Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy niekatolik może być papieżem?

Tu jest cały szereg pytań i tematów, oczywiście powiązanych ze sobą. Odpowiadam skrótowo, ponieważ tematy były już poruszane (etykieta: papiestwo). 

1. Obowiązek posłuszeństwa wobec papieża dotyczy wyłącznie

- urzędowego (ex cathedra) nauczania prawd wiary i obyczajów

- prawowitych, czyli zgodnych z wiarą katolicką, nauczaniem moralnym oraz z prawem Kościoła zarządzeń dyscyplinarnych. 

Tego obowiązku nie ma w przypadkach sprzecznych z wiarą katolicką, nauczaniem moralnym oraz z prawem Kościoła, oraz w przypadku prywatnych, czyli nieurzędowych nauk czy orzeczeń. 

Urzędowe nauczanie papieskie (ex cathedra) ma aspekt materialny i formalny:

- materialnie obejmuje prawdy Objawienia Bożego oraz prawdy wprost zeń wypływające i bezpośrednio powiązane

- formalnie jest podawane jako nauczanie mocą urzędu apostolskiego oraz skierowane do całego Kościoła.

Urzędowym nauczaniem Kościoła nie są ani wypowiedzi nie oparte przynajmniej pośrednio na Bożym Objawieniu, ani takie, które są skierowane do ograniczonego grona osób (np. tylko do jakiejś grupy pielgrzymów). Nie jest istotne rozpowszechnienie danej wypowiedzi, lecz intencja, z jaką jest wypowiadana, tzn. czy jest wypowiadana mocą autorytetu powszechnego nauczyciela całego Kościoła. Jeśli ta intencja nie jest wyraźna, to dana wypowiedź jest jedynie prywatna, nawet jeśli jest podawana przez massmedia na całym świecie. Z tej zasady wynikała tradycyjna praktyka papieży, czyli daleko idąca powściągliwość w wypowiadaniu się, zwłaszcza publicznym. Swoista gadatliwość została zapoczątkowana na znaczną skalę dopiero przez Jana Pawła II, a doprowadzona do skrajności przez Franciszka z jego słynnymi wywiadami na pokładzie samolotów i nie tylko. Jest to przyczyną zamieszania i szkodzi zarówno duszom jak też urzędowi papieskiemu, godząc w jego powagę i autorytet. 

2. Teologowie katoliccy są zgodni co do tego, że niekatolik nie może być papieżem, ponieważ widzialna głowa Kościoła nie może być poza Kościołem, a poza Kościołem (w znaczeniu widzialnej wspólnoty wiernych Jezusa Chrystusa) znajduje się każdy heretyk, schizmatyk i apostata (tym bardziej oczywiście żyd, poganin, ateista itp.). Nie są jednak zgodni co do tego, jak należy formalnie i skutecznie prawnie (czyli ze skutkami prawnymi) orzec, czy dana osoba sprawująca formalnie urząd papieski jest katolikiem czy nim nie jest. Otóż kościelna procedura orzekania o tym, że ktoś jest heretykiem, zakłada postępowanie wyjaśniające wraz z możliwością obrony oraz - w razie stwierdzenia herezji - wycofania się z herezji. Problem polega na tym, że obecne prawo kanoniczne nie przewiduje specjalnej procedury wobec osoby sprawującej formalnie urząd papieski. Nie oznacza to, że nie można zastosować procedury zwykłej. Trudność polega na kwestii, kto miałby orzec o heretyckości takiej osoby, skoro nie ma w Kościele władzy wyższej niż urząd papieski. Dlatego właśnie część teologów obecnych uważa, że dopiero następny papież bądź któryś z następnych papieży będzie w stanie wydać takie orzeczenie. Wydaje się, że bardziej słuszna jest opinia św. Roberta Bellarmina, Doktora Kościoła, według którego władzę orzekania o popadnięciu w herezję osoby sprawującej urząd papieski ma kolegium biskupów, czyli przynajmniej znaczna czy reprezentatywna część żyjących obecnie biskupów. Dopóki to nie nastąpiło, wolno uważać taką osobę za papieża. 

Czy Marija jest Pośredniczką łask wszelkich?



(źródło tutaj)

Temat stał się w Polsce ostatnio dyskutowany, zapewne pod wpływem pewnych głosów z Watykanu, a ostatecznie z powodu dążeń i tendencyj ekumaniackich, na co wskazują powiązania osób, które temat wszczynają. Są to bowiem osoby powiązane z tzw. charyzmatyzmem, czyli paraprotestanckim "ruchem" wewnątrz struktur Kościoła. Dywersyjny charakter tego "ruchu" ukazuje się nierzadko w postaci formalnej apostazji "grup modlitewnych" (przykłady tutaj). Niemniej niebezpieczna jest pełzająca apostazja poszczególnych osób, pozostających w formalnych strukturach Kościoła, ale głoszących herezje i poważne błędy, zwodzące odbiorców małymi krokami ostatecznie ku protestantyzmowi, jak internetowe "gwiazdy" typu o. Recław, o. Nowak, o. Szustak, M. Zieliński, M. Kapusta i inni mniej znani. Ostatnio wybił się x. Przemysław Sawa, działalności którego musiałem się nieco przyjrzeć. Właściwie nie jest zaskakujące, że włączył się on w chór paraprotestanckich "teologów" także w temacie mariologicznym. Oto jego wypowiedzi w jednej z dyskusyj internetowych:








X. Sawa twierdzi więc:

1. Marija nie jest Pośredniczką łask wszelkich.
2. Pośrednictwo to "cecha Boga".
3. Bóg nie musi zawsze działać przez Mariję.
4. Takie jest nauczanie Kościoła, a mówienie o powszechnym pośrednictwie Mariji jest "teologiczną głupotą".

X. Sawa nie podaje żadnych źródeł na poparcie swoich tez. Jedyną podstawą są dla niego słowa z Listu do Efezjan (3,12):



No cóż, wystarczy proste, trzeźwe myślenie na poziomie najwyżej gimnazjalnym, by dostrzec, że nie ma tutaj ani śladu zaprzeczenia pośrednictwu Matki Chrystusowej.

Tym samym kłamstwem jest teza 4, tak więc x. Sawa popełnia ewidentne oszustwo na odbiorcach.

Jedynie gwoli rzetelności wspomnę, że mówienie, jakoby pośrednictwo było "cechą Boga", świadczy nie tylko o zupełnej ignorancji teologicznej, lecz już nawet o braku elementarnie logicznego myślenia, gdyż
- pośredniczenie jest z definicji funkcją, nie cechą,
- Bóg jest sprawcą łask wszelkich, nie pośrednikiem.

Generalnie wypowiedź x. Sawy wpisuje się w typowy dla protestantów sprzeciw wobec kultu maryjnego, zwłaszcza tytułu "Pośredniczki". Z charakterystycznym prymitywizmem w podejściu do Pisma św., heretycy stale powołują się na słowa św. Pawła o "jedynym Pośredniku między Bogiem i ludźmi" (1 Tm 2, 5), którym jest Jezus Chrystus. Naśladowcami i sojusznikami herezji protestanckiej także w tej kwestii byli janseniści, a także pojedyncze głosy protestantyzujących katolików jak zwłaszcza świecki prawnik Adam Widenfeldt, niemiecki autor pamfletu przeciw katolickiej pobożności maryjnej, który to pamflet został umieszczony na indexie ksiąg zakazanych. Znamienny jest, że "sobór" anglikańskich heretyków z 1867 r., jak wiadomo blisko powiązanych nie tylko z władcami angielskimi lecz także z masonerią, wzywał do "unikania wywyższania Najświętszej Mariji Dziewicy jako Pośredniczki zastępującej swojego Syna", co jest oczywiście absurdalne i właściwie nie dotyczy teologii i pobożności katolickiej.

Przejdźmy do sedna rzeczy, czyli do kwestii, czy Marija według teologii katolickiej i tym samym w świetle nauczania Kościoła jest Pośredniczką łask wszelkich czy nie jest. Temat jest oczywiście dość obszerny i wymaga właściwie osobnego traktatu. Mogę go tutaj jedynie przedstawić skrótowo.

Należy zacząć od tego, że 12 stycznia 1921 roku papież Benedykt XV zaaprobował texty liturgiczne (formularz Mszy św. i Oficjum) na obchody święta Najświętszej Mariji Dziewicy, Pośredniczki Łask Wszelkich:


Tym samym prawda o powszechnym pośrednictwie Matki Chrystusowej ma zatwierdzenie papieskie jako zwyczajne nauczanie Kościoła. Oracja mszalna mówi wprost, że Bóg ustanowił Ją "naszą Pośredniczką" u Siebie.

Już papież Pius IX w swojej bulli "Ineffabilis Deus" ogłaszającej dogmat o Niepokalanym Poczęciu (1854) powiedział:
"Najświętsza Dziewica jest dla całego świata najpotężniejszą u Swoje Syna pośredniczką i wyjednawczynią (Mediatrix et Conciliatrix)."
Tym samym jest to prawda wiary katolickiej, aczkolwiek nie wchodząca w skład samej definicji dogmatycznej.

Leon XIII w swojej encyklice o różańcu Fidentem piumque (1896) nazwał Mariję "Pośredniczką u Pośrednika (ad Mediatorem Mediatrix), którą Bóg taką ustanowił w Swoim najdobrotliwszym miłosierdziu (encyklika Iucunda semper z 1892 r.). Podobnie uczyli św. Pius X i Benedykt XV.

Pius XI powiedział w swojej encyklice Miserentissimus Redemptor (1928), że Marija jest "służebnicą i pośredniczką łaski (gratiae ministram ac mediatricem)".

Jakie są źródła i podstawy teologiczne tej prawdy?

Biblijną podstawą jest już Księga Rodzaju, dokładniej fragment zwany Protoewangelią (3, 5), gdzie Bóg mówi o nieprzyjaźni między szatanem a "niewiastą" i jej potomstwem. Według papieża Piusa IX (Ineffabilis) jest to podstawa wspólnoty i towarzyszenia Mariji Dziewicy Pośrednikowi (principium consortii seu associationis).

W Nowym Testamencie zasadniczy jest fragment św. Łukaszowy o zwiastowaniu (1, 28):


Greckie słowo słusznie zostało przetłumaczone w Wulgacie jako "gratia plena" czyli "łaski pełna", ponieważ imiesłów (participium perfecti passivi) oznacza dosłownie "przełaskawiona" czyli przeniknięta łaską. Powiedzenie tego przez anioła Gabriela w momencie zwiastowania Wcielenia Syna Bożego nie może oznaczać nic innego jak wskazanie na ścisły, wewnętrzny i nierozerwalny związek tego, co się stało w Mariji i dla Mariji, z tym, co się stało dla całej ludzkości i wszechświata. Innymi słowy: działanie łaski w Mariji sprawiło Wcielenie Syna Bożego. A to oznacza, że Ona jest drogą, sposobem dzieła zbawienia - to przez Nią dokonuje się Odkupienie. Oczywiście to w żaden sposób nie wyklucza ani nie pomniejsza roli Jej Syna - Odkupiciela. Jej rola stanowi nieodłączną i - według planu Bożego - niezbędną część dzieła Syna Bożego począwszy od Wcielenia.

Czy jest to tylko jedynie pasywne poddanie się planowi? Oczywiście nie. Jest to widocznie już w opisie zwiastowania: Marija angażuje swoje myślenie (pytanie: "jakże się to stanie?") oraz wolę ("niechże mi się stanie"). Elżbieta na przywitanie nazywa Mariję "tą, która uwierzyła". Oznacza to osobowy akt wobec Boga i to - bardzo wyraźnie w tym wypadku - oznaczający oddanie swojego życia do dyspozycji i  nie tylko w taki sposób, jak każde macierzyństwo oddaje się życiu nowego człowieka, lecz jako całkowite oddanie siebie bez ograniczeń. Marija wiedziała, jaki los czeka Mesjasza, gdyż znała zapowiedzi proroków, które słuchała w synagodze. Jej akt wiary oznaczał nie tylko poznanie i uznanie, że Bóg wypełnia Swoje słowo posyłając w tym momencie Mesjasza. Jej przeczyste, wolne od wszelkiego grzechu serce, przepełnione miłością do Boga i ludzi, oddało się z całą osobą, zdolnościami i siłami, misji Zbawiciela czyli działaniu łaski dla zbawienia wszechświata. To było nie tylko poddanie się woli Bożej, lecz aktywne, wierne i wielkoduszne zaangażowanie, jak widać chociażby w Jej trosce matczynej o dwunastoletniego Jezusa zaginionego podczas pielgrzymki i też w uważnym zatroskaniu na godach w Kanie Galilejskiej. To drugie wydarzenie ukazuje bardzo wyraźnie Jej rolę nie tylko w niezręcznej sytuacji braku wina podczas przyjęcia weselnego. Te gody są według św. Jana obrazem dzieła Mesjasza w historii nie tylko narodu izraelskiego, lecz całej ludzkości, gdyż oblubieńcza miłość i gody mają miejsce u wszystkich ludów i w każdym czasie. Rola Mariji w przemianie wody w wino, gdy zabrakło wina zbawienia mimo przygotowań, starań i zabiegów, jest wyrazista i - według ekonomii zbawienia - niezbędna.

Ten związek jest wyraźnie ukazany w momencie ukrzyżowania i śmierci, czyli powierzenia Matki umiłowanemu uczniowi oraz tegoż ucznia Swojej własnej Matce, oraz w obecności Mariji we Wieczerniku w oczekiwaniu i zesłaniu Ducha Świętego na Apostołów. Te wydarzenia świadczą dobitnie, że obecność Mariji jest istotna i to nawet po Śmierci i Zmartwychwstaniu, gdy już dokonało się Odkupienie ("wykonało się"). I stale jest to obecność nie przypadkowa i nie tylko towarzysząca, lecz jest obecnością Matki z całym i najpełniejszym sensem macierzyństwa. To macierzyństwo, którego źródłem była pełnia łaski, nie mogło się zatrzymać ani ograniczyć na ludzkiej relacji do Jej Syna, lecz - zgodnie z Jego misją - musiało zostać przez Niego samego rozszerzone na Kościół, który jest Jego mistycznym Ciałem. Dlatego pośrednictwo Mariji jest nierozłącznie związane z pośrednictwem Kościoła. Można nawet powiedzieć: Kościół czerpie swoje pośrednictwo z Jej pośrednictwa, gdyż sam Bóg najpierw Ją uczynił "środkiem" Zbawienia w Jezusie Chrystusie.

Najstarszą zachowaną archeologicznie modlitwą skierowaną do Matki Bożej jest "Pod Twoją obronę", poświadczona na fragmencie papirusu z III w. z Egiptu:





Werbalnie nie ma tutaj wzmianki o pośrednictwie, jednak teologicznie jest ono tutaj zawarte. Oddanie się w opiekę oraz kierowanie próśb w potrzebach, zwłaszcza prośba o "wybawienie" względnie "uwolnienie" (λυτρώνω) ma wyraźne znaczenie soteriologiczne i tym samym charytologiczne. Innymi słowy: tego typu prośba może być - i to całkiem poprawnie i słusznie - skierowana także do Jezusa Chrystusa i ostatecznie do Boga. Oczywiście nie wynika z tego "ubóstwienie" Mariji, lecz chodzi o Jej związek z porządkiem łaski czyli zbawczego działania Boga. Dlatego według klasycznej teologii katolickiej, opartej na Piśmie św., literaturze patrystycznej i całej Tradycji Kościoła z Macierzyństwa Mariji jako Matki Syna Bożego wynika Jej powszechne pośrednictwo wraz z godnością królewską. Najstarsza poświadczona modlitwa maryjna jest właśnie tego modlitewnym wyrazem.

Liczne są świadectwa świętych teologów Kościoła odnośnie wielkości i doniosłości pośrednictwa Matki Chrystusowej i to począwszy od pierwszych wieków.

Pośród Ojców Kościoła już św. Efrem Syryjczyk w IV wieku wielokrotnie nazywa Mariję Pośredniczką (μεσιτης). Św. Epifaniusz mówi o Niej jako "pośredniczce między niebem i ziemią" (PG 43, 491). Według św. Proklusa Marija jest "jedynym mostem Boga do ludzi" (PG 65, 682). Według św. Bazylego z Seleukii Marija została ustanowiona przez Boga jako pośredniczka, żeby zjednoczone zostało to, co niebiańskie, i to, co ludzkie (PG 85, 443). Św. Andrzej z Krety mówi o Mariji jako "pośredniczce prawa i łaski" (PG 97, 1411).

Typowa jest modlitwa podana przez św. Sofroniusza, biskupa Jerozolimy (PL 73, 683):



Według św. Jana Damasceńskiego (PG 96, 714) Marija spełniając zadanie Pośredniczki jako "drabina, po której Bóg zstąpił do nas", złączyła to, co było rozdarte, czyli niebo i ziemię:



Podsumowując nauczanie Ojców Kościoła należy stwierdzić, że
- rozumienie Matki Chrystusa jako pośredniczki jest stale obecne, zarówno dosłownie jak też pośrednio
- to pośrednictwo jest nie tylko pośrednie, to znaczy przez historyczny fakt urodzenia Zbawiciela, lecz także przez osobisty udział w dziele Zbawienia
- jest to pośrednictwo powszechne, czyli odnoszące się do wszystkich ludzi wszystkich czasów, analogicznie do pośrednictwa Jej Syna, z którym jest nierozłącznie zjednoczona.

Św. Tomasz z Akwinu podaje teologiczne wyjaśnienie tej prawdy: Jezus Chrystus jest Pośrednikiem między Bogiem i ludźmi z racji tego, że stał się Człowiekiem (STh III q. 26). Swoje człowieczeństwo wziął z Mariji Dziewicy i to jest podstawą Jej Pośrednictwa.

Nauczanie nie zmieniło się zasadniczo po Vaticanum II. Świadczą o tym zarówno dokumenty soborowe (była o tym mowa tutaj) jak też Katechizm Kościoła Katolickiego:





P. S.

Na prośbę jednego z czytelników podaję cały formularz Mszy św. o NMP Pośredniczce Łask Wszelkich (źródło tutaj):




Mariologia na Vaticanum II


Temat jest oczywiście szerszy niż ramy niniejszego bloga. Widząc zamieszanie i potrzebę w temacie przedstawiam sprawę w skrócie w oparciu głównie o łatwo dostępne źródła:

Ralph Wiltgen SVD, Ren wpływa do Tybru (różne wydania, także po polsku)

Roberto de Mattei, Sobór Watykański II (różne wydania, także po polsku)


Pośród tzw. schematów, czyli dwunastu roboczych szkiców przyszłych dokumentów soborowych podanych do dyskusji i opracowania, znajdował się także schemat "O Najświętszej Mariji Pannie, Matce Boga i Matce ludzi". Było to wynikiem trwającej od drugiej połowy XIX w. - w związku z ogłoszonym w 1854 r. dogmatem o Niepokalanym Poczęciu -  dość intensywnej dyskusji teologicznej wokół takich tytułów mariologicznych jak Pośredniczka Łask oraz Współodkupicielka. Na międzynarodowych i też narodowych kongresach mariologicznych rozważano te kwestie, pisano także petycje do kolejnych papieży z prośbą o zdogmatyzowanie tychże tytułów. Częstą odpowiedzią było wskazanie na konieczność zwołania soboru, który by się zajął tą sprawą. Tak więc można powiedzieć, że zamysł zwołania soboru powszechnego, który stał się dość konkretny już za pontyfikatu Piusa XI, od początku związany był z tematyką mariologiczną, co naturalnie znalazło swój wyraz w dokumentach przygotowawczych czyli tzw. schematach. 

Równocześnie istotny jest cel, który Jan XXIII postawił zwołanemu soborowi: dopasowanie Kościoła do współczesnego świata (nie świata do Bożego Objawienia) oraz dążenie do jedności ludzkości, w tym także do jedności między chrześcijanami, co musiało oznaczać pomniejszanie i relatywizowanie tego, co dzieli, czyli prawd i zasad specyficznie katolickich. W tym kluczu właśnie należy rozumieć przygotowane dokumenty robocze czyli tzw. schematy, a tym bardziej końcowe, uchwalone dokumenty.

Po zakończeniu pierwszej sesji soboru, w styczniu 1963 roku komisja koordynacyjna, czyli zajmująca się porządkowaniem obrad soboru, postanowiła procedować schemat o zmienionym tytule "O Najświętszej Mariji Pannie, Matce Kościoła" niezależnie od schematu o Kościele. Biskupi niemieccy i austriaccy zlecili sporządzenie komentarza, a właściwie recenzji do tego schematu jezuicie Karl'owi Rahner'owi, który był doradcą teologicznym (peritus) Arcybiskupa Wiedeńskiego, kardynała Franz'a König‘a (więcej tutaj). Jego krytyka okazała się totalna. Głównym argumentem były względy ekumaniackie czyli przewidywana szkoda dla stosunków zarówno z protestantami jak też ze wschodniakami. To drugie oczywiście kłamliwa, ponieważ wspólnoty wschodnie mają bardzo głęboko zakorzeniony kult Matki Bożej, a odrzucają najwyżej samodzielne ogłaszanie przez papieża dogmatów mariologicznych, czego powodem nie są względy teologiczne lecz ambicjonalne. Rahner'a szczególnie oburzało zawarte w schemacie tytułowanie Mariji jako "Pośredniczki Łask Wszelkich" i domagał się jego usunięcia. Jednak biskupi niemieccy, austriaccy i skandynawscy zgromadzeni na konferencji w Fulda opowiedzieli się za zachowaniem takich wyrażeń jak "Pośredniczka" i "pośredniczy", usuwając jedynie dodatkowe określenie, że chodzi o wszelkie łaski. Do tej swojej propozycji wystosowanej do soboru biskupi dołączyli wypowiedzi teologów protestanckich (Dibelius, Meinhold), którzy uważali katolicką mariologię za główną przeszkodę w staraniach ekumenicznych oraz postulowali włączenie schematu o Mariji do schematu o Kościele, co miało umożliwić postęp w rozmowach ekumaniackich. 

Tematem zajęto się na pierwszym zgromadzeniu ogólnym drugiej sesji soboru pod koniec września 1963 roku. Kardynał Joseph Frings z Kolonii, przemawiając w imieniu biskupów niemieckich, austriackich i skandynawskich, opowiedział się za włączeniem schematu mariologicznego do schematu o Kościele. Głosy innych biskupów z innych krajów były podzielone. Kardynał Francis Spellman z Nowego Yorku zwracał uwagę, że nie należy z względów ekumaniackich pomijać tytułów mariologicznych używanych już przez papieży także takich jak "Współodkupicielka" (Coredemptrix), "Odnowicielka" (Reparatrix), gdyż zadaniem soboru powszechnego jest bardziej pouczanie katolików niż ludzi spoza Kościoła. Biskupi katoliccy obrządków wschodnich wystosowali do Ojców Soborowych pismo, w którym jednoznacznie opowiedzieli się za osobnym dokumentem mariologicznym. Biskup Giacondo Grotti z Brazylii dość dosadnie argumentował, że celem soboru nie jest ukrywanie prawdy lecz jej wyznawanie, gdyż byłoby to obłudne. Byłoby to równocześnie obraźliwe dla niekatolików, gdyż zostaliby potraktowani jako słabi, skoro prawda mogłaby ich zranić. W końcu 27 października 1963 r. doszło do głosowania w kwestii włączenia schematu mariologicznego do schematu eklezjologicznego. Wynik głosowania nie był jednoznaczny: 1114 głosów było za połączeniem, a przeciw było 1097. Ekumaniacy wygrali więc ten etap większością jedynie 9 głosów. 

Schematem eklezjologicznym - z którego powstała konstytucja "Lumen gentium" - wraz ze schematem mariologicznym jako jego ostatnim rozdziałem zajęto się na trzeciej sesji soborowej jesienią 1964 r. Ten rozdział został opracowany na zlecenie kierownictwa soboru przez dwóch teologów: x. Gérard Philips z Belgii oraz franciszkanin o. Carlo Balić z Jugosławii. X. Philips opowiedział się za usunięciem tytułów Marijnych "Matka Kościoła" i "Pośredniczka", jednak komisja teologiczna soboru nie przejęła tego postulatu. Po burzliwych dyskusjach w auli soborowej zabrał głos kardynał Frings, apelując o przyjęcie wersji kompromisowej. Ta wersja - jako rozdział VIII konstytucji "Lumen gentium" - został jako całość poddana głosowaniu. Wynik głosowania 29 października 1964 r. był zadowalający: 1559 głosów na tak, 521 głosów na tak z zastrzeżeniami (czyli za przyjęciem po dokonaniu poprawek), 10 głosów za odrzuceniem rozdziału. Po dokonaniu poprawek poddano rozdział ostatecznemu głosowaniu dnia 18 listopada 1964 r., które dało wynik 99% na tak czyli praktycznie jednomyślny. 

Czy to było zwycięstwo ekumaniaków? Raczej nie. Po pierwsze, nie nastąpiło żadne głosowanie odnośnie do tytułów mariologicznych i tym samym nie było ich odrzucenia. Po drugie, zachowano tytuły zawarte w pierwotnym schemacie, czyli Matka Kościoła i Pośredniczka, aczkolwiek w ostrożniejszej formie, bardziej strawnej dla tchórzliwych ekumaniaków. 

Protestancki teolog Oscar Cullmann, który był gościem na soborze, powiedział w swojej długiej konferencji prasowej na zakończenie soboru, że zachowanie tytułu "Pośredniczka" jest przykrym rozczarowaniem dla protestantów. Także umieszczenie schematu mariologicznego w dokumencie o Kościele, które pierwotnie miało osłabić rangę i znaczenie mariologii, spowodowało w końcu wzmocnienie nauczania o Mariji, gdyż to, co jest powiedziane o Kościele ma swój punkt szczytowy w ostatnim rozdziale konstytucji, który jest mariologiczny. Zresztą rezultat dyskusji soborowej jest także ilościowy: względem pierwotnego schematu roboczego mariologiczny rozdział VIII konstytucji "Lumen gentium" jest dłuższy o 1/3. 

Tak więc mówienie o odrzuceniu przez sobór tradycyjnej mariologii katolickiej jest po prostu kłamstwem. Owszem, mariologiczny rozdział konstytucji "Lumen gentium" jest raczej krokiem wstecz w rozwoju mariologii. Świadczą o tym także procesy w teologii i praktyce duszpasterskiej po soborze, czyli osłabienie, a nawet po części brak zainteresowania kultem Marijnym i rozwojem doktrynalnym w tej dziedzinie. Przyczyną jest oczywiście brak jasności i głębii w tym dokumencie soborowym. Temu chciał zaradzić Paweł VI w swojej adhortacji "Marialis cultus" z 1974 r. Zamysł oczywiście nie mógł się udać wobec faktu uporczywego trzymania się Novus Ordo, który ze swej natury godzi w ciągłość doktrynalną i pobożnościową Kościoła. Nie może być odrodzenia i autentycznego rozwoju w mariologii bez powrotu do autentycznych źródeł i korzeni w liturgii. Protestantyzacja życia kościelnego, której sprzyja Novus Ordo, ze swej natury oznacza także zwalczanie i osłabianie czci do Matki Zbawiciela, nawet jeśli zachowuje się pewne formy nabożeństw Marijnych. Równocześnie autentyczna pobożność Marijna zawsze prowadzi ostatecznie do liturgii tradycyjnej, a to z tej prostej przyczyny, że to ona, a nie Novus Ordo ze swej natury promuje i prowadzi do oddawania należnej czci Jezusowi Chrystusowi i Trójcy Przenajświętszej, co jest także istotą duchowości Mariji oraz Jej prawdziwych czcicieli. 

Urojony sobór czyli protestancko wypaczone sumienie M. Kapusty


 
Poproszono mnie o zajęcie się ponownie działalnością powyższego osobnika (wcześniej było tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj): 


Zacznijmy po kolei od wypowiedzi samego delikwenta. 


Kapusta deklaruje, że sumienie nie pozwala jemu i jego rodzinie na przyjęcie ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy z powodu nabożeństwa z tąże ikoną związanego, a które według Kapusty zawiera poważne błędy teologiczne. Kapusta opiera się na wywodach franciszkanina Celestyna Napiórkowskiego udającego mariologa, a będącego faktycznie skrajnym modernistą, który nawet nie ukrywa swojego podziwu dla herezjarchy Martina Luder'a (w książce o uprawianiu teologii). 


Tutaj Kapusta wymachuje Pismem św., soborem - przy czym ma na myśli wyłącznie Sobór Watykański II - oraz Magisterium Kościoła, które cytuje również jedynie w postaci przemielonej i pożutej przez Napiórkowskiego. Przy tej okazji Kapusta popełnia typowo ignorancki bełkot. Otóż według teologii katolickiej nie ma trzech "filarów" wiary, lecz są dwa zasadnicze źródła teologii: Tradycja i Pismo św. Magisterium Kościoła nie jest ani trzecim filarem, ani "szczytem" wiary, lecz ma funkcję jedynie służebną czyli podporządkowaną Tradycji i Pismu św., a to w ten sposób, że naucza, wyjaśnia i broni prawd zawartych w dwóch źródłach Bożego Objawienia czyli w Tradycji i Piśmie św. Widocznie Kapusta nie czytał nawet konstytucji "Dei Verbum" soboru, który tak uwielbia, a gdzie to jest dość wyraźnie napisane. Zamiast tego Kapusta albo uroił sobie Magisterium jako "szczyt" wiary, albo po prostu bezczelnie okłamuje odbiorców. 


Tutaj Kapusta atakuje tych, którzy krytycznie podchodzą do ostatniego soboru, udając przy tym wiernego katolika. Powtarza tutaj "mądrość" na poziomie teologii kuchennej o działaniu Ducha Świętego na soborze. Myli tutaj widocznie działanie Ducha Świętego z działaniem maszyny czy mechanizmu w maszynach, którymi są ludzie, tak jakby uczestnicy soboru byli bezwolnymi wykonawcami poleceń Ducha Świętego. Kapusta widocznie myli Boże Objawienie, które jest przekazane Kościołowi pod natchnieniem Ducha Świętego, z asystencją Ducha Świętego w Kościele, także w jego Magisterium, którym jest nauczanie soborów powszechnych. Asystencja tym się różni od natchnienia, że Duch Święty daje gwarancję nieomylności tylko wtedy, gdy chodzi o wynikające z Bożego Objawienia prawdy wiary i moralności, które są wyłaniane w badaniach źródłowych i dyskusjach soborowych, a ludzie nauczający zasadniczo mają możliwość także popełnienia błędów i sprzeniewierzenia się tym prawdom. Dlatego właśnie są sobory w historii Kościoła, które zostały uznane za heretyckie, niektóre dopiero po czasie. 

Ponadto istotne jest, że Kapusta popełnia tutaj zasadniczy błąd, mówiąc tak, jakby Sobór Watykański II był jedynym ważnym obecnie czy przynajmniej głównym soborem, jakby supersoborem. To gdzie był Duch Święty, gdy odbywały się poprzednie sobory, zwłaszcza Sobór Trydencki? A może Kapusta uważa, że Duch Święty zmienia zdanie albo się myli?


Tutaj Kapusta oczywiście kłamie. Nie wiem, czy z elementarnej ignorancji, czy ktoś mu takie bzdety nawciskał, czy sobie sam to wymyślił. Widocznie nie zna chociażby nauczania Vaticanum I w konstytucji "Pastor Aeternus", gdzie jest jasno powiedziane, że nawet zadaniem papieża nie jest nauczanie nowości, lecz wierne zachowywanie i nauczanie tego, co jest Bożym Objawieniem. Tak samo zresztą naucza Sobór Watykański II. Żaden sobór i żaden papież nie twierdzi, że Kościół ma prawo zmieniać swoje nauczanie. Wręcz przeciwnie: każde autentyczne nauczanie urzędowe (magisterialne) powołuje się na nauczanie poprzedników. 


Tutaj Kapusta znów się pogrąża wykazując elementarną ignorancję teologiczną. Powtarzam: filarem Kościoła nie jest Magisterium Kościoła lecz Boże Objawienie, a zadaniem Magisterium jest jego zachowywanie i nauczanie. Nie wiem skąd Kapusta bierze swoją teoryjkę. Urojenie?
Sprawa jest istotna, ponieważ kryterium odróżnienia Magisterium od Niemagisterium jest właśnie związek i zgodność z Bożym Objawieniem. Innymi słowy: jeśli jakiś przedstawiciel hierarchii - czy to w pojedynkę czy wraz z jakimś zgromadzeniem biskupów, które chce być soborem - głosi coś, co jest sprzeczne z Bożym Objawieniem podawanym dotychczas czy to w Piśmie św. czy w Tradycji, to nie naucza jako Magisterium lecz jako Antymagisterium Kościoła, nawet jeśli piastuje jakiś wysoki urząd kościelny, nawet jeśli byłby to urząd papieski. Niechże sobie Kapusta poczyta solidne podręczniki dogmatyki katolickiej, a nie jakieś paraprotestanckie śmieci. To w protestantyźmie najważniejszym "filarem" jest to, co głosi aktualna władza czyli guru, którego władza jest absolutna i ważniejsza niż prawda. Natomiast w Kościele Chrystusowym także władza papieska i władza soborów jest zawsze ograniczona Bożym Objawieniem i to tym, którego nauczali poprzedni papieże i poprzednie sobory. Dlatego właśnie w Kościele nie obowiązują żadne nowości, nawet gdyby były głoszone uroczyście przez papieża czy sobór. Kościół nie jest sektą, gdzie obowiązuje wola aktualnej władzy, lecz władza musi być podporządkowana Bożemu Objawieniu przekazanemu przez Apostołów. 



Kapustowa "mądrość" sprowadza się do cytowania kłamliwych wypocin heretyka Napiórkowskiego, który jak przystało na heretyka miesza, kręci i oszukuje. Kwestią samych tytułów mariologicznych zajmę się później. "Argument" Napiórkowskiego-Kapusty sprowadza się do twierdzenia, jakoby sobór odrzucił owe "przesadne" i "błędne" tytuły Matki Najświętszej, a jest to po prostu kłamstwo, ponieważ nigdy na Vaticanum II nie było takiego głosowania, którego przedmiotem byłoby przyjęcie albo odrzucenie tychże tytułów. Tak więc Kapusta albo nie ma bladego pojęcia o faktycznym przebiegu soboru, albo bezczelnie kłamie i oszukuje swoich odbiorców. 


Te ignoranckie bzdety Kapusta powtarza maniakalnie według zasady Josefa Goebbels'a: kłamać trzeba często, bo zawsze coś w głowach osiądzie. Zauważmy na trzeźwo: Kościół od wieków dopuszczał nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy do publicznego odmawiania w świątyniach katolickich. Co więcej, dopuszczał i zalecał katolikom praktykowanie - szczególnie znienawidzonego przez Kapustę i innych heretyków - doskonałego nabożeństwa do Matki Bożej według nauczania św. Ludwika Marię Grignon de Montfort. Teraz oto przychodzi Kapusta podjudzony przez perfidnego heretyka Napiórkowskiego i ogłasza, że to jest "najeżone błędami" i że sobór to odrzucił. Czy on słyszy to, co mówi? Gdzie był Duch Święty poprzez wieki, skoro dopuszczał do użytku przez katolików nabożeństwa sprzeczne - jak uważa Kapusta - z Pismem św. i soborem? Przez wieki spał i obudził się dopiero na Vaticanum II?


Tutaj Kapusta głosi nie mniej ni więcej jak herezję koncyliaryzmu twierdząc, jakoby nauczanie soboru miało rangę wyższą niż nauczanie papieskie. Otóż nie. Według teologii katolickiej ranga danego nauczania zależy wprost od stopnia nieomylności, niezależnie od tego, czy jest głoszone przez samego papieża czy przez papieża wraz z soborem. Niechże sobie Kapusta poczyta nauczanie Soboru Watykańskiego I, czy choćby nawet "Lumen gentium" Soboru Watykańskiego II. 




Tutaj Kapusta kłamie co do treści abhortacji Pawła VI z 1974 r. "Marialis cultus". Oto parę fragmentów, których Kapusta albo nie zna albo nie chce znać, albo jedno i drugie:












Niech tyle wystarczy. Nie trudno zauważyć, że Kapusta w ślad za swoim mistrzem Napiórkowskim bezczelnie łże i oszukuje swoich odbiorców. Tutaj powtarza swoje protestanckie urojenia:



Uporczywie bredzi, jakoby Kościół wzywający pomocy Matki Bożej sprzeniewierzał się kultowi Bożemu:


Tak więc według Kapusty "oczyszczenie", którego miał dokonać sobór, polega na odrzuceniu wzywania i okazywania czci Mariji, i zastąpienie tego przez naśladowanie Jej cnót. Po pierwsze Kapusta tutaj znowu bezczelnie kłamie, a po drugie wyznaje nic innego jak protestantyzm, ponieważ to herezja protestancka redukuje "kult" Mariji do Jej naśladowania, czyli wyklucza Jej wstawiennictwo tak samo jak wstawiennictwo wszystkich świętych. Nie muszę chyba wykładać, że nie ma to nic wspólnego ani z nauczaniem Soboru Watykańskiego II, ani tym bardziej z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Kapusta nie jest też w stanie wskazać żadnego cytatu z dokumentów soborowych na rzecz swojej tezy i nawet tego nie próbuje. On ma więc albo patologiczne urojenia, albo jest nałogowym łgarzem. 



Idąc za swoim guru Napiórkowskim Kapusta atakuje wprost nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ciekawe, że nie atakuje też najstarszej znanej modlitwy marijnej Kościoła "Pod Twoją obronę", datowanej na III wiek, a rozpowszechnionej już w całym starożytnym chrześcijaństwie. Wszak ten sam zarzut dotyczy także tej modlitwy. Ten zarzut musieliby postawić encyklikom papieskim jak chociażby Leona XIII "Adiutricem populi":



Oczywiście Napiórkowskiemu i Kapuście łatwiej jest atakować rzeczoną nowennę jako relikt "przedsoborowości", a nie bardzo wypada obrzydzać całą Tradycję marijnej pobożności Kościoła, sięgającą od starożytności do współczesnego nauczania papieży. Ich myślenie sprowadza się do jednej i to iście protestanckiej tezy: Kościół popadł w błędną, sprzeczną z Biblią pobożność marijną, i to już w starożytności. Maskują to swoje myślenie atakiem na nowennę, w której rzeczywiście można znaleźć wyrażenia wymagające odpowiedniego wyjaśnienia, ale które z całą pewnością nie są sprzeczne ani z wiarą katolicką, ani z Pismem św. Argument Kapusty, jakoby to nabożeństwo było sprzeczne z Pismem św., jest po pierwsze gołosłowny, ponieważ nie ma w Piśmie św. nic takiego, a po drugie znów ujawnia jego protestancką mentalność, według której wszystko musi mieć dosłowne i bezpośrednie uzasadnienie w Biblii. Widać więc, że Kapusta w gruncie rzeczy jest protestanckim heretykiem, nie katolikiem, mimo że się za takiego formalnie podaje. 


Swoje protestanckie myślenie Kapusta imputuje biskupom zebranym na soborze, co jest oczywiście durne i fałszywe. Nigdy w teologii katolickiej nie było wymagane oparcie nauczania wyłącznie czy głównie na Piśmie św. Idąc za "logiką" Kapusty nie wolno było też ogłosić dogmatów marijnych o Niepokalanym Poczęciu i o Wniebowzięciu, bo o tym Pismo św. nic nie mówi. 


Teraz odezwał się "znawca" ikonografii i teologii ikon. Nie wiem, czy on zdaje sobie z tego sprawę, ale on twierdzi tutaj, że przynajmniej połowa ikonografii chrześcijańskiej, która sięga starożytności, jest "zła i nieodpowiednia". I to nie pod względem artystycznym, estetycznym, lecz ze względu na błędność teologiczną, gdyż te ikony rzekomo stawiają w centrum Mariję zamiast Jezusa. No cóż. Widocznie także Sobór Efeski (430) był głęboko w błędzie, skoro zajął się akurat tytułem Mariji jako Bożej Rodzicielki (Θεοτοκος), a nie godnością Jezusa Chrystusa. W głębokim błędzie są także tysiące sanktuariów marijnych po całym świecie, gdzie czci się Mariję nawet w o wiele gorszych estetycznie obrazach czy figurach niż ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Lecz oto na arenę dziejów Kościoła i ludzkości wkracza potężny i dzielny Mikołaj Kapusta ze swoją heroiczną wolą "oczyszczenia" Kościoła z tego okropnego nabożeństwa, drażniącego jego protestanckie sumienie... 


Kapusta podnieca się też ogólnym atakiem Napiórkowskiego na praktykowane w Polsce nabożeństwa marijne, przyłączając się doń. Napiórkowski przyznaje się przy tym do swojej niewydolności intelektualnej, która mu nie pozwala zrozumieć nabożeństw marijnych sprawowanych przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. A sprawa jest dość prosta. Otóż na przestrzeni wieków ukształtowała się praktyka sprawowania Mszy św. przed wystawionym Najświętszym Sakramentem wraz z odpowiednimi rubrykami. Powszechne było w całym Kościele także błogosławieństwo eucharystyczne dołączone czy to do sumy niedzielnej czy to do nieszporów niedzielnych. Analogicznie do tego rozwinęło się - chyba tylko w Polsce - połączenie nabożeństw marijnych (majowego i różańcowego w październiku) z wystawieniem Najśw. Sakramentu, co już nie ma uzasadnienia w księgach liturgicznych Kościoła, i o tyle słuszne są zastrzeżenia Napiórkowskiego. Zresztą akurat w Polsce jest więcej tego typu dziwności, które wynikają raczej z niechlujstwa duchownych (sięgającego widocznie nawet biskupów), jak chociażby głoszenie kazań podczas nabożeństwa Gorzkich Żali przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Liturgicznie prawidłowe byłoby oddzielenie zarówno kazań jak też modlitw marijnych od adoracji Najświętszego Sakramentu i nabożeństw eucharystycznych. Jednak nie ma to nic wspólnego ani z ostatnim soborem, ani z rzekomym "oczyszczeniem" pobożności marijnej, lecz wynika z tradycyjnych zasad liturgicznych Kościoła, które były łamane w Polsce już przed ostatnim soborem i nadal są łamane przez rzekomy relikt "przedsoborowia". 



Tutaj Kapusta znów popisuje się swoją haniebną ignorancją. Wspomniałem już o modlitwie "Pod Twoją obronę". Ponadto jest wiele świadectw pobożności marijnej u Ojców Kościoła i to nawet już u św. Justyna, św. Ireneusza, Orygenesa i Tertuliana. Św. Efrem - słynny i powszechnie poważany w całym Kościele za swoje piękne hymny liturgiczne - mówi już wprost i dosłownie o Mariji jako Pośredniczce (źródło). Głównym motywem jest u Ojców analogia między Ewą a Mariją: jak przez pierwszą wszedł w ludzkość grzech, tak przez drugą przyszła łaska czyli Zbawienie. A to jest nic innego jak rdzeń późniejszych tytułów Marijnych takich jak Pośredniczka łask wszelkich i Współodkupicielka. Aż tak wiele zdolności i wysiłku intelektualnego nie trzeba, żeby to pojąć. Ale konieczna jest choćby odrobina dobrej woli, a nie trwanie w absurdalnej i zakłamanej mentalności protestanckiej. 


Tutaj Kapusta nawołuje duchownych i świeckich do bojkotu nowenny do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, bo ci, którzy ją stworzyli i dopuścili do używania w Kościele się według niego pomylili. Kapusta wie oczywiście lepiej niż papieże i biskupi całego świata, co jest zgodne z Pismem św. a co nie jest. Wieki całe Kościół musiał czekać na wielkiego oczyściciela w osobie Kapusty...



Kapusta jest jak zwykle mistrzem w sugestywnym ukazywaniu swojej ignorancji połączonej w wymachiwaniu Pismem św. W jego myśleniu widocznie się nie mieści fakt, że całe pokolenia teologów, Doktorów Kościoła, biskupów i papieży znało i zna Pismo św. przynajmniej nie gorzej niż Kapusta (i inni protestanci), a mimo tego zarówno promowały jak też dopuszczały do użytku zarówno teologicznego jak też pobożnościowego także tytuł Marijny "Współodkupicielki". Kapusta oczywiście nie śmierdzi żadną solidną książką teologiczną (jeno wypocinami heretyków), a nie trzeba daleko szukać:





Kapusta jest oczywiście mądrzejszy i lepiej potrafi czytać Pismo święte...

Dla swojego krętactwa znajduje oparcie w swoim guru Napiórkowskim:


Tutaj kłamstwo jest już subtelniejsze, ponieważ nie można zupełnie wmawiać ludziom czegoś, czego nie ma w "Lumen gentium", licząc na to, że nie potrafią bądź nie chce im się czytać. Tak więc Napiórkowski wymyślił istotne - według niego - rozróżnienie na określenie z jednej strony dogmatyczne, a z drugiej "pobożnościowe". Tak więc według Napiórkowskiego i Kapusty w pobożności sobór pozwala na błędne tytułowanie Mariji, a odrzuca je dogmatycznie. No cóż, ci panowie widocznie rzutują własną obłudę na sobór według zasady, że w pseudopobożnym bełkocie "charyzmatycznym" można sobie pozwolić na błędy nawet i skandaliczne, podczas gdy oficjalnie należy trzymać się doktryny. Natomiast w Kościele Chrystusowym obowiązuje słynna zasada "lex orandi lex credendi" czyli zgodność doktryny z modlitwą i pobożnością. 

Podsumowując:

To wystąpienie M. Kapusty jest typową dla niego mieszanką ignorancji teologicznej i herezji w dość gęstym sosie bezczelnej pewności siebie, niezmąconej choćby cieniem krytycznego podejścia do siebie i trzeźwego namysłu co do zwykłych faktów. Jego myślenie sprowadza się do wręcz prymitywnych i to iście protestanckich i paraprotestanckich zabobonów:
- wszystko musi mieć oparcie w Piśmie św. tak jak Kapusta i inni heretycy, zwłaszcza protestanccy je rozumieją,
- Kościół "przedsoborowy" poważnie błądził
- "sobór" czyli jedyny, najświętszy i największy supersobór Vaticanum II jest jedynym punktem odniesienia i to jedynie tak, jak Kapusta i jego heretyccy mistrzowie (typu Celestyn Napiórkowski) co "rozumieją" czy raczej przedstawiają, nawet jeśli niewiele ma to wspólnego z rzeczywistym brzmieniem dokumentów soborowych. 

Kwestią tematów i dyskusji mariologicznej zajmuję się w osobnym wpisie, dla porządku. 

Na koniec odpowiadam na postawione na wstępie pytania przesłane przez jednego z P. T. Czytelników: 

1. Pytanie jest właściwie retoryczne. Adresatem kultu należnego Bogu jest zawsze tylko Bóg Trójjedyny. Jednak oddawanie czci - kultu w znaczeniu analogicznym - należne jest także Bożemu działaniu w dziele zarówno stworzenia jak też Zbawienia. Narzędziami a właściwie w odpowiednim sensie współpracownikami Boga są wybrani ludzie, a pośród nich jedyną i absolutnie wyjątkową rolę pełni Matka Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Właśnie i tylko ze względu na tę rolę, która ma oczywiście także wymiar osobisty w Osobie Mariji - zasługuje Ona na cześć odpowiednią dla roli, jaką Bóg Jej powierzył w dziele Zbawienia i to zarówno historycznie jak też obecnie przez całe dzieje Kościoła aż do skończenia świata. Tak jak Bóg związał Swoje dzieło z Nią, tak nie jest możliwe uczestniczenie w rzeczywistość Zbawienia bez Niej, bez Jej roli we wspólnocie wiernych, która jest trwała i nie ma końca. 

2. Z jednej strony Marija należy do grona świętych w niebie, jednak równocześnie Jej ranga jest jedyna i wyjątkowa. Mówią o tym zwłaszcza dogmaty o Niepokalanym Poczęciu i o Wniebowzięciu. Tym samym Jej wstawiennictwo jest także wyjątkowe, o czym świadczy wielowiekowe doświadczenie Kościoła. 

3. Oczywiście sama nie może, nawet gdyby chciała, a oczywiście nie chce tego, ponieważ jest "pełna łaski", bez zmazy grzechu, i "służebnicą Pańską", która niczego innego nie chciała i nie chce jak czynienie woli Bożej. Tak więc na pewno wszystko, co Marija czyni, jest wolą Bożą, i w tym znaczeniu to Ona uzdrawia, ponieważ w Niej jest tylko łaska, tylko działanie Boże, a Jej działanie jest całkowicie podporządkowane i zjednoczone z działaniem Bożym. Równocześnie pewne jest, że jest to działanie mocą pochodzącą od Boga, nie z natury ludzkiej, nawet jeśli jest ona zupełnie bezgrzeszna w przypadku Mariji. 

4. Są prawidłowe. Mam zamiar wypowiedzieć się szerzej w osobnych publikacjach. 

Sprawa koszalińska


Od ubiegłego roku byłem dość na bieżąco informowany o sporze w sprawie tzw. Domu Miłosierdzia w Koszalinie przez osobę, dla której ta sprawa ma wymiar osobisty. Wobec ostatnich dostępnych publicznie informacyj uważam, że powinienem się odnieść, gdyż chodzi o coś ogólniejszego i wręcz symptomatycznego dla obecnego stanu Kościoła w Polsce. 

Co do szczegółów sprawy odsyłam do obszernego wywiadu, który przeprowadził Jan Pospieszalski z głównym bohaterem sprawy x. Radosławem Siwińskim (tutaj). Wskażę jedynie na główne i istotne momenty. 

Moim zdaniem nie bez znaczenia jest droga powołania duchownego x. Siwińskiego, którą on sam wspomina. Fakt, że był zafascynowany Kościołem we Francji w jego najzdrowszych środowiskach na tyle, że przez około 9 lat był członkiem młodego zgromadzenia zakonnego w duchu dominikańskim pod nazwą "Wspólnota św. Jana" (Communauté Saint Jean), świadczy o dojrzałości duchowej i sile charakteru. Ta wspólnota na prawie diecezjalnym (diecezja Autun we Francji), obecna nie tylko we Francji, lecz także we wielu krajach w Europie i na świecie, zasłynęła jako jeden z najbardziej dynamicznych przedstawicieli teologicznie konserwatywnego, neotomistycznego nurtu w obecnym Kościele. Ten blask znacznie przygasł po ujawnieniu skandali obyczajowych, których dopuścili się założyciel dominikanin francuski Marie-Dominique Philippe, który pod tym względem nie jest jedynym tego typu przypadkiem we francuskim Kościele "posoborowym". Ten niechlubny koniec założyciela nie pomniejsza zasług tejże wspólnoty, której kilku członków i przyjaciół dane mi było poznać już w latach 90-ych. Stąd wiem, że zgromadzenie to zasadniczo było - przynajmniej wówczas - przyjaźnie nastawione do liturgii tradycyjnej, choć jego członkowie zasadniczo jej nie sprawowali ani nie bronili, natomiast Novus Ordo starali się sprawować w miarę tradycyjnie, odrzucając skrajne nowości. Wydaje mi się znaczące w kwestii x. Siwińskiego o tyle, że musiał się w tym duchu czuć swojsko, skoro wybrał tę wspólnotę i spędził w niej jednak sporych kilka lat. Przeszedł widocznie większość formacji intelektualnej, przynajmniej tej zasadniczej filozoficznej, która jest najważniejsza dla ukształtowania myślenia i charakteru. Dlatego szczerze nie rozumiem, na jakiej zasadzie x. Siwiński zbliżył się do tzw. charyzmatyków, co także wynika z jego opowieści u Pospieszalskiego. Podejrzewam, że ma to związek z jego formacją wcześniejszą "oazową" czyli blachnicystyczną. Jego opór przed wyjazdem na studia doktoranckiej do Fryburga Szwajcarskiego i wybór studiów w Krakowie z dość poważnie wypaczonym filozoficznie środowiskiem świadczy niestety przeciw wierności filozofii tomistycznej. Ma to zapewne związek z jego nastawieniem aktywisty i duszpasterza, kosztem pogłębionej refleksji zwłaszcza ostatecznie teologicznej. Nie mam natomiast wątpliwości co do prawości charakteru oraz szczerej pobożności. 

Konflikt x. Siwińskiego z władzami jego diecezji (koszalińsko-kołobrzeskiej) ukazuje głębsze problem współczesnego Kościoła, zwłaszcza w Polsce, lecz nie tylko. Oto gorliwy kapłan, autentycznie pobożny - co jest niestety rzadkością obecnie w szeregach duchownych - i utalentowany organizacyjnie w dobie coraz bardziej widocznej zapaści zarówno duchowej i intelektualnej, jak też instytucjonalnej, z podziwu godnym powodzeniem i ku zaskoczeniu zwłaszcza establishmentu kościelnego buduje dzieło oparte na prostych zasadach ewangelicznych realizowanych wręcz heroicznie. Osobiście razi mnie powoływanie się na praktyki typu protestanckiego jak szukanie "słowa" przez przypadkowe otwieranie Biblii. Tego x. Siwiński na pewno nie mógł zaczerpnąć z tomizmu. Widać tutaj pewną sprzeczność względem bardzo racjonalnej i zapewne przemyślanej "strategii" polegającej na tym, by nie przyjmować jałmużny czy dotacyj od instytucyj zarówno politycznych jak też kościelnych. Za mało odpowiedzialne uważam także włączenie się w promowanie kultu łagiewnickiego (faustyno-sopoćkizmu), aczkolwiek to też może wynikać bardziej z wyrachowania niż z przekonania będącego wynikiem rzetelnej analizy tego fałszywego teologicznie "nabożeństwa". Ostatecznie jednak krzepkość i dobre ukierunkowanie ducha dzieła x. Siwińskiego polega widocznie na dwóch filarach: adoracji eucharystycznej i maryjności. Akurat te filary, które są na wskroś katolickie i konserwatywne, widocznie na tyle przeszkadzają obecnej hierarchii, że powzięła proces niszczenia tego, co ów kapłan zbudował zarówno duchowo jak też materialnie. 

Wyjaśnienia sprawy podawane przez x. Siwińskiego uważam za wiarygodne, w przeciwieństwie do wersji prezentowanej publicznie przez władze diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. To zakłamanie jest w tej sprawie największym skandalem, choć niestety jest ono obecnie dość powszechnie obecne w strukturach kościelnych. Prawdopodobnie jest to pokłosie wpajania pokoleniom seminarzystów i duchownych fałszywej "teologii" moralnej jezuity Tadeusza Ślipko, który w swoich książkach bardzo "liberalnie", a właściwie talmudycznie i fałszywie, niekatolicko przedstawia kwestię prawdomówności (więcej tutaj). W każdym razie sam też doświadczam dość często tego problemu ze strony przedstawicieli hierarchii nawet wyższej rangi. 

Wygląda na to, że władze diecezji otrzymały ofertę współpracy z obecnym rządem i wierchuszką łunii JEWroPEJSkiej co do relokacji nielegalnych imigrantów, a majątek zbudowany przez stowarzyszenie prowadzone przez x. Siwińskiego wydał im się łatwym i tanim kęskiem, dla którego można poświęcić wymiar duchowy tego dzieła. Wprawdzie nie można wykluczać kalkulacji w tym kierunku, że sprawowanie przez instytucje kościelne opieki nad imigrantami stanowi okazję i szansę dla ich integracji, może nawet nawrócenia na katolicyzm. Być może władze kościelne są wabione takim ponętnym argumentem. Problem w tym, że polega on bardziej na naiwności niż na wiedzy z doświadczenia w takich sytuacjach w innych krajach. Otóż doświadczenie jest takie i to powszechnie, że imigranci zwłaszcza islamscy - a stanowią oni prawie całość nielegalnych imigrantów - zasadniczo nawet nie zamierzają się integrować, a tym bardziej porzucać islam na rzecz religii chrześcijańskiej. Kto więc myśli sobie, że akurat w Polsce większość z nich czy choćby znaczna część stanie się katolikami, ten jest po prostu naiwny, o ile nie głupi, gdyż nie biorący pod uwagę zarówno specyfiki mentalności islamskiej jak też realnych wyników tego typu experymentów demograficznych w krajach tzw. Zachodu. Być może chciwość na spodziewane zyski z takiej współpracy z obecnym rządem przysłania tym osobom trzeźwe myślenie, nawet jeśli szczerze pragną zrobić imigrantów katolikami. 

Innym znamiennym wątkiem jest szukanie przez x. Siwińskiego pomocy i ratunku w szeregach hierarchii. Nie słychać o poparciu ze strony współbraci z diecezji. X. Siwiński wyraża swoje rozczarowanie brakiem pomocy z wyższych szczebli zarówno w episkopacie polskim jak też na szczeblu rzymskim. W szarej codzienności jest tak, że po pierwsze biskupi chętniej wierzą swojemu koledze niż jego kapłanowi. Po drugie, mało kogo interesuje prawda, zwłaszcza gdy jej ustalenie wymaga jakiegoś choćby minimalnego wysiłku, a wynik mógłby być mało komfortowy czy wręcz niebezpieczny dla koleżeństwa hierarchicznego. Wszak przegrać zasadniczo musi ten, kto siedzi niżej, chyba że ma poparcie kogoś siedzącego jeszcze wyżej. Taka jest mentalność niestety. Prawda się nie liczy, sprawiedliwość także nie, zaś jedynym obowiązkiem jest "miłosierdzie" ujmowane jako wyrozumiałość i prawo do wszelkiej podłości, jeśli wymaga tego interes grupowy czy instytucjonalny. Takie sytuacje mają miejsce nagminnie i to zarówno w strukturach kościelnych jak i państwowych, od góry do dołu i odwrotnie. A to jest właśnie rak i zaraza tocząca organizm zarówno państwa jak też struktur kościelnych. O ile w odniesieniu do stanu państwa obywatele mogą się wypowiedź w wyborach powszechnych (oczywiście tylko co do zasady, a rzadko realnie i skutecznie), o tyle miernikiem stanu Kościoła jest zarówno frekwencja sakramentalna, jak też - a nawet przede wszystkim - stan powołań duchownych i zakonnych. Pomyślmy: czy normalny młody człowiek, który się dowiedział o traktowaniu x. Siwińskiego przez władze diecezjalne, będzie chciał i będzie gotów powierzyć swoją przyszłość w ręce takiej władzy? 

Nie przypadkowy jest też sposób niszczenia x. Siwińskiego na płaszczyźnie osobistej. Zarzut typu choroby psychicznej nie jest ani nowy (na szeroką skalę był stosowany przez sowieckie NKWD wobec dysydentów) ani rzadki obecnie, skoro wzorem są regularne tyrady tego typu w wykonaniu pewnego mieszkańca Domu Św. Marty w Rzymie w odniesieniu do tzw. tradycjonalistów. Osobiście znam przypadki młodych księży, którzy z powodu czy to odmowy udzielania Komunii dołapnej czy choćby za umożliwianie wiernym uklęknięcia do Komunii św. zostali odsunięci od duszpasterstwa i skierowani do psychologa, w końcu sprowadzeni do statusu emeryta w wieku nawet około 30-tu lat. To są przypadki z ostatnich kilku lat. I to się dzieje w do niedawna katolickiej Polsce. 

X. Siwiński skarży się konkretnie, że spośród biskupów, których prosił o pomoc, odpowiedział jedynie abp Galbas, wówczas metropolita katowicki. Mediacja przez niego podjęta - a przekazana w ręce x. Grzegorza Strzelczyka, znanego modernisty-heretyka i oszusta teologicznego (więcej tutaj i tutaj) - oczywiście jedynie pogorszyła sprawę na niekorzyść x. Siwińskiego, co też świadczy o poziomie moralnym tychże kręgów. Gdy powstał krytyczny film o Marcinie Zielińskim, wówczas nawet niektórzy biskupi prześcigali się w stawaniu w obronie rzekomo zaatakowanego "charyzmatyka". Gdy natomiast chodzi o rzeczywisty heroizm zwykłego (choć równocześnie niezwykłego) kapłana i perfidny, realny atak na jego charytatywne dzieło, wówczas nikt z hierarchii nie ma odwagi - ani nawet chęci - stanąć po stronie prawdy i sprawiedliwości. To jest mentalność i typ charakteru starokawalersko-korporacyjny. Do takiego systemu normalny człowiek z ideałami nie pasuje, ani dojrzały w wieku x. Siwińskiego, ani tym bardziej młody, który ma przed sobą życie a za swój cel życiowy nie poczytuje wygodne ułożenie się w dość niemoralnym systemie. 

Jakie możliwości ma x. Siwiński? Niewiele ich jest. Czysto kanonicznie sprawa wygląda tak, że biskup ma prawo do skierowania go w każdej chwili do zupełnie innej działalności i miejsca zamieszkania. To byłby najcięższy test posłuszeństwa dla kapłana. Być może taki jest zamiar władz diecezji i do tego zmierza podjęte już niszczenie jego dobrego imienia i autorytetu. To jest perfidne i podłe, ale niestety nierzadkie w obecnych modernistycznych strukturach kościelnych. Jest miło i pięknie, dopóki nic nie stoi na przeszkodzie woli włodarza, której nie wolno się sprzeciwić nawet jeśli byłaby absurdalna i szkodliwa dla wiary i dobra Kościoła. W obecnych strukturach wygląda na to, że nadrzędną wartością nie jest ani dobro duchowe wiernych, ani kult Boży, ani nauczanie wiary katolickiej, lecz bezwzględna uległość wobec przełożonych, czyli opacznie i niekatolicko pojmowane posłuszeństwo. Zobaczymy, czy władze diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej posuną się do odsunięcia x. Siwińskiego od jego dzieła. Czysto kanonicznie mają do tego prawo, jednak pod względem moralnym byłoby to conajmniej bardzo wątpliwe. 

Gdyby zaszła taka sytuacja, x. Siwiński byłby czysto prawnie zobowiązany do podporządkowania się. To byłaby bardzo poważna próba dla niego i dla wspólnoty, którą założył i sprawuje nad nią opiekę. Moim zdaniem należy się liczyć z takim rozwojem sprawy. To będzie przede wszystkim test ufności Panu Bogu, na którą x. Siwiński się słusznie powołuje. Oczywiście nie popieram takiego rozwoju sytuacji. Jednak gdyby zaszła, wówczas wspólnota musiałaby by wykazać swoją dojrzałość przez zdolność istnienia i działania bez istotnego wpływu swojego założyciela. Zaś x. Siwiński musiałby wykazać, że nie traktuje tego dzieła jako swojego. Nie przypadkowo pojawia się już teraz zarzut, jakoby on zbudował "sektę", której jest guru. Obecnie nie wygląda na to, by zarzut był słuszny, jednak może się okazać słuszny, jeśli x. Siwiński nie wykona dekretu biskupa odsuwającego go od wspólnoty, którą założył. 

Módlmy się o łaski potrzebne dla x. Siwińskiego, by on i jego wspólnota dojrzewały duchowo. Być może nadszedł dla nich czas głębszej refleksji nad stanem Kościoła i świata. Bolesne doświadczenia powinne im otworzyć oczy szerzej i głębiej. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby otworzyli się także na Tradycję liturgiczną Kościoła, nawet za cenę utraty szerokiego uznania u możnych i zamożnych tego świata, gdyż wtedy wykazaliby dogłębne zakorzenienie we wierze i pobożności Kościoła, co jako jedyne daje gwarancję trwałej świeżości i niezniszczalności.