Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recław. Pokaż wszystkie posty

Sex oralny znowu czyli oszustw o. Recława ciąg dalszy


Dopiero zwrócono mi uwagę na wypowiedź znanego jezuity w kwestii, na którą dane mi było już kiedyś odpowiedzieć w związku z wypowiedziami kapucyna o. Knotz'a (było tutaj i tutaj). Niestety wypowiedź o. Recława jest kolejnym przykładem fałszywego i zakłamanego, niezgodnego z teologią Kościoła nauczania.

Słusznie o. Recław zauważa, iż nie ma oficjalnej wypowiedzi Magisterium Kościoła, która by wprost odpowiadała na pytanie. Jednak Magisterium podaje jasne zasady, z których odpowiedź wynika. O. Recław przemilcza, na jakich zasadach opiera swoją odpowiedź, i widocznie albo nie zna zasad zawartych w dokumentach Kościoła, albo je lekceważy i wybiera zasady obce teologii katolickiej. Co go prowadzi do fałszywych wniosków.

Główną zasadą jest cel małżeństwa i aktu sexualnego, mianowicie potomstwo oraz wszystko, co potomstwu służy, czyli jedność i wspólne dobro małżonków zgodnie z ich ludzką i chrześcijańską godnością. Oznacza to, że w pożyciu małżeńskim, także sexualnym, moralnie dopuszczalne jest to, co jest zgodne
- z wydaniem na świat i wychowaniem potomstwa
- z godnością osobową i dobrem wspólnym małżonków.

Zbędne jest tutaj wnikanie w szczegóły. Muszę jednak odrzucić sugestię, którą popełnia o. Recław, mianowicie jakoby sex oralny polegał na pieszczotach i całowaniu narządów płciowych. Po pierwsze jest to kłamstwo, po drugie także całowanie narządów płciowych jest problemem etycznym z dwóch powodów, mianowicie
- higienicznych oraz
- osobowych, o ile stanowi sposób poniżenia siebie względnie drugiej osoby.

Nie bez znaczenia jest także aspekt psychologiczny, to znaczy jako fixacja na narządach płciowych, co wynika z nieuporządkowania w sferze płciowej, a wiąże się i ma wpływ na sferę osobową w relacji między małżonkami. Innymi słowy: zachowanie podczas stosunku sexualnego (w szerszym sensie) wyraża relację między osobami i tym samym nie jest wyjęte spod zasad i kontroli rozumu. Konkretnie: jeśli dla kogoś zaspokojenie sexualne polega na całowaniu narządów czy sexie oralnym, oraz wymaga czy oczekuje tego od drugiej osoby, to jest to przejaw nieuporządkowania w sferze sexualnej, czyli braku rozumności, i tym samym symptom - mówiąc oględnie - problemu w osobowości, który można nazwać patologicznym. W sferze psychicznej jest tak, że zaspokajanie subiektywnych, irracjonalnych potrzeb - także patologicznych - wzmacnia je i utwierdza, co prowadzi do coraz większej bezwzględności w dążeniu do ich zaspokojenia. Typowym przykładem są alkoholicy i narkomani, ale istnieje także schorzenie zwane sexoholizmem, które zawiera właśnie patologiczne praktyki sexualne. Jak każdy nałóg, także sexoholizm jest destrukcyjny zarówno dla samej osoby jak też dla więzi międzyosobowych, także a nawet zwłaszcza w małżeństwie. Bardzo częstą przyczyną rozpadu małżeństw jest właśnie poczucie braku zaspokojenia w sferze sexualnej i szukanie bardziej intensywnych przeżyć sexualnych z inną osobą, co staje się błędnym kołem.

Podsumowując: bzdurne, nie mające nic wspólnego z nauczaniem Kościoła wypowiedzi takich duchownych jak o. Knotz i o. Recław są skandalicznym popieraniem i wzmacnianiem patologicznych potrzeb i zachowań, które niszczą osoby i małżeństwa.

Uwaga przy okazji:
Moralnie w porządku są w małżeństwie pieszczoty jako takie, także z udziałem narządów płciowych o ile służy to samemu aktowi sexualnemu, a nie zaspokojeniu zmysłowemu. Zaspokojenie zmysłowe jest oczywiście w porządku, o ile należy do samego aktu sexualnego i z niego wynika. Także ta sfera nie jest wyjęta spod rozumowych zasad etycznych, z których naczelną jest struktura i godność osoby, oraz wzajemne poszanowanie tej godności. Innymi słowy: zmysłowość jest moralnie w porządku i dobra tylko wtedy, gdy jest podporządkowana rozumności oraz godności osób.



P. S.

Otrzymałem następujący komentarz krytyczny:


Przede wszystkim muszę zdecydowanie odrzucić twierdzenie, jakoby spółkowanie wbrew naturze - a tym jest sex oralny - wynikało z mechanizmów biologicznych. Takie twierdzenie jest ewidentnym absurdem i fałszywe. Mechanizm biologiczny zmierza do aktu płodnego, nie do zaspokojenia patologicznych potrzeb.
Ponadto: człowiek nie jest zwierzęciem sterowanym jedynie instynktami, lecz jest istotą rozumną. Oznacza to, że także ludzki akt sexualny nie może być wyjęty z podporządkowania kryterium rozumowym. Rozumność, także w sexualności odróżnia właśnie człowieka od świata zwierzęcego (osobną kwestią - i tutaj nieistotną - jest, czy i na ile zachowania typu sexu oralnego występują wśród zwierząt).

Po drugie: nie trzeba być specjalistą w dziedzinie higieny, by wiedzieć, że mycie jedynie zmniejsza obecność bakterii i innych zarazków, a nie usuwa. Z prostych faktów fizjologicznych - bliskość układu wydalania - wynika szczególne zagrożenie higieniczne, o czym wie każdy normalny człowiek. Dlatego porównanie do normalnych pocałunków jest chybione, aczkolwiek całowanie erotyczne także stanowi ryzyko higieniczne i zdrowotne.

Słuszna jest natomiast uwaga, że należy zacząć od zdefiniowania pojęć. Zakładałem, że pojęcie "sex oralny" jest jasne: połączenie ust z narządem płciowym w sposób jakby naśladujący połączenie narządów płciowych.
Jest to definicja stosowana w każdej literaturze (nie muszę podawać źródeł, każdy może to sam łatwo sprawdzić). Tak więc zafałszowaniem tej powszechnie stosowanej definicji jest dodanie warunku: gdy to połączenie odbywa się bez związku z połączeniem narządów płciowych. To zawężenie nie ma żadnych podstaw ani biologicznych ani etycznych, a jest jedynie wymysłem służącym usprawiedliwieniu.
To fałszerstwo zawiera w sobie zresztą cały szereg problemów bez wyjścia:
Jak określić związek między połączeniem ust z narządem płciowym a połączeniem narządów płciowych (czyli właściwym aktem sexualnym)? Ile czasu musi upłynąć, by ten związek przestał istnieć i decydował o ocenie moralnej połączenia sexualno-oralnego?

Oczywiście wchodzi tutaj w grę sama definicja aktu płciowego. Zarówno o. Recław jak też anonimowy komentator przemycają tutaj rozmazanie definicji aktu płciowego. Oczywiście właściwym aktem sexualnym jest połączenie narządów sexualnych. Jednak istnieje także niewłaściwy akt sexualny, polegający właśnie na tym, że narząd płciowy łączy się z inną częścią ciała, a nie z narządem płciowym osoby płci przeciwnej. Taki niewłaściwy akt sexualny nazywany jest w katolickiej teologii moralnej sodomizmem.

Opieram się na jednym z klasycznych podręczników katolickiem teologii moralnej jezuity Hieronima Noldin'a, profesora teologii moralnej na słynnym jezuickim wydziale teologii w Innsnbruck'u. Zresztą wszystkie podręczniki opatrzone "imprimatur" czy "nihil obstat", wydane do Vaticanum II są całkowicie zgodne w tych kwestiach. Ta zgodność - jako tzw. sententia communis - stanowi źródło dość wysokiej rangi w ramach całego nauczania Kościoła, gdyż z racji swej powszechności ma także poparcie wszystkich papieży oraz katolickich biskupów na przestrzeni wieków. Tym samym nie wolno jej lekceważyć czy uważać za niezobowiązującą. Oficjalne texty Magisterium Kościoła tylko dlatego nie mówią o tych kwestiach bezpośrednio i konkretnie, ponieważ są to sprawy intymne i dotyczące ludzi dorosłych, tym samym zasługują na delikatne podejście z szacunku dla tej sfery i też dlatego, by nie budzić i nie wzmacniać niezdrowej ciekawości.

Także po Vaticanum II nie zmieniło się nic w istotnej treści oficjalnego nauczania Kościoła. Jedyne, co się zmieniło, to brak ścisłego obowiązku "nihil obstat" na publikacje teologiczne, oraz brak pilnowania przez biskupów zgodności nauczania teologów z nauczaniem Kościoła. To ma w Polsce właśnie miejsce odnośnie wypowiedzi o. Knotz'a i jemu podobnych demoralizatorów.

Podaję więc odwieczne nauczanie Kościoła na podstawie miarodajnego źródła:


O grzechu sodomskim:




W skrócie:
Grzech sodomski polega na połączeniu narządu płciowego z częścią ciała (narządem) niewłaściwą dla spółkowania płodnego, niezależnie od płci osób. Połączeniem niewłaściwym nie jest dotyk czy to ręką, czy ustami czy ramieniem, o ile służy to właściwemu aktowi płciowemu czyli spółkowaniu. Dotyk jest oczywiście czymś innym niż połączenie (concubitus), a połączenie nie musi być penetracją.

Grzechami przeciw pierwszorzędnemu i istotnemu celowi małżeństwa są sodomia oraz onanizm:






Niemniej istotne jest określenie, co jest moralnie dozwolone w akcie małżeńskim:



Osobno na uwagę zasługuje, co jest dozwolone w małżeństwie poza aktem małżeńskim, a jest tego sporo:







P. S. 2

Otrzymałem też istotną uwagę wraz z ciekawymi załącznikami:



Widocznie demoralizatorzy mają znacznie większe wpływy niż powinni. Ich sprzymierzeńcami są widocznie niedouczeni kurialiści udzielający pochopnie "imprimatur". 

Czy Ałłah jest Bogiem katolików?


Temat był już poruszany przy okazji pewnej publikacji na znanym portalu (pseudo)jezuickim:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-katolicy-czcza-aaha.html

Ostatnio wypowiedział się w tej sprawie także o. Recław w ramach swoich wystąpień filmikowych.



Odpowiedział na zadane mu pytanie bardzo krótko, bez podania jakichkolwiek źródeł czy argumentów. Tym niemniej wypada zareagować, gdyż wypowiedź jest fundamentalnie fałszywa i może mieć poważne konsekwencje.

Ałłah wyznawany w islamie nie jest i nie może być Bogiem, o którym mówi Stary i Nowy Testament. Z następujących powodów:

1° Islamskie wyznanie wiary (tzw. szahada) brzmi: "Nie ma boga prócz Ałłaha, a Mahomet jest jego Prorokiem". Jest więc oczywisty i nierozerwalny związek między Ałłahem i Mahometem jako jego "prorokiem". Innymi słowy: kim jest Ałłah, wiemy przez Mahometa, czyli z Kuranu, który jest "objawieniem" danym Mahometowi. Prócz tego oczywiście istotne są czyny Mahometa, gdyż jest on uważany w islamie jako wzór zastosowania i wykonania objawienia danego przez Ałłaha. Tak więc należy się przyjrzeć, co Kuran i postępowanie Mahometa mówią o Ałłahu. Samo słowo Ałłah nie jest istotne. Nie jest istotne, że także chrześcijanie arabscy nazywają Boga "Ałłahem", gdyż to słowo oznacza po prostu "Bóstwo" (podobnie jak hebrajskie Elohim). Wiadomo bowiem, że tym słowem Arabowie starożytni określali także bożka księżycowego. Sprawa jest więc podobna, gdy ktoś nazywa "bogiem" Zeusa czy Jowisza. Istotna jest treść czyli, kim i jaka jest istota nazywana "bogiem" czy Ałłahem, nie sama nazwa.

2° Do fundamentalnych mniemań islamu zawartych już w Kuranie należy twierdzenie, że zarówno Stary Testament ("Tora") jak też Nowy Testament ("Indżil") są zafałszowanym nauczaniem religii i że dopiero Mahomet podaje prawdziwą religię, która ma początek w raju. Tym samym Mahomet neguje to, co Piśmo św. mówi o Bogu, i tym samym tego Boga, w którego wierzą i którego czczą chrześcijanie. Wyjaśniam na przykładzie: Jeśli ktoś mówi, że czci istotę żywą i wydającą głos, to nie oznacza, że czci człowieka, ponieważ może czcić także np. konia czy małpę, zwłaszcza wtedy, gdy przypisuje tej istocie cechy niezgodne z człowieczeństwem. Wiadomo, że islam neguje Trójjedyność Boga oraz Boskość Jezusa Chrystusa. Tym samym Ałłah, którego islam głosi, nie może być Bogiem, w którego wierzą i którego czczą chrześcijanie.

3° Należy wziąć pod uwagę również inne cechy Ałłaha podawane w Kuranie, w tym także tegoż nakazy. Ałłah jest nazwany w Kuranie np. największym oszustem. Nakazuje on też mordowanie chrześcijan i żydów. To są cechy ewidentnie sprzeczne z Bożym Objawieniem poświadczonym w Piśmie św. Tym samym Ałłah opisany w Kuranie nie może być Bogiem, w którego wierzą chrześcijanie.

Czy kult Matki Bożej jest konieczny do zbawienia?



O. Remigiusz Recław, znany z zaangażowania w tzw. charyzmatyzm i głoszenia fałszywych, antykatolickich poglądów, podjął niedawno to pytanie, widocznie w nawiązaniu do pytań kierowanych do niego. Odpowiedziawszy od razu krótko i jednoznacznie, że nie, dodał następnie jakby wyjaśnienie tej odpowiedzi. Sprowadza się ono do deklarowania osobistej czci i miłości do Matki Najświętszej, co oczywiśnie nie ma wpływu na właściwą odpowiedź. Brakuje więc jakiegokolwiek uzasadnienia teologicznego, a nawet odniesienia do jakichkolwiek źródeł teologii katolickiej czy dokumentów Magisterium. Jest to o tyle zrozumiałe, że w żadnych źródłach jednoznacznie katolickich po prostu nie ma podstaw do udzielonej przez o. Recława odpowiedzi. Wyraźnie zaznacza on natomiast względy ekumeniczne, dokładniej odniesienie do protestantyzmu, który, jak wiadomo, zasadniczo odrzuca katolicką pobożność maryjną i mariologię.

Dlaczego odpowiedź o. Recława jest - oprócz braku zasadności teologicznej - fałszywa?

Sprawa dotyczy dwóch zasadniczych kwestij teologicznych:
- miejsca Maryi i mariologii w Bożym Objawieniu
- zbawczej konieczności wiary w Boże Objawienie.

Aż do okresu protestanckiej tzw. reformacji rola Maryi w historii Zbawienia oraz Jej znaczenie w pobożności i życiu Kościoła nie były podważane. Wprawdzie już w starożytności spierano się przede wszystkim o tytuł "Boża Rodzicielka" (Θεοτοκος), jednak nie negowano ani Jej szczególnej godności, ani kultu znanego w Kościele od wieków. Dopiero herezjarchowie protestanccy odrzucili zasadniczo zarówno nauczanie jak też praktykę Kościoła odnośnie Matki Jezusa Chrystusa. Marcin Luder napisał wprawdzie na zamówienie swego protektora księcia Saxonii komentarz do Magnificat, gdzie wypowiada się z szacunkiem i czcią o "świętej Dziewicy". Jednak jego rozważania sprowadzają się do opisywania osobistego "doświadczenia" Maryi", które Luder interpretuje na użytek własnej, fałszywej teologii.

W tym miejscu oczywiście nie jest możliwe wyłożenie mariologii katolickiej choćby w skrócie. Mogę jedynie zasygnalizować fundamentalne prawdy, które stanowią o wyjątkowym, wzniosłym i istotnym miejscu Maryi w Bożym Objawieniu i tym samym we wierze i życiu Kościoła. Są to cztery dogmaty mariologiczne, które wyznaczają granicę między prawdą a fałszem, tym samym między drogą Zbawienia a drogą odrzucenia Bożego Zbawienia.

Pierwsza prawda, zawarta dość wyraźnie już w Piśmie św., mówi o Dziewictwie Maryi. Oznacza ono spełnienie proroctwa Izajasza (7,14) o przyjściu Mesjasza, dotyczy więc celu i wypełnienia Starego Przymierza, a zarazem punktu szczytowego historii Zbawienia i ludzkości. Równocześnie prawda ta dotyczy stosunku między Tradycją Kościoła a Pismem św., które mówi wyraźnie o Dziewictwie Maryi, jednak wymaga także w tej tajemnicy uzupełnienia i rozwinięcia przez nauczanie Kościoła, które jest właściwie pierwotne i pierwsze względem ksiąg biblijnych.

Dogmat o Bożym Rodzicielstwie Maryi, zdefiniowany na Soborze Efeskim (431) po długich sporach głównie z nestorianizmem, skupia w sobie prawdę o Jezusie Chrystusie, o tym, Kim jest w Sobie, dla nas, a także względem Swej Matki. Tytuł "Boża Rodzicielka" ma znaczenie nie tylko doktrynalne, lecz także liturgiczne i tym samym wyraża i uzasadnia cześć zarówno publiczną jak też osobistą dla Matki Chrystusowej w Kościele. Innymi słowy: Maryja zrodziła Jezusa, który już w Jej łonie był prawdziwym Bogiem. Stanowi to o jedynej w swoim rodzaju, wyjątkowej więzi ze Zbawicielem, która jest niepowtarzalną, jedyną w historii ludzkości łaską, a równocześnie jest na wskroś ludzka, tak jak ludzka jest więź każdego człowieka z jego matką.

Prawda o Niepokalanym Poczęciu jest jakby rozwinięciem tegoż. Papież Pius IX, ogłaszając dogmat w 1854 r., wskazał właśnie na bliskość i nierozerwalność życia i osób Syna Bożego i Jego Matki. To właśnie wolność od grzechu pierworodnego czyni Maryję w pewnym sensie bliższą Jezusowi niż nam, oczywiście nie pomniejszając Jej człowieczeństwa, ani nie czyniąc Jej osobą ponadludzką co do natury.

Najmłodszy dogmat Kościoła, o Wniebowzięciu Matki Najświętszej jest także ściśle związany z innymi dogmatami maryjnymi, zwłaszcza z poprzednim. Wolność od grzechu pierworodnego prowadzi w sposób zrozumiały do wolności od jego głównego skutku, mianowicie śmierci w znaczeniu kary i zniszczenia. Równocześnie ukazuje się tutaj znowu szczególna i wyjątkowa więź ze Zbawicielem, który zmartwychwstał i uwielbiony zasiada po prawicy Ojca. Łatwo zrozumieć, że także ciało, z którego wziął Swoje uwielbione Ciało, również nie może ulec rozpadowi w śmierci, lecz zasługuje na miejsce w chwale wiekuistej niezniszczalności.

Czyż wielkość, waga i wzniosłość tych prawd nie prowadzi już nawet spontanicznie przynajmniej do wewnętrznej postawy podziwu, czci i tym samym kultu? Czyż normalną, duchowo i psychicznie wręcz naturalną reakcją nie jest nawet więcej niż szacunek? Uznanie wyjątkowości Maryi wyklucza zredukowanie Jej godności do roli wzoru do naśladowania, jak czynią to zwykle protestanci (o ile w ogóle mają choćby szacunek dla Niej, aczkolwiek większość z nich w ogóle pomija Jej rolę, a nawet wprost gardzi).

Tak więc widać, że nie jest możliwe pominięcie Osoby i znaczenia Matki Jezusowej bez poważnego okrojenia i tym samym odrzucenia podstawowych i istotnych prawd wiary Kościoła i tym samym Bożego Objawienia. Doktryna Kościoła ma zawsze wyraz w jego praktyce, zarówno społecznej, czyli liturgii (w najszerszym sensie) jak też indywidualnej, pobożnościowej. Innymi słowy: pobożność maryjna należy istotnie i niezbywalnie do życia Kościoła i tym samym każdego wierzącego w Jezusa Chrystusa zgodnie z prawdą objawioną nam przez Boga.

Jakie to ma znaczenie dla naszego zbawienia? Skoro wyznawanie prawd o Matce Bożej - mające swój naturalny wyraz w praktykach pobożnościowych - należy istotnie i niezbywalnie do wiary w Boże Objawienie, to ma ono takie samo znaczenie dla zbawienia dusz. Innymi słowy: kto odrzuca prawdę o Matce Jezusa Chrystusa, ten odrzuca prawdę o Jezusie Chrystusie i ostatecznie prawdę pochodzącą od Boga. Jest oczywiste, że ma to konsekwencje dla zbawienia wiecznego, o czym mówi sam Pan Jezus: "Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony." (Mk 16,16)

Czyż więc wszyscy, którzy nie podzielają wiary Kościoła wyrażonej w dogmatach maryjnych będą potępieni?

Potrzebne jest tutaj doprecyzowanie teologiczne. Teologia katolicka rozróżnia między wierzeniem wyraźnym i pośrednim. Jeśli wyznajemy wprost prawdy podawane do wierzenia przez Kościół, wówczas jest to wiara wyraźna, oparta na wiedzy religijnej i jako świadomy akt (fides explicita). W przypadku kogoś, kto nie ma dostatecznej, odpowiedniej wiedzy o prawdach wiary, a zasadniczo aktem woli przyjmuje i pragnie wyznawać to, co Pan Bóg objawił, można mówić o wierze niewyraźnej czy pośredniej (fides implicita). Warunkiem jest oczywiście, by nie odrzucać niczego, co jest znane jako nauczane przez Kościół i przynależące do Bożego Objawienia. Może to mieć miejsce w przypadku niekatolików, także protestantów.

Podsumowując należy powiedzieć:
Stosunek do wiary Kościoła odnośnie Matki Najświętszej oraz czci do Niej nie jest obojętny ani dla wyznawania wiary ani dla zbawienia wiecznego. Kto bagatelizuje ten stosunek, ten stawia siebie nie tylko poza teologią katolicką, lecz także poza Kościołem, i naraża dusze na wieczną zgubę. Kapłan katolicki nie ma prawa utwierdzać kogokolwiek w odrzucaniu wiary Kościoła. Jeśli to czyni, sprzeniewierza się swemu posłannictwu oraz uroczystemu przyrzeczeniu złożonemu podczas święceń. Obowiązkiem duszpasterza jest prowadzenie ku prawdzie, nie jej lekceważenie. Kto pozbawia wiernych czy kogokolwiek okazji do poznawania i przyjęcia we wierze prawdy objawionej, ten jest wrogiem ich zbawienia i sprzymierzeńcem ojca kłamstwa.

Czy pisemka prywatnego stowarzyszenia są nauczaniem Kościoła? Czyli magiczne myślenie o. Recława



Kilka tygodni temu vloger Kapusta, broniąc magistra AWF Marcina Zielińskiego, uroczyście twierdził, jakoby w Kościele zawsze było nakładanie rąk praktykowane przez "charyzmatyków", dając tym samym ponownie świadectwo albo swojej elementarnej ignoracji albo uporczywego zakłamania (albo jednego i drugiego):
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/czy-naozenie-rak-zawsze-byo-w-kosciele.html

I oto jest reakcja na wykazanie kłamliwości tego twierdzenia, jednak tylko pośrednia, bez odwołania i przeproszenia za kłamstwo, a pochodzi od głównego medialnego mentora "charyzmatyków". O. Recław sprytnie omija sprawę rzekomego biblijnego pochodzenia i ogranicza się do odpowiedzi na perfidnie sformułowane pytanie, "czy świeccy mogą się modlić z nałożeniem rąk" (tak jakby ktoś chciał świeckim zabraniać modlitwy). Odpowiedź jest oczywiście twierdząca. Jedynym argumentem są pisemka wydawane przez ICCRS, czyli organizację świeckich, która sama swój status określa jako "prywatne stowarzyszenie":


Tym samym ta organizacja NIE jest strukturą kościelną i tym samym jej publikacje NIE są nauczaniem Kościoła. Tym samym o. Recław po prostu kłamie i oszukuje odbiorców.

Spójrzmy, co owo prywatne stowarzyszenie ma do powiedzenia w temacie nakładania rąk i co polscy jezuici gorliwie rozpowszechniają:


Jak widać, już ilustracja do textu jest kłamliwa, gdyż ani w Piśmie św., ani w Tradycji Kościoła, ani w żadnej liturgii Kościoła, także zreformowanej po Vaticanum II, nie ma grupowego nakładania rąk, jak to czynią "charyzmatycy".

Po drugie, text słusznie podaje, że jest to gest, którym posługiwał się Pan Jezus, także Apostołowie. Kłamstwem jest natomiast, jakoby w Mk 16,17-18 była mowa o nakładaniu rąk przez wszystkich, którzy uwierzą. Zdanie jest jasne: nakładanie rąk jest znakiem towarzyszącym Kościołowi, a nie ma mowy o tym, jakoby wszyscy wierzący mieli czy mogli się tym znakiem posługiwać. Z całego kontextu biblijnego, gdzie znak ten jest stosowany wyłącznie przez pojedyncze osoby z osobistego zlecenia Bożego, wynika, że interpretacja "charyzmatyczna" jest po prostu fałszywa.

Fałszywe jest także twierdzenie, jakoby Ananiasz był "zwykłym wierzącym", gdyż po pierwsze nic więcej o nim nie wiemy na pewno (Pismo św. nie mówi, czy był duchownym, czy świeckim, choć bardziej prawdopodobne jest to pierwsze), a po drugie otrzymał on specjalne, osobiste zlecenie włożenia rąk na Szawła, co nie ma absolutnie nic wspólnego z tym, co jest praktykowane przez "charyzmatyków".

Przy okazji o. Recław szydzi z rzekomego "magicznego myślenia" tych, którzy ośmielają się kwestionować praktykę "charyzmatyków", oraz zarzuca niezgodność z nauczaniem Kościoła. Zaś dla o. Recława jedynym dowodem nauczania Kościoła w tej kwestii jest pisemko prywatnego stowarzyszenia, które on nazywa górnolotnie "charyzmatyczną komórką przy Watykanie".

Podsumujmy:

1. Ani Pismo św., ani Tradycja Kościoła, ani dokumenty Magisterium Kościoła, ani żaden święty, ani żaden Doktor Kościoła nie zna praktyki nakładania rąk stosowanej przez "charyzmatyków". Czyżby Kościół ją zaniedbywał czy zaprzepaścił aż pojawiła się ona w 1965 r., gdy to paru świeckich katolików (nominalnych) otrzymało "namaszczenie" przez włożenie rąk na tajnym, prywatnym spotkaniu u protestantów "pentekostalnych"?

2. Skoro ani Pismo św., ani Tradycja, ani dokumenty Kościoła, ani teologia katolicka nie przewidują takowej praktyki nakładania rąk, to jaki jest powód i podstawa jej wprowadzania i forsowania? Dlaczego nie wystarczy to, co Kościół zawsze czynił: nakładanie rąk przez duchownych w sakramentach i sakramentaliach, oraz modlitwa świeckich bez nakładania rąk? Skoro to nie wystarczy "charyzmatykom", to czyż nie kryje się pod tym mentalność magiczna (oprócz typowo protestanckiego zrównywania świeckich z duchowieństwem w stosowaniu sakralnych znaków)?

KTO TU MYŚLI MAGICZNIE?

Gdy o. Recław domaga się udowodnienia, że Kościół potępił czy odrzucił nakładnie rąk praktykowane u protestantów pentekostalnych i tzw. charyzmatyków, to albo nie wie, jak działa Kościół, albo nie chce wiedzieć. Kościół bowiem
- po pierwsze wiernie głosi i praktykuje Ewangelię,
- po drugie reaguje na pojawiające się w historii jej zafałszowania.
Dlatego właśnie prawdy wiary były ogłaszane jako dogmaty dopiero z biegiem czasu: są one reakcją Kościoła na mniej czy bardziej nowe herezje. Jeśli nie ma oficjalnego potępienia przez Kościół tego, co głoszą i czynią tzw. charyzmatycy, to po prostu dlatego, że na tle historii Kościoła jest to zjawisko nowe. Zwykle Kościół reagował w tego typu sprawach dopiero po wielu dziesięcioleciach, pozostawiając ocenę najpierw teologom, o ile sprawa była czy to oczywista, czy niewielkiej wagi (podług ówczesnej oceny). Nakładanie rąk jest tego rodzaju, że należy do dziedziny gestów i praktyki, nie doktryny samej w sobie, tym samym jako takie nie kwalifikuje się do potępienia jako herezja.

Dlaczego więc ta praktyka jest zła, niebezpieczna i godząca w życie i nauczanie Kościoła, nawet jeśli sama w sobie nie jest herezją? Powodów jest wiele:

Po pierwsze, polega na fałszywej i kłamliwej interpretacji Pisma św., gdyż wynika z twierdzenia, jakoby była poświadczona już w Piśmie św. i realizowała polecenie Jezusa Chrystusa.

Po drugie, jest demonicznym małpowaniem gestu o charakterze sakralnym i bliskim sakralnemu, który ma wymowę i znaczenie szczególne i jako taki jest stosowany przez Kościół w sakramentach i sakramentaliach sprawowanych wyłącznie przez duchownych. Przejęcie go przez "charyzmatyków" świeckich ma korzenie w okultyźmie i protestantyźmie, i jest praktyczną negacją sakramentalno-hierarchicznej natury Kościoła.

Tak więc jest to kolejna wypowiedź o. Recława świadcząca przynajmniej o braku znajomości zasad i wiary Kościoła, jeśli nie wprost o ich odrzucaniu.