego Novus Ordo jest bliższe pierwszej Mszy św. we Wieczerniku, natomiast liturgia tzw. trydencka jest wypaczeniem. No cóż, to jest nic innego jak myślenie protestanckie, tak samo zresztą jak pomysł celebrowania przodem do ludu, który jest wynalazkiem protestanckim wynikającym dokładnie właśnie z nawiązania do Ostatniej Wieczerzy i negacji ofiarnego charakteru. Tym samym Prusak się zdemaskował. I tym samym też pseudopobożne wymachiwanie pokorą i ojcem Pio jawią się jako obłudne chwyty polemiczne, którymi wymachujący usiłuje przykryć swoje heretyckie poglądy. 

Pojawia się też następny obłudny pseudoargument, że tzw. msza trydencka nigdy nie była jedyną formą sprawowania. Tutaj znowu Prusak widocznie ma swoich odbiorców za debili, nie mających pojęcia o innych starożytnych liturgiach, które wszak w żadnym przypadku nie znają chociażby celebrowania przodem do ludu, ani też komunii dołapnej. Trzeba być zupełnym ignorantem i bezmózgowcem, by nie dostrzec, iż to liturgia tzw. trydencka jest o wiele bliższa innym liturgiom starożytnym, podczas gdy Novus Ordo do złudzenia przypomina "nabożeństwa" protestanckie. Kogo Prusak chce okłamać? 

Ten człowiek jest niestety dość typowym przykładem polskiego modernisty: maxymalnie nadęte ego, połączone z przeświadczeniem wszechmocy nad duszami dzięki manipulowaniu faktami i oszukiwaniu odbiorców, przynajmniej podświadomie uznawanych przez siebie za niedorozwiniętych intelektualnie ignorantów. W dodatku ktoś taki oczywiście wymachuje napominaniem do pokory i posłuszeństwa. Jeśli ktoś by się dziwił, że ten system coraz widoczniej zmierza ku zapaści, to niech przestanie się dziwić. 


Wysyp hochsztaplerów: duet Bańka & Malesa


Z powinności blogerskiej muszę znów zająć się ponowną przykrą sprawą następnego popisu, tym razem duetowego, gdyż poszerzonego o przedstawiciela indulciarstwa w osobie nowej, wschodzącej gwiazdy na firmamencie kato-internetowym. Sprawa jest ciekawa nie tylko z powodu ostatnio gorąco dyskutowanej kwestii sakry biskupiej w FSSPX, lecz dla odsłonięcia typowych mentalności. 

Najpierw wyjaśniam pojęcie "hochsztapler". Pochodzi ono z języka niemieckiego (por. tutaj) i oznacza osobę, która udaje coś, co nie jest rzeczywiste: bycie lepszym, rangę czy pozycję, która jej nie przysługuje, wiedzę, której nie ma itp. Mamy to spełnione w przypadku tych obydwu młodzieńców w sutannach, co ukazują ich wypowiedzi. O x. Bańce była już mowa wielokrotnie. Dołączył do niego następny, wprawdzie z innego obozu, jednak pod tym względem dość podobny. 

Oto pierwszy przykład, z którego możemy się dowiedzieć od x. Malesy, że istnieje coś takiego jak "Kościół mozarabski":


On to wypowiada tak przekonywująco, że aż kusi, coby mu uwierzyć. Widocznie on sam w to wierzy, przynajmniej tak samo, jak generalnie wierzy w siebie. A wystarczyłoby minimum wiedzy w temacie. Chłopak pomylił ryt z Kościołem, a widocznie nie wie, że tzw. ryt mozarabski (zwany też toledańskim czy izydoriańskim) istniał jedynie w kilku parafiach personalnych w diecezji Toledo, zaś obecnie istnieje już chyba tylko w wydzielonej kaplicy katedry w tym mieście (także w Salamance i w dwóch klasztorach - Montserrat i Santo Domingo de Silos). Nigdy więc nie było nawet diecezji z tym rytem jako własnym, a tym bardziej Kościoła. 

Drugi przykład, już dotyczący sedna tej dysputy dwóch młodzieńców:


Oto dla porównania to, co na prawdę mówi x. Tanquerey:



Tłumaczę dla niegramotnych w łacinie:

"Kościół Chrystusowy może zostać zdefiniowany jako społeczność ludzi pielgrzymujących pod nauczaniem i rządami prawowitych pasterzy, zaś zwłaszcza Biskupa Rzymskiego, dołączonych do jego wyznania wiary chrześcijańskiej i ich wspólnoty sakramentów, ku osiągnięciu wieczystego zbawienia." 

Warto zwrócić uwagę, że istotne jest po pierwsze wyznawanie wiary, po drugie wspólnota sakramentów, po trzecie zdążanie do celu ostatecznego, którym jest zbawienie dusz. Temu celowi służy nauczanie pasterzy oraz ich rządzenie. Ponadto istotne jest, że chodzi o ciągłość w nauczaniu wiary, nie o osobiste poglądy danych pasterzy. Wiara jest jedna, pasterzy jest wielu, także na przestrzeni wieków. Aktualny problem polega tym, że nauczanie sprawujących urzędy pasterskie w Kościele od ponad pół wieku odbiega - przynajmniej jak twierdzi FSSPX - od tego, czego nauczali pasterze Kościoła, zwłaszcza papieże wcześniej. O tym należy rozmawiać, a nie tylko pohukiwać sugestywnie na tych, którzy w taki czy inny sposób podnoszą problem. 

X. Malesa, jak każdy manipulator, jest dość sprawny w mieszaniu spraw na doraźny użytek, co by wyjść na swoje, a czyni to, nie wahając się nawet podnosić głosu na interlokutora:


Pomijając już nawet taki fakt, że - jako rzekomo filolog klasyczny - nie potrafi powiedzieć wyrażenia "ex cathedra" z prawidłowym akcentem, nie trudno zauważyć, że mamy tutaj do czynienia z sugestywnym pomieszaniem i niechlujstwem myślowym, którego nie da się pogodzić z rzetelną dyskusją. 

Po pierwsze, według teologii katolickiej nie ma dwóch "aspektów" nauczania nieomylnego, lecz są dwa sposoby uroczystego przedkładania nauczania nieomylnego: papież wraz z biskupami zgromadzonymi na soborze powszechnym oraz sam papież podający definicję dogmatyczną. Należy dodać, że na tym nie wyczerpuje się pojęcie nieomylności Kościoła, gdyż Kościół jest nieomylny także poza nauczaniem uroczystym (tzw. dogmatycznym w znaczeniu definiowania dogmatów wiary), mianowicie wtedy, gdy naucza czegoś stale i powszechnie. Także tutaj jest problem z nauczaniem pasterzy od Vaticanum II, gdyż FSSPX (i nie tylko) zarzuca im sprzeczność względem nauczania wszystkich wcześniejszych papieży, chociaż to nie było nauczanie zdogmatyzowane w znaczeniu uroczystych definicyj dogmatycznych. O tym należy rozmawiać, nie wymachiwać koniecznością jedności z Rzymem, w zanadrzu mając na myśli władze rzymskie od Vaticanum II, nawet jeśli jest poważny problem zgodności z tym, czego nauczała Stolica Apostolska przedtem i to przez całe wieki czyli faktycznie stale. 

Po drugie, x. Malesa dość podle sugeruje, jakoby FSSPX chciało być "poza Piotrem". To jest klasyczne ustawianie chochoła, żeby w niego walnąć. Problem jest w tym, że Piotr nie może zmienić zdania, tak samo zresztą jak Duch Święty, który prowadził Kościół poprzez wieki i nadal prowadzi. 

Po trzecie, dość prymitywną manipulacją jest utożsamienie jedności z Piotrem z danym - aktualnym - sposobem wyboru biskupów, który jak wiadomo był bardzo zmienny na przestrzeni wieków i dopiero od niewiele ponad sto lat jest scentralizowany i to również nie do końca (więcej tutaj). X. Malesa popisuje się tutaj wiedzą o kanonie Soboru Nicejskiego I w tej kwestii. Pomija jednak znów sedno sprawy, mianowicie sens teologiczny takiego a nie innego kanonu, którym jest zachowanie jedności we wierze objawionej przez Jezusa Chrystusa. Taki jest powód wszelkich regulacyj prawnych. Innymi słowy: to nie prawo stanowi o wierze, lecz wiara - oraz konieczność jej wiernego zachowania i nauczania - stanowi kanony prawne. 

Swoistym szczytem ignorancji, manipulacji w połączeniu z bezczelnością - i to z obydwu stron, choć w różnym stopniu - jest następujący fragment rozmowy:


X. Bańka popisuje się tutaj swoją niewiedzą, także co do samego Pisma św., co próbuje przykryć swoimi "myślami". A wystarczyłoby zajrzeć do Nowego Testamentu (więcej tutaj). Rzeczywiście nie ma w nim mowy o jakiejkolwiek ingerencji Piotra w wybór następców Apostołów. O tyle x. Bańka ma rację. Nie ma racji jednak, ograniczając kwestię do samego Pisma św. Natomiast zachowanie x. Malesy w tym momencie jest wybitnym połączeniem ignorancji, urojeń i pewności siebie (zakładając, że nie kłamie świadomie), co łatwo dostrzec porównując jego słowa z rzeczywistą treścią czy to Dziejów Apostolskich czy też Listu do Galatów. Chodzi mu zapewne o fragment w Gal 2,1-10, gdzie czytamy:

Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa;

A udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem.

Ale nawet Tytusa, który był ze mną, chociaż był Grekiem, nie zmuszono do obrzezania,

Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę,

A którym ani na chwilę nie ustąpiliśmy, ani się nie poddaliśmy, aby prawda ewangelii u was się utrzymała.

A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę - otóż ci, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem, niczego mi nie narzucili,

Raczej przeciwnie, gdy zobaczyli, że została mi powierzona ewangelia między nieobrzezanymi, jak Piotrowi między obrzezanymi -

Bo Ten, który skutecznie działał przez Piotra w apostolstwie między obrzezanymi, skutecznie działał i przeze mnie między poganami -

Otóż, gdy poznali okazaną mi łaskę, Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty, abyśmy poszli do pogan, a oni do obrzezanych;

Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać.


Gdzie tu jest mowa o jakimkolwiek ograniczeniu święcenia biskupów udzielanego przez św. Pawła, to najwyżej sam x. Malesa raczy wiedzieć. Szokujące jest natomiast, z jakim przekonaniem, a nawet wręcz napastliwością wypowiada coś, co jest po prostu nieprawdą. Nasuwa się więc poważne pytanie o kondycję przynajmniej duchową tego człowieka.  

