Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papiestwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papiestwo. Pokaż wszystkie posty

Jak zostać biskupem? Wybór biskupów w historii Kościoła


 W Nowym Testamencie jest mowa o wielorakim sposobie wyboru następców Apostołów:

Dz 14,23 - ustanowienie przez Apostołów
Tt 1,5 - ustanowienie przez ucznia Apostołów
Dz 1,15-26 oraz Dz 6,1-7 - wybór przez losowanie

Za każdym razem odbywało się to w obecności wspólnoty wiernych.

Z czasów poapostolskich, z końca pierwszego wieku mamy świadectwo w pierwszym liście św. Klemensa (44,3), według którego prezbiterzy (wówczas nie było jasnego odróżnienia między biskupami a prezbiterami) w Koryncie byli ustanawiani przez Apostołów lub innych poważanych mężów "wraz ze zgodą całego Kościoła". 

W Didache (15,1) natomiast znajduje się wezwanie do wyboru przez społeczność: "wybierajcie sobie biskupów i diakonów, którzy są godni Pana". Brak jest jednak opisu procedury wyboru. Widocznie nie było jednej, powszechnie ustalonej. 

W Traditio Apostolica (2) przypisywanej biskupowi rzymskiemu Hipolitowi (początek II wieku) widnieje wymaganie, by był święcony na biskupa ktoś, kto jest wybrany przez wszystek lud ("electus ab omni populo"). 

Ta zasada jest zawarta także w powstałych później świadectwach jak Constitutiones Apostolorum oraz Testamentum Domini:

(źródło tutaj)

(źródło tutaj)

W pismach św. Cypriana z Kartaginy (†258) jest wiele wzmianek o udziale całej wspólnoty danej gminy w wyborze biskupa. W jednym z listów (Epistula 55, 8) mówi, że prawowity wybór został dokonany z osądu Boga i Jego Chrystusa, ze świadectwa prawie wszystkich duchownych, z poparcia obecnego ludu, z kolegium starych kapłanów i dobrych mężów ("factus est Cornelius episcopus de Dei et Christi eius iudicio, de clericorum paene omnium testimonio, de plebis quae tunc adfuit suffragio, de sacerdotum antiquorum et bonorum virorum collegio"). 

W innym liście (Epistula 59,5 - CSEL III/2, 672) mówi o osądzie Bożym, o wsparciu ludu i o zgodzie współbiskupów: 


Orygenes natomiast podkreśla wybór hierarchiczny, mówiąc o ustanowieniu przez Mojżesza przywódcy ludu jako swojego następcy (Hom. in Num XXII, 4 - źródło tutaj):


Po uzyskaniu wolności przez Kościół za panowania cesarza Konstantyna Wielkiego (306-337) nie doszło do istotnych zmian w procedurze wyboru biskupów. Gdy wówczas - w pewnej analogii do struktury imperium rzymskiego - doszło do ukształtowania prowincyj kościelnych (metropolij), nabrały one także znaczenia w tej kwestii. 

Sobór w Ankyrze (314) mówi o biskupach, którzy nie zostali przyjęci w diecezjach, w których zostali nominowani, a usiłują objąć urząd biskupi w diecezji innego biskupa, że powinni zostać  usunięci (źródło tutaj):


Na soborze w Arles (314) pojawiła się zasada, że nikt nie powinien konsekrować biskupa sam, lecz przy udziale siedmiu innych biskupów, a przynajmniej trzech: "De his qui usurpant sibi quod soli debeant episcopos ordinare, placuit ut nullus hoc sibi praesumat nisi assumptis secum aliis septem episcopis. Si tamen non potuerit septem, infra tres non audeat ordinare." (canon 20, Mansi II, 473 - źródło tutaj). 

Podobnie mówi Sobór Nicejski I (325), wprowadzając zasadę udziału biskupów danej prowincji kościelnej: "Episcopum convenit máxime quidem ab ómnibus qui sunt in provincia episcopis ordinari. Si autem hoc difficile fuerit, aut propter instantem necessitatem, aut propter itineris longitudinem tribus tamen omnimodis in idipsum convenientibus, et absentibus quoque pari modo decernentibus, et per scripta consentientibus, tunc ordinatio celebretur. Firmitas autem eorum quae geruntur, per unamquamque provinciam metropolitano tribuatur episcopo." (Mansi II, 679 - źródło tutaj)

Te zasady nie usunęły udziału ludu w wyborze, o czym świadczą nie tylko wspomniane już Constitutiones Apostolorum powstałe w drugiej połowie IV w., lecz także św. Ambroży, który został zresztą wybrany przez aklamację. W jednym ze swoich listów pisze, że biskup powinien być wybrany przez wszystkich (Epistula 63,46; PL XVI, 1253 - źródło tutaj):


Z czasem w cesarstwie wschodnim pojawia ograniczenie udziału ludu. Cesarz Justynian I (527-565) w swoim prawodawstwie reguluje w ten sposób, że duchowni oraz zacni świeccy mają przedłożyć metropolicie listę trzech kandydatów, z których ten wybiera najgodniejszego do konsekracji. W praktyce wkradło się wywieranie wpływu czy wręcz nacisków przez władców świeckich, zwłaszcza przez cesarza. W reakcji na to Sobór Nicejski II (787) orzekł, że wybór biskupów dokonany przez władcę świeckiego jest nieważny, zaś ważnego wyboru dokonują jedynie biskupi danej prowincji kościelnej. 

Nieco inaczej wyglądał rozwój w chrześcijaństwie zachodnim. Papież Celestyn I (422-432) sformułował zasadę, że nie należy narzucać biskupa, lecz konieczna jest zgoda i pragnienie duchowieństwa i ludu (PL 50, 434 - źródło tutaj):

Papież Leon I Wielki (440-461) sformułował zasadę, że ten kto na stać na czele wszystkich, powinien być przez wszystkich wybrany źródło 
(Epistula X, 6; PL 54, 634 - źródło tutaj):


Pewnym przełomem było pojawienie się państwa Franków oraz wpływ jego germańskiej cywilizacji na życie Kościoła. Polegał on na ingerencji władzy świeckiej w wyborze biskupów. V sobór w Orleanie (549) przyznał królowi Merowingów prawo udziału w wyborze, właściwie gwarancję, że nikt nie zostanie wyświęcony wbrew jego woli
 ("cum voluntate regis iuxta electionem cleri et plebis"). W praktyce zdarzało się, że królowie samodzielnie mianowali biskupów, co było sprzeczne z prawem kościelnym. Napotkało to na wyraźny sprzeciw ze strony Kościoła, który potępił tę praktykę chociażby na soborze paryskim w 557 r. (kanon VIII, Mansi 9, 746 - źródło tutaj): 


Także papież Grzegorz I Wielki upominał władców, domagając się od nich respektowania praw Kościoła czyli zachowania kanonicznego. Mimo tych napomnień władcy z dynastii Merowingów a następnie Karolingów uzurpowali sobie prawo do desygnowania biskupów, pozostawiając duchownym jedynie udzielenie święceń biskupich. Gdy Karol Wielki (768-814) uważał, jakoby mianowanie biskupów wynikało z powierzonej mu przez Boga władzy, papież Hadrian I (772-795) usilnie go upomniał, by respektował wybory dokonywane kanonicznie, czyli przez duchowieństwo i lud katolicki (Codex Carolinus, źródło tutaj, str. 517):


Syn Karola, Ludwik Pobożny (814-840) zapewnił wobec soboru w Akwizgranie, że biskupi mają być wybierani zgodnie z kanonami prawa kościelnego przez duchowieństwo i lud ze względu na zasługi życiowe oraz wyposażenie w mądrość by przewodzić im (źródło tutaj, s. 397):

To jednak nie powstrzymało na trwałe zapędów cesarzy, którzy poczęli traktować biskupstwa jak swoje lenne księstwa, roszcząc sobie prawo do udzielania pierścienia biskupiego i pastorału (inwestytura) jako atrybutów władzy biskupiej, pozostawiając duchowieństwu jedynie udzielanie samych święceń. Papieże nie zaprzestawali protestowania przeciw tej praktyce, jak chociażby papież Mikołaj I (858-867) w liście do biskupów (Mansi 15, 7 i 350). 

W XI wieku, po wiekach przykrych doświadczeń z wpływem władzy świeckiej na urzędy kościelne, ukształtował się mocny sprzeciw. Dążono nie tylko do przywrócenia starożytnej zasady elekcji przez duchowieństwo lokalne i lud. Wprawdzie jeszcze sobór w Reims z 1049 r. - pod przewodnictwem papieża Leona IX (1049-1054) - zadekretował zasadę, że nikt nie może zostać powołany na urząd kościelny bez wyboru przez duchowieństwo i lud (Mansi 19, 741). W roku 1059 sobór rzymski zarządził, że wyboru biskupa Rzymu mają dokonywać wyłącznie kardynałowie, czyli duchowni, oraz zakazał przyjmowania urzędu kościelnego z rąk świeckich (Mansi 19, 898). Papież Grzegorz VII (1073-1085) nie tylko dekretował zakaz przyjmowania inwestytury z rąk świeckich, lecz w słynnym "Dictatus papae" z 1075 r. wprowadził zasadę, że tylko Biskup Rzymski ma prawo ustanawiania i odwoływania biskupów.  Sobór rzymski w 1080 r. wydał ponadto kanony regulujące powoływania biskupów (Mansi 20, 533). Według nich obsadzanie wakujących stolic biskupich miało się odtąd odbywać pod nadzorem wizytatora wyznaczonego albo przez Stolicę Apostolską albo przez metropolitę. Wizytator miał czuwać nad tym, by wybór został dokonany przez duchowieństwo i lud, z wyłączeniem wpływu władzy świeckiej, a za zgodą albo papieża, albo metropolity. Jeśli by wybór został dokonany wbrew tej procedurze, to został określony jako nieważne kanonicznie i w takiej sytuacji wyboru biskupa miał dokonać albo papież albo metropolita. 

Te starania papieża doprowadziły do ostrego konfliktu z cesarstwem znanego w historii jako spór o inwestyturę. Zakończył się on dopiero po ponad pół wieku dzięki zawarciu tzw. konkordatu w Wormacji w 1122 r. W tej ugodzie cesarz Henryk V (1106-1125) wyrzekł się udzielania insygniów biskupich (pierścienia i pastorału) i zapewnił Kościołowi na terenie swojego imperium wolny od jego wpływów kanoniczny wybór i konsekrowanie biskupów, zastrzegając sobie jednak przyznawanie berła jako insygnium władzy. Natomiast papież - Kalikst II (1119-1124) przyznał cesarzowi prawo obecności podczas wyborów biskupów i opatów na terenie imperium. Ponadto w razie niezgody między stronnictwami cesarz miał mieć prawo do wsparcia wraz z metropolitą i biskupami danej prowincji stronnictwa "zdrowszego" ("sanior pars"), czyli bardziej odpowiadającego zasadom i dobru Kościoła. 

W rok później obradującym I Soborze Laterańskim (1123) omawiano tenże konkordat. Wydano jednak tylko dość ogólny kanon, według którego wolno udzielać sakry biskupiej jedynie temu, kto został kanonicznie - czyli zgodnie z prawem kościelnym - wybrany ("Nullus in episcopum nisi canonice electum consecret"). 

Sobór Laterański II (1139) zakazał ograniczenia grona wybierającego biskupów do kanoników katedralnym, czyli wykluczenia z wyborów reszty duchowieństwa i mnichów. Zakaz obowiązywał pod sankcją anatemy (czyli exkomuniki) i nieważności wyboru. 

Wkrótce po tym soborze, w roku 1140 powstał dokument bardzo ważny dla historii prawa kościelnego, znany pod nazwą "Concordia discordantium canonum" jak też "Decretum Gratiani". Odnośnie do wyboru biskupów podaje on zasadę (opierając ją na licznych źródłach), że wyboru biskupa dokonuje duchowieństwo, zaś ludowi przysługuje jedynie wyrażenie zgody (consensus). To dość szerokie sformułowanie było następnie różnie interpretowane przez poszczególne szkoły kanonistów co do określenia zarówno grona duchownych, którym przysługiwało prawo wyboru, jak też udziału świeckich, czyli ich realnego wpływu na wybór. Następni papieże - Innocenty III (1198-1216) oraz Grzegorz IX (1227-1241) - ograniczyli prawo wyboru do kapituł katedralnych. Odpowiadało to kanonowi 42 Soboru Laterańskiego IV, według którego ma zostać uznany za wybranego ten kandydat, na którego zagłosowała większość albo zdrowsza część kapituły katedralnej ("is collatione habita eligatur, in quem omnes, vel maior et sanior pars capituli consentit"). To niejasne sformułowanie oczywiście nie mogło zapobiec dalszym sporom. 

Doprowadziło to do tego, że coraz częściej zwracano się do Stoilicy Apostolskiej z prośbą o rozstrzygnięcie. W takiej sytuacji papież Aleksander IV (1254-1261) postanowił w roku 1257, że wybory biskupów należą do "causae maiores" i jako takie wyposażone zostają w środek prawny w postaci możliwości apelacji do papieża. Liczebność apelacyj za pontyfikatu Grzegorza X (1271-1276) skłoniła go na soborze w Lyon w roku 1274 do zastąpienie zasady "pars sanior" zasadą większości 2/3 głosów. Jednak to także nie zapobiegło nadużyciom i sporom. Równocześnie nastąpił proces wzmacniania władzy papieży. Już Klemens IV (1265-1268) zarezerwował sobie w roku 1265 prawo nadawania wszystkich wakujących niższych beneficjów kościelnych. Od Bonifacego VIII (1294-1303) znacznie powiększyła się liczba liczby rezerwacyj papieskich co do powoływania biskupów. Jego następca, Klemens V (1305-1314) - zresztą pierwszy papież awinioński - rozciągnął rezerwację na wszystkie wakujące stolice patriarsze, metropolitalne i biskupie. Jan XXII (1316-1334) objął tym wszystkie wakaty powstałe w wyniku działań Stolicy Apostolskiej, niezależnie od sposobu ich zaistnienia, czy to z powodu orzeczenia nieważności wyboru, oddalenia postulacji czy rezygnacji z urzędu na ręce papieża. W końcu Urban V (1362-1370) ogłosił w 1363 roku rezerwację papieską do obsadzania wszystkich patriarchatów, metropolij i biskupstw, niezależnie od sposobu zaistnienia wakatu ("reservatio generalis"). Sprzyjało to niestety nadużyciom tego rodzaju jak udzielanie beneficjów swoim krewnym i zaufanym, co wiązało się oczywiście z korzyściami materialnymi. Otwarło to drogę także do instytucji tzw. biskupów pomocniczych: podczas gdy ordynariusz albo wcale nie zajmował się swoją diecezją, albo jedynie korzystaniem z profitów, pozostawiał on sprawowanie sakramentów swoim podwładnym kapłanom wyposażonym w sakrę biskupią. 

Do pewnego ograniczenia tej zgoła absolutystycznej władzy papieży doszło dopiero dzięki soborom w XV w. i w wyniku konkordatów zawieranych z władcami świeckimi. Sobór w Bazylei (1433) usunął z obiegu prawnego wszystkie szczególne i ogólne rezerwacje, które nie były zawarte w Corpus Iuris Canonici, oraz postulował powrót do wcześniejszej praktyki wyboru biskupów. Równocześnie sobór zakazał pobierania opłat za udzielenie urzędu kościelnego oraz od ubiegania się o beneficjum, co oczywiście odzwierciedla rozpowszechnioną praktykę. 

To nie zakończyło trwającego od wieków ścierania się interesów zarówno papiestwa jak też władzy świeckiej czyli cesarstwa. Jednak obydwie strony widziały potrzebę współdziałania. Tak w roku 1448 doszło do podpisania tzw. konkordatu wiedeńskiego między papieżem Mikołajem V (1447-1455) a cesarzem Fryderykiem III (1440-1493). W tym akcie papież przywrócił kapitułom katedralnym wolny wybór biskupa (tym samym odwołał rezerwacje wydane przez Urbana V), zarezerwował sobie jednak prawo zatwierdzania wyboru oraz obsadzanie wszystkich stanowisk kurialnych ("apud Sedem Apostolicam") tudzież stolic biskupich podległych bezpośrednio Stolicy Apostolskiej (czyli ustanowionych przez papieży, nie przez władców świeckich). Ta rozwiązanie obowiązywało zasadniczo aż do tzw. wielkiej sekularyzacji na początku XIX wieku, gdy to doszło do zerwania dotychczasowych uregulowań w stosunkach między Kościołem a cesarstwem. 

Od XVI w., gdy to zarówno jedność Kościoła jak też cesarstwa została poważnie zagrożona i uszczerbiona, wykształcił się dobry zwyczaj zgodnego współdziałania między papiestwem, lokalnymi strukturami kościelnymi i władzą świecką we wspólnym interesie zachowania wiary katolickiej i państwowości. Zasadniczo wyboru biskupa dokonywały kapituły czy to metropolitalne czy katedralne. Po dokonaniu wyboru następował proces informacyjny o elekcie, prowadzony przez nuncjusza apostolskiego, jeśli był ustanowiony na danym terenie. Procedurę kończyło zatwierdzenie przez papieża oraz udzielenie insygniów władzy przez cesarza. Poza terytorium cesarstwa istniała także praktyka odmienna, sięgająca już XV w., gdy to papieże starający się ograniczyć wpływ postanowień soboru w Bazylei przyznawali władcom świeckim - na zasadzie indultu bądź konkordatu - prawo do nominowania biskupów na ich terytorium. Zasłynął zwłaszcza tzw. konkordat francuski z 1516 r., w którym papież przyznał królowi Francji prawo nominowania opatów i biskupów w jego państwie. To prawo uzyskał z czasem także cesarz austriacki w swoich terytoriach koronnych (Austria, Czechy, Morawy), w Hiszpanii, Portugalii i w koloniach. Podobnie było w księstwach takich jak Sabaudia i Piemont. Dotyczyło to tylko nominowania, gdyż ustanowienia urzędowego dokonywał papież. 

Podobnie było w katolickiej Bawarii od zawarcia konkordatu w 1817 r., w którym papież przyznał monarsze prawo nominowania. Takiego prawa nie przyznawano natomiast władcom niekatolickim. Dlatego w innych częściach Rzeszy niemieckiej nadal wyboru dokonywały kapituły katedralne. Władzy świeckiej zezwolono jedynie na skreślanie z listy kandydatów osób, wobec których zachodziły zastrzeżenia. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 dokonał scentralizowania i ujednolicenia prawa także w kwestii wyboru biskupów. Kanon 329 stanowił, że papież jest wolny w ustanawianiu biskupów, o ile w danym przypadku nie jest związany prawem do prezentowania kandydata przez inne instytucje. W poszczególnych krajach szczegóły były uregulowane przez konkordaty, które niekiedy gwarantowały kapitułom prawo wyboru. Ciekawym przykładem jest konkordat z państwem bawarskim z 1924 roku, według którego papież w sposób wolny ustanawia biskupów, aczkolwiek jest związany listami kandydatów, które episkopat oraz kapituły katedralne dostarczają Stolicy Apostolskiej co trzy lata. W innych częściach Niemiec biskupa wybiera kapituła katedralny spośród trzech kandydatów przedłożonych przez Stolicę Apostolską. Władze państwowe o tyle biorą udział w procedurze wyboru, że organ kościelny - czy to władze rzymskie czy kapituła - zapytuje rząd danego kraju, czy wysuwa zastrzeżenia co do nominata. Ostateczną decyzję podejmuje jednak papież. Podobnie jest w archidiecezji austriackiej Salzburg oraz w szwajcarskich diecezjach Chur, Sankt Gallen i Bazylea. Poza tym na całym świecie papież mianował biskupów w sposób zupełnie wolny, o ile nie było w poszczególnych przypadkach specjalnych uprawnień czy to kapituł czy władzy świeckiej. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r. (can. 377) przejął zasadę wolnego wyboru przez papieża. Mówi jednak o dwóch sposobach nominowania: wolny wybór przez papieża albo zatwierdzenie prawowitego wyboru. W istocie nie stanowi to istotnej zmiany względem poprzedniego prawa. 

Tyle z faktów kanoniczno-historycznych w skrócie. Na ich podstawie należy oczywiście przeprowadzić teologiczną reflexję analityczno-syntetyczną. Skrótowo jej wynik przedstawia się następująco:

1. Od zarania Kościoła aż do czasów współczesnych nie było i nie ma jednolitej procedury wyboru biskupów. 

2. Celem każdej kościelnej procedury było zapewnienie nieskażonego i niewypaczonego przekazywania Tradycji Kościoła w nauczaniu, sakramentach i obyczajach. 

3. Ingerencja papiestwa w wybór biskupów miała ten sam cel i pojawiła się stopniowo jak środek zabezpieczenia tego celu. 

Myślę, że to wystarczy jako podsumowanie. 

Jaka jest różnica między nieomylnością dogmatyczną a nieomylnością duszpasterską?


Raczej nikt nie ma problemu z tym, że kanonizacje przeprowadzone według tradycyjnych procedur opisanych obszernie przez kardynała Prospero Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV) są nieomylne. Aczkolwiek zaznaczyć trzeba, że jest to inny rodzaj nieomylności niż nieomylność dogmatyczna zdefiniowana na Soborze Watykańskim I: to jest jedynie nieomylność duszpasterska, co wynika jasno z jej duszpasterskiego - nie dogmatycznego - uzasadnienia. Problem w tym, że od Pawła VI zarzucono tę procedurę na rzecz innej, okrojonej o więcej niż połowę i bardzo podatną na manipulacje i fałszerstwa, czego jesteśmy świadkami zwłaszcza od pontyfikatu wojtyliańskiego.

Ta różnica jest dość jasno podana w uzasadnieniu zawartym zarówno w konstytucji "Dei Filius" jak też w argumentacji teologicznej za nieomylnością kanonizacyj.

Nieomylność dogmatyczna jest wtedy, gdy następca św. Piotra mocą swojej władzy nauczania Bożego Objawienia podaje uroczyście do wierzenia jako nieomylne dane zdanie dotyczące prawd wiary czy obyczajów. Kluczowy jest tutaj związek z Bożym Objawieniem, co jest wyraźnie zaznaczone w każdej definicji dogmatycznej. Źródłami tego orzeczenia są źródła Objawienia, czyli Pismo św. oraz Tradycja Kościoła nauczająca prawd wiary i obyczajów. Rodzaj pewności jest tutaj dogmatyczny. 

Natomiast w aktach kanonizacyjnych chodzi o to, że na podstawie procesu prowadzonego w oparciu o świadectwa historyczne, czyli empiryczne (zarówno co do heroiczności cnót jak też co do cudów), doszło nie tylko do wniosku, że według możliwie wysokiego prawdopodobieństwa dusza danej osoby jest w niebie, lecz że podanie jej do kultu przysługującego świętym będzie pożytkiem duchowym dla wiernych (ten osąd wydaje ostatecznie papież, po zasięgnięciu opinii kardynałów). Jak łatwo dostrzec, tutaj rodzaj pewności to jedynie pewność tzw. moralna, istotnie różna od pewności dogmatycznej, co wynika

- z przedmiotu sprawy (przedmiotem nie są prawdy wiary i obyczajów objawione przez Boga w Piśmie św. i Tradycji Kościoła, lecz los danej duszy po śmierci oraz pożyteczność otoczenia ją kultem przysługującym świętym)

- z procedury dochodzenia do orzeczenia (nie badanie źródeł Objawienia Bożego czyli Pisma św. i Tradycji Kościoła, lecz badanie świadectw historycznych co do życia i działalności danej osoby, a także cudów przypisywanych jej wstawiennictwu).

Z tego właśnie powodu istotne i decydujące jest to, jaka procedura została zastosowana, czyli jej poszczególne kroki i stopnie. Są ewidentne, istotne różnice między procedurą tradycyjną i nowy, stosowaną na masową skalę od pontyfikatu Jana Pawła II. 

Pierwszym i niezbędnym warunkiem wszczęcia procesu tradycyjnie był spontaniczny i długotrwały kult okazywany danej zmarłej osobie. Dlatego zasadniczo obowiązywał okres przynajmniej 50 lat od śmierci danej osoby, by okazało się pewne, iż kult nie wynika z zanikającej z czasem pamięci świadków życia danej osoby, lecz z szerokiego doświadczenia skutecznego jej wstawiennictwa, czyli doświadczenia niezależnego od osobistych przeżyć czy sympatii dla tej osoby ze strony osób, które ją znały osobiście. Świadectwa tych osób o życiu danej osoby oczywiście także miały istotne znaczenie i były wnikliwie badane, jednak dopiero na dalszym etapie i niezależnie od spontanicznego kultu. Chodziło o to, by możliwie wykluczyć czynnik więzi emocjonalnej, która zwykle zaciemnia czy wręcz fałszuje postrzeganie faktów, a trzeźwe, racjonalne podejście było istotne i niezbędne na każdym etapie procesu. 

Z tym właśnie wiąże się funkcja zwana "defensor fidei" (czyli obrońca wiary), zwana potocznie i właściwie błędnie - wręcz przewrotnie - "advocatus diaboli". Zadaniem tej funkcji było wskazywanie na te elementy z życia i działalności danej osoby, które świadczą przeciw jej świętości i tym samym są argumentem przeciw beatyfikacji i kanonizacji. Ta właśnie funkcja została praktycznie usunięta, co oczywiście umożliwiło nie tylko rażące niechlujstwo i kumoterstwo, lecz wręcz przemocowe forsowanie do chwały ołtarzy osób, które z całą pewnością na to nie zasługiwały. 

Papież Dawid I


Tutaj mamy oficjalny komunikat opublikowany we wielu językach na stronie (czy stronach) internetowej lefebvrianów. Kwestia sakry biskupiej w FSSPX pojawiała się w ostatnich latach co jakiś czas, a w ostatnich tygodniach już dość wyraźnie i półoficjalnie. Niniejszy komunikat jest oficjalną zapowiedzią i potwierdzeniem pogłosek o takim zamiarze. Ten krok właściwie nie dziwi. Tym niemniej w komunikacie zawarte są znamienne elementy. Otóż x. Pagliarani mówi o swojej decyzji - decyzji przełożonego generalnego. Ma to oczywiście związek z dość dziwną sytuacją, że przełożonym - więc w normalnych warunkach ordynariuszem sprawującym jurysdykcję - nad biskupami FSSPX jest zwykły kapłan. Ta dziwna i właściwie niekatolicka konstrukcja hierarchiczna jest przez lefebvrian tłumaczona tym, iż są to jedynie biskupi pomocniczy (episcopi auxiliarii), zaś ustanowienie przełożonym zwykłego kapłana (prezbitera) jest gestem pojednawczym wobec Stolicy Apostolskiej zaznaczającym to, iż FSSPX nie rości sobie statusu hierarchii równoległej oraz jurysdykcji zwyczajnej. To pokrętne tłumaczenie nie zmienia jednak stanu rzeczy, iż faktycznie zwykły prezbiter sprawuje władzę (według lefebvrian: jurysdykcję nadzwyczajną) nad biskupami, którzy de facto podlegają jemu, a nie Stolicy Apostolskiej. O tyle zrozumiałe jest sformułowanie, iż x. Pagliarani podjął decyzję o udzieleniu sakry biskupiej przez jemu podległych biskupów FSSPX. Nie trzeba być wytrawnym teologiem, by zauważyć tutaj poważny zgrzyt eklezjologiczny, niebywały w historii Kościoła. Gdyby x. Pagliarani powiedział, że wspólnie ze swoimi biskupami - co raczej odpowiada prawdzie - podjął taką decyzję, to byłoby bardziej prawidłowe także teologicznie. Natomiast zlecenie biskupom podjęcia sakra biskupiej jest aktem właściwie papieskim. Czy x. Pagliarani zdaje sobie z tego sprawę? W każdym razie jest to kolejny przykład haniebnej nędzy teologicznej w łonie FSSPX. 

Powyższy komunikat wywołał już dość ożywione dyskusje. Głosy są dość rozbieżne i rzadko rozjaśniające sytuację. 

Ze strony watykańskiej nie ma póki co żadnego oświadczenia w tej sprawie. Jest tylko nieoficjalna wypowiedź rzecznika prasowego, niewiele mówiąca:


Wygląda na to, że jeszcze nie ma wypracowanego stanowiska, co wynika zapewne z braku zdania ze strony Leona XIV. Zgadza się to z tym, co jest zawarte słowach x. Pagliarani'ego, że list otrzymany przez niego w odpowiedzi na jego prośbę o audiencję nie odnosi się do kwestii. Oznacza to, że na Watykanie są istotne rozbieżności w odniesieniu do FSSPX, a Leon XIV nie wypracował jeszcze swojego stanowiska. 

Są trzy możliwości: 

- wypracowanie porozumienia, które będzie podstawą dla udzielenia sakry biskupiej w FSSPX,

- brak porozumienia i ogłoszenie exkomuniki, 

- brak porozumienia i milczenie. 

Pierwsza możliwość byłaby spójna z polityką Watykanu wobec komunistycznego państwa chińskiego, dokładnie wobec tzw. Kościoła patriotycznego, który jest ściśle powiązany z państwem, właściwie zależnym. Oznacza to, że de facto partia komunistyczna dokonuje nominacje biskupie i zleca wykonanie sakry biskupom sobie podległym. Od pewnego czasu Rzym jakby pogodził się z tym faktem, a za pontyfikatu Franciszka zostało zawarte nawet porozumienie z partią komunistyczną, które oznacza właściwie zgodę na decydującą rolę partii w nominacjach. 

Drugi wariant byłby spójny z polityką Jana Pawła II, czyli z twardą linią wobec FSSPX, co oznaczałoby powtórkę sytuacji z 1988 r. 

Trzeci wariant byłby oryginalnym posunięciem Leona XIV, aczkolwiek bliższym linii bergogliańskiej. 

Wiadomo, że Franciszek okazał wręcz niesamowitą hojność wobec FSSPX, udzielając jego członkom jurysdykcji do sprawowania sakramentu pokuty oraz sakramentu małżeństwa. Ten kanoniczny dziwoląg - z jednej strony brak statusu kanonicznego, co normalnie oznacza stan suspensy od sprawowania wszelkich sakramentów, a z drugiej udzielenie jurysdykcji do sprawowania dwóch sakramentów - oczywiście wpisuje się w bergogliańską swawolę i pogardę dla prawa kanonicznego. Ciekawe jest też zestawienie tej decyzji z wręcz patologiczną nienawiścią Franciszka do liturgii tradycyjnej i sprawujących ją. Można spekulować o tym, jak należy te fakty połączyć. Najbardziej spójnym wyjaśnieniem jest to, że on dążył do wpędzenia wszystkich katolików wierzących tradycyjnie w ramiona FSSPX, by następnie dość wygodnie wszystkich takich exkomunikować z powodu odrzucania Vaticanum II, co by formalnie niby rozwiązało problem. Być może też ekipa bergogliańska - wiedząc, że kard. Lienart był masonem - uważa, iż święcenia z linii Lienart-Lefebvre są nieważne. W tym świetle tym bardziej zrozumiały jest haniebny i obłudny dokument "Traditionis custodes", który dość brutalnie uderza w sprawowanie liturgii tradycyjnej w ramach regularnych struktur. 

Spójrzmy jeszcze raz na uzasadnienie po stronie FSSPX. Kluczowe jest wyrażenie "stan wyższej konieczności". Cóż ono oznacza w odniesieniu do sakry biskupiej? Otóż w tej kwestii stan wyższej konieczności musiałby oznaczać, że bez udzielenia sakry biskupiej w FSSPX cały Kościół bądź przynajmniej spora liczba wiernych pozbawiona byłaby ważnie sprawowanych sakramentów. Czyżby FSSPX uważało, że poza jego strukturami nie ma ważnie sprawowanych sakramentów? 

Tego FSSPX nie mówi. Mówi natomiast o konieczności zapewnienia tradycyjnego nauczania wiary, co według nich oznacza odrzucenie nauczania Vaticanum II. Problem jest po pierwsze w tym, że do takiego nauczania nie jest konieczne konsekrowanie biskupów, gdyż nauczać zgodnie z tradycyjnym nauczaniem Kościoła mogą zwykli kapłani (w tym wypadku nawet bez misji kanonicznej), a w sytuacji nadzwyczajnej także świeccy. Chodzi więc właściwie o zapewnienie udzielania święceń w seminariach FSSPX przez własnych biskupów oraz innych funkcyj biskupich w strukturach lefebvriańskich. Można przyjąć, że chcą to czynić dla dobra Kościoła, że chcą być jego częścią, a nawet wręcz elitą. Problem jest jednak w tym, że to ich nauczanie jest dość często niezgodne nawet z tradycyjną teologią katolicką i wcześniejszymi dokumentami Magisterium Kościoła, czego dobitnym przykładem na terenie polskim jest działalność x. Szymona Bańki, o której wielokrotnie musiałem się tutaj wypowiadać. 

Uzasadnienie ze strony FSSPX jest więc pokrętne i zakłamane. Lepiej byłoby, gdyby - bazując na autentycznej teologii katolickiej i na zwykłej przyzwoitości - przyznali, że chodzi o zapewnienie funkcjonowania własnym strukturom, do czego konieczne są funkcje biskupie. Owszem nie neguję, że chcą w ten sposób służyć zbawieniu dusz, tzn. że taką mają intencję. Oznacza to jednak, że funkcjonowanie swoich struktur uważają za konieczne dla tego celu, a tutaj można się już nie zgodzić. Wprawdzie indoktrynują swoich wiernych - zwłaszcza w Polsce - według zasady "extra FSSPX nulla salus", równocześnie jednak nie głoszą tego wprost. Ta niespójność nie świadczy bynajmniej o poziomie przynajmniej moralnym.

Jest też kwestia ważności święceń z linii arcybiskupa M. Lefebvre'a, o czym także już była mowa (tutaj i tutaj). Gdyby przywódcom FSSPX zależało na maxymalnym zapewnieniu wiernym prawowitych sakramentów, to by podjęli kroki dla usunięcia wątpliwości co do ważności linii swoich święceń. Zapowiedziane udzielenie sakry byłoby ku temu okazją. Gdyby zaprosili choćby jako współkonsekratora biskupa z linii nieobciążonej wątpliwościami, to by przynajmniej zapoczątkowali usuwanie wątpliwości czy zastrzeżeń. Kandydaci - i też wszyscy kapłani FSSPX wyświęceni w linii Lienart-Lefebvre - oczywiście powinni wpierw otrzymać święcenia prezbiteratu z niewątpliwej linii. To by służyło nawiązaniu współpracy między biskupami tradycyjnymi i tym samym wzmocniło ich pozycję wobec modernizmu. Poniekąd zrozumiałe jest, że FSSPX oficjalnie odżegnuje się od sedewakantyzmu, a to dlatego, by nie pogrzebać swojej - nikłej i pozornej - łączności z władzą rzymską. Problem jednak polega na tym, że ta łączność jest właściwie obłudna i to obustronnie: ludzie piastujący urzędy watykańskie serdecznie życzą FSSPX niebytu przynajmniej w oficjalnych strukturach kościelnych, zaś FSSPX serdecznie życzy tym strukturom śmierci przynajmniej naturalnej. 

W obecnej dyskusji w temacie panuje mocno ograniczona czy wręcz fragmentaryczna perspektywa, mianowicie zredukowana do kwestii kanonicznej w znaczeniu obecnego prawa kanonicznego bez jakiegokolwiek spojrzenia bardziej teologicznego, w tym także historycznego. Otóż historycznie biorąc, mianowanie biskupów przez papieża jest zasadą po pierwsze dość nową na tle historii Kościoła, gdyż rozciągniętą na cały Kościół obrządku łacińskiego dopiero przez Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. Do tego momentu biskupów często wybierano lokalnie, a papieże zwykle nie interweniowali, choć stopniowo zastrzegali sobie prawo mianowania na niektóre stolice biskupie. Rytualne pytanie o "mandatum apostolicum" zawarte w obrzędzie sakry według Pontificale Romanum historycznie pojawia się dopiero w XV wieku, czyli około roku przed rewolucją protestancką. W cesarstwie austro-węgierskim aż do jego końca w roku 1918 to cesarz prezentował Stolicy Apostolskiej biskupów do nominacji (ius praesentationis). Po drugie, mianowanie biskupów przez papieża nie jest zasadą absolutną, gdyż nadal istnieją nawet kanonicznie uznane wyjątki polegające na tym, że papież jedynie zatwierdza dokonany wybór nominata. Ma to miejsce zarówno w tzw. Ecclesiae suae iuris, czyli w strukturach katolickich obrządków wschodnich, jak też w niektórych diecezjach obrządku łacińskiego, gdzie kapituła katedralna dokonuje wyboru czy to jednego nominata czy trzech kandydatów do nominacji. Od starożytności aż do późnego średniowiecza biskupów zasadniczo wybierano lokalnie (dopiero papieże awiniońscy rozciągali swoje prawo do nominacji w poszczególnych diecezjach). Wybór był jedynie zatwierdzany przez Stolicę Apostolską w tym znaczeniu, że wybrany prosił papieża o tzw. jedność kościelną, czyli formalnie poddawał się władzy papieskiej. Zasada mianowania biskupów przez papieża została ustalona dopiero w związku z tzw. sporem o inwestyturę. Chodziło o to, że władcy świeccy - zgodnie z wypaczonym zwyczajem bizantyńskim - uzurpowali sobie prawo do nominowania biskupów i tym samym do ingerowania wprost w życie Kościoła. Oczywiście wywołało to słuszny sprzeciw ze strony Stolicy Apostolskiej, co ostatecznie doprowadziło do kanonicznej zasady powoływania biskupów przez papieża, czyli centralizacji w tej kwestii także kosztem wpływu lokalnych struktur kościelnych na wybór. Celem była wolność Kościoła od wpływu władz i czynników świeckich. To jest właśnie istotne w tej kwestii: sposób mianowania czy wyboru biskupów ulegał istotnej zmianie na przestrzeni wieków, ale zasada istotna i nadrzędna pozostała ta sama, mianowicie zapewnienie odpowiednich warunków personalnych dla misji Kościoła. Konkretnie chodziło o to, by biskupem został nie ktoś, kto jest wygodny czy spolegliwy dla władzy świeckiej bądź czynników świeckich, lecz ktoś, kto daje maxymalną gwarancję dla przekazywania wiary katolickiej w doktrynie i obyczajach, oraz w godziwym sprawowaniu sakramentów świętych. Ta właśnie zasada jest obecnie całkowicie pomijana w dyskusji. 

Pozostaje oczywiście kwestia, kto ma oceniać kandydatów pod względem tego kryterium. Sposób wyboru kandydatów w łonie FSSPX okryto tajemnicą. Nie wiadomo zresztą także, w jaki sposób abp M. Lefebvre dokonał wyboru swoich kandydatów do sakry w 1988 r. W każdym razie kolej rzeczy wykazała, że przynajmniej jeden wybór chybiony, mianowicie Richard'a Williamson'a, mimo że to on spośród czterech konsekrowanych był najinteligentniejszy i najlepiej wykształcony. Równocześnie to on właśnie zarzucał swoim trzem współbraciom zdradę dzieła założyciela poprzez podjęcie rozmów z Rzymem w okresie przełożeństwa bpa Bernard'a Fellay'a. 

Być może FSSPX liczy na to, że historia kiedyś doceni, iż to wybrani przez nich biskupi bardziej spełniają kryteria Kościoła co do godnych biskupstwa niż nominaci watykańscy. O to właśnie toczy się walka. Lefebvrianie nie chcą narzucenia im nominacji z Watykanu, obawiając się wyboru, który miałby ich zniszczyć (jak zwykle przez rozbicie). Z drugiej strony władze rzymskie nie chcą zrzec się swojej prerogatywy zgodnej z obecnym prawem kanonicznym. Czy możliwy jest kompromis? Warunki kompromisu zostały podane za pontyfikatu Benedykta XVI. Kością niezgody pozostał stosunek FSSPX do Vaticanum II. Wygląda na to, że zabrakło zrozumienia po obydwu stronach. Z jednej strony władze watykańskie nie mogły się zgodzić na odrzucanie choćby niektórych elementów nauczania V2. Z drugiej zaś władze FSSPX nie chciały ryzykować rozłamu wewnętrznego, który jednak o tyle nastąpił, że bp Williamson został usunięty i założył swój tzw. ruch oporu, następnie udzielając wielokrotnie i swawolnie sakry biskupiej swoim zwolennikom. Także obecnie żadna ze stron nie jest szczerze zainteresowana porozumieniem. Moderniści cieszą się z perspektywy exkomuniki i formalnego zupełnego odłączenia FSSPX. Lefebvrianie natomiast z satysfakcją patrzą na coraz głębsze pogrążanie się oficjalnych struktur rzymskich w odmętach synodalizmu, którego celem jest niewątpliwie de facto wyrzeczenie się resztek tożsamości katolickiej i tym samym całkowite odcięcie się od Kościoła "przedsoborowego". 

Sytuacja jednak nie jest beznadziejna, gdyż szansa zarówno dla obydwu stron jak też dla ich porozumienia jest jedna i ta sama: wiara katolicka i tym samym też zdrowy rozsądek. Co bym konkretnie polecał?

1. FSSPX powinno poddać swoich kandydatów do biskupstwa tym kryteriom, które zawsze były w Kościele stosowane. Zarówno te kryteria jak też ich zastosowanie powinno być jawne i znane publicznie, oczywiście przedstawione także władzom watykańskim. 

2. Dla usunięcia wątpliwości co do ważności linii święceń powinni zaprosić do udziału w konsekracji przynajmniej jednego z biskupów pochodzących z linii święceń nie obciążonej wątpliwościami. Kandydaci (i też wszyscy kapłani FSSPX) powinni wpierw oczywiście przyjąć święceni prezbiteratu z niewątpliwej linii. 

3. Po dokonaniu sakry (jeśli odbędzie się bez porozumienia z Rzymem) wyświęceni powinni poprosić papieża o jedność kościelną, zapewniając o uznaniu jego władzy. 

4. Władze rzymskie powinne docenić dobrą wolę po stronie FSSPX wraz z solidnością procedury wyboru - jeśli będzie ona miała miejsce - w ten sposób, że w pewnym terminie (np. do trzech miesięcy) powstrzyma się od ogłoszenia exkomuniki przewidzianej w prawie kanonicznym, oczekując na deklarację jedności kościelnej ze strony wyświęconych. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że zastosowanie tych zaleceń wydaje się mało prawdopodobne. Jednak są one realistyczne i możliwe do spełnienia, gdyż wynikają z odwiecznych zasad Kościoła. Pozostaje modlitwa o światło Ducha Świętego i opamiętanie. 

O sekcie wojtyliańskiej

Problem jest niestety częsty w Polsce obecnie. Wynika to z tego, że obecnie w Kościele polskim - i też poniekąd w dziedzinie publicznej - nadają ton ludzie, których wiara, pobożność i ogólnie mentalność została ukształtowana nie tylko przez samego Jana Pawła II za jego długiego pontyfikatu, lecz jeszcze bardziej przez kult jego osoby uprawiany już za jego życia. Przyczyny tego kultu są różne, a główną jest narodowy komplex niższości, który po wyborze papieża-Polaka wyraził się w irracjonalnym i tym samym niekatolickim uwielbieniu. Dowodem na irracjonalność tego uwielbienia jest nieznajomość i tym samym lekceważenie jego nauczania, a to aż tak jaskrawe, iż nie pamięta się i nie upamiętnia nawet przestrzeni kościelnej szczególnie znamiennych i aktualnych elementów, zwłaszcza w dziedzinie moralnej. Zachłystywanie się papieżem-Polakiem sprowadzało się najpóźniej od lat 90-ych do płytkiej dumy z faktu jego zaistnienia jako balsamu na niskie poczucie narodowej wartości oraz pożywki dla dumy z wielkiego rodaka. 

Obecnie wiąże się to z jednej strony z zatrważającą ignorancją teologiczną wśród duchowieństwa, a z drugiej ze strachu przed wyzwaniem obecnym w postaci oddalania się zwłaszcza młodzieży od Kościoła, który wręcz odruchowo prowadzi do kurczowego a niedojrzałego chwytania się tego, co ożywiało i oświecało niegdyś własną młodość, czyli świetlistej postaci, nawet wręcz idola tamtego czasu. Obnaża to bezradność, a także oderwanie od rzeczywistości współczesnych ludzi, szczególnie młodych. Usiłowanie wpojenia im zachwytu dla papieża-Polaka skutkuje - i musi skutkować - raczej drwiną, czy przynamniej niezrozumieniem i politowaniem. 

Tyle tytułem wstępu co do kontextu historycznego. Teraz bardziej teologicznie. 

Oczywiście wolno a nawet należy krytycznie - czyli w rozumnym odróżnieniu prawdy od fałszu, dobra od zła - do postaci także Jana Pawła II, tak samo jak do innych osób, także kanonizowanych. Tylko sam Pan Bóg Trójjedyny jest doskonały i doskonale święty. Także prawdziwi święci mieli swoje słabości i błędy. Według wiary Kościoła jedynie Boże Objawienie jest nieomylne, gdyż pochodzi od samego Boga. Oznacza to, że słowa i czyny papieży, które nie są nieomylnym nauczaniem prawdy objawionej przez Boga, podlegają dyskusji i osądowi, oczywiście w świetle tychże prawd wiary. 

Tak więc, jeśli ktoś traktuje osobę, słowa i czyny Jana Pawła II jako autorytet wyższy czy choćby równy z Bożym Objawieniem, to nie jest katolikiem, lecz wyznawcą sekty wojtyliańskiej.

Dla katolika najwyższym autorytetem są prawdy wiary katolickiej. Także papieże są nieomylni wyłącznie wtedy, gdy nauczają tej prawdy, a nie w swoich własnych naukach czy poglądach. 

W świetle tej zasady wolno i należy oceniać ogół działalności papieża-Polaka, bez bałwochwalczego czyli irracionalnego uwielbienia dla wszystkiego co mówił i czynił. Tylko podejście trzeźwe, rozumowe ma przyszłość, także w odniesieniu do jego postaci. 


Co przysięgali papieże przy objęciu urzędu?

Od pewnego czasu pojawia się w internetach wzmianka o tzw. przysiędze koronacyjnej papieży. Jest ona rzeczywiście zawarta w zbiorze około stu urzędowych formularzy kancelarii papieskiej. Najstarsze formularze sięgają przypuszczalnie V wieku, jednak nie sposób ustalić dokładnie ich datowania. 


(tutaj s. 145-148)



Następnie zwraca się do Ludu Bożego (s. 148-157):

Szklanka w połowie pełna czy w połowie pusta?


Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 czy jednak ktoś inny. Dyskutanci czy raczej recenzenci błyskawicznie rzucają się na każde nowe wypowiedzi czy decyzje Leona XIV, szukając w nich potwierdzenia bądź zaprzeczenia dla swojej tezy. Jak to zwykle w płyciznowym dziennikarstwie bywa, liczą się głównie czy niemal wyłącznie wypowiedzi dla dziennikarzy, a mało kogo w ogóle interesują przemówienia oficjalne czy homilie. Póki co nowy papież co do łatwości i częstotliwości wypowiedzi dziennikarskich niestety idzie w ślady swego bezpośredniego poprzednika, aczkolwiek poziom wypowiedzi jest zdecydowanie lepszy, mianowicie nie krętacki i zasadniczo nie skandaliczny, choć także dający możliwość a nawet sposobność do nieporozumień. Typowym przykładem jest najnowsza wypowiedź (z 30.9.2025): 


Słynny usański katolicki konserwatywny teolog i publicysta zareagował w następujący sposób:



Jak widać, Kwaśniewski nie ukrywa swojego rozczarowania. Równocześnie jednak nie przytacza wypowiedzi Leona XIV w całości, lecz opuszcza pierwsze i ostatnie zdanie, a to istotnie zmienia całość. 

Wszak jest dość jasne, że Leon XIV 
- unika odpowiedzi odnośnie do tego konkretnego senatora (i zamiaru przyznania mu odznaczenia kościelnego),
- rozszerza temat ochrony życia ludzkiego o temat kary śmierci i traktowania imigrantów,
- wskazuje na nauczanie Kościoła w tych kwestiach,
- apeluje o wzajemny szacunek, 
- nie chce dać się wciągnąć w spory polityczne czy to partyjne czy frakcyjne między katolikami, czyli unika opowiedzenia się za jedną ze stron sporów. 

Interpretując życzliwie i zarazem rzetelnie, myślę, że bezpodstawne jest zarzucanie mu zrównywania tych trzech kwestij, czyli życia nienarodzonych, kary śmierci i życia imigrantów. Nie trzeba być wybitnym teologiem, by zdawać sobie sprawę z istotnych różnic. Osobiście bym zarzucił mu jedynie, że w ogóle jest gotowy do wypowiadania się w takiej sytuacji, która właściwie wyklucza rzetelne rozpatrzenie i odpowiednie rozwinięcie myśli, co by zabezpieczyło przed nieporozumieniami. Tutaj Leon XIV jakoś nie ma odwagi a chyba nawet ochoty na odróżnienie się od Franciszka, który wręcz lubował się w tego typu sytuacjach i wypowiedziach, które regularnie prowadziły do zamieszania i skandali. Z drugiej strony jednak publiczność oczekuje zajęcia stanowiska przez papieża w aktualnych gorących kwestiach. Byłoby sprzeczne z naturą i charakterem Roberta Prevost'a, gdyby to zignorował i nie odpowiedział na te oczekiwania. 

Czy można było lepiej zareagować na to pytanie dziennikarki? Prawicowi publicyści są oczywiście rozczarowani i oburzeni, że papież nie skorzystał z okazji by publicznie zrugać kardynała Cupich'a, a także wszystkich proaborcyjnych biskupów i polityków zarówno w USAnii jak i na całym świecie. Za to Leon XIV oczywiście odpowie przed Panem Bogiem, o czym on zapewne doskonale wie. Nie sposób jednak się z nim nie zgodzić w tym, że zawężanie troski o ochronę życia ludzkiego do nienarodzonych nie jest ani uczciwe, ani mądre, ani katolickie. On nie powiedział, że stosunek do aborcji jest nieistotny czy mniej ważny, lecz wskazał na szerszą perspektywę teologiczną i polityczną. Jego słowa nie są bagatelizacją czy relatywizacją zła aborcji, lecz wytknięciem braku konsekwencji i uczciwości zarówno u tych, którzy opowiadają się za liberalnym traktowaniem aborcji, jak też u tych, którzy - być może - zapominają o ludzkiej godności i prawie do życia imigranta czy zbrodniarza. Tutaj jest oczywiście nie wolno pomijać aspektu winy, czyli istotnej różnicy między prawem do życia niewinnego dziecka a tymże prawem po stronie zbrodniarza czy nielegalnego imigranta. Zaznaczenia tej różnicy brakuje w tych słowach, lecz z tego nie wynika jej negacja. 

Na tym przykładzie widać dość wyraźnie, jak wielkie rany, uprzedzenia, skrzywienia i podatność na wręcz neurotyczne reakcje pozostawił w umysłach katolików pontyfikat Franciszka, który zresztą słusznie można uznać za największą traumę w życiu Kościoła na przestrzeni wszystkich wieków. Leon XIV jest traktowany podejrzliwie czy przynajmniej nieufnie już choćby z tego powodu, że swoją karierę kościelną - patrząc powierzchownie - zawdzięcza swojemu poprzednikowi. Co zresztą nie jest do końca prawdą, gdyż generałem szacownego zakonu został za Jana Pawła II, a już za Benedykta XVI był traktowany jako poważny kandydat do biskupstwa. Nie zamierzam niczego upiększać ani namawiać do naiwnego optymizmu. Chodzi o rzetelność i realizm. Mówiąc najkrócej: wydaje mi się, że wynik konklawe w 2025 r. był najlepszym możliwym czyli realistycznym wyborem w tym momencie historii Kościoła. Też bym sobie życzył, by papieżem został ktoś, kto jednoznacznie opowiada się za liturgią tradycyjną i kto by niezwłocznie potępił wszelkie herezje i błędy grasujące obecnie w Kościele, tudzież usunął z urzędów wszystkich kardynałów, biskupów, opatów, proboszczów, którzy nie popierają szczerze jego linii, katolickiej linii. Pan Bóg oczywiście mógłby taki wybór na konklawe zdziałać. Jednak fakt jest taki jaki jest, a Pan Bóg nie musi nam się z tego tłumaczyć. Wręcz odwrotnie: to my mamy starać się zrozumieć to, co Pan Bóg chce nam w tym momencie historii Kościoła powiedzieć. 

Na koniec jeszcze mała próba pomocy tym, którzy jednak chcą zrozumieć Leona XIV i tym samym wolę Bożą na ten czas. Kim jest Leon XIV?

Jest Usańcem: 
Większości obywateli świata USAnia kojarzy się z potęgą, zamożnością i narzucaniem swojej woli innym państwom. Kto nie zna tego kraju od wewnątrz, czy przynajmniej Usańców osobiście, ten nakłada ten schemat na każdego Usańca. Ten kraj jednak jest specyficzny, dość różny od innych krajów, a także są istotne różnice między społecznościami w jego łonie. Dla katolika np. polskiego Kościół usański jest potęgą pod każdym względem. Tymczasem mało kto wie, że katolicy usańscy do niedawna - mniej więcej jeszcze pół wieku temu - byli wręcz publicznie wyszydzaną i pogardzaną mniejszością, mimo swoich niewątpliwych i powszechnie docenianych zasług choćby w szkolnictwie i edukacji. Katolicyzm w USAnii jest tam wprawdzie największą denominacją, jednak ma przeciw sobie przytłaczającą większość protestantyzmu różnej maści, wprawdzie podzielonego na tysiące czy dziesiątki tysięcy sekt, ale zgodnego w zwalczaniu i poniżaniu katolików. Fakt, że dopiero taki fałszywy katolik jak Joe Biden został dopuszczony do urzędu prezydenta, jest tylko jednym z dowodów. Rodzina Roberta Prevost'a należała do niższej klasy średniej, co jest typowe dla katolików chicagowskich. Ma to oczywiście sporo zalet, zwłaszcza dla życia religijnego, gdyż sprzyja silnej tożsamości wyznaniowej. Równocześnie jednak wzmacnia poczucie wartości i wagi tolerancji, koniecznej w sytuacji pluralizmu religijnego. W takiej mentalności wzrastał Robert i to ona kształtowała jego osobowość. Zresztą swoisty pluralizm znamionował i nadal znamionuje jego rodzinę: podczas gdy matka była bardzo pobożna i pilnowała codziennego różańca w rodzinie, jego ojciec był związany z paramasońską organizacją Lions Club, zaś obecnie jego starszy brat Louis dość otwarcie popiera republikanów i D. Trumpa, podczas gdy młodszy John ma dość wyraźne poglądy lewackie po linii bergogliańskiej. Taka sytuacja wręcz wymusza zarówno unikania spornych kwestij jak też szukania tego, co łączy. Istotną cechą mentalności usańskiej jest także pragmatyzm, polegający na pewnej wręcz niechęci dla rozwijania abstrakcyjnych teorij na rzecz poszukiwania rozwiązań, które sprawdzają się w praktyce. W przypadku Roberta Prevost'a mamy do czynienia z pewnym połączeniem tych dążeń, gdyż jest on z jednej strony uzdolnionym matematykiem, z drugiej jednak kimś, kto nie poświęcił się karierze naukowej lecz szukał stylu życia dla praktycznej realizacji żywej wiary, a w teologii pociągała go praktyka wiary wyrażona w prawie kanonicznym, i to zaprowadziło go w końcu na misje do ubogich w Peru. To ostatnie jest mało usańskie, gdyż sprzeciwia się tendencji do wygodnictwa i wyniosłej dominacji, a równocześnie jest zapewne owocem doświadczenia czy styczności z ubóstwem, którego nie brakuje także w Chicago czy ogólnie w USAnii. 

Jest augustianinem: 
Gdy młody Rober Prevost w połowie lat 70-ych XX w. wybierał drogę powołania duchownego, zakon augustianów, który znał dość dobrze, był w modzie z wielu powodów, aczkolwiek przeżywał zapaść jak niemal wszystkie zakony w posoborowiu. Otóż moderniści już od końca XIX w. reprezentowali odejście od teologii scholastycznej i tomistycznej na rzecz powrotu do teologii "kerygmatycznej", czyli odejście od naukowej precyzji pojęć i dowodów teologicznych a przejście na styl homiletyczny i katechetyczny, czyli bardziej przeżyciowo-subiektywistyczny. Powoływano się przy tym ogólnie na Ojców Kościoła, w tym głównie na św. Augustyna. Tej modzie uległ zresztą już znacznie wcześniej młody Joseph Ratzinger, który zarówno w swojej pracy doktorskiej jak też habilitacyjnej zajął się augustiańskim nurtem teologii. 
Myślę, że najistotniejszym kluczem do mentalności i osobowości Leona XIV jest reguła św. Augustyna, która jest najstarszą regułą zakonną Kościoła łacińskiego, a równocześnie dziełem, które przez wieki wywierało i nadal wywiera potężny wpływ na duchowość kleru katolickiego. Można ją streścić w trzech słowach: miłość Boga, wspólnotowość, czyli braterstwo, oraz posłuszeństwo. Myślę, że nie można Robertowi P. odmówić miłości Boga, skoro jako zdolny młodzieniec z szansą na karierę świecką wybrał życie zakonne a następnie posługiwanie jako misjonarz. Te same fakty świadczą o duchu wspólnotowości i posłuszeństwa. On nie jest samotnikiem, nie jest monarchą, nie jest maminsynkiem i nie jest tyranem. Szkoła życia w zakonie uczy realizmu przede wszystkim w stosunku do siebie, a także wysiłku zrozumienia innych, szacunku i wzajemnej zależności. Od bardzo dawna nie było zakonnika na Stolicy Piotrowej. Franciszek był wprawdzie jezuitą, lecz jedynie w duchu poważnie wypaczonego, modernistycznego pseudojezuityzmu "słynnego" Pedro Aruppe, na tyle wypaczonego, że nawet jego współbracia uważali go za niegodnego biskupstwa. Natomiast w Leonie XIV widać, że jest zakonnikiem z krwi i kości, dogłębnie i szczerze, a potwierdzają to jego współbracia, których był przełożonym generalnym przez dwie kadencje czyli przez maxymalny okres. Owszem, także ten zakon jest dotknięty zarazą modernistycznego soborowizmu. Ryba psuje się od głowy. Jednak w Robercie P. widać szczere przywiązanie do reguły św. Augustyna i tym samym przynajmniej do tego nurtu duchowości katolickiej, który jest najstarszy w Kościele i poniekąd najbardziej płodny, skoro chociażby św. Tomasz z Akwinu należał do zakonu dominikańskiego, zbudowanego właśnie na regule augustiańskiej. Oczywiście wspólnotowość i posłuszeństwo mogą być nadużywane, podobnie jak miłość do fałszywego bóstwa w fałszywej religii. Jednak u człowieka na urzędzie kościelnym bardziej niebezpieczny - im wyższy urząd tym bardziej - jest indywidualizm, gdyż bardziej sprzyja on oderwaniu od rzeczywistości i przeświadczeniu o własnej wielkości, co dość wyraźnie widać u poprzedników na Stolicy Apostolskiej. Wspólnotowość może być wypaczona, mianowicie wtedy gdy przeradza się w stawianie interesu grupowego ponad prawdę i miłość Boga. Także posłuszeństwo może zostać wypaczone i faktycznie jest obecnie regularnie wypaczane, gdy władza i urząd są stawiane ponad prawdą i sprawiedliwością, a dominować chce swawola sprawującego władzę. Tutaj akurat wspólnotowość może być skutecznym środkiem zapobiegawczym czy przynajmniej barierą dla despotyzmu. Dlatego właśnie po epoce despotyzmu bergogliańskiego wiele dobrego, a przynajmniej istotnego polepszenia można się spodziewać w obecnym pontyfikacie, co już widać w przemianie nastroju w samym Watykanie. 

Jest misjonarzem: 
W przypadku kogoś wychowanego w dobrobycie - a nawet zbytku - lat 60-ych i 70-ych pójście na misje do kraju nie tylko ubogiego lecz naznaczonego brakiem stabilności politycznej, przemocą i wojną domową w tym czasie było rzadkością, oryginalnością, a właściwie należałoby powiedzieć - heroizmem. Mówię to z całą odpowiedzialnością, gdyż końcem lat 80-ych byłem związany ze zgromadzeniem misyjnym najpierw w Polsce i na koniec w Austrii. Młody, zdolny zakonnik augustianin z USA mógł sobie urządzić bardzo wygodne życie i nawet karierę kościelną, zwłaszcza że studiował w Rzymie, co oczywiście bardzo sprzyja karierze. On jednak wybrał trudy i niebezpieczeństwa pośród nędzy w Peru, co było wówczas bardzo rzadkie nie tylko w jego zakonie, który właściwie nie specjalizuje się w działalności misyjnej, lecz nawet w zgromadzeniach specjalistycznie misyjnych. A widać po nim, że jest misjonarzem z zamiłowania, z serca, oraz z krwi i kości. Równocześnie praca na misji zapewne miała też znaczący wpływ na jego osobowość kapłańską. Jakie to są cechy? 
Po pierwsze, najpierw uważne, nieuprzedzone poznanie rzeczywistości, która jest wpierw obca, poznawanie mentalności, kultury, słuchanie, zanim się coś powie czy zacznie działać. 
Po drugie, bezinteresowność czyli autentyczna, szczera wola pomocy, zwłaszcza duchowej. Można to też nazwać otwartością na potrzeby innych. 
Po trzecie, unikanie wszystkiego, co mogłoby zrazić, zranić czy zniechęcić, gdyż bariera choćby emocjonalna może udaremnić wszelkie wysiłki zdobycia zaufania i działania dla dusz. 
Po czwarte, docenienie choćby iskierki czy źdźbła prawdy i dobra, nawet jeśli otoczone jest to fałszem, złem czy przynajmniej czymś dziwnym i obcym. 
Oczywiście mentalność misjonarza może mieć też negatywne strony, jak chociażby brak precyzji czy subtelności teologicznej, skłonność do pójścia na skróty "ze względów duszpasterskich" a wbrew normom prawa itp. Tutaj o. Prevost był o tyle przygotowany i zabezpieczony że wcześniej był zdobył wykształcenie specjalistyczne w kanonistyce, więc z pewnością nie gardził prawem kościelnym. Myślę, że jego życie i osobowość stanowi udaną i wielostronną syntezę różnych aspektów życia kościelnego i duchowości. Z tego właśnie powodu dla kogoś przywykłego np. do mentalności czysto kanonistycznej, czy - z drugiej strony - jedynie misyjnej Leon XIV wydaje się nieczytelny i niezrozumiały. Misjonarze są raczej znani z ignorancji, a jeszcze bardziej z pogardy dla prawa kościelnego, zaś kanoniści ze ślepego na rzeczywistość trzymania się litery prawa. Przez swoją drogę życiową o. Robert Prevost jest dobrze przygotowany do przezwyciężenia tej dychotomii, a myślę, że nie tylko tej. 

Podsumowując:
Nie zamierzam uprawiać tanich pochwał czy apologii. Chodzi mi jedynie o rzetelność w odniesieniu do faktów. Pamiętam ostrożność i zasadniczą życzliwość, z którą traktowany był Franciszek na początku swojego pontyfikatu także ze strony katolików konserwatywnych, mimo tego, że właściwie od początku było jasne - przynajmniej dla mnie - kim on jest, co będzie mówił i jak działał. Dopiero stopniowo z czasem pojawiały się głosy krytyczne, właściwie dopiero po opublikowaniu "słynnej" adhortacji "Amoris Laetitia". Natomiast na Leonie XIV od początku ciąży - w oczach krytyków i sceptyków - znamię wypromowania go przez Franciszka. Zapomina się przy tym, że Bergoglio bardzo często, a właściwie regularnie działał według swojego widzimisię, bądź sympatii czy antypatii. Warto mieć na uwadze fakt, że darzył ewidentnie sympatią także słynnego w kręgach tradycyjnych biskupa Atanazego Schneider'a, któremu zawsze udzielał audiencji na życzenie, mimo że powodem było nie podlizywanie się lecz upominanie. 
Apeluję więc o przynajmniej taką samą życzliwość czy przynamniej ostrożność w traktowaniu Leona XIV, a nade wszystko o rzetelność. Pamiętam, z jakim zainteresowaniem śledzono codzienne "homilie" bergogliańskie, choć to były zwykle prymitywne i zakłamane bełkoty. Natomiast teraz niby konserwatywni recenzenci Leona XIV ograniczają się do oglądania obrazków, nawet nie wysilając się na zapoznanie się z jego nauczaniem czyli oficjalnymi wypowiedziami, ograniczając się najwyżej do spontanicznych wywiadów. Proszę sobie porównać pierwsze z brzegu przemówienie czy homilię Leona XIV z odpowiednikami "nauczania" bergogliańskiego. To powinno wystarczyć, by zauważyć przepaść między nimi zarówno w stylu jak też w treści. Nie musi to oznaczać zanegowania wprost tego, co głosił Franciszek. Już sama metoda teologiczna stanowi o sprzeczności. 

Można oczywiście narzekać i wytykać, że Leon XIV nie ryczy na heretyków i nie przepędza ich z Watykanu i stolic biskup na pustynię. Ciekawe, kto z takich mądrych by tak postąpił ze swoimi niesfornymi dziećmi (gdyby je miał) czy choćby ze swoimi pracownikami (gdyby ich miał). Tacy mądrale zapewne nie mają pojęcia ani o wychowaniu dzieci, ani o obchodzeniu się ze współpracownikami, a tym bardziej o tym, jak działa Kuria Rzymska i w ogóle Kościół. Albo myślą o Kościele w kategoriach postfeudalnego systemu kościelnego w Polsce, gdzie już byle kurialista uważa się za jakby bożka czyli za prawie wszechwładnego i wyniesionego ponad zasady nawet zwykłej przyzwoitości. 

Leon XIV - uroczysty początek (z post scriptum)


Jesteśmy po wczorajszej uroczystej inauguracji pontyfikatu Leona XIV z jego homilią jakby programową, z krótkim przemówieniem przed modlitwą Regina coeli, oraz po dzisiejszych audiencjach dla gości, zwłaszcza po audiencji ze przemówienie do przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich oraz kultów niechrześcijańskich. Z pewnością można i należy połączyć słowa z językiem gestów i symboli. Pewne jest, że zarówno przemówienia jak też gesty nie są całkowicie autorskie, gdyż pracuje nad nimi nie tylko prywatny sekretarz, lecz także sekretariat stanu. Celebracje, w tym symbole liturgiczne przygotowuje urząd celebracyj papieskich, który oczywiście zapewne konsultuje się z samym papieżem bądź przynajmniej jego otoczeniem. Myślę, że zarówno papież jak też jego współpracownicy bardziej starannie podchodzą do słów, jednak także znaki mają swoje znaczenie. 

W liturgii wczorajszej znaczące jest użycie słynnej ohydnej feruli geja Lello Scorzelli'ego, wprowadzonej przez Pawła VI i wyłącznie używanej przez Jana Pawła I i Jana Pawła II (więcej tutaj). Benedykt XVI ostrożnie przeszedł na częstsze używanie złotej feruli Piusa IX, zresztą z kłamliwym wyjaśnieniem, że chodziło o jej lekkość. Franciszek zdołał zgromadzić pokaźną kolekcję ferul, przeważnie dość dziwacznych, w swej ohydzie raczej nie odbiegających od straszaka Scorzelli'ego. Oprócz tego atrybutu "nowoczesnego" papiestwa Leon XIV przywdział ornat użyty pierwotnie przez Jana Pawła II w latach 80-ych, a odrzucił paliusz papieski wprowadzony przez Benedykta XVI od początku jego pontyfikatu. Aczkolwiek nie wiemy, na ile to są sugestie czy pomysły jego, a na ile jego ceremoniarza odziedziczonego w spadku po Bergoglio. Ponadto nie śpiewał modlitw liturgicznych, również wyraźnie nawiązując do Franciszka. To są symbole - ze swej natury bardzie oddziaływujące na emocje niż na rozum - też niejako programowe, aczkolwiek zapewne nie tak istotne jak słowa. 

Generalnie dostrzec można tutaj zgodność języka znaków i języka słów. Słowa także apelują do uczuć. Wygląda na to, że Leon XIV stara się nawiązywać do swojego bezpośredniego poprzednika, zarówno w stylu jak też w treściach. Jest to o tyle zrozumiałe, że zarówno hierarchia jak też zwykli ludzie są jednak w znacznej mierze - o ile nie we większości - emocjonalnie przywiązani do Franciszka. Ludzki szacunek i też wdzięczność za zaufanie okazane w stopniach szybkiej kariery można uznać za wyraz lojalności i kultury chyba typowo usańskiej. Pewne jest, że Bergoglio i Prevost się lubili i cenili, choć ten ostatni podobno nie był wymarzonym kandydatem na urząd prefekta dykasterii ds. biskupów. Przypuszczalnie był i może nadal jest w Kurii Rzymskiej ktoś, kto wypromował Prevost'a, przekonując Franciszka do okazania mu względów czy przynajmniej co do przydatności w aparacie bergogliańskim. 

Oprócz zasadniczej podejrzliwości z powodu tego związku, coraz więcej jest krytycznych komentarzy także co do słów wypowiedzianych przez Leona XIV. Nie będę póki co analizował poszczególnych wątków i spraw, gdyż nie widzę konieczności w tej chwili. Chcę tymczasem jedynie zwrócić uwagę na zasadnicze kwestie:

- Kto się spodziewał jasnego, stanowczego i natychmiastowego zerwania z Franciszkiem, ten cierpi na brak realizmu i znajomości działania aparatu kościelnego, zwłaszcza watykańskiego. Takiego zerwania nie podjął nawet sam Franciszek wobec Benedykta XVI i to nawet co do znienawidzonej przez siebie liturgii tradycyjnej czekał ponad 8 lat i starannie się do tego tyrańskiego aktu przygotowywał. 

- Ten pontyfikat z całą pewnością nie będzie restauracją żadnego poprzedniego pontyfikatu, ani tych ostatnich, czyli tzw. posoborowych, ani przedsoborowych. Ideałem jest oczywiście równy dystans przy odpowiedniej bliskości. Na ile Leon XIV będzie umiał mądrze balansować, zobaczymy. W każdym razie programowe nawiązywanie do papieży sprzed Vaticanum II jest już mądre i bardzo cenne, chociażby przez wzbudzenie zainteresowania nauczaniem Leona XIII, które jest wyjątkowo bogate i cenne. To jest zerwanie chociażby z Janem Pawłem II, który cytował niemal wyłącznie "sobór" oraz siebie, co jeszcze bardziej zradykalizował Franciszek. 

- Naiwne, nierealistyczne i niemądre jest także oczekiwanie, że Leon XIV będzie krytykował dokumenty Vaticanum II czy że będzie starał się odsunąć je w zapomnienie, nawet jeśli byłoby to słuszne i zapewne kiedyś z czasem nastąpi za któregoś papieża z kolei. Odnoszę wrażenie, że on próbuje rozumieć je w duchu katolickim i wydobyć z nich to, co jest zgodne z wiarą katolicką i równocześnie odpowiada oczekiwaniom czy to wewnątrz Kościoła czy poza nim. To mi bardziej przypomina słynną "hermeneutykę" ratzingeriańską niż wojtyliańskie i bergogliańskie budowanie sekty V2 w opozycji czy przynajmniej w kontraście do całej historii Kościoła i teologii katolickiej. Wydaje mi się, że Prevost zna tradycyjną teologię katolicką o wiele lepiej i bardziej ją ceni niż czynili to Wojtyła i Bergoglio, a równocześnie chce być wierny Vaticanum II w duchu Benedykta XVI, nawet jeśli wyraża to słowami dokumentów Franciszka. 

- Może to dziwnie zabrzmi, ale według mnie w obecnej sytuacji Kościoła ważniejsza jest zdrowa osobowość i osobista świętość papieża niż korygowanie bzdur bergogliańskich, wojtyliańskich, montiniańskich i roncalliańskich, co oczywiście też jest niezbędne. Ludzie są niestety nadal przywiązani emocjonalnie do tych postaci i też do Vaticanum II, a tym samym dość odporni na choćby czysto racjonalne podważanie tychże ałtorytetów. Realnie możliwe i długofalowo skuteczne jest jedynie takie prostowanie myślenia w sprawach wiary i moralności, które nie razi uczuć, a jednak prowadzi do trzeźwego namysłu, a przede wszystkim do wierności tej Ewangelii, której Kościół zawsze nauczał. 

- Oczywiście kręgi lefebvriańskie i też sedewakantystyczne będą nadal wskazywały na to, co należałoby uczynić, a czego Leon XIV najprawdopodobniej nie uczyni, bądź nie uczyni w taki sposób, jaki by sobie oni czy może nawet wszyscy szczerzy katolicy życzyli. Powinni jednak wziąć pod uwagę, gdzie jest granica między odwiecznymi zasadami Kościoła a ich osobistym i grupowym interesem, a wygląda na to, że dość często to drugie bierze u nich górę nad tym pierwszym. Leon XIV - niezależnie od tego, czy się go uznaje za papieża czy nie - stara się według swego rozumienia urzędu papieskiego służyć jedności Kościoła i na pewno chce uniknąć formalnego rozłamu widzialnych struktur. Czy to robi w sposób dobry, słuszny, optymalny, o tym można dyskutować, a ostatecznie Pan Bóg go z tego kiedyś osądzi. Normalny, rozsądny człowiek stara się dostrzec i docenić dobrą wolę bliźniego, a tego niestety w kręgach tzw. tradycjonalistycznych bardzo często brakuje, a dominuje nawyk zasadniczej podejrzliwości czy wręcz wrogości wobec wszystkich spoza własnej wąskiej grupy (stąd tyle kłótni i wzajemnych ataków między grupami zarówno wewnątrz lefebvrianizmu jak i sedewakantyzmu). To jest wręcz tragiczne, gdyż szkodzi zarówno tym grupom jak i całemu Kościołowi, hamując czy wręcz niwecząc rozwój i zdobywanie dusz dla Chrystusa. 

Jesteśmy na początku pontyfikatu Leona XIV. Z czasem okaże się, czy i na ile spełni oczekiwania i zadania tego urzędu. Jak już zaznaczałem tutaj kilkakrotnie, najważniejsze dla przyszłości i kondycji Kościoła jest docenienie w nim Tradycji zarówno w nauczaniu wiary i moralności, jak w sprawowaniu kultu. Testem jakości tego pontyfikatu będzie jego stosunek do liturgii tradycyjnej. Módlmy się o światło Ducha Świętego dla niego. 



Post scriptum

Ogólnie mówiąc, póki co Leon XIV wyciąga z nauczania swoich poprzedników to, co da się pogodzić z wiarą katolicką, nawet jeśli zalatuje ideologią powszechnego braterstwa i pokoju światowego typową dla Vaticanum II, na której cześć jego poprzednicy niestety ofiarowali prawdy wiary katolickiej i rozsądek teologiczny. Wydaje się, że on próbuje połączyć kult doczesności z fundamentami chrześcijaństwa, co jest typowe dla ostatniego soboru. Jest to o tyle słuszne, o ile ma na celu ukazanie wartości i praktycznego znaczenia chrześcijaństwa dla całej ludzkości, także dla niekatolików i niechrześcijan. Błąd jednak polega na tym, że przy tym - w torach wybujałego ekumaniactwa - pomija się i praktycznie zaprzecza pochodzeniu Kościoła katolickiego od Boga, oraz popada w naiwne dążenie do zażegnania wrogości ze strony niekatolików kosztem prawdy. To jest duch Vaticanum II, w którym Robert Prevost zdobył wykształcenie. Jednak nie widać w nim pogardy dla tego, co "przedsoborowe", czy to w nauczaniu czy też w praktyce, jak to było w przypadku jego bezpośredniego poprzednika. To już jest dużo i to go bardziej upodabnia do Benedykta XVI. On raczej stara się zachować jedność zarówno współczesną jak też ponadczasową (synchroniczną i diachroniczną, mówiąc językiem ratzingeriańskim), co jest oczywiście słuszne i odpowiada jego formacji zakonnej i osobowości. Jest to jednak zgubne w skutkach, jeśli odbywa się kosztem prawdy. Tutaj może być problem. Konkretnym przykładem są słowa przed modlitwą Regina coeli z dnia inauguracji pontyfikatu, gdzie powiedział, że Franciszek patrzy z nieba. To są słowa po prostu głupie, gdyż nawet papież nie ma prawa twierdzić, że ktoś jest w niebie, dopóki ta osoba nie została kanonizowana. Nawet jeśli osobiście jest przekonany o świętości tej osoby. W przypadku Franciszka bardzo wiele przemawia przeciw jego świętości, a są to fakty powszechnie znane. Nikt nie ma prawa ignorować tych faktów, nawet jeśli doraźnie jest potrzeba pocieszenia tych, którzy boleją nad odejściem tej osoby. Tutaj Leon XIV ma niestety już zły przykład z kazania kardynała dziekana Giovanni'ego Battista Re na pogrzebie Franciszka, gdzie również padły podobne durne słowa. Taka jest obecnie niestety moda w Watykanie, począwszy od ogłoszenia śmierci Jana Pawła II (słynne a haniebne, świadczące o durnocie teologicznej słowa o "odejściu do domu Ojca"). Szkoda, że Leon XIV poddaje się tej modzie, ukazującej poziom teologiczny tej ekipy. Prawdopodobnie jest do tego zachęcany i takie słowa są mu sugerowane przez Sekretariat Stanu, który mu pisze przemówienia, a czemu on nie ma odwagi i też chyba chęci się sprzeciwić. Tutaj widać jego słabość: on dąży do harmonii, a w tym wypadku jest to kosztem prawdy, choć raczej z dobroci serca.