Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jak trwać przy liturgii tradycyjnej?

 


Znany publicysta katolicki zaproponował ostatnio - w powyżej widocznych pytaniach - reflexję dotyczącą pogłosek o grożącym przymusie sprawowania Novus Ordo także dla duchownych tzw. wspólnot indultowych, czyli instytutów i klasztorów sprawujących dotychczas wyłącznie liturgię tradycyjną. Wobec nawet oficjalnych dokumentów watykańskich wydanych od ubiegłego roku, nie ulega wątpliwości, że celem tego przymusu jest stopniowe zduszenie sprawowania liturgii tradycyjnej, czyli jej wyeliminowania z życia Kościoła. W kontekście kroków podejmowanych wobec FSSPX - udzielenie jurysdykcji do sprawowania sakramentu pokuty i małżeństwa, brak nacisków na deklarowanie uznawania Vaticanum II i Novus Ordo - można dość łatwo wyczytać zamierzony plan: duchowni i wierni pragnący sprawować wyłącznie liturgię tradycyjną mają zostać zepchnięci do FSSPX, po czym sprawujący liturgię tradycyjną, jako przynależący czy związani z FSSPX, które odrzuca Vaticanum II i jego "reformy", mają zostać exkomunikowani czyli obłożeni karą wykluczenia z widzialnych struktur kościelnych. Celem jest oczywiście wyeliminowanie tradycyjnego nauczania Kościoła, czego wyrazem i symbolem jest sprawowanie liturgii tradycyjnej.

Spróbuję odpowiedzieć na pytania na podstawie zarówno zasad prawnych i teologicznych, jak też własnego doświadczenia.

Przede wszystkim należy odróżnić tutaj następujące aspekty sprawy:

- prawny

- praktyczny

- teologiczno-moralny.

Dla porządku po kolei.

O ile uznaje się prawomocność wprowadzenia Novus Ordo, a ostatecznie prawomocność władzy Pawła VI i jego następców, oraz ważność sakramentalną tych obrzędów, nie sposób przytoczyć prawnej podstawy dla odmowy ich sprawowania (osobną sprawą jest tutaj prawna dopuszczalność liturgii tradycyjnej, która jest właściwie oczywista). Można natomiast łatwo wyliczyć cały szereg argumentów teologicznych, zarówno dogmatycznych jak też pastoralnych, przeciw sprawowaniu Novus Ordo. Można i należy je wytoczyć od strony własnego sumienia, co oczywiście napotyka kwestię posłuszeństwa. Konkretnie: czy mimo słusznych i poważnych zastrzeżeń natury dogmatycznej i pastoralnej należy i wolno stawiać własny osąd sumienia ponad obowiązkiem wykonywania zleceń zwierzchności kościelnej?

Pytanie ma wymiar bardziej praktyczny niż teoretyczny. Powiem konkretnie z własnego doświadczenia: Od początku mojej posługi kapłańskiej starałem się sprawować Novus Ordo nie tylko w duchu lecz także w stylu jak najbardziej tradycyjnym, zachowując i przejmując maxymalnie elementy liturgii tradycyjnej. Tak np. nigdy nie używałem innej "modlitwy eucharystycznej" jak tylko Kanonu Rzymskiego. Było to jak najbardziej legalne, ponieważ Novus Ordo w żaden sposób nie ogranicza takiego wyboru, a równocześnie stanowiło jasne trwanie w duchu liturgii tradycyjnej, na ile to możliwe w ramach Novus Ordo. Wprawdzie nie uchroniło mnie to przed szykanami i prześladowaniami, jednak prawnie nie można mi nic zarzucić. Niektórzy wrogowie mówili mi wprost, że lepiej byłoby, gdybym przeszedł całkowicie na liturgię tradycyjną, bo w tzw. normalnym duszpasterstwie nie wiedzą, co ze mną mają zrobić. Najdobitniej wyraził się kościelny w mojej pierwszej parafii po święceniach, wykrzykując za mną: "idź do Lefebvre'a!". Bardziej dyplomatycznie wyraził to mój ordynariusz, kard. Schönborn, mówiąc mi wprost, że nie będzie mi stawiał przeszkód w przejściu do innego biskupa. To są wszystko dowody na bezradność o tyle, że wobec braku środków prawnych sięgnięto po różnego rodzaju oszczerstwa, szykany i środki bezprawne, które być może w swoim czasie szczegółowo przedstawię wraz z dokumentami. Było to obliczone zapewne na sprowokowanie jakiegoś nerwowego posunięcia z mojej strony, które dawałoby postawy prawne do poważniejszych, kanonicznych konsekwencyj. Mówiąc w skrócie: sprawowanie Novus Ordo w duchu tradycyjnym i z możliwie maxymalną wiernością Tradycji wcale nie jest na rękę modernistom. Oni próbują to narzucić w ramach testowania i szykanowania. Żaden kapłan wierzący po katolicku i miłujący Tradycję Kościoła nie jest u nich mile widziany. Stąd właśnie słychać apele o staranny przesiew już w seminariach duchownych, by nie dopuścić do święceń nikogo z kręgosłupem teologicznie, moralnie i duchowo katolickim. Dlatego problem z nakazem sprawowania Novus Ordo jest bardziej teoretyczny: nawet jeśli kapłani z instytutów tradycyjnych zgodzą się na sprawowanie Novus Ordo i będą to czynić w duchu tradycyjnym, to nie będzie dla nich miejsca na parafiach Novus Ordo, gdyż będą im narzucane także bezprawne nadużycia, oczywiście również niby w ramach posłuszeństwa, a w razie oporu będą nękani, oczerniani, prześladowani i wyrzucani. Oczywiście mogą się zdarzać wyjątkowe diecezje czy parafie, lecz generalnie i odgórnie z całą pewnością nie chodzi o wykorzystanie ich tradycyjnej wiary i gorliwości dla życia Kościoła, lecz sprowadzenie ich do poziomu "normy", czyli zwyczajowego modernistycznego posoborowia. Moderniści są gotowi tolerować najwyżej estetyczne upodobanie w formach tradycyjnych, natomiast nie wybaczają i nie tolerują krytycznego podejścia do ich wypaczonej wiary i praktyki. 

Jednym ze sposobów eliminowania autentycznych "tradziuchów" jest właśnie narzucanie im sprawowania Novus Ordo: jeśli odrzucą, to popełniają "nieposłuszeństwo", a jeśli przyjmą, to po pierwsze będzie to oznaczało początek przeciągnięcia ich na subiektywizm i relatywizm teologiczny, a po drugie nie będzie to koniec ich "nawracania" na modernizm. Tak to wygląda ze strony modernistów. Jednak to nie jest ani całość, ani istota sprawy. Istotne jest poprawne, katolickie działanie, czyli zgodne z odwiecznymi zasadami Kościoła. Jak ono powinno wyglądać?

Po pierwsze:

Mając poważne zastrzeżenia teologiczne i duszpasterskie, należy publicznie ogłosić swoje odrzucenie Novus Ordo, wyjaśniając to również publicznie. Można i należy się posłużyć także dokumentami Vaticanum II, gdyż w kwestii liturgii są one znacznie bliższe liturgii tradycyjnej niż Novus Ordo. Tego moderniści szczególnie nie lubią, więc należy się liczyć z sankcjami nawet bardzo dotkliwymi. Wówczas należy być przygotowanym na działalność poza oficjalnymi strukturami, czyli w tzw. podziemiu. 

Po drugie: 

Zakładając uznawanie prawowierności i prawomocności Novus Ordo, wolno się poddać tegoż sprawowaniu, oczywiście maxymalnie trzymając się i zachowując elementy tradycyjne w legalnych ramach, oraz zdecydowanie odrzucając wszelkie nadużycia, czyli praktyki sprzeczne z literą Novus Ordo. Należy odrzucić i unikać wszystkiego, co nie jest wprost wymagane przez przepisy N. O., jak np. sprawowanie przodem do drzwi, ministrantki, lektorki, akolitki itp., gdyż są to praktyki jedynie dopuszczone, a nie obowiązkowe. Innymi słowy: należy maxymalnie wykorzystać ramy prawne N. O. Oczywiście będzie tutaj mocno wchodzić szara strefa nakazów np. proboszcza, jak np. zakaz udzielania Komunii na klęcząco itp. Jednak wolno i należy się sprzeciwić, na ile pozwalają ramy prawne. W takiej sytuacji albo nastąpi normalizacja, czyli tolerowanie w ramach parafialnych, co będzie z pewnością z pożytkiem dla wiernych, albo szykany różnego kalibru, jednak bez prawnej możliwości nałożenia kar kanonicznych (co obecnie niestety nie wyklucza nałożenia kar bezprawnych). 

Jak słusznie wielu zauważa, znajdujemy się obecnie w stanie wojny wewnątrz Kościoła. Walka jest nierówna, gdyż jest prowadzona z różnych stopni ustroju Kościoła. Taki stan wymaga różnorodności metod i środków, także nadzwyczajnych. Błędem byłoby zaniechanie czy zaniedbanie środków zwyczajnych, czyli działania w ramach oficjalnych struktur, nawet jeśli jest to szczególnie trudne. 

Po trzecie:

Można wielorako dowieść, że mszał Pawła VI oraz następne dokumenty ws. liturgii nie są wypełnieniem konstytucji "Sacrosanctum Concilium", lecz że są we wielu punktach z nią sprzeczne, zwłaszcza obecnie powszechna praktyka Novus Ordo. Tym samym to nie tyle zwolennicy liturgii tradycyjnej są nieposłuszni soborowi, co raczej zwolennicy Novus Ordo, z papieżami na czele. 

Dochodzi oczywiście kwestia natury i obowiązywalności owej konstytucji, jak też całego Vaticanum II. Nie ulega wątpliwości, że to nie był sobór w znaczeniu wszystkich innych dotychczasowych, co wynika zarówno z zadeklarowanego celu, jak też ze stylu i charakteru dokumentów. W sposób oczywisty ich celem nie jest ani obrona prawd wiary, ani eliminacja nadużyć, lecz dopasowanie do mentalności współczesnej, co jest nazywane ukierunkowaniem duszpasterskim. Z perspektywy czasu jest nader oczywiste, iż to ukierunkowanie spotkała druzgocąca klęska, gdyż nigdy w historii Kościoła nie było tak drastycznego odwrócenia się mas od praktyk religijnych, zwłaszcza od uczestnictwa liturgii. Deklarowany cel ze swej natury nie był nigdy i nie mógł być wiążący, a tym bardziej obecnie dlatego, że został ewidentnie chybiony. 

Tym samym nie ma innego wyjścia w obecnej sytuacji, jak przede wszystkim uczciwe przyznanie się hierarchii do haniebnej klęski, a pierwotnie pomyłki. Teologicznie pewne jest, że sobory nie są nieomylne w kwestiach dyscyplinarnych, a taką sprawą jest liturgia w zakresie poruszanym przez Vaticanum II. Można więc i należy spokojnie odejść od błędnych założeń i pomyłki co do środków, która miała miejsce i doprowadziła do zapaści w życiu Kościoła. Środkiem zaradczym jest powrót do liturgii sprzed "reform". Gdy się weszło w bagno, to należy zawrócić, a nie brnąć jeszcze bardziej. Stąd głoszenie "nieodwracalności" soboru świadczy albo o zaślepionym ignorowaniu rzeczywistości, albo o zakłamaniu i złej woli. 

Mówiąc dosadniej: Vaticanum II właściwie wcale nie było soborem w znaczeniu wszystkich poprzednich soborów, tym bardziej nie było "supersoborem", jak to próbują wmówić moderniści. O byciu soborem decyduje nie nazwa, ani nie nazwy dokumentów, ani kryteria formalne, lecz cel oraz treść dokumentów, czyli związek z prawdami wiary i moralności, ostatecznie z Bożym Objawieniem. Oczywiście należy uznać i przyjąć każde zdanie dokumentów V2, które jest zgodne z prawdami wiary katolickiej. Równocześnie jednak można i należy odrzucić, cokolwiek w nich lub w ich interpretacji jest niezgodne z prawdami wiary. A jeśli coś w nich jest obojętne względem prawd wiary, to można to potraktować obojętnie i uznać za niewiążące. 


Czy dusze są różne?

W związku z aktualnymi wydarzeniami w Europie wschodniej częściej pojawia się nazwa pewnej sekty o nazwie Chabad-Lubawicz. Głównym źródłem jej doktryn jest książka znana pod nazwą Tanya. Jest to zbiór wypowiedzi założyciela sekty. 

Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na wątek antropologiczny jako podstawowy, a zarazem regulujący zasady stosunków międzyludzkich. 

Otóż w pierwszym rozdziale czytamy (źródło tutaj):

Jest to ideologia nie tylko fałszywa, bezpodstawna rozumowo i sprzeczna ze Starym Testamentem, lecz także skrajnie niebezpieczna. To jest gorsze niż rasizm, gdyż tu chodzi nie o różność ras, lecz o podział ludzkości na żydów i pogan, a to nie tylko pod względem religijnym, a wręcz ontologicznym i antropologicznym. 

W związku z tym każde państwo dbające o dobro wspólne i pokój społeczny powinno zakazać rozpowszechniania tej książki na takiej samej zasadzie jak zakazane jest rozpowszechnianie "Mein Kampf" Hitler'a. 

Co to jest "chorał sarmacki"?


Najkrócej odpowiadając: jest to wynalazek Roberta Pożarskiego na użytek propagowania i komercjalizacji jego stylu wykonywania muzyki dawnej, głównie kościelnej czyli chorału. Także nazwa jest jego wynalazkiem, jako marka komercyjna.

Oto oficjalne informacje o tej osobie (źródło tutaj):



Nie chcąc na wstępie wdawać się w dyskusję o charakterze muzyczno-estetycznym odnośnie owego "chorału", zwrócę najpierw uwagę na suche fakty historyczne.

Jak można wyczytać w oficjalnej biografii artystycznej, Pożarski studiował we Francji u Marcel'a Peres'a, z którym jest stale związany. W oficjalnych źródłach (jak tutaj ) nazwany jest nawet tegoż uczniem:


Związek z Peres'em jest właśnie kluczem do działalności, z której Pożarski obecnie słynie, czyli projektu "Chorał sarmacki". Podkreślam: wbrew temu, co sugeruje ta nazwa, nie chodzi w tym wcale o prezentację czy odkrycie jakiegoś zapomnianego czy nieznanego dotychczas gatunku, lecz wyłącznie o sposób interpretacji dawnych utworów muzycznych i to sposób nieznany dotychczas. Należy dodać, że nie tylko nieznany lecz wręcz pozbawiony podstaw w wynikach poważnych badań źródeł muzycznych. Ów sztandarowy projekt Pożarskiego jest w swej istocie niczym innym jak zastosowaniem metody interpretacji Peres'a do dawnej muzyki polskiej.

Co mówi Peres o swojej interpretacji? Otóż on sam deklaruje, że nie chodzi mu o rekonstrukcję i reaktywację dawnego wykonania muzyki kościelnej lecz o własną twórczą interpretację dawnych zapisów:


Tym samym kłamliwe są chwyty reklamowe, mówiące - zapewne zresztą za wiedzą i zgodą samego Peres'a - jakoby jego wykonanie było odtworzeniem muzyki dawnej (starożytnej czy średniowiecznej).

Kim jest więc Marcel Peres? Nie ma w tym miejscu potrzeby szerokiego przedstawiania osoby i działalności. Informacje ogólne można łatwo znaleźć w internecie. Zwrócę natomiast uwagę na pewne fakty znane wprawdzie publicznie, jednak zwykle pomijane czy lekceważone.

Jak podają wszystkie źródła, Peres jest związany od 1984 r. z dość znamienną fundacją (źródło tutaj ):



Jest to fundacja z siedzibą w zagrabionym przez rewolucję klasztorze cystersów w Royaumont koło Paryża, zakupionym na początku XX w. przez przemysłowca Jules Gouin. Jak podaje wiki, jego ojciec Ernest, który również był przemysłowcem, dorobił się majątku dzięki poparciu finansjery żydowskiej, w tym także Rothschild'ów:


Poślubił córkę żydowskiego finansjera pochodzącego z Portugalii:


Także jego najstarszy syn Jules poślubił kobietę z zamożnego żydowskiego rodu Singer 'ów. Również tegoż syn Edouard oraz wnuk Henry byli związani zawodowo i rodzinnie z kręgami bankowców i przemysłowców. To właśnie Henry wraz ze swoją małżonką z rodziny Lang oraz przy pomocy lewackiego pisarza Andre Malraux (związanego z komunistami, także sowieckimi, i ożenionego w pierwszym małżeństwie z żydówką) utworzył fundację w Royaumont z wyraźnie lewacko-masońskimi celami "pour le progrès des Sciences de l’Homme" czyli "dla postępu nauk humanistycznych" (źródło tutaj ):


Myślę, że tyle podstawowych informacyj w tym miejscu wystarczy. Pamiętać należy, że fundacja z całą pewnością nie wspiera każdego projektu ani każdego artysty. I zapewne ma poważny wpływ zarówno na orientację jak też na owoce wspieranej działalności.

Jak się to ma do sytuacji w Polsce? Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że owa fundacja, finansując M. Peres'a wspiera także jego działalność w Polsce, trwającą zresztą już ponad 20 lat. Główną formą tej działalności jest festiwal w Jarosławiu, który ma wyraźnie charakter "ekumeniczny" i paramasoński, promujący islam (warto zajrzeć tutaj ):


Ta promocja islamu pochodzi zapewne od Peres'a, który ma ją w swoim stałym repertuarze (źródło):


Odnogą tego festiwalu są "warsztaty liturgiczne Ars Celebrandi" organizowane w Licheniu przez właściwie tę samą ekipę pod duchowym (i też finansowym) przywództwem dominikanina o. W. Gołaskiego. To są największe doroczne imprezy w Polsce, wprost propagujące działalność M. Peres'a i jego uczniów. Pod pozorem promowania liturgii tradycyjnej odbywa się w ten sposób dość nachalne przeszczepianie peresizmu na grunt polski, pod oficjalną acz kłamliwą etykietką nadaną przez R. Pożarskiego czyli jako "chorał sarmacki".

Na koniec kilka skrótowych uwag teologicznych oraz muzyczno-estetycznych.

Jak wiadomo, muzyka kościelna czyli wykonywana podczas liturgii katolickiej, uregulowana jest w księgach liturgicznych także w zapisie nutowym, który zawiera pewne reguły interpretacji. Dochodzi do tego żywa tradycja interpretacji, kultywowanej w ośrodkach czyli instytutach muzyki kościelnej założonych i kierowanych przez władze kościelne. Wiadomo, że "nowatorska" interpretacja prezentowana przez Peres'a i jego uczniów nie tylko nie ma związku z instytutami kościelnymi lecz wprost znajduje się w sprzeczności z ich zasadami interpretacji. Zapewne dlatego właśnie peresiści w Polsce obrali sobie dla autopromocji akurat kręgi indultowe, które już generalnie traktowane są przez władze kościelne jako dziwaczne i niezrozumiałe.

Główną zasadą muzyki kościelnej, czyli takiej, którą według reguł Kościoła wolno używać podczas liturgii, jest duch wiary i modlitwy. Tym samym kryteriami podstawowymi jest zgodność z
- wiarą katolicką oraz
- istotą i naturą modlitwy.

Podstawową prawdą wiary jest wiara o Bogu Trójjedynym, Stworzycielu i Zbawcy, ku któremu mają się zwracać wszystkie siły i dążenia człowieka. Ten jedyny prawdziwy Bóg przewyższa wszystko Swoją dobrocią i pięknem. To ku Niemu człowiek wznosi się w modlitwie, której może i powinna pomagać muzyka w liturgii. Dlatego w muzyce kościelnej istotny jest wymiar piękna, czyli estetyczny.

Nie mniej istotna jest powszechność muzyki kościelnej, która jest udziałem w powszechności czyli katolickości liturgii i Kościoła. Innymi słowy: każdy uczestnik liturgii, także niewykształcony muzycznie powinien mieć możliwość odebrania muzyki liturgicznej jako pięknej i pomocnej we wzniesieniu umysłu i serca ku Bogu.

Czy te kryteria są spełnione w wypadku peresizmu z fałszywą etykietką "chorału sarmackiego"? Zdecydowanie nie są. Wystarczy zapytać przeciętnych odbiorców tego stylu, zarówno duchownych jak też zwykłych wiernych. Duszpasterze dopuszczający tego typu śpiewaków powinni - oczywiście najpierw poza liturgią - zaprezentować współbraciom i też wiernym te wykonania z zapytaniem, czy są one pomocne w modlitwie. Wynik takiej ankiety jest dość łatwy do przewidzenia. Tym samym tego typu śpiewacy nie powinni mieć prawa występowania podczas liturgii katolickiej, pod żadnym pozorem. Liturgia nie jest miejscem experymentowania wymysłów artystycznych, tym bardziej pseudoartystycznych. Kto tego nie rozumie, ten nie ma i chyba też nie chce mieć ani pojęcia ani wyczucia dla zasad Kościoła i zasad liturgii.

Przy okazji można sobie obejrzeć, jakie są owoce pereso-pożarskizmu wśród młodzieży:


(źródło tutaj)



(źródło tutaj)

Gutowski kłamie i Kratiuk wraz z nim


Nie zamierzam teraz zajmować stanowiska ani wobec pedofilii w Kościele, ani Jana Pawła II, ani ogólnie działalności ludzi tego typu jak Marcin Gutowski i jemu podobnych z wiadomych kręgów, jak chociażby ex-jezuita apostata i cudzołożnik Stanisław Obirek. Odniosę się jedynie do sprawy, o której już parę razy wspominałem, a którą znam osobiście. Otóż te kręgi widocznie uznały, że - idąc za haniebnym przykładem x. Dariusza Oko i jego lemingów - można zupełnie bez sprzeciwu, licząc na ignorancję, naiwność i gnuśność publiczności, jechać na sprawie kardynała Hans'a Hermann'a Groër‘a z lat 90-ych. Swoją brukowcową i zarazem obłudną publikacją, idącą zresztą śladem szmatławca Szechterowego, x. Oko zwabił i zaślepił nawet niby konserwatywnych katolików, czego przykładem jest środowisko PCh24, Paweł Lisicki, Dawid Mysior itp., którzy na tej fali próbują zaspokoić oczekiwania swojej publiczności, nawet kosztem zwykłej przyzwoitości ludzkiej i dziennikarskiej. 

Nie muszę referować materiału i licznych wypowiedzi Gutowskiego, gdyż są one powszechnie znane. Chodzi konkretnie o wątek x. Bolesława Sadusia z Archidiecezji Krakowskiej, który od 1972 r. posługiwał w Archidiecezji Wiedeńskiej jako proboszcz wiejskiej parafii Gaubitsch w Dolnej Austrii. Jego sprawy nie znam, nigdy o niej nie słyszałem od nikogo w Austrii. Znam natomiast jego następcę w parafii, x. Tadeusza Cichonia, który jest zresztą siostrzeńcem x. Sadusia. Gdy byłem rok po święceniach, władze archidiecezjalne zamierzały mnie przeznaczyć do pomocy w duszpasterstwie w jego parafii. Gdy przyjechałem tam, żeby się zapoznać, x. Tadeusz przyjął mnie bardzo uprzejmie. Pokazał mi pokój, w którym miałem zamieszkać, a był to ten sam pokój z tym samym łóżkiem, gdzie swego czasu nocował kard. Wojtyła (widoczne też w "reportażu" Gutowskiego, gdzie występuje obecny proboszcz parafii). Na propozycję jednak nie przystałem głównie z tej przyczyny, że miejscowość jest położona w znacznej odległości od Wiednia (nie miałem wówczas samochodu), a chciałem intensywnie pracować nad pracą doktorską, co wymagało uczęszczania na seminaria oraz badania w bibliotece. X. Cichoń, pochodzący z Archidiecezji Krakowskiej, jako młody kapłan został w 1990 r. następcą swojego wuja w Gaubitsch. Parafia przez cały ten czas uchodziła za bardzo aktywną duszpastersko. Proboszcz był w kręgach klerykalnych chwalony m. in. za to, że już wówczas, w latach 90-ych, miał bodajże kilkunastu świeckich tzw. nadzwyczajnych szafarzy, co zresztą niedobrze wróżyło na ewentualną moją współpracę z nim, i to było także powodem mojej odmowy, choć po ludzku x. Tadeusz wydaje się być człowiekiem rozsądnym i duszpastersko gorliwym kapłanem. Skądinąd stał się sławny także poza granicami Archidiecezji Wiedeńskiej i Austrii w związku z konfliktem z kardynałem Ch. von Schönborn‘em co do kasaty parafii Neulerchenfeld blisko centrum Wiednia, gdzie był proboszczem po przeniesieniu z Gaubitsch. Tę wymierającą parafię wielkomiejską x. Cichoń w krótkim czasie postawił na nogi. W ciągu kilku lat proboszczowania sprawił, że frekwencja niedzielna wynosiła około 30%, co było niebywałe nie tylko we Wiedniu (gdzie frekwencja oscyluje koło najwyżej 2-3%) lecz na tle całej Europy Zachodniej. Zrobił to w prosty sposób, mianowicie oferując okazję do spowiedzi przed każdą Mszą św. oraz jedną Mszę św. niedzielną w języku polskim. Oczywiście przyciągnęło to uwagę oraz obudziło zazdrość i zawiść. W rezultacie kard. Schönborn zdecydował o kasacie akurat tej parafii oraz o podarowaniu kościoła - odnowionego i na nowo wyposażonego w ostatnich latach głównie dzięki ofiarności Polaków - prawosławnym Serbom (więcej tutaj), zaś x. Cichonia przeniósł w 2013 r. z powrotem na parafię wiejską w Dolnej Austrii. Ów był tam proboszczem do 2022 r., gdy to władze Archidiecezji Wiedeńskiej oznajmiły mu, że nie ma dla niego miejsca posługi, w wyniku czego po 32 latach posługi w Austrii jako kapłan Archidiecezji Krakowskiej powrócił do Polski (więcej tutaj). 

Znam także obydwóch duchownych austriackich, którzy występują w "reportażu" TVN. X. Paul Zulehner był jednym z moich profesorów na Uniwersytecie Wiedeńskim i jednym z egzaminatorów na examinie magisterskim, podczas którego nie tyle examinował, co badał moje poglądy w temacie "Familiaris consortio" i dopuszczenia cudzołożników do sakramentów, tudzież nie omieszkał poczynić złośliwych uwag odnośnie do Kościoła w Polsce. Jego wykłady i książki są naszpikowane cytatami i treściami neomarxistów, w połączeniu z ankietami socjologicznymi i pomysłami paraprotestackimi jak demokratyzacja Kościoła, synodalność, dowartościowanie świeckich, zmiana katolickiej etyki sexualnej, dopuszczenie cudzołożników do Komunii św., skasowanie celibatu i święcenie kobiet, czyli całą agendą skrajnie modernistyczną. Podlane to było zwłaszcza na wykładach wręcz demoniczną nienawiścią do Jana Pawła II i "mafii polskiej" na Watykanie - tak to dosłownie nazywał - z powodu rzekomego odwracania i hamowania "reform soborowych". 

Występującego w reportażu obecnego proboszcza parafii Gaubitsch, x. Christian'a Wiesinger'a znam z czasu formacji w seminarium. Już wtedy był jednym z najgorliwszych fanów neomarxistowskiej ideologii x. Zulehner'a, choć po ludzku był mniej zacietrzewiony. Mówiąc w skrócie: te kręgi pałały już wówczas taką nienawiścią zarówno do ówczesnego arcybiskupa Wiednia, kardynała Groër‘a, jak też do Jana Pawła II, że jest wykluczone, by natychmiast nie wykorzystały jakichkolwiek rozsądnych powodów do postawienia im zarzutów natury moralnej czy prawnej, gdyby takowe istniały. Nie tylko żywili dogłębną niechęć do przekonań katolickich owych hierarchów, lecz byli po prostu wściekli z tego powodu, że następcą ich idola, kardynała König‘a - znanego zresztą ze sprzeciwu wobec encykliki "Humanae vitae", z prześladowania swoich kapłanów za działalność antyaborcyjną, tudzież z przyjacielskich stosunków z lewakami i masonami - nie został tegoż pupil, biskup pomocniczy Helmut Krätzl, lecz rzekomo nikomu nieznany benedyktyn o. Hans Hermann Groër. 

Tutaj jest miejsce na odrzucenie kłamstw powielanych zgodnie przez x. Oko, M. Gutowskiego oraz im posłuszne papugi typu Krystian Kratiuk z rzekomo konserwatywnego środowiska PCh24.  

Otóż o. Hans Hermann Groër OSB z całą pewnością nie był kimś zupełnie nieznanym, "wyciągniętym z kapelusza", jak głosi narracja wielbicieli kard. König‘a. Zresztą Kratiuk tak świetnie zna sprawę oraz rzemiosło dziennikarskie, że gorliwie i bez cienia choćby dystansu relacjonując kłamstwa Gutowskiego nie jest w stanie nawet podać poprawnie nazwiska hierarchy: 


X. Groër najpierw jako kapłan diecezjalny i nauczyciel religii i muzyki w niższym seminarium a następnie w katolickiej szkole średniej w Hollabrunn był wychowawcą pokoleń przyszłych duchownych i nie tylko. Ponadto przez dziesięciolecia był krajowym duszpasterzem Legionu Mariji, międzynarodowej organizacji katolików świeckich, która dorocznie odbywa międzynarodowe spotkania. W Austrii i na świecie zasłynął szczególnie z tego, że w małej wiosce Maria Roggendorf od 1969 r. ożywił na nowo zamarły od czasu masońskiego józefinizmu kult maryjny, wprowadzając comiesięczne pielgrzymki fatimskie (więcej tutaj i tutaj), co mu oczywiście nie przysporzyło sympatii lewactwa i masonerii, także tej wewnątrzkościelnej (Fatima to z oczywistych powodów postrach komunistów oraz ich agentury). Przyciągały one tłumy wiernych nie tylko z okolic i Archidiecezji, lecz także z daleka, też z zagranicy, mimo że były przemilczane przez media nawet kościelne. Tajemnica powodzenia jest prosta: odwołanie się do tradycyjnej pobożności maryjnej, co już samo w sobie było dla modernistów "przedsoborową reakcyjnością", liturgia bez skrajnych dziwactw modernistycznych jak świeccy szafarze, a zwłaszcza wielogodzinna okazja do spowiedzi u wielu kapłanów, która we większości parafij praktycznie wymarła czy raczej została uśmiercona przez "duszpasterzy". Nie bez znaczenia jest również fakt, że x. Groër do prowadzenia tych pielgrzymek zawsze zapraszał biskupów, także nuncjuszy apostolskich, oraz biskupów z krajów ościennych, a nawet z daleka, jak z Niemiec i Szwajcarii. Paradoxalnie sam kard. König ani jego biskupi pomocniczy, o ile wiem, nigdy nie przewodniczyli tym pielgrzymkom, choć z całą pewnością także byli zapraszani. Pierwszym z zaproszonych był w 1969 r. nuncjusz apostolski abp Opilio Rossi. Tak więc już te skrótowe fakty świadczą o tym, że wypowiedzi Gutowskiego mogą wynikać albo z elementarnego braku rzetelności dziennikarskiej, albo z programowego zakłamania. 

Jest jeszcze jeden ciekawy szczegół, który spokojnie można potraktować jako potwierdzenie co do motywacji i źródła przedsięwzięcia Gutowskiego. Otóż Gutowski zarzuca m. in., że Jan Paweł II nie tylko przyjął na prywatnej audiencji emerytowanego kard. Groër'a, czyli już po wybuchu afery, lecz "zmusił" jego następcę kardynała Schönborn‘a do pocałowania go w rękę. Gutowski tego nie wyjaśnia, ale chodzi o uroczysty konsystorz w lutym 1998 r., podczas którego abp Schönborn został kreowany na kardynała. W każdym konsystorzu biorą udział z urzędu wszyscy kardynałowie, tak więc pojechał do Rzymu także kard. Groër, mimo że nie został zaproszony przez swojego następcę (jest zwyczaj, że po uroczystości nowo kreowani kardynałowie wydają przyjęcie dla zaproszonych gości). Z prywatnych źródeł wiem, że gdy ten ostatni natknął się w Rzymie na swojego poprzednika, zaskoczony zapytał go z wyrzutem, co on tutaj robi. Natomiast podczas samej uroczystości, gdy nowi kardynałowie wymieniają znak pokoju z każdym obecnym kardynałem z osobna, kardynał Schönborn nie tylko misiaczkiem uścisnął swojego poprzednika, lecz pocałował go w rękę, co jest zupełnie nie standartowe. To wydarzenie zostało utrwalone przez kamery (filmu niestety nie jestem obecnie w stanie znaleźć, ale musi gdzieś być, skoro nawet Gutowski o tym wspomina). Nie będę komentował tego faktu ze zrozumiałych względów. Istotne jest tutaj coś innego. Otóż wręcz groteskowym kłamstwem jest twierdzenie, jakoby Jan Paweł II, czy ktokolwiek inny, zmusił kardynała Schönborn‘a do tego gestu. Jasny jest zamysł: nawet za to zachowanie ma ponosić winę Jan Paweł II, bo przecież kardynał Schönborn, usilnie starający się o wierność linii kardynała König‘a i jego fanów, nie mógł sam ze siebie czegoś takiego uczynić. Nasuwa się pytanie, czy Gutowski - wraz z bandą Zulehner'a, od której zapewne wziął tą sensację - sam wierzy w to, co twierdzi, czy tylko okłamuje odbiorców. 

Co do samych zarzutów wobec kard. Groër‘a już się wypowiadałem (tutaj i tutaj). Przypominam po krótce: 

- Zarzut molestowania sexualnego wysunął wobec kard. Groër‘a jeden jedyny spośród tysięcy uczniów, których uczył w ciągu dziesięcioleci. Wszyscy inni znający go od wielu lat - m. in. jego poprzednik kard. Franz König i chociażby x. Helmut Schüller, znany potem z przewodzenia skrajnie modernistycznej organizacji "Pfarrerinitiative" - zgodnie poświadczyli, że nigdy wcześniej nie były znane tego typu zarzuty. 

- Ten zarzut pojawił się w marcu 1995 r. w reakcji na list pasterski kard. Groër‘a na Wielki Post, w którym piętnował m. in. homosexualizm. 

- Kilka miesięcy wcześniej (13.X.1994) Kardynał osiągnął wiek emerytalny i złożył rezygnację z pasterzowania Archidiecezji Wiedeńskiej. Pełnił obowiązki Arcybiskupa Wiednia do września 1995 r., czyli do przyjęcia rezygnacji przez papieża, a nie wskutek karnego usunięcia z urzędu. 

- Kilka lat później pojawiły się zarzuty kilku jego współbraci z klasztoru w Göttweig, których przywódca, o. Udo Fischer OSB od wielu lat był znany z publicznego zwalczania nauczania i dyscypliny Kościoła także w dziedzinie moralnej. Zarzuty dotyczyły rzekomego molestowania współbraci, a nigdy nie zostały konkretnie podane co do faktów, miejsca i rodzaju przewinienia, mimo przeprowadzonej wizytacji watykańskiej w klasztorze. 

- Kardynał spędził ostatnie lata życia w założonym przez siebie niegdyś klasztorze benedyktynów Maria Roggendorf, a następnie w również założonym przez siebie opactwie cystersek w pobliskim Marienfeld. Tam też, obok kościoła klasztornego został pochowany. Przy jego grobie wkrótce pojawiły się tablice wotywne z podziękowaniami za łaski otrzymane za jego wstawiennictwem. Grób jest dostępny publicznie i każdy może to sprawdzić. 


Post scriptum

A oto postronny przykład solidności Gutowskiego i tej całej ekipy:

https://www.rp.pl/kosciol/art38096401-jak-kardynal-karol-wojtyla-kontrolowal-pedofila?utm_medium=Social&utm_source=Facebook&fbclid=IwAR16c-HuN47WnTDsF7hgLB2ulrwvio-vHQ6WGXj0nKb_--D8Na_3Ex344A0#Echobox=1678370431

Na koniec jedna uwaga. Otóż jest dość czytelne, o co chodzi tej ekipie, która łączy tego typu ataki na Jana Pawła II z podziwem i wręcz uwielbieniem dla Franciszka. Chodzi o zniechęcenie do resztek "konserwatyzmu" obecnych u tego pierwszego, a zarazem poparcie dla działań tego drugiego, który wszak nawet się nie kryje z popieraniem takiego typa jak jezuita James Martin z jego "dialogiem" ze środowiskami LGBT. To są rasowi obłudnicy, grający niby współczucie dla ofiar pedofilii w Kościele, a równocześnie popierający uznanie homosexualizmu za zjawisko niby normalne i zasługujące na szacunek czy przynajmniej tolerancję. 

Jak powinien się zachować katolik wobec zwyczajów weselnych?



Odpowiadając krótko: katolik nie ma obowiązku przestrzegania zwyczajów kulturowych czy pseudokulturowych, lecz ma obowiązek postępować zgodnie z sumieniem ukształtowanym w świetle prawd wiary i moralności katolickiej. Innymi słowy: katolik powinien być człowiekiem myślącym samodzielnie i o silnym charakterze, nie o mentalności stadnej.

Odnośnie tańców damsko-męskich nie ma wprawdzie oficjalnego generalnego zakazu Kościoła, aczkolwiek są zalecenia i zakazy duszpasterskie. Każdy duszpasterz ma prawo i obowiązek je wydawać, choć nie są one wiążące prawnie. Tak więc, jeśli katolik rozpozna, że zalecenie duszpasterskie - pochodzące od autentycznych katolickich autorytetów moralnych - jest słuszne, wówczas ma obowiązek być jemu posłusznym. Jeśli nie rozpozna, to przyczyną może być brak gotowości i woli rozpoznania, które prowadziłoby do korekty własnych zachowań czy odróżniania się od otoczenia. Takie zamknięcie na prawdę jest także grzeszne, aczkolwiek wina i jej stopień może być niejasna w danym przypadku.

Szczególnie skandaliczne jest przejmowanie tego typu zwyczajów weselnych do przyjęć prymicyjnych, gdzie od pewnego czasu coraz częściej także stosuje się potańcówki. Jest to przejaw bezmyślności i zakomplexienia, a zarazem postępującej dominacji mentalności świeckiej w przestrzeni duchownej.

Należy mieć na uwadze, że nie chodzi o każdy taniec. Taniec jako taki jest swoistym połączeniem sportu i expresji, także w znaczeniu sztuki. W starożytnych kulturach pogańskich taniec był związany z teatrem, zaś teatr z kultem publicznym czyli religią. Prostytucja świątynna była dość powszechna w kultach pogańskich, dlatego nie dziwi, że doszło także do wytworzenia tańca godowego i rozrywkowego, który ma charakter mniej czy bardziej wyraźnie erotyczny, choć nie zawsze bezwstydny. Właśnie z powodu różnorodności tańców nie ma generalnego potępienia tańca jako takiego przez Kościół. 

Nie oznacza to jednak zasadniczej neutralności, chociażby z powodu - faktycznych, choć nie koniecznych - powiązań zarówno kultami pogańskimi jak też ze sferą erotyczną. Problem polega także na naturze tańca jako expresji nonwerbalnej i tym samym trudno uchwytnej w kategoriach doktrynalnych. Dlatego kwestia ta jest pozostawiona prowadzeniu duszpasterskiemu, zarówno w spowiedzi jak też w kazaniach i katechezie. Jest oczywiste, że nie każdy taniec jest grzeszny i nie każdy tańczący czy tańcząca grzeszą. Istotne jest, jakie treści, emocje i zamiary dany taniec zawiera i powoduje, zarówno w tańczących osobach jak też w odbiorcach. 

Czy taniec Dawida jest wzorem dla liturgii Kościoła?



Taniec Dawida z całą pewnością nie był czynnością liturgiczną, czyli kultem publicznym, gdyż nie był przewidziany według liturgii Starego Testamentu, która zresztą w ogóle nie zna i nie dopuszcza tańca, mimo że kulty innych narodów i religij zwykle zawierały taniec kultyczny.

Zachowanie Dawida było wyłącznie spontanicznym wyrazem osobistych uczuć, przypuszczalnie wzorowanym właśnie na kultach pogańskich. Dlatego z całą pewnością nie może to być wzór dla zachowania chrześcijan w czasie liturgii czy w miejscu świętym. 

Zresztą Dawid generalnie raczej nie może być wzorem dla chrześcijanina, także w tej sprawie, mimo że zaliczany jest do świętych przez Litanię do Wszystkich Świętych. To zaliczenie oznacza, iż ostatecznie przed śmiercią osiągnął świętość, a nie że wszystkie jego czyny i zachowania są i powinne być wzorem dla katolika. Dlatego nadużyciem jest przywoływanie jego tańca w kontekście zachowania w świątyni katolickiej. 

Co to jest "uwielbienie tańcem"?

 

Odnośnie takich scenek skierowane zostało do mnie pytanie:



Dokładniej można zobaczyć tutaj:




Jak widać, chodzi o pomysł i praktykę tzw. charyzmatyków, czyli sekty pentekostalno-protestanckiej grasującej w strukturach Kościoła. 

W internecie można się dowiedzieć, że opiekunem duchowym i prawdopodobnie inspiratorem tych wybryków jest pewien kapłan:


Jak widać, pseudopobożne i pseudożyciowe mądrości wiążą się tutaj z biznesem quasi charytatywnym. Odpowiednio "głębokie" są myśli owego kierownika: 


On widocznie tworzy wokół siebie coś w rodzaju żeńskiej sekty tanecznej z pseudopobożnym, heretyckim i bluźnierczym bełkotem w tle:


Trzeba mieć wyjątkowo wymieszane i plugawe myślenie, by kojarzyć Matkę Najświętszą i jawnogrzesznicę:


To, co ta dzieweczka wygaduje, świadczy dość dobitnie o poziomie opieki duchowej i teologicznej, skoro myli Osobę Syna Bożego z Osobą Ducha Świętego:


Porównywanie czasu oczekiwania Matki Najświętszej na urodzenie Jej Syna do jakiegoś dziewięciomiesięcznego "odbudowania serca" jest groteskowo-bluźniercze. Te kobiety - odpowiednio zwiedzone przez swego kierownika - widocznie mieszają nie tylko procesy biologiczne z życiem duchowym, lecz przede wszystkim Boże Macierzyństwo Maryi z własną pseudopobożnością. Posługiwanie się w tym tańcem dość dokładnie pasuje do tych bluźnierczych treści. 

Kimże jest ów kierownik? Tak oto prezentuje się w sieci:




Ten człowiek widocznie czuje się osobą świecką, skoro poświęca czas i siły na banalne wierszydła, prezentowane zresztą bez żadnych oznak stanu duchownego. To dość dokładnie pasuje do tego, co uprawiają jego tańczące podopieczne "duchowe": to jest zupełne pomieszanie treści, polegające właściwie na profanacji. 

Jak należy ocenić samo "uwielbienie tańcem"? 

Po pierwsze, skandaliczne jest wydarzenie pokazane na początku: kobiety wymachujące swoimi kończynami i kroczem w kierunku sexownego mężczyzny - w świątyni, czyli miejscu poświęconym dla liturgii czyli oficjalnego kultu Bożego sprawowanego przez Kościół. Mówiąc krótko: to jest wręcz demoniczna profanacja miejsca świętego. 

Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym uwielbieniem Boga, gdyż ono zawsze liczy się z czasem i miejscem. Świątynia katolicka jest miejscem poświęconym do sprawowania Najświętszej Ofiary oraz innych sakramentów świętych. Tak więc nawet traktując taniec jako wyraz pobożności - a może to być jedynie pobożność prywatna, nie liturgia - nie wolno dopuścić do tego typu występów w takim miejscu. 

A czy w ogóle można uznać taniec za możliwy wyraz uwielbienia Boga? Czy taniec tutaj zaprezentowany kwalifikuje się do tej kategorii? 

Pewien rodzaj tańca, jako rodzaj przedstawienia teatralnego, można by uznać za możliwy sposób expresji uczuć i w pewnym ograniczonym stopniu treści religijnych. Mam tutaj na myśli klasyczny taniec indyjski, opowiadający pierwotnie mitologię. Przez pochodzącego ze Śląska werbistę, o. Jerzego Proksch'a (więcej tutaj) został on zaadoptowany do wyrazu treści biblijnych i katechizmowych, co miało uzasadnienie w działalności pośród ludności niepiśmiennej i przywykłej do takiej formy przekazu. Był to więc sposób nauczania wiary katolickiej, przystosowany do warunków kulturowo-społecznych. 

Czymś jednak zupełnie innym jest prezentowanie swoich pomysłów pseudoartystycznych w miejscu świętym i to nie mających wiele wspólnego z treściami wiary, a za to dość nachalnie narzucających widzom wdzięki cielesne i to wręcz bezwstydnie. Takie towarzystwo należy przegonić powrozem ze świątyni Pańskiej. 

Udzielanie święceń mężczyznom ze skłonnością homosexualną

 


Najpierw gwoli uzupełnienia: za pontyfikatu Benedykta XVI wydano dwa ważne dokumenty w tej kwestii, mianowicie

- 31 sierpnia 2005 r. Kongregacja Wychowania Katolickiego wydała Instrukcję dotyczącą kryteriów rozeznawania powołania w stosunku do osób z tendencjami homoseksualnymi w kontekście przyjmowania ich do seminariów i dopuszczania do święceń,

- 31 października 2008 r. ta sama Kongregacja wydała Zasady korzystania z dorobku psychologii w procesie przyjmowania kandydatów i ich formacji do kapłaństwa. 

Ten ostatni dokument zaostrzył kryteria przyjmowania do seminariów. Dobry przegląd problematyki daje artykuł x. Andrzeja Kobylińskiego (tutaj). Nawiasem mówiąc, jest to text na odpowiednim poziomie merytorycznym i naukowym, w przeciwieństwie do haniebnych textów i wypowiedzi x. D. Oko (więcej tutaj i tutaj). 

Odpowiedź na zadane pytanie zależy oczywiście od definicja pojęć, zarówno pojęcia skłonności, jak też pojęcia homosexualizm. Wprawdzie intuicyjnie i potocznie wydają się one jasne, jednak nie są zdefiniowane naukowo. W teologii od wieków jest znany grzech przeciw naturze, jakim jest sodomia, czyli akt "sexualny" przy użyciu narządów niewłaściwych dla prokreacji bądź użytych w sposób uniemożliwiający prokreację. Tak więc sodomia występuje także między osobami płci przeciwnej (tzw. sex oralny, analny), choć potocznie odnoszona jest błędnie tylko do osób tej samej płci. Różnica polega na tym, że osoby tej płci przeciwnej są zdolne do spółkowania zgodnego z naturą, natomiast gdy między osobami tej samej płci oczywiście nie jest możliwe spółkowanie zgodne z naturą. 

W tradycyjnej teologii moralnej nie ma w tym kontekście także pojęcia "skłonność" (inclinatio). Dopiero w nowszych dokumentach kościelnych, a nieco wcześniej w publikacjach teologicznych pojawiło się pojęcie "tendencja homosexualna", zapewne pod wpływem literatury świeckiej. W tradycji teologicznej jest mowa o grzechu, czyli akcie i to w myślach, słowach i czynach, oraz o pokusie. Pojęcie "skłonności" czy "tendencji" sugeruje jakby neutralność moralną, czy wręcz naturalność, co jest oczywiście sprzeczne z katolicką oceną aktów sexualnych między osobami jest samej płci. Są to pojęcia z dziedziny psychologii, nie z dziedziny moralności i teologii. To jest istotne dla właściwego ujęcia i zrozumienia problemu. Bowiem psychologia, operując takimi a nie innym narzędziami pojęciowymi, zarówno zakłada pewne ujęcie problemu, jeśli nie wręcz ocenę, jak też zmierza do wyznaczenia odpowiednich dla siebie środków. Dlatego nie należy mieszać, ani przejmować wprost perspektywy i pojęciowości psychologicznej, choć oczywiście można się posłużyć pomocniczo. 

W perspektywie teologicznej każda pokusa nawiązuje do natury ludzkiej zranionej i osłabionej przez grzech pierworodny. To zranienie na swoją postać także w sferze psychicznej, czego przejawem jest m. in. to, co psychologia nazywa skłonnością czy tendencją homosexualną. Jest to przejaw specyficzny, dotyczący na szczęście nikłego odsetka populacji rodzaju ludzkiego, choć w ostatnich dekadach szczególnie nagłaśniany, promowany i propagowany. Zjawisko samo w sobie nie jest nowe, lecz znane od zarania ludzkości. Nie przypadkowo nawet św. Paweł (Rz 1,26-28) o nim wspomina, podając równocześnie przyczynę, mianowicie odwrócenie się od prawdziwego Boga, diagnozując problem jako właściwie i dogłębnie duchowy, religijny. W tym świetle szczególnie jaskrawo rysuje się problem homosexualizmu w szeregach duchowieństwa, które jest przecież ustanowione dla służby prawdziwemu Bogu. 

Tyle tytułem wstępu dla nakreślenia problemu we właściwej perspektywie teologicznej. Oczywiście nie jest możliwe tutaj wyczerpujące omówienie. 

Odpowiadając konkretnie na zadane pytania:

1. Kryteria dopuszczenia do sakramentu święceń są dość jasno podane zarówno w Kodeksie Prawa Kanonicznego, jak też w podanych wyżej dokumentach Magisterium z 2005 i 2008 r. Zastosowaniem tych zasad są wytyczne Konferencji Episkopatu Polski wydane w 2021 r. (tutaj), gdzie jest powiedziane m. in.:


Wyjaśniam: skoro nie mogą być przyjęci do seminarium, to nie mogą też zostać dopuszczeni do święceń. Logiczne. 

Kodeks Prawa Kanonicznego podaje następujące przeszkody do godziwego przyjęcia święceń:

Jeśli by uznać "skłonność homosexualną" za chorobę psychiczną (infirmitas psychica), to jest to przeszkoda. 

2. Prawo kościelne wprost nie przewiduje kary za zatajenie "skłonności homosexualnej". Nie oznacza to, że biskup czy przełożony zakonny nie może wymierzyć kary według swego uznania. Kara kanoniczna musi mieć podstawy w prawie kanonicznym, tzn. dany czyn musi być kanoniczne zakwalifikowany jako karalny. Odnośnie do sakramentu święceń Kodeks Prawa Kanonicznego mówi o przeszkodach w wykonywaniu przyjętych święceń:


Tłumaczenie "popadł" w ostatnim zdaniu jest nietrafne, gdyż w oryginale łacińskim "afficitur" oznacza stan, a nie popadnięcie, tym samym odnosi się także do sytuacji, gdy ktoś był chory psychicznie już przy przyjmowaniu święceń. 

Zakaz wykonywania święceń nie zachodzi automatycznie, lecz musi zostać orzeczony przez ordynariusza. 

3. "Skłonność homosexualna" nie jest przeszkodą według litery Kodeksu Prawa Kanonicznego. To biskup ocenia, czy w danym przypadku zachodzi kanoniczna przeszkoda choroby psychicznej. Owszem, biskupa (i też przełożonych zakonnych) obowiązują zasady podane w wyżej wspomnianych dokumentach co do przyjmowania do seminariów, co ma oczywiście związek z dopuszczeniem do święceń, jednak faktycznie i prawnie są to różne sprawy. Instrukcje nie przewidują żadnej dyspensy z kryterium przyjmowania do seminarium. Zachodzi jednak kwestia, co się rozumie przez "tendencję homosexualną". Sprawa jest oczywista, gdy ktoś popełnia czy popełniał tego typu grzech. Trudno jest natomiast udowodnić "skłonność" czy "tendencję". 

4. Wykonywanie święceń przez osobę wyświęconą ważnie choć niegodziwie jest ważne. Natomiast godziwość zależy od wielu czynników, głównie od szczerej woli wiernego wykonywania przyjętych święceń, czyli sprawowania sakramentów dla chwały Bożej i zbawienia dusz, co oznacza także szczere dążenie do osobistej świętości według wymagań stanu duchownego. 

Gdzie jest miejsce fotografa w liturgii?

 


Sprawa jest prosta: w liturgii NIE ma miejsca dla fotografa. To znaczy: dla fotografa i kamerzysty nie ma innego miejsca niż dla innych wiernych świeckich. Tym samym fotograf czy kamerzysta nie ma prawa się szwędać po kościele podczas liturgii, a tym bardziej przebywać w prezbiterium, które już z definicji jest zarezerwowane dla duchownych, zwłaszcza w trakcie sprawowania świętych czynności. 

Niestety w ostatnich dziesięcioleciach rozpleniła się swawola fotografów i kamerzystów, a także duchownych w tej kwestii, czy to w postaci lekceważenia podboju prezbiterium przez panów czy panie z aparatami fotograficznymi czy kamerami podczas liturgii, czy też nawet w postaci własnego takowego zachowania, zwłaszcza podczas tzw. koncelebry w Novus Ordo. Zaczęło się to na wielką skalę dopiero za czasów Jana Pawła II, który niestety sam dawał haniebny przykład w tej kwestii. To nadużycie niestety przeniknęło także do liturgii tradycyjnej i to zarówno do tzw. indultów jak też do nieindultów (FSSPX itp.), choć może w mniejszej skali. Podkreślam: chodzi o fotografów i kamerzystów podczas liturgii, nie podczas spotkań czy audiencyj. Jest zasadnicza różnica. 

Owszem, motywem jest zarówno ciekawość i wścibskość reporterska, jak też pragnienie przybliżenia medialnego ludziom tego, co się dzieje na ołtarzu, a co - ze wszech miar słusznie - zakryte jest przed oczami szerokiej publiczności. Pierwszy motyw jest infantylny i świadczący o braku szacunku dla wydarzenia sakralnego. Drugi motyw jest tylko pozornie szlachetniejszy, gdyż bazuje na pierwszym i go rozplenia. 

Bazuje to na fundamentalnym nieporozumieniu czy raczej braku zrozumienia, czym jest liturgia, w gruncie rzeczy na pomyleniu jej z widowiskiem teatralnym czy jakąś imprezą publiczną. Ci, którzy nie widzą problemu w takim traktowaniu liturgii, powinni sobie zadać pytanie, czy chcieliby być fotografowani czy nagrywani podczas kochania się z żoną/mężem. Wszak liturgia, choć jest kultem publicznym Kościoła, jest równocześnie wydarzeniem najbardziej intymnym, najbardziej osobistym zarówno dla celebransa jak też dla zwykłego wiernego. Bez tego wymiaru wewnętrznego, najgłębiej duchowego liturgia staje się teatrem, sceną wrażeń publicznych.  

Podobną, choć szczególną postacią braku wyczucia i dyskrecji należnej świętemu wydarzeniu są filmy instruktażowe dla celebrowania liturgii tradycyjnej. Wprawdzie należy docenić zacny i słuszny cel, to jednak nie usprawiedliwia zasadniczego nieporozumienia, haniebnego dla osób duchownych, którzy wszak powinni być stróżami szacunku dla świętości liturgii. O wiele lepiej i bez zgorszenia można cel edukacyjny osiągnąć przez osobne nagranie instruktażowe, czyli dokonane poza liturgią. Tak przez wieki uczono kleryków przed święceniami (tzw. missa sicca, czyli bez postaci eucharystycznych i bez wypowiadania słów konsekracji). 

Przy obecnie dostępnej technice krążenie fotografa czy kamerzysty podczas liturgii jest zresztą zbędne. Wystarczy umieścić kamery w odpowiednich miejscach, oczywiście zachowując dyskrecję. Oznacza to, że nie wolno ich ustawiać w prezbiterium, podobnie jak nie wolno fotografowi czy kamerzyście wchodzić do prezbiterium. 

Do zasad dyskrecji i uszanowania należy również niekierowanie kamery wprost na wiernych. Także wierni zwróceni ku ołtarzowi mają prawo do szacunku w podniosłym, świętym i zarazem intymnym czasie liturgii. 

Za przestrzeganie tych zasad ponosi odpowiedzialność właściwie i ostatecznie celebrans. Nie ma on prawa dostosowywać się do liberalnych zwyczajów lokalnych czy braku dyscypliny ze strony gospodarza miejsca. Tym bardziej celebransowi nie wolno oddawać swojej kompetencji i odpowiedzialności świeckim, którzy przygotowują liturgię, jak to miało miejsce w sytuacji widocznej na powyższej fotografii. Zaniedbywanie tej sprawy świadczy o braku wyczucia i staranności odnośnie do celebracji, co jest szczególnie gorszące w wypadku kapłana deklarującego przywiązanie do liturgii tradycyjnej. 

Kto ma najwyższą władzę w Kościele?

 


Ponieważ jeszcze nie dysponuję moim warsztatem teologicznym, odpowiadam po krótce (jeśli Pan Bóg da, będzie kiedyś szersze omówienie tematu). 

Należy odróżnić wymiar teologiczny od wymiaru prawnego (kanonicznego), aczkolwiek one się poniekąd i częściowo przenikają. 

Teologicznie najwyższą władzę sprawuje w Kościele Jezus Chrystus jako Głowa ciała mistycznego, którym jest Kościół. Należy to mieć stale na uwadze we wszelkich rozważaniach także prawnokanonicznych, co jest często niestety zaniedbywane. Oznacza to, iż najwyższą normą w Kościele, także prawną, jest Boże Objawienie pochodzące od Jezusa Chrystusa, a poświadczone przez Tradycję i Pismo św. Jakiekolwiek normy prawne i sprawowanie władzy podległe jest tej normie nadrzędnej i od niej zależne. Sprzeczność z nią oznacza teologiczną nieważność, nawet jeśli czysto prawnie - na płaszczyźnie prawa stanowionego kościelnego - dany przepis czy zarządzenie by obowiązywało. Dotyczy to każdego poziomu i stopnia władzy w Kościele, od papieża i biskupów aż po zwykłego prezbitera. 

Również teologicznie należy rozumieć naturę i zakres władzy kościelnej w znaczeniu porządku prawnego społeczności, którą jest Kościół. Jezus Chrystus powierzył sprawowanie władzy w Jego imieniu i w Jego Osobie Apostołom oraz ich następcom, czyli kolegium biskupów wraz z następcą św. Piotra. Pismo św. (Nowy Testament) mówi zarówno o władzy powierzonej Dwunastu, jak też Szymonowi Piotrowi, który należał do grona Dwunastu, a równocześnie został wyróżniony przez Zbawiciela szczególnym zadaniem. Co do szczegółów odsyłam do konstytucji Pastor Aeternus Soboru Watykańskiego I (tutaj). 

Te zasady teologiczne były w historii Kościoła różnie realizowane i to na długo przed zaistnieniem obecnego czy nowożytnego porządku prawno-kościelnego. Tak np. pierwsze sobory powszechne były zwoływane ani przez samych biskupów, ani przez papieża, lecz przez cesarzy, którzy oczywiście mieli też swoje interesy zarówno w zwołaniu jak też w postanowieniach (nierzadko też usiłowali wpływać na przebieg i wyniki, często też de facto wywierali naciski i wpływy). Papieże nie uczestniczyli w obradach (odgrywał tu rolę czynnik geograficzny, gdyż sobory odbywały się na Wschodzie, z dala od Rzymu), a wysyłali jedynie swoich legatów, bądź dopiero post factum zatwierdzali kanony soborowe. Natomiast od drugiej połowy XIX w., dokładniej od ogłoszenia dogmatu o prymacie jurysdykcyjnym i nieomylności następcy św. Piotra przyzwyczajeni jesteśmy - zwłaszcza od pierwszego papiestwa epoki mass-mediów, czyli Jana Pawła II - do prawnego charakteru papiestwa i sposobu sprawowania władzy kościelnej, którego nie było przynajmniej do czasów nowożytnych. 

Mówiąc w skrócie: prawne normy odnośnie do sprawowania władzy w Kościele podlegają rozwojowi i są zmienne, natomiast niezmienne są zasady teologiczne wynikające z ustanowionego przez Jezusa Chrystusa ustroju społeczności zbawionych, którą jest Kościół. 

Słusznie zauważa się, że Sobór Watykański II niejako zrównoważył tę kwestię, dowartościowując władzę biskupów względem władzy papieskiej. Chodzi zwłaszcza o tzw. kolegialność, która właściwie nie jest nowością co do zasady, gdyż w sprawach wiary i moralności papieże nigdy nie decydowali samotnie, lecz zawsze rozpatrując powszechne nauczanie zwyczajne, oczywiście w znaczeniu nie tyle synchronicznym co bardziej diachronicznym (na przestrzeni wieków). Obecnie powszechne zawężenie pojęcia kolegialności do biskupów aktualnie, współcześnie sprawujących władzę, jest nieporozumieniem i odejściem od zasad właściwych Kościołowi na rzecz zasad właściwych dla świeckiego ustroju demokratycznego czy oligarchicznego. 

W obecnej sytuacji (której nie muszę szeroko omawiać) kwestia stosunku czy współzależności między władzą papieską a władzą biskupią jest szczególnie aktualna. Być może Pan Bóg właśnie dlatego dopuścił taki stan rzeczy, by pobudzić w Kościele reflexję teologiczną i zarazem sformułowanie norm prawnych, które by były odpowiednie i pomocne w danym doświadczeniu historycznym i w podobnych doświadczeniach na przyszłość. 

Koncyliaryzm jako pogląd, iż sobory mają wyższą władzę niż papiestwo, jest błędem. Należy jednak mieć na uwadze to, czym jest sobór. Sobory są nadzwyczajnym ("uroczystym") sposobem wykonywania władzy nauczania i rządzenia w sprawach wiary i moralności przez kolegium biskupów wraz z następcą św. Piotra. Jest już więc logicznie niemożliwe postawienie autorytetu soboru nad autorytetem papieża, zwłaszcza w obecnym - trwającym od schyłku średniowiecza - stanie prawnym, gdzie sobory powszechne są zwoływane i zatwierdzane przez papieży. Istnieje jednak także zwyczajne sprawowanie władzy zarówno papieskiej jak też biskupiej, gdzie wpływ władzy papieskiej na władzę biskupią jest z zasady i de facto ograniczony i niewielki. Chodzi przede wszystkim o wymiar teologiczny. Jeśli biskup naucza i rządzi zgodnie z odwiecznym nauczaniem Kościoła, nawet ignorując nauczanie aktualnego papieża, wówczas wypełnia zwyczajnie swój urząd powierzony mu przez Jezusa Chrystusa jako następcy Apostołów. Co więcej, teologicznie nie obowiązuje go żadne nauczanie ani zarządzenie sprzeczne z Bożym Objawieniem czy choćby ze stałym nauczaniem Kościoła. Na ile roztropne jest ignorowanie czy sprzeciw na płaszczyźnie prawnej, to jest osobna kwestia. Na pewno ma prawo i obowiązek upomnieć nawet papieża w razie odstępstwa od Bożego Objawienia czy choćby od stałego, odwiecznego nauczania Kościoła. Takie prawo i obowiązek ma tym bardziej kolegium biskupów, czy choćby jego część. Nie ma to nic wspólnego z koncyliaryzmem, bowiem nie chodzi o podważanie wyższości władzy papieskiej nad biskupią, lecz o nadrzędność normy i władzy najwyższej, jaką jest Boże Objawienie. 

Ostatecznie chodzi więc o naturę i zakres każdej władzy w Kościele, zwłaszcza o stosunek poznania z wiary i sumienia każdego wierzącego, oczywiście zachowując istotną różnicę między odpowiedzialnością biskupów (czy ogólnie duchownych) i świeckich. Pewne jest, że także katolicy świeccy na mocy sakramentu bierzmowania, który uzdalnia ich w łasce do publicznego wyznawania wiary, mają prawo i obowiązek obrony i sprzeciwu w razie sprzeniewierzania się Bożemu Objawieniu przez sprawujących władzę w Kościele. 

Osobną jest kwestia instrumentów prawnych, które by regulowały procedurę postępowania w tego typu sytuacjach. Dopóki takowych nie ma w aktualnym prawie kanonicznym, pozostaje działanie w duchu wiary z prowadzeniem przez Ducha Świętego, Ducha prawdy, który prowadził Kościół poprzez wieki i będzie nadal prowadził. Ten Duch na pewno prowadzi zgodnie z odwiecznymi zasadami Kościoła. Dlatego niezbędna jest znajomość zarówno prawd wiary, jak też doświadczeń historycznych. 

Każdy katolik ma możliwość - i też obowiązek - poznawania prawd wiary i odwiecznego nauczania Kościoła. Kto ma tę wiedzę, zresztą dziś dość łatwo dostępną, i stara się realnie żyć według niej, ten idzie drogą zbawienia i świętości, zwłaszcza gdy pomaga w tym także swoim bliźnim, zwłaszcza młodszym pokoleniom, nawet gdy ignoruje treści rozsiewane obecnie z wysokich urzędów kościelnych. Nie ma obowiązku zajmowania się tym, kto aktualnie sprawuje władzę i jak to czyni. Kościół nie jest sektą wyznawców osoby aktualnie sprawującej władzę, lecz społecznością wierzących w Jezusa Chrystusa, trwającą od 2000 lat. Nikt nie ma prawa i nie ma też władzy ani możliwości oderwania nas od wiary Kościoła, choćby nawet sprawował najwyższe urzędy. Jakakolwiek próba oderwania jest sama z siebie nieważna i nieobowiązująca. 

Czy Bóg wodzi na pokuszenie?



Niedziela I Wlk. Postu
Mt 4, 1-11:

"Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». Lecz On mu odparł: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych». Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień». Odrzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego». Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon». Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz». Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu."

Przedostatnia prośba modlitwy “Ojcze nasz” – “nie wódź nas na pokuszenie” – tak często odmawiana, może budzić pytania i wątpliwości. Ich śladem jest chociażby fakt, że tzw. Biblia Tysiąclecia właściwie nie tłumaczy odnośnego wersetu (Mt 6, 13), lecz dokonuje teologicznej interpretacji (“nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie”).

Problem polega głównie na pojęciu “pokuszenie”. Biblijne słowo greckie oznacza próbę, doświadczenie, także usiłowanie, zmaganie. Polskie słowo “pokusa” ma znaczenie specyficznie moralno-religijne, co stanowi znaczne zawężenie. Ma to odniesienie głównie do dzisiejszej Ewangelii, gdzie jest mowa o wyprowadzeniu Jezusa przez Ducha na pustkowie, aby był “próbowany” przez diabła. Jest dość jasne, że istnieje związek między tym wyprowadzeniem Jezusa a modlitwą o to, byśmy nie byli wodzeni na wypróbowanie przez diabła.

Po tym wyprowadzeniu Jezus pościł, jakby prowokując kuszenie. Czas trwania postu – czterdzieści dni i czterdzieści nocy – nawiązuje zarówno do wędrówki Izraela przez pustynię po wyzwoleniu z Egiptu, jak też do czasu przebywania Mojżesza na górze Synaj podczas objawienia Dekalogu. Jest tu więc zawarty aspekt zarówno porzucenia i uwolnienia, jak też obdarowania i zobowiązania, początku czegoś nowego. Absolutna nowość i niepowtarzalność jest wyrażona przez post, który nie był i nie jest możliwy dla nikogo innego. Po tym następuje zbliżenie i poddanie próbie przez diabła, właściwie starcie. To starcie jest o tyle znamienne, że Pan Jezus pozwala diabłowi zbliżyć się do Siebie, rozmawia z nim, daje się nawet zaprowadzić do Jerozolimy na szczyt świątyni, czyli na najwyższy punkt miasta i zarazem centrum świata, w końcu na wysoką górę z widokiem na cały świat.

Pociągające dla każdego są już te przeżycia i widoki doświadczone pod przewodnictwem diabła, nie tylko jego obietnice. Tu więc diabeł wodzi na pokuszenie, nie Bóg. Nie trzeba jednak być wybitnym teologiem, by wiedzieć, że także w tej sytuacji diabeł może działać i działa tylko w ramach przyzwolenia Bożego. Podobnie jak zresztą w sprawie starotestamentalnego Hioba, gdy ma miejsce zakład między Bogiem i diabłem o wierność sprawiedliwego męża: Bóg zezwala na próbowanie człowieka, szatan działa. Jeśli Pan Jezusa każe nam prosić Boga o nie prowadzenie na pokuszenie, to dlatego, że po pierwsze ostatecznie wszystko jest w rękach Boga, a po drugie dlatego, że do diabła nie wolno się modlić, tym bardziej nie wolno go prosić.

Dlaczego więc Bóg pozwala na wodzenie i zwodzenie nas przez diabła? Po co ten cały teatr, skoro Bóg chce naszego zbawienia? Po co w ogóle istnieje szatan i jego diabły? Po co grzech i wszelkie zło na świecie i w ludziach? Dlaczego Bóg zezwala na porażki i klęski ludzi w kuszeniu diabelskim? Czyż to nie Bóg właśnie ponosi ostatecznie odpowiedzialność za tragedię grzechu?

Szczególną odpowiedzią na te pytania jest właśnie kuszenie i zwycięstwo Jezusowe. Jezus Chrystus działa w nim jako Bóg i jako Człowiek. Jego bycie wyprowadzonym na kuszenie nadaje właściwy sens prośbie, byśmy my nie byli wodzeni na pokuszenie: ta nasza prośba, wynikająca zarówno z poczucia własnej słabości, jak też z ufności w dobroć Bożą, jest równocześnie wskazaniem na Chrystusowe pokuszenie i pokonanie szatana, a tym samym pogodzeniem się z wolą Bożą, gdy nastaje dla nas czas i sytuacja próby.

Są zasadniczo dwa rodzaje wypróbowania, podobnie jak dwa zasadnicze starcia Jezusa Chrystusa z szatanem: 1. codzienne potrzeby, dążenia i cele, w tym także podjęte z własnej woli zadania i wyzwania, 2. cierpienie, każde bolesne doświadczenie, niechciane, niemiłe, nielubiane, nawet niespodziewane i nieoczekiwane. Tym samym właściwie nie możemy uciec przed pokusami, nawet jeśli sam Zbawiciel każe nam modlić się o zachowanie przed nimi. Próba, tym samym ryzykowność i niepewność sytuacji stanowią niezbywalny aspekt naszego życia. W taką sytuację zostaliśmy wprowadzeni wraz z zaistnieniem. Każdy, nawet najmniej zauważalny proces biologiczny i biochemiczny w naszym ciele jest wypróbowaniem i próbą sił, sprawdzeniem i zwycięstwem silniejszego, tego, co ma przetrwać.

Tym niemniej każdy obawia się próby. Każdy zna mniej czy większy lęk przed egzaminem. Normalny człowiek odczuwa obawę przynajmniej o życie i dobro swoich bliźnich, jeśli nie swoje. Każdy, kto był zakochany, wie jak bardzo boli już chociażby przelotna myśl o możliwej utracie ukochanej osoby. Któż mógłby o sobie powiedzieć, że wytrzyma próbę, że się jej nie boi?

Czytając, słysząc czy widząc relacje o losie ludzi w łagrach, obozach koncentracyjnych, nieludzkich warunkach więziennych, czy aktualnie o sytuacji chrześcijan wyżynanych i wypędzanych przez zbrodniarzy muślimskich, czyż nie przychodzi nam na myśl wątpliwość, czy i jak bylibyśmy w stanie przetrwać i wytrzymać czas i sytuację takiego pokuszenia?

Kuszenie Jezusowe poucza nas i daje siłę ducha także na takie sytuacje, mianowicie przez wskazanie, że chodzi o walkę zasadniczo i przede wszystkim duchową. Tym samym żadne niesłychane, niesamowite doświadczenie nie musi nas zastać zupełnie nieprzygotowanymi.
 

Już tu i teraz, w tym Wielkim Poście, który dla każdego z nas może być ostatnim tu na ziemi, możemy i powinniśmy podjąć przygotowanie do przyszłych pokuszeń, także na ostatnie kuszenie w godzinie śmierci. Już tu i teraz możemy i powinniśmy ucieleśnić postawę, że nie samym chlebem żyje człowiek, że nie wolno używać Pana Boga do swoich celów, do realizacji swoich ambicyj, że tylko Bogu samemu należy się najwyższe uwielbienie i poddanie. Tę postawę można zdobyć jedynie w uznaniu swojej słabości i niedostateczności, wpatrując się w postawę i zwycięstwo naszego Zbawiciela. I naśladując Go w walce z szatanem.