Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Kościół a kapitalizm



Od dawna trwa zarówno w przestrzeni publicznej jak też w dyskusjach polityczny i w myśli ekonomiczno-społecznej spór między kapitalizmem i socjalizmem. Także Kościół i jego nauczanie jest atakowane zarówno z jednej jak też z drugiej strony. Sprzeczne są też opinie zarówno co do przyporządkowania tego nauczania jednemu z tych systemów, jak też odnośnie jego oceny. Zwykle brakuje w tych dyskusjach solidnej wiedzy, za to jest wiele fałszów, przesądów i manipulacyj, nierzadko w połączeniu ze zwykłym zacietrzewieniem bliskim nawet zaślepionemu irracjonalizmowi. Strony przeciwne albo uzurpują sobie autorytet poglądów przynajmniej zgodnych z nauczaniem Kościoła, albo z obrzydzeniem przyporządkowują to nauczanie poglądom przeciwnym. 

W takim chaosie informacyjno-ideologicznym jest poniekąd zrozumiałe, że niektórzy próbują wyjść z aporii, negując w ogóle kompetencję Kościoła w kwestiach społeczno-polityczno-ekonomicznych, co nie jest niczym innym jak kolejnym oszustwem na doraźny użytek którejś ze stron, czy to socjalistów czy kapitalistów. Dlatego warto zwrócić uwagę najpierw na tę kwestię.

Francuski historyk ekonomii Gilbert Faccarello, profesor m. in. w Paryżu oraz autor obszernych dzieł w tej tematyce (por. tutaj), poświęcił też uwagę powiązaniom między myślą ekonomiczną a poglądami religijnymi (więcej tutaj), zwłaszcza w wydanym przez siebie zbiorze esejów (którego cena na rynku osiąga poziom astronomiczny):



Bardziej systematyczny charakter ma praca zbiorowa, która zajmuje się współczesnymi relacjami między ekonomią polityczną i religiami:



Kilka lat temu ukazał się nawet podręcznik w temacie stosunku między chrześcijaństwem a myślą ekonomiczną i ekonomią:



Temat nie jest nowy, gdyż sięga do słynnego eseju niemieckiego myśliciela Max'a Weber'a o związku kapitalizmu z protestantyzmem.

Żydowski autor J. Attali uzasadnia na nowo tezę, wyłożoną około sto lat wcześniej przez niemieckiego W. Sombart'a, że to żydzi są twórcami kapitalizmu i jego etyki. Tematykę podjął także m. in. współczesny historyk, podejmując apologię żydów (omówienie tutaj):



Wpływem chrześcijaństwa na myśl ekonomiczną zajmuje się między innymi (tutaj przykład) współczesny grecki filozof G. N. Gotsis.

Nawet wyznawcy kapitalizmu zauważają wprost jego wewnętrzną sprzeczność, która musi prowadzić do paradoksalnych rezultatów:





Tyle tytułem wstępu do szerszego opracowania tematu, czego niestety jeszcze nie udało mi się dokonać z przyczyn obiektywnych. 

Poniżej zamieszczam skrypt mojego wykładu wygłoszonego 25 lutego 2020 r. we Wrocławiu na zaproszenie stowarzyszenia "Regnum Christi". Niestety jest on nadal w wersji roboczej, gdyż po dwukrotnej przeprowadzce w ciągu dwóch lat mój warsztat, czyli książki są nadal w kartonach (w obecnie znacznie mniejszym mieszkaniu nie mogłem jeszcze sporządzić miejsca na ich wypakowanie). Mam nadzieję, że przynajmniej ta wersja posłuży zainteresowanym.

-----



Kościół a kapitalizm


Temat jest oczywiście bardzo szeroki, gdyż dotyczy zarówno wielu dziedzin teologii jak też wielorakich nurtów nauk humanistycznych i społecznych, w tym także historii, socjologii i ekonomii. Równocześnie istnieje wiele nieporozumień, błędów i przekłamań, które szkodzą rzeczowej dyskusji. Brakuje jednak przede wszystkim - zwłaszcza w języku polskim - syntetycznego i wprowadzającego ujęcia tej tematyki. Temu pragnie zaradzić niniejszy text, który powstał na życzenie zainteresowanych osób dla wykładu wygłoszonego końcem lutego 2020 roku we Wrocławiu. 


Po krótkim przedstawieniu głównych dokumentów Kościoła, czyli zasadniczych źródeł w temacie, wraz z krótką syntezą systemu nauczania katolickiego, przedstawię pojęcie kapitalizmu oraz jego miejsce w myśli zarówno społecznej jak też teologicznej. Konieczne będą odniesienia także do innych systemów społeczno-gospodarczych oraz ostatecznie do katolickich zasad i modelu życia społecznego i gospodarowania. 

 


I. Katolicka nauka społeczna


a) Encykliki społeczne:


Leon XIII, Rerum Novarum, 1891

Na tle rewolucji przemysłowej i kwestii robotniczej, papież omawia dwie pozornie przeciwstawne ideologie: socjalizm i liberalizm. Ubolewa nad sytuacją robotników zmuszonych do pracy niewolniczej, sprzeciwia się walce klas, nawołuje do współdziałania pracodawców i pracowników, broni własności prywatnej, ale podkreśla jej społeczną funkcję. Omawia także kwestię sprawiedliwych płac oraz państwową ochronę praw pracowników.


Pius XI, Quadragesimo anno, 1931

Papież omawia kwestie porządku społecznego z perspektywy chrześcijańskiej. Rozwija między innym zasadę pomocniczości: społeczności niższego poziomu powinny wypełniać te zadania, które mogą samodzielnie wypełnić. Społeczność wyższego poziomu powinna pomagać w zadaniach, których niższa społeczność nie jest w stanie wypełnić.

"Nie jest możliwe być równocześnie dobrym katolikiem i rzeczywistym socjalistą."


Jan XXIII, Mater et magistra, 1961

Papież podkreśla prawo robotników do aktywnego udziału i współodpowiedzialności za przedsiębiorstwo. Omawia także problemy gospodarcze krajów rozwijających się oraz kwestię dobra wspólnego w perspektywie globalnej. 


Paweł VI, Populorum progressio, 1967

Papież omawia kwestie pokoju i sprawiedliwości. Domaga się sprawiedliwej równowagi między krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się. Kluczowym pojęciem jest "rozwój", szczególnie poprzez szkolnictwo i kształcenie. Papież wyklucza rewolucję jako środek rozwoju społecznego. Jednak dopuszcza możliwość użycia siły wobec jednoznacznego i długotrwałego ucisku. 


Jan Paweł II, Laborem exercens, 1981

Papież rozważa teologicznie o ludzkiej pracy i poszukuje "trzeciej drogi" między kapitalizmem i komunizmem. Poddaje analizie zarówno błędy systemu komunistycznego jak też kapitalistycznego. Papież podkreśla prymat pracy nad kapitałem oraz niezbywalne prawo robotników do wolnego zrzeszania się. 


Sollicitudo rei socialis, 1987

W dwudziestolecie encykliki "Populorum progressio" papież analizuje napięcia między Wschodem i Zachodem jak też między Północą i Południem. Wzywa zamożne państwa do pomocy krajom rozwijającym się, a także te ostatnie wzywa do skutecznych reform. 


Centesimus annus, 1991

Papież wskazuje na błędy i skutki komunizmu, ale przestrzega także przed dzikim, nieokiełznanym kapitalizmem. Docenia generalnie zasługi społecznej gospodarki rynkowej. 



b) Teologiczne podstawy nauki społecznej Kościoła 


Jako dziedzina teologii, katolicka nauka społeczna opiera się na głównych zasadach teologii katolickiej. Są to głównie zasady prawa naturalnego, czyli porządku poznawalnego rozumowo, bez konieczności odwoływania się do Bożego Objawienia poświadczonego w Tradycji Kościoła i Piśmie. Z faktu, że te zasady są zawarte w Piśmie św. czy innych źródłach teologicznych, nie wynika, iżby nie miały być poznawalne rozumowo. 


Główne zasady to: 


1) Boży porządek - także odnośnie działalności gospodarczej - jest zasadniczo poznawalny rozumowo jako porządek naturalny w wymiarze zarówno bytowym jak też moralnym. Dlatego właśnie katolicka nauka społeczna argumentuje zasadniczo filozoficznie, tzn. bez odwoływania się do Bożego Objawienia, natomiast uogólniając dane naukowe, zarówno nauk szczegółowych (głównie historia, socjologia i ekonomia) jak też ogólnych czyli filozofii z jej różnymi dziedzinami, głównie antropologii i etyki. 


2) Człowiek jest stworzony na "obraz i podobieństwo" Boże (Rdz 1,26-27). Oznacza to godność człowieka zakorzenioną w zdolności rozumowania (intellectus) oraz wolności woli (liberum arbitrium). Stanowi ona o wyższości człowieka nad innymi stworzeniami, która oznacza panowanie, troskę, pożytkowanie oraz odpowiedzialność przed Bogiem w użytkowaniu dóbr doczesnych. Stanowi ona nie tylko o godności indywidualnej lecz także o równości między ludźmi. 


3) Przeznaczeniem i celem człowieka nie jest rzeczywistość doczesna lecz wieczna, czyli ukierunkowanie ku Boga. Działalność doczesna, w tym gospodarcza, jest jedynie "treningiem" i przygotowaniem do najwyższej i ostatecznej aktywności, którą jest wieczność. Ten wymiar duchowy dotyczy zarówno pracy najemnej jak też prawa własności i używania. Przykładem zastosowania tej zasady jest odpoczynek w dzień świąteczny, który ma znaczenie nie tylko indywidualne lecz także społeczne (nie ma społeczności bez społecznego świętowania). 


4) Rzeczywistość ludzka naznaczona jest jednak także grzechem, który ma wymiar nie tylko indywidualny (w relacji do Boga), lecz także społeczny, co widać już w grzechu pierwszych rodziców. W pojęciu katolickim grzech pierworodny nie zniweczył godności ludzkiej, czyli ani zdolności poznania ani wolności woli, choć je zranił i osłabił. Ma to znaczenie także dla działalności gospodarczej: ona także naznaczona jest piętnem grzechu pierworodnego i w konsekwencji także grzechami indywidualnymi. Innymi słowy: działalność gospodarcza pozostawiona de facto odzwierciedla nie tylko zdolności człowieka, lecz także jego grzeszność. Dlatego wymaga odpowiedniego pouczenia, pokierowania i też skorygowania, tak samo jak cała rzeczywistość ludzka. Można więc mówić o terapii społecznej poprzez prawdę o człowieku i jego rzeczywistości. Kościół podaje tę terapię w prawdzie o człowieku, jego godności, celu oraz właściwego sposobu osiągnięcia. 

Leon XIII (RN 45) stawia konkretne zadanie: 

"Skoro tylko religia (...) zło może w korzeniu zniszczyć, niech wszyscy zrozumieją, że nacisk należy położyć na odnowienie chrześcijańskie obyczajów, bez czego na nic się przydadzą środki podane przez roztropność ludzką, choćby uznane były za najwłaściwsze."


5) Godność człowieka zakorzeniona w zdolności poznania i podejmowania decyzyj ma swój szczególny wyraz w sumieniu jako subiektywnej instancji osądu moralnego. Nikt nie może być zmuszany do działania wbrew osądowi sumienia. Dotyczy to także działalności gospodarczej, gdy chodzi o zaspokajanie nieetycznych potrzeb czy stosowanie nieetycznych środków. Konkretnie: nikt nie powinien być zmuszony do udziału w produkcji rzeczy przeznaczonych do celów nieetycznych czy przynajmniej sprzecznych z osądem jego sumienia. 


6) Jako że człowiek jest ze swej natury istotą społeczną (animal sociale, ζῷον πολιτικόν), stąd każda jego działalność ma wymiar społeczny, zwłaszcza działalność gospodarcza, która zwykle odnosi się do innych osób, począwszy od wspólnoty rodzinnej aż po wspólnotę narodów czyli całą ludzkość. Głównym wyznacznikiem działalności społecznej - a taką ze swej natury jest działalność gospodarcza - powinno być dobro wspólne. Nie jest ono sumą dóbr indywidualnych, podobnie jak wspólnota ludzka nie jest sumą poszczególnych ludzi lecz organizmem, w którym istnieją po pierwsze różnice, a po drugie współdziałanie (συνεργία), które wydaje więcej (albo mniej) niż arytmetyczną sumę działań poszczególnych ludzi. 

Leon XIII (RN 26) tak opisuje dobro wspólne, które jest obowiązkiem zarówno indywidualnym jak też społecznym i tym także obowiązkiem państwa:

"Tym zaś, co ten dobrobyt powszechny narodu tworzy, są: moralne obyczaje, życie rodzinne oparte na podstawach prawa i ładu, poszanowanie religii i sprawiedliwości, umiarkowanie w ustanawianiu, a sprawiedliwość w rozdzielaniu ciężarów publicznych, rozwój przemysłu i handlu, rozkwit rolnictwa, i inne tego rodzaju środki, które tym lepsze i szczęśliwsze zapewniają warunki życia obywatelom, im większy wykazują postęp."

Chodzi więc o dobro zarówno duchowe i moralne, jak też zewnętrzne i materialne. 

Dalej mówi papież (RN 29):

"W interesie tak dobra publicznego, jak prywatnego, leży, ażeby panowały pokój i zgoda; aby całe życie kierowane było przykazaniami Boskimi i prawami natury; aby życie rodzinne opierało się na poszanowaniu ładu i na czci dla religii; aby tak w życiu prywatnym, jak publicznym kwitła pełna moralność; aby święcie przestrzegano sprawiedliwości i by nikt nie krzywdził bliźniego bezkarnie; aby wreszcie mężne rosły pokolenia ku podporze państwa, a, jeśli zajdzie potrzeba, i ku jego obronie."

Mówi też w skrócie (RN 37):

"Dobro wspólne, to jest dobro, w którym każdy obywatel i wszyscy razem mają prawo uczestniczyć w odpowiednim stosunku." 

(res publica = państwo wg św. Tomasza)


7) Społeczność nie jest bytem samym w sobie, lecz istnieje wyłącznie w swoich członkach. Innymi słowy: nigdy nie ma i nie może być powodu dla działania na szkodę poszczególnego człowieka w celu osiągnięcia korzyści dla społeczności. Dobro wspólne nigdy nie zaprzecza dobru poszczególnych osób i odwrotnie, czyli prawdziwe dobro indywidualne zawsze służ dobru wspólnemu. Dobro indywidualne wyznacza granice dobra wspólnego i odwrotnie. Równocześnie należy mieć na uwadze, że tylko osoba ma sumienie, nie społeczność. 


8) Porządek w działaniu powinien odpowiadać sprawiedliwości. Klasycznie (od Arystotelesa, Etyka nikomachejska, V) odróżnia się:

- iustitia commutativa, czyli sprawiedliwość wymienna (wzajemna), oraz

- iustitia distributiva, czyli sprawiedliwość przydzielająca. 

Pierwsza odnosi się do osób równorzędnych, druga dotyczy osoby wyższe wobec osób niższych. 

Jak uczy św. Tomasz (Summa Theologiae,  II-II, q. 57, a. 1; q. 58, a. 1- a. 3), są to dwa sposoby tej samej cnoty kardynalnej - sprawiedliwości, na której zasadza się dobro wspólne. Tym samym nie może być sprzeczności między nimi. W życiu gospodarczym ma to znaczenie zwłaszcza np. w kwestii umów o pracę: umowa zawarta między pracownikiem i pracodawcą (iustitia commutativa) nie może być sprzeczna ze sprawiedliwym przydziałem zarówno pracy jak też płacy. 


9) Rozróżnia się między

- społecznością naturalną i

- społecznością wolną (dobrowolną). 

Naturalnymi społecznościami są rodzina (societas perfecta et completa) i państwo, zaś wszystkie inne są wolne. Rodzina ma jedyną w swoim rodzaju naturę i rangę, przewyższającą państwo oraz wszystkie inne społeczności. (Pomijam tutaj Kościół, który zresztą nazywany jest w teologii katolickiej familia Dei, por. Kanon Rzymski: Hanc igitur oblationem servitutis nostrae, sed et cunctae familiae tuae, quam tibi offerimus). Oznacza to względność i niższość zarówno państwa jak też wszelkich innych społeczności czy formacyj społecznych, tym samym słuszność i zasadność sprzeciwu wobec nich, gdy zagrożone jest dobro podstawowej społeczności jaką jest rodzina. 

Oznacza to także wykluczenie społeczeństwa zarówno klasowego (jako wyniku kapitalizmu) jak też egalitarnego (komunistycznego), gdyż rodzina ma strukturę zarówno hierarchiczną jak też organiczną. Chodzi więc o taki model społeczeństwa, który najbardziej odpowiada strukturze rodziny. Oznacza to konkretnie także współdecydowanie i współodpowiedzialność, które mają konkretną postać w postulowanym przez katolicką naukę społeczną ustroju stanowym. 


10) Wymiar zarówno indywidualny jak też społeczny ma kwestia własności. Szczególnym przypadkiem w tym temacie jest słynny spór o stosunek pracy i kapitału. Wobec socjalizmu XIX-wiecznego Kościół bronił prawa własności przeciw kolektywizmowi. Wobec liberalnego indywidualizmu, który doprowadził do podziału klasowego i walki klas, Kościół podkreśla społeczną funkcję własności, która jest nierozerwalnie związana z funkcją indywidualną. Teologia scholastyczna ujęła tę zasadę w skrócie: administratio et dispensatio particularis - usus communis. Oznacza to, że w razie konieczności społeczność ma prawo a nawet obowiązek przeszkodzić w dysponowaniu prawem własności. Nie jest to kolektywizacja totalna i systemowa jak w socjaliźmie, lecz chodzi o poszczególny przypadek obrony koniecznej. 

Leon XIII (RN 35) naucza:

"Władza państwowa nie może niszczyć prawa własności prywatnej, bo natura jest jego źródłem, nie wola ludzka; może tylkó jego używanie ograniczać i do dobra ogółu dostosowywać. Działałaby więc niesprawiedliwie i niegodnie, gdyby z prywatnej własności ściągała w postaci podatków więcej, niż się należy." 


11) Zastosowaniem zasady sprawiedliwości jest kwestia wynagrodzenia za pracę. W katolickim nauczaniu wchodzą tutaj w grę:

- zasada celowa, czyli cel wynagrodzenia, oraz

- zasada przyczynowa, czyli pochodzenia wynagrodzenia. 

W tym świetle zasadnicze jest kryterium osobowe (każdy powinien zarabiać wystarczająco dla swego utrzymania), a nie kryterium zasługowe (za co przysługuje dane wynagrodzenie). Przewaga tego drugiego kryterium może de facto prowadzić do jaskrawej dysproporcji między wynagrodzeniem np. robotnika i przedsiębiorcy, gdy przedsiębiorca sam wyznacza sobie wynagrodzenie i ceni je znacznie wyżej niż pracę najemną. Dochodzi do tego fakt, że przedsiębiorca (kapitalista) czerpie zyski także bez pracy (z kapitału, z renty gruntowej). 


12) Ponadto należy odróżnić wynagrodzenie za pracę od honorarium. Praca tworzy nowe dobra, czy to materialne czy niematerialne (sztuka, wszelkie dobra nauki czy kultury). Usługi należą pośrednio także do dziedziny pracy wytwórczej czy duchowo-twórczej. Osobną kategorią jest działalność społeczno-polityczna, gdyż nie tworzy ona żadnych dóbr ani materialnych ani niematerialnych, choć może i powinna służyć wytwórczości i twórczości. W ustroju feudalnym władcy czyli politycy zapewniali sobie utrzymanie czerpiąc dochody głównie z renty gruntowej, zaś daniny i podatki stanowiły stosunkowo niewielką część ich dochodów. W ustroju tzw. demokratycznym politycy czerpią swoje dochody głównie z podatków i to na zasadzie samoobsługi. Tym samym zacierana jest specyfika działalności polityka i to w sposób rażąco różny od grup społecznych, co wraz z powstaniem "zawodu" pod nazwą polityk oraz stałą rozbudową aparatu biurokratycznego prowadzi do potęgowania ucisku fiskalnego. Wobec siebie politycy nie stosują ani kryterium osobowego (przydzielają sobie więcej niż potrzeba do utrzymania) ani zasługowego (przydzielają sobie niezależnie od wykonania czy niewykonania pracy). Nie powinno dziwić, że taki system powoduje wręcz systemowo nie tylko demoralizację osobowości, lecz także upadek autorytetu instytucji państwa.

Dotyczy to nie tylko władzy ustawodawczej i wykonawczej, lecz także sądowniczej. Korzeniem problemu jest brak rozumienia wynagrodzenia władz państwowych jako honorarium czyli uznania za wykonaną służbę społeczną. Uznanie oczywiście zakłada rzeczywiste zasługi dla dobra wspólnego. 


Powyższe zasady są streszczone w następujących pojęciach:

- personalizm

- solidaryzm

- subsydiaryzm. 

Stanowią one całość w różnych aspektach. 



II. Systemy polityczno-gospodarcze


Kapitalizm


capitalis  —> caput 

1) wartość główna w odróżnieniu od odsetek

2) środki służące do założenia działalności gospodarczej (przedsiębiorstwa)

a) własny - obcy

b) zyskowy

c) indywidualny

d) realny - formalny

3) środek produkcji, obok ziemi (natury) i pracy

a) rzeczowe: nieruchomości, maszyny, surowce

b) wirtualne: roszczenia bankowe, patenty, prawa autorskie, tajemnice technologiczne


a) K. jako sposób gospodarowania


Każda gospodarka ma na celu zysk. W kapitaliźmie kapitał jako środek produkcji daje zysk. Tym samym kluczową rolę spełnia właściciel kapitału czyli przedsiębiorca (kapitalista). 

Dotyczy to szczególnie przypadku, gdy przedsiębiorca posługuje się pracą najemną jako środkiem produkcji. Wówczas ma miejsce podział środków produkcji: kto inny wkłada kapitał, a kto inny pracę (nawet jeśli kapitalista także wkłada swoją pracę). Kapitalista posługuje się pracą najemną, zaś pracownik najemny posługuje się kapitałem do niego nienależącym. 

Jeśli kapitał jest własnością prywatną, wówczas jest to kapitalizm prywatny (indywidualny, liberalny).

Jeśli kapitał jest własnością państwową, wówczas jest to kapitalizm państwowy. 


Leon XIII (RN, 15): non res sine opera nec sine re potest opera constistere. 


Pius XI: intellectus, res, opera


K. Marx upatrywał istotę kapitalizmu w wyzysku pracy w interesie kapitału (kapitalisty). Problem leży wg niego w ustroju kapitalistycznym, nie w działaniu poszczególnego przedsiębiorstwa czy kapitalisty (kapitalista jest niewinny, winny jest system). Dlatego postulował zmianę systemu przez unicestwienie prywatnej własności środków produkcji. 

To prowadzi do absolutyzacji wkładu pracy jako środka produkcji: cały zysk przysługuje pracy, z pominięciem innych środków produkcji jak kapitał i natura (dobra naturalne). 


Z drugiej strony tzw. liberalny kapitalizm, posługujący się hasłem "wolnego rynku", przypisuje zysk tylko kapitałowi i dąży do koncentracji kapitału czyli monopolizacji. Dla ochrony własnych interesów usiłuje ponadto wpływać na politykę i de facto w znacznym stopniu sprawuje władzę. 


Ta władza sięga od budzenia i kształtowania potrzeb (zapotrzebowania konsumpcyjnego) dla powiększania czy wręcz tworzenia rynku zbytu, aż do wywierania wpływu na politykę czy to przez własne decyzje gospodarcze (lokowanie fabryk itp.), czy też naciski zakulisowe (lobbing), finansowanie partij i przekupstwo (por. kariery polityków w firmach czy bankach po zakończeniu działalności politycznej). 



b) K. jako ustrój społeczny 


W czasach nowożytnych gospodarka kapitalistyczna rozwijała się zasadniczo w duchu laissez faire jako liberalny kapitalizm, aż do skrajnej postaci po rewolucji przemysłowej - tzw. manchesteryzmu. Wynikiem było powstanie społeczeństwa klasowego z podziałem na posiadaczy środków produkcji (kapitalistów) i pozbawionych środków produkcji czyli pracowników najemnych zwanych proletariatem. W wyniku wprowadzonego prawodawstwa wzmacniającego prawa pracowników najemnych kapitalizm w krajach uprzemysłowionych przybrał formę "kapitalizmu utemperowanego socjalnie", w wyniku czego nie ma w nich skrajnie ubogich robotników najemnych i praktycznie zanikła mentalność walczącego proletariatu. Społeczeństwa te uległy procesowi pluralizacji z różnymi grupami, które na swój sposób artykułują i forsują swoje interesy. 


Kapitalizm jako ustrój gospodarczo-społeczny kojarzony był pierwotnie z uprzemysłowieniem (klasyczny podział to: kapitał - praca, przedsiębiorcy - proletariat). Z czasem stało się wyraźniejsze, że jest to bardziej kapitalizm komercyjny, gdyż liczy się to, co ma znaczenie rynkowo-handlowe. Tutaj mamy do czynienia z innym podziałem: na klasę aktywnych rynkowo (tych, którzy oferują rynkowo) i pasywnych rynkowo, czyli tych, którzy nie mają (już albo jeszcze) nic do zaoferowania rynkowo. Ta komercjalizacja gospodarki i życia społecznego jest wroga rodzinie jako podstawowej komórce społecznej, zwłaszcza rodzinom wielodzietnym, ale także starszym. 


Ponadto począwszy od Maxa Weber'a i Wernera Sombart'a (Der moderne Kapitalismus, 1902 i 1924-27) mówi się także o "duchu kapitalizmu". Jest to wyrażenie popularne zwłaszcza wśród socjologów religii. 


Ten "duch" sprowadza się zwykle do materializmu względnie mamonizmu. 


Mając na uwadze rozróżnienie między kapitalizmem jako sposobem gospodarowania a ustrojem społecznym, należy stwierdzić, że istnieje między nimi związek przynajmniej historyczny, tzn. system gospodarowania doprowadził de facto do podziału na klasy. Pozostaje pytanie, czy jest to związek konieczny, tzn. czy kapitalizm jako sposób gospodarowania oparty na podziale między kapitałem a pracą musi prowadzić do dominacji, hegemonii czy wręcz dyktatury i tyranii kapitału. 



Socjalizm

Kościół a socjalizm to osobny temat. Na użytek niniejszy warto mieć jednak na uwadze, co następuje. 


a) S. jako sposób gospodarowania

Zwykle rozumie przez to tzw. gospodarkę planową. Należy najpierw mieć na uwadze, że każda działalność gospodarcza jest w jakiś sposób i musi być planowana. W socjaliźmie jest to eufemizm oznaczający centralne planowanie przez państwo, w przeciwieństwie do tzw. wolnego rynku, który jest także eufemizmem dla oznaczenia nie tyle indywidualizmu lecz ochrony silniejszego przez zaniechanie czy zaniedbanie wszelkiej ingerencji jakiejkolwiek władzy (także chociażby werbalnej ingerencji Kościoła np. w kwestii handlu w niedziele). 


b) S. jako ustrój społeczny

Także radykalna socjalizacja czy upaństwowienie środków produkcji nie zniweczyło całkowicie własności prywatnej, gdy nawet w najradykalnieszym komuniźmie pozostawiono przynajmniej de facto i przynajmniej pewnej wąskiej warstwie jakąś mniejszą czy większą własność prywatną. W PRL nie było nawet całkowitej kolektywizacji rolnictwa, widocznie wiedząc, że kolektywizacja doprowadziłaby do zupełnej zapaści produkcji żywności i tym samym głodu. 

Socjalizm środków produkcji nie doprowadził też do usunięcia podziału na klasy społeczne, lecz do innego podziału na klasy: rolę "arystokracji" sprawującej władzę i to wręczy dyktatorską i brutalnie, nawet krwawo tyrańską, przejęła klasa aparatczyków partii komunistycznej osadzona w kierowniczych stanowiska na wszystkich szczeblach władzy. Przynależność do partii komunistycznej była warunkiem zajęcia jakiejkolwiek funkcji przywódczej czy kierowniczej. Tym samym socjalizm jako ideologia pozostał i pozostaje utopią. 



III. Katolicki model: porządek stanowy 


W dążeniu do przezwyciężenia podziału i antagonizmu klasowego, katolicka nauka społeczna rozwinęła koncepcję porządku społecznego opartego na "stanach" (ordines) zawodowych. Chodzi o związki pracowników i pracodawców danej dziedziny życia gospodarczego i społecznego według jej funkcji społecznej. Pius XI (QA) przedstawił tę koncepcję jako wzór porządku społecznego. Pius XII nazwał tę koncepcję najbardziej zdatnym środkiem do przezwyciężenia liberalizmu gospodarczego. 


Celem jest przezwyciężenie zarówno liberalnego kapitalizmu z jego walką klas jak też socjalistycznego totalitaryzmu. Podstawowe zasady tego postulowanego porządku to:


1) Każda społeczność zasadza się na 4 wartościach:

- biologicznej

- gospodarczej

- kulturowej

- osobowej (personalnej). 


2) Zasady konstytutywne każdej społeczności to:

- personalizm

- solidaryzm

- subsydiaryzm (pomocniczość). 


3) W dziedzinie gospodarczej chodzi o zastąpienie walki klas solidaryzmem społecznym, czyli współdziałaniem dla obopólnego dobra pracodawcy i pracownika oraz wspólnego dobra całej społeczności. Oznacza to ujarzmienie egoistycznych interesów poprzez zorganizowaną współpracę w ramach wspólnego działania na każdym poziomie działalności gospodarczej:

- zakładu pracy

- grupy zakładów

- danej branży. 

Takim stanem jest np. służba zdrowia, zaopatrzenie w żywność (produkcja i sprzedaż), produkty techniczne, ciężki przemysł (wraz z wydobyciem), edukacja i szkolnictwo, badania naukowe, wymiar sprawiedliwości, usługi, policja i wojsko, instytucje kulturalne. Przynależność wyznaczona jest przez działalność w danym sektorze życia gospodarczego, ale nie usuwa wolnego wyboru zawodu i miejsca pracy (w odróżnieniu od średniowiecznych cechów). 


Ta struktura nie wyklucza istnienia i działalności dobrowolnych przedstawicielstw interesów poszczególnych grup zawodowych jak związki zawodowe czy zrzeszenia przedsiębiorców (które mają prawny status jedynie stowarzyszeń prywatnych). Jednak interesy partykularne są podporządkowane dobru wspólnemu zarówno danego stanu jak też całej społeczności. 


4) "Stany zawodowe" jako zorganizowana działalność nie przejmuje zadań poszczególnych jednostek gospodarczych i ich poziomów (zakład, zespół, branża), tzn. nie usuwa własności i odpowiedzialności prywatnej, lecz czuwa nad tym, by prywatna działalność gospodarcza była ukierunkowana solidarnie na dobro wspólne. Dobro wspólne jest realizowane według zasady pomocniczości: jednostki gospodarcze są samodzielne, tzn. są podmiotami prawa własnego i publicznego, ale nie są organami państwowymi (to odróżnia "stany zawodowe" od średniowiecznych stanów społecznych zorganizowanych według pochodzenia i stanu posiadania, a także od Ständestaat w Austrii za kanclerza Dollfuss'a czy w faszystowskich Włoszech). Organy państwa mają tendencję biurokratyzowania i walki o władzę polityczną. 


5) "Stany zawodowe" nie stoją ponad czy poza porządkiem państwowym. Państwo wprawdzie nie jest upoważnione do ingerowania w działalność stanów, chyba że konieczne jest udzielenie pomocy w wyjątkowych sytuacjach. Państwo może jednak i powinno koordynować działalność stanów tak, żeby były ukierunkowane na biologiczne, gospodarcze, kulturowe i osobowe dobro całego społeczeństwa i państwa. Tym samym ustrój stanowy chroni przed liberalizmem, który zasadnicze dziedziny życia chce wyjąć zupełnie spod wpływu i porządkowania przez państwo. 


6) Porządek stanowy obejmuje całość życia społecznego, także dziedziny pozagospodarcze. Szczególne znaczenie ma ten porządek jednak w działalności gospodarczej, gdyż ma chronić zarówno przed liberalizmem jak też przed kolektywizmem. 


Na podstawie podziału pracy porządek stanowy składa się z trzech naturalnych poziomów (jednostek):

- Poszczególne stany skupiają zawody pracujące na takich samych surowcach, jak ziemia (rolnictwo), surowce wydobywcze (stal, węgiel itp.), czyli branże. 

- Niższą jednostką są zespoły zakładów, zaś 

- najniższą poszczególne zakłady pracy jako podstawowe komórki działalności gospodarczej. 

Każda z tych trzech jednostek mają swoje specyficzne i samodzielne zadania w procesie gospodarczym. 

- Poszczególny zakład reguluje produkcję.

- Zespoły zakładów regulują konkurencję. 

- Stany zawodowe regulują ceny i wynagrodzenia za pracę. 


Regulacja cen odbywa się według zasad rynkowych, czyli głównie przez regulację podaży. 

Regulacja wynagrodzeń ma mieć charakter społeczny, tzn. jest wyjęta spod gry interesów między kapitałem i pracą. 

Wszystkie stany zawodowe działające gospodarczo regulują politykę kredytową, która wspomaga bądź hamuje poszczególne gałęzi gospodarki w danej sytuacji makroekonomicznej. 


Całość działalności gospodarczej, czyli stany zarówno produkcyjne jak też finansowo-kredytowe, są poddane porządkowaniu prawnemu przez państwo dla wspólnego dobra wszystkich stanów. 


Istnieje zasadnicza zgodność tego porządku stanowego z tzw. społeczną gospodarką rynkową, która się opiera na prywatnej inicjatywie i wolnej konkurencji, które są regulowane zgodnie z dobrem wspólnych. Różnica polega na tym, że w porządku stanowym podmiotem regulującym są organizacje stanowe, a nie bezpośrednio państwo. 


7) Porządek stanowy ma znaczenie zarówno gospodarcze jak też społeczno-polityczne: 

- Zwalnia państwo z zadań, które oznaczają uwikłanie w interesy partykularne, więc państwo może swobodnie i bezstronnie czuwać i regulować według dobra wspólnego, w roli jakby króla i najwyższego sędziego. 

- Porządek stanowy jest właściwym i najlepszym sposobem uproszczenia aparatu państwowego i przeciwdziałania biurokracji. 

- Pod względem społeczno-politycznym porządek stanowy przezwycięża antagonizmy międzyklasowe, o ile pracownicy są współodpowiedzialni będąc w kierownictwie na różnych stopniach (zakładowym, ponadzakładowym, stanowym). 

Kto ma coś z głową?

 


Ponieważ wielokrotnie byłem pytany odnośnie wypowiedzi x. Michała Woźnickiego z 12 lipca br. na mój temat, czuję się zobowiązany do publicznej reakcji. 

Z powodów technicznych znowu muszę podać ową wypowiedź w częściach, co zresztą ułatwi przejrzystość wypowiedzi. 


1. Po raz pierwszy dowiaduję się, że obradowano zaplecowo na temat mojej skromnej osoby, mimo że zarówno x. J. Bałemba, jak też przynajmniej małżeństwo, które znam od kilkunastu lat, mogli bez problemu się ze mną skontaktować i poprosić o wyjaśnienie sprawy. Nie uczyniono tego, natomiast popełniono grzech obmowy, a nawet oszczerstwa, bądź przynajmniej doprowadzono do oszczerstw, które tutaj popełnia x. Woźnicki (o czym poniżej). 

2. Nigdy i wobec nikogo nie deklarowałem, że wykluczam sprawowanie Novus Ordo. Z następujących powodów:

- jak powszechnie wiadomo, zostałem wyświęcony w Novus Ordo i przyrzekałem sprawować sakramenty w łączności z moim biskupem, któremu nadal podlegam,

- nie widzę powodów do zanegowania sakramentalnej ważności sprawowania sakramentów według rytu Novus Ordo, choć dostrzegam jego wady na płaszczyźnie teologicznej i duszpasterskiej, 

- uważam, że nie ma wystarczających i koniecznych powodów teologicznych do zerwania łączności ze strukturami Novus Ordo, czyli do faktycznego wejścia w stan schizmy. 

Jeśli ktoś sobie wyobraził takową deklarację z mojej strony, to jest to dzieło fantazji względnie urojeń. Równocześnie prawdą jest, że od zakończenia posługi parafialnej w 2005 r. de facto sprawuję wyłącznie liturgię tradycyjną, poza jednostkowymi wyjątkami z powodu potrzeby duszpasterskiej. 

3. Osobą, o której mówi x. Woźnicki, jest znana mi od kilkunastu lat matka byłego kleryka FSSP. Nigdy ze mną nie rozmawiała na ten temat. Natomiast okazała się rozczarowana, gdy odpowiadając na prośbę wiernych z Olsztyna i okolic (do których ona należy) nawiązałem kontakt z jednym z proboszczów, który w zamian za regularne celebracje liturgii tradycyjnej u niego w parafii poprosił o pomoc względnie zastępstwo w duszpasterstwie parafialnym. Co więcej: pośpieszyła donieść o tym x. Woźnickiemu, który jest znany ze złośliwego przekręcania faktów i to w ramach swoich "ogłoszeń" wygłaszanych w miejscu kazania podczas Mszy św. No cóż, ciekawy musi być stan sumienia tych osób...

Ciąg dalszy: 


4. Tutaj jest następne poważne zafałszowanie faktów, na co są świadkowie. Po pierwsze, stosując się do instrukcji Redemptionis Sacramentum (nr 89), konsekrowałem podczas Mszy św. hostie do Komunii św. dla wiernych:


Ponieważ tych hostij zabrakło, dla reszty wiernych wziąłem hostie z tabernakulum. O ten fakt chodzi x. Woźnickiemu i jego zwolennikom. Uczyniono mi z tego zarzut, stawiając mnie quasi przed trybunałem, któremu przewodniczył x. Woźnicki. On zapytał mnie jakby na przesłuchaniu, czy mam pewność, że były to ważnie konsekrowane hostie. Odpowiedziałem, że nigdy nie ma całkowitej pewności, gdyż nigdy nie można mieć do końca pewności co do intencji celebransa, który dane hostie miał konsekrować. Zostałem zakrzyczany przez x. Woźnickiego i jego zwolenników, gdy chciałem jeszcze wyjaśnić, że zasadniczo uznając ważność Novus Ordo nie mam powodów do zasadniczego kwestionowania ważności konsekracyj hostij znajdujących się w tabernakulum. Tym samym w swoich "ogłoszeniach" x. Woźnicki przekręcił zarówno sam zaistniały fakt jak też moje słowa. A miał możliwość skontaktowania się ze mną, by sprawę wyjaśnić, zanim publicznie ogłosił swoje fałszywe oskarżenie, jakobym świadomie udzielał w Komunii św. hostie wątpliwie konsekrowane. No cóż, to niestety pasuje do całej linii zachowania i postępowania x. Woźnickiego. 

Wyjaśniam: Mszę św. w Olsztynie sprawowałem za zgodą, wiedzą i błogosławieństwem tamtejszego Arcypasterza w terminie ustalonym już w kwietniu. Okazało się, że w tym samym dniu wierni związani z x. Bałembą i x. Woźnickim odbywali swoją pielgrzymkę do Gietrzwałdu i przybyli na Mszę św. sprawowaną przeze mnie. W dzień następny zostałem zaproszony na spotkanie w domu wspólnych znajomych. Zaproszenie przyjąłem, choć przyjazne mi głosy odradzały. Przyjąłem, żeby skorzystać z okazji do osobistego braterskiego upomnienia x. Woźnickiego odnośnie linii jego postępowania. Uczyniłem to, poprosiwszy o rozmowę w cztery oczy. Z przykrością muszę stwierdzić, że moje upomnienie nie tylko okazało się bezowocne, lecz spotkanie, na które się zgodziłem dla ratowania duszy jego i dusz jego zwolenników, zostało odwrócone przeciwko mnie i to w sposób zakłamany i złośliwy. Oczywiście ani x. Woźnicki, ani nikt z jego otoczenia nawet nie próbuje wykazać, w czym rzekomo mam związek z modernizmem, co dowodzi podłości tego zarzutu jako publicznego oszczerstwa. 

Na koniec jeszcze szczyt perfidii, aczkolwiek z pewnym przebłyskiem, gdy mówi o "diabelskiej satysfakcji", w czym zapewne ma rację niechcący: 


5. Na jakiej podstawie x. Woźnicki twierdzi, jakobym się "intelektem zeszmacił", pozostaje tajemnicą jego umysłu. Nie był bowiem obecny ani na żadnym moim egzaminie, ani chyba nawet nie czytał żadnej z moich prac naukowych. 

6. Oczywiście niezasłużoną nobilitacją dla mnie jest porównanie do x. arcybiskupa Lengi. Równocześnie znowu widać, że w umyśle x. Woźnickiego nie ma prawdziwych katolików oprócz niego samego i jego zwolenników, oraz x. Bałemby, który go widocznie duchowo wspiera. Jednak nie to jest istotne. Istotne jest, że ten zagubiony ex-salezjanin wykorzystuje święty czas i okoliczność Mszy św. na swoje nienawistne i w znacznej mierze kłamliwe ataki na wszystkich, którzy nie popierają całkowicie jego zachowania i postępowania. Tym samym jest dość jasne, jaki duch go pędzi. Na pewno nie Duch Święty. 

Na koniec jeszcze jedna osobista dygresja. Otóż przez ostatnie kilkanaście lat pobytu w Monachium celebrowałem w kościele parafialnym (w soboty, niedziele i święta), gdzie proboszczem był salezjanin, zresztą były przełożony kolegium salezjańskiego w tym mieście. Obydwaj od początku wiedzieliśmy, że mamy dość różne zarówno poglądy teologiczne jak też upodobania liturgiczne. Mimo tego doznałem ze strony proboszcza jak też jego ekipy parafialnej wiele życzliwości i pomocy. Przykład: parafialny stolarz specjalnie sporządził tron na krzyż ołtarzowy, żebym nie musiał stawiać krzyża na stosie mszałów i lekcjonarzy. Parafia w swoich ogłoszeniach podawała moje Msze św. (jako "trydenckie"), choć większość wiernych uczęszczających była spoza parafii. Życzliwości oraz kilkunastoletniej gościnności dla celebracji doznałem nawet od włoskich misjonarzy scalabrinianów, którzy mi udostępniali kaplicę zawsze w dni powszednie. W zamian nie żądano ode mnie niczego, nawet zwrotu kosztów za prąd i ogrzewanie. Natomiast najgorsze doświadczenia miałem z duchownymi związanymi z sektą medjugorjańską, polskim jezuitą, który był proboszczem w sąsiedniej parafii, oraz z polskimi redemptorystami. 

Nie jestem ani nie chcę być stroną w sporze między x. Woźnickim a jego byłą wspólnotą zakonną, ponieważ nie znam całości i szczegółów sprawy. Obecnie - na podstawie osobistego doświadczenia, o którym tutaj mowa - mam jednak pewność, że zachowanie i postępowanie x. Woźnickiego dalekie jest nie tylko od ducha kapłańskiego, kościelnego i zakonnego, lecz nawet od ogólnoludzkiej przyzwoitości. A miałem nadzieję, że może jednak zastanowi się nad sobą i okaże choćby trochę uznania swoich błędów, skruchy i woli nawrócenia. Jest bowiem niestety powodem i głównym sprawcą zgorszenia, które uderza zwłaszcza w kapłanów i wiernych sprawujących tradycyjną liturgię. Pozostaje już tylko modlitwa i post o jego nawrócenie i zadośćuczynienie za szkody duchowe, które wyrządził i póki co nadal wyrządza Kościołowi. 

Czy Bóg jest sędzią sprawiedliwym? Czyli katolicyzm Pękalowo-jasełkowy znowu (z post scriptum)

 


Akurat w święto Zmartwychwstania Pańskiego Szymon Pękala popełnił występ, który ponownie świadczy zarówno o łatwości gadania jak też o problemie z przyłożeniem się do zrozumienia spraw, o których mówi (było już o tym tutaj). Tym razem mówiący Szymon zaatakował katechizmowe "sześć prawd wiary", zwłaszcza zdanie drugie: "Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze". Nie jest w tym oryginalny, gdyż ostatnio atak na tę prawdę wiary już pojawiał się i to nawet ze strony niektórych hierarchów i teologów. Wpisuje się to w nachalne forsowanie fałszywego miłosierdzia bez sprawiedliwości, czyli w próby zacierania czy wręcz negowania prawdy, że Bóg jest sprawiedliwy i nie pozostaje obojętny wobec czynów ludzkich. 

Dobrze, iż Pękala podejmuje tematy wiary. Jednak nie jest dobrze, iż wypowiada się w poważnych i komplexowych kwestiach bez choćby cienia przygotowania merytorycznego i krytycyzmu wobec własnych "przemyśleń". 

Słuszna jest uwaga, iż tzw. sześć prawd wiary to specyfika pewnego nurtu katechizmowego, raczej tylko polskojęzycznego. Ciekawe byłoby zbadanie pochodzenia tej formuły, zwłaszcza wobec faktu sześciu artykułów wiary islamu sunnickiego (por. tutaj). 

Natomiast powszechnie używany - zwłaszcza poza Polską - Katechizm kard. Gasparri'ego, powołując się na dekrety Świętego Oficjum obowiązujące oczywiście w całym Kościele, podaje cztery prawdy wiary, których szczegółowe i wyraźne wyznawanie jest konieczne do zbawienia:


Jak widać, należy tutaj także prawda o Bogu jako Sędzim sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Tym samym Pękala się myli, twierdząc, jakoby wyznawanie tej prawdy było specyfiką "katolicyzmu polsko-jasełkowego". 

Pewne jest także, że klasyczne katechizmy katolickie podają wykład wiary według dwunastu artykułów tzw. Symbolum apostolicum, czyli chrzścielnego wyznania wiary znanego od starożytności. To wyznanie wiary jest także uczone zarówno w katechezie pierwszokomunijnej, jak też przed bierzmowaniem. Ponadto we Mszy św. w niedziele i wyższej rangi święta odmawiane jest uroczyste Credo nicejsko-konstyntynopolitańskie, które także mówi o sądzie Bożym. Czyźby Pękala tego nie wiedział? Czyżby nie uczęszczał na Mszę św.? 

Znając pełne wyznanie wiary, które jest podstawą każdej katechezy katolickiej, nie trudno dostrzec, że owe "sześć prawd wiary" nie mają za cel przekazania całości wiary katolickiej, lecz mają charakter quasi bojowy, czyli mają wyposażyć katolika zwłaszcza przeciw atakom ze strony innowierców i heretyków. Przy tym oczywiście są zupełnie zgodne z całością wiary katolickiej, nie ma żadnej sprzeczności. 

Tak więc z jednej strony Pękala fałszywie twierdzi, że chodzi o "główne" prawdy wiary, zakładając, że inne nie są główne, co jest oczywiście kłamstwem:


Drugim kłamstwem jest twierdzenie, jakoby prawda o Bogu sprawiedliwym nie była katolicka:



Tak więc jedynymi źródłami Pękali są: 

- wyrwany z kontextu rzekomy cytacik z Katechizmu Kościoła Katolickiego (bez bliższych danych)

- cytat wypowiedzi Tomasza Budzyńskiego z sekty kikonistów (tzw. neokatechumenat)

- wypowiedź skrajnego modernisty, emerytowanego biskupa pomocniczego częstochowskiego, Antoniego Długosza, znanego ze świętokradzkiego tańczenia tango w miejscach świętych i to nawet w szatach liturgicznych (por. tutaj - link jest błędnie opisany, że chodzi o bp Depo). 

Zacznijmy od słów KKK o piekle. Otóż cały fragment brzmi (źródło tutaj):


Gdzie tu jest powiedziane, że piekło nie jest karą, pozostaje tajemnicą wiary jasełkowo-Pękalowej. Tak więc znowu: Pękala albo nie umie czytać (a udaje, że umie), albo ma urojenia, albo po prostu oszukuje swoich odbiorców. 

Powoływanie się na słowa Budzyńskiego, tak jakby tegoż bełkot - zresztą dość wyraźnie skrzywiony mentalnością judeo-protestantyzującej sekty kikonistów - był czymś miarodajnym, jest (delikatnie mówiąc) groteskowe. Skoro ktoś taki jest dla Pękali autorytetem (co nieco o nim tutaj, a tutaj przykład poziomu intelektualnego tego ałtoryteta), przy czym Pękala widocznie zakłada, że musi on być autorytetem dla każdego, a przynajmniej dla jego odbiorców na YT, to świadczy to tylko o poziomie myślenia Pękali. No cóż. Widocznie jest to kolejny empiryczny dowód na to, że słuchanie demonicznego ryczenia rockowego odpowiednio wpływa na mózg...

Tak na marginesie nasuwa się podejrzenie (nie mam tutaj konkretnej wiedzy), że Pękala pochodzi z rodziny związanej z kikonizmem. To by wyjaśniało poziom wiedzy i mentalności w kwestiach wiary i Kościoła. Oczywiście nie ponosi on odpowiedzialności za swoje pochodzenie, jednak jako człowiek dorosły ponosi odpowiedzialność za swoje występy publiczne, zwłaszcza gdy są komercyjne. 

Do kompletu ałtorytetów Pękalowych pasuje świętokradca w sutannie, który ma oczywiście osobisty interes w tym, by Pan Bóg nie był sprawiedliwy. 

Na koniec Pękala twierdzi wciąż bezczelnie, że te prawdy wprawdzie nie są fałszywe, ale mimo tego są niekatolickie:


W takim stanie rzeczy obalanie kolejnego bełkotu Pękalowego powinno być właściwie zbędne. Jednak dla tych, którzy mogą być podatni na jego sugestywny styl stosowany bez pokrycia w solidnej wiedzy i rzetelnym myśleniu, podaję kilka uwag, które powinny uodpornić na jego wpływ. 

Otóż właściwie wystarczy nie tylko znajomość samego wyznania wiary, o którym już wspomniałem powyżej, lecz zwłaszcza zajrzenie do Katechizmu, na który się Pękala kłamliwie powołuje, a którego widocznie nie zna, a powinien choćby z przyzwoitości, skoro się regularnie wypowiada z pozycji niby katolickiej. Najważniejsze fragmenty w temacie to (źródło tutaj i tutaj):

 


Przyznam, że nie pojmuję, jak można mieć aż taki tupet (mówiąc bardzo delikatnie), by powołując się na Katechizm twierdzić coś zupełnie przeciwnego do jego treści. Widocznie jest tak, że Pękala zna jedynie jakieś strzępy modernistycznego bełkotu pseudokatolickiego, uważając je - z wręcz patologicznym brakiem krytycyzmu i pewnością siebie - za miarę katolickości, a jakoś nie wpada na pomysł, by rzetelnie poczytać w ogólnie dostępnych, solidnych źródłach, jak chociażby w samym Katechiźmie. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że popularność u naiwnych ignorantów i parcie biznesowe nie zabiły w nim jeszcze elementarnej przyzwoitości. Aczkolwiek dotychczas jeszcze nigdy nie wycofał się z bełkotów i kłamstw, które już wcześniej popełnił (wskazałem na początku wraz z linkiem). Tym bardziej ostrzegam przed łatwowiernym i bezkrytycznym odbiorem jego występ(k)ów. 


Post scriptum

A oto dowód na kłamliwe i nieodpowiedzialne podejście Pękali zarówno to prezentowanych treści jak do swoich odbiorców:


Zwracam uwagę:

- jego wystąpienie z ostatnich świąt Wielkanocy ma być "sprawą strasznie starą" (wpis jest pierwotnie z maja bieżącego roku)
- ja rzekomo opieram się "wyłącznie" na dokumentach "przedsoborowych", czyli na katechiźmie z 1992 roku...

No cóż. Ten człowiek widocznie albo nie wie, co mówi, albo wie i kłamie w żywe oczy. 

Czy warto zamawiać Msze św. wieczyste?

 

Msze św. tzw. wieczyste polegają na tym, że dane zgromadzenie zakonne zobowiązuje się sprawować do końca swego istnienia przynajmniej jedną Mszę św. dziennie we wszystkich intencjach zgłoszonych jako na Msze św. wieczyste. Oznacza to, że codziennie - dopóki istnieje dane zgromadzenie czy zakon - przynajmniej jeden kapłan sprawuje w intencjach wieczystych, których oczywiście nie zna i nie może znać, gdyż są to tysiące, nawet dziesiątki i setki tysięcy. Jest to więc raczej forma wspierania działalności danego zgromadzenia czy zakonu, za co zakon daje jedną Mszę św. zbiorową dziennie. W Novus Ordo powszechna jest koncelebra, czyli udział tego kapłana ogranicza się de facto do ubrania szat liturgicznych, wyciągnięcia ręki na Przeistoczenie oraz wypowiedzenia kilku zdań. W liturgii tradycyjnej jest natomiast z całą pewnością osobna Msza św. ze wszystkimi przepisanymi modlitwami. 

Postawą teologiczną Mszy św. wieczystych jest nieskończona wartość każdej Mszy św. jako uobecnienia Ofiary Krzyżowej Jezusa Chrystusa. Teologicznie nazywa się to ex opere operato, czyli na mocy sprawowania Ofiary Mszy św. 

Jednak wartość Mszy św. polega także na wymiarze ex opere operantis Ecclesiae, czyli na mocy modlitw i zasług Kościoła, czyli na wartości czynności celebransa sprawującego, a także udziału wiernych. Czynności celebransa są pod tym względem oczywiście istotnie inne w przypadku koncelebry z jednej strony, a celebracji indywidualnej z drugiej, zwłaszcza według liturgii tradycyjnej, która jest znacznie dłuższa i bardziej wymagająca. Tym samym wartość Mszy św. sprawowanej tradycyjnie jest w wymiarze ex opere operantis istotnie wyższa niż w Novus Ordo. Lekceważenie tego jest niestety powszechne wśród duchownych obecnie, a to wskutek czy to niedouczenia w teologii katolickiej, czy to z powodu fałszywej, quasi protestanckiej teologii, która nie docenia czy wręcz nie uznaje wartości pobożnych czynności, nawet tych liturgicznych. Dochodzi wygodnictwo oraz fałszywa ideologia wspólnotowości, która de facto szkodzi Kościołowi, gdyż pomniejsza wypraszanie łask przez czynności liturgiczne. 

Czy niekatolik może być chrzestnym?

 

Bycie chrzestnym (patrinus, patrina) jest urzędem kościelnym według norm prawa kanonicznego:

Tym samym nie może być chrzestnym (chrzestną) osoba, która dokonała apostazji bądź popadła w herezję. Jeśli taka osoba została formalnie wpisana jako chrzestny, to albo wcale nie otrzymała tego urzędu skutecznie (jeśli zataiła swoją apostazję względnie herezję), albo go utraciła automatycznie wraz z popadnięciem w apostazję względnie herezję. 

Nie ma obowiązku zastępowania tej osoby przez inną. Osoba ma moralny obowiązek zrzeknięcia się tego urzędu wobec rodziny. Rodzina nie powinna traktować tej osoby jako chrzestnego. Bierzmowanie dziecka jest okazją, by wybrać dziecku inną osobę jako świadka bierzmowania, który by wspierał rodziców w wychowaniu we wierze. 

Czy można zakazać liturgii tradycyjnej? (z post scriptum)

 


Oczywiście otrzymałem pytania w temacie dnia:


Pytanie tytułowe zostało pośrednio wyjaśnione przez Benedykta XVI w liście do biskupów w związku z motu proprio "Summorum Pontificum" z 2007 r.:

Także dzisiejsze motu proprio nie zaprzecza, lecz pośrednio potwierdza, że używanie ksiąg liturgicznych sprzed 1970 r. nigdy nie było i nadal nie jest zakazane. Motu proprio jedynie reguluje sposób stosowania, nie zaprzeczając zasadniczej stosowalności. 

W tym świetle należy rozumieć następujące kluczowe słowa:

Czyli:

"Księgi liturgiczne promulgowane przez świętych papieży Pawła VI i Jana Pawła II zgodnie z dekretami Soboru Watykańskiego II są jedynym wyrażeniem lex orandi Rytu Rzymskiego."

Czym są więc wcześniejsze księgi liturgiczne? Nie są wyrazem, czy też nie należą do Rytu Rzymskiego? Jeśli nie do rzymskiego, to do jakiego? W jakim rycie sprawują kapłani, biskupi i kardynałowie nadal posługujący się - i to oczywiście legalnie - wcześniejszymi księgami liturgicznymi? Jakie prawo wyrażają przez to? Jaką modlitwę? 

W tym miejscu polecam następującą analizę tej kwestii:

https://www.youtube.com/watch?v=cZLlkYel0q8

Zarówno w samym dzisiejszym motu proprio jak też w towarzyszącym liście do biskupów wyraźnie i wielorako wyrażone jest przeciwieństwo do motu proprio Benedykta XVI z 2007 r. Chodzi zwłaszcza o rozróżnienie między "zwyczajną" i "nadzwyczajną formą" rytu rzymskiego. Rzeczywiście to rozróżnienie jest wynalazkiem owego motu proprio dla nazwania sytuacji współistnienia i współużytkowania ksiąg liturgicznych z czasu po i przed reformami Pawła VI. Jest jednak teologicznie nie do utrzymania, przynajmniej w odniesieniu do powszechnego sposobu stosowania Novus Ordo. Słusznie zwraca uwagę filozof Peter A. Kwaśniewski (źródło tutaj):  

Jest pewne, że Benedyktowi XVI zależało na pokojowej koegzystencji obydwu "form", aczkolwiek wyrażał też pragnienie pewnego skorygowania "formy zwyczajnej" w kierunku "nadzwyczajnej". Nie trudno dostrzec, że jest to nazewnictwo niefortunne, będące zapewne ustępstwem na rzecz przeciwników "formy nadzwyczajnej". O tyle skasowanie tego nazewnictwa przez motu propriu Franciszka jest zrozumiałe i słuszne. Co oczywiście nie oznacza, że problem został załatwiony. Wręcz przeciwnie: jak widać ponownie, używania wcześniejszych ksiąg liturgicznych nie można zakazać. Można jedynie szykanować, oczerniać, wyzywać i prześladować tych, którzy je używają. Pod tym względem nic się nie zmieniło od 1970 r. Był tylko okres na odetchnięcie za pontyfikatu Benedykta XVI, aczkolwiek nie powszechnie i nietrwale, jak widać. 

W tym miejscu pozwolę sobie na małą osobistą dygresję. Będąc kilka dni w Rzymie w marcu 2008 r., czyli w pierwszym roku po wydaniu "Summorum Pontificum" po raz pierwszy odważyłem się udać do bazyliki św. Piotra, by celebrować rano prywatną Mszę św., oczywiście tradycyjnie. Wszedłszy do zakrystii, przedstawiłem się i poprosiłem o przygotowanie szat i ołtarza. Nikt nawet nie zapytał o celebret. Po ubraniu szat ministrant poprowadził mnie do ołtarza przygotowanego i wskazanego przez jednego z zakrystianów. Gdy ubrałem biret, rzucono na mnie pierwsze podejrzliwe spojrzenie. Po dojściu do ołtarza, postawiłem kielich, przygotowałem mszał, który przyniosłem ze sobą, lecz gdy zacząłem odmawiać modlitwy u stopni ołtarza pojawił się jeden z zakrystianów wyraźnie poirytowany i wezwał mnie do powrotu do zakrystii. W zakrystii starszy zakrystianin zażądał ode mnie celebretu, po czym oświadczył, że nie ma pozwolenia na celebrowanie według "trydenckiego" Missale Romanum. Gdy spokojnie nalegałem, zakrystianin najpierw polecił mi zwrócić się w ciągu dnia do kardynała kustosza bazyliki, a następnie sam wykonał jakąś rozmowę telefoniczną na uboczu, po czym oznajmil, że mogę celebrować, ale tylko w krypcie, czyli w podziemiach. Po jakiejś chwili zostałem tam zaprowadzony, idąc obok sarkofagów papieskich. Trafiłem do jednej z bocznych kaplic niedaleko grobu św. Piotra, co oczywiście było wzruszające. Natomiast o wiele mniej przyjemny był fakt, że w kaplicy grobu św. Piotra równocześnie odbywała się głośna msza Novus Ordo jakiejś grupy, przez co oczywiście nie miałem możliwości celebrowania w ciszy i skupieniu. Po tym incydencie napisałem list do Benedykta XVI, w którym opisałem zaistniałą sytuację, z prośbą o radę (odpowiedzi nie otrzymałem). Zwróciłem uwagę, że zażądano ode mnie celebretu dopiero wtedy, gdy poznano, iż zamierzam celebrować po "trydencku". Gdyby wszedł jakiś oszust podszywający się pod kapłana katolickiego i chciał celebrować Novus Ordo, to by to mógł zapewne czynić bez żadnych przeszkód.

I jeszcze jeden przykład. Ostatnie lata pontyfikatu Jana Pawła II i cały pontyfikat Benedykta XVI spędziłem w ojczyźnie tego ostatniego, w Monachium. Z własnego doświadczenia wiem, że sytuacja dla liturgii tradycyjnej po "Summorum Pontificum" bynajmniej nie poprawiła się. Owszem, już wcześniej była większa wolność niż chociażby w Polsce. W głównej parafii w centrum Monachium, św. Piotra, zawsze można było celebrować tradycyjnie przynajmniej na bocznym ołtarzu. Na terenie tej parafii istniała też coniedzielna Msza św. "indultowa" (kościół św. Anny, Damenstiftskirche). Sytuacja w tym kościele była dość symptomatyczna. Otóż po motu proprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. najpierw owym "indultem" opiekował się jeden z kapłanów Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra. Został jednak wyrzucony po tym, gdy stwierdzono, że nie udzielał Komunii św. z komunikantów w tabernakulum, lecz sam konsekrował w każdej Mszy św. komunikanty. Interpretowano to jako podważanie ważności konsekracji w Novus Ordo. Po jego wyrzuceniu nastało rozwiązanie następujące: oficjalnym rektorem kościoła i opiekunem "indultu" został jeden z kanoników katedralnych, zasłużony prałat. Jednak faktycznie w mieszkaniu rektora kościoła zamieszkał inny kapłan, który właśnie zwykle celebrował Mszę "indultową". A był to szczególny przypadek. Otóż ów kapłan pochodził z diecezji ratyzbońskiej, nota bene z parafii moich dobrych znajomych. Kilka lat po święceniach, porzucił kapłaństwo i ożenił się. Wkrótce "żona" zachorowała na SM (stwardnienie rozsiane) i wtedy zapragnął powrotu do kapłaństwa. Umożliwił mu to ówczesny arcybiskup monachijski, kardynał Ratzinger, jednak nie przydzielił go do pracy w parafii lecz do nauczania w szkole. Z czasem stał się faktycznym, choć nieoficjalnym opiekunem Mszy "indultowej" w Monachium. Poznałem go osobiście, gdy przez ponad 2 lata także celebrowałem w tym kościele. Otóż co jakiś czas pojawiał się na mojej Mszy św. wraz ze swoją gospodynią, podchodząc do Komunii św. z wyciągniętymi łapkami. Oczywiście odmawiałem takiego udzielenia, gdyż oczywiście była to liturgia tradycyjna i miałem do tego prawo. I oczywiście dostałem za to skargi do kurii, o których dowiedziałem się po jakimś czasie i to pośrednio. 

Podsumowując: pontyfikat Benedykta XVI był przez większość - i to dzierżącą władzę - traktowany jako przejściowy, chwilowy "karnawał". Zapewne chodziło o spowodowanie rozłamów wśród "tradziuchów", zwłaszcza w łonie FSSPX. Gdy to się średnio udało, uznano misję ratzingeriańską za wyczerpaną. Jej definitywnym zakończeniem ma być dzień dzisiejszy. 

Cóż jeszcze powiedzieć? Co poradzić? Jak się zachować?

Przede wszystkim należy zachować spokój. Wbrew pozorom, sytuacja obecnie jest znacznie lepsza niż w początkach moich lat kapłańskich. Dzisiejsze motu proprio potwierdza dość wyraźnie siłę i moc oddziaływania liturgii tradycyjnej zwłaszcza na młode pokolenie duchownych i świeckich. To właśnie lękiem powodowane są dzisiejsze posunięcia. A lęk świadczy o przynajmniej podświadomym poczuciu przegranej. To lęk paraliżuje trzeźwe, klarowne myślenie i wykazuje skłonność do brutalnej przemocy. Równocześnie usiłuje wywołać lęk po stronie przeciwnej. 

Tutaj jeszcze jedna osobista dygresja. Na koniec mojej "kariery" u werbistów miałem prowicjała Niemca, który przedtem długie lata spędził w Argentynie. Nawiasem mówiąc, uczył teologii "moralnej", właściwie niemoralnej, bo zajęcia z etyki sexualnej polegały na prezentacji referatów studentów o różnych zboczeniach, począwszy od masturbacji, poprzez stosunki przedmałżeńskie, aż do sexu oralnego, analnego i homosexualizmu. Obecnie ma koło 80tki i chyba jeszcze żyje, po tym jak doprowadził praktycznie do wyzerowania powołań do werbistów w krajach niemieckojęzycznych. Otóż on - zresztą na stopie prywatnej sprawiający wrażenie miłego człowieka - z twarzą wyrażającą równocześnie gniew i strach zwykł mawiać (spoglądając akurat na mnie), że nie zdzierżyłby, gdyby choćby jednego z nas kiedykolwiek ujrzał w sutannie, bo on całą swoją młodość walczył z obowiązkiem chodzenia w sutannie. No cóż, właściwie należało mu polecić dobrego psychoterapeutę i też exorcystę.  

Wyraźnym symptomem lęku jest zarządzenie, że kapłanów wyświęconych od dnia dzisiejszego, proszących o "pozwolenie" na celebrowanie liturgii tradycyjnej biskupi mają zgłaszać do Stolicy Apostolskiej. Można się domyślać tła tego zarządzenia: skoro młody kapłan ma takie pragnienie, to z jego formacją jest "nie tak, jak trzeba", i też ze święceniami. Biskup przyznający się do wyświęcenia takiego "delikwenta" ściąga na siebie zarzut braku prowadzenia należytej formacji w seminarium i stosowania odpowiednich kryteriów dopuszczania do święceń. Czyli tym samym biskup jakby kładł głowę pod topór podniesiony przez "Traditionis custodes". Równocześnie przepis ten ma też widocznie zniechęcić młodzieńców sympatyzujących z liturgią tradycyjną do wstępowania do seminarium, skoro mają być szczególnie "badani" i denuncjowani do Rzymu. To byłoby wręcz groteskowe, gdyby nie było tragiczne w swej wymowie. 

Tego typu zarządzenia - a w ogóle wrogość wobec liturgii tradycyjnej - z całą pewnością nie posłużą jedności w Kościele. Wręcz przeciwnie: liturgia tradycyjna stanie się jakby symbolem i znakiem sprzeciwu jednoczącym tych, którzy mają coś do zarzucenia Franciszkowi. A takich katolików, zarówno świeckich jak i duchownych, także w najwyższych stopniach hierarchii, jest niemało, również w Polsce, nawet jeśli tego głośno nie mówią. Oczywiście jest lęk przed karami czy choćby przed zerwaniem kariery. Jednak takie motywy są typowe dla słabych charakterów. Natomiast silne osobowości w takiej sytuacji tym bardziej dojrzewają i krzepną. 

Tym samym: 

- Należy nadal sprawować liturgię tradycyjną i uczestniczyć w niej, starając się o łączność z biskupem miejsca.

- Także w razie blokady ze strony władzy diecezjalnych każdy kapłan ma moralne prawo sprawowania, a wierni uczestniczenia w liturgii tradycyjnej w warunkach choćby konspiracyjnych, jak w czasach prześladowań. Oczywiście nie zwalnia to z obowiązku przestrzegania tradycyjnych przepisów prawnych i liturgicznych. Innymi słowy: każdy kapłan nie objęty prawnymi przeszkodami odnośnie Novus Ordo ma prawo celebrować także liturgię tradycyjną, nawet jeśli nie ma możliwości czynienia tego oficjalnie. 

Czego się spodziewać? Na pewno dojdzie do poważnego przyrostu wiernych i powołań poza oficjalnymi strukturami, czyli głównie w FSSPX i w sedewakantyźmie. Innymi słowy: tym samym Franciszek poważnie wzmocnił te kręgi i wspólnoty. To oczywiście zwiększy ich zasięg i siłę oddziaływania. Czy to na prawdę służy jedności w Kościele? Bardzo wątpię. A chciałbym wierzyć w szczerość intencji Franciszka i roztropność posunięć. 

Na pewno też wzmocni się podziemie w oficjalnych strukturach. Jak pamiętam, jeszcze w latach 90-ych jeden znajomy kapłan austriacki, studiujący wówczas na dwa doktoraty (dogmatyka i prawo kanoniczne) w Rzymie zmuszony sytuacją celebrował po prostu w pokoju. To teraz zapewne powróci. Nawet jeśli jakaś, może nawet znaczna część kapłanów pod naciskiem sytuacji zaprzestanie sprawowania liturgii tradycyjnej, to jednak zachowają oni sentyment i będą się starali przemycić jej elementy do Novus Ordo, co oczywiście jest coraz trudniejsze, gdyż protestantyzacja życia w parafiach galopuje także w Polsce. Najtragiczniejsze byłoby, gdyby porzucali kapłaństwo. Jednak także wtedy będzie to skutek i symptom posunięć Franciszka, co powinno dać do myślenia i otrzeźwić tych, którym po nim przyjdzie sprawować władzę w Kościele. 


Post scriptum

Pojawiły się pytania w temacie, które są częste:


Oczywiście w wymiarze czysto prawnym każdy papież - o ile jest rzeczywiście papieżem, nie uzurpatorem - ma taką samą władzę, co jego poprzednicy, i tym samym może zastąpić swoimi decyzjami decyzje swoich poprzedników. Jednak zarówno całe prawo kościelne jak też wszystkie dokumenty i decyzje kościelne mają przede wszystkim wymiar teologiczny, który jest nadrzędny wobec wymiaru prawnego. Innymi słowy: papieżowi generalnie wolno podejmować jedynie decyzje zgodne z Bożym Objawieniem poświadczonym w Piśmie św. i Tradycji Kościoła. Tym samym wolno mu odwołać czy zmienić decyzje swoich poprzedników tylko wtedy, gdy one były niedoskonałe czy niepełne pod względem wierności Bożemu Objawieniu. W tym świetle należy rozumieć groźbę gniewu Bożego wypowiedzianą - między innymi - w bulli Quo primum tempore: atak na mszał św. Piusa V jest atakiem na Boże Objawienie. Takim atakiem nie są drobne zmiany w rubrykach, których dokonywali następni papieże, natomiast jest nim próba usunięcia tego mszału z życia Kościoła. 

Konkretnie: jeśli by Paweł VI dokonał tylko tego typu zmian, jakich dokonywali jego poprzednicy, czyli bez naruszania substancji teologicznej, to by nie było problemu, nie byłoby sprzeciwu i nie byłoby pragnienia i faktycznego powrotu do mszału "przedsoborowego". Tymczasem już nawet powierzchowne porównanie obydwu liturgij - Novus Ordo z jednej strony i tradycyjnej z drugiej strony - daje wynik oczywisty i to nawet u osób bez jakiegokolwiek wykształcenia teologicznego. Prosty przykład: w moim życiu kapłańskim wielokrotnie miałem sytuację, że osoby widzące mnie sprawującego Mszę św. tradycyjną pytały, z jakiego jestem wyznania. 

Otóż ludzie wychowani na Novus Ordo i myślący kategoriami dalekimi od katechizmu katolickiego są z reguły przekonani, że Msza św. jest pamiątką Ostatniej Wieczerzy, czyli podzielają herezję protestancką. Tej herezji sprzyja właśnie celebrowanie przy stole i mówienie o "uczcie", co jest oczywiście także absurdalne, gdyż nie wyrugowano zupełnie wątku ofiary. Dlatego Novus Ordo jest wewnętrznie sprzeczny, dławi trzeźwe, krytyczne myślenie i przez swoją niespójność teologiczną odpycha nie tylko estetycznie, lecz także intelektualnie. 

Rzeczywiście prawdy wiary - jak chociażby dogmaty odnośnie Mszy św. - mają niewątpliwie rangę wyższą i nadrzędną wobec jakiegokolwiek dokumentu papieskiego, zwłaszcza wobec motu proprio, które ma rangę dość niską. Tym samym: jeśli wiara w katolickie rozumienie Mszy św. jest dla kogoś podstawą do odrzucenia motu proprio, to odrzucenie to jest teologicznie i moralnie usprawiedliwione. 

Konkretnie: Obecnie regułą na celebracjach Novus Ordo są różnego rodzaju nadużycia, jak chociażby zwyczajne angażowanie tzw. nadzwyczajnych szafarzy czy Komunia dołapna, nie mówiąc nawet o takich sprawach jak nieobecność łaciny i śpiewu gregoriańskiego, co jest ewidentnie sprzeczne nawet z konstytucją o liturgii Sacrosanctum Concilium (nr 36 i 112). Skoro katolikowi nie zapewnia się możliwości uczestniczenia w liturgii Novus Ordo bez nadużyć, to tym bardziej żadna władza nie ma prawa zmuszać w jakikolwiek sposób do uczestniczenia w niej, chociażby przez odbieranie możliwości uczestniczenia w liturgii tradycyjnej. Zauważa to także Peter A. Kwaśniewski (źródło tutaj):


Brak podejmowania kroków przeciw nadużyciom w Novus Ordo z równoczesnym ograniczaniem dostępu do liturgii tradycyjnej świadczy dość wyraźnie o intencjach danej osoby sprawującej władzę. Zapewne nie chodzi o wierność ani wierze katolickiej, ani nawet przepisom Novus Ordo. 

Czy wolno krytykować decyzje papieskie?

 


Najpierw należy mieć na uwadze ważne rozróżnienie: nie wszystkie decyzje osoby sprawującej urząd papieski są decyzjami papieskimi. Nadużycie władzy jest użyciem wykraczającym poza prawowity jej zakres, więc nie jest aktem tej władzy, lecz swawoli posługującej się pozorami władzy. Tak np. gdyby leśnik wydał zakaz istnienia lasów mieszanych (liściasto-iglastych), to by się jedynie naraził na śmieszność, choćby nawet gorliwie usiłował wytępić drzewa liściaste pośród iglastych i odwrotnie. Oczywiście jest to tylko przykład. Chodzi o to, że istotny jest zakres danej władzy. Żadna władza oprócz władzy boskiej, także kościelna i papieska, nie jest władzą absolutną, lecz względną i ograniczoną, czyli podporządkowaną Bożemu Objawieniu (naturalnemu i nadprzyrodzonemu). Wyrażona w Kodexie Prawa Kanonicznego zasada, że Stolica Rzymska nie może być przez nikogo sądzona (prima sedes a nemine iudicatur, więcej tutaj) dotyczy wyłącznie porządku prawno-sądowniczego, nie teologicznego. Oznacza ona, że w porządku ustrojowo-prawnym nie ma instancji wyższej niż Stolica Apostolska. Nie oznacza ona natomiast, jakoby decyzje nie podlegały ocenie teologicznej i prawnej. Sytuacja jest analogiczna do świeckiego porządku prawnego: od decyzyj Sądu Najwyższego nie ma odwołania, co jednak nie oznacza, jakoby te decyzje były nieomylne czy zawsze zgodne z prawem naturalnym. 

Według konstytucji dogmatycznej Soboru Watykańskiego I "Pastor Aeternus" jurysdykcja (czyli władza) papieska dotyczy wprawdzie także kwestij dyscyplinarnych, jednak nieomylność odnosi się wyłącznie do nauczania wiary i moralności, nie do decyzyj dyscyplinarnych. 

Ponadto ta sama konstytucja podaje dwa istotne ograniczenia tej władzy (oryginał):


Biskupi Rzymu, jak sugerowały okoliczności czasu i spraw, czasem zwołując sobory ekumeniczne lub zbadawszy zdanie Kościoła rozproszonego po całym świecie, czasem synody partykularne, a czasem korzystając z pomocy innych środków otrzymanych od Bożej Opatrzności, definiowali dla zachowywania to, co z Bożą pomocą poznali jako zgodne z Pismem Świętym i tradycjami apostolskimi. Bowiem Duch Święty jest obiecany następcom św. Piotra nie po to, aby przez Jego objawienie ujawniali nową naukę, ale by z Jego asystencją święcie strzegli i wiernie wyjaśniali Objawienie przekazane przez apostołów, czyli depozyt wiary.


Zatem ten charyzmat nigdy nie ustającej prawdy i wiary został przez Boga udzielony Piotrowi oraz jego następcom na tej Stolicy po to, aby przez ten wzniosły urząd działali dla zbawienia wszystkich, aby cała owczarnia Chrystusa odwrócona przez nich od pokarmu zatrutego błędem, karmiona była pożywieniem nauki z nieba, aby po usunięciu okazji schizmy cały Kościół był zachowany w jedności i wsparty na swoim fundamencie trwał mocno przeciwko bramom piekielnym.

Tym samym sam sobór podaje kryteria oceny sprawowania urzędu papieskiego przez daną osobę. Są to:

- zgodność z Pismem św. i z tradycjami apostolskimi (to jest pojęcie szersze niż samo Boże Objawienie)

- wierność Bożemu Objawieniu przekazanemu przez Apostołów, czyli depozytowi wiary, 

- celem ma być zbawienie wszystkich,

- środkiem jest przestrzeganie przed błędami oraz podawanie boskiej nauki. 

Istotne jest także, iż jedność nie jest ani celem samym w sobie, ani pierwszorzędnym środkiem, lecz osiągana jest przez wierność Bożemu Objawieniu, poświadczonemu w Piśmie św. i Tradycji Apostolskiej. To istotnie odróżnia Kościół od wszelkich innych wspólnot: zasadą jedności jest prawda, a nie odwrotnie. To nie jedność stanowi o prawdzie, lecz prawda o jedności. 

Istotna i niezbędna jest jedność z wiarą Kościoła od jego początków, czyli od Apostołów. Dopiero na tej jedności można budować jedność Kościoła obecnie. Używając fachowych pojęć teologicznych: jedność diachroniczna (międzypokoleniowa, czyli poprzez wieki) jest konstytutywna dla jedności synchronicznej (obejmującej dane pokolenie), nie odwrotnie. Wynika to z natury Kościoła oraz Bożego Objawienia: zostało ono dane raz na zawsze w Jezusie Chrystusie i poświadczone przez Apostołów. Dlatego cała działalność Kościoła zależy od tego świadectwa i powinna być oceniana w jego świetle. Dotyczy to także urzędu papieskiego. 

Oznacza to, że wszelkie decyzje muszą być z natury i zasady konserwatywne. Dlatego już od Ojców Kościoła i poprzez wieki synonimem herezji była nowość, a heretyków nazywano nowatorami. Nowości były w Kościele zawsze traktowane ostrożnie i podejrzliwie, natomiast starożytność - w znaczeniu pochodzenia od ojców we wierze, zwłaszcza Ojców Kościoła i Doktorów Kościoła - była ważnym argumentem za słusznością i wiarygodnością. 

Wszelkie nowości w Kościele były dopuszczalne wyłącznie zgodnie z zasadą wierności Bożemu Objawieniu, podobnie jak zaniechanie czegoś starszego. Odnosząc konkretnie do aktualnej sprawy: status teologiczny liturgii zarówno Novus Ordo jak też tradycyjnej zależy od ich stosunku do depozytu wiary, czyli Bożego Objawienia poświadczonego w Piśmie św. i Tradycji. 

Jeszcze bardziej konkretnie: zakaz czy choćby ograniczenie stosowania ksiąg liturgicznych sprzed roku 1970 mógłby być teologicznie zasadny wyłącznie wtedy, gdy by owe księgi były wadliwe pod względem wierności depozytowi wiary, a tego nikt nigdy nawet nie próbował wykazać. Natomiast jest wiele powodów do zarzucenia wadliwości teologicznej księgom liturgicznym wydanym począwszy od Pawła VI. Tym bardziej wiele zarzutów można podnieść względem obecnie powszechnej praktyki liturgicznej w Novus Ordo, która w istotnych punktach jest ewidentnie sprzeczna nawet z konstytucją o liturgii Vaticanum II, jak choćby w kwestii języka liturgicznego, śpiewu, czy nawet kierunku celebracji. 

Sprawa dotyczy oczywiście także natury Kościoła i jego ustroju. Jak już wskazywałem (por. tutaj), zarówno pod względem natury jak też ustroju Kościół nie jest autorytarną sektą, gdzie sprawujący władzę dysponuje tym, co jest prawdziwe, a co fałszywe, co dobre, a co złe. Prawda i dobro są ponad władzą papieską, ona jest im podporządkowana. Najwyższa władza w Kościele, czyli papieska, polega na strzeżeniu depozytu wiary, czyli na ochronie wierności Bożemu Objawieniu. Każda decyzja musi być zgodna z tym zadaniem. To jest pierwszorzędne kryterium oceny. 

Tę zasadę potwierdza chociażby kardynał Raimund Burke - były prefekt najwyższego trybunału Stolicy Apostolskiej - w swoim oświadczeniu (oryginał tutaj): 


Także kardynał Gerhard Müller przypomina w odniesieniu do ostatniego motu proprio:

W jego wypełnianiu pomocny jest przykład papieży i innych pasterzy Kościoła na przestrzeni wieków, zwłaszcza świętych i Doktorów Kościoła. To jest kryterium drugie, także istotne. Innymi słowy: jeśli jakaś decyzja istotnie odbiega od postępowania poprzedników na Stolicy Piotrowej, to jest przynajmniej wątpliwa. Przykładem mogą być znowu "reformy" dokonane począwszy od Pawła VI: nigdy w historii Kościoła nie było przypadku, by papież zarządził nowo stworzone obrzędy. Nigdy też w historii Kościoła nie było przypadku, by papież poważnie ograniczył - i to widocznie z zamiarem całkowitego zakazu - sprawowanie liturgii, która była w powszechnym użyciu poprzez wieki, jak to ostatnio uczynił Franciszek, zresztą nawiązując do zamiaru Pawła VI. Te posunięcia są ewidentnie sprzeczne z całą Tradycją Kościoła. 

Także ich owoce są fatalne pod względem duszpasterskim, gdyż przynajmniej sprawiają wrażenie zerwania z Kościołem "przedsoborowym". To jest kwestia wiarygodności Kościoła i to na poziomie już nawet psychologicznym: czy jeśli mój ojciec nie szanuje swojego ojca, to czy mogę go za to szanować i być mu w tym posłuszny? Skoro naruszony jest elementarny porządek (przez brak poszanowania dla dziadka), to rozwiązaniem nie jest kontynuowanie tego naruszenia (przez brak poszanowania dla dziadka), lecz jego zakończenie (czyli powrót do szacunku dla dziadka nawet, jeśli nie podoba się to ojcu). 

O tym, jak stałem się podobny do UFO i gorszy od antychrysta :-D

 


Mój słynny stary "przyjaciel" (było tutaj) szumnie zapowiedział drugą część swojej "strasznej zemsty", którą właściwie obiecał jeszcze na czerwiec. Przeszkodą w dotrzymaniu obietnicy byłem oczywiście ja i to nawet wespół z potężnymi siłami typu antychryst i UFO. Oddaję więc głos jemu samemu. 

Najpierw podaje powód, dla którego czuł się zmuszony do sprawy wyjaśnienia:


Jego stan duchowo-psychiczny w związku z zajmowaniem się moją skromną osobą okazał się wielokrotnie gorszy niż w okresie zajmowania się przez niego tematem antychrysta:


Najpierw wyznaje pośrednio, że do innych tematów nie musi się dobrze przygotować (co zresztą widać po ich jakości...):


Przeszkoda numer jeden jest iście szatańska - pracowitość robotników budowlanych i to nawet mimo upałów, o których mówi jako o następnej przeszkodzie:



Przeszkody numer trzy i cztery są nie mniej poważne:


Stąd zapowiedziana jest zemsta jeszcze okrutniejsza, w tym "nabijanka":



Szymański obiecuje swoje następne tematy, w których także spodziewa się "rogatych" przeszkód:


Osobiście najbardziej ciekaw jestem opowieści o UFO :-D

No cóż. Myślę, że komentarz z mojej strony jest zbędny. Stan duchowo-psychiczny tego człowieka jest dość czytelny także dla niefachowców. 

Czy katolik powinien utrzymywać kontakt z niewierzącymi?




Tutaj są dwa zasadnicze aspekty:

Tutaj są dwa zasadnicze aspekty:
- zobowiązania wobec rodziców
- zbawienie duszy bliźnich, także krewnych.

Jeśli chodzi o inne osoby niż rodzice, to pozostaje aspekt drugi. Jeśli kontakt jest okazją do świadczenia o wierze katolickiej i są szanse na jego skuteczność, to można i należy utrzymywać kontakt. Jeśli natomiast kontakt stanowi niebezpieczeństwo dla zbawienia swojej duszy czy duszy bliźnich, to należy unikać, w razie konieczności nawet zerwać.