Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy nacjonalizm jest herezją?


Nie jest moim zadaniem ani zamiarem komentowanie słów Księdza Arcybiskupa. Odniosę się jedynie do wskazanego problemu.

O ile definicja herezji jest dość jasna (jest to negowanie której z prawd wiary katolickiej), o tyle nie ma jednolitej i jednoznacznej definicji nacjonalizmu. Można powiedzieć, że każda postać nacjonalizmu jest związana z danym narodem, z jego historią, kulturą i tożsamością. Dlatego Kościół nigdy nie potępił nacjonalizmu jako takiego. Potępiony został jedynie szowinizm we Francji okresu międzywojennego oraz nazizm niemiecki.

Rozumiejąc nacjonalizm ogólnie jako koncepcję i dążenie do państwa jednonarodowego można powiedzieć, że nie ma teologicznej możliwości - przynajmniej w ramach teologii katolickiej - potępienia tak rozumianego nacjonalizmu. Przyczyna jest prosta: naród wybrany miał państwo narodowe, tym samym potępienie państwa jednonarodowego oznaczałoby odrzucenie historii Zbawienia i byłoby to nawiązanie do starożytnej herezji Markiona.

Po drugie, oznaczałoby odcięcie się od katolickiego rozumienia państwa, którego ideałem jest monarchia. Zaś monarchia jest pochodną państwa plemiennego i ostatecznie rodziny jako podstawowej komórki i wzoru każdej społeczności. Na ten związek wskazują wyraźnie wielcy teologowie Kościoła jako chociażby św. Tomasz z Akwinu czy św. Robert Bellarmin. Owszem, myślenie kogoś nie posiadającego wiedzy teologicznej czy chociażby historycznej często nie wychodzi poza kategorie i schematy demokratyczne. Nie może to być jednak kryterium prawdy i słuszności, już chociażby z tego powodu, że Kościół nie tylko jest monarchią w swym ustroju, lecz przede wszystkim rozumie siebie jako Królestwo Boże na ziemi oraz czci swojego Boskiego Założyciela jako Króla.

Po trzecie, nie ma żadnych przesłanek teologicznych, ani w Tradycji Kościoła ani w Piśmie św., które by stanowiły podstawę do odrzucenia czy potępienia nacjonalizmu w rozumieniu podanym powyżej. Przeciwne wierze katolickiej jest jedynie negowanie jedności rodzaju ludzkiego (co zostało potępione chociażby w encyklice Piusa XII "Summi Pontificatus") oraz mieszanie celów państwa z celami Kościoła (co było powodem zastrzeżeń Piusa XI do "Action Francaise").

Paradoxalnie w aktualnych napięciach między narodowcami a niektórymi przedstawicielami hierarchii chodzi w gruncie rzeczy właśnie o ten ostatni problem, aczkolwiek akurat z innej strony. Polskim narodowcom zależy na budowaniu państwa na zasadach katolickiej nauki społecznej i to głównie wbrew i przeciw globalizmowi zagrażającemu i niszczącemu wszechstronnie byt nie tylko społeczeństw i rodzin, lecz także suwerenność państw. Zastrzeżenia czy negatywne ocenianie nacjonalizmu polskiego ma zwykle nie tylko podłoże i podtext, lecz wręcz motywację, która miesza naturę i cel państwa z naturą i celem Kościoła. Prostackie hasła typu: "katolik i nacjonalista to sprzeczność, ponieważ Kościół jest powszechny" wykazują zarówno braki i błędy w teologicznym myśleniu jak też uleganie prymitywnym schematom.

Otóż specyfiką katolicyzmu, w odróżnieniu głównie od protestantyzmu, jest po pierwsze poszanowanie prawa naturalnego. Oznacza to poszanowanie naturalnych więzi, w tym kulturowych i narodowych. Jest to widoczne zwłaszcza w tradycji polskiej, ale też w innych krajach katolickich: Kościół, będący - oprócz głoszenia Ewangelii i właśnie z powodu tego głoszenia - nośnikiem cywilizacji klasycznej, grecko-łacińskiej, był zawsze promotorem, obrońcą i stróżem tożsamości danego ludu. Jest to szczególnie wyraźnie widoczne na przykładzie z jednej strony Ameryki Północnej, kolonizowanej zasadniczo przez protestantów, a z drugiej strony chociażby Filipin, gdzie chrystianizacja nie oznaczała wyniszczenia kulturowego i etnicznego.

Drugą istotną cechą katolicyzmu jest odróżnienie sfery religijnej od sfery państwowej, czyli niezależność Kościoła względem państwa, oczywiście przy zachowaniu prymatu wartości duchowych nad doczesnymi. Kościół był w stanie zachować swój autorytet i wypełniać swoje zadania właśnie dzięki swej wolności, która oznaczała także zdrowy dystans wobec władzy świeckiej. Mówiąc konkretniej w odniesieniu do aktualnych spraw: uleganie przez przedstawicieli Kościoła dyktatowi polityków głobalistycznych, narzucających państwom i narodom własne plany, strategie i zamiary, jest haniebnym poddaństwem, które jest nie do pogodzenia ani z tożsamością i wiarą Kościoła, ani z godnością jego członków, zwłaszcza hierarchów.

Zadaniem Kościoła jest owszem nauczanie, przypominanie i naleganie na przestrzeganie prawdy o człowieku, o prawie naturalnym, w którego skład wchodzą także prawa narodu - zwłaszcza prawo samostanowienia i zachowania tożsamości kulturowej i religijnej, o prawie Bożym nauczanym w Ewangelii. Tego zadania jednak nie sposób pogodzić ze służalczością wobec możnych tego świata, dążących do wyniszczenia zarówno kultury i cywilizacji chrześcijańskiej, jak też suwerennych narodów i państw. Powoływanie się w tym kontekście na powszechność Kościoła i miłość bliźniego jest conajmniej nieporozumieniem, jeśli nie wręcz zamierzonym zakłamaniem i obłudą. Jest to szczególnie wyraźne w kwestii przyjmowania imigrantów obcych kulturowo i religijnie, którzy stanowią realne zagrożenie dla pokoju społecznego, a nawet dla bezpieczeństwa życia konkretnych ludzi. Kościół nigdy nie zachęcał i nie może zachęcać do mieszania kultur i religij. Każdy rozsądny, trzeźwo myślący czy przynajmniej znający fakty człowiek wie, jakie to może mieć konsekwencje i rzeczywiście ma. Już w Starym Testamencie ideałem szczęścia i pomyślności miłej Bogu, nawet stanowiącym Bożą obietnicę jest zamieszkiwanie na własnej ziemi, w społeczności zjednoczonej więzami naturalnymi i religijnymi. Jakim więc prawem osoby określające się katolikami mają tupet popierać i zachęcać do tworzenia społeczeństwa wielokulturowego i wieloreligijnego?

Na koniec jeszcze jedna uwaga, dość istotna. Ostatnio często pojawia się powoływanie się na słowa Jana Pawła II w jego książce "Pamięć i tożsamość", gdzie jest zawarte odróżnienie i zarazem zróżnicowanie w wartościowaniu nacjonalizmu i patriotyzmu. Po pierwsze należy mieć na uwadze, że ta książka i zawarte w niej wypowiedzi w żaden sposób nie stanowią nauczania papieskiego, gdyż nie jest to urzędowy dokument Magisterium Kościoła, lecz są to jedynie prywatne myśli. Tym samym słowom tym nie przysługuje żadna ranga w znaczeniu nauczania Kościoła i tym samym można i należy je rozpatrzyć według odpowiedniego znaczenia.

Po drugie, jest oczywiste, że czym innym jest patriotyzm (więcej tutaj), a czym innym nacjonalizm. Pierwszego nie można zastąpić drugim i odwrotnie.

Po trzecie, Jan Paweł II w żaden sposób nie przedstawił użytego w tym kontekście pojęcia nacjonalizmu, tym bardziej go nie rozwinął, nie opisał i nie uzasadnił negatywnej oceny. Wobec tak daleko idącej niejasności jest po prostu bardzo nieuczciwym zabiegiem powoływanie się na te słowa w kontekście i w odniesieniu do konkretnego programu politycznego oraz określonej kwestii, mianowicie przyjmowania imigrantów ekonomicznych.

Jest natomiast sporo oficjalnych, bez wątpienia papieskich wystąpień Jana Pawła II, gdzie można dostrzec przynajmniej zręby czegoś takiego jak teologia narodu i tym samym teologia nacjonalizmu. Podam kilka jedynie przykładów:
- W encyklice "Redemptor hominis" (15, 17) jest mowa o poszanowaniu praw "zarówno człowieka, jak narodu i ludu", wbrew "celom imperializmu".
- W encyklice "Laborem exercens" (10) o pracy ludzkiej mówi: "To wszystko sprawia, że człowiek swoją głębszą tożsamość ludzką łączy z przynależnością do narodu...".
- W encyklice "Slavorum Apostoli" (18) mówi: "Każdy człowiek, każdy naród, każda kultura i cywilazacja mają swoją rolę do wypełnienia i swoje miejsce w tajemniczym planie Boga i w powszechnej historii zbawienia."

Przykładów jest znacznie więcej. Jeśli Pan Bóg pozwoli, będzie czas na ich szerszą prezentację. Tymczasem niech wystarczą.

Jak katolik powinien być aktywny?


 

Także tutaj ma zastosowanie słynna zasada ora et labora, czyli "módl się i pracuj". Modlitwa jest oczywista. Powinna być zarówno indywidualna jak i społeczna. 

Zaś praca powinna polegać głównie na: 
- krzewieniu wiedzy w danych tematach i edukacji
- organizowaniu inicjatyw społecznych jak domaganie się odpowiednich działań od władz i polityków
- tworzeniu struktur dla tych inicjatyw
- współpracy z już istniejącymi organizacjami i strukturami. 

Katolickie nauczanie społeczne podkreśla podstawowe i zasadnicze znaczenie wspólnot lokalnych, czyli łączących poszczególne rodziny i osoby. Nie wystarczy pogadać sobie, ponarzekać, pooburzać się. Należy natomiast wspólnie zastanawiać się, co można uczynić na poziomie własnej społeczności lokalnej, a następnie realizować to wspólnymi siłami. 

Ewolucjonizm a dusza ludzka


Pytanie powinno właściwie zostać skierowane do Jana Pawła II, względnie do kogoś, kto chce bronić tę jego wypowiedź. 

Otóż wygląda na to, że Jan Paweł II nie dysponował solidną wiedzą ani o aktualnym stanie nauk przyrodniczych, ani w dziedzinie antropologii teologicznej. 

Mówiąc najkrócej: nie ma żadnych, choćby śladowych czy poszlakowych dowodów dla tezy, że rodzicami pierwszego człowieka była para nieludzka. To jest nic innego jak mit dość prymitywnego ewolucjonizmu już dawno porzuconego i na pewno nie reprezentowanego przez ludzi dysponujących elementarną wiedzą przyrodniczą. 

Oto główne a istotne braki tzw. teorii ewolucji w znaczeniu ideologii darwinizmu i neodarwinizmu:

1. Brak jakichkolwiek dowodów empirycznych na tzw. ogniwa pośrednie między gatunkami, czyli tzw. missing-link. 

2. Brak jakichkolwiek dowodów na możliwość wyewoluowania jakiegoś organizmu żywego z innego żywego organizmu drogą mutacji. Konkretnie: nie ma żadnych naukowych podstaw do twierdzenia, jakoby np. ptaki mogły w drodze mutacji powstać z płazów. 

3. Mitem jest wszechmoc i bezwzględność zasady przetrwania najsilniejszego (survival of the fittest). Nauki przyrodnicze wykazują, że przetrwanie zależy często od przypadkowych okoliczności, jak np. wymarcie dinozaurów nie wynikało z braku ich przystosowania do środowiska, lecz ze zmian klimatycznych. 

Po drugie, w dziedzinie antropologii filozoficznej i teologicznej pewne jest, że dusza jest formą ciała, czyli tym czynnikiem, który sprawia, że dany zbiór cząstek elementarnych (na wyższych poziomach: atomów, molekuł itd.) jest żywym ciałem ludzkim, czyli człowiekiem i to tym a nie innym człowiekiem (z niepowtarzalnym genomem). Równocześnie pewne jest, że każdy byt materialny, także zwierzę, ma swoją formę ciała, czyli ten czynnik, który sprawia, że dany zbiór cząstek elementarnych jest ciałem zwierzęcia i to tego jednego zwierzęcia (z niepowtarzalnym). Jeśli by z ciała zwierzęcego miało powstać ciało ludzkie, to by musiało dojść do zamiany formy ciała, czyli forma zwierzęca musiałaby przejść w formę, jaką jest dusza ludzka, a to jest niemożliwe w sposób naturalny, ponieważ nie ma jakichkolwiek dowodów czy choćby poszlak, by coś takiego kiedykolwiek zaistniało czy choćby mogło zaistnieć. 

Mówiąc w uproszczeniu: nadanie formy danemu zbiorowi cząsteczek materii (w znaczeniu fizykalnym) jest aktem stwórczym, gdyż powołuje do istnienia taki, a nie inny byt. Nawet jeśli w konkretnym przypadku powstanie nowego bytu odbywa się "samoczynnie" jak w procesie rozmnażania w momencie zapłodnienia, to warunki i "mechanizm" tego procesu musiał zostać określony czyli stworzony przez akt celowy czyli racjonalny. 

Tak więc bardziej racjonalne jest przyjęcie bezpośredniego stworzenia człowieka niż jego "wyewoluowania" z pary zwierząt. 

Jaka jest prawdziwa koronka do Miłosierdzia Bożego?

Jedna z P. T. Czytelniczek w swojej uprzejmości wskazała mi na włoską książeczkę do nabożeństwa z 1877 roku (źródło tutaj), która zawiera koronkę podaną przez papieża Piusa IX bez feralnego zdania podanego w wersji koronki rozpowszechnianej obecnie w Polsce: 



Tak więc:

Każdy dziesiątek zaczyna się od "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" (na dużych paciorkach). Następnie na małych paciorkach odmawia się "Mój Jezu, miłosierdzia!", a na koniec (zamiast "Chwała Ojcu") jest "O Jezu, nasz Odkupicielu, zbaw nas!". Tak się odmawia każdy dziesiątek. 

Czy koronka Piusa IX zawiera błąd teologiczny?

 


Uwaga jest słuszna. Osobiście uważam to zdanie już nawet pod względem stylistycznym za nieudane, także pod względem teologicznym. Przyznaję, że tej koronki nie spotkałem w żadnym innym języku oprócz polskiego. Nie znalazłem żadnych informacyj na jej temat, ani co do pierwotnego - łacińskiego czy włoskiego - wydania, ani co do udzielonego pierwotnego imprimatur. Dopiero jedna z P. T. Czytelniczek w swojej uprzejmości wskazała mi na włoską książeczkę do nabożeństwa z 1877 roku, która podaje tęże koronkę bez feralnego zdania (źródło tutaj):



Każdy dziesiątek zaczyna się od "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" (na dużych paciorkach), następnie na małych paciorkach odmawia się "Mój Jezu, miłosierdzia!", a na koniec (zamiast "Chwała Ojcu") jest "O Jezu, nasz Odkupicielu, zbaw nas!". Tak się odmawia każdy dziesiątek. 

Jest też inne włoskie wydanie z 1901 roku, rzekomo opatrzone imprimatur rzymskiej Kongregacji Obrzędów (źródło tutaj), czego jednak nie można sprawdzić, gdyż nie ma w internetach fotokopii, lecz jest jedynie transkrypcja, która może być zafałszowana:


Jak widać, zawiera ona modlitwę na dużych paciorkach, a to w wersji prawidłowej teologicznie:

"O dobry Jezu, nasz najsłodszy Odkupicielu, zbaw nas, Ty, dla którego nic nie jest niemożliwe, zmiłuj się nad grzesznikami i zechciej uwolnić dusze z czyśćca."
 

Tak więc wygląda na to, że wersja podawana w Polsce jest oszustwem. Znajduje się ona w modlitewniku wydanym przez kapucynów w Krakowie w 1894 r. (źródło tutaj), gdzie na str. 416 mamy niestety już zafałszowaną wersję: 

Wracając do pytania. Abstrahując od nieudanej stylistyki, można w tym miejscu życzliwie przyjąć, że chodzi o to, iż dla Pana Boga jedyną "niepodobną" rzeczą jest to, żeby nie ulitował się nad nieszczęśliwymi. Rzeczywiście Pan Bóg daje nie tylko każdemu człowiekowi życie oraz wszystko, co jest potrzebne do życia doczesnego aż do jego kresu, lecz daje każdemu Swoje łaski, czyli siły i zdolności duchowe konieczne do zbawienia duszy. Ponadto Pan Bóg nikomu nie skąpi tego, o co człowiek prosi dla swojej duszy. 

Czy są inne rzeczy względnie czynności i działania "niepodobne" Bogu, czyli sprzeczne z Jego naturą? Oczywiście są, jak np. niemożliwe jest, by Pan Bóg stworzył czy uczynił coś złego, popełnił kłamstwo, wprowadził w błąd. Teologowie katoliccy są zgodni także co do tego, iż Pan Bóg nie może stworzyć czy uczynić czegoś zbytecznego. 

Mając na uwadze, że koronka nie jest traktatem teologicznym, od którego należy wymagać zupełności i rozważności, można życzliwie uznać, że to zdanie koronki nie zaprzecza innym "niepodobieństwom" w odniesieniu do Boga, a jedynie popełnia błąd polegający na retorycznej przesadzie czy nierozwadze. Jest to o tyle tolerowalne, że tej koronce nie przypisuje się pochodzenia nadprzyrodzonego, czyli bezpośrednio do Boga (jak w przypadku koronki s. Faustyny), lecz jedynie pochodzenie kościelne. Oczywiście pochodzenie kościelne także zobowiązuje do precyzji i rozwagi teologicznej. Jednak jest to zupełnie inny kaliber błędu niż w przypadku ofiarowania Bóstwa w koronce s. Faustyny. 


Jakie są tradycyjne warunki udzielenia sakramentu Ostatniego Namaszczenia?

Najpierw uwaga ogólna. Tradycyjne określenie "Ostatnie Namaszczenie" zostało w Novus Ordo zastąpione przez "Namaszczenie Chorych". To zastąpienie było powodowane nieporozumieniem. Otóż określenie "ostatnie" nie oznacza, jak twierdzą moderniści, jakoby po nim należało umierać, lecz chodzi o to, że jest to namaszczenie ostatnie w kolejności namaszczeń sakramentalnych, począwszy od Chrztu, poprzez Bierzmowanie, święcenia prezbiteratu i episkopatu, aż do namaszczenia udzielanego ciężko chorym i umierającym. Zmiana na "Namaszczenie Chorych" spowodowała zmianę mentalnościową oraz coraz powszechniejsze nadużycie tego sakramentu przez udzielanie masowe i regularne, jako niby zastępnika sakramentu Spowiedzi, choć według prawidłowego obrzędu, udzielenie "Namaszczenia Chorych" powinno obejmować i być poprzedzone spowiedzią chorego, o ile jest w stanie się wyspowiadać.

Tradycyjne określenie "Extrema Unctio" słusznie wskazuje na sytuację extremalną, czyli bliską kresowi życia, czyli poważnej choroby bądź niebezpieczeństwa śmierci. 

Dekret określający warunki udzielenia tego sakramentu według ostatniego wydania tradycyjnego Rituale Romanum (z 1925 r.) podaje co następuje:


Tutaj są podane główne zasady: 

- ten sakrament ma służyć zarówno zbawieniu duszy jak też zdrowiu ciała, 

- należy go udzielać wedle możliwości w tym czasie, gdy osoba przyjmująca jest w stanie brać udział w pełni sił umysłu i rozumu. 

Następnie: 


Ten sakrament powinien być udzielany tylko tym wiernym, którzy po osiągnięciu używania rozumu znajdują się w niebezpieczeństwie śmierci z powodu choroby lub podeszłego wieku. Nie należy go powtarzać w tej samej chorobie. 

Jeśli jest wątpliwość, czy dana osoba ma zdolność używania rozumu, bądź czy rzeczywiście znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci, bądź czy już zmarła, wówczas udziela się tego sakramentu warunkowo. 

Nie należy tego sakramentu udzielać tym, którzy bez skruchy trwali w grzechu ciężkim, a jeśli jest wątpliwość co do tego, wówczas udziela się sakramentu warunkowo. 

Chorym, którzy będąc świadomi poprosili o sakrament przynajmniej niewyraźnie bądź prawdopodobnie by o niego poprosili, a w danym momencie nie są przytomni, należy udzielić sakramentu. 


Gdy chory umarł podczas obrzędu Ostatniego Namaszczenia, wówczas kapłan opuszcza modlitwy odnoszące się do stanu chorobowego. 

Gdy kapłan ma wątpliwość, czy dana osoba żyje, wówczas udziela z formułą warunkową.  


W sytuacji konieczności wystarczy namaszczenie jednej części ciała, najstosowniej na czole, jeśli to możliwe. 

Tyle co do zarządzeń ogólnych. Nie precyzują one, jak widać, momentu śmierci.

W obecnym stanie wiedzy wiemy, że śmierć nie następuje w jednym momencie, lecz funkcje życiowe ustają kolejno i stopniowo. Tzw. śmierć mózgu na pewno nie jest równoznaczna ze śmiercią całego organizmu. Także zatrzymanie pracy serca czy nawet oddechu nie jest w pewnym stopniu nieodwracalne. Kapłan nie jest lekarzem i nie jest w stanie - na użytek udzielenia sakramentu - samodzielnie określić, czy dana osoba już zmarła. Za zmarłą powinien na pewno uznać osobę, której zgon został stwierdzony przez lekarza. Przed tym stwierdzeniem, jeśli nie ma jednoznacznych oznak zgonu, kapłan może udzielić sakramentu warunkowo. Dotyczy to szczególnie nagłych przypadków, zwłaszcza gdy zgon następuje w wyniku odniesionych obrażeń ciała, czy to w trakcie akcji ratunkowej, czy bezpośrednio po niej. 

Czy władza ma prawo uniemożliwić udzielenie sakramentów świętych?

 

Sprawa jest właściwie oczywista, choć widocznie jednak coraz mniej i to nawet w rzekomo katolickiej Polsce. 

Zacząć trzeba od tego, że kapłan katolicki ma obowiązek udzielenia sakramentu, jeśli spełnione są kanoniczne warunki jego udzielenia. Do kanonicznych warunków oczywiście nie należy zgoda władzy świeckiej czy choćby jej przedstawicieli. 

W przypadku ostatniego namaszczenia decydująca jest wola danej potrzebującej osoby, bądź przynajmniej osoby bliskiej, która reprezentuje osobę ciężko chorą, nie będącą w stanie wyrazić swojej woli. 

Jeden z moich wychowawców seminaryjnych opowiadał zdarzenie ze swojego doświadczenia kapłańskiego. Będąc świadkiem wypadku drogowego, w którym został poszkodowany motocyklista. Poszkodowany był jeszcze przy życiu, choć w stanie wskazującym na utratę przytomności. Nie było możliwości zapytania osoby bliskiej, czy poszkodowany życzyłby sobie sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Wówczas kapłan wziął młodzieńca za rękę i poprosił go o znak, czy chce przyjąć Ostatnie Namaszczenie. Młodzieniec dał znak lekkim poruszeniem dłoni, co upewniło kapłana, że ów pragnie sakramentu. 

Moje zdanie jest następujące: jeśli dana osoba nie jest w stanie w żaden sposób wyrazić pragnienia przyjęcia sakramentu Ostatniego Namaszczenia, a kapłanowi nie jest znane nic, co by świadczyło o braku jego woli czy zgody, wówczas kapłan powinien udzielić sakramentu. Prawo cywilne ani władza państwowa nie powinna mu tego ani zakazywać, ani uniemożliwiać, ani utrudniać. 

Podane wyżej zachowanie policjanta i prokuratora jest skandaliczne i bezprawne. Tak nie postępowała nawet komunistyczna milicja w PRL. To zachowanie wpisuje się w mentalność wynikającą z reżimu tzw. pandemicznego, gdy władze państwowe podniosły zakazującą rękę na praktyki religijne zarówno w szpitalach, domach opieki, więzieniach, jak też nawet w świątyniach i budynkach kościelnych. 

Nawet abstrahując od wyrażonej przez policjanta osobistej niewiary i wręcz pogardy dla sakramentów Kościoła, jego zachowanie jest niestety wyrazem braku szacunku dla czyjejś wiary i czyichś potrzeb duchowych. 

Rodzina tych osób ma prawo domagać się ukarania osób odpowiedzialnych za uniemożliwienie praktyk religijnych w tym tragicznym przypadku. 

Równocześnie ten przypadek powinien nakłonić wszystkich do refleksji nad stanem świadomości Polaków co do wartości praktyk religijnych oraz praw osób religijnych. Ci policjanci i prokuratorzy przypuszczalnie uczęszczali niegdyś na lekcje religii, byli u Pierwszej Komunii, być możne nawet przyjęli Bierzmowanie. Jeśli mimo tego tak się zachowali, to jest to skandaliczne świadectwo jakości nauczania przez Kościół w Polsce.


Post scriptum

Takie info krąży po pajęczynie (cytat z tego policjanta wraz z podobizną):



Czy w piątek Oktawy Paschalnej obowiązuje abstynencja?


Wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych obowiązuje tradycyjnie - według Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 r. - we wszystkie piątki, czyli także w Oktawie Paschalnej.

Jedynie tzw. święto nakazane - czyli takie, w który przypada obowiązek uczestniczenia we Mszy św. oraz powstrzymania się od pracy służebnej i od handlu - znosi wstrzemięźliwość piątkową. 