Od manipulacji nie stroni także x. Bańka:


Niestety zapomniał tutaj dodać, że św. Atanazy nie święcił nikogo wbrew procedurom kanonicznym, które wówczas polegały na wyborze w ramach prowincji kościelnej, choć sam sprzeciwiał się wyborowi takich, którzy nie wyznawali wiary zdefiniowanej na Soborze Nicejskim. A to jest właśnie sedno sprawy: istotą godziwości wyboru jest zapewnienie nauczania i przekazywania prawdziwej wiary. O tym należy rozmawiać. 

Jest moment, w którym obydwaj dyskutanci błyszczą ignorancją, przy czym jeden z nich jednak w sposób wybitnie bezczelny, gdyż mistrzowsko usiłuje udawać posiadanie rzetelnej wiedzy, a zarazem potraktować interlokutora jak uczniaka w podstawówce:


No cóż, trzeba mieć ego zupełnie wystrzelone w kosmos, by być zdolnym do takiego wyczynu polemicznego. Oczywiście, o sprawie, o której mowa widocznie nie ma pojęcia ani jeden ani drugi z młodzieńców. Patriarchowie nigdy nie ustanawiali biskupów poza zasięgiem swojej jurysdykcji jako metropolici. X. Bańka widocznie nawet nie wie, że wówczas jeszcze nie było patriarchów w jakimkolwiek znaczeniu kanonicznym. Zaś to, co x. Malesa jemu zarzuca, mianowicie anachroniczne pomylenie okresu patrystycznego ze współczesnością, to sam dość prymitywnie popełnia, a nawet więcej, gdyż po prostu zmyśla. Nigdy w Kościele nie było kanonicznego wprowadzania na urząd biskupi przez cesarza, ani nawet wyboru przez cesarza. Istniało jedynie udzielanie tzw. regaliów, czyli wręczanie insygniów władzy (pierścienia i pastorału), lecz odbywało się to dopiero w państwie Franków, a to w sposób przemocowy, czyli uzurpatorski i niekanoniczny, co słusznie napotkało na rosnący sprzeciw ze strony papieży aż do słynnego sporu o inwestyturę (więcej tutaj)

Mieszanie spraw oraz prawdy z fałszem, a przez to fałszowanie wyników jest specjalnością modernistów:


Tutaj x. Malesa myli nieomylność Kościoła z nieomylnością decyzyj dyscyplinarnych i wykraczających poza zakres władzy papieskiej. Nie wiem, czy on rzeczywiście nie zna nauczania dogmatycznego konstytucji Vaticanum I "Pastor Aeternus", czy tylko udaje na doraźny użytek. Już samo określenie "Stolica Apostolska" jest nieostre. Jeśli on ma na myśli wszelkie dokumenty wydawane czy to przez Kurię Rzymską czy przez papieży osobiście, to to zdanie jest ewidentnie nieprawdziwe. Według teologii katolickiej - i też według dogmatycznego nauczania "Pastor Aeternus" - zdefiniowana jest jedynie nieomylność papieża i to jedynie w szczególnych przypadkach aktów magisterialnych, jakimi są uroczyste definicje dogmatyczne. Jeśli on ma miesza to czy to z nauczaniem Vaticanum II czy też ze wszystkim, co od tego czasu wyprodukowały urzędy watykańskie, to po prostu oszukuje publiczność. 

Ignorancję teologiczną i równocześnie jego specyficzną mentalność ukazuje zwłaszcza następujący moment: 


Tymczasem do elementarza teologii katolickiej należy rozróżnienie między wymiarem materialnym a formalnym. Zatwierdzenie przez kompetentną władzę jest jedynie elementem formalnym katolickości. Istotny i w pewnym sensie bardziej konstytutywny jest aspekt materialny, czyli zarówno zgodność rytu z wiarą katolicką oraz stopień czy doskonałość jej wyrażenia przez dany ryt. Sam aspekt formalny z całą pewnością nie wystarczy do orzeknięcia katolickości. Kościół nie jest sektą autorytarną, gdzie aktualna władza dysponuje prawdą i może są dowolnie zmieniać. Tego x. Malesa widocznie jednak nie ogarnia:


Szczególnie groteskowym sofizmatem jest powiedzenie, że o ciągłości urzędu stanowi to, że jeden papież może zadecydować dokładnie odwrotnie do decyzji swego poprzednika. To jest swoisty szczyt absurdu i zakłamania rzeczywistości. 

W pewnym momencie x. Malesy odkrywa swoje karty, aczkolwiek nie do końca: 


Tutaj charakterystyczne jest to, że nie dostrzega problemu ani u siebie, ani w strukturach Novus Ordo (zarówno diecezjalnych jak też rzymskich), lecz jedynie po stronie FSSPX. Z mojej strony nie muszę chyba udowadniać mojego krytycznego - czyli rozróżniającego - stosunku do tego ostatniego, gdy dowodem jest wiele niniejszych wpisów w temacie. Nie popieram też wmawiania ludziom, że w ogóle nie wolno uczęszczać na liturgię Novus Ordo. Chodzi o uczciwość w widzeniu i ocenie sytuacji. A sytuacja wygląda w ten sposób, iż struktury Novus Ordo po pierwsze nie rozumieją i wolą nie widzieć potrzeby umożliwienia wiernym i kapłanom sprawowania liturgii tradycyjnej, a po drugie są bardzo łase na wszystko, co ten brak zrozumienia i chęci może choćby w sposób bardzo oddalony usprawiedliwić. Innymi słowy: już sympatia dla liturgii tradycyjnej jest według nich conajmniej podejrzana. Dlatego usilne odcinanie się od FSSPX jest mało skuteczne, a nawet praktycznie zupełnie nieskuteczne, czego dowodem jest właśnie haniebny bo kłamliwy dokument "Traditionis Custudes". Zarzekanie się, że chodzi jedynie o subiektywny głos serca, czyli uczucie religijne, świadczy jedynie albo o debilstwie modernistycznym, albo o obłudzie. 

Na szczęście nie zabrakło też mięsa w dyskusji, czyli sięgania do sedna problemu w sporze:


Szkoda, że żadna ze stron, ani moderator nie pociągnął tematu. W każdym razie chybiona jest próba zepchnięcia sprawy w kwestię dobrej czy złej woli. Jak powszechnie wiadomo, człowiek oprócz woli ma też rozum, który powinien panować nad wolą i wyznaczać jej cele. Jest to istotne zwłaszcza dlatego, że rozum katolika powinien być oświecony wiarą w Boże Objawienie. Jeśli czyny nie dadzą się z nią pogodzić, to nie jest to problem woli, przynajmniej nie przede wszystkim. Aczkolwiek wola bierze udział w przyjęciu Bożego Objawienia przez rozum. O tym trzeba mówić, a nie o tym, czy wszystkie kropki są połączone. 

Nie zabrakło też klasyka prymitywnej ideologii pseudokonserwatywnych katolików, a jest to odpowiedź na dość obszerne pytanie z publiczności:



Chodzi zdanie, które ma swoje źródło w fałszerstwie historycznym znanym pod nazwą Constitutum Silvestri (więcej tutaj), a które trafiło do Kodexu Prawa Kanonicznego, kanon 1404: prima sedes a nemine iudicatur. Tutaj należy zwrócić uwagę przede wszystkim na to, że nie ma mowy o papieżu, lecz o Stolicy św. Piotra. Papieże się zmieniają, Stolica Apostolska trwa. To ona nie może być sądzona przez kogokolwiek, ani przez inne stolice biskupie, ani przez władców świeckich. To jest dość jasna i prosta zasada, gdyż w Kościele - i też ogólnie na ziemi - nie ma władzy wyższej niż Stolica Piotrowa. Z tego jedna wcale nie wynika, jakoby poszczególny papież jako osoba prywatny nie mógłby być sądzony, a to zarówno formalnie - w znaczeniu postawieniu przed trybunałem - jak też w myślach i wyrażaniu ich. Czym innym jest bowiem urząd Piotrowy, a czym innym osoba ten urząd sprawująca. Osoba jest omylna i grzeszna, gdyż tylko urzędowi zapewniona jest trwała nieomylność w znaczeniu trwania prawdziwej wiary, której ten urząd służy. Tak więc x. Malesa popełnia tutaj elementarne błędy logiczne i teologiczne. A jest to typowe dla modnej w Polsce od wyboru Karola Wojtyły mentalności sekciarsko-papalistycznej jako pochodnej sekty wojtyliańskiej, gdzie dana osoba jest wręcz ubóstwiana, czyli stawiana ponad wiarą katolicką nauczaną w Tradycji Kościoła. 

Na koniec parę słów odpowiedzi na skierowane do mnie następujące pytanie: 


Po pierwsze, x. Malesa wcale nie jest rzymski, lecz polsko-wyszyńsko-wojtyliański, gdyż reprezentuje dość dokładnie mentalność modernistyczną ukształtowaną przez działania głównie tych osób, aczkolwiek w tym przypadku w wersji indultowej, która jednak jest pewnym zbliżeniem do katolicyzmu. 

Po drugie, x. Malesa jest dość typowym przykładem połączenia ignorancji z autosugestywną wiarą w siebie, a to nawet ze znamionami samouwielbienia powodującego napastliwość bez podstaw w rzeczywistości, więc jedynie z urojonymi podstawami. 

Po trzecie, w jego zachowaniu widać swoiste skundlenie w znaczeniu usilnego starania o przypodobanie się zarówno władzy jak też publiczności. Innymi słowy: to może być rodzaj odreagowywania doznanych upokorzeń przez wyżycie swojej - w tym wypadku urojonej - wyższości nad kimś, kim władza gardzi. 

Podsumowując:

Przykro jest słuchać i patrzeć na coś takiego. Tym bardziej, że sam redaktor jest wyraźnie zauroczony rzekomą "wiedzą" tych młodzieńców. Głównym problemem jest przy tym nie brak wiedzy, bo to każdemu się może zdarzyć w jakimś stopniu, lecz udawanie wiedzy, tudzież podawanie - przynajmniej niesprawdzonej - nieprawdy za prawdę. Aż chciałoby się wstydzić za nich, skoro oni wstydu widocznie nie mają. W takiej sytuacji powinni 
- po pierwsze, się dokształcić, 
- po drugie, przeprosić redaktora i całą publiczność za zgorszenie, którego się dopuścili,
- po trzecie, poprosić redaktora o możliwość odwołania i skorygowania bełkotów i kłamstw, których się dopuścili. 
To jest jedyny sposób naprawy zgorszenia. Choć osobiście wątpię, że do tego dojdzie. Jednak nie chcę tracić nadziei. 

