Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy wolno odebrać dziecko rodzicom?


Chodzi o słynną sprawę pochodzącego z rodziny żydowskiej chłopca Edgardo Mortara. 

W dyskusji co do tej sprawy często, nawet zwykle pomija się właściwe, istotne tło teologiczne, co prowadzi do fałszywych oskarżeń mających obciążać Kościół. 

Zasady Kościoła są takie:

- Warunkiem legalnego, godziwego ochrzczenia dziecka jest wola bądź przynajmniej zgoda rodziców na jego katolickie wychowanie, wraz z realnym zapewnieniem takiego wychowania, nawet jeśli rodzice nie są w stanie tego zapewnić. Dlatego służąca, która ochrzciła tego żydowskiego chłopca działała nielegalnie, wbrew prawu kościelnemu, choć oczywiście w dobrej wierze i w szczerym zatroskaniu o to dziecko. 

- Skoro dziecko zostało ochrzczone, to obowiązkiem Kościoła było zapewnienie dziecku katolickiego wychowania. Tego wymaga godność i powaga sakramentu Chrztu św. Skoro rodzice nie mogli a raczej nawet nie chcieli zapewnić tego wychowania, konieczne było zatroszczenie się o to przez państwo kościelne, co zostało uczynione. 

- Na tym przykładzie uwidacznia się zasada, że dziecko nie jest własnością rodziców, lecz są dzieckiem Bożym powierzonym ich pieczy, która jest względna, podporządkowania dobru dziecka, zwłaszcza zbawieniu jego duszy. 

Owocem tej troski stało się powołanie kapłańskie tego chłopca, co potwierdza działanie Bożej łaski w jego życiu. 

Czyją ofiarą jest Msza święta?


Zwrócono mi uwagę na następującą wypowiedź znanego w kręgach tradycyjno-konserwatywnych Marka Miśko:


Takie to są owoce ignorancji teologicznej forsowanej w kierunku herezji chrystologicznej, nawet apostazji. Chodzi o nieszczęsny temat ofiarowania Bóstwa, o którym było już wielokrotnie (por. tutaj), a co do którego widocznie nadal nie mają jasności nawet katolicy pragnący być i uważający się za tradycyjnych. 

Oczywiście doceniam gorliwość w zaangażowaniu co do prawdy, że Msza św. jest prawdziwą ofiarą Nowego Przymierza. Poniekąd też nie dziwię się, że Miśko jako świecki prawdopodobnie bez przygotowania teologicznego w tak delikatnej, wręcz finezyjnej kwestii teologicznej popełnia conajmniej nieścisłość. Jest on tutaj widocznie ofiarą wręcz programowego zamętu i pomieszania w temacie. Miśko widocznie mocno tkwi w herezji Sopoćkowo-Faustynowej, być może nie całkiem z własnej winy. 

Wyjaśniam:

Wyrażenie "ofiara z Boga dla Boga, z Syna dla Ojca" jest conajmniej niefortunne, a nawet heretyckie, jeśli się je potraktuje ściśle. Otóż Jezus Chrystus z całą pewnością nie składa w ofierze Swojego Bóstwa, gdyż także na krzyżu nie przestaje być ani Bogiem, ani Synem Boga Ojca. 

Poprawne jest natomiast powiedzenie, że Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek ofiarował Siebie Bogu Ojcu. Poprawne jest też powiedzenie, że Jezus Chrystus ofiarował Siebie Bogu prawdziwemu, Trójjedynemu. Adresatem tej ofiary był także Syn Boży jako Druga Osoba Boska, ten sam prawdziwy Bóg co Bóg Ojciec. 

Dokładniej należy powiedzieć, że Bóg-Człowiek ofiarował Swoje Człowieczeństwo Bogu Trójjedynemu. Ta ofiara uzasadnia konieczność Wcielenia Syna Bożego: bez Wcielenia nie byłaby możliwa doskonała ofiara, godna prawdziwego, Trójjedynego Boga. 

Tak więc jest to ofiara z człowieczeństwa, gdyż to Człowieczeństwo Syna-Bożego poniosło śmierć. Nie jest to ofiara z Boga, czyli nie z Bóstwa, gdyż Bóstwo Jezusa Chrystusa jest nieśmiertelne i niezniszczalne. 

Owszem, tę ofiarę złożył Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, Syn Boży (druga Osoba Boska), który stał się Człowiekiem. Stał się Człowiekiem, właśnie po to, żeby złożyć tę Ofiarę. Do tej ofiary konieczne było Wcielenie, konieczne było Człowieczeństwo Syna Bożego. 

Czy odpust za udział w heretyckiej modlitwie jest ważny?

Chodzi o następujące wyczyny:



Najpierw należy wziąć pod uwagę, że tak zwany "tydzień modlitw o jedność chrześcijan" nie jest pomysłem modernistów, lecz został zapoczątkowany za pontyfikatu Leona XIII (więcej tutaj). Obecnie niestety jest to główna, doroczna impreza ekumaniaków z dość wyraźnymi znamionami herezji eklezjologicznej, negującej istniejącą i nieutracalną jedność Kościoła. 

Po pierwsze, zacytowany text udzielenia odpustu nie określa, jakie to musi być nabożeństwo. Tym samym nie musi to być gorszące nabożeństwo ekumaniackie z udziałem heretyków i poświęcone krzewieniu herezji. Jak najbardziej można i należy organizować nabożeństwa w duchu wiary katolickiej i zgodne z nią. Nigdzie nie jest powiedziane, że takie nabożeństwa są wykluczone z uzyskania odpustu. I wcale nie musi to być nabożeństwo organizowane oficjalnie przez ekumaniacki oddział Konferencji Episkopatu Polski. Tym samym x. Jakubiak oszukuje odbiorców. 

Po drugie, jest oczywiście skandaliczne, że przez nadanie tego odpustu de facto nakłania się wiernych katolików do uczestniczenia w "nabożeństwach", które de facto - choć nie z konieczności, jak wskazałem powyżej - odwodzą wiernych od wiary katolickiej. Tym niemniej nadany odpust pod podanymi warunkami jest ważny, tzn. można ważnie uzyskać odpust pod tym warunkami. Jednak warunkiem w tle, którego wypełnienie jest niemniej niezbędne, jest wyznawanie wiary katolickiej, ponieważ osoba wyznająca herezję żyje w grzechu śmiertelnym przeciw wierze i nie jest w stanie uzyskać żadnego odpustu. 

Jest więc proste rozwiązanie: organizowanie z okazji tej oktawy nabożeństw właściwych, zgodnych z wiarą Kościoła i ze zdrowym nauczaniem katolickim. Udział heretyków w nich jest możliwy wyłącznie z tyłu Kościoła, w miejscu tradycyjnie przeznaczonym dla pokutników. 

Czy katolik musi uznawać papieża?


Autor tego pytania chyba jednak nie rozumie, lecz powtarza quasi magiczne hasła i tezy wyczytanie w literaturze tzw. sedewakantystów. Wyjaśniam:

1. Władza papieska jest ograniczona zarówno co do nauczania jak też co do jurysdykcji. Granice wynikają zarówno z prawd Bożego Objawienia jak też z prawa moralnego zarówno objawionego jak też naturalnego. To właśnie powinien uznawać katolik, gdyż to jest przedmiot wiary katolickiej, i według tych zasad powinien rozumieć i stosować się do tego, co mówi i czyni dany papież. Katolicyzm nie jest sektą papistyczną, tym bardziej nie wojtyliańską, ratzingeriańską, bergogliańską itd., gdzie dany przywódca dowolnie decyduje o tym, co jest dobre, a co złe.

2. Nikt samodzielnie nie jest w stanie prawomocnie osądzić, czy dana osoba jest czy nie jest papieżem. Wyboru papieża dokonuje gremium ustanowione kościelnoprawnie - a nie przez Boże Objawienie - i jest to w historii Kościoła zmienne gremium, czyli obecnie konklawe złożone z kardynałów, którzy nie przekroczyli 80ego roku życia. To oni stwierdzają legalność bądź nielegalność dokonanego wyboru, czyli czy wybrana osoba została legalnie wybrana i tym samym legalnie obejmuje urząd papieski. NIC więcej. Z tego stwierdzenia nie wynika w żaden sposób, że dana osoba nie może przestać być papieżem np. wskutek popadnięcia w herezję czy ujawnienia już wcześniej istniejącej czy zaistniałej heretyckości.

3. Jakby magiczne jest w tym kontekście słowo "uznawać". Nie jest ono we właściwym sensie ani kanoniczne ani teologiczne. Jak już wskazałem, orzekanie co do legalności wyboru i objęcia urzędu należy do kompetencji kardynałów. Na tym orzeczeniu zasadza się przyrzeczenie szacunku i posłuszeństwa składane przez kardynałów zaraz po wyborze na konklawe (tzw. homagium). To jest uroczysty gest, który ma symboliczne znaczenie, ale nie istotne. Istotne dla życia Kościoła jest posłuszeństwo dla nauczania i zarządzeń danej osoby, a tutaj już normalny i nieodzowny jest proces osądu sumienia co do tego, czy można, wolno, należy zgodzić się i postępować według danego nauczania czy zarządzenia. Tutaj właśnie nadrzędną normą dla katolika są prawdy wiary, które są stałe i niezmienne, podczas gdy nauczanie papieży może być przynajmniej w jakiejś mierze zmienne i względne. Stąd wynika podstawowa zasada teologii katolickiej, mająca wprost przełożenie na decyzje i życie każdego katolika (wyrażona w sposób klasyczny przez słynną sentencję św. Wincentego z Lerynu: quod semper, ubique et ab omnibus creditum):

To, co stałe i niezmienne, ma być uznawane i stawiane ponad tym, co zmienne, zwłaszcza ponad tym, co jest nowe. 

Wagi tej zasady są dobrze świadomi moderniści i dlatego właśnie forsowali i forsują wszelkie zmiany właśnie po to, by podważyć nadrzędność i normatywność tego, co obowiązywało zawsze. Innymi słowy: usiłują oni wmówić katolikom przynajmniej pośrednio, że wszystko w Kościele jest zmienne. 

Tutaj są trzy główne wersje zmienności: 
- zmienność indywidualna, czyli poddanie własnemu osądowi, 
- zmienność kolektywna, czyli poddanie osądowi grupowemu czy społecznemu (tzw. duch czasu), oraz 
- zmienność hierarchiczna, czyli zarządzona z góry przez władzę kościelną, zwłaszcza przez papieża czy sobór. 

Każda z tych wersji jest zgubna i błędna, choć zawiera w sobie jakieś ziarno prawdy o Bożym Objawieniu i jego przekazywaniu. Problem polega natomiast na odpowiednim wyważeniu zarówno wzajemnej proporcji jak też stosunku do tego, co niezmienne. 

Podsumowując:

Katolik ma obowiązek uznawania tego, co jest niezmienne w Kościele, także co do swojego miejsca i kompetencji (także w orzekaniu co do osób sprawujących urzędy kościelne). Równocześnie katolik ma prawo, a nawet obowiązek sprzeciwienia się nowościom, choćby nawet były narzucane odgórnie czy przez większość społeczną. Nie przeczy to posłuszeństwu kościelnemu, lecz jest jego wyrazem i realizacją. 

Czy "wspólnoty" rozsadzają Kościół? (z post scriptum)

 


To są słuszne uwagi. Tzw. wspólnoty są przeważnie lokalnymi komórkami tzw. ruchów, które są nie tylko nowością, lecz mają wyraźne tendencje heretyckie, zwłaszcza protestantyzujące, jak zwłaszcza założony przez kryptomasona x. Franciszka Blachnickiego tzw. ruch oazowy (oficjalna nazwa "Światło Życie", co nawiązuje do wcześniejszego "ruchu" niemieckiego) tzw. charyzmatycy i tzw. neokatechumenat. Szczególnie perfidną wersją tzw. charyzmatyzmu jest medjugorjanizm, gdyż posługuje się pozorami maryjności. 

Tradycyjnie w parafiach katolickich były różne bractwa i stowarzyszenia. Istotną różnicą względem dzisiejszych "wspólnot" i "ruchów" jest to, że miały

- oficjalne statuty, w którym jasno był określony cel, struktura oraz sposób działania,

- podlegały strukturom parafialnym, tzn. lokalnym duszpasterzom. 

Tzw. ruchy nie mają wcale oficjalnych statutów (jak tzw. charyzmatycy), czy raczej mają jedynie tajne reguły, a zarząd, czyli struktura jest bardzo scentralizowana, choć niekoniecznie oficjalnie. Tzw. charyzmatycy zwykle nie mają oficjalnej struktury zarządu, jednak zarząd zakulisowy i tajny istnieje, co jest zresztą typowe dla przeróżnych sekt, zwłaszcza dla masonerii. 

Zasadniczym celem tzw. wspólnot raczej nie jest rozbijanie od wewnątrz, lecz wpajanie w życie parafii i poszczególnych wiernych fałszywych nauk i praktyk. Faktycznie prowadzi to i musi prowadzić do starć i konfliktów, jednak celem jest przeniknięcie i opanowanie parafii, także przez wyeliminowanie tych, którzy nie godzą się na daną linię i posunięcia. 

Tak np. w Polsce tzw. ruch oazowy, którego oficjalnym przywódcą był x. Blachnicki (więcej tutaj), zapoczątkował poważne nadużycia w liturgii - jak Komunia na stojąco, gra na instrumentach rozrywkowych podczas liturgii itp. - które obecnie stały się niestety quasi regułą. 

Innymi słowy: to jest sposób na przetworzenie życia parafii w duchu "nowości", które są narzucane przez "ruchy". 

Nawet jeśli nie dochodzi do wewnętrznego rozbicia życia parafii, to na pewno już samo istnienie przeciwstawnych grup i poglądów sprzyja czy wręcz powoduje myślenie i mentalność relatywistyczną. Jeśli np. w jednej parafii istnieje zarówno róża różańcowa jak też grupa "charyzmatyczna", to już sam ten fakt powoduje dezorientację i tłumienie krytycznego myślenia zwłaszcza po stronie konserwatywnej, która jest zmuszana najpierw do tolerancji, potem do ustępstw, aż w końcu spychana jest na margines życia parafii czy wręcz poza nim, skazana na unicestwienie biologiczne. 

To jest realne i poważne niebezpieczeństwo dla Kościoła. Po pierwsze z powodu wpajania niekatolickich poglądów, a po drugie z powodu podlegania strukturom innym niż normalny porządek podległości w Kościele, czyli biskup miejsca wraz z jego wysłannikami w parafiach czyli duszpasterzami. 

Mitem jest, jakoby "grupy" (zwane też "wspólnotami") oznaczały żywotność parafii. Otóż żywotność katolickiego życia religijnego polega na uczestniczeniu w sprawowaniu sakramentów świętych, zwłaszcza tych codziennych jak spowiedź i Msza św. Natomiast tzw. grupy mają swoje praktyki i "nabożeństwa", nierzadko zupełnie odbiegające od liturgii Kościoła, a nawet z nią sprzeczne. Innymi słowy: one odciągają zarówno wiernych jak też duszpasterzy od sakramentów świętych, zajmując czas i energię własnymi zwyczajami i praktykami. 

Istotne są następujące zasady: 

1. Duszpasterz ma być pasterzem dla całej parafii i dla każdego członka parafii, nie dla "grup" czy "wspólnot". Gdy się one tworzą (czy są tworzone), to reszta parafii jest de facto traktowana po macoszemu, a to jest początek nie tylko rozbicia parafii, lecz jej zapaści. Owoce już widać obecnie. 

2. Duszpasterz ma wspierać wspólnoty naturalne, czyli rodziny. Jakość duszpasterza powinna być oceniana nie według ilości "grup" w parafii, lecz po jakości rodzin i przyjmowania sakramentów. Parafia jest "wspólnotą wspólnot" tylko w znaczeniu wspólnoty rodzin, nie wspólnoty grup wzajemnej adoracji czy adoracji proboszcza. 

3. Owszem, w parafii mogą i powinne istnieć grupy zadaniowe, np. zespół wspomagający duszpasterza w działalności charytatywnej, w opiece nad osobami starszymi i chorymi, także wspierająca radą w sprawach bardziej świeckich jak budowa, remonty itp. Czymś zupełnie innym są obecnie tzw. grupy: to są lokalne filie "ruchów" ponadparafialnych, nawet ponadnarodowych, o pochodzeniu protestanckim czy paraprotestanckim, które w swojej naturze mają 

- przynajmniej dystans wobec wiary i pobożności katolickiej

- własną "duchowość" czy raczej demoniczność oddalającą od wiary i pobożności katolickiej i tym samym rozbijającą życie parafii

- dążenie do własnych celów, które nie są celami parafii. 

4. Jedynym katolickim podziałem parafii - oprócz podziału na rodziny - jest podział naturalny według wieku i stanu. Tylko takie grupy są bezpieczne dla życia parafii w duchu katolickim. Tak np. zamiast "grup" czy "wspólnot" duszpasterze powinni oferować katechezę dla młodzieży i dorosłych na zasadzie dobrowolnego udziału: osobno dla młodzieży męskiej, żeńskiej, pracującej, studiującej, dla małżonków z podziałem na płcie, dla osób starszych z podziałem na płcie itd. 

5. Rodzajem grup według zadań mogą być grupy typu tradycyjnych bractw, jak np. bractwo różańcowe, eucharystyczne, Najśw. Serca itp. Ich zadania są jasno określone: wspieranie duszpasterza w krzewieniu danego kultu, który należy do życia całej parafii, a nie tylko dla danej "grupy". 

Natomiast popieranie i promowanie tzw. grup nie jest lekarstwem na zapaść życia kościelnego, lecz jej przyczyną i katalizatorem. Katolicyzm zawsze budował na więziach naturalnych, czyli rodzinnych, stanowych, zawodowych itp. Według nich powinno być zorientowane życie parafii, a nie na "wspólnotach", gdzie przynależność zależy od osobistych upodobań i widzimisię, co zwykle oznacza także heretyckie czy prawie heretyckie poglądy. 

Obecnie nierzadko nawet wysocy hierarchowie ubolewają nad "mentalnością supermarketu" w sprawach religii, tzn. że ludzie sobie wybierają z wiary to, co im pasuje. Czyż tak trudno zauważyć związek takiej mentalności z forsowaniem "grup" i "wspólnot" w parafii, do których się przynależy z powodu irracjonalnego wyboru?


Post scriptum

Istotę "ruchu" założonego przez x. Blachnickiego przy okazji trafnie streszcza były ateista, były katolik, a obecnie przywódca jednej z sekt protestanckich Paweł Chojecki:




Czy kanonizacje są nieomylne?


Pojęcie nieomylności jest wieloznaczne. Najczęściej używa się go odnośnie nauczania Soboru Watykańskiego I o nieomylności papieskiej. Odnośny kanon w konstytucji "Pastor aeternus" brzmi:


(za: http://catho.org/9.php?d=byj#dfi)

W tym słowach jest jasne, że chodzi o "naukę o wierze lub obyczajach" (doctrina de fide vel moribus).

Dekrety kanonizacyjne nie są orzeczeniami o wierze lub obyczajach, lecz aktami zarządzającymi liturgią, czyli aktami rządzenia, nie nauczania. Ich przedmiotem nie jest treść Objawienia Bożego, którego dotyczy pewność dogmatyczna (certitudo dogmatica), lecz los 
danej osoby po śmierci, tzn. czy jest w niebie, co jest stwierdzane na zasadzie pewności moralnej (certitudo moralis) w wyniku procesów kanonicznych w sprawie heroiczności cnót oraz cudów, względnie męczeństwa. Tym samym nieomylność papieska zdefiniowana przez Vaticanum I nie dotyczy spraw kanonizacyjnych.

W nauczaniu kard. Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV), a także innych teologów, znajduje się wprawdzie opinia, że kanonizacje są orzeczeniami niemylnymi. Ta opinia była wyrażana na długo przed definicją Vaticanum I i tym samym nie należy tych spraw utożsamiać, gdyż sobór jasno ogranicza nieomylność papieską do nauczania w sprawach wiary i moralności. Opinia kard. Lambertini'ego dotyczy nieomylności nie dogmatycznej lecz pastoralnej, czyli względnej, dotyczącej życia Kościoła, nie Bożego Objawienia. Ponadto należy mieć na uwadze, że Kardynał odnosił się do ówczesnych zasad i norm procesowych, które zapewniały maxymalny stopień pewności moralnej. Po Soborze Watykańskim II zrezygnowano z większości tych zasad, co oczywiście musi mieć wpływ na stopień pewności.

Tym samym orzeczenia kanonizacyjne nie obowiązują na tej samej zasadzie co orzeczenia dogmatyczne, czyli nieomylne nauczanie wiary i obyczajów.


Post scriptum

Jeden z P. T. Czytelników wskazał na "notę doktrynalną" Kongregacji Nauki Wiary z 26 czerwca 1998 r. odnoszącą się do "wyznania wiary" (professio fidei) składanego przez kandydatów do święceń oraz przy obejmowaniu urzędów kościelnych (oryginał tutaj, po polsku tutaj). Jest to dokument wyjątkowo chaotyczny, wręcz niechlujny, co świadczy o tym, że przynajmniej w ostatecznej postaci był pisany przez wiele osób. 

W niniejszym temacie istotny jest następujący fragment:


W oryginale:


Jest to fragment z części zatytułowanej "exempla" czyli przykłady na rodzaje prawd, o których jest mowa w trzech akapitach końcowej części "wyznania wiary" (professio fidei wydanego w 1989 r.): 



Zwróćmy uwagę: nota doktrynalna z 1998 r. do "poszczególnych prawd, które Kościół w sprawach wiary i moralności podaje w sposób ostateczny" (drugi akapit) zalicza:

- nauczanie, które z czasem jest ogłaszane jako dogmat (np. nieomylność i jurysdykcja papieża)
- niemożliwość udzielania święceń kapłańskich kobietom 
- nauczanie o niegodziwości eutanazji, prostytucji, nierządu
- "prawdy związane z Objawieniem przez konieczność historyczną" jak prawomocność wyboru papieża czy przeprowadzenia soboru powszechnego, kanonizacje oraz orzeczenie o nieważności święceń udzielanych przez anglikanów. 

Po kanonizacjach pojawia się w nawiasie określenie facta dogmatica, co jest zdumiewające i świadczy o braku elementarnej wiedzy teologicznej autora (autorów) noty. Zdumiewające jest także przyporządkowanie tych spraw do dziedziny wiary i moralności, gdyż jest to sprzeczne ze wszystkimi tradycyjnymi podręcznikami dogmatyki katolickiej. Oto przykłady:

Trzymowa dogmatyka katolicka wydawana w 13-u wydaniach do roku 1962, autorstwa katolickich duchownych profesorów niemieckich (x. Franz Diekamp i x. Klaudius Jüssen) w tomie pierwszym w kontekście nieomylności Kościoła (str. 76-77) mówi o następujących decyzjach, które są jedynie kościelnoprawne (administracyjne), nie doktrynalne:
- powszechne prawo kościelne
- uroczyste zatwierdzenie zakonów kościelnych
- kanonizacje. 
Co do kanonizacji autorzy podają, że w kwestii ich nieomylności teologowie nie są zgodni, choć większość przyjmuje w ślad za św. Tomaszem z Akwinu (Quodlib. 9 a. 16), że "osąd Kościoła także w tym nie może się mylić". Oczywiście należy tutaj wziąć pod uwagę, co jest osądem Kościoła. Z całą pewnością św. Tomasz miał na myśli Kościół jako całość, co wynika z kontextu tego zdania. 

Natomiast krótszy podręcznik dogmatyki wydany od 1959 do 1981 r. w dziesięciu wydaniach (autor: x. prof. Ludwig Ott) odróżnia "prawde boskie" (veritates divinae), czyli prawdy zawarte w Bożym Objawieniu, od "prawd katolickich" (veritates catholicae), zaliczając do tych ostatnich (wydanie z 1981 r., str. 10-11):

1. wnioski teologiczne (conclusiones theologicae)
2. fakty dogmatyczne (facta dogmatica)
3. prawdy rozumowe, czyli poznawalne przez sam rozum bez konieczności wiary w Boże Objawienie. 

Do faktów dogmatycznych autor zalicza fakty historyczne, które nie należą do Bożego Objawienia, ale są wewnętrznie powiązane z którąś z prawd objawionych jak np. legalność papieża czy soboru, gdyż od tego zależy, czy dane nauczanie papieskie czy soborowe jest nieomylne czy nie. Innymi słowy: nie stwierdzenie legalności jest nieomylne, lecz przyjęcie legalności jest konieczne do uznania nieomylności nauczania papieża czy soboru. 

Do faktów dogmatycznych autor nie zalicza kanonizacji. Tym bardziej nie uważa kanonizacyj za nieomylne. I słusznie. Nie stanowią one nawet faktu dogmatycznego, ponieważ kanonizacje nie są orzeczeniami w sprawach wiary i moralności. 

Tak więc nie wiadomo, skąd "nota doktrynalna" z 1998 r. wzięła swoje pomysły. Z całą pewnością nie odpowiadają one tradycyjnej teologii katolickiej, a są widocznie wynalezione na doraźny użytek. 

Tym razem x. Piotr Glas mówi prawdę


Przypadkowo natknąłem się na wypowiedź szeroko znanego x. Piotra Glasa, który tym razem i to raczej bezwiednie potwierdza moją opinię w sprawie materializacji itp. Oto ona:

Ta krótka wypowiedź porusza kilka istotnych kwestij:

1. Najgorszą odmianą opętania są tzw. opętania całkowite, które nie przejawiają się spektakularnymi fenomenami szeroko opowiadanymi przez różnych wątpliwej jakości exorcystów i sprytnych biznesmenów, robiących pokaźny interes na sensacjach. Te opętania polegają na tym, że człowiek całkowicie oddał się szatanowi czy zawarł z nim pakt oraz angażuje wszystkie swoje zdolności do służenia mu i to całkiem świadomie. Takimi opętanymi są bardzo często ludzie powszechnie znani z mediów, politycy, miliarderzy i wszelkie tzw. autorytety czy raczej pseudoautorytety. Wszystko wskazuje na to, że doroczne zjazdy w Davos czy konferencje tzw. grupy Bilderberg są właśnie spotkaniami takich opętanych, nawet wręcz satanistów, którymi są widocznie przynajmniej organizatorzy i główni uczestnicy. Z pewnością takich osób nie brakuje również w szeregach obecnej hierarchii Kościoła, a powiązania stały się za pontyfikatu Franciszka wręcz oficjalne. 

2. Tego typu ludzi jest całkiem sporo także w szeregach obecnych exorcystów, mianowanych przez modernistyczną hierarchię. A są to przynajmniej w Polsce zwykle duchowni w jakiś sposób związani z tzw. "odnową w Duchu Świętym", czyli formalnie katolicką gałęzią demoniczno-protestanckiego tzw. pentekostalizmu, który właściwie powinien nazywać się paraokultyzmem. Tacy "exorcyści" demaskują się m. in. przez rozpowszechnianie takich sensacyj jak materializacja itp. 

W tym temacie x. Glas także nie jest bez winy niestety, gdyż także rozpowszechnia opowieści o tego typu fenomenach. A należy przy tym zwrócić uwagę, że w tego typu zdarzeniach jest zawsze tylko jeden świadek - ten opowiadający, nikt inny. Tak więc już choćby zdrowy rozsądek sugeruje, że są to - zakładając, że dana osoba wprost nie kłamie - albo wytwory wyobraźni, urojenia, albo wizje demoniczne, czyli obrazy dziejące się jedynie umyśle danego "świadka". Jest bowiem teologicznie pewne, że szatan nie ma mocy ponad prawami przyrody, które rządzą światem materialnym, ale mają pewną moc na sferą duchową czyli raczej sferę z pogranicza ducha i zmysłów, czyli uczucia, wyobraźnia itp. 

Czy szatan może pisać SMS-y ?


Przy okazji niedawnej dyskusji w sprawie filmu wchodzącego na ekrany kin, pojawił się wątek, pozornie groteskowy, który jednak skupia w sobie kwestie zarówno teologiczne jak też światopoglądowe. Jeden z dyskutantów, x. A. Kobyliński, ośmieszył twierdzenie, jakoby szatan mógł wysyłać SMS-y, nie podając jednak żadnych argumentów. Drugi z dyskutantów, red. M. Błochowiak, bronił tego twierdzenia, powołując się na Katechizm Kościoła Katolickiego:

https://www.youtube.com/watch?v=mf0y35hIqpo

Oto, co faktycznie mówi Katechizm, najpierw zasadniczo:


Następnie w temacie exorcyzmów:

Prawdopodobnie na tym drugim fragmencie p. Blochowiak opiera swoją tezę. Akurat niesłusznie. Czym innym jest bowiem "zawładnięcie" jakimś przedmiotem materialnym przez istotę duchową jak szatan, a czym innym posługiwanie się tym przedmiotem na sposób ludzki, czyli istoty duchowo-cielesnej. Według teologii katolickiej szatan jako istota stworzona nie jest w stanie przekraczać praw natury, który są stworzone przez Boga, lecz może działać w ich ramach, posługując się także ewentualnie jeszcze nieznanymi czy niezbadanymi empirycznie prawami naturalnymi. Posługiwanie się takim przedmiotem jak telefon przez istotę czysto duchową przekracza prawa natury, gdyż do tego konieczne jest oddziaływanie materialno-mechaniczne w połączeniu z inteligencją. Jak wiadomo, szatan nie ma ciała i nie może oddziaływać ani materialnie ani mechanicznie na przedmiot typu telefon ze skutkiem napisania wiadomości. Po prostu szatan nie ma palców, którymi mógłby pisać na telefonie. Nie jest też w stanie wpływać na elektronikę telefonu na sposób mechanizmu materialnego. Owszem, według nauczania wielu teologów, szatan jako upadły anioł ma swego rodzaju "postać" eteryczną, czyli coś w rodzaju "materii" czyli "ciała" eterycznego, które może w jakiś sposób oddziaływać także na przedmioty materialne, jednak jest to działanie z natury inne niż oddziaływanie "zwykłej", "twardej" materii na przedmioty materialne. Nie jest ono mechaniczne, bezpośrednie, lecz pośrednie, czyli poprzez sferę duchową człowieka. Konkretnie odnośnie tego przykładu: szatan może pisać SMS-y tylko posługując się palcami człowieka (czy innej istoty cielesnej).

Słuszny jest natomiast sprzeciw p. Blochowiaka odnośnie słów x. Kobylińskiego, który wydaje się negować zasadność i realność jakiegokolwiek wpływu rzeczywistości duchowej na przedmioty materialne. Wygląda na to, że w opinii x. Kobylińskiego exorcyzmowanie wody, soli czy innych przedmiotów, które jest zawarte w Rituale Romanum, jest jedynie zabobonem. Ta opinia jest ewidentnie niekatolicka i fałszywa. Jak mówi Katechizm, szatan może zawładnąć przedmiotami materialnymi (nie tylko człowiekiem, jak w przypadku opętania). Jednak to zawładnięcie ma jednoznaczne granice, określone przez prawa natury pochodzące od Stwórcy.

Czy szatan może materializować? Czyli "Egzorcysta" zdemaskowany


W związku z niedawnym krytycznym komentarzem odnośnie dyskusji o exorccyzmach w XXI wieku (https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/czy-szatan-moze-pisac-sms-y.html) napisał do mnie jeden z jej uczestników, wydawca miesięcznika "Egzorcysta", Mariusz Błochowiak, domagając się skorygowania mojej opinii. Jako podstawę przysłał mi artykuł z owego miesięcznika pt. "Czym jest materializacja?" (wrzesień 2017). Jako autor jest podany "ks. prof. Gabriele Nanni (diecezja Aquila, Włochy), demonolog, egzorcysta i wykładowca Lateranum". Według danych dostępnych w internecie, dokładniej na stronie grupy "charyzmatyków", z którymi x. Nanni był (czy jest) związany (http://www.adimre.it/don-gabriele-nanni/),  niemal wszystkie podane tu informacje są fałszywe:
- nie był i nie jest profesorem
- nie był i nie jest wykładowcą na Uniwersytecie Laterańskim, lecz zdobył na nim jedynie licencjat z prawa kanonicznego
- nie był i nie jest exorcystą.
Nie są też znane żadne jego publikacje teologiczne oprócz pracy licencjackiej.

Co więcej. Strona internetowa wspólnoty, z którą x. Nanni był wcześniej przez długie laty związany, podaje inne, bardzo ciekawe informacje, które zaprzeczają także biografii podanej na rzeczonej stronie "charyzmatyków" (wyświęcony został nie w 1977 lecz 1997 r.). Wygląda na to, że mamy do czynienia z hochsztaplerem, aczkolwiek wyświęconym, choć po dość krętych drogach:


Szczególnie znamienne i interesujące jest autoświadectwo x. Nanni w procesie kościelnym, w którym on pełnił główną rolę:



Mówiąc krótko: już od strony autora to bardzo śmierdzi. 

Przejdźmy do treści w temacie. Tytuł artykułu jest bardzo zachęcający. Pan Błochowiak domagał się ode mnie odwołania sprzeciwu wobec jego wypowiedzi, jakoby szatan mógł pisać SMSy. Oprócz owego artykułu, powoływał się na rzekome fakty, tudzież na możliwość "naukową", podkreślając swoją kompetencję jako doktor fizyki, a równocześnie negując moją kompetencję naukową. 

Przede wszystkim ów artykuł miesza sprawy. Mówi o złorzeczeniach, ale jest to raczej jedynie haczyk i pretext do przemycenia właściwego przesłania, mianowicie istnienia tzw. materializacji. 

Zacznijmy od definicji pojęcia. Pojęcie jest dość obszernie opisane w parapsychologicznej "encyklopedii" węgierskiego żyda o nazwisku Nandor Fodor, który z czasem zdystansował się od okultyzmu, zbliżając się do psychoanalizy (https://en.wikipedia.org/wiki/Nandor_Fodor). W bardzo chaotycznym, właściwie bełkotliwym tekście (z 1932 r.), nie mającym wiele wspólnego z naukowością, znajdują się jednak niektóre podstawowe informacje:
- pojęcie "materializacja" pochodzi ze środowiska okultystycznego spirityzmu,
- odnosi się ono do (rzekomych) zjawisk mających miejsce w ramach seansów spirytystycznych,
- "zjawiskowość" tych zjawisk polega na "widzeniu" przed poszczególne osoby, czyli w sposób niebadalny i niesprawdzalny naukowo-empirycznie,
- od początku istniały próby nadania tym "zjawiskom" rangi faktów empirycznych wyjaśnialnych przyrodniczo-fizykalnie, jednak siłą faktów mogły to być jedynie próby interpretacji co najwyżej hipotetycznych, nieudowodnionych i niesprawdzalnych, a wysoce wątpliwych faktów, mające znamiona czy to urojeń czy mistyfikacji.  

Widać to w poniższym fragmencie:


Nawet wikipedia mówi wprost o zerowej wartości naukowej owego pojęcia, tudzież o wykazaniu oszustw:


Także naukowcy specjalizujący się w parapsychologii, badając współczesne przykłady tzw. materializacji (1994 r.), doszli do negatywnych rezultatów:


Innymi słowy: nie było i nie ma podstaw naukowych dla twierdzenia, jakoby istniało zjawisko materializacji. 

Nie jest w stanie tego zmienić także przytaczanie przykładu włoskiego okultysty-oszusta Gustavo Rol, którego "cuda" były jedynie seansami iluzjonistycznymi dla dobranego towarzystwa "wierzących": 



Wystarczy wejść na wikipedię, by dowiedzieć się, kto to był, i że nigdy nie pozwolił na zbadanie swoich rzekomych cudów, które miały charakter ewidentnie spirytystyczny: 


Zaś x. Nanni i p. Błochowiak wespół twierdzą (x. Nanni w artykule, p. Błochowiak w korespondencji do mnie), że materializacje  - względnie ich empiryczne dowody - mają miejsce podczas exorcyzmów jako "fakty". Jedynym "dowodem" owych faktów są słowa x. Nanni w tym artykule. P. Błochowiak potwierdza je swoim autorytetem jako "doktor fizyki". Chyba nie muszę tego obszernie komentować...

Obydwaj podpierają się autorytetem św. Tomasza, podając cytaty z jego pism. Czy słusznie? Przyjrzyjmy się. 

Pierwszego przytoczonego cytatu po prostu nie ma u św. Tomasza:


Każdy może sprawdzić  także w tłumaczeniu polskim. To jest istotne, gdyż na tych słowach opiera się cała ich argumentacja na korzyść materializacji. 

Drugi cytat brzmi:

Ten fragment (STh I, q. 110, a. 4 ad 2) jest cytowany słusznie w temacie, jednak wniosek - jakoby wg św. Tomasza demony mogły przemieszczać i materializować przedmioty - jest po prostu kłamstwem, gdyż nie ma jakichkolwiek  podstaw w cytacie. 

Jako trzeci argument ze św. Tomasza przytaczane są fragmenty z Summa contra Gentiles, aczkolwiek z błędnym podaniem miejsca (gdyż faktycznie chodzi o tom 3/2, ks. 3, rozdz. 105):


Tym razem autor z góry przedstawia następujące cytaty jako potwierdzenie poprzedniej tezy o materializacji, choć faktycznie nie ma w nich ani śladu twierdzenia o jej możliwości. Tak więc także tutaj mamy do czynienia po prostu z oszukiwaniem czytelnika.

W takiej sytuacji zbędne jest tutaj omawianie nauczania św. Tomasza w temacie. Zajęłoby to sporo miejsca. Wystarczy tymczasem nadmienić, że ani św. Tomasz ani żaden teolog katolicki, czy to starszy czy współczesny, nie dopuszczał możliwości materializacji. A to z prostego powodu: 
- po pierwsze nie ma ani stwierdzonych naukowo faktów, ani wiarygodnych świadectw o zjawiskach tego typu, 
- po drugie z punktu widzenia filozoficznego i teologicznego jest to niemożliwe. 
Podłożem tej koncepcji jest natomiast po pierwsze światopogląd spirytystyczno-okultystyczny, po drugie ostatecznie monizm filozoficzny, przypisujący bytom stworzonym właściwości i działania quasi boskie. 

Podsumowanie wystarczy krótkie: ten artykuł jest wybitnie perfidnym i bezczelnym oszustwem, i to już pod względem czysto metodologicznym. 
Po drugie jest fałszywy w treści, gdyż mieszając kwestie rzeczywistego działania szatania i skuteczności złorzeczeń, przemyca treści grubo spirytystyczne, które przeczą zarówno zdrowemu rozsądkowi, jak też elementarnym podstawom wszelkich nauk, od przyrodniczych, poprzez filozofię, aż po teologię. 
Po trzecie jest przewrotnie, wręcz szatańsko kłamliwy, gdyż imputuje św. Tomaszowi i teologii katolickiej stanowisko podpierające i zgodne ze spirytystyczną treścią i przesłaniem tego textu. 

Tym samym miesięcznik odwołujący się w swym tytule do katolickiej posługi uwalniania od złego ducha okazuje się być dokładnym zaprzeczeniem tej posługi i demaskuje się jako organ antychrześcijańskiego, okultystycznego spirytyzmu. Co na to władze kościelne? Czy nadal będą pozwalać na dystrybucję tego miesięcznika w księgarniach katolickich?


P. S.

Właśnie natrafiłem na materiał filmowy, w którym exorcysta diecezji bydgoskiej opowiada takie rzeczy, pokazując dzieciom w szkole gwoździe rzekomo wyplute przez osobę opętaną:


Charakterystyczne jest, że mówi, iż to on był świadkiem tego wyplucia. Oto jak oszust w sutannie szerzy okultyzm i to w ramach lekcji religii... 

Ile dzieci powinien mieć katolik?


Odpowiedź jest właściwie krótka: tyle, ile Pan Bóg zechce dać. Ze swej strony małżonkowie powinni mieć stale na uwadze, że ich powinnością jest wydanie na świat potomstwa nie tylko dla własnego dobra, lecz przede wszystkim na chwałę Bożą i dla trwania rodzaju ludzkiego. Tym samym nie powinno być ograniczenia od góry, przynajmniej w naszym obszarze geograficznym obecnie, gdzie nie ma groźby głodu. Zaś wyznacznikiem minimalnym powinna być zastępowalność pokoleń, która wymaga conajmniej 3-4 dzieci, biorąc pod uwagę fakt, że nie każde małżeństwo jest płodne, część dzieci nie osiąga wieku dorosłego, a też należy pomyśleć o zapewnieniu kandydatów do stanu duchownego i zakonnego. Podkreślam: takie jest minimum podawane w tradycyjnych podręcznikach katolickiej teologii moralnej. Dopiero liczba powyżej 4 oznacza wspaniałomyślność małżonków, która powinna się spotykać z ponadprzeciętnym powszechnym uznaniem i szacunkiem społecznym. 

Oznacza to, że w każdym zbliżeniu małżonkowie powinni szanować dar płodności oraz swoje powołanie do przekazywania życia, czyli do udziału w Bożym dziele stworzenia i utrzymywania rodzaju ludzkiego. Oczywiście w tym powołaniu swoją celowość i sens ma także zmysłowość i uczuciowość, jednak tylko w kontekście osobowym, czyli poszanowania godności swojej nawzajem oraz godności dziecka, które może się począć. 

Można dopytać: co z możliwościami wyżywienia i wychowania? To pytanie obecnie stawiane jest na pierwszym miejscu i to w sposób nieproporcjonalny, fałszywy i obłudny. Problem wyżywienia w naszym kręgu kulturowy już od dawna nie istnieje. Może zachodzić jedynie problem czekolady, telefonu dla każdego dziecka, komputera, własnego pokoju itp. Jednak to są problemy typu niegdysiejszej magnaterii, która nie przypadkowo wymarła. 

Niestety w ostatnich dekadach, mniej więcej od Vaticanum II, rozpleniła się pośród katolików mentalność antykoncepcyjna. Ma to związek nie tylko z opozycją wobec nauczania encykliki "Humanae vitae" (1968 r.). Haniebną i zarazem brzemienną w skutkach rolę odegrało przedefiniowanie, pomieszanie i przewrócenie nauczania co do celów małżeństwa: podczas gdy Kościół tradycyjnie nauczał, że celem pierwszorzędnym małżeństwa jest wydanie na świat i wychowanie potomstwa, to od soboru zaczęto także w dokumentach oficjalnych stawiać na równi, a nawet na pierwszym miejscu dobro małżonków i to bez jego bliższego określenia. W efekcie zakorzeniła się i rozpowszechniła mentalność egoizmu małżeńskiego, gdzie potomstwo jest przynajmniej de facto uważane i traktowane jako dodatek do małżeństwa, urozmaicenie, być może też jakieś zapewnienie sobie opieki na starość. Ten egoizm we dwoje oczywiście wynika z egoizmu indywidualnego i prowadzi coraz częściej także do rozpadu małżeństwa i rozwodu, co z kolei u następnego pokolenia powoduje niechęć do zawierania małżeństwa i ograniczanie się do tzw. związku partnerskiego, który z natury jest mniej czy bardziej tymczasowy, co tym bardziej nie sprzyja wydawaniu na świat potomstwa. W takiej właśnie, coraz bardziej widocznej spirali zapaści małżeństwa, rodziny i całych społeczeństw się obecnie znajdujemy. Czy jest jeszcze ratunek, czy można tę zapaść powstrzyma bądź przynajmniej ograniczyć?

Oczywiście można. I to jest w rękach każdego małżeństwa, każdej rodziny. Dlatego zadane pytanie jest bardzo ważne, bardzo aktualne i wręcz pilne. 

Jak już wyżej wspomniałem, początkiem musi być właściwe ustawienie myślenia i mentalności małżeńskiej. Zacząć muszą od siebie zarówno sami małżonkowie, jak też duchowni nauczający i cały Kościół. W ostatnich dekadach wręcz haniebną i wołającą o pomstę do nieba rolę odegrały tzw. poradnie życia rodzinnego działające przy parafiach. Z oficjalnego założenia miały one służyć małżonkom w ich problemach małżeńskich i rodzinnych w duchu etyki katolickiej czyli zgodnie z nauczaniem Kościoła. Faktycznie jednak stały się przede wszystkim, o ile nie wyłącznie ośrodkami mentalności antykoncepcyjnej w wersji tzw. naturalnego planowania rodziny (NPR), uczącymi małżonków jak mogą unikać potomstwa rzekomo w zgodzie z nauczaniem Kościoła. Sprzedawano to i nadal sprzedaje się jako niby moralny i konieczny sposób walki z plagą zabijania dzieci nienarodzonych. Równocześnie z kazań, katechez i też z listów pasterskich biskupów, także z oficjalnych dokumentów o wyższej randzie praktycznie zniknęło przypominanie i napominanie o powinności małżeńskiej, jaką jest przyjęcie i wychowanie potomstwa. Tak więc sam Kościół stał się współwinny zapaści demograficznej, która zagraża wręcz bytowi społeczeństw i państw niegdyś katolickich. 

Po drugie, młodzi małżonkowie, którzy chcą po katolicku kształtować swoje życie małżeńskie i rodzinne - a to oznacza także nieograniczanie liczby potomstwa - powinni mieć wszelakie wsparcie zarówno od swoich rodzin, jak też od Kościoła, społeczności i państwa. Chodzi przede wszystkim o docenienie trudu wychowania. Nadal bowiem dominuje stereotyp, jakoby rodzice wielodzietne byli "zacofani", "nieoświeceni", "nienowocześni", bo odrzucający antykoncepcję czy przynajmniej tzw. naturalne planowanie. Ta głupia i absurdalna mentalność musi być demaskowana i obalana. Prada matek opiekujących się dziećmi w domu powinna być doceniona także pod względem socjalnym, fiskalny itp. To docenienie ma wartość także wychowawczą względem młodego pokolenia. To nie matki wielodzietne są głupie, lecz te, które unikają potomstwa z egoizmu, wygodnictwa itp. Także rola mężczyzn-ojców jest istotna i niezastąpiona, gdyż to ich zadaniem jest zapewnienie swojej małżonce, matce swoich dzieci, poczucie bezpieczeństwa przede wszystkim psychicznego, a także w realistycznym stopniu materialnego, oczywiście bez zbędnych czy wygórowanych wymagań i oczekiwań. 

Po trzecie, konieczne jest wyrabianie i kształtowanie osobowości rodzicielskiej u młodego pokolenia, zarówno u chłopców jak u dziewcząt. Jest to o tyle trudniejsze, że już drugie czy trzecie pokolenie z rzędu wzrasta w mentalności egocentrycznej i egoistycznej, wręcz antyrodzinnej i aspołecznej, która wynika z patologii wychowawczych, coraz częściej powiązanych z małodzietnością i jedynactwem. Jednak postawy prorodzinne i prospołeczne można i należy promować i kształtować na każdym etapie życia, aczkolwiek wraz z wiekiem staje się to trudniejsze. Tutaj szczególną jest rola Kościoła jako wychowawcy powszechnego, obejmującego wszystkie pokolenia i stany. Dochodzimy tutaj do kwestii formacji intelektualnej i duchowej duchownych, obecnie niestety w poważnym stopniu wypaczonej błędami modernizmu, który zbiera swoje demoralizujące i śmiercionośne żniwo także w wymiarze ogólnospołecznym, co widać szczególnie w sprawach rodziny i dzietności. Nieprzypadkowo rodzice ukształtowani w tradycyjnej wierze katolickiej i wyznający ją zwykle są wielodzietni, o ile warunki zdrowotne im na to pozwalają. To są ewidentne owoce tradycyjnego katolicyzmu, także z tego powodu znienawidzonego przez wrogów Boga i rodzaju ludzkiego. 

Po czwarte, kapłani katoliccy powinni otoczyć szczególną opieką rodziców wielodzietnych, przede wszystkim duchową, ale też, jeśli to konieczne, wsparciem materialnym. Obowiązkiem duchownych jest nauczanie i przypominanie odwiecznego nauczania Kościoła w kwestiach małżeństwa i rodziny. W taki sposób kapłani wykonują swoje powołanie ojcowskie wobec wiernych. Ojcowska postawa kapłana jest także istotnym przykładem i wzorem dla przyszłych ojców. Niestety zapaść duchowa i mentalnościowa dotyka obecnie w poważnym stopniu także stan duchowny. Przejawem jest mentalność starokawalerska, jakże zgubna zarówno dla duchownego jak dla wiernych powierzonych jego pieczy. Z niej właśnie wynika brak autentycznej realizacji powołania, aż do różnego rodzaju excesów obyczajowych, nawet tych najgorszych. Nie jest przypadkiem, że wraz pomieszaniem celów małżeństwa w wykrzywieniu ich ku egoizmowi nastąpiła plaga zachowań i postaw starokawalerskich u duchownych. Narcyzm widać niekiedy nawet w przesadnie zadbanym wyglądzie, przy czym oczywiście nie chodzi o higienę osobistą czy zwykłą elegancję, która należy do kultury osobistej, lecz o rodzaj dbałości o swój wygląd typowy raczej dla gwiazd estrady czy wręcz gejów. 

Po piąte, jest problem tzw. opieki medycznej, zwłaszcza ginekologicznej. Z różnych stron doszły do mnie wieści o wręcz skandalicznym i przestępczym postępowaniu ginekologów: zwykle odradzają młodym rodzicom więcej niż dwójkę dzieci, namawiają na poród przez cesarskie cięcie, niż nawet nie mówiąc o całym przemyśle antykoncepcyjnym i aborcyjno-morderczym. Ktoś powinien wreszcie na poważnie zająć się kwestią, kto i w jaki sposób tak instruuje czy być może naciska na ginekologów, by oni w swoim zakresie ograniczali liczbę poczęć i urodzeń. Do zbadania i wyśledzenia jest także wpływ substancyj chemicznym obecnych w żywności na płodność i dzietność. Jest powszechnie znany poważny wzrost liczby poronień szczególnie po akcji masowego kłucia ludzi experymentalnymi preparatami zwanymi fałszywie "szczepionką". 

Prawdziwe i fałszywe medaliki


O ile wiem, nie ma normatywnego, tzn. uregulowanego przepisami kościelnymi wzoru medalika św. Benedykta. Nie dotarłem też do źródeł pierwotnego wzoru. Należałoby szukać w archiwach starych klasztorów benedyktyńskich i w ich dziełach sztuki. Przypuszczalnie tradycyjne klasztory benedyktyńskie, czyli trzymające się liturgii tradycyjnej, trzymają się też pierwotnego czy tradycyjnego wzoru medalika, aczkolwiek nie wiem, czy sami je produkują. 

Tym samym można samemu ocenić treść danego medalika i jeśli nie zawiera treści ewidentnie sprzecznych z wiarą, pobożnością i moralnością katolicką, można go nosić i rozpowszechniać. 

Odpowiedzialność spoczywa zwłaszcza na kapłanie, który dokonuje poświęcenia danego dewocjonalium. Kapłan powinien zawsze przyjrzeć się temu, co poświęca, a w razie zasadnych zastrzeżeń odmówić poświęcenia z podaniem powodu. Generalnie nie powinien poświęcać, jeśli ma wątpliwości co do treści danego medalika, obrazka itp. 

Za kogo cierpią dusze w czyśćcu?


Aż przykro znów pisać. Jednak muszę sprostować następne kłamliwe bzdety w serii od lat produkowanych wręcz taśmowo przez tego człowieka tryskającego niewzruszonym zadowoleniem ze siebie, bez jakiejkolwiek autorefleksji, autokrytyki, tym bardziej poprawy. Oto najnowszy popis:


Przede wszystkim on myli cierpienie (i jego ofiarowanie) ze wstawiennictwem. Otóż żaden z katolickich teologów nigdy nie twierdził, jakoby dusze czyśćcowe mogły ofiarować swoje cierpienie - które jest oczyszczające, jako kara doczesna za nieodpokutowane grzechy - za inne osoby, chociażby żyjących, czyli za Kościół walczący. On widocznie nawet nie ma pojęcia o tym, czym jest w istocie i na czym polega cierpienie czyśćcowe, czyli że jest to kara, a swojej kary nie można ofiarować za kogoś, ponieważ jest ona dziełem sprawiedliwości Bożej i jest wypłacana Bogu samemu, nie innym ludziom. 

Dusze czyśćcowe mogą natomiast wstawiać się za Kościołem walczącym, czyli za wiernymi w życiu doczesnym, ponieważ są w stanie łaski uświęcającej i łączy je z nami miłość Boża. Taka jest przeważająca opinia teologów katolickich, zwłaszcza nowożytnych, mimo że św. Tomasz (STh II II q.  83 a. 11) twierdził inaczej. Synody prowincjonalne we Wiedniu (1858) oraz w Utrechcie (1865) potwierdziły tę nowszą opinię teologiczną, a papież Leon XIII wydał w 1889 r. modlitwę opatrzoną odpustem, wzywającą dusze czyśćcowe o ich wstawiennictwo u Boga. Wprawdzie nowsze oficjalne wydania modlitw opatrzonych odpustami (1937 i 1950) nie zawierają tej modlitwy, jednak nie należy tego rozumieć jako jej odrzucenia czy potępienia. 

Oczywiście wzywanie dusz czyśćcowych o ich wstawiennictwo nie jest oddawaniem im czci, tzn. nie jest tym samym co kult świętych w niebie. 

Co do zmarłych wiemy tylko o ważnie kanonizowanych świętych, że są w niebie, więc możemy konkretną osobę kanonizowaną wzywać o jej wstawiennictwo. Co do innych osób możemy żywić uzasadnioną nadzieję, że są przynajmniej w czyśćcu. Takie osoby możemy ogólnie prosić o wstawiennictwo. Wprawdzie nie ma kościelnego zakazu prywatnego wzywania konkretnych dusz o wstawiennictwo, jednak osobiście radziłbym ostrożność. Jedynie do osób zmarłych w opinii świętości czy przynajmniej opatrzonych sakramentami można bezpiecznie kierować prośby o wstawiennictwo. 

Czy jest dualizm moralny?


Tłem tego pytania jest pewna potoczna, miękka odmiana relatywizmu, promowana i forsowana w różnych dziedzinach i przy różnych okazjach. Polega ona na nieporozumieniu i pomieszaniu przynajmniej dwóch płaszczyzn:

- norm moralnych, czyli kryteriów dobra i zła

- wyborów (decyzyj) moralnych, które powinny odpowiadać normom moralnym. 

Forsowane pomieszanie tych płaszczyzn ma na celu zaciemnienie i osłabienie przynajmniej praktyczne ważności i rangi norm moralnych, czyli płaszczyzny pierwszej. 

W dziedzinie norm moralnych obowiązuje dualizm dobra i zła, analogicznie do dziedziny logiki, gdzie obowiązuje rozróżnienie na prawdę i fałsz. Podobnie jak poznanie może być jedynie albo prawdziwe albo fałszywe, tak czyny i działania mogę być jedynie albo dobre albo złe. Równocześnie jakieś wypowiedziane czy napisane zdanie - o ile nie jest równaniem matematycznym - może zawierać elementy zarówno prawdy jak też fałszu, a konkretny czyn czy działanie może się składać z elementów dobrych i złych. Oczywiście istnieją też zdania w sposób prosty i jednoznaczny czy to prawdziwe czy fałszywe, a także czyny jednoznacznie i wprost dobre czy złe. Im bardziej dane zdanie jest złożone czy wieloznaczne, tym trudniejsza może być jego kwalifikacja logiczna. Także w skład oceny czynów czy działań ludzkich wchodzi szereg czynników, które nie zawsze są jasne, proste i oczywiste. Ponieważ można wybrać tylko jedną z danych możliwości (tak samo jak można sformułować tylko jedno zdanie), to słusznie pojawia się pytanie o to, którą możliwość należy wybrać, a które możliwości należy odrzucić. 

Ostatecznie więc chodzi o problem wyboru moralnego czyli decyzji moralnej co do czynu czy działania. Tutaj są kryteria, które są zarówno pomocne jak też niezbędne do dokonania dobrego wyboru:

1. Najpierw konieczne jest uznawanie obiektywnych norm moralnych, czyli wola poddania się im. Wchodzi tutaj zarówno prawo naturalne, czyli normy moralne poznawalne rozumowo (np. nie czyń komuś tego, co tobie nie miłe), jak też prawo Boże objawione, czyli zawarte w przykazaniach Bożych podanych w Starym i Nowym Testamencie. Pomocne są tutaj - jako rozwinięcie i skonkretyzowanie - przykazania kościelne oraz etyka katolicka podana w dokumentach Magisterium Kościoła oraz w katolickich podręcznikach teologii moralnej. 

2. Gotowość dystansu względem osobistych pragnień, przyjemności i potrzeb, jeśli wymaga tego podporządkowanie się obiektywnym normom moralnym. 

3. Rozumny dystans względem różnego rodzaju presji społecznej jak nawyki, tzw. opinia społeczna, moda itp. Oczywiście pewne zwyczaje czy opinie ludzkie mogą być w jakimś stopniu także nośnikiem obiektywnych norm moralnych, jednak obecnie - w epoce daleko idącej władzy lewackiej propagandy medialnej - jest wręcz przeciwnie. 

Oczywiście nadrzędna jest ranga obiektywnych norm moralnych. Cokolwiek jest z nimi sprzeczne, nie może być dobre i moralnie dopuszczalne. 

Równocześnie w ramach ogólnych norm moralnych mogą mieścić się różne decyzje, które nie są ze sobą sprzeczne, ale mogą różnić się co do bliskości i stopnia związku z obiektywnymi normami. 

Klasycznymi przykładami dylematu co do dobrego wyboru jest wybór szkoły, kierunku studiów, zawodu, stanu życia, miejsca zamieszkania, miejsca pracy, małżonka czy małżonki itp. Tutaj są wybory nie tylko dobre albo złe, lecz dość często lepsze albo gorsze. Oczywiście lepsze i gorsze muszą mieścić w ramach obiektywnego porządku moralnego, gdyż każdy wybór poza nim jest zły. 

W kwestii dobrego wyboru katoliccy mistrzowie życia duchowego podają następujące rady: 

1. Wybierać według zasady pierwszeństwa i nadrzędności zbawienia duszy nad dobrobytem doczesnym. 

2. Wybierać tak, żeby w momencie śmierci tego wyboru nie żałować. 

3. Wybierać tak, jakby się radziło wybrać swojemu przyjacielowi, którego darzy się szczerą życzliwością, oczywiście zgodnie z poprzednimi radami. 

Oczywiście nieodzowna jest także szczera modlitwa przed podjęciem ważnych decyzyj z prośbą do Ducha Świętego o potrzebne światło. Dobrze jest też szukać porady u doświadczonego, dobrego spowiednika, zwłaszcza u kierownika duchowego. Można też prosić o radę życzliwych bliźnich, oczywiście takich, którzy myślą według zasad podanych wyżej. 


Czy dzieci poczęte "in vitro" mają duszę?


Przyznaję, że taka teza jest dla mnie zaskoczeniem. Trzeba być zupełnym ignorantem w antropologii teologicznej, by coś takiego wymyśleć. 

Otóż według antropologii chrześcijańskiej (katolickiej) dusza jest "formą" ciała, czyli "zasadą", przyczyną, dzięki której dany zespół komórek (molekuł, atomów) jest człowiekiem i to tym właśnie człowiekiem z jedynym i niepowtarzalnym kodem genetycznym. Dusza jest stwarzana bezpośrednio przez Boga w momencie powstania ciała, czyli zapłodnienia ludzkiej komórki jajowej ludzkim nasieniem. Tym samym każda istota, która jest biologicznie człowiekiem, ma duszę nieśmiertelną, gdyż to ona - jako forma ciała - sprawia, że dany zespół komórek począwszy od powstania zarodka aż do rozkładu organizmu przez śmierć jest bytem ludzkim, a nie tylko zbiorem komórek, molekuł i atomów. Sposób powstania zarodka nie jest w tej kwestii istotny. Każdy zarodek ludzki, niezależnie od sposobu i okoliczności powstania, ma duszę nieśmiertelną. Nie ma innej możliwości. 

Oczywiście z godności ludzkiej zarodka wynika obowiązek zapewnienie takiego sposobu i takich warunków jego poczęcia, które odpowiadają tej godności. Procedura in vitro niestety tego nie zapewnie, a wręcz godzi w tę godność, czyli jest z nią sprzeczna, ale jednak nie jest w stanie odebrać temu bytowi godności ludzkiej wynikającej z faktu posiadania duszy nieśmiertelnej. 

Katolik wobec wyborów

 


Kwestia jest szersza i dotyczy w ogóle udziału katolika w życiu politycznym w systemie tzw. demokratycznym. 

Jeśli dana partia ma swoich programie wyborczym np. legalizację zabijania dzieci nienarodzonych, związki partnerskie, demoralizację młodzieży, wówczas niemoralne i niezgodne z wiarą katolicką jest jakiekolwiek poparcie dla takiej partii, czy to w popieraniu listy czy podczas samych wyborów. 

Jeśli np. lista jest mieszana w poglądach kandydatów co do danej kwestii, to należy ocenić, jaka jest postawa danego ugrupowania w całości i jego wiarygodności. Jednak obecność poszczególnych osób jest także ważna. Jeśli dana partia nie ma wyrazistego stanowiska w takich kwestiach jak prawo do życia, wówczas nie wolno popierać jej działalności i to już na etapie zbierania podpisów na listy. 

Równocześnie całkowite wycofanie się z zaangażowania w wybory także może być niemoralne, jeśli nie podejmuje się możliwych starań o realizowanie chrześcijańskiego programu w polityce przynajmniej częściowe. Należy bowiem popierać i wybierać to ugrupowanie, którego program w najwyższym stopniu zawiera zasady etyki katolickiej i katolickiego rozumienia państwa i prawa. 

Czy katolicy czczą Ałłaha?


Temat pojawia się regularnie na portalu deon.pl, zaś ostatnio został gorliwie podjęty przez o. A. Posackiego, znanego dotychczas w tematyce ezoteryki i okultyzmu. Ten ostatni nawiązuje do swoich doświadczeń w islamskim Kazachstanie, ale powołuje się na treści rzeczonego portalu.




Powierzchownie problem sprowadza się do nauczania odnośnie islamu w dokumentach Vaticanum II, zarówno w deklaracji "Nostra aetate" (3) o stosunku do religij niechrześcijańskich jak też w konstytucji dogmatycznej "Lumen gentium"(16):







Taki jest główny, niby nokautujący argument deonistów itp.: sobór orzekł, więc to jest nauczanie Kościoła i katolik ma się trzymać tego, że wyznaje i czci tego samego Boga co islam. O ile wymaganie tego od katolików w Europie przed 40-50 laty było dość łatwe, gdyż wiedza o islamie ograniczała się do conajwyżej doświadczeń z urlopu w Turcji czy w Egipcie, o tyle obecnie w dobie internetu, gdy także przeciętny człowiek nie jest zdany na to, co mu podadzą gazety, radio i telewizja, nie jest łatwo zamknąć ludziom mózgi na kłódkę powoływaniem się na dokumenty soborowe. Każdy, kto chce, może dowiedzieć się nie tylko o tym, jakim problemem są imigranci muślimscy, lecz także o przyczynach i podłożu problemów. Mimo nachalnej kłamliwej propagandy, jakoby nie miało to nic wspólnego z islamem, coraz więcej ludzi potrafi kojarzyć, szuka powiązań i też musi się zmierzyć z tym, co głoszą źródła typu deon.pl i powielacze, żerujący na niewiedzy teologicznej pospólstwa.


Po pierwsze

Zdania odnośnie islamu w dokumentach Vaticanum II dotyczą dziedziny religioznawczej, nie teologicznej we właściwym sensie, czyli nie dotyczą prawd wiary. Innymi słowy: gdy chodzi o to, czego naucza islam, mamy do czynienia z wiedzą oczywiście na temat islamu, nie w temacie Bożego Objawienia przekazanego w Tradycji Kościoła i Piśmie św. Tym samym jest to wiedza zarówno omylna jak też zupełnie niewiążąca. Wynika to po prostu z przedmiotu: kwestia, czego naucza islam i jaki jest tego stosunek do nauczania Kościoła, nie należy do depozytu wiary i tym samym nie jest przedmiotem nauczania Magisterium Kościoła. Tym samym wypowiedzi w tej sprawie nie mają żadnej rangi magisterialnej, nawet jeśli są zawarte w dokumentach soborowych. Sprawa jest dość dokładnie tego typu jak gdyby sobór nauczał, że ziemia jest płaska, powołując się na miły list jest jednego z papieży do któregoś z uczonych tysiąc lat temu. Otoż biskupi zebrani na soborze nie mają obowiązku znać się na geografii, a jeśli wypowiadają się w temacie kształtu ziemi czy tego, w co wierzą muślimi, to nie tylko przekraczają swoje kompetencje lecz także cel, dla którego zwoływane są sobory. 


Po drugie

Jedynym źródłem, na które powołują się w tej sprawie dokumenty Vaticanum II, jest list papieża św. Grzegorza VII skierowany do króla Maurytanii. Także deoniści powołują się na ten list, niestety w kłamliwy, fałszujący sposób. Dlatego warto się temu listowi bliżej przyjrzeć, aczkolwiek należy pamiętać, że także on nie ma żadnej rangi magisterialnej, gdyż jest skierowany do pojedynczej osoby i ma charakter prywatny, mimo że pochodzi od papieża.



Oto oryginalny text list, opublikowany w standartowym dziele Patrologia Latina tom 148, kolumny 450-452:



Dla ułatwienia Szanownym Czytelnikom podaję sporządzone na szybko własne robocze tłumaczenie:


Grzegorz biskup, sługa sług Bożych, do Anzira, króla Mauretanii w prowincji Sitiph w Afryce, pozdrowienie i Apostolskie błogosławieństwo.
Twoja szlachetność w tym roku przesłała nam list, żebyśmy wyświęcili kapłana Servanda na biskupa według ustroju chrześcijańskiego, co postaraliśmy się uczyć, ponieważ Twoja prośba wydawał się sprawiedliwa i bardzo dobra. Wysyłając zaś nam podarunki, wysłałeś chrześcijan, którzy byli u Was więzieni, z powodu szacunku dla świętego Piotra Księcia Apostołów i z miłości zu nam, i obiecałeś, że także innych uwięzionych odeślesz. Tę dobroć tchnął w Twoje serce Bóg, Stwórca wszystkich, bez którego nie możemy uczynić nic dobrego ani pomyśleć. To On, który oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego (J 1), oświecił Twój umysł w tym zamyśle. Albowiem Bóg wszechmogący, który chce aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i aby nikt nie zginął (1Tm 2), nic innego nie uznaje bardziej w nas, by człowiek - po miłowaniu Jego - miłował człowieka i drugiemu to czynił, co by chciał, żeby jemu czyniono (Mt 7). Tak więc tą miłość my i Wy jesteśmy winni sobie i też innym ludom, którzy wierzymy i wyznajemy jednego Boga, choć w różny sposób, którzy Go, Stwórcę wieków i Rządcę tego świata chwalimy i czcimy. Tak bowiem mówi Apostoł: „On jest naszym pokojem, Ten, który jedno i drugie uczynił jednym“ (Ef 2). Znając przez nas tę łaskę daną Ci od Boga, wielu szlachetnych Rzymian bardzo podziwia i rozgłasza Twoją dobroć i cnoty. Spośród nich oto nasi krewni Alberyk i Cyncjusz, którzy prawie od młodości byli żywieni z nami w pałacu rzymskim, bardzo pragnąc wejść w przyjaźń i miłość Twoją i chętnie Ci służyć tym, w czym się podobało naszym ojcom, ślą do Ciebie swoich ludzi, abyś przez nich zrozumiał, jak uważają Ciebie za roztropnego i szlachetnego i jak chętnie Tobie chcą i potrafią służyć. Polecając ich Twojej wielkoduszności, prosimy, abyś starał się okazać im tę miłość, jaką pragniemy Tobie i wszystkim Twoim okazać, z powodu naszej miłości i z powodu odpłaty za wierność rzeczonych mężów. Zaś Bóg wie, że miłujemy Ciebie jedynie dla czci Boga i że życzymy zdrowia i czci Twojej w życiu doczesnym i przyszłym. A także prosimy sercem ustami o to, by tenże Bóg doprowadził Cię po długim okresie tego życia na łono szczęśliwości świętego Patriarchy Abrahama. 

Istotne punkty są następujące w skrócie:

- Papież wspomina życzliwy stosunek króla, który prosił o ustanowienie katolickiego biskupa na swoim terenie, wysłał papieżowi podarunki oraz uwolnionych chrześcijan, wraz z obietnicą uwolnienia następnych niewolników chrześcijańskich. 

- Papież mówi, że ta życzliwość króla pochodzi od Boga, dokładniej z naturalnego światła, które ma każdy człowiek, a więc nie z islamu.

- To naturalne oświecenie jest podstawą wierzenia i wyznawania "jednego Boga". 

- Papież wyraźnie wskazuje na Objawienie w Jezusie Chrystusie, który daje pokój. 

- Papież zapewnia o swojej modlitwie za króla, by Bóg go doprowadził do wiecznej szczęśliwości, co wcale nie oznacza, jakoby tą drogą był islam. Papież nie mówi ani słowa o islamie. 

Innymi słowy: ten list mógłby być skierowany do każdego innego władcy, który okazał tego typu życzliwość Kościołowi i tym samym wykazał naturalne, rozumowe poznanie istnienia jednego Boga wraz z naturalnym prawem moralnym. W postawie tego króla nie ma nic islamskiego, a wręcz przeciwnie, jego postawa jest wprost sprzeczna z zasadami islamu zawartymi w Kuranie i też w przykładzie życia Mahometa. Nic też nie wskazuje na to, by papież wiedział coś bliższego o islamie i treści Kuranu. Z punktu widzenia historycznego nie jest nawet pewne, czy Kuran w obecnej postaci w ogóle istniał. A jeśli istniał, to tylko po arabsku i nie wolno było go tłumaczyć. Dlatego wczesne źródła chrześcijańskie, jak chociażby św. Jana Damasceński, nie znają nawet pojęcia "islam", lecz mówią o "religii Izmaelitów", Saracenach itd., uważając ich za jedną z herezyj bliskowschodnich. 

Tym samym powoływanie się na ten list w kwestii stosunku między Kościołem i islamem jest poważnym, wręcz skandalicznym, kłamliwym nadużyciem. 

Po trzecie

Twierdzenie, jakobyśmy jako katolicy czcili tego samego Boga co islam, jest sprzeczne z całym dotychczasowym nauczaniem Kościoła. I jest sprzeczne także ze zdrowym rozsądkiem oświeconym prawdami wiary katolickiej. Przykładów w dokumentach papieży i nauczaniu teologów jest mnóstwo. Temat ten wymaga osobnego opracowania. Jako przykład podam modlitwę odmawianą na zlecenie papieży począwszy od Leona XIII (encyklika "Annum sacrum"), a odzwierciedlającą prawdziwe, stałe i niezmienne nauczanie Kościoła w tej kwestii. Chodzi o Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego przepisany do obowiązkowego odmawiania w każde święto Chrystusa Króla, a odnawiany w pierwsze piątki miesiąca. Zawarta jest w nim m. in. prośba: 

"Rex esto eorum omnium, qui in tenebris idololatriae aut Islamismi adhunc versantur, eosque in lumen regnumque tuum vindicare ne renuas."

Tak samo mówi Katechizm Nauki Chrześcijańskiej św. Piusa X:



( http://www.corsiadeiservi.it/public/content/testi%20e%20documenti/Catechismo_PioX.pdf?fbclid=IwAR2a545kHiiL61TxBhRjswWPBtk4VLK8INMQPNMazWoa8cOdG0ZC5PBoKNs )


Słusznie islam jest tutaj zrównany z pogaństwem. Odpowiada to faktom historycznym i religioznawczym. 


Liczne są też inne świadectwa chrześcijan odnośnie islamu, przy czym różny jest zakres wiedzy odnośnie Kuranu i Mahometa. Gdzie jest ta wiedza, zgadza się ona zupełnie ze stanem, który mamy współcześnie:


- Biskup Jan z Nikiu w Egipcie, piszący swoją "Kronikę" pod koniec życia Mahometa, nazywa islam "religią wrogów Boga", "nikczemną doktryną bestii to jest Mahometa", a muślimów nazywa "bałwochwalcami":



http://www.tertullian.org/fathers/nikiu1_intro.htm

- Św. Jan z Damaszku, piszący kilkadziesiąt lat po śmierci Mahometa, nazywa islam "poprzednikiem antychrysta" a Kuran uważa za zbiór "absurdalnych bajek": 

https://www.answering-islam.org/Books/MW/john_d.htm

- Biskup Teodor Abu Qurra, uczeń św. Jana Damasceńskiego, biskup Harran w Mezopotamii, demaskuje Mahometa jako kłamcę a jego naukę jako bezbożną:

http://seminare.pl/pdf/tom33-20-karczewski.pdf

- Apologia Al Kindi (IX - X w.) mówi m. in. wprost, że islam nie jest religią pochodzącą od Abrahama a Mahomet jest zbrodniczym mordercą: 

 https://www.answering-islam.org/Books/Al-Kindi/index.htm

- Św. Piotr Czcigodny, opat słynnego opactwa w Cluny, w swoich dziełach "Przeciw haniebnej sekcie Saracenów" i "Suma całej herezji Saracenów" oraz w liście do św. Bernarda od tłumaczeniu Kuranu, nazywa Mahometa bandytą a islam "ściekiem wszelkich herezyj", "bezbożnym i potępienia godnym nonsensem", "diabelską nauką":

https://en.wikipedia.org/wiki/Peter_the_Venerable

- Także wielu papieży po Grzegorzu VII prowadziło korespondencję z władcami muślimskimi, gdzie nie ma śladu ani uznania prawdziwości islamu, ani nawet równoprawności:

(z: https://books.google.de/books?id=AbWYCgAAQBAJ&hl=de&source=gbs_navlinks_s)

Por. także tego samego autora tutaj i tutaj.

Te przykłady świadczą dobitnie, że po pierwsze historia stosunku papieży i teologów katolickich do islamu jest o wiele bogatsza niż jedno zdanie Grzegorza VII (i to wyjęte z kontextu i wykorzystywane przeciw niemu) i po drugie ten stosunek jest bardzo daleki od twierdzenia, jakoby Kościół wierzył i czcił tego samego Boga co islam.


Po czwarte

W kwestii wzajemnego stosunku dwóch stron zarówno zdrowy rozsądek jak też zwykła przyzwoitość wymaga, by uwzględnić stanowisko drugiej strony. Akurat wyznawcy dialogizmu międzyreligijnego (a właściwie relatywizmu i apostazji) działają wprost przeciw tej zasadzie. Wmawiają oni bowiem katolikom, jakobyśmy wyznawali tego samego Boga co muślimi, ale przemilczają fakt, że żaden z przedstawicieli islamu, ani w historii ani obecnie czegoś takiego nie mówi i nie jest w stanie powiedzieć. Dla nich chrześcijanie są politeistami i zrównanie ich Ałłaha z Bogiem wyznawanym przez nas jest bluźnierstwem i tym samym najcięższym grzechem. Dlaczego deoniści itp. to przemilczają? Gdzie tu się podziewa ich dialogowość? A może ten cały dialog to zwykła ściema obliczona na odmóżdżenie katolików i zduszenia w zarodku ich oporu wobec islamizacji? 

Na koniec wypada postawić pytanie, jakie były powody takich a nie innych zdań w dokumentach soborowych, skoro nie mają one żadnych podstaw w dotychczasowym nauczaniu Kościoła. Tutaj należy sięgnąć do genezy i zamysłu zarówno Vaticanum II jako całości, jak też poszczególnych dokumentów. Mówiąc w skrócie: jest zupełnie oczywiste, że zamiarem w tym temacie nie było nauczanie prawd wiary. Tym samym można i należy tę sprawę dyskutować otwarcie i bez żadnych ograniczeń. Jedyną granicą jest różnica między prawdą i fałszem. 



Post scriptum I

Podobne uwagi wyraził filozof francuski Alain Besançon:



Post scriptum II

Jeden z dwóch bohaterów tego wpisu staje się coraz wyraźniej apologetą islamu i antykatolikiem: