Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Dlaczego uprawiania teologii nie można pogodzić ze stanem świeckim?

 



Wynika to po pierwsze z natury i specyfiki teologii, po drugie z natury stanu świeckiego.

Teologia jest - mówiąc najprościej - nauką o Bogu łączącą poznanie naturalne (czysto rozumowe) z poznaniem w oparciu o źródła nadprzyrodzone, czyli Boże Objawienie. Jest nauką najogólniejszą (obejmuje wszystkie dziedziny wiedzy), najbardziej uniwersalną (żadna inna nauka nie opiera się na poznaniu zarówno naturalnym jak też nadprzyrodzonym) i najwyższą, gdyż poznanie nadprzyrodzone, czyli drogą rozumnej wiary w Boże Objawienie, daje wiedzę nieosiągalną przez poznanie czysto rozumowe. Dlatego uprawianie teologii wymaga zarówno uniwersalnej wiedzy, staranności i precyzji, jak też sprawności poruszania się w kwestiach bardziej duchowych, co wymaga prowadzenia życia duchowego, czyli na wysokim poziomie moralnym i religijnym. To zwykle nie jest możliwe w stanie świeckim, gdyż poważne, dojrzałe i trwałe życie duchowe wymaga zarówno dogodnych warunków, także odpowiedniego dystansu do spraw doczesnych (oczywiście przy zachowaniu zdrowego realizmu), jak też stałej opieki duchowej, którą zapewnia zwykle stan klerycki i zakonny. Faktycznie w historii Kościoła praktycznie nie było, ani nie ma wybitnych postaci świeckich teologów, choć obecnie można spotkać świeckich reprezentujących znacznie lepszy poziom teologiczny niż znaczna część duchownych, nawet profesorów teologii, co wynika jednak z obecnego żałosnego poziomu instytucjonalnej teologii, a nie z natury stanu duchownego i świeckiego. 

Przykłady: Jeśli ktoś nie jest w stanie i nie ma chęci bycia gotowym do udzielenia pomocy chorym, ten nie powinien zostać lekarzem. Jeśli ktoś nie jest gotowy wyruszyć na wojnę w razie zagrożenie bezpieczeństwa granic, ten nie powinien zostać żołnierzem. Itp. 

Solidne uprawianie teologii wymaga nie tylko rzetelnego studiowania źródeł i pobożności, lecz także zdolności i stałego ćwiczenia myślenia w świetle prawd Bożych zarówno naturalnych jak też naturalnych. Nie chodzi o oderwanie od spraw tego świata w sensie swego rodzaju bujania w obłokach, lecz o wolność od świeckich schematów myślenia (i też działania). 

Z tych właśnie powodów Kościół przez wieki nie zezwalał na studiowanie teologii przez świeckich, tym bardziej na zdobywanie tytułów naukowych upoważniających do nauczania teologii. Obecne doświadczenia potwierdzają słuszność tej zasady. Wprawdzie niestety nie brakowało i nie brakuje duchownych heretyków (wszyscy znaczący herezjarchowie w historii byli duchownymi), to jednak także tylko duchowni byli w stanie skutecznie zwalczać herezje. 

Nie oznacza to, by wykształceni świeccy nie mogli przyczynić się do utrzymaniu teologii katolickiej i jej rozwoju na odpowiednim poziomie. Właściwie każda dziedzina wiedzy świeckiej (nieteologicznej) może i powinna przysłużyć się teologii. 

Zdrowy pociąg ku teologii u normalnego człowieka wiąże się z pragnieniem życia duchowego, a to wymaga odpowiednich warunków (jak wyżej). Zajmowanie się sprawami tego świata, zwłaszcza życiem małżeńskim i rodzinnym, jest oczywiście przeszkodą, a normalne warunki ze swej natury zapewnia stan zakonny i duchowny. Jeśli adept teologii przynajmniej nie rozważa pójścia drogą powołania zakonnego czy duchownego, to z całą pewnością nie traktuje teologii poważnie. Skoro decyduje się na życie świeckie, to zwykle wynika to z braku gotowości i woli życia w czystości, a to już jest problem duchowy, który jest też poważną przeszkodą w poważnym uprawianiu teologii. 

Oczywiście w obecnym, żałosnym stanie zakonów i seminariów to ta sytuacja może być odstraszająca i zniechęcająca, a nie jakaś niechęć do życia duchowego. Tym niemniej życie duchowe na odpowiednim poziomie wymaga spełnienia pewnych niezbędnych warunków, które są praktycznie niemożliwe do spełnienia w stanie świeckim, czy przynajmniej bardzo trudne do spełnienia i mało prawdopodobne. 

Można porównać do niedawnej sprawy łodzi podwodnej Titan, która zatonęła w Atlantyku. Była zbudowana z nakładem sporej wiedzy i środków, nawet kilka razy z powodzeniem odbyła rejs do dna oceanu. Dopiero katastrofa unaoczniła elementarne błędy i wady zarówno konstrukcyjne, jak też formalne, gdyż łódź ta nie została poddana żadnej certyfikacji dopuszczającej do użytku. Podobnie świecka osoba może z jakimś powodzeniem nauczyć się teologii w znaczącym zakresie, może też pisać i wypowiadać się sensownie, lecz ostatecznie obiektywne warunki bycia w stanie świeckim nie przewidują i nie umożliwiają zarówno certyfikacji duchowej jak też stałej kontroli jakości i sprawności, co może mieć katastrofalne skutki zarówno dla tej osoby jak też dla innych osób, które jej zaufały. 

Dlaczego w Kościele nie ma koronki do krwawych łez NMP?


Od pewnego czasu niektórzy popularni w internecie duchowni propagują tzw. koronkę do krwawych łez Najświętszej Maryi Panny, podając przy tym fałszywe informacje. Jest też sporo stron internetowych propagujących takową koronkę. Są strony zarówno niby konserwatywnych katolików budujących swoją wiarę i pobożność na wszelkich objawieniach prywatnych, jak też strony różnych sekt jak np. Vassuli Ryden.

Według wiki istnieje owszem Koronka Łez Najświętszej Maryi Panny, zapoczątkowana w objawieniach prywatnych, które otrzymała siostra Amalia ze zgromadzenia Misjonarek Jezusa Ukrzyżowanego w latach 1929-1930, zatwierdzonych przez jej ordynariusza, biskupa Campinas w Brazylii. Koronka otrzymała następnie zatwierdzenie dwóch biskupów z USA, dwóch węgierskich i dwóch niemieckich (podane tutaj). Jednak oficjalna strona dzisiejszej archidiecezji Campinas nie wspomina o tych objawieniach nawet przy okazji życiorysu biskupa, który był zresztą założycielem rzeczonego zgromadzenia. Także na stronie zgromadzenia nie ma żadnej wzmianki. Wprawdzie nie można zupełnie wykluczyć, że obecne kierownictwo diecezji i też zgromadzenia chce wymazać sprawę z historii, jednak brak jakiejkolwiek wzmianki jest dziwny. Tym bardziej konieczne jest opieranie się na solidnych, nie budzących wątpliwości źródłach. Jednak w internecie nie ma też kopii jakiegokolwiek oryginalnego wydania tej koronki wraz z imprimatur czy nihil obstat. Oficjalna strona ruchu związanego z tymi objawieniami i koronką jest anonimowa i wygląda na jedynie domorosłą inicjatywę. Tak więc pochodzenie koronki jest tajemnicze, przynajmniej niejasne, a sprawa dziwna, nawet podejrzana. Czyżby chodziło o oszustwo na wielką skalę?

Ponadto jest problem teologiczny odnośnie treści koronki.

Po pierwsze, odnośnie textu rozpowszechnianego po polsku. Otóż w tekście oryginalnym portugalskim - podanym wyżej - oraz w innych językach nie ma mowy o krwi czy o krwawych łzach. Jest mowa jedynie o łzach. Z całą pewnością taki dodatek jest zafałszowaniem textu podawanego jako oryginalny. Zaś nie jest to jedynie szczegół, gdyż ma istotne znaczenie teologiczne. Zbawienie dokonało się przez Krew Jezusa Chrystusa. Tylko o Jego zbawczej Krwi mówi Pismo św. i Tradycja Kościoła.
Ani Pismo św. ani Tradycja Kościoła nie zna "krwawych łez" Matki Zbawiciela. Coś takiego jest nowością i zafałszowaniem Bożego Objawienia.


Po drugie, zastrzeżenia budzi także mówienie już o samych łzach Matki Bożej, gdyż także nie ma to podstaw w Bożym Objawieniu. Ani Pismo św. ani Tradycja nie mówią o płaczu Matki Bożej czy o Jej łzach. To są jedynie wyobrażenia i fantazje. Dotyczy to także hymnu "Stabat Mater", gdzie jest mowa o "iuxta crucem lacrimosa", co jest pobożnym wyobrażeniem, dopuszczalnym jako takie, gdyż niesprzecznym z prawdami wiary, jednak tylko poetyckim, ludzkim wyobrażeniem. Natomiast nauczanie i modlitwa Kościoła są zawsze mocno zakorzenione w Piśmie św. i Tradycji. Czym innym jest wyobrażenie, nawet jeśli jest pobożne. Ono nigdy nie jest stawiane przez Kościół w miejscu należnym Bożemu Objawieniu. Tak np. kult Niepokalanego Serca NMP ma wyraźne uzasadnienie biblijne, gdyż Pismo św. w kilku miejscach mówi o Jej sercu. Kult Jej łez natomiast wykracza poza te ramy i jest dodatkiem ludzkim. Nie może tego faktu zmienić także objawienie prywatne, nawet autentyczne, gdyż żadne autentyczne nie próbuje dodać czegokolwiek do Bożego Objawienia publicznego. 

Podkreślam: fantazja nie jest synonimem kłamstwa. Chodzi o stopień pewności oraz rangę. Teologia katolicka jest nauką ścisłą i racjonalnie trzeźwą. Tak samo życie Kościoła nie polega na fantazjach, choćby one były pobożne i miały podstawy psychologiczne, lecz na wiarygodnych, tzn. poświadczonych przez naocznych świadków faktach przekazanych pod natchnieniem Ducha Świętego. Do tych faktów nie należą łzy NMP. Pismo św. i Tradycja są jakie są. Żadne objawienia prywatne ani "płaczące" figury nie są w stanie tego zmienić. Zaś budowanie swojej wiary i pobożności na tego typu fenomenach oznacza brak wiary nadprzyrodzonej oraz wystawianie katolicyzmu na pośmiewisko u ludzi krytycznie myślących i jest z całą pewnością dziełem szatana.

Podsumowując można powiedzieć, że zasadne jest podejrzenie o oszustwo. Wygląda na to, że chodzi o podstępną, marketingowo sprytną, choć fałszywą popularyzację nowszych fenomenów typu płaczące figury czy obrazy Matki Bożej. Podkreślić należy, że czym innym są łzy Matki Bożej (o których ani Pismo św. ani Tradycja Kościoła nie mówią), a czym innym (rzekome) łzy na figurach czy obrazach (które muszą zostać dopiero zbadane, by można było je brać poważnie). Owszem, są znane z historii Kościoła przypadki rzekomych łez (wówczas nie było możliwości zbadania chemicznego składu). Jednak osobną sprawą są obecne tego typu fenomeny, o ile zostały uznane za nieautentyczne czyli zwykłe oszustwo. Wiążą się one zwykle z fałszywymi przesłaniami w rzekomych objawieniach Matki Bożej. Tak więc chodzi tutaj widocznie po pierwsze o zwodzenie przez fałszywe orędzia. Po drugie, służy to ośmieszeniu wiary katolickiej oraz prawdziwych objawień prywatnych i cudów.

Od ponad ćwierćwiecza



(TEXT z roku 2014)


Wobec Księdza chyba najlepiej pasuje stwierdzenie, że zainteresował się Ksiądz Mszą trydencką „zanim stało się to modne”. Na swój sposób jest Ksiądz też nestorem i protoplastą polskiego powrotu do tradycji. Kiedy zainteresował się Ksiądz przedsoborowym rytem? Co miało decydujący wpływ na to?

Nie zasługuję na takie zaszczytne tytuły. Dziękuję za życzliwość. Mówiąc najkrócej, Pan Bóg poprowadził przez ludzi i okoliczności, a droga była nieco zawiła. Dla zrozumienia całości muszę podać parę szczegółów biograficznych. Przeszedłem zwykłą parafialną edukację religijną w Polsce. Po maturze w Przemyślu i roku studiów świeckich na Uniwersytecie Jagiellońskim (filologia germańska), rozpocząłem formację zakonno-seminaryjną. Jako kleryk-werbista wyjechałem na dalsze studia do Austrii. Tam po półtora roku odszedłem ze zgromadzenia z powodu ewidentnych i ważkich nadużyć liturgicznych, których praktykowania ze swojej strony odmawiałem nie tylko z powodów czysto formalnych, lecz mając w wyniku słuchania wykładów pewność, że są one narzucane z powodów teologicznych. Po mozolnym poszukiwaniu rozwiązania musiałem stwierdzić, że nie mam wsparcia nawet u przełożonego generalnego, choć prawnie miałem oczywistą rację. Ta sprawa była początkiem otwierania oczu na obecną sytuację w Kościele. Po miesiącach rozmów z kierownikiem duchowym przyjąłem propozycję kontynuowania studiów jako kleryk seminarium archidiecezjalnego we Wiedniu. Tam właśnie zacząłem poznawać liturgię tradycyjną. Dotychczas znałem ją tylko pośrednio, a to z kpiących i pogardliwych uwag. Po raz pierwszy uczestniczyłem w takiej Mszy św. – dzięki propozycji kolegi z seminarium – w niedzielę Chrystusa Króla Wszechświata w 1990 r. (homilię wygłosił ówczesny biskup pomocniczy wiedeński x. K. Krenn, zaprzyjaźniony zresztą z x. kardynałem Jaworskim).


Łacina stanowiła dla Księdza problem?

Od liceum lubiłem łacinę (a łacina też mnie lubiła, jeśli można tak powiedzieć) i dość łatwo mogłem zrozumieć teksty. Cała atmosfera, wraz ze śpiewem gregoriańskim, od razu wydała mi się bliska. Poczułem się w tej liturgii jak w domu. Nie przyszło mi jednak wtedy na myśl, że można by ją stosować w codziennym duszpasterstwie. Rzeczywistość parafialna zbyt od niej odbiegała. Ogólnie także wśród nastawionych kościelnie księży było takie mniemanie, że powrót liturgii tradycyjnej jest nie do pomyślenia, wręcz niemożliwy. Uważałem za swoje zadanie nauczanie wiary oraz wierność przepisom Novus Ordo, a może z czasem stopniowe zbliżenie do liturgii tradycyjnej, jak np. przez ustawienie krzyża na ołtarzu czy używanie Kanonu Rzymskiego. Później w prywatnej lekturze dowiedziałem się, że jest na to nazwa, mianowicie obecnie już słynna „reforma reformy“ postulowana przez x. kardynała Ratzingera. Z takim nastawieniem jako kleryk niekiedy uczestniczyłem w liturgii tradycyjnej i przyjąłem święcenia kapłańskie w Novus Ordo.


Kiedy zaczął Ksiądz naukę starszej formy rytu?

Podczas rekolekcji przed święceniami (prowadzonych notabene przez tyle sędziwego co rześkiego jezuitę, który na zakończenie podarował nam po obrazku św. Ignacego w ornacie barokowym z manipularzem) zacząłem uważnie czytać, a następnie uczyć się na pamięć cichych modlitw kapłana z mszalika tradycyjnego. To było następne głębsze odkrycie duchowego piękna tej liturgii. Podczas wakacji po prymicjach zacząłem prywatnie sprawować Mszę św. według Missale Romanum św. Piusa V. Nie były mi wtedy znane kontrowersje prawne, poszedłem jednak za wyczuciem teologicznym, mówiącym, że liturgia sprawowana w Kościele przez wieki nie może być zakazana. Przełożeni dowiedzieli się z czasem o moim prywatnym używaniu Mszału Rzymskiego. Ze zrozumiałych powodów nie wydali ani zakazu, ale też nie byli tym faktem zachwyceni. Równocześnie starali się wpierw, żebym miał jak najmniej dni wolnych od obowiązkowej Mszy św. parafialnej (zwykle przysługiwał jeden dzień w tygodniu, ale ja tego zwykle nie miałem). Starano się też sprowadzić celebrowane przez mnie Msze św. w Novus Ordo do stylu rozpowszechnionego, czyli zawierającego mniejsze czy większe nadużycia. Gdy to się po roku nie udało, odwrócono sytuację, tzn. miałem Mszę św. parafialną dwa do trzy razy w tygodniu, w inne dni mogłem celebrować według mszału tradycyjnego. Wtedy mogłem już na dobre się zżyć z tą liturgią. Powody tej decyzji musiałbym wyjaśniać szerzej. W skrócie mogę powiedzieć, że chodzi o motywy głównie teologiczne, ale także duchowe i duszpasterskie. Tradycyjną teologię katolicką poznawałem także przez lekturę prywatną. Na studiach usilnie starano się nas raczej zaszczepić przeciw tej teologii, najczęściej w sposób dość brutalny i prymitywny. W tym czasie najbardziej lubiłem patrologię, która mi dała zarówno solidne podstawy myślenia katolickiego, jak też poszerzyła horyzont teologiczny. Potem w liturgii tradycyjnej odkryłem ducha Ojców Kościoła, który jest równocześnie duchem katolickim. U profesorów miałem opinię „dobrego scholastyka” (nie było to z reguły rozumiane pochlebnie), choć pod tym względem byłem tylko samoukiem. Mogę powiedzieć, że liturgia tradycyjna w swym bogactwie, głębii i zarazem wyrazistości odpowiada także duchowi scholastyki, i w ogóle każdej prawdziwie katolickiej teologii, także nowoczesnej – w dobrym znaczeniu tego słowa.


A jak w Polce przyjęto wiadomość o tym, że Ksiądz sprawuje Mszę trydencką?

Boża Opatrzność sprawiła, że w Polsce byłem jednym (wówczas chyba najmłodszym) z pierwszych księży sprawujących Mszę św. tradycyjną po „reformie liturgicznej”. W drodze na prymicje w rodzinnej parafii zajechałem nieco okrężną drogą najpierw na Jasną Górę, gdzie dnia 2 lipca 1993 r. swoją piewszą Mszę św. na polskiej ziemi sprawowałem przed Cudownym Wizerunkiem Matki Bożej, właśnie według mszału tradycyjnego. Była to Msza św. tzw. cicha (po niej przypadkowi uczestniczący pytali mnie, dlaczego nie mówiłem do mikrofonu). Drugą Mszę św. w Polsce (3 lipca 1993 r.) sprawowałem przy konfesji św. Stanisława na Wawelu. Miałem wtedy nawet ministranta, którym był młodszy kolega z seminarium.
W latach 1994-1995 pojawiły się kontakty z wiernymi w Polsce, głównie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Były to celebracje okazyjne, co kilka miesięcy. Liczba uczestniczących wynosiła od kilku do kilkudziesięciu osób. W 1997 r. udało się wiernym w Warszawie zorganizować celebrację Triduum Paschalnego, bodajże po raz pierwszy od soboru, i jest to chyba kontynuowane nieprzerwanie do dziś. Przyjeżdżałem do Warszawy na Triduum do 2002 r. włącznie, aż inne obowiązki to uniemożliwiły.


Czy orientuje się Ksiądz, jak wyglądała sytuacja polskich tradycjonalistów w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia? W ilu miejscach sprawowana była Tridentina?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć wyczerpująco, gdyż nie przebywałem na stałe w Polsce i nie byłem we wszystkich miejscach, gdzie sprawowano liturgię tradycyjną. Zawsze uważałem, że lepiej jest, gdy księża miejscowi zaopiekują się wiernymi. Mogłem tylko pomóc w sposób bardzo ograniczony. Docierały do mnie różne wieści, dobre i niedobre. Zebrałem też swoje własne różnorodne doświadczenia. Mogę powiedzieć, że już w latach 90-tych, gdy zewnętrznie przynajmniej w Polsce nic na to nie wskazywało, miałem przeświadczenie, iż liturgia tradycyjna nie wymarła i nie wymrze, gdyż zawiera i o wiele pełniej niż Novus Ordo wyraża Boże Objawienie, które jest nieprzemijające.
Równocześnie nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwaliśmy ani takiej poprawy statusu formalnego, ani takiego rozpowszechnienia, jakie ma obecnie miejsce, aczkolwiek nadal nie brakuje trudności i przeszkód.


Mówiąc o tych czasach nie sposób nie wspomnieć również o problemach, które wówczas miały miejsce. Jak zapatrywali się na tradycjonalistów ówcześni biskupi i księża?

Najpierw uwaga odnośnie terminologii: nie należy osób przywiązanych do liturgii tradycyjnej nazywać „tradycjonalistami”, gdyż to słowo ma swoje określone znaczenie w historii teologii (chodzi o herezję XIX-wieczną), które zupełnie nie ma zastosowania w tym przypadku i właściwie jest wręcz obraźliwe. Rozumiem, że to wygodny skrót i że brakuje odpowiedniego poręcznego słowa. Może trzeba je dopiero wynaleźć. Póki co należy mówić o katolikach tradycyjnych, w skrócie o tradikatolikach.
Teraz do rzeczy samej. Mogę powiedzieć tylko o własnych doświadczeniach. Niestety, były dość często niedobre, aczkolwiek były także życzliwe i przychylne reakcje. Te ostatnie miały miejsce, gdy dany ksiądz czy biskup znał i cenił wiernych, którzy prosili o Mszę św. tradycyjną. Właśnie z reguły wierni organizowali celebracje, szukali proboszczów, kościoła itd. Także starając się o celebrację „prywatną” napotykałem różne odpowiedzi. Jako ksiądz „z Zachodu” traktowany byłem przeważnie z mieszanką zarówno polskiej gościnności jak i nieufności. Zasadniczo respektowano celebret, którym zawsze mogłem się wylegitymować. Nierzadko jednak zdarzało się, że umożliwiano jedynie celebrację prywatną w tym znaczeniu, że praktycznie nie dopuszczano do uczestnictwa wiernych. Jeden z proboszczów wprost zażądał, żebym pojawiał się przy ołtarzu dopiero wtedy, gdy nie będzie nikogo w kościele, choć nigdy nie miałem formalnego zakazu celebracji z ludem. W rodzinnej parafii okrzyczany zostałem jako rzekomy „lefebrysta”, i to właśnie przez osoby bliskie księżom, a chyba także przez niektórych księży. Wydaje mi się, że nie wynikało to z braku osobistej życzliwości, lecz raczej ze zwykłej ignorancji, tudzież urazy do takiego liturgicznego „wyróżniania się” czy „braku wspólnotowości”, choć wcale nie unikałem kontaktów poza „koncelebrą”. Szczególnie przykre było jedno spotkanie z pewnym, skądinąd bardzo szacownym, biskupem (już nieżyjącym). Odwiedziłem go, pragnąc podziękować za pisemne życzenia z okazji święceń. Rozmowa przebiegała bardzo życzliwie, ale gdy wspomniałem, że sprawuję liturgię tradycyjną, ów biskup nagle zmienił ton i wstając dał do zrozumienia, że rozmowa jest zakończona. Inny dość znamienny przykład z ostatniego okresu: Kilka lat temu mogłem uczestniczyć w pogrzebie osoby z rodziny w sąsiędztwie mojej rodzinnej parafii. Zostałem zaproszony do przewodniczenia koncelebrze. Po pogrzebie dowiedziałem się od rodziny, że tamtejszy proboszcz (kilka lat starszy ode mnie) wypytywał się dosłownie, „z jakiej sekty” jestem, bo użyłem – były to jedyne elementy tradycyjne – Kanonu Rzymskiego i miałem palce złączone po Konsekracji. A miało to miejsce w jednej z najbardziej tradycyjnych diecezji w Polsce.
Podsumowując mogę powiedzieć, że w latach 90-tych rozpowszechniona była pewna nieporadność odnośnie kogoś, kto sprawował czy chciał uczestniczyć w liturgii tradycyjnej. Najczęściej nie wiedziano, co z tym zrobić. Różne były reakcje, a właściwie różnego rodzaju posądzenia i uprzedzenia. Brakowało przede wszystkim wiedzy odnośnie statusu prawnego. To zostało dość jednoznacznie rozwiązane dopiero przez Motu proprio „Summorum Pontificum”. Jednak klarowność prawna widocznie nie wszędzie dotarła i nie wszędzie została należycie przyjęta.


Czy obserwuje Ksiądz zmianę w tej dziedzinie?

Na ile znam sytuację, wydaje mi się, że właśnie Polska jest krajem, w którym najwięcej się zmieniło w związku z wydaniem rzeczonego Motu proprio. Świadczy to znowu o tym, że katolicyzm w Polsce bardziej niż w innych krajach jest skłonny słuchać Stolicy Apostolskiej. W innych krajach doszło także do pewnej poprawy podczas pontyfikatu Benedykta XVI, jednak raczej nie na tak znaczącą skalę jak w Polsce. Będąc w 2006 r. przez kilka dni w Rzymie, odniosłem wrażenie, że niestety nawet tam pontyfikat ten był przez wielu traktowany jak chwilowy, niewiele znaczący epizod.
Jednakowoż w tym czasie sporo dotarło do świadomości zarówno wiernych, jak też duchownych, zwłaszcza młodych. Tego nie da się wymazać ani z umysłów, ani z historii. Liturgia tradycyjna odzyskała przynajmniej formalnie i częściowo swoją godność. Tym samym ktoś, kto się do niej przyznaje, nie musi być automatycznie jakby „trędowaty”, przynajmniej nie w takim stopniu jak przedtem. Jest po prostu większa normalność, którą powinien docenić każdy, kto myśli i czuje kategoriami Kościoła. Co będzie dalej, tylko Pan Bóg wie.


Czy spodziewał się Ksiądz tak znacznego wzrostu zainteresowania Tradycją w przeciągu kilkunastu lat?

Przyznam, że z początku nie zastanawiałem się nad tym w kategoriach liczebnego wzrostu. Wybrałem stosowanie liturgii tradycyjnej w ramach możliwych dla mnie, choć miało to dość poważne konsekwencje. Wówczas wyglądało na to, że idę wprost pod prąd. Równocześnie nie uważałem siebie za kogoś wyjątkowego i zamkniętego w swoich upodobaniach czy tradiświatku. W moim skromnym doświadczeniu duszpasterskim doszedłem do przekonania, że ludzie współcześni są dość otwarci na prawdę katolicką, w tym także liturgię tradycyjną. Problem polega właściwie na jej udostępnianiu i odpowiednim prezentowaniu. Zasadnicze przeszkody pochodzą najczęściej nie od zwykłych ludzi, lecz od tych, którym zależy na tym, żeby do zwykłych ludzi nie dotarła prawda katolicka. Sam zostałem wychowany w Novus Ordo, całe studia teologiczne wraz z doktoratem odbyłem w atmosferze dość dalekiej od Tradycji katolickiej. Po ludzku patrząc, nie miałem właściwie szans na zainteresowanie w tym kierunku. A jednak. Gdy w 1995 r. pewien przełożony zgromadzenia związanego z liturgią tradycyjną powiedział mi w rozmowie osobistej, że ta liturgia ma przyszłość, raczej nikt, czy jedynie mało kto oczekiwał aż takiej poprawy sytuacji oficjalnej, jaka nastąpiła dziesięć lat później. Szczytem moich marzeń była możliwość sprawowania tej liturgii z wolnym dostępem wiernych, bez rozgłosu czy jakiejś popularności. Prawdzie katolickiej nie trzeba reklamy. Wystarczy ją pokazać, nauczać. Ludzie pragnący i szukający prawdy na pewno pochwycą, choć pozostaje jeszcze oczywiście walka o świętość. Wbrew temu, co się wielu wydaje i wielu głosi, ani zdoności intelektualne, ani wiedza, ani nawet dobrobyt nie są przez się wrogami Kościoła i jego wiary. Tak mniemają moderniści, bo oni – nie uznając prawdy katolickiej – cierpią na wrodzony kompleks niższości wobec współczesności. Dlatego właśnie, usiłując być niby nowocześni, tak łatwo dogadują się z wrogami Kościoła, tworząc przy tym karykaturę katolicyzmu, a owoce tego są, jak wiadomo, pożałowania godne. Tylko prawda jest ciekawa, jak powiedział Józef Mackiewicz. Zadaniem Kościoła jest jej głoszenie. O zainteresowanie nie trzeba się troszczyć. Obojętność owszem boli, nawet niekiedy bardziej niż wrogość. To jest ostatecznie tajemnica serc ludzkich. W każdym razie ludzie XXI w. pod względem religijnym z całą pewnością nie są ani lepsi ani gorsi od poprzednich, czy nawet zamierzchłych pokoleń. Zamiast narzekać na współczesny świat, powinniśmy raczej stale robić rachunek sumienia, czy jesteśmy wierni tej prawdzie, którą Kościół otrzymał od Jezusa Chrystusa i stale nauczał. Można przyjąć, że papieżowi Franciszkowi właśnie o to chodzi. To jest zadanie także dla nas, którzy pragniemy być wierni Tradycji Kościoła.


Jaką obecnie pełni Ksiądz posługę w Kościele? Czy możliwe jest częste sprawowanie Mszy trydenckiej?

Mam obecnie – dzięki dobroci Bożej i wyrozumiałości przełożonych – możliwość wyłącznego codziennego sprawowania liturgii tradycyjnej. Wiąże się to z pewnymi ograniczeniami w innych dziedzinach. Mogę wyznać, że dopiero dzięki tej liturgii zrozumiałem, że kapłanem jest się dla sprawowania Najświętszej Ofiary. To jest najważniejsze, niezależnie od liczebności wiernych. Służę duchowo i sakramentalnie wiernym, którzy o to proszą. Ostatnio miałem szczególne wyzwanie i zarazem piękne zadanie przygotowania do Chrztu św. kilkunastu imigrantów perskich. Mam też kilkuletnią praktykę naukowo-dydaktyczną, zarówno w uniwersytecie, jak też w seminarium duchownym. W miarę moich skromnych możliwości staram się sprostać aktualnym zapotrzebowaniom.


Jak Ksiądz sądzi, czy w najbliższym czasie środowiska tradycyjne czeka regres, czy raczej będą się nadal rozwijać?

Oczywiście nie potrafię przewidzieć. Prawda katolicka jest i pozostanie zawsze aktualna i atrakcyjna. Jak wspomniałem, problemem jest jedynie jej dostępność. A ta zależy od wielu czynników, przede wszystkim od ludzi, tzn. również od nas samych. Nawet najdogodniejsze ramy prawne będą bezowocne, jeśli zabraknie ducha umiłowania Boga i bliźniego. Człowieka dobrej woli przyciągają właśnie prawda i miłość. A możemy je ukazywać także borykając się zarówno z przeszkodami zewnętrznymi, jak też z własną grzesznością i ograniczonością. Tak się Kościół zawsze rozwijał i wzrastał. Tak też będzie zapewne w przyszłości.


Bóg zapłać za rozmowę!


Rozmawiał Kajetan Rajski

Czy Kościół zaleca czytanie Pisma św. przez każdego? (z aktualizacją)


Fakt, że Kościół nie podziela protestanckiego postulatu czytania Pisma św. przez każdego, ma istotne podstawy teologiczne i pastoralne. 

Po pierwsze nie Pismo św. jest pierwotnym źródłem Objawienia, lecz Tradycja Apostolska. Jej wyrazem jest stałe nauczanie Kościoła, przedstawione w sposób systematyczny i dostosowany do języka i pojęć współczesnych w katechizmie. 

Po drugie, Pismo św. powstało w zamierzchłych wiekach i jest we wielu miejscach niejasne. Nawet najwybitniejsi teologowie i egzegeci nie są w stanie jednomyślnie wyjaśnić treści niektórych fragmentów. Tym bardziej niejasne są one dla czytelników bez odpowiedniej wiedzy teologicznej. 

Po trzecie, znajomość Pisma św. nie jest konieczna do zbawienia. Konieczna jest znajomość prawd wiary z Bożego Objawienia. 

Po czwarte, zarówno doświadczenie codzienne jak też historia Kościoła pokazują, że samowolne i pozbawione odpowiedniego podejścia czytanie i używanie Pisma św. nie tylko nie przynosi pożytku, lecz często prowadzi do błędów teologicznych czy nawet herezyj. Właściwie wszyscy herezjarchowie powoływali się na Pismo św. i to interpretowane wbrew Tradycji i wierze Kościoła.

Wobec takich niebezpieczeństw w okresie rozpowszechniania tłumaczeń biblijnych głównie heretyckich (protestanckich) Kościół wydał zakaz ich czytania i rozpowszechniania. Papież Innocenty III w 1199 r. zabronił czytania Pisma św. na prywatnych zgromadzeniach, nazywając je "ciemnymi schadzkami". Papież Grzegorz IX na synodzie w Tuluzie (1229) zakazał świeckim posiadanie pism Starego i Nowego Testamentu z wyjątkiem psałterza. Wprawdzie generalnie nie zakazywano czytania i rozpowszechniania Pisma św. w językach oryginalnych i w tłumaczeniu łacińskim (Wulgaty), jednak de facto ograniczano do duchowieństwa czyli teologów.

Dekrety papieży i soborów regularnie wskazywały na zakaz posiadania, czytania i posługiwania się Pismem św. przez byle kogo. Jako jeden z wielu przykładów niech posłuży następujący dekret, którego treść w skrócie to:
1. Używanie Pisma św. w tłumaczeniach na języki narodowe powoduje więcej szkód niż pożytku. Dlatego biskup lub inkwizytor ma władzę pozwolić na czytanie tłumaczeń tylko tym, którzy mogą mieć z tego pożytek dla wiary.
2. Kto bez takiego pozwolenia czyta czy posiada taką księgę, nie może uzyskać rozgrzeszenia i tym samym nie może przystępować do sakramentów.
3. Także księgarze, którzy bez pozwolenia sprzedają takie księgi, podlegają karom kościelnym.



Papież Klemens XI w swojej bulli "Unigenitus Dei Filius" (1713) potępił między innymi następujące tezy heretyków jansenistycznych. To potępienie zostało uroczyście potwierdzone przez papieża Benedykta XIII na Soborze Laterańskim w 1725 r. Potępione tezy brzmią: 
- Czytanie Pisma św. jest dla wszystkich. 
- Niejasność Pisma św. nie zwalnia świeckich z jego czytania.


Następne potępione tezy to:
- Należy potępić chęć odciągania od czytania Pisma św. 
- Odbieranie z rąk wiernych ksiąg Nowego Testamentu bądź zamykanie ich zrozumienia jest zamykaniem ust Chrystusowi. 
- Zakazywanie czytania Pisma św jest zakazywaniem używania światła synom światłości.


Niestety te potępione tezy są obecnie głoszone w Kościele, ze szkodą dla wiernych.

Zwolennicy protestanckiego podejścia do sprawy powołują się na najnowsze dokumenty Kościoła, począwszy od konstytucji "Dei Verbum" aż do adhortacji "Verbum Domini" Benedykta XVI, gdzie zawarte są zachęty do czytania Pisma św. Jak to się ma do stałych, wielowiekowych reguł Kościoła?

1. Czym innym jest protestancki postulat dania każdemu Pisma św. w tłumaczeniu na język potoczny, a czym innym zalecanie czytania Pisma św. wraz z podaniem reguł właściwego czytania. To ostatnie można właściwie zrozumieć wyłącznie w kontekście całego nauczania Kościoła poprzednich wieków, na które wskazałem. Wynika to z prostej zasady: Kościół nie zaczął się wraz z Benedyktem XVI, ani nie mógł błądzić w tak zasadniczej sprawie aż do Vaticanum II.

2. Nigdy w Kościele nie było ani generalnego zakazu czytania Pisma św., ani generalnego nakazu czy zalecania. Z teologicznego punktu widzenia nie może być ani jednego ani drugiego. Racje zostały wyłożone powyżej.

3. Jest poważnym nadużyciem, a właściwie oszustwem odrywanie zachęcania do lektury Pisma św. od warunków jego poprawnej interpretacji, które są obszernie podane i omówione w adhortacji "Verbum Domini". Trzeba powiedzieć wprost: stosowane zazwyczaj w grupach tzw. charyzmatycznych i tym podobnych posługiwanie się Pismem św. stoi w jaskrawej sprzeczności także z normami podanymi przez Benedykta XVI i jest tym samym poważnym wykroczeniem przeciw jego adhortacji. Powoływanie się na nią jest w takiej sytuacji niczym innym jak wybitną obłudą.


Post scriptum I

W dyskusji z ateistami pojawił się następujący wątek:


Tak więc widać zgubne skutki zachęcania do powszechnego czytania Pisma św. przez każdego bez odpowiedniego przygotowania.

Innym regularnie powracającym wątkiem jest mówienie o Biblii jako Słowie Bożym, powołując się na słowa liturgii Novus Ordo "oto Słowo Boże" oraz "oto Słowo Pańskie". Te słowa są niestety źródłem brzemiennego w skutki nieporozumienia, które jest wykorzystywane przeciw autorytetowi Pisma św. i Kościoła. To nieporozumienie jest zresztą sprzeczne chociażby z konstytucją dogmatyczną "Dei Verbum", która jasno mówi, że Słowo Boże nie jest tożsame z Biblią.

Otóż ateiści regularnie szydzą z fałszywie rozumianego "Słowa Bożego", wskazując na opisy morderstw, okrucieństw, zgorszeń i też powierzchownych sprzeczności zawartych w Starym Testamencie. To szydzenie bazuje właśnie na nieporozumieniu, którego źródłem i promotorem są słowa w liturgii Novus Ordo, które są nowością i wymysłem twórców Novus Ordo.


Post scriptum II

W reakcji otrzymałem następujące pytanie, na które z przyczyn technicznych odpowiadam tutaj:


Pytanie jest słuszne i ważne. Odpowiedź jest prosta: należy trzymać się odwiecznych reguł Kościoła. Oczywiście błędne jest ogólne zachęcanie każdego do czytania Pisma św. Jednak duszpasterz czy spowiednik może indywidualnie zachęcić do jego czytania pod pewnymi warunkami, mianowicie
- odpowiedniego przygotowania teologicznego, oraz
- regularnego towarzyszenia przez duszpasterza czy to indywidualnie czy grupowo.

Stąd osoba zainteresowana i pragnąca poznawać bliżej Pismo św. powinna zapytać swojego spowiednika czy duszpasterza, czy uważa on to w danym przypadku za celowe i pożyteczne, a przede wszystkim bezpieczne, tzn. czy nie ma niebezpieczeństwa dla danej duszy ze względu na jej stan duchowy, intelektualny, moralny i emocjonalny. Jeśli zapewniona jest opieka i towarzyszenie kompetentnego duszpasterza, wówczas nie ma przeszkód.

Duszpasterz powinien się kierować kryteriami nauczanymi od wieków przez Kościół odnośnie zarówno exegezy biblijnej jak też rozróżniania duchów w przypadku danej osoby pamiętając, że szatan może się posługiwać także słowami Pisma św. w prowadzeniu dusz na manowce.


Post scriptum III


Najpierw należy zauważyć, że św. Hieronim nie mówi: "kto nie czyta Pisma św. ...". Znajomość Pisma św. to nie to samo co prywatne czytanie. Św. Hieronim poświęcił długie lata studium, zanim zaczął tłumaczyć i komentować Pismo św. Wówczas nie było czegoś takiego jak prywatna lektura. Tak więc zapewne miał na myśli znajomość, która polega na znajomości tego, jak Kościół - wraz z pasterzami, uczonymi i świętymi - rozumie Pismo św. Jest to coś zupełnie przeciwnego do zwyczajów protestanckich, gdzie ludzie nie mający zupełnie pojęcia o właściwej exegezie zabierają się to czytania, interpretowania i używania Pisma św. na swój własny, często wypaczony użytek. 

Co jest z googlem?

Nie wiem, z czego to wynika, ale w pewnych tematach mam trudności w publikowaniu komentarzy z mojego konta. Oto przykład:




Czy "akt poświęcenia" jest ważny? (z aktualizacją)

 


Sprawa już przebrzmiała. Nie miałem możliwości wypowiedzenia się na bieżąco i nadal póki co niestety nie mam dostępu do mojego warsztatu teologicznego, by dokładniej omówić sprawę. 

Właściwie jednak sprawa jest prosta. Po pierwsze, wygląda na to, że kwestia Rosji w objawieniach przypisywanych Matce Bożej w Fatimie jest wątpliwa, tzn. wcale nie jest pewne, że Matka Boża w ten sposób i w ogóle mówiła o Rosji, gdyż nie ma o tym mowy w oficjalnie uznanych objawieniach, czyli tych, które miały miejsce od 13 maja do 13 października 1917 r.  Takie słowa pojawiają się dopiero w rzekomych wspomnieniach s. Łucji, pisanych i wydanych dopiero ponad 20 lat później , gdy s. Łucja nie pojawiała się publicznie. Istotne jest, że swoje pierwotne wspomnienia napisane w 1927 r. s. Łucja na polecenie przełożonych spaliła (ciekawe dlaczego zostało wydane takie polecenie, a w każdym razie potwierdza ono wątpliwości i zastrzeżenia odnośnie do tożsamości i wiarygodności osoby podawanej od lat 40ych za s. Łucję Dos Santos). Wspomina o tym x. prof. Johannes Stöhr, emerytowany profesor dogmatyki, w swoim artykule opublikowanym w aktach sympozjum mariologicznego na stulecie objawień fatimskich (w: M. Hauke [ed.], Fatima - 100 Jahre danach. Geschichte, Botschaft, Relevanz - Mariologische Studien XXV, Regensburg 2017):



Dopiero obecnie znane wspomnienia (rzekomej) s. Łucji, pisane w 1941 r., wspominają o Rosji. Oto dowód z dokumentów wydanych przez sanktuarium w Fatimie:


Tak więc nie jest pewne nawet to, że te słowa zostały rzeczywiście podane przez (prawdziwą) s. Łucję, a jeśli by nawet zostały tak podane, to ich pochodzenie od Matki Bożej jest osobną sprawą, także wątpliwą. W każdym razie to pochodzenie nie zostało nigdy oficjalnie uznane przez Kościół. 

Po drugie, sama treść rzekomych słów Matki Bożej jest wątpliwa. Uzależnienie losów świata od jednego aktu-modlitwy jest teologicznie wątpliwe. Skoro według woli Bożej codziennie sprawowane setki tysięcy, nawet miliony Mszy św. nie zmieniają radykalnie dziejów ludzkości w znaczeniu całkowitej ochrony przed wojnami i zbrodniami, to wiązanie nadziei tego typu z jednym aktem, który nie jest sakramentem, wydaje się sprzeczne z ekonomią Zbawienia w perspektywie całej historii. 

Po trzecie, wprawdzie nie ulega wątpliwości, iż Rosja w ówczesnym momencie historii rzeczywiście była szczególnym miejscem na świecie, miejscem wyjątkowych zbrodni przeciw religii, Kościołowi i ludzkości. Jednak pominięcie wszystkich innych tragedii, cierpień i problemów ludzkości i Kościoła wydaje się bardzo mało prawdopodobne ze strony Matki Zbawiciela. Wszystkie uznane przez Kościół objawienia Marijne mają charakter uniwersalny, są zwrócone do całego Kościoła i całej ludzkości. Nigdy nie był piętnowany jeden kraj i to w sposób sprzeczny z rzeczywistą historią. Wszak komunizm nie był wynalazkiem rosyjskim, lecz zupełnie innych regionów świata i narodów. Odwrócenie uwagi od tych faktów z całą pewnością nie może pochodzić od Boga. Oczywiste jest, że w owym momencie historii Rosja zasługiwała na szczególną uwagę i troskę, jednak sposób, w jaki zostało to ujęte w rzekomych słowach Matki Bożej, jest wysoce wątpliwy, gdyż wręcz wypaczający proste fakty historyczne. Błędy i zbrodnie komunizmu zostały wpierw narzucone Rosji, nawet jeśli z czasem Rosja sowiecka stała się ich centralą i głównym promotorem. 

Po czwarte, pytanie o "ważność" aktu poświęcenia jest niewłaściwe i błędne. Wszak nie może chodzić o ważność w znaczeniu sakramentalnym czy choćby analogicznym do sakramentalnego. W niektórych publikacjach pojawia się ono jako kwestia, czy "niebo przyjmie" taką czy inną formułę aktu poświęcenia. Nie trudno dostrzec tutaj myślenie wręcz magiczne, skoro skuteczność modlitwy - a tym jest właściwie taki akt poświęcenia - uzależnia się od spełnienia szczegółowych warunków wyznaczonych w rzekomych słowach objawienia w Fatimie. 

Po piąte, wygląda na to, że Franciszek chętnie uległ presji chwili, czyniąc akt, którego spodziewały się a nawet domagały kręgi zwłaszcza bardziej niby konserwatywne w Kościele. To służy jego popularności, a równocześnie odwraca uwagę od faktu, że obecnie największe błędy i zgnilizna moralna, godząca w życie ludzkie, w rodziny i w godność ludzką pochodzą nie tyle z Rosji, co z tak zwanego Zachodu, który jest ofiarą przedsięwzięć bandy globalistów, jak to stało się oczywiste w ostatnich latach. Zresztą sposób dokonania tego aktu bynajmniej nie wyraża powagi sprawy i chwili, ani szacunku dla Matki Bożej. Od tego "ważność" oczywiście nie zależy, wyraża jednak poważne - a raczej niepoważne - traktowanie. 

Czy moralne jest inwestowanie na giełdzie?

 


Pytanie jest złożone. Niby nie oczekuje porady, a jednak o nią zahacza. Rozumiem, że chodzi o moralne kryteria kupowania tzw. papierów wartościowych. 

Rynek giełdowy oczywiście nie jest moją specjalnością. O ile wiem, jest on obecnie tak rozczłonkowany na specjalizacje, że nawet profesjonaliści w tej dziedzinie zajmują się jedynie wybranymi działami czy rodzajami. 

Zacznijmy od pojęcia spekulacji giełdowej. Rzeczywiście ma ona w sobie sporo z hazardu, o ile nie opiera się na rzetelnej, solidnej wiedzy co do wartości i strategii rozwoju danej spółki, surowców czy ich grup. Szczególnie skrajnym przypadkiem są tzw. derywaty, które nie opierają się wprost na wartości przedsiębiorstw, towarów i surowców, nawet nie na przewidywaniach, lecz na grze giełdowej, czyli na "wartości" wynikającej głównie czy jedynie z mechanizmu popytu i podaży udziałów, nie stroniąc nawet od fałszywych czy istotnie wybrakowanych informacyj. Słynnym przykładem jest tzw. kryzys nieruchomości z 2008 r., gdy banki sprzedawały "produkty" polegające właściwie na oszustwie. Innym przykładem wysoce niemoralnego, wręcz przestępczego działania banków są znane z ostatnich lat w Polsce kredyty we frankach szwajcarskich. Podobnie jest ze słynną aferą Ambergold. Te przykłady świadczą o tym, że w dziedzinie finansów i bankowości szczególnie łatwo jest zostać wplątanym w oszustwo. Z jednej strony obecnie nikt nie może uniknąć uwikłania w system bankowości, gdyż nie tylko wynagrodzenia, lecz nawet renty i emerytury są przesyłane obowiązkowo na konta bankowe i zostaje narażony na oferty finansowe ze strony banku. Z drugiej strony ktoś dysponujący jakąś nadwyżką dochodów i oszczędnościami szuka sposobu na takie ich przechowanie, które by nie powodowało strat w wyniku inflacji, a raczej zyski i to możliwie najwyższe. Tutaj pojawiają się różne oferty, także obliczone na mniejsze czy większe oszustwo. 

Czy jest moralnie godziwe inwestowanie na giełdzie? Pierwotnie i z założenia kupowanie udziałów (akcyj) polegało na udziale poprzez środki finansowe w działalności gospodarczej danej spółki wraz z ryzykiem z tym związanym, oraz oczywiście w zyskach. Jest to moralnie w porządku w ramach moralnych norm działalności gospodarczej. Jednak czym innym jest inwestowanie w spółkę odzieżową, spółkę żywnościową, zbrojeniową, czy firmę produkującą pornografię czy środki antykoncepcyjne. Obecnie dziedziny i rodzaje działalności są skomplikowane i pomieszane. 

Tutaj jest zasadnicze kryterium moralnego wyboru w zakupie: naczelną zasadą nie powinno być rokowanie zysku z udziału w danej spółce, lecz to, czy i na ile jej działalność jest moralnie przynajmniej akceptowalna. Jeśli np. dana spółka zatrudnia pracowników na zasadach niewolniczych, skrajnie wyzyskując mieszkańców krajów tzw. trzeciego świata, czy też kosztem zatruwania środowiska w tych krajach, to niemoralne jest inwestowanie w nią, nawet jeśli zysk byłby kuszący. Natomiast inwestowanie w spółkę produkującą uzbrojenie nie musi być niemoralne, gdyż prowadzenie wojny może być moralnie usprawiedliwione, nawet wskazane i konieczne. Zwykle jednak wybór nie jest łatwy. Tak np. spółki farmaceutyczne w ostatnich latach zhańbiły się produktami, które nie tylko nie przeszły zwykłej procedury dopuszczenia, lecz zostały de facto narzucone, powodując nie tylko szkody dla finansów państw lecz poważne szkody i straty na zdrowiu i życiu. Równocześnie jednak takie spółki oferują także pożyteczne produkty farmaceutyczne, które są w stanie pomagać i służyć zdrowiu. Jak więc wybrać? 

Otóż z moralnego punktu widzenia nie wolno inwestować swoich oszczędności w działalność spółki, która jest choćby pod jednym względem niemoralna, jeśli np. promuje fałszywe ideologie jak np. genderyzm. Dlatego najpierw należy rzetelnie zapoznać się z działalnością danej spółki, co czyni się już choćby pod względem przewidywanej rentowności inwestycji. Są bowiem także spółki, które nie wykazują mankamentów czy zastrzeżeń moralnych. Inwestowanie w nie jest sygnałem moralnym, nawet jeśli spodziewany zysk nie byłby wysoki, czy niższy od innych, niemoralnych spółek. 

Problemem są oczywiście tzw. fundusze inwestycyjne. Kupujący udział w danym funduszu zwykle nie wie i nie ma wpływu na inwestycje czynione, gdyż o tym decyduje zarząd funduszu, zresztą wynagradzany przez inwestora. Z tego powodu należy stronić od funduszy inwestycyjnych. Chyba że chodzi o fundusz zarządzany przez wiarygodny zarząd. Są także banki - przynajmniej pierwotnie - katolickie, które oferują fundusze deklarujące stosowanie chrześcijańskich kryteriów inwestowania. Tu trzeba jednak także sprawdzić szczegóły, gdyż obecnie jest sporo zamieszania również w środowisku katolickim i ogólnie chrześcijańskim. 

Jest też oczywiście kwestia ryzyka. Zwykle jest tak, że ryzyko jest wprost proporcjonalne do rokowanego zysku. Tak więc także tutaj apetyt na rentowność powinien być miarkowany zdrowym rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności zwłaszcza w przypadku, gdy można dysponowane środki użyć do celów dobroczynnych. Te cele są najlepszą inwestycją w przyszłość, gdyż sięgającą zasług na życie wieczne. 

Celem dobroczynnym jest nie tylko rozumna i roztropna pomoc ubogim, lecz także wspieranie i budowanie kultu Bożego, czyli świątyń, wyposażenia liturgii, a przede wszystkim dobre kształcenie duchownych, katolickie wychowanie dzieci i młodzieży, itp. To są inwestycje najbardziej godne katolika. Wszak dziś korzystamy z inwestowania przez minione pokolenia wierzących, ze wspaniałych świątyń, dzieł sztuki, fundacyj klasztornych, szpitalnych itd. To są prawdziwe i najbardziej rentowne inwestycje, gdyż mają charakter duchowy i służą przez wieki wielu pokoleniom, dając owoce na życie wieczne. 

Podsumowując: 

Inwestowanie na giełdzie jest moralnie godziwe, o ile zachowuje się moralne zasady inwestowania w działalność, która jest moralnie godziwa. Wymaga to nieco przyłożenia się do zebrania informacyj odnośnie do danych spółek. Kryterium powinno być nie rokowanie maksymalnego zysku, lecz moralność działalności danej spółki. 

Równocześnie nie wolno zapominać o inwestowaniu w cele religijne i duchowe, gdyż to one mają najwyższą i trwałą rentowność. 

Czy trudno być katolikiem?


Natychmiast po premierze filmu "Ukryty skarb Kościoła" zostałem wielokrotnie zapytany o opinię. W międzyczasie udało mi się obejrzeć ten film.

Mówiąc w skrócie: co do treści teologicznej nie mam zastrzeżeń, gdyż nie stwierdziłem poważnych uchybień. Nie będąc fachowcem w dziedzinie sztuki filmowej uważam go pod względem technicznym również za porządny. Równocześnie jednak mogę zaznaczyć, że jego poziom nie jest wybitny ani treściowo, ani co do układu treści. Jest to po prostu kompilacja wielu różnych wypowiedzi o różnej wadze i wartości. Mogą one jakoś wprowadzać w temat, mogą też pobudzać do myślenia. Jednak całość nie wnosi nic odkrywczego, ani nie prezentuje solidnych argumentów. Jest to niewiele więcej niż pewien zbiór czy wybór "świadectw" osób, które na jakimś etapie swojego życia odkryły liturgię tradycyjną czy - w przypadku starszych osób - powróciły do niej. 

Autorzy filmu mogą mi zarzucić, że nie mam prawa utyskiwać na jego poziom, skoro odmówiłem udziału w filmie, mimo kilkukrotnych nalegań. 

Jednak nie sądzę, by mój udział był w stanie coś zmienić pod tym względem, gdyż problem leży już w samej formule. Nic nie wskazywało ani nie wskazuje na to, by zamierzano wyprodukować narzędzie przekonywania do liturgii tradycyjnej w sposób uporządkowany, systematyczny. Zdaję sobie sprawę, że obecnie w dziedzinie filmowej panuje tendencja antysystematyczna, antyracjonalna, czyli skupiania się na wrażeniach i osobistych przeżyciach. Ten film mógł być jednak okazją do wyjścia poza i ponad taką konwencję, choć nie musiał z niej zupełnie rezygnować. 

Niemniej godna krytyki jest nazwa kanału i zarazem marki "firmy" Macieja i Anny Świerzyńskich, zresztą wspomniana także w jednej z wypowiedzi, mianowicie x. Grzegorza Śniadocha, będącego wyraźnie głównym bohaterem filmu (o zgrozo). Hasło "Trudno być katolikiem" z całą pewnością nie zachęca do bycia katolikiem, choć poniekąd odpowiada doświadczeniu i odczuwaniu wielu katolików, zwłaszcza tych, którzy nazywają siebie czy są nazywani "tradycjonalistami". Tym niemniej właśnie oni powinni mówić raczej o pięknie katolicyzmu, gdyż to ono jest istotne i motywuje, a nie trudności, które zawsze w jakiś sposób są i pozostaną w każdej sytuacji życiowej i w każdej społeczności. Ta nazwa jest także o tyle dziwna i nieadekwatna, że w filmie jest również mowa o pięknie liturgii tradycyjnej. To właśnie piękno, porządek, harmonia i spójność z wiarą katolicką stanowią główną cechę tej liturgii, zauważalną i de facto dostrzeganą zwykle już przy pierwszym zetknięciu się. 

Oczywiście dobrze, że film ten powstał. Oby pobudził do myślenia i poznawania katolickiej liturgii tradycyjnej. Oby jednak autorzy i ich ewentualni naśladowcy wyciągnęli odpowiednie wnioski na przyszłość, dla następnych produkcyj medialnych różnego typu. Niestety bowiem szerzy się obecnie maniera czy wręcz moda narzekizmu, czyli narzekania czy to na różnego rodzaju skandale, czy na to własny los wskutek posunięć władz itp. Oczywiście można i należy mówić o faktach, także gorszących, o ile celem jest ich przezwyciężenie. Jednak zatrzymywanie się nad nimi do niczego dobrego nie prowadzi, lecz wyrządza poważne szkody, choćby przez marnowanie czasu i energii potrzebnej do budowania duchowego i nie tylko duchowego. Narzekacze typu grono PCh24, x. Dariusz Oko, Dawid Mysior i też Świerzyńscy nieźle zarabiają na wyciąganiu i rozwlekłym exploatowaniu rzeczywistych - a niekiedy niestety także urojonych - skandali. Czyż nie wstyd? Czyż nie należałoby spożytkować czas i środki raczej na krzewienie rzetelnej wiedzy teologicznej oraz na formowanie duchowe swoje i bliźnich, którzy składają im niekiedy nawet pokaźne ofiary? 

To nie jest wcale trudne, choć może wymagać nieco więcej wysiłku niż prezentowanie skandali, których świat oferuje mnóstwo, a które i tak są dość powszechnie znane. Wyszukiwanie konkurencyjnych sensacyjek świadczy nie o trzeźwym katolickim krytycyźmie, lecz o niezwoleniu duchem tego świata, czy przynajmniej o chęci dogonienia go w lukratywnym sprzedawaniu złych wieści. A to właśnie nie jest godne katolika, zwłaszcza tradycyjnego. 


Czy jest katolicki ekumenizm?


W odpowiedzi na to pytanie trzeba wpierw uporządkować pojęcia, jako że bardzo często mamy do czynienia z pomieszaniem pojęć, słów i rzeczy, co prowadzi do bałaganu myślowego i praktycznego. 

Greckie słowa oikumene i oikumenikos są znane w słownictwie chrześcijańskim od starożytności. Sobory powszechne, czyli obejmujące cały Kościół po grecku nazywane były oikumenike synodos. Ich celem, zamiarem i istotą było zawsze odrzucenie herezyj oraz nauczanie prawdziwej wiary, nie szukanie porozumienia czy współdziałania z heretykami kosztem prawdy Bożej. 

Natomiast pojęcie “ekumenizm” pierwotnie nie jest katolickie, lecz antykatolickie w znaczeniu konkurencyjnej koncepcji i wynikającej zeń dążeń i działań. Pojęcie to zakłada istnienie lokalnych, regionalnych i narodowych równoprawnych “kościołów”, które mają dążyć do połączenia się w jedną ogólnoświatową, tzn. ekumeniczną wspólnotę. Łatwo zauważyć, że chodzi tutaj właściwie o realia wspólnot protestanckich, zwłaszcza o protestanckie ujmowanie kościelności. Prawdziwy Kościół Chrystusowy, czyli ten w jedności z Następcą św. Piotra, zawsze był ogólnoświatowy, „ekumeniczny“ (we wspomnianym wyżej znaczeniu jak odnośnie do soborów), w odróżnieniu od wspólnot zarówno protestanckich jak też orientalnych, które zasadniczo miały charakter państwowy i narodowościowy. Godne uznania jest wprawdzie samo dostrzeżenie przez owe wspólnoty potrzeby i wagi jedności (jako przezwyciężenia charakterystycznego dla protestantyzmu rozszczepienia i rozdrobnienia), gdyż jedność jest cechą właściwą Kościoła katolickiego. Istotne i decydujące jest jednak, jak się tę jedność rozumie i jak się do niej dąży. 

Sprawa rozstrzyga się w pojęciu jedności Kościoła Chrystusowego i w pojęciu Kościoła w ogóle, czyli w rozumieniu wiary w jeden Kościół. Istnieją bowiem zasadnicze różnice i przeciwieństwa między katolickim a protestanckim pojęciem tej jedności. 

W ostatnich dziesięcioleciach rozpowszechniła się koncepcja usiłująca pogodzić te sprzeczności, mianowicie przez stopniowalność jedności, jakoby mogła być ona pełna i niepełna. Jest to osobny temat, który wymagałby dokładniejszej analizy. Wspomnę w tym miejscu jedynie, że problem polega na (zamyślnym czy powierzchownym) pomieszaniu i myleniu niestopniowalnej jedności (unitas Ecclesiæ) ze stopniowalnym przynależeniem do wspólnoty (communio) Kościoła (które to stopniowanie rozciąga się od utraty łaski uświęcającej przez grzech śmiertelny, poprzez kary kościelne jak interdykt i exkomunika, aż po apostazję i bycie w ogóle nieochrzczonym, które jest także stopniowalne jak np. w przypadku katechumenów z jednej, i wojujących ateistów z drugiej strony, przy czym u tych ostatnich oczywiście trudno jest w ogóle mówić o communio z Kościołem). 

Podczas gdy oczywiste jest, iż wspólnoty protestanckie są zarówno między sobą głęboko podzielone, jak też oddzielone w zasadniczych dziedzinach (wiara, sakramenty, ustrój) od Kościoła Chrystusowego, czyli katolickiego, ten ostatni zachowuje w sobie niezmiennie i nieutracalnie tę jedność (unitas), którą Jezus Chrystus raz na zawsze obdarzył swój Kościół. Innymi słowy: Kościół nie jest i nie może być nigdy podzielony, a jedynie poszczególni jego członkowie czy wspólnoty mogą utracić swój udział w tej unitas Ecclesiæ poprzez oddalenie się od communio wiary, sakramentów i hierarchicznej władzy (zachowując łączność we większym czy mniejszym stopniu). Takie było zawsze przekonanie i nauczanie katolickie, i takie jest ono zasadniczo także obecnie, czego wyrazem jest chociażby fakt, że Stolica Apostolska nigdy nie była i nadal nie jest członkiem głównej organizacji ekumenicznej, którą jest tzw. Światowa Rada Kościołów. Oznacza to, że Stolica Apostolska nadal przynajmniej oficjalnie reprezentuje przekonanie, że Kościół rządzony przez Następcę św. Piotra jest jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusowym (pomijam tutaj kwestię słynnego rozróżnienia między „est“ i „subsistit“), a nie jednym z wielu równie prawdziwych (czy nieprawdziwych) „Kościołów“ w znaczeniu równoprawnych i równowartościowych wspólnot Kościoła Chrystusowego.

Pewna interpretacja dokumentów Soboru Watykańskiego II, zwłaszcza „Dekretu o ekumeniźmie“, niejako przyłączyła Kościół do tzw. ruchu ekumenicznego, który jest z pochodzenia i z zasad niekatolicki. Wynika to z tego, że w dokumentach soborowych nie porzucono wprawdzie wprost wspomnianych wyżej zasad eklezjologii katolickiej, lecz sformułowano je tak, by przynajmniej w znacznym stopniu nie stanowiły przeszkody dla włączenia się w pewne inicjatywy protestanckiego ruchu ekumenicznego, do którego zresztą w międzyczasie dołączyły także niektóre wspólnoty chrześcijaństwa wschodniego. Owo rozmycie doktrynalne otworzyło równocześnie furtkę dla koncepcyj niekatolickich i antykatolickich, tudzież dla praktyk, które od początku i przez całe wieki historii Kościoła były zakazane i uchodziły za bluźnierstwo wobec prawdy Objawienia. 

W poczynaniach „ekumenicznych“ nawiązuje się wprawdzie także do rdzennie katolickiej praktyki oktawy modlitw o jedność chrześcijan, wprowadzonej przez papieża Leona XIII w 1898 r. w powiązaniu ze świętem Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca), a przez św. Piusa X w 1908 r. przeniesionej na dni od święