Szymon mówi więcej niż wie

 


Taki fenomen jak możliwość publikowania swoich wystąpień przez każdego ma plusy i minusy. Plusem jest niewątpliwie szerszy dostęp do opinii publicznej, który oczywiście nie jest nieograniczony, gdyż platformy takie jak YouTube także mają swoje apodyktyczne kryteria dopuszczania i niedopuszczania. Minus właśnie z tym się wiąże: sukces - także finansowy - danego kanału zależy od zgodności z ideologiczną linią platformy oraz od popularności wśród odbiorców. Ma to więc niewiele wspólnego z jakością treści, przynajmniej bezpośrednio, aczkolwiek publiczność ma też swoje wymagania treściowe, choć zwykle nie są one - mówiąc bardzo oględnie - wygórowane intelektualnie. Liczy się bardziej wrażenie przeżyciowo-estetyczne niż solidność intelektualna. Sprytna - nie rzadko też perfidna - manipulacja cieszy się w tej lidze o wiele większym powodzeniem niż rzetelność co do faktów i wniosków. Wybitnym przykładem jest Adam Szustak (por. tutaj wraz z podanymi linkami), a także inni, którzy podjęli pomysł na zarobienie fortuny dzięki kanałowi na yt (por. tutaj i tutaj). 

Jednym z nich jest Szymon Pękala, który owszem wyróżnia się niezłym poziomem intelektualnym w znaczeniu wnikliwości. Nie odróżnia się natomiast niestety pod względem rzetelności co do prezentowanych treści, aczkolwiek zdarzają mu się lepsze wystąpienia, gdy np. prezentuje owoce swoich lektur apologetycznych (np. tutaj czy tutaj). Znacznie gorzej, a nawet wręcz katastrofalnie jest, gdy wchodzi w tematy kościelne, społeczne i polityczne, zwłaszcza te aktualne. Wykazuje wtedy w znacznej mierze dystans, a nawet niezgodność nie tylko z nauczaniem Kościoła, lecz także z elementarną wiedzą. Chłopak ma wprawdzie na utrzymaniu rodzinę i jest na dorobku, tudzież wykazuje pewien spryt biznesowy, to jednak nie usprawiedliwia sprzedawania ludziom tandety (mówiąc delikatnie) i to z pozycji quasi autorytetu. Sam nie jest z wykształcenia ani teologiem, ani humanistą, co regularnie się przejawia w jego wystąpieniach. Tym dziwniejsze są jego zapędy w tematykę, której ewidentnie nie zgłębił dostatecznie. W jednym z wystąpień wspomina, że jego obydwoje rodziców są teologami (wygląda na to, że najwyżej katolewackimi). Stąd zapewne wynika skłonność do tematyki teologicznej i kościelnej, jednak nie idzie to w parze z merytoryczną kompetencją, jak w tym wypadku:

Widocznie odnośnie antykoncepcji nie wpadł na pomysł by zajrzeć chociażby do Katechizmu Kościoła Katolickiego, już nie mówiąc o dokumentach papieskich. Zaś co do owego "księdza w Auschwitz" to nie trzeba być nawet katolikiem, żeby wiedzieć, iż chodzi o św. Maksymiliana Kolbe, bo jest to ogólnodostępna wiedza historyczna. Niewiedza w obydwu sprawach jest tym bardziej skandaliczna, że Pękala jest nie tylko dzieckiem dwojga teologów lecz absolwentem renomowanego liceum katolickiego w Rzeszowie. 

Przyznaję się, że znam tylko kilka wystąpień Szymona, choć co jakiś czas podsyłane mi są linki z prośbą o opinię. Nie sądzę, by warto i konieczne było je wszystkie analizować i oceniać. Czuję się jednak w obowiązku przestrzeżenia, gdyż człowiek - nota bene na pierwszy rzut oka i pierwsze usłyszenie dość sympatyczny - ma potencjał, a przez rozpowszechniane błędy i bzdety może tym bardziej zaśmiecać i zatruwać umysły odbiorców. Nie neguję zasadniczo jego dobrej woli, nie tylko co do potrzeby zarobienia na rodzinę. Jego wszechstronna ciekawość (robił nawet rozmowę z satanistą) może świadczyć - między innymi - o poszukiwaniu wiedzy i rozumienia zjawisk. Szkoda natomiast, że nie kieruje swojego zapału poznawczego na źródła teologiczno-kościelne, choć się bardzo często wypowiada w takich właśnie tematach. Przykładowo omówię wystąpienie niedawne (podane na początku), gdyż po pierwsze jest ono z jego strony poniekąd osobiste, a po drugie także dla mnie temat jest bliski. 

Właściwie już na początku pada jego swoiste "credo", gdy mówi, że nazwałby się bez wątpienia konserwatystą w znaczeniu brytyjskim. Nie rozwija tej myśli i zrazu nie wiadomo, o co mu chodzi. Wygląda na to, że należy tutaj rozumieć konserwatyzm w znaczeniu liberalizmu, który się sprzeciwia "rewolucji ekologicznej", zaś najwyższą wartością jest wolność gospodarcza i generowanie zysków. Ten człowiek widocznie nie ma pojęcia ani o historii Wielkiej Brytanii, ani kapitalizmu, tym bardziej o głębszym zrozumieniu pojęć. Gdy w dalszym toku mówi - oczywiście krytycznie - o romantyzowaniu własnego dzieciństwa, to powinien to odnieść także do swojego pojęcia konserwatyzmu. Otóż dla tzw. liberalnych konserwatystów (względnie konserwatywnych liberałów) należy zachować stan (względnie powrócić do stanu), gdy państwo w żaden sposób nie regulowało działalności gospodarczej, jak to było jeszcze w XIX w. czyli w epoce tzw. kapitalizmu manchesterowskiego, który oznaczał de facto ogromne zyski dla przedsiębiorców i banków, kosztem pracy iście niewolniczej, do której zatrudniane były nawet dzieci (bez dni wolnych od pracy, dzień pracy 12-godzinny i więcej), co było oczywiście podłożem dla komunizmu. 

Zdefiniowanie "tradycjonalizmu" jako romantyzowania przeszłości świadczy przynajmniej o braku znajomości pojęć. W żadnej znanej definicji pojęcia "tradycjonalizm" nie ma mowy o idealizowaniu przeszłości. Tradycja to - mówiąc najprościej - przekazywanie wartości i też form ich wyrażania poprzez pokolenia. Nie ma chyba zdrowo myślącego człowieka, który by zasadniczo odrzucał tradycję tak rozumianą, gdyż oznaczałoby to, że musiałby zaczynać od samodzielnego krzesania ognia z kamieni (a najpierw musiałby sam wpaść na pomysł, że w taki sposób można uzyskać ogień), a kończyć na samodzielnym zrobieniu sobie przynajmniej roweru, nie mówiąc już o samochodzie. Innymi słowy: niewyobrażalne i niemożliwe jest życie bez przejęcia wartości, wiedzy, umiejętności i form od przeszłych pokoleń. W tym najprostszym znaczeniu każdy myślący człowiek przyzna, że jest i musi być tradycjonalistą. Dlatego wiązanie tego określenia z "romantyzowaniem" przeszłości świadczy przynajmniej o braku namysłu. 

Z jeszcze większym niedowierzaniem usłyszałem przykład owego rzekomego polskiego niezdrowego "tradycjonalizmu" w sensie "naiwnej romantyzacji przeszłych norm", mianowicie "stawianie barier", jakim jest sprzeciw wobec zalegalizowania związków partnerskich dla par homosexualnych. Szymon nie ma tutaj żadnego argumentu, z czego raczej zdaje sobie sprawę, skoro ucieka się do zabiegu niegodnego myślącego człowieka: sprowadza sprawę do katolicyzmu, tak, jakby sprzeciw wobec legalizacji związków LGBT wynikał specyficznie z katolicyzmu, co jest oczywistą nieprawdą. Nie trzeba dużego wysiłku intelektualnego, by poznać, że podstawą tego sprzeciwu jest prawo naturalne, czyli normy etyczne poznawalne czysto rozumowo: skoro pary homosexualne z natury rzeczy nie mogą mieć dzieci - i nie powinny ich mieć (!) - to tym samym nie mają prawa do przywilejów właściwych małżeństwom, których celem i zadaniem jest wydanie na świat i wychowanie potomstwa, przez co w sposób niezastępowalny wyświadczają przysługę społeczeństwo, narodowi i państwu. Już proste poczucie sprawiedliwości podpowiada, że prawa mają związek z obowiązkami. Jeśli nie ma nawet możliwości objęcia obowiązków rodzicielskich, to tym samym nie powinno być praw z nimi związanych. 

Ciągnąc dalej ten absurdalny przykład, Szymon generalnie podważa zasadność i uprawnienie do realizacji zasad katolickich ("katolicka wizja społeczna") w życiu społecznym, a to z tego powodu, że w Polsce jedynie mniejszość uczęszcza regularnie do kościoła i może być uznana za świadomych i przekonanych katolików (zaś reszta jest "katolikami kulturowymi"). Człowiek tkwi tutaj widocznie w zabobonie demokratyzmu i relatywizmu moralnego, typowego zresztą dla ateizmu i pokrewnych światopoglądów. Widocznie nie dociera do niego, że sprzeciw wobec prawnego zrównania związków homosexualnych z małżeństwami ma podstawy w prawie naturalnym i poznaniu zdroworozsądkowym, a nie jest exkluzywnym hobby katolicyzmu. Chwilowe zaćmienie czy strategia? Raczej to drugie. 

Niemniej kompromitujący jest drugi podany przez niego przykład, mianowicie, że znaczna część społeczeństwa w Polsce "negatywnie zareagowała" na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego ws. dopuszczalności aborcji. Według Szymona z faktu, że tylko mniejszość społeczeństwa wdraża w życie wartości katolickie, wynika, że "nie da się narzucić" ich reszcie społeczeństwa. Także tutaj vloger popełnia fundamentalny i skandaliczny błąd, nazywając orzeczenie TK "optyką stricte katolicką", podczas gdy chodzi o prosty biologiczny fakt, że życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia, nie dopiero na którymś etapie rozwoju (więcej tutaj). 

Trzeci przykład rzekomo charakterystycznie katolickiej etyki to sprawa "sexu przedmałżeńskiego". Chodzi oczywiście o najpowszechniejszy problem, szczególnie ludzi młodych. Tutaj na wstępie Szymon twierdzi, że w ostatnich 20-30 latach nastąpiła "bardzo poważna zmiana" w poglądzie społecznym na tę sprawę. Nie wiem, skąd on wziął te dane. Przed 20-30 laty sam był chyba jeszcze dzieckiem, więc raczej nie mógł wiedzieć, jak sprawa wyglądała wtedy i wcześniej. Owszem, permisywizm, rozwiązłość i niemoralność zapewne nasiliły się w od tego czasu, przy czym także skala tzw. wolnych związków wzrosła, wskutek różnych czynników. Jednak mówienie o "poważnej zmianie" w ocenie społecznej czyli zdroworozsądkowej w tej kwestii, jest na pewno chybione. Mówiąc o "normalizacji" sexu przedmałżeńskiego, sugeruje, jakoby tym samym przestała obowiązywać norma moralna czyli moralna ocena tego "zjawiska". Nie wiem, w jakim środowisku niegdyś żył, a w jakim żyje teraz. Wystarczy jednak znać nieco choćby historię najnowszą, żeby wiedzieć, że już pół wieku temu, wraz z rzuceniem na rynek pigułki antykoncepcyjnej, doszło do fali wzmożenia rozwiązłości, a dużo wcześniej przez legalizację aborcji. Tzw. wolne związki oraz dzieci nieślubne pojawiały się zawsze w historii, także w Polsce i także na wsi. 

Mętne wywody Szymonowe osnute są wokół fałszywej tezy, jakoby kwestie związków homosexualnych, aborcji i sex przedmałżeńskiego były zmiennymi "normami społecznymi" względnie "kulturowymi". Absurdalność tego poglądu jest wręcz jaskrawa, gdy jako dowód na ową zmienność podaje, że niegdyś po szkole człowiek stawał się dorosły i mógł założyć rodzinę, podczas gdy obecnie są jeszcze studia. No cóż, człowieka musiało poważnie zaćmić, skoro nie wie - albo udaje że nie wie - iż zarówno wcześniej jak i teraz są młodzi ludzie, którzy zarabiają już po szkole, jak też i tacy, którzy to mogą robić dopiero po studiach. Dochodzi do tego teza obraźliwa dla współczesnej młodzieży, iż mianowicie młodym ludziom "nie da się wytłumaczyć", że powinni czekać z sexem do ślubu, czyli mówiący Szymon widocznie ma ich za debili, skoro uważa, że normalny człowiek nie jest w stanie zrozumieć tak prostej sprawy jak związek małżeństwa z obowiązkiem utrzymania rodziny. 

Wypowiadanie tak prymitywnych bzdetów służy widocznie celowi, który jest sformułowany następnie w konkretnym postulacie skierowanym do Kościoła: należy "wymyślić nowy dodatek", który "by uwzględnił ten czynnik" powszechności rozwiązłości przedmałżeńskiej. Tym samym mówiący Szymon ma widocznie zapędy reformatorskie wobec nauczania Kościoła, dość groteskowe zresztą, co niedobrze świadczy o kontakcie z rzeczywistością. 

Jako przykład realizacji tego postulatu podaje: "z perspektywy katolickiej" należy powiedzieć "ślub masz brać i tak po szkole kiedy masz te 19-20 lat". To ma być "nowa synteza w świetle nowych realiów". Tutaj znowu nasuwa się wątpliwość, czy ten człowiek sam słyszy to, co mówi. Od kiedy to katolicyzm kiedykolwiek dyktował wiek i kolejność zawierania małżeństwa (owszem, w prawie kościelnym jest wymagany wiek minimalny zgodny zresztą z prawym cywilnym)? Od kiedy to jest kwestia specyficzna dla katolicyzmu? Czyż tak trudno zrozumieć, że założenie rodziny wymaga przynajmniej od męża zdolności do jej utrzymania, w tym także do wychowania dzieci? W myśleniu Szymona widocznie liczy się tylko czy przede wszystkim uprawianie sexu jako zaspokajanie popędu. Jednak nawet w tym - dość prymitywnym i fałszywym schemacie - należy zapytać, na jakiej podstawie twierdzi, jakoby 25-latkom trudniej było zachować czystość przedmałżeńską niż 19-latkom. Czy on na prawdę myśli, że Kościół może i chce wyznaczać wiek zawarcia małżeństwa? Czyż nie wystarczy zdrowy rozsądek przeciętnego 19-latka, by zrozumieć, że celem małżeństwa nie jest wyżycie popędu, lecz wydanie na świat dzieci, którym trzeba zapewnić byt i wychowanie, i że dorosły człowiek już w tym wieku powinien być zdolny sam ocenić, w jakim momencie swojego życia jest w stanie się tego podjąć?

Następnym wytkniętym problemem jest "podejście niemałej części polskich konserwatystów" do "pewnych radykalnych elementów polskiego nacjonalizmu". Zachowanie pobłażliwe wobec nich jest "kolosalnie niebezpieczne". Jako przykład podaje wypowiedź lidera Ruchu Narodowego, według którego w przyszłej Polsce lesbijki i geje "mają się bać". Drugim przykładem jest projekt ustawy, w którym zawarta jest delegalizacja wyrażania poglądów LGBT w przestrzeni publicznej. To wszystko jest według Szymona "próbą narzucenia ogółowi społeczeństwa norm", które odpowiadają "tradycyjnym katolickim" i "są sprzeczne" z normami podzielanymi przez całe społeczeństwo. "Tego typu zabieg może się udać wyłącznie przez zastosowanie tyranii" - straszy bez ogródek Szymon. Próbuje to rozwinąć przez porównanie do historycznej sytuacji. Otóż przypisuje Kościołowi "naiwne postrzeganie tych, którzy biją komunistów, jako tych swoich", na czym się Kościół "bardzo mocno" przejechał. Nie podaje wprost, o jaką sytuację mu chodzi, można się jednak domyśleć, że zarzuca Kościołowi kolaborację z hitlerowskimi Niemcami. Cóż, trzeba być albo zupełnym ignorantem historycznym, albo bezdennie bezczelnym kłamcą, by wypuścić ze swoich ust coś takiego. Widocznie nie zna chociażby dokumentów papieskich odnośnie nazizmu (encykliki "Mit brennender Sorge" oraz "Summi pontificatus"), ani takich faktów historycznych jak mordowanie duchownych katolickich także niemieckich, sprzeciwiających się reżimowi Hitlera. Mówienie czy choćby sugerowanie, jakoby Kościół uważał niemieckich nazistów za "swoich", jest rodem z najmroczniejszej propagandy komunistycznej i żydowskiej. 

Na koniec mgr inż. Pękala podaje przykład pozytywny, mianowicie chwalebny "nurt" w łonie polskiego konserwatyzmu, który nazywa "ewolucjonistycznym". Jak wyjaśnia, chodzi o to, że normy muszą się zmieniać. Ma to być zmiana ciągła, aby "nie było rewolucyjnych zmian". Jako przykład przeciwny podaje niedawne orzeczenie TK w sprawie aborcji, które uważa za "zmianę rewolucyjną", co jest oczywiście z gruntu fałszywe już na poziomie prostych faktów, gdyż taka jest stała linia orzecznictwa odnośnie obowiązującej konstytucji. Tak więc Pękala albo nie zna podstawowych faktów w kwestii, w której się wypowiada, albo po prostu bezczelnie oszukuje swoją publiczność. 

Całkiem na końcu pojawia się natomiast coś, co wiele wyjaśnia, mianowicie płatna reklama, za którą Pękala oczywiście kasuje...

Podsumowując:

Atutem tego człowieka jest z pewnością łatwość miłego gadania w połączeniu z dociekliwością, aczkolwiek bardziej w odniesieniu do wypowiedzi innych, a mniej w odniesieniu do własnych słów. Nie można mu też odmówić inteligencji, nawet pewnej błyskotliwości, przez którą systematycznie - i wobec naiwnej publiczności skutecznie - maskuje swoją wręcz skandaliczną ignorancję nawet w prostych sprawach i bełkotliwość w treści. Ten rodzaj postępowania staje się zrozumiały jako sposób na zarobek. Oczywiście nie ma nic zdrożnego w zarabianiu przez sprzedawanie solidnej i przemyślanej wiedzy. Szymon Pękala sprzedaje natomiast głównie swoją sympatyczną gadatliwość, w którą opakowuje nierzadko i nagminnie swój brak rzetelnej wiedzy, a nawet prymitywny fałsz. 

Czy embrion ludzki jest w pełni człowiekiem?


Zalinkowany text jest manipulacją obliczoną na ignorancję i lenistwo intelektualne czytelników. Aczkolwiek omawiana kwestia jest rzeczywiście ważna i kluczowa. 

Już początek textu ukazuje pomieszanie pojęć i jest typowym zabiegiem podrzucenia przeciwnikowi fałszywej tezy i to perfidnie opakowanej. 

Autor oczywiście nie definiuje pojęć "równość moralna" i "status moralny", bo jest mu tak wygodnie. Jest dość jasne, że chodzi tutaj o godność istoty ludzkiej, z której wynikają prawa człowieka, w tym prawo do życia. Jest ona różna od kwalifikacji moralnej, ponieważ ta ostatnia zależy od wolnych decyzyj danego człowieka. Innymi słowy: pod względem moralnym istota ludzka jaką jest embrion, który rzecz jasna nie mógł popełnić niczego złego, jest moralnie znacznie wyższa niż istota ludzka, którą jest zbrodniarz czy złoczyńca. Dlaczego autor unika pojęcia "godność ludzka", można się łatwo domyśleć w dalszym przebiegu jego wywodów. Otóż godność człowieka jako podstawa jego praw jest nieodwracalnie dana każdej istocie, nawet jeśli jest brukana czy to przez własne niemoralne decyzje, czy też poniżana i raniona przez innych. 

Słusznie więc należy pytać, czy embrion ludzki jest człowiekiem. Dodanie określenia "w pełni" jest próbą zamącenia sprawy. To właśnie czyni autor textu systematycznie. 

Ostatecznie chodzi oczywiście o pojęcie człowieka, a to już jest kwestia filozoficzna, czyli o wiele szersza niż dziedzina medycyny i biologii. Takie pojęcia jak "równość moralna", "status moralny", "godność człowieka", "prawa człowieka", "osoba" nie są pojęciami biologicznymi lecz filozoficznymi. To jest skrzętnie ukrywane przez autora textu. Zaś pomieszanie tych dziedzin - czyli chaos metodologiczny - jest przyczyną niezrozumienia problemu oraz podatności na manipulację, której przykład tutaj mamy. Widać to zwłaszcza w zasadniczej tezie:


Zarzucając - dość prymitywnie i bezpodstawnie - przeciwnikom aborcji rzekomy błąd ekwiwokacji autor sam miesza i wprowadza w błąd, przeciwstawiając pojęcie organizmu z jednej i pojęcie osoby z drugiej. Zakłamuje tym samym fakt, że organizm jest pojęciem biologicznym, podczas gdy osoba jest pojęciem filozoficznym. Oczywiście autor nie jest w stanie uzasadnić tego pomieszania, czego zresztą nawet nie próbuje. Jedynym "argumentem" jest zalinkowanie kilku rzekomo naukowych textów, popełniających ten błąd pomieszania dziedzin i tym samym zafałszowania pojęć. O właściwym ujęciu związku między dziedziną biologii i filozofii, tym samym poprawnym przejściu, będzie poniżej. 

Następnie autor formułuje w punktach następne argumenty typu redukcji ad absurdum:


Tutaj autor posługuje się autorytetem Jana Pawła II, co jest już o tyle absurdalne, że ów był radykalnym przeciwnikiem aborcji. Tym samym powoływanie się na jego słowa dla uzasadnienia dopuszczalności aborcji jest delikatnie mówiąc groteskowe, dopóki nie jest wykazana sprzeczność w nauczaniu papieża. 

Można pominąć aspekt formalny, mianowicie fakt, że jest to jedynie fragment z przemówienia do transplantologów i tym samym nie ma żadnej rangi magisterialnej (rangę magisterialną w znaczeniu nauczania papieskiego ma jedynie nauczanie skierowane do całego Kościoła). Osobną jest też kwestia hipotezy tzw. śmierci mózgu (to przemówienie Jana Pawła II nie świadczy bynajmniej o dogłębnym jej zbadaniu pod względem medycznym i etycznym, więcej tutaj i tutaj). Już na pierwszy rzut oka widać, że także w tym akapicie autor niesamowicie miesza: moralna dopuszczalność wycięcia organów po ustaniu aktywności mózgu ma uzasadniać traktowanie embrionu - w domyśle nie posiadającego aktywności mózgu - jako bytu nieosobowego i nieludzkiego. W tym miejscu nie jest konieczne zbadanie kwestii, czy ustanie aktywności mózgu stwierdzalnej obecnymi narzędziami można utożsamić ze śmiercią człowieka (należy to zdecydowanie zanegować, gdyż człowiek składa się nie tylko z mózgu, lecz z całego ciała, tym samym nie można utożsamić braku stwierdzalnej aktywności jednego organu ze śmiercią całego organizmu). Wystarczy wiedzieć, że według hipotezy śmierci mózgu - zakładanej w cytowanych bezkrytycznych słowach Jana Pawła II - śmierć organizmu następuje w momencie ustania aktywności mózgu. Tym samym zrównanie martwego organizmu z organizmem żywym, jakim jest bezsprzecznie embrion, jest po prostu absurdalne już na poziomie czysto biologicznym. 


Także tutaj autor dopuszcza się absurdalnej i prymitywnej manipulacji. Według jego logiki staranie się o dzieci w ogóle byłoby niemoralne, skoro nigdy nie można wykluczyć tego, że dziecko już w młodym wieku zachoruje na śmiertelną chorobę czy zginie w wypadku. W sposób wręcz groteskowy autor miesza fakt, że dzieci umierają także przed urodzeniem, z ich zabijaniem w łonie matki. Nie muszę chyba wyjaśniać, na czym polega różnica między śmiercią a zabijaniem, nawet jeśli odmawia się embrionowi ludzkiemu godności ludzkiej.


Autor znowu operuje pomieszaniem i fałszem. Po prostu kłamie twierdząc, że "nie robimy nic" dla zapobieżenia śmiertelności dzieci w łonie matki. Czyżby nie wiedział nic o rozwoju i sukcesach chociażby neonatologii, która w ostatnich dziesięcioleciach poważnie zmniejszyła śmiertelność prenatalną? Tym samym także ten "argument" można uznać jedynie jako manipulację i to już na poziomie prostych faktów. Prócz tego autor znowu myli śmierć z zabijaniem. 


Ten "argument" jest wyjątkowo perfidny, nawet w zestawieniu z poprzednimi. Poza poruszeniem problemu teodycei, który jest jak najbardziej poważny i zasługuje na osobne omówienie, autor nie mówi tutaj właściwie nic oprócz powtórzenia prymitywnego pomieszania śmierci z zabijaniem. 

Tutaj autor wreszcie porusza godny uwagi dylemat moralny, aczkolwiek sytuacja jest konstrukcją myślową. Podłe jest natomiast powiedzenie, jakoby fakt "pełnego człowieczeństwa zarodków" był kwestią wiary (o tym więcej poniżej). Niemniej perfidne jest sugerowanie, jakoby katolik powinien uznać uratowanie pięcioletniej dziewczynki zamiast dziesięciu embrionów ludzkim za czyn zły. Autor pomija bowiem naczelną zasadę etyki nie tylko katolickiej lecz ogólnoludzkiej (wyrażonej także w prawodawstwie świeckim), według której moralnie obowiązujące jest tylko to, co jest w danym przypadku możliwe (ad impossibilia nemo tenetur). W jej świetle proste jest rozwiązanie dylematu moralnego podanej sytuacji: jeśli nie jest możliwe uratowanie zarówno dziewczynki jak też embrionów, to spontaniczną reakcją jest słusznie ratowanie najpierw dziewczynki. Wynika to z empatii, która jest także ważnym czynnikiem etycznym. Tym samym nie będzie grzechem wybór uratowania dziewczynki. Trzeba zauważyć, że także w tym "argumencie" autor konsekwentnie miesza śmierć - przez niemożliwość uratowania - z zabijaniem, co jest dość prymitywną manipulacją. 

Tutaj autor powtarza w innej wersji swoje powiedziane już wyżej bzdury, podlane na nowo fałszem apelującym jedynie do uczuć i podżegającym do buntu wobec ochrony życia nienarodzonych dzieci. Jedynym "argumentem" jest prawdopodobieństwo turystyki aborcyjnej oraz podziemia aborcyjnego. Według tej logiki nie należałoby też zakazywać używania narkotyków i handlu nimi, skoro można je kupić za granicą i na czarnym rynku. Na tyle wysiłku myślowego stać proaborcyjnego manipulatora...

Do tego samego gatunku należy zaliczyć quasi koronny "argument", który jest jedynie maniakalnie powtórzony, bez choćby próby uzasadnienia:

Są tutaj zawarte dwie te tezy:

- osobowy status "zarodka i płodu" jest kwestią wiary

- tej "wiary" nie podzielają konsekwentnie nawet katolicy. 

Tę drugą tezę mogę pominąć, gdyż nie jest istotna, a jest już na pierwszy rzut oka o tyle fałszywa, że oficjalne stanowisko Kościoła we wszystkich jego dokumentach jest jednoznaczne, co nawet sam autor wspomina na początku swojego textu. 

Istotny i kluczowy jest natomiast intelektualny i naukowy status twierdzenia, że embrion ludzki posiada godność ludzką. 

Warto zauważyć, że autor posługuje się tutaj pojęciami biologicznymi jak "zarodek" i "płód". Należy zapytać, na jakiej podstawie w odniesieniu do dziecka po urodzeniu i dorosłego człowieka przechodzi do określenia pojęciem filozoficznym - nie biologicznym - "osoba" zamiast określenia biologicznego "organizm ludzki" albo "system komórek z DNA charakterystycznym dla gatunku homo sapiens". Czyż nie obraziłby się, gdyby ktoś tymi ostatnimi pojęciami określał jego czy innych ludzi z wykluczeniem godności ludzkiej? Tak więc najpierw istotne jest rozróżnienie dziedziny i kompetencji danej nauki oraz jej pojęć. 

Następnie istotne jest pytanie, czy biologia jest w stanie rozstrzygnąć czy przynajmniej pomóc w rozstrzygnięciu kwestii osobowej godności embrionu ludzkiego. Sama kwestia jest oczywiście natury filozoficznej. Nie oznacza to pomniejszenia jej rangi, gdyż filozofia jest także nauką (wbrew forsowanemu przez ateistów scjentyzmowi), mianowicie ogólną - jako podstawa uprawiania każdej nauki - i uogólniającą, to znaczy bazującą na wynikach nauk szczegółowych, w tym przyrodniczych. 

Jest bezsprzecznym faktem, że biologia nie jest w stanie podać momentu w rozwoju, gdy embrion staje się osobą ludzką. Do posługiwania się pojęciem "osoba" tej nauce po prostu brakuje kompetencji. Stąd wynika niezgodność biologów w tej kwestii. Odpowiedzialny za swoje słowa kompetentny biolog trzymający się metody swojej nauki w ogóle nie wypowiada się w tej sprawie z pozycji czysto biologicznej. Może jednak i powinien wskazać na fakt, że - z punktu widzenia czysto biologicznego - kluczowym i decydującym momentem w powstaniu organizmu także ludzkiego jest zapłodnienie czyli połączenie komórki męskiej i żeńskiej. Współczesna genetyka potwierdza ten fakt, co z kolei jest potwierdzeniem stanowiska Kościoła i każdego uczciwie myślącego człowieka, że życie człowieka i tym samym jego ludzka godność zaczyna się już w tym momencie. Skoro moment zapłodnienia jest wydarzeniem kluczowym z punktu widzenia biologicznego, to nie ma innego momentu, który by decydował o ludzkiej czyli osobowej godności organizmu. Uznanie tego faktu nie jest kwestią wiary religijnej lecz szacunku wobec nauki, jaką jest biologia (wraz z dziedzinami pokrewnymi), której pewne wyniki należy zastosować do filozoficznej kwestii statusu osobowego. 

Godność ludzka jest oczywiście niestopniowalna, to znaczy że albo jest się człowiekiem albo się nim nie jest. Dlatego jedynie propagandowym bełkotem jest mówienie o byciu "w pełni człowiekiem". Nie można być człowiekiem w połowie, w ćwiartce czy w innym ułamku, ponieważ godność osobowa nie zależy ani od sprawności funkcyj organizmów, ani od jego stanu, lecz jedynie od tego, czy jest to żywy - a poniekąd także martwy - organizm ludzki. Odnośnie bycia organizmem ludzkim rozstrzyga biologia, zwłaszcza genetyka. Na podstawie tego rozstrzygnięcia danemu organizmowi - uznanemu przez biologię za ludzki - przysługuje godność ludzka czyli osobowa. 

Jeśli by przyjąć, jak czyni to autor textu, że człowieczeństwo organizmu i tym samym jego godność zależy od stwierdzalnej przez obecne narzędzia aktywności mózgu, to wraz z aborcją należy prawnie zalegalizować także zabijanie ludzi, u których taka aktywność nie zostaje stwierdzona. Ma to owszem już miejsce w biznesie transplantacyjnym, a to na podstawie wspomnianej już fałszywej hipotezy tzw. śmierci mózgowej. Nie przypadkowo przebieg takich "zabiegów" jest skrzętnie ukrywany przed opinią publiczną. Gdyby pokazano, co się dzieje z organizmem w tym czasie, to by raczej nie było chętnych tzw. dawców organów. Zwykły prosty obywatel myśli, że po stwierdzeniu tzw. śmierci mózgowej jest się martwym i nic się nie czuje, co jest ewidentną nieprawdą. 

Podsumowując:

Rozstrzygnięcie kwestii statusu osobowego embrionu ludzkiego nie należy do kompetencji biologii i medycyny. Te nauki mogą jedynie dostarczyć materiał służący rozstrzygnięciu. Tym materiałem jest fakt, że w rozwoju organizmu ludzkiego nie ma innego momentu determinującego jak moment poczęcia. Tym samym uczciwe intelektualnie jest albo uznanie osobowego statusu organizmu ludzkiego począwszy od chwili poczęcia, albo jego całkowite zanegowanie, czyli zredukowanie do rangi zwierząt czyli innych istot żywych, czyli do statusu jedynie biologicznego. Ta druga alternatywa jest oczywiście absurdalna już chociażby na podstawie doświadczenia codziennego: nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje wyjątkowej rangi człowieka pośród istot żywych. 

Jakie są powody wprowadzenia tzw. tajemnic światła?

 

Oficjalne powody podał sam Jan Paweł II wprowadzając te tajemnice. Chodzi o szersze odniesienie do Pisma św. 

Należy tutaj rozróżnić aspekt pozytywny i negatywny. Jeśli tzw. tajemnice światła sprzyjają znajomości i medytacji Pisma św., to jest to oczywiście pozytywne. Aczkolwiek akurat tajemnica "Chrzest w Jordanie" jest o tyle problematyczna, że to wydarzenie opisane w Ewangeliach już w starożytności było okazją do heretyckich poglądów (tzw. adopcjonizmu). Jeśli teologiczne wyjaśnienie tej tajemnicy służy wiedzy w tym temacie, to jest oczywiście także pozytywne. 

Negatywny aspekt polega na tym, że te nowe tajemnice mogą sugerować, jakoby wreszcie ujmowały całą treść Pisma św. Faktem jest, że w historii odmawiano różaniec z różnymi tajemnicami, aż zostały one ostatecznie określone w postaci klasycznych piętnastu tajemnic. Ograniczona liczba uwydatnia te wydarzenia, które są konkretne, naoczne, właściwie nie wymagające wyjaśnienia, tym samym otwarte na szeroką treść medytacji. Natomiast już sama nazwa "tajemnice światła" sugeruje ich szczególne znaczenie, które jest niejasne. Prawdopodobnie nie znaleziono lepszej nazwy. 

Rzeczywiście przez zwiększenie liczby tajemnic do dwudziestu zamazuje się ich związek z psałterzem. Aczkolwiek nie jest to istotne. 

Można przyjąć, że Jan Paweł II miał dobre intencje, także w zamiarze zachęty to odmawiania różańca przez jego urozmaicenie. Równocześnie pewne jest, że kierował się motywacją "ekumeniczną" i właśnie z jej powodu pominął prawdę o powszechnym pośrednictwie łask. Zapewne tak mu doradzali zwłaszcza kardynałowie i teologowie niemieccy i z innych krajów przesiąkniętych protestantyzmem. 

Czy duchowny może nosić oręż?



Postawione pytanie wiąże się oczywiście z kwestią stosunku Kościoła do walki orężnej, choć jest osobne. Bardziej dotyczy stosunku między Kościołem i państwem, a zwłaszcza różnicy między stanem duchownym i świeckim. 

Sprawa używania oręża przez duchownych pojawia się zasadniczo w dwóch kwestiach:

- polowań w sensie rozrywki (czyli nie dla zdobycia pożywienia), oraz

- służby wojskowej z orężem. 

Ojcowie Kościoła zasadniczo krytycznie podchodzili także do tego typu rozrywki elit społecznych jak polowania. Ich wypowiedzi w temacie pojawiają się głównie przy okazji komentowania słów Pisma św., zwłaszcza Psalmu 90, 2-3 oraz Księgi Rodzaju 10, 8-10. 

Św. Augustyn (Enarr. in Ps 112, 3; CCSL 40, 1464) nazywa polowanie "niecną sztuką" oraz "przywarą":


Nawet uciechę widzów przy polowaniu uważa za grzech zasługujący na karę na sądzie Bożym (Enarr. in Ps 147, 3; CCSL 40, 2141):

Polowanie jest uciechą dla demonów, podobnie do teatru i krwawych igrzysk (Sermones, 198; PL 38, 1026):

Przez nie widzowie stają się podobni do demonów (De catech. 16; CCSL 46, 150):



Ta opinia odnosi się oczywiście do polowań jako widowisk. Podobnie jednak mówi o przyjemności w polowaniu i w pożywieniu zdobytym przez polowanie:


(Contra Acad. I. 3; CCSL 29, 4)


(Enarr. in Ps 76, 14; CCSL 39, 1061)


(De octo quaest. 4; CCSL 33, 470)

(Enarr. in Ps 38, 2; CCSL 38, 403)

Według św. Cezarego z Arles polowania jak też inne tego typu rozrywki zaciemniają umysł:


(Sermones 61, cap. 3; CCSL 103, 269)

Diabeł jest tym, który poluje na dusze i je podstępem chwyta:

(Sermones 237, cap. 2; CCSL 103, 954)

Papież św. Grzegorz Wielki (Reg. epist. IX, 219; CCSL 140A, 785) uważał, że polowanie i łowienie ptaków oraz zwierząt polega na podstępie:



Po tej samej linii św. Beda utożsamiał polowanie z czymś niecnym (In principium Genesis III, 10; CCSL 118A, 144-146), a szatana nazywał "łowcą dusz" (ibidem 151):


Równocześnie znajdujemy w Piśmie św. fragmenty ukazujące połów pozytywnie:
- Prorok Jeremiasz (16, 16) w wizji wyzwolenia z niewoli babilońskiej mówi, jak Bóg będzie zbierał lud do powrotu do ziemi obiecanej: że wyśle rybaków i łowców, żeby łowili lud z gór, pagórków i szczelin. 
- Sam Pan Jezus (Mt 4, 19) mówi, że uczyni swoich uczniów "rybakami ludzi". 

Nawet św. Hieronim, który w ostrych słowach potępia polowanie dla rozrywki, nazywa Apostołów "łowcami Chrystusowymi":


(In Hierem. proph. III, 65; CCSL 74, 158-159)


(Comm. in Jes. VII, CCSL 73, 309)

Chromacjusz z Akwilei nazywa Apostołów "rybakami i łowcami" (Tract. in Mat. XVI; CCSL 9A, 264 ):

Podsumowując można powiedzieć, że łowy i polowanie w sensie rozrywki były oceniane negatywnie, aczkolwiek w znaczeniu przenośnym - w odniesieniu do działalności duchowej Kościoła - miały wydźwięk neutralny. Należy to tak rozumieć, że świecka rzeczywistość połowów, pierwotnie konieczna do przeżycia jako zapewnienie pożywienia, posłużyła jako obraz i porównanie dla rzeczywistości duchowej. 

Tym niemniej negatywne było stanowisko prawne w tej sprawie względem duchownych. Synod w Agde w Galli (506 r.) zakazał duchownym - pod karą interdytku - nawet utrzymywanie psów myśliwskich i sokołów. Chodziło właściwie o zakaz uprawiania polowań jako rozrywki. Ten zakaz był powtarzany, rozszerzany i zaostrzany przez następne synody lokalne. Rozszerzenie polegało między innymi na tym, że rozciągnięto zakaz utrzymywania ptaków łownych także na ksienie klasztorów żeńskich. Zakaz był uzasadniany głównie etycznie: polowanie wynika ze światowej próżności (vanitas). Tym samym odnosił się do rozrywki, nie do zdobywania pożywienia z konieczności. 

Zbiory kanonów, czyli prawa kościelnego jednomyślnie przejęły te zakazy. Słynny Decretum Gratiani mówi (liber extra): 

"Omnibus servis Dei venationes et silvaticas vagationes cum canibus, et accipitres aut falcones interdicimus."

Czyli:
"Wszystkim sługom Boga (= duchownym) zakazujemy polowań i chodzenia po lesie z psami, oraz posiadania jastrzębi i sokołów."

Kodex prawa kanonicznego z 1917 i 1983 r. zakazuje ogólnie tego, co nie licuje ze stanem duchownym. Nie oznacza to wycofania wcześniejszych konkretnych zakazów. Kodex jest najogólniejszą normą prawa kościelnego, która następnie powinna być w tego typu sprawach konkretyzowana w prawie partykularnym, czyli diecezjalnym i zakonnym. 

Po części innego rodzaju jest kwestia posiadania, noszenia i używania oręża do walki zbrojnej. Są jednak części wspólne i styczne. Otóż nie jest zakazane duchownym posiadanie broni czy to białej czy palnej. Tym samym dozwolone jest także używanie jej dla potrzeb codziennych, czy to upolowania zwierzęcia na pożywienie, czy też w razie konieczności obrony własnej. Należy przy tym mieć na uwadze nieostrość definicji broni, gdyż już także zwykły nóż może służyć jako oręż w walce. Nie ma ogólnego prawnego zakazu dla duchownych ani posiadania oręża, ani stosowania przemocy w obronie własnej, także z użyciem broni. 

Głównym problemem jest służba wojskowa, zarówno obowiązkowa jak też ochotnicza. 

Prawo kanoniczne (KPK 1983) zakazuje duchownym ochotniczej służby wojskowej bez zgody ordynariusza:



Zakaz dotyczy nie tylko służby w regularnej armii, lecz także każdego rodzaju walki zbrojnej, w tym partyzanckiej. 

Kanon ten dotyczy bezpośrednio wprawdzie własnowolnej walki zbrojnej, ale jest dostosowany do sytuacji, gdy państwo narzuca duchownym obowiązkową służbę wojskową. Temat ten był dyskutowany od czasu pojawienia się takiej służby, co miało miejsce chyba dopiero w porewolucyjnej Francji oraz w komuniźmie. 

Dla zrozumienia tego zakazu konieczne jest uwzględnienie stosunku chrześcijaństwa do walki zbrojnej. Jak we wszystkich kwestiach moralnych, z pozycji katolickiej należy odróżnić prawo naturalne od prawa objawionego, czyli Ewangelicznego, co oczywiście nie oznacza sprzeczności. Niezrozumienie ich wzajemnego związku jest zwykle źródłem błędów myślowych i teologicznych. 

Naczelną zasadą w tej kwestii niezależność Kościoła od państwa, co oznacza, że państwo nie ma prawa narzucać czegoś, co jest sprzeczne z naturą i prawnym porządkiem Kościoła. Konkretnie dotyczy to także reguł, wynikających z istoty i zadań stanu duchownego. 

Według teologii katolickiej Kościół jest doskonałą społecznością (societas perfecta). Oznacza to, że został tak ustanowiony, że do wypełnienia swojej misji nie potrzebuje żadnej innej społeczności ani władzy, lecz posiada wszelkie środki ku temu. W konsekwencji oznacza to niezależność od wszelkiej władzy i zwierzchności. Żadna władza nie ma prawa narzucać Kościołowi reguł i postępowania wbrew jego konstytucjonalnym zasadom. Dotyczy to także istoty oraz roli stanu duchownego. Przykład odwrotny pomaga zrozumieć tę zasadę: słusznie władza państwowa uznałaby za niedopuszczalną ingerencję w jej dziedzinę, gdyby Kościół próbował dyktować, których urzędników i do jakich zadań państwo ma ustanawiać. Tak samo państwo nie ma prawa decydować o wyborze i zadaniach duchownych, także odnośnie służby wojskowej, to znaczy nie ma prawa wymagać od nich tej czy jakiejkolwiek innej służby, zwłaszcza sprzecznej z istotą i zadaniami tego stanu. O tej sprzeczności orzeka oczywiście nie państwo lecz Kościół. 

Stan duchowny w Kościele polega na ściślejszym, sakramentalno-hierarchicznym związku z Boskim Założycielem i tym samym na przewodzeniu Kościołowi w Jego imieniu, z Jego zlecenia i według Jego woli. Wynikają stąd większe zobowiązania w porównaniu z ogółem wiernych, w tym między innymi rola wzorcowa i wyższa ranga duchowa oraz instytucjonalna. 

Oprócz niezawisłości Kościoła i jego "urzędników" czyli duchownych od państwa, drugą fundamentalną zasadą jest specyfika zarówno misji Kościoła jak też stanu duchownego, którego zadaniem jest przewodzenie tej misji oraz czuwanie nad wiernością wobec niej. Tą misją jest zbawienie dusz, czyli prowadzenie do dóbr wieczystych, nie doczesnych i ziemskich. Dobra doczesne są jedynie środkami osiągnięcia nieprzemijalnych. W takim rozumieniu zasadniczo nie ma - nie musi być - między nimi sprzeczności, jednak faktycznie może się pojawić sprzeczność czy przynajmniej niezgodność, jak to nierzadko bywało i bywa w dziejach ludzkości. 

Misją duchownych jest działanie w imieniu i "w osobie" (in persona) Jezusa Chrystusa. To On sam wybiera ich do tej posługi i nikt, zwłaszcza państwo, nie ma prawa w tym przeszkadzać. To działanie polega na 
- nauczaniu
- uświęcaniu, oraz
- przewodzeniu według celu Kościoła, który jest inny niż cel państwa (jak wyżej wspomniane). 

Wymaga to ścisłej więzi duchowej z samym Jezusem Chrystusem, która jest podstawą reprezentowania Go zarówno wobec wiernych świeckich jak też państwa. 

Jest oczywiste, że to zadanie jest zasadniczo inne niż powołanie i zadania żołnierza. Kapłan ma ratować dusze nieśmiertelne, ma szukać zagubionych i prowadzić na drogę nawrócenia i pokuty, podczas gdy misją żołnierza jest walka z wrogami ojczyzny, jeśli to konieczne także pozbawiając ich życia doczesnego, bez możliwości troski o ich zbawienie wieczne (oczywiście oprócz modlitwy). 

Posłannictwem duchownych jest niesienie pokoju, co wyraża pozdrowienie, które Jezus Chrystus przekazał i nakazał swoim uczniom: "pokój wam" (Łk 10, 5). Oczywiście jest to pokój Chrystusowy, który wymaga także stanowczości w prawdzie, nawet sprawiedliwego ukarania w razie konieczności (stąd się biorą kary kościelne, wśród których nota bene nie ma kary śmierci). Natomiast Chrystus Pan nie pozwolił swoim Apostołom stosować oręża nawet w obronie Swojej własnej Osoby, gdy powiedział do św. Piotra: "schowaj swój miecz do pochwy" (Mt 26, 52). 

W tym sensie należy rozumieć słowa św. Pawła skierowane do umiłowanego ucznia św. Tymoteusza: "Pracuj jak dobry żołnierz Jezusa Chrystusa. Kto walczy dla Boga, ten nie miesza się do spraw światowych" (2 Tm 2, 3). Konkretnie jest to rozwinięte w tradycyjnym obrzędzie święceń prezbiteratu, gdzie biskup namaszczając ręce neoprezbitera mówi, że jego zadaniem jest błogosławienie i poświęcanie:


Dlatego właśnie św. Paweł mówiąc o kryteriach wyboru do stanu duchownego podkreśla, że nie jest zdatny ten, kto jest skory do bicia czyli stosowania przemocy fizycznej (1 Tm 3,3):




Podobnie mówi Didache, czyli "nauka dwunastu Apostołów", że mają to być mężowie nie gniewu lecz pokoju:


Tak samo syryjskie Didaskalia Apostolorum (IV), gdzie jest wprawdzie mowa o wyborze na biskupa, jednak należy pamiętać, że te same zasady - z powodu jedności sakramentu święceń - obowiązują także odnośnie prezbiterów:


Orygenes odpowiadając na zarzuty Kelsusa (Contra Cels. VIII, 73) argumentuje, że skoro nawet pogańscy kapłani są zwolnieni z udziału w wojnie, to tym bardziej kapłani Chrystusa, których orężem jest modlitwa: 

Na tej podstawie kanony wydane przez synody i sobory zabraniają duchownym noszenie oręża oraz zbrojnego udziału w wojnach. W tym sensie także Sobór Trydencki (Sess. XXV, De ref. XX) podkreśla pochodzącą z ustanowienia Bożego nietykalność (immunitas) duchownych w zadaniach świeckich, do których należy także służba na wojnie:


Oczywiście nie wyklucza to posługiwania się orężem czy oddziałami wojskowych dla koniecznej obrony własnej czy terenów kościelnych. 

Czy kapłan ma prawo usunąć katolika ze świątyni?





Opisane zachowanie kapłana jest bezprawne, skandaliczne, bezczelne, aroganckie, potulne wobec władzy, a bezwzględne wobec katolików.

Publiczna świątynia katolicka nie jest prywatną własnością żadnego kapłana, ani proboszcza, ani biskupa, lecz konsekrowanym miejscem publicznego kultu Kościoła i w tym znaczeniu własnością Kościoła. Proboszcz czy rektor świątyni jest jedynie zarządcą nie swojej własności. Tym samym nie ma prawa dysponować w taki sposób jak gospodarz własności prywatnej, lecz jedynie zgodnie i w myśl prawa kościelnego, czyli według celu, jakim jest kult Boży oraz zbawienie dusz. 

W świetle prawa kościelnego kapłan katolicki nie ma prawa wykluczać kogokolwiek z udziału w liturgii, jeśli na tej osobie nie ciążą kary kościelne (interdykt, exkomunika) i jeśli dana osoba nie zakłóca ewidentnie sprawowania liturgii. Każdy katolik modlący się - zgodnie z przeznaczeniem miejsca - ma prawo przebywać w świątyni, także podczas liturgii.

Tzw. obostrzenia państwowe nie mogą być z punktu widzenia prawa kościelnego powodem wydalenia ze świątyni czy wykluczenia z liturgii. Ani kapłan, ani jakakolwiek władza kościelna nie ma prawa ograniczać liczby uczestników liturgii, i tym samym nie jest odpowiedzialna za liczbę osób obecnych. Państwo nie ma prawa tego wymagać od władz kościelnych, ponieważ byłaby to ingerencja w prawny porządek Kościoła czyli jego ustrój wewnętrzny.

W kwestii posłuszeństwa zarządzeniom władz każdy katolik odpowiada za siebie. Kapłan nie ma obowiązku i nie ma możliwości osobistego kontrolowania obecności kogokolwiek w świątyni według kryteriów narzuconych przez państwo. W razie prawnej konieczności - wynikającej z prawa kościelnego - może wezwać służby porządkowe. 

W dodatku sprzeniewierzeniem się obowiązkowi duszpasterskiemu jest pozostawienie wiernych bez Mszy św. i to niedzielnej. Jest to po prostu skandal, świadczący o braku elementarnego poczucia powinności wobec dusz wiernych. 

Na koniec relacja jednego z wiernych:



Jak rozpoznać powołanie?

 

Autor pytania zadał właściwie szereg pytań dotyczących wyboru powołania. Odpowiadam po kolei. 

1. O stopniach chwały w niebie, czyli hierarchii niebiańskiej, można przeczytać w klasycznych podręcznikach dogmatyki katolickiej, dokładniej eschatologii. To są źródła miarodajne. Natomiast jakieś objawienia prywatne, zwłaszcza te propagowane przez x. Natanka, najlepiej zignorować, gdyż można sobie wyrządzić krzywdę, czy przynajmniej niepotrzebnie stracić czas. Istnienie pewnej hierarchii w chwale niebiańskiej jest dość powszechną opinią teologów katolickich. Jednak co do kryteriów hierarchii brak jest danych wynikających z Bożego Objawienia. Na pewno mają one do czynienia z zasługami, a nie ze stanem życia. 

2. Nie znam takowej wypowiedzi św. Alfonsa. Należałoby ją podać wraz z kontextem. Nie sądzę, by święty Doktor Kościoła zachęcał do wyboru bez powołania. Mógł natomiast zachęcać do wyboru doskonalszego. Równocześnie należy brać pod uwagę, że ostatecznie o udzieleniu święceń danemu kandydatowi decyduje władza kościelna, która rozeznaje powołanie. 

3. Wybór drogi życiowej ze względu na "wyższą pozycję" w niebie jest raczej nieporozumieniem, gdyż skupia uwagę na sobie, nawet jeśli dotyczy wieczności. Właściwym motywem dobrego wyboru jest natomiast miłość Boga i bliźniego, wraz z rozeznaniem własnych zdolności i predyspozycji. Na pewno fałszywym jest wybór powołania duchownego, mimo braku zarówno wewnętrznego upodobania w stylu życia i zadaniach, tudzież realnej umiejętności zachowywania całkowitej wstrzemięźliwości sexualnej. Zbadaniu i rozeznaniu w świetle tych kryteriów służą zwłaszcza lata formacji w seminarium. Należy więcej raczej stawiać sobie pytanie: w jakim stanie życia mogę, tzn. mam zdolność bardziej miłować Boga i bliźnich? Nie chodzi o odpowiedź ogólną, obiektywną, lecz o własne, indywidualne zdolności. Wprawdzie obiektywnie powołanie duchowne bardziej zawiera i wyraża miłość Boga i bliźniego, jednak równocześnie sam wybór tego powołania nie gwarantuje realizacji. W pewnym sensie, u osób pewnego rodzaju, stan duchowny może raczej sprzyjać egoizmowi i tym samym skarłowaceniu duchowemu, a nawet ludzkiemu. 

4. Oczywiście zarówno powołanie duchowne jak też życie w małżeństwie wymaga pracy nad sobą i ofiary ze siebie. Zaletą stanu duchownego pod tym względem są liczne pomoce w życiu duchowym, począwszy zwłaszcza od dostępności spowiedzi, poprzez codzienny czas na Mszę św. i modlitwę, aż po obowiązkowe doroczne rekolekcje. Pomocą w stanie małżeńskim są natomiast codzienne trudy i troski rodzinne, począwszy od konieczności utrzymania rodziny i wychowania dzieci, poprzez wzajemną pomoc, aż po dzielenie się problemami i wspólne szukanie rozwiązań, tudzież wskazywanie na niedoskonałości i błędy, oraz zachęty do pracy nad sobą. 

5. Wraz z powołaniem Pan Bóg wyposaża człowieka w zdolność sprostania jemu. Nie oznacza to, jakoby przyjęcie i wierność powołaniu nie wymagała wyrzeczeń, ofiar, zmagania się z własnymi słabościami i pokusami. Naturalny pociąg do założenia rodziny jest czymś normalnym i dobrym. Powołany do kapłaństwa powinien, a nawet musi mieć zdolność do bycia ojcem rodziny, gdyż jest to także powołanie do ojcostwa, aczkolwiek duchowego. Kapłańskie ojcostwo wymaga rezygnacji z własnej biologicznej rodziny i tym samym z pożycia sexualnego. Z drugiej strony ojciec rodziny, który jest pobożny, musi niekiedy zrezygnować nawet z ulubionych praktyk religijnych, jeśli wymagają tego obowiązki stanu jak opieka nad małżonką i dziećmi, zarabianie na ich utrzymanie itp. Pod tym względem wyrzeczenia ojca rodziny są większe, gdyż dotyczą spraw religii i duchowych, które są piękniejsze i wspanialsze niż cielesne. 


P. S. 1

Pewien życzliwy człowiek wskazał na następujący fragment z pism św. Alfonsa:

Potwierdza on to, co podałem wyżej. Św. Alfons nie mówi, jakoby osoba, która nie podążyła za powołaniem, nie osiągnie zbawienia. Chodzi o zasadę, że powołanie należy do porządku wynikającego z Bożej Opatrzności. Oznacza to między innymi, że powołanie odpowiada po pierwsze naturalnym predyspozycjom osoby, a po drugie zadaniom, jakie ta osoba może i powinna spełnić w służbie Bogu i ludziom. Tym samym odrzucenie powołania jest odrzuceniem nie tylko tego zadania, lecz takie decyzją w pewnym sensie przeciwną zdolnościom i możliwościom tej osoby. Dlatego właśnie trudniej jest takie osobie osiągnąć zbawienie. Zbawienie nie zależy więc bezpośrednio od pójścia za powołaniem, ale owszem pośrednio. 

Warto zapoznać się także z tym textem, skierowanym do konkretnej osoby, gdzie św. Alfons mówi, ż osiągnięcie świętości bez pójścia za powołaniem jest możliwe, aczkolwiek jest trudniejsze:


Należy mieć na uwadze różnicę między uświęceniem a zbawieniem. Oczywiście osiągnięcie świętości oznacza także osiągnięcie zbawienia, jednak nie odwrotnie. Bowiem zbawienie osiąga się także wtedy, gdy do nieba się udzie przez czyściec, nie bezpośrednio do nieba, jak w przypadku świętych w potocznym znaczeniu. 


P. S. 2

Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie udaje się opublikować odpowiedzi pod komentarzami, dlatego odpowiadam tutaj:

Wyjaśniam po kolei. 

1. Wszystkie dusze w niebie (po zmartwychwstaniu ciał także ciała) radują się pełnią bliskości Boga, na ile jest to możliwe dla stworzenia. Nie należy ściśle trzymać się obrazu dworu niebiańskiego, gdzie jest różna odległość od tronu. Nie na tym polega hierarchia niebiańska, ponieważ Bóg nie jest ograniczony czasoprzestrzenią i każdy święty w niebie jest tak samo blisko Jego. Zresztą swojego miejsca w niebie nie można ani wybrać, ani na niego zasłużyć, gdy miejsca są "przydzielane" przez Boga, analogicznie do zadań i powołań na ziemi. Innymi słowy: świętość na ziemi - wraz ze stopniem świętości - jest kontynuowana i spełniana w niebie. Należy pamiętać, że im wyższy urząd i pozycja na ziemi, tym większa odpowiedzialność i tym samym trudniejsza droga do świętości. Nie przypadkowo np. Dante Alighieri umieścił w swojej poetyckiej wizji piekła także wielu papieży i biskupów, także władców świeckich. Równocześnie należy mieć na uwadze, że Pan Bóg dając powołanie, także uzdalnia to jego wypełnienia i daje odpowiednie środki, aczkolwiek wymaga także współpracy i wysiłku człowieka, zwłaszcza jego ofiarności z miłości. 

2. Powołanie należy do porządku Bożej Opatrzności, czyli takiego biegu wydarzeń historii, w tym także historii każdego człowieka, że służy to najlepiej zbawieniu dusz, oczywiście nie niwecząc wolnego wyboru człowieka. Kluczem są słowa Pana Jezusa do bogatego młodzieńca: "jeśli chcesz być doskonały...". Oznacza to, że Duch Święty daje natchnienie dążenia do doskonałości, ale od decyzji człowieka zależy, czy pójdzie za tym natchnieniem. Przykładowo: ktoś lubi się modlić, medytować, czytać książki teologiczne, ale wymaga to rezygnacji z przyjemności, którym by także mógł poświęcić czas i pieniądze (książki kosztują). Pan Bóg nie zmusza do modlitwy, daje tylko wewnętrzny pociąg, ale pójście za nim, zwłaszcza regularne i na zawsze wymaga świadomego wyboru, z którym wiążą się wyrzeczenia. 

3. Naturalna skłonność do płci przeciwnej jest w pewnym sensie nawet warunkiem powołania, oczywiście o ile nie jest tylko pożądaniem jest wyrazem zdolności do bycia mężem i ojcem. Łaska buduje na naturze i ją podnosi, udoskonala, także w tej dziedzinie. Jeśli ktoś nie jest zdolny i chętny do oddania się jako mąż i ojciec w dozgonnej wierności, to nie także nie jest zdolny do wypełnienia obowiązków stanu jako duchowny. Stan duchowny to nie starokawalerstwo ubrane w sutannę, lecz wyższa forma ojcostwa, miłości i wierności nie tylko wobec Boga lecz także wobec ludzi. Przykład: właściwie chyba każdy kapłan przeżywa w jakimś stopniu kryzys powołania i tym samym pokusę porzucenia kapłaństwa. Jeśli ma odpowiednie, wierne i odpowiedzialne podejście, to pomyśli wtedy o wiernych, którzy potrzebują nauczania wiary, sprawowania sakramentów, pomocy duchowej. Jest to bardzo podobne do sytuacji męża i ojca, który powinien mimo trudności trwać przy żonie i dzieciach, to znaczy bardziej myśleć o ich potrzebach niż o sobie. 

4. Oczywiście może się pojawić pokusa typu żalu z powodu niedoznania współżycia sexualnego. Świadoma rezygnacja z tego doznania jest oczywiście ofiarą, ale równocześnie zasługą i probieżem łask potrzebnych do wypełniania posługi duchownej. Pan Bóg daje jednak także pomoc, szczególnie w spowiedzi i poradnictwie duchowym, gdy wierni świeccy, także żyjący w małżeństwie przychodzą ze swoimi problemami związanymi także z pożyciem sexualnym. Duszpasterz poznaje wtedy, jak bardzo delikatna, skomplikowana i w pewnym sensie niebezpieczna jest ta dziedzina. Także ojciec rodziny nie może współżyć z żoną zawsze wtedy, gdy ma na to ochotę. Dobry mąż i ojciec musi także umieć opanować popęd, co nie jest łatwe, gdy ma blisko siebie kobietę, która się mu podoba i którą kocha. 

5. Różnica między stanem kapłańskim i zakonnym polega na sakramencie święceń, aczkolwiek, jak wiadomo, są także zakonnicy, którzy są kapłanami. Przyjęcie święceń oznacza większe zadanie i większą odpowiedzialność. Nie ma jednak żadnej sprzeczności między byciem kapłanem i byciem zakonnikiem, ponieważ każdy kapłan zobowiązuje się do życia według rad ewangelicznych, choć nie składa ślubów zakonnych. W przypadku kapłana zobowiązanie to wynika z sakramentu święceń, który ontologicznie "wchłania" i upodabnia do samego Jezusa Chrystusa. 

6. Motywacja z powodu większych zasług jest właściwie egoistyczna i zwykle się rychło wypala, szukając po jakimś czasie realizacji dla swego ego w dziedzinie bardziej zmysłowej, nierzadko świeckiej. Gdy dochodzi do tego już po przyjęciu święceń czy złożeniu ślubów zakonnych (a taka motywacja powinna wykluczać od ich przyjęcia), wówczas dochodzi do tragedii, o ile nie nastąpi nawrócenie czyli odwrócenie od egoizmu. 

7. Właściwym sposobem rozeznania powołania jest przede wszystkim kierownictwo duchowe u stałego spowiednika. Z nim należy omówić tę sprawę. Jeśli kierownik duchowy poprze myśl o powołaniu, bądź przynajmniej da zielone światło, wówczas należy się ubiegać o przyjęcie do seminarium czy zakonu z zamiarem realizacji dobrego pragnienia (z dobrych pobudek) oraz bliższego rozeznania powołania. Pobyt w seminarium zapewnia odpowiednie warunki i środki ku temu. Oczywiście należy być gotowym przyjąć wolę Bożą. 

Czy zatwierdzenie fałszywych słów Konsekracji powoduje ich ważność?

 


Wypowiedź nie jest do końca jasna, jednak w tym brzmieniu jest fałszywa, gdyż przynamniej może zawierać poważny błąd.

Otóż według sakramentologii katolickiej słowa sakramentalne, czyli tzw. forma sakramentu jest ustanowiona przez samego Jezusa Chrystusa i jest tym samym niezmienna. Tym samym ani Stolica Apostolska ani ktokolwiek inny nie ma prawa zmieniać tych słów, także w tłumaczeniach. Zmiana tych słów - dokonana przez kogokolwiek - powoduje nieważność sakramentu, w tym wypadku Konsekracji. 

Rubryki Missale Romanum z 1962 r. (w części Ritus servandus) podają, jakie słowa stanowią formę sakramentalną:

 

W rubrykach Novus Ordo Pawła VI nie podano, które słowa są istotną formą sakramentu. Równocześnie zmieniono formułę Konsekracji, co miało fatalne skutki przynajmniej psychologiczne, pedagogiczne i pastoralne, gdyż zasugerowało fałszywie, jakoby nawet słowa Konsekracji były dowolnie zmienialne. To oczywiście zachęciło do dalszych i swawolnych zmian, jak chociażby w fałszywych tłumaczeniach "pro multis" jako "za wszystkich". Te ewidentnie fałszujące tłumaczenia niestety zostały zatwierdzone przez kongregację watykańską. 

W formule Konsekracji wprawdzie odróżnia się słowa istotne (essentialia), czyli konieczne dla ważności, od słów nieistotnych, które nie są konieczne dla ważności. Według klasycznych podręczników dogmatyki katolickiej (dokładniej: sakramentologii, jak na przykład tutaj), opierających się na nauczaniu Magisterium Kościoła, zwłaszcza Soborów Florenckiego (Decretum IV) i Trydenckiego (sesja XIII, De Eucharistia cap. I), słowa istotne to:

"Hoc est enim corpus meum"

oraz

"Hic est enim calix sanguinis mei".

Pozostałe słowa nie są istotne dla ważności Konsekracji. 

Tym niemniej nikomu nie wolno zmieniać słów Konsekracji także w tłumaczeniach, jak orzekło Święte Oficjum w swoim upomnieniu z 1958 roku: 



Podsumowując:
Ważność (nie przez wszystkich uznawana) zmienionych lub fałszywie przetłumaczonych słów Konsekracji nie wynika z zatwierdzenia, lecz z faktu, że zmiany dotyczą słów nieistotnych dla ważności. 

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...