Czy "wspólnoty" rozsadzają Kościół?

 


To są słuszne uwagi. Tzw. wspólnoty są przeważnie lokalnymi komórkami tzw. ruchów, które są nie tylko nowością, lecz mają wyraźne tendencje heretyckie, zwłaszcza protestantyzujące, jak zwłaszcza tzw. charyzmatycy i tzw. neokatechumenat. Szczególnie perfidną wersją tzw. charyzmatyzmu jest medjugorjanizm, gdyż posługuje się pozorami maryjności. 

Tradycyjnie w parafiach katolickich były różne bractwa i stowarzyszenia. Istotną różnicą względem dzisiejszych "wspólnot" i "ruchów" jest to, że miały

- oficjalne statuty, w którym jasno był określony cel, struktura oraz sposób działania,

- podlegały strukturom parafialnym, tzn. lokalnym duszpasterzom. 

Tzw. ruchy albo nie mają wcale oficjalnych statutów (jak tzw. charyzmatycy), albo jedynie tajne, a zarząd, czyli struktura jest bardzo scentralizowana, choć niekoniecznie oficjalnie. Tzw. charyzmatycy zwykle nie mają oficjalnej struktury zarządu, jednak zarząd zakulisowy i tajny istnieje, co jest zresztą typowe dla przeróżnych sekt, zwłaszcza dla masonerii. 

Zasadniczym celem tzw. wspólnot raczej nie jest rozbijanie od wewnątrz, lecz wpajanie w życie parafii i poszczególnych wiernych fałszywych nauk i praktyk. Faktycznie prowadzi to i musi prowadzić do starć i konfliktów, jednak celem jest przeniknięcie i opanowanie parafii, także przez wyeliminowanie tych, którzy nie godzą się na daną linię i posunięcia. 

Tak np. w Polsce tzw. ruch oazowy, którego oficjalnym przywódcą był x. Blachnicki (więcej tutaj), zapoczątkował poważne nadużycia w liturgii - jak Komunia na stojąco, gra na instrumentach rozrywkowych podczas liturgii itp. - które obecnie stały się niestety quasi regułą. 

Innymi słowy: to jest sposób na przetworzenie życia parafii w duchu "nowości", które są narzucane przez "ruchy". 

Nawet jeśli nie dochodzi do wewnętrznego rozbicia życia parafii, to na pewno już samo istnienie przeciwstawnych grup i poglądów sprzyja czy wręcz powoduje myślenie i mentalność relatywistyczną. Jeśli np. w jednej parafii istnieje zarówno róża różańcowa jak też grupa "charyzmatyczna", to już sam ten fakt powoduje dezorientację i tłumienie krytycznego myślenia zwłaszcza po stronie konserwatywnej, która jest zmuszana najpierw do tolerancji, potem do ustępstw, aż w końcu spychana jest na margines życia parafii czy wręcz poza nim, skazana na unicestwienie biologiczne. 

To jest realne niebezpieczeństwo dla Kościoła. Po pierwsze z powodu wpajania niekatolickich poglądów, a po drugie z powodu podlegania strukturom innym niż normalny porządek podległości w Kościele, czyli biskup miejsca wraz z jego wysłannikami w parafiach czyli duszpasterzami. 

Mitem jest, jakoby "grupy" (zwane też "wspólnotami") oznaczały żywotność parafii. Otóż żywotność katolickiego życia religijnego polega na uczestniczeniu w sprawowaniu sakramentów świętych, zwłaszcza tych codziennych jak spowiedź i Msza św. Natomiast tzw. grupy mają swoje praktyki i "nabożeństwa", nierzadko zupełnie odbiegające od liturgii Kościoła, a nawet z nią sprzeczne. Innymi słowy: one odciągają zarówno wiernych jak też duszpasterzy od sakramentów świętych, zajmując czas i energię własnymi zwyczajami i praktykami. 

Tym samym popieranie i promowanie tzw. grup nie jest lekarstwem na zapaść życia kościelnego, lecz jej przyczyną i katalizatorem. Katolicyzm zawsze budował na więziach naturalnych, czyli rodzinnych, stanowych, zawodowych itp. Według nich powinno być zorientowane życie parafii, a nie na "wspólnotach", gdzie przynależność zależy od osobistych upodobań i widzimisię, co zwykle oznacza także heretyckie czy prawie heretyckie poglądy. 

Obecnie nierzadko nawet wysocy hierarchowie ubolewają nad "mentalnością supermarketu" w sprawach religii, tzn. że ludzie sobie wybierają z wiary to, co im pasuje. Czyż tak trudno zauważyć związek takiej mentalności z forsowaniem "grup" i "wspólnot" w parafii, do których się przynależy z powodu irracjonalnego wyboru?

Czy rzekome objawienia Alicji Lenczewskiej są wiarygodne?



Co jakiś czas zadawane mi było pytanie odnośnie Alicji Lenczewskiej i jej rzekomych objawień. Zacząłem od szukania źródeł dostępnych w internecie i natrafiłem na filmik dokumentujący fakt, że organizowała tzw. pielgrzymki do Medjugorje i mocno angażowała się w propagowanie rzekomych - a właściwie fałszywych - tamtejszych objawień. 

Tym samym sprawa jest oczywista i prosta: skoro Lenczewska nagminnie popełniała grzech przeciw wierze katolickiej i Kościołowi przez zaangażowanie w promowanie fałszywych objawień, to z całą pewnością także objawienia rzekomo przez nią otrzymywane mogą być jedynie fałszywe, czyli pochodzą albo z mamienia szatańskiego, albo są po prostu ludzkim wymysłem. 

Niestety jej pisma otrzymały "nihil obstat" kurii archidiecezjalnej w Szczecinie, co ułatwia zwodzenie wiernych tymi fałszywymi treściami. Należy jednak pamiętać, że "nihil obstat" oznacza jedynie, iż w danej publikacji przedłożonej w kurii nie stwierdzono błędów przeciw wierze katolickiej i moralności, i samo w sobie nie oznacza uznania rzekomych objawień za nadprzyrodzone. Właściwie już sam fakt promowania fałszywych rzekomych objawień w Medjugorje jest poważnym błędem przeciw wierze katolickiej i dyscyplinie, tym samym powinien być wystarczającym powodem wykluczającym udzielenie imprimatur. Widocznie cenzor pracujący dla kurii szczecińskiej nie rozumie związku tych spraw. 

Wygląda na to, że kuria nie wzięła pod uwagę całości działalności Lenczewskiej. Właściwsze byłoby zbadanie wpierw charakteru jej rzekomych objawień i dopiero w razie pozytywnego wyniku - co jest właściwie niemożliwe w uczciwym i solidnym zbadaniu - udzielenie "nihil obstat" dla jej pism. Jest bowiem dość oczywiste, że Lenczewska albo ulegała złudzeniu, albo sama wymyśliła rzekome objawienia oraz je - zapewne przy pomocy swego opiekuna duchowego, który czuwał nad poprawnością teologiczną - spisała. Błędów doktrynalnych można dość łatwo uniknąć, zwłaszcza przy udziale jako tako wykształconego teologa. Dlatego ich brak w żaden sposób nie dowodzi charakteru nadprzyrodzonego rzekomych objawień. Tym niemniej udzielenie "nihil obstat" dla sprytnie pod względem doktrynalnym przygotowanego oszustwa jest conajmniej nieroztropne. 

Czy wolno filmować exorcyzmy?

 

Po internetach krążą filmiki pokazujące rzekome bądź autentyczne exorcyzmy. Szczególnie popularne są te pokazujące czynności słynnego x. Gabriele Amorth'a, autora wielu książek w 
temacie, uchodzącego za autorytet nie tylko w kwestii exorcyzmów. 

Najpierw zasadniczo: 

Exorcyzm jest liturgią Kościoła i podlega regułom podanym wyraźnie w rubrykach Rituale Romanum. Reguła nr 11 mówi, że osoba poddawana exorcyzmowi powinna się znajdować z daleka od tłumu:  


W następnej rubryce jest powiedziane, że tylko nieliczne osoby mogą być obecne podczas exorcyzmu i że te osoby powinny się w tym czasie modlić za osobę poddawaną exorcyzmowi:

Ma to służyć zarówno dyskrecji dla dobra osoby exorcyzmowanej, jak też zabezpieczać exorcystę przed szukaniem własnej chwały, o czym mówi reguła nr 1. 


Ta dyskrecja dotyczy oczywiście także tłumów zgromadzonych przed ekranami komputerów czy telewizorów. 

Tym samym x. Amorth popełnił przestępstwo przeciw rubrykom Rituale i powinien był odtąd otrzymać zakaz sprawowania exorcyzmów, przynajmniej tymczasowo na odbycie odpowiedniej pokuty i nawrócenia.

Takie jego postępowanie świadczy niestety o braku zdatności do posługi exorcysty, przynajmniej od momentu, gdy zaczął wykazywać łamanie zasad Rituale i szukanie swojej sławy. 

Tym samym jego wypowiedzi w powiązanych czy innych kwestiach należy traktować conajmniej z dystansem i ostrożnością, a nawet ze zdrowym sceptycyzmem. Dotyczy to zwłaszcza takich sensacyj jak opowiadane przez niego rzekome wypluwanie przedmiotów przez osoby exorcyzmowane, czy też jego pochlebnej opinii odnośnie oszustwa w Medjugorje. Innymi słowy: x. Amorth sam był dość wyraźnie pod wpływem szatana, przynajmniej w okresie, gdy popełniał tego typu przestępstwa i fałszywe wypowiedzi. 

Czy możliwa jest zmiana charyzmatu zakonu?

 

Mówienie o "charyzmacie" zakonów jest nowością i może kryć nieporozumienia. Klasycznie i poprawnie mówi się o zadaniach w Kościele. Są one oczywiście powiązane ze stylem życia danej wspólnoty, co jest razem określone w regule zakonnej względnie w konstytucjach zakonu czy zgromadzenia. Reguły i konstytucje są zatwierdzane przez władze kościelne, czyli biskupa miejsca, jeśli zakon czy zgromadzenie jest na prawie biskupim, a przez Stolicę Apostolską jeśli chodzi o status na prawie papieskim. 

Teoretycznie jest możliwe wprowadzanie zmian do reguły i konstytucyj. Zmiany także wymagają zatwierdzenia. W historii Kościoła zwykle było tak, że zmiany w regule czy konstytucjach oznaczały powstanie nowego zakonu czy zgromadzenia. Tak na przykład na klasycznych regułach - czyli benedyktyńskiej i augustiańskiej - zbudowanych jest wiele osobnych zakonów, które mają swoje konstytucje. 

Tyle uwag wstępnych w skrócie. Faktycznie po Vaticanum II doszło do "reformy", a właściwie przerobienia konstytucyj wszystkich zakonów i zgromadzeń (chyba oprócz kartuzów). Oficjalnie nie oznaczało to wprawdzie całkowitej zmiany "charyzmatu", jednak faktycznie doprowadziło do daleko idącego sprzeniewierzenia się nie tylko literze pierwotnych konstytucyj pochodzących od założycieli lecz także ich duchowi. 

Zasadniczo zmian w konstytucjach zakonnych może dokonywać kapituła generalna. Zmiany te muszą być oczywiście zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Także Stolica Apostolska sama ze siebie może wprowadzać zmiany. Formalną granicą jest tylko prawo ogólnokościelne, zwłaszcza Kodex Prawa Kanonicznego. 

Daleko idące zmiany oczywiście mogą prowadzić do tego, że członkowie danej wspólnoty uznają, iż nie mogą się już utożsamiać z nią, i odchodzą z niej. Miało to miejsce na szeroką skalę po Vaticanum II, gdy w ciągu kilku lat dziesiątki tysięcy zakonników i zakonnic opuściły swoje wspólnoty. 

Czy katolicy czczą Ałłaha?


Temat pojawia się regularnie na portalu deon.pl, zaś ostatnio został gorliwie podjęty przez o. A. Posackiego, znanego dotychczas w tematyce ezoteryki i okultyzmu. Ten ostatni nawiązuje do swoich doświadczeń w islamskim Kazachstanie, ale powołuje się na treści rzeczonego portalu.




Powierzchownie problem sprowadza się do nauczania odnośnie islamu w dokumentach Vaticanum II, zarówno w deklaracji "Nostra aetate" (3) o stosunku do religij niechrześcijańskich jak też w konstytucji dogmatycznej "Lumen gentium"(16):







Taki jest główny, niby nokautujący argument deonistów itp.: sobór orzekł, więc to jest nauczanie Kościoła i katolik ma się trzymać tego, że wyznaje i czci tego samego Boga co islam. O ile wymaganie tego od katolików w Europie przed 40-50 laty było dość łatwe, gdyż wiedza o islamie ograniczała się do conajwyżej doświadczeń z urlopu w Turcji czy w Egipcie, o tyle obecnie w dobie internetu, gdy także przeciętny człowiek nie jest zdany na to, co mu podadzą gazety, radio i telewizja, nie jest łatwo zamknąć ludziom mózgi na kłódkę powoływaniem się na dokumenty soborowe. Każdy, kto chce, może dowiedzieć się nie tylko o tym, jakim problemem są imigranci muślimscy, lecz także o przyczynach i podłożu problemów. Mimo nachalnej kłamliwej propagandy, jakoby nie miało to nic wspólnego z islamem, coraz więcej ludzi potrafi kojarzyć, szuka powiązań i też musi się zmierzyć z tym, co głoszą źródła typu deon.pl i powielacze, żerujący na niewiedzy teologicznej pospólstwa.


Po pierwsze

Zdania odnośnie islamu w dokumentach Vaticanum II dotyczą dziedziny religioznawczej, nie teologicznej we właściwym sensie, czyli nie dotyczą prawd wiary. Innymi słowy: gdy chodzi o to, czego naucza islam, mamy do czynienia z wiedzą oczywiście na temat islamu, nie w temacie Bożego Objawienia przekazanego w Tradycji Kościoła i Piśmie św. Tym samym jest to wiedza zarówno omylna jak też zupełnie niewiążąca. Wynika to po prostu z przedmiotu: kwestia, czego naucza islam i jaki jest tego stosunek do nauczania Kościoła, nie należy do depozytu wiary i tym samym nie jest przedmiotem nauczania Magisterium Kościoła. Tym samym wypowiedzi w tej sprawie nie mają żadnej rangi magisterialnej, nawet jeśli są zawarte w dokumentach soborowych. Sprawa jest dość dokładnie tego typu jak gdyby sobór nauczał, że ziemia jest płaska, powołując się na miły list jest jednego z papieży do któregoś z uczonych tysiąc lat temu. Otoż biskupi zebrani na soborze nie mają obowiązku znać się na geografii, a jeśli wypowiadają się w temacie kształtu ziemi czy tego, w co wierzą muślimi, to nie tylko przekraczają swoje kompetencje lecz także cel, dla którego zwoływane są sobory. 


Po drugie

Jedynym źródłem, na które powołują się w tej sprawie dokumenty Vaticanum II, jest list papieża św. Grzegorza VII skierowany do króla Maurytanii. Także deoniści powołują się na ten list, niestety w kłamliwy, fałszujący sposób. Dlatego warto się temu listowi bliżej przyjrzeć, aczkolwiek należy pamiętać, że także on nie ma żadnej rangi magisterialnej, gdyż jest skierowany do pojedynczej osoby i ma charakter prywatny, mimo że pochodzi od papieża.



Oto oryginalny text list, opublikowany w standartowym dziele Patrologia Latina tom 148, kolumny 450-452:



Dla ułatwienia Szanownym Czytelnikom podaję sporządzone na szybko własne robocze tłumaczenie:


Grzegorz biskup, sługa sług Bożych, do Anzira, króla Mauretanii w prowincji Sitiph w Afryce, pozdrowienie i Apostolskie błogosławieństwo.
Twoja szlachetność w tym roku przesłała nam list, żebyśmy wyświęcili kapłana Servanda na biskupa według ustroju chrześcijańskiego, co postaraliśmy się uczyć, ponieważ Twoja prośba wydawał się sprawiedliwa i bardzo dobra. Wysyłając zaś nam podarunki, wysłałeś chrześcijan, którzy byli u Was więzieni, z powodu szacunku dla świętego Piotra Księcia Apostołów i z miłości zu nam, i obiecałeś, że także innych uwięzionych odeślesz. Tę dobroć tchnął w Twoje serce Bóg, Stwórca wszystkich, bez którego nie możemy uczynić nic dobrego ani pomyśleć. To On, który oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego (J 1), oświecił Twój umysł w tym zamyśle. Albowiem Bóg wszechmogący, który chce aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i aby nikt nie zginął (1Tm 2), nic innego nie uznaje bardziej w nas, by człowiek - po miłowaniu Jego - miłował człowieka i drugiemu to czynił, co by chciał, żeby jemu czyniono (Mt 7). Tak więc tą miłość my i Wy jesteśmy winni sobie i też innym ludom, którzy wierzymy i wyznajemy jednego Boga, choć w różny sposób, którzy Go, Stwórcę wieków i Rządcę tego świata chwalimy i czcimy. Tak bowiem mówi Apostoł: „On jest naszym pokojem, Ten, który jedno i drugie uczynił jednym“ (Ef 2). Znając przez nas tę łaskę daną Ci od Boga, wielu szlachetnych Rzymian bardzo podziwia i rozgłasza Twoją dobroć i cnoty. Spośród nich oto nasi krewni Alberyk i Cyncjusz, którzy prawie od młodości byli żywieni z nami w pałacu rzymskim, bardzo pragnąc wejść w przyjaźń i miłość Twoją i chętnie Ci służyć tym, w czym się podobało naszym ojcom, ślą do Ciebie swoich ludzi, abyś przez nich zrozumiał, jak uważają Ciebie za roztropnego i szlachetnego i jak chętnie Tobie chcą i potrafią służyć. Polecając ich Twojej wielkoduszności, prosimy, abyś starał się okazać im tę miłość, jaką pragniemy Tobie i wszystkim Twoim okazać, z powodu naszej miłości i z powodu odpłaty za wierność rzeczonych mężów. Zaś Bóg wie, że miłujemy Ciebie jedynie dla czci Boga i że życzymy zdrowia i czci Twojej w życiu doczesnym i przyszłym. A także prosimy sercem ustami o to, by tenże Bóg doprowadził Cię po długim okresie tego życia na łono szczęśliwości świętego Patriarchy Abrahama. 

Istotne punkty są następujące w skrócie:

- Papież wspomina życzliwy stosunek króla, który prosił o ustanowienie katolickiego biskupa na swoim terenie, wysłał papieżowi podarunki oraz uwolnionych chrześcijan, wraz z obietnicą uwolnienia następnych niewolników chrześcijańskich. 

- Papież mówi, że ta życzliwość króla pochodzi od Boga, dokładniej z naturalnego światła, które ma każdy człowiek, a więc nie z islamu.

- To naturalne oświecenie jest podstawą wierzenia i wyznawania "jednego Boga". 

- Papież wyraźnie wskazuje na Objawienie w Jezusie Chrystusie, który daje pokój. 

- Papież zapewnia o swojej modlitwie za króla, by Bóg go doprowadził do wiecznej szczęśliwości, co wcale nie oznacza, jakoby tą drogą był islam. Papież nie mówi ani słowa o islamie. 

Innymi słowy: ten list mógłby być skierowany do każdego innego władcy, który okazał tego typu życzliwość Kościołowi i tym samym wykazał naturalne, rozumowe poznanie istnienia jednego Boga wraz z naturalnym prawem moralnym. W postawie tego króla nie ma nic islamskiego, a wręcz przeciwnie, jego postawa jest wprost sprzeczna z zasadami islamu zawartymi w Kuranie i też w przykładzie życia Mahometa. Nic też nie wskazuje na to, by papież wiedział coś bliższego o islamie i treści Kuranu. Z punktu widzenia historycznego nie jest nawet pewne, czy Kuran w obecnej postaci w ogóle istniał. A jeśli istniał, to tylko po arabsku i nie wolno było go tłumaczyć. Dlatego wczesne źródła chrześcijańskie, jak chociażby św. Jana Damasceński, nie znają nawet pojęcia "islam", lecz mówią o "religii Izmaelitów", Saracenach itd., uważając ich za jedną z herezyj bliskowschodnich. 

Tym samym powoływanie się na ten list w kwestii stosunku między Kościołem i islamem jest poważnym, wręcz skandalicznym, kłamliwym nadużyciem. 

Po trzecie

Twierdzenie, jakobyśmy jako katolicy czcili tego samego Boga co islam, jest sprzeczne z całym dotychczasowym nauczaniem Kościoła. I jest sprzeczne także ze zdrowym rozsądkiem oświeconym prawdami wiary katolickiej. Przykładów w dokumentach papieży i nauczaniu teologów jest mnóstwo. Temat ten wymaga osobnego opracowania. Jako przykład podam modlitwę odmawianą na zlecenie papieży począwszy od Leona XIII (encyklika "Annum sacrum"), a odzwierciedlającą prawdziwe, stałe i niezmienne nauczanie Kościoła w tej kwestii. Chodzi o Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego przepisany do obowiązkowego odmawiania w każde święto Chrystusa Króla, a odnawiany w pierwsze piątki miesiąca. Zawarta jest w nim m. in. prośba: 

"Rex esto eorum omnium, qui in tenebris idololatriae aut Islamismi adhunc versantur, eosque in lumen regnumque tuum vindicare ne renuas."

Tak samo mówi Katechizm Nauki Chrześcijańskiej św. Piusa X:



http://www.corsiadeiservi.it/public/content/testi%20e%20documenti/Catechismo_PioX.pdf?fbclid=IwAR2a545kHiiL61TxBhRjswWPBtk4VLK8INMQPNMazWoa8cOdG0ZC5PBoKNs )


Słusznie islam jest tutaj zrównany z pogaństwem. Odpowiada to faktom historycznym i religioznawczym. 


Liczne są też inne świadectwa chrześcijan odnośnie islamu, przy czym różny jest zakres wiedzy odnośnie Kuranu i Mahometa. Gdzie jest ta wiedza, zgadza się ona zupełnie ze stanem, który mamy współcześnie:


- Biskup Jan z Nikiu w Egipcie, piszący swoją "Kronikę" pod koniec życia Mahometa, nazywa islam "religią wrogów Boga", "nikczemną doktryną bestii to jest Mahometa", a muślimów nazywa "bałwochwalcami":



http://www.tertullian.org/fathers/nikiu1_intro.htm

- Św. Jan z Damaszku, piszący kilkadziesiąt lat po śmierci Mahometa, nazywa islam "poprzednikiem antychrysta" a Kuran uważa za zbiór "absurdalnych bajek": 

https://www.answering-islam.org/Books/MW/john_d.htm

- Biskup Teodor Abu Qurra, uczeń św. Jana Damasceńskiego, biskup Harran w Mezopotamii, demaskuje Mahometa jako kłamcę a jego naukę jako bezbożną:

http://seminare.pl/pdf/tom33-20-karczewski.pdf

- Apologia Al Kindi (IX - X w.) mówi m. in. wprost, że islam nie jest religią pochodzącą od Abrahama a Mahomet jest zbrodniczym mordercą: 

 https://www.answering-islam.org/Books/Al-Kindi/index.htm

- Św. Piotr Czcigodny, opat słynnego opactwa w Cluny, w swoich dziełach "Przeciw haniebnej sekcie Saracenów" i "Suma całej herezji Saracenów" oraz w liście do św. Bernarda od tłumaczeniu Kuranu, nazywa Mahometa bandytą a islam "ściekiem wszelkich herezyj", "bezbożnym i potępienia godnym nonsensem", "diabelską nauką":

https://en.wikipedia.org/wiki/Peter_the_Venerable

- Także wielu papieży po Grzegorzu VII prowadziło korespondencję z władcami muślimskimi, gdzie nie ma śladu ani uznania prawdziwości islamu, ani nawet równoprawności:

(z: https://books.google.de/books?id=AbWYCgAAQBAJ&hl=de&source=gbs_navlinks_s)

Por. także tego samego autora tutaj i tutaj.

Te przykłady świadczą dobitnie, że po pierwsze historia stosunku papieży i teologów katolickich do islamu jest o wiele bogatsza niż jedno zdanie Grzegorza VII (i to wyjęte z kontextu i wykorzystywane przeciw niemu) i po drugie ten stosunek jest bardzo daleki od twierdzenia, jakoby Kościół wierzył i czcił tego samego Boga co islam.


Po czwarte

W kwestii wzajemnego stosunku dwóch stron zarówno zdrowy rozsądek jak też zwykła przyzwoitość wymaga, by uwzględnić stanowisko drugiej strony. Akurat wyznawcy dialogizmu międzyreligijnego (a właściwie relatywizmu i apostazji) działają wprost przeciw tej zasadzie. Wmawiają oni bowiem katolikom, jakobyśmy wyznawali tego samego Boga co muślimi, ale przemilczają fakt, że żaden z przedstawicieli islamu, ani w historii ani obecnie czegoś takiego nie mówi i nie jest w stanie powiedzieć. Dla nich chrześcijanie są politeistami i zrównanie ich Ałłaha z Bogiem wyznawanym przez nas jest bluźnierstwem i tym samym najcięższym grzechem. Dlaczego deoniści itp. to przemilczają? Gdzie tu się podziewa ich dialogowość? A może ten cały dialog to zwykła ściema obliczona na odmóżdżenie katolików i zduszenia w zarodku ich oporu wobec islamizacji? 

Na koniec wypada postawić pytanie, jakie były powody takich a nie innych zdań w dokumentach soborowych, skoro nie mają one żadnych podstaw w dotychczasowym nauczaniu Kościoła. Tutaj należy sięgnąć do genezy i zamysłu zarówno Vaticanum II jako całości, jak też poszczególnych dokumentów. Mówiąc w skrócie: jest zupełnie oczywiste, że zamiarem w tym temacie nie było nauczanie prawd wiary. Tym samym można i należy tę sprawę dyskutować otwarcie i bez żadnych ograniczeń. Jedyną granicą jest różnica między prawdą i fałszem. 



Post scriptum I

Podobne uwagi wyraził filozof francuski Alain Besançon:



Post scriptum II

Jeden z dwóch bohaterów tego wpisu staje się coraz wyraźniej apologetą islamu i antykatolikiem:



Fałszywe "oświecenie"

 


Jednym z charakterystycznych znamion obecnego czasu jest mnogość i natarczywość fałszywych "orędzi", "proroctw", "objawień" itp. Jak zwykle w tego typu fenomenach, które nie pochodzą od Boga, są to mieszaniny prawdy i fałszu, dobra i zła, pobożności i dość sprytnie ukrywanego bezbożnictwa. Należy pamiętać, że przeciwnie to, co pochodzi od Boga, jest czyste, bez skazy, bez cienia fałszu, obłudy i przewrotności. 

W ostatnich latach furorę robią samozwańczy "wizjonerzy", "prorocy", "mistycy", wykorzystujący zarówno zapotrzebowanie pospólstwa na sensację, jak też dobre i słuszne, pobożne pragnienia. Właściwie nie jest dziwne, że wobec tak potężnych ataków możnych tego świata na Boga i prawdziwą religię zwłaszcza wśród gorliwych religijnie dusz wzmagają się nastroje quasi apokaliptyczne. Wynika to zarówno z niecierpliwości w ucisku, jak też ze zwykłej ludzkiej ciekawości odnośnie przyszłości. Stanowi to podatny grunt dla działalności zwykłych, choć perfidnych oszustów. 

Z powodu pytania jednej z czytelniczek bloga, rozeznałem się w internecie odnośnie kobiety o nazwisku Christine Watkins, autorki książek o tematyce religijnej, a ostatnio bardzo chodliwej książki pt. "Ostrzeżenie. Świadectwa i proroctwa o oświeceniu sumienia". 


Książki nie mam i nie mogłem jej nawet przejrzeć. Dość szybko znalazłem jednak w internecie jej prezentację przez samą autorkę. Zapoznanie się z jej wystąpieniami (tutaj, a obszerniej tutaj) wystarczy, by jednoznacznie ocenić, że jest to oszustwo. Z prostych powodów: 

1. O takowym "powszechnym oświeceniu sumień" nie mówi nic ani Boże Objawienie poświadczone w Piśmie św. i Tradycji Kościoła, ani nauczanie Kościoła, ani pisma doktorów i świętych Kościoła. To nie jest nawet całkiem oryginalny wymysł tej pani, lecz jakby nowa wersja fałszywych poglądów teologicznych, odwracających uwagę od autentycznej prawdy objawionej przez Boga raz na zawsze. 

2. Powodowanie oczekiwania rzekomo zapowiedzianego "oświecenia sumień" wszystkich ludzi zawiera poważne i brzemienne w skutkach fałsze:

- jakoby Bóg dotychczas nie oświecał sumień ludzi, którzy w związku z tym nie ponoszą odpowiedzialności za swoje grzechy,

- jakoby konieczna była spektakularna interwencja Boża, by ratować ludzi, czyli tym samym jakoby Objawienie Boże dane przez Jezusa Chrystusa i podawane przez Kościół nie było wystarczające dla zbawienia. 

No cóż, trzeba być zupełnym ignorantem już nawet w prostej wiedzy katechizmowej, by nie dostrzec fałszu myślenia i słów tej kobiety. 

Spojrzenie na jej obecność internetową wiele wyjaśnia: z jednej strony propaguje ona - oczywiście słusznie - poświęcenie się Matce Bożej, z drugiej strony jednak także fałsz. Już nazwa strony internetowej wskazuje na powiązania z ruchem fałszywych objawień w Medjugorje:


Rzeczywiście ona mocno angażuje się w propagowanie oszustwa z Medjugorje, wykorzystując do tego słowa modernistycznego szwajcarskiego teologa-heglisty i masona Hans'a Urs'a von Balthasar'a (źródło tutaj):


Tym samym sprawa jest jasna: pani Watkins to jest kolejne oszustwo i perfidny atak kręgów antykatolickich na wiarę i pobożność prostodusznych katolików. 

Czy oglądanie bajek może być niebezpieczne dla dzieci?



Rzeczywiście nierzadko można dostrzec w bajkach dla dzieci, czy to książkowych czy filmowych, treści o podtextach okultystycznych. Zwykle są one prezentowane niepozornie i jakby tylko w kontekście, nawet z pewnym dobrym morałem. Słuszne jest pytanie o ocenę z punktu widzenia katolickiego.

Wyróżnić tutaj należy kilka aspektów, ponieważ ocena katolicka jest zasadniczo ogólna i całościowa.

1. Filozoficzno-światopoglądowy. Warto zwrócić uwagę, jak obraz rzeczywistości i jako pogląd na rzeczywistość prezentuje dana bajka. Dzieci są nie tylko w pewnym sensie naiwne i łatwowierne, lecz także wyczulone na prawdę i prawdomówność. Wprawdzie do pewnego wieku nie są jeszcze w stanie odróżnić zabawy i fantazji od rzeczywistości. Przemawia to jednak tym bardziej za odpowiedzialnością dorosłych za treści im prezentowane. Oczywiście nie chodzi o robienie dzieciom wykładów filozoficznych. Tym niemniej opowieści zupełnie fantazyjne w tym sensie, że opisane wydarzenia są po prostu niemożliwe i zupełnie oderwane od rzeczywistości, jak różnego rodzaju czary i "cuda", są fałszywe (co do prawdziwości) i dlatego szkodliwe dla procesu uczenia się świata, czyli zjawisk i praw nim rządzących, nawet jeśli istotne przesłanie (tzw. morał) jest moralnie pouczające. Wcześniej czy później dziecko dostrzeże sprzeczność z rzeczywistością i wówczas utraci dla niego znaczenie także pouczenie moralne przekazane za pomocą sprzecznej fantazji.

2. Aspekt teologiczny. Jest on rozwinięciem i poszerzeniem poglądu na rzeczywistość, a dotyczy szczególnie prawdy o Bogu i norm moralnych. Treści wzniosłe teologicznie czy etycznie nie mogą być wiarygodnie i trwale przekazane w sposób gruntownie fałszujący rzeczywistość. Owszem, także Pismo św. posługuje się językiem obrazowym i opowiadaniami o pewnych cechach wyobrażeń mitycznych i legendarnych. Jednak dotyczy to jedynie warstwy literackiej, nie samej treści. Innymi słowy: chociażby opis stworzenia w Księdze Rodzaju jest rodzajem poezji z pewną dozą ludzkich wyobrażeń charakterystycznych dla epoki powstania, jednak zupełnie odpowiada - oczywiście w odpowiednim odczytaniu - prawdzie poznawalnej naukowo-empirycznie. Podobnie jest z innymi tematami i opowiadaniami: nie przeczą one prawdzie objawionej o Bogu, człowieku i świecie. Tak np. czym innym jest opowiadanie o cudach sprawionych w imieniu Boga przez ludzi wybranych, a czym innym bajki o wróżce czy czarodzieju, które sugerują niezwykłe, tajemne moce człowieka. Przykładem może być też św. Mikołaj. Katolicki zwyczaj przebranej postaci z podarkami jest sposobem przekazania dzieciom prawdy o świętym Kościoła. Jeśli jest to zgodne z prawdą historyczną, to jest w porządku. Czym innym jest natomiast postać pajaca przebranego na czerwono, mimo że jest tak samo nazywany.

3. Aspekt pedagogiczny. Nie trudno zauważyć, że spostrzeżenie przez dorastające dziecko sprzeczności między "światem" bajek a realnym doświadczeniem i poznaniem może mieć i zwykle ma poważne konsekwencje dla jego stosunku do rodziców i otoczenia dorosłych, niekiedy do całej rzeczywistości. Uderza po prostu we wiarygodność i wywołuje bunt, poniekąd słuszny, przynajmniej zrozumiały psychologicznie. Nikt nie lubi być okłamywany, także dzieci.

Zwykle rodzice czy wychowawcy zajmują dzieci bajkami dla własnej wygody i też z braku pomysłu na zajęcie dla dzieci. Często kryje się pod tym fałszywe przekonanie, jakoby dzieci pragnęły bajek. Jest dokładnie odwrotnie: dzieci chcą uczestniczyć w życiu i zajęciach dorosłych i nic ich tak nie interesuje jak to, czym zajmują się dorośli. Tworzenie dzieciom specjalnego "dziecięcego" czy raczej bajkowego świata jest więc rodzajem gwałcenia ich naturalnych potrzeb i pragnień. Oczywiście udział dzieci w życiu dorosłych wymagania odpowiedniego przystosowania, przygotowania, opieki i wysiłku. Wiadomo, że dzieci nie mogą uczestniczyć we wszystkim i nie mogą robić wszystkiego, co robią dorośli. To jest pewna trudność. Kochający rodzic jednak znajduje odpowiedni sposób, także przez dzielenie się zajęciami między rodzicami: pewne zajęcia dzieci mogą wykonywać z ojcem, a inne z matką.

Oczywiście takim zajęciem może być czytanie dzieciom odpowiednich dla nich historyjek, starannie dobranych. Ideałem są biblijne opowieści dla dzieci. Jednak mogą być też inne opowiadania o treści realistycznej i budującej, głównie z żywotów świętych.

Mówiąc krótko: nie przywiązanie do ekranu służy rozwojowi dziecka, lecz czas spędzany z rodzicami czy innymi wychowującymi. Służy to też najlepiej zdrowej więzi między nim a rodzicami, która jest trwała i rzutuje na przyszłe relacje. 

Fałszywe "orędzia" z biznesem

 

Wspomnianej strony dotychczas nie znałem. Przeglądnąwszy ją teraz pobieżnie, by sprawdzić, czy opis jest trafny, mogę potwierdzić, że zasadniczo jest. 

Odpowiedź jest dość prosta: powiązanie rzekomych objawień (które są wręcz ewidentnie fałszywe) z biznesem całkiem jednoznacznie wskazuje na fałsz i zwodzenie. Już samo promowanie niezatwierdzonych, a nawet odrzuconych przez Kościół rzekomych "objawień" względnie "orędzi" świadczy o pobudkach niekatolickich i bezbożnych, nawet wręcz demonicznych. Jak wskazałem w poprzednim wpisie (por. tutaj), takie postępowanie jest grzechem ciężkim przeciw wierze katolickiej, Kościołowi i Panu Bogu. Nie oznacza to, jakoby wszystkie treści podawane przez tę stronę były fałszywe i złe. Szatan w swojej perfidii lubi występować i działać w pozorach dobra i prawdy, a nawet w pozorach pobożności. Jednak zawsze można go rozpoznać po buncie przeciw boskiej konstytucji Kościoła i tym samym przeciw Bożemu Objawieniu. 

Tym samym zbędne jest rozeznawanie poszczególnych wpisów czy biznesu olejkowego uprawianego przez tę stronę. Wystarczy, że postawa jest niekatolicka i antykatolicka, mimo pozorów niby pobożności maryjnej. 

Dlatego stanowczo ostrzegam przed czytaniem, lajkowaniem czy jakimkolwiek popieraniem tej strony. To jest oczywiste oszustwo, żerujące na dobroduszności czy może wręcz naiwności pobożnych katolików. 

Moc szatana i opętania w terapiach

 
1. Granice wpływu szatana są wyznaczone przez porządek stworzenia oraz dopust Boży:
- Szatan i demony jako byty czysto duchowe mają przewagę na bytami materialnymi i materialno-duchowym (czyli ludźmi), tzn. mogą je poruszać, ale jedynie w ramach praw natury czyli porządku stworzenia i o ile Pan Bóg to działanie dopuszcza. W grę wchodzą nie tylko znane nam obecnie prawa natury lecz także nieznane, tzn. niezbadane i nieopisane naukowo.
- Wiadomo, że działanie szatana i jego demonów skierowane jest przeciw Bogu i człowiekowi. Pan Bóg to działanie dopuszcza po grzechu pierworodnym jako karę za grzech oraz dla wypróbowania i zasługi człowieka.
- Wpływ szatana i demonów na świat materialny ma na celu szkodzenie duszy człowieka oraz odciągnięcie go od Boga, ostatecznie pozbawienie go życia wiecznego z Bogiem.
- Pan Bóg dopuszcza ten wpływ wyłącznie w takim stopniu, jaki jest konieczny do wypróbowania człowieka i jego zasługi w walce o zbawienie swojej duszy. Równocześnie Pan Bóg daje człowiekowi łaski potrzebne w  tej walce, a także pomoc dobrych aniołów, zwłaszcza Anioła Stróża danego do końca życia, ale także innych aniołów, które czasowo czy okazyjnie wspierają i chronią człowieka.
Autentyczna fizjoterapia, czyli leczenie bez podtextów czy zamiarów pozafizykalnych i pozaterapeutycznych, porusza się w dziedzinie praw natury, częściowo może nie do końca opisanych fizykalnie i wyjaśnionych naukowo. Gdy tak jest stosowana, wówczas nie ma zastrzeżeń ze strony teologii katolickiej.

2. Opętanie (obsessioposessio) jest opanowaniem duchowych i wskutek tego także cielesnych władz człowieka przez szatana. Warunkiem jest własnowolne poddanie się przez człowieka temu wpływowi, czy to poprzez świadomy akt oddania się szatanowi, czy przez stopniowe uleganie i służenie mu poprzez grzeszne życie i brak pokuty, aż do zawładnięcia, które poważnie ogranicza władze i wolność człowieka. Tym samym terapia czysto fizykalna sama ze siebie nie może spowodować opętania, oczywiście o ile nie ma duchowego związku z grzechem i władzą szatana zarówno ze strony terapeuty jak też pacjenta. Doznania zmysłowe podczas terapii generalnie mogą mieć charakter przynajmniej pokusy zmysłowej i być okazją do grzechu, jednak nie stanowią grzechu, jeśli nie ma woli czy przynajmniej przyzwolenia na grzech.

3. Bioenergoterapia bazuje na tzw. magnetyźmie, czyli teorii w zasadzie okultystycznej, zwanej też mesmeryzmem (od nazwiska założyciela Mesmera). Jest więc podtext przynajmniej dwuznaczny i tym samym podatny na wpływy duchowe. Wprawdzie nie można z góry wykluczyć, że w tego typu metodzie stosuje się jedynie niezbadane prawa natury, jednak kontext ideologiczny, mianowicie powiązanie z poglądami twórcy magnetyzmu wskazuje przynajmniej na możliwość działań demonicznych czyli wpływu istot duchowych na sferę materialną, konkretnie cielesną. Tym samym z punktu widzenia teologicznego są poważne zastrzeżenia.

4. Istotne jest odróżnienie między schorzeniami organicznymi i funkcjonalnymi. Te ostatnie mają często charakter psychofizyczny i są tym samym podatne na wpływ duchowy w szerokim sensie, czyli zarówno psychiczny jak sugestia, jak też czysto duchowy w sensie bezpośredniego działania bytu niematerialnego. Szatan i demony jako byty stworzone mogą powodować jedynie "uzdrowienia" w ramach praw natury, tzn. czy to aktywizując zdolności duchowe pacjenta czy mechanizmy własne organizmu. Jest to działanie wyłącznie na zasadzie poruszania materii, nie ingerencji w prawa, które nią rządzą na zasadzie porządku stworzenia. Są to tzw. pozorne cuda, które mogą służyć uwiarygodnieniu kogoś, kto je sprawia i ma przy tym na celu poddanie człowieka wpływowi szatana. Tak więc istotna jest tutaj rola sprawcy ludzkiego. To działanie nie jest jednak wszechmocne i nie może prowadzić do opętania, gdy pacjent nie ulegnie świadomie temu wpływu bądź przynajmniej nie jest podatny na działanie szatańskie z powodu własnej grzeszności czyli własnowolnego ulegania pokusom.

5. Jest możliwe ujawnianie przez szatana informacyj nieznanych. Odbywa się to na zasadzie pewnego przeczucia, przypuszczenia, podejrzenia czy wręcz "natchnienia". Należy pamiętać, że szatan ma cel w takim działaniu i że tym celem jest zgubienie duszy człowieka, czy to pacjenta czy terapeuty. Dlatego jest mało prawdopodobne, by szatan dawał "natchnienie" terapeucie, który jemu nie służy, natomiast może dawać je takiemu, który jest jemu poddany czy to przez grzeszne życie czy wręcz nawet przez zamierzone korzystanie z siły demonów. Jeśli natchnienie jest dobre, tzn. ma cel dobry, czyli zbawienie duszy, to może pochodzić od dobrego ducha, czy to Anioła Stróża czy innego wysłannika Bożego. Dla rozróżnienia istotny jest zarówno kontext (powiązania) jak też cel.

Czy neuronauka obala istnienie duszy i wolnej woli?






Najpierw tytułem wstępu. Gdy przytoczone pytanie dotarło do mnie, nie zdawałem sobie sprawy z natarczywości i agresywności propagandy tzw. neuronaukowców. Dotychczas nie zajmowałem się bliżej tą tematyką. Uznawałem sprawę za jasną i prostą. Chcąc jednak oprzeć mój punkt widzenia na solidnej bazie źródłowej, musiałem dokonać przeglądu nowszego i obecnego stanu kwestii, po czym wybrać najważniejsze i najwartościowsze, a zarazem w miarę łatwo dostępne publikacje. W niniejszych ramach możliwe jest jedynie wprowadzenie i zarysowanie tematyki. Bardziej dociekliwy czytelnik będzie musiał samodzielnie zapoznać się ze wskazanymi źródłami. W nich znajdzie też dalsze źródła. 


Jak świadczy przytoczone powyżej pytanie, problem nie jest czysto akademicki i nie dotyczy jedynie problematyki teologiczno-kościelnej i rozumienia człowieka (antropologii), lecz także etyki w ogóle, wymiaru sprawiedliwości i porządku społecznego. Jeśli wolna wola jest jedynie iluzją, a nasze czyny jedynie wypadkową mechanizmów fizyko-chemicznych w naszych mózgach, to nie ma odpowiedzialności moralnej i tym samym winy czyli przedmiotu kary, który jest istotnym elementem każdego systemu prawnego. Łatwo więc dostrzec, że chodzi nie tylko o nasze samopoczucie jako istot rozumnych i wolnych - w odróżnieniu od maszyn i zwierząt - lecz o podstawy cywilizacji i życia społecznego.

W internetach krążą od lat sensacyjne wieści odnośnie badań mózgu, neurologii czy tzw. neuronauki. Chodzi nie tylko o dziedzinę badań empirycznych, lecz bardziej o pewien nurt światopoglądowy, który powołuje się na owe badania, formułując tezy bardzo daleko wybiegające poza dziedzinę, metody i kompetencje nauk przyrodniczych. Mówi się też o „neuronaukach“ (w liczbie mnogiej bądź pojedynczej, neuroscience) w znaczeniu różnych dziedzin, wychodzących z pewnych założeń powołujących się na nowoczesne metody obserwacji działania mózgu. Tak mówi się o nie tylko o neurobiologii, neorofizyce, neuromedycynie itp. lecz także o neuropedagogice, neurofilozofii, nawet o neuroteologii. Propagatorzy i wyznawcy mówią nierzadko wprost, że chodzi o rewolucję nie tylko naukową, lecz także społeczną, czy przynajmniej o nowy paradygmat ogarniający wszystkie nauki, a także kulturę i cywilizację. W ramach tego programu powstała też tzw. kognitywistyka (cognitive science), która - nawet jako dziedzina akademicka - z założenia łączy neuronaukę z dotychczas znanymi dziedzinami, od psychologii, poprzez lingwistykę, aż po filozofię.

W przestrzeni polskojęzycznej krąży w tym temacie bodaj najczęściej nazwisko Włodzisław Duch. Jest to fizyk związany od czasu swoich studiów z uniwersytetem w Toruniu. 





Jego biografia zamieszczona zarówno na stronie uniwersytetu jak też w wikipedii podaje szeroką działalność naukową we wielu uczelniach i instytutach, od Niemiec, poprzez Amerykę aż po Singapur (biografia). Szkoda, że nie podaje się ani jego funkcji jako rzekomego pracownika Instytutu Maxa Plancka w Monachium, ani prac naukowych z tego okresu. Nie ma żadnych śladów naukowych tej działalności, tym samym nie wiadomo, nad czym przez te długie lata pracował oraz z jakimi owocami. Zaś w liście publikacyj  (publikacje) znalazłem tylko jeden jedyny artykuł w języku obcym podpisany jego nazwiskiem. We wszystkich innych publikacjach jest tylko współautorem. Niemal wszystkie zostały wydane w Polsce, co jest dziwne w zestawieniu z podaną bardzo szeroką działalnością zagraniczną. Nasuwa się pytanie, na jakiej podstawie był (jest) zatrudniany za granicą, skoro praktycznie nie publikuje poza Polską. Na żadnej z podanych uczelni nie ma internetowych śladów działalności p. Ducha. Jest natomiast podana działalność w organizacji pod nazwą European Neural Network Society.

Jest to prywatna organizacja zrzeszająca zainteresowanych. Członkostwo następuje na zasadzie przystąpienia i opłaty członkowskiej. Założycielem jest profesor informatyki Alessandro E. P. Villa z Lozanny, który w swojej karierze naukowej jest związany m. in. z The Hebrew University w Jerozolimie. 





Komitet wykonawczy stanowią osoby z krajów europejskich (Czechy, Niemcy, Szwajcaria, Włochy, Francja, Bułgaria, Finlandia, Hiszpania) oraz z Izraela.

Tak więc podana oficjalnie kariera i działalność naukowa prof. Ducha jest dość dziwna i tajemnicza. 


Przyjrzyjmy się jego wypowiedziom w temacie neurobiologii. Jest to zarówno text pisany (tutaj) jak też sfilmowane wystąpienie (film). Nie mam śmiałości polecać czytania ani słuchania. Sam to uczyniłem i muszę stwierdzić, że obalanie tego punkt po punkcie jest zbędne. Nawet pomijając sprośny dowcip na początku wystąpienia oraz infantylne chwalenie się posiadaniem auta rozpoznającego znaki drogowe, jest to potok słów składający się z banalnych i wręcz fałszywych informacyj, gdzie ilość i gęstość niezrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy wyrażeń usiłuje zastąpić podawanie rzetelnej wiedzy i choćby śladową argumentację. W taki sposób p. Duch propaguje w gruncie rzeczy swego rodzaju ideologię pseudonaukową, posługując się quasi fachowym słownictwem. Zasadnicza treść sprowadza się do prostych tez:
- materialistyczny redukcjonizm, czyli sprowadzenie człowieka do procesów fizykochemicznych w mózgu, oraz
- naiwny, wręcz groteskowy futurystyczny optymizm odnośnie zarówno poznania działania mózgu (i tym samym świadomości) jak też wynikających zastosowań technicznych (głównie wiara w możliwość stworzenia sztucznej inteligencji typu ludzkiego).

Nasuwa się pytanie, czy podłożem jest tutaj brak solidnej wiedzy i krytycznej reflexji, czy też taktyczne przemilczanie istotnych dla tematu wątków, na które wskażę poniżej. W każdym razie p. Duch wydaje się dość wiernie prezentować poglądy, które na początku tego stulecia budziły burzliwe dyskusje, zaś obecnie są już po prostu przestarzałe i wręcz groteskowe.

Zajrzenie choćby do wikipedii pod hasłem neuroscience czy cognitive science daje wiedzę, że badanie empiryczne mózgu oraz jego działania nie jest zupełnie nową dziedziną naukową, lecz sięga przynajmniej XIX wieku, gdyż już wtedy zaczęto pomiary elektryczności mózgowej (elektroencefalografia, EEG). Badania z czasem zostały wzbogacone przez nowe technologie jak encefalografia magnetyczna (MEG), tomografia pozytronowo-emisyjna (PET) i tomografia funkcjonalna rezonansu magnetycznego (fMRT, fMRI). Są to współcześnie stosowane technologie obrazowania procesów fizyko-chemicznych w mózgu (brain imaging) za pomocą pomiarów przetwarzanych komputerowo.


Oprócz wyników czysto empiryczno-przyrodniczych, które swoją drogą zawierają poważne problemy technologiczne i metodologiczne, niektórzy naukowcy występują także z tezami światopoglądowymi. Z drugiej strony nie brakuje też filozofów, którzy w danych neurobiologicznych upatrzyli sobie okazję do formułowania czy potwierdzenie swoich poglądów.

Szeroko znanym przykładem jest chociażby Daniel Dennett, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. nowego ateizmu. Z wykształcenia jest on właściwie filozofem. U początku swojej kariery zajmował się filozofią Kartezjusza (Descartes’a). Z czasem uczynił neurobiologię swoim głównym tematem i narzędziem, negując w sposób skrajnie redukcjonistyczny istnienie rzeczywistości duchowej. 





Z drugiej strony mamy np. wspólne dzieło słynnego filozofa Karl’a Popper’a oraz John’a C. Eccles’a, neurofizjologa i laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i medycyny. 





W książce The Self and its Brain (1977) odrzucili oni wspólnie teorie materialistyczne jako niewystarczające do wyjaśnienia procesów mózgowych. W swojej późniejszej książce How the Self Control Its Brain (1994) Eccles postuluje istnienie czynnika niematerialnego (umysłowego), który nazwał „psychon“:

https://en.wikipedia.org/wiki/How_the_Self_Controls_Its_Brain


Fundamentalnym dziełem przeglądowo-krytycznym w dziedzinie neuronauk jest wspólna książka neurobiologa Maxwell’a R. Bennett’a i filozofa analitycznego Paul’a M. S. Hacker’a z 2003 r. W akrybiczny sposób analizują oni i demaskują liczne uprzedzenia, zabobony i nieuczciwe chwyty niektórych tzw. neuronaukowców, służąc porządkowaniu i oczyszczeniu pola dyskusji w tematyce.  


 


Prof. Hacker'a można też posłuchać i obejrzeć tutaj.

Można było się spodziewać, że po tak solidnej i miażdżącej krytyce podejścia redukcjonistycznego, problem został ostatecznie rozwiązany. 

Jednak krótko potem, w jesieni 2004 r., ukazał się „Manifest“ jedenastu neurologów i neurobiologów niemieckich (oprócz jednego Amerykanina pochodzenia niemieckiego), przy czym nie trudno dostrzec pewną analogię do „Manifestu Komunistycznego“ z 1848 r. 




https://www.spektrum.de/magazin/das-manifest/839085

Prześledźmy w skrócie jego treść. Podanie niektórych najważniejszych fachowych pojęć neurologicznych jest przy tym nieuniknione. Ich dokładne zrozumienie nie jest jednak tutaj konieczne, gdyż w naszym kontekście istotne jest przesłanie światopoglądowe.

1° Autorzy zapowiadają całkowite zgłębienia działania mózgu ludzkiego dzięki współczesnym technologiom (EEG, MEG, PET, fMRT).

2° W osobnym rozdziale pod tytułem „natura ducha“ naukowcy ogłaszają uroczyście swoje odkrycie, że „w mózgu człowieczym procesy neuronalne i świadomie przeżywane stany duchowo-psychiczne są jak najściślej ze sobą związane i że procesy nieświadome są w określony sposób uprzednie względem procesów świadomych“. Takie procesy jak wyobraźnia, empatia, odczuwanie zmysłowe, podejmowanie decyzji i planowanie czynności są według autorów manifestu opisywalne jako procesy fizykochemiczne, choć dotychczas nie są znane szczegóły zachodzenia tych procesów. Z tego wyprowadzają następujące wnioski:
- „Duch i świadomość (…) wpisują się w proces fizykalny i go nie przekraczają“.
- „Duch i świadomość nie spadły z nieba, lecz wykształciły się stopniowo w ewolucji systemów nerwowych“.
Te tezy są nazwane „być może najważniejszym dorobkiem poznawczym nowoczesnych nauk neurologicznych“, przy czym oczywiście brakuje choćby próby wykazania związku. Tym samym w tym miejscu ukazuje się szczególnie wyraźnie charakter manifestu jako deklaracji światopoglądowej, nie naukowej.

3° Szkicują wizję postępu nauk neurologicznych w następnych 10 latach (czyli do 2014 r.). Zaznaczają wprawdzie ostrożnie, że ten postęp będzie zależał od postępu metod badawczych. Słusznie zauważają autorzy, że lokalizacja procesów mózgowych jeszcze nie jest opisaniem działań kognitywnych przez mechanizmy neuronalne i że do tego konieczne będzie wypracowanie metod łączących obydwa aspekty (procesu kognitywnego i procesu fizykochemicznego neuronów). Przyznają, że raczej nierealistyczne jest odpowiedzenie w ciągu najbliższych 10 lat na takie pytania jak powstawanie świadomości i jaźni, połączenie aktywności racjonalnej i emocjonalnej oraz „wyobrażenie wolnej woli“. Za prawdopodobne uważają jednak czasowo-przestrzenne zbadanie procesów na poziomie neuronalnym żywego organizmu, konkretnie opisanie reguł przepływu informacyj w neuronach i w zespołach neuronów. Ma to zostać dokonane na zwierzętach w naturalnej sytuacji, czyli bez wpływu środków chemicznych czy bodźców zewnętrznych oddziałujących na organizm i tym samym na pracę mózgu.

4° Istotną pomocą ku temu na być stworzenie komputerowych modeli pracy mózgu. Ma to być oparte nie tyle na koncepcjach informatycznych i tworzenia tzw. sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence), co raczej na rzeczywistych procesach fizjologicznych żywego mózgu (dotychczas są jedynie badania na martwych mózgach ludzkich oraz otwartych zwięrzęcych pod wpływem środków znieczulających). Ma to doprowadzić do powstania neurologii teoretycznej, obok dotychczasowej experymentalnej (podobnie do fizyki teoretycznej). Ostatecznym celem jest matematyczne opisanie struktury i działania mózgu, co ma służyć wypracowaniu hipotez odnośnie wyższych procesów jak powstawanie wrażeń oraz skoordynowanych ruchów organizmu, a w końcu twierdzeń („Aussagen“) odnośnie związku między badaną empirycznie aktywnością neuronów a czynnościami poznawczymi. Tutaj autorzy niespodziewanie - i w sprzeczności z poprzednimi zdaniami - przyznają, że w obecnym stanie wiedzy takie twierdzenia są jedynie „spekulatywne“ („spekulativ“).

5° Optymistyczna jest także wizja zastosowań praktycznych w medycynie. Autorzy spodziewają się poznania molekularnobiologicznych i genetycznych podstaw chorób typu Alzheimer i Parkinson, a także chorób psychicznych jak schizofrenia i depresja. Zapowiadają nową generację leków psychofarmakologicznych, które mają być dopasowane do poszczególnych regionów i funkcyj mózgu. Ma to być wręcz rewolucja  w psychiatrii i psychoterapii. Ponadto zapowiadają rozwój tzw. neuprotez czyli wszczepianych mikroaparatów elektronicznych (chip), a także sztucznej siatkówki ocznej. Szczególnie niepokojąco brzmi zapowiedź diagnozowania i możliwości „korygowania“ anomalii w psychice i zachowaniu, co oznaczałoby ingerencję w przeżycia, myślenie i osobowość człowieka.

6° Najbardziej świetlana jest prognoza rozwoju nauk neurologicznych na przyszłe 20-30 lat, czyli w perspektywie następnego pokolenia. Autorzy ponownie zapowiadają, że będzie można „naukowo“ wyjaśnić związek między procesami neuroelektrycznymi i neurochemiczymi a aktywnością percepcyjną, kognitywną, psychiczną i motoryczną. To będzie oznaczało, że bezsprzecznie zapanuje pogląd, iż duch, świadomość, uczucia, akty woli oraz podejmowanie decyzji są „naturalnymi procesami“ („natürliche Vorgänge“), „ponieważ opierają się na procesach biologicznych (beruhen auf biologischen Prozessen)“. Mimo tego autorzy zaznaczają, że nie zostanie osiągnięte całkowite rozszyfrowanie na poziomie procesów komórkowych czy molekularnych. Nie będzie możliwe zupełne opisanie poszczególnego mózgu ani przewidywanie zachowania danej osoby. Powodem jest „uporządkowanie mózgu“ na podstawie różnic genetycznych oraz niepowtarzalnych wpływów otoczenia. Obrazowanie czynności mózgu nie daje możliwości wnioskowania o procesach psychicznych danej osoby.

7° Odwołując się do przykładu przejścia od fizyki klasycznej do fizyki kwantowej, autorzy przewidują powstanie „teorii mózgu“ jako nowej dziedziny naukowej, która będzie operowała innymi pojęciami niż znane w obecnej neurologii. Ta nowa nauka będzie bazowała na zrozumieniu działania zespołu neuronów. Doprowadzi to do odpowiedzi na zasadnicze pytania filozoficznej teorii poznania, mianowicie dotyczące świadomości, doświadczenia jaźni oraz stosunku między przedmiotem poznającym i poznawanym. W ten sposób nasz mózg będzie w stanie zrozumieć samego siebie.

8° Ta nowa wiedza doprowadzi do zmiany pojęcia człowieka („Menschenbild“): odejście od dualizmu ciała i ducha oraz od rozróżnienia między wiedzą wrodzoną i nabytą. Stąd autorzy postulują ścisłą współpracę między naukami humanistycznymi (Geisteswissenschaften) i neurologicznym (przyrodniczymi) dla „wspólnego zarysowania nowego obrazu człowieka (um gemeinsam ein neues Menschenbild zu entwerfen)“.

9° Na koniec autorzy, widocznie dostrzegając groteskowość tego programu, jednak odżegnują się od „neuronalnego redukcjonizmu“. Skwapliwie zaznaczają, że „samodzielność perspektywy wewnętrznej“ człowieka („Eigenständigkeit dieser Innenperspektive“) zostanie zachowana także wtedy, gdy uda się zupełne wyjaśnienie procesów neuronalnych, na których polega ludzkie współczucie, zakochanie czy świadomość moralnej odpowiedzialności. Porównują to do muzyki: naukowo można wyjaśnić konstrukcję fugi Bacha, jednak nie można naukowo nic powiedzieć o szczególnym pięknie tej kompozycji.

Podsumowując należy zauważyć tutaj przede wszystkim:
- pomieszanie kwestij przyrodniczo-neurologicznych i światopoglądowych,
- brak systematycznego toku myśli, na korzyść języka perswazji, postulatów i obietnic,
- groteskowy optymizm oraz ambicje poznawcze, które obecnie z perspektywy kilkunastu lat jawią się jako wręcz naiwne i śmieszne (te spostrzeżenia uzasadnię szerzej poniżej).

Mimo tego ten „Manifest“ stał się nie tylko pewnym motorem i bodźcem działań zarówno badawczo-naukowych jak i politycznych. Oddziaływuje on nadal jako program działania, a jego zasadnicze tezy są nadal często powtarzane nawet dosłownie, mimo że ich podstawy czysto naukowe czy to zostały już dawno obalone i zanikły, czy też uległy zasadniczym zmianom. Tym samym jest to jeden z przykładów trwałości zabobonów w świecie nauki.

Spośród sygnatariuszy najgłośniejsze nazwiska to Gerhard Roth oraz Wolf Singer.

Ten pierwszy, G. Roth, zaczynał swoją karierę naukową jako filozof związany z neomarxistowską tzw. szkołą frankfurcką (pracę doktorską z filozofii napisał o marxiście A. Gramsci). Po latach nauczania filozofii wyspecjalizował się w neurobiologii i do dziś jest z nią związany. Oprócz działalności naukowej prowadzi działalność gospodarczą. Znany jest ze szczególnie agresywnych wypowiedzi z pozycji radykalnego redukcjonizmu, czyli sprowadzania pojęcia umysłu do funkcyj mózgowych, negowania wolności woli oraz optymizmu scjentystycznego.

W. Singer, profesor medycyny (neurologii), reprezentuje właściwie identyczne poglądy.  Mimo braku wykształcenia filozoficznego nie ogranicza się do prezentacji wyników badań empiryczno-medycznych, lecz głosi poglądy scjentystyczno-redukcjonistyczne i materialistyczno-monistyczne. Wobec tych faktów zadziwiające jest, że od 1992 r. jest członkiem Papieskiej Akademii Nauk, a od 2011 r. konsultorem Papieskiej Rady ds. Kultury. Jego działalność i wypowiedzi wybiegają bowiem znacznie poza dziedzinę medycyny i neurobiologii, przy czym opowiada się dość wyraźnie za światopoglądem sprzecznym nie tylko z wiarą Kościoła lecz ze zdrową filozofią i poznaniem czysto racjonalnym. Nie dziwi natomiast, że do 2013 r. należał do rady naukowej ateistycznej i antykościelnej, masońskiej „Fundacji Giordano Bruno“.

Trzecią znamienną postacią z grona sygnatariuszy „Manifestu“ jest biofizyk Christoph von der Malsburg. Obecnie jest on m. in. członkiem rady naukowej słynnego przedsięwzięcia Human Brain Project w Lozannie (Szwajcaria). Temu projektowi warto poświęcić nieco więcej uwagi, gdyż jest charakterystyczny dla tego, co ma miejsce w dziedzinie tzw. neuronauki.

W kilka miesięcy po „Manifeście“ jedenastu, w maju 2005 r. profesor politechniki w Lozannie (Szwajcaria), obywatel Izraela, Henry Markram, we współpracy z koncernem komputerowym IBM zapoczątkował projekt pod nazwą Blue Brain





Jego celem było stworzenie w ciągu 10 lat komputerowego modelu mózgu człowieka wraz z jego biologicznym funkcjonowaniem. Faktyczny wynik prac okazał się znacznie skromniejszy: w październiku 2015 r. zaprezentowano komputerową symulację mózgu nie ludzkiego lecz mózgu szczura i to nie całego lecz jedynie małego wycinka


Mimo tak skromnego, bardzo odbiegającego od pierwotnych założeń i obietnic wyniku, Komisja Europejska w październiku 2013 r. powierzyła temu człowiekowi prowadzenie następnego sowicie dotowanego przez siebie projektu, nazwanego tym razem Human Brain Project. Jako cel podano zbieranie danych badań mózgu ludzkiego z zamiarem wypracowania modeli komputerowych i symulacyj działania mózgu ludzkiego. Dzięki zastosowaniu superszybkich komputerów, specjalnego oprogramowania, zbiorów danych oraz podobnych do mózgu ludzkiego płytek pamięci (chip), zbędne mają się stać experymenty na zwierzętach, a tak zdobyte dogłębne poznanie funkcjonowania mózgu ludzkiego ma wprowadzić Europę w nową epokę naukowości nowoczesnej oraz stanowić przełom w historii ludzkości. Ponadto wyniki mają mieć zastosowanie w leczeniu schorzeń mózgu jak też w konstruowaniu nowych technologij komputerowych oraz sztucznej inteligencji (robotów).

Nie trudno zauważyć, że te cele, wizje i obietnice dość dokładnie podejmują „Manifest“ z 2004 r.

Jeszcze przed publikacją wyników poprzedniego projektu Markram’a (Blue Brain) podniosły się głosy krytyczne odnośnie nowego projektu Human Brain. W lipcu 2014 r. liczna grupa uczonych wystosowała do Komisji Europejskiej list otwarty, wskazujący na poważne braki i błędy metodologiczne i organizacyjne projektu Human Brain finansowanego sumą ponad miliarda eurów rocznie przez kraje czlonkowskie Unii Europejskiej. Opis konfliktu znaleźć można np. tutaj


W liście podpisanym z czasem przez ponad 800 naukowców z całego świata, w tym laureatów nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, krytykuje się przede wszystkim, że


- kierownictwo projektu postanowiło skreślić z programu experymentalne badania neurobiologiczne, pozbawiając go tym samym bazy empirycznej, 


- są poważne usterki i błędy pod względem celów badawczych,


- brak jest przejrzystości struktur decyzyjnych, także odnośnie podziału środków finansowych.

Komitet wykonawczy projektu najpierw nie reagował wcale. Dopiero gdy liczba sygnatariuszy wyniosła kilkaset, padła z ich strony propozycja mediacji. Kilka dni przed publikacją raportu komisji mediacyjnej komitet wykonawczy z Markram’em na czele podał się do dymisji. Opublikowane raporty (zarówno komisji mediacyjnej jak też expertów wydelegowanych przez Komisję Europejską) przyznały rację krytykom oraz sformułowały wymaganie głębokich zmian w strukturze projektu. Przede wszystkim dokonano zmiany celu naukowego: symulację ludzkiego mózgu uznano za naukowo niemożliwą, zwłaszcza przy obecnym stanie wiedzy (danych naukowych) i dostępnych metod. Markram przekonywał, że można wykorzystać dane z experymentów na myszach, podobnie jak to zrobił w poprzednim projekcie (Blue Brain). Naukowcy uznali jednak, że jest to mydlenie oczu i czcze obietnice. Prof. Andreas Herz z Monachium wyraził to dobitnie w słowach: „Symulacja mózgu 1:1 jest definitywnie niemożliwa“ (źródło tutaj). Markram został uznany przez naukowców i szerokie kręgi opinii publicznej za szarlatana posługującego się fantazyjnymi obietnicami w celu wyłudzenia dotacji ze środków publicznych.

Projekt jest nadal poddawany ostrej krytyce jako dzieło „symulantów“ żerujących na środkach publicznych krajów Unii Europejskiej (źródło tutaj).

Ponieważ większość poważnych uczonych nie chce mieć nic wspólnego z działalnością Markram’a, powstały alternatywne projekty badawcze, jak chociażby stowarzyszenie łączące naukowców z całego świata.

Kierujący tą siecią badawczą profesor Andreas Herz z Monachium mówi wprost, że w świetle wiedzy o specyfice działania mózgu stworzenie tegoż pełnej symulacji jest niemożliwe, a każda symulacja może być nieuchronnie jedynie karykaturą rzeczywistej struktury i działania mózgu. 




W międzyczasie Markram, niestety nadal finansowany przez Komisję Europejską z podatków obywateli Unii, nie tylko zredukował cele Human Brain Project, ograniczając je do zbierania danych pochodzących z pomiarów w obrazowaniu mózgów. Dla uzasadnienia swojej działalność prowadzi podobno badania nad modną obecnie chorobą jaką jest autyzm, nie tylko sprzedając nadzieję na zastosowania terapeutyczne swoich badań, lecz zapewne powodowany także faktem, że jego syn cierpi na tę chorobę.

Skromne są też cele analogicznego projektu w USA powołanego w 2013 r. pod nazwą Brain Activity Map Project (zwana też BRAIN Initiative), gdzie założenia i obietnice z góry były znacznie bardziej umiarkowane. Zapewne dlatego, że wyłudzenie pieniędzy podatników jest tam trudniejsze, a opinia publiczna jest bardziej krytyczna.

Oprócz granic wynikających z przedmiotu badań, są też granice metodologiczne, a także zwykłe ludzkie, konkretnie: solidność i uczciwość naukowców. Warto zwrócić uwagę na dwa słynne w międzyczasie przykłady.

Na konferencji poświęconej obrazowaniu aktywności regionów mózgu (Human Brain Mapping) w 2009 r. w San Francisco kilku młodych psychologów zaprezentowało swój experyment




Experyment odpowiadał metodzie stosowanej przez tzw. neuronaukowców. Różnica polegała tylko na tym, że w aparacie fMRT umieszczono nie człowieka, lecz łososia atlantyckiego i to martwego. Nie bez poczucia humoru pokazywano temu łososiowi obrazy, których neuronaukowcy używają podczas swoich badań aktywności mózgu ludzkiego, mianowicie ludzi obejmujących się czule, witających się, kłócących się itp. Pomiary aktywności mózgu martwego łososia - wykonane na żywo przed publicznością naukowców - wykazały podwyższoną aktywność w regionach powiązanych ze sobą, podobnie do obrazów uzyskiwanych przy badaniu mózgu ludzkiego. W ten dość prosty i zarazem pikantny sposób autorzy experymentu wykazali, jak wiele zależy od ustawień statystyczno-obliczeniowych w programie analizującym pomiary.

Drugim głośnym wydarzeniem był artykuł grupy naukowców, którzy neuronaukom przyjrzeli się bliżej pod względem metodologicznym. Poprosili autorów 54 projektów badawczych z dziedziny neuronauk o wypełnienie ankiety dotyczącej metody statystycznej zastosowanej w pomiarach aparaturą fMRT. Wynik analizy wypełnionych ankiet okazał się jednoznaczny i miażdżący, gdyż wykazał czarodziejskie zabiegi rzekomo poważnych badaczy, na co już wskazuje tytuł publikacji: 



Prezentacja tej analizy jest dość specjalistyczna, zrozumienie jej szczegółów wymaga znajomości pojęć i przedmiotu. Autor książki pt. "Neuromitologia" (Neuromythologie), demaskującej różnorodne przekręty w dziedzinie badań neuronaukowych, Felix Hasler, który sam jest pracownikiem naukowym zajmującym się tą dziedziną od wielu lat, w obrazowym uproszczeniu streszcza, o co chodzi (tutaj książka a tutaj  flim
prezentujący książkę). Porównuje sprawę do kowboja, który najpierw strzela na oślep w drzwi stodoły, a następnie rysuje tarcze wokół dziur po strzałach znajdujących się blisko siebie.  



Te przykłady ukazują wyraźnie granice metod badawczych, które są wykorzystywane przez badaczy mózgu do bardzo daleko idących wizyj, obietnic, a nawet do postulowania i propagowania redukcjonistycznego światopoglądu. Chodzi nie tylko o granice czysto techniczno-metodologiczne, lecz także etyczne: czy i na ile uczciwie dany badacz prowadzi i przedstawia swoje wyniki, jak się zwraca uwagę tutaj.

Wobec tak skandali
cznych faktów podważających wiarygodność tego, co się sprzedaje i exploatuje na rynku tzw. nauk, postulowanie nieistnienia nie tylko wolnej woli lecz także rzeczywistości duchowej i tym samym sprowadzenie człowieka do rangi skomplikowanej maszyny liczącej typu super szybkiego komputera, układa się w spójną całość.

Jednak nie brakuje naukowców, którzy zachowują trzeźwe podejście z punktu widzenia zarówno czysto przyrodniczego (neurologii, neurobiologii itp.) jak też bardziej ogólnego, filozoficzno-metodologicznego. Oprócz wspomnianej powyżej platformy naukowców koordynowanej przez prof. Herz’a, istnieją też środowiska i organizacje, które postawiły sobie za zadanie krytyczne śledzenie i ocenę badań z perspektywy przyrodniczo-naukowej. Owocem tego jest chociażby książka: 





https://www.mpiwg-berlin.mpg.de/resources/publications/books/0123

Także platforma internetowa łącząca uczonych z całego świata:

https://www.frontiersin.org/journals/human-neuroscience#

https://www.frontiersin.org/articles/10.3389/fnhum.2014.00336/full

Na dziesięciolecie „Manifestu“ z 2004 r. podjęto krytyczną refleksję zarówno nad tym textem jak też nad stanem badań neuronauk. W perspektywie teologicznej filozoficznej dość łatwo jest się rozprawić z zapowiedziami i ambicjami, jak pokazał filozof jezuita Godehard Brüntrup:



Także z punktu widzenia studiów klinicznych i kryteriów pojęciowych i metodologicznych nie da się utrzymać tego, co redukcjonistyczni neuronaukowcy propagują, obiecują i postulują, jak wykazuje austriacki (pracujący w Niemczech) psychiatra z wykształceniem m. in. w neurofizjologii, Felix Tretter.




Jest on też inicjatorem „Memorandum“ piętnastu uczonych, którzy w 2014 r. z okazji dziesięciolecia omówionego powyżej „Manifestu“ wskazali na tegoż błędy, zakłamania i fałszywe obietnice, zarysowując jednocześnie realistyczne i uczciwe perspektywy dalszego rozwoju neuronauk. Sam text „Memorandum“ w dziwny sposób nie jest dostępny w internecie, tzn. linki do niego niestety nie działają. Dlatego mogę wskazać jedynie na omówienia: 

https://www.zeit.de/2014/09/hirnforschung-memorandum-reflexible-neurowissenschaft/komplettansicht

https://www.swr.de/swr2/wissen/neurodaemmerung/-/id=661224/did=15149972/nid=661224/626hsy/index.html

Można samemu szukać w wyszukiwarkach pod nazwą: Memorandum „Reflexive Neurowissenschaft“.

Przy tej okazji prof. Tretter wskazuje także na absurdalność wniosków wyciąganych ze słynnego experymentu Libet’a, jak też na iście ideologiczny i kłamliwy charakter „Manifestu“ z 2004 r., którego wizje i obietnice już wtedy we wielu punktach były sprzeczne ze stanem badań naukowych.

Już choćby pobieżne zapoznanie się z dyskusją dotyczącą neuronauk pozwala dostrzec jej wymiar światopoglądowy. Wyniki badań niby czysto przyrodniczych są przedstawiane nie tylko wraz z implikacjami filozoficznymi, lecz nierzadko dość wyraźnie opierają się na założeniach przed- i pozaprzyrodniczych.

Charakterystycznym przykładem jest dyskusja odnośnie istnienia wolnej woli na kanwie publikacji słynnego experymentu Benjamin’a Libet’a.





Fizjolog z Chicago, ukraińsko-żydowskiego pochodzenia, prowadził swoje experymenty od 1979 r. i wyniki opublikował w 1983 i 1985 r. Miały one udowadniać experymentalnie, że wolność decyzji jest iluzją. Przez około 20 lat, aż do początki obecnego stulecia, nie przywiązywano do tez Libet'a większej wagi, aż zostały podjęte głównie przez przedstawicieli tzw. nowego ateizmu.



Zarówno same te experymenty (które nie były wcale nowością, lecz nawiązywały do doświadczeń z lat 1960-ych dotyczących tzw. potencjału gotowości) jak też wyciągane z nich wnioski o charakterze antropologicznym nie wytrzymują krytyki, która została podjęta ze strony przyrodników jak i filozofów. W internetach można znaleźć mnóstwo textów (np. tutaj) krytykujących wnioski Libet'a oraz jego zwolenników i naśladowców (P. Haggard, M. Eimer, ), którzy są zresztą ze sobą skłóceni nawet w istotnych kwestiach.

Po pierwsze zwrócono uwagę, że te experymenty nie dotyczą wolnej decyzji, gdyż były przeprowadzane na osobach, które się już zdecydowały na udział w experymencie i dostały już jasno określone zadanie, które zdecydowane były wykonać. Tym samym Libet mógł zmierzyć jedynie ostatnie poruszenie woli odnośnie wykonania w danym czasie już dawno zamierzonej czynności. 

Po drugie, jest właściwie niemożliwe zmierzenie dokładnego momentu uświadomienia sobie podjęcia decyzji, gdyż chodzi o setne ułamki sekundy. Należy pamiętać, że elektrody pomiarowe nie znajdują się w neuronach mózgu, lecz dzielą je od mózgu przynajmniej warstwy skóry oraz dość grube kości czaszki, a mierzone jest pole elektromagnetyczne, nie przepływ prądu w samych neuronach. 

Po trzecie, nie jest wcale jednoznacznie wykazane, że aktywność danego regionu mózgu dotyczy takiej a nie innej decyzji, czy w ogóle decyzji jako aktu woli. 

W 2006 r. jeden z naśladowców Libet'a, psycholog z Londynu Hakwan Lau, wykazał, że już skupienie uwagi dla podjęcia decyzji powoduje zmiany przepływu krwi w mózgu. Innymi słowy: to, co Libet uznał za moment podjęcia decyzji, było widocznie momentem skupienia uwagi dla podjęcia decyzji, nie samej decyzji. 

Inni naukowcy, Judy Trevena i Jeff Miller w 2010 r. wykazali, że w tzw. potencjale gotowości nie odgrywa roli, czy podjęta została decyzja wykonania czegoś czy niewykonania: w jednym i drugim wypadku obraz aktywności jest taki sam. Wynika z tego, że zagadkowy potencjał gotowości jest jedynie niezróżnicowanym przygotowaniem czynności, a nie podjęciem decyzji czyli aktem woli. Tym samym experymenty Libet'a w żaden sposób nie dowodzą nieświadomego początku aktów woli. 

Warto się zapoznać zwłaszcza z gruntowną krytyką austriackiego filozofa, Josef'a Seifert'a, długoletniego rektora Międzynarodowej Akademii Filozofii (IAP) w Księstwie Liechtenstein: 




Także sami przyrodnicy tzw. neuronaukowcy dostrzegają metodologiczne braki experymentów Libet’a. Niektórzy próbowali je skorygować względnie udoskonalić, wyciągając przy tym sprzeczne wnioski. Podsumowując całą długotrwałą aferę wywołaną przez Libet’a należy stwierdzić, że jego experymenty na pewno nie upoważniają do tez, dla których były i nadal są wykorzystywane, mimo wielokrotnego i wieloaspektowego obalenia.   


Przykładem jest chociażby jest z najbardziej znanych wojowników ateizmu Sam Harris, która także napisał malutką książeczkę w temacie wolnej woli (Free Will, 2012). Ujeżdża w niej experymenty Libet'a udając, jakoby to były niepodważone i niepodważalne badania naukowe, których interpretacja wymaga zanegowania wolnej woli. To nienaukowe i kłamliwe postępowanie widać też np. w wystąpieniu dostępnym na yt, gdzie bez cienia wyrzutów sumienia sprzedaje odbiorcom zabobon sprzed dziesięcioleci już dawno obalony (od min. 16:30):

 
Całość tutaj.

Harris'owi nie można odmówić elokwencji, sprytu i medialności (jest zresztą synem rodziców z branży filmowej). Na tym widocznie polega jego popularność i wpływ, nie na wiedzy naukowej i sile argumentacji. 

Niestety widocznie także na gruncie polskim zignorowano fakt, że doświadczenia Libet'a mają już tylko znaczenie historyczne i obecnie żaden poważny tzw. neuronaukowiec się nie powołuje na nie. Przykładem takiej ignorancji co do stanu wiedzy i dyskusji jest chociażby wystąpienie jednego z młodych przedstawicieli tzw. szkoły krakowskiej, związanej głównie z x. Heller'em (od ok. min. 38): 

Całość jest tutaj. 

Inny przedstawiciel tego środowiska jeszcze wyraźniej ujął swoje stanowisko:

 
https://www.tygodnikpowszechny.pl/iluzoryczny-jak-wolna-wola-28813?language=pl

To środowisko wydało nawet podręcznik w tematyce: 

https://www.copernicuscollege.pl/podreczniki/wprowadzenie-do-filozofii-umyslu-i-kognitywistyki

Nie mam akurat możliwości się z nim zapoznać. Jednak można się obawiać, że jest na podobnym czy nawet identycznym poziomie pod względem stanu wiedzy i argumentacji. Niestety. 

Podczas dyskusji zorganizowanej w 2016 r. na KUL owszem pojawiło się szersze i bardziej wyważone spojrzenie. Jednak widocznie także nie wzięto pod uwagę nowszej krytyki podejścia redukcjonistycznego:


Całość jest tutaj.

W ubiegłym roku zaproszono nawet z wykładem jednego z głównych przedstawicieli materialistycznego redukcjonizmu, oczywiście bez zrównoważenia głosem z pozycji przeciwnej, która ma przynajmniej tyle samo przedstawicieli w dziedzinie zarówno neurobiologii jak też filozofii:


Całość jest tutaj.

Kim jest John-Dylan Hayes? Otóż jego praca polega na powtarzaniu i korygowaniu experymentu Libet'a, który jest dla niego quasi dogmatem. Widocznie nie przyjmuje do wiadomości nawet czysto experymentalnej krytyki takiego podejścia, ani tym bardziej metodologiczno-filozoficznej. Współpracuje ściśle z głównym sygnatariuszem omówionego powyżej "Manifestu" z 2004 r., neomarxistą G. Roth'em.

Jak zaznaczyłem, jednak nie brakuje uczonych, którzy nadal opowiadają się za istnieniem wolnej woli jako pierwiastka duchowego, nieredukowalnego do procesów fizyko-chemicznych. Oprócz wspomnianych już Eccles’a, Bennett’a, Hacker’a i innych, przykładem są także prace Günter‘a Rager‘a, który łączy kompetencje filozoficzne i przyrodniczo medyczne w tematyce współczesnej antropologii, uwzględniającej sprawdzone krytycznie wyniki nowoczesnych neuronauk:  



http://www.guenter-rager.ch/

Prof. Rager jako przyrodnik odrzuca redukcjonistyczne wnioski tzw. neuronaukowców negujących istnienie wolnej woli:

https://www.forum-grenzfragen.de/beweisen-neurowissenschaften-unfreiheit/

W swoim zarysie nowoczesnej antropologii Rager uzasadnia pojęcie umysłu, świadomości oraz wolnej woli, czyli właściwości tego, co w klasycznej filozofii i teologii nazywane jest duszą ludzką czy duszą duchową. Mimo uwikłania w schematy filozofii Kanta i post-kantowskie, w swojej krytyce materialistycznego redukcjonizmu wskazuje słusznie na istotne kwestie. W oparciu o jego uwagi można następująco streścić głównie momenty krytyczne:

1° Twierdzenie, jakoby wolność woli była iluzją, ma swoje korzenie w scjentystycznym redukcjoniźmie, polegającym na założeniach, których nie jest w stanie uzasadnić. Nie można bowiem w ramach przyrodnictwa uzasadnić, dlaczego nasze poznanie nie wykracza i nie może wykraczać poza procesy i dane empiryczne. Tym samym redukcjonistyczni „neuronaukowcy“ popełniają błąd logiczny petitio principii: zakładają z góry coś, co powinni udowodnić.

2° Przedstawiciele redukcjonistycznej „neuronauki“ wikłają się w wewnętrzne sprzeczności. Z jednej strony twierdzą, że nie tylko nasze odczuwanie, lecz także myślenie jest zdeterminowane przez procesy fizyko-chemiczne mózgu. Z drugiej strony apelują o to, by nie szukać innych wyjaśnień działania mózgu, tzn. przyjąć bezkrytycznie ich własny punkt widzenia. Taki apel jest oczywiście absurdalny przy założeniach materialistycznego redukcjonizmu, gdyż równocześnie zakłada wolność wyboru - mianowicie pójścia za apelem bądź jego odrzucenia.

3° Sprowadzenie całości działania ludzkiego do mechanizmów fizyko-chemicznych (co zresztą nie jest wynalazkiem „neuronauki“ lecz jest znane w filozofii najpóźniej od XVIII w., gdy La Mettrie definiował człowieka jako maszynę) oznacza negację odpowiedzialności etyczno-moralnej także w wypadku przestępców i zbrodniarzy. Dotyczy to każdego aktu moralnie złego, począwszy od drobnej kradzieży, aż do morderstw seryjnych z okrucieństwem i pedofilii. Nie brakuje „neuronaukowców“, którzy wprost postulują zmiany w systemie prawnym czyli de facto uniewinnienie nawet najgroźniejszych zbrodniarzy.

4° Redukcjonistyczni „neuronaukowcy“ mieszają perspektywy poznawcze, tzn. sprowadzają perspektywę świadomości (wewnętrznej, podmiotowej, czyli świadomość w pierwszej osobie) do perspektywy zewnętrzno-przedmiotowej (czyli świadomość rzeczywistości zewnętrznej). Udawają przy tym, jakoby ich własna świadomość zewnętrzna w empirycznym badaniu mózgu nie miała nic wspólnego z ich własnymi przeżyciami i myślami, czyli ich świadomością podmiotową. Innymi słowy jest to oszukiwanie odbiorców typu: to, co „neuronaukowiec“ twierdzi (że każda myśl jest zdeterminowana przez procesy fizyko-chemiczne), my być prawdą, a nie tylko procesem fizyko-chemicznym.

5° Błąd tzw. mereologiczny (wskazali na niego już Bennett i Hacker) polega na tym, że to, co może być orzekane tylko o całości, jest orzekane o częściach składowych. Tak np. „neuronaukowcy“ nazywają mierzone przez siebie procesy mózgowe odczuwaniem czy myśleniem, mimo że wiadomo także w perspektywie czysto przyrodniczej, iż uzyskane w pomiarach dane nie wystarczą do zaistnienia odczuwania czy myślenia. Oni po prostu przywłaszczają sobie pojęcia psychologiczne dla nazywania tego, co są w stanie empirycznie stwierdzić, a jest to zresztą nadal bardzo mało i nie ma żadnych zasadnych powodów do zasadnej obietnicy, iż będzie można kiedykolwiek wyjaśnić procesy psychiczne wyłącznie i zupełnie mierzalnym procesami fizyko-chemicznymi.

6° Kluczowe w neuronaukach jest pojęcie tzw. korelatów neuronalnych. Chodzi o związek między procesami w neuronach (czy ogólnie w systemie nerwowym funkcjonalnym) a procesami w świadomości. Przyrodnicy są w stanie badać jedynie te pierwsze (choć wiedzą dotychczas bardzo mało, znacznie mniej niż o działaniu innych organów i komórek). Mogą też wykazać, że procesom świadomości towarzyszą procesy fizyko-chemiczne mózgu (aczkolwiek większość aktywności mózgu odbywa się bez udziału świadomości). Nie są natomiast i nie będą w stanie wykazać, że procesy fizyko-chemiczne są WYSTARCZAJĄCE do zaistnienia aktów świadomości. Samo pojęcie korelacji w neuronaukach nie jest ani jednoznacznie zdefiniowane, ani zjawisko to nie jest ani wyczerpująco opisane, ani tym bardziej wyjaśnione. Po prostu nie wiadomo, na jakich zasadach i według jakich reguł stany świadomości są powiązane ze stanami fizyko-chemicznymi neuronów, synaps, ich zespołów i całego mózgu, powiązanego zresztą z całym organizmem. Też nic nie wskazuje na to, by mogło to być w przyszłości wyjaśnione jedynie na płaszczyźnie przyrodniczej czyli mierzalnych procesów fizyko-chemicznych. Z tego, co obecnie wiemy, także z neuronauk, wynika dość jasno: zjawiska świadomości nie dadzą się sprowadzić do procesów funkcyjnego systemu nerwowego.

7° Głównym przedmiotem światopoglądowego ataku redukcjonistów jest wolna wola i ostatecznie godność człowieka jako istoty ponadzwierzęcej, czyli duchowo-cielesnej. Powołują się przy tym uporczywie na słynny experyment Libet’a, mimo że jego wyniki nie są ani jednoznaczne, ani powszechnie uznane w ramach samej neuronauki, a założenia metodologiczne zostały już dawno obalone. Debata jest prowadzona słusznie w temacie i około determinizmu. Zwykle jednak zapomina się czy przemilcza, że jest to pojęcie przed-przyrodnicze, filozoficzne, nie przyrodnicze samo w sobie. Nie ma i nie może być żadnego empirycznego dowodu na to, że cała rzeczywistość - w tym cały przebieg historii wszechświata od początku do końca - jest określona zupełnie i wyłącznie przez prawa przyrodnicze. Teoria kwantowa, która jest obecnie powszechnie uznana w przyrodnictwie, przemawia raczej przeciw determinizmowi, aczkolwiek jest otwarta na interpretację zarówno deterministyczną jak też indeterministyczną. Gdy neuronaukowcy wychodzą z założenia, że procesy mózgowe polegają wyłącznie i zupełnie na deterministycznych prawach materii czyli fizyko-chemicznych, to nie tylko przekraczają dziedzinę przyrodniczą lecz lekceważą nawet kwantową teorię rzeczywistości fizykalnej. Argumentowanie z takiej pozycji przeciw istnieniu wolnej woli i tym samym rzeczywistości niematerialnej czy nadmaterialnej jest nie tylko przekroczeniem kompetencji metodologicznej lecz wręcz oszukiwaniem odbiorców. Jak wskazuje prof. Rager, główny przedstawiciel materialistycznego determinizmu w neuronaukach, G. Roth nie jest w stanie podać nawet jasnej, jednoznacznej definicji determinizmu, a mimo tego regularnie głosi, jakoby pomiar aktywności mózgu był dowodem na nieistnienie wolnej woli.

8° Jak już zauważono, neuronauka nie jest w stanie wykazać tożsamości procesów świadomości z procesami fizyko-chemicznymi. Gdy tzw. neuronaukowcy twierdzą, że w ramach swoich metod udowodnili takową tożsamość, to po prostu kłamią, nadużywając dane empiryczne jako pretext do wygłaszania tez światopoglądowych. Dokładniej mówiąc, tacy naukowcy wyznają monizm materialistyczny, czyli filozoficzny pogląd. Oczywiście jest kwestia, czy ten pogląd jest w stanie wyjaśnić poznawalną rzeczywistość, zarówno materialną na płaszczyźnie empirycznej, jak też pozamaterialną, czyli w dziedzinie myśli ludzkiej, która istotnie różni się od rzeczywistości nie tylko przyrody nieożywionej, lecz także roślinnej i zwierzęcej. Tylko człowiek jest w stanie stworzyć kulturę duchową i podejmować reflexję zarówno nad sobą i swoim działaniem, jak też nad całością rzeczywistości (czym zajmuje się filozofia, poniekąd także teologia). Powoływanie się na proces ewolucji, który ma być przyczyną sprawczą statusu człowieka na podstawie wyjątkowych właściwości i zdolności mózgu ludzkiego, polegającego - według redukcjonistów - wyłącznie na procesach fizyko-chemicznych, nie jest w stanie dostarczyć wyjaśnienia, a pełni jedynie funkcję surogatu metafizyki czy wręcz religii (ewolucja wyposażana jest we właściwości quasi boskie, stwórczo-sprawcze, co nie ma żadnych podstaw empirycznych i jest sprzeczne z założeniami ewolucjonizmu jako teorii empiryczno-przyrodniczej). Alternatywnymi ujęciami ontologiczno-antropologicznymi są: monizm immaterialistyczny (jak u Hegla czy Fichte’go), dualizm (najczęściej cytowanym przedstawicielem jest Descartes) oraz hylemorfizm, czyli koncepcja arystotelesowska i pośrednio też tomistyczna. Warto zauważyć, że redukcjoniści neuronaukowi zwykle zwalczają dualizm. Mają przy tym na myśli przeważnie koncepcję kartezjańską, którą - czy to z niewiedzy czy ze złej woli - rozciągają na wszystkie inne koncepcje poza swoją (czyli oprócz monizmu materialistycznego). W ich ujęciu dualizmem jest każdy pogląd wykraczający poza wyłącznie materialistycznie ujęte wyjaśnienie przyczynowo-skutkowe. Oczywiście nie trzeba udowadniać absurdalności i nieuczciwości takiego podejścia. Charakterystyczne jest, że jego reprezentanci, co widać wyraźnie w publicznych debatach rejestrowanych audiowizualnie, zwykle zamiast spokojnym argumentowaniem posługują się odgórnie rzucanymi epitetami i pretensjami. Dlatego ciekawym przedsięwzięciem byłoby opracowanie psychogramu takich osób jak G. Roth czy D. Dennett w zestawieniu z ich poglądami: pierwszy ma rodowód marxistowski, drugi subjektywistyczno-kartezjański, ale rodzinnie powiązany z islamem, który jest także ideologią totalitarną wymierzoną w rozumność i wolność. Czy więc materialistyczni neuronaukowcy bardziej mówią o sobie, tzn. o swoich mózgach i ich działaniu niż o sprawdzalnych danych naukowych chociażby z dziedziny, na którą się powołują, czyli neuronauk? Pytanie jest raczej tylko retoryczne.

9° Spora grupa naukowców, zarówno przedstawicieli neurologii i neurofizjologii, jak też filozofów zajmujących się tą tematyką, skłania się w obecnej debacie metaprzyrodniczej ku hylemorfizmowi, widząc w nim zdatne narzędzie pojęciowe i wyjaśniające dla danych wypracowywanych w neuronaukach, ale także w psychologii i psychiatrii. Zaznaczylo się to m. in. także w sympozjach naukowych odbytych niedawno na niektórych wydziałach teologii w Polsce (szczególnie aktywny wydaje się wydział w Toruniu). Wygląda na to, że akurat te wydziały mogą odegrać istotną rolę zarówno krytyczną jak też pomocniczą i kreatywną w dziedzinie neuronauk oraz ich implikacyj filozoficzno-antropologicznych i etycznych. Analizie i ocenie debaty na gruncie polskim należałoby poświęcić uwagę osobno. Moja dotychczasowa znajomość stanu rzeczy w tym temacie, jedynie pobieżna, wskazuje póki co na niedobór wiedzy o stanie dyskusji na świecie i zarazem brak krytycyzmu w recepcji głównie poglądów redukcjonistycznych. Znaczną rolę odgrywa zapewne bariera językowa, ale także pewna wybiórczość źródeł spowodowana wpływem takich autorytetów jak x. Heller i jego uczniowie. Symptomatyczny i bynajmniej nie zaskakujący jest fakt, że wzmiankowany na wstępie prof. Duch powołuje się także na x. Heller’a (por. tutaj). Mam nadzieję, że P. T. Czytelnicy zechcą i będą w stanie samodzielnie wyciągnąć odpowiednie wnioski.

Czy spokój rozwiązuje problem bluźnierstwa?

  Pod szumnym tytułem "Działalność Apostolska" dołączył do grona jutjuberów we wrześniu 2018 anonimowy kanał, na którego istnienie...