Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milcarek P.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milcarek P.. Pokaż wszystkie posty

Dziurawy jubileusz warszawski (z post scriptum)

 

Sprawa jest bardziej historyczna niż teologiczna, jednak teologia obejmuje także historię, zwłaszcza gdy chodzi o życie Kościoła, które zawsze jest powiązane z lepszą czy gorszą teologią. 

Zdaję sobie sprawę, że niniejszym narażam się na zarzut pisania o sobie czy swoich zasługach. Jednak intencją moją jest tylko pisanie o faktach, których ocenę pozostawiam P. T. Czytelnikom. Chodzi bowiem o artykuł redaktora naczelnego kwartalnika "Christianitas", z którym niegdyś - w zamierzchłych początkach tego czasopisma - współpracowałem, czego zresztą nie da się ukryć. Chodzi w nim o początki tzw. indultu w Warszawie. Zapoznawszy się z owym textem (dostępnym tutaj) musiałem kilka razy parsknąć śmiechem. Otóż rozśmieszyło mnie kilka rzeczy, ale zwłaszcza pomijanie mojego udziału w owych wydarzeniach, które nie może być przypadkowe, gdyż zarówno sam Paweł Milcarek był w centrum wydarzeń, w których uczestniczyłem, jak też wszystkie wspomniane w tekście osoby, które wtedy poznałem osobiście i to dość intensywnie. Wprawdzie nie zostałem zupełnie pominięty, choć na to w międzyczasie widocznie zasłużyłem (😁), co oczywiście - mianowicie w postaci wzmianki w nawiasie o Triduum - należy docenić. Tym niemniej czuję się w obowiązku dorzucenia faktów, które wydają mi się istotne dla pełniejszego i prawdziwszego obrazu tamtego czasu. Zaznaczam, że podaję z pamięci (która - nie chwaląc się - często uchodzi za słoniową), gdyż nie dysponuję żadnymi materiałami archiwalnymi oprócz osobistej korespondencji, która może mieć znaczenie jedynie częściowo i pomocniczo. Pan Milcarek natomiast dysponuje zapewne biuletynem duszpasterstwa, o którym wspomina w tekście. 

Przede wszystkim nie jest prawdą, że "autoryzowane" przez władze diecezjalne celebracje Mszy św. w tradycyjnym rycie zaczęły się dopiero w czerwcu 1996 r. Chodzi tutaj o coniedzielne Msze św. sprawowane przez opiekuna wyznaczonego przez władze archidiecezji warszawskiej. Natomiast dużo wcześniej, mianowicie od września 1995 r. celebrowałem w Warszawie średnio co 2-3 miesiące, oczywiście także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych, czyli w sposób "autoryzowany", nie pokątny czy tajny. Na pewno celebrowałem na początku września 1995 r., w tym dokładnie 3-ego września w święto św. Piusa X (to było w jakimś kościele na Żoliborzu, dokładnie nie pamiętam), potem na początku grudnia (podczas wizyty wraz z x. Emmerson'em z Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra), potem jeszcze kilka razy w pierwszej połowie 1996 r. Wszystkie celebracje odbywały się za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Świadkiem tego jest przede wszystkim Wojciech Środoń (wówczas student prawa, związany z czasopismem Pro fide, rege et lege), który zajmował się zarówno kontaktami z kurią jak też organizacją Mszy św., czyli przede wszystkim pertraktacjami z proboszczami i rektorami kościołów. 

Dla pełności obrazu wydarzeń wspomnę, że po pobycie w Warszawie we wrześniu 1995 r. pojechałem na zaproszenie do Poznania na 2-3 dni, po czym do Gdyni, również na kilka dni, a w końcu do Kalisza, gdzie także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych przewodniczyłem ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa Piotra Tryjanowskiego (także znajomego Marka Jurka, obecnie profesora na UAM w Poznaniu) z małżonką w sanktuarium św. Józefa. Jadąc z Kalisza do Austrii miałem przymusowy dłuższy pobyt w Krakowie (z powodu stłuczki samochodu), gdzie także sprawowałem Mszę św. tradycyjną za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Ówczesny biskup pomocniczy w Krakowie, obecny kard. Nycz, wydał mi po polsku (mój celebret był po łacinie) potwierdzenie prawa do celebracji. 

Także po objęciu funkcji opiekuna przez x. Jana Szymborskiego (tak, to krewny żydokomunistycznej noblistki) bywałem w Warszawie dość często. X. Szymborski bez problemu odstępował wówczas swoją Mszę św. niedzielną, godził się także na dodatkowe Msze św., tudzież na prowadzenie przeze mnie rekolekcyj (prowadziłem przynajmniej raz wielkopostne i przynajmniej raz adwentowe, dokładnie nie pamiętam). Chrzciłem także dzieci, w tym jedno dziecko Pawła Milcarka (nie pamiętam, czy to było pierwsze dziecko Michałek, czy Marysia, u któregoś chyba uzupełniałem obrzędy Chrztu św.) oraz innych 2-3 rodzin, nie licząc trójki dzieci innego znajomego Marka Jurka, Bogusława Kiernickiego, obecnie prezesa fundacji, która wydaje kwartalnik P. Milcarka (chrzty były w Gorzowie i koło Poznania, gdzie jechałem za każdym razem na własny koszt, a nikt się nawet nie zapytał, czy mam za co, przy czym w Gorzowie służył mi do Mszy św. inny znajomy Marka Jurka, obecny profesor Grzegorz Kucharczyk, któremu potem dwukrotnie za darmo poprawiałem tłumaczenie z niemieckiego książki x. Klaus'a Gamber'a). Grafik i fotograf związany z "Christianitas" Paweł Kula tak sobie załatwił ceremonię ślubu, że proboszcz parafii x. Bronisław Piasecki sprawował samą ceremonię ślubną, mnie natomiast powierzono sprawowanie Mszy św. za nowożeńców (to był chyba wrzesień 1997 r.). Była też pierwsza Komunia św. młodszej córki Marka Jurka. Z obecnych znanych mi celebrytów na Mszach św. bywali m. in. Paweł Lisicki, śp. Artur Górski, Paweł Kwaśniak, Dominik Zdort (jego znajomych, braci Janowskich, chrzciłem sub conditione podczas Triduum w 1997 r.), Łukasz Warzecha, przewinął się także Stanisław Krajski, wówczas spoza Warszawy Artur Zawisza, Arkadiusz Robaczewski, Konrad Szymański, Marcin Libicki i Jan Filip Libicki. 

Od 1997 r. do 2002 r. włącznie, czyli przez sześć kolejnych lat, celebrowałem liturgię Triduum w kościółku św. Barbary w centrum (przy parafii Wszystkich Świętych), gdzie doznałem rzeczowej życzliwości tamtejszego x. proboszcza. Zresztą celebrowałem tam także poza Triduum. Znacznie mniej życzliwy był natomiast rektor kaplicy Domu im. Piusa XI (hotel kościelny nieopodal), gdzie mnie kwaterowano (na początku kwaterowano mnie także prywatnie u Pawła Witaszka w Brwinowie). Gdy pozwoliłem wiernym na udział we Mszy św. w kaplicy, x. rektor zrobił awanturę, po czym zmieniono mi kwaterę na hotel sejmowy (chyba począwszy od 1997 r.). Ówczesny rektor kaplicy sejmowej, śp. x. Piotr Pawlukiewicz, nie robił żadnych trudności. Przeważnie jednak celebrowałem w kościołach, gdzie odbywały się Msze św. niedzielne, czyli u Dzieciątka Jezus, w Res Sacra Miser i też u św. Benona. O ile mi wiadomo, do 2002 r. byłem oprócz x. Szymborskiego jedynym kapłanem, który celebrował tzw. indult w Warszawie.  

Od jesieni 1997 r. moje przyjazdy stały się rzadsze, gdyż zakończyłem współpracę z Bractwem Kapłańskim Św. Piotra. Zresztą nie były one konieczne, skoro był opiekun na miejscu w osobie x. Szymborskiego. Angażowano mnie okazyjnie. Stałym elementem było Triduum. Dopiero w związku z wyjazdem do Monachium w 2002 r. i podjęciem tam pracy na parafii ustały moje przyjazdy do Warszawy (i ogólnie do Polski, oprócz stron rodzinnych). 

Podsumowując: Nie byłem zaangażowany bezpośrednio w batalie wiernych z kurią i proboszczami. Przyjeżdżałem na gotowe. Z nielicznymi wyjątkami, byłem przyjmowany przez duchowieństwo w Warszawie życzliwie. Zwykle nie robiono mi trudności. Także x. Szymborski nie narzucał mi swojego stosowania nowego porządku czytań. 

Natomiast od jesieni 1997 r. relacje ze strony wiernych oziębły, a od 2002 r. ustały (szczytem tego ustania jest powyższy artykulik P. Milcarka). Docierały do mnie jakieś dąsy, które mogłem różnie interpretować (choć to ja miałbym powody, chociażby z tego względu, że zwykle nikogo nie interesowało, czy mam za co - nie mając żadnej pensji - przyjechać z Bawarii czy Austrii, a gdyby nie finansowanie moich przyjazdów przez FSSP w okresie mojej współpracy czyli do połowy 1997 r., zresztą wyraźnie niechętne, to bym musiał je finansować ze stypendiów mszalnych, które wynosiły wówczas 10 DM czyli 5 €, czyli około 150 € na miesiąc; od 1998 r. płacono mi bilet lotniczy na przyjazd na Triduum, będąc zakwaterowany w hotelu sejmowym sam opłacałem posiłki). Zaś potwierdzeniem słuszności mojej decyzji o wycofaniu się z działalności w Warszawie i w Polsce było między innymi następujące zdarzenie: Ponad rok po wydaniu mojej książki (1997) przy okazji wspomniałem Markowi Jurkowi, który załatwił Marcina Dybowskiego jako jej wydawcę, że zostałem przez tego ostatniego oszukany (mam na to dowody). Wówczas Marek Jurek odpowiedział lakonicznie: "ważne, że książka się ukazała"... 


