Czy święty powinien dbać o swoje zdrowie?



Pytanie jest rzeczywiście ważne i godne uwagi. Dotyczy bowiem nie tylko właściwej interpretacji żywotów świętych, lecz drogi do świętości ogólnie i każdego z nas.

Równocześnie odpowiedź jest prosta: miarą świętości jest miłość na wzór Jezusa Chrystusa. Do tego sprowadza się chrześcijańska asceza i moralność, która oczywiście nie stoi w sprzeczności z porządkiem naturalnym, a go przewyższa i podnosi.

Pamiętać też należy, że droga świętości jest nie tylko jedna i ta sama (gdyż wzorem i kryterium jest Jezus Chrystus), lecz także indywidualna, gdyż każdy człowiek jako niepowtarzalne indywiduum idzie tą drogą wraz z własnymi zdolnościami, decyzjami i doświadczeniami, które są jako jednostkowa całość są jedyne w całej historii wszechświata (jest zawsze tylko jeden jedyny człowiek urodzony w danym czasie z danych rodziców, dotyczy to także bliźniaków). Stąd pochodzi stare porzekadło katolickiej ascetyki: świętych należy podziwiać, ale nie zawsze naśladować (admirandi sunt, sed non semper imitandi).

Oczywiście świętość jest dziełem łaski wraz ze współpracą czyli wolnymi wyborami i wysiłkami człowieka. Innymi słowy, jest to życie łaską, a naczyniem tej łaski jest osoba ludzka, z których każda jest jedyna i niepowtarzalna. Oznacza to, że każdy sam i na swój sposób odpowiada na pobudzenie przez łaskę i jej działanie. Łaska może pobudzić i ożywiać wyjątkowe zdolności człowieka, także w sferze cielesnej, oczywiście gdy służy to zbawieniu duszy danej człowieka i bliźnich. Nie odbywa się to bez gotowości i wysiłku człowieka, a jest to zawsze rezultat wolnego wyboru, mimo prymatu łaski.

Miłość, której wzorem jest Jezus Chrystus, jest przede wszystkim ukierunkowaniem na dobro, zarówno najwyższe, jakim jest Bóg, jak też stworzone, czyli obecne w każdym stworzeniu, także w nas samych. Dlatego prawdziwa miłość własna i miłość bliźniego się nie wykluczają, lecz uzupełniają i wspierają. Ukierunkowanie ku Dobru Najwyższemu, którym jest sam Bóg, zakłada odpowiedni stosunek do dóbr względnych, czyli stworzonych, także do swojego ciała i zdrowia. Z powodu tej względności wybory motywowane nadprzyrodzoną miłością ku Dobru Najwyższemu mogą się wydawać pomniejszeniem czy brakiem miłości do stworzeń, może nawet - odpowiednio rozumianą - "pogardą" czy "nienawiścią". Nie może to być sprzeczne z fundamentem moralności i świętości, jakim jest uznanie dobroci stworzenia jako pochodzącego od Stwórcy, który jest samą Dobrocią.

Słynny przykład św. Maksymiliana Kolbe może tutaj posłużyć ku zrozumieniu. W pewnym sensie jego decyzja oddania życia za ojca rodziny może być nazwana "pogardą" dla własnego życia, także dla własnej, jakże owocnej działalności duszpasterskiej i wydawniczej dla zbawienia dusz. Jednak kluczem do zrozumienia tej decyzji jest przykład Jezusa Chrystusa - Jego wezwanie do oddania życia za bliźnich i to dosłownie, na wzór dobrowolnego wydania się na śmierć dla ratowania bliźniego, konkretnie i spontanicznie, co najlepiej świadczy o postawie duchowej i życiowej.

Tę zasadę można i należy przełożyć także na sytuacje i wybory bardziej codzienne, mniej spektakularne. Gdy małżonkowie pragną potomstwa nie z pobudek egoistycznych (dziecko jako swego rodzaju zabawka czy sposób realizowania swoich ambicyj), lecz w duchu ofiary czyli poświęcenia rozrywki, czasu, wygód, także spoczynku nocnego i środków dla współpracy w dziele stworzenia i utrzymania rodzaju z ludzkiego, wówczas realizują w sobie właściwy sposób miłość małżeńską i rodzicielską, której wzorem jest także Jezus Chrystus.

W życiu kapłańskim i zakonnym jest więcej sposobności do niezwykłych poświęceń, aczkolwiek także stan duchowny polega głównie na codziennych, niepozornych obowiązkach i poświęceniach, nawet heroicznych, choć niedostrzeganych jako takie. Jako przykład przychodzi mi na myśl jeden proboszcz, którego poznałem w pierwszych latach kapłaństwa. Po jednej z uroczystych celebracyj z jakiejś szczególnej okazji, zostaliśmy sami w kościele, gdy wszyscy już wyszli. Wtedy zobaczyłem, że proboszcz wyszedł z zakrystii z miotłą, żeby posprzątać prezbiterium, by następna Msza św. odbyła się w uprzątniętym miejscu. To była względnie mała parafia, ale proboszcz z pewnością mógł poprosić czy nawet wyznaczyć kogoś do sprzątania wtedy (kościół był regularnie sprzątany i utrzymany w czystości), jednak nie chciał nikogo zobowiązywać do tego zajęcia w dzień świąteczny, wolał sam uporządzić miejsce święte. Na pewno by się szczerze roześmiał, gdyby ktoś nazwał to heroizmem. Większość kapłanów - w poczuciu własnej "godności" - by zresztą nie wpadła na pomysł sprzątania samemu, a najwyżej nakazaliby kościelnemu czy zakrystiance.

Podobnie ascetyczne praktyki świętych mogą się wydawać niezrozumiałe, czy wręcz dziwne, może nawet wątpliwe co do wartości i oceny. Można jednak założyć, że były uzgodnione ze spowiednikiem czy kierownikiem duchowym, który powinien czuwać, czy podopieczna dusza nie jest zwodzona czy wręcz ulega podstępom szatańskim. Jeśli spowiednik dopuścił dany sposób ascezy, wówczas można uznać, że dana praktyka jest zgodna z łaską Bożą chociażby w danym przypadku.

W końcu należy mieć na uwadze, że literatura hiagograficzna, zwłaszcza odnosząca się do osób z dalszej przeszłości, nierzadko obfituje w legendy i dobroduszne fantazje, które same w sobie nie są kłamstwem, ale pewną przesadą, motywowaną chęcią zachęty do doskonałości i przezwyciężania siebie. Dlatego nie należy zbytnio przejmować się niezwykłymi wyczynami ascezy podawanymi w takiej literaturze. Należy natomiast przejąć się duchem miłości i gorliwości, której ideałem jest sam Jezus Chrystus prowadzący Swoich uczniów - każdego na swój sposób - do zjednoczenia ze Sobą.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Czy istnieje ubój religijny?

  Ostatnio politycy uważani dotychczas za konserwatywnych i katolickich wypuścili w przestrzeń publiczną nowotwór słowny: "ubój religij...