Jak zostać biskupem? Wybór biskupów w historii Kościoła


 W Nowym Testamencie jest mowa o wielorakim sposobie wyboru następców Apostołów:

Dz 14,23 - ustanowienie przez Apostołów
Tt 1,5 - ustanowienie przez ucznia Apostołów
Dz 1,15-26 oraz Dz 6,1-7 - wybór przez losowanie

Za każdym razem odbywało się to w obecności wspólnoty wiernych.

Z czasów poapostolskich, z końca pierwszego wieku mamy świadectwo w pierwszym liście św. Klemensa (44,3), według którego prezbiterzy (wówczas nie było jasnego odróżnienia między biskupami a prezbiterami) w Koryncie byli ustanawiani przez Apostołów lub innych poważanych mężów "wraz ze zgodą całego Kościoła". 

W Didache (15,1) natomiast znajduje się wezwanie do wyboru przez społeczność: "wybierajcie sobie biskupów i diakonów, którzy są godni Pana". Brak jest jednak opisu procedury wyboru. Widocznie nie było jednej, powszechnie ustalonej. 

W Traditio Apostolica (2) przypisywanej biskupowi rzymskiemu Hipolitowi (początek II wieku) widnieje wymaganie, by był święcony na biskupa ktoś, kto jest wybrany przez wszystek lud ("electus ab omni populo"). 

Ta zasada jest zawarta także w powstałych później świadectwach jak Constitutiones Apostolorum oraz Testamentum Domini:

(źródło tutaj)

(źródło tutaj)

W pismach św. Cypriana z Kartaginy (†258) jest wiele wzmianek o udziale całej wspólnoty danej gminy w wyborze biskupa. W jednym z listów (Epistula 55, 8) mówi, że prawowity wybór został dokonany z osądu Boga i Jego Chrystusa, ze świadectwa prawie wszystkich duchownych, z poparcia obecnego ludu, z kolegium starych kapłanów i dobrych mężów ("factus est Cornelius episcopus de Dei et Christi eius iudicio, de clericorum paene omnium testimonio, de plebis quae tunc adfuit suffragio, de sacerdotum antiquorum et bonorum virorum collegio"). 

W innym liście (Epistula 59,5 - CSEL III/2, 672) mówi o osądzie Bożym, o wsparciu ludu i o zgodzie współbiskupów: 


Orygenes natomiast podkreśla wybór hierarchiczny, mówiąc o ustanowieniu przez Mojżesza przywódcy ludu jako swojego następcy (Hom. in Num XXII, 4 - źródło tutaj):


Po uzyskaniu wolności przez Kościół za panowania cesarza Konstantyna Wielkiego (306-337) nie doszło do istotnych zmian w procedurze wyboru biskupów. Gdy wówczas - w pewnej analogii do struktury imperium rzymskiego - doszło do ukształtowania prowincyj kościelnych (metropolij), nabrały one także znaczenia w tej kwestii. 

Sobór w Ankyrze (314) mówi o biskupach, którzy nie zostali przyjęci w diecezjach, w których zostali nominowani, a usiłują objąć urząd biskupi w diecezji innego biskupa, że powinni zostać  usunięci (źródło tutaj):


Na soborze w Arles (314) pojawiła się zasada, że nikt nie powinien konsekrować biskupa sam, lecz przy udziale siedmiu innych biskupów, a przynajmniej trzech: "De his qui usurpant sibi quod soli debeant episcopos ordinare, placuit ut nullus hoc sibi praesumat nisi assumptis secum aliis septem episcopis. Si tamen non potuerit septem, infra tres non audeat ordinare." (canon 20, Mansi II, 473 - źródło tutaj). 

Podobnie mówi Sobór Nicejski I (325), wprowadzając zasadę udziału biskupów danej prowincji kościelnej: "Episcopum convenit máxime quidem ab ómnibus qui sunt in provincia episcopis ordinari. Si autem hoc difficile fuerit, aut propter instantem necessitatem, aut propter itineris longitudinem tribus tamen omnimodis in idipsum convenientibus, et absentibus quoque pari modo decernentibus, et per scripta consentientibus, tunc ordinatio celebretur. Firmitas autem eorum quae geruntur, per unamquamque provinciam metropolitano tribuatur episcopo." (Mansi II, 679 - źródło tutaj)

Te zasady nie usunęły udziału ludu w wyborze, o czym świadczą nie tylko wspomniane już Constitutiones Apostolorum powstałe w drugiej połowie IV w., lecz także św. Ambroży, który został zresztą wybrany przez aklamację. W jednym ze swoich listów pisze, że biskup powinien być wybrany przez wszystkich (Epistula 63,46; PL XVI, 1253 - źródło tutaj):


Z czasem w cesarstwie wschodnim pojawia ograniczenie udziału ludu. Cesarz Justynian I (527-565) w swoim prawodawstwie reguluje w ten sposób, że duchowni oraz zacni świeccy mają przedłożyć metropolicie listę trzech kandydatów, z których ten wybiera najgodniejszego do konsekracji. W praktyce wkradło się wywieranie wpływu czy wręcz nacisków przez władców świeckich, zwłaszcza przez cesarza. W reakcji na to Sobór Nicejski II (787) orzekł, że wybór biskupów dokonany przez władcę świeckiego jest nieważny, zaś ważnego wyboru dokonują jedynie biskupi danej prowincji kościelnej. 

Nieco inaczej wyglądał rozwój w chrześcijaństwie zachodnim. Papież Celestyn I (422-432) sformułował zasadę, że nie należy narzucać biskupa, lecz konieczna jest zgoda i pragnienie duchowieństwa i ludu (PL 50, 434 - źródło tutaj):

Papież Leon I Wielki (440-461) sformułował zasadę, że ten kto na stać na czele wszystkich, powinien być przez wszystkich wybrany źródło 
(Epistula X, 6; PL 54, 634 - źródło tutaj):


Pewnym przełomem było pojawienie się państwa Franków oraz wpływ jego germańskiej cywilizacji na życie Kościoła. Polegał on na ingerencji władzy świeckiej w wyborze biskupów. V sobór w Orleanie (549) przyznał królowi Merowingów prawo udziału w wyborze, właściwie gwarancję, że nikt nie zostanie wyświęcony wbrew jego woli
 ("cum voluntate regis iuxta electionem cleri et plebis"). W praktyce zdarzało się, że królowie samodzielnie mianowali biskupów, co było sprzeczne z prawem kościelnym. Napotkało to na wyraźny sprzeciw ze strony Kościoła, który potępił tę praktykę chociażby na soborze paryskim w 557 r. (kanon VIII, Mansi 9, 746 - źródło tutaj): 


Także papież Grzegorz I Wielki upominał władców, domagając się od nich respektowania praw Kościoła czyli zachowania kanonicznego. Mimo tych napomnień władcy z dynastii Merowingów a następnie Karolingów uzurpowali sobie prawo do desygnowania biskupów, pozostawiając duchownym jedynie udzielenie święceń biskupich. Gdy Karol Wielki (768-814) uważał, jakoby mianowanie biskupów wynikało z powierzonej mu przez Boga władzy, papież Hadrian I (772-795) usilnie go upomniał, by respektował wybory dokonywane kanonicznie, czyli przez duchowieństwo i lud katolicki (Codex Carolinus, źródło tutaj, str. 517):


Syn Karola, Ludwik Pobożny (814-840) zapewnił wobec soboru w Akwizgranie, że biskupi mają być wybierani zgodnie z kanonami prawa kościelnego przez duchowieństwo i lud ze względu na zasługi życiowe oraz wyposażenie w mądrość by przewodzić im (źródło tutaj, s. 397):

To jednak nie powstrzymało na trwałe zapędów cesarzy, którzy poczęli traktować biskupstwa jak swoje lenne księstwa, roszcząc sobie prawo do udzielania pierścienia biskupiego i pastorału (inwestytura) jako atrybutów władzy biskupiej, pozostawiając duchowieństwu jedynie udzielanie samych święceń. Papieże nie zaprzestawali protestowania przeciw tej praktyce, jak chociażby papież Mikołaj I (858-867) w liście do biskupów (Mansi 15, 7 i 350). 

W XI wieku, po wiekach przykrych doświadczeń z wpływem władzy świeckiej na urzędy kościelne, ukształtował się mocny sprzeciw. Dążono nie tylko do przywrócenia starożytnej zasady elekcji przez duchowieństwo lokalne i lud. Wprawdzie jeszcze sobór w Reims z 1049 r. - pod przewodnictwem papieża Leona IX (1049-1054) - zadekretował zasadę, że nikt nie może zostać powołany na urząd kościelny bez wyboru przez duchowieństwo i lud (Mansi 19, 741). W roku 1059 sobór rzymski zarządził, że wyboru biskupa Rzymu mają dokonywać wyłącznie kardynałowie, czyli duchowni, oraz zakazał przyjmowania urzędu kościelnego z rąk świeckich (Mansi 19, 898). Papież Grzegorz VII (1073-1085) nie tylko dekretował zakaz przyjmowania inwestytury z rąk świeckich, lecz w słynnym "Dictatus papae" z 1075 r. wprowadził zasadę, że tylko Biskup Rzymski ma prawo ustanawiania i odwoływania biskupów.  Sobór rzymski w 1080 r. wydał ponadto kanony regulujące powoływania biskupów (Mansi 20, 533). Według nich obsadzanie wakujących stolic biskupich miało się odtąd odbywać pod nadzorem wizytatora wyznaczonego albo przez Stolicę Apostolską albo przez metropolitę. Wizytator miał czuwać nad tym, by wybór został dokonany przez duchowieństwo i lud, z wyłączeniem wpływu władzy świeckiej, a za zgodą albo papieża, albo metropolity. Jeśli by wybór został dokonany wbrew tej procedurze, to został określony jako nieważne kanonicznie i w takiej sytuacji wyboru biskupa miał dokonać albo papież albo metropolita. 

Te starania papieża doprowadziły do ostrego konfliktu z cesarstwem znanego w historii jako spór o inwestyturę. Zakończył się on dopiero po ponad pół wieku dzięki zawarciu tzw. konkordatu w Wormacji w 1122 r. W tej ugodzie cesarz Henryk V (1106-1125) wyrzekł się udzielania insygniów biskupich (pierścienia i pastorału) i zapewnił Kościołowi na terenie swojego imperium wolny od jego wpływów kanoniczny wybór i konsekrowanie biskupów, zastrzegając sobie jednak przyznawanie berła jako insygnium władzy. Natomiast papież - Kalikst II (1119-1124) przyznał cesarzowi prawo obecności podczas wyborów biskupów i opatów na terenie imperium. Ponadto w razie niezgody między stronnictwami cesarz miał mieć prawo do wsparcia wraz z metropolitą i biskupami danej prowincji stronnictwa "zdrowszego" ("sanior pars"), czyli bardziej odpowiadającego zasadom i dobru Kościoła. 

W rok później obradującym I Soborze Laterańskim (1123) omawiano tenże konkordat. Wydano jednak tylko dość ogólny kanon, według którego wolno udzielać sakry biskupiej jedynie temu, kto został kanonicznie - czyli zgodnie z prawem kościelnym - wybrany ("Nullus in episcopum nisi canonice electum consecret"). 

Sobór Laterański II (1139) zakazał ograniczenia grona wybierającego biskupów do kanoników katedralnym, czyli wykluczenia z wyborów reszty duchowieństwa i mnichów. Zakaz obowiązywał pod sankcją anatemy (czyli exkomuniki) i nieważności wyboru. 

Wkrótce po tym soborze, w roku 1140 powstał dokument bardzo ważny dla historii prawa kościelnego, znany pod nazwą "Concordia discordantium canonum" jak też "Decretum Gratiani". Odnośnie do wyboru biskupów podaje on zasadę (opierając ją na licznych źródłach), że wyboru biskupa dokonuje duchowieństwo, zaś ludowi przysługuje jedynie wyrażenie zgody (consensus). To dość szerokie sformułowanie było następnie różnie interpretowane przez poszczególne szkoły kanonistów co do określenia zarówno grona duchownych, którym przysługiwało prawo wyboru, jak też udziału świeckich, czyli ich realnego wpływu na wybór. Następni papieże - Innocenty III (1198-1216) oraz Grzegorz IX (1227-1241) - ograniczyli prawo wyboru do kapituł katedralnych. Odpowiadało to kanonowi 42 Soboru Laterańskiego IV, według którego ma zostać uznany za wybranego ten kandydat, na którego zagłosowała większość albo zdrowsza część kapituły katedralnej ("is collatione habita eligatur, in quem omnes, vel maior et sanior pars capituli consentit"). To niejasne sformułowanie oczywiście nie mogło zapobiec dalszym sporom. 

Doprowadziło to do tego, że coraz częściej zwracano się do Stoilicy Apostolskiej z prośbą o rozstrzygnięcie. W takiej sytuacji papież Aleksander IV (1254-1261) postanowił w roku 1257, że wybory biskupów należą do "causae maiores" i jako takie wyposażone zostają w środek prawny w postaci możliwości apelacji do papieża. Liczebność apelacyj za pontyfikatu Grzegorza X (1271-1276) skłoniła go na soborze w Lyon w roku 1274 do zastąpienie zasady "pars sanior" zasadą większości 2/3 głosów. Jednak to także nie zapobiegło nadużyciom i sporom. Równocześnie nastąpił proces wzmacniania władzy papieży. Już Klemens IV (1265-1268) zarezerwował sobie w roku 1265 prawo nadawania wszystkich wakujących niższych beneficjów kościelnych. Od Bonifacego VIII (1294-1303) znacznie powiększyła się liczba liczby rezerwacyj papieskich co do powoływania biskupów. Jego następca, Klemens V (1305-1314) - zresztą pierwszy papież awinioński - rozciągnął rezerwację na wszystkie wakujące stolice patriarsze, metropolitalne i biskupie. Jan XXII (1316-1334) objął tym wszystkie wakaty powstałe w wyniku działań Stolicy Apostolskiej, niezależnie od sposobu ich zaistnienia, czy to z powodu orzeczenia nieważności wyboru, oddalenia postulacji czy rezygnacji z urzędu na ręce papieża. W końcu Urban V (1362-1370) ogłosił w 1363 roku rezerwację papieską do obsadzania wszystkich patriarchatów, metropolij i biskupstw, niezależnie od sposobu zaistnienia wakatu ("reservatio generalis"). Sprzyjało to niestety nadużyciom tego rodzaju jak udzielanie beneficjów swoim krewnym i zaufanym, co wiązało się oczywiście z korzyściami materialnymi. Otwarło to drogę także do instytucji tzw. biskupów pomocniczych: podczas gdy ordynariusz albo wcale nie zajmował się swoją diecezją, albo jedynie korzystaniem z profitów, pozostawiał on sprawowanie sakramentów swoim podwładnym kapłanom wyposażonym w sakrę biskupią. 

Do pewnego ograniczenia tej zgoła absolutystycznej władzy papieży doszło dopiero dzięki soborom w XV w. i w wyniku konkordatów zawieranych z władcami świeckimi. Sobór w Bazylei (1433) usunął z obiegu prawnego wszystkie szczególne i ogólne rezerwacje, które nie były zawarte w Corpus Iuris Canonici, oraz postulował powrót do wcześniejszej praktyki wyboru biskupów. Równocześnie sobór zakazał pobierania opłat za udzielenie urzędu kościelnego oraz od ubiegania się o beneficjum, co oczywiście odzwierciedla rozpowszechnioną praktykę. 

To nie zakończyło trwającego od wieków ścierania się interesów zarówno papiestwa jak też władzy świeckiej czyli cesarstwa. Jednak obydwie strony widziały potrzebę współdziałania. Tak w roku 1448 doszło do podpisania tzw. konkordatu wiedeńskiego między papieżem Mikołajem V (1447-1455) a cesarzem Fryderykiem III (1440-1493). W tym akcie papież przywrócił kapitułom katedralnym wolny wybór biskupa (tym samym odwołał rezerwacje wydane przez Urbana V), zarezerwował sobie jednak prawo zatwierdzania wyboru oraz obsadzanie wszystkich stanowisk kurialnych ("apud Sedem Apostolicam") tudzież stolic biskupich podległych bezpośrednio Stolicy Apostolskiej (czyli ustanowionych przez papieży, nie przez władców świeckich). Ta rozwiązanie obowiązywało zasadniczo aż do tzw. wielkiej sekularyzacji na początku XIX wieku, gdy to doszło do zerwania dotychczasowych uregulowań w stosunkach między Kościołem a cesarstwem. 

Od XVI w., gdy to zarówno jedność Kościoła jak też cesarstwa została poważnie zagrożona i uszczerbiona, wykształcił się dobry zwyczaj zgodnego współdziałania między papiestwem, lokalnymi strukturami kościelnymi i władzą świecką we wspólnym interesie zachowania wiary katolickiej i państwowości. Zasadniczo wyboru biskupa dokonywały kapituły czy to metropolitalne czy katedralne. Po dokonaniu wyboru następował proces informacyjny o elekcie, prowadzony przez nuncjusza apostolskiego, jeśli był ustanowiony na danym terenie. Procedurę kończyło zatwierdzenie przez papieża oraz udzielenie insygniów władzy przez cesarza. Poza terytorium cesarstwa istniała także praktyka odmienna, sięgająca już XV w., gdy to papieże starający się ograniczyć wpływ postanowień soboru w Bazylei przyznawali władcom świeckim - na zasadzie indultu bądź konkordatu - prawo do nominowania biskupów na ich terytorium. Zasłynął zwłaszcza tzw. konkordat francuski z 1516 r., w którym papież przyznał królowi Francji prawo nominowania opatów i biskupów w jego państwie. To prawo uzyskał z czasem także cesarz austriacki w swoich terytoriach koronnych (Austria, Czechy, Morawy), w Hiszpanii, Portugalii i w koloniach. Podobnie było w księstwach takich jak Sabaudia i Piemont. Dotyczyło to tylko nominowania, gdyż ustanowienia urzędowego dokonywał papież. 

Podobnie było w katolickiej Bawarii od zawarcia konkordatu w 1817 r., w którym papież przyznał monarsze prawo nominowania. Takiego prawa nie przyznawano natomiast władcom niekatolickim. Dlatego w innych częściach Rzeszy niemieckiej nadal wyboru dokonywały kapituły katedralne. Władzy świeckiej zezwolono jedynie na skreślanie z listy kandydatów osób, wobec których zachodziły zastrzeżenia. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 dokonał scentralizowania i ujednolicenia prawa także w kwestii wyboru biskupów. Kanon 329 stanowił, że papież jest wolny w ustanawianiu biskupów, o ile w danym przypadku nie jest związany prawem do prezentowania kandydata przez inne instytucje. W poszczególnych krajach szczegóły były uregulowane przez konkordaty, które niekiedy gwarantowały kapitułom prawo wyboru. Ciekawym przykładem jest konkordat z państwem bawarskim z 1924 roku, według którego papież w sposób wolny ustanawia biskupów, aczkolwiek jest związany listami kandydatów, które episkopat oraz kapituły katedralne dostarczają Stolicy Apostolskiej co trzy lata. W innych częściach Niemiec biskupa wybiera kapituła katedralny spośród trzech kandydatów przedłożonych przez Stolicę Apostolską. Władze państwowe o tyle biorą udział w procedurze wyboru, że organ kościelny - czy to władze rzymskie czy kapituła - zapytuje rząd danego kraju, czy wysuwa zastrzeżenia co do nominata. Ostateczną decyzję podejmuje jednak papież. Podobnie jest w archidiecezji austriackiej Salzburg oraz w szwajcarskich diecezjach Chur, Sankt Gallen i Bazylea. Poza tym na całym świecie papież mianował biskupów w sposób zupełnie wolny, o ile nie było w poszczególnych przypadkach specjalnych uprawnień czy to kapituł czy władzy świeckiej. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r. (can. 377) przejął zasadę wolnego wyboru przez papieża. Mówi jednak o dwóch sposobach nominowania: wolny wybór przez papieża albo zatwierdzenie prawowitego wyboru. W istocie nie stanowi to istotnej zmiany względem poprzedniego prawa. 

Tyle z faktów kanoniczno-historycznych w skrócie. Na ich podstawie należy oczywiście przeprowadzić teologiczną reflexję analityczno-syntetyczną. Skrótowo jej wynik przedstawia się następująco:

1. Od zarania Kościoła aż do czasów współczesnych nie było i nie ma jednolitej procedury wyboru biskupów. 

2. Celem każdej kościelnej procedury było zapewnienie nieskażonego i niewypaczonego przekazywania Tradycji Kościoła w nauczaniu, sakramentach i obyczajach. 

3. Ingerencja papiestwa w wybór biskupów miała ten sam cel i pojawiła się stopniowo jak środek zabezpieczenia tego celu. 

Myślę, że to wystarczy jako podsumowanie.