Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Korzenie modernizmu


Pytanie jest wprawdzie złożone, lecz właściwie dość proste. Trafną analizę modernizmu dał Kościołowi i światu już papież św. Pius X w swojej słynnej encyklice "Pascendi Dominici gregis", której lekturę oczywiście polecam. W niej zawarta jest zasadnicza odpowiedź na to pytanie. Encyklika jest owszem pisana częściowo dość fachowym językiem, co wynika z faktu, że jest adresowana właściwie do biskupów czyli osób dysponujących odpowiednim przygotowaniem filozoficznym i teologicznym. Tym niemniej każdy może odnieść z niej pożytek, tym większy im większego trudu dołoży dla jej zrozumienia. 

Nie byłoby sensowne referowanie tutaj tejże encykliki. Ograniczę się do kilku - mam nadzieję pomocnych - uwag. 

Papież jako główne i zasadnicze źródło modernizmu wymienia na pierwszym miejscu agnostycyzm, a następnie ewolucjonizm i panteizm. Nie trudno więc dostrzec, że chodzi o takie filozoficzne korzenie jak kantyzm i heglizm. W uproszczeniu mówiąc: ten pierwszy jest odpowiedzialny za sprowadzenie religii do sfery przeżyć i ewentualnie moralnej funkcji społecznej, ten drugi za ślepą wiarę w postęp dziejowy i apoteozę subiektywności, z panteizmem włącznie. Konsekwencją jest relatywizm, czyli negacja nie tylko poznania prawdy lecz wręcz istnienia prawdy. 

Sięgając jeszcze głębiej w historii myśli ludzkiej, dochodzimy do późnośredniowiecznego nominalizmu oraz starożytnego sofizmu z pewną domieszką platonizmu i neoplatonizmu (co jest widocznie zwłaszcza u Hegla). Reprezentantami w dziedzinie religii są zarówno judaizm (czyli religia rabiniczno-talmudyczna) oraz protestantyzm. Jako wspólną cechę mają wstręt do realizmu poznawczego czyli do możliwości prawdziwego poznania w różnych a kompatybilnych drogach poznania (indukcja, dedukcja, w pewnym zakresie także intuicja), reprezentowanego w filozofii o metodzie scholastycznej, której wybitnym wykwitem jest tomizm, a to nie w znaczeniu pewnej szkoły czy nurtu filozoficznego lecz jako tzw. filozofii wieczystej, skupiającej i dyskutującej komplexowo i owocnie całość zakresu i dziejów myśli ludzkiej w jej najwybitniejszych okazach. 

W XIX w. doszło do pewnej transformacji w stosunku między tą filozofią i tym samym teologią katolicką a naukami. Filozofia europejska była wówczas zdominowana przez kantyzm oraz jego epigonów i bachorów - z jednej strony heglizm, z drugiej pozytywizm i scjentyzm. Nauki szczegółowe, zwłaszcza przyrodnicze rozwijały się bujnie swoją drogą, czyli metodą indukcyjną. Nieco później pojawiła się fenomenologia i tzw. filozofia analityczna skupiona na dedukcji. Przyrodnicy przejawiali - i obecnie także przejawiają - ambicje quasi filozoficzne, a nawet quasi teologiczne, a to zwykle niestety bez odpowiedniego przygotowania w wykształceniu ogólnym filozoficznym. Skutkuje to z reguły podawaniem poglądów filozoficznych czy raczej pseudofilozoficznych jako rzekomo wynikających z danych przyrodnictwa. Bardzo często spotykanym przejawem ignorancji filozoficznej na poziomie elementarnym jest utożsamianie naukowości z metodą nauk przyrodniczych (w takich sformułowaniach jak "filozofia a nauka", "teologia a nauka" itp.). Zwykle polega to na przynajmniej językowym przejęciu angielskiego słowa "science" do języka polskiego jako "nauka", co choćby językowo jest błędne i świadczące o ignorancji także lingwistycznej, gdyż to angielskie słowo oznacza jedynie nauki przyrodnicze (co się wiąże z XVIII i XIX-wiecznym empiryzmem angielskim), a nie naukowość w ogóle. W językach romańskich takiego zawężenia z reguły nie ma, także w języku niemieckim, jednak w języku publicystycznym i popularnym jest ono dość częste niestety, co ma związek z rozpowszechnieniem języka angielskiego w stopniu jedynie prymitywnym i powierzchownym i to nawet na wyższych uczelniach. 

Należy więc odróżnić pierwotne, historyczne korzenie modernizmu od przyczyn współczesnych. Te drugie oczywiście sprowadzają się ostatecznie do pierwszych, jednak obecnie nie są tożsame. Przyczyny obecne są prostsze, bardziej prymitywne, gdyż zwykle bezrefleksyjne i na niskim poziomie intelektualnym, wręcz nieuświadomione, gdyż otaczające niemal zewsząd, także w teologii i w przestrzeni kościelnej, a wynikające z braku wiedzy i krytycznego myślenia. Jednak nie można im zaradzić bez odniesienia do przyczyn historycznych. Innymi słowy: środkiem zaradczym jest powrót do solidnej wiedzy filozoficznej i teologicznej. W tym znaczeniu lekarstwem jest nauka we właściwym, niezawężonym do przyrodnictwa sensie. Znajomość zdrowej filozofii - tej, która jest też fundamentem zdrowej teologii katolickiej - wyposaża umysł w krytycyzm niezbędny dla trzeźwego podejścia do współczesnych trendów myślowych i kulturowych, obecnych także pośród przedstawicieli nauk szczegółowych, tudzież pośród ludzi sztuki, publicystyki, polityki, edukacji itd. 

W tym znaczeniu solidna wiedza naukowa nie zagraża lecz sprzyja teologii i życiu kościelnemu. Nie przypadkowo w ostatnich dekadach forsowany jest także na uczelniach katolickich i na wydziałach teologii (niegdyś) katolickich wtórny debilizm polegający z jednej strony na niechęci czy wręcz wrogości i wyszydzaniu filozofii klasycznej i ogólnie edukacji klasycznej, a z drugiej na wręcz irracjonalnym, sekciarskim uwielbieniu dla wiadomego "soboru" wraz z jego zgniłymi owocami w postaci pisanej, mówionej, wizualnej i akustycznej. 

Ma to wymiar nie tylko antyintelektualny lecz także antyestetyczny. Naocznie widać to w nowoczesnej architekturze kościelnej, w wyposażeniu świątyń, w szatach i sprzętach liturgicznych, których brzydota czy wręcz ohyda uderza każdego, kto nie wyzbył się elementarnego wyczucie estetyki. Podobnie jest z muzyką w obszarze kościelnym. 

Zapaść zarówno estetyczna jak też intelektualno-duchowo-moralna przejawia się szczególnie jaskrawo w modzie damskiej", która się rozpowszechniła na szeroką skalę w ostatnich 10-20 latach. Polega ona na przejęciu noszenia spodni. Ta maniera została zapoczątkowana w komuniźmie, czego dowodzą obrazki z tamtej epoki. Wiązało się to z zaprzęgnięciem niewiast do ciężkiej pracy fizycznej w kołchozach i fabrykach. Jednak nawet komunizm wykazał o tyle respektu wobec godności niewieściej, że nawet mundur damski (policyjny, wojskowy itp.) zawierał jedynie spódnice, nigdy spodnie. Ogólnie w przestrzeni publicznej, zarówno w urzędach, jak też w szkołach, nawet w handlu i usługach nie było wyjątku. To, czego nie próbowali forsować nawet komuniści, stało się quasi obowiązującą modą dopiero w epoce długich (zbyt długich) rządów pewnej biologicznie żeńskiej osoby politycznej zza Odrą, która dla kogokolwiek zdrowo myślącego z całą pewnością właściwie nie powinna być wzorem pod jakimkolwiek względem. Bezmyślne naśladowanie takiej osoby doprowadziło do obecnego stanu estetyczno-umysłowego, który obraża zarówno niewiasty jak i mężczyzn. Zdrowo myślący mężczyźni - i to nawet duchowni - nie mają śmiałości powiedzieć stanowczo swoim małżonkom, co sądzą o tej modzie, zapewne w przeświadczeniu, że ich zdanie zostanie przynajmniej zlekceważone bądź wręcz wyszydzone. Po stronie zaś niewiast ta "moda" manifestuje brak elementarnego szacunku dla męskich odczuć estetycznych, co oznacza ostatecznie pogardę dla ich męskości, nie tylko dla swojej godności niewieściej. 

Równocześnie forsuje się fideizm polegający na ślepym zaufaniu dla "soboru" i reform z nim związanych, a zwłaszcza dla hierarchii, która je reprezentuje, a sama jest uległa i spolegliwa już nie tylko względem "soboru" i "papieży soborowych", lecz jeszcze bardziej wobec możnych tego świata i potężnych machin medialnych. Dobitnym przykładem jest postawa i zachowanie hierarchii - z nielicznymi wyjątkami - podczas niedawnej globalnej histerii w związku z pewną chorobą. Te wręcz niebywale skandaliczne na tle całej historii Kościoła fakty ukazały stan intelektualny, duchowy i moralny większości duchowieństwa, co świadczy o tym, jak i czym zostało ono i jest formowane. Z całą pewnością nie są to zasady i wartości katolickie w znaczeniu rdzennie katolickich prawd i norm wynikających z Bożego Objawienia podawanego przez Tradycję Kościoła na przestrzeni wieków. 

Jak można i trzeba temu zaradzić?

Po pierwsze, przez kształcenie intelektualne na podstawie klasycznych dzieł filozofii i teologii katolickiej. Najlepiej jest to czynić w grupach samokształceniowych choć niewielkich. Nie wystarczy ograniczyć się do słuchania czy oglądania swoich ulubionych kanałów, czytania blogów i czytania sobie dobrych książek. Dobrze prowadzona formacja w grupach jest nieodzowna zwłaszcza dla osób nieprzygotowanych do tematyki z powodu braku wykształcenia. Takim osobom jest szczególnie trudno przebrnąć przez niekiedy niełatwe konstrukcje myślowe nawet w dobrych książkach, zaś wyjaśnienie przez kogoś kompetentnego zarówno istotnie pomaga jak też motywuje. Wystarczy spotykać się po domach w małych grupach pod opieką kogoś lepiej przygotowanego. Ileż czasu marnuje się często na plotkowanie, rytualne oburzanko, czy durne rozrywki. A rodzice swoim spędzaniem wolnego czasu dają przykład swoim dzieciom. Jeśli sami się karmią tylko telewizją, internetem, czy byle jaką rozrywką, to nie powinni się dziwić, że ich dzieci i nie mają lepszych pomysłów na poszerzanie swoich horyzontów intelektualnych, duchowych i moralnych. 

Po drugie, dojrzałe życie duchowe, obejmujące nie tylko regularne praktyki sakramentalne (spowiedź, Komunia św.), lecz także modlitwę osobistą i rodzinną, wraz z pogłębianiem życia duchowego na dobrych dniach skupienia czy rekolekcjach. 

Oczywiście nie są to środki sensacyjne czy nowatorskie (takiego typu jak spędy pseudocharyzmatyczne). Są jednak sprawdzone i dające gwarancję dobrych owoców w wymiarze zarówno indywidualnym jak też rodzinnym i w szerszych społecznościach. To jest walka z modernizmem - tym zbiorem wszelkich herezyj, jak mówi św. Pius X - możliwa dla każdego i właściwie niezbędna. W taki właśnie sposób może i powinno postępować odtruwanie duchowe, intelektualne i moralne, które może zapalić także młodzież, która z natury jest krytyczna i szukająca właściwej drogi. Bez reprezentowania odpowiedniego poziomu w tych wymiarach zarówno indywidualnie jak też społecznie nie uda się ukazać młodemu pokoleniu prawdy i piękna katolicyzmu. Narzekanie na świat współczesny, na "takie czasy", na "taką młodzież" na pewno nie pomoże, a jedynie prowadzi do zniechęcenia, gnuśności i katastrofizmu. To jest obecnie poważna, bardzo powszechna pokusa szatańska zwłaszcza pośród katolików nastawionych tradycyjnie. Nie wolno się jej poddawać. 

Tajemnica płodności





Łk 8,4-15:

A gdy się zeszło wiele ludu i z miast przybywali do niego, rzekł przez podobieństwo:

Wyszedł siewca rozsiewać ziarno swoje. A gdy on siał, jedno padło na drogę i zostało zdeptane, a ptaki niebiańskie zjadły je.

A drugie padło na skałę, a gdy wzrosło, uschło, bo nie miało wilgoci.

A inne padło między ciernie, a ciernie razem z nim wzrosły i zadusiły je.

A inne padło na ziemię dobrą i, gdy wzrosło, wydało plon stokrotny. To mówiąc, wołał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.

I pytali go jego uczniowie, co znaczy to podobieństwo.

A On im rzekł: Wam dane jest poznać tajemnice Królestwa Bożego, ale innym dawane jest w podobieństwach, aby widząc nie widzieli, a słuchając nie pojęli.

A tym jest to podobieństwo: Ziarnem jest słowo Boże.

A tymi na drodze są ci, którzy słuchają; potem przychodzi diabeł i wyrywa słowo z serca ich, aby nie zostali uwierzywszy zbawieni.

A tymi na skale są ci, którzy, gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, ale korzenia nie mają, chwilowo wierzą, a w chwili próby odstępują.

A to, które padło między ciernie, to są ci, którzy usłyszeli, ale idąc pod troskami, bogactwami i rozkoszami życia, są przyduszeni i nie donoszą do celu.

A to na pięknej ziemi to są ci, którzy pięknym i dobrym sercem usłyszawszy słowo, zachowują je i wydają owoc w wytrwałości.



συνιοντος δε οχλου πολλου και των κατα πολιν επιπορευομενων προς αυτον ειπεν δια παραβολης

εξηλθεν ο σπειρων του σπειραι τον σπορον αυτου και εν τω σπειρειν αυτον ο μεν επεσεν παρα την οδον και κατεπατηθη και τα πετεινα του ουρανου κατεφαγεν αυτο

και ετερον επεσεν επι την πετραν και φυεν εξηρανθη δια το μη εχειν ικμαδα

και ετερον επεσεν εν μεσω των ακανθων και συμφυεισαι αι ακανθαι απεπνιξαν αυτο

και ετερον επεσεν επι την γην την αγαθην και φυεν εποιησεν καρπον εκατονταπλασιονα ταυτα λεγων εφωνει ο εχων ωτα ακουειν ακουετω

επηρωτων δε αυτον οι μαθηται αυτου λεγοντες τις ειη η παραβολη αυτη

ο δε ειπεν υμιν δεδοται γνωναι τα μυστηρια της βασιλειας του θεου τοις δε λοιποις εν παραβολαις ινα βλεποντες μη βλεπωσιν και ακουοντες μη συνιωσιν

εστιν δε αυτη η παραβολη ο σπορος εστιν ο λογος του θεου

οι δε παρα την οδον εισιν οι ακουοντες ειτα ερχεται ο διαβολος και αιρει τον λογον απο της καρδιας αυτων ινα μη πιστευσαντες σωθωσιν

οι δε επι της πετρας οι οταν ακουσωσιν μετα χαρας δεχονται τον λογον και ουτοι ριζαν ουκ εχουσιν οι προς καιρον πιστευουσιν και εν καιρω πειρασμου αφιστανται

το δε εις τας ακανθας πεσον ουτοι εισιν οι ακουσαντες και υπο μεριμνων και πλουτου και ηδονων του βιου πορευομενοι συμπνιγονται και ου τελεσφορουσιν

το δε εν τη καλη γη ουτοι εισιν οιτινες εν καρδια καλη και αγαθη ακουσαντες τον λογον κατεχουσιν και καρποφορουσιν εν υπομονη


Płodność znamionuje wszystkie istoty żywe, stanowi ich cechę istotną. Tylko to, co chłonie pożywienie i energię, przemienia się, wzrasta i wydaje owoc, a tym samym przekazuje swoje życie i poniekąd siebie, jakby trwając w nowym życiu. Tak jest począwszy od najprostszych żywych organizmów jednokomórkowych aż do człowieka.

Płodność oznacza nie tylko dawanie siebie, lecz równocześnie spotkanie. Wyższy poziom płodności, takiej, która prowadzi do powstania nowej, niepowtarzalnej jakości, wymaga połączenia i przyjęcia, i to wielostopniowego i różnorodnego. Ma to miejsce już w świecie roślin na co dzień nas otaczających, od najmniejszej trawki przydrożnej i rośliny doniczkowej aż po okazałe drzewa. Tak Bóg urządził świat, widzialny dla nas, który jest odbiciem i obrazem, ilustracją i niejako objawieniem prawdy o samym Stwórcy i rzeczach niewidzialnych.

Przypowieść o siewcy i różnych typach gleby wydaje się przy pierwszym zetknięciu irytująca i tragiczna, nawet niestosowna: ktoś przemawiający do tłumu rzuca porównanie siebie do siewcy, a słuchacza do gleby czy raczej różnych rodzajów miejsca zasiewu. Nasuwa się pytanie, czy bardziej obraźliwe jest porównanie siebie do kogoś, kto rzuca ziarno na drogę bądź skałę, czy też nazwanie swoich słuchaczy złą glebą. Ta wręcz, wydawałoby się, zuchwała niestosowność pozostaje i nawet wręcz potęguje się w połączeniu z wyjaśnieniem w drugiej części perykopy. Cóż to za siewca, który wysiewa na drogę, na skały, pośród gotowe do wybujania ciernie? Zdumione pytanie uczniów jest zupełnie zrozumiałe i wyraża bardziej zmieszanie emocjonalne niż nieporadność intelektualną. Byli na tyle pojętni i na tyle znali już styl nauczania Mistrza, że wiedzieli, iż ma na myśli sprawy wyższe, duchowe. Nie byłoby dziwne, gdyby przynajmniej część z nich od razu pojęła, że chodzi o plon duchowy, o dzieło Boże zakładające sens, dobroć i wspaniałość stworzenia.

Wyjaśnienie Jezusowe jest bardzo proste, właściwie oczywiste, zarówno dla współczesnych jak też po wsze czasy. Zaskakujące jest natomiast Jezusowe wprowadzenie do wyjaśnienia: wskazanie na wybranie, Boże obdarowanie uczniów tak daleko idące, że udzielające poznania “tajemnic Królestwa Bożego”. Co to są za tajemnice? Dlaczego Bóg sprawia różnicę inaczej traktując z jednej strony wielki tłum, a z drugiej uczniów, których Jezus powołał do pójścia za Nim? Przecież także do tych ostatnich skierowana była przypowieść, skoro prosili o jej wyjaśnienie. Zaś wyjaśnienie nie wydaje się zawierać jakiejś tajemnej wiedzy. Czyż ono udziela wglądu w tajemnice, daje ich zrozumienie?

Nie samo wyjaśnienie przypowieści jest przywilejem i wyróżnieniem. Zapewne pośród tłumu byli słuchacze na tyle inteligentni, że bez wyjaśnienia Jezusowego zrozumieli, iż ziarno oznacza słowo Jezusowe, a gleba to serca ludzkie. Tym niemniej dla każdego słuchacza – wówczas tak samo jak dzisiaj – było i jest irytujące i nurtujące pytanie, dlaczego siewca cenne ziarno wyrzucał na podeptanie, wyżarcie przez ptaki i zagłuszenie przez ciernie. To jest właśnie tajemnica Królestwa Bożego.

Tę tajemnicę poznają wybrani do bliskości, zażyłości z Jezusem. U nich pojawia się nie tylko dociekliwość o sens przypowieści, lecz także, a nawet przede wszystkim pytanie: jaką glebą jest moje serce? Przy tym serce oznacza w języku biblijnym nie tylko i nie przede wszystkim sferę emocjonalną czyli uczucia, lecz centrum osoby, ośrodek zarówno cielesny jak też duchowy, podmiot całościowego poznania oraz działania.

To refleksyjne pytanie, jeśli dotyka i wychodzi z głębi serca, zawiera niepewność siebie, także pewien niepokój, zatroskanie o siebie. Miało ono miejsce zapewne u uczniów, może nawet powodując lęk o siebie i obawy. To może i powinno nastąpić także u nas. Jak Pan Jezus na to odpowiada? Właśnie wskazaniem na wybranie przez Boga w postaci powołania do bycia Jego uczniem.

Pan Jezus nie mówi, jakoby to powołanie oznaczało samo przez się bycie żyzną glebą dla słowa Bożego. Wybranie w tym kontekście oznacza nie tyle upodobanie co obdarzenie z hojnej, wręcz niesłychanie rozrzutnej miłości. Tej Bożej rozrzutności jest świadom każdy, kto trzeźwo spogląda zarówno na swoje życie jak też na niewdzięczność, zaślepienie, otępiałość i zatwardziałość serc ludzkich wokół siebie. Równocześnie to właśnie nasze własne niewdzięczne zaskorupienie, rozproszenie i wybujałość w rzeczach przyziemnych i szkodliwych stanowi o rodzaju spotkania naszego serca ze słowem Bożym, które jest przehojne, szczodre, a równocześnie delikatne, nie zadawające gwałtu. 

Klasyfikacja rodzajów gleby w przypowieści nie jest wyrokiem lecz wezwaniem. Wezwaniem typowym dla prawdziwego Boga, który tak urządził świat, że ze skruszonych skał powstaje gleba, zaś człowiekowi powierzył troskę o uprawę ziemi, w tym także trud rozróżniania ziarna pożytecznego, życiodajnego według czasu i miejsca. Człowiek ma nie tylko możliwość i władzę rozróżniania gleby żyznej od nieurodzajnej, a nawet przemiany pustkowia w ziemię uprawną i płodną. Przede wszystkim każdy z nas ma zdolność uprawiania swego serca, czyli osobowej gotowości na przyjęcie życiodajnego, rozrzutnego z miłości słowa prawdy – o Bogu i o sobie.

Czy udział w studniówce w piątek jest grzechem?



Są dwie kwestie:

kanoniczno-prawna

oraz

duchowo-moralna. 

Przykazania kościelne w obecnej wersji wydanej przez biskupów polskich (w 2014 r.) zawierają:


Kodex Prawa Kanonicznego (z 1983 r., ca. 1250) określa wszystkie piątki jako dni pokutne, w których obowiązuje post w znaczeniu abstynencji od pokarmów mięsnych. 

Tak więc czysto prawnie w piątki obowiązuje abstynencja, natomiast we Wielkim Poście zakaz udziału w zabawach. 

Dyspensy może udzielić tylko biskup ordynariusz (can. 87), zaś proboszcz czy inny duchowny może udzielić dyspensy tylko wtedy, gdy udzielone mu zostało prawo do udzielenia dyspensy (can. 89), czyli musi mieć to prawo udzielone przez biskupa ordynariusza. 

Tyle od strony czysto prawnej. 

Jednak nie mniej ważna a nawet ważniejsza jest perspektywa duchowo-moralna. Otóż udzielenie dyspensy w myśl prawa kanonicznego musi być powodowane jakimś dobrem wyższym. W tym wypadku takiego dobra nie ma, a nawet wręcz przeciwnie. 

Tak więc jeśli ktoś w ślepym zaufaniu wobec proboszcza skorzysta z ważnie udzielonej dyspensy, nie grzeszy. Grzeszy natomiast duchowny, który udziela dyspensy bez godziwego powodu czyli dla dobra wyższego.

Jeśli natomiast ktoś wie, że dyspensa została udzielona bez godziwego powodu, a mimo tego skorzysta z niej, wówczas popełnia grzech. Nie jest to grzech ciężki, jeśli nie wynika z ogólnej pogardy dla przepisów postnych Kościoła. Jednak także takich grzechów lekkich należy unikać. 

Papież Dawid I


Tutaj mamy oficjalny komunikat opublikowany we wielu językach na stronie (czy stronach) internetowej lefebvrianów. Kwestia sakry biskupiej w FSSPX pojawiała się w ostatnich latach co jakiś czas, a w ostatnich tygodniach już dość wyraźnie i półoficjalnie. Niniejszy komunikat jest oficjalną zapowiedzią i potwierdzeniem pogłosek o takim zamiarze. Ten krok właściwie nie dziwi. Tym niemniej w komunikacie zawarte są znamienne elementy. Otóż x. Pagliarani mówi o swojej decyzji - decyzji przełożonego generalnego. Ma to oczywiście związek z dość dziwną sytuacją, że przełożonym - więc w normalnych warunkach ordynariuszem sprawującym jurysdykcję - nad biskupami FSSPX jest zwykły kapłan. Ta dziwna i właściwie niekatolicka konstrukcja hierarchiczna jest przez lefebvrian tłumaczona tym, iż są to jedynie biskupi pomocniczy (episcopi auxiliarii), zaś ustanowienie przełożonym zwykłego kapłana (prezbitera) jest gestem pojednawczym wobec Stolicy Apostolskiej zaznaczającym to, iż FSSPX nie rości sobie statusu hierarchii równoległej oraz jurysdykcji zwyczajnej. To pokrętne tłumaczenie nie zmienia jednak stanu rzeczy, iż faktycznie zwykły prezbiter sprawuje władzę (według lefebvrian: jurysdykcję nadzwyczajną) nad biskupami, którzy de facto podlegają jemu, a nie Stolicy Apostolskiej. O tyle zrozumiałe jest sformułowanie, iż x. Pagliarani podjął decyzję o udzieleniu sakry biskupiej przez jemu podległych biskupów FSSPX. Nie trzeba być wytrawnym teologiem, by zauważyć tutaj poważny zgrzyt eklezjologiczny, niebywały w historii Kościoła. Gdyby x. Pagliarani powiedział, że wspólnie ze swoimi biskupami - co raczej odpowiada prawdzie - podjął taką decyzję, to byłoby bardziej prawidłowe także teologicznie. Natomiast zlecenie biskupom podjęcia sakra biskupiej jest aktem właściwie papieskim. Czy x. Pagliarani zdaje sobie z tego sprawę? W każdym razie jest to kolejny przykład haniebnej nędzy teologicznej w łonie FSSPX. 

Powyższy komunikat wywołał już dość ożywione dyskusje. Głosy są dość rozbieżne i rzadko rozjaśniające sytuację. 

Ze strony watykańskiej nie ma póki co żadnego oświadczenia w tej sprawie. Jest tylko nieoficjalna wypowiedź rzecznika prasowego, niewiele mówiąca:


Wygląda na to, że jeszcze nie ma wypracowanego stanowiska, co wynika zapewne z braku zdania ze strony Leona XIV. Zgadza się to z tym, co jest zawarte słowach x. Pagliarani'ego, że list otrzymany przez niego w odpowiedzi na jego prośbę o audiencję nie odnosi się do kwestii. Oznacza to, że na Watykanie są istotne rozbieżności w odniesieniu do FSSPX, a Leon XIV nie wypracował jeszcze swojego stanowiska. 

Są trzy możliwości: 
- wypracowanie porozumienia, które będzie podstawą dla udzielenia sakry biskupiej w FSSPX, - brak porozumienia i ogłoszenie exkomuniki, 
- brak porozumienia i milczenie. 

Pierwsza możliwość byłaby spójna z polityką Watykanu wobec komunistycznego państwa chińskiego, dokładnie wobec tzw. Kościoła patriotycznego, który jest ściśle powiązany z państwem, właściwie zależnym. Oznacza to, że de facto partia komunistyczna dokonuje nominacje biskupie i zleca wykonanie sakry biskupom sobie podległym. Od pewnego czasu Rzym jakby pogodził się z tym faktem, a za pontyfikatu Franciszka zostało nawet zawarte porozumienie z partią komunistyczną, które oznacza właściwie zgodę na decydującą rolę partii. 

Drugi wariant byłby spójny z polityką Jana Pawła II, czyli z twardą linią wobec FSSPX, co oznaczałoby powtórkę sytuacji z 1988 r. 

Trzeci wariant byłby oryginalnym posunięciem Leona XIV, aczkolwiek bliższym linii bergogliańskiej. 

Wiadomo, że Franciszek okazał wręcz niesamowitą hojność wobec FSSPX, udzielając jego członkom jurysdykcji do sprawowania sakramentu pokuty oraz sakramentu małżeństwa. Ten kanoniczny dziwoląg - z jednej strony brak statusu kanonicznego, co normalnie oznacza stan suspensy od sprawowania wszelkich sakramentów, a z drugiej udzielenie jurysdykcji do sprawowania dwóch sakramentów - oczywiście wpisuje się w bergogliańską swawolę i pogardę dla prawa kanonicznego. Ciekawe jest też zestawienie tej decyzji z wręcz patologiczną nienawiścią Franciszka do liturgii tradycyjnej i sprawujących ją. Można spekulować o tym, jak należy te fakty połączyć. Najbardziej spójnym wyjaśnieniem jest to, że on dążył do wpędzenia wszystkich katolików wierzących tradycyjnie w ramiona FSSPX, by następnie dość wygodnie wszystkich takich exkomunikować z powodu odrzucania Vaticanum II, co by formalnie niby rozwiązało problem. Być może też ekipa bergogliańska - wiedząc, że kard. Lienart był masonem - uważa, iż święcenia z linii Lienart-Lefebvre są nieważne. W tym świetle tym bardziej zrozumiały jest haniebny i obłudny dokument "Traditionis custodes", który dość brutalnie uderza w sprawowanie liturgii tradycyjnej w ramach regularnych struktur. 

Spójrzmy jeszcze raz na uzasadnienie po stronie FSSPX. Kluczowe jest wyrażenie "stan wyższej konieczności". Cóż ono oznacza w odniesieniu do sakry biskupiej? Otóż w tej kwestii stan wyższej konieczności musiałby oznaczać, że bez udzielenia sakry biskupiej w FSSPX cały Kościół bądź przynajmniej spora liczba wiernych pozbawiona byłaby ważnie sprawowanych sakramentów. Czyżby FSSPX uważało, że poza jego strukturami nie było ważnie sprawowanych sakramentów? 

Tego FSSPX nie mówi. Mówi natomiast o konieczności zapewnienia tradycyjnego nauczania wiary, co według nich oznacza odrzucenie nauczania Vaticanum II. Problem jest po pierwsze w tym, że do takiego nauczania nie jest konieczne konsekrowanie biskupów, gdyż nauczać zgodnie z tradycyjnym nauczaniem Kościoła mogą zwykli kapłani (w tym wypadku nawet bez misji kanonicznej), a w sytuacji nadzwyczajnej także świeccy. Chodzi więc właściwie o zapewnienie udzielania święceń w seminariach FSSPX przez własnych biskupów oraz innych funkcyj biskupich w strukturach lefebvriańskich. Można przyjąć, że chcą to czynić dla dobra Kościoła, że chcą być jego częścią, a nawet wręcz elitą. Problem jest jednak w tym, że to ich nauczanie jest dość często niezgodne nawet z tradycyjną teologią katolicką i wcześniejszymi dokumentami Magisterium Kościoła, czego dobitnym przykładem na terenie polskim jest działalność x. Szymona Bańki, o której wielokrotnie musiałem się tutaj wypowiadać. 

Uzasadnienie ze strony FSSPX jest więc pokrętne i zakłamane. Lepiej byłoby, gdyby - bazując na autentycznej teologii katolickiej i na zwykłej przyzwoitości - przyznali, że chodzi o zapewnienie funkcjonowania własnym strukturom, do czego konieczne są funkcje biskupie. Owszem nie neguję, że chcą w ten sposób służyć zbawieniu dusz, tzn. że taką mają intencję. Oznacza to jednak, że funkcjonowanie swoich struktur uważają za konieczne dla tego celu, a tutaj można się już nie zgodzić. Wprawdzie indoktrynują swoich wiernych - zwłaszcza w Polsce - według zasady "extra FSSPX nulla salus", równocześnie jednak nie głoszą tego wprost. Ta niespójność nie świadczy bynajmniej o poziomie przynajmniej moralnym.

Jest też kwestia ważności święceń z linii arcybiskupa M. Lefebvre'a, o czym także już była mowa (tutaj i tutaj). Gdyby przywódcom FSSPX zależało na maxymalnym zapewnieniu wiernym prawowitych sakramentów, to by podjęli kroki dla usunięcia wątpliwości co do ważności linii swoich święceń. Zapowiedziane udzielenie sakry byłoby ku temu okazją. Gdyby zaprosili choćby jako współkonsekratora biskupa z linii nieobciążonej wątpliwościami, to by przynajmniej zapoczątkowali usuwanie wątpliwości czy zastrzeżeń. Kandydaci - i też wszyscy kapłani FSSPX wyświęceni w linii Lienart-Lefebvre - oczywiście powinni wpierw otrzymać święcenia prezbiteratu z niewątpliwej linii. To by służyło nawiązaniu współpracy między biskupami tradycyjnymi i tym samym wzmocniło ich pozycję wobec modernizmu. Poniekąd zrozumiałe jest, że FSSPX oficjalnie odżegnuje się od sedewakantyzmu, a to dlatego, by nie pogrzebać swojej - nikłej i pozornej - łączności z władzą rzymską. Problem jednak polega na tym, że ta łączność jest właściwie obłudna i to obustronnie: ludzie piastujący urzędy watykańskie serdecznie życzą FSSPX niebytu przynajmniej w oficjalnych strukturach kościelnych, zaś FSSPX serdecznie życzy tym strukturom śmierci przynajmniej naturalnej. 

W obecnej dyskusji w temacie panuje mocno ograniczona czy wręcz fragmentaryczna perspektywa, mianowicie zredukowana do kwestii kanonicznej w znaczeniu obecnego prawa kanonicznego bez jakiegokolwiek spojrzenia bardziej teologicznego, w tym także historycznego. Otóż historycznie biorąc, mianowanie biskupów przez papieża jest zasadą dość po pierwsze dość nową na tle historii Kościoła, a po drugie nie absolutną, gdyż nadal istnieją nawet kanonicznie uznane wyjątki polegające na tym, że papież jedynie zatwierdza dokonany wybór nominata. Ma to miejsce zarówno w tzw. Ecclesiae suae iuris, czyli w strukturach katolickich obrządków wschodnich jak też w niektórych diecezjach obrządku rzymskiego, gdzie kapituła katedralna dokonuje czy to jednego nominata czy trzech kandydatów do nominacji. Od starożytności aż do późnego średniowiecza biskupów regularnie wybierano lokalnie. Wybór był jedynie zatwierdzany przez Stolicę Apostolską w tym znaczeniu, że wybrany prosił papieża o tzw. jedność kościelną, czyli formalnie poddawał się władzy papieskiej. Zasada mianowania biskupów przez papieża została ustalona dopiero w związku z tzw. sporem o inwestyturę. Chodziło o to, że władcy świeccy - zgodnie z wypaczonym zwyczajem bizantyńskim - uzurpowali sobie prawo do nominowania biskupów i tym samym do ingerowania wprost w życie Kościoła. Oczywiście wywołało to słuszny sprzeciw ze strony Stolicy Apostolskiej, co ostatecznie doprowadziło do kanonicznej zasady powoływania biskupów przez papieża, czyli centralizacji w tej kwestii także kosztem wpływu lokalnych struktur kościelnych na wybór. Celem była wolność Kościoła od wpływu władz i czynników świeckich. To jest właśnie istotne w tej kwestii: sposób mianowania czy wyboru biskupów ulegał istotnej zmianie na przestrzeni wieków, ale zasada istotna i nadrzędna pozostała ta sama, mianowicie zapewnienie odpowiednich warunków personalnych dla misji Kościoła. Konkretnie chodziło o to, by biskupem został nie ktoś, kto jest wygodny czy spolegliwy dla władzy świeckiej bądź czynników świeckich, lecz ktoś, kto daje maxymalną gwarancję dla przekazywania wiary katolickiej w doktrynie i obyczajach, oraz w godziwym sprawowaniu sakramentów świętych. Ta właśnie zasada jest obecnie całkowicie pomijana w dyskusji. 

Pozostaje oczywiście kwestia, kto ma oceniać kandydatów pod względem tego kryterium. Sposób wyboru kandydatów w łonie FSSPX okryto tajemnicą. Nie wiadomo zresztą także, w jaki sposób abp M. Lefebvre dokonał wyboru swoich kandydatów do sakry w 1988 r. W każdym razie kolej rzeczy wykazała, że przynajmniej jeden wybór chybiony, mianowicie Richard'a Williamson'a, mimo że to on spośród czterech konsekrowanych był najinteligentniejszy i najlepiej wykształcony. Równocześnie to on właśnie zarzucał swoim trzem współbraciom zdradę dzieła założyciela poprzez podjęcie rozmów z Rzymem w okresie przełożeństwa bpa Bernard'a Fellay'a. 

Być może FSSPX liczy na to, że historia kiedyś doceni, iż to wybrani przez nich biskupi bardziej spełniają kryteria Kościoła co do godnych biskupstwa niż nominaci watykańscy. O to właśnie toczy się walka. Lefebvrianie nie chcą narzucenia im nominacji z Watykanu, obawiając się wyboru, który miałby ich zniszczyć (jak zwykle przez rozbicie). Z drugiej strony władze rzymskie nie chcą zrzec się swojej prerogatywy zgodnej z obecnym prawem kanonicznym. Czy możliwy jest kompromis? Warunki kompromisu zostały podane za pontyfikatu Benedykta XVI. Kością niezgody pozostał stosunek FSSPX do Vaticanum II. Wygląda na to, że zabrakło zrozumienia po obydwu stronach. Z jednej strony władze watykańskie nie mogły się zgodzić na odrzucanie choćby niektórych elementów nauczania V2. Z drugiej zaś władze FSSPX nie chciały ryzykować rozłamu wewnętrznego, który jednak o tyle nastąpił, że bp Williamson został usunięty i założył swój tzw. ruch oporu, następnie udzielając wielokrotnie i swawolnie sakry biskupiej swoim zwolennikom. Także obecnie żadna ze stron nie jest szczerze zainteresowana porozumieniem. Moderniści cieszą się z perspektywy exkomuniki i formalnego zupełnego odłączenia FSSPX. Lefebvrianie natomiast z satysfakcją patrzą na coraz głębsze pogrążanie się oficjalnych struktur rzymskich w odmętach synodalizmu, którego celem jest niewątpliwie de facto wyrzeczenie się resztek tożsamości katolickiej i tym samym całkowite odcięcie się od Kościoła "przedsoborowego". 

Sytuacja jednak nie jest beznadziejna, gdyż szansa zarówno dla obydwu stron jak też dla ich porozumienia jest jedna i ta sama: wiara katolicka i tym samym też zdrowy rozsądek. Co bym konkretnie polecał?

1. FSSPX powinno poddać swoich kandydatów do biskupstwa tym kryteriom, które zawsze były w Kościele stosowane. Zarówno te kryteria jak też ich zastosowanie powinno być jawne i znane publicznie, oczywiście przedstawione także władzom watykańskim. 

2. Dla usunięcia wątpliwości co do ważności linii święceń powinni zaprosić do udziału w konsekracji przynajmniej jednego z biskupów pochodzących z linii święceń nie obciążonej wątpliwościami. Kandydaci (i też wszyscy kapłani FSSPX) powinni wpierw oczywiście przyjąć święceni prezbiteratu z niewątpliwej linii. 

3. Po dokonaniu sakry (jeśli odbędzie się bez porozumienia z Rzymem) wyświęceni powinni poprosić papieża o jedność kościelną, zapewniając o uznanie jego władzy. 

4. Władze rzymskie powinne docenić dobrą wolę po stronie FSSPX wraz z solidnością procedury wyboru - jeśli będzie ona miała miejsce - w ten sposób, że w pewnym terminie (np. do trzech miesięcy) powstrzyma się od ogłoszenia exkomuniki przewidzianej w prawie kanonicznym, oczekując na deklarację jedności kościelnej ze strony wyświęconych. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że zastosowanie tych zaleceń wydaje się mało prawdopodobne. Jednak są one realistyczne i możliwe do spełnienia, gdyż wynikają z odwiecznych zasad Kościoła. Pozostaje modlitwa o światło Ducha Świętego i opamiętanie. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.1.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w bieżącym roku nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 2000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to już oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Czy "studniówka" to coś mądrego?


Banalne pytanie, banalna sprawa. Czy aby?

Otóż sprawa dotyczy szkoły, pośrednio także systemu edukacji. Wszak studniówki dzieją się w szkołach, przynajmniej w ścisłym związku ze szkołą i nawet w ten sposób, że należą wręcz jakby do programu szkolnego. W każdej szkole średniej w Polsce - i tylko w Polsce - jest co roku studniówka. 

Skąd się wzięła? Wszystko wskazuje na to, że jest to wynalazek PRL-u. Owszem, w II RP istniały komersy, bale maturalne, podobnie zresztą jak w innych krajach. Jednak bal przed maturą jest pomysłem komunistycznym. Już sam ten związek z minioną epoką powinien pobudzić do namysłu. 

Bale same w sobie są związane zwłaszcza z karnawałem, czyli okresem zabawowym między Bożym Narodzeniem a Wielkim Postem, choć nie tylko, gdyż istniały w różnych okresach roku. To była rozrywka arystokracji (kultywowana chociażby na wiedeńskim Opernball). Takie są też chyba korzenie studniówki: nawiązanie do balów karnawałowych. A polegało to na tym, że przyszli maturzyści - a właściwie ich rodzice - fundowali swoim nauczycielom darmową zabawę, zresztą zakulisowo (ukradkiem) obficie zakrapianą trunkami. W mentalności komunistycznej miało to wymiar kupienia ich łaskawości na maturze, która polegała na niemal oficjalnym ściąganiu czyli oszukiwaniu, które dawało przepustkę na studia i awans społeczny. 

Oczywiście pretextem była niby potrzeba relaxu młodzieży przed ciężkimi przygotowaniami do matury. W rzeczywistości studniówka nigdy nie była ani jedyną zabawą młodzieży, ani na prawdę relaxującą, a przygotowanie i zorganizowanie jej pochłaniało i pochłania nie tylko spore środki finansowe, lecz także czas i energię. 

Przede wszystkim brakuje jej sensowności, gdyż ani nie ma czego świętować, skoro matura jeszcze nie jest zdana, ani w niczym nie pomaga, a raczej przeszkadza w skupieniu na uczeniu się (oczywiście wraz z odpowiednim, indywidualnym relaxem, gdyż ludzie w różny sposób odpoczywają i relaxują się). Quasi rytualna studniówka jest raczej pseudobowiązkiem i to szkodliwym, także dla kieszeni rodziców. Uczniowie z rodzin mniej zamożnych - a takich jest w Polsce wciąż nadal większość - albo zostają siłą rzeczy wykluczeni, albo czują się zmuszeni stawać na uszach, by opłacić sobie ów "bal". Nie bez znaczenia jest fakt, że szkoły zawodowe mogą czuć się "gorsze", skoro w nich nie ma studniówek. Maturzyści i ich nauczyciele odgrywają rolę quasi arystokracji, skoro bal szkolny o takim charakterze jest ich przywilejem. 

W tym miejscu pomijam kwestie moralne związane z zachowaniem podczas takiego balu, zwłaszcza sprawę fundowania nauczycielom darmowej rozrywki i popitki, pokątne pijaństwo, toaletowe romanse itp. Już sam fakt organizowania dla młodzieży, która jeszcze nie zdała matury, balu, który sam w sobie ma charakter elitarnej zabawy dorosłych, jest antypedagogiczny i demoralizujący. 

Pod tym względem o wiele sensowniejszy byłby bal maturalny po maturze, w ramach świętowania zakończenia szkoły średniej, gdy jest co świętować i jest za co dziękować. Wymaga to jednak myślowego dystansu do pseudotradycji prl-owskiej oraz odwagi zerwania z nią. 

KULowska propaganda chanukkowa


Przykładem postępującego ożywienia w temacie świętowania chanuki w przestrzeni publicznej jest manifest "Koła Naukowego Teologów KUL" z dnia 19.XII.2025, który jest pierwszym aktem tego rodzaju i tej rangi (o wcześniejszych aktach: tutaj). Został on oczywiście powielony w mediach katolewackich i nie tylko, jednak bez szerszej dyskusji. Regularnie pominięto przy tym fakt, iż ów manifest był ze swej strony reakcją na list otwarty społeczności pracowników i studentów KUL (źródło tutaj):


O ile mi wiadomo, nie ma - i raczej nie będzie - jakiejkolwiek reakcji ze strony adresatów. Wygląda na to, że posłużyli się oni "kołem naukowym" w sformułowaniu swoistej odpowiedzi. Owa odpowiedź podaje, że text został przygotowany przez x. Karola K. Godlewskiego (wizerunek powyżej), który jest kapłanem Archidiecezji Białostockiej oraz pracownikiem naukowym KUL. Od kilku lat jest on promowany - czy raczej sam się promuje - w przestrzeni internetowej jako typowy modernistyczny krętacz z linii bergoliańsko-rysiowej, budując swoją dalszą karierę. Wpisuje się w to ów manifest w sprawie chanukki. Przyjrzyjmy się temu dziełu charakterystycznego krętactwa pseudoteologicznego. 

1. Nieprawdziwe jest twierdzenie, jakoby chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu "jak gałąź z pnia". Pod względem zarówno historycznym jak też teologicznym nie należy mylić judaizmu z religią starotestamentalną. Niestosowność tego utożsamienia wynika nie tylko ze źródeł chrześcijańskich (zarówno pism bilijnych Nowego Testamentu jak też pism patrystycznych jak chociażby List Barnaby, pisma św. Ignacego z Antiochii, św. Justyna, Tertuliana, św. Jana Chryzostoma, św. Izydora z Sewilli itd), lecz także ze źródeł żydowskich. Przykładem jest chociażby powszechnie ceniony historyk żydowski Heinrich Graetz, który w swojej słynnej wielotomowej "Historii żydów" mówi, że protoplaści i twórcy judaizmu, którymi są faryzeusze, "na swój własny sposób interpretowali" Pięcioksiąg i z tej swojej interpretacji wywodzili nowe przepisy prawa żydowskiego czyli religii judaistycznej, które następnie jako Talmud "uzupełniały, zmieniały i poprawiały" przepisy prawa Mojżeszowego zawartego w biblijnych księgach Starego Testamentu (H. Graetz, Volkstümliche Geschichte der Juden, München 1985, Bd. 12, s. 47; Bd. 3, s. 15). Co więcej, tzw. Biblia masoretów, czyli wersja opracowana przez rabinów judaistycznych dopiero w okresie od VIII do X wieku po Chrystusie, następnie przejęta przez protestantów, znacznie odbiega zarówno od Septuaginty jak też od Pięcioksięgu samarytańskiego, co świadczy o wprowadzeniu poważnych zmian względem Biblii hebrajskiej (Tanach) będącej w użyciu w czasach Jezusa Chrystusa (por. J. Morin, Antiquitates Ecclesiae Orientalis, źródło tutaj). Powszechnie uznaną wiedzą jest (por. A. McCaul, The Old Paths or the Talmud Tested by Scripture, London 1880, s. 3), że źródłami judaizmu, którym ta religia przypisuje boskie pochodzenie, jest nie tylko Pięcioksiąg Mojżeszowy (w faryzejsko-rabinicznej interpretacji), lecz także tzw. tradycja ustna (ujęta z czasem w Talmud). Z tego też powodu arcybiskup Józef Teodorowicz (Od Jahwy do Mesjasza, Poznań 1936, s. 349) pisze: "Zasadnicza pomyłka we wszystkich opinjach o Żydach tkwi w tem, że się uważa typ dzisiejszego Żyda we wszystkich ujemnych jego stronach za jakąś emanację religii Starego Testamentu". W pojęciu chrześcijańskim natomiast tradycje faryzejskie (talmudyczne) są jedynie ludzkimi, nie pochodzącymi od Boga (por. Mk 7,8; Mt 15,6). Oprócz tej zasadniczej różnicy źródłowej zachodzi także fundamentalna sprzeczność w rozumieniu swojej tożsamości: podczas gdy Kościół uważa siebie za właściwą kontynuację i spełnienie religii Starego Testamentu czyli mozaizmu - a nie religiii talmudycznej czyli judaizmu -to judaizm podaje siebie jako tożsamy z religią Patriarchów (od Abrahama, poprzez Izaaka i Jakuba do Mojżesza), a temu zaprzecza Nowy Testament. Dowodem są chociażby słowa Jezusa Chrystusa według Ewangelii św. Janowej (8, 38.54-55): "W odpowiedzi rzekli do Niego: «Ojcem naszym jest Abraham». Rzekł do nich Jezus: «Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama. (...) Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: "Jest naszym Bogiem", ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam." Te dwa rozumienia wykluczają się. Jeśli ktoś przyjmuje rozumienie judaistyczne - a jest ono zawarte w cytowanej na wstępie metaforze botanicznej - to tym samym odrzuca katolickie (i ogólnie chrześcijańskie) rozumienie związku między Starym a Nowym Testamentem. 

2. Bezpodstawne jest twierdzenie, jakoby Pan Jezus świętował święto chanukki (więcej tutaj). Nie wynika to bynajmniej z przytaczanego fragmentu z Ewangelii św. Janowej (10,22-23), gdyż przechadzanie się w tzw. Portyku Królewskim usytuowanym na oddalonej krawędzi kompleksu świątynnego z całą pewnością nie stanowi elementu świętowania ani w znaczeniu ściśle kultycznym ani w znaczeniu ogólnym. Zresztą nie ma jakichkolwiek źródeł, które by poświadczały istnienie wówczas jakichkolwiek obrzędów w świątyni związanych z tym świętem. Historycy są zgodni co do tego, że za czasów Pana Jezusa - i aż do czasów współczesnych, konkretnie do drugiej połowy XX w. - tzw. święto odnowienia świątyni jerozolimskiej nie było świętem religijnym lecz jedynie politycznym (związanym z dynastią Hasmoneuszy), jak mówią wyraźnie źródła żydowskie. Pewne jest, że obecnie znane zwyczaje jak zapalanie świec chanukkowych połączone z pewnymi śpiewami pojawiły się dopiero w czasach nowożytnych, niemal współczesnych. Charakter tego świętowania wyraża znamienny hymn Ma'oz Tzur, którego ostatnia zwrotka w tłumaczeniu na język polski brzmi następująco: "Obnaż swoje święte ramię i przynieś koniec zbawienia. Dokonaj zemsty na (krwi) niegodziwego narodu, w imieniu Twoich wiernych sług. Bo wybawienie było zbyt długo opóźnione; A złe dni nie mają końca. O, odrzuć wroga w cień bałwochwalstwa i postaw nam siedmiu pasterzy." (więcej tutaj) Należy mieć na uwadze, że judaizm uważa chrześcijan za bałwochwalców, jak mówi chociażby powszechnie ceniony uczony żydowski Majmonides (Miszne Tora, ks. I,rozdz. 9, 4; źródło tutaj), który zresztą wprost złorzeczy Jezusowi Chrystusowi (tamże, rozdz. 10, 1). Włączenie się w świętowanie chanukka jest więc uczestniczeniem w pogardliwych oszczerstwach i złorzeczeniach odnoszących się do chrześcijan oraz do samego Jezusa Chrystusa. 

3. Utożsamianie braku akceptacji obchodów chanukki w przestrzeni publicznej i katolickiej (czyli kościelnej) z brakiem szacunku dla obchodów chanukki przez żydów w swoim gronie jest elementarnie nielogiczne i nieprawdziwe. Nikt nie zabrania i nie chce zabronić świętowania żydom ich świąt czy to kultycznych czy politycznych. Czym innym jest natomiast wprowadzanie ich obchodów do przestrzeni publicznej i katolickiej, a do nich należy teren będący własnością Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ufundowany i utrzymywany przez katolików dla celów służących misji ewangelizacyjnej Kościoła, a nie sprzecznych z tą misją. Powiązanie tychże obchodów z takim terenem jest wewnętrznie sprzeczne i niezgodne z ich przeznaczeniem, gdyż sugeruje poparcie społeczności katolickiej dla judaizmu jako takiego, który jest zanegowaniem misji Jezusa Chrystusa.  

4. Twierdzenie, jakoby chanukka upamiętniała wierność Bogu, jest przynajmniej nieporozumieniem, nawet jeśli judaiści tak głoszą. Takie głoszenie sugeruje, że to oni są dziedzicami tych, którzy sprzeciwiali się pogaństwu, a świętowanie chanukki manifestuje wierność Bogu objawionemu w Starym Testamencie. Tutaj natrafiamy ponownie na sedno stosunku Kościoła do judaizmu i odwrotnie. Otóż są tylko dwie wykluczające się nawzajem możliwości: albo to Kościół Chrystusowy jest spełnieniem i dziedzicem Starego Testamentu, albo jest nim judaizm. Tertium non datur. Kto twierdzi, jakoby judaizm był wierny Bogu objawionemu przez Stary Testament, ten przeczy nie tylko odwiecznemu nauczaniu Kościoła, lecz już nawet księgom Nowego Testament oraz całej Tradycji Kościoła, i jest tym samym apostatą. 

5. Sugerowanie, jakoby świętowanie chanukki było wręcz obowiązkiem dla katolika, analogicznym do wspominania bohaterów poległych za niepodległość ojczyzny, także polega przynajmniej na nieporozumieniu. Otóż nieprzypadkowo w Kościele nie było nigdy świętowania chanukki nawet w rozumieniu pierwotnym czyli jako upamiętnienia oczyszczenia świątyni z elementów kultu pogańskiego, mimo wielu nawiązań liturgii Kościoła do świąt starotestamentalnych. Obojętność akurat na to święto - które także w rozumieniu judaizmu ma charakter polityczny, nie religijny - wynikała wprost z istoty Nowego Testamentu, konkretnie ze stosunku samego Pana Jezusa do świątyni jerozolimskiej oraz ogólnie do kultu starotestamentalnego, którego centrum i symbolem jest ta świątynia: "Zaprawdę powiadam wam, nie zostanie kamień na kamieniu" (Mt 24,2; Mk 13,2); "Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu" (Łk 21,6); "Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo" (J 2,19); "nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca" (J 4,21). Przywiązanie zarówno do świątyni jerozolimskiej jak też ogólnie do kultu starotestamentalnego jako takiego jest więc obce chrześcijaństwu, przy całym szacunku w odpowiednim rozumieniu, na który wskazałem. 

6. Mówienie o "dialogu wewnątrzreligijnym" sugeruje, jakoby chrześcijaństwo i judaizm stanowiły jedną religię, co oczywiście nie jest prawdą, zarówno historycznie jak też teologicznie. Judaizm - jak wskazane powyżej - przypisuje chrześcijaństwu bałwochwalstwo i tym samym stanowczo się odcina od chrześcijaństwa, już począwszy od czasu Pana Jezusa i Apostołów. Choćby biorąc pod uwagę nowoczesne naukowe kryteria religioznawcze jak doktryna, ustrój, kult i osoba założyciela, nie można w żaden sposób mówić o tej samej religii. Tym bardziej jest to niemożliwe w świetle kryteriów teologicznych jak pojęcie Boga, Wcielenie Syna Bożego, ustrój hierarchiczny, kult, nauczanie moralne itp., mimo pewnych elementów wspólnych czy podobieństw. 

7. Fałszywa jest także analogia między związkiem chrześcijaństwa z Tradycją Kościoła a stosunkiem judaizmu do religii starotestamentalnej (czyli mozaizmu). Dowodem są proste fakty: podczas gdy w chrześcijaństwie Biblia i Tradycja są zarówno genetycznie jak też treściowo ściśle powiązane i nierozłączne jako dane raz na zawsze Boże Objawienie (Biblia jest właściwie zapisem Tradycji ustnej, a Tradycja jest niezbędnym kryterium prawidłowej interpretacji Biblii), to mozaizm istniał na długo przed judaizmem, zaś judaizm dość daleko odszedł od religii starotestamentalnej i nadal podlega istotnym zmianom (o rzekomo boskim pochodzeniu), czego dowodem są sprzeczności między Talmudem a Starym Testamentem, a także sprzeczności w łonie współczesnego judaizmu, w którego skład wchodzą zarówno ugrupowania odrzucające Talmud czy to na rzecz nowszych nauk (kabała, chasydyzm, sabbatianizm itd.) czy też samego Pięcioksięgu (jak karaimi), jak też różne szkoły talmudyczne oraz judaizm liberalny, aż do areligijnego syjonizmu. Z całą pewnością nie jest tak, jakoby obecny judaizm był religią biblijną na wyższym stopniu rozwoju osiągniętym poprzez dodanie do Pięcioksięgu tradycji w znaczeniu Talmudu, nawet jeśli tak to przedstawiają obecnie główni przedstawiciele judaizmu. Tutaj znowu judaistyczny punkt widzenia jest ewidentnie sprzeczny z ujęciem chrześcijańskim (czyli prawdziwym), według którego to chrześcijaństwo jest dokonanym raz na zawsze spełnieniem i dziedzicem religii Mojżeszowej, a nie judaizm. 

8. Twierdzenie, jakoby Talmud nie powstał z nienawiści do chrześcijaństwa, ponieważ był "literaturą wewnętrzną", jest znowu nielogiczne, gdyż jedno nie wyklucza drugiego. Wprost nieprawdziwe jest twierdzenie, jakoby w Talmudzie nie było elementów nienawiści nie tylko do chrześcijan lecz przede wszystkim do samego Jezusa Chrystusa i Jego Matki (zob. wyżej). Ponadto nasuwa się pytanie, w jaki sposób do przetrwania judaizmu konieczna była i jest pogarda dla osoby Jezusa Chrystusa, Jego Matki i Jego uczniów. Zaś nawet jeśli była taka konieczność, to powstaje pytanie, co jest ważniejsze: prawda czy przetrwanie judaizmu? Tak więc albo należy się zgodzić z Talmudem co do pogardy dla Jezusa Chrystusa czyli uznać ją za słuszną, albo przyznać, że autorzy Talmudu posłużyli się zakłamaną nienawiścią w interesie własnej religii. Te i podobne pytania są istotne i niezbędne w szczerym i uczciwym dialogu z judaizmem. 

9. Podobnie rzecz się ma ze zrównaniem zawartych w Talmudzie wyrazów pogardy i nienawiści do Jezusa Chrystusa z rzekomym "antysemityzmem" Ojców Kościoła. Trzeba by tu oczywiście mówić o konkretach, a tego brakuje, zwłaszcza w perspektywie prawdy zarówno historycznej jak też teologicznej. W każdym razie istotne i nieuchronne są przede wszystkim pytania: 

- czy należy się zgodzić z tym, co Talmud mówi o Jezusie Chrystusie, a jeśli nie należy się zgodzić, to

- na jakiej podstawie wolno twierdzić, że Ojcowie Kościoła mówili nieprawdę o żydach. 

Odpowiedź wymaga oczywiście pozostania na płaszczyźnie rzeczowości, czyli faktów źródłowych i racjonalnej argumentacji, bez uciekania w emocje. 

10. Błędna jest sugestia, jakoby judaizm stanowił czy reprezentował starotestamentalny "naród wybrany". To nie wynika ani z cytowanych fragmentów z Listu do Rzymian (11,28-29), ani nawet z "Nostra aetate" i podobnych dokumentów. Otóż w żadnym z nich nie ma utożsamienia judaizmu z religią starotestamentalną. Wręcz przeciwnie: modne po "Lumen gentium" nazywanie Kościoła "ludem Bożym" jest - teologicznie rzecz biorąc - niczym innym jak słusznym twierdzeniem, że od dzieła zbawienia w Jezusie Chrystusie to Kościół jest ludem Bożym i że właśnie w nim trwają "dary i wezwania łaski". Oto kluczowy fragment (LG 9): "W każdym wprawdzie czasie i w każdym narodzie miły jest Bogu, ktokolwiek się Go lęka i postępuje sprawiedliwie (por. Dz 10,35), podobało się jednak Bogu uświęcić i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył. Przeto wybrał sobie Bóg na lud naród izraelski, z którym zawarł przymierze i który stopniowo pouczał, siebie i zamiary woli swojej objawiając w jego dziejach i uświęcając go dla siebie. Wszystko to jednak wydarzyło się jako przygotowanie i jako typ owego przymierza nowego i doskonałego, które miało być zawarte w Chrystusie, oraz pełniejszego objawienia, jakie dać miało samo Boże Słowo, stawszy się ciałem. „Oto dni nadchodzą, mówi Pan, i zawrę z domem izraelskim przymierze nowe… Położę zakon mój we wnętrznościach ich i na sercu ich napiszę go, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem… Bo wszyscy poznają mnie, od najmniejszego do największego, mówi Pan” (Jr 31,31-34). Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu „rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym” (1 P 2,9-10). Lud ów mesjaniczny ma głowę Chrystusa, „który wydany został za grzechy nasze i zmartwychwstał dla usprawiedliwienia naszego” (Rz 4,25), a teraz, posiadłszy imię, które jest ponad wszelkie imię, chwalebnie panuje w niebie." Tym samym nieprawdziwe jest głoszenie, jakoby Kościół od Vaticanum II odrzucił tzw. teorię substytucji czyli prawdę, że Kościół zastąpił lud starotestamentalny w dziele Zbawienia. 

11. Niedorzeczne jest skojarzenie "teologii zastępstwa" z "neomarcjonizmem" i antysemityzmem. Podstawą tego kojarzenia jest fałszywa teza, jakoby współczesny judaizm reprezentował czy był wręcz tożsamy z religią starotestamentalną. Z faktu, że tak twierdzi judaizm, nie wynika, że jest to teza prawdziwa. Bezkrytyczne jej przyjmowanie jest niegodne człowieka myślącego, a tym bardziej teologa. Otóż powiązanie judaizmu ze Starym Testamentem oznacza przeciwstawienie tego drugiego Nowemu Testamentowi (który reprezentuje chrześcijaństwo czyli Kościół), a właśnie takie przeciwstawienie jest heretyckim poglądem Markjona. Jest więc dokładnie odwrotnie niż twierdzi ks. Godlewski: to nie teologia zastępstwa zawiera herezję marcjonizmu lecz jej odrzucenie. 

12. Manipulacją jest utożsamiane sprzeciwu wobec świętowania chanuki w przestrzeni publicznej z antysemityzmem. To raczej takie nachalne świętowanie - powiązane de facto z promowaniem rasistowskiej sekty Chabad Lubawicz, która to właśnie upowszechnia i nalega na publiczne obchody - jest pożywką dla antysemityzmu czy antyjudaizmu. Być może chodzi właśnie o sprowokowanie sprzeciwu dla identyfikacji sił społecznych, czyli dla ustalenia tego, kto ulega temu promowaniu, a kto nie ulega. 

13. Nie jest prawdą, jakoby dopiero Sobór Watykański II odrzucił antysemityzm. Papieże najpóżniej począwszy do św. Grzegorza Wielkiego i Kaliksta II (bulla "Sicut Iudaeis") sprzeciwiali się wszelkiego rodzaju uprzedzeniom i niechęciom wobec żydów. Odrzucili także nowożytny antysemityzm nazistowski (Pius XI, encyklika "Mit brennender Sorge", Pius XII, encyklika "Summo Pontificatus"). W tzw. Katechizmie Rzymskim (wydanym po Soborze Trydenckim) jest wprost powiedziane, że winę za śmierć Jezusa Chrystusa nie ponoszą żydzi kolektywnie lecz każdy grzesznik (co odnosi się oczywiście także do żydów). Takie jest stałe nauczanie Kościoła, które naturalnie nie oznacza zaniechania czy zaniedbywania nauczania żydów wiary katolickiej oraz przyjmowania ich - na podstawie szczerej wiary w jedynego Zbawiciela Jezusa Chrystusa - na łono Kościoła Chrystusowego. Na tym właśnie polega różnica między tradycyjnym katolickim odrzuceniem antysemityzmu i antyjudaizmu, a obecną fałszywą ideologią wykluczenia żydów z nawracania na wiarę katolicką. 

14. Dość oryginalnym pomysłem jest potępienie tzw. symetrycyzmu (w znaczeniu żądania wzajemności), a to posługując się swoistym pomieszaniem liturgicznego gestu epiklezy (czyli wyciągnięcia ręki nad darami dla przywołania Ducha Świętego) ze zwykłym wyciągnięciem ręki. Po pierwsze: czyż wyciągnięcie do kogoś ręki nie jest wezwaniem czy przynajmniej oczekiwaniem na wyciągnięcie ręki przez drugą stronę? Czyż więc "symetrycyzm" nie jest czymś naturalnym, zrozumiałym i właściwie niezbędnym w relacjach międzyludzkich? Po drugie: czy rozumienie gestu wyciągnięcia ręki jako epiklezy wzywającej Ducha Świętego nad nimi jako darami ofiarnymi - jak to wynika ze słów ks. Godlewskiego - zostało w ten sposób przedstawione i wyjaśnione uczestnikom wspólnego obrzędu chanukki pracowników KUL i przedstawicieli judaizmu? Czy zapytano tych ostatnich o zgodę na wzywanie nad nimi Ducha Świętego w geście ofiarnym? Czy może ten konstrukt myślowy (tzn. odrzucenie symetrycyzmu gwoli gestu epiklezy) jest raczej sofizmatem przeznaczonym tylko dla katolików? 

15. Sugerowanie jakoby symetrycyzm był sprzeczny z dekretem "Unitatis redintegratio" jest oczywiście znowu niedorzeczne, gdyż nie ma podstaw ani w tymże, ani w żadnym innym oficjalnym dokumencie Kościoła. Zasada wzajemności w dobrem jest oczywista nie tylko w normalnej mentalności lecz także według elementarnego poczucia sprawiedliwości i respektowania wolności drugiej osoby. Jeśli wyciągam do kogoś rękę, a nie spotyka się to ze wzajemnością, to szacunek dla tej osoby wymaga zaprzestania tego z mojej strony. Próba podważenia tej zasady - przezwanej pogardliwie "symetrycyzmem" - jest i musi być chybione. Ten przykład ukazuje, jak bardzo irracjonalnie wielbiciele świętowania chanukki w przestrzeni publicznej chcą chronić żydów przed domaganiem się od nich wzajemności. Można się domyślać, czym to jest uwarunkowane. 

16. W tym kontekście zagadkowe jest mówienie o jedności jako celu "dialogu" z żydami. Zagadkowe jest także, na jakiej podstawie i w jaki sposób przyjmowanie przybyszów spoza naszego kręgu wyznaniowego ma do tego celu prowadzić. Jasne jest jedynie, iż według ks. Godlewskiego świętowanie chanukki w polskiej przestrzeni publicznej ma być przygotowywaniem przyjmowania przybyszów, a nawet już ich przyjmowaniem. Czyżby miał on na myśli stworzenie wspólnej religii z żydami? Co taka religia mówiłaby o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Przenajświętszej, o sakramentach itp.? Tutaj nie wystarczy sypanie ideologicznych frazesów wziętych z wypowiedzi hierarchów Kościoła, które ze swej natury nie należą do Magisterium Kościoła, lecz są najwyżej ich prywatnymi poglądami, gdyż nie spełniają warunków istotnych i niezbędnych dla rangi magisterialnej, mianowicie - materialnie - zgodność z Bożym Objawieniem przekazanym w Piśmie św. i w Tradycji Kościoła oraz - formalnie - podanie w formie oficjalnego dokumentu skierowanego do całego Kościoła. Wypowiedzi, które nie spełniają tych warunków, nie stanowią i nie mogą stanowić nauczania Kościoła, nawet jeśli pochodzą od osób sprawujących najwyższe urzędy kościelne. 

17. Gdy ks. Godlewski twierdzi w kontekście obchodów chanukki, że Jezus Chrystus jest w tym Siewcą, który sieje ziarno także na "nieżyzną glebę, to czy uważa on, że - jak wynikałoby z kontextu - tą glebą są żydzi? Czy miałby on odwagę powiedzieć to w oczy żydom, którzy przychodzą na świętowanie chanukki na KUL? Wszak Jezusowi Chrystusowi nie udzielono głosu podczas świętowania chanukki, gdyż pilnie wystrzegano się nawet wspomnienia o Nim, nie mówiąc nawet o głoszeniu uczestnikom Jego nauki. 

18. Specyficzne jest posługiwanie się w tym kontekście hasłem "dialogu". Jest to jedno z czołowych haseł "ekumenicznych". W kulturze europejskiej to pojęcie jest związane z "Dialogami" Platona, ale także wielu autorów chrześcijańskich jak chociażby św. Justyna "Dialogiem z żydem Tryfonem". Problem polega na tym, że w klasycznym rozumieniu tego pojęcia chodzi o dysputę, której celem jest przedstawienie prawdy i przekonanie do prawdy, nie o pogadanie sobie dla samego pogadania i tworzenia miłych wrażeń, jak to ma miejsce faktycznie w "dialogu ekumenicznym". 

19. Zupełnie nietrafne jest w tym kontekście powiązanie dialogu z Trójcą Przenajświętszą, a to wielorako. Otóż pod względem teologicznym w Boskiej Trójcy nie ma dialogu, lecz jest monolog, gdyż Syn Boży jest jedynym Słowem Ojca. Osoby Boskie z całą pewnością nie prowadzą z sobą debaty dążącej do prawdy czy mającej przekonać do prawdy. Przypisywanie Bogu dialogiczności jest więc bluźnierstwem, które nie ma nic wspólnego z katolickim pojęciem Boga, a raczej ma korzenie talmudyczne i kabalistyczne. 

20. Wobec tego zaskakuje, gdy ks. Godlewski na koniec przywołuje słowa z Ewangelii św. Jana, gdzie Pan Jezus mówi o Sobie, że jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Gdyby dialog ekumeniczny i międzyreligijny trzymał się tych słów, to by było oczywiście dobrze. Problem w tym, że tak nie jest. Jest powszechnie wiadome, że w całym świętowaniu chanukki nie ma nawet wzmianki o Jezusie Chrystusie jako Synu Bożym i Zbawicielu świata, a tym bardziej nie pojawiają się Jego słowa z Ewangelii. Wręcz przeciwnie: w całym owym "dialogu" zasadniczo, generalnie, gruntownie i konsekwentnie wyrzucone zostało nie tylko słowo "prawda", lecz nawet pytanie o prawdę, o prawdziwość poszczególnych doktryn. Tym bardziej ci "dialogujący" unikają jak ognia powiedzenia, że jedyną drogą Zbawienia jest Jezus Chrystus i że tylko w Nim jest życie wieczne. 

Podsumowując:

Mamy tutaj typowy przykład charakterystycznego gadulstwa perswazyjnego, który ma sprawić pozór katolickiej uczoności, a w rzeczywistości jest niczym innym jak mieszaniną wątpliwych haseł, błędów i fałszów. Tego nie zmienia quasi rytualne powoływanie się na "aktualne nauczanie Kościoła", ani tym bardziej dość fantazyjne chwyty pseudoteologiczne (jak wyszydzenie "symetryzmu"). Wystarczy stawiać proste pytania, żądając wyjaśnień. Ktoś zapatrzony we własną genialność być może sam nie zauważa absurdalności swoich słów, ani ich konsekwencyj. 

Warunki uzyskania odpustu


Należy odróżnić oficjalne warunki od tego, co niektórzy - może nawet liczni - proboszczowie czy kurie biskupie fantazyjnie tworzą w ramach ogłoszeń duszpasterskich. 

W Enchiridion Indulgentiarum z 1967 r. jest jasno powiedziane (nr 26), że warunkami uzyskania odpustu zupełnego - oprócz danego przypisanego uczynku - są:
- Spowiedź sakramentalna
- Komunia św.
- modlitwa według intencji papieża. 
Równocześnie powiedziane jest, że te trzy warunki można spełnić w kilka dni przed albo po spełnieniu uczynku przypisanego (norma 8). 

To jest oczywiście bardzo rozszerzone i ułatwione. 

Podobnie sprawa wygląda według norm z roku 1999 (źródło tutaj):


Nie ma więc mowy o stanie łaski uświęcającej w momencie wypełnienia uczynku przypisanego do odpustu. Oczywiście można dyskutować, czy jest to właściwe, jednak taki jest stan prawny obecnie. 


Spowiedź a exkomunika


Słuszne pytanie. Wynika ono z tego, że formuła rozgrzeszenia w novusiźmie została zmieniona i wyrzucono z niej słowa o zdjęciu kar kościelnych, co jest warunkiem udzielenia rozgrzeszenia. 

Nie wiem, jak to jest teraz nauczane w seminariach. Osobiście zawsze używam tradycyjnej formuły rozgrzeszenia. 

Kto jest narodem wybranym?

 


Cały Nowy Testament jest przeniknięty tzw. teologią zastąpienia, czyli przekonaniem, że od Jezusa Chrystusa właściwym dziedzicem i nosicielem obietnicy Zbawienia jest Kościół, a nie naród żydowski. Tym samym pojęcie "narodu wybranego" straciło znaczenie etniczne, a stało się pojęciem duchowym. 

Należy mieć na uwadze, że we wielu językach nie ma odróżnienia między pojęciami naród i lud, bądź te pojęcia są stosowane zamiennie czy też jako synonimy. W języku polskim lud może być wielonarodowy, a naród może być pojęciem szerszym niż lud (jeśli w narodzie odróżnia się lud czyli pospólstwo od arystokracji). Dlatego w teologii należy się trzymać określeń łacińskich. Po łacinie jest pojęcie "populus electus", czyli dokładnie tłumacząc "lud wybrany". Równocześnie prawidłowe jest też określenie "naród wybrany", o ile narodowość rozumie się duchowo, nie etnicznie. Kościół to narodowość tych, którzy są zrodzeni duchowo we Chrzcie św.