Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy duchowny może nosić oręż?



Postawione pytanie wiąże się oczywiście z kwestią stosunku Kościoła do walki orężnej, choć jest osobne. Bardziej dotyczy stosunku między Kościołem i państwem, a zwłaszcza różnicy między stanem duchownym i świeckim. 

Sprawa używania oręża przez duchownych pojawia się zasadniczo w dwóch kwestiach:

- polowań w sensie rozrywki (czyli nie dla zdobycia pożywienia), oraz

- służby wojskowej z orężem. 

Ojcowie Kościoła zasadniczo krytycznie podchodzili także do tego typu rozrywki elit społecznych jak polowania. Ich wypowiedzi w temacie pojawiają się głównie przy okazji komentowania słów Pisma św., zwłaszcza Psalmu 90, 2-3 oraz Księgi Rodzaju 10, 8-10. 

Św. Augustyn (Enarr. in Ps 112, 3; CCSL 40, 1464) nazywa polowanie "niecną sztuką" oraz "przywarą":


Nawet uciechę widzów przy polowaniu uważa za grzech zasługujący na karę na sądzie Bożym (Enarr. in Ps 147, 3; CCSL 40, 2141):

Polowanie jest uciechą dla demonów, podobnie do teatru i krwawych igrzysk (Sermones, 198; PL 38, 1026):

Przez nie widzowie stają się podobni do demonów (De catech. 16; CCSL 46, 150):



Ta opinia odnosi się oczywiście do polowań jako widowisk. Podobnie jednak mówi o przyjemności w polowaniu i w pożywieniu zdobytym przez polowanie:


(Contra Acad. I. 3; CCSL 29, 4)


(Enarr. in Ps 76, 14; CCSL 39, 1061)


(De octo quaest. 4; CCSL 33, 470)

(Enarr. in Ps 38, 2; CCSL 38, 403)

Według św. Cezarego z Arles polowania jak też inne tego typu rozrywki zaciemniają umysł:


(Sermones 61, cap. 3; CCSL 103, 269)

Diabeł jest tym, który poluje na dusze i je podstępem chwyta:

(Sermones 237, cap. 2; CCSL 103, 954)

Papież św. Grzegorz Wielki (Reg. epist. IX, 219; CCSL 140A, 785) uważał, że polowanie i łowienie ptaków oraz zwierząt polega na podstępie:



Po tej samej linii św. Beda utożsamiał polowanie z czymś niecnym (In principium Genesis III, 10; CCSL 118A, 144-146), a szatana nazywał "łowcą dusz" (ibidem 151):


Równocześnie znajdujemy w Piśmie św. fragmenty ukazujące połów pozytywnie:
- Prorok Jeremiasz (16, 16) w wizji wyzwolenia z niewoli babilońskiej mówi, jak Bóg będzie zbierał lud do powrotu do ziemi obiecanej: że wyśle rybaków i łowców, żeby łowili lud z gór, pagórków i szczelin. 
- Sam Pan Jezus (Mt 4, 19) mówi, że uczyni swoich uczniów "rybakami ludzi". 

Nawet św. Hieronim, który w ostrych słowach potępia polowanie dla rozrywki, nazywa Apostołów "łowcami Chrystusowymi":


(In Hierem. proph. III, 65; CCSL 74, 158-159)


(Comm. in Jes. VII, CCSL 73, 309)

Chromacjusz z Akwilei nazywa Apostołów "rybakami i łowcami" (Tract. in Mat. XVI; CCSL 9A, 264 ):

Podsumowując można powiedzieć, że łowy i polowanie w sensie rozrywki były oceniane negatywnie, aczkolwiek w znaczeniu przenośnym - w odniesieniu do działalności duchowej Kościoła - miały wydźwięk neutralny. Należy to tak rozumieć, że świecka rzeczywistość połowów, pierwotnie konieczna do przeżycia jako zapewnienie pożywienia, posłużyła jako obraz i porównanie dla rzeczywistości duchowej. 

Tym niemniej negatywne było stanowisko prawne w tej sprawie względem duchownych. Synod w Agde w Galli (506 r.) zakazał duchownym - pod karą interdytku - nawet utrzymywanie psów myśliwskich i sokołów. Chodziło właściwie o zakaz uprawiania polowań jako rozrywki. Ten zakaz był powtarzany, rozszerzany i zaostrzany przez następne synody lokalne. Rozszerzenie polegało między innymi na tym, że rozciągnięto zakaz utrzymywania ptaków łownych także na ksienie klasztorów żeńskich. Zakaz był uzasadniany głównie etycznie: polowanie wynika ze światowej próżności (vanitas). Tym samym odnosił się do rozrywki, nie do zdobywania pożywienia z konieczności. 

Zbiory kanonów, czyli prawa kościelnego jednomyślnie przejęły te zakazy. Słynny Decretum Gratiani mówi (liber extra): 

"Omnibus servis Dei venationes et silvaticas vagationes cum canibus, et accipitres aut falcones interdicimus."

Czyli:
"Wszystkim sługom Boga (= duchownym) zakazujemy polowań i chodzenia po lesie z psami, oraz posiadania jastrzębi i sokołów."

Kodex prawa kanonicznego z 1917 i 1983 r. zakazuje ogólnie tego, co nie licuje ze stanem duchownym. Nie oznacza to wycofania wcześniejszych konkretnych zakazów. Kodex jest najogólniejszą normą prawa kościelnego, która następnie powinna być w tego typu sprawach konkretyzowana w prawie partykularnym, czyli diecezjalnym i zakonnym. 

Po części innego rodzaju jest kwestia posiadania, noszenia i używania oręża do walki zbrojnej. Są jednak części wspólne i styczne. Otóż nie jest zakazane duchownym posiadanie broni czy to białej czy palnej. Tym samym dozwolone jest także używanie jej dla potrzeb codziennych, czy to upolowania zwierzęcia na pożywienie, czy też w razie konieczności obrony własnej. Należy przy tym mieć na uwadze nieostrość definicji broni, gdyż już także zwykły nóż może służyć jako oręż w walce. Nie ma ogólnego prawnego zakazu dla duchownych ani posiadania oręża, ani stosowania przemocy w obronie własnej, także z użyciem broni. 

Głównym problemem jest służba wojskowa, zarówno obowiązkowa jak też ochotnicza. 

Prawo kanoniczne (KPK 1983) zakazuje duchownym ochotniczej służby wojskowej bez zgody ordynariusza:



Zakaz dotyczy nie tylko służby w regularnej armii, lecz także każdego rodzaju walki zbrojnej, w tym partyzanckiej. 

Kanon ten dotyczy bezpośrednio wprawdzie własnowolnej walki zbrojnej, ale jest dostosowany do sytuacji, gdy państwo narzuca duchownym obowiązkową służbę wojskową. Temat ten był dyskutowany od czasu pojawienia się takiej służby, co miało miejsce chyba dopiero w porewolucyjnej Francji oraz w komuniźmie. 

Dla zrozumienia tego zakazu konieczne jest uwzględnienie stosunku chrześcijaństwa do walki zbrojnej. Jak we wszystkich kwestiach moralnych, z pozycji katolickiej należy odróżnić prawo naturalne od prawa objawionego, czyli Ewangelicznego, co oczywiście nie oznacza sprzeczności. Niezrozumienie ich wzajemnego związku jest zwykle źródłem błędów myślowych i teologicznych. 

Naczelną zasadą w tej kwestii niezależność Kościoła od państwa, co oznacza, że państwo nie ma prawa narzucać czegoś, co jest sprzeczne z naturą i prawnym porządkiem Kościoła. Konkretnie dotyczy to także reguł, wynikających z istoty i zadań stanu duchownego. 

Według teologii katolickiej Kościół jest doskonałą społecznością (societas perfecta). Oznacza to, że został tak ustanowiony, że do wypełnienia swojej misji nie potrzebuje żadnej innej społeczności ani władzy, lecz posiada wszelkie środki ku temu. W konsekwencji oznacza to niezależność od wszelkiej władzy i zwierzchności. Żadna władza nie ma prawa narzucać Kościołowi reguł i postępowania wbrew jego konstytucjonalnym zasadom. Dotyczy to także istoty oraz roli stanu duchownego. Przykład odwrotny pomaga zrozumieć tę zasadę: słusznie władza państwowa uznałaby za niedopuszczalną ingerencję w jej dziedzinę, gdyby Kościół próbował dyktować, których urzędników i do jakich zadań państwo ma ustanawiać. Tak samo państwo nie ma prawa decydować o wyborze i zadaniach duchownych, także odnośnie służby wojskowej, to znaczy nie ma prawa wymagać od nich tej czy jakiejkolwiek innej służby, zwłaszcza sprzecznej z istotą i zadaniami tego stanu. O tej sprzeczności orzeka oczywiście nie państwo lecz Kościół. 

Stan duchowny w Kościele polega na ściślejszym, sakramentalno-hierarchicznym związku z Boskim Założycielem i tym samym na przewodzeniu Kościołowi w Jego imieniu, z Jego zlecenia i według Jego woli. Wynikają stąd większe zobowiązania w porównaniu z ogółem wiernych, w tym między innymi rola wzorcowa i wyższa ranga duchowa oraz instytucjonalna. 

Oprócz niezawisłości Kościoła i jego "urzędników" czyli duchownych od państwa, drugą fundamentalną zasadą jest specyfika zarówno misji Kościoła jak też stanu duchownego, którego zadaniem jest przewodzenie tej misji oraz czuwanie nad wiernością wobec niej. Tą misją jest zbawienie dusz, czyli prowadzenie do dóbr wieczystych, nie doczesnych i ziemskich. Dobra doczesne są jedynie środkami osiągnięcia nieprzemijalnych. W takim rozumieniu zasadniczo nie ma - nie musi być - między nimi sprzeczności, jednak faktycznie może się pojawić sprzeczność czy przynajmniej niezgodność, jak to nierzadko bywało i bywa w dziejach ludzkości. 

Misją duchownych jest działanie w imieniu i "w osobie" (in persona) Jezusa Chrystusa. To On sam wybiera ich do tej posługi i nikt, zwłaszcza państwo, nie ma prawa w tym przeszkadzać. To działanie polega na 
- nauczaniu
- uświęcaniu, oraz
- przewodzeniu według celu Kościoła, który jest inny niż cel państwa (jak wyżej wspomniane). 

Wymaga to ścisłej więzi duchowej z samym Jezusem Chrystusem, która jest podstawą reprezentowania Go zarówno wobec wiernych świeckich jak też państwa. 

Jest oczywiste, że to zadanie jest zasadniczo inne niż powołanie i zadania żołnierza. Kapłan ma ratować dusze nieśmiertelne, ma szukać zagubionych i prowadzić na drogę nawrócenia i pokuty, podczas gdy misją żołnierza jest walka z wrogami ojczyzny, jeśli to konieczne także pozbawiając ich życia doczesnego, bez możliwości troski o ich zbawienie wieczne (oczywiście oprócz modlitwy). 

Posłannictwem duchownych jest niesienie pokoju, co wyraża pozdrowienie, które Jezus Chrystus przekazał i nakazał swoim uczniom: "pokój wam" (Łk 10, 5). Oczywiście jest to pokój Chrystusowy, który wymaga także stanowczości w prawdzie, nawet sprawiedliwego ukarania w razie konieczności (stąd się biorą kary kościelne, wśród których nota bene nie ma kary śmierci). Natomiast Chrystus Pan nie pozwolił swoim Apostołom stosować oręża nawet w obronie Swojej własnej Osoby, gdy powiedział do św. Piotra: "schowaj swój miecz do pochwy" (Mt 26, 52). 

W tym sensie należy rozumieć słowa św. Pawła skierowane do umiłowanego ucznia św. Tymoteusza: "Pracuj jak dobry żołnierz Jezusa Chrystusa. Kto walczy dla Boga, ten nie miesza się do spraw światowych" (2 Tm 2, 3). Konkretnie jest to rozwinięte w tradycyjnym obrzędzie święceń prezbiteratu, gdzie biskup namaszczając ręce neoprezbitera mówi, że jego zadaniem jest błogosławienie i poświęcanie:


Dlatego właśnie św. Paweł mówiąc o kryteriach wyboru do stanu duchownego podkreśla, że nie jest zdatny ten, kto jest skory do bicia czyli stosowania przemocy fizycznej (1 Tm 3,3):




Podobnie mówi Didache, czyli "nauka dwunastu Apostołów", że mają to być mężowie nie gniewu lecz pokoju:


Tak samo syryjskie Didaskalia Apostolorum (IV), gdzie jest wprawdzie mowa o wyborze na biskupa, jednak należy pamiętać, że te same zasady - z powodu jedności sakramentu święceń - obowiązują także odnośnie prezbiterów:


Orygenes odpowiadając na zarzuty Kelsusa (Contra Cels. VIII, 73) argumentuje, że skoro nawet pogańscy kapłani są zwolnieni z udziału w wojnie, to tym bardziej kapłani Chrystusa, których orężem jest modlitwa: 

Na tej podstawie kanony wydane przez synody i sobory zabraniają duchownym noszenie oręża oraz zbrojnego udziału w wojnach. W tym sensie także Sobór Trydencki (Sess. XXV, De ref. XX) podkreśla pochodzącą z ustanowienia Bożego nietykalność (immunitas) duchownych w zadaniach świeckich, do których należy także służba na wojnie:


Oczywiście nie wyklucza to posługiwania się orężem czy oddziałami wojskowych dla koniecznej obrony własnej czy terenów kościelnych. 

Czy kapłan ma prawo usunąć katolika ze świątyni?





Opisane zachowanie kapłana jest bezprawne, skandaliczne, bezczelne, aroganckie, potulne wobec władzy, a bezwzględne wobec katolików.

Publiczna świątynia katolicka nie jest prywatną własnością żadnego kapłana, ani proboszcza, ani biskupa, lecz konsekrowanym miejscem publicznego kultu Kościoła i w tym znaczeniu własnością Kościoła. Proboszcz czy rektor świątyni jest jedynie zarządcą nie swojej własności. Tym samym nie ma prawa dysponować w taki sposób jak gospodarz własności prywatnej, lecz jedynie zgodnie i w myśl prawa kościelnego, czyli według celu, jakim jest kult Boży oraz zbawienie dusz. 

W świetle prawa kościelnego kapłan katolicki nie ma prawa wykluczać kogokolwiek z udziału w liturgii, jeśli na tej osobie nie ciążą kary kościelne (interdykt, exkomunika) i jeśli dana osoba nie zakłóca ewidentnie sprawowania liturgii. Każdy katolik modlący się - zgodnie z przeznaczeniem miejsca - ma prawo przebywać w świątyni, także podczas liturgii.

Tzw. obostrzenia państwowe nie mogą być z punktu widzenia prawa kościelnego powodem wydalenia ze świątyni czy wykluczenia z liturgii. Ani kapłan, ani jakakolwiek władza kościelna nie ma prawa ograniczać liczby uczestników liturgii, i tym samym nie jest odpowiedzialna za liczbę osób obecnych. Państwo nie ma prawa tego wymagać od władz kościelnych, ponieważ byłaby to ingerencja w prawny porządek Kościoła czyli jego ustrój wewnętrzny.

W kwestii posłuszeństwa zarządzeniom władz każdy katolik odpowiada za siebie. Kapłan nie ma obowiązku i nie ma możliwości osobistego kontrolowania obecności kogokolwiek w świątyni według kryteriów narzuconych przez państwo. W razie prawnej konieczności - wynikającej z prawa kościelnego - może wezwać służby porządkowe. 

W dodatku sprzeniewierzeniem się obowiązkowi duszpasterskiemu jest pozostawienie wiernych bez Mszy św. i to niedzielnej. Jest to po prostu skandal, świadczący o braku elementarnego poczucia powinności wobec dusz wiernych. 

Na koniec relacja jednego z wiernych:



Jak rozpoznać powołanie?

 

Autor pytania zadał właściwie szereg pytań dotyczących wyboru powołania. Odpowiadam po kolei. 

1. O stopniach chwały w niebie, czyli hierarchii niebiańskiej, można przeczytać w klasycznych podręcznikach dogmatyki katolickiej, dokładniej eschatologii. To są źródła miarodajne. Natomiast jakieś objawienia prywatne, zwłaszcza te propagowane przez x. Natanka, najlepiej zignorować, gdyż można sobie wyrządzić krzywdę, czy przynajmniej niepotrzebnie stracić czas. Istnienie pewnej hierarchii w chwale niebiańskiej jest dość powszechną opinią teologów katolickich. Jednak co do kryteriów hierarchii brak jest danych wynikających z Bożego Objawienia. Na pewno mają one do czynienia z zasługami, a nie ze stanem życia. 

2. Nie znam takowej wypowiedzi św. Alfonsa. Należałoby ją podać wraz z kontextem. Nie sądzę, by święty Doktor Kościoła zachęcał do wyboru bez powołania. Mógł natomiast zachęcać do wyboru doskonalszego. Równocześnie należy brać pod uwagę, że ostatecznie o udzieleniu święceń danemu kandydatowi decyduje władza kościelna, która rozeznaje powołanie. 

3. Wybór drogi życiowej ze względu na "wyższą pozycję" w niebie jest raczej nieporozumieniem, gdyż skupia uwagę na sobie, nawet jeśli dotyczy wieczności. Właściwym motywem dobrego wyboru jest natomiast miłość Boga i bliźniego, wraz z rozeznaniem własnych zdolności i predyspozycji. Na pewno fałszywym jest wybór powołania duchownego, mimo braku zarówno wewnętrznego upodobania w stylu życia i zadaniach, tudzież realnej umiejętności zachowywania całkowitej wstrzemięźliwości sexualnej. Zbadaniu i rozeznaniu w świetle tych kryteriów służą zwłaszcza lata formacji w seminarium. Należy więcej raczej stawiać sobie pytanie: w jakim stanie życia mogę, tzn. mam zdolność bardziej miłować Boga i bliźnich? Nie chodzi o odpowiedź ogólną, obiektywną, lecz o własne, indywidualne zdolności. Wprawdzie obiektywnie powołanie duchowne bardziej zawiera i wyraża miłość Boga i bliźniego, jednak równocześnie sam wybór tego powołania nie gwarantuje realizacji. W pewnym sensie, u osób pewnego rodzaju, stan duchowny może raczej sprzyjać egoizmowi i tym samym skarłowaceniu duchowemu, a nawet ludzkiemu. 

4. Oczywiście zarówno powołanie duchowne jak też życie w małżeństwie wymaga pracy nad sobą i ofiary ze siebie. Zaletą stanu duchownego pod tym względem są liczne pomoce w życiu duchowym, począwszy zwłaszcza od dostępności spowiedzi, poprzez codzienny czas na Mszę św. i modlitwę, aż po obowiązkowe doroczne rekolekcje. Pomocą w stanie małżeńskim są natomiast codzienne trudy i troski rodzinne, począwszy od konieczności utrzymania rodziny i wychowania dzieci, poprzez wzajemną pomoc, aż po dzielenie się problemami i wspólne szukanie rozwiązań, tudzież wskazywanie na niedoskonałości i błędy, oraz zachęty do pracy nad sobą. 

5. Wraz z powołaniem Pan Bóg wyposaża człowieka w zdolność sprostania jemu. Nie oznacza to, jakoby przyjęcie i wierność powołaniu nie wymagała wyrzeczeń, ofiar, zmagania się z własnymi słabościami i pokusami. Naturalny pociąg do założenia rodziny jest czymś normalnym i dobrym. Powołany do kapłaństwa powinien, a nawet musi mieć zdolność do bycia ojcem rodziny, gdyż jest to także powołanie do ojcostwa, aczkolwiek duchowego. Kapłańskie ojcostwo wymaga rezygnacji z własnej biologicznej rodziny i tym samym z pożycia sexualnego. Z drugiej strony ojciec rodziny, który jest pobożny, musi niekiedy zrezygnować nawet z ulubionych praktyk religijnych, jeśli wymagają tego obowiązki stanu jak opieka nad małżonką i dziećmi, zarabianie na ich utrzymanie itp. Pod tym względem wyrzeczenia ojca rodziny są większe, gdyż dotyczą spraw religii i duchowych, które są piękniejsze i wspanialsze niż cielesne. 


P. S. 1

Pewien życzliwy człowiek wskazał na następujący fragment z pism św. Alfonsa:

Potwierdza on to, co podałem wyżej. Św. Alfons nie mówi, jakoby osoba, która nie podążyła za powołaniem, nie osiągnie zbawienia. Chodzi o zasadę, że powołanie należy do porządku wynikającego z Bożej Opatrzności. Oznacza to między innymi, że powołanie odpowiada po pierwsze naturalnym predyspozycjom osoby, a po drugie zadaniom, jakie ta osoba może i powinna spełnić w służbie Bogu i ludziom. Tym samym odrzucenie powołania jest odrzuceniem nie tylko tego zadania, lecz takie decyzją w pewnym sensie przeciwną zdolnościom i możliwościom tej osoby. Dlatego właśnie trudniej jest takie osobie osiągnąć zbawienie. Zbawienie nie zależy więc bezpośrednio od pójścia za powołaniem, ale owszem pośrednio. 

Warto zapoznać się także z tym textem, skierowanym do konkretnej osoby, gdzie św. Alfons mówi, ż osiągnięcie świętości bez pójścia za powołaniem jest możliwe, aczkolwiek jest trudniejsze:


Należy mieć na uwadze różnicę między uświęceniem a zbawieniem. Oczywiście osiągnięcie świętości oznacza także osiągnięcie zbawienia, jednak nie odwrotnie. Bowiem zbawienie osiąga się także wtedy, gdy do nieba się udzie przez czyściec, nie bezpośrednio do nieba, jak w przypadku świętych w potocznym znaczeniu. 


P. S. 2

Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie udaje się opublikować odpowiedzi pod komentarzami, dlatego odpowiadam tutaj:

Wyjaśniam po kolei. 

1. Wszystkie dusze w niebie (po zmartwychwstaniu ciał także ciała) radują się pełnią bliskości Boga, na ile jest to możliwe dla stworzenia. Nie należy ściśle trzymać się obrazu dworu niebiańskiego, gdzie jest różna odległość od tronu. Nie na tym polega hierarchia niebiańska, ponieważ Bóg nie jest ograniczony czasoprzestrzenią i każdy święty w niebie jest tak samo blisko Jego. Zresztą swojego miejsca w niebie nie można ani wybrać, ani na niego zasłużyć, gdy miejsca są "przydzielane" przez Boga, analogicznie do zadań i powołań na ziemi. Innymi słowy: świętość na ziemi - wraz ze stopniem świętości - jest kontynuowana i spełniana w niebie. Należy pamiętać, że im wyższy urząd i pozycja na ziemi, tym większa odpowiedzialność i tym samym trudniejsza droga do świętości. Nie przypadkowo np. Dante Alighieri umieścił w swojej poetyckiej wizji piekła także wielu papieży i biskupów, także władców świeckich. Równocześnie należy mieć na uwadze, że Pan Bóg dając powołanie, także uzdalnia to jego wypełnienia i daje odpowiednie środki, aczkolwiek wymaga także współpracy i wysiłku człowieka, zwłaszcza jego ofiarności z miłości. 

2. Powołanie należy do porządku Bożej Opatrzności, czyli takiego biegu wydarzeń historii, w tym także historii każdego człowieka, że służy to najlepiej zbawieniu dusz, oczywiście nie niwecząc wolnego wyboru człowieka. Kluczem są słowa Pana Jezusa do bogatego młodzieńca: "jeśli chcesz być doskonały...". Oznacza to, że Duch Święty daje natchnienie dążenia do doskonałości, ale od decyzji człowieka zależy, czy pójdzie za tym natchnieniem. Przykładowo: ktoś lubi się modlić, medytować, czytać książki teologiczne, ale wymaga to rezygnacji z przyjemności, którym by także mógł poświęcić czas i pieniądze (książki kosztują). Pan Bóg nie zmusza do modlitwy, daje tylko wewnętrzny pociąg, ale pójście za nim, zwłaszcza regularne i na zawsze wymaga świadomego wyboru, z którym wiążą się wyrzeczenia. 

3. Naturalna skłonność do płci przeciwnej jest w pewnym sensie nawet warunkiem powołania, oczywiście o ile nie jest tylko pożądaniem jest wyrazem zdolności do bycia mężem i ojcem. Łaska buduje na naturze i ją podnosi, udoskonala, także w tej dziedzinie. Jeśli ktoś nie jest zdolny i chętny do oddania się jako mąż i ojciec w dozgonnej wierności, to nie także nie jest zdolny do wypełnienia obowiązków stanu jako duchowny. Stan duchowny to nie starokawalerstwo ubrane w sutannę, lecz wyższa forma ojcostwa, miłości i wierności nie tylko wobec Boga lecz także wobec ludzi. Przykład: właściwie chyba każdy kapłan przeżywa w jakimś stopniu kryzys powołania i tym samym pokusę porzucenia kapłaństwa. Jeśli ma odpowiednie, wierne i odpowiedzialne podejście, to pomyśli wtedy o wiernych, którzy potrzebują nauczania wiary, sprawowania sakramentów, pomocy duchowej. Jest to bardzo podobne do sytuacji męża i ojca, który powinien mimo trudności trwać przy żonie i dzieciach, to znaczy bardziej myśleć o ich potrzebach niż o sobie. 

4. Oczywiście może się pojawić pokusa typu żalu z powodu niedoznania współżycia sexualnego. Świadoma rezygnacja z tego doznania jest oczywiście ofiarą, ale równocześnie zasługą i probieżem łask potrzebnych do wypełniania posługi duchownej. Pan Bóg daje jednak także pomoc, szczególnie w spowiedzi i poradnictwie duchowym, gdy wierni świeccy, także żyjący w małżeństwie przychodzą ze swoimi problemami związanymi także z pożyciem sexualnym. Duszpasterz poznaje wtedy, jak bardzo delikatna, skomplikowana i w pewnym sensie niebezpieczna jest ta dziedzina. Także ojciec rodziny nie może współżyć z żoną zawsze wtedy, gdy ma na to ochotę. Dobry mąż i ojciec musi także umieć opanować popęd, co nie jest łatwe, gdy ma blisko siebie kobietę, która się mu podoba i którą kocha. 

5. Różnica między stanem kapłańskim i zakonnym polega na sakramencie święceń, aczkolwiek, jak wiadomo, są także zakonnicy, którzy są kapłanami. Przyjęcie święceń oznacza większe zadanie i większą odpowiedzialność. Nie ma jednak żadnej sprzeczności między byciem kapłanem i byciem zakonnikiem, ponieważ każdy kapłan zobowiązuje się do życia według rad ewangelicznych, choć nie składa ślubów zakonnych. W przypadku kapłana zobowiązanie to wynika z sakramentu święceń, który ontologicznie "wchłania" i upodabnia do samego Jezusa Chrystusa. 

6. Motywacja z powodu większych zasług jest właściwie egoistyczna i zwykle się rychło wypala, szukając po jakimś czasie realizacji dla swego ego w dziedzinie bardziej zmysłowej, nierzadko świeckiej. Gdy dochodzi do tego już po przyjęciu święceń czy złożeniu ślubów zakonnych (a taka motywacja powinna wykluczać od ich przyjęcia), wówczas dochodzi do tragedii, o ile nie nastąpi nawrócenie czyli odwrócenie od egoizmu. 

7. Właściwym sposobem rozeznania powołania jest przede wszystkim kierownictwo duchowe u stałego spowiednika. Z nim należy omówić tę sprawę. Jeśli kierownik duchowy poprze myśl o powołaniu, bądź przynajmniej da zielone światło, wówczas należy się ubiegać o przyjęcie do seminarium czy zakonu z zamiarem realizacji dobrego pragnienia (z dobrych pobudek) oraz bliższego rozeznania powołania. Pobyt w seminarium zapewnia odpowiednie warunki i środki ku temu. Oczywiście należy być gotowym przyjąć wolę Bożą. 

Czy zatwierdzenie fałszywych słów Konsekracji powoduje ich ważność?

 


Wypowiedź nie jest do końca jasna, jednak w tym brzmieniu jest fałszywa, gdyż przynamniej może zawierać poważny błąd.

Otóż według sakramentologii katolickiej słowa sakramentalne, czyli tzw. forma sakramentu jest ustanowiona przez samego Jezusa Chrystusa i jest tym samym niezmienna. Tym samym ani Stolica Apostolska ani ktokolwiek inny nie ma prawa zmieniać tych słów, także w tłumaczeniach. Zmiana tych słów - dokonana przez kogokolwiek - powoduje nieważność sakramentu, w tym wypadku Konsekracji. 

Rubryki Missale Romanum z 1962 r. (w części Ritus servandus) podają, jakie słowa stanowią formę sakramentalną:

 

W rubrykach Novus Ordo Pawła VI nie podano, które słowa są istotną formą sakramentu. Równocześnie zmieniono formułę Konsekracji, co miało fatalne skutki przynajmniej psychologiczne, pedagogiczne i pastoralne, gdyż zasugerowało fałszywie, jakoby nawet słowa Konsekracji były dowolnie zmienialne. To oczywiście zachęciło do dalszych i swawolnych zmian, jak chociażby w fałszywych tłumaczeniach "pro multis" jako "za wszystkich". Te ewidentnie fałszujące tłumaczenia niestety zostały zatwierdzone przez kongregację watykańską. 

