Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medytacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medytacja. Pokaż wszystkie posty

Gdzie jest dziewięciu?


Dominica XIII post Pentecosten


Łk 17,11-19: 


I stało się, gdy szedł do Jerozolimy, że przechodził przez środek Samarii i Galilei.

I gdy wchodził do jednego miasteczka, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężczyzn, którzy stanęli z daleka.

I oni podnieśli głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami.

A widząc, powiedział im: Idźcie, ukażcie się kapłanom. 

I stało się, gdy odchodzili, że zostali oczyszczeni.

Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, potężnym głosem chwaląc Boga;

I padł na twarz u Jego nóg, dziękując Mu; a był on Samarytaninem.

A Jezus w odpowiedzi, rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, a gdzie jest dziewięciu?

Nie znaleźli się, wrócając się i dać chwałę Bogu, jak tylko ten innego pochodzenia?

I powiedział mu: Wstań, idź, twoja wiara cię wybawiła. 


και εγενετο εν τω πορευεσθαι αυτον εις ιερουσαλημ και αυτος διηρχετο δια μεσου σαμαρειας και γαλιλαιας

και εισερχομενου αυτου εις τινα κωμην απηντησαν αυτω δεκα λεπροι ανδρες οι εστησαν πορρωθεν

και αυτοι ηραν φωνην λεγοντες ιησου επιστατα ελεησον ημας

και ιδων ειπεν αυτοις πορευθεντες επιδειξατε εαυτους τοις ιερευσιν 

και εγενετο εν τω υπαγειν αυτους εκαθαρισθησαν

εις δε εξ αυτων ιδων οτι ιαθη υπεστρεψεν μετα φωνης μεγαλης δοξαζων τον θεον

και επεσεν επι προσωπον παρα τους ποδας αυτου ευχαριστων αυτω και αυτος ην σαμαρειτης

αποκριθεις δε ο ιησους ειπεν ουχι οι δεκα εκαθαρισθησαν οι δε εννεα που

ουχ ευρεθησαν υποστρεψαντες δουναι δοξαν τω θεω ει μη ο αλλογενης ουτος

και ειπεν αυτω αναστας πορευου η πιστις σου σεσωκεν σε 


Są wydarzenia w życiu, które nadają się na przypowieści. W Ewangeliach czytamy aż kilka raty o Samarytanach. Oprócz powyższego fragmentu znamienna jest szczególnie rozmowa Pana Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakubowej (J 4,6nn), a także słynna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jest to w kolejności po Żydach pierwsza społeczność występująca najczęściej w Ewangeliach, a w dodatku wyłącznie pozytywnie ukazana, w przeciwieństwie do tych pierwszych. Można by wysnuć wniosek o szczególnej sympatii Zbawiciela, może nawet o swego rodzaju wybraniu, co nie musi oznaczać wolitywnego braku związku z faktami. Należy wziąć też pod uwagę, iż w porównaniu z Żydami była to społeczność znacznie mniej liczebna i mniej znacząca, zarówno w Ziemi Świętej jak też w diasporze. Siłą rzeczy Apostołowie głoszący Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego na całym świecie o wiele częściej zwracali się do Żydów niż do Samarytan. Mimo tego mamy do czynienia z wyraźną różnicą w ewangelicznym obrazie tych dwóch społeczności o jednym korzeniu w religii Mojżeszowej, której świadectwem jest Pięcioksiąg. A może właśnie dlatego?


Otwórz się!


Dominica XI post Pentecosten

Mk 7,31-37:

A znowu wychodząc z okolic Tyru i Sydonu przyszedł do Morza Galilejskiego środkiem okolicy Dziesięciogrodzia.

I przywiedli do niego głuchoniemego, i prosili go, aby położył nań rękę.

A wziąwszy go na bok od ludu, osobno, włożył palce swoje w uszy jego, i splunąwszy dotknął jego języka,

I spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effata, to znaczy: Otwórz się!

I otworzyły się uszy jego, i zaraz rozwiązała się uwięź języka jego, i mówił prawidłowo.

I przykazał im, aby nikomu o tym nie mówili, ale im więcej im przykazywał, tym więcej oni to rozgłaszali.

I niezmiernie się zdumiewali, mówiąc: Pięknie wszystko uczynił i sprawia, że głusi słyszą i niemi mówią.


και παλιν εξελθων εκ των οριων τυρου και σιδωνος ηλθεν προς την θαλασσαν της γαλιλαιας ανα μεσον των οριων δεκαπολεως

και φερουσιν αυτω κωφον μογιλαλον και παρακαλουσιν αυτον ινα επιθη αυτω την χειρα

και απολαβομενος αυτον απο του οχλου κατ ιδιαν εβαλεν τους δακτυλους αυτου εις τα ωτα αυτου και πτυσας ηψατο της γλωσσης αυτου

και αναβλεψας εις τον ουρανον εστεναξεν και λεγει αυτω εφφαθα ο εστιν διανοιχθητι

και ευθεως διηνοιχθησαν αυτου αι ακοαι και ελυθη ο δεσμος της γλωσσης αυτου και ελαλει ορθως

και διεστειλατο αυτοις ινα μηδενι ειπωσιν οσον δε αυτος αυτοις διεστελλετο μαλλον περισσοτερον εκηρυσσον

και υπερπερισσως εξεπλησσοντο λεγοντες καλως παντα πεποιηκεν και τους κωφους ποιει ακουειν και τους αλαλους λαλειν



Wiadomo, że to, co obecnie powszechnie nazywamy cudami, w języku Ewangelij jest nazywane "znakami". To właśnie określenie jest kluczem do zrozumienia. W przypadku powyższej Ewangelii mamy do czynienia z wieloma znakami, które się składają na całe to wydarzenie jako znak. 

Najpierw znaczące jest, iż Pan Jezus szedł z okolic wybrzeża Morza Śródziemnego, poprzez okolicę dziesięciu miast większościowo pogańskich, aż do ojczyzny Swojej i Swoich uczniów na Jeziorem Galilejskim. Poprzedzający fragment Ewangelii (Mk 7,24) mówi o Jego podróży w odległe okolice starych miast nadmorskich jak Tyr i Sydon, słynnych w historii tej krainy. Fakt, że przyprowadzono do Niego głuchoniemego, świadczy o tym, że rozpowszechniona była Jego sława, zapewne połączona z ciekawością i chęcią wypróbowania czy sprawdzenia tego, z czego słynął. Widocznie też znane było, iż uzdrawiając nakładał rękę na osobę chorą, skoro poproszono Go o to. 

Nałożenie rąk czy ręki jest gestem zrozumiałym intuicyjnie, niezależnie od tego, czy dotyczy głowy czy innej części ciała: wyraża bliskość powiązaną z szacunkiem i odpowiednim dystansem, a także zarówno przekazanie mocy, jak też wzięcie w posiadanie czy prowadzenie. W tym wypadku Pan Jezus spełnił prośbę w sposób specyficzny, nie całkiem typowy. 

Po pierwsze wziął głuchoniemego z dala od tłumu. Było to o tyle niezwykłe, iż rzekomi cudotwórcy i szarlatani regularnie troszczą się o rozgłos i dostarczenie widowiska, przynajmniej o tyle, o ile są pewni swego sukcesu. Pan Jezus natomiast pokazał, że nie zależy Mu na uznaniu tłumu i sławie, lecz na dobru tego człowieka. 

Po drugie, Pan Jezus posłużył się gestami, które można skojarzyć z praktykami uzdrowicieli czyli szamanów pogańskich, którzy zwykle posługiwali się dotykiem chorej części ciała oraz śliną. Także spojrzenie w niebo oraz westchnienie mogło nie być czymś nadzwyczajnym w porównaniu z takimi praktykami. Nawet wezwanie "effatha" - aramejskie słowo podane w oryginale i przetłumaczone przez Ewangelistę - nie wydaje się być zaskakujące w tej sytuacji. Innymi słowy: te gesty i słowa zapewne nie były tam nikomu obce czy niezrozumiałe. Niepojęty - aczkolwiek spodziewany na podstawie poprzednich zdarzeń - był rezultat w postaci natychmiastowego uzdrowienia, które zdziałać może tylko Bóg. 

Czy Pan Jezus nie mógł tego dokonać bez znaków i gestów, które dość wyraźnie przypominały praktyki hochsztaplerów? Oczywiście mógł. Dlaczego więc się nimi posłużył? 

Odpowiedź mamy w sakramentach Kościoła: tak jak choroby i ułomności cielesne są znakiem grzechu i jego skutków, tak znaki sakramentalne wyrażają wewnętrzne, duchowe działanie Boga dla naszego zbawienia. Zapowiedzią i początkiem tego działania jest to, co czynił sam Pan Jezus będąc w ciele tu na ziemi. On zarazem przewidział, że Kościół w liturgii Chrztu św. nie tylko będzie obmywał wodą, lecz także nawiązywał do uzdrowienia głuchoniemego przez tzw. obrzęd Effata, czyli dotknięcie ust i uszu chrzczonego wraz z wypowiedzeniem tego aramejskiego słowa. Kościół zaś odpowiednio zrozumiał to wydarzenie z Ewangelii i połączył je z nakazem misyjnym Zbawiciela: "idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im Chrztu" (Mt 28,19-20). Sakramenty Kościoła są niczym innym jak wypełnieniem Ewangelii i jej zastosowaniem nie tylko w tym, co według dogmatyki Kościoła jest konieczne czyli niezbędne dla ich ważności w porządku łaski, lecz w całości ich treści według nauczania i czynów samego Jezusa Chrystusa. Znamienne jest, że w ramach tzw. reformy liturgii po Vaticanum II wprawdzie nie usunięto całkowicie obrzędu Effata, lecz pozostawiono go dowolności celebransa, co faktycznie spowodowało jego regularne i zasadnicze pomijanie, odpowiednio do mentalności skracania i wyrzucania wszystkiego, co rzekomo zbędne czy niezrozumiałe. 

Do fałszywej pseudoteologii i mentalności modernistycznej nie pasuje traktowanie osoby nieochrzczonej jak głuchoniemego z Ewangelii. Nie pasuje też nakazywanie w imieniu Chrystusa "otwórz się!". Nie pasuje tym samym zwrócenie uwagi na głuchotę i niemotę duchową, której uleczenie zależy od woli człowieka, choć jest dziełem łaski Bożej. Jednak nie ma innej drogi prawdziwej wiary jak właśnie uznanie tej prawdy, że potrzebujemy zarówno działania Chrystusowego w sakramentach świętych, jak też niezbędnego otwarcia swego wnętrza na to działanie, co z kolei zakłada pokorne przyznanie się do kondycji analogicznej duchowo do tego człowieka przyprowadzonego do Niego. 

Ten ostatni warunek najczęściej i najbardziej napotyka na przeszkody. Człowiekowi trudno jest się przyznać do czegoś, czego nie widać, co nawet wprost nie boli, przynajmniej co do ciała. Po pewnym względem sytuacja osoby głuchoniemej jest wygodna przynajmniej na tyle, że można się do niej przyzwyczaić: nie słychać krytyki i pochwał, nakazów i zakazów, nic zewnętrznego nie zakłóca akustycznie własnych myśli i odczuć. Nie ma też konieczności panowania nad swoim językiem, a grzechy języka są obecnie bardzo poważne, tak poważne, jak powszechne, dogłębne i wszechstronne jest zakłamanie. Łatwo jest więc przejść do porządku dziennego nad tym, że brak człowiekowi tego, co go wyróżnia względem wszystkich istot żywych, a co go upodabnia do bytów duchowych i samego Boga - przyjmowanie prawdy i dzielenie się nią. 

Bóg tak stworzył człowieka, że umiejętność mowy jest sprzężona ze zdolnością słuchania. To dzięki słuchowi uczymy się mówić. Dziecko najpierw słyszy, by stopniowo uczyć się też mówić, wyrażać swoje potrzeby, pragnienia, myśli itd. Tym samym umiejętność słuchania jest pierwotna i fundamentalna dla każdej komunikacji. 

Jakże bardzo akurat tej umiejętności brakuje, a raczej już gotowości, mimo otaczającego zewsząd hałasu. Jeszcze nigdy dotychczas w historii ludzkości nie było tyle bodźców akustycznych i to takich, które można mieć na zawołanie i według swojego upodobania. Ta wielość i dostępność najbardziej stępia i blokuje właśnie gotowość i wolę słuchania czegoś, co jest wyzwaniem, co jest może przykre czy choćby nieprzyjemne, czy tylko wymagające jakiegoś wysiłku duchowego, a nie tylko łechcące dla zmysłów czy wręcz odurzające. To jest właściwa i najgorsza głuchota w naszych czasach, gdyż jest duchowa, wewnętrzna. 

Nie powinno więc dziwić, że wiąże się z tym swoista niemota, mianowicie wielosłowna, pełna zakłamań, fałszów, zbędnych, a nawet szkodliwych słów. Nawet osoby uważające się za inteligentne, wykształcone prześcigając się w sprawności mówienia tak, żeby właściwie nic nie powiedzieć, a co najwyżej dać mnie czy bardziej pokrętny wyraz swoim wrażeniom, odczuciom, woli itp. Nie do takiej mowy stworzył nas Pan Bóg. 

Także w wymiarze duchowym pierwotne i kluczowe jest słuchanie. Mówienie jest wtórne. Dlatego przyczyną i powodem braku modlitwy i ogólnie życia duchowego jest brak słuchania tego, co mówi Bóg. A Bóg mówi w swoisty i różnoraki sposób. Ponieważ jest miłością, to przemawia przede wszystkim przez Swoje czyny, począwszy od dzieła stworzenia i utrzymywania w istnieniu, aż po dzieło zbawienia, do sądu po śmierci włącznie, o którym nauczał Jezus Chrystus. Jeśli człowiek nie chce słuchać Boga, to są ku temu dwie główne przyczyny: przeświadczenie, że człowiek sam wszystko wie i sobie poradzi, oraz obawa przed koniecznością zmiany swojego życia, swoich grzesznych przyzwyczajeń, przyjemności i celów. Dla obrony swoich złych nawyków w myśleniu, mówieniu i postępowaniu człowiek jest gotowy kłamać, nawet okłamywać samego siebie. Sprzyja temu pycha, z kolei wspierana i wzmacniana przez powodzenia doczesne jak zdrowie, siły fizyczne, uznanie u ludzi, dobrobyt itp. Dlatego choroba czy niedomaganie fizyczne czy materialne jest szansą, gdyż jest okazją i lekcją pokory, z której jednak trzeba chcieć skorzystać. 

Wiąże się z tym fakt, iż Pan Jezus zakazywał rozgłaszania tego, co uczynił głuchoniememu. Zapewne wiedział, że będzie nie posłuchają, że zakaz spowoduje raczej odwrotność, nie tylko z powodu przekory, lecz dlatego, iż tajemnice bardziej fascynują. Skoro jednak nakazywał im milczenie, to pierwsze dlatego, iż nie chciał zostać okrzyknięty Mesjaszem cudów, czyli jednym z proroków-cudotwórców znanych przynajmniej z pism starotestamentalnych, a po drugie dlatego, by zaznaczyć, iż nie zależy Mu na popularności, i by dać przykład pokory, która zawsze towarzyszy działaniu bezinteresownemu. 

Zakończenie perykopy można rozumieć jako rozwiązanie języków także świadków, mianowicie w sensie duchowym, skoro wielbili Pana Jezusa. Otóż wiara prawdziwa i tym samym słuchanie prawdy pochodzącej od Boga przejawia się głównie i istotnie w wyznaniu, że wszystko, co Bóg czyni, jest piękne i dobre. Greckie słowo "kalos" zawiera w sobie obydwa wymiary - zarówno piękno jak i dobro. W mentalności starożytnych piękne jest zarazem dobre i odwrotnie. Gdy świadkowie wyrażają swój zachwyt, to reagują oczywiście na uzdrowienie głuchoniemego. Ewangelista podaje jednak ich słowa, które odnoszą się do wszystkiego, co Pan Jezus uczynił. Należy to rozumieć jako słowa prorockie w szerszym sensie, nawet jeśli wtedy nie były do końca uświadomione. 

Tylko Bóg czyni wszystko dobrze i pięknie. Uzdrowienie głuchoniemego jest tylko jednym z niezliczonych przykładów. Człowiek ma skłonność do myślenia o Bogu raczej wtedy, gdy się mu źle dzieje, gdy uważa, iż dzieje mu się krzywda, że niewinnie cierpi, doznaje krzywdy i niesprawiedliwości. Wówczas spontanicznie pojawia się oskarżenie Boga przynajmniej o bezczynność, o brak ingerencji czy może nawet ignorowanie usilnie zanoszonych modlitw. Wynika to z przestawienia priorytetów czy przynajmniej pomieszania trosk: zwracamy się do Boga zwykle przede wszystkim czy głównie w potrzebach i troskach doczesnych, nawet jeśli nie negujemy wagi zbawienia duszy. Dopiero po czasie jesteśmy gotowi przyznać, że wszystko, co działa Pan Bóg, jest dobre i piękne, także wtedy, gdy wpierw wydaje nam się to być zaniechaniem. 

Bez wątpienia słowa skierowane przez Pana Jezusa do głuchoniemego - wezwanie "effata" - apeluje do każdego z nas i do każdego człowieka. I nie wystarczy przyjąć to wezwanie z wiarą podczas Chrztu św. czy to osobiście, czy poprzez rodziców i chrzestnych. Zamknięcie na łaskę Bożą grozi każdemu, także temu, kto świadomie i głęboko wewnętrznie przeżył obrzęd swojego Chrztu, ponieważ każdy grzech jest zamykającym nieposłuszeństwem, które prowadzi raczej do oskarżania Boga niż do wyznawania Jego dobroci. 

Jak się otworzyć i zachować otwartość? Skoro Pan Jezus wzywa także i nas, to podaje też sposób, gdyż nie stawia wymagań zbyt trudnych. Skoro chciał, by głuchoniemy poganin był wzorem otwartości na działanie Boże, to jest ona możliwa dla każdego człowieka. 

Pierwszym warunkiem otwarcia się jest przyznanie się do swojej niepełnosprawności oraz pragnienie uwolnienia od niej. Ta pokora poddaje się zarówno prowadzeniu przez innych do Jezusa Chrystusa, jak też prowadzeniu przez Niego z dala od zgiełku, w pewien rodzaj samotności z Nim. 

Drugim warunkiem jest poddanie się bliskości Jezusa Chrystusa. Nie jest to właściwie trudne, skoro Zbawiciel posługuje się znakami znanymi skądinąd jak nałożenie ręki, dotknięcie uszu i języka. Jednak nie znaki są istotne, lecz Jego obecność sam na sam. 

Trzecim warunkiem jest wiara w to, że Jego działanie rozwiązuje i wyzwala umiejętności dotąd nieużywane czy wręcz niedostępne, czyli je przywraca w znaczeniu dania pełni naturalnych zdolności według porządku stworzenia, ukierunkowanego na porządek nadprzyrodzony. 

W tym znaczeniu otwarcie tego głuchoniemego nastąpiło już zanim uzyskał słuch i mowę. Uzdrowienie ciała stało się jedynie wyrazem duchowego przyjęcia łaski czyli działania Bożego. To przyjęcie przemienia każdego. A przemienia nie w otwartość na wszystko ze złem, błędem i grzechem włącznie, jak to się dzieje w fałszywych modnych koncepcjach i postulatach. Kto jest otwarty na wszystko, ten jest zamknięty na prawdę Bożą i Jego działanie. 

Sprawiedliwość przewyższająca



Dominica V post Pentecosten

Mt 5, 17-24: 

Nie mniemajcie, że przyszedłem rozwiązać Prawo lub Proroków; nie przyszedłem rozwiązać, ale wypełnić.

Bo zaprawdę, powiadam wam: Dopóki aż przeminie niebo i ziemia, jedna jota, albo kreska, nie przeminie z Prawa, aż wszystko się stanie.

Jeśli więc, ktoś by rozwiązał jedno z tych najmniejszych przykazań, i tak by nauczał ludzi - najmniejszym będzie nazwany w królestwie niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w królestwie iebios.

Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie obfitowała bardziej niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, na pewno nie wejdziecie do królestwa niebios.

Słyszeliście, że powiedziano starożytnym: Nie będziesz mordował; a ktokolwiek by zamordował, będzie podległy sądowi.

Ale ja wam powiadam, że każdy, kto bez powodu złości się na swojego brata, będzie podległy sądowi; 

a ktokolwiek by powiedział swojemu bratu: raka, będzie podległy Sanhedrynowi; 

a ktokolwiek by powiedział: głupcze, będzie podległy gehennie ognia.

Zatem jeślibyś przyniósł twój dar do ołtarza, i tam wspomniał, że twój brat ma coś przeciwko tobie,

Zostaw tam twój dar przed ołtarzem, i odejdź, wpierw pojednaj się z twoim bratem, a wtedy przychodząc ofiaruj twój dar.


μη νομισητε οτι ηλθον καταλυσαι τον νομον η τους προφητας ουκ ηλθον καταλυσαι αλλα πληρωσαι

αμην γαρ λεγω υμιν εως αν παρελθη ο ουρανος και η γη ιωτα εν η μια κεραια ου μη παρελθη απο του νομου εως αν παντα γενηται

ος εαν ουν λυση μιαν των εντολων τουτων των ελαχιστων και διδαξη ουτως τους ανθρωπους ελαχιστος κληθησεται εν τη βασιλεια των ουρανων ος δ αν ποιηση και διδαξη ουτος μεγας κληθησεται εν τη βασιλεια των ουρανων

λεγω γαρ υμιν οτι εαν μη περισσευση η δικαιοσυνη υμων πλειον των γραμματεων και φαρισαιων ου μη εισελθητε εις την βασιλειαν των ουρανων

ηκουσατε οτι ερρεθη τοις αρχαιοις ου φονευσεις ος δ αν φονευση ενοχος εσται τη κρισει

εγω δε λεγω υμιν οτι πας ο οργιζομενος τω αδελφω αυτου εικη ενοχος εσται τη κρισει 

ος δ αν ειπη τω αδελφω αυτου ρακα ενοχος εσται τω συνεδριω 

ος δ αν ειπη μωρε ενοχος εσται εις την γεενναν του πυρος

εαν ουν προσφερης το δωρον σου επι το θυσιαστηριον κακει μνησθης οτι ο αδελφος σου εχει τι κατα σου

αφες εκει το δωρον σου εμπροσθεν του θυσιαστηριου και υπαγε πρωτον διαλλαγηθι τω αδελφω σου και τοτε ελθων προσφερε το δωρον σου



Ewangelia mszalna zaczyna się wprawdzie od wersetu 20, jednak dla jej lepszego zrozumienia należy uwzględnić kontext bezpośrednio poprzedzający, który jest zresztą szczególnie aktualny w obliczu dyskusyj teologicznych w kwestii relacji między Nowym a Starym Testamentem. 

Fragment jest częścią tzw. Kazania na Górze, które w Ewangelii św. Mateuszowej jest umieszczone na początku publicznej działalności Jezusa Chrystusa i ma charakter wyraźnie programatyczny, a nawet można jest uznać za swoistą syntezę Jego nauczania. 

Pierwsze zdanie nawiązuje do jądra sporu z przywódcami ludu, zwłaszcza z faryzeuszami. Chodzi o stosunek Jezusa do Starego Przymierza podanego w Pięcioksięgu Mojżeszowym oraz w pismach tzw. prorockich, które to księgi były czytane publicznie podczas nabożeństw szabatowych w synagogach (to rozróżnienie na dwa rodzaje pism występuje tylko w Nowym Testamencie, a żydzi w średniowieczu wprowadzili akronim "Tanach", który oznacza trzy rodzaje w ramach kanonu hebrajskiej Biblii: Prawo czyli Tora, prorocy i pisma inne). 

Ten stosunek zostaje tutaj określony jako wypełnienie, nie jako zaprzeczenie i odrzucenie. Wypełnienie jest tutaj zarówno wykonaniem jak też dopełnieniem w znaczeniu dodania, poszerzenia i pogłębienia, co ukazują przykłady "obfitszej sprawiedliwości", głoszonej i wymaganej przez Jezusa Chrystusa. 

Najpierw Pan Jezus podkreśla aktualność Starego Przymierza, a nawet jego niezmienność. Mowa o jednej jonie odnosi się do alfabetu greckiego, w którym ta właśnie litera jest najmniejsza. Natomiast mowa o kresce ma na myśli prawdopodobnie znak umieszczany wówczas nad hebrajskimi literami jod i waw, który nie miał samodzielnego znaczenia fonetycznego. Mamy więc tutaj wyraźne zaostrzenie wierności nawet dla literalnej postaci spisanego Bożego Objawienia. Tłem jest zarówno konflikt Pana Jezusa z duchowymi przywódcami żydowskimi, jak też późniejsze zmaganie Kościoła o określenie swojej tożsamości w relacji do religii żydowskiej. Ostatecznie chodzi o kwestię, kto jest wierny Prawu Bożemu, a kto nie jest. 

Równocześnie znamienne jest, że także tym, którzy rozwiązują któreś z najmniejszych przykazań, Pan Jezus przyznaje miejsce w Królestwie Niebios, aczkolwiek jako "najmniejszym". Istotne jest ograniczenie do mniejszych przykazań. Uczeni żydowscy już wtedy odróżniali między przykazaniami większymi i mniejszymi. Przestrzeganie i nauczanie jednych i drugich zapewnia większą rangę w porządku Bożym, który oznacza to Królestwo. Także w tym zdaniu Pan Jezus zachęca i wzywa do starannej wierności Prawu Bożemu. 

Sprawiedliwość jest jednym z centralnych wątków zarówno Starego Przymierza jak też Ewangelii św. Mateuszowej. We współczesnym języku Kościoła mówilibyśmy o świętości. W pojęciowości starotestamentalnej tylko Bóg jest święty, a człowiek może być jedynie sprawiedliwy w znaczeniu wypełniania prawa Bożego i to był ideał moralny. Sprawiedliwość, której uczy Jezus Chrystus, nie ma natury li tylko zewnętrznej, lecz jest istotnie duchowa i bardziej odpowiadająca naturze człowieka. 

Jezus Chrystus wymaga od swoich uczniów obfitszej sprawiedliwości niż ta, którą żyją przywódcy żydowscy. Tylko ta sprawiedliwość zapewnia dostęp do królestwa, które On głosi i przynosi. Ukazując tę sprawiedliwość Pan posługuje się stylem nawiązującym do nauczania rabinów, gdyż oni cytując najpierw opinie innych, a następnie wykładają swoją z formułą "a ja wam mówię". Pan Jezus stawia Siebie w kontraście do słów skierowanych do "starych" czyli przodków, cytując piąte przykazanie Dekalogu (LXX: Wyj 20,13; Pwt 5,18) wraz z sankcją, która nie jest zawarta w pismach biblijnych. One przepisują (ius talionis) ukarania zabójcy śmiercią Wyj 21,12; Kpł 24,17; Li 35,16nn). Tak więc sankcja podana w słowach Pana Jezusa - sąd - pochodzi widocznie z tradycji targumicznej, czyli aramejskiego, poszerzonego o dodatki przekładu textu biblijnego na użytek nauczania w synagogach. Chodzi o faktyczny, aktualny stan religii żydowskiej, nie o rekonstrukcję pierwotnego stanu historycznego. 

Zauważyć należy, że przedmiotem przykazania jest nie zabijanie w ogóle (jak zwykle sugerują tłumaczenia), lecz o czyn określany w języku prawniczym jako morderstwo, czyli zabicie osoby niewinnej i bez sprawiedliwego powodu. To rozróżnienie jest istotne zwłaszcza w kontekście aktualnej dyskusji w kwestii kary śmierci. Rozszerzenie zakazu zabijania o złość wewnętrzną, artykułowaną choćby tylko słowami, swoją drogą potwierdza to rozróżnienie. 

Kontrast Jezusowy podany w formie antytezy nie wyraża zaprzeczenia, lecz udoskonalenie, nawet pewne zaostrzenie i przewyższenie. Jest to zwrócenie uwagi na akty wewnętrzne i na słowa, które je wyrażają: już samo rozgniewanie się na bliźniego podpada pod piąte przykazanie. Słowo precyzujące, że chodzi o gniew "bez powodu", już św. Hieronym uważał za późniejszy dodatek, który oczywiście nie wypacza właściwego sensu, lecz go uwyraźnia. 

Złość wewnętrzna zwykle i najczęściej wyraża się w obraźliwych słowach. Znamienne jest, że Ewangelista podaje słowo semickie, aczkolwiek nie w wersji aramejskiej reka, lecz syryjskiej raka, co wskazuje na adresatów w środowisku chrześcijan w Syrii. Według biblistów właściwie nie ma semantycznej różnicy względem greckiego mora czyli "głupcze, błaźnie". Być może istniała różnica w pragmatyce językowej, która dziś jest nieuchwytna. Różnicę znaczeń sugerują różne sankcje: z jednej strony "sanhedryn", który być oznacza jakiś rodzaj rady starszych czy sądu w gminie chrześcijańskiej (choć w tym znaczeniu to słowo nie występuje w Nowym Testamencie), a z drugiej strony "gehenna ognista". Ta druga nazwa występuje tylko u św. Mateusza (23, 33) i jest aramejską nazwą doliny ge-hinnom (w okolicy Jerozolimy), która często występuje w literaturze rabinicznej. Odnosi się ona do miejsca, które zostało zbezczeszczone przez kult Molocha i gdzie według proroctwa Jeremiasza (7,31; 31,40; 32,34) nastąpi krwawa kara. U proroka Izajasza (66, 22-24) jest mowa o tym, że w dolinie kaźni ciała złoczyńców nie będą pogrzebane, lecz spalone, co w ujęciu starotestamentalnym jest o tyle bardziej okrutne, iż w jego wyobrażeniu los człowieka po śmierci zależał od stanu jego zwłok. Według etiopskiej Księgi Henocha (90,26nn) jest mowa o przepaści ognistej na południe od świątyni, gdzie na końcu czasów wrzuceni będą niewierni żydzi. Ci, których za życia nie spotkała sprawiedliwa kara, zmartwychwstaną, żeby następnie cierpieć w tym ogniu na wieczność. W nawiązaniu do innego fragmentu tejże Księgi (27,2) już w pierwszym wieku po Chrystusie pojawiło się powiązanie tego starotestamentalnego miejsca z możliwością oczyszczenia w ogniu, co prowadzi do katolickiej doktryny eschatologicznej o czyśćcu. 

Zgodnie z metodą wykładu halachicznego, po tych zdaniach quasi prawniczych następuje konkretny przykład wzięty z życia. Mówi on o tzw. prywatnej ofierze wiernego, który przynosi swój dar ofiarny przed ołtarz całopalny, by przekazać go kapłanowi do spełnienia. Być może chodzi tutaj o ofiarę przebłagalną za grzechy. Według nauk rabinicznych taka ofiara byłaby nieważna, gdyby np. w przypadku kradzieży ukradziona rzecz nie została zwrócona, czy ogólnie wyrządzona szkoda czy krzywa nie została naprawiona. Jednak także tutaj Pan Jezus zaostrza wymagania, gdyż mówi nie o braku spełnienia warunków przez składającego ofiarę, lecz o zarzutach ze strony bliźniego. Innymi słowy: Pan Jezus wymaga otwartości na krytykę, nawet jeśli ze swej strony wydaje nam się, że nie mamy sobie nic do zarzucenia. Tutaj znowu chodzi o wewnętrzny, duchowy wymiar pobożności, do której istotnie należy postawa pokory, otwartości na prawdę oraz oparte na prawdzie relacje międzyludzkie. 

Istotne jest słowo tłumaczone zwykle jako "pojednaj się", co odpowiada łacińskiemu "reconciliari". Słowo greckie ma jednak znaczenie nieco inne, poniekąd głębsze, gdyż oznacza bardziej "przejście przez różność", "rozmówienie się" (por. tutaj). Tak więc Pan Jezus na pewno nie wymaga powierzchownego zawierania pokoju czy paktu o nieagresji, ani negowania, przykrywania czy ukrywania różnic. Nie chodzi też o przywrócenie stanu wcześniejszego, czy to obojętności, czy przyjaźni. Pewne jest, iż Pan Jezus żąda słuchania i brania pod uwagę tego, co bliźni ma mi do powiedzenia o mnie, oczywiście ze wzajemnością. Zdrowe, oparte na prawdzie i szczerości relacje międzyludzkie są istotnym wymiarem prawdziwej religii. 

Nie trudno zauważyć, jak bardzo aktualne jest to nauczanie Chrystusowe, wręcz namacalnie konieczne. 

Po pierwsze, sprawiedliwość jest ostatnimi czasy pojęciem, a nawet już słowem niechcianym, wręcz programowo spychanym w przestrzeni nawet - jeśli nie przede wszystkim - kościelnej. Ma to miejsce za pomocą, przy okazji, a nawet wręcz programowo w ramach powszechnej obecnie propagandy herezji miłosierdzizmu, według której miłosierdzie jest rzekomo najwyższym przymiotem Bożym, przewyższającym Bożą sprawiedliwość (co jest oczywiście bluźnierstwem). Ewangelia mówi jasno, że nie może to być prawda pochodząca od Boga. 

Po drugie, jak zawsze, także aktualnie główną pokusą i zarazem wypaczeniem religijności jest zaniedbywanie jej wymiaru duchowego, wewnętrznego, zarówno w odniesieniu do siebie jak też do innych osób i ostatecznie do Pana Boga. Ma to związek zarówno z wypieraniem wyczucia i świadomości grzechu, jak też z wybujaniem - odrywającej się od rozumu - zmysłowości, które jest głównym wrogiem życia duchowego. 

Po trzecie, akurat ten fragment Kazania na Górze jest zarówno wybitnie ekumeniczny, jak też wybitnie nieekumeniczny, jeśli chodzi o fałszywą ideologię indyferentyzmu religijnego, związanego nieuchronnie z wypaczeniem, czy przynajmniej poważnym zaniedbaniem duchowym. Katolik nie ma prawa wypierać się czy choćby wstydzić tego, że jego religia wyznacza wyższe standardy niż religia żydowska, a tym bardziej inne religie, które są jeszcze bardziej odległe od prawdy Chrystusowej. Równocześnie katolik nie ma prawa negować, że wymiar duchowy naszej religii jest najbardziej misyjny i najbardziej otwarty na każdego człowieka dobrej woli, który szczerym sercem pragnie i szuka sprawiedliwości większej i głębszej niż ta, która była i jest dana i możliwa przed Chrystusem i bez Chrystusa. 

Po czwarte, stosunek Zbawiciela do religii przodków wedle ciała jest drogowskazem i normą dla postawy katolika w pewnym sensie także wobec religii jego przodków we wierze. Chodzi nie tylko o religię starotestamentalną, lecz także o wiarę i pobożność chrześcijan wieków minionych. Oczywiście istotnie inne jest odniesienie do Starego Testamentu, określone raz na zawsze, niezmiennie w Nowym Testamencie, niż do Tradycji Kościoła, gdyż ona zawiera i przekazuje to, co zostało ustanowione przez Jezusa Chrystusa w "przewyższającej sprawiedliwości". Istotne jest zasadnicze podejście do dziedzictwa przodków: skoro Pan Jezus nie usunął ani najmniejszej litery ze Starego Przymierza, to tym bardziej katolikowi - niezależnie od pozycji w hierarchii - nie wolno usuwać czy zmieniać czegokolwiek, co odziedziczył od Apostołów oraz pokoleń świętych i doktorów Kościoła. 

Ostatecznie każdy szczerze szukający sprawiedliwości staje nie tylko przed bliźnimi, ale także przed Bogiem z pytaniem: Panie, co masz przeciwko mnie? Ten, kto je zadaje nieustannie, jest na drodze do królestwa niebios. 

Połów ludzi


Dominica IV post Pentecosten

Łk 5,1-11:

Wydarzyło się, gdy tłum tłoczył się dokoła Niego, by słuchać Słowa Bożego, a On stał przy jeziorze Genezaret.

I ujrzał dwie łodzie, stojące przy jeziorze, a rybacy, wyszedłszy z nich, płukali sieci.

Wszedłszy do jednej z tych łodzi, która była Szymona, poprosił go, aby odjechał nieco od brzegu; i usiadłszy, nauczał rzesze z łodzi.

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: wyjedź na głębię i zarzućcie sieci swoje na połów.

A odpowiadając Szymon, rzekł Mu: Mistrzu, całą noc ciężko pracując, nic nie złowiliśmy; ale na mowę Twoją zarzucę sieć.

A uczyniwszy to, zagarnęli wielkie mnóstwo ryb, tak iż ich sieć się rwała.

Skinęli więc na towarzyszy w drugiej łodzi, aby przybyli pomóc im, i przybyli i napełnili obie łodzie, tak iż się zanurzały.

Widząc to Szymon Piotr upadł do kolan Jezusa, mówiąc: Odejdź ode mnie, Panie, bom jest mężem grzesznym.

Albowiem zdumienie ogarnęło jego i wszystkich, którzy z nim byli, z powodu połowu ryb, który zebrali.

Tak samo Jakuba, i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli towarzyszami Szymona. A Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, od teraz ludzi łowić będziesz.

A wyciągając łodzie na ziemię, opuszczając wszystko, poszli za Nim.


εγενετο δε εν τω τον οχλον επικεισθαι αυτω του ακουειν τον λογον του θεου και αυτος ην εστως παρα την λιμνην γεννησαρετ

και ειδεν δυο πλοια εστωτα παρα την λιμνην οι δε αλιεις αποβαντες απ αυτων απεπλυναν τα δικτυα

εμβας δε εις εν των πλοιων ο ην του σιμωνος ηρωτησεν αυτον απο της γης επαναγαγειν ολιγον και καθισας εδιδασκεν εκ του πλοιου τους οχλους

ως δε επαυσατο λαλων ειπεν προς τον σιμωνα επαναγαγε εις το βαθος και χαλασατε τα δικτυα υμων εις αγραν

και αποκριθεις ο σιμων ειπεν αυτω επιστατα δι ολης της νυκτος κοπιασαντες ουδεν ελαβομεν επι δε τω ρηματι σου χαλασω το δικτυον

και τουτο ποιησαντες συνεκλεισαν ιχθυων πληθος πολυ διερρηγνυτο δε το δικτυον αυτων

και κατενευσαν τοις μετοχοις τοις εν τω ετερω πλοιω του ελθοντας συλλαβεσθαι αυτοις και ηλθον και επλησαν αμφοτερα τα πλοια ωστε βυθιζεσθαι αυτα

ιδων δε σιμων πετρος προσεπεσεν τοις γονασιν του ιησου λεγων εξελθε απ εμου οτι ανηρ αμαρτωλος ειμι κυριε

θαμβος γαρ περιεσχεν αυτον και παντας τους συν αυτω επι τη αγρα των ιχθυων η συνελαβον

ομοιως δε και ιακωβον και ιωαννην υιους ζεβεδαιου οι ησαν κοινωνοι τω σιμωνι και ειπεν προς τον σιμωνα ο ιησους μη φοβου απο του νυν ανθρωπους εση ζωγρων

και καταγαγοντες τα πλοια επι την γην αφεντες απαντα ηκολουθησαν αυτω


Tutaj mamy opis powołania nie tylko Szymona Piotra, lecz także synów Zebedeuszowych Jakuba i Jana, a tym samym najbliższego Panu Jezusowi, ścisłego grona uczniów, mianowicie tych wybranych przez Niego, by byli świadkami Jego przeminienia na górze, oraz modlitwy w ogrodzie oliwnym przed męką, czy właściwie już na początku męki. Szymon został potem tym, na którym Pan zbudował Swój Kościół, mimo zaparcia się w godzinie próby. Jakub został pierwszym biskupem Jerozolimy, który jako pierwszy spośród Dwunastu poniósł śmierć męczeńską za wiarę w Jezusa Chrystusa. Jan był jedynym spośród Dwunastu, który stał pod krzyżem. Był tym, którego Pan Jezus szczególnie miłował, i który żyjąc najdłużej na ziemi, najdłużej też dawał świadectwo wierze, a jako jedyny zmarł śmiercią naturalną, choć również doświadczał prześladowań. Z tego względu można powiedzieć, że w tym opisie powołania jest zawarte powołanie całego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów, tym samym każdego wierzącego. 

Tłumy szły za Jezusem, mimo iż Jego słowa nie były łatwe, ani pobłażliwe. Były wymagające, z wyczuwalnym autorytetem, intrygujące, pociągające, a zarazem kojące. Tak nikt inny nie przemawiał. On widocznie przyprowadził tłum idący za Nim na brzeg jeziora. Zrobił to po to, by unaocznić swoje nauczanie. 

Wejście do łodzi jednego z rybaków miało sens nie tylko praktyczny, by głos Jego niesiony przez wodę lepiej docierał do tłumu. To było równocześnie oderwanie Szymona od płukania sieci, a jeszcze bardziej wyrwanie go smutku, może nawet z przygnębienia i frustracji, z powodu daremnej pracy nocą, która jest normalna dla rybaka. Szymon się nie opierał, choć mógł powiedzieć Jezusowi: człowieku, mam swoje sprawy, swoją pracę, moja łódź nie jest mównicą, muszę ją przygotować na następną noc na połów, daj mi spokój. Widocznie jednak było coś, co skłoniło go do użyczenia gościnności nieznanemu wędrownemu nauczycielowi. Na pewno było to to samo, co przyciągało cały tłum do słuchania. Być może także wzgląd na słuchaczy spowodował u Szymona gotowość dystansu od jego własnej, prywatnej troski. A to jest już ważna podstawa dla urzędu, który miał potem objąć w Kościele. 

Jest jednak ważniejsza cecha w postawie Szymona. Wyrażona jest w jego reakcji na wezwanie Jezusowe do wypłynięcia na głębię, wbrew wyrobionemu w doświadczeniu rozsądkowi rybaka. Nie wiemy, jak długo Szymon przysłuchiwał się słowom Jezusa. To raczej nie mogło być długo, gdyż w skwarze dnia byłoby trudne do zniesienia. Prawdopodobnie było to rano, niedługo po daremnej pracy nocnej. To było jednak wystarczająco długo, by rybak nabrał szczególnego uznania dla wędrownego nauczyciela, mimo że ten zakłócił mu rytm pracy i spokój w trosce. "Ale na Twoją mowę..." - to zdanie jest często niedokładnie tłumaczone, począwszy od textu łacińskiego "in verbo autem tuo..." Język grecki odróżnia bowiem między rhema (= locutio) i logos (= verbum). Skoro Ewangelista używa tutaj określenia rhema, to wskazuje na to, że chodzi ogólnie nie o konkretne słowo, lecz o słowa, o całe nauczanie, którego Szymon był świadkiem. Innymi słowy: to nie polecenie "wypłyń" jest powodem posłuszeństwa Szymonowego, lecz całość tego, co słyszał z ust Jezusowych. Zapewne poruszało go to samo, co każdego normalnego człowieka, mianowicie prawdziwość i moc, które są ze sobą oczywiście ściśle powiązane. To budzi zaufanie czyli gotowość polegania na słowach danej osoby, mimo swoich nawyków myślowych, doświadczeń i naturalnych oporów. Decyzja Szymona co do posłuchania wezwania Jezusowego nie była nierozsądna, ponieważ jej podstawą było słuchanie Jego nauczania. 

To poleganie zostało oczywiście potwierdzone i nagrodzone. Mocą boską i w stylu boskim, czyli przeobficie i wbrew wszelkim zwykłym oczekiwaniom. Wtedy następuje kolejny krok rozwoju duchowego Szymona: upadnięcie do kolan Jezusowych. Text grecki używa tutaj określenia wziętego z dziedziny kultycznej (stosowanej zresztą także wobec władców) proskynein, które oznacza upadnięcie na twarz w geście uniżenia i wyrażenia czci. Także zaznaczenie Ewangelisty, że Szymon upadł do kolan Jezusowych, jest zapewne nie przypadkowe. Chodzi prawdopodobnie o to, że to upadnięcie było takie, iż twarz Szymona nie sięgała ziemi, lecz wysokości kolan Mistrza. Czyżby oznaczało to brak całkowitego uniżenia? To nie wynika z kontextu. Chodzi raczej o to, iż Szymon chce pozostać twarzą na wysokości kolan Jezusowych, by być jak dziecko u rodzica, jak niemowlę przy łonie karmiącej je matki.  Padnięcie na twarz do stóp jest typowe dla poddanego i niewolnika. Niewolnik nie śmie patrzeć w oczy swego pana, nawet mu tego nie wolno. Szymon wie, że Pan Jezus tego nie oczekuje, że Jemu chodzi o inną relację, o taką, która prowadzi do obfitego połowu. "Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, lecz nazwałem was przyjaciółmi..." (J 15, 15).

Szymonowe poczucie niegodności do tej relacji jest odpowiedzią człowieka szczerego wobec siebie i wobec innych, czyli niezakłamanego i nie zgrywającego czegokolwiek. Człowieka, która doznał swojej słabości, ułomności, niewystarczalności mimo wysiłków, mimo dobrej woli i żarliwości, której dowody podają Ewangelie w innych miejscach. Szymon nie uniknął pokusy zbyt szybkiej świętości, czyli zaufania w swoje siły, gdy zapewniał Mistrza po Jego zapowiedzi męki, że go nie opuści, choćby wszyscy Go opuścili. Dlatego musiał boleśnie doznać swojej zdrady po pojmaniu Jezusa, by potem - jak mówi legenda - do końca życia zapłakać gorzko przy każdym pianiu koguta, czyli o świcie, u początku dnia, by na skrusze i pamięci o swojej słabości budować wierne łowienie ludzi. 

Szymon jawi się więc tutaj jako pierwowzór łowienia ludzi według nauczania i nakazu Jezusa Chrystusa. 

Po pierwsze, Szymon nie jest wzorem ani lenistwa ani nieudacznictwa. On ciężko pracował całą noc, wraz z towarzyszami. Był doświadczonym rybakiem, a jednak spotkało go coś, czego żaden rybak się nie spodziewa. Rybak wie, że jakiś połów zawsze jest, mniejszy czy większy, o ile robi się swoją pracę normalnie profesjonalnie. Zupełny brak ryb w sieci jest swoistym anty-cudem, który jest trudno wyjaśnić w sposób naturalny. Może się zdarzyć tylko wtedy, gdy albo rybak popełni elementarne błędy, albo wydarzy się coś takiego, jakby przyroda sprzysięgła się przeciw niemu. Jeśli coś takiego nie wydarza się w rybołówstwie, to wydarza się czy może się wydarzyć w życiu każdego z nas: mimo wysiłku, mimo starań, mimo zaangażowania swojej wiedzy, doświadczenia i umiejętności, trud jest daremny, a ta daremność zagraża przynajmniej poczuciu bezpieczeństwa, nawet jeśli nie zagraża wprost życiu własnemu i bliskich. Pojawia się wtedy pokusa przynajmniej zniechęcenia, jeśli nie wręcz buntu wobec niesprawiedliwości, którą Pan Bóg dopuszcza. Co robi wtedy Szymon? Być może niechętnie i mrukliwe, ale jednak udostępnia swoją łódź, przerywając swoją normalną pracę - płukanie sieci. I słucha. Słucha nie tylko z ciekawości czy żeby zapomnieć o swojej frustracji: przyjmuje wezwanie do posłuszeństwa, choć zapewne bez wiary w sensowność jego wykonania. 

Po drugie, wezwanie Jezusowe "wypłyń na głębię" ma zapewne także znaczenie duchowe. Głębia jest czymś tajemniczym i może być też czymś groźnym, chociażby z powodu odległości od bezpiecznego lądu. Na głębinie nie zawsze jest szansa na połów, gdyż ryby mogą ukrywać. Gdy Pan Jezus każe zarzucić sieci na głębi, to sprawia także, że ryba będzie dostępna dla sieci, a może nawet ku niej wypłynie. Wypłynięcie na głębię jest więc zaufaniem w działanie Boże i w ogóle w głębszy wymiar rzeczywistości, który daje wiara w Boga - w Jego istnienie i aktywność. Tutaj wzorem jest Szymon. 

Po trzecie, on jest wzorem realizmu, szczerości i autentyczności, zwłaszcza w odniesieniu do siebie i też wobec działania Bożego, które przerasta jego trzeźwe oczekiwania. Szymon mógł się poczuć wyróżniony wyborem akurat jego łodzi przez Pana Jezusa i to na oczach tłumu. Mógł popaść choćby w pospolitą pychę, do której zresztą ze swej natury miał skłonność. Wiedział, że przed Jezusem nie ma sensu niczego udawać? Poczuł się niegodny bliskości tego, który dokonał ewidentnego znaku działania boskiego. Czego się bał? Obawiał się, że nie sprosta tej obecności, a czuł, że Pan Jezus czegoś więcej chce od niego, że to nie było tylko przelotne spotkanie. 

Na koniec pozostaje zagadkowe sformułowanie Jezusowe: "od teraz będziesz łowiącym ludzi". Greckie słowo zogrein oznacza "chwytanie żywcem". Rybak łowi, żeby zabić na pożywienie, to oczywiste. Dlaczego Pan Jezus jednak posługuje się tym obrazem z codzienności Szymona? Zapewne dlatego, że po pierwsze jego zdolności i umiejętności odtąd zostaną wykorzystane do wyższej czynności. Będzie to czynność Jezusowa, bo to on sprawił połów na głębi w ciągu dnia, gdy normalnie żadna się pojawia. Po drugie, będzie to czynność wynikająca ze słuchania Jego mowy, Jego słów, i podejmowana w zaufaniu w Jego działanie, nie we własne siły i umiejętności. W końcu to zarzucanie sieci i łowienie nie prowadzi do śmierci, lecz do nowego życia - życia z Nim i działania z Nim, nawet jeśli wymaga to obumarcia dla starego życia. 

W powołaniu Szymona jest nam dany raz na zawsze paradygmat wiary w Jezusa i uwierzenia Jemu. Trudno jest nam sobie wyobrazić, jak to trzeźwo myślący rybacy nagle porzucają wszystko, by pójść za Nim. A jest to wezwanie do wolności. Podobnie jak nagłe wezwanie do przejścia z tego świata do wieczności. Wtedy nie liczy się już nic oprócz pójścia za Nim.