Oto brzmienie kanonów:


Skąd się wzięła żona Kaina?


Pytanie dotyczy właściwie żony Kaina, pierworodnego syna Adama i Ewy. Z Księgi Rodzaju wynika, że Adam i Ewa mieli więcej dzieci niż tylko Kaina, Abla i Seta. Musieli mieć także córki. Tym samym poślubienie młodszej siostry było dla Kaina możliwe i konieczne. Wówczas nie było jeszcze zakazu kazirodztwa. Powodem tego zakazu była troska o zdrowie rodzaju ludzkiego i nie ma on znaczenia absolutnego, tzn. Bóg mógł zwolnić zarówno z zakazu jak też uchronić od ewentualnych negatywnych biologicznych skutków.

Pewne jest, co zostało potwierdzone przez współczesną genetykę, że wszyscy ludzie pochodzą od wspólnych rodziców.

Czy można uzasadnić obmywanie nóg kobietom? (z post scriptum)


Tego nie da się uzasadnić teologiczne, gdyż jest to praktyka antyteologiczna i antykatolicka, a to głównie z najstępujących względów:

- Zafałszowuje wydarzenia z Ostatniej Wieczerzy, gdzie Pan Jezus umywał nogi jedynie Dwunastu Apostołom, nikomu innemu. 

- Obrzęd obmycia nóg nigdy nie był sprawowany w ramach liturgii mszalnej, lecz poza nią i poza świątynią. Tak więc zasadniczym zafałszowaniem tradycyjnego obrzędu mandatum było przeniesienie go do liturgii mszalnej, co nastąpiło w reformie Wielkiego Tygodnia promulgowanej przez Piusa XII. 

- Tzw. mandatum czyli obrzęd obmycia nóg we Wielki Czwartek (sprawowany osobno, poza liturgią Msz św. Wieczerzy Pańskiej) tradycyjnie w Rzymie nie był praktykowany wobec świeckich, lecz był obrzędem wyłącznie w gronie duchownych, właśnie z tego powodu, że Pan Jezus umywał nogi Apostołom, którym przy tej samej okazji udzielił sakramentu święceń. 

- W diecezjach poza Rzymem obrzęd sprawowano również w gronie kleru, a nie publicznie, jednak obmywano nogi ubogim mężczyznom. Natomiast całkowitym absurdem jest dokonane w ostatnich latach rozszerzenie na kobiety, gdyż całkowicie wykracza to poza wydarzenie z Ostatniej Wieczerzy. 

- Nie trudno zgadnąć, że chodzi tutaj o przypodobanie się feminizmowi, czyli fałszywej, antychrześcijańskiej i antyludzkiej ideologii, która ma ewidentnie katastrofalne skutki już nawet w wymiarze ogólnospołecznym.



Post scriptum 1

Jako że pojawiły się zarzuty co do powyższego wpisu, podaję źródła:

1. Tradycyjne rubryki (sprzed 1955) wyraźnie mówią, że obrzęd mandatum odbywa się osobno, poza Mszą świętą, w gronie jedynie duchownych. Nie jest doprecyzowane, komu celebrans obmywa nogi:





2.  W swoim standartowym dziele o kulcie katolickim x. Albert Durand mówi, że biskup Rzymu umywa nogi trzynastu kapłanom różnych narodowości, natomiast biskupi w swoich diecezjach obmywają nogi trzynastu ubogim: 








Post scriptum 2

Inny argument, jeszcze bardziej istotny, pochodzi od biblistów:





Czy wolno uciekać przed wojną?


Rzeczywiście obowiązek wobec własnej rodziny ma rangę wyższą niż obowiązek zbrojnej obrony państwa. Owszem, istnieją także obowiązki wobec państwa jako formy organizacji życia społecznego, czyli chodzi o obowiązki wobec społeczności, która zwykle ma zasługi także względem rodziny. Należy jednak rozróżnić między społeczeństwem i narodem a państwem. Jeśli władze państwowe działają ewidentnie wbrew dobru narodu i społeczeństwa, to nie tylko nie ma obowiązku posłuszeństwa lecz jest obowiązek sprzeciwu przynajmniej biernego. Formą sprzeciwu może być emigracji dla ochrony życia swojej rodziny i swojego. 

Jest jednak jeszcze inny istotny aspekt: obowiązek wobec społeczności wiary czyli Kościoła. Jeśli wojna jest agresją nie tylko na byt narodu i państwa narodowego, lecz także na wspólnotę prawdziwej religii jaką jest Kościół Chrystusowy, wówczas byt doczesny własnej rodziny i swój ma rangę niższą, gdyż chodzi o wartości duchowe. 

Drugie pytanie:
Oczywiście wojna sprawiedliwa polega nie tylko na sprawiedliwym celu i konieczności walki zbrojnej, lecz wymaga także stosowania adekwatnych środków. Jeśli nie ma zdolności posługiwania się uzbrojeniem bądź uzbrojenie jest niewystarczające, w wyniku czego jest małe prawdopodobieństwo zwycięstwa w walce czy przynajmniej skutecznej obrony, wówczas taka walka nie jest sprawiedliwa i nie należy jej podejmować. 

Trzecie pytanie:
Dobro rodziny ma pierwszeństwo przed dobrem społeczności, oczywiście o ile ze sobą konkurują czy są w sprzeczności. Jak wyżej: mamy obowiązek moralny wobec społeczności proporcjonalny do praw i korzyści otrzymywanych od niej. Obowiązek wobec państwa - de facto wobec elity rządzącej - jest jeszcze dalszy i zachodzi tylko wtedy, gdy dobro i trwanie państwa jest tożsame czy przynajmniej ściśle powiązane z dobrem własnej rodziny i społeczności. 

Czwarte pytanie:
Używanie wulgaryzmów, nawet w zrozumiałym i słusznym gniewie, nigdy nie jest ani dobre ani skuteczne, a jest szkodliwe pod każdym względem, mimo chwilowego rozładowania emocjonalnego. 

Jaki post eucharystyczny obowiązuje?


Złagodzenie przepisów postnych wynikało z pozwolenia na sprawowanie Mszy św. w porze późniejszej niż przedpołudnie, a to pozwolenie - wydane przez Piusa XII - miało związek z warunkami wojennymi, jak oficjalnie głoszono. 

Kwestia postu eucharystycznego, podobnie jak wszystkich praktyk postnych, jest uregulowana w prawie kanonicznym, nie w księgach liturgicznych. Prawo kanoniczne jest zasadniczo bardziej zmienne niż liturgia, przynajmniej do niedawna. Aczkolwiek pora sprawowania Mszy św. i w związku z tym też kwestia postu eucharystycznego była niezmienna od starożytności, tzn. aż do decyzji Piusa XII nie było Mszy św. o innej porze niż do przedpołudnia. To jest zasadniczy problem. Pozwolenie na celebracje późniejsze, z wieczorem włącznie nie przyniosło dobrych owoców, gdyż generalnie osłabiło szacunek do Komunii św., czego mamy obecnie dość jaskrawe a powszechne dowody. 

Jak się zachować w obecnej sytuacji prawnej?

Oczywiście prawnie obowiązuje obecnie tylko post godzinny. Tak więc grzechem jest tylko nieprzestrzeganie takiego postu. Jeśli nieprzestrzeganie to wynika z braku szacunku do Ciała Pańskiego, to jest grzechem ciężkim. 

Osobiście zalecam trzymanie się tradycyjnej dyscypliny, według możliwości, czyli preferowanie zarówno Mszy św. porannej jak też Komunii św. na czczo. Nikt tego nie może zabronić, a owoce duchowe na pewno będą, jeśli praktykować się będzie w duchu szczerej pobożności. 

Jak powinna wyglądać katolicka adoracja?


Wystawienie Najświętszego Sakramentu i adoracja nie są liturgią w sensie ścisłym lecz paraliturgią. W związku z tym nie ma rubryk co do przebiegu. Są tylko ogólne reguły i pojedyncze zasady wyrażone w pojedynczych dekretach wydanych w kwestiach niejasnych. 

Naczelną zasadą jest - tak jak we wszystkich obrzędach Kościoła - że wolno używać wyłącznie textów i śpiewów, które są oficjalnie zatwierdzone przez władze kościelne, czyli są zawarte w księgach liturgicznych czy paraliturgicznych wydanych z "nihil obstat" ze strony władzy kościelnej. Tym samym nie ma miejsca na jakieś inne, np. protestanckie, pomysły czy quasi spontaniczne zachowania. Tego typu proceder - wprowadzony niestety pierwotnie przez masona x. Blachnickiego - jest sprzeczny z zasadami Kościoła i powinien zostać oficjalnie potępiony i odrzucony. Dotyczy to zarówno modlitw jak też muzyki. To, co obowiązuje w liturgii np. mszalnej, to i tylko to obowiązuje także np. w adoracji czy innych formach paraliturgicznych. 

To samo dotyczy postawy i gestów. Oznacza to, że właściwą postawą na adoracji jest klęczenie, jeśli warunki fizyczne na to pozwalają. 

Przy okazji wspomnieć należy, że coś takiego jako klękosiad jest haniebną specjalnością chyba tylko w Polsce. Chodzi o takie klęczenie, że pośladki oparte są o siedzenie. Taka dziwaczna, właściwie pokraczna postawa jest niestety wymuszana przez ławki, które są rozpowszechnione przynajmniej w centralnej i wschodniej Polsce, choć praktycznie też w innych regionach. Jest ona wymuszana przez niespotykaną chyba nigdzie indziej na świecie pochyłą konstrukcję klęcznika w ławce tak, że nie da się normalnie klęczeć, lecz wymuszane jest oparcie się pośladkami o ławkę do siedzenia. Nie jestem w stanie podać, kto wymyślił coś tak głupiego i niegodnego miejsca świętego. W normalnych ławkach znanych na całym świecie deska do klęczenia jest pozioma tak, że można normalnie, w sposób wyprostowany klęczeć i nie jest wymuszany paskudny i niegodny klękosiad. Oczywiście zwykły wierny, który nie ma wpływu na taką a nie inną konstrukcję ławki, nie ponosi winy za taki stan rzeczy. Warto jednak, by duszpasterze zwrócili uwagę na sprawę, zwłaszcza przy zakupie nowych ławek bądź przy renowacji starych. Katolicyzmu nie da się pogodzić z paskudą także w kwestii postawy w kościele. Klękosiad jest czymś ohydnym, choć być może wygodnym. Nie jest to ani klęczenie, ani siedzenie, choć bliższe jest siedzeniu, które udaje klęczenie. 

Czy Kościół może wprowadzać nowości?


Te pytania są dość istotne i szczególnie aktualne w kontekście ostatnich dekad historii Kościoła. Sprawa jest prosta, jednak równocześnie postawienie tych pytań faktycznie nie dziwi, gdyż mamy do czynienia z forsowaną odgórnie - zarówno przez sprawujących władzę w Kościele, jak też przez świecką propagandę medialną - mentalnością dokładnie przeciwną odwiecznej i stałej zasadzie Kościoła: misją Kościoła jest nauczanie wszystkich ludzi wszystkich czasów jedynego, danego raz na zawsze Bożego Objawienia. Dlatego właśnie nowość była w Kościele zawsze synonimem herezji, czyli zanegowania tegoż Objawienia. 

Są dwa zasadnicze źródła teologiczne w tej kwestii:

- "Commonitorium" św. Wincentego z Lerynu

- konstytucja dogmatyczna Soboru Watykańskiego I "Dei Filius", która jednoznacznie i nieomylnie określa, że zadaniem najwyższego urzędu w Kościele, czyli urzędu papieskiego, nie jest wprowadzanie nowości, lecz strzeżenie depozytu wiary. 

Obydwa źródła są łatwo dostępne także w internecie. Nieprzypadkowo są skrzętnie pomijane w ramach studiów teologicznych w modernistycznych wydziałach teologii i w seminariach duchownych. 

Co do drugiego pytania:

Są różnice doktrynalne między dokumentami Vaticanum II a wcześniejszymi dokumentami Magisterium Kościoła. Te różnice nie dotyczą jednak najwyższego poziomu, czyli nieomylnych definicyj dogmatycznych, lecz wniosków teologicznych oraz zaleceń duszpasterskich i administracyjnych. Najistotniejszą różnicą jest regularny brak precyzji, wieloznaczność i mętność - cechy wszechobecne w dokumentach Vaticanum II. To jest podstawowy i zapewne zamierzony problem tych dokumentów, powodujący obecne zamieszanie doktrynalne i duszpasterskie, wraz z praktyczną apostazją znacznej części nominalnych katolików, być może nawet większości, przynajmniej w krajach, gdzie zmiany soborowo-posoborowe zaszły najdalej. 

Innymi słowy, osobiście nie znajduję w dokumentach Vaticanum II żadnego nauczania wymierzonego wprost przeciw dogmatom wiary katolickiej. Znajduję natomiast sporo prób dogodzenia różnej maści heretykom, co się odbywa zwykle na drodze dwuznaczności i widocznie chcianej niejasności. To jest oczywiście wystarczająco skandaliczne, zwłaszcza w obliczu katastrofalnych skutków tej metody, z którymi mamy do czynienia obecnie. Jednak z całą pewnością drogą naprawy szkód nie jest głoszenie, że Vaticanum II było zgromadzeniem heretyckim. Jedyną rozsądną i owocną drogą jest cierpliwe wyjaśnianie i prostowanie, nawet jeśli druga strona - czyli heretycy-moderniści - tego nie chce. 

Czy w protestantach działa Duch Święty czyli kto działa w jezuicie Recławie? (z post scriptum)


O. Remigiusz Recław znany jest nie tylko z działalności „charyzmatycznej“, w ramach której urządza quasi dyskotekowe imprezy w kościele, gdzie młodzi ludzie tańczą na stołach:



Od pewnego czasu udziela także odpowiedzi w internecie (owszem, pod względem medialnym w miłym, sympatycznym stylu), gdzie występuje nie tylko w imieniu swojej grupy „charyzmatycznej“ lecz także jezuitów, co zobowiązuje już do wypowiadania się zgodnie z nauczanem Kościoła, i to zarówno dokumentów Magisterium jak też zwłaszcza nauczania św. Ignacego z Loyoli. Przyjrzyjmy się dla przykładu jednemu z ostatnich wystąpień, które wpisuje się w dyskusję odnośnie działalności M. Zielińskiego, którego o. Recław publicznie popiera. Podaję w skrócie jego zasadnicze tezy, następnie odnosząc się do nich.

1. Duch Św. działa w protestantach i działa z mocą.
Tak o. Recław twierdzi stanowczo. Ponieważ w kontekście mówi o Toronto Blessing, przez „moc“ rozumie zapewne charakterystyczne zjawiska „pentekostalno-charyzmatyczne“ czyli niezrozumiały bełkot, który ma być „darem języków“, zwierzęce ryczenie, histeryczne chichoty, tarzanie się po ziemi, drgawki, rzekome uzdrowienia (nie są znane przypadki zbadane i uznane medycznie). Problem polega na tym, że tego nie twierdzi wprost, choć w kontekście wiadomo, o co chodzi. Nie mówi też, na czym opiera to swoje zdanie. Gdyby powiedział, że na nauczaniu Soboru Watykańskiego II, to by można było łatwo sprawdzić w dokumentach, co sobór faktycznie mówi i do czego odnosi. Wówczas byłoby oczywiste, że o. Recław przez taką wieloznaczność po prostu oszukuje odbiorców.

2. Protestanci karmią się Ciałem i Krwią Pana Jezusa, bo tak uważają i wierzą. To my uważamy, że oni nie przymują Komunii św. Mamy różną teologię, czyli inny punkt widzenia, ale Bóg jest szerszy od naszego wąskiego myślenia.
Tutaj kłamstwo polega również na uproszczeniu, które zmienia istotę sprawy, a także na wmieszaniu ewidentnych fałszerstw.
Po pierwsze, żaden odłam protestancki nie twierdzi, że w postaciach eucharystycznych jest realnie obecny Jezus Chrystus. Dla nich jest to jedynie symbol i najwyżej kwestia wewnętrznego przekonania, nigdy obiektywnej rzeczywistości. Tak więc o. Recław widocznie albo nie zna teologii protestanckiej, albo świadomie kłamie.
Po drugie, realna Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii nie jest kwestią różnych możliwych podejść teologicznych, lecz objawionej prawdy wiary, czyli Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji i Piśmie św. Mówi o tym jasno całe nauczanie Kościoła, aż po Sobór Watykański II i Katechizm Kościoła Katolickiego. Kto uważa - jak widocznie o. Recław, że protestanckie pojęcie Eucharystii jest równorzędne z pojęciem zawartym w nauczaniu Kościoła, ten albo nie ma pojęcia nawet o prawdach katechizmowych, co jest karygodne u kapłana po studiach teologicznych, albo po prostu kłamie na użytek doraźnej tezy i celu.
Po trzecie, nazwanie prawdy wiary nauczanej przez Kościół „naszym wąskim myśleniem“, może być jedynie bezczelnym przyznaniem się nie tylko do relatywizmu, lecz do niewiary i tym samym odrzucenia prawdziwości nauczania Kościoła o Eucharystii. Innymi słowy: skoro katolicka wiara w Eucharystię jest dla o. Recława tylko „naszym wąskim myśleniem“, a nie prawdą pochodzącą od Boga, to o. Recław albo neguje boskie pochodzenie wiary katolickiej, albo możliwość Bożego Objawienia w ogóle, albo jedno i drugie, i jest tym samym po prostu apostatą negującym fundamentalnie całe nauczanie Kościół z Soborem Watykańskim II włącznie (w tym temacie polecam chociażby konstytucję "Dei Verbum"). 

3. Ludzie z Toronto Blessing kładą się na grobach, bo tak wyrażają swój szacunek, co wynika z kultury, tak jak z nas czci się rellkwie.
Tutaj znowu jest problem, że albo o. Recław nie wie i nie rozumie, czym jest katolicka cześć do relikwij, albo wie, a jedynie na doraźny użytek kłamie. Po pierwsze bowiem zakłada, jakoby praktyka ludzi z Toronto Blessing oznaczała wyłącznie szacunek dla zmarłych. Po drugie kłamie, jakoby owa praktyka wynikała z kultury (wiadomo przecież, że czegoś takiego nie robią wszyscy Amerykanie czy Kanadyjczycy, czy chociażby jakaś znaczna grupa oprócz ludzi z Toronto Blessing). Po trzecie o. Recław widocznie nie uznaje różnicy między świętymi kanonizowanymi przez Kościół a zmarłymi. Czyżby w ogólnie nie uznawał obecności w niebie i wstawiennictwa świętych? A może uważa, że wszyscy zmarli są w niebie? Niestety brakuje dopowiedzenia. Pewne jest jednak, że zarówno jedno jak też drugie jest sprzeczne z wiarą katolicką, czyli jest herezją.

4. Także protestanci czczą Matkę Bożą. Tylko jakieś „frakcje“ protestantów niszczą obrazy Matki Bożej.
Po pierwsze o. Recław kłamie, mówiąc, jakoby protestanci czcili Matkę Bożą. Kaznodzieje i teologowie protestanccy mówią jedynie o „matce Jezusa“ czy „Maryi“, gdyż z zasady nie uznają i nie wyznają dogmatu o Bożym Macierzyństwie.
Po drugie, owszem, nawet M. Luder napisał jeden traktat o Maryi jako Matce Jezusa Chrystusa (właściwie komentarz do Magnificat), ale potraktował ją wyłącznie jako wzór wiary, czyli podobnie jak innych wierzących, bez uznania jej wyjątkowej godności i świętości w porządku nadprzyrodzonym.
Po trzecie, wzmiankowany przez o. Recława fakt zborów protestanckich z obrazami Matki Bożej świadczy wyłącznie o tym, że są to zrabowane katolikom świątynie i że u protestantów nie ma jedności co do form i praktyki, choć łączy ich odrzucenie katolickich prawd wiary także odnośnie Matki Bożej.

5. Możemy się od protestantów bardzo dużo nauczyć. Czytanie Pisma św. przyszło do nas od protestantów, to że świeccy czytają Pismo św. i że mają je czytać. Tak przez protestantów działa Duch Święty.
Nie wiem, czy o. Recław do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Bo skoro czytanie Pisma św. przez wszystkich na wzór protestancki pochodzi od Ducha Świętego, to oznacza to niechybnie, że Kościół katolicki błądził i był przez całe wieki pozbawiony prowadzenia przez Ducha Świętego przynajmniej w tej sprawie.
Po drugie o. Recław albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, że także zachęty do czytania Pisma św. począwszy od Soboru Watykańskiego II zawierają pouczenia i napomnienia do czynienia tego zgodnie z katolickimi regułami hermeneutyki biblijnej, które są gruntownie różne od podejścia protestanckiego, stosowanego właśnie u tzw. charyzmatyków. Tak więc kłamstwo jest tutaj wielorakie. Prawdą jest natomiast, że Kościół nigdy nie zmienił swoich zasad podejścia do Pisma św., przejmując zasady protestanckie, a jedynie dopasował reguły dyscyplinarne, konkretnie: wcześniej był zakaz czytania tłumaczeń na języki narodowe, obecnie wymagana jest kościelna aprobata tłumaczeń.
Po trzecie, także w aspekcie historycznym o. Recław po prostu kłamie. Nigdy nie było w Kościele zakazu czytania Pisma św. przez świeckich. Zawsze i każdemu wolno było czytać Biblię w językach oryginalnych (hebrajskim i greckim) oraz w tłumaczeniu łacińskim Wulgaty. Był jedynie zakaz odnośnie tłumaczeń na języki narodowe, które pochodziły zwykle od heretyków i zawierały wiele fałszerstw (także Biblia M. Ludera zawiera wiele zafałszowań).

6. Powiedzenie, że u protestantów nie ma sakramentów, jest nieprawdą, bo oni mają rytuały i choć nie nazywają tego sakramentem, „to jest to jak sakrament“.
Tutaj o. Recław albo popisuje się wprost nieprawdopodobną niewiedzą odnośnie elementarnych prawd katechizmowych, albo niemal wprost neguje katolicką naukę o sakramentach. Ktokolwiek ma choć bladą znajomość katechizmu katolickiego, ten wie, że sakrament to nie to samo co obrzęd. Pozostaje prosta rada: 1° niech sobie o. Recław poczyta chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego w tym temacie, oraz 2° niech zapyta protestantów, co rozumieją przez sakrament. Wówczas się dowie, że są to dwie różne rzeczywistości. Chyba, że już o tym wie, a jedynie okłamuje odbiorców na doraźny użytek.

7. „Czerpmy nawzajem od siebie“, tzn. katolicy od protestantów i odwrotnie.
To jest jedynie pozornie zdanie pojednawcze. Twierdzenie, jakoby Duch Święty prowadził w ten sposób do „pełnej jedności“, jest właściwie bluźnierstwem przeciw Duchowi Świętemu. Oznacza bowiem, jakoby prawdy wiary głoszone uroczyście na soborach powszechnych właśnie dla odrzucenia herezyj - także herezji protestanckiej - nie pochodziły od Ducha Świętego. Takie twierdzenie jest sprzeczne także z nauczaniem Soboru Watykańskiego II, a wynika jedynie z pokrętnych wywodów skrajnych ekumenistów, których poglądy nie mają żadnego poparcia w dokumentach Kościoła.

8. Skoro mamy pełnię Ducha Św., to skąd jest grzech? Dlatego musimy się uczyć od protestantów, „bo Duch Św. uzupełnia w ten sposób“.
Tutaj o. Recław dokonuje kolejnego perfidnego zabiegu: niby odwołuje się do klasycznego pojęcia, ale je przekręca i zafałszowuje właściwą treść. Sobór Watykański II mówi w konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium“ (8), że tylko w Kościele katolickim jest „pełnia prawdy i środków zbawienia“. O. Recław widocznie do tego się odnosi, mówiąc o „pełni Ducha Świętego“. Jest to fałszywe już chociażby z tego powodu, że Ducha Świętego nie można podzielić na części, tym samym Duch Święty jest zawsze Pełnią, a udziela Swoich darów w różny sposób.
Po drugie o. Recław widocznie z rozmysłem unika mówienia zarówno o prawdzie jak też o środkach zbawienia, gdyż wówczas nie mógłby tak łatwo dojść do swoich fałszywych tez i wniosków. Nie mógłby pomieszać kwestii grzeszności ludzi Kościoła z doskonałością Kościoła pod względem prawdy i środków zbawienia. Dlatego dokonuje fałszerstwa już na kluczowym pojęciu. Tym zafałszowanym pojęciem - „pełnia Ducha Świętego“ - posługuje się następnie do sformułowania fałszywego postulatu uczenia się od protestantów. Zaiste diabelska przewrotność!

9. Nie używajmy określeń w systemie zero-jedynkowym, że to jest dobre a to jest złe, bo to jest śmieszne; tak nie jest, nie ma kogoś tylko dobrego i tylko złego.
Tutaj znowu miesza kwestię grzeszności członków Kościoła z prawdziwością wiary i Kościoła jako takiego. Dokładnie biorąc, o. Recław widocznie neguje świętość Kościoła, o której mówi nie tylko Sobór Watykański II lecz także wyznanie wiary. Tym samym o. Recław określa się jako apostata. Wobec tego faktu jako drugorzędne jawi się odrzucenie - pozorne, kłamliwe - logiki dwuwartościowej. Skoro wypowiada wezwanie „nie używajmy“, to tym samym zakłada różnicę przeciwieństwa między używaniem i nieużywaniem, tym samym właśnie logikę dwuwartościową, którą chciałby równocześnie odrzucić. Tak więc słowa o. Recława są jedynie perswazyjnym bełkotem - widocznie obliczonym na brak elementarnego trzeźwego myślenia u odbiorców - niezależnie od tego, czy on sobie zdaje z tego sprawę czy nie.

Zamiast podsumowania, które by musiało być proste i krótkie, przytoczę dwa fragmenty ze Ćwiczeń Duchowych założyciela zakonu jezuitów, św. Ignacego z Loyoli. Mówią one same za siebie, zwłaszcza w zestawieniu z powyższymi i innymi wypowiedziami o. Recława:



Święty Ignacy, módl się za nami!



Post scriptum

Powyższe uwagi zostały napisane 30 X 2018, czyli około 6,5 roku. Dziś (9 III 2024) dotarła do mnie wieść o skandalu wewnętrznym w łonie zakonu jezuitów z powodu działalności Remigiusza Recława, dokładnie prowadzenia przez niego wspólnoty "Mocni w duchu" (właściwie w demonie). Oto filmik w tej sprawie:


Tym samym znane dopiero obecnie fakty potwierdzają krytykę wyrażoną tutaj wielokrotnie już przed laty (więcej można znaleźć tutaj obok pod etykietą Recław R.). 

Jak ludzie zmarli przed Chrystusem mogli dostąpić zbawienia?



Oczywiście tzw. sąd szczegółowy czyli indywidualny odbywa się już od śmierci pierwszego człowieka. Każdy człowiek - zarówno przed jak i po Chrystusie - jest sądzony według tego, co poznał w sumieniu jako dobre czy złe. Nikt nie ponosi odpowiedzialności za to, że urodził się w takim a nie innym czasie, w takich a nie innych warunkach do poznania Bożego Objawienia. 

Wprawdzie przed ustanowieniem sakramentów świętych przez Jezusa Chrystusa nie było także sakramentu spowiedzi, ani sakramentalnego rozgrzeszenia. Jednak już przedtem możliwy był żal doskonały za grzechy, nawet jeśli ktoś nie wyznawał objawionej prawdy o Bogu, gdyż w takim przypadku wystarczył żal z miłości do prawdy. 

Prawo naturalne to poznawalne czysto rozumowo prawo moralne. Jeśli ktoś nie poznał Bożego Objawienia i zawartego w nim prawa moralnego, wówczas jest sądzony według poznania prawa naturalnego. A poznanie to jest możliwe dla ludzi różnych ras i religij. 

Czy "miłość platoniczna" osób tej samej płci jest grzeszna?

 


Odpowiedź zależy przede wszystkim od definicji "miłości platonicznej". Zwykle rozumie się przez to czysto duchowo-emocjonalne przeżywanie bez czynności sexualnych.

Katechizm Kościoła Katolickiego (i za nim też inne dokumenty) rozróżnia między skłonnością a praktykowaniem, czyli czynnościami sexualnymi. 


Skłonność oczywiście nie jest tym samym, co "zakochanie się" w osobie tej samej płci, aczkolwiek zwykle się to wiąże, o ile "zakochanie się" zawiera także pożądanie. Pożądanie samo w sobie może być różnego rodzaju i nie musi oznaczać pragnienia aktów homosexualnych w ścisłym tego słowa znaczeniu. Pożądanie może być zarówno bardziej duchowe, polegające na upodobaniu w osobie, jej osobowości, charakterze, zdolnościach itp., jak też bardziej zmysłowo cielesne czy skoncentrowane na wyglądzie i innych cechach zmysłowych. Czy ten dwa rodzaje mogą istnieć niezależnie od siebie? Na pewno ten drugi rodzaj istnieje w skrajnie patologicznych przypadkach jak prostytucja. Pierwszy przypadek - w znaczeniu zasadniczo tylko duchowego upodobania - ma miejsce nawet w Piśmie św., które mówi chociażby o umiłowanym uczniu, św. Janie, który podczas Ostatniej Wieczerzy położył głowę na piersi Mistrza. Lobby homosexualne upatruje m. in. w tym przypadku pozytywne stanowisko Pisma św. do homosexualizmu, co jest oczywiście fałszywe, gdyż tutaj z całą pewnością nie chodzi o homosexualizm. Myślę, że to jest biblijny dowód na możliwość duchowej miłości między osobami tej samej płci. Istnieją też przykłady z historii Kościoła, jak np. przyjaźń kardynała John'a Henry Newman'a z księdzem Ambrose St. John (więcej tutaj). 

Podsumowując: 

Miłość przyjacielska (amor amicitiae) między osobami tej samej płci nie jest grzeszna, nawet jeśli wiąże się z intensywnym uczuciem czy osobowym przywiązaniem. Grzeszne jest natomiast pożądanie zmysłowe i tym bardziej jego praktykowanie w znaczeniu czynów sexualnych przeciwnych naturze (zwanych sodomickimi). 

Czy oddzielenie tego w konkretnym przypadku jest możliwe? Nie sposób ocenić z powodu braku danych empirycznych. Tutaj konieczne dojrzałe życie duchowe wraz z dobrym kierownictwem duchowym. 

Pochówek dzieci nienarodzonych


 
W kwestii początku życia ludzkiego św. Tomasz się ewidentnie mylił, ponieważ nie miał wiedzy, którą dziś dysponujemy, zwłaszcza dzięki powstaniu i rozwojowi genetyki. Jest dość pewne, że zmieniłby zdanie, gdyby znał dzisiejszą genetykę. Wówczas mógł swoje zdanie opierać jedynie na empirycznym wyglądzie płodu ludzkiego na różnych etapach rozwoju, a raczej polegał na doświadczeniu czy wiedzy ówczesnych medyków. 

Innymi słowy: w świetle współczesnej nauki jedynym "uduchowienia" czy raczej "udusznienia" istoty ludzkiej jest moment poczęcia, czyli połączenia plemnika z komórką jajową, co oznacza powstanie bytu biologicznego o genomie ludzkim i to indywidualnym i niepowtarzalnym. Pod względem biologicznym nie ma innego momentu decydującego o powstaniu takiego a nie innego człowieka o tak nie inaczej zdeterminowanym genetycznie i historycznie rozwoju. Tym samym nie ma innego momentu, do którego należy odnieść "udusznienie", czyli "tchnięcie" duszy w ten "zlepek" atomów. 

Tym samym jest to moment, od którego temu istnieniu przysługuje godność ludzka, z czym wiąże się także kwestia pochówku w razie przedwczesnego zakończenia życia biologicznego. 

Oczywiście jest kwestia możliwości zachowania ciała, żeby mu zapewnić pochówek. Niestety dopiero w ostatnich dziesięcioleciach rozwinęła się świadomość problemu. Trwający przez wieki brak tej świadomości wynikał zarówno z anachronicznego, fałszywie niby tomistycznego myślenia katolików (i też innych chrześcijan), czemu sprzyjał brak znajomości współczesnej biologii, antropologii i genetyki, jak też z oddzielenia, a nawet pewnej wrogości medycyny względem teologii. 

W świetle obecnej wiedzy zarówno biologicznej i medycznej jak też teologicznej duszpasterze powinni pouczać młodych małżonków także w tej sprawie, zachęcając do żądania od lekarza czy szpitala możliwości godnego pochówki dla ich dzieciątka w razie gdyby spotkała je śmierć przed urodzeniem, choćby na bardzo wczesnych etapie. 

Oczywiście w razie niezawinionego braku takiej możliwości nie ma winy. Natomiast pewne jest, że godny pochówek dla dziecka zmarłego nawet we wczesnym stadium rozwoju w łonie matki, pomaga w poradzeniu sobie z bólem utraty dzieciątka, a także sprzyja i buduje świadomość godności dziecka poczętego zarówno w środowisku medycznym jak też ogólnie w społeczeństwie. 

Jak Duch Święty działa w Kościele?



Takie oto pytanie otrzymałem od młodego człowieka, studenta. To jest właściwie cały komplex pytań, poniekąd osobistych, ale też dość typowych dla obecnej sytuacji katolików, nie tylko młodych. Idźmy po kolei. 

Temat jest oczywiście obszerny, z jednej strony oczywisty, ale równocześnie mglisty. Jest oczywiste dla każdego, że od Vaticanum II nastąpiły poważne, wręcz jaskrawe zmiany na płaszczyźnie zarówno doktrynalnej jak też duszpastersko-praktycznej, mimo że deklarowany cel był jedynie duszpasterski (pastoralny). To jest właśnie kluczowe pojęcie, samo w sobie niejasne, owiane nieporozumieniami i też sprzyjające nieporozumieniom. Tradycyjnie odróżnia się w Kościele postanowienia doktrynalne i dyscyplinarne: te pierwsze są wyłożeniem nauczania wiary oraz zasad moralnych, natomiast te drugie są przepisami prawa wraz z ich ewentualną interpretacją dla konkretnych przypadków. Na ostatnim soborze doszło do pomieszania tych płaszczyzn, gdyż 

- z jednej strony jego deklarowany cel był jedynie homiletyczno-katechetyczny, w odróżnieniu od wszystkich poprzednich soborów, które miały cel dogmatyczny, czyli wyjaśnienie kwestij doktrynalnych, które następnie były podstawą do rozporządzeń kanonicznych czyli prawnych,

- z drugiej strony wydano dwie konstytucje dogmatyczne (o Bożym Objawieniu i o Kościele), jedną o liturgii i jedną "pastoralną" (co jest zupełną nowością w historii Kościoła) oraz szereg dekretów i deklaracyj, które wielorako i poważnie różnią się od wcześniejszych dokumentów Magisterium Kościoła zarówno formalnie, tzn. pod względem wyrazistości doktrynalnej, jak też pod względem wskazań praktycznych. 

Mówiąc najkrócej: najważniejszym efektem jest pomieszanie i zamieszanie już na płaszczyźnie rodzaju i treści samych dokumentów. To oczywiście musiało doprowadzić do jeszcze większego zamieszania w ich stosowaniu, czego dowodem jest obecny stan Kościoła. 

W praktyce oznacza to, że wprawdzie w łonie Kościoła - przynajmniej w oficjalnych dokumentach i wypowiedziach - nie ma otwartego zaprzeczania prawdom wiary katolickiej, jednak w praktyce, zwłaszcza w faktycznym nauczaniu na niższych poziomach (kazania, katecheza, rekolekcje itp.) nierzadko ma miejsce to zaprzeczanie zwłaszcza pośrednie, przez ich przemilczanie, przedstawianie jako przestarzałe, a nawet wyszydzanie. Ma to oczywiście związek z posunięciami pragmatycznymi. Tak np. w ramach tzw. ekumenizmu, który niektórzy - zresztą kłamliwie (przykład tutaj) - uważają za nowy quasi dogmat, nie neguje się wprawdzie wprost, że Kościół katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusowym i tym samym jedyną prawdziwą religią, jednak w posunięciach praktycznych jak spotkania ekumeniczne, jakieś niby oficjalne deklaracje itp. faktycznie zawarty jest takowy przekaz, który odpowiednio kształtuje świadomość katolików i nie tylko. To jest, moim zdaniem, główny problem. 

A nie jest to sprawa uboczna czy drugorzędna. Bowiem wszystkie inne niby tylko praktyczne sprawy, jak chociażby Komunia na stojąco i dołapna, dopuszczenie kobiet do służby ołtarza itp. wynikają nie tylko przynajmniej z pośredniej, ukrytej negacji prawd wiary o Ofierze Mszy św. i Realnej Obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, lecz prowadzą ostatecznie do prawdy o boskim pochodzeniu Kościoła jako jedynej prawdziwej religii i w końcu o boskiej godności Jezusa Chrystusa. 

Widać tutaj oczywiście dylemat: czy Kościół, który przynamniej dopuszcza, a we wielu swoich przedstawicielach wręcz forsuje takie przynajmniej pośrednie zamazywanie i negowanie boskiej godności Jezusa Chrystusa jest jeszcze tym samym Kościołem, którego wyznawcy - począwszy od samego Zbawiciela i Jego Apostołów - oddawali życie właśnie za tę prawdę?

Prawdą wiary, również ściśle powiązaną z prawdą o boskim pochodzeniu Kościoła, jest obietnica niezniszczalności Kościoła i jego trwania aż do końca czasów. To trwanie nie odnosi się do konkretnej historycznej postaci Kościoła, ani tym bardziej do jego liczebności. Tym, co Kościół stanowi, to wiara w Boskość Jezusa Chrystusa, czyli przekonanie, że On jest prawdziwym Bogiem. Nie jest przypadkowe, że akurat ta prawda jest obecnie podstępnie podważana (więcej tutaj). 

Właściwie nie trzeba mieć głębszej wiedzy teologicznej, by rozeznać te powiązania. Wystarczy znać podstawowe prawdy wiary, zwłaszcza na podstawie tradycyjnych katechizmów i podręczników, oraz zachowywać zdolność do trzeźwego, samodzielnego i szczerego myślenia, nie poddającego się naciskowi grupowemu, modzie czy większości. Kto zachowuje czystość serca, szuka prawdy i jest gotów pójść za nią swoim życiem, ten jest otwarty na prawdę, która jest dostępna właściwie każdemu, choć nie każdy chce ją przyjąć, gdy wymaga ona nawrócenia. To nawrócenie oznacza zmianę myślenia, która domaga się także praktycznych konsekwencyj w życiu. 

Najprostszy przykład: kto pozna, że Novus Ordo Missae zarówno w swojej strukturze jak też w praktycznym stosowaniu zawiera furtki dla różnych herezyj negujących prawdy wiary katolickiej (jak Realna Obecność, ofiarniczy charakter Mszy św., hierarchiczny ustrój Kościoła czyli istotna różnica między stanem duchownym i świeckim itd.), ten będzie przynajmniej preferował liturgię tradycyjną. Nie trzeba tutaj jakiegoś "oświecenia", wystarczy elementarna wiedza katechizmowa oraz czystość serca otwartego na prawdę, która może być wymagająca. A zwykle jest tak, że otoczenie w ogóle albo tylko słabo rozumie problem, a jeszcze mniej gotowe jest do wyrzeczeń czy nadzwyczajnych środków jak chociażby jeżdżenie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset kilometrów, by uczestniczyć we Mszy św. tradycyjnej. Wcale nie musi oznaczać to negacji sakramentalnej ważności Novus Ordo, lecz chodzi o żywienie swojej wiary i pobożności źródłami, które nie są skażone przynajmniej kompromisami z herezją. 

Jak się zachować w takiej sytuacji?

Po pierwsze, dziękować Panu Bogu za łaskę rozeznania. Oczywiście bez poczucia wyższości czy pogardzania tymi, którzy jej przynajmniej póki co nie wykazują. Jest zrozumiałe, że szatan próbuje zaatakować również w takiej sytuacji i to głównie przez pychę. 

Po drugie, starać się o poważne życie duchowe, czyli szczerą modlitwę oraz zwalczanie swoich wad, zwłaszcza pod kierownictwem duchowym u doświadczonego i wiernego prawdzie katolickiej duszpasterza. To jest najważniejsza pomoc przeciw zasadzkom szatańskim. Od własnej dojrzałości duchowej zależy owocność świadectwa i to w każdym stanie. Im człowiek bardziej zbliża się do prawdy Bożej, tym bardziej wyrafinowane są podstępy złego. W świadomości swojej grzeszności i słabości należy współpracować z łaską Bożą, która przede wszystkim chce zbawienia duszy. Wierność Bogu na pewno nie zabezpieczy przed wrogością ludzi, ale ostatecznie zatryumfuje kiedyś. 

Po trzecie, starać się przekazać swoje rozeznanie innym, oczywiście w odpowiedni sposób, roztropnie, w zależności od sytuacji. Każda łaska jest zarazem zadaniem. Dar otrzymany od Boga powinien być rozdawany, w postawie wdzięczności za łaskę i także miłości bliźniego. Chodzi o dobro dusz, ostatecznie o ich zbawienie, nie o wykazanie własnej wyższości. Należy rozmawiać o prawdach wiary i ich praktycznym zastosowaniu, zwłaszcza w liturgii, która jest - na płaszczyźnie doktrynalnej - uroczystym wyznaniem wiary. Należy też polecać zapoznawanie się z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, zawartym w "przedsoborowych" dokumentach Magisterium oraz w pismach "przedsoborowych" Doktorów Kościoła. Kto pozna tę odświeżającą klarowność i czystość myśli, ten będzie też w stanie odpowiednio ocenić mglisty bełkot charakterystyczny dla modernistów. 

Po czwarte, poszukać wsparcia i współpracy wspólnoty katolików, którzy podobnie postrzegają stan Kościoła oraz skierowują się ku tradycyjnemu nauczaniu Kościoła, także do liturgii. Współdziałanie jest konieczne także w tej dziedzinie, a równocześnie jest także okazją do praktykowania miłości bliźniego, która jest miernikiem miłości do Pana Boga i Jego prawdy.

Taka droga jest właśnie naocznym działaniem Ducha Świętego w Kościele. Jak widać, Duch Święty pobudza, oświeca i prowadzi także młodzież. On nigdy nie ograniczał Swojego działania do przedstawicieli hierarchii na wysokich stanowiskach. Królestwo Boże ma głównie wymiar duchowy, a Duch Boży wieje kędy chce. Gdy każdy będzie robił na swoim miejscu i odpowiednio do swojej sytuacji to, co powinien, to Duch Święty zatroszczy się o owoce dla całego Kościoła i dla przyszłych pokoleń.