Właściwie wolałbym, gdyby temat był zamknięty. Sprawa jednak toczy się nadal i nie zapowiada się, by się miała rychło skończyć, przynajmniej nie ze strony delikwenta w purpurze. Świadczy o tym wywiad z nim, który się odbył 8 maja 2026 r. u słynnego Rymanowskiego. Notabene: gdyby Rymanowski rzetelnie się przygotował do spotkania, także czytając tutejsze wpisy w temacie, to by nie dał się tak łatwo owinąć gościowi w bawełnę. Być może ktoś mu serdecznie doradził skrzętne omijanie nie tylko niniejszego bloga lecz także jego treści. Powinien wiedzieć, co robi.
Tyle tytułem krótkiego wstępu. Teraz do rzeczy.
Znamienny jest wstęp, gdy delikwent się oburza akurat na Pawła Lisickiego, który dość rzeczowo wyraził swoją krytykę odnosząc się do listu KEP:
To jest godne preludium do całości: zamiast merytorycznego odniesienia się do zarzutów jest odgrywanie biednej, skrzywdzonej bo oplutej ofiary, żebrzącej o współczucie widzów. To już ma osłabić trzeźwe myślenie i odwrocić uwagę od meritum.
Następnie cenne jest, co delikwent mówi o genezie słynno-haniebnego listu:
Oczywiście nie ma tutaj żadnej sensacji, aczkolwiek opis procedowania tego listu nie zgadza się z tym, co wcześniej przeniknęło do opinii publicznej ze źródeł anonimowych. W każdym razie Ryś potwierdza, że to on jest ostatecznie odpowiedzialny za treść, za procedowanie i za opublikowanie listu, a reszta biskupów była w przytłaczającej większości czy to obojętna czy też - a może przede wszystkim - uległa wobec akcji Rysiowej, biorąc na siebie współodpowiedzialność. Jakie były argumenty Rysiowe, można się domyślać na podstawie dalszego ciągu jego wypowiedzi, jak zobaczymy poniżej.
Rymanowski wskazuje na polemikę z owym listem KEP prowadzoną m. in. przez x. Waldemara Rakocego CM:Tutaj Ryś ponownie kłamie i to wielorako:
Ryś konsekwentnie brnie w swoim łgarstwie, a Rymanowski łyka te łgarstwa jak pelikan. Powinien był dopytać, w czym konkretnie owe "pięć dokumentów" zaprzeczają temu, co mówią krytycy listu KEP (a właściwie łgarstw Rysiowych). Gdyby dopytał, to by się okazało, że Ryś będzie znów maniakalnie powtarzał, że przymierze Boże jest nieodwołalne, a Kościół od "soboru" rzekomo naucza, iż żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa są "narodem wybranym". Ryś potrafi sugestywnie łgać, a trafia przeważnie niestety na takich naiwniaków jak Rymanowski, którzy nie wyobrażają sobie, iż ktoś, zwłaszcza duchowny i w purpurze potrafi aż tak bezczelnie oszukiwać.
Kwestia jest rzeczywiście ciekawa, gdyż akurat w tym punkcie - braku "instytucjonalnej misji wobec żydów" - mamy bergogliańską nowość, sprzeczną z całą Tradycją Kościoła wraz z Nowym Testamentem, czemu Ryś nie byłby w stanie zaprzeczyć. Ta nowość oczywiście nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła. A jest to jeden z obłudnych absurdów bergogliańskich, obliczonych na rozmywanie tożsamości katolickiej, a równocześnie na tyle śliskich i dwulicowych, żeby nie łatwo było wykazać sprzeczności z wiarą i praktyką Kościoła. Magiczną sztuczką jest tutaj rozróżnienie i oddzielenie "instytucjonalnej misji" od osobistego czyli prywatnego "świadectwa wiary". To ma być w zamyśle majstersztyk obłudy bergogliańskiej narzucanej katolikom. Innymi słowy: gdy zwykły katolik mówi żydowi, że Jezus Chrystus jest Mesjaszem i Zbawicielem, to jest niby ok, natomiast w żadnym oficjalnym dokumencie z Watykanu czy z KEP nie wolno tego powiedzieć. Problem w tym, że wówczas zwykły katolik przynajmniej jest niepewny, czy wolno coś takiego powiedzieć żydowi, skoro Ryś i inni bergoglianie straszą nieposłuszeństwem nauczaniu Kościoła. I to właśnie chodzi - o sianie niepewności, wątpliwości, pomieszania u katolików, ostatecznie o ich odmóżdżenie i teologiczne wykastrowanie.
Zauważmy tutaj najpierw Rysiową mowę ciała: on jest wyraźnie - mówiąc delikatnie - poirytowany takimi pytaniami. Można się domyślać, dlaczego. Obłuda boi się zdemaskowania.
Także tutaj Ryś okazuje się mistrzem krętactwa i omijania pytań. Rymanowski stawia proste pytanie teologiczne, a Ryś je zbija jako "bardzo teoretyczne". Zauważmy: pytanie nie jest o to, czy dany człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa może się zbawić, lecz o zasadniczą, ogólną możliwość. Na to właściwe pytanie Ryś nie odpowiada i widocznie nie chce odpowiedzieć. A dlaczego nie chce odpowiedzieć? Jest tylko jedna możliwość: nie przejdzie mu przez usta powiedzenie, że człowiek odrzucający Jezusa Chrystusa nie może się zbawić, bo wtedy by wyznał wiarę katolicką i obraził żydów. Nie chce też powiedzieć, że człowiek odrzucający Jezusy Chrystusa generalnie może się zbawić, gdyż wówczas zdemaskowałby się jako apostata. Dlatego właśnie ucieka w badanie konkretnych przypadków, niby nie określając się, a Rymanowski zaniedbuje dopytania. A należałoby dopytać, jakie to warunki w konkretnym przypadku umożliwiają, a jakie uniemożliwiają zbawienie.
Tutaj punktem wyjścia jest dość durny argument niektórych - akurat modernistycznych - krytyków listu KEP, sugerujący, jakoby prawdziwość i fałszywość zależała od momentu. Jednak dobrze, iż Ryś tutaj dodaje szerszy kontext w ramach sekciarskiego wojtylianizmu. Wszystkie trzy przywołane wydarzenia - wizyta Jana Pawła II w Marokko w sierpniu 1985 r., wizyta w synagodze rzymskiej, spotkanie w Asyżu w 1986 r. - są powiązane z żydami. Marokko pod rządami Hassana II (a właściwie już za panowania jego ojca), zresztą członka paramasońskiej organizacji Rotary Club, było krajem muślimskim najbardziej sprzyjającym państwu położonemu w Palestynie (więcej tutaj). Zaś spotkanie w Asyżu - co jest mało znane - zostało zainspirowane przez żydowskiego przyjaciela Karola Wojtyły z Wadowic, Jerzego Kluger'a. Pretextem jest oczywiście dążenie do pokoju światowego poprzez "pojednanie" wszystkich religij, a przynajmniej tzw. religij Abrahamowych, czyli judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Problem tkwi po pierwsze w pojęciu pojednania, a po drugie w utopijności pokoju zbudowanego na fałszu, jakim jest pomijanie kwestii prawdy w religii, a sprowadzenie jej do uczuć, kultury, tradycji itp. Korzeniem jest zarówno oddzielenie religii od prawdy, jak też - mniej czy bardziej szczere - stawianie wartości doczesnych ponad prawdą i ponad celem wiecznym, jakim jest zbawienie dusz. To jest nic innego jak czystej wody ideologia masońska, o charakterze ostatecznie totalitarnym, gdyż nie licząca się z elementarną ludzką potrzebą prawdy i narzucana wszelkimi środkami, począwszy od propagandy i manipulacji, aż po brutalną przemoc, której doświadczaliśmy dobitnie w ostatnich latach i nadal doświadczamy. Nie jest przypadkowe, że przedstawiciele hierarchii kościelnej wychowani na wojtylianiźmie, a następnie na bergoglianiźmie (który jest właściwie tylko rozwinięciem i radykalizacją tego pierwszego - czego naocznym przykładem jest właśnie Ryś) wiernie służą temu iluzorycznemu, a w swej istocie obłudnemu planowi, który jest przeciwieństwem i negacją Królestwa Chrystusowego na ziemi. Dlatego właśnie wojtyliańsko-bergogliańskie pachołki zamykały przed wiernymi kościoły, zakazywały duchownym przystępu do umierających, skazując ich na śmierć bez łaski i pociechy z sakramentów Kościoła, stręczyły szprycowanie ludzi preparatami wyprodukowanymi przy użyciu ciał dzieci zamordowanych w łonach matek itp. itd. Takie to są dość wyraźne powiązania.
On po pierwsze widocznie nie zauważył, że przywołani Perzyński i Wróbel pisali znacznie wcześniej (mianowicie plując na x. Waldemara Chrostowskiego) niż wypowiedział się x. Rakocy (por. tutaj), więc nie mogli odpowiadać temu ostatniemu. Przy okazji pośrednio przyznaje tutaj, że ci dwaj są właściwie jego pachołkami na usługach. Po drugie, wykazuje tutaj, że nie ma argumentów, skoro wymachuje autorytetem KEP i rzekomym nieposłuszeństwem wobec papieża, czyli de facto grozi x. Rakocemu karami kościelnym za brak uległości wobec nauczania Kościoła. Nasuwa się pytanie, czy Ryś zauważył, iż Franciszek w żadnym miejscu nie twierdzi czegoś przeciwnego do tego, co powiedział x. Rakocy, tzn. nie twierdzi, jakoby "sobór" w "Nostra Aetate" odszedł od tego, co Kościół zawsze głosił w kwestii judaizmu. Zresztą sam Ryś już się w końcu pogubił w swoim łgarstwie, bo przed chwilą twierdził, iż "sobór" nie mówi nic przeciwnego Tradycji, a teraz grozi x. Rakocemu karami kościelnymi za powiedzenie tego samego. Tak to jest z oszustami.
Sytuacja jest o tyle ciekawa, że x. Oko jest akurat podwładnym gościa jako inkardynowany w jego archidiecezji. Tutaj Ryś już nie grozi karami kościelnymi, bo to on by musiał ukarać, a widocznie jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nie miałby za co, to znaczy, że tu akurat jego podwładny ma rację. Stąd ucieczka w zupełnie inny temat i zagranie na emocjach, zresztą dość absurdalne. Czy on na prawdę uważa, że dla zapobieżenia używaniu macew (żydowskie płyty nagrobne) do budowy stodoły i parkingów konieczne czy choćby użyteczne jest nie tylko odwiedzanie synagog lecz głoszenie apostackich bzdetów o rzekomo trwającym wybraństwie żydów? W każdym razie gotów jest ośmieszać się publicznie. Czy robi to na zlecenie czy sam od siebie? Oto jest pytanie.
Tutaj najpierw zacytuję to, co już byłem napisałem (tutaj):
Jak to zwykle bywa u modernistów, mamy tutaj pomieszane, zamącone i zafałszowane. List KEP miesza możliwość zbawienia bez wyraźnego wyznawania wiary katolickiej z możliwością zbawienia tych, którzy tę wiarę odrzucają. Ryś mówi o "tajemnicy", o której św. Paweł wcale nie mówi, a to sugerując, jakoby dla żydów odrzucających Jezusa Chrystusa była jakaś tajemnicza inna droga zbawienia, czyli jakoby Jezus Chrystus ich zbawiał wbrew ich woli i mimo nienawiści do Niego i mimo tego, że Go odrzucają. To jest nie tylko sprzeczne z katolicką soteriologią, lecz wręcz bluźniercze wobec Boga, gdyż przypisuje Bogu gwałcenie wolnej woli człowieka.
Zauważmy: człowiek wyciąga logiczny wniosek ze zdania w liście KEP (które jest zresztą wzięte z dość durnej "refleksji teologicznej" bergogliańskiej rady judaistycznej), a Ryś jest w stanie jedynie wydusić słowo "nie" i je powtórzyć.
Tu jest znowu kłamstwo pomieszane z wymachiwaniem "soborem". Kłamstwem jest oczywiście twierdzenie, jakoby nie było prześladowania liturgii tradycyjnej oraz sprawujących ją. A przy okazji jest dość gruba bzdura, gdy Ryś mówi, że dokumenty soborowe są "natchnione przez Ducha Świętego". On albo nie ma pojęcia o katolickim pojęciu natchnienia, albo udaje na doraźny użytek. Otóż w katolickim pojęciu natchnione przez Ducha Świętego są wyłącznie kanoniczne księgi Pisma św. Natomiast w dziejach Kościoła, zwłaszcza w jego nauczaniu wiary i obyczajów jest tzw. asystencja Ducha Świętego, czyli wspomagające towarzyszenie, które prowadzi drogą Bożego Objawienia, ale samo w sobie nie chroni koniecznie poszczególnych członków Kościoła przed błędami czy nawet herezjami, czego dowodem są liczni duchowni herezjarchowie. Teologia katolicka nie wyklucza nawet popadnięcia papieża w herezję, o ile nie naucza uroczyście mocą urzędu apostolskiego (ex cathedra). W historii Kościoła nie brakuje także fałszywych soborów, które dopiero po pewnym czasie zostały odrzucone jako latrocinium (zgromadzenie zbójców), mimo że wpierw uchodziły za concilium.
Zauważmy: Ryś wraz z pseudojezuitami z sekty recławistów robi jakieś wymyślone pseudoobrzędy, nikogo z uczestników nie informując, co zamierza, a następnie oznajmia, że to już była pierwsza część "liturgii" Novus Ordo, do której dołącza resztę. Zaś ekipa bergogliańska w Rzymie nie tylko nie karci go za rażącą samowolkę i oszustwo na ludziach, lecz go wręcz chwali i utwierdza, mimo że "sobór" (Sacrosanctum Concilium), którym oni stale wymachują, mówi wyraźnie:
Porównajmy z tym, co rzeczywiście się znajduje w Księdze Apokalipsy: