Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Czy nacjonalizm jest herezją?
Nie jest moim zadaniem ani zamiarem komentowanie słów Księdza Arcybiskupa. Odniosę się jedynie do wskazanego problemu.
O ile definicja herezji jest dość jasna (jest to negowanie której z prawd wiary katolickiej), o tyle nie ma jednolitej i jednoznacznej definicji nacjonalizmu. Można powiedzieć, że każda postać nacjonalizmu jest związana z danym narodem, z jego historią, kulturą i tożsamością. Dlatego Kościół nigdy nie potępił nacjonalizmu jako takiego. Potępiony został jedynie szowinizm we Francji okresu międzywojennego oraz nazizm niemiecki.
Rozumiejąc nacjonalizm ogólnie jako koncepcję i dążenie do państwa jednonarodowego można powiedzieć, że nie ma teologicznej możliwości - przynajmniej w ramach teologii katolickiej - potępienia tak rozumianego nacjonalizmu. Przyczyna jest prosta: naród wybrany miał państwo narodowe, tym samym potępienie państwa jednonarodowego oznaczałoby odrzucenie historii Zbawienia i byłoby to nawiązanie do starożytnej herezji Markiona.
Po drugie, oznaczałoby odcięcie się od katolickiego rozumienia państwa, którego ideałem jest monarchia. Zaś monarchia jest pochodną państwa plemiennego i ostatecznie rodziny jako podstawowej komórki i wzoru każdej społeczności. Na ten związek wskazują wyraźnie wielcy teologowie Kościoła jako chociażby św. Tomasz z Akwinu czy św. Robert Bellarmin. Owszem, myślenie kogoś nie posiadającego wiedzy teologicznej czy chociażby historycznej często nie wychodzi poza kategorie i schematy demokratyczne. Nie może to być jednak kryterium prawdy i słuszności, już chociażby z tego powodu, że Kościół nie tylko jest monarchią w swym ustroju, lecz przede wszystkim rozumie siebie jako Królestwo Boże na ziemi oraz czci swojego Boskiego Założyciela jako Króla.
Po trzecie, nie ma żadnych przesłanek teologicznych, ani w Tradycji Kościoła ani w Piśmie św., które by stanowiły podstawę do odrzucenia czy potępienia nacjonalizmu w rozumieniu podanym powyżej. Przeciwne wierze katolickiej jest jedynie negowanie jedności rodzaju ludzkiego (co zostało potępione chociażby w encyklice Piusa XII "Summi Pontificatus") oraz mieszanie celów państwa z celami Kościoła (co było powodem zastrzeżeń Piusa XI do "Action Francaise").
Paradoxalnie w aktualnych napięciach między narodowcami a niektórymi przedstawicielami hierarchii chodzi w gruncie rzeczy właśnie o ten ostatni problem, aczkolwiek akurat z innej strony. Polskim narodowcom zależy na budowaniu państwa na zasadach katolickiej nauki społecznej i to głównie wbrew i przeciw globalizmowi zagrażającemu i niszczącemu wszechstronnie byt nie tylko społeczeństw i rodzin, lecz także suwerenność państw. Zastrzeżenia czy negatywne ocenianie nacjonalizmu polskiego ma zwykle nie tylko podłoże i podtext, lecz wręcz motywację, która miesza naturę i cel państwa z naturą i celem Kościoła. Prostackie hasła typu: "katolik i nacjonalista to sprzeczność, ponieważ Kościół jest powszechny" wykazują zarówno braki i błędy w teologicznym myśleniu jak też uleganie prymitywnym schematom.
Otóż specyfiką katolicyzmu, w odróżnieniu głównie od protestantyzmu, jest po pierwsze poszanowanie prawa naturalnego. Oznacza to poszanowanie naturalnych więzi, w tym kulturowych i narodowych. Jest to widoczne zwłaszcza w tradycji polskiej, ale też w innych krajach katolickich: Kościół, będący - oprócz głoszenia Ewangelii i właśnie z powodu tego głoszenia - nośnikiem cywilizacji klasycznej, grecko-łacińskiej, był zawsze promotorem, obrońcą i stróżem tożsamości danego ludu. Jest to szczególnie wyraźnie widoczne na przykładzie z jednej strony Ameryki Północnej, kolonizowanej zasadniczo przez protestantów, a z drugiej strony chociażby Filipin, gdzie chrystianizacja nie oznaczała wyniszczenia kulturowego i etnicznego.
Drugą istotną cechą katolicyzmu jest odróżnienie sfery religijnej od sfery państwowej, czyli niezależność Kościoła względem państwa, oczywiście przy zachowaniu prymatu wartości duchowych nad doczesnymi. Kościół był w stanie zachować swój autorytet i wypełniać swoje zadania właśnie dzięki swej wolności, która oznaczała także zdrowy dystans wobec władzy świeckiej. Mówiąc konkretniej w odniesieniu do aktualnych spraw: uleganie przez przedstawicieli Kościoła dyktatowi polityków głobalistycznych, narzucających państwom i narodom własne plany, strategie i zamiary, jest haniebnym poddaństwem, które jest nie do pogodzenia ani z tożsamością i wiarą Kościoła, ani z godnością jego członków, zwłaszcza hierarchów.
Zadaniem Kościoła jest owszem nauczanie, przypominanie i naleganie na przestrzeganie prawdy o człowieku, o prawie naturalnym, w którego skład wchodzą także prawa narodu - zwłaszcza prawo samostanowienia i zachowania tożsamości kulturowej i religijnej, o prawie Bożym nauczanym w Ewangelii. Tego zadania jednak nie sposób pogodzić ze służalczością wobec możnych tego świata, dążących do wyniszczenia zarówno kultury i cywilizacji chrześcijańskiej, jak też suwerennych narodów i państw. Powoływanie się w tym kontekście na powszechność Kościoła i miłość bliźniego jest conajmniej nieporozumieniem, jeśli nie wręcz zamierzonym zakłamaniem i obłudą. Jest to szczególnie wyraźne w kwestii przyjmowania imigrantów obcych kulturowo i religijnie, którzy stanowią realne zagrożenie dla pokoju społecznego, a nawet dla bezpieczeństwa życia konkretnych ludzi. Kościół nigdy nie zachęcał i nie może zachęcać do mieszania kultur i religij. Każdy rozsądny, trzeźwo myślący czy przynajmniej znający fakty człowiek wie, jakie to może mieć konsekwencje i rzeczywiście ma. Już w Starym Testamencie ideałem szczęścia i pomyślności miłej Bogu, nawet stanowiącym Bożą obietnicę jest zamieszkiwanie na własnej ziemi, w społeczności zjednoczonej więzami naturalnymi i religijnymi. Jakim więc prawem osoby określające się katolikami mają tupet popierać i zachęcać do tworzenia społeczeństwa wielokulturowego i wieloreligijnego?
Na koniec jeszcze jedna uwaga, dość istotna. Ostatnio często pojawia się powoływanie się na słowa Jana Pawła II w jego książce "Pamięć i tożsamość", gdzie jest zawarte odróżnienie i zarazem zróżnicowanie w wartościowaniu nacjonalizmu i patriotyzmu. Po pierwsze należy mieć na uwadze, że ta książka i zawarte w niej wypowiedzi w żaden sposób nie stanowią nauczania papieskiego, gdyż nie jest to urzędowy dokument Magisterium Kościoła, lecz są to jedynie prywatne myśli. Tym samym słowom tym nie przysługuje żadna ranga w znaczeniu nauczania Kościoła i tym samym można i należy je rozpatrzyć według odpowiedniego znaczenia.
Po drugie, jest oczywiste, że czym innym jest patriotyzm (więcej tutaj), a czym innym nacjonalizm. Pierwszego nie można zastąpić drugim i odwrotnie.
Po trzecie, Jan Paweł II w żaden sposób nie przedstawił użytego w tym kontekście pojęcia nacjonalizmu, tym bardziej go nie rozwinął, nie opisał i nie uzasadnił negatywnej oceny. Wobec tak daleko idącej niejasności jest po prostu bardzo nieuczciwym zabiegiem powoływanie się na te słowa w kontekście i w odniesieniu do konkretnego programu politycznego oraz określonej kwestii, mianowicie przyjmowania imigrantów ekonomicznych.
Jest natomiast sporo oficjalnych, bez wątpienia papieskich wystąpień Jana Pawła II, gdzie można dostrzec przynajmniej zręby czegoś takiego jak teologia narodu i tym samym teologia nacjonalizmu. Podam kilka jedynie przykładów:
- W encyklice "Redemptor hominis" (15, 17) jest mowa o poszanowaniu praw "zarówno człowieka, jak narodu i ludu", wbrew "celom imperializmu".
- W encyklice "Laborem exercens" (10) o pracy ludzkiej mówi: "To wszystko sprawia, że człowiek swoją głębszą tożsamość ludzką łączy z przynależnością do narodu...".
- W encyklice "Slavorum Apostoli" (18) mówi: "Każdy człowiek, każdy naród, każda kultura i cywilazacja mają swoją rolę do wypełnienia i swoje miejsce w tajemniczym planie Boga i w powszechnej historii zbawienia."
Przykładów jest znacznie więcej. Jeśli Pan Bóg pozwoli, będzie czas na ich szerszą prezentację. Tymczasem niech wystarczą.
Jak katolik powinien być aktywny?
Ewolucjonizm a dusza ludzka
Pytanie powinno właściwie zostać skierowane do Jana Pawła II, względnie do kogoś, kto chce bronić tę jego wypowiedź.
Jaka jest prawdziwa koronka do Miłosierdzia Bożego?
Tak więc:
Każdy dziesiątek zaczyna się od "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" (na dużych paciorkach). Następnie na małych paciorkach odmawia się "Mój Jezu, miłosierdzia!", a na koniec (zamiast "Chwała Ojcu") jest "O Jezu, nasz Odkupicielu, zbaw nas!". Tak się odmawia każdy dziesiątek.
Czy koronka Piusa IX zawiera błąd teologiczny?
Uwaga jest słuszna. Osobiście uważam to zdanie już nawet pod względem stylistycznym za nieudane, także pod względem teologicznym. Przyznaję, że tej koronki nie spotkałem w żadnym innym języku oprócz polskiego. Nie znalazłem żadnych informacyj na jej temat, ani co do pierwotnego - łacińskiego czy włoskiego - wydania, ani co do udzielonego pierwotnego imprimatur. Dopiero jedna z P. T. Czytelniczek w swojej uprzejmości wskazała mi na włoską książeczkę do nabożeństwa z 1877 roku, która podaje tęże koronkę bez feralnego zdania (źródło tutaj):
Każdy dziesiątek zaczyna się od "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" (na dużych paciorkach), następnie na małych paciorkach odmawia się "Mój Jezu, miłosierdzia!", a na koniec (zamiast "Chwała Ojcu") jest "O Jezu, nasz Odkupicielu, zbaw nas!". Tak się odmawia każdy dziesiątek.
Tak więc wygląda na to, że wersja podawana w Polsce jest oszustwem. Znajduje się ona w modlitewniku wydanym przez kapucynów w Krakowie w 1894 r. (źródło tutaj), gdzie na str. 416 mamy niestety już zafałszowaną wersję:
Wracając do pytania. Abstrahując od nieudanej stylistyki, można w tym miejscu życzliwie przyjąć, że chodzi o to, iż dla Pana Boga jedyną "niepodobną" rzeczą jest to, żeby nie ulitował się nad nieszczęśliwymi. Rzeczywiście Pan Bóg daje nie tylko każdemu człowiekowi życie oraz wszystko, co jest potrzebne do życia doczesnego aż do jego kresu, lecz daje każdemu Swoje łaski, czyli siły i zdolności duchowe konieczne do zbawienia duszy. Ponadto Pan Bóg nikomu nie skąpi tego, o co człowiek prosi dla swojej duszy.
Czy są inne rzeczy względnie czynności i działania "niepodobne" Bogu, czyli sprzeczne z Jego naturą? Oczywiście są, jak np. niemożliwe jest, by Pan Bóg stworzył czy uczynił coś złego, popełnił kłamstwo, wprowadził w błąd. Teologowie katoliccy są zgodni także co do tego, iż Pan Bóg nie może stworzyć czy uczynić czegoś zbytecznego.
Mając na uwadze, że koronka nie jest traktatem teologicznym, od którego należy wymagać zupełności i rozważności, można życzliwie uznać, że to zdanie koronki nie zaprzecza innym "niepodobieństwom" w odniesieniu do Boga, a jedynie popełnia błąd polegający na retorycznej przesadzie czy nierozwadze. Jest to o tyle tolerowalne, że tej koronce nie przypisuje się pochodzenia nadprzyrodzonego, czyli bezpośrednio do Boga (jak w przypadku koronki s. Faustyny), lecz jedynie pochodzenie kościelne. Oczywiście pochodzenie kościelne także zobowiązuje do precyzji i rozwagi teologicznej. Jednak jest to zupełnie inny kaliber błędu niż w przypadku ofiarowania Bóstwa w koronce s. Faustyny.
Jakie są tradycyjne warunki udzielenia sakramentu Ostatniego Namaszczenia?
Najpierw uwaga ogólna. Tradycyjne określenie "Ostatnie Namaszczenie" zostało w Novus Ordo zastąpione przez "Namaszczenie Chorych". To zastąpienie było powodowane nieporozumieniem. Otóż określenie "ostatnie" nie oznacza, jak twierdzą moderniści, jakoby po nim należało umierać, lecz chodzi o to, że jest to namaszczenie ostatnie w kolejności namaszczeń sakramentalnych, począwszy od Chrztu, poprzez Bierzmowanie, święcenia prezbiteratu i episkopatu, aż do namaszczenia udzielanego ciężko chorym i umierającym. Zmiana na "Namaszczenie Chorych" spowodowała zmianę mentalnościową oraz coraz powszechniejsze nadużycie tego sakramentu przez udzielanie masowe i regularne, jako niby zastępnika sakramentu Spowiedzi, choć według prawidłowego obrzędu, udzielenie "Namaszczenia Chorych" powinno obejmować i być poprzedzone spowiedzią chorego, o ile jest w stanie się wyspowiadać.
Tradycyjne określenie "Extrema Unctio" słusznie wskazuje na sytuację extremalną, czyli bliską kresowi życia, czyli poważnej choroby bądź niebezpieczeństwa śmierci.
Dekret określający warunki udzielenia tego sakramentu według ostatniego wydania tradycyjnego Rituale Romanum (z 1925 r.) podaje co następuje:
Tutaj są podane główne zasady:
- ten sakrament ma służyć zarówno zbawieniu duszy jak też zdrowiu ciała,
- należy go udzielać wedle możliwości w tym czasie, gdy osoba przyjmująca jest w stanie brać udział w pełni sił umysłu i rozumu.
Następnie:
Ten sakrament powinien być udzielany tylko tym wiernym, którzy po osiągnięciu używania rozumu znajdują się w niebezpieczeństwie śmierci z powodu choroby lub podeszłego wieku. Nie należy go powtarzać w tej samej chorobie.
Jeśli jest wątpliwość, czy dana osoba ma zdolność używania rozumu, bądź czy rzeczywiście znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci, bądź czy już zmarła, wówczas udziela się tego sakramentu warunkowo.
Nie należy tego sakramentu udzielać tym, którzy bez skruchy trwali w grzechu ciężkim, a jeśli jest wątpliwość co do tego, wówczas udziela się sakramentu warunkowo.
Chorym, którzy będąc świadomi poprosili o sakrament przynajmniej niewyraźnie bądź prawdopodobnie by o niego poprosili, a w danym momencie nie są przytomni, należy udzielić sakramentu.
Gdy chory umarł podczas obrzędu Ostatniego Namaszczenia, wówczas kapłan opuszcza modlitwy odnoszące się do stanu chorobowego.
Gdy kapłan ma wątpliwość, czy dana osoba żyje, wówczas udziela z formułą warunkową.
W sytuacji konieczności wystarczy namaszczenie jednej części ciała, najstosowniej na czole, jeśli to możliwe.
Tyle co do zarządzeń ogólnych. Nie precyzują one, jak widać, momentu śmierci.
W obecnym stanie wiedzy wiemy, że śmierć nie następuje w jednym momencie, lecz funkcje życiowe ustają kolejno i stopniowo. Tzw. śmierć mózgu na pewno nie jest równoznaczna ze śmiercią całego organizmu. Także zatrzymanie pracy serca czy nawet oddechu nie jest w pewnym stopniu nieodwracalne. Kapłan nie jest lekarzem i nie jest w stanie - na użytek udzielenia sakramentu - samodzielnie określić, czy dana osoba już zmarła. Za zmarłą powinien na pewno uznać osobę, której zgon został stwierdzony przez lekarza. Przed tym stwierdzeniem, jeśli nie ma jednoznacznych oznak zgonu, kapłan może udzielić sakramentu warunkowo. Dotyczy to szczególnie nagłych przypadków, zwłaszcza gdy zgon następuje w wyniku odniesionych obrażeń ciała, czy to w trakcie akcji ratunkowej, czy bezpośrednio po niej.
Czy władza ma prawo uniemożliwić udzielenie sakramentów świętych?
Sprawa jest właściwie oczywista, choć widocznie jednak coraz mniej i to nawet w rzekomo katolickiej Polsce.
Zacząć trzeba od tego, że kapłan katolicki ma obowiązek udzielenia sakramentu, jeśli spełnione są kanoniczne warunki jego udzielenia. Do kanonicznych warunków oczywiście nie należy zgoda władzy świeckiej czy choćby jej przedstawicieli.
W przypadku ostatniego namaszczenia decydująca jest wola danej potrzebującej osoby, bądź przynajmniej osoby bliskiej, która reprezentuje osobę ciężko chorą, nie będącą w stanie wyrazić swojej woli.
Jeden z moich wychowawców seminaryjnych opowiadał zdarzenie ze swojego doświadczenia kapłańskiego. Będąc świadkiem wypadku drogowego, w którym został poszkodowany motocyklista. Poszkodowany był jeszcze przy życiu, choć w stanie wskazującym na utratę przytomności. Nie było możliwości zapytania osoby bliskiej, czy poszkodowany życzyłby sobie sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Wówczas kapłan wziął młodzieńca za rękę i poprosił go o znak, czy chce przyjąć Ostatnie Namaszczenie. Młodzieniec dał znak lekkim poruszeniem dłoni, co upewniło kapłana, że ów pragnie sakramentu.
Moje zdanie jest następujące: jeśli dana osoba nie jest w stanie w żaden sposób wyrazić pragnienia przyjęcia sakramentu Ostatniego Namaszczenia, a kapłanowi nie jest znane nic, co by świadczyło o braku jego woli czy zgody, wówczas kapłan powinien udzielić sakramentu. Prawo cywilne ani władza państwowa nie powinna mu tego ani zakazywać, ani uniemożliwiać, ani utrudniać.
Podane wyżej zachowanie policjanta i prokuratora jest skandaliczne i bezprawne. Tak nie postępowała nawet komunistyczna milicja w PRL. To zachowanie wpisuje się w mentalność wynikającą z reżimu tzw. pandemicznego, gdy władze państwowe podniosły zakazującą rękę na praktyki religijne zarówno w szpitalach, domach opieki, więzieniach, jak też nawet w świątyniach i budynkach kościelnych.
Nawet abstrahując od wyrażonej przez policjanta osobistej niewiary i wręcz pogardy dla sakramentów Kościoła, jego zachowanie jest niestety wyrazem braku szacunku dla czyjejś wiary i czyichś potrzeb duchowych.
Rodzina tych osób ma prawo domagać się ukarania osób odpowiedzialnych za uniemożliwienie praktyk religijnych w tym tragicznym przypadku.
Równocześnie ten przypadek powinien nakłonić wszystkich do refleksji nad stanem świadomości Polaków co do wartości praktyk religijnych oraz praw osób religijnych. Ci policjanci i prokuratorzy przypuszczalnie uczęszczali niegdyś na lekcje religii, byli u Pierwszej Komunii, być możne nawet przyjęli Bierzmowanie. Jeśli mimo tego tak się zachowali, to jest to skandaliczne świadectwo jakości nauczania przez Kościół w Polsce.
Post scriptum
Takie info krąży po pajęczynie (cytat z tego policjanta wraz z podobizną):
Czy w piątek Oktawy Paschalnej obowiązuje abstynencja?
Wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych obowiązuje tradycyjnie - według Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 r. - we wszystkie piątki, czyli także w Oktawie Paschalnej.
Jedynie tzw. święto nakazane - czyli takie, w który przypada obowiązek uczestniczenia we Mszy św. oraz powstrzymania się od pracy służebnej i od handlu - znosi wstrzemięźliwość piątkową.
Oto brzmienie kanonów:
Skąd się wzięła żona Kaina?
Pytanie dotyczy właściwie żony Kaina, pierworodnego syna Adama i Ewy. Z Księgi Rodzaju wynika, że Adam i Ewa mieli więcej dzieci niż tylko Kaina, Abla i Seta. Musieli mieć także córki. Tym samym poślubienie młodszej siostry było dla Kaina możliwe i konieczne. Wówczas nie było jeszcze zakazu kazirodztwa. Powodem tego zakazu była troska o zdrowie rodzaju ludzkiego i nie ma on znaczenia absolutnego, tzn. Bóg mógł zwolnić zarówno z zakazu jak też uchronić od ewentualnych negatywnych biologicznych skutków.
Czy można uzasadnić obmywanie nóg kobietom? (z post scriptum)
Tego nie da się uzasadnić teologiczne, gdyż jest to praktyka antyteologiczna i antykatolicka, a to głównie z najstępujących względów:
Czy wolno uciekać przed wojną?
Jaki post eucharystyczny obowiązuje?
Jak powinna wyglądać katolicka adoracja?
Czy Kościół może wprowadzać nowości?
Te pytania są dość istotne i szczególnie aktualne w kontekście ostatnich dekad historii Kościoła. Sprawa jest prosta, jednak równocześnie postawienie tych pytań faktycznie nie dziwi, gdyż mamy do czynienia z forsowaną odgórnie - zarówno przez sprawujących władzę w Kościele, jak też przez świecką propagandę medialną - mentalnością dokładnie przeciwną odwiecznej i stałej zasadzie Kościoła: misją Kościoła jest nauczanie wszystkich ludzi wszystkich czasów jedynego, danego raz na zawsze Bożego Objawienia. Dlatego właśnie nowość była w Kościele zawsze synonimem herezji, czyli zanegowania tegoż Objawienia.
Czy w protestantach działa Duch Święty czyli kto działa w jezuicie Recławie? (z post scriptum)
O. Remigiusz Recław znany jest nie tylko z działalności „charyzmatycznej“, w ramach której urządza quasi dyskotekowe imprezy w kościele, gdzie młodzi ludzie tańczą na stołach:
Od pewnego czasu udziela także odpowiedzi w internecie (owszem, pod względem medialnym w miłym, sympatycznym stylu), gdzie występuje nie tylko w imieniu swojej grupy „charyzmatycznej“ lecz także jezuitów, co zobowiązuje już do wypowiadania się zgodnie z nauczanem Kościoła, i to zarówno dokumentów Magisterium jak też zwłaszcza nauczania św. Ignacego z Loyoli. Przyjrzyjmy się dla przykładu jednemu z ostatnich wystąpień, które wpisuje się w dyskusję odnośnie działalności M. Zielińskiego, którego o. Recław publicznie popiera. Podaję w skrócie jego zasadnicze tezy, następnie odnosząc się do nich.
1. Duch Św. działa w protestantach i działa z mocą.
Tak o. Recław twierdzi stanowczo. Ponieważ w kontekście mówi o Toronto Blessing, przez „moc“ rozumie zapewne charakterystyczne zjawiska „pentekostalno-charyzmatyczne“ czyli niezrozumiały bełkot, który ma być „darem języków“, zwierzęce ryczenie, histeryczne chichoty, tarzanie się po ziemi, drgawki, rzekome uzdrowienia (nie są znane przypadki zbadane i uznane medycznie). Problem polega na tym, że tego nie twierdzi wprost, choć w kontekście wiadomo, o co chodzi. Nie mówi też, na czym opiera to swoje zdanie. Gdyby powiedział, że na nauczaniu Soboru Watykańskiego II, to by można było łatwo sprawdzić w dokumentach, co sobór faktycznie mówi i do czego odnosi. Wówczas byłoby oczywiste, że o. Recław przez taką wieloznaczność po prostu oszukuje odbiorców.
2. Protestanci karmią się Ciałem i Krwią Pana Jezusa, bo tak uważają i wierzą. To my uważamy, że oni nie przymują Komunii św. Mamy różną teologię, czyli inny punkt widzenia, ale Bóg jest szerszy od naszego wąskiego myślenia.
Tutaj kłamstwo polega również na uproszczeniu, które zmienia istotę sprawy, a także na wmieszaniu ewidentnych fałszerstw.
Po pierwsze, żaden odłam protestancki nie twierdzi, że w postaciach eucharystycznych jest realnie obecny Jezus Chrystus. Dla nich jest to jedynie symbol i najwyżej kwestia wewnętrznego przekonania, nigdy obiektywnej rzeczywistości. Tak więc o. Recław widocznie albo nie zna teologii protestanckiej, albo świadomie kłamie.
Po drugie, realna Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii nie jest kwestią różnych możliwych podejść teologicznych, lecz objawionej prawdy wiary, czyli Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji i Piśmie św. Mówi o tym jasno całe nauczanie Kościoła, aż po Sobór Watykański II i Katechizm Kościoła Katolickiego. Kto uważa - jak widocznie o. Recław, że protestanckie pojęcie Eucharystii jest równorzędne z pojęciem zawartym w nauczaniu Kościoła, ten albo nie ma pojęcia nawet o prawdach katechizmowych, co jest karygodne u kapłana po studiach teologicznych, albo po prostu kłamie na użytek doraźnej tezy i celu.
Po trzecie, nazwanie prawdy wiary nauczanej przez Kościół „naszym wąskim myśleniem“, może być jedynie bezczelnym przyznaniem się nie tylko do relatywizmu, lecz do niewiary i tym samym odrzucenia prawdziwości nauczania Kościoła o Eucharystii. Innymi słowy: skoro katolicka wiara w Eucharystię jest dla o. Recława tylko „naszym wąskim myśleniem“, a nie prawdą pochodzącą od Boga, to o. Recław albo neguje boskie pochodzenie wiary katolickiej, albo możliwość Bożego Objawienia w ogóle, albo jedno i drugie, i jest tym samym po prostu apostatą negującym fundamentalnie całe nauczanie Kościół z Soborem Watykańskim II włącznie (w tym temacie polecam chociażby konstytucję "Dei Verbum").
3. Ludzie z Toronto Blessing kładą się na grobach, bo tak wyrażają swój szacunek, co wynika z kultury, tak jak z nas czci się rellkwie.
Tutaj znowu jest problem, że albo o. Recław nie wie i nie rozumie, czym jest katolicka cześć do relikwij, albo wie, a jedynie na doraźny użytek kłamie. Po pierwsze bowiem zakłada, jakoby praktyka ludzi z Toronto Blessing oznaczała wyłącznie szacunek dla zmarłych. Po drugie kłamie, jakoby owa praktyka wynikała z kultury (wiadomo przecież, że czegoś takiego nie robią wszyscy Amerykanie czy Kanadyjczycy, czy chociażby jakaś znaczna grupa oprócz ludzi z Toronto Blessing). Po trzecie o. Recław widocznie nie uznaje różnicy między świętymi kanonizowanymi przez Kościół a zmarłymi. Czyżby w ogólnie nie uznawał obecności w niebie i wstawiennictwa świętych? A może uważa, że wszyscy zmarli są w niebie? Niestety brakuje dopowiedzenia. Pewne jest jednak, że zarówno jedno jak też drugie jest sprzeczne z wiarą katolicką, czyli jest herezją.
4. Także protestanci czczą Matkę Bożą. Tylko jakieś „frakcje“ protestantów niszczą obrazy Matki Bożej.
Po pierwsze o. Recław kłamie, mówiąc, jakoby protestanci czcili Matkę Bożą. Kaznodzieje i teologowie protestanccy mówią jedynie o „matce Jezusa“ czy „Maryi“, gdyż z zasady nie uznają i nie wyznają dogmatu o Bożym Macierzyństwie.
Po drugie, owszem, nawet M. Luder napisał jeden traktat o Maryi jako Matce Jezusa Chrystusa (właściwie komentarz do Magnificat), ale potraktował ją wyłącznie jako wzór wiary, czyli podobnie jak innych wierzących, bez uznania jej wyjątkowej godności i świętości w porządku nadprzyrodzonym.
Po trzecie, wzmiankowany przez o. Recława fakt zborów protestanckich z obrazami Matki Bożej świadczy wyłącznie o tym, że są to zrabowane katolikom świątynie i że u protestantów nie ma jedności co do form i praktyki, choć łączy ich odrzucenie katolickich prawd wiary także odnośnie Matki Bożej.
5. Możemy się od protestantów bardzo dużo nauczyć. Czytanie Pisma św. przyszło do nas od protestantów, to że świeccy czytają Pismo św. i że mają je czytać. Tak przez protestantów działa Duch Święty.
Nie wiem, czy o. Recław do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Bo skoro czytanie Pisma św. przez wszystkich na wzór protestancki pochodzi od Ducha Świętego, to oznacza to niechybnie, że Kościół katolicki błądził i był przez całe wieki pozbawiony prowadzenia przez Ducha Świętego przynajmniej w tej sprawie.
Po drugie o. Recław albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, że także zachęty do czytania Pisma św. począwszy od Soboru Watykańskiego II zawierają pouczenia i napomnienia do czynienia tego zgodnie z katolickimi regułami hermeneutyki biblijnej, które są gruntownie różne od podejścia protestanckiego, stosowanego właśnie u tzw. charyzmatyków. Tak więc kłamstwo jest tutaj wielorakie. Prawdą jest natomiast, że Kościół nigdy nie zmienił swoich zasad podejścia do Pisma św., przejmując zasady protestanckie, a jedynie dopasował reguły dyscyplinarne, konkretnie: wcześniej był zakaz czytania tłumaczeń na języki narodowe, obecnie wymagana jest kościelna aprobata tłumaczeń.
Po trzecie, także w aspekcie historycznym o. Recław po prostu kłamie. Nigdy nie było w Kościele zakazu czytania Pisma św. przez świeckich. Zawsze i każdemu wolno było czytać Biblię w językach oryginalnych (hebrajskim i greckim) oraz w tłumaczeniu łacińskim Wulgaty. Był jedynie zakaz odnośnie tłumaczeń na języki narodowe, które pochodziły zwykle od heretyków i zawierały wiele fałszerstw (także Biblia M. Ludera zawiera wiele zafałszowań).
6. Powiedzenie, że u protestantów nie ma sakramentów, jest nieprawdą, bo oni mają rytuały i choć nie nazywają tego sakramentem, „to jest to jak sakrament“.
Tutaj o. Recław albo popisuje się wprost nieprawdopodobną niewiedzą odnośnie elementarnych prawd katechizmowych, albo niemal wprost neguje katolicką naukę o sakramentach. Ktokolwiek ma choć bladą znajomość katechizmu katolickiego, ten wie, że sakrament to nie to samo co obrzęd. Pozostaje prosta rada: 1° niech sobie o. Recław poczyta chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego w tym temacie, oraz 2° niech zapyta protestantów, co rozumieją przez sakrament. Wówczas się dowie, że są to dwie różne rzeczywistości. Chyba, że już o tym wie, a jedynie okłamuje odbiorców na doraźny użytek.
7. „Czerpmy nawzajem od siebie“, tzn. katolicy od protestantów i odwrotnie.
To jest jedynie pozornie zdanie pojednawcze. Twierdzenie, jakoby Duch Święty prowadził w ten sposób do „pełnej jedności“, jest właściwie bluźnierstwem przeciw Duchowi Świętemu. Oznacza bowiem, jakoby prawdy wiary głoszone uroczyście na soborach powszechnych właśnie dla odrzucenia herezyj - także herezji protestanckiej - nie pochodziły od Ducha Świętego. Takie twierdzenie jest sprzeczne także z nauczaniem Soboru Watykańskiego II, a wynika jedynie z pokrętnych wywodów skrajnych ekumenistów, których poglądy nie mają żadnego poparcia w dokumentach Kościoła.
8. Skoro mamy pełnię Ducha Św., to skąd jest grzech? Dlatego musimy się uczyć od protestantów, „bo Duch Św. uzupełnia w ten sposób“.
Tutaj o. Recław dokonuje kolejnego perfidnego zabiegu: niby odwołuje się do klasycznego pojęcia, ale je przekręca i zafałszowuje właściwą treść. Sobór Watykański II mówi w konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium“ (8), że tylko w Kościele katolickim jest „pełnia prawdy i środków zbawienia“. O. Recław widocznie do tego się odnosi, mówiąc o „pełni Ducha Świętego“. Jest to fałszywe już chociażby z tego powodu, że Ducha Świętego nie można podzielić na części, tym samym Duch Święty jest zawsze Pełnią, a udziela Swoich darów w różny sposób.
9. Nie używajmy określeń w systemie zero-jedynkowym, że to jest dobre a to jest złe, bo to jest śmieszne; tak nie jest, nie ma kogoś tylko dobrego i tylko złego.
Tutaj znowu miesza kwestię grzeszności członków Kościoła z prawdziwością wiary i Kościoła jako takiego. Dokładnie biorąc, o. Recław widocznie neguje świętość Kościoła, o której mówi nie tylko Sobór Watykański II lecz także wyznanie wiary. Tym samym o. Recław określa się jako apostata. Wobec tego faktu jako drugorzędne jawi się odrzucenie - pozorne, kłamliwe - logiki dwuwartościowej. Skoro wypowiada wezwanie „nie używajmy“, to tym samym zakłada różnicę przeciwieństwa między używaniem i nieużywaniem, tym samym właśnie logikę dwuwartościową, którą chciałby równocześnie odrzucić. Tak więc słowa o. Recława są jedynie perswazyjnym bełkotem - widocznie obliczonym na brak elementarnego trzeźwego myślenia u odbiorców - niezależnie od tego, czy on sobie zdaje z tego sprawę czy nie.
Zamiast podsumowania, które by musiało być proste i krótkie, przytoczę dwa fragmenty ze Ćwiczeń Duchowych założyciela zakonu jezuitów, św. Ignacego z Loyoli. Mówią one same za siebie, zwłaszcza w zestawieniu z powyższymi i innymi wypowiedziami o. Recława:
Święty Ignacy, módl się za nami!
Jak ludzie zmarli przed Chrystusem mogli dostąpić zbawienia?
Czy "miłość platoniczna" osób tej samej płci jest grzeszna?
Odpowiedź zależy przede wszystkim od definicji "miłości platonicznej". Zwykle rozumie się przez to czysto duchowo-emocjonalne przeżywanie bez czynności sexualnych.
Katechizm Kościoła Katolickiego (i za nim też inne dokumenty) rozróżnia między skłonnością a praktykowaniem, czyli czynnościami sexualnymi.
Skłonność oczywiście nie jest tym samym, co "zakochanie się" w osobie tej samej płci, aczkolwiek zwykle się to wiąże, o ile "zakochanie się" zawiera także pożądanie. Pożądanie samo w sobie może być różnego rodzaju i nie musi oznaczać pragnienia aktów homosexualnych w ścisłym tego słowa znaczeniu. Pożądanie może być zarówno bardziej duchowe, polegające na upodobaniu w osobie, jej osobowości, charakterze, zdolnościach itp., jak też bardziej zmysłowo cielesne czy skoncentrowane na wyglądzie i innych cechach zmysłowych. Czy ten dwa rodzaje mogą istnieć niezależnie od siebie? Na pewno ten drugi rodzaj istnieje w skrajnie patologicznych przypadkach jak prostytucja. Pierwszy przypadek - w znaczeniu zasadniczo tylko duchowego upodobania - ma miejsce nawet w Piśmie św., które mówi chociażby o umiłowanym uczniu, św. Janie, który podczas Ostatniej Wieczerzy położył głowę na piersi Mistrza. Lobby homosexualne upatruje m. in. w tym przypadku pozytywne stanowisko Pisma św. do homosexualizmu, co jest oczywiście fałszywe, gdyż tutaj z całą pewnością nie chodzi o homosexualizm. Myślę, że to jest biblijny dowód na możliwość duchowej miłości między osobami tej samej płci. Istnieją też przykłady z historii Kościoła, jak np. przyjaźń kardynała John'a Henry Newman'a z księdzem Ambrose St. John (więcej tutaj).
Podsumowując:
Miłość przyjacielska (amor amicitiae) między osobami tej samej płci nie jest grzeszna, nawet jeśli wiąże się z intensywnym uczuciem czy osobowym przywiązaniem. Grzeszne jest natomiast pożądanie zmysłowe i tym bardziej jego praktykowanie w znaczeniu czynów sexualnych przeciwnych naturze (zwanych sodomickimi).
Czy oddzielenie tego w konkretnym przypadku jest możliwe? Nie sposób ocenić z powodu braku danych empirycznych. Tutaj konieczne dojrzałe życie duchowe wraz z dobrym kierownictwem duchowym.
Pochówek dzieci nienarodzonych
Jak Duch Święty działa w Kościele?
Takie oto pytanie otrzymałem od młodego człowieka, studenta. To jest właściwie cały komplex pytań, poniekąd osobistych, ale też dość typowych dla obecnej sytuacji katolików, nie tylko młodych. Idźmy po kolei.
Temat jest oczywiście obszerny, z jednej strony oczywisty, ale równocześnie mglisty. Jest oczywiste dla każdego, że od Vaticanum II nastąpiły poważne, wręcz jaskrawe zmiany na płaszczyźnie zarówno doktrynalnej jak też duszpastersko-praktycznej, mimo że deklarowany cel był jedynie duszpasterski (pastoralny). To jest właśnie kluczowe pojęcie, samo w sobie niejasne, owiane nieporozumieniami i też sprzyjające nieporozumieniom. Tradycyjnie odróżnia się w Kościele postanowienia doktrynalne i dyscyplinarne: te pierwsze są wyłożeniem nauczania wiary oraz zasad moralnych, natomiast te drugie są przepisami prawa wraz z ich ewentualną interpretacją dla konkretnych przypadków. Na ostatnim soborze doszło do pomieszania tych płaszczyzn, gdyż
- z jednej strony jego deklarowany cel był jedynie homiletyczno-katechetyczny, w odróżnieniu od wszystkich poprzednich soborów, które miały cel dogmatyczny, czyli wyjaśnienie kwestij doktrynalnych, które następnie były podstawą do rozporządzeń kanonicznych czyli prawnych,
- z drugiej strony wydano dwie konstytucje dogmatyczne (o Bożym Objawieniu i o Kościele), jedną o liturgii i jedną "pastoralną" (co jest zupełną nowością w historii Kościoła) oraz szereg dekretów i deklaracyj, które wielorako i poważnie różnią się od wcześniejszych dokumentów Magisterium Kościoła zarówno formalnie, tzn. pod względem wyrazistości doktrynalnej, jak też pod względem wskazań praktycznych.
Mówiąc najkrócej: najważniejszym efektem jest pomieszanie i zamieszanie już na płaszczyźnie rodzaju i treści samych dokumentów. To oczywiście musiało doprowadzić do jeszcze większego zamieszania w ich stosowaniu, czego dowodem jest obecny stan Kościoła.
W praktyce oznacza to, że wprawdzie w łonie Kościoła - przynajmniej w oficjalnych dokumentach i wypowiedziach - nie ma otwartego zaprzeczania prawdom wiary katolickiej, jednak w praktyce, zwłaszcza w faktycznym nauczaniu na niższych poziomach (kazania, katecheza, rekolekcje itp.) nierzadko ma miejsce to zaprzeczanie zwłaszcza pośrednie, przez ich przemilczanie, przedstawianie jako przestarzałe, a nawet wyszydzanie. Ma to oczywiście związek z posunięciami pragmatycznymi. Tak np. w ramach tzw. ekumenizmu, który niektórzy - zresztą kłamliwie (przykład tutaj) - uważają za nowy quasi dogmat, nie neguje się wprawdzie wprost, że Kościół katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusowym i tym samym jedyną prawdziwą religią, jednak w posunięciach praktycznych jak spotkania ekumeniczne, jakieś niby oficjalne deklaracje itp. faktycznie zawarty jest takowy przekaz, który odpowiednio kształtuje świadomość katolików i nie tylko. To jest, moim zdaniem, główny problem.
A nie jest to sprawa uboczna czy drugorzędna. Bowiem wszystkie inne niby tylko praktyczne sprawy, jak chociażby Komunia na stojąco i dołapna, dopuszczenie kobiet do służby ołtarza itp. wynikają nie tylko przynajmniej z pośredniej, ukrytej negacji prawd wiary o Ofierze Mszy św. i Realnej Obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, lecz prowadzą ostatecznie do prawdy o boskim pochodzeniu Kościoła jako jedynej prawdziwej religii i w końcu o boskiej godności Jezusa Chrystusa.
Widać tutaj oczywiście dylemat: czy Kościół, który przynamniej dopuszcza, a we wielu swoich przedstawicielach wręcz forsuje takie przynajmniej pośrednie zamazywanie i negowanie boskiej godności Jezusa Chrystusa jest jeszcze tym samym Kościołem, którego wyznawcy - począwszy od samego Zbawiciela i Jego Apostołów - oddawali życie właśnie za tę prawdę?
Prawdą wiary, również ściśle powiązaną z prawdą o boskim pochodzeniu Kościoła, jest obietnica niezniszczalności Kościoła i jego trwania aż do końca czasów. To trwanie nie odnosi się do konkretnej historycznej postaci Kościoła, ani tym bardziej do jego liczebności. Tym, co Kościół stanowi, to wiara w Boskość Jezusa Chrystusa, czyli przekonanie, że On jest prawdziwym Bogiem. Nie jest przypadkowe, że akurat ta prawda jest obecnie podstępnie podważana (więcej tutaj).
Właściwie nie trzeba mieć głębszej wiedzy teologicznej, by rozeznać te powiązania. Wystarczy znać podstawowe prawdy wiary, zwłaszcza na podstawie tradycyjnych katechizmów i podręczników, oraz zachowywać zdolność do trzeźwego, samodzielnego i szczerego myślenia, nie poddającego się naciskowi grupowemu, modzie czy większości. Kto zachowuje czystość serca, szuka prawdy i jest gotów pójść za nią swoim życiem, ten jest otwarty na prawdę, która jest dostępna właściwie każdemu, choć nie każdy chce ją przyjąć, gdy wymaga ona nawrócenia. To nawrócenie oznacza zmianę myślenia, która domaga się także praktycznych konsekwencyj w życiu.
Najprostszy przykład: kto pozna, że Novus Ordo Missae zarówno w swojej strukturze jak też w praktycznym stosowaniu zawiera furtki dla różnych herezyj negujących prawdy wiary katolickiej (jak Realna Obecność, ofiarniczy charakter Mszy św., hierarchiczny ustrój Kościoła czyli istotna różnica między stanem duchownym i świeckim itd.), ten będzie przynajmniej preferował liturgię tradycyjną. Nie trzeba tutaj jakiegoś "oświecenia", wystarczy elementarna wiedza katechizmowa oraz czystość serca otwartego na prawdę, która może być wymagająca. A zwykle jest tak, że otoczenie w ogóle albo tylko słabo rozumie problem, a jeszcze mniej gotowe jest do wyrzeczeń czy nadzwyczajnych środków jak chociażby jeżdżenie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset kilometrów, by uczestniczyć we Mszy św. tradycyjnej. Wcale nie musi oznaczać to negacji sakramentalnej ważności Novus Ordo, lecz chodzi o żywienie swojej wiary i pobożności źródłami, które nie są skażone przynajmniej kompromisami z herezją.
Jak się zachować w takiej sytuacji?
Po pierwsze, dziękować Panu Bogu za łaskę rozeznania. Oczywiście bez poczucia wyższości czy pogardzania tymi, którzy jej przynajmniej póki co nie wykazują. Jest zrozumiałe, że szatan próbuje zaatakować również w takiej sytuacji i to głównie przez pychę.
Po drugie, starać się o poważne życie duchowe, czyli szczerą modlitwę oraz zwalczanie swoich wad, zwłaszcza pod kierownictwem duchowym u doświadczonego i wiernego prawdzie katolickiej duszpasterza. To jest najważniejsza pomoc przeciw zasadzkom szatańskim. Od własnej dojrzałości duchowej zależy owocność świadectwa i to w każdym stanie. Im człowiek bardziej zbliża się do prawdy Bożej, tym bardziej wyrafinowane są podstępy złego. W świadomości swojej grzeszności i słabości należy współpracować z łaską Bożą, która przede wszystkim chce zbawienia duszy. Wierność Bogu na pewno nie zabezpieczy przed wrogością ludzi, ale ostatecznie zatryumfuje kiedyś.
Po trzecie, starać się przekazać swoje rozeznanie innym, oczywiście w odpowiedni sposób, roztropnie, w zależności od sytuacji. Każda łaska jest zarazem zadaniem. Dar otrzymany od Boga powinien być rozdawany, w postawie wdzięczności za łaskę i także miłości bliźniego. Chodzi o dobro dusz, ostatecznie o ich zbawienie, nie o wykazanie własnej wyższości. Należy rozmawiać o prawdach wiary i ich praktycznym zastosowaniu, zwłaszcza w liturgii, która jest - na płaszczyźnie doktrynalnej - uroczystym wyznaniem wiary. Należy też polecać zapoznawanie się z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, zawartym w "przedsoborowych" dokumentach Magisterium oraz w pismach "przedsoborowych" Doktorów Kościoła. Kto pozna tę odświeżającą klarowność i czystość myśli, ten będzie też w stanie odpowiednio ocenić mglisty bełkot charakterystyczny dla modernistów.
Po czwarte, poszukać wsparcia i współpracy wspólnoty katolików, którzy podobnie postrzegają stan Kościoła oraz skierowują się ku tradycyjnemu nauczaniu Kościoła, także do liturgii. Współdziałanie jest konieczne także w tej dziedzinie, a równocześnie jest także okazją do praktykowania miłości bliźniego, która jest miernikiem miłości do Pana Boga i Jego prawdy.
Taka droga jest właśnie naocznym działaniem Ducha Świętego w Kościele. Jak widać, Duch Święty pobudza, oświeca i prowadzi także młodzież. On nigdy nie ograniczał Swojego działania do przedstawicieli hierarchii na wysokich stanowiskach. Królestwo Boże ma głównie wymiar duchowy, a Duch Boży wieje kędy chce. Gdy każdy będzie robił na swoim miejscu i odpowiednio do swojej sytuacji to, co powinien, to Duch Święty zatroszczy się o owoce dla całego Kościoła i dla przyszłych pokoleń.
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Odpowiedź wydaje się prosta. Wydarzenie jest powszechnie znane. W międzyczasie pojawiły się też następne oficjalne dokumenty oraz liczne kom...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Pytanie dotyczy dwóch zasadniczych kwestij teologicznych: 1. pojęcia ofiarowania, czyli ofiary kultowej, w świetle zwłaszcza Bożego Obj...
-
Tutaj mamy oficjalny komunikat opublikowany we wielu językach na stronie (czy stronach) internetowej lefebvrianów. Kwestia sakry biskupiej w...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
-
Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. Oto aktualna statystyka (na dzień 31.10...




