Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

"Teologia ewolucyjna" czyli apostazja w natarciu




X. Wojciech Grygiel ostatnio zwrócił na siebie uwagę wypowiedzią, która jest widocznie próbą rozwinięcia i ugruntowania jego poprzednich wystąpień w temacie stosunku między „nauką“ a teologią. Podejmuje przy tym pomysł swojego mistrza x. Michała Heller’a, formułując własne poglądy wokół idei tzw. teologii ewolucyjnej. Tytuł wystąpienia jest prowokacyjny i wskazuje na próbę obrony przed zarzutem herezji, który dane mi było niestety już wielokrotnie formułować, jak można się zapoznać we wcześniejszych wpisach:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/07/udawany-katolicyzm-czyli-czy-fideizm.html

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/teologia-zabakana-czyli-czy-diabel-nie.html

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-liturgia-tradycyjna-jest-mao.html

Podobnie jak w poprzednich znanych mi wystąpieniach, x. Grygiel popełnia szereg elementarnych błędów, przekręceń i zakłamań, stawiających pod znakiem zapytania przynajmniej jego wiedzę filozoficzną i teologiczną. Oto najważniejsze:

1.
Utożsamianie nauki z naukami przyrodniczymi. Nasuwa się więc pytanie, czy x. Grygiel zapoznał się choćby z podstawowymi podręcznikami w temacie teorii nauk, czy może je po prostu ignoruje. A może uważa, iż wystarczy powielać i sugestywnie przedstawiać pomysły swego mistrza w zamian za zapewnienie kariery akademickiej (aczkolwiek nie może to być kariera naukowa we właściwym sensie, lecz jedynie zabieganie o stanowisko i popularność). Choćby elementarna wiedza z historii filozofii na poziomie podstawowym powinna właściwie chronić przed tego typu prymitywnym scjentyzmem (empirycyzmem). Wystarczy zapoznać się chociażby z hasłem "nauka" w dowolnej encyklopedii czy podręczniku. Nawet pod hasłem "science", zwykle zawężającym pojęcie nauki do przyrodnictwa, można się zapoznać ze znacznie szerszym pojęciem nauki niż to stosowane przez x. Grygiela (tak np. tutaj). 

Odnośnie różnorodności w dziedzinie teorii już nawet samych nauk przyrodniczych, można się dowiedzieć chociażby w jednym z najpopularniejszych źródeł w tym temacie, mianowicie w książce australijskiego filozofa nauki, która doczekała się kilku wydań (aktualizowanych) oraz tłumaczeń na kilkanaście języków:


https://en.wikipedia.org/wiki/What_Is_This_Thing_Called_Science%3F

Innymi słowy: zawężenie pojęcia nauki do przyrodnictwa może być wyrazem osobistych przekonań i ostatecznie irracjonalnych założeń, ale nie może być przejawem uczciwości intelektualnej kogoś znającego historię nauki, zwłaszcza u kogoś, kto zajmuje się akademicko filozofią.

2.
Utożsamianie "nauki" (= nauk przyrodniczych) z ewolucjonizmem. Jest to następny moment czy to elementarnej niewiedzy czy oszukiwania odbiorców (czy może jednego i drugiego). Dotyczy to już nawet stanu nauk przyrodniczych, gdzie teoria ewolucji ma status najwyżej hipotezy interpretującej pewne dane paleontologiczne, jednak nadal bardzo oddalonej od prezentowania zupełnego i niesprzecznego naukowego wyjaśnienia powstania gatunków (więcej o tym poniżej w punkcie 13. wraz z odnośnikami). Widocznie x. Grygiel wykazuje zupełnie bezkrytyczne podejście zarówno do teorii ewolucji jak też do ewolucjonizmu. Nie jest istotne, czy czyni to z braku wiedzy czy z braku samodzielnego myślenia, gdyż jedno i drugie jest haniebne dla kogoś parającego się nauką i nauczaniem akademickim.

3.
Negowanie - pośrednie, ale wyraźne - naukowości teologii. Wiąże się to oczywiście ze wspomnianym scjentystycznym (empirystycznym) redukcjonizmem. Zauważyć należy, że konsekwentnie x. Grygiel powinien zanegować także naukowość filozofii i tym samym zasadność akademickiego uprawiania dziedziny, którą się zajmuje i reprezentuje na uczelni.

4.
Twierdzenie, jakoby „teologia ewolucyjna“ zaczęła się w latach 50-ych XX wieku. Fałszywości tego mniemania nie może zmienić powoływanie się na takich przedstawicieli jak E. Schillebeeckx i K. Rahner.  Wystarczy znać choćby pobieżnie historię teologii, by wiedzieć, że temat i problem tzw. rozwoju dogmatów był burzliwie dyskutowany już w XIX w. w związku z heglizującą tzw. Szkołą w Tübingen. Reakcją Kościoła były dokumenty zwłaszcza bł. Piusa IX i św. Piusa X potępiające modernizm, do którego stałego repertuaru należało właśnie podważanie trwałej prawdziwości Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji Kościoła i Piśmie św. Ze strony teologów ważnym głosem był chociażby kard. John Henry Newman ze swoją koncepcją „organiczności“ rozwoju.



Modernistyczno-heretycka koncepcja została sformułowana w sprytniejszy sposób przez masona Maurice’a Blondel’a (zm. 1949), na którym oparł się nurt tzw. nowej teologii, potępiony przez papieża Piusa XII w encyklice Humani generis. Papież mówi dość wyraźnie:



Już wtedy także wnikliwe analizy teologiczne, jak słynna książka holenderskiego dominikanina, wykazały główne cechy tego nurtu:
- irracjonalizm i intuicjonizm, czyli właściwie subjektywistyczny agnostycyzm,
- konfuzjonizm czyli brak uporządkowanej i jasnej prezentacji poglądów i argumentów
- ewolucjonizm.

Do tego nurtu należą wyexponowani przez x. Grygiela: niemiecki jezuita Karl Rahner i belgijski dominikanin Edward Schillebeeckx.




















Z całą pewnością nie są oni ani protoplastami, ani pomysłodawcami „ewolucji dogmatów". Ich "zasługą" jest jedynie podważanie trwałości i niezmiennej prawdziwości nauczania Kościoła, także rozumianego jako nieomylne. Czynili to w sposób podstępny i pokrętny. Jednak z całą pewnością nie reprezentowali tak prymitywnej i absurdalnej koncepcji, jaką podaje x. Grygiel.

Nie ma też ona nic wspólnego z nauczaniem Soboru Watykańskiego II. W Konstytucji dogmatycznej Dei Verbum jest dość wyraźnie powiedziane, że rozwój dotyczy wyłącznie rozumienia i wprowadzania w życie nauczania Apostołów, czyli Bożego Objawienia poświadczonego w Piśmie św. i Tradycji:


Nie ma to więc nic wspólnego z wprowadzaniem do teologii koncepcyj i pojęć obcych czy wręcz sprzecznych z prawdą Bożego Objawienia, nawet jeśli ubierają się w rzekomą naukowość czy nowoczesność.

5.
X. Grygiel relacjonuje poglądy tych teologów:

  
Niestety popełnia przy tym następne oszustwa:

- Jako zasługę Schillebeeckx'a podaje twierdzenie, że „nie ma nuda vox Dei“ ("nie ma gołego głosu Boga"), podczas gdy co do tego zgodni są i zawsze byli wszyscy teologowie katoliccy. Natomiast problem polega na prawdziwości i niezmienności Bożego Objawienia.

- Twierdząc, że „pojęcia religijne nacechowane są symbolicznością i metaforyką“, nie podaje źródła. Tym samym należy to potraktować jako własną tezę x. Grygiela. Nie są mi znane wypowiedzi rzeczonych dwóch teologów, z których mogłoby pochodzić to twierdzenie. Otóż każdy teolog katolicki o choćby podstawowym wykształceniu wie, że czym innym jest symbol, czym innym metafora, a jeszcze czym innym jest analogia. Sam K. Rahner w swoim ostatnim publicznym wystąpieniu wyraźnie mówił o tym, że teologia jest poznaniem analogicznym:

https://www.youtube.com/watch?v=Vthweqb97I4

Zresztą wie o tym każdy, kto zna choćby podstawy teologii katolickiej. A jest to zupełnie coś innego niż poznanie przez symbole czy metafory. Skąd więc x. Grygiel bierze swoje twierdzenie? Trudno powiedzieć. Na pewno nie ze źródeł teologii katolickiej.

- Przypisanie K. Rahner’owi koncepcji dogmatu jako „amalgamatu“ jest także oszustwem. Po pierwsze Rahner nie używa tego wyrażenia dla określenia dogmatu, po drugie nie odpowiada to jego koncepcji. W źródłach podanych w oficjalnej bibliografii nie ma śladu takiego poglądu:


W ujęciu K. Rahner’a Boże Objawienie jest „wydarzeniem komunikatywnym“, które zawiera także odpowiedź człowieka na słowo Boże, a ta odpowiedź należy do jego istoty. Tak więc rozwój dogmatów polega na rozwoju samego Objawienia, które się stale wydarza w przepowiadaniu słowa i odpowiedzi na nie przez wiarę. Jest to więc coś zupełnie coś innego niż amalgamat elementów zmiennych i niezmiennych.

6.
Kontextualności dogmatów - właściwie pojętej - ani konieczności hermeneutyki nie negował ani nie neguje żaden teolog katolicki. Ten temat po prostu nie ma nic wspólnego z ewolucją dogmatów, lecz należy od zawsze do podstaw warsztatu teologicznego, zwłaszcza w dogmatyce katolickiej. Innymi słowy: każdy teolog katolicki rozumie dogmaty w kontekście herezyj, do których się odnoszą. Po prostu nie ma innej możliwości. Prezentowanie tego jako odkrywczego wynalazku Rahner'a i Schillebeeckx'a jest po prostu albo przejawem ignorancji albo zwykłym oszustwem.

7.
Podanie opisu stworzenia (z Księgi Rodzaju) jako przykładu metafory stosowanej w dogmatach świadczy o zupełnym niezrozumieniu i pomieszaniu pojęć, nawet jeśli należy rozumieć metaforę jako rodzaj analogii (czyli zestawienia na zasadzie podobieństwa). Po pierwsze, zarówno w samym Piśmie św. jak też w jego interpretacjach na przestrzeni wieków zupełnie nic nie wskazuje na to, by chronologia stworzenia - jako dzieło sześciodniowe - była kiedykolwiek rozumiana jako element światopoglądu. Po drugie, właściwą treścią dogmatyczną jest akt stworzenia, czyli pochodzenie od Boga. Tutaj x. Grygiel powinien się określić, czy tę treść uważa za zmienną, przejściową metaforę, czy nie. Niestety tego określenia brakuje, mimo że jest to istotne w kontekście mówienia o ewolucji, gdyż pojęcie to jest zaczerpnięte z przyrodnictwa (bardzo szeroko rozumianego), gdzie stanowi przeciwieństwo stworzenia. 

8.
Następna folia postępuje w sposób typowy dla x. Grygiela. Cytat wyrwany z kontextu całości koncepcji Rahner'a wykorzystany zostaje w sposób fałszywy i dla tez fałszywych, za to powtarzanych maniakalnie:


Powiedzieć tutaj trzeba:
- Pochodzenie słów od Rahner'a nie pomniejsza ich fałszywości.
- X. Grygiel fałszywie przypisuje swoją własną definicję "ewolucji dogmatu" ogólnemu nazewnictwu. Takiej definicji nie ma zresztą także ani u Newman'a ani u Rahner'a.
- Istotne jest tutaj powtórzenie zasadniczej tezy x. Grygiela (a właściwie jego mistrza x. Heller'a) bez choćby próby uzasadnienia, co jest niegodne jakiejkolwiek poważnej wypowiedzi szanującej odbiorców. Nazwanie objawionych prawd wiary "twierdzeniami teologicznymi" świadczy o zupełnym braku kompetencji przynajmniej w teologii katolickiej. Zaś skoro "elementy zmienne" x. Grygiel łączy z wielością stanowisk filozoficznych, to wynika z tego, iż wyznaje relatywizm poznawczy, który jest właściwie agnostycyzmem, czyli, mówiąc wprost, typową dla modernizmu i potępioną przez Kościół fundamentalną herezją.

9.
Fałszywe jest twierdzenie, jakoby samo Pismo św. było wolne od filozofii i że dopiero w okresie pobiblijnym (patrystycznym) nastąpiło przeniknięcie myśli greckiej do teologii:


Jest to ewidentnie sprzeczne z prostymi historycznymi faktami. Wystarczy jeden przykład, kluczowy. Otóż Septuaginta, greckie tłumaczenie Starego Testamentu powstałe ok. półtora wieku przed Chrystusem, dla imienia Boga Jahwe objawionego Mojżeszowi (Księga Wyjścia) stosuje wybitnie metafizyczne pojęcie Ο ΩΝ czyli "istniejący". Ponadto fałszywe jest przypisywanie samym księgom biblijnym braku racjonalności. Już opis stworzenia w Księdze Rodzaju jest wybitnym przykładem racjonalnego zwalczania mitologii czyli wierzeń chociażby w boskość ciał niebieskich. Innymi słowy: x. Grygiel w interesie swoich fałszywych tez posługuje się niemniej fałszywymi, nienaukowymi zabobonami pochodzącymi najwyżej z ateistycznych pisemek pseudonaukowych.

Także w tym miejscu powraca ulubiony wątek, nazwany tym razem "zmianą pojęciowej bazy teologii". Nadal brakuje wyjaśnienia, czy chociażby sprecyzowania, o jakie pojęcia chodzi.

10.
Wreszcie x. Grygiel odkrywa karty, przytaczając słowa swojego mistrza:


Widzi tutaj poparcie dla swojej tezy, że "siatka pojęciowa współczesnej nauki" ma służyć "pogłębieniu reflexji teologicznej". Konieczne są tutaj uwagi krytyczne odnośnie tej wypowiedzi x. Hellera:
- Jest oczywiste, że fundamentem nauk przyrodniczych (i tym samym techniki) jest grecki realizm poznawczy, dokładniej arystotelesowski. O tyle x. Heller ma rację.
- Jednak x. Heller nie ma racji, jeśli ogranicza "myśl grecką" do arystotelizmu oraz gdy nie dostrzega (nie chce dostrzegać) wpływów czy wręcz ewidentnych nawiązań nowożytnych myślicieli do niearystotelowskich systemów filozoficznych, czy to platońskiego, czy materialistycznego, czy relatywistyczno-agnostycznego. Należą do nich także filozofujący przyrodnicy jak Einstein, Schrödinger, Heisenberg i wielu innych, aż po tzw. nowy ateizm jak R. Dawkins czy S. W. Hawking. Z całą pewnością nie są to przedstawiciele arystotelizmu, który dał podwaliny pod rozwój nauk przyrodniczych i który stanowi ich niezbędną podstawę.

11.
Pozornie mocniejszym argumentem są słowa Jana Pawła II z listu skierowanego do kierownika obserwatorium astronomicznego: 


Najpierw należy pamiętać, że tego typu dokument nie ma żadnej rangi magisterialnej, ponieważ nie jest skierowany do całego Kościoła. Ma wartość jedynie osobistych przemyśleń.
Po drugie, są to jedynie pytania, skierowane do naukowca. Należy je rozumieć zapewne jako pobudzenie do reflexji i wskazywanie na zagadnienia, które mogą i powinne być rozwijane, bez jakiegokolwiek przesądzania o wyniku. Owszem, można wyczytać pewne sugestie, jednak nic więcej. Tym samym nie jest to wypowiedź ani kategoryczna ani autorytatywna w znaczeniu Magisterium Kościoła. Tym samym przypisywanie przez x. Grygiela papieżowi zdania, że "teologię ewolucyjną warto i trzeba robić", jest bardzo przesadną i właściwie fałszywą interpretacją. Czym innym jest bowiem "perspektywa ewolucyjna" nauk przyrodniczych, a czym innym "teologia ewolucyjna", której fundamentalnym założeniem jest zmienność prawd wiary.

12.
Według x. Grygiela "obrazy świata" są wymienialne, o ile są "lepiej motywowane osiągnięciami nauk". Jest to szczególnie ciekawy moment w zestawieniu z powyższym podejrzeniem o relatywizm. Otóż x. Grygiel na poważnie rozpatruje "obraz świata" jako czynnik określający dogmaty czyli nieomylne prawdy wiary:


Jako ilustrację przytacza antyczno-arystotelesowski schemat budowy wszechświata, widocznie na poważnie twierdząc, jakoby on był istotny dla dogmatów wiary. Miało się to odbyć przez "zasymilowanie przez scholastykę" w XIII w., tym samym też przez św. Tomasza. W końcu pada decydujące zdanie, że "wiele z tych elementów my kontynuujemy w naszym myśleniu religijnym do dziś". Jako przykład x. Grygiel podaje Wniebowstąpienie, które "ma doskonały sens" w owym archaicznym obrazie świata. Następnie twierdzi, że według Arystotelesa "świat jest odbiciem boskich idei".



No cóż. To zdanie świadczy o tym, że x. Grygiel nie zna myśli Stagiryty nawet na poziomie szkoły średniej, względnie pomylił go z idealizmem Platonowym. Arystoteles (Metaphysica) zaznacza bowiem dobitnie, że mówienie o ideach jako wzorach rzeczy, które mają jedynie udział w ideach, jest bełkotem i najwyżej poetycką metaforą:


Czyż po kimś wykazującym tak elementarną ignorację w historii filozofii można się spodziewać godnych uwagi przemyśleń?

Jest dość czytelne, że celem uderzenia x. Grygiela jest teologia św. Tomasza. Zakamuflowany atak chce ugodzić niby w pogański i przejściowy historycznie arystotelizm, ale zrelatywizowane i podważone mają być rozumowe podstawy nie tylko teologii tomistycznej, lecz nauczania Kościoła oraz Bożego Objawienia poświadczonego w Piśmie św. Jest to zabieg perfidny, właściwie manipulacja polegająca na pomieszaniu spraw i zwykłych oszustwach, obliczonych na zupełną ignorancję odbiorców:
- Absurdalne jest pomieszanie poznania z analogii z platońską koncepcją partycypacji.
- Fałszywe i wręcz groteskowe jest interpretowanie cytowanych słów św. Tomasza w myśl owej koncepcji.
- Fałszywe i groteskowe jest także przypisywanie św. Tomaszowi czy chociażby nawet Arystotelesowi twierdzenia, że wszechświat nie podlega żadnej przemianie. Widocznie x. Grygiel nigdy się nie zetknął z dziełem Stagiryty "De generatione et corruptione".   

Fragment wskazuje kierunek uderzenia. Skoro x. Grygiel uważa rozróżnienie między bytem duchowym a materialnym za jedynie uwarunkowany historycznie i zastępowalny "obraz świata", to nasuwa się pytanie o alternatywę. Logiczną alternatywą jest tylko monizm, czy to panteistyczny (jak u Hegla), czy materialistyczny (jak u ucznia Heglowego - Marxa). Czyżby według x. Grygiela nie był to już uwarunkowany historycznie "obraz świata"?

13.
W tym momencie x. Grygiel dość trafnie streszcza teologię wysnutą z Objawienia biblijnego:


Problem polega jednak na tym, że ta teologia - określona fałszywie jako zbudowana na arystoteliźmie, nie na Objawieniu biblijnym - jest przedmiotem ataku x. Grygiela (a pierwotnie jego mistrza x. Heller'a).

Najpierw jest ukazanie "kontrastu z naukowym obrazem świata":


Jest to kolejny popis ignorancji w połączeniu z oszukiwaniem odbiorców. Bez choćby próby ukazania, w jaki sposób mechanika Newtona, matematyczny model układu dynamicznego czy przestrzeń fazowa (o której jest zresztą mowa zarówno w fizyce klasycznej jak też kwantowej) itd. są sprzeczne z arystotelizmem, tomizmem i tym samym z teologią katolicką. Podpowiem: takiej sprzeczności nie ma. O zupełnie prymitywnym zabiegu świadczy podciągnięcie teorii prawybuchu (zresztą autorstwa księdza katolickiego G. Lemaitre'a, który badał i nauczał w całkowitej zgodności z nauczaniem Kościoła) pod kosmologię relatywistyczną, którą należy kojarzyć z Einstein'em. Każdy trzeźwo myślący i znający choćby elementarnie historię filozofii wie, że relatywizm jest koncepcją filozoficzną, nie czysto przyrodniczą. Nie ma też wykazania związku teorii expansji wszechświata z ewolucjonizmem w znaczeniu biologicznym. Takiego koniecznego związku po prostu nie ma, przynajmniej na płaszczyźnie czysto przyrodniczej. W tle jest oczywiście kłamliwe sugerowanie czysto przyrodniczej naukowości ewolucjonizmu. Innymi słowy: jest to stek zafałszowań, ćwierćprawd i zwykłych bzdur.

Popisem ignorancji i zakłamania jest także powiązanie darwinizmu ze współczesną genetyką:



Ktokolwiek nieco się zagłębił w tę problematykę wie, że współczesna nauka fundamentalnie podważa darwinizm jako hipotezę powstawania gatunków, zarówno z punktu widzenia genetyki i epigenetyki, jak też biochemii:


Całość tutaj.

Podobnie jest z punktu widzenia mikrobiologii i biologii molekularnej: fakty naukowo opisane i sprawdzalne doświadczalnie przemawiają jednoznacznie przeciw ewolucjonizmowi, który jawi się przy tym raczej jako ideologia czy wręcz pseudoreligia o znamionach sekty. 


Zresztą zarzuty wobec darwinizmu nie są nowe, a są fundamentalne:


Całość tutaj.

Darwinizm zawiera podstawowe problemy, których nie jest w stanie rozwiązać. Można wskazać przykładowo przynajmniej na 10 podstawowych problemów teorii ewolucji, na których rozwiązanie w jej ramach nic nie wskazuje, mimo upływu dziesiątek lat oraz wielu nowych odkryć, także paleoontologicznych. 

14.
Rozwinięciem x. Grygielowej apoteozy darwinizmu jest opiewanie doboru naturalnego w stylu bożka pogańskiego, co zdradza chociażby sformułowanie, że "dobór naturalny robi". 


Nasuwa się znowu pytanie, czy prelegent zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Po pierwsze miesza ewolucję - czyli teorię, a właściwie hipotezę - z faktami. Służy to temu, by z góry zaprzeczyć celowości. Po drugie, absurdalnie mówi jednak o "projekcie" czyli celowym działaniu, a równocześnie nazywa go "dysfunkcjonalnym". Czy z rozmysłem miesza zupełnie różne sprawy? Czy tylko nie zastanowił się, co chce powiedzieć przez "dysfunkcyjność"? W każdym razie bezpodstawnie utożsamia inteligentność projektu z doskonałością, a niedoskonałość z dysfunkcją. W normalnym języku dysfunkcja oznacza zaburzenie normalnej funkcji, czyli odstępstwo od normalnego działania. Na jakiej podstawie x. Grygiel twierdzi, że niedoskonałość rzeczywistości stworzonej jest dysfunkcją czy odstąpieniem od funkcjonowania zaprojektowanego przez Stwórcę? Gdyby wysilił się na odrobinę reflexji, to powinien był dostrzec, że w tym punkcie teoria ewolucji obala samą siebie: skoro dobór naturalny sprawia przeżycie najbardziej dostosowanego, to właściwie nie ma miejsca na dysfunkcję. Tak więc istnienie dysfunkcji uderza raczej w ewolucjonizm niż w kreacjonizm.

W końcu wręcz szatańskim bluźnierstwem jest twierdzenie, że człowiek nie jest koroną stworzenia i że "zawiera ewidentne buble". Tak może powiedzieć jedynie ktoś, kto wprost neguje prawdę o człowieku podaną zarówno w Bożym Objawieniu ("na obraz i podobieństwo") jak też w poznaniu rozumowym. To jest po prostu nadzwyczaj skandaliczna wypowiedź, nawet w kontekście poprzednich skandalicznych wypowiedzi x. Grygiela.

15.
Kolejnym poważnym uderzeniem, jednym z nielicznych zresztą, jest cytat z konstytucji duszpasterskiej Vaticanum II:


Warto tutaj zacytować kontext tego akapitu, czyli rozdział wraz z jego oficjalnym tytułem: "O dogłębnie zmienionych uwarunkowaniach".


Jak widać, w kontekście chodzi o uwarunkowania kulturowe świata współczesnego, nie o postulowanie "teologii ewolucyjnej". Fragment mówi o przechodzeniu w mentalności współczesnej od "statycznego do bardziej dynamicznego i rozwojowego pojęcia porządku rzeczy". Nie ma to nic wspólnego ani z negacją czy odrzuceniem arystotelesowsko-tomistycznej filozofii, ani z postulowaniem czy zachętą do nowej filozofii i teologii. To jest wyłącznie dowolna interpretacja x. Grygiela, wykraczająca daleko poza literę i zamiar dokumentu.

16.
Na koniec x. Grygiel wskazuje na "teologów ewolucyjnych", na których opiera swoje wywody:


Nie wnikając w szczegóły - co w tym miejscu nie jest ani możliwe ani konieczne - należy zauważyć, że wymienionych przedstawicieli łączy zupełnie bezkrytyczne przejęcie ewolucjonizmu jako bezdyskusyjnego założenia. Protoplastą jest tutaj zabłąkany mentalnie i moralnie jezuita Pierre Teilhard de Chardin. O ile jego wręcz naiwne podejście do teorii ewolucji jest o tyle usprawiedliwione, że działał na początku i w pierwszej połowie XX wieku, gdy nie było jeszcze znanych obecnie twardych dowodów świadczących jednoznacznie przeciw darwinizmowi. Aczkolwiek każdy znający pisma choćby Darwina, który sam wskazał na niektóre słabości i bezpodstawności swoich tez, powinien dostrzec, że budowanie na czymś takim oznacza przynajmniej poważne ryzyko, o ile nie jest wręcz skazane na rozsypkę.

Pierre Teilhard de Chardin, którego poglądy już czysto metodologicznie ani nie wynikają z badań przyrodniczych, ani nie są zgodne z Bożym Objawieniem, najbliższy jest heglizmowi. Nie dziwi więc, że od przełożonych miał zakaz nauczania i publikowania, zaś opublikowane dopiero po śmierci pisma były zakazane w księgarniach katolickich i bibliotekach kościelnych. Warto odnośnie jego poglądów zapoznać się z wykładem prof. Marcina Karasa sprzed kilku lat, który je dość gruntownie demaskuje. Zresztą również pod względem moralnym nie wsławił się, gdyż przez dziesięciolecia otaczał się kilkoma przyjaciółkami i miał także kochankę, zamężną kobietę, z którą wymieniał listy miłosne (niektóre z nich zostały wydane w książce). Nawet modernistyczny, także heglistyczny teolog Hans Urs von Balthasar zdemaskował absurdalne, pseudoteologiczne opiewanie feminizmu przez Teilhard'a.

Podobnie ma się sprawa z jezuitą Karl'em Rahner'em. Zaczął swoją karierę naukową pisząc pracę doktorską o św. Tomaszu z Akwinu, usiłując go połączyć z kantyzmem i heglizmem. Praca została odrzucona przez profesora jako niesolidna i nienaukowa, po czym młody jezuita przestawił się jakby na dogmatykę. Jednak jego teologia ma znowu więcej wspólnego z heglizmem niż z teologią katolicką. Przed Soborem Watykańskim II Święte Oficjum prowadziło postępowanie dyscyplinarne przeciw niemu z powodu głoszonych tez, niestety nie ukończone i umorzone w związku z soborem i dzięki modernistycznym protektorom. On również przez dziesięciolecia spotykał się i intensywnie korespondował z kochanką, zamężną kobietą, pisarką Luise Rinser. Część listów pisanych do niego została po latach wydana przez nią w formie książki, której treść jest jednoznacznie erotyczna, co potwierdza wywiad z nią pod koniec życia (skrótowe uwagi można znaleźć tutaj). Listy Rahner'a do niej znajdują się w pilnie strzeżonym archiwum jezuitów.

Wspomniany przez x. Grygiela także w tym miejscu dominikanin Edward Schillebeeckx nie zasłynął wprawdzie tego typu skandalami obyczajowymi. W swoich poglądach odnosił się do źródeł Objawienia, czyli Pisma św. i Ojców Kościoła, interpretując je wbrew nauczaniu Kościoła. Wyraźnie był pod wpływem neomarxizmu tzw. Szkoły Frankfurckiej, co pasuje do wywrotowości poglądów, także w dziedzinie etyki sexualnej. W latach przed Vaticanum II Święte Oficjum prowadziło postępowanie także przeciw niemu, niestety umorzone podobnie jak w przypadku innych modernistów z nurtu "nowej teologii". Schillebeeckx był w stałym konflikcie z nauczaniem Kościoła także po soborze. Odgrzewając herezje XIX-wieku, podważał nawet historyczność Zmartwychwstania oraz katolickie rozumienie sakramentów, co oczywiście doprowadziło do reakcji Kongregacji Doktryny Wiary, niestety bez odpowiednich skutków dyscyplinarnych. Zwalczał także celibat duchownych oraz katolicką etykę sexualną.

John F. Haught pochodzi także ze szkoły Teilhard'a. Wsławił się szczególnie atakami na przedstawicieli "inteligentnego projektu" odnośnie powstania świata, czyli głównie chrześcijańskich uczonych wykazujących zgodność między odkryciami nauk przyrodniczych i Bożym Objawieniem poświadczonym w Piśmie św. Za swoje zasługi Haugh otrzymał Nagrodę "Przyjaciel Darwina", przyznawaną przez Narodowe Centrum dla Edukacji Przyrodniczej, forsujące nauczanie darwinizmu w szkołach, a finansowane głównie fundację, do której głównych celów należy wspieranie antykoncepcji i aborcji:



Mniej znany jest Denis Edwards, Australijczyk ze szkoły K. Rahner'a i wyznawca ewolucjonizmu, także ekumenizmu, czyli z tym samych odmętów myślowych.

Arthur R. Peacocke był anglikańskim duchownym, związanym ściśle ze skrajnie lewackimi organizacjami. Był m. in wiceprzewodniczącym "Unii Nowoczesnego Kościoła", promującej oprócz kapłaństwa kobiet także święcenie gejów i lesbijek. X. Grygiel szczególnie wychwala jego teologię, wskazując słusznie, że jest to tzw. panenteizm, czyli pogląd, iż wszystko jest w Bogu, tym samym Bóg jest we wszystkim. Pozornie brzmi to niewinnie. W istocie jednak jest sprytniejszą formą panteizmu czyli monizmu, którym także jest heglizm. Oznacza bowiem przypisywanie Bogu wszystkiego, co się dzieje w rzeczywistości, i stanowi negację nie tylko pojęcia stworzenia zawartego w Piśmie św., lecz także istotnej różnicy między Bogiem i stworzeniami, także człowiekiem. Tym samym stanowi też zaprzeczenie wolności woli człowieka, tym samym grzechu i Zbawienia: skoro Bóg działa w człowieku, tym samym Bóg za wszystko odpowiada. W ten sposób ostatecznie wszystko jest "boskie", także zło, którego tym samym właściwie nie ma. Nie trudno zauważyć, że ta koncepcja różni się od twardego panteizmu (jak heglizm) jedynie pokrętnością i obłudą. 


Podsumowanie

Należy powiedzieć, że właściwą genezą podanego przez x. Grygiela grona "teologów ewolucyjnych" jest nic innego jak heglizm, pod którego wyraźnym wpływem byli zarówno Darwin jak też Teilhard de Chardin. Obydwaj usiłowali wyposażyć poglądy Hegla, które swoją drogą są wyraźnie powiązane z kabałą i gnostycyzmem, w postać quasi przyrodniczą. Nie trudno zauważyć zarówno u Darwin'a jak też u innych przedstawicieli jego szkoły przypisywanie "ewolucji" przymiotów jakby boskich: według nich wszystko ma swoje ostateczne wyjaśnienie w "ewolucji", która już nawet w sformułowaniach wypowiedzi jawi się jako quasi personifikacja tajemniczej wszechmocy, gdy mówią np. że "ewolucja" wytworzyła, spowodowała, sprawiła itp. Te wyrażenia stosuje się zwykle wtedy, gdy chce się pominąć czy przykryć brak danych empirycznych czyli dowodów właściwych dla nauk przyrodniczych. Tym samym mamy do czynienia ze swego rodzaju religią, a właściwie sektą, która stroi się w pozory naukowości. Nie trudno zauważyć podobieństwo do państwowego ateizmu w systemach marxistowskich, gdzie partia komunistyczna i ich przybudówki ustami swoich "uczony" z "uniwersytetów marxizmu-leninizmu" wpajała swoim adeptom tzw. światopogląd naukowy jako podstawę programu partii i dyktatury proletariatu.

Takie to autorytety i wzory promuje kapłan należący formalnie do Kościoła katolickiego. Dalsze komentarze są zbędne. Potężnym skandalem jest propagowanie przez niego hegeliańsko-pogańskiego nurtu myślowego, który zrodził zbrodniczy komunizm i inne systemy totalitarne. Zapewne nie jest przypadkiem, kto promuje x. Grygiela. Jest to środowisko tzw. postępowego katolicyzmu z ośrodka krakowskiego. Z nim jest związany jego mistrz i promotor, x. Michał Heller, począwszy od okresu komunizmu, gdy ludzie skupieni wokół "Tygodnika Powszechnego" i wydawnictwa "Znak" stanowili koncesjonowaną a właściwie oddelegowaną przez partię komunistyczną "elitę" katolicyzmu w Polsce...

Kogo powinien słuchać katolik?


Autorytet w Kościele ma zawsze związek z autorytetem Pana Boga czyli Bożego Objawienia. Z tego wynika autorytet nauczania pasterzy Kościoła, z papieżem włącznie. Także papieże, tym bardziej biskupi i kapłani są związani Bożym Objawieniem, które jest nauczane przez wieki w Kościele. Każdy ma dostęp do tego nauczania, chociażby poprzez katechizm. Najprostsze i zarazem najjaśniejsze i najpewniejsze są katechizmy tradycyjne. Można je łatwo znaleźć także w internecie, jak chociażby Katechizm św. Piusa X (można łatwo wygóglować).

Jeśli jakaś kwestia nie jest poruszona czy dostatecznie wyjaśniona w katechiźmie, to należy sięgnąć do dokumentów papieskich oraz dykasteriów Kurii Rzymskiej. Można je także łatwo znaleźć w internecie.

Oczywiście nauczanie oficjalnych dokumentów Kościoła ma rangę wyższą - i nadrzędną - niż kazanie czy poglądy osób nawet wysoko postawionych w hierarchii. Jeśli sprzeczność jest ewidentna czy są choćby zastrzeżenia, wówczas należy wskazać i upomnieć takiego duchownego. 

Czy nieprzestrzeganie postu eucharystycznego jest grzechem?



Nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Odpowiedź zależy od wielu czynników jak świadomość braku godziny czasu, motywacja czy przyjęcia Komunii św. w tym momencie. Mogło być tak, że powodem było pragnienie przyjęcia zaraz po spowiedzi z czystym sercem, czyli lekceważenie postu eucharystycznego nie było zamierzone czy w pełni świadome. Oczywiście zasadniczo należy go przestrzegać, o ile nie ma takich powodów jak choroba czy analogiczna ważna przyczyna. Powinieneś tę sprawę wspomnieć na następnej spowiedzi.

Czy kapłan rytu wschodniego może sprawować liturgię rzymską?


Każdy kapłan podlega biskupowi danego obrządku i przynależy do jego diecezji, będąc wyświęconym według obrządku i dla duszpasterstwa w danym obrządku w znaczeniu nie tylko liturgii lecz także prawnym, tzn. wraz z całą dyscypliną kanoniczną. Do sprawowania liturgii w innym obrządku katolickim konieczna jest pozwolenie zarówno jego ordynariusza jak też ordynariusza jurysdykcji tego innego obrządku. Pozwolenie musi być odpowiednio zasadne. Zwykle nie stanowi ono problemu, gdy chodzi o kapłana obrządku rzymskiego do sprawowania liturgii wschodniej, równocześnie zachowując dyscyplinę rzymską. Wynika to z tego, że w obrządkach wschodnich są także kapłani celibarariusze.

Problemem jest natomiast sytuacja odwrotna, gdyż w obrządku rzymskim obowiązuje duchownych trwała wstrzemięźliwość sexualna. Dlatego zezwolenie kapłanowi nie żyjącemu w celibacie na sprawowanie liturgii rzymskiej jest teologicznie niemożliwe. Możliwość taka istnieje w przypadku celibatariusza. Dotyczy to analogicznie także innych stopni święceń wyższych.

Niestety de facto w ostatnim czasie zdarzają się przypadki takowych pozwoleń dla pojedycznych przypadków. Wynika to z braku zrozumienia i poszanowania dla powiązań teologicznych i też kanonicznych.

Czy Komunia św. może zaszkodzić?


Przeistoczenie (Transsubstancjacja) nie zmienia właściwości fizycznych chleba, które stało się Ciałem Chrystusa. Tym samym pozostaje takie samo naturalne działanie. Oczywiście Pan Bóg może - na zasadzie cudu, czyli poza prawami przyrody - sprawić, że w przypadku chorej osoby szkodliwego działania nie będzie. Jednak nie możemy z góry, zasadniczo oczekiwać takiego cudu.

Czy można nosić szkaplerz jako medalik?


Szkaplerz to jest właściwie rodzaj szaty oznaczającej przynależność do bractwa pobożnego (zwykle związanego z jakimś zakonem). Z powodów praktycznych szata ma zwykle postać kawałka materiału, który może zostać zastąpiony także medalikiem.

Przynależność do bractwa pobożnego wiąże się z pewnymi obowiązkami, także prawami i owocami duchowymi. Szkaplerz jest tego wyrazem i przypomnieniem.

Nie ma jednak zakazu noszenia dewocjonaliów bez formalnej przynależności do jakiegoś bractwa, także gdy chodzi o specyficzny szkaplerz. Oczywiście konieczna jest pobożna motywacja, tzn. noszenie z pobożnej intencji i z uszanowaniem.

Czy Pan Jezus wymaga porzucenia wszystkiego?


Ten fragment ukazuje, że powołanie ma zarówno cechy ogólne, jak też skierowane jest do konkretnej osoby indywidualnie. Dokładniejsze znaczenie jest jaśniejsze przez zastosowanie i interpretację w życiu i nauczaniu świętych. Wśród nich są także tacy, którzy otrzymali powołanie dosłownego zastosowania tego wezwania, jak św. Franciszek z Asyżu. Nie brakuje jednak świętych, którzy zostali powołani do realizacji tego wezwania w inny sposób, aczkolwiek niemniej radykalny pod wzlędem duchowym.

Wchodząc na drogę powołania duchownego rzeczywiście konieczne jest wyrzeczenie się wszystkiego w tym znaczeniu, że porzuca się dotychczasowe życie. Ponieważ łatwiej jest o wolność zewnętrzną, czyli porzucenie rzeczy, należy od tego zacząć. Wolność duchowa potrzebuje więcej ćwiczenia i czasu. Oczywiście ktoś pochodzący z zamożnej rodziny może to odczuwać dotkliwiej niż ktoś, komu rodzina nie zapewnia i nie może zapewniać niczego przy starcie w dorosłe życie. Są jednak także "bogactwa" innego rodzaju, jak przyjaciele, zażyłe środowisko, przyzwyczajenia, hobby itp. Także w tym znaczeniu trzeba porzucić wszystko. Chodzi o postawę wspaniałomyślności, o której jest mowa wiele razy w Ewangelii, także przypowieściach, jak np. o ukrytym skarbie. Św. Ignacy z Loyoli wymaga w Ćwiczeniach Duchowych o postawy hojności serca czyli wielkoduszności. Celem jest wolność duchowa, czyli swego rodzaju "obojętność" (indifferentia) wobec dóbr przemijających, która jest właściwie postawą widzenia w prawdzie i zachowania w prawdzie. Nie jest to jednak cel sam sobie, ostateczny, lecz jedynie środek dla właściwego celu, którym jest wielbienie Boga oraz służenie Mu.

Motywem nie może być pogarda dla dóbr czy to duchowych, ludzkich, czy materialnych, lecz poznanie i miłość wartości wyższej, którą jest miłość Boża i naśladowanie Chrystusa. Można tutaj mówić słusznie o zakochaniu się, aczkolwiek uczucie nie jest tutaj najważniejsze i nie powinno być decydujące. Pozostając przy przykładzie młodzieńca: gotowość porzucenia wszystkiego jest sprawdzianem, czy i na ile bliskość Chrystusa jest najważniejsza. To był test dla niego, nie tylko w znaczeniu sprawdzenia gotowości, lecz także jako wezwanie i zaproszenie.

W wyborze drogi powołania nie ma nakazu. Pan Bóg daje łaskę odczuwalną jako pewne wewnętrzne przyciąganie miłości, w powiązaniu także z predyspozycjami i zdolnościami. Jednak decydujący jest wybór powołanego, jako odpowiedź na wybranie Boże. Ten wybór ma zawsze konkretną postać, także konkretną ofiarę i oznacza konkretne kroki.

Czy piekło zaprzecza dobroci Bożej?



Nazywając Boga Ojcem i tak Go rozumiejąc, należy mieć na uwadze, że jest to wyrażenie analogiczne, tzn. na zasadzie podobieństwa, nie tożsamości z naszym pojęciem ludzkiego ojcostwa. Tak więc należy się wystrzegać przekładania ludzkiej miary na Pana Boga.

Po drugie, należy pamiętać, że ludzkie ojcostwo pochodzi od Ojcostwa Bożego, jest jego odblaskiem. Dotyczy to także ojcowskiej dobroci: Pan Bóg jest Ojcem w najwyższym i najdoskonalszym sensie. Ludzkie ojcostwo jest zawsze tylko niedoskonałe, mimo starań i wysiłków.

Po trzecie, Ojcostwa Pana Boga nie należy rozpatrywać jedynie z perspektywy potępionego, czyli tego, który zasłużył na karę, lecz także, a nawet przede wszystkich z perspektywy tych, którzy dzięki możliwości czy groźbie kary ostatecznie na nią nie zasłużyli, lecz doszli do nieba.

Po czwarte, pozostając przy Pańskim przykładzie: Załóżmy, że ma Pan dwóch synów. Nierzadko się zdarza, że dwóch braci znacznie się między sobą różni pod względem charakteru i wyborów moralnych. Załóżmy, że starszy syn - czego oczywiście nie twierdzę o Pańskich dzieciach, to jest tylko teoretyczny przykład - popadł w alkoholizm czy narkotyki czy rozwiązłe życie. Wszelkie próby wychowawcze i niezliczone szanse poprawy, terapii itp. nie odnoszą skutku. Ponadto starszy syn z powodu swej pozycji ma wpływ na młodszego syna i próbuje go wciągnąć w swój styl życia. Czy dobry ojciec, wobec braku szans na poprawę starszego syna, nie będzie się troszczył o to, żeby młodszy nie został sprawodzony przezeń na złą drogę? Czy nie jest sprawiedliwe i zarazem miłosierne, czyli dowodem dobroci ojca, gdy dla ochrony młodszego syna wyrzuci starszego z domu? Oczywiście, to jest tylko porównanie, ale trafnie ilustruje problem.

Nasuwa się owszem pytanie, czy kara musi być wieczna. Otóż ma to związek z naturą i powagą życia ludzkiego. Pan Bóg nie skazuje na wieczne potępienie pochopnie czy pod wpływem emocji. To jest zawsze wybór człowieka. Łatwiej to zrozumieć, myśląc chociażby o słynnych zbrodniarzach z historii ludzkości, którzy do końca życia nie wykazali choćby cienia skruchy. Skoro człowiek trwa uparcie we wrogości wobec Boga, przyjęcie go do chwały wiecznej byłoby pogwałceniem jego wolnego wyboru. Byłoby to wbrew godności takiej osoby i też wbrew sprawiedliwości Bożej.

Jak Kościół traktuje homosexualizm?


Kościół nie zmienił i nie może zmienić moralnej oceny praktyk homosexualnych. Zmianie mogą podlegać jedynie procedury karne i kary. Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r. niestety znacznie złagodził kary. Ma to zapewne związek z ogólną tendencją na Soborze Watykańskim II i po nim. Jak wiadomo, jego zadeklarowanym celem podanym przez Jana XXIII było zastosowanie "lekarstwa miłosierdzia" zamiast potępienia i kar. Z dzisiejszej perspektywy trzeba zauważyć, że ta metoda niestety przyniosła zgubne skutki, czego jesteśmy świadkami. Kara ma bowiem znaczenie zarówno expiacyjne jak też pedagogiczne. Jej złagodzenie zawsze ma skutki, przynajmniej pośrednie. Śledząc literaturę odnośnie etyki sexualnej, można zauważyć, że "rewolucja sexualna" z lat 1960-ych niestety wywarła swoje piętno oraz wpływ także na teologów oraz pasterzy Kościoła. Potrzebny jest powrót do odwiecznych reguł Kościoła, oczywiście nie odrzucając słusznego i prawdziwego postępu głównie w dziedzinie antropologii i psychologii.

Geneza skłonności homosexualnej jest przedmiotem badań nauk świeckich, nie teologii jako takiej. Stąd nie ma jednoznacznego orzeczenia Magisterium Kościoła w tej kwestii. Jednak Kościół trwa w nauczaniu o moralnej odpowiedzialności za czyny powodowane skłonnością, gdyż wynika to z podmiotowości i godności człowieka, która przerasta popędy i przyjemności zmysłowe. Potrzebna jest tutaj perspektywa ogólniejsza, wynikająca z prawdziwego rozumienia człowieka jako istoty duchowo-cielesnej. Jest to obecnie jeden z głównych tematów batalii o godność człowieka.

Jak należy ocenić "modlitwę językami"?


Ta uwaga jest słuszna. Rzeczywiście tzw. modlitwa językami jest - w najlepszym przypadku - jedynie irracjonalnym wyrazem emocji. Zwolennicy i uprawiający tę praktykę twierdzę niekiedy, że chodzi o języki wymarłe czy dopiero przyszłe, jednak nie ma to podstaw. Jest to zwykle kilka sylab czy to wynalezionych przez daną osobę czy zasłyszanych, które służą do expresji uczuć, bez jakiejkolwiek treści. Nie jest to więc mówienie, ani tym bardziej modlitwa, która jest z definicji mówieniem do Pana Boga.

Ta praktyka nie ma podstaw w Piśmie św., lecz ma raczej korzenie w exstatycznych kultach pogańskich i praktykach okultystycznych, a także w chorobach psychicznych. Na pewno nie ma nic wspólnego z tym, o czym mówi Nowy Testament (Mk 16,17; 1 Kor 12,4-11; 13,1-13; 14,2nn; Dz 2,4; 10,44-46; 19,6), gdyż poświadcza on mówienie w rzeczywistym obcym języku (xenoglossia), które może być tłumaczone na język zrozumiały.

Zarówno w internetach jak i w księgarniach jest mnóstwo textów propagujących praktyki tzw. charyzmatyczne. Dzieje się to zwykle bez kompetencji teologicznej i kłamliwie, nawet w wykonaniu duchownych z tytułami naukowymi. Oto przykład:


Dlatego warto nieco się zatrzymać na sprawie. Najpierw zwróćmy uwagę na kluczowy fragment Pisma św., mianowicie 1 List do Koryntian (14), na który powołuje się x. Włodzimierz Cyran. Podaję też text grecki, jako że tłumaczenie Biblii Tysiąclecia jest miejscami problematyczne:






Podsumujmy w skrócie treść:

1° Św. Paweł mówi o "mówieniu językiem" i ma na myśli jednoznacznie mówienie w jakimś realnym języku, skoro możliwe jest jego tłumaczenie.

2° Św. Paweł napomina Koryntian, żeby w zgromadzeniach kierowali się "zbudowaniem" czyli tym, co służy wszystkim, a nie własnemu samopoczuciu czy expresji. Dlatego właśnie "mówienie" niezrozumiałe dla obecnych i nie przetłumaczalne nie powinno mieć miejsca.  

Gdyby ktoś potrzebował porównania z interpretacją innych teologów, można sobie zajrzeć przykładowo na następujących stronach:

http://biblecentre.org/content.php?mode=7&item=210#CHAPTER%2014

https://www.bibelkommentare.de/kommentare/kategorien/50/1-korinther

Tak więc już przy prostej lekturze tego rozdziału z 1. Listu do Koryntian łatwo zauważyć, że praktykowana przez tzw. charyzmatyków "modlitwa językami" jest
- po pierwsze nieznana św. Pawłowi, gdyż nie jest ona przetłumaczalna przez nikogo, nawet przez mówiących,
- po drugie jest ona sprzeczna z napomnieniami i zasadami podanymi przez Apostoła, który jasno wymaga, że takie chaotyczne, subjektywistyczno-indywidualistyczne zachowanie nie powinno mieć miejsca. 

Na czym polega Sąd Ostateczny?


Sąd Ostateczny jest powtórnym przyjściem Zbawiciela, żeby - jak wyznajemy w Credo - sądzić żywych i umarłych pod zmartwychwstaniu powszechnym. Będzie to powszechne i ostateczne ukazanie sprawiedliwości i miłosierdzia Bożego, które są jednością. Sąd po śmierci odbywa się indywidualnie i jego wyrok pozostaje tajemnicą dla innych (może z czasem stać się znany, tzn. rozpoznany przez Kościół w procesie beatyfikacji i kanonizacji, jeśli taka jest wol Boża, jak w przypadku świętych i błogosławionych). Sąd Ostateczny nie decyduje już o losie poszczególnych osób, lecz polega na ukazaniu chwały Bożej w losie wszystkich ludzi u końca biegu historii. Jest ukazaniem losu wszystkich wobec wszystkich, także świętych.

Czy jesteśmy sądzeni po śmierci?


Przytoczona wypowiedź jest nie tylko dziwna, tzn. zaskakująca z ust teologa, lecz fałszywa i heretycka.

W Credo wyznajemy, że Jezus Chrystus przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych. W katechiźmie Kościół uczy, że Pan Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza a za złe karze. Tym samym katolik nie może negować prawdy o sądzie Bożym.

Oczywiście należy pamiętać, że pojęcie sądu pochodzi z naszej rzeczywistości ludzkiej i ma znaczenie jedynie analogiczne w odniesieniu do rzeczywistości Bożej i wiecznej. Jednak zasadnicze jego odrzucenie jest sprzeczne z Bożym Objawieniem i tym samym z teologią katolicką.

Czy dobre uczynki trwającego w grzechu mają wartość?



Mają wartość, ale nie jest to wartość w znaczeniu zasług na życie wieczne, gdyż dusza nie żyje łaską uświęcającą. Ta wartość polega na wypraszaniu łaski nawrócenia dla siebie, także łask aktualnych według woli Bożej.


Czy należy uczęszczać na Novus Ordo?


Kardynałowie Bacci i Ottaviani nie kwestionowali zasadniczo sakramentalnej ważności Novus Ordo Missae, tym samym nie negowali skuteczności sakramentalnej. Uważna lektura ich "krytyczej analizy" pozwala dostrzec, że zwrócili uwagę jedynie na niejasność i problematyczność doktrynalną oraz pastoralną. Chodzi o to, że Novus Ordo we wielu miejscach niestety dopuszcza interpretację, która jest otwarta na herezję protestancką. Stanowi to oczywiście poważny problem, jednak nie oznacza samo w sobie ani herezji ani nieważności sakramentalnej. To jest istotne odróżnienie, choć może nie od razu zrozumiałe bez odpowiedniego przygotowania teologicznego. Dlatego są duchowni, którzy odradzają uczęszczanie na Novus Ordo, zalecając wyłącznie liturgię tradycyjną.

Faktycznie jednak można wyznawać i zachowywać wiarę katolicką wychowawszy się i uczęszczając na Novus Ordo, oczywiście o ile łączy się to z odpowiednią katechezą we wierze katolickiej. 

Czy sakrament małżeństwa bez stanu łaski uświęcającej jest ważny?


Ważność zawarcia sakramentu małżeństwa, podobnie jak innych sakramentów (bierzmowania, święceń), nie zależy od bycia w stanie łaski uświęcającej. Łaska uświęcająca jest konieczna dla owocności działania łaski sakramentalnej. Innymi słowy: życie w stanie grzechu śmiertelnego (czyli bez łaski uświęcającej) jakby blokuje działanie łaski wypływającej z sakramentu, jednak nie unieważnia samego sakramentu. Dlatego dla pełnego rozwoju owoców sakramentu konieczne jest życie w łasce uświęcającej.

Stan łaski uświęcającej ma znaczenie dla godziwości przyjęcia sakramentu. Człowiek żyjący w stanie grzechu ciężkiego jest przyjacielem szatana i tym samym wrogiem Boga. Zachodzi więc zasadnicza sprzeczność między stanem duszy a przyjęciem sakramentu, którego celem ostatecznym jest uświęcenie.

Czy sterylizacja jest moralnie dopuszczalna?


Sterylizacja jako celowe spowodowanie bezpłodności, czy to własnowolna czy przymusowa, jest generalnie moralnie niedopuszczalna. Dotyczy to zarówno bezpłodności trwałej jak też tymczasowej.

Katolicka teologia moralna odróżnia sterylizację bezpośrednią, czy zamierzone spowodowanie bezpłodności, od sterylizacji pośredniej, gdy bezpłodność jest jedynie ubocznym skutkiem np. zabiegu medycznego, czy to chirurgicznego czy farmakologicznego.

Kościół wypowiedział się w tej kwestii w następujących dokumentach:
- Pius XI, encyklika Casti connubii
- Dekret Św. Oficjum z 21 marca 1931 r.
- Odpowiedź Św. Oficjum z 11 sierpnia 1936 r. odnośnie ustaw nazistowskich
- Dekret Św. Oficjum z 24 lutego 1940 r. zakazujący bezpośrednią sterylizację
- Pius XII, przemówienie do położnych z 29 października 1951 r.
- Przemówienie z 7 września 1953 r. do sympozjum genetyków
- Przemówienie z 8 października 1953 r. do kongresu urologów
- Przemówienie z 12 września 1958 r. do kongresu hematologów
- Odpowiedź Kongregacji Doktryny Wiary z 13 marca 1975 r.
- Jan Paweł II, list apostolski Familiaris consortio
- Odpowiedź Kongregacji Doktryny Wiary z  31 lipca 1993 r.
- Jan Paweł II, encyklika Evangelium vitae