Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majewski M.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majewski M.. Pokaż wszystkie posty

Pseudonaukowe zabobony czyli oszustwa Marcina Majewskiego - cz. 1


W ostatnich miesiącach zwracano mi uwagę na działalność internetową Marcina Majewskiego, biblisty nauczającego w Krakowie zarówno na "papieskim uniwersytecie" jak taż na Uniwersytecie Jagiellońskim (być może zabezpieczył się posadą państwową na wypadek, gdyby z powodu herezji został wyrzucony z uczelni kościelnej). Przed laty kręcił się w środowiskach niby konserwatywnych teologicznie i był (jest?) zaprzyjaźniony ze "słynnym" Dawidem Gospodarkiem, który już jakiś czas temu wylądował na posadzie w pseudokatolickiej agencji judaistycznej tzw. KAI. 

Podesłano mi jego niedawne wystąpienie, wpisujące się w taktykę wszelkiej maści wrogów Kościoła, którzy akurat przed największymi świętami wystrzeliwują sensacje dość wyraźnie podważające sens danego święta, bądź przynajmniej usiłujące ten sens zmienić od wewnątrz czy podmienić. 

Zacznijmy, jak zwykle, od prezentacji istotnych fragmentów wystąpienia tego osobnika wraz z komentarzami na bieżąco. 


Tutaj Majewski jawi się jako wyznawca XVIII-XIX-wiecznego zabobonu, jakoby między wydarzeniami opisanymi w Ewangeliach a ich powstaniem, które rzekomo nastąpiło dopiero dziesięciolecia po owych wydarzeniach, miała miejsce czarna dziura. Chodzi oczywiście zwłaszcza o takie słynne - a obecnie już przestarzałe, bo sięgające już XIX wieku, głównie heglisty David'a Friedrich'a Strauss'a - tezy jak "demitologizacja" protestanckiego teologa R. Bultmann'a, powiązanego zresztą z nazistą Martin'em Heidegger'em, oraz nadal modna w pewnych kręgach teza komunistyczna, twierdząca, jakoby obecnie znane Ewangelie były wytworem gmin czyli wspólnot chrześcijańskich, co ma wyjaśniać różnice widoczne między księgami. Innymi słowy: między wydarzeniami czyli danymi historycznymi rzekomo istnieje przepaść, a Ewangelie są produktem przynajmniej fantazji czyli urojeń dalszych pokoleń chrześcijan, a nawet wręcz zbiorowego oszustwa. Zaś jedynym "argumentem" tego typu myślenia jest zabobon, jakoby wszelkie fakty o charakterze nadprzyrodzonym ze Zmartwychwstaniem włącznie nie mogły być historyczne, czyli nie mogły się wydarzyć. Ostatecznie jest to więc myślenie ateistyczne czy przynajmniej deistyczne, które nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek naukowością czy w ogóle ze zdrowym rozsądkiem. 

Następna teza Majewskiego:


Tutaj Majewski znowu prezentuje XIX-wieczny zabobon, który właśnie dlatego datuje Ewangelie na przynajmniej kilkadziesiąt lat po śmierci Jezusa, żeby "wyjaśnić" zawarte w nich wydarzenia nadprzyrodzone jako "mity" czy legendy. Schemat jest taki: cudów nie ma i nie może być, więc ich ewangeliczne opisy są albo zwykłym kłamstwem, albo nieco mniej kłamliwą legendą, która mogła powstać dopiero po śmierci świadków życia Jezusa Chrystusa. Majewski jednak jako biblista powinien wiedzieć,  że to nie ma nic wspólnego z naukowością. Nowsze i niewypaczone ideologicznie badania biblistyczne datują obecnie Ewangelię św. Markową na rok 44, a pozostałe Ewangelie na początek lat 60-ych, czyli czas, gdy przynajmniej znaczna część świadków wydarzeń jeszcze żyła. Oto przykładowi autorzy:


Przyzwoitość wymagałaby przynajmniej wspomnienia o różnych datowaniach. Natomiast podawanie XIX-wiecznego zabobonu jako wiedzy naukowej świadczy albo o ignorancji, albo o oszukiwaniu odbiorców, albo o jednym i drugim. 


Tutaj mamy typowy chwyt oszusta, liczącego na to, że ludzie nie potrafią czytać, albo nie będzie ich się chciało sprawdzić. Otóż kto sam sprawdzi te fragmenty Ewangelii, ten łatwo zauważy, że nie ma między nimi żadnej sprzeczności:

U św. Marka czytamy:

"wyszedłszy szybko pobiegły od grobowca, a opanowało je drżenie i uniesienie, i nie mówiły do nikogo, bały się bowiem"

U św. Mateusza:

"wyszedłszy szybko od grobowca z bojaźnią i radością wielką pobiegły aby powiadomić Jego uczniów"

Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że ten werset u św. Marka jest końcem bez zakończenia (o tym będzie poniżej), czyli z pewnością nie podaje wszystkiego, także dlatego, że jest to Ewangelia najkrótsza. Po drugie, powiedzenie, że niewiasty nikomu nic nie mówiły, można dobrze zrozumieć w odniesieniu do tego, że po drodze nikomu nic nie mówiły, zanim zaszły do uczniów zamkniętych we wieczerniku. Po trzecie, zarówno św. Marek jak też św. Mateusz mówią, że niewiasty się bały, a św. Mateusz dodaje, że były bardzo uradowane. To w ogóle nie przeczy św. Markowi, który mówi, że opanowało je zarówno drżenie jak też i uniesienie. Trzeba więc być zupełnie uprzedzonym na rzecz pseudonaukowego zabobonu, by widzieć tutaj sprzeczność. Wystarczy prosta logika, by wiedzieć, że niepowiedzenie wszystkiego czy powiedzenie w innych słowach nie jest zaprzeczeniem. 

Podobnie rzecz się ma tutaj:


Majewski znowu na siłę szuka sprzeczności tam, gdzie jej nie ma. Przecież niewiasty nie zdążyły namaścić ciała z powodu szabatu, więc to była sytuacja wyjątkowa i nie trzeba tutaj zwyczaju podwójnego pochówku. Nawet jeśli późniejsze namaszczenie byłoby wbrew zwyczajom żydowskim - a raczej brak namaszczenia był wbrew zwyczajom - to przecież Pan Jezus Swoim nauczaniem i przykładem wskazywał, że miłość jest ważniejsza niż zwyczaje, a niewiasty z miłości chciały namaścić ciało, przynajmniej w jakiś uproszczony sposób. Wtedy ciało Pana Jezusa spoczywało w grobie około półtora doby, co w warunkach zimowo-wiosennych i to w grocie skalnej nie oznaczało rozkładu ciała. W jeśli by nawet tak było, to miłość i szacunek dla Mistrza były na pewno silniejsze niż tego typu względy. Wystarczy trzeźwo pomyśleć wraz z kontextem, bez uprzedzeń i zabobonów pseudonaukowych. 


Tutaj Majewski znów albo wykazuje się niewiedzą w dość podstawowej sprawie, albo mimo wiedzy kłamie na doraźny użytek. Otóż wśród biblistów nie ma zgodności co do chronologii powstania Ewangelij. Zwłaszcza tzw. szkoła jerozolimska opowiada się za pierwszeństwem Ewangelii św. Mateuszowej, aczkolwiek z różnymi wariantami. Ogólnie jest sporo hipotez, które znacznie się różnią od siebie. Można sobie zobaczyć dobry przegląd tutaj. A tak wygląda bardzo uproszczony uporządkowany schemat wielości hipotez, przy czym istotne jest, że są to tylko hipotezy i nie ma jednej powszechnie uznanej chronologii, wbrew temu, co bredzi Majewski:


Jeszcze bardziej bezczelnie kłamie Majewski - zakładając, że ma jednak elementarną wiedzę, którą mieć powinien - tutaj:


Otóż kłamstwem jest:
- jakoby Ewangelia św. Marka nie mówiła nic o zmartwychwstaniu
- jakoby Ewangelia św. Marka w pierwotnej wersji kończyła się na 16,8

Chodzi tutaj o dość zagadkową sprawę z tzw. kanonicznym zakończeniem Ewangelii św. Marka. Majewski twierdzi, że "pierwotna wersja" tejże Ewangelii kończy się na wersecie 16,8. Przeciw temu przemawia fakt, że to zdanie ani stylistycznie ani treściowo nie może być zakończeniem, ponieważ w języku greckim spójnik γαρ nigdy nie stanowi zakończenia nawet akapitu, a tym bardziej całej księgi. Owszem, część rękopisów pochodzących z IV wieku nie zawiera wersetów od 16,9. O tym dalej mówi Majewski:


Wszystkie trzy kwestie - wiek chronologiczny Ewangelii św. Markowej, przynależność Mk 16,9-20 oraz wiarygodność opisów odnośnie do Zmartwychwstania - są oczywiście powiązane w narracji Majewskiego, ale nie muszą być koniecznie. Także w tej drugiej kwestii Majewski po prostu bezczelnie kłamie (zakładając, że ma wiedzę, którą powinien mieć już student teologii). 

Otóż za przynależnością Mk 16,9-20 do oryginalnej wersji Ewangelii przemawia wiele. Oprócz tego, że zdanie 16,8 choćby stylistycznie nie może być zakończeniem, istotne jest, że

- wersety 16,9-20 są znane już w pierwszej połowie II wieku (130-150 r.) u takich autorów jak św. Justyn, Tacjan, św. Ireneusz z Lyonu, potem też u św. Epifaniusza, św. Jana Chryzostoma, św. Ambrożego

- 99% zachowanych rękopisów zawiera 16,9-20, a są to nie tylko ok. 1600 rękopisów greckich lecz także starożytne tłumaczenia syryjskie, ormiańskie, gruzińskie

- jedynie dwa greckie rękopisy, mianowicie Codex Sinaiticus oraz Codex Vaticanus, pochodzące dopiero z IV w., nie zawierają 16,9-20, aczkolwiek kopiści, którzy je pisali, musieli znać ten fragment. 

Owszem, są autorzy starożytni jak Eusebiusz i za nim św. Hieronim, według kórych duża część czy większość greckich rękopisów nie zawiera Mk 16,9-20. Należy jednak pamiętać, że jest to już IV i V wiek, gdy - w wyniku wzrostu popularności chrześcijaństwa i tym samym potężnego zwiększenia zapotrzebowania na księgi biblijne - doszło do pierwszej masowej produkcji manuskryptów, a po okresie prześladowań, podczas których regularnie niszczono księgi chrześcijańskie, dysponowano jedynie niewielką ilością exemplarzy zachowanych z czasów apostolskich. Nie można wykluczyć, że większość rękopisów pochodzących z czasów apostolskich zawierała 16,9-20, nawet jeśli ten fragment stanowi streszczenie tego, co pozostałe Ewangelie synoptyczne opisują co do objawień Zmartwychwstałego. 

W każdym razie ani krótsze, ani dłuższe zakończenie Ewangelii św. Markowej nie ma nic wspólnego z negacją czy choćby przemilczeniem Zmartwychwstania. 


Prowadzący rozmowę wyciąga logiczny wniosek z kłamliwych wywodów Majewskiego, a ten próbuje wybrnąć w pokrętny sposób, uciekając się znowu do zakłamanej ideologii iście modernistycznej, konkretnie do fałszywego pojęcia wiary. Posługuje się przy tym znowu zakłamanym rzekomym cytatem z paschalnego Exsultet, który w rzeczywistości brzmi następująco:


Jak widać, nie ma tutaj mowy o byciu świadkiem Zmartwychwstania, lecz o wiedzy co do godziny Zmartwychwstania. To jest istotny niuans, ponieważ Majewski usiłuje podważyć historyczną wartość nowotestamentalnych świadectw dotyczących tego wydarzenia. Ładnie, a obłudnie się uśmiechając, twierdzi, jakoby te świadectwa miały znaczenia tylko dla tych, którzy już wierzą. Nasuwa się pytanie: na jakiej podstawie oni wierzą? Czyż taka wiara nie jest przynajmniej naiwna, a nawet wręcz głupia? Do tego nieuchronnie zmierza tok myślenia Majewskiego, który widocznie podoba się prowadzącemu rozmowę. 

Odpowiednio debilny jest następny pseudoargument Majewskiego:


Odpowiadam: na jakiej podstawie Zmartwychwstanie znalazło się w Credo jeśli nie z powodu świadków, którzy widzieli pusty grób oraz Zmartwychwstalego? Czymże byłoby wyznanie wiary bez wiarygodności tych świadków i ich świadectw, jeśli nie jedynie mitem czy legendą? Jeśli Apostołowie mogli przekonać jedynie wierzących, to skąd się oni wzięli, tzn. na jakiej podstawie stali się wierzącymi? Na jakich dowodach zwykle i przeważnie opierają się historycy jak nie właśnie na relacjach wiarygodnych świadków? Z jakiego powodu akurat świadectwo Apostołów, którzy za to swoje świadectwo ponieśli męczeństwo, miałoby być bez wartości dla historyka? No cóż, taki bełkot to jest rzeczywiście wyczyn godny profesora...

Tę samą taktykę imputowania oszustwa na doraźny użytek Majewski stosuje wobec św. Pawła:


Tak więc według Majewskiego oszustwo św. Pawła polega na tym, że Apostoł posługuje się "mitem" o Zmartwychwstaniu dla przetresowania chrześcijan w uznaniu i posłuszeństwie dla władzy kościelnej. "Mit" ma więc cel i funkcję społeczną i dyscyplinarną, jest więc nie tylko mitem czyli kłamstwem pod względem stosunku do rzeczywistych wydarzeń, lecz służy poniżeniu i zdominowaniu ciemnej masy katolików. Taki to był św. Paweł według Majewskiego...

Następnie Majewski dość wprost neguje realność Zmartwychwstania, sprowadzając je do subiektywnych "doznań" uczniów Jezusa: 


W słowach jest ostrożny, ale jego uśmieszek, wymieniany z prowadzącym rozmowę jest dość znaczący. To jest szyderstwo z wiary Kościoła w realność Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. 

Ciekawe, że nie zauważa sprzeczności w swoim "myśleniu", gdy mówi o tym, że Pan Jezus najpierw objawił się Marii Magdalenie: 


Tu akurat Majewski nie ma wątpliwości co do historyczności, czyli uznaje pierwszeństwo Mariji za historyczne, mimo że ono zupełnie nie odpowiada zwykłym ludzkim oczekiwaniom. 
Ciekawe jest też, na jakiej podstawie twierdzi, jakoby Pan Jezus nie ukazał się najpierw Swojej Matce, jak to podaje wielu Ojców i teologów Kościoła. Czyżby Majewski był wyznawcą absurdalnego biblicyzmu typu protestanckiego, dla którego jedynym źródłem wiary jest Biblia, a już nie Tradycja Kościoła?


Majewski wykazuje tutaj dość prymitywne myślenie w kategoriach modernistycznego Novus Ordo, gdzie na koniec czytań mszalnych wynaleziono - jako nowość - conajmniej mylące słowa "oto słowo Boże" i "oto słowo Pańskie". Otóż wedle teologii katolickiej, poświadczonej nawet w konstytucji Dei Verbum, Pismo św. jest zapisem słów i dzieła zbawczego wcielonego Słowa Bożego i to niepełnym. Utożsamianie Biblii ze słowem Bożym słusznie wychodzi naprzeciw a właściwie sprzyja ateistycznym atakom na rangę i nieomylność Biblii: skoro w Piśmie św. jako całości są pewne różnice a nawet sprzeczności (w rzeczach nieistotnych), to widocznie - tak argumentują szyderczo ateiści, ale też muślimy oraz inni wrogowie Kościoła - ten Bóg się myli. Słusznie Majewski zwraca uwagę, że Pismo św. jest zarazem słowem ludzkim, lecz on widocznie nie rozumie albo nie chce rozumieć katolickiego pojęcia natchnienia biblijnego, które oczywiście uwzględnia rzeczywisty stan kanonu ksiąg biblijnych oraz ich naturę. Według tego pojęcia Pismo św. jest nieomylne w sprawach istotnych dla zbawienia wiecznego czyli prawdy o Bogu i świecie oraz moralności. Niedoskonałości i usterki dotyczą wyłącznie spraw nieistotnych pod tym względem, ale do nich z całą pewnością nie należy realność Zmartwychwstania, mimo że to sugeruje Majewski. 

c. d. n.