W formule Konsekracji wprawdzie odróżnia się słowa istotne (essentialia), czyli konieczne dla ważności, od słów nieistotnych, które nie są konieczne dla ważności. Według klasycznych podręczników dogmatyki katolickiej (dokładniej: sakramentologii, jak na przykład tutaj), opierających się na nauczaniu Magisterium Kościoła, zwłaszcza Soborów Florenckiego (Decretum IV) i Trydenckiego (sesja XIII, De Eucharistia cap. I), słowa istotne to:

"Hoc est enim corpus meum"

oraz

"Hic est enim calix sanguinis mei".

Pozostałe słowa nie są istotne dla ważności Konsekracji. 

Tym niemniej nikomu nie wolno zmieniać słów Konsekracji także w tłumaczeniach, jak orzekło Święte Oficjum w swoim upomnieniu z 1958 roku: 



Podsumowując:
Ważność (nie przez wszystkich uznawana) zmienionych lub fałszywie przetłumaczonych słów Konsekracji nie wynika z zatwierdzenia, lecz z faktu, że zmiany dotyczą słów nieistotnych dla ważności. 

Co znaczy, że Bóg jest Osobą?


Precyzyjnie należy mówić, że Bóg jest Bytem osobowym, czyli mającym osobowość. Osobowość oznacza wyposażenie w rozumność i wolę, które istnieją w Bogu w najwyższym, transcendentnym (przewyższającym wszystko) i absolutnym (niezależnym od wszystkich innych bytów) stopniu. 

W innym aspekcie mówimy, że Bóg jest jednością Trzech Osób. Każdą z Osób Boskich cechuje rozumność i wola, które są zjednoczone w jednej naturze (natura, φύσις) i istocie (essentia, οὐσία). Można powiedzieć, że osobowość Boga istnieje i realizuje się w Osobach Trójcy stanowiących istotową jedność. 

Nie ma to oczywiście nic wspólnego z arianizmem, gdyż arianizm polega na negacji współistotności Syna Bożego z Ojcem, czyli negacji boskości Syna, która jest równa boskości Ojca. 

Czy ministrantowi wolno wystawiać Najświętszy Sakrament?

 


Opisana sytuacja jest skrajnym nadużyciem, które należy niezwłocznie zgłosić władzom diecezjalnym oraz Kongregacji ds. Kultu Bożego w Rzymie.

Wystawienie Najświętszego Sakramentu i tym samym przeniesie monstrancji może dokonać wyłącznie kapłan lub diakon. W wyjątkowych sytuacjach, gdy NIE JEST MOŻLIWE uczynienie tego przez kapłana lub diakona, może to uczynić ustanowiony akolita, czyli mężczyzna, który otrzymał tzw. posługę akolity (niegdyś był to stopień niższych święceń). Skoro celebrans zlecił tę czynność ministrantowi i to bez konieczności, to zgrzeszył ciężko i powinien zostać ukarany. 

Tym bardziej, że sytuacja konieczności widocznie nie miała miejsca, skoro celebrans się porusza i są też inni kapłani w parafii czy w pobliżu. 

Czy możliwe są zmiany w nauczaniu Kościoła?

 


Odpowiedź jest właściwie krótka: nie są możliwe zmiany w nauczaniu prawd wiary i moralności opartych na Bożym Objawieniu, poznawalnych czy to rozumowo czy przez wiarę nadprzyrodzoną. Ta niemożliwość wynika z tego, że Kościół nie może się mylić w takim nauczaniu. Tym samym każda zmiana w tych dziedzinach nie jest nauczaniem Kościoła, niezależnie od tego, jaką ma formę i od kogo pochodzi. 

Możliwy jest owszem rozwój w nauczaniu, polegający na organicznym budowaniu na poprzednich dokumentach Magisterium, czyli na precyzowaniu, wyjaśnianiu, dodawaniu głębszych poznania prawd objawionych. Oczywiście wykluczone jest przy tym zaprzeczanie treści poprzednich dokumentów, zarówno wprost jak też pośrednie. 

Jeśli zauważa się sprzeczność między poszczególnymi dokumentami, to należy najpierw zbadać bliżej i dokładniej ich właściwy sens. Samo zestawienie poszczególnych zdań nie wystarczy, zwłaszcza gdy są wyrwane z kontextu. Dopiero całościowe rozumienie w kontekście umożliwia rzetelne odczytanie treści i porównanie. 

Gdy porównanie prowadzi nieuchronnie do stwierdzenia sprzeczności, wówczas należy zastosować prostą zasadę również wynikającą z istoty i natury Kościoła: wielowiekowe trwałe nauczanie Kościoła ma nie tylko pierwszeństwo przed nowym nauczaniem, lecz stanowi kryterium oceny treściowej i tym samym uznania albo odrzucenia, niezależnie od aspektu formalnego nowego nauczania czyli jego formalnej rangi. 

Czy polityk głosujący za "in vitro" popada w exkomunikę?

 


Kodeks Prawa Kanonicznego mówi o automatycznej karze exkomuniki za udział w dokonanym zabiciu płodu ludzkiego:


Nie wystarczy więc zamiar, ani pozwolenie na zabicie, także prawne, by zaszła automatyczna exkomunika (latae sententiae), czyli kara nie wymagająca wymierzenia przez dekret biskupi. 

Kluczowe pojęcie "procurat" odnosi się do każdego sposobu udziału w dokonanym zabiciu, nie tylko do fizycznego wykonania przez lekarza. Może to dotyczyć także stworzenia warunków prawnych czyli legalności zabicia. Trudność jednak polega na wykazaniu bezpośredniego związku między danym aktem prawnym, którego sprawcą jest polityk, a dokonanym zabiciem, przy czym istotna jest także świadomość przyczynienia się do zabicia. 

Warto się zapoznać z wyjaśnieniem Kongregacji Nauki Wiary:



Analogicznie kanon należy odnieść do tzw. zapłodnienia in vitro, które samo w sobie zakłada i zawiera zabicie ponadliczbowych zarodków (embrionów) czyli istot ludzkich. Także tutaj istotny jest bezpośredni związek oraz świadomość w zachowaniu danego polityka. 

Jeśli nie jest jasne zachodzenie automatycznej kary exkomuniki, biskup miejsca powinien wyjaśnić oraz nałożyć karę dekretem (ferendae sententiae). Wskazane jest, by konferencja biskupów danego kraju podjęła wspólne adekwatne kroki prawne. 

Kiedy nauczyciel ma obowiązek pouczać?

 

Funkcja nauczyciela polega na pomocy rodzicom w ich obowiązku wychowania i kształcenia. Innymi słowy: wychowanie i kształcenie dzieci jest pierwotnie i zasadniczo obowiązkiem rodziców. To oni zlecają te zadania nauczycielom w zakresie, którego sami nie są w stanie wypełnić. W tym znaczeniu obowiązki nauczyciela są delegowane przez rodziców, przez nikogo innego, także nie przez państwo. To oni są ostatecznie odpowiedzialni za wychowanie i wykształcenie swoich dzieci. Na tym polegają ich prawa i zarazem obowiązki rodzicielskie wynikające z prawa naturalnego. 

Tym niemniej nie są to prawa absolutne, lecz powiązane i zależne od praw dziecka jako osoby ludzkiej, a także od praw innych osób. Gdy w sposobie wykonywania praw i obowiązków rodzicielskich zagrożone czy gwałcone są prawa czy to dziecka, czy innych ludzi - na przykład przez uczenie dziecka popełniania przestępstw - wówczas zachodzi obowiązek sprzeciwu i ograniczenia wykonywania praw rodzicielskich, oczywiście gdy sytuacja jest pewna i jasna. Jest owszem problem w określeniu prawnym przypadków zasadności takowej interwencji społeczności czy nawet państwa, jednak zasada jest prosta: chodzi o fundamentalne prawa człowieka, których podmiotem jest tak samo dziecko jak też inni ludzie. 

Oznacza to: gdy w grę wchodzi życie innych osób, konkretnie zabijanie dzieci nienarodzonych czyli ich prawo do życia, wówczas nauczyciel ma nie tylko prawo ale wręcz obowiązek skorygować fałszywe poglądy, niezależnie od poglądów czy zgody rodziców. 

Co zrobić z cząstkami Ciała Chrystusa na maseczce?

 


Nie całkiem rozumiem, w jaki sposób cząsteczki miałyby się dostać na maseczkę. Chodzi chyba o sytuację, gdy maseczka jest opuszczona na brodę, a Komunia jest udzielana bez pateny bądź patena jest stosowana niechlujnie. 

Jeśli jest podejrzenie, że cząstki Ciała Pańskiego znalazły się na maseczce, wówczas należy maseczkę zwinąć, zabezpieczyć przed strzepaniem cząstki, a następnie zamoczyć w czystej wodzie, wypłukać dwukrotnie, oraz wodę oddać do sacrarium, czyli otworu za ołtarzem, który przeznaczony jest do usuwania wody z pierwszego prania bielizny kielichowej. W normalnych warunkach powinni się tym zajmować duchowni, jednak obecnie niestety nie są kształceni według tradycyjnych reguł. W takiej sytuacji osoby świeckie mogą i powinny postarać się o zastosowanie tych reguł. 

Koniec katolicyzmu kremówkowego

 

Powyższy tytuł brzmi owszem patetycznie, odpowiada jednak procesowi, który jest zauważany chyba przez wszystkie strony: film publicystyczny atakujący długoletniego sekretarza osobistego najpierw arcybiskupa i kardynała Karola Wojtyły, a następnie papieża Jana Pawła II, w pewnym sensie wyznacza koniec pewnej związanej z tym imieniem epoki. Fragment mówiący o postulowaniu anulowania kanonizacji papieża-Polaka jest tego ostrym wyrazem. Nie są tutaj istotne możliwości realizacji oraz implikacje tego postulatu. Istotny jest fakt jego postawienia oraz tegoż motywy i racje. 

Film nie jest bezstronny. Co zresztą nie zaskakuje, gdyż chodzi o producenta znanego z lewacko-antykatolickiej linii. Wzmianka o zmarłym abpie Józefie Życińskim, który rzekomo miał się angażować w Watykanie przeciw duchownym przestępcom sexualnym, świadczy dość wyraźnie o preferencjach kościelno-politycznych (należy pamiętać, że Życiński zawdzięczał swoją karierę systemowi wojtyliańskiemu i był mocno w nim osadzony). Tym niemniej słusznie ukazuje pewne fakty i powiązania, których szczegóły dotychczas nie docierały do szerokiej publiczności, choć istota spraw jest od dawna znana. Nowością jest dążenie do rozliczenia kardynała Dziwisza z roli u boku Jana Pawła II, zwłaszcza w ostatnim okresie jego życia. 

Dla pełności obrazu i tym samym sprawiedliwej oceny należałoby jednak ukazać wiele więcej wątków, zwłaszcza politykę personalną Jana Pawła II, jego relacje z Kurią Rzymską oraz z poszczególnymi biskupami, zwłaszcza w Polsce. Nie bez znaczenia są stosunki z innymi organizacjami, zwłaszcza takimi jak Opus Dei, tzw. charyzmatycy, tzw. neokatechumenat, wspólnota Sant' Egidio itp., gdyż także one nabrały znaczenia i wpływów za jego rządów, nie tylko "Legia Chrystusa". W każdym razie fałszywy jest obraz, jakoby tylko ta ostatnia organizacja (sam zakon wraz z przybudówkami świeckich) cieszyła się sympatią i poparciem najbliższego otoczenia papieża. 

Na pewno kluczem do zrozumienia stosunku papieskiego prywatnego sekretarza do nich nie są korzyści materialne same w sobie. Nie wiemy wprawdzie, czy i jakie prywatne korzyści odnosił obecny kardynał Dziwisz, jednak raczej nic nie wskazuje na działanie w swoim prywatnym interesie. Jeśli przyjmował znaczne sumy dzięki swojej pozycji w domu papieskim, jak wynika z filmu, to przeznaczał je raczej na cele kościelne i charytatywne. 

Kluczowym jest pytanie: Dlaczego tuszował oskarżenia o nadużycia sexualne? Jeśli nie miał podstaw do traktowania ich jako niewiarygodne, a tym samym uznawał bądź przynajmniej dopuszczał ich prawdziwość, to na jakiej podstawie przeszkadzał w pociągnięciu winnych do odpowiedzialności? Skoro nie odnosił prywatnych korzyści - a na to wszystko wskazuje - to moim zdaniem odpowiedzi należy szukać w sferze teologicznej czy quasi teologicznej. 

Obecny kard. Dziwisz nie odbył żadnych specjalistycznych studiów teologicznych. Równocześnie pewne jest, że jego długoletnia najbliższa służba dla Karola Wojtyły musi mieć związek z tegoż poglądami. Ich zażyłość musiała być ugruntowana nawet głębiej niż w poglądach, mianowicie tym bardziej w pobożności i nastawieniu życiowym. Żaden charakter, zwłaszcza tak mocny jak Karola Wojtyły, nie zniósłby dysharmonii w tak bliskiej i długotrwałej relacji, która była relacją domowników, ojcowsko-synowską, oczywiście na płaszczyźnie duchowej. Nawet jeśli ks. Dziwiszowi udawało się utrzymywanie pewnych spraw w tajemnicy przed swoim szefem i ojcem duchowym, to jednak musiało to być zgodne z zasadniczym nastawieniem poglądowo-życiowym tego ostatniego. 

Z tym powodów uważam, że kluczem do zrozumienia postępowania ks. Dziwisza są dwa główne wątki myśli Jana Pawła II, mianowicie:

- tzw. teologia ciała, oraz

- koncepcja miłosierdzia. 

Modna obecnie "teologia ciała" sprowadza się właściwie do teologii sexualności, czyli genitaliów, a nie całego ciała ludzkiego. Tak więc już samo określenie jest przekłamaniem. Owszem, Karol Wojtyła jako filozof i potem jako papież bronił różnicy płci, ich komplementarności, oraz sprzeciwiał się prawnym przywilejom dla związków homosexualnych. Równocześnie jednak jego myślenie - w swoich zasadach zaczerpniętych z fenomenologii - jest niestety podatne na wnioski, które mogą służyć także dla ideologii genderyzmu. Mówiąc najprościej: skoro istotna jest relacja personalna i to oderwana od obiektywnej tożsamości biologicznej (K. Wojtyła zasadniczo nie dokonuje tego oderwania, lecz jest ono immanentnie zawarte w fenomenologii), to dzięki temu można uzasadnić także stosunki oraz związki homosexualne. 

Jeszcze bardziej zaważyły poglądy w kwestii miłosierdzia, konkretnie według koncepcji zawartej w "Dzienniczku" s. Faustyny, której kult dopiero Jan Paweł II nie tylko uwolnił od zakazów Stolicy Apostolskiej, lecz wypromował do rangi największych świętych Kościoła. W tym miejscu nie będę powtarzał teologicznych zarzutów w tej sprawie (por. tutaj). Wystarczy zwrócić uwagę, że działanie ks. Dziwisza można całkowicie wyjaśnić przez pojęcie miłosierdzia bez sprawiedliwości, a to właśnie pojęcie cechuje "Dzienniczek" s. Faustyny. 

Nie jest tajemnicą, że Jan Paweł II rządził Kościołem żelazną ręką. Z wyjątkiem Kurii Rzymskiej, którą praktycznie pozostawił samej sobie. Wykorzystując swoją popularność medialno-masową, budował władzę na osobistym autorytecie. Realnie wzmocnił w ten sposób nie tylko swoją władzę i pośrednio także władzę papieską, lecz również ogólnie władzę w Kościele, która jest pochodna. Wzmocniło to równocześnie poczucie dowolności oraz bezkarności w ramach, które wyznaczała aktualna władza. W połączeniu z osobistym charakterem autorytetu stwarzało to okazję do nadużyć władzy, co także zostało wspomniane w filmie: osobisty sekretarz kard. Macharskiego był tak mocno usadowiony w systemie władzy sięgającym do samego papieża, że czuł się praktycznie bezkarny i de facto uprawniony do praktykowania swoich zboczonych zachcianek. 

Nie trudno zauważyć, że tak zbudowany system musi upaść. Nie ma to nic wspólnego z upadkiem Kościoła. To jest rozkład wojtylianizmu w znaczeniu prywatnych poglądów, które nie muszą mieć wiele wspólnego z autentycznym nauczaniem Kościoła i faktycznie nie mają. Ten system zaczyna się sypać i będzie to widoczne i szczególnie bolesne w Polsce. 

A jest to dopiero początek. Wraz z odchodzeniem ze sceny publicznej następnych bohaterów epoki wojtylianizmu oraz wchodzeniem w dorosłość pokolenia, dla którego pontyfikat Jana Pawła II jest już tylko wspomnieniem rodziców i dziadków, będą nasilały się nie tylko następne odkrycia faktów, lecz także krytyczne analizy teologiczne, filozoficzne, socjologiczne itp. W każdym razie spokojne i trzeźwe całościowe spojrzenie na pontyfikat Jana Pawła II jest dopiero przed nami. 

Od czego zaczynać?

Pod wpływem wydarzeń ostatnich tygodni wywiązała się dyskusja między publicystami katolickimi, a nawet spór. Widać w tym pewne zaszokowanie licznym udziałem młodych ludzi. To właśnie pokolenie ich rodziców wydaje się nie rozumieć tego zjawiska, co jest szczególnie dotkliwe dla tych wychowanych w kulcie "papieża Polaka" i całej epoki ostatnich dekad Kościoła w Polsce. Stanowisko powszechnie znanego publicysty jest dość symptomatyczne. A nie świadczy akurat ani o zrozumieniu sytuacji, ani o podaniu odpowiedniej recepty. 


Z perspektywy teologii katolickiej nie jest zupełnie zaskakujące, że owocem wychowania w duchu modernizmu po Vaticanum II są nie tylko poważne skrzywienia moralne lecz przede wszystkim brak trzeźwego widzenia rzeczywistości. Religijność budująca głównie czy wyłącznie na przeżyciach musi upaść najpóźniej wraz ze zmianą pokoleniową, gdy młode pokolenie nie dzieli i siłą rzeczy nie może dzielić przeżyć religijno-patriotycznych swoich rodziców, tym bardziej dziadków. Sztuczne pompowanie wielkości i autorytetów przeszłości może być tylko kontraproduktywne, tym bardziej im bardziej gra na emocjach, a nie na racjonalnym i tym samym krytycznym podejściu. Oferowanie nowych przeżyć przez pokolenie rodziców swoim dzieciom także nie pomoże, gdyż młodzież zwykle chce sama szukać i wybierać, co w dobie internetu i wielości ofert jest zrozumiałe i nie do uniknięcia. Dlatego wtłaczany w ostatnich dziesięcioleciach bełkot pseudoteologiczny o "spotkaniu z Bogiem", "przeżywaniu liturgii" itp. u myślącego samodzielnie i krytycznie młodego człowieka może wywołać jedynie dystans w najlepszym przypadku, a nierzadko drwinę i szyderstwo, zresztą poniekąd zrozumiałe. 

Od czego więc zaczynać w podejściu do młodzieży? Mówiąc najkrócej: od głowy. Oznacza to:

- od porządkowania myślenia, oraz

- kształcenia elit. 

Nie oznacza to zaniedbywania mniej zdolnych. Także mniej inteligentni są ludźmi myślącymi. Geniusz katolicyzmu polega na tym, że buduje na najprostszych zasadach myślenia, wspólnych wszystkim ludziom. Widać to chociażby w sprawie tzw. aborcji: wystarczy wiedzieć, że dziecko w łonie matki jest człowiekiem. 

Główną bolączką młodzieży jest obecnie - zresztą nie tylko obecnie - brak rozmawiania z nią w sensie brania poważnie ich pytań oraz uczciwego odpowiadania na nie. A ze strony Kościoła jest to możliwe wyłącznie na gruncie zdrowej katolickiej teologii, nieskażonej bełkotami modernizmu. 

Prosty przykład: Gdy w dokumentach Vaticanum II jest powiedziane, że razem z muślimami czcimy jednego Boga, a równocześnie wiadomo (o czym każdy łatwo może się przekonać w internecie, więcej tutaj), że żaden muślim czegoś takiego nie twierdzi, to u normalnie, trzeźwo myślącego człowieka pojawia się przynajmniej dysonans, który już jest w stanie podważyć wiarygodność Kościoła i jego przedstawicieli. 

Inny przykład, bardziej codzienny: Gdy Kościół głosi oficjalnie, że Msza św. jest Ofiarą składaną przez Jezusa Chrystusa, który jest realnie obecny w Eucharystii, a równocześnie z maniakalnym uporem i bez jakiejkolwiek podstawy liturgiczno-prawnej forsuje się stoły (nazywane oficjalnie "ołtarzem soborowym") zamiast ołtarza oraz odwrócenie się celebransa tyłem do Najświętszego Sakramentu, wówczas u każdego trzeźwo myślącego człowieka pojawia się zgrzyt. Nie załatwią tego żadne tłumaczenia o rzekomym równoczesnym charakterze Mszy św. jako uczty oraz o różnych sposobach obecności Jezusa Chrystusa, gdyż to jeszcze bardziej pogłębia zaplątanie i całkiem słuszne podejrzenie o krętactwo. 

Nieskuteczne, a wręcz przeciwskuteczne jest argumentowanie z posłuszeństwa, gdyż tego młodzież szczególnie nie lubi. Natomiast w mentalności modernistycznej, której istotną cechą jest brak racjonalności w sprawach religii, właśnie siła władzy jest głównym, a ostatecznie jedynym "argumentem". Widać to także w związku ze skandalami obyczajowymi wśród duchowieństwa nagłaśnianymi ostatnio. Wszystkie one sprowadzają się do nadużycia władzy i autorytetu, począwszy od samych sprawców aż do ich przełożonych, którzy ich chronili przed sprawiedliwymi konsekwencjami. Nieprzypadkowe jest forsowanie fałszywego miłosierdzia, o czym będzie w osobnym wpisie. 


Film "Czyściec"

 


Temat jest bardzo ważny i na czasie. Właściwie zawsze potrzebne jest informowanie o rzeczywistości czyśćca oraz potrzebie modlitwy za zmarłych. Zakładam, że takie są intencje filmu Michała Kondrata. To stanowi o jego wartości. Jeśli pobudza do reflexji i modlitwy, zwłaszcza ofiarowania Mszy św. za dusze zmarłych, to bardzo dobrze, że powstał i jest rozpowszechniany. 

Cenne są także informacje zwłaszcza o św. Stanisławie Papczyńskim, gdyż są mało znane. Książki Fully Horak nie znam i dlatego nie jestem w stanie ocenić jej treści teologicznej. Być może trzeba by się tym bliżej zająć. 

Jako że dzięki życzliwości pewnych osób dane mi było film obejrzeć, czuję się w obowiązku zwrócić uwagę na jego fragmenty, które z punktu widzenia teologii katolickiej wymagają korekty. Zresztą już taki szczegół jak ustawienie ciała zmarłego tyłem do ołtarza wskazuje na to, że film nie przeszedł solidnej konsultacji teologicznej i kościelnej. Według reguł Kościoła ciało zmarłego świeckiego jest ustawiane twarzą do ołtarza, czyli tak, jak zmarły uczestniczył w liturgii za życia. Jedynie ciało duchownych jest ustawiane twarzą do ludu, co oczywiście nie ma nic wspólnego z rozpowszechnionym kierunkiem celebracji w Novus Ordo, lecz wynika z funkcji nauczania przez duchownych w świątyni, co oczywiście zawsze odbywało się twarzą do ludu. 

Pierwszym poważnym błędem jest mówienie o "Sądzie Ostatecznym" po śmierci. Chodzi oczywiście o sąd partykularny czyli osobisty, który odbywa się nad każdym zmarłym osobno zaraz po śmierci. Natomiast Sąd Ostateczny będzie miał miejsce na końcu świata, po powtórnym przyjściu Zbawiciela. To o nim mówią zapowiedzi Ewangelii. Widocznie ktoś tu nie doczytał nawet w katechiźmie, a duchowni, z którymi film był konsultowany, nie zauważyli tak poważnego błędu. 

Poważny błąd - a nawet przekłamanie - zawarte jest w wystąpieniu kapucyna z San Giovanni Rotondo, gdy właściwie neguje on prawdę o sądzie Bożym, twierdząc, że po śmierci dusza nie jest sądzona, lecz sama decyduje o potrzebie oczyszczenia w czyśćcu. Jest to poniekąd miła fantazja tego kapucyna, nie ma ona jednak nic wspólnego z Pismem świętym i nauczaniem Kościoła. Jest po prostu wymysłem, który jest nie tylko groteskowy lecz także niebezpieczny, ponieważ sugeruje, jakoby dusza po śmierci mogła o czymkolwiek decydować. Według nauczania Kościoła w momencie przejścia do wieczności dusza podlega sądowi Bożemu i nie ma możliwości nawrócenia się. Z powodu oddzielenia od ciała nie ma też swojej woli i tym samym możliwości decydowania. Może jedynie doznawać albo radości wiecznej, albo cierpienia - czy to wiekuistego potępienia, czy przejściowego w czyśćcu. 

Bardzo poważny błędy zawarte są także w wypowiedzi lekarki, która opowiada o przeżyciach osób, które przeszły stan tzw. śmierci klinicznej. Fałszywie definiuje ona śmierć jako zanik aktywności pnia mózgu. Odnosi się widocznie do fałszywej teorii tzw. śmierci mózgu stworzonej na potrzeby biznesu transplantacyjnego, czyli dla usprawiedliwienia wyciągania organów z żywych ludzi, co do których "lekarze" orzekli "śmierć mózgową". Jest to sprzeczne nie tylko ze stanem solidnej wiedzy medycznej, lecz także z teologiczną definicją śmierci. 

- Tzw. teoria śmierci mózgowej opiera się na fałszywym założeniu, jakoby instrumenty pomiarowe były w stanie stwierdzić bądź wykluczyć aktywność mózgu (więcej tutaj).

- Fałszywe jest założenie, jakoby zanik stwierdzalnej przez urządzenia aktywności powierzchniowych areałów mózgu był równoznaczny ze śmiercią. Jest bowiem oczywiste, że ciało człowieka składa się nie tylko z mózgu, lecz także z innych organów, które mogą być - przez jakiś czas - podtrzymywane przy życiu bez udziału stwierdzalnej aktywności mózgu. 

Tym samym przeżycia w stanie tzw. śmierci klinicznej nie mogą dotyczyć stanu po momencie śmierci, lecz najwyżej stanu bliskiego śmierci. Dlatego właśnie wartość dowodowa takich doświadczeń jest właściwie zerowa w kwestii zaspokojenia ciekawości co do tego, co się dzieje z duszą w momencie przejścia do wieczności. 

W wypowiedzi o. A. Posackiego zawarta jest przynajmniej pewna nieścisłość. Nie pamiętam dokładnie każdego jego słowa, ale wydaje mi się, że pomieszał pojęcie nadprzyrodzoności i nadzwyczajności. Otóż działanie nadprzyrodzone pochodzi tylko od Boga, aczkolwiek jego narzędziem mogą być stworzenia. Natomiast działania nadzwyczajne mogą pochodzić także od stworzeń, konkretnie od szatana i demonów. Tutaj o. Posacki słusznie wskazał na istotne różnice między expresjami dusz czyśćcowych a zjawiskami o pochodzeniu demonicznym. 

Wiąże się z tym tematyka posługiwania się przedmiotami materialnymi zarówno przez dusze zmarłych jak też przez demony. Jest o tym mowa zwłaszcza w związku z tzw. muzeum dusz czyśćcowych przy pewnym kościele w Rzymie, oraz z rzekomymi fizycznymi napaściami szatana na św. o. Pio. To jest problematyka tak zwanych materializacyj, o których wypowiadałem się już obszerniej (tutaj). Nie znam tego muzeum, jego powstania i zawartości. Jeśli jego exponaty są wiarygodne, to można je teologicznie wyjaśnić w tego sposób, że Pan Bóg dokonał cudu znaków materialnych jako wezwanie do modlitwy za zmarłych. Każdy cud wyklucza działanie przyczynowosprawcze stworzeń. Dlatego musi być najpierw z całą pewnością wykluczone, że owe exponaty nie powstały w sposób naturalny, czyli że sprawcą nie jest ani człowiek, ani żadna przyczyna materialna, ani duchowa jak demony. 

Co do obrażeń cielesnych doznanych przez o. Pio, przypisywanych szatanowi, sprawa ma się podobnie. Jest oczywiste, że szatan jako istota wyłącznie duchowa nie ma naturalnej mocy ani tzw. materializowania, ani bezpośredniego oddziaływania na przedmioty materialne. Może natomiast mieć jakiś wpływ na istoty żywe czyli na ich ciało, a to poprzez duszę - wegetatywną u roślin, sensualną u zwierząt, duchową u człowieka. Tym samym niemożliwe jest np. bicie przez szatana łańcuchem, jak to zostało przedstawione w filmie. Taka scena jest pokroju okultystycznych opowiadań o rzekomym przesuwaniu mebli przez dusze zmarłych czy demony, co po pierwsze nie ma potwierdzenia empirycznego (te opowiadania pochodzą wyłącznie ze "świadectw" osób parających się okultyzmem czyli tzw. wtajemniczonych), a po drugie jest sprzeczne z filozofią realistyczną i teologią. 

Niejasne i częściowo mylne jest potraktowanie tematu dusz dzieci nienarodzonych. Modlitwa za nie sugeruje, jakoby znajdowały się w czyśćcu, co na pewno nie jest prawdą. Teologicznie dyskutowalne są natomiast takie kwestie jak "limbus puerorum", czyli stan naturalnej szczęśliwości bez oglądania Boga, oraz chrzest pragnienia, który zapewnia im zbawienie, podobnie jak w przypadku dziecka, które rodzice pragnęli ochrzcić, które jednak zmarło bez chrztu sakramentalnego. W tym drugim wypadku - jako że dziecko takie nie ma grzechu osobistego - można by te dusze prosić o wstawiennictwo. 

Na koniec jeszcze uwaga odnośnie jednej kwestii, co do której autor wypowiedzi nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ wypowiada się w zaufaniu do oficjalnego uznania "Dzienniczka" s. Faustyny. X. Dominik Chmielewski cytuje jego fragment zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, że jest on teologicznie fałszywy i wręcz bluźnierczy. Chodzi o rzekome słowa Pana Jezusa, że Jego miłosierdzie nie chce karania dusz w czyśćcu, lecz domaga się tego sprawiedliwość. Nawet jeśli przyjmiemy, że te słowa pochodzą od kogoś nie mającego pojęcia o teologii (i tym samym nie mogą pochodzić od Pana Jezusa), to jednak wymagają sprzeciwu i odrzucenia, gdyż sugerują jakby schizofrenię w Osobie Pana Jezusa i tym samym samego Boga. Do podstawowych prawd teologii katolickiej odnośnie pojęcia Boga należy, iż w Bogu nie ma i nie może być sprzeczności. Tym samym nie ma i nie może być sprzeczności także między Jego miłosierdziem i sprawiedliwością. Tym samym sedno treści "Dzienniczka", polegające po pierwsze na przeciwstawieniu miłosierdzia Boga i Jego sprawiedliwości, a po drugie na wywyższeniu tego pierwszego aż do - przynajmniej praktycznej - negacji tego drugiego przymiotu Boga, jest dogłębnie fałszywe, heretyckie i bluźniercze, nie mające nic wspólnego ani z teologią katolicką, ani nawet z Pismem świętym (więcej w temacie tutaj i tutaj oraz w linkach tam podanych).

Czy grzechem jest opuszczanie nowych wezwań w Litanii Loretańskiej?

 


Ani odmawianie Litanii Loretańskiej, ani tym bardziej jej części nie jest obowiązkiem katolika. Obowiązkiem jest natomiast wyznawanie wiary katolickiej w jej pełni. W jej skład wchodzi prawda, że istotne i ważniejsze jest zbawienie dusz, nie dobrobyt doczesny, który jest celem większości, czy nawet prawie wszystkich imigrantów. Owo wezwanie sugeruje raczej prośbę o dobrobyt doczesny, z pominięciem dobra duchowego, czyli nawrócenia i włączenia do Kościoła Chrystusowego. W danym kontekście stanowi ono dość wyraźnie narzędzie indoktrynacji w duchu bezwarunkowego przyjmowania imigrantów, podczas gdy celem bądź przynajmniej faktycznym skutkiem imigracji jest islamizacja krajów i regionów niegdyś chrześcijańskich. Dlatego zastrzeżenie jest słuszne i wolno, a nawet trzeba wyciągnąć z tego konsekwencje. To znaczy, że bojkotowanie tego wezwania jest zasadne i wskazane. W duchu można i należy zastąpić je prośbą o łaskę nawrócenia dla nich. 

Oczywiście nie jest to wbrew posłuszeństwu kościelnemu. Papież nie jest władcą absolutnym w dziedzinie duchowej, czyli prawd wiary i moralności, lecz ich sługą (najwyżej jako władca świecki, czyli głowa państwa watykańskiego, ma władzę absolutną w znaczeniu politycznym). Jeśli błądzi i wprowadza w błąd w tych sprawach, wówczas nie tylko prawem, ale i obowiązkiem jest sprzeciw. W takiej kwestii jak wprowadzenie nowych wezwań do litanii nie zachodzi nieomylność papieska, ani formalnie, ani tym bardziej materialnie. 

Czy katolik ma obowiązek noszenia maseczki?

 

Odniosę się jedynie do obowiązku z punktu widzenia moralnego, czyli odnośnie powinności moralnej, nie prawnej. 

Decydująca jest tutaj kwestia kompetencji danej władzy, czyli zarówno kościelnej jak i państwowej. 

Wiadomo, że władze kościelne w sprawie zasadniczo jedynie wykonują polecenia czy zarządzenia władz państwowych, co jest osobną kwestią. Rezygnacja z autonomii Kościoła w jego sprawach wewnętrznych - jak prawo i obowiązek przyjmowania sakramentów świętych przez wiernych - jest skandalem. 

Oczywiście państwo nie ma prawa ingerować w życie Kościoła, zwłaszcza liturgii. Dlatego próby takiej ingerencji są bezprawne, czyli sprzeczne zarówno z prawem kościelnym jak też naturalnym i państwowym, więc tym samym nie zobowiązują moralnie nikogo. 

Państwo ma wprawdzie prawo i obowiązek podejmowania działań chroniących dobro wspólne, także życie i zdrowie. Jednak nie może się to odbywać kosztem wyższych dóbr i praw, czyli duchowych, jak godność ludzka oraz wolność praktykowania religii. Konkretnie: państwo ma obowiązek chronić społeczność przed szkodliwym czy zagrażającym zachowaniem lub postępowaniem jednostek, jak np. zarażonych zaraźliwą chorobą. Musi być jednak pewne, że dana osoba 

- jest zarażona, oraz

- choroba jest zaraźliwa, stanowiąc poważne zagrożenie dla zdrowia innych. 

Państwo ma prawo podejmować jedynie środki konieczne, a nie dowolne czy wątpliwe. Ciężar dowodu spoczywa na stronie nakładającej ograniczenia (tzw. obostrzenia), czyli na państwie, nie na obywatelach. Poza środkami koniecznymi państwo ma prawo jedynie apelować i zalecać.  

Władze kościelne natomiast nie mają żadnej kompetencji w kwestii nakładania przepisów zdrowotnych oprócz zdroworozsądkowych wskazań. Może jedynie zalecać - albo nie zalecać - stosowanie się przez wiernych do przepisów państwowych, w zależności od ich zgodności prawem naturalnym, czyli koniecznych według podanych wyżej kryteriów. Przepisy wykraczające poza kompetencję państwa oczywiście nie mają żadnej mocy wiążącej dla nikogo, także dla władz kościelnych. Tym samym władze kościelne nie mają prawa zobowiązywać wiernych do ich przestrzegania. 

Ważna jest jednak także kwestia sankcyj grożących za nieprzestrzeganie tzw. obostrzeń. Z punktu widzenia moralnego należy je także brać pod uwagę, by nie narażać siebie czy rodziny na grabież mienia przez niesprawiedliwe - nakładane wbrew prawu przynajmniej naturalnemu - kary. Konkretnie: jeśli grożąca kara jest tego rodzaju, że poważnie szkodzi egzystencji własnej lub rodziny, wówczas moralnie usprawiedliwiona - aczkolwiek nieobowiązkowa - jest uległość wobec takich ustaw, o ile nie godzą one w dobra wyższe czyli duchowe. 


Czy katolik powinien sprzeciwiać się złu?

 


Temat jest szczególnie aktualny w obecnej chwili, zwłaszcza wobec fałszywych nawoływań ze strony zdradzieckich duchownych, by katolicy zachowywali się biernie wobec fali ataków werbalnych i rękoczynnych. Jak uczy Kościół? Jak nauczał Pan Jezus? Co miał na myśli św. Paweł w słynnych słowach, cytowanych nagminnie o rzekomym obowiązku niesprzeciwiania się złu?

Zacznijmy od tego fragmentu. Konieczne jest oczywiście odczytania go w kontekście zarówno bliższym, jak i dalszym. Chodzi o słowa z Listu do Rzymian (12):


Ostatnie zdanie brzmi w oryginale:


Widać więc, że nie ma nawet śladu uległości wobec zła, lecz wręcz przeciwnie - wezwanie do oporu i walki. 
Oczywiście decydujące jest podanie sposobu zwycięstwa, mianowicie "przez dobro". Nie chodzi tutaj o dobroć w sensie dobrotliwości, łagodności itp., lecz w znaczeniu fundamentalnej wartości (το ἄγατον), należącej do tej samej kategorii co prawda i piękno. Innymi słowy: chrześcijanin ma czynić to, co dobre. Nie musi to oznaczać tego, co potocznie czy może nawet zwykle uważa się za dobre jak np. potulnej uległości. 
Oznacza to również, że nie wystarczy bierny opór. Zwycięstwo nie jest wynikiem bierności, lecz odpowiedniego działania i wyższej skuteczności. Dotyczy to także środków działania. Nie muszą i nie mogą być one takie same jak to stosowane przez zło. Jednak muszą być adekwatne, by skutecznie powstrzymały zło i zwyciężyły. 

Konieczne jest oczywiście starcie. Niekoniecznie powinno ono mieć miejsce na polu podyktowanym przez zło. Zło nie ma prawa narzucać ani terenu starcia, ani środków. 

Jako że chodzi o walkę co do istoty duchową, dlatego paradygmatem jest starcie Pana Jezusa z szatanem, ukazane w opisie kuszenia (Mt 4). Jest ono tym bardziej znaczące, gdyż chodzi o walkę z pozycji jakby słabości: Pan Jezus, po ludzku osłabiony czterdziestodniowym postem, wydaje się szatanowi podatnym na pokusy i to nawet te najprostsze, najbardziej przyziemne i ludzkie. Jak można zastosować to wzorcowe zwycięstwo Zbawiciela do aktualnej sprawy i sytuacji?

1. Kuszenie chlebem odnosi się do prymatu wartości duchowych, zarówno samych w sobie, jak też w człowieku. Potrzeby duchowe należy stawiać wyżej i ponad potrzebami doczesnymi, aczkolwiek także te ostatnie mają swoje znaczenie i uprawnienie, oczywiście w hierarchii wartości. Tak więc w obecnej sprawie prawnej ochrony życia dzieci nienarodzonych nie chodzi tylko czy przede wszystkim o byt biologiczny i pomyślność materialną, lecz o duchową godność zarówno tych niewinnych istot, jak też o godność narodu i państwa, które powinno respektować i chronić godność wszystkich, nie tylko dorosłych, zdrowych i sprawnych. 

2. Kuszenie fałszywą pobożnością jest szczególnie aktualne w tej sprawie. Otóż nawołujący do zaniechania oporu wobec zła, a także wobec złego prawodawstwa pozbawiającego ochrony życia nienarodzonych, myślą dokładnie po linii szatana: katolicy powinni się zdać na cudowne działanie Boga, samowolnie prowokując zagrożenie dla życia swojego oraz innych, zwłaszcza słabych i bezbronnych. Jest to mało subtelny, aczkolwiek ponętny, bo bardzo wygodny sposób wystawiania Pana Boga na próbę. Wynika on właściwie z niewiary i niedowierzania, a w aktualnej sprawie z braku wierzenia po katolicku, za to po protestancku. 

3. Pokusa władzy dotyczy szczególnie rządzących, ale nie tylko. To głównie rządzący kierują się głównie logiką utrzymania się przy władzy, której już zakosztowali i nie mają ochoty oddać. Dla tego powodu gotowi są nawet oddać pokłon krzykliwej potędze zła. Dotyczy to także tych, którzy współpracują z władzą, bądź dążą do jej zdobycia, w imię czego gotowi są ukorzyć się przed hałaśliwym, wulgarnym i agresywnym motłochem. Katolik natomiast nie kłania się złu, nawet jeśli jest z tego powodu atakowany i poniżany. Świadomy swojej pozycji, czyli stanowczego trwania po stronie prawa Bożego, wykonuje władzę, która nie jest jego, lecz od samego Boga pochodzi. Jej mocą może i powinien na wzór Jezusa Chrystusa nie tylko wypowiadać zdecydowanie "idź precz, szatanie!", lecz także odpowiednio działać, to znaczy usuwać działanie i pokusy szatańskie, zarówno wobec siebie jak też bliźnich, na ile to możliwe, przy użyciu wszelkich godziwych środków, zwłaszcza duchowych, ale także fizycznych. 

Tak właście zawsze nauczał i działał Kościół przez swoich pasterzy i świętych. Oby ich nam obecnie nie zabrakło. 

Jak przekonać ateistę o niemoralności aborcji?

 


Pytanie odnosi się do argumentu, że tzw. aborcja skraca bądź usuwa cierpienie. 

W tym argumencie zawartych jest kilka błędów myślowych, mianowicie: 

1. Mniemanie, jakoby można było dysponować życiem osoby cierpiącej względnie narażonej na cierpienie. 

2. Uznanie życia w cierpieniu za mniej czy bezwartościowe.

3. Ułuda, jakoby możliwe było życie bez cierpienia.

4. Nieliczenie się z faktem cierpienia właśnie w wyniku aborcji, co do którego są niezaprzeczalne dane empiryczne (tzw. syndrom postaborcyjny). 

Rzeczywiście, odgrywa tutaj pewną rolę brak zrozumienia wartości cierpienia. Świadczy to o braku zdroworozsądkowego myślenia, ponieważ nie istnieje życie bez cierpienia, a ucieczka przed cierpieniem w ogóle ułudą, której logiczną konsekwencją może być tylko samobójstwo. Widocznie osoby tak myślące przynajmniej przeczuwają tę konsekwencję, jednak brak im odwagi przyznania się do niej oraz dokonania, a zastępczo szukają rozwiązania w zabiciu innej osoby czy innych osób, co jest oczywiście patologiczne. 

Ktoś, do kogo dociera, że nie jest możliwe życie bez cierpienia, może próbować argumentować odnośnie skali cierpienia, mianowicie, że należy minimalizować cierpienie, skoro nie można go zupełnie uniknąć. Także tutaj zawarty jest błąd myślowy, polegający na uzurpowaniu sobie prawa decydowania o czyimś życiu w imię minimalizacji własnego cierpienia. Nie trudno dostrzec, że także takie nastawienie jest patologiczne przynajmniej w zarodku i prowadzi do patologicznych zachowań. Jest to wyraźnie widoczne właśnie w sprawie aborcji: ponieważ dziecko w łonie matki jest bezbronne, to łatwo jest dysponować jego życiem z pominięciem jego praw na podstawie zwykłego faktu biologicznego, że jest to człowiek. 

Jak widać, można to nastawienie obalić już w ramach prawa naturalnego poznawalnego czysto rozumowo, czyli bez odwoływania się do Bożego Objawienia. 

Dodać należy, że nikt nie ma prawa decydować o tym, czy życie innej osoby - także niepełnosprawnej i cierpiącej - ma sens czy nie ma. 

Sens jest innym określeniem na cel życia, który świadomy. Sens nie jest tworzony przez świadomość, lecz jest przez nią poznawany. W tej sprawie często zachodzi znowu błąd myślowy, wpajany zwłaszcza przez fałszywą filozofię kantyzmu i jego pochodnych. Według tego myślenia rzeczy same w sobie - i tym samym ich cel - nie są poznawalne, lecz ich sens jest nadawany przed podmiot poznający. Jaskrawie wyraził to Hegel w swoim słynnym powiedzeniu (na pytanie studenta podczas wykładów), że gdy teoria nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów:


Niestety jest to myślenie dość rozpowszechnione obecnie, aczkolwiek bardziej praktycznie niż teoretycznie. Logicznie jest ono absurdalne, jednak de facto często stosowane.  

Jak przekonać ateistę, agnostyka czy w ogóle poganina o wartości cierpienia? 

Właściwie wystarczy wskazać na proste doświadczenie życiowe. Także matka rodząca zdrowe dziecko nie jest w stanie uniknąć cierpienia. Ani ona, ani nikt nie wie, czy to dziecko nie zachoruje, nie będzie cierpiało i nie umrze w młodym wieku, czy to w wyniku w wypadku, czy na nieuleczalną chorobę. Rodzice pragnący potomstwa decydują się na opiekę nad nim, a to znaczy także nieprzyjemne obowiązki jak przewijanie, karmienie nocą, troski w razie choroby, także trud wychowania i poważne ograniczenie swojej wolności, wypoczynku, zaspokajania swoich potrzeb i zachcianek. Podobnie jest w każdej innej dziedzinie życia: nie ma sukcesu szkolnego ani zawodowego bez żmudnego uczenia się, wysiłku, rezygnacji z przyjemności itp. To są wszystko sposoby świadomie i dobrowolnie podjętego cierpienia, co wyrazili już starożytni Rzymianie w powiedzeniu: per aspera ad astra (= przez trudy do gwiazd). 

Czy moralnie usprawiedliwiona jest aborcja dla ratowania życia matki?

 


Należy mieć na uwadze definicję tzw. aborcji. Jest to działanie zmierzające do zabicia dziecka w łonie matki. Są różne metody wykonania, jednak istota i cel jest ten sam. Medycznie można to dość dokładnie określić. Motywacja dokonania tego zabicia nie jest istotna dla oceny moralnej, ponieważ życie człowieka niewinnego - także dziecka w łonie matki - nie podlega niczyjej dyspozycji dla jakichkolwiek celów. Innymi słowy: nie ma moralnego usprawiedliwienia dla zabicia dziecka dla (rzekomego) ratowania życia matki. Katechizm Kościoła Katolickiego, referując stałe nauczanie Kościoła, mówi: 

Istotne jest tutaj każde słowo: mianowicie chodzi o zabicie

- bezpośrednie

- niewinnej osoby, jaką jest dziecko, które jest w dodatku bezbronne. 

Są natomiast moralnie dozwolone działania mające na celu ratowanie życie matki, których skutkiem ubocznym może być czy nawet z pewnością będzie śmierć dziecka. Lekarze powinni o tym jasno poinformować matkę i pozostawić jej wybór. 

Tutaj jest właśnie problem, gdy lekarze traktują dziecko nienarodzone jako pozbawione praw osobowych, którego życiem można dowolnie dysponować. Jest to oczywiście sprzeczne z prostymi faktami biologicznymi, niezależnie od światopoglądu, ponieważ według wiedzy biologicznej istnienie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia, a nie dopiero w którymś momencie okresu brzemiennego czy wraz z narodzeniem. Nieliczenie się z tym faktem biologicznym - a jest ono uwarunkowane irracjonalnymi przesądami światopoglądowymi - może mieć konsekwencje dla wyboru metody medycznej. Tacy lekarze zapominają nawet o przysiędze Hipokratesa, która ich moralnie zobowiązuje,  a jej pierwszą zasadą jest "non nocere", czyli nieszkodzenie - ani matce, ani także dziecku w jej łonie. Lekarz jest moralnie zobowiązany do wyboru takiej metody, która nie zagraża bezpośrednio ani życiu dziecka, ani życiu matki. Lekarz ani nikt nie ma prawa decydować, czyje życie należy zakończyć, a czyje warto ratować. Jego powołaniem i zadaniem jest ratowanie każdego życia ludzkiego. Jedynym kryterium odnośnie priorytetu jest to, czyje życie jest bardziej zagrożone i bardziej potrzebuje pomocy.