Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apostazja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apostazja. Pokaż wszystkie posty

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalną podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej: 




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość-apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel ma aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkowo-krakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórując gościowi-apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje, lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej u kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym ze stajni masonów J. Tischner'a, J. Życińskiego i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach", a Grygiel bredzi jeszcze bardziej, poruszając się w sferze pseudonaukowych fantazyj dla dużych dzieci:


Jeśli by ktoś nie wiedział, to podaję, że dla tego typu fantazyj nie ma choćby najmniejszych przesłanek empirycznych, które są konieczne, by dyskusja miała sens na poziomie nauk przyrodniczych. To oczywiście nie przeszkadza Grygielowi - tudzież innym tego typu oszustom - w sprzedawaniu tego jako "wielkich pytań" naukowych i w tym też teologicznych. A on to sprzedaje wręcz dosłownie w postaci bełkotliwych publikacyj, którymi się chwali:


Tutaj Grygiel odkrywa, po co się umówił (z własnej inicjatywy, jak sam wyznaje) na wywiad, mianowicie dla promowania swojego "arcydzieła" stworzonego wespół z drugim krakówkowym apostatą o nazwisku Damian Wąsek (więcej o nim i jego kolaboracji z Grygielem tutaj). Jak trafnie podaje, prezentują oni dwie zasady:
- autonomia nauk przyrodniczych, w tym wypadku oczywiście rzekomych czyli żadnych, gdyż chodzi o ewolucjonizm (darwinizm), który nie jest nauką lecz ideologią,
- zmiana znaczenia dogmatów wiary, czyli oszustwo przez rzekomą zmianę jedynie językową. 
Obydwie zasady są oczywiście fałszywe i służą upozorowaniu zarówno naukowości jak też prawilności teologicznej. Zaś właściwie chodzi o podmianę wiary katolickiej na ideologię antykatolicką, która ma więcej wspólnego z kabałą niż z katolicyzmem, a służy zlaniu katolicyzmu z fałszywymi kultami, jak to widać już u mistrza i promotora Grygielowego, Michała Hellera (więcej tutaj). 

Dobrze, że Grygiel podaje konkretne przykłady:


On unika powiedzenia wprost, że według Grygielowo-Wąskowej "teologii ewolucyjnej" grzechu pierworodnego nie ma, a monogenizm - czyli wspólne pochodzenie całego rodzaju ludzkiego - jest błędny gdyż - rzekomo - sprzeczny z "nauką". Te dwa przykłady wystarczą, by orzec, że Grygiel i Wąsek są apostatami, którzy pod pozorami "naukowości" podważają nie tylko język teologii katolickiej, lecz jej istotne, wręcz fundamentalne treści. 

Grygiel oczywiście próbuje pozorować dobrą wolę i troskę duszpasterską, posługując się od dawna przestarzałym mitem, jakoby Kościół w swojej katechezie i homiliach postępował tak jak fundamentaliści protestanccy z ich prymitywnym traktowaniem Pisma św.:


To jest nic innego jak zabobon wzięty żywcem z propagandy ateistycznej, gdyż takiego podejścia Kościół nie miał nigdy, nawet względem takich bohaterów masonerii jak Galileusz i Giordano Bruno. Grygiel i Wąsek usiłują jednak jechać na tego typu przykładach, by rozkładać teologię katolicką od wewnątrz.

Ciekawe, że Grygiel w końcu jednak - chyba nie do końca świadomie - przyznaje, że dla niego kwestia właściwej interpretacji Księgi Rodzaju (i całego Pisma św.) jest "małostkowa" czyli nieistotna dla wiary katolickiej:

;

On widocznie czuje się tak bezpiecznie pod protekcją apostaty Rysia, że właściwie dość wyraźnie odkrywa swoje karty, zresztą podobnie do swojego protektora. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne. 


Czy poparcie dla tzw. drogi synodalnej jest popadnięciem w herezję?

 

Chodzi o karę automatycznej exkomuniki za przestępstwa takie jak apostazja, herezja i schizma. Z jednej strony można owszem mówić o materialnym popełnieniu w tym wypadku wszystkich trzech przestępstw. Z drugiej strony jednak postulaty tzw. drogi synodalnej są tak sprytnie ujęte, że formalnie trudno jest udowodnić winę. Konieczne byłoby wszczęcie procedury przedstawienia zarzutów, przesłuchania i wezwania do odwołania błędów. W obecnej sytuacji personalnej i politycznej w Watykanie jest to niestety mało prawdopodobne. O tym wiedzą przywódcy tzw. drogi synodalnej i właśnie dlatego pozwalają sobie na tego typu excesy. Zresztą nie są one nowością, gdyż tego typu poglądy i postulaty są prezentowane od dziesięcioleci zarówno na ambonach i salach wykładowych, jak też w mediach skrajnie modernistycznych. Dopiero za rządów Franciszka odważono się je sformułować na takim poziomie w dość otwarty sposób. Innymi słowy: apostazja establishmentu modernistycznego jedynie ujawniła się bardziej otwarcie, choć de facto ma miejsce od dawna i to już mniej więcej od Vaticanum II. 

Czy niekatolik może być chrzestnym?

 

Bycie chrzestnym (patrinus, patrina) jest urzędem kościelnym według norm prawa kanonicznego:

Tym samym nie może być chrzestnym (chrzestną) osoba, która dokonała apostazji bądź popadła w herezję. Jeśli taka osoba została formalnie wpisana jako chrzestny, to albo wcale nie otrzymała tego urzędu skutecznie (jeśli zataiła swoją apostazję względnie herezję), albo go utraciła automatycznie wraz z popadnięciem w apostazję względnie herezję. 

Nie ma obowiązku zastępowania tej osoby przez inną. Osoba ma moralny obowiązek zrzeknięcia się tego urzędu wobec rodziny. Rodzina nie powinna traktować tej osoby jako chrzestnego. Bierzmowanie dziecka jest okazją, by wybrać dziecku inną osobę jako świadka bierzmowania, który by wspierał rodziców w wychowaniu we wierze. 

Czy pocałowanie Kuranu jest aktem apostazji?


Apostazja jest wyrzeknięciem się wiary Boga Trójjedynego i tym samym w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Sam fakt pocałowania Kuranu nie jest tym wyrzeknięciem się, zwłaszcza w kontekście całości wypowiedzi i nauczania Jana Pawła II. Nie ma podstaw do stawiania tego gestu ponad wypowiedziami i nauczaniem.

Oczywiście można i należy mieć zastrzeżenia wobec owego gestu. Można go zrozumieć jako spontaniczną reakcję na przekazanie podarunku, aczkolwiek w kontekście całości myślenia i nauczania Jana Pawła II, które niewątpliwie są ukształtowane przez dokumenty Vaticanum II. To one z jednej strony oczywiście nie zaprzeczają wierze w Boga Trójjedynego, a równocześnie zawierają teologicznie bezpodstawne, absurdalne i fałszywe zdania odnośnie islamu, o czym już pisałem (zwłaszcza tutaj i tutaj).

Niemądre gesty czy słowa Jana Pawła II, czy nawet w dokumentach Vaticanum II, nie są wiążące dla katolika, gdyż nie są drogą Kościoła. Droga Kościoła jest wyznaczona przez Boże Objawienie poświadczone w Tradycji Kościoła i Piśmie św., także w sprawie islamu. Nikt nie może narzucić katolikom innej drogi.

Apostacka "wizja" czyli nowe szaty x. Heller'a



Jednym z najbardziej znanych duchownych w Polsce jest x. Michał Heller (już kiedyś było mi dane krótko o nim napisać). Jego popularność wręcz explozywnie wzrosła w 2008 r. w związku z przyznaniem mu tzw. nagrody Templeton'a. Posypały się też inne nagrody i zaszczyty, o których sam zainteresowany słusznie zauważa, że są "nagrodami za nagrodę" (źrodło tutaj od min. 29:00):



Nagroda została ufundowana przez amerykańskiego spekulanta giełdowego, John'a Templeton'a, który "dorobił się" w ten sposób pokaźnego majątku. Klucz do zrozumienia tej nagrody jest podany wprost w oficjalnym opisie. Otóż bazuje on na idei fundatora, którą jest "postęp w religii":


Jak ów "postęp" należy rozumieć, jest dość jasne w kontekście, gdyż oprócz ufundowanej nagrody Templeton założył organizację pseudoreligijną o iście antychrześcijańskim charakterze:


Otwarcie podaje się jako cel stworzenie "nowych form/ wyrazów religijnej wiary i praktyki": 


Aktualnie głównym projektem tej organizacji jest zbliżenie judaizmu, chrześcijaństwa i islamu poprzez konkretnie podany sposób działania:





Tak więc kontakty i spotkania "ekumeniczne" mają prowadzić do tworzenia wieloreligijnych społeczności, wytworzenia "więzi" oraz współpracy.
Cel pozornie szczytny, niby humanitarny. Jednak kryje się za tym coś zupełnie antyhumanitarnego, mianowicie tłumienie pytania o prawdziwą religię i tym samym pośrednie, praktyczne odrzucenie prawdziwości religii jako takiej, w szczególności chrześcijaństwa jako prawdziwej religii. 

Przyjrzyjmy się więc działalności x. Heller'a. Pośród narosłych w ostatnich latach niezliczonych peanów i uwielbień - zresztą dość pustych i banalnych - należy najpierw na trzeźwo wydobyć suche fakty. Można tutaj pominąć dziedzinę prywatną.
Oficjalnie daje (każe?) się on przedstawiać następująco (źródło tutaj od min 00:30):


Natomiast oficjalne informacje na wiki podają:

Jakie kwalifikacje stoją za tym? Otóż wbrew pozorom i kłamliwej propagandzie są one dość słabe:
- w seminarium duchownym w Tarnowie napisał pracę magisterską w dziedzinie exegezy Księgi Rodzaju u x. prof. Stanisława Łacha
- zrobił magisterium i doktorat z filozofii przyrody na KUL w temacie kosmologii relatywistycznej u x. prof. Stanisława Mazierskiego (o recenzji pracy mówi tutaj)
- był słuchaczem na wydziale fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, bez wyników naukowych i bez żadnej pracy naukowej
- zrobił habilitację, nie wiadomo gdzie, u kogo i na jaki temat
- był wykładowcą logiki i filozofii przyrody w seminarium duchownym w Tarnowie
- od 1972 r.  był wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym w Krakowie
- według własnej informacji podanej w autobiograficznym wywiadzie, od 1976 r. był "visiting professor" na uniwersytecie katolickim w Lowanium (Belgia), przy czym informacja jest absurdalna i ewidentnie kłamliwa, ponieważ równocześnie jest mowa o stypendium naukowym zdobytym dla niego przez kard. Wojtyłę, więc widocznie się tam douczał, a nie nauczał:


- w 1980 r. przebywał na stypendium w Catholic University of America w Waszyngtonie, bez żadnej znanej pracy naukowej
- przebywał także na stypendiach naukowych w Oxfordzie, Cambridge, Leicester (Anglia) oraz Bochum (Niemcy), również bez znanych wyników w postaci pracy naukowej uznanej przez te uczelnie.

Resztę kariery x. Heller zawdzięcza Janowi Pawłowi II (notabene znanemu ze specyficznego patriotyzmu lokalnego), który go powołał do współpracy z obserwatorium astronomicznym w Castel Candolfo oraz do Papieskiej Akademii Nauk, do której zresztą powoływani są także wyznawcy innych religij a nawet ateiści. Naukowy profil na oficjalnej stronie Akademii podaje ewidentnie nieprawdziwą informację, jakoby x. Heller był fizykiem teoretycznym, mimo że - jak wynika z oficjalnych biografij - nie ukończył żadnych studiów z fizyki, nie zdobył żadnego tytułu naukowego i nie opublikował żadnej pracy naukowej w tej dziedzinie:


Internetowa Britannica podaje niekonkretne i wieloznaczne dane, co jest bardzo dziwne, gdyż chodzi o osobę żyjącą, która ma obowiązek podać i udokumentować poszczególne etapy swojej działalności i kariery naukowej:


Tak więc nie do końca wiadomo, co x. Heller robił na zagranicznych uczelniach: czy wizytował tzn. dokształcał się, a nie ma żadnych prac naukowych przyjętych przez te uczelnie, czy prowadził tam wykłady, ale nie ma go w spisie wykładowców. Czyli mamy do czynienia z poważną luką w biografii. W sumie więc, mimo szumnych wpisów o rzekomej działalności naukowej za granicą, wychodzi na to, że
- nie zdobył żadnego tytułu naukowego poza uczelnią kościelną w Lublinie (KUL),
- nigdy nie był pracownikiem żadnej uczelni poza kościelnymi w Tarnowie i Krakowie,
- liczne stypendia naukowe nie zaowocowały ŻADNĄ pracą naukową uznaną przez "wizytowane" czy jakiekolwiek inne uczelnie.
Nasuwa się pytanie: dlaczego są takie fałsze i niejasności odnośnie kwalifikacji naukowej? Podejrzenie o hochsztaplerstwo - i to systematycznie uprawiane - wygląda na mocno uzasadnione.

Należy podkreślić, że x. Heller był zawsze i nadal jest jedną z czołowych postaci katolewackiego środowiska "Znak", do czego się otwarcie przyznaje (źródło tutaj od min 35:27):


To właśnie, dość wpływowe środowisko pompowało i pompuje sławę i popularność x. Heller'a i to w sposób wręcz groteskowy (źródło tutaj od min 14:30):



Nie stroni przy tym od prymitywnych chwytów na poziomie budki z piwem albo jeszcze gorzej (źródło tutaj od min 32:02):

  

Aczkolwiek zdarzają się też trafne żarty, jak ten świadczący o autoironii (źródło tutaj od min 47:35):



Analizując poglądy x. Heller'a, ograniczę się do wypowiedzi dotyczących teologii przynajmniej pośrednio, czyli także filozofii. Uczynię tak z dwóch powodów:
- Jak widać w powyższym zarysie biograficznym, x. Heller nie ma ŻADNEJ kwalifikacji naukowej w dziedzinie nauk przyrodniczych i matematycznych, więc widocznie już dlatego nie może brać udziału i de facto nie bierze udziału w poważnej fachowej debacie w tej dziedzinie, i zapewne dlatego jego wypowiedzi w tej tematyce nie są traktowane poważnie w kręgach przyrodników i matematyków.
- Z wykształcenia jest teologiem (ukończenie seminarium duchownego) oraz filozofem przyrody (magisterium, doktorat i habilitacja), a wypowiada się stale łącząc te dziedziny i to w sposób niegodny zarówno naukowca jak też kapłana.

Zbędne jest przedstawianie całości jego twórczości książkowej, która zresztą nie ma charakteru naukowego, ani metodologicznie ani formalnie. Zresztą treść jego książek porusza się - pod względem zarówno matematyczno-przyrodniczym jak też filozoficznym - w obrębie banałów na poziomie najwyżej pierwszych lat studiów, poszerzonych o anekdoty i pozory oryginalności polegającej na groteskowych i wręcz absurdalnych postulatach natury pseudofilozoficznej i pseudoteologicznej, owiniętych w aurę pozornej naukowości matematyczno-przyrodniczej. Natomiast ostrze przekazu jest dość oczywiste: skierowane jest wprost bądź pośrednio przeciw zasadom i tezom filozofii i teologii katolickiej. Do takiego wniosku prowadzi uważne prześledzenie wypowiedzi x. Heller'a dostępnych w internecie.

Szczególnie interesujące są wystąpienia x. Heller'a w związku z jego 80-ymi urodzinami i potem, ponieważ, jak sam wyznaje, po 80tce można sobie już na wszystko pozwolić (źródło tutaj od min 44:22):


Charakterystyczne jest stanowcze odrzucenie poszukiwania zgodności między naukami przyrodniczymi a opisem stworzenia z Księgi Rodzaju (źródło tutaj od min 56:58):


To odrzucenie staje się zrozumiałe wobec następującego ujmowania rangi i miejsca człowieka w rzeczywistości (źródło tutaj od min 3:30):


Interesująca, choć zarazem zdawkowo-wymijająca jest odpowiedź na zapytanie wprost o osobiste godzenie nauk przyrodniczych i wiary (źródło tutaj od min 1:05:00):


Nie przypadkowo x. Heller odsyła do swoich książek, w których notorycznie i absurdalnie atakuje potwierdzanie prawdziwości właściwej treści Pisma św. odnośnie do stworzenia przez wyniki prac przyrodników, jak ma to miejsce w koncepcji "inteligentnego projektu":




W zamian mówi enigmatycznie, że między "wiarą otwartą i nauką o szerokich horyzontach nie ma konfliktu" (źródło tutaj od min 11:15)


Co x. Heller rozumie przez "wiarę otwartą"? Nie podaje definicji, ani nie wyjaśnia, o co mu właściwie chodzi. Można jednak wywnioskować z jego wypowiedzi, w których od dawna i regularnie atakuje arystotelizm i tomizm.
Wręcz irracjonalną awersję do arystotelizmu wykazuje szyderczo w tej wypowiedzi (źródło tutaj od min 28:18):


Swoje pogardliwe niezrozumienie, czym jest arystotelizm, ujawnia przy tej okazji (źródło tutaj od min 25:38):


Ta wypowiedź kłamliwie pomija, że to Arystoteles stworzył filozoficzne, pojęciowe i metodologiczne podstawy naukowości, zwłaszcza dla nauk przyrodniczych. Przeciwstawianie arystotelizmu naukom przyrodniczym może polegać jedynie albo na elementarnej ignorancji odnośnie historii i metodologii nauk, albo na perfidnym oszukiwaniu odbiorców.
Jednym z fragmentów, gdzie dość otwarcie ujawnia swoje poglądy, jest przyznanie się do zwalczania tomizmu (tutaj od min 26:40):


X. Heller stosuje tutaj typową metodę: to, co chce ośmieszyć, sprowadza do metafory, pod którą kryje się pogarda. W ten sposób, manipulując uczucia odbiorców, odwraca uwagę od sedna sprawy. Nie wyjaśnia bowiem, na czym polega według niego różnica między prawdą a tomizmem. Nie podaje choćby przykładu prawdy, którą ma na myśli. Przekaz polega więc wyłącznie na porównaniu tomizmu to butelki i to znienawidzonej bo "wtłaczanej do gardła". Oto cała mądrość tej wypowiedzi.

Nawet na drążące pytanie swojego kolegi odpowiada jedynie wymijająco (źródło tutaj od min 37:26):


Inna wypowiedź przy okazji dotycząca tomizmu jest również znamienna (źródło tutaj - od min 49:45):


Jasne jest, że x. Heller wpierw unika odpowiedzi, kim jest Bóg i jak należy o Nim mówić chociażby dzieciom. Przyciśnięty przez prowadzącego posługuje się wybiegiem, w którym sam się plącze: odpowiedzią ma być wskazanie na definicję ostensywną, przy czym rodzice mają być "przykładem" oznaczającym i okazującym Boga. Czyli według niego, rodzice mają wskazywać na siebie jako przykład tego, kim jest Bóg. X. Heller kończy to zdanie sarkastycznym śmiechem, w którym wtóruje mu publiczność.
Sarkastyczne jest także zestawienie teologii św. Tomasza z "teologią" prostego człowieka modlącego się "pod figurą". To perfidne zestawienie wyraża dość wyraźnie pogardę dla tej pierwszej.

We wielu swoich wystąpieniach x. Heller opowiada się natomiast za "teologią apofatyczną". Podaje, co przez to rozumie (źródło tutaj od min 2:48):


Słusznie wskazuje tutaj na Pseudo-Dionizego Areopagitę, jednak wykazuje fundamentalne niezrozumienie przedmiotu. W tak zwanej teologii negatywnej nie chodzi bowiem o negację poznania Boga, lecz o orzekanie o Bogu za pomocą określeń odnoszących się pierwotnie do świata stworzonego, które w zastosowaniu do Boga są poprzedzane zaprzeczeniem jak na przykład "niestworzony", "nieskończony", "niewidzialny", "nieśmiertelny" itp. Nie ma to więc - wbrew sugestiom x. Heller'a - nic wspólnego z agnostycyzmem teologicznym czy filozoficznym.

Tutaj mówi bzdurę odnośnie teologii w ogóle (źródło tutaj od min 23:30):


Pozornie słuszne rozróżnienie między "ciągłością" rozumianą jako "wierność" a "otwarciem na zmianę" jest tutaj perfidnym chwytem demagogicznym. Absurdalne i już nawet historycznie fałszywe jest przeciwstawienie tutaj chrześcijaństwa zachodniego wschodniemu. Widocznie x. Heller nie wie o poważnych zmianach w łonie chrześcijaństwa wschodniego względem Tradycji patrystycznej (pod względem zarówno teologicznym, jak też liturgicznym i prawnym) i wyznaje propagandowo-brukowcowy zabobon, jakoby tzw. prawosławie było bardziej patrystyczne niż Kościół katolicki. Podany przykład nieuznawania soborów późniejszych (widocznie x. Heller nie jest w stanie powiedzieć, który sobór jest uznawany przez tzw. prawosławie jako ostatni) świadczy o fundamentalnej ignorancji, gdyż wystarczy wiedzieć, że chodzi o sobory sprzed schizmy w 1054 r. czyli powszechne w rozumieniu prawosławnym. Powodem nieuznawania soborów późniejszych nie jest "wierność" lecz - w pojęciu teologów wschodnich - brak jedności i tym samym możliwości soboru powszechnego czyli wspólnego dla chrześcijaństwa wschodniego i zachodniego. Nieprawdą jest także, jakoby zmiany w liturgii były "bardzo słabo tolerowane" w prawosławiu, gdyż przeciw tej tezie świadczy choćby fakt reformy liturgicznej Nikona w Rusi, która doprowadziła do schizmy. Z drugiej strony Kościół katolicki miał przed Vaticanum II liturgię o wiele starszą niż wszystkie obrządki bizantyjskie (tradycyjna liturgia rzymska jest najbliższa starożytnej liturgii antiocheńskiej poświadczonej najbliżej u maronitów). Groteskowym bełkotem jest powiedzenie, że w Kościele "co chwila jakiś sobór zmienia łacinę na język narodowy". Jak powszechnie wiadomo, łacina była językiem liturgii i oficjalnym Kościoła od starożytności. Co więcej: także ostatni sobór tego nie zmienił, lecz wyraźnie powiedział (konstytucja o liturgii):


Jest właściwie skandaliczne, że x. Heller po pierwsze widocznie nie zna dokumentów soborowych, a po drugie w związku z tym publicznie wygłasza ewidentną nieprawdę. 

W ramach prezentacji książki - obszernego wywiadu wydanego z okazji 80-ych urodziny - został wyróżniony znamienny fragment, który widocznie należy uznać za swoiste  wyznanie "wiary" (źródło tutaj od min 48:30):


Jeśli to nie ma być bezmyślny bełkot - co można wykluczyć, gdyż jest to wywiad-rzeka w formie pisanej - to oznacza nie mniej nie więcej, że x. Heller przypisuje sobie
- preegzystencję czyli istnienie przed bytem doczesnym
- 'stąpanie" po wieczności, czyli jej deptanie,
- przejście do wieczności po śmierci, twierdząc, że jest ona ta sama, z której rzekomo wyszedł.
Te twierdzenia przypominają nie tylko pogańską wiarę w reinkarnację, lecz także centralną w ideologii masońskiej koncepcję "boskiej iskry", która jest głoszona obecnie w ruchach globalistyczno-ezoterycznych, niby łączących naukowość i duchowość (por. chociażby tutaj). Do tego nurtu należy zwłaszcza założyciel "Club of Budapest", żydowski filozof Erwin Laszlo, inicjator tzw. Deklaracji z Fuji. Ta myśl jest zresztą także obecna w filozofii chasydów, co poświadcza chociażby żydowski artysta Jehuda Bacon:

(źródło tutaj)

Zgadza się to zupełnie z rozumieniem wieczności podanym przez x. Heller'a (źródło tutaj od min 4:10):


Zupełnie pomieszane ma pojęcie Boga (źródło tutaj od min 8:40):


Powołuje się na katechizm, a mówi coś zupełnie innego i to nawet ignorując podstawowe rozróżnienie, obecne nagminnie już w filozofii starożytnej i potem w chrześcijaństwie, mianowicie między obecnością Boga istotową a obecnością w działaniu, czyli obecność mocy Bożej. Jest to istotne dla pojęcia Boga jako Transcendencji i Absolutu, czyli Bytu różnego od bytów świata stworzonego, a zarazem ogarniającego ten świat czynnością stwórczą i utrzymującą w istnieniu. Ta wypowiedź x. Heller'a zamazuje tę różnicę i to nie przypadkowo, co jest oczywiste na tle innych jego wypowiedzi.

Podobnie jest w wypowiedziach x. Heller'a o charakterze bardziej praktycznym jak ta odnośnie formacji w seminariach duchownych (źródło tutaj od min 21:22):


Otóż najpierw twierdzi, że obecne studia i formacja pochodzą z końca XIX w., są zupełnie nie przydatne i należy jest gruntownie zreformować, przy czym za wzór stawia reformę potrydencką, na której właśnie opierają się obecnie nadal - przynajmniej w Polsce - zasady i struktura studiów. Jakby nie było jeszcze dość sprzeczności w tym, co mówi, podaje przykład ze Stanów Zjednoczonych (był tam na stypendium w drugiej połowie lat 70-ych), gdzie alumni są kształceni na "pracowników socjalnych" czyli bez podstaw filozoficzno-teologicznych. Tak więc miesza tutaj nie tylko fakty i własne postulaty, ale nawet prawdę i fałsz. Nie trzeba mieć wybitnej wiedzy w temacie, by wiedzieć, że formacja seminaryjna od reform potrydenckich aż do Vaticanum II miała dwie główne zasady: dyscyplina klasztorna oraz studia tomistyczne. Te zasady x. Heller widocznie chciałby obalić, a zamiast nich przestawić na "kierunek", w którym "świat poszedł" od końca XIX wieku. Jaki to kierunek? Tego się nie dowiadujemy, co zresztą nie zaskakuje, gdyż jest to typowa taktyka wypowiedzi x. Heller'a. Skoro ten człowiek w dość prostej sprawie tak okrutnie miesza i ściemnia, to właściwie nie powinno dziwić, że czyni to także w bardziej złożonych i abstrakcyjnych kwestiach.

Obszerniejsza i jeszcze ciekawsza jest przedstawiona przez x. Heller'a osobno jego "wizja" rzeczywistości i zarazem historii wszechświata. Warto się jej przyjrzeć, gdyż według słów samego autora stanowi ona jakby apogeum jego myśli, uwieńczenie poglądów i swoistą syntezę (źródło tutaj od min 15:25):


Te uwagi wstępne mają widocznie zabezpieczyć "wizję" przed krytyką, która jest konieczna. Wszak x. Heller przedstawia ją jako (rzekomo) naukową i to łączącą "naukę" - a właściwie przyrodnictwo - i teologię, sugerując zresztą fałszywie, jakoby teologia nie była nauką. Przyjrzyjmy się po kolei zaprezentowanym tezom.

Swoją "osobistą" wizję x. Heller zaczyna od słusznego pytania:


To pytanie nazywa następnie retorycznym i odpowiada na nie - bez jakiegokolwiek uzasadnienia - twierdząco:


Oczywiście należy się zgodzić z odpowiedzią, jednak człowiek myślący oczekuje od wykładu filozoficznego choćby skrótowego uzasadnienia. A tego brakuje zarówno w tym miejscu jak też w innych znanych mi wypowiedziach x. Heller'a.

Następuje wypowiedź, gdzie można tylko przecierać uszy ze zdumienia i właściwie też powstrzymując się od parsknięcia śmiechem, gdyż x. Heller widocznie całkiem poważnie rozważa, czy "prawybuchu dało się jakoś uniknąć":


Problem jest natury logicznej i metodologicznej: skoro tzw. prawybuch jest uznanym powszechnie faktem kosmofizycznym, a w pytaniu chodzi o to, czy istniało coś przed tym faktem, to jakże - trzymając się faktów uznanych naukowo - można pytać o możliwość uniknięcia tego faktu? Zresztą x. Heller nie podaje, kto z naukowców stawia takie pytanie. Można się domyśleć: nikt, ani żaden naukowiec, ani ktokolwiek logicznie myślący.
Z następną tezą można się zgodzić, aczkolwiek tutaj także brakuje argumentacji:


Godny szczególnej uwagi jest bliższy opis owego "stanu Alfa":


Jak sam x. Heller podaje, odwołuje się on tutaj do teologicznego pojęcia Logosu. Czy można się z tym zgodzić? Którą teologię x. Heller ma na myśli? Niestety nie podaje tego. Dowiadujemy się tylko, że rozumie on "Logos" jako "Pole Racjonalności", przy czym pisownia z dużej litery wskazuje widocznie na Transcendencję czyli jakieś pojęcie Boga.
X. Heller podaje, co rozumie przez "zacieśnienie": mówi, że to "trochę więcej niż metafora" i jako przykład podaje ułożenie prostego zdania przez uporządkowanie chaotycznie rozsypanych liter:


Dowiadujemy się, że "na początku informacja została wstrzyknięta do naszego wszechświata, i to są właśnie prawa fizyki, które tym światem rządzą":



Innymi słowy: prawa fizyki, dzięki którym zaistniał wszechświat, są "zacieśnieniem" Pola Racjonalności czyli Logosu. Są one "podpolem" Logosu, czyli pod względem rodzaju tym samym, co Logos. Ten "stan Alfa" czyli początek istnienia wszechświata, x. Heller nazywa "Pierwszym Wcieleniem Logosu":



Na pytanie, co było "ciałem", w który "wcielił" się Logos, odpowiada więc, że Logos (czyli "Pole Racjonalności") stał się "ciałem Wszechświata". Innymi słowy: Logos wcielił się w siebie jako w ciało wszechświata. No cóż. Żeby wypowiedzieć tak absurdalny bełkot, trzeba mieć wybitny tupet i mieć odbiorców za zupełnych idiotów. Równocześnie brakuje powiedzenia wprost, że neguje zarówno biblijne pojęcie stworzenia jak też chrześcijańskie pojęcie Wcielenia, i to zapewne w ramach swojej perfidnej taktyki, o której mówi następująco (źródło tutaj od min 1:57:45):


O taktyce świadczy także ta wypowiedź: mimo że x. Heller sam posługuje się w swojej rzekomo naukowej wizji filozoficzno-biblijnym pojęciem Logos, twierdzi równocześnie, że nie należy łączyć treści Biblii z teoriami naukowymi (źródło tutaj od min 2:02:45):



Jednak to jeszcze nie koniec "wizji". Owo "wcielenie Logosu" w stanie Alfa x. Heller podaje jako pierwowzór poczęcia każdego człowieka:


Zestawiając z poprzednimi zdaniami, należy wnioskować, że nie tylko wszechświat, lecz także każdy człowiek jest "wcieleniem Logosu" w znaczeniu "obrazu i podobieństwa" stanu Alfa. Jednak "drugim wcieleniem Logosu" x. Heller nazywa to, co teologia nazywa jedynym Wcieleniem Syna Bożego czy Jezusa Chrystusa:


Tym samym - przez fałszywe zastosowanie pojęcia "wcielenie" - x. Heller właściwie neguje prawdziwe Wcielenie, które jest JEDYNE zarówno co do istoty jak też co do faktyczności. Tę myśl, która jest właściwie apostazją, ubiera sprytnie przez dodanie pojęcia, które każdy normalny człowiek chętnie przyjmuje:


Kolejnym stopniem apostazji jest powiedzenie, że Logos jest krzyżowany i umiera w naszym ludzkim cierpieniu i umieraniu, co przeczy jedyności i historyczności Krzyża Jezusa Chrystusa:


Twierdzenie, że świadomość ludzka wraz ze śmiercią "gaśnie", oznacza właściwie negację nieśmiertelności duszy, której funkcją jest świadomość:


Na koniec tego pseudowykładu x. Heller odkrywa karty, formułując swoją tezę, która leży u podstaw tego heretyckiego, a nawet apostackiego - gdyż zrywającego z elementarnymi prawdami Objawienia biblijnego - bełkotu:


Tym samym x. Heller zadeklarował, że wyznaje swoisty monizm, który jest tak absurdalny i bełkotliwy, że nawet on sam nie jest w stanie - a może nawet nie chce - w sposób spójny i niesprzeczny przedstawić. Trafnie to ujmuje następujący komentarz internetowy:


Nie dziwi więc zgodność z poglądami wojującego ateisty, gdy nazywa Boga "matematyką" (źródło tutaj od min 1:00:10):



Bzdurne, aczkolwiek pasujące do tego systemu, jest ujmowanie wiary jako wypadkowej wielu przypadłości (źródło tutaj od min 1:06:00):




Trzeba mieć na uwadze, że słowa te padły przy okazji tematu umysłu w kontekście ewolucjonizmu. Wojujący ateista Dennett i x. Heller zgodzili się w zasadniczych punktach, a to ewidentnie dlatego, że poglądy tego drugiego pasują do poglądów pierwszego, nie odwrotnie.

Nie przypadkowo więc x. Heller przywołuje "wyznanie wiary" pokręconego naukowo i światopoglądowo Einstein'a, którego pojęcie religii i Boga - nie mające właściwie nic wspólnego z naukowością - jest bliższe panteizmowi niż chrześcijaństwu (źródło tutaj od min 55:58):





W takim kontekście nie dziwi właściwie, gdy zwierzęta nazywa "naszymi bliźnimi niższymi" (źródło tutaj od min 1:08:56):


Nawet wprost twierdzi, że granica między człowiekiem a zwierzęciem jest "sztuczna", czyli właściwie neguje nieśmiertelność duszy ludzkiej (źródło tutaj od min 1:23:00):


Skoro Bóg jest matematyką a Jezus Chrystus jest "drugim wcieleniem pola racjonalności", to i człowiek może być tylko "wyższym bliźnim" bezrozumnych zwierząt. Uszczypliwie, choć bez przesady można by dodać, że bełkotliwe wywody x. Heller'a są na pewno poniżej rozumności właściwej człowiekowi. Świadczy o tym także wypowiedź, gdzie za możliwe uważa stworzenie przez człowieka "konstrukcji" wyposażonej w świadomość ludzką, czyli tym samym dopuszcza stwórczą - czyli boską - zdolność człowieka (źródło tutaj od min 1:10:20):


Natomiast każdy trzeźwo myślący człowiek, a tym bardziej naukowiec wie, że taka perspektywa jest niemożliwa z punktu widzenia filozoficznego i teologicznego, gdyż świadomość jest pierwiastkiem duchowym. Także z punktu widzenia nauk przyrodniczych zupełnie nic nie wskazuje na takową możliwość. Tym samym tę "wizję" można zaliczyć jedynie do niskiego polotu bajek science fiction. Zresztą jest to widocznie zamierzone i programowe, skoro mówi o nauce jako "sztuce", co w jego wydaniu polega na pseudonaukowym gawędziarstwie (źródło tutaj od min 1:51:30):


Jednak działalność x. Heller'a nie jest niegroźna. Dzięki ogromnym środkom finansowym i intensywnemu promowaniu w mediach antychrześcijańskich i pseudochrześcijańskich ma on niestety poważny wpływ zwłaszcza na młodych ludzi, których można łatwo zafascynować napompowaną sławą, chodliwymi frazesami i pozorami naukowości.

Przykładem pozorów wiedzy i pseudonaukowego zaślepienia jest modny obecnie trend tzw. neuronauki, forsowany głównie w środowisku quasi uczniów x. Heller'a, o czym pisałem już nieco obszerniej (tutaj).

Kończąc nie muszę chyba wyjaśniać tytułu niniejszego wpisu. W przeciwieństwie do x. Heller'a i jego fanów nie uważam, że tylko głupi nie potrafią podziwiać jego "nowości". Zaś wszystkim dedykuję na koniec tę oto BAJKĘ, zupełnie nie wstydząc się roli szczerego dziecka.