Post scriptum 1

Jest reakcja P. Milcarka:


I jest też moja odpowiedź:



Post scriptum 2

Dla pełności obrazu dodam jeszcze, że nie jestem jedynym tego rodzaju przypadkiem. Wspomniany już w innym miejscu pierwszy Polak wyświęcony w FSSP (w 2000 r.), pochodzący z Gdyni x. Tomasz Dawidowski, wyjechał z Polski i ostatecznie opuścił FSSP, przechodząc do diecezji drezneńskiej, właśnie z powodu traktowania go nie tyle przez władze kościelne w Polsce, co przez tzw. wiernych z Poznania oraz wyświęconego kilka lat po nim x. Wojciecha Grygiel'a. Głównymi dowodzącymi byli wówczas panowie Libiccy, również bliscy znajomi Marka Jurka, zresztą będący w dobrych stosunkach z ówczesnym arcybiskupem poznańskim Juliuszem Paetz'em. Wiem od samego x. Dawidowskiego, że chciał założyć placówkę FSSP w Polsce, a największe szanse widział w Krakowie, mimo że panowie Libiccy w Poznaniu mieli dobre stosunki z tamtejszymi władzami. Natomiast placówkę w Krakowie zarezerwował dla siebie x. Grygiel, który oczywiście nie przewidział dla siebie pozycji innej niż pierwsza. Jak wiadomo, środowisko poznańskie po przewodnictwem Libickich, współpracowało z przebierańcami wrocławskimi, czyli kolesiami x. Grygiel'a (więcej tutaj). Ten ostatni - mimo że od wielu lat publicznie głosi poglądy skrajnie modernistyczne i heretyckie - ma świetne stosunki ze środowiskiem kwartalnika "Christianitas", czyli z Pawłem Milcarkiem, czego dowodem jest częsta obecność chociażby na łamach tego pisma. 

Post scriptum 3

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, istotny, chyba nawet kluczowy. Widać go na przykładzie. Otóż jednym z członków redakcji kwartalnika "Christianitas" jest Michał Barcikowski. Pojawił się w tym środowisku pod koniec lat 90-ych i odtąd należy do jego twardego jądra. Wtedy, gdy jeszcze przyjeżdżałem do Warszawy, służył mi kiedyś do Mszy św. Zapamiętałem go jako uprzejmego. Niedawno na swoim profilu na fb umieścił nawet moją książkę z 1997 r. jako jedną z najważniejszych swoich lektur. Miałem go już jakiś czas temu wśród znajomych na fb, zresztą jak większość tego grona, jednak usunąłem po tym, jak w tym środowisku zaczęły się pojawiać tekściki broniące Lecha Wałęsę, negatywne odnośnie tzw. różańca do granic itp. 


Kilka tygodni temu M. Barcikowski zaprosił mnie do znajomych, co w swojej naiwności przyjąłem, nawet nie żądając wyjaśnień. Po czym przez przypadek okazało się, że wśród polubionych ma anonimową stronkę rzucającą na mnie podłe oszczerstwa, które są perfidną zemstą za mój text o oszustach w kręgach tzw. indultowych (jest tutaj):




Tym samym okazało się znowu, kim jest to towarzystwo. A kim jest? Otóż widać to na następującym przykładzie.

M. Barcikowski należy sam wprawdzie do starszej ekipy kwartalnika i jego środowiska. Dla jego obecnego stanu charakterystyczne są kariery i powiązania młodszego, które jest promowane. Chodzi głównie o jednego młodego człowieka, szczególnie exponowanego - zapewne nie przypadkowo -  z którym Barcikowski intensywnie się prezentuje:



Kim jest Paweł Grad, można się łatwo dowiedzieć w internetach:



Oprócz środowiska P. Milcarkowego, powiązany jest z "Teologią polityczną", czyli Opus Judaei, oraz tzw. Instytutem Nauk o Człowieku, do którego kuratorów należy m. in. George Soros (źródło tutaj)...


Założyciel owego "instytutu" był oczywiście blisko związany z kręgami krakowsko-warszawskiej żydomasonerii:



Tym samym widać, kto kontroluje pisemko P. Milcarka, którego zakulisowym współzałożycielem jest Marek Jurek. A potwierdza to następujący ładny obrazek (tak, to jest ta córka, której dawałem 1-ą Komunię św.):


I jeszcze jedno potwierdzenie:



M. Jurkowe urojenia - ciąg dalszy


Grono Jurkowo-Milcarkowe, czyli autorzy haniebnego "manifestu 16", nadal bezwstydnie się pogrąża. Otóż na portalu "Christianitas" (zwanym przez niektórych "Hipocritas") wstawiono nie mniej haniebny text Marka Jurka sprzed roku, gdy już wtedy w dość zakłamany sposób zaatakował Grzegorza Brauna za akcję gaśnicową. 

Oto obszerne fragmenty:


M. Jurek odnosi się tutaj do internetowego wywiadu z grudnia 2023 roku, udzielonego świeżo po słynnej akcji z gaśnicą. Przy porównaniu relacji M. Jurkowej z faktyczną wypowiedzią M. Brauna nie sposób nie zauważyć, że ten pierwszy albo nie umie słuchać ze zrozumieniem, albo świadomie przekręca i manipuluje. Oto odnośne fragmenty:


Swoje tekścidło M. Jurek pisał w reakcji na akcję z gaśnicą, czyli jest to atak na G. Brauna. Na jego wstępie były marszałek sejmu opisuje, jak to Adam Michnik dopuścił się poważnej manipulacji a właściwie zafałszowania faktów w związku z ogłoszeniem Mszy św. sprawowanej w kaplicy sejmowej w intencji o deszcz w sytuacji suszy. To fałszerstwo zrównuje ze słowami G. Brauna, iż to on - M. Jurek - jest przypuszczalnie jednym z dwóch głównych inicjatorów chanukki w sejmie. G. Braun zaznaczył wyraźnie, że tak "zdaje się". M. Jurek nie zdementował tego aż do stycznia 2025 roku, mianowicie do swojej dyskusji z P. Lisickim, gdzie mówi jakby mimochodem:


M. Jurek nie wydał żadnego sprostowania, gdy jeden z posłów PiS, czyli jeden z jego byłych kolegów partyjnych, powiedział z mównicy sejmowej w sposób kategoryczny to samo, co G. Braun powiedział ostrożnie jako przypuszczenie: 


M. Jurek nie tylko nie zdementował, lecz wpisał się w grono obrońców chanukki w sejmie. Uważał, że nie trzeba dementować? Że zdementowanie byłoby niekorzystne dla niego? Dlaczego nigdy nie wyjaśnił, kto jest odpowiedzialny za zaproszenie sekty Chabad Lubawicz do świętowania chanukki w sejmie?

Fakt, że M. Jurek zrównuje Michnikowe bardzo "luźne" podejście do faktów, czyli właściwie kłamliwą manipulację, z wypowiedzią G. Brauna, która była jedynie przypuszczeniem i to o tyle zasadnym, że jest prawdopodobnie oparta na tym, co jeden z posłów PiS czyli byłych kolegów partyjnych M. Jurka powiedział z mównicy sejmowej, świadczy po prostu o podłości. 

O podłości świadczy także M. Jurkowe przekręcenie tego, co G. Braun powiedział o ludobójstwie żydowskim. 

Przede wszystkim w owym wywiadzie G. Braun w żaden sposób nie odniósł się do życzeń chanukkowych M. Jurka wypowiedzianych w funkcji marszałka sejmu, lecz miał na myśli zapewne wystąpienie posła Polaczka, którego M. Jurek nie zdementował, a mógł to zrobić przynajmniej na portalach społecznościowych. 

Po drugie, podłe jest sugerowanie, jakoby G. Braun autoryzował "wymysły" na temat M. Jurka. 

Po trzecie, podłe jest przedstawianie rytuału chanukkowego inscenizowanego przez sektę Chabad Lubawicz jako "zapalenie przez żydowskich duchownych chanukowych lampek przy tablicy, gdzie pośród innych posłów, ofiar drugiej wojny światowej, widnieją nazwiska zamordowanych i zmarłych żydowskich posłów na Sejm Rzeczypospolitej". Na jakiej podstawie M. Jurek twierdzi, że sekta Chabad Lubawicz reprezentuje Żydów, którzy przed II wojną światową byli posłami na sejm? I od kiedy to chanukka jest upamiętnieniem zmarłych? 

Po czwarte, zakłamane i podłe jest zrównanie świętowania chanukki w sejmie z istnieniem synagog w państwie kościelnym czy rabinatu polowego. Od kiedy to świętowanie chanukki w sejmie jest istotną praktyką religii judaistycznej? Czy M. Jurek jako historyk i człowiek myślący na prawdę nie jest w stanie odróżnić tolerancji dla fałszywych kultów od ich promowania w przestrzeni publicznej? 

Po piąte, twierdzenie, jakoby Machabeusze byli "prawzorem licznych katolickich powstań" świadczy albo o ignorancji historycznej i teologicznej, albo o odrzucaniu katolickiego nauczania o wojnie sprawiedliwej. Nasuwa się też pytanie, czy M. Jurek w ogóle czytał Księgi Machabejskie. Jeśli czytał, to czy rzeczywiście uważa, iż takie oto fragmenty (1 Mach) mogą być pierwowzorem dla działania katolika? 



Podobnie w 2 Księdze Machabejskiej:








No cóż. Komuś się gruntownie pomieszały sprawy i minimalne standardy moralne. Kyrie eleison!

Czy jesteśmy semitami?



Jeden z sygnatariuszy niedawnego "manifestu szesnastu" Paweł Milcarek (więcej tutaj) próbuje od tyłu usprawiedliwić ów haniebny dokument, przytaczając pewną legendę: 


Problem jest z ostatnim zdaniem. Zacznijmy od początku. Otóż ta historyjka nie pochodzi z żadnej oficjalnej dokumentacji tego przemówienia Piusa XI, lecz w tej wersji została podana przez dyrektora radia belgijskiego, x. Louis Picard'a, a następnie przejęta przez publikacje francuskie. Wersja przemówienia opublikowana w watykańskim dzienniku L'Osservatore Romano nie zawiera ostatniego zdania. Rzeczywiście, pod względem teologicznym, to ostatnie zdanie jest niedopuszczalne. Nie zmienia tego fakt, że Benedykt XVI zacytował te słowa w swoim przemówieniu do delegacji żydów w nuncjaturze apostolskiego w Paryżu w 2008 roku (tutaj). 

Po pierwsze, semitami są nie tylko Żydzi i żydzi. Jeśli papież miałby te słowa rzeczywiście wypowiedzieć, to miał z pewnością na myśli - co wynika jasno z kontextu - potomków Abrahama, do których zaliczają się także np. Arabowie, a także inne narody Bliskiego Wschodu. 

Po drugie, nie ma czegoś takiego jak semityzm duchowy, ponieważ jest to kategoria etniczna, obejmująca wiele narodów, a nie religijna. Jest wręcz nie do pomyślenia, by tak wybitny umysł dopuścił się aż tak jaskrawo fałszywego pomieszania. 

Jak więc prawdopodobne jest wypowiedzenie tego ostatniego zdania przez papieża, który był wybitnym teologiem i znawcą judaizmu? Wygląda na to, że dość małe. 

X. Achille Ratti, późniejszy papież, nie był ignorantem w temacie. Był profesorem języka hebrajskiego w seminarium duchownym w Mediolanie i utrzymywał uprzejme relacje z tamtejszym rabinem, organizując odwiedziny wraz ze swoimi studentami w synagodze. 

Jako wizytator a następnie nuncjusz apostolski w Polsce słał merytoryczne wzmianki o żydach (źródło tutaj):

- Żydzi, stanowiący około jednej trzeciej ludności Warszawy, są "elementem najbardziej nikczemnym i najbardziej demoralizującym jaki można sobie wyobrazić, prowokującym i wykorzystującym niezawodnie zamieszki": 


- Założenie katolickiego uniwersytetu w Lublinie jest opatrznościowe, ponieważ uniwersytet warszawski jest zagrożony tym, że stanie się uniwersytetem żydowskim, którym już jest w znacznej części: 


- Bodaj największymi i najbardziej podłymi są wpływy żydowskie:


Najpoważniejszym argumentem w sprawie jest nieopublikowana encyklika Piusa XI Humani generis unitas, która leżała gotowa do podpisu na jego biurku w momencie gdy niespodziewanie zmarł na atak serca (kardynał Tisserant podejrzewał lekarza papieskiego o otrucie papieża, tym lekarzem był Francesco Petacci, ojciec kochanki Mussolini'ego, Clara Petacci). Została ona częściowo opublikowana na polecenie Benedykta XVI wraz z innym aktami owego pontyfikatu (więcej tutaj). Jak łatwo sprawdzić, nie ma w niej nic, co by potwierdzało owo słynne a wątpliwe co do autentyczności zdanie. 

Chanukka w natarciu - manifest szesnastu (z post scriptum)


Zostałem poproszony o wypowiedź:


Temat chanukki już poruszałem przy okazji akcji posła Grzegorza Brauna w grudniu 2023 roku (tutaj i tutaj). Temat właśnie powrócił i to w sposób dość nieoczekiwany choć nie zaskakujący. Otóż kilkunastu panów (z jedną panią) znanych jako przedstawiciele konserwatywnego środowiska polityczno-katolickiego opublikowało apel skierowany wprost przeciw tym, którzy krytykują publiczne obchody tego kabalistycznego święta. Tenże apel wpisuje się dość wyraźnie w atak arcybiskupa łódzkiego Grzegorza Rysia na rzeczonego Grzegorza Brauna z powodu plakatu, który ukazuje alternatywę: albo chanukka albo Boże Narodzenie. 


Zarówno Ryś jak też sygnatariusze "manifestu szesnastu" sprzeciwiają się takiej alternatywie oczywiście na korzyść chanukki. Podczas gdy wypowiedź Rysia jest zdawkowa, acz bardzo agresywna i jeszcze bardziej absurdalna, to "manifest" zapuszcza się w pewną argumentację, aczkolwiek nie najwyższych lotów. 



Przyjrzyjmy się bliżej. Po kolei.

1. Twierdzenie, jakoby Pan Jezus świętował chanukkę, jest bezpodstawne i właściwie kłamliwe. Ewangelia św. Jana (10,22-23) mówi jedynie, że Zbawiciel przechadzał się w portyku Salomona  w komplexie świątynnym podczas świąt "odnowienia świątyni". Tak więc, po pierwsze, nie ma nic o świętowaniu tego święta przez Pana Jezusa (nie było to wcale święto obowiązkowe dla każdego wyznawcy religii Mojżeszowej, ponieważ nie było świętem pielgrzymkowym), a po drugie czym innym było święto "odnowienia świątyni" za Jego czasów, a czym innym jest obecna chanukka w judaiźmie talmudycznym: wówczas świętowano oczyszczenie kultu świątynnego z elementów pogańskich wprowadzonych notabene przez kapłanów żydowskich, a obecna chanukka jest świętowaniem talmudyczno-kabalistycznej bajki o rzekomym cudzie z lampą. Mówi o tym wyraźnie choćby x. prof. Waldemar Chrostowski, wybitny znawca judaizmu (tutaj). Zaś stosunek Pana Jezusa do świątyni jerozolimskiej jest dość dobitnie wyrażony w tenże Ewangelii św. Jana (2,18-19), gdzie żydzi na żądanie znaku otrzymali od Niego odpowiedź: "Zburzcie tą świątynię, a Ja ją w trzy dni odbuduję". Ewangelista dodaje, że Chrystus miał na myśli świątynię Swojego ciała, czyli Zmartwychwstanie. Tym samym świątynia jerozolimska, zresztą w ówczesnym stanie zbudowana przez okrutnego tyrana, którym był Herod zwany Wielkim, nie miała dla Pana Jezusa trwałego znaczenia. Zaś ostatecznie i zupełnie straciła w Nowym Testamencie swoje znaczenie wraz z Jego ukrzyżowaniem i śmiercią, gdy to zasłona przybytku rozdarła się na dwoje od góry do dołu (Mt 27,51), co oznacza obnażenie przez Boga jego pustki i zarazem ukazanie próżności i bezsensowności kultu tam sprawowanego, a tym samym braku racji istnienia tejże świątyni. Przepieczętowaniem tego stanu rzeczy było zburzenie jej przez Rzymian w roku 70. Natomiast sekta Chabad Lubawicz propagująca publiczne świętowanie chanukki na całym świecie nie tyle świętuje odnowienie świątyni po zwycięstwie Machabeuszy, lecz jakby przygotowuje grunt do odbudowy jej obecnie jako symbolu "mesjańskiego" czyli ustanowienia panowania judaizmu przynajmniej w Jerozolimie i Ziemi Świętej. Wszak pierwotnie - od czasów talmudycznych - chanukka była świętem rodzinnym, gdyż obchodzono ją jedynie w rodzinach żydowskich. Dopiero "mesjanistyczna" sekta Chabad Lubawicz od kilku dziesięcioleci poczęła forsować to świętowanie w przestrzeni publicznej na całym świecie, w krajach o ludności we większości chrześcijańskiej. Nie bez znaczenia jest ustawianie obok świecznika zwanego chanukkija portretu ostatniego duchowego przywódcy tejże sekty pochodzącego z dynastii jej twórcy, Menachem'a Mendel'a Schneerson'a. Tenże człowiek, zwany przez wyznawców "rebe" i uważany za mesjasza, który ma zmartwychwstać, dość otwarcie popierał obecnego premiera państwa położonego w Palestynie, B. Netanyahu (por. tutaj i tutaj), który już wtedy nie krył zbrodniczych zamiarów wobec rdzennej ludności tego kraju, a ostatnio został przez instytucje międzynarodowe uznany za zbrodniarza wojennego. 

2. Punkt drugi jest szczególnie obłudny. Z jednej strony sygnatariusze zaznaczają, że jako katolicy nie świętują chanukki, a równocześnie domagają się szacunku dla świętowania przez żydów. Czyż ktoś usiłował zabronić czy choćby utrudnić to żydom? Wszak w debacie publicznej chodzi tylko o świętowanie w przestrzeni publicznej, co więcej w gmachu parlamentu i innych pomieszczeniach państwowych, co nie jest dane żadnej innej religii, nawet katolickiej, choć jest ona większościową w Polsce. Zaś zupełnie groteskowe jest twierdzenie, jakoby przez swoje świętowanie żydzi byli "świadkami Prawdy chrześcijaństwa". Jak ci, którzy negują Jezusa Chrystusa jako Mesjasza i oczekują swojego (a może to być tylko antychryst) mogą świadczyć o prawdziwości chrześcijaństwa? Czy ci panowie sygnatariusze wiedzą co piszą? Czy może uważają publiczność za debilną i gotową ślepo łyknąć takie bzdety? Tego nie zmienia nawet wskazywanie na traktowanie żydów przez papieży w państwie kościelnym, ponieważ nigdy i nigdzie nie przyznawano im (żydom) przywilejów, jakie zdobywa obecnie sekta Chabad Lubawicz. Od kiedy to domaganie się równego traktowania zarówno tej sekty jak też żydów ogólnie jest brakiem szacunku dla nich? Oczywiście oni zapewne uważają, że odpowiedni szacunek dla nich wymaga przyznania im przywilejów, co wynika z pojmowania siebie jako rasy wyjątkowej, jakby ponadludzkiej czy - według księgi Tanja, która jest ich "świętą księgą" a właściwie konstytucją - jedynie ludzkiej. Jednak czy godzi się, by władza państwowa bądź ktokolwiek zdrowo myślący, zwłaszcza po chrześcijańsku ulegał takiemu myśleniu?

3. Nie mniej perfidne jest twierdzenie, jakoby obecność Ksiąg Machabejskich w księgach kanonicznych Pisma św. była przez kogoś uważana za świętowanie ludobójstwa. To twierdzenie odnosi się zapewne do wypowiedzi Grzegorza Brauna, który chanukkę propagowaną przez sektę Chabad Lubawicz tak właśnie nazwał, ale nigdy tak nie nazwał przynależności Ksiąg Machabejskich do kanonu biblijnego. Na jakiej podstawie sygnatariusze utożsamiają te Księgi ze świętowaniem chanukki przez sektę, pozostaje ich słodką tajemnicą. W każdym razie poziom intelektualny i moralny tego zarzutu jest godny najwyżej brukowców. Panowie sygnatariusze mylą różne sprawy: przynależność Ksiąg Machabejskich do katolickiego kanonu biblijnego nie ma nic wspólnego ze świętowaniem chanukki. Zapewne chodzi im o wspomnienie Braci Machabejskich w liturgii rzymskiej jako męczenników (1 sierpnia). To wspomnienie nie ma dokładnie nic wspólnego ani z chanuką, ani ze świątynią jerozolimską lecz odnosi się do 2 Księgi Machabejskiej, rozdział 7, gdzie opisane jest męczeństwo siedmiu braci razem z matką za wierność prawu Mojżeszowemu (ich relikwie są czczone w Rzymie i w Kolonii). Nota bene: opisani tu męczennicy nie mają nic wspólnego ani ze zbrojnym powstaniem, ani tym bardziej z okrutnymi rzeziami na poganach. Wręcz przeciwnie, ich świętość polegała na wierze - zresztą bardzo bliskiej chrześcijaństwu - która nie miała ścisłego związku ze świątynią jerozolimską: 


4. Słodką tajemnicą sygnatariuszy pozostaje także podstawa twierdzenia, jakoby sprzeciw wobec świętowania chanukki przez sektę Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej był przejawem braku życzliwości i szacunku dla "kultury żydowskiej". Można owszem poniekąd zrozumieć tęsknotę niektórych do czasów, gdy Polacy na własnej ziemi często słyszeli od współobywateli: "wasze ulice, a nasze kamienice". Dla takiego stanu rzeczy Polacy mają żywić życzliwość i szacunek?

5. Niemniej pomieszane, fałszywe i zakłamane jest połączenie chrześcijańskiego charakteru państwa i dobra wspólnego z dobrem każdej społeczności, w tym wypadku sekty Chabad Lubawicz. Widocznie sygnatariusze nie zadali sobie choćby najmniejszego trudu dla zapoznania się z antyludzką, rasistowską ideologią tejże sekty i z jej celami wyłożonymi choćby w książce jej założyciela pt. Tanja. Gdyby sobie zadali choćby minimalny trud, to by nie byli w stanie uczciwie twierdzić, jakoby dobro tejże sekty dało się pogodzić z dobrem Polski i ludzkości, skoro według ideologii sekty jedynie żydzi zostali stworzeni przez Boga i są prawdziwymi ludźmi. 

6. Tutaj sygnatariusze znów kłamliwie stawiają pod adresem widocznie Grzegorza Brauna i popierających go zarzut "agresji, wrogości i szerzenia uprzedzeń". Ten zarzut jest postawiony oczywiście bez jakiegokolwiek odniesienia do faktów. A może chodzi im o słynną akcję z gaśnicą? To ma być akt agresji, wrogości i szerzenie uprzedzeń? A czyż aktem agresji, prowokowania wrogości i sprzyjania uprzedzeniom nie jest zupełnie wyjątkowe uprzywilejowanie sekty Chabad Lubawicz w postaci zaproszenia jej do świętowania swojego święta w gmachu parlamentu polskiego? Czyż choćby zamiar urządzenia świętowania Bożego Narodzenia w parlamencie izraelskim nie zostałby natychmiast powszechnie uznany za akt wrogości i bezczelną prowokację? Kto tu jest właściwie agresorem, jeśli bez pytania większości społeczeństwa polskiego udostępnia się sekcie, która nawet nie ma żadnych praw publicznych w Polsce, gmach najwyższych organów państwa polskiego?

7. Ostatni punkt "manifestu" jest szczególnie bezczelny właśnie z powodu szczególnej agresywności. Sygnatariusze oświadczają, że nie tylko deklarują swoje stanowisko, lecz niniejszym apelują do szerokiej publiczności o sprzeciw wobec sprzeciwu, który w sposób spektakularny wyraził Grzegorz Braun w akcji z gaśnicą, która to akcja przysporzyła mu sympatii i poparcia społecznego, oczywiście ku oburzeniu i zatrwożeniu tych, którzy chanukkę do gmachu sejmu wprowadzili i chcą ją tam utrzymać. Teraz, gdy G. Braun ogłosił swój start w wyborach prezydenckich, widocznie mają stracha, że ów jest w stanie skupić wokół siebie pokaźny elektorat, co zmobilizuje Polaków i ukaże całemu światu, na ile społeczeństwo polskie sprzeciwia się budowie Polin. Ten strach wyjaśnia absurdalność i kłamliwość tego "apelu" wraz z zarzutami. 

W stylu i też w treści nie trudno dostrzec, że inicjatorem i motorem tego "apelu" jest były marszałek sejmu z ramienia PiS i zarazem protagonista chanukki w sejmie Marek Jurek. To on widocznie wpadł na pomysł tego ataku na Grzegorza Brauna. Być może dostał takie zlecenie od tych, którym zawdzięcza swoją karierę polityczną. Oczywiście każdy ma prawo do zagrywek politycznych. Są jednak granice przyzwoitości: uczciwość intelektualna oparta na rzetelnej wiedzy oraz trzymanie się prostych faktów. A jeśli się deklaruje bycie katolikiem, to nieodzowne jest także trzymanie się zasad Kościoła, a nie wycieranie sobie ust katolicyzmem na doraźny i zakłamany użytek. 

W skrócie: mamy tutaj haniebny przypadek braku przyzwoitego poziomu zarówno merytorycznego jak też moralnego, co jest szczególnie skandaliczne w połączeniu z deklarowaniem katolicyzmu i przywiązania do Kościoła. Oczywiście każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie w kwestii przyznania sekcie Chabad Lubawicz wyjątkowej, wybitnie uprzywilejowanej pozycji w przestrzeni publicznej w Polsce. "Apel" szesnastu jednak właściwie nie jest żadnym poważnym głosem w dyskusji, lecz jedynie dość prymitywnym i manipulacyjnym atakiem na tych, którzy mają odmienne zdanie w owej kwestii. Czyżby tych szesnastu oraz ich zleceniodawcy czuli choćby podświadomie swoją słabość na tyle, że muszą się uciekać do tak dennej agresji? 

Na koniec dodam, że tak niskiego poziomu intelektualnego i moralnego nie spodziewałem się od sygnatariuszy, których dane mi było niegdyś poznać osobiście, a znam kilku z nich (Cenckiewicz, Jurek, Milcarek, Warzecha): 



Post scriptum

I jest też ciąg dalszy, który potwierdza moje wyrażone powyżej podejrzenie, kto jest inicjatorem i głównym autorem "manifestu szesnastu":


Przyznam, że oczom niedowierzam. Nasuwa się proste pytanie:
Gdzie i kiedy "obecność żydowska" sprzeciwiła się konfiskacie suwerennych kompetencyj RP, akceptacji konwencji genderowej czy rewolucji aborcyjnej? Czy Wy wiecie, co piszecie i uważacie ludzi za debili?