Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Wymowa łacińska



Podzielam krytyczny stosunek śp. x. Romana Kneblewskiego do tzw. wymowy włoskiej, aczkolwiek jego argumentacja jest w znacznej części chybiona, gdyż on odwołuje się do wymowy polskiej, która z kolei opiera się na wymowie niemieckiej. Zaś ta ostatnia jest wprawdzie bliższa wymowie klasycznej niż wymowa włoska, ale nie do końca jej odpowiada. 

Osobiście uważam, że należy powrócić do wymowy klasycznej, gdzie każda litera ma określoną i niezmienianą wartość fonetyczną. Oznacza to, że c zawsze wymawia się jako k, t zawsze jako t, v (czyli u) zawsze jako u, a także dyftongi (ae, oe) zawsze jako takie, a nie jak proste samogłoski. Powody są wszelakie:

- konsekwentna wierność naturze zapisu języka łacińskiego jako fonetycznego, gdzie zapis dokładnie odpowiada wymowie i odwrotnie

- elegancja wymowy fonetycznej

- łatwość w rozumieniu oraz w uczeniu się

X. Kneblewski ma rację, gdy mówi, że wymowa włoska - określana błędnie jako rzymska czy kościelna - jest zepsuciem i wulgaryzacją łaciny, nawet jeśli jest od dłuższego czasu w użyciu w Rzymie i ogólnie w Kościele. Tego faktu nie może zmienić nawet zdanie św. Piusa X w liście do francuskiego arcybiskupa Bourges (źródło tutaj): 


Jak widać, przede nie ma tu mowy o obowiązku przejęcia wymowy stosowanej w Rzymie, lecz Papież zachęca Francuzów do zbliżenia się do tej wymowy. Należy mieć oczywiście na uwadze, jakie cyrki wymowa francuska mogła i może wywijać z wymową, podobnie zresztą do Niemców, którzy oe przerabiają na swoje ö. 
W każdym razie nie ma tutaj mowy o wykluczeniu wymowy klasycznej, czyli tzw. restituta. 

Dopiero w wytycznych Kongregacji Seminarium i Studiów Uniwersyteckich z roku 1962 (czyli za pontyfikatu niesławnego Jana XXIII) jest powiedziane, że docenia się wymowę tzw. odtworzoną (restituta), ale z powodu jedności formy (uniformitatis causa) należy zachować wymowę zwaną - zresztą błędnie - rzymską (źródło tutaj, str. 345):

Zarówno konstytucja Jana XXIII "Veterum sapientia", do której te wytyczne się odnoszą, a której istotnym nakazem było m. in. zachowanie wykładania teologii po łacinie, jak też one same praktycznie nigdy nie weszły w życie, lecz wręcz przeciwnie, gdyż - jak powszechnie wiadomo, w krótce potem łacina zniknęła zupełnie nie tylko z sal wykładowych lecz także z liturgii. 

Osobiście od około 20 lat stosuję zawsze tę ostatnią - a historycznie z całą pewnością pierwszą - wymowę. I każdemu polecam, oczywiście bez narzucania. 


Praca w niedzielę w gastronomii


Temat już był poruszany (tutaj i tutaj). Niniejsze pytanie jest jednak specyficzne, gdyż dotyczy konkretnej dziedziny. 

Oczywiście obowiązuje zasada ogólna: należy zachować charakter świąteczny niedzieli, zarówno osobiście w swoim zakresie jak też społecznie. Dotyczy to także życia rodzinnego. Oznacza to, że inaczej należy ocenić sytuację osoby samotnej, a inaczej ojca czy matki rodziny. Jeśli rodzic nie jest zmuszony do pracy w niedzielę dla zapewnienia utrzymania rodzinie, a pracą zapełnia czas, który powinien poświęcić bliskim, to praca w ten dzień jest grzeszna. 

Kryterium decyzji powinien być nie tylko zarobek, lecz właśnie dobro duchowe zarówno swoje i rodziny, jak też innych ludzi. 

Owszem, są miejsca, gdzie jest potrzeba zapewnienia wyżywienia np. osobom w podróży. Wówczas jest to potrzeba i funkcja społeczna, która usprawiedliwia odpowiednie dopasowanie. 

Główny, podstawowy problem leży w mentalności, czyli w zaniku świadomości szczególnego charakteru niedzieli także dla życia rodzinnego. Ci, którzy dla wygody idą w niedzielę na obiad do restauracji, nie myślą o jej pracownikach, którzy także mają rodziny. 

Jak już zaznaczyłem w poprzednich wpisach w temacie, Kościół daje w tej kwestii jedynie ogólne wskazówki, bez quasi talmudycznego określania szczegółów. Pozostawia tym samym pole dla osobistej decyzji w sumieniu. Jeszcze raz: należy kierować się przede wszystkim dobrem duchowym, także w aspekcie możliwego zgorszenia dla niewierzących. 

Wobec oszczerstw - kim jest oszczerca?


Zmierzam do ostatecznego wyjaśnienia sprawy oszczerstw wobec mnie (tutaj). Postaram się w możliwym skrócie i możliwie prosto. 

Nie znam tego człowieka osobiście, a jedynie z pisania na pejsbuku na początku roku 2014. Fotka pochodzi z jego profilu pejsbukowego z owego czasu. Kajetan Rajski napisał do mnie w związku z jakimś komentarzem słynnego Dawida Gospodarka (wówczas jeszcze mniej sławnego) w jakiejś grupce (nie pamiętam gdzie i w jakim kontekście):


W związku z tym napisałem do Gospodarka i dowiedziałem się zupełnie innej wersji wydarzeń:





Następnie Rajski przeszedł do biznesu:


Oraz zasugerował spotkanie:

Wątek poprzedni miał ciąg dalszy:


Nasuwa się proste pytanie: skąd Rajski miał te fotki oraz informacje? Mógł je mieć tylko od osób z kręgu, który tutaj oskarża. Kim były dla niego te osoby? Na jakiej podstawie udostępniły mu te fotki i informacje? Na jakiej podstawie Rajski jest pewny co do ich prawdziwości? W każdym razie przy tej okazji ukazuje się też pewna zażyłość ze "słynnym" Wojciechem Grygielem. Idźmy dalej. 

Rajski znów podaje informacje z najbliższego kręgu MG, którego oskarżał, a w tym wypadku źródłem mógł być raczej tylko nie kto inny jak sam Grygiel (gdyż x. AK z całą pewnością się nie dzieli takiego typu informacjami), co również świadczy o szczególnej zażyłości:


Rajski poprosił o mówienie mu per "ty" i nalegał na to: 


:




Z materiałów, które mi przesłał, wynika, że był per "ty" i dość zżyty z księdzem MG (bywał nawet u niego w mieszkaniu), którego tutaj oskarżał: 



Także wątek działalności D. Gospodarka i sporu z nim miał ciąg dalszy:


Próbował mnie zrobić swoim legatem względem Gospodarka:


Także względem księdza AK:


Wątek jest o tyle ciekawy, że ukazuje też specyficzną sytuację rodzinną (Kajetan miał wtedy 20 lat):



On nalegał, żebym na jego zlecenie pełnił rolę, do której nie mam kompetencji: 


Nalegał też, żebym go reprezentował w sprawie MG, więc chciałem się więcej dowiedzieć, lecz Rajski wolał powiedzieć osobiście niż pisać, czyli znowu sugerował spotkanie:




Znamienna jest tutaj wzmianka o słynnym kłamcy i hochsztaplerze Oko, gdyż obecnie - od lat - ze sobą współpracują, oczywiście na podobnym poziomie przyzwoitości. 

Był też ciąg dalszy sprawy biznesowej czyli wywiadu dla Pech24:


Zarówno on jak i Pech24 byli zadowoleni:



Interes biznesowy Rajskiego był nawet szerszy:



Kontakt zakończył się dość nagle - brakiem odpowiedzi Rajskiego na moje proste pytanie:





Jest jeszcze epilog w postaci komentarza Rajskiego na jakiejś grupce, który mnie wymienia z nazwiska, a komentarz jest o ponad 3 lata późniejszy (z 15.X.2017): 



Tutaj jeszcze - 3 lata po ostatnim kontakcie - nie ma choćby śladu oszczerstw, które widocznie dopiero z czasem sobie wymyślił, choć mnie tutaj
 dość wyraźnie atakuje i to nie tylko bezpodstawnie, ale i bezczelnie. Co więcej: posługuje się jednym z ataków, które wymyśliła banda przebierańców powiązana z Wojciechem Grygielem, czego dowodem jest słynny pseudosubdiakon wrocławkowy chemik Wolański, który nie omieszkał tutaj poprzeć Rajskiego. To jest typowe dla tej bandy, gdyż po pierwsze to nie jest ich sprawą troska o to, jaką kapłan wykonuje posługę, lecz to jest sprawa jego przełożonego kościelnego, a po drugie akurat ta banda specjalizuje się w tym, że przez swoje oszczercze donosy usiłuje zaszkodzić działalności kapłana, który im nie pasuje. 

Na koniec pozostaje pytanie, jaka jest motywacja Rajskiego w szerzeniu oszczerstw co do mojej osoby.

Najpierw podsumujmy krótko (w nawiązaniu do poprzedniego wpisu w temacie tutaj). Oczywiście nie chcę wyręczać P. T. Czytelników w wyciąganiu wniosków wynikających z przedstawionego materiału dowodowego. Mogę jednak pomóc dla przejrzystości:

1. To nie ja zainicjowałem kontakt z Rajskim, lecz on ze mną, zresztą tak samo jak w przypadku wszystkich innych osób młodszych czy starszych obojga płci. O ile ogarniam pamięcią, nigdy sam nie pisałem pierwszy przynajmniej do żadnego młodzieńca. 

2. To Rajski sugerował i proponował spotkanie, wręcz nalegając. 

3. To Rajski spoufalał się ze mną, proponując przejście na "ty" względnie zwracanie się do niego per "ty". 

4. W żadnej chwili nie miało miejsca z mojej strony nic niestosownego, czego miałbym się wstydzić, tym bardziej coś, co by li tylko wskazywało na zamiar uwiedzenia czy to Rajskiego czy kogokolwiek innego. 

Jakie więc mogą być jego motywy w tym, co zrobił? 

Po pierwsze, może to być rodzaj zemsty za to, że nie poddałem się jego próbie wykorzystania mnie w jego grze w sprawie byłego kapłana MG. Może to być także zemsta za to, że kiedyś przy jakiejś okazji wspomniałem o jego sprycie biznesowym, który polegał chociażby na tym, że zbierał wywiady duchownych związanych z liturgią tradycyjną, by je następnie wydać jako książkę swojego autorstwa, czyli przy dość minimalnym wkładzie swojej pracy zarabiał i być może nadal zarabia na pracy innych. 

Po drugie, sprawa byłego księdza MG ukazuje, że Rajski ma problem, a jego zaangażowanie w tę sprawę jest sposobem obrony przed kojarzeniem go z obwinionym, z którym był niezaprzeczalnie dość blisko zżyty, przynajmniej spoufalony. 

Po trzecie, jego oszczerstwa odnoszące się do mojej osoby mówią właściwie o nim, nie o mnie. Skoro on twierdzi coś, co jest dokładnie sprzeczne z udokumentowanymi faktami, to ma poważny problem nie tylko moralny, lecz widocznie także osobowościowy, a może nawet i psychiczny. Konkretnie: jeśli w tym, co przedstawiłem powyżej, ktoś widzi "podrywanie", to ma widocznie urojenia, które nie tylko nie mają nic wspólnego z obiektywną rzeczywistością, lecz muszą mieć swoje źródło w fantazji, a w tym wypadku może to być jedynie zboczona fantazja. Taką samą wartość faktograficzną mają twierdzenia Rajskiego o jakichś moich rzekomych sprawach męsko-męskich oraz o wydaleniu mnie z diecezji z powodu czegoś takiego. Ten człowiek widocznie tak potrafi zmyślać, że nie sposób tego zakwalifikować do pospolitego kłamania. 

Po czwarte, znaczącą rolę może odgrywać także powiązanie Rajskiego z kłamcą i hochsztaplerem x. Dariuszem Oko (o którym również dane mi było pisać niestety, tutaj i tutaj). Ich postępowanie i chyba też osobowości są podobne i zgodne. Ich zachowanie da się wyjaśnić obłudnym, perfidnym i podłym mechanizmem obronnym, a także projekcją swoich chorych fantazyj. To by było tyle w temacie. Moim skromnym zdaniem powinni się udać na solidną terapię zarówno psychologiczną, jak też - jeszcze bardziej - duchową. 


O jałmużnie


Rzeczywiście należy rozważnie i roztropnie postępować w udzielaniu jałmużny. Oczywiście, jeśli widzimy np. żebraka na ulicy, to można mu spontanicznie, bez długiego namysłu kupić coś do jedzenia, nawet jeśli nie mamy pewności, że jest w tym momencie głodny. Jeśli natomiast wsparcie ma być większe czy nawet jakby regularne, to należy dokładniej zbadać i przemyśleć przeznaczenie.

Nie muszę chyba się usprawiedliwiać z tego, że nie podam konkretnych organizacyj czy celów. Podam jednak główne zasady:

1. Jeśli w danym momencie nie ma wątpliwości co do godziwego przeznaczenia danej jałmużny, to czyn jest zbożny i na pewno nie grzeszny, nawet jeśli po fakcie okazałoby się, że nastąpiła pomyłka czy wręcz zostaliśmy oszukani co do potrzeby u danej osoby.

2. Nie ma obowiązku dokładnego badania danej osoby proszącej czy potrzebującej, lecz wystarczy trzeźwy osąd doraźny. 

3. Grzechem przynajmniej zaniedbania byłby natomiast zupełny brak namysłu i brak wzięcia pod uwagę, czy aby nie mamy stać się ofiarą pozorowanej potrzeby czy wręcz oszustwa. Przeznaczenie jałmużny oszustowi jest odebraniem jej osobie, która jej na prawdę potrzebuje. 

4. W razie gdy bez własnej winy, czy bez zaniedbania zwykłego doraźnego namysłu, staliśmy się ofiarą wyłudzenia, to nie ma grzechu. Równocześnie należy z tego wyciągnąć konsekwencje na przyszłość. 

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalna podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej:




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy choćby przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkoworkrakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórujący gościowi apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej dla kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym, czyli ze stajni masonów J. Tischner'a i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach" 

Jak przyjmować Magisterium Kościoła?



Kiedy popełniło się grzech śmiertelny?


Znamiona grzechu śmiertelnego powinny być znane i z pytania wynika, że są znane. Jednak przypominam:

1. ważkość sprawy (ciężar gatunkowy)

2. świadomość, że dany czyn jest grzechem

3. własnowolność czyli możliwość wyboru między popełnieniem danego czynu a jego niepopełnieniem

Jeśli te trzy warunki są spełnione równocześnie - czyli w tym samym czynie - to grzech jest ciężki czyli śmiertelny. 

W praktyce najtrudniejszą kwestią jest zwykle warunek pierwszy, czyli ocena ważności czynu. W tym też zawarte jest rozwiązanie: w razie wątpliwości osąd co do ważkości materii można i należy poddać ocenie spowiednika. 

Także co do warunku trzeciego rozstrzygająca powinna być ocena spowiednika. 

Drugi warunek jest najtrudniejszy w ocenie o tyle, że ktoś z zewnątrz nie jest w stanie tego ocenić, tzn. ostatecznie każdy sam musi wiedzieć, czy miał świadomość grzeszności danego czynu czy nie. 

W pytanie dostrzegam jest problem innego rodzaju, mianowicie zjawisko tzw. skrupulanctwa. Jest to rodzaj pokusy szatańskiej typowej w sytuacji osób początkujących w życiu duchowym i gorliwych. Stan takiej osoby jest taki, że zwykle nie popełnia grzechów ciężkich (przynajmniej od pewnego czasu) i tym samym szatanowi nie udaje się tej osoby zwieść ku takiemu grzechowi i tym samym do utraty łaski uświęcającej. Usiłuje więc człowiekowi zaszkodzić podstępnie, czyli wmawiając grzech ciężki czy przynajmniej silne i natrętne wątpliwości tam, gdzie tego grzechu obiektywnie nie ma. Stąd wynika główny środek zaradczy, mianowicie słuchanie spowiednika i kierownika duchowego. 

Jest jednak także nie mniej istotny środek zaradczy, który jakby leczy skrupulanctwo u jego korzenia, mianowicie w jego egocentryźmie. Takim środkiem jest zwiększenie swojej uwagi na dobrych uczynkach i ogólnie na potrzebach bliźnich. Zwykle, a chyba nawet zawsze skrupuły wiążą się z przesadnym skupieniem na swoich doznaniach i przeżyciach duchowych, co zawsze oznacza zaniedbanie miłości bliźniego i świadomego, zamierzonego działania na chwałę Bożą. Dlatego serdecznie polecam zastanowić się: czy i na ile myślę przynajmniej z taką samą uwagą i poświęceniem czasu o tym, co mogę dobrego uczynić bliźnim, co mogę im ofiarować, jaką pomoc wyświadczyć i to zupełnie bezinteresownie. To jest najskuteczniejsze i właściwie niezawodne lekarstwo na skrupulanctwo. 


Wobec oszczerstw - prośba do P. T. Czytelników






Temat już poruszyłem okazyjnie kilka lat temu (tutaj). Widocznie żyje nadal, co sprawia, że jestem zmuszony ponownie go poruszyć. 

Otrzymałem bowiem następującą wiadomość (imię i nazwisko autora zostało podane):


Autor dodał jeszcze:


Odpowiedziałem na to:


W związku z tym proszę wszystkich Państwa o pomoc w ustaleniu tej okoliczności:

Jeśli ktoś z Państwa był świadkiem takiej wypowiedzi tejże osoby czy też tego typu wypowiedzi innych osób, to proszę o skontaktowanie się ze mną (można przez formularz kontaktowy bądź na adres: sacdrdjo@gmail.com). 

Tutaj nie chodzi tylko o moje dobra osobiste, lecz o dobro Kościoła, a każdy katolik ma obowiązek dbania o to dobro.