Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jaka muzyka w kościołach?



Temat muzyki wykonywanej w kościołach pojawia się dość często na różnych forach dyskusyjnych. Nie brakuje też textów i rozważań w temacie, zarówno mniej czy bardziej naukowych jak też publicystycznych. Temat ożył szczególnie rok temu w związku z wydaniem przez Komisję Liturgiczną KEP nowej instrukcji, która wywołała różne reakcje. O niej na końcu, jako że jest najnowszym dokumentem w kwestii. Nie brakuje dokumentów oficjalnych i wypowiedzi mniej czy bardziej kompetentnych osób. Jednak kwestia zasadnicza jest nadal niejasna, mianowicie: jaką muzykę wolno wykonywać podczas liturgii i w kościołach?

Przejdźmy chronologicznie dokumenty Kościoła w tej sprawie, szukając odpowiedzi na to pytanie. 


Papieże w ciągu wieków dość często wydawali dekrety i wskazanie odniośnie muzyki w liturgii:
- Jan XXII wydał bullę „Docta Sanctorum Patrum“ 

(https://fr.wikipedia.org/wiki/Docta_Sanctorum_Patrum)
- Sobór Trydencki w dekrecie o nadużyciach (Sess. XXII) zwrócił uwagę także na muzykę w liturgii.
- Rubryki Missale Romanum oraz Caeremoniale Episcoporum również regulują wiele spraw.
- Dekrety Świętej Kongregacji Obrzędów traktykują zwykle o konkretnym stosowaniu ogólnych norm.
- Aleksander VII wydał Konstytucję Apostolską „Piae sollicitudinis studio“.
- Innocenty XII wydał edykt o muzyce kościelnej.
- Benedykt XIV obszernie zajął się w encyklice „Annus qui hunc“.
- Święta Kongregacja Obrzędów wydała dekret „Ordinatio quoad sacram musicem“.
- Leon XIII wydał dekret „Quod sanctus Augustinus“.

Początkiem najnowszej historii w tej dziedzinie jest słynne motuproprio św. Piusa X „De musica sacra“ (zwane też „Inter plurimas“ czy po włosku „Tra le sollecitudini“) z 1903 r. 






http://promusicasacra.pl/pomoce/dokumenty-koscielne/motu-proprio-sw-piusa-x-o-muzyce-swietej-inter-pastoralis-officii-sollicitudines/
 

Dokument odnosi się jednoznacznie do muzyki wykonywanej w świątyniach i podczas liturgii. Papież nadał temu dokumentowi charakter i rangę dosłownie „kodexu prawa muzyki kościelnej“, którego celem jest takie uporządkowanie, by Zbawiciel nie miał powodu powrozem wypędzać ze świątyni tych, którzy ją bezczeszczą.

Pojęciem głównym jest tutaj „musica sacra“, co w przekładzie polskim przetłumaczono dowolnie - nawiązując widocznie do niemieckiego Kirchenmusik - jako „muzyka kościelna“. Jest to „część spajająca uroczystej liturgii“ i jako taka należy do celu samej liturgii, którym jest chwała Boża oraz uświęcenie wiernych i który jest jej pierwszą naczelną zasadą. Służy ozdobie textów liturgicznych, by wierni byli pobudzani do pobożności a ich serca zostały przygotowane do przyjęcia owoców łaski, płynących ze świętych tajemnic.

Drugą naczelną zasadą jest charakter tej muzyki (1-2). Musi ona być
- święta, tzn. nie powinna zawierać świeckości (profana) i to zarówno w treści jak też w formie,
- doskonała w formie czyli zdolna wpływać na słuchających, oraz
- powszechna, tzn. musi odpowiadać normom wydanym dla całego Kościoła na całym świecie.

Papież wymienia też konkretnie rodzaje muzyki sakralnej (3-6):
Przede wszystkim jest to śpiew gregoriański, który jest właściwą muzyką Kościoła Rzymskiego. Powinien on być przywrócony zarówno generalnie jak też do śpiewania przez lud.
Na drugim miejscu jest polifonia, szczególnie tzw. Szkoły Rzymskiej, czyli tworzona dla potrzeb liturgii papieskiej i pod pieczą papieży.
Na trzecim miejscu Papież wymienia tzw. muzykę współczesną (musica hodierna), o ile jest łagodna i nie zawiera nic, co by było niegodne świętości liturgii. Tutaj należy szczególnie zważać, by nie dopuszczać w kościołach muzyki, która jest w stylu teatralna czy świecka, czy jest obca liturgii co do formy. Konkretnie Papież odrzuca muzykę w „stylu teatralnym“ czyli operowym, która były popularna w XIX w. zwłaszcza we Włoszech. Ten styl ze swojej natury jest sprzeczny ze śpiewem gregoriańskim i klasyczną polifonią i tym samym z przepisami liturgicznymi. Struktura tego stylu, jego rodzaj i konwencja nie dają się pogodzić z potrzebami muzyki sakralnej.

Odnośnie warstwy słownej Papież mówi, że texty należy wykonywać po łacinie i nie wolno ich zastępować śpiewami w języku narodowym - ani części stałych, ani zmiennych - ani innymi śpiewami.

Papież podaje też zasady komponowania muzyki sakralnej. Naczelnymi zasadami są: musi ona być skomponowana do textów liturgicznych i wzorowana co do formy na śpiewie gregoriańskim.

Odnośnie śpiewaków Papież przypomina, że wykonują oni posługę liturgiczną i dlatego mogą to być tylko mężczyźni. Powinni oni przywdziewać suknię i komżę.

W ramach konkretnych przepisów Papież zakazuje
- długich preludiów czy przerywników (intermezzo) organowych,
- używanie instrumentów rozrywkowych jak cymbały i fortepian, bęben, kocioł, talerze, dzwonki itp.
- występowanie zespołów muzycznych od muzyki świeckiej
- w wyjątkowych przypadkach biskup miejsca może zezwolić na orkiestry dęte, o ile pełnią funkcję taką jak organy czyli podtrzymywanie śpiewu.


Mało znana jest konstytucja apostolska Piusa XI „Divini cultus sanctitatem“ z 1928 r. o liturgii oraz śpiewie gregoriańskim i świętej muzyce.  


 


http://w2.vatican.va/content/pius-xi/la/apost_constitutions/documents/hf_p-xi_apc_19281220_divini-cultus-sanctitatem.html

Przypominając motuproprio swojego poprzednika św. Piusa X i nawiązując doń, Papież w stanowczym tonie nakazuje:
- Zarówno kandydaci do kapłaństwa jak też duchowni diecezjalni i zakonni mają być od początku i regularnie kształceni w chorale gregoriańskim i świętej muzyce (musica sacra);
- Przy katedrach, kapitułach i domach zakonnych należy pielęgnować oficjum chóralne zgodnie z przepisami;
- Kapituły kanoników i zakonne mają ustanowić experta odpowiedzialnego za wykonywanie śpiewu według autentycznych ksiąg wydanych przez Stolicę Apostolską;
- Przynajmniej przy znaczniejszych kościołach należy tworzyć chóry do wykonywania chorału gregoriańskiego i w drugiej kolejności także polifonii;
- Pierwszeństwo i właściwe miejsce w liturgii ma mieć muzyka, w której główną rolę odgrywa ludzki głos, nie instrumenty (jak w muzyce orkiestrowej);
- Organy są „własnym instrumentem muzycznym Kościoła“ (Ecclesiae proprium musicum instrumentum) i jako takie służą czy to towarzyszeniu śpiewom, czy wypełnianiu ciszy przy milczeniu chóru, przy czym należy unikać pomieszania tego, co święte (sacrum), z tym, co świeckie (profanum), co oznacza, że wolno grać w kościele tylko to, co wyraża majestat miejsca oraz świętość obrzędów;
- Należy wiernych nauczać chorału gregoriańskiego w częściach, które ich dotyczą, szczególnie w szkołach i domach wychowawczych;
- Należy kształcić nauczycieli muzyki sakralnej, zakładać i popierać takie szkoły i instytucje edukacyjne.

Także następca, Pius XII troszczył się w tej sprawie, wydając encyklikę o liturgii „Mediator Dei“: 




https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xii/encykliki/mediator_dei_20111947.html

Potwierdzając nakazy swoich poprzedników, Papież podkreśla pierwszeństwo i główną rolę chorału gregoriańskiego jako właściwego liturgii rzymskiej, zachęcając do śpiewania go przez lud w odpowiednich częściach. Równocześnie akceptuje stosowanie w kulcie katolickim innych rodzajów muzyki współczesnej i śpiewu (hodiernae musices modos atque concentus), o ile nie zawierają one czegoś świeckiego (profanum) i są godne świętości miejsca i akcji liturgicznej, oraz nie pochodzą z próżnego szukania podziwu i niezwykłości, lecz służą blaskowi świętych obrzędów, podniesieniu umysłów ku rzeczom wyższym oraz pobożności. Ponadto Papież zachęca biskupów, by otaczali opieką i popierali religijny śpiew ludowy (popularis ad religionem pertinens cantus), by wykonywany z godnością rozpalał wiarę i pobożność wiernych.

Wydając w 1955 r. encyklikę „Musicae sacrae disciplina“ o muzyce kościelnej, tenże sam Papież nawiązuje, powołuje się, potwierdza i przypomina nauczanie św. Piusa X.

https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xii/encykliki/musicae_sacrae_25121955.html
 

Encyklika zawiera jednak sporo nowości, szczególnie pod względem teologicznym. Nowością jest pewien zarys historii muzyki w kontekście antropologicznym i religijnym, począwszy od pogan aż do liturgii Kościoła. Święty śpiew (cantus sacer) to przede wszystkim psalmy i hymny, lecz także nowe formy (novae formae) i nowe rodzaje śpiewów (nova canticorum genera), które z czasem powstawały. Oprócz chorału gregoriańskiego Papież wymienia pieśni religijne (carmen religiosum), które powstawały także w językach narodowych, oraz wprowadzenie używania organów oraz innych instrumentów, a także śpiew polifoniczny. Przypomina jednak, że w trakcie rozwoju i ubogacania muzyki kościelnej konieczne było czuwanie Kościoła, by nie zostały przekroczone właściwe granice przez wprowadzenie tego, co świeckie i obce świętemu kultowi (profanum aliquid et a sacro cultu alienum).

Odnośnie zasad dotyczących muzyki kościelnej (musica sacra) Papież mówi, że są one takie jak co do każdej sztuki religijnej (ars religiosa):
- ukierunkowanie na Boga, Jego chwałę i uwielbienie, co jest właśnie celem człowieka;
- podporządkowanie prawu Bożemu, czyli wbrew absolutnej wolności sztuki i artysty;
- pożytek dla pobożności wiernych;
- artysta musi sam być wierzący, by miał wyczucie dla spraw świętych;
- służebna rola wobec liturgii, zwłaszcza co do jej treści.

Papież docenia także tzw. musica religiosa czyli muzykę o treści religijnej, która nie służy bezpośrednio liturgii, oraz śpiew ludowy (genus populare), który jest wykonywany czy to w kościołach poza liturgią czy poza kościołami w uroczystościach religijnych. Mają one wartość zarówno pedagogiczną jak też katechetyczną. Pod tym względem muzyka ma charakter apostolski: muzycy są sługami Chrystusa i współpracownikami w duszpasterstwie.

Przypominając zaakcentowane przez św. Piusa X istotne cechy muzyki kościelnej (świętość, doskonałość formy i powszechność), Pius XII podkreśla naczelne miejsce chorału gregoriańskiego, jako że ucieleśnia on te cechy. Papież przestrzega przed rozszerzaniem zezwoleń na wyjątkowe stosowanie innej muzyki w liturgii. Tam, gdzie od niepamiętnych czasów istnieje taki zwyczaj, można nadal wykonywać ludowe śpiewy (popularia vulgaris sermonis cantica), oczywiście nie zastępującym nimi textów liturgicznych. Nie ma też przeszkód w wykonywaniu liturgicznych śpiewów innych obrządków zarówno zachodnich jak też wschodnich.

Odnośnie śpiewu polifonicznego Papież potwierdza jego godność i miejsce po chorale gregoriańskim. Zauważa jednak, że w ciągu wieków nierzadko miał miejsce wpływ świeckiego rodzaju muzyki, co odnosi się zapewne do kompozycyj orkiestrowych. Papież odrzuca taki rodzaj, który przysłania i zaciemnia słowa liturgii i same święte obrzędy. To samo odnosi do używanych instrumentów: zwłaszcza organy odpowiadają świetności i godności, będąc w stanie porwać i podnieść umysły wiernych ku Bogu, ale także instrumenty, jak np. smyczkowe, o ile nie mają charakteru świeckiego i nie są hałaśliwe czy wrzaskliwe.

Odnośnie pieśni ludowych warto zacytować istotny fragment:



Pod koniec pontyfikatu Piusa XII (1958 r.) wydano instrukcję  „De musica sacra“, która podaje bardziej szczegółowe przepisy.

https://media.musicasacra.com/pdf/1958-de-musica-sacra.pdf

Najpierw rozróżnia między liturgią, która jest kultem publicznym Kościoła sprawowanym według ksiąg liturgicznych zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską, a „nabożeństwami“ (pia exercitia). Tych rodzajów nie wolno ze sobą mieszać, gdyż mają różne uregulowania prawne.

Istotne w naszym temacie jest pojęcie „musica sacra“ czyli "muzyki kościelnej". Instrukcja zalicza do niej:
- śpiew gregoriański
- polifonię kościelną
- nowoczesną muzykę kościelną czyli nowoczesne kompozycje do textów liturgicznych po łacinie
- muzykę organową
- ludowe pieśni religijne (cantus popularis religiosus)
- muzykę religijną (musica religiosa), który z intencji autora jak też z charakteru i celu samego dzieła dąży do wyrażenia i pobudzenia „uczuć pobożnych i religijnych“ (sensus pios ac religiosos); ponieważ nie jest ukierunkowana na liturgię, nie jest dopuszczona podczas czynności liturgicznych; jej właściwym miejscem są sale koncertowe, a jedynie w poszczególnych przypadkach za pozwoleniem biskupa miejsca może być wykonywana w kościele.
 


W przededniu soboru w 1962 r. Konferencja Episkopatu Polski opublikowała swoje „Dyrektywy w związku z Instrukcją Kongregacji Obrzędów“ z 1958 r. Text tych dyrektyw jest niestety niedostępny w sieci, jest tylko omówienie:

http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_21906_rbl_2951

Godne uwagi jest, że Dyrektywy powołują się na specjalne pozwolenia Kongregacji Obrzędów z 1961 r. odnośnie stosowania języka polskiego także w częściach stałych Mszy św., mimo że jest to wbrew Instrukcji Kongregacji z 1958 r. Pod tym względem biskupi polscy uprzedzili reformy posoborowe.

Sobór Watykański II w konstytucji o liturgii zasadniczo potwierdził dotychczasowe normy, nie zajmując się szczegółami:

 



Kilka lat później (1967 r.) wydano instrukcję „Musicam sacram“, która jest stosuje już reformy:
https://www.asmkrakow.pl/pliki/musicam_sacram.pdf

Niezmienione jest pojęcie „musica sacra“. Oznacza ono muzykę
1° stworzoną dla celebracji kultu Bożego (ad cultum divinum celebrandum creata),
2° nacechowaną świętością i doskonałością form.
Jako rodzaje są wymienione:
- śpiew gregoriański
- polifonia klasyczna i nowoczesna
- muzyka organowa i dla innych dozwolonych instrumentów
- śpiew ludowy (cantus popularis) zarówno liturgiczny jak też religijny.

Wraz z reformą mszału oraz dopuszczeniem szerszego stosowania języków narodowych, nastąpiło też pewne pomieszanie w stosowaniu rodzajów muzyki. W celebracji po łacinie chorał gregoriański ma wprawdzie swoje właściwe miejsce i pierwszeństwo, jednak dopuszcza się nie tylko polifonię, lecz także inne rodzaje musica sacra.

Instrukcja podaje zasady komponowania melodij do textów liturgicznych w językach narodowych: zaleca się połączenie tradycyj ludowych z prawidłami muzyki kościelnej. Nowe melodie muszą uzyskać zatwierdzenie władz kościelnych danego kraju.

W oparciu o dokumenty posoborowe Konferencja Episkopatu Polski wydała w 1979 r. instrukcję o muzyce liturgicznej:

https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WE/kep/kkbids/muzyka_08021979.html

Instrukcja wprowadza własne pojęcie, mianowicie „muzyki liturgicznej“, którą definiuje:

Muzyką liturgiczną nazywamy tę muzykę, która może być używana przy sprawowaniu kultu Bożego. Zgodnie z treścią Instrukcji Musicam Sacram powinna się ona odznaczać charakterem sakralnym oraz doskonałością formy (MS nr 4a).
Celem Muzyki Liturgicznej jest "chwała Boża i uświęcenie wiernych" (KL nr 112), tak wykonawców jak i pozostałych uczestników liturgii.
Do Muzyki liturgicznej zaliczamy: śpiew jednogłosowy (chorał gregoriański i śpiew ludowy, śpiew wielogłosowy (polifonia dawna i nowsza) oraz muzykę instrumentalną (MS nr 4b).


Istotne jest zawężenie poprzez następującą normę ogólną:

Wszystkie śpiewy przeznaczone do użytku liturgicznego mają mieć aprobatę Konferencji Episkopatu Polski, albo przynajmniej Władzy Diecezjalnej. Nie wolno w liturgii wykonywać utworów o charakterze świeckim.

Brzmi to rygorystycznie, jednak de facto daje właściwie nieograniczoną dowolność, powierzając odpowiedzialność władzom diecezjalnym.

Warto zacytować poszczególne przepisy odnośnie liturgii mszalnej, dla prostego porównania z obecną praktyką:

12. Zamiast przepisanych w Graduale Romanum śpiewów procesyjnych na wejście, przygotowanie darów i Komunię św. można stosować pieśni zatwierdzone przez Konferencję Episkopatu Polski zawarte w "Śpiewniku Mszalnym" lub w innych Śpiewnikach mających aprobatę Władz Diecezjalnych zgodnie z postanowieniem Instrukcji Musicam Sacram (MS nr 32).
13. Śpiewu stałych części Mszy św. a także psalmu responsoryjnego i śpiewu przed Ewangelią, które stanowią integralną cześć liturgii słowa (WOMR nr 36), nie wolno zastępować pieśniami nawet mającymi Imprimatur władzy kościelnej:
14. Ponieważ Modlitwa eucharystyczna stanowi kulminacyjny moment Mszy św. dlatego nie wolno podczas niej wykonywać jakiejkolwiek muzyki (WOMR nr 54). Jedynie celebrans może wykonać śpiewem niektóre części samej Modlitwy eucharystycznej (prefacja, słowa konsekracji i in.).
15. Zabrania się wykonywania w ramach liturgii piosenek religijnych których tekst często nie jest w ogóle religijny, a muzyka z reguły posiada charakter świecki.
16. We wszystkich kościołach w Polsce należy wprowadzać śpiewy zalecone przez Konferencję Episkopatu Polski, np. Mszę Pielgrzymów. Przyczyni się to bowiem do czynniejszego udziału wiernych w uroczystościach ogólnopolskich lub międzydiecezjalnych.
17. Ponieważ "śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej, dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu" (KL nr 116).
Zgodnie z zaleceniem Konstytucji o świętej liturgii wierni powinni umieć śpiewać po łacinie niektóre części Mszy św. ze względu na celebrację w tym języku w grupach międzynarodowych (KL nr 54). Zestaw takich śpiewów zawiera wydany w Rzymie, z okazji Roku Świętego, śpiewnik Jubilate Deo.
18. Podczas liturgii Mszy św. zaleca się wykonywane polifonii dawnej i nowszej w języku łacińskim i polskim, tak jednak, by nie wyłączać wiernych całkowicie z udziału w śpiewie. Muzykę wielogłosową, szczególnie dawnych mistrzów, Kościół zawsze uważał za nieoceniony skarbiec i dobro kultury.
19. Na organach i innych instrumentach wolno akompaniować do śpiewu przez cały rok liturgiczny. Wyłączone są od tego jedynie śpiewy solowe celebransa i diakona, np. prefacja, Ewangelia itp. Natomiast solowa gra na instrumentach zabroniona jest od zakończenia śpiewu hymnu Chwała na wysokości Bogu we Mszy Wieczerzy Pańskiej do zakończenia tego hymnu we Mszy Wigilii Paschalnej.
20. Podczas liturgii nie wolno wykonywać muzyki mającej charakter wyraźnie świecki np. jazzu, big-beatu itp. Muzyka ta nie jest zgodna z duchem i powagą liturgii, nie sprzyja jej refleksyjnemu przeżywaniu, a ponadto często wyłącza całe zgromadzenie wiernych od udziału w śpiewie.
Poza liturgią można urządzać specjalne nabożeństwa gromadzące młodych ludzi uprawiających ten rodzaj muzyki. Duszpasterze mają obowiązek tak kierować tymi nabożeństwami, by miały one charakter religijny i by zawsze z nich płynęło dobro duchowe uczestników.


Wprawdzie zachowana jest różnica między liturgią a nabożeństwami, jednak granica jest płynna, skoro w liturgii wolno stosować śpiewy w języku narodowym.

Jaśniejsze jest ograniczenie odnośnie instrumentów:

28. "W Kościele łacińskim należy mieć w wielkim poszanowaniu organy piszczałkowe jako tradycyjny instrument muzyczny, którego brzmienie dodaje ceremoniom kościelnym majestatu, a umysły wiernych pod nosi do Boga i spraw niebieskich" (KL nr 120). Akompaniament organowy podtrzymuje śpiew, ułatwia udział w czynnościach liturgicznych i przyczynia się do głębszego zjednoczenia wiernych (MS nr 64).
Organy powinno znajdować się we wszystkich kościołach w Polsce. Tzw. organy elektronowe dopuszcza się do użytku jako instrument tymczasowy, Natomiast tam, gdzie ze względu na brak miejsca nie da się zbudować organów piszczałkowych, można je instalować zamiast fisharmonium.
29. Poza organami wolno używać w liturgii innych instrumentów z wyjątkiem tych, które są zbyt hałaśliwe lub wprost przeznaczone do wykonywania współczesnej muzyki rozrywkowej. Wyłącza się z użytku liturgicznego, zgodnie z tradycją, takie instrumenty, jak fortepian, akordeon, mandolina, gitara elektryczna, perkusja, wibrafon itp.

 

Niestety także pod tym względem praktyka poszła swoją drogą, zwłaszcza w tzw. ruchach.

Najnowszym urzędowym dokumentem ogólnokościelnym w sprawie muzyki jest instrukcja z 1987 r. o koncertach w kościołach, czyli o muzyce poza liturgią:

https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kkultu/instrukcja_koncerty_05111987.html

Ma ona znaczenie ogólne i doniosłe, gdyż przypomina zasady ogólne odnośnie przeznaczenia i charakteru kościoła jako miejsca świętego, poświęconego do sprawowania kultu Bożego:

Zgodnie z tradycją, którą ukazuje ryt poświęcenia kościoła i ołtarza, świątynie są przede wszystkim miejscem, w którym gromadzi się lud Boży. Lud Boży, "zgromadzony w jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego, jest Kościołem, świątynią Boga zbudowaną z żywych kamieni, gdzie w duchu i prawdzie wielbi się Ojca. Już w najdawniejszych czasach pojęciem kościół został objęty również budynek, w którym wspólnota chrześcijańska gromadziła się, by słuchać słowa Bożego, razem się modlić, przyjmować sakramenty, sprawować Eucharystię" i wielbić ją tam jako trwający nieustannie sakrament (1).
Tak więc kościołów nie można uważać za zwyczajne miejsce "publiczne", mogące służyć wszelkiego rodzaju zgromadzeniom. Są to miejsca święte, przeznaczone wyłącznie i na stałe, od momentu ich konsekracji lub poświęcenia, do sprawowania kultu Bożego.
Świątynie są widzialnym znakiem Kościoła pielgrzymującego na ziemi i zapowiedzią niebieskiego Jeruzalem; miejscami, w których już teraz, na tym świecie, urzeczywistnia się tajemnica komunii pomiędzy Bogiem i ludźmi. Zarówno w miastach, jak i na wsiach, kościół jest uważany także dzisiaj jako dom Boży, czyli znak Jego zamieszkania wśród ludzi. Pozostaje on miejscem świętym również wtedy, gdy nie odbywają się w nim obrzędy liturgiczne.

(…)
Użytkowanie kościołów reguluje kanon 1210 Kodeksu Prawa Kanonicznego: "W miejscu świętym dopuszcza się tylko to, co służy sprawowaniu i szerzeniu kultu, pobożności i religii, a zabrania się tego, co jest obce świętości miejsca".

Użyte w instrukcji pojęcie „musica sacra“ jest rozumiane tradycyjnie jako „muzyka, która służy sprawowaniu kultu Bożego i jako taka odznacza się charakterem sakralnym i łagodnością form“, czyli skomponowana do celów liturgicznych. Oprócz tego instrukcja mówi o „muzyce religijnej“ - „to znaczy oparta na tekstach biblijnych lub mszalnych, bądź odnosząca się do Boga, Najświętszej Panny, świętych czy Kościoła, może być wykonywana w świątyni poza obrzędami liturgicznymi“, nie w liturgii. Takie utwory mają „służyć i sprzyjać pogłębianiu pobożności i ducha religijnego“.

Na zasadzie wyjątku i za jednostkowym zezwoleniem dopuszcza się w kościołach koncerty:
„Biskup diecezjalny, jeśli uzna to za niezbędne, może - zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego - przeznaczyć kościół nie służący już kultowi Bożemu na audytorium, w którym będą się odbywały koncerty muzyki sakralnej lub religijnej, a także muzyki świeckiej, pod warunkiem, że nie będzie się to sprzeciwiało świętości miejsca.“

Wydana niedawno instrukcja Konferencji Episkopatu Polski o muzyce kościelnej powołuje się na wszystkie dotychczasowe dokumenty w tej sprawie, zarówno sprzed jak też po Vaticanum II:

https://episkopat.pl/instrukcja-konferencji-episkopatu-polski-o-muzyce-koscielnej/

Zawiera ona przypomnienie szeregu słusznych zasad praktycznych, np. co do używania instrumentów w liturgii. Jednak nie trudno zauważyć fundamentalną nowość polegającą na zdefiniowaniu pojęć, które nie ma podstaw w żadnych poprzednich dokumentach Kościoła:

 



Te definicje czerpią wprawdzie poszczególne określenia ze wcześniejszych dokumentów, jednak zamieniają je na zupełnie inne pojęcia. Pojęcie „musica sacra“ zawsze oznaczało muzykę liturgiczną czyli związaną ściśle z textami liturgii i skomponowaną do wykonywania w liturgii i było używane zamiennie z muzyką kościelną (w języku polskim i niemieckim) i liturgiczną (to jest nowe pojęcie wprowadzone w instrukcji z 1979 r.). Zupełną nowością jest pojęcie „muzyki religijnej“, które, biorąc dokładnie, odnosi się nie tylko do religii chrześcijańskiej, lecz także do judaizmu, islamu i innych wierzeń.

Jak zauważyliśmy powyżej, polskie pojęcie „muzyka kościelna“ (zaczerpnięte z niemieckiego Kirchenmusik, co oznacza także muzykę zborów protestanckich) było pierwotnie używane jako tłumaczenie łacińskiego „musica sacra“ czyli muzyki przeznaczonej do kultu Bożego według ksiąg liturgicznych Kościoła. Rozszerzenie go na „chrześcijańskie wspólnoty wyznaniowe“ - czyli także np. protestantów - nie tylko nie ma podstaw językowych lecz zawiera fałszywą, niekatolicką eklezjologię, gdyż sugeruje przynależność heretyków do Kościoła.

Ponadto bezpodstawne teologicznie (w znaczeniu teologii katolickiej) i zarazem brzemienne w skutkach jest rozróżnienie między muzyką sakralną a muzyką liturgiczną. Oznacza ono, że zgodnie z przepisami liturgicznymi w skład liturgii wchodzą kompozycje, które nie powstały z przeznaczeniem dla liturgii i nie są z natury sakralne. Jedynym kryterium jest fakt dopuszczenia przez władze kościelne - także diecezjalne - do użytku w liturgii. Czy autorzy tego textu zdawali sobie z sprawę z tej sprzeczności?

Odnośnie historii powstania tej instrukcji można się dowiedzieć sporo ciekawostek z relacji głównego odpowiedzialnego za jej powstanie:

https://www.youtube.com/watch?v=kfhZ--wxfaM




Czy postać i myślenie emerytowanego biskupa legnickiego są kluczem do takich ustaleń pojęciowych? Więcej o tym będzie przy następnej okazji.

Jak działa Kościół?

 


Pytanie dotyczy wprawdzie aktualnej problematyki, jednak przede wszystkim niezmiennych zasad Kościoła, ugruntowanych w jego istocie, naturze i przymiotach. 

Istotą Kościoła jest bycie społecznością założoną przez Jezusa Chrystusa, gromadzącą wierzących w Niego. Ta społeczność ma naturę bosko-ludzką, to znaczy pochodzi z ustanowienia i porządku Bożego, a składa się z ludzi. Jej przymioty są ogólnie znane, gdyż jasno podane w wyznaniu wiary pierwszego soboru ekumenicznego (Nicaenum I, rok 325):

- jedność (unam)

- świętość (sanctam)

- katolickość (catholicam)

- apostolskość (et apostolicam Ecclesiam).

To są nadrzędne i niezmienne kryteria odróżniania aktów kościelnych od niekościelnych, choćby te ostatnie pochodziły od przedstawicieli Kościoła czy nawet od piastujących urzędy i sprawujących władzę. 

Jedność należy rozumieć w znaczeniu całego Kościoła, czyli nie tylko Kościoła widzialnego na ziemi, lecz wespół ze świętymi w niebie i duszami cierpiącymi w czyśćcu. Innymi słowy: w Kościele na ziemi obowiązuje jedność ze świętymi, zwłaszcza tymi wiernymi, co do których mamy pewność - na podstawie tradycyjnych zasad kanonizacji - że są w chwale wieczności. Nie jest to więc jedność ani z całą ludzkością (jak chcieliby fanatyczni ekumaniacy), ani ze wszystkimi, którzy nominalnie przynależeli czy przynależą do Kościoła. Jedność Kościoła jest więcej bardziej diachroniczna, czyli ponadczasowa, niż synchroniczna, czyli współczesna. Dla katolika jest nie tyle istotne, by być w jedności z aktualnie żyjącymi katolikami, lecz istotnie liczy się wspólnota ze świętymi, których ogromna większość odeszła już do wieczności. 

Ma to przełożenie na konkretne sprawy. Dlatego właśnie niezbędna jest znajomość nauczania i przykładu życia świętych Pańskich na przestrzeni wieków. Jest to szczególnie ważne dla teologów i duchownych. Cokolwiek jest sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła oraz wzorcami życia świętych, to z całą pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który prowadzi Kościół poprzez wieki. 

W szczególny sposób dotyczy to liturgii Kościoła, która jest wyjątkowym i zarazem powszechnym i codziennym sposobem działania i asystencji Ducha Świętego. Prawdziwa liturgia Kościoła wyrasta z Bożego Objawienia i czerpie z niego zarówno treści i słowa, jak też natchnienie gestów i zasad. Tradycyjne modlitwy i obrzędy operują pojęciami zaczerpniętymi z Pisma św. i są na wskroś biblijne, będąc równocześnie głównym świadkiem świętej Tradycji. 

Fakt, że tradycyjne liturgie nie mają indywidualnego autora (liturgia bizantyńska mówi wprawdzie o liturgii św. Jana Chryzostoma i św. Bazylego, chodzi w tym jednak o anafory przypisywane tym Ojcom Kościoła, nie o liturgię jako taką), jest dowodem na to, że są one owocem działania Ducha Świętego w całym Kościele. Jest więc normalne i zrozumiałe, że wszystkie tradycyjne ryty, zarówno zachodnie jak też wschodnie, są co do treści i głównych zasad całkowicie ze sobą zgodne. Niezgodę, czyli odstępstwo wprowadzali dopiero heretycy, zwłaszcza protestanci. 

Dokonane w XX wieku reformy w liturgii, począwszy od reformy Wielkiego Tygodnia aż do mszału Pawła VI, cechuje po pierwsze sztuczne wytworzenie przez "fachowców", a po drugie ewidentne odejście zarówno od stałych zasad liturgii, jak też od prawd wiary. Efekt jest aż nadto oczywisty: wystarczy porównać choćby Mszę św. sprawowaną według Missale Romanum św. Piusa V z celebracją według mszału Pawła VI na przeciętnej parafii. Przepaść jest jeszcze większa gdy porówna się niestety coraz częstsze nadużycia sprzeczne nawet z Novus Ordo czy praktyki sekt wewnątrz struktur kościelnych jak tzw. charyzmatycy czy neokatechumenatowcy. Zerwanie jedności z Kościołem odwiecznym, a zarazem zbliżenie zwłaszcza do sekt protestanckich jest aż nader widoczne i to nawet bez głębszych analiz teologicznych. Nie pomoże tutaj powoływanie się na legalność wprowadzenia tzw. reformy przez władze kościelne, gdyż status prawny nie jest w stanie zmienić faktycznego stanu teologicznego obrzędów oraz ich praktykowania. Ewidentny jest więc związek owych reform z postępującą apostazją od wiary katolickiej i to mimo nominalnej przynależności do Kościoła. Ograniczanie i zakazy dostępu do liturgii tradycyjnej, które mają widocznie zapobiegać rozpoznaniu zerwania jedności z Kościołem odwiecznym, ostatecznie na pewno nie będzie skuteczne. Ludzie podejmujący takie działania tkwią mentalnie w latach 60-ych i 70-ych XX wieku, nie przyjmując do wiadomości nawet prostego faktu, że w dobie powszechności wiedzy dzięki internetowi nie jest możliwe zablokowanie dostępu do informacji na temat tradycyjnej liturgii Kościoła oraz do uczestniczenia w niej choćby przez internet. W sytuacji postępującej zapaści autorytetu władz kościelnych zwłaszcza u młodego pokolenia wszelkie bariery i restrykcje będą miały efekt raczej budzenia ciekawości i szukania alternatywy względem skompromitowanego mainstream'u. 

Wiąże się z tym przymiot świętości Kościoła. Osobiście należę do pokolenia wychowanego w pogardzie dla czasów "przedsoborowych" i wszystkiego, co było z nim związane, zwłaszcza dla liturgii tradycyjnej. Moimi profesorami i wychowawcami byli przedstawiciele pokolenia rewolucyjnego z czasu Vaticanum II. Jeden z moich przełożonych i zarazem wykładowców werbistów w Austrii regularnie powtarzał, że nie zdzierżyłby, gdyby któryś z nas chodził w sutannie, bo on całą swoją młodość walczył o to, by nie chodzić w sutannie. To jest banalny przykład, jednak znaczący. Obecnie rządzących w Watykanie cechuje ta sama mentalność: nie są oni w stanie zdzierżyć tego, iż młodsze pokolenia urodzone i wychowane po Vaticanum II interesują się i zachwycają Tradycją Kościoła, zwłaszcza liturgiczną. Stąd się biorą wręcz irracjonalne, psychologicznie i teologicznie patologiczne próby odebrania katolikom tego, czego im nikt nie może odebrać, gdyż to było własnością Kościoła poprzez wieki. Nie można tego odebrać nawet w imię rzekomej jedności, ponieważ nie może być trwałej jedności w fałszu, w odejściu od prawdy Bożej, wyrażonej w tradycyjnych świętych obrzędach. Jeśli ich sprawowanie ma być odejściem od jedności - jak twierdzą betonowi reformiści-bugniniści - to z kim jednoczy ta jedność? Z kim jednoczą się reformiści, skoro przeszkadza im sprawowanie świętych tajemnic tak, jak czyniły to pokolenia świętych i pasterzy Kościoła na przestrzeni wieków? 

Jednym z aspektów i wymiarów jedności jest katolickość. W polskojęzycznej wersji słów wyznania wiary jest mowa o "Kościele powszechnym". Ten przymiotnik jest mylący i nie oddaje greckiego słowa "katholike". Język łaciński ma swoje określenie na "powszechny", mianowicie "universalis", jednak łacińska wersja Credo przejęła greckie słowo jako "catholicam Ecclesiam". Nie chodzi bowiem o to, że Kościół jest wszędzie i dla wszystkich, lecz o to, że ma w sobie pełnię prawdy, jej całość, i właśnie dlatego jest posłany na cały świat i do wszystkich ludzi. 

To posłannictwo ma swój początek w posłaniu Apostołów przez Pana Jezusa przed Wniebowstąpieniem. Dlatego właśnie Kościół jest apostolski. Nie ma i nie może być innego fundamentu Kościoła jak ta wiara, którą głosili Apostołowie. Oznacza to, że władza w Kościele musi być apostolska, nie może być sprzeczna z nauczaniem Apostołów, nie może od niego odejść w żaden sposób. Jest ona dana następcom Apostołów, czyli biskupom wraz z następcą św. Piotra, nie po to, by odwodzili wiernych od nauczania Apostołów poświadczonego poprzez wieki nauczania pasterzy Kościoła. Jeśli ktoś sprawujący urząd kościelny próbuje ten urząd użyć do odwodzenia wiernych od odwiecznego nauczania Kościoła, to nie działa mocą tego urzędu, lecz wbrew niemu. Takie próby oczywiście nie są wiążące, a wręcz zasługują na kategoryczny sprzeciw. 

Przykłady: 

Skoro Kościół zawsze wierzył, że także w okruchach Ciała Pańskiego jest obecny Jezus Chrystus, to sprzeciwić się należy komunii dołapnej.

Skoro w Kościele nigdy nie było ministrantek, lektorek, akolitek, szafarek a także świeckich szafarza itp., to sprzeciwić się należy ich wprowadzaniu i posługiwaniu przez nich.

Skoro nigdy w Kościele nie było żyjących w małżeństwie diakonów, to sprzeciwić należy się ich wprowadzaniu i posługiwaniu przez nich. 

Formy sprzeciwu mogą być różne, od kierowania publicznych protestów, aż do bojkotowania parafij i kościołów, gdzie są praktykowane takie świętokradzkie, paraprotestanckie wymysły.

Jak widać, istota, natura i ustrój Kościoła jest zasadniczo różny od wspólnot jedynie ludzkich, zwłaszcza od sekt heretyckich. Nie przypadkowo możni tego świata popierają i forsują wszelkie herezje, także usiłując upodobnić Kościół zwłaszcza do sekt protestanckich. Sekty protestanckie ze swej natury są podatne na uległość wobec władzy świeckiej, także wobec mody i fałszywych trendów rzekomo nowoczesnych. Wynika to z ich oderwania od jedności z prawdziwym Kościołem Chrystusowym trwającym od wieków. To oderwanie jest w interesie mocy ciemności, która chce sobie podporządkować religię czy wręcz stworzyć jej namiastkę według swoich potrzeb (zdając sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie jej wyeliminować). Ostatnie lata tzw. pandemii były tego dobitnym przykładem. Haniebne zachowanie niestety także wielu hierarchów katolickich ukazuje rozmiar i głębię zapaści duchowej, moralnej i teologicznej w obecnych strukturach. 

Czas obecny to z pewnością czas próby wierności i dojrzałości, zarówno ludzkiej jak też religijnej. Tym ważniejsze jest sięganie do niezatrutych, nieskażonych źródeł wiary i pobożności katolickiej. Oni chcą nam odebrać jedność z wiarą i świętością naszych przodków, byśmy byli wydani na pastwę ich zaciemniającej i zniewalającej propagandy. Zapewne konieczny będzie heroizm. Nie musi to być heroizm krwi. Czasy zamętu i ucisku zwykle w historii poprzedzały nowy rozkwit Kościoła. Ofiara z miłości do Boga i bliźniego zawsze przynosi owoce. Do tego zdolny jest każdy, kto ma wiarę. 

Dlaczego używanie wulgaryzmów jest grzechem?



Niestety słabnie w Polsce i wśród Polaków świadomość, że mówienie wulgarne, czyli używanie słów wulgarnych, jest grzeszne. Przyczyną są pewne fałszywe wzorce rozpowszechniane w mediach, pochodzące głównie od środowisk ateistycznych i antykościelnych (jak wiadomy Goebbels stanu wojennego, wiadomy biznesmen wysyłający dzieci do zbierania pieniędzy na mrozie itp.), choć nie tylko, lecz także od osób, nawet polityków i publicystów uważających się - o zgrozo - za prawicowych (Korwin-Mikke, Michalkiewicz itp.). 

Owszem, należy wspomnieć aspekt kulturowo-historyczny, czyli zarówno pochodzenie wulgaryzmów jak też przemiany w ich używaniu. Wiele słów uważanych obecnie powszechnie za wulgarne były niegdyś używane bez takiej konotacji w języku warstw najniższych, nie związanych z kulturą piśmienną i językiem literackim. Łatwo to zauważyć obecnie w istnieniu różnych słów dla tej samej rzeczy, tzn. słowa kulturalnego i wulgarnego. Właściwie wszystkie wulgaryzmy mają odpowiednik w języku zwykłym, kulturalnym. Wybór wulgaryzmu oznacza więc przede wszystkim czy to brak kultury przynajmniej językowej, czy też świadome preferowanie określenia wulgarnego, czego powodem są zwykle negatywne emocje odnośnie czy to treści wyrażanej czy adresata wypowiedzi.

Drugą istotną cechą wulgaryzmów jest ścisły, właściwie niemal wyłączny związek ze sferą sexualności oraz wydalania fizjologicznego, czyli dziedziną, która zwykle otoczona jest poczuciem intymności, dyskrecji, wstydu i ścisłej prywatności. Podczas gdy nawet użycie kulturalnego wyrażenia odnośnie tej tematyki dość często uważane jest czy może być uznane za niestosowne, to tym bardziej użycie określenia wulgarnego - czy to w danym temacie czy jako "wstawki" emocjonalnej - może i zwykle powinno być uznane za rodzaj napaści słownej czy wręcz werbalnego molestowania. Takie jest generalnie odczucie nie tylko w cywilizacji europejskiej, lecz przynajmniej w znacznym stopniu w wymiarze ogólnoludzkim (właściwie każdy język kulturowy odróżnia słownictwo wulgarne od niewulgarnego).

Jak to się ma do zasad etyki katolickiej czy ogólnie chrześcijańskiej?

Etyka chrześcijańska bazuje na prawie naturalnym, którego klasycznym, aczkolwiek kulturowo związanym wyrazem jest Dekalog. Dziesięcioro Przykazań nie wyczerpuje całości etyki religii starotestamentalnej, lecz stanowi jedynie skrótowy kodex, pod którego konkretnymi wskazaniami (nakazami i zakazami) należy rozumieć całą, szeroką tematykę moralną. Oznacza to, że nie każdy element etyki religii objawionej, nawet jeśli jest istotny, musi być wprost wymieniony w Dekalogu. Np. z braku odniesienia do homosexualizmu czy samogwałtu nie można wnioskować o dowolności w tych sprawach.

Nie ulega wątpliwości, że kultura krajów i narodów europejskich, także Polski, była kształtowana głównie przez chrześcijaństwo. Dotyczy to także kultury języka i ogólnie komunikowania się, także przez różne dziedziny sztuki. Wiadomo, że wierzenia i nawyki pogańskie najdłużej trwały w najniższych warstwach społecznych. Dotyczy to także kultury języka czy jej braku. Język codzienny warstw wykształconych, będących nośnikiem cywilizacji, był (powinien być) najbliższy językowi literatury, zarówno religijnej jak też świeckiej, słowu  zarówno pisanemu, jak też mówionemu (kazania, przemowy, wystąpienia publiczne). Dopiero wraz z proletaryzmem najpierw XIX-wiecznym (naturalistyczno-pozytywistycznym), a następnie komunistycznym, nastąpiło wprowadzenie wulgaryzmów do dziedziny szeroko pojętej kultury. Za prekursora można wprawdzie uznać herezjarchę M. Ludera, którego przemowy i nawet kazania opływają w wulgarność, nawet jeśli przez wieki na szczęście wpierw nie znalazł wielu naśladowców o porównywalnej randze.

Dlaczego wulgaryzacja języka jest sprzeczna nie tylko z kulturą, lecz także z etyką chrześcijańską?

Wynika to z godności człowieka, której orędownikiem i rzecznikiem zawsze był i jest Kościół Chrystusowy. Nienależyte akcentowanie czy wręcz sprowadzanie spraw codzienności do sfery sexualnej traktowanej werbalnie bez należnej dyskrecji, a z wyraźną emocją (zwykle w kontekście złości), godzi w godność człowieka z jej prymatem sfery duchowej, wraz z odpowiednim szacunkiem dla dziedzin niższych, poddanych rozumności, wartościom duchowym oraz wzniosłym uczuciom. 

Zresztą wystarczy zwykły krótki namysł nad najczęstszymi słowami wulgarnymi, żeby pojąć, iż nie zasługują one ani na bezmyślne stosowanie, ani na bycie nośnikiem czy wyrazem emocyj, które u normalnego człowieka zwykle nie mają związku ze sferą oznaczaną przez te słowa.

W praktyce używanie wulgaryzmów wynika przeważnie z bezmyślności (czy to z nawyku, czy z bezrefleksyjnego naśladowania), nawet jeśli nie jest wyrazem braku opanowania języka. Jedno i drugie, zarówno brak panowania rozumu nad emocjami i słowami, jak też bezmyślność w słowach, jest przede wszystkim samoupodleniem się i tym samym grzechem przeciw miłości własnej. Równocześnie jest to grzech przeciw miłości bliźniego, gdyż sprowadza myśli i uczucia także innych do sfery poniżej pasa i to traktowanej czy to z pogardą czy lubieżnie. Tym bardziej grzeszne jest opatrywanie bliźnich określeniami wulgarnymi. 

Ostatecznie i najwyższym stopniu są to oczywiście grzechy także przeciw miłości Boga, gdyż godzą w godność człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże, co oznacza wyposażenie w zdolności duchowe i duchowe powołanie, które sfery niższe traktuje z należnym szacunkiem według ich godności. Kulturalne określenia dla tych spraw są właśnie wyrazem takiego szacunku i rozumnego opanowania. 

Na koniec jeszcze jeden aspekt, mianowicie dawanie dobrego przykładu i świadectwa postawie chrześcijańskiego szacunku i opanowania, w tym sensie więc szlachetności i szlachectwa duchowego. Kto jak nie właśnie katolik powinien być wzorem takiego stosunku do rzeczywistości stworzonej, do bliźnich i do samego siebie, jaki odzwierciedla miłość Boga samego, który z dobroci stworzył wszystko i kazał człowiekowi nazywać rzeczy właśnie jako dobre? 

Czy wolno podważać uznane objawienia prywatne?

 

Jednym z przejawów ignorancji religijnej - i to nawet wśród duchownych, którzy niby ukończyli studia teologii - jest obecnie rozpowszechnione mniemanie, jakoby uznane oficjalnie objawienia prywatne były obowiązujące dla katolika i niepodważalne. Tak oczywiście nie jest. Wystarczy znać chociażby treść "Katechizmu Kościoła Katolickiego" w tej kwestii. Takie jest też zresztą stanowisko tradycyjnej teologii katolickiej, czego przykładem są słowa jezuity, profesora papieskiego uniwersytetu Gregoriana, o. Pawła Siwka, zawarte w jednej jego książek w sprawie Teresy Neumann z bawarskiego Konnersreuth (strona 79):




Jedno wyjaśnienie: Orzeczenie, iż dane objawienie prywatne nie sprzeciwia się wierze i moralności, NIE jest nieomylne, a to już ze swej natury, gdyż nie dotyczy publicznego Bożego Objawienia, i tym samym nie jest obowiązujące dla katolika. Tym samym można i należy badać wszelkie objawienia prywatne, także te zatwierdzone przez władze kościelne. Badanie to oczywiście powinno mieć miejsce przede wszystkim w świetle prawd wiary i według kryteriów racjonalnych. 

Czy Kościół wyróżnia kobiety?



W Kościele i w świetle teologii katolickiej nie ma tego typu wyróżnienia. Zarówno mężczyzna jak też niewiasta mają swoją specyfikę i godność, także zadanie i powołanie. Wiążą się z tym daleko idące różnice, oczywiście przy zasadniczej równości co do godności dziecka Bożego.
Jest zrozumiałe, że niewiastom z powodu macierzyństwa z natury należy się szczególna troska i szacunek ze strony mężczyzn. Chodzi o względy sprawiedliwości i odpowiedzialności.
Podobnie mężczyźnie należy się szacunek i troska ze strony niewiasty, którą się opiekuje i której zapewnia bezpieczeństwo - jej i potomstwu.

Świeckie zwyczaje i konwenanse należy oceniać w świetle porządku stworzenia oraz norm moralnych. Istotne jest odróżnienie w zachowaniu między małżonkami a niemałżonkami. Szczególne wyrazy szacunku mają swoje miejsce w małżeństwie, nie w zachowaniu towarzyskim. Np. całowanie każdej kobiety w dłoń nie jest zwyczajem chrześcijańskim, lecz wynalazkiem świeckim, którego podłożem jest deprecjonowanie więzi rodzinnych. Pierwotnie i właściwie gest ucałowania w rękę wyraża szacunek i wdzięczność wobec rodziców i żywicieli (ojca i matki, także chrzestnych i przybranych), zarówno w sensie naturalnym i materialnym jak też duchowym (stąd zwyczaj całowania w rękę księży jako ojców pod względem duchowym).

Znaczną część zwyczajów świeckich znamionuje swoista obłuda czy wręcz przewrotność w odniesieniu do kobiet: z jednej strony forsuje się rzekome prawa kobiet, a z drugiej rzekomą równość, która sprzeciwia się i niszczy ich tożsamość i właściwe powołanie, którym jest macierzyństwo naturalne i też duchowe. Skutkuje to postępującym procesem brutalizacji wśród kobiet, a równocześnie zniewieścienia wśród mężczyzn.

Czy poparcie dla tzw. drogi synodalnej jest popadnięciem w herezję?

 

Chodzi o karę automatycznej exkomuniki za przestępstwa takie jak apostazja, herezja i schizma. Z jednej strony można owszem mówić o materialnym popełnieniu w tym wypadku wszystkich trzech przestępstw. Z drugiej strony jednak postulaty tzw. drogi synodalnej są tak sprytnie ujęte, że formalnie trudno jest udowodnić winę. Konieczne byłoby wszczęcie procedury przedstawienia zarzutów, przesłuchania i wezwania do odwołania błędów. W obecnej sytuacji personalnej i politycznej w Watykanie jest to niestety mało prawdopodobne. O tym wiedzą przywódcy tzw. drogi synodalnej i właśnie dlatego pozwalają sobie na tego typu excesy. Zresztą nie są one nowością, gdyż tego typu poglądy i postulaty są prezentowane od dziesięcioleci zarówno na ambonach i salach wykładowych, jak też w mediach skrajnie modernistycznych. Dopiero za rządów Franciszka odważono się je sformułować na takim poziomie w dość otwarty sposób. Innymi słowy: apostazja establishmentu modernistycznego jedynie ujawniła się bardziej otwarcie, choć de facto ma miejsce od dawna i to już mniej więcej od Vaticanum II. 

Czy x. Edmundas Naujokaitis FSSPX został zwiedziony?

 


W związku z nową okolicznością, jaką jest następna wypowiedź x. Szymona Bańki FSSPX w kwestii rzekomych objawień prywatnych danych s. Faustynie, zostałem poproszony o ponowny wpis w temacie. Jest to ciąg dalszy wątku wystąpienia x. Bańki, w którym zapowiedział on publikację teologicznej apologii owych objawień ze strony przedstawiciela FSSPX (por. tutaj). Wypracowanie x. Naujokaitis'a jest opatrzone przez niego samego mianem "memorandum" (dostępne tutaj), mającym być skrótem rzekomej wnikliwej, kilkusetstronicowej analizy napisanej po polsku. Ta właściwa analiza pozostaje nadal nieopublikowana, czyli pozostaje tajemnicą, co jest znamienne. Opublikowanie streszczenia po angielsku oznacza, że jest ono adresowane do szerokiej publiczności teologicznej i kościelnej na całym świecie, więc tym bardziej wymaga wnikliwego zbadania i oceny. Już sam fakt opublikowania "wniosków" - jak to autor nazywa - bez opublikowania właściwego textu śmierdzi podstępem propagandowym czyli oszustwem na czytelnikach. Autor widocznie wymaga od czytelników, by przyjęli na wiarę jego "wnioski" bez możliwości sprawdzenia ich umocowania we właściwych źródłach i dowodach. 

Godny uwagi jest fakt, że autor na początku wyznaje, iż on osobiście znajduje dużo pociechy w "Dzienniczku" s. Faustyny oraz praktykuje nabożeństwo do obrazu z nim związanego. Tym samym wykluczone jest trzeźwe, teologiczne podejście, co znajduje potwierdzenie w trakcie jego wywodów. Odnoszę się po kolei do poszczególnych kwestij.

1. Autor twierdzi, że nie ma problematycznych kwestij co do życiorysu s. Faustyny. Jest to wierutne kłamstwo. Już sama okoliczność wstąpienia do klasztoru w rezultacie rzekomych objawień prywatnych jest poważnym problemem teologicznym, gdyż niezbadane i nieuznane przez Kościół objawienie prywatne nigdy nie może być prawowitym motywem wyboru powołania czy drogi życiowej. Uznanie post hoc, czyli po dziesięcioleciach - i to bardzo problematyczne i wątpliwe - nie jest żadnym prawowitym usprawiedliwieniem dla decyzji podjętej wówczas. Co więcej: jeśli Helena nie wyznała przed przełożonymi - a wpierw przed spowiednikiem - rzekomych objawień jako powodu czy przynajmniej okoliczności swojej decyzji wstąpienia do klasztoru, to dopuściła się oszustwa, a jej spowiedzi były prawdopodobnie świętokradzkie. Już ta sama okoliczność świadczy o nieautentyczności rzekomych objawień. Pan Jezus z całą pewnością nie pozwoliłby na taką decyzję bez szczerości wobec spowiednika i przełożonych zakonnych. 

2. Autor mówi o "życiu mistycznym" Heleny / s. Faustyny. To jest kolejne grube oszustwo na czytelnikach. Otóż objawienia prywatne, zwłaszcza autentyczne, teologicznie nie należą do dziedziny mistyki, lecz do dziedziny proroctw, czyli nadzwyczajnych charyzmatów. Różnica jest istotna, gdyż dziedzina mistyki odnosi się do osobistej świętości i podlega osądowi jedynie spowiednika, podczas gdy w dziedzinie charyzmatów konieczne jest oficjalne zbadanie przez władze kościelne. 

3. Autor słusznie zauważa, iż rzekome objawienia dane s. Faustynie były znane jedynie jej spowiednikom, kierownikom duchowym, przełożonym zakonnym oraz kilku współsiostrom w zakonie. Tutaj także tkwi poważny problem teologiczny, duchowy i prawny. Otóż zasady Kościoła są takie, że objawienia prywatne są badane nie przez spowiednika, nie przez kierownika duchowego i też nie przez przełożonych zakonnych. Jeśli spowiednik dowiaduje się o takowych przeżyciach penitentki, a w swoim osądzie dopuszcza możliwość, iż są autentyczne, czyli że mogą pochodzić od Boga, wówczas ma obowiązek zobowiązać ją do wyjawienia ich swoim przyłożonym albo bezpośrednio biskupowi miejsca. Wówczas biskup miejsca, o ile uzna za stosowne, czyli wydaje mu się, iż przeżycia mogą być autentyczne, powołuje dwie komisje - medyczną i teologiczną. Zadaniem komisji medycznej - który powinna się składać przynajmniej po części z osób niewierzących czy przynajmniej niekatolików - jest zbadanie zdrowia psychofizycznego danej osoby. Natomiast zadaniem komisji teologicznej jest zbadanie okoliczności i treści rzekomych objawień. W przypadku s. Faustyny widocznie biskup miejsca nie został nawet poinformowany, a jedynie sam x. Sopoćko zauzurpował sobie prawo i kompetencje do rzekomego badania. Przy czym jedynym śladem rzekomego badania jest jakiś świstek wystawiony przez jakąś zupełnie nieznaną lekarkę. Toż to jest bezczelne szyderstwo z katolików i zasad Kościoła. Już choćby za to x. Sopoćko powinien zostać przynajmniej suspendowany i całkowicie odsunięty od sprawy, a nie wyniesiony na ołtarze. 

4. Ciekawe jest, że autor wspomina o istnieniu 67 listów s. Faustyny, twierdząc przy tym, że nie zawierają one żadnych ważnych informacyj. Jest to o tyle ciekawe, że niedawno został wydany wybór listów, czyli nie wszystkich, przy czym ich znaczna część zawiera owszem znaczące szczegóły. Wypowiem się o nich osobno w swoim czasie. 

5. Autor zupełnie bezkrytycznie powiela oficjalną propagandę co do historii textu "Dzienniczka" oraz jego badania przez Stolicę Apostolską. Całkowicie pomija kwestie: 

- jak to było możliwe, by Stolicy Apostolskiej dostarczono "poprawioną", niezgodną z oryginałem wersję "Dzienniczka",

- na czym polegały błędy tłumaczenia na język włoski, 

- na czym polegają różnice między tym tłumaczeniem a obecnie rozpowszechnianą wersją "Dzienniczka",

- kto ponosi odpowiedzialność za takie wręcz karygodne oszustwo - o ile do niego doszło - na Stolicy Apostolskiej,

- jakie były teologiczne powody wydanego przez Święte Oficjum zakazu rozpowszechniania "Dzienniczka". 

6. Autor słusznie zwraca uwagę na fakt, iż nigdy nie było i nadal nie ma dostępu do fotokopii rzekomego oryginału textu napisanego przez s. Faustynę. Czyż nie jest to znaczące? Tym bardziej, iż rzekomy oryginalny text nie zawiera żadnych korekt językowych czy ortograficznych, co należy uznać za przynajmniej dziwne w przypadku prostej zakonnicy, która ukończyła jedynie 3 klasy szkoły podstawowej. 

7. Wręcz groteskowo naiwnie autor zakłada, iż rzeczywiście Pan Jezus mówił do s. Faustyny, nazywając ją "sekretarką". 

8. Autor twierdzi, że "Dzienniczek" zawiera kilka problematycznych wypowiedzi, a równocześnie zdecydowanie odrzuca zarzut o herezje. Zapowiadane uzasadnienie wygląda bardzo mizernie, o czym będzie poniżej.

9. Autor twierdzi, że zainicjowane przez s. Faustynę nabożeństwo do "Bożego Miłosierdzia" jest w swej istocie powiązane ze znanym od wieków - i propagowanym zwłaszcza przez jezuitów - kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Także tutaj brakuje jakiegokolwiek uzasadnienia czy choćby reflexji. Otóż faktem jest, iż to nowe nabożeństwo jest nie tylko istotnie sprzeczne z owym ostatnim kultem, lecz je w międzyczasie de facto wyparło i zastąpiło, zwłaszcza w Polsce, gdzie praktycznie zanika nabożeństwo pierwszopiątkowe, od wieków znienawidzone i zwalczane zwłaszcza przez masonów. 

10. Autor twierdzi, iż u s. Faustyny nie ma żadnych znamion fałszywego illuminizmu, do których należy zwłaszcza konflikt między wewnętrznym doświadczeniem a zewnętrzną doktryną Kościoła i wolą przełożonych. Jest to oczywiście wierutne kłamstwo. Otóż w "Dzienniczku" aż roi się od znamion fałszu teologicznego, a nawet zdroworozsądkowego, co jednoznacznie wskazuje na mistyfikację. Jest to mistyfikacja dość sprytnie spreparowana, prawdopodobnie przez x. Sopoćkę wespół z x. Andraszem, gdyż prosta zakonnica sama nie byłaby w stanie tego uczynić. Dlatego właśnie oryginał "Dzienniczka" (rzekomo) nie zawiera błędów językowych i ortograficznych, tudzież nie jest publicznie dostępny choćby w wersji elektronicznej. 

11. Równie fałszywe i wręcz groteskowe jest twierdzenie, jakoby s. Faustyna należała do solidnej szkoły duchowości zapoczątkowanej przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Autor nie jest w stanie podać choćby jednego argumentu na korzyść tego twierdzenia. 

12. Równie bezpodstawne jest twierdzenie, że mamy "więcej niż dość" zewnętrznych świadectw na wysoki poziom wszelakich cnót i osobistej świętości s. Faustyny. Zresztą autor sam sobie sobie zaprzecza, mówiąc, iż nie ma możliwości sprawdzenia procesu o heroiczności jej cnót i że on polega na wynikach oficjalnego procesu beatyfikacyjnego. 

13. Wychwalając rzekomą cnotę wiary u s. Faustyny autor myli treść "Dzienniczka", który wszak z założenia ma za przedmiot rzekome objawienia, z osobistą postawą zakonnicy, która powinna być znana przede wszystkich z zeznań świadków, czyli jej współczesnych osób. Dopóki nie ma wystarczającej pewności, że "Dzienniczek" w obecnie oficjalnej wersji pochodzi w całości i w szczegółach od s. Faustyny, nie może on stanowić jakiejkolwiek, choćby pomocniczej podstawy do oceny stopnia wiary nadprzyrodzonej u niej. 

14. Już samo pomieszanie przez autora cnót teologalnych z cnotami kardynalnymi niedobrze świadczy o jego kompetencji i solidności teologicznej. W procesie beatyfikacyjnym kluczową rolę ma zbadanie i stwierdzenie cnót teologalnych, natomiast cnoty kardynalne są drugorzędne i badane pomocniczo, aczkolwiek są współzależne i powiązane. Teolog ma obowiązek uporządkowanego rozważenia i rozpatrzenia. 

15. Wręcz skandalicznie fałszywe jest twierdzenie autora o pewności co do zdrowia psychicznego s. Faustyny. Rzekome świadectwo rzekomej dr Maciejewskiej, nieznanej z jakichkolwiek innych źródeł, zupełnie nic nie znaczy, gdyż nie jest to świadectwo kanonicznej komisji medycznej, która jest wymagana w procedurach kościelnych. Kapłan katolicki - zarówno x. Sopoćko jak też x. Naujokaitis - powinien o tym wiedzieć. Także jakieś książki pseudobiograficzne nie stanowią żadnego dowodu w tej kwestii, a świadczą najwyżej o naiwności ich autorów oraz odbiorców. 

16. Podobnie rzecz się ma z innymi cnotami wychwalanej przez autora s. Faustyny. Do ich stwierdzenia konieczne byłoby przesłuchanie pod przysięgą wszystkich świadków jej życia i to natychmiast po tym jak stały się znane przełożonym jej rzekome objawienia. To powinno być przedmiotem badania przez komisję teologiczną, do czego nie dopuścił przez swawolne i przestępcze działanie x. Sopoćko, ale także inni spowiednicy oraz przełożeni s. Faustyny i kapelani domów zakonnych, w których ona przebywała. Są dwie możliwości: albo wszystkie te osoby w jaskrawym nieposłuszeństwie wobec zasad Kościoła zataiły sprawę s. Faustyny przed władzą kościelną, czyli biskupem miejsca, do którego kompetencji i obowiązku należało zbadanie sprawy przez powołanie odpowiednich komisyj (medycznej i teologicznej), albo cała sprawa jest perfidną mistyfikacją x. Sopoćki wespół z kilkoma innym osobami jak x. Andrasz oraz przełożone zgromadzenia, do którego należała s. Faustyna. Innego wyjaśnienia braku przeprowadzenia normalnej procedury kościelnej przewidzianej w tego typu sprawach nie ma. 

17. Autor słusznie zwraca uwagę na problem pokory - raczej jej braku - u s. Faustyny, czego powodem są liczne miejsca w "Dzienniczku". Jednak znowu na siłę i fałszywie próbuje usprawiedliwić s. Faustynę, porównując jej postawę gołosłownie do św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Otóż u żadnej innej świętej osoby, kanonizowanej według tradycyjnych zasad Kościoła, nie ma tego typu pochwał i górnolotnych, wbijających w pychę określeń, jakie stosuje rzekomo Pan Jezus w odniesieniu do s. Faustyny. Szczególnym i przekraczającym wszelką miarę przypadkiem jest zdanie rzekomo pochodzące od Pana Jezusa, mówiące o zjednoczeniu z s. Faustyną w stopniu jedynym spośród wszystkich stworzeń, czyli tym samym bluźnierczo wynoszące zakonnicę ponad Matkę Najświętszą. To jest o wiele więcej niż herezja. 

18. W punkcie zatytułowanym mylnie jako "życie mistyczne" autor wylicza kilka zarzutów odnośnie pobożności s. Faustyny i propagowanego przez nią - czy raczej pod jej imieniem - nabożeństwa do "Miłosierdzia Bożego". Zarzuty są trafne, lecz autor usiłuje je znów obalić w sposób prymitywny i chybiony:

- Sentymentalność nie byłaby właściwie żadnym zarzutem, gdyby nie była powiązana z brakiem prawdy faktycznej i teologicznej.

- Brak odwołania do Ducha Świętego i Jego kultu jest dość wyraźnym znamieniem działania złego ducha. 

- Fałszywe jest twierdzenie autora, jakoby Faustynowy kult "MB" był harmonijnie powiązany z tradycyjnym kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Faktycznie między nimi zachodzi przepaść, choćby w zasadniczej sprawie: kult NSPJ zakłada i propaguje zadośćuczynienie i wynagrodzenie za grzechy swoje i cudze, podczas gdy kult "MB" daje obietnicę łatwego "zbawienia" przez praktykowanie koronki i kultu obrazu, którego historia zresztą również ma znamiona perfidnego oszustwa, gdyż obecnie propagowany jest obraz nie mający wiele wspólnego z obrazem namalowanym według wskazań s. Faustyny. 

- Słusznie autor wskazuje na problem dołapnej Komunii u s. Faustyny. Próbuje wybrnąć tutaj twierdzeniem, że chodzi jedynie o "wizję mistyczną", a nie realne wydarzenie. Próba jest oczywiście chybiona, gdyż "wizja mistyczna" jako rzekomo pochodząca od Boga ma znacznie większą moc sugestywną niż realne zdarzenie. Tym samym nie da się zaprzeczyć, że "Dzienniczek" - obok niezliczonych fałszów i bluźnierstw - zawiera także dość nachalną propagandę na rzecz komunii dołapnej. 

- Jedynym zarzutem, którego autor nawet nie próbuje obalić, jest brak odniesień do kultu Matki Bożej Miłosierdzia, której dedykowany jest zakon, do którego należała s. Faustyna. Akurat ten zarzut jest raczej słaby, aczkolwiek słuszny. Oznacza on, iż to całe "nabożeństwo" Faustynowo-Sopoćkowe nawet nie próbuje nawiązywać do tradycyjnej katolickiej doktryny i pobożności w temacie prawdziwego Bożego Miłosierdzia. 

19. Powoływanie się na x. Sopoćkę w kwestii oceny stanu duchowego s. Faustyny świadczy przynajmniej o rzadkiej, a karygodnej w przypadku teologa naiwności. Wszak to x. Sopoćko jest głównym winowajcą i zarazem propagandzistą tych rzekomych objawień, zresztą nie bez osobistych korzyści. Wystarczy choćby pobieżna znajomość klasyków duchowości katolickiej, począwszy od Ojców Kościoła, poprzez dzieła średniowiecznych mistyków, aż do czasów nowszych, w tym także ze szkoły karmelitańskiej jak św. Teresa z Avila i św. Jana od Krzyża, by łatwo zauważyć przepaść między nimi a "Dzienniczkiem" i textami x. Sopoćki. Choćby jeden przykład: w żadnych pismach świętych Pańskich nie ma wzmianki o rozmowach z duszami zmarłych. Jest to praktyka wybitnie okultystyczna, niekatolicka i antykatolicka. Już ten jeden element "Dzienniczka" wystarczy, by go jednoznacznie odrzucić jako mistyfikację i oszustwo, czy to diabelskie czy ludzkie. 

20. Słuszne są wątpliwości autora co do rzekomego cudu, którym posłużono się w procesie kanonizacji s. Faustyny. Aż dziwi, że nie powoduje to u niego głębszej reflexji co do całości sprawy s. Faustyny. 

21. Trudno powiedzieć, czy bardziej groteskowe czy bardziej haniebne jest nazwanie x. Sopoćki "wzorowym i gorliwym kapłanem", mogącym być wzorem także dla FSSPX. O jego wręcz skandalicznym i karygodnym zachowaniu i postępowaniu w kwestii badania rzekomych objawień s. Faustyny była już mowa powyżej. To właściwie wystarczy w kwestii kapłańskiej czy choćby rozsądnej, prawidłowej i legalnej postawy. Jest wręcz nie do wiary, że ktoś po studiach teologicznych - i to rzekomo tradycyjnych - może być aż tak ślepy w tej kwestii. 

22. Haniebne i karygodne jest przypisywanie przez autora św. Tomaszowi słów, których u niego nie ma. Otóż ani we wskazanym przez x. EN miejscu (STh II-II q. 30 a. 4), ani w żadnym innym św. Tomasz nie mówi, jakoby miłosierdzie było największym przymiotem Boga względem stworzeń (por. tutaj). 

Oto oryginał:
"Respondeo dicendum quod aliqua virtus potest esse maxima dupliciter, uno modo, secundum se; alio modo, per comparationem ad habentem. Secundum se quidem misericordia maxima est. Pertinet enim ad misericordiam quod alii effundat; et, quod plus est, quod defectus aliorum sublevet; et hoc est maxime superioris. Unde et misereri ponitur proprium Deo, et in hoc maxime dicitur eius omnipotentia manifestari. Sed quoad habentem, misericordia non est maxima, nisi ille qui habet sit maximus, qui nullum supra se habeat, sed omnes sub se. Ei enim qui supra se aliquem habet maius est et melius coniungi superiori quam supplere defectum inferioris. Et ideo quantum ad hominem, qui habet Deum superiorem, caritas, per quam Deo unitur, est potior quam misericordia, per quam defectus proximorum supplet. Sed inter omnes virtutes quae ad proximum pertinent potissima est misericordia, sicut etiam est potioris actus, nam supplere defectum alterius, inquantum huiusmodi, est superioris et melioris."


Poprawne tłumaczenie:
"Odpowiadam co należy powiedzieć, że jakakolwiek cnota może być największa podwójnie, na jeden sposób według siebie, na drugi sposób przez porównanie z tym, który ją ma. Tak więc według siebie miłosierdzie jest największe. Do miłosierdzia bowiem należy, że rozlewa dla innego. A co więcej, podnosi brak u innych. I to jest najbardziej właściwe dla wyższych. Dlatego zmiłowanie jest uważane za właściwe Bogu, a w tym, jak mówi się, najbardziej ujawnia się Jego wszechmoc. Lecz co do mającego (cnotę) miłosierdzie nie jest największe, jeśli ten, który ma tę cnotę, nie jes największy, nie mając nikogo ponad sobą, lecz wszystkich pod sobą. Dla tego bowiem, kto ma kogoś ponad sobą, czymś większym i lepszym jest złączenie z wyższym niż uzupełnianie braku tego, który jest niższym. Tak więc o tyle dla człowieka, która ma Boga jako wyższego, miłość, przez którą jednoczy się z Bogiem, jest ważniejsza niż miłosierdzie, przez które uzupełnia brak u innych. Natomiast pośród cnót, które odnoszą się do bliźniego, najważniejsze jest miłosierdzie, tak jak też czyn jest tego, kto jest ważniejszy, bowiem uzupełnienie braku innego człowieka jest właściwe dla wyższego i lepszego."

Tutaj każdy szczegół jest ważny, gdyż dowolność ma poważne konsekwencje. To, co wypisują fani Faustynowo-Sopoćkowego miłosierdzia, nie ma wiele wspólnego z tym cytatem. Św. Tomasz jest dla nich jedynie pretextem dla własnych wymysłów. To raz.
Po drugie, św. Tomasz jest wprawdzie wielkim autorytetem, jednak nie jest nieomylny, zwłaszcza tylko w jednym fragmencie. 

X. Edmundas pisze: "St. Thomas says (II–II, q. 30, a. 4), that Mercy is the greatest of the proprieties in God in relation to his creatures." To jest kłamstwo, gdyż św. Tomasz tak nie mówi, jak wykazałem powyżej.

Zresztą także drugi cytat ze św. Tomasza, którym się posługują fani Faustyno-Sopoćkowego "miłosierdzia", jest zakłamany, gdyż oparty widocznie na fałszywym tłumaczeniu charystycznej (wydanej pod nadzorem charysty kard. Wyszyńskiego) "Biblii Tysiąclecia". W STh I q21 a3 ad2 mówi św. Tomasz: "Ad secundum dicendum quod Deus misericorditer agit, non quidem contra iustitiam suam faciendo, sed aliquid supra iustitiam operando, sicut si alicui cui debentur centum denarii, aliquis ducentos det de suo, tamen non contra iustitiam facit, sed liberaliter vel misericorditer operatur. Et similiter si aliquis offensam in se commissam remittat. Qui enim aliquid remittit, quodammodo donat illud, unde apostolus remissionem donationem vocat, Ephes. V, donate invicem, sicut et Christus vobis donavit. Ex quo patet quod misericordia non tollit iustitiam, sed est quaedam iustitiae plenitudo. Unde dicitur Iac. II, quod misericordia superexaltat iudicium." 

To potwierdza, że "miłosierdzie" Faustyno-Sopoćkowe, czyli triumfujące nad sprawiedliwością jest fałszywe. Triumf odnosi się bowiem nad zwyciężonym wrogiem, przeciwnikiem, a to wprost przeczy św. Tomaszowi, który mówi wyraźnie, że Boże miłosierdzie nie działa przeciw ("contra") sprawiedliwości. 

Charystyczna "Biblia Tysiąclecia" fałszuje także słowa z Listu św. Jakubowego. Otóż oryginał brzmi: κατακαυχαται ελεος κρισεως, zaś Wulgata mówi "superexultat autem misericordia iudicio" czyli "zmiłowanie chełpi się sądem". Na fałszywym tłumaczeniu opierają się także tłumaczenia słów św. Augustyna, na które powołują się fani faustyno-sopoćkizmu. 

Także powoływanie się na błogosławieństwa z Kazania na Górze ("błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią") są zupełnie chybione, gdyż słowa Pana Jezusa nie mają nic wspólnego z triumfem miłosierdzia nad sprawiedliwością.

Tym samym upada jakiekolwiek umocowanie Faustynowo-Sopoćkowego "miłosierdzia" w źródłach Bożego Objawienia czy choćby w teologii katolickiej. 

23. Ewidentnie fałszywa jest także teza autora, jakoby koncepcja miłosierdzia zawarta w "Dzienniczku" była kompletnie tradycyjna i zrównoważona. Autorytatywność "misericordialogii" takich osób podanych przez niego jak x. Sopoćko, o. Woroniecki i x. Różycki jest pustą tezą, nie popartą żadną merytoryczną analizą argumentów. Fałszywość postulowanego przez x. Różyckiego rozwiązania problemu ofiarowania Bóstwa już poruszałem (por. tutaj). Przyjdzie kolej na analizę książki o. Woronieckiego oraz propagandy autorstwa x. Sopoćki. 

24. Gołosłowne jest zapewnienie autora, iż nabożeństwo postulowane przez s. Faustynę zakłada konieczność nawrócenia oraz walki z grzechem. Bezpodstawna jest tym samym obrona przed zarzutem automatycznej czy magicznej skuteczności tegoż nabożeństwa dla zbawienia dusz. 

25. Wręcz absurdalne, godzące w elementarną logikę jest twierdzenie autora, iż są trzy "autentyczne obrazy Jezusa miłosiernego", do których zalicza przede wszystkim dzieło Eugeniusza Kazimirowakiego z 1934 r., Adolfa Hyły z 1942 r. oraz Ludomira Ślendzińskiego z 1954 r. W jaki sposób istotnie różne dzieła różnych artystów mogą być wespół autentyczne, autor nie wyjaśnia, widocznie uważając swoich czytelników za debilów nierozumiejących podstawowego znaczenia słowa "autentyczny". Ma to swoje potwierdzenie w rozważaniu przez autora kwestii, który z obrazów "jest bardziej autentyczny"...

26. Na podobnym poziomie logicznym i teologicznym jest podane przez autora rozwiązanie kwestii ofiarowania Bóstwa. Po pierwsze, powołuje się na x. Różyckiego, pomijając całkowicie tegoż główny argument, którym jest ewidentnie heretyckie, nawet wręcz apostackie twierdzenie, jakoby Bóstwo Jezusa Chrystusa było inne niż Bóstwo Boga Ojca (por. tutaj). Po drugie, powołuje się na tzw. modlitwę anioła z Fatimy, pomijając fakt, iż owa modlitwa nie należy do uznanych przez Kościół objawień z Fatimy (więcej tutaj), tym samym popełniając oszustwo na czytelnikach. 

27. Gołosłowne i bezpodstawne jest również twierdzenie autora, jakoby kardynał Ottaviani prowadzący Święte Oficjum nie miał zastrzeżeń co do "Dzienniczka". Nawet jeśli faktycznie osobiście zezwolił arcybiskupowi Wojtyle na wszczęcie procesu informacyjnego w sprawie s. Faustyny, to nie ma to rangi orzeczenia w znaczeniu nihil obstat co do treści "Dzienniczka", lecz najwyżej było zielonym światłem dla zbierania świadectw o życiu zakonnicy, co oczywiście było mocno spóźnione dla kwestii rzekomych objawień prywatnych. Zresztą należy mieć na uwadze, że decyzję w tej kwestii podejmował ostatecznie nie kard. Ottaviani lecz papież. Młody arcybiskup Wojtyła z pewnością był w stanie przekonać samego Pawła VI, który najprawdopodobniej wcale nie znał sprawy. 

28. Bezczelnym kłamstwem jest twierdzenie, jakoby x. Sopoćko nie popełnił nieposłuszeństwa czy niesubordynacji w sprawie s. Faustyny. Wręcz przeciwnie, cała jego działalność w tej kwestii była aktem rebelii przeciw elementarnym zasadom i ustrojowi Kościoła, gdyż to biskup miejsca, czyli najpierw biskup płocki, następnie wileński, a w końcu krakowski mieli obowiązek zbadania sprawy przez powołanie komisyj kanonicznych, o czym była mowa wyżej. Jakiekolwiek badanie przez x. Sopoćkę, a zarazem ukrywanie sprawy przed biskupem miejsca i tym samym uniemożliwienie kanonicznego zbadania sprawy zgodnie z regułami Kościoła, stanowi postawę skrajnego nieposłuszeństwa i buntu przeciw ustrojowi Kościoła. 

Podsumowując: Wywody x. EN są zasadniczo - mimo drobnych uwag krytycznych - jedynie prymitywnym powielaniem oficjalnej propagandy łagiewnickiej. Co więcej, bez podania jakichkolwiek dowodów źródłowych stanowią oszustwo na czytelnikach, żerując na ich naiwności. 

Tym samym odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta i oczywista. 

Jakie są obowiązki dziadków?


Chodzi oczywiście o dziadków w znaczeniu obojga będących rodzicami rodziców. W innych językach są szczęśliwsze określenia, jak angielskie grandparents, niemieckie Großeltern, francuskie grands parents. Polskie określenie nawiązuje prawdopodobnie do łacińskiego avi (gen. avorum), przy czym avus to dziadek, zaś avia to babka. 

Należy odróżnić obowiązki wobec siebie nawzajem od obowiązków względem swoich dzieci, następnie względem ich potomstwa, mimo oczywistych styczności i powiązań. 

Obowiązki wobec siebie nawzajem wynikają ze stanu małżeńskiego, zwłaszcza z sakramentu małżeństwa. Nie wchodząc na tym miejscu w problematykę celów małżeństwa, ich kolejności i priorytetów, wystarczy stwierdzić, że wraz ze spełnieniem obowiązku wydania na świat i wychowania potomstwa po osiągnięciu przez nie dojrzałości i samodzielności pozostaje do spełnienia niezmiennie obowiązek wierności, czyli wzajemnej pomocy duchowo-cielesnej, zgodnie z naturą małżeństwa (już nawet naturalnego, a tym bardziej sakramentalnego). Ten cel małżeństwa nabiera wagi, gdy dorosłe dzieci żyją niezależnie od rodziców. Wówczas małżonkowie mogą więcej uwagi poświęcić sobie nawzajem, swojej relacji, swojemu i wspólnemu dobru duchowo-cielesnemu, a także aktywności dla szerszej społeczności, czy to świeckiej, czy religijnej, oczywiście nie wyłączając swoich dzieci i wnuków. 

Obowiązki wobec swoich dzieci ulegają naturalnej zmianie, gdy one są dorosłe i zdolne do zapewnienia sobie utrzymania, a zwłaszcza do założenia swojej rodziny. Chodzi o zdolność zwykłą, czyli wtedy, gdy na przeszkodzie dla samodzielności nie stoi poważna niepełnosprawność fizyczna czy psychiczna. Taką przeszkodą nie są wady osobowości, gdyż nad wadami można i należy pracować, i można je przezwyciężyć, także w wieku dojrzałym. Jeśli rodzice w procesie wychowania zaniedbali obowiązku właściwego ukształtowania osobowości dziecka, czy też z innych powodów doszło do niedorozwoju czy skrzywienia osobowości, to rozwiązaniem nie jest utwierdzanie dziecka w tym stanie, lecz - oczywiście odpowiednie do wieku - staranie i pomoc ku właściwemu rozwojowi i osiągnięciu samodzielności. Przykładowo: jeśli dziecko mimo dorosłego wieku i wystarczającej sprawności przynajmniej fizycznej nie zapewnia sobie utrzymania, to rozwiązaniem - i zarazem obowiązkiem rodziców - nie jest dawanie utrzymania, lecz takie działanie, by dziecko samo zapewniło sobie utrzymanie. Oczywiście mogą występować sytuacje, gdy dziecko dorosłe przejściowo potrzebuje pomocy rodziców także materialnej, na przykład by zdobyć nowe czy inne odpowiednie kwalifikacje zawodowe. Wówczas musi być jasne, że rodziców stać na taką pomoc i że będzie to pomoc doraźna, wyjątkowa i skuteczna, czyli rozwiązująca problem, a nie będzie sposobem na jednorazowe czy regularne wykorzystywanie dobroci czy naiwności rodziców. 

Nierzadko się zdarza, iż zaniedbania w procesie wychowania są później zastępowane nadtroskliwością i to o znamionach wręcz destrukcyjnej patologii, jeszcze bardziej szkodliwej dla osobowości dziecka, a także dla jego ewentualnej rodziny. Obydwie skrajności są od złego i obydwóch należy się pilnie wystrzegać. Konieczne jest przestrzeganie zasad wynikających wprost czy pośrednio z prawa naturalnego i objawionego, zwłaszcza z sakramentalnego charakteru związku małżeńskiego. W skrócie:

1. Wydanie i wychowanie potomstwa nie jest prywatną sprawą rodziców, lecz wynika z istoty małżeństwa jako instytucji społecznej. Tym samym dzieci nie są własnością rodziców ani w momencie poczęcia, urodzenia, na jakimkolwiek etapie rozwoju i wychowania, a także wtedy, gdy są już dorosłe i przynajmniej powinny być zdolne do samodzielnego życia. 

2. Wynika z tego nie prawo do braku staranności i odpowiedzialności w wychowaniu, lecz wręcz przeciwnie: skoro dziecko jest powierzone rodzicom do wychowania na chwałę Bożą i na pożytek dla rodzaju ludzkiego, to oznacza to tym większą wagę i odpowiedzialność. 

3. Wynika z tego także respektowanie godności ludzkiej i tym samym wolności dziecka, która oczywiście nie jest i nie może być absolutna, lecz zawsze tylko względna, to znaczy zależna od porządku prawdy i dobra, który jest obiektywny i normatywny. Zadaniem rodziców jest ukazanie dziecku tego porządku oraz wyposażenie go w sprawność w jego respektowaniu, czyli w cnoty. 

4. Wykonywanie tego zadania zależy od etapu rozwoju dziecka i od jego stanu. Na czym innym polega wychowanie w wieku dziecięcym, następnie w wieku młodzieńczym i potem dorosłym. W pewnym sensie wychowanie i troska dotyczą także dorosłego i samodzielnego dziecka, aczkolwiek w innym sposób. Zwykle zachodzi pokusa traktowania dorosłego dziecka, nawet takiego, które założyło własną rodzinę, na poziomie młodzieńczym czy wręcz dziecięcym. Z całą pewnością nie jest to pomocne w żaden sposób, choć może być dla którejś ze stron, niekiedy nawet dla obydwóch, łatwiejsze i komfortowe. Szczególnie groźną pokusą jest ingerowanie w życie małżeńskie dorosłego dziecka, co nierzadko prowadzi do rozbicia rodzin i tragedii życiowych. Szczególnej roztropności wymaga dostosowanie troski rodzicielskiej do problemów dorosłego dziecka. Tzw. ślepa miłość, czyli przerost uczuć nad zdrowym rozsądkiem, czym grzeszą zwykle matki, zwykle nie tylko potęguje, lecz często wręcz powoduje problemy w rodzinie dziecka. 

5. Lekarstwem na skrzywione czy wręcz patologiczne stosunki jest prawda Boża. Jej główne składniki to

- grzeszność każdego i konieczność nawrócenia,

- spełnienie człowieczeństwa jedynie w autentycznej miłości Boga i bliźniego, 

- co zakłada zarówno prawo naturalne poznawalne rozumowo, jak też prawo Boże objawione, czyli prawdziwą religię, jaką jest katolicyzm (oczywiście ten autentyczny, nieskażony modernizmem). 

Dlatego najważniejszym środkiem jest regularna i szczera spowiedź na zasadzie kierownictwa duchowego czy przynajmniej stałej opieki duszpasterskiej. Mądry duszpasterz powinien rozeznać sytuację rodzinną przez wysłuchanie wszystkich stron konfliktu. W razie konieczności powinien skierować do poradnictwa specjalistycznego, oczywiście mając na uwadze przede wszystkim zbawienie dusz, a nie powodzenie doczesne. Wiele problemów, o ile nie wszystkie biorą się z odwrócenia priorytetów, gdy na pierwszym miejscu stawia się dobra doczesne, a brakuje troski o zbawienie dusz. Tutaj oczywiście istnieje problem wolnej woli, gdyż nikogo nie można zmusić ani do nawrócenia, ani do starania o zbawienie swojej duszy. Wówczas swoistym wyzwaniem dla wierzących jest takie kierowanie swoim postępowaniem, by nie dawać powodów do zgorszenia, a starać się przez cierpliwą postawę chrześcijańską - która oczywiście nie może oznaczać uległości czy pobłażliwości dla zła - zdobyć dusze bliźnich dla Bożej łaski. 

6. Szczególnym przypadkiem jest stosunek do zięcia czy synowej, oraz ich dzieci czyli wnuków. Tutaj także naczelną zasadą jest jedność małżeńska. Oznacza to, iż jedność i trwałość małżeństwa jest nadrzędna względem relacji między rodzicami i ich dzieckiem. Zaistnienie zięcia czy synowej konstytuuje nową, inną relację między rodzicami a dzieckiem. W pewnym sensie ich rodzicielstwo rozkłada się odtąd także na zięcia czy synową. Równocześnie nie kończy się relacja między zięciem czy synową a jego czy jej rodzicami, aczkolwiek także staje się - powinna się stać - nowa i inna. Odtąd staraniem obydwu par rodziców (czyli teściów) powinno być przede wszystkim pomaganie w utrzymaniu i pogłębianiu jedności małżeńskiej, a nie jakiekolwiek zatrzymywanie swojego dziecka dla siebie. To nastawienie powinno określać także stosunek do wnuków jako owoców jedności małżeńskiej. Na pewno fałszywe byłyby próby przeciągnięcia ich na swoją stronę, jakkolwiek byłyby podejmowane. Jedność małżeńska rodziców - a nie dobrobyt materialny - jest najwyższym dobrem doczesnym dla dziecka, przynajmniej do osiągnięcia wieku dorosłego. Dlatego rodzice (teściowie) powinni wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby zagrażać tej jedności, czy choćby naruszać zgodę i pokój w rodzinie swego dziecka. Oczywiście zgoda międzyludzka nie jest dobrem najwyższym, lecz jest nim zbawienie dusz. Równocześnie działanie czy zachowanie godzące w sakrament małżeństwa - wraz z jego obowiązkami wobec współmałżonka i dzieci - z całą pewnością nie służy zbawieniu dusz, lecz mu szkodzi, a nawet poważnie zagraża. 

7. Rodzice zasadniczo nie mają żadnych zobowiązań materialnych ani wobec swoich dorosłych i samodzielnych dzieci, ani wobec ich dzieci, czyli swoich wnuków. Chrześcijański obowiązek pomocy także wobec własnych dzieci i wnuków zachodzi tylko w przypadku nadzwyczajnej, losowej konieczności, jak choroba czy inne ciężkie sytuacje życiowe, jak np. niezawiniona utrata pracy czy środków do życia. Oczywiście dziadkowie mogą z własnej dobrej woli i według swoich możliwości wspierać swoje dzieci i wnuków, choćby dla wyrażenia swojej życzliwości i troski. Czymś innym jest - i zwykle zawodnym - jest wyrachowane kupowanie sobie wdzięczności dorosłych dzieci i wnuków. Wyrachowanie jest dość łatwo wyczuwalne i dlatego skazane na porażkę. O wiele lepiej sprawdza się szczery, otwarty układ polegający na notarialnym czy testamentalnym zapisie swoich dóbr w zamian za opiekę na starość. Wprawdzie nie daje to gwarancji na godną i spokojną starość, gdyż nie jest w stanie wykluczyć podłości ludzkiej i nadużyć. Dlatego także tutaj należy się kierować bardziej zdrowym rozsądkiem niż uczuciami czy sympatiami. Niekiedy rozsądniejsze może być powierzenie swojej starości godnej zaufania osobie czy osobom spoza rodziny, oczywiście pod warunkiem uczciwości i spolegliwości. 

8. Dzięki wolności od materialnej troski o swoje dzieci i wnuki dziadkowie tym bardziej powinni się angażować w troskę o zbawienie ich dusz. Polega ona przede wszystkim na

- modlitwie za nich,

- dobrym przykładzie życia chrześcijańskiego, czyli miłości Boga i bliźniego,

- cennym darze, jakim jest poświęcenie uwagi i czasu, czego potrzebują zwłaszcza wnuki i to od najmłodszych lat (zabawianie ich pożytecznymi opowiadaniami, dobrymi bajkami, dobrą grą, wycieczkami rozwijającymi wiedzę i umiejętności itp.), 

- życzliwym pouczeniu, upomnieniu i doradzeniu na podstawie prawd wiary katolickiej i swojego doświadczenia życiowego. 

Ten naczelny obowiązek jest obecnie szczególnie zaniedbywany, nawet wręcz notorycznie zapominany i pomijany, akurat na rzecz trosk i roszczeń materialnych, które raczej szkodzą zbawieniu dusz. Tutaj duszpasterze powinni przypominać, pouczać i napominać, gdyż od tego zależy także zbawienie dusz dziadków, czyli seniorów. Jest to zadanie szczególnej wagi w sytuacji zmian demograficznych, gdy procentowo rośnie liczba seniorów, a maleje liczba dzieci i młodzieży, maleje także liczba świadomych, przekonanych i aktywnie wierzących katolików. Zaniedbanie właściwych obowiązków seniorów przekłada się także na zapaść moralną i religijną w młodszych pokoleniach. Nie wystarczy narzekać na młodzież. Ona jest zwykle niewinną ofiarą poczynań dorosłych, przynajmniej w istotnej mierze. Rozchwianie czy wręcz destrukcja porządku naturalnego w dziedzinie rodziny wynika z winy starszych. Zrzucanie odpowiedzialności na tzw. dzisiejszy świat, telewizję, internet, smartfony itp. niczego nie rozwiązuje i w niczym nie pomaga. Wystarczy natomiast, by każdy robił to i tyle, co jest jego powinnością według porządku Bożego i woli Bożej. Reszty dokona Pan Bóg w swoim czasie i według Swojego planu zbawienia.