Jak teologia ocenia tzw. związki w młodzieńczym wieku?



Chodzi o bycie zakochanym plus tzw. bycie razem, także wtedy, gdy nie dochodzi do łamania 6-ego przykazania. 

Teologia katolicka opiera się w znacznej mierze na poznaniu rozumowym, w tym także na doświadczeniu codziennym i ogólnoludzkim, ewentualnie wraz z wynikami badań czy teorij nauk szczegółowych, jak np. psychologia, w połączeniu z racjonalną refleksją w świetle Bożego Objawienia

Zakochanie się jest czymś normalnym i powszechnym, zwłaszcza w młodym wieku. Zdarza się nawet w dziecięcym wieku, oczywiście na sposób dziecięcy. W znacznie większym stopniu występuje w wieku dojrzewania, gdy nasila się zainteresowanie płcią przeciwną. Jednak nie wszyscy doświadczają tzw. zakochania się. Także sposoby doświadczania są różne. Zależy to zarówno od osobowości, mniej czy bardziej emocjonalnej ("romantycznej"), jak też od zainteresowań i usposobienia. W różnym stopniu oddziaływuje także presja społeczna o tyle, że w zależności od rodziny, środowiska czy społeczności ma miejsce pewne oczekiwanie oraz konkurencja w zdobywaniu chłopaka czy dziewczyny jako dowodu i symbolu czy to dojrzałości, czy własnej wartości i atrakcyjności. Oczywiście rolę odgrywają także plany na przyszłość, mniej czy bardziej zaawansowane i poważne. 

Najogólniej należy w tej kwestii rozróżnić dwa zasadnicze aspekty:- subiektywny, w tym głównie emocjonalny, ale nie tylko, oraz- obiektywny, czyli stan rzeczy oraz uwarunkowania.

Młoda osobowość ma skłonność do subiektywizmu, w tym do przeceniania własnych emocyj, przeżyć, własnego punktu widzenia i dążeń. Jest to w pewnym sensie normalne na tym etapie rozwoju. Problemem jest natomiast zatrzymanie się na tym stadium w późniejszym wieku. Określa się to jako niedojrzałość emocjonalną (czy ogólnie osobowościową), która może być bardzo destrukcyjna zarówno dla samego człowieka jak też dla otoczenia. Jest to główna, jeśli nie zasadnicza przyczyna problemów małżeńskich, rodzinnych, ale także zawodowych i ogólnie społecznych, choć takie osobowości, dzięki swoim zdolnościom oraz sprzyjającym okolicznościom, mogą zaliczać poważne sukcesy w różnych dziedzinach i robić zawrotną karierę. W tej perspektywie zakochanie się w drugim człowieku jest próbą i szansą zarówno poznania siebie jak też dojrzewania w konfrontacji z uczuciami zarówno swoimi jak też drugiego człowieka, a także osób trzecich, które zawsze w jakimś stopniu, przynajmniej pośrednio, mają udział w relacji dwojga zakochanych.


Aspekt obiektywny oczywiście nie jest zupełnie oderwany od danej osoby, gdyż jej dotyczy. Takie uwarunkowania jak wiek, miejsce, częstotliwość i sposób kontaktowania się, inteligencja, wykształcenie, zainteresowania, poglądy, sytuacja rodzinna, zawodowa, wpływ i oddziaływanie innych osób itd. - to są wszystko czynniki ingerujące w stopniu nawet istotnym w relację zasadniczo dwuosobową intymną. Z natury rzeczy ten aspekt, odczuwany zwykle jako przeszkoda, jest często niedoceniany, a nawet świadomie lekceważony i odpychany przez zakochanych. Ma to miejsce szczególnie wtedy, gdy nie myśli się - jeszcze albo w ogóle - poważnie o wspólnej przyszłości czyli założeniu rodziny, a na pierwszym planie znajdują się doraźne doznania, wspólne spędzanie czasu, zabawa itp. Wówczas nie powinno dziwić, gdy taka relacja nie jest trwała. Każde uczucia, nawet najintensywniejsze, z czasem blakną i słabną, a nawet zanikają, nierzadko przeradzając się w swoje przeciwieństwo (z zakochania w nienawiść), zwłaszcza gdy nie są oparte na poznaniu rozsądkowym. Prowadzi to niekiedy do poważnych tragedij, zarówno indywidualnych jak też rodzinnych, w każdym razie do bolesnych rozczarowań i mniej czy bardziej trwałego cierpienia, które może zaciążyć na całym życiu. Jest na to mnóstwo przykładów zarówno w literaturze jak też w potocznym doświadczeniu.


Czy teologia może mieć tutaj coś do powiedzenia, oprócz banalnych morałów czy wręcz kpiny z uczuć i niełatwych przeżyć wielu, jeśli nie większości młodych ludzi?


Najpierw może pocieszające jest to, że teolog katolicki też był kiedyś młody i bywał zakochany 
 Jednak nie uważa za celowe opowiadanie o sobie (mało ciekawe). O wiele ciekawsze są wnioski wynikające z doświadczenia duszpasterskiego. Kapłan bowiem ma to szczęście, że ludzie, i to bardzo różni, zwracają się do niego jako ojca w sprawach duchowych i sumienia, tym samym może on mieć spojrzenie o wiele szersze niż z perspektywy ojca biologicznego, którego widzenie jest naturalnie zawężone do własnych dzieci i bardzo osobistych doświadczeń. Oczywiście konkretne historie osobiste są objęte absolutną tajemnicą, wprawdzie nie koniecznie sakramentalną jak w przypadku spowiedzi, jednak wynikającą z zaufania dla stanu i posługi duszpasterskiej. Dlatego podaję jedynie wnioski w postaci konkretnych rad w skrócie:

1. Zakochanie się jest piękne, ale też niebezpieczne i może być destrukcyjne, jak każde uczucie, gdy nie jest poddane kontroli rozumu. Oczywiście nie można go włączyć i wyłączyć według woli czy planu, jednak można i należy panować nad tym, czy i na ile się jemu ulega w konkretnych decyzjach. Tak więc pierwsza rada: nie tracić zdrowego rozsądku. 


2. Po drugie: uczucie powinno być bodźcem i szansą budowania przyjaźni. Przyjaźń ma to do siebie, że jest otwarta na różne możliwości, tzn. może pozostać przyjaźnią (oczywiście rozwijając się wraz z osobami), a stanowi także niezbędny, zasadniczy fundament także dla małżeństwa. Tak więc spędzanie wspólne czasu powinno służyć nie doznaniom zmysłowym czy upajaniu się uczuciem, lecz poznaniu charakterów, zainteresowań, także rodzin, z których się pochodzi.


3. Przyjaźń zakłada wolność, a ta jest najlepszym testem dla relacji. Problem tzw. związków nie będących nawet zaręczeniem polega na tym, że niejasne są prawa i obowiązki. O tę niejasność zwykle sprawa się rozbija. Są oczekiwania, a potem pretensje, żale i wyrzuty, podczas gdy druga strona nie wie czy nie chce wiedzieć, o co chodzi. Stąd rada: albo jasno określić sobie prawa i obowiązki, albo wcale nie nazywać tego związkiem. To drugie jest lepsze, gdyż pozostawia drugiej stronie wolność, która pozwala na dobrowolne wykazanie się, jak ważna jest dla niej dana relacja.


4. Nie boczyć się, nie tragizować, nie rozpaczać, gdy okaże się, że drugiej stronie chodziło jedynie o potwierdzenie własnej atrakcyjności, o zabawę, okazjonalne towarzystwo itp. Jest to oczywiście bolesne i godzi w poczucie własnej wartość oraz w potrzebę zaufania i bliskości. Należy to potraktować jako doświadczenie życiowe: z jednej strony jako coś, czego można było uniknąć nie angażując się zbyt pochopnie, a z drugiej jako ostrzeżenie na przyszłość. Właściwym wnioskiem nie jest generalna nieufność lecz ostrożność i rozwaga.


5. Najpóźniej po doświadczeniu rozczarowania należy ze swojej strony postawić sprawę jasno: nie szukam ani dekoracji dla własnego ego, ani zabawy, ani przygody itd., lecz osobę do założenia rodziny, czyli matkę względnie ojca dla moich dzieci. Oczywiście warunkiem jest obiektywna możliwość założenia rodziny, czyli kiedy jako mężczyzna jestem w stanie zapewnić byt rodzinie, a jako kobieta nie mam (już albo wcale) ambicyj zawodowych, karierowych itp., lecz chcę być i jestem w stanie być żoną i matką. Oczywiście ta subiektywna i obiektywna gotowość do założenia rodziny musi być obopólna. Dopiero wtedy jest właściwy moment do czegoś więcej niż przelotne uczucie. 

2 komentarze:

  1. Przeciez kobieta może pracować także gdy jest matką chyba ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecież jeśli chodzi o związek to szuka się osoby do spędzenia dużej ilości czasu ze sobą w fajny sposób oraz gdy się chce być małżeństwem to także dla założenia rodziny jako ojca matki swoich dzieci ale to też jest szukanie osoby do spędzenia reszty życia z nią

    OdpowiedzUsuń

Co Czcigodny Sługa Boży x. prof. Wincenty Granat sądził o koronce s. Faustyny?

  Dzięki wskazówce życzliwego czytelnika trafiłem na książkę z wypowiedzią bodaj najwybitniejszego polskiego dogmatyka katolickiego w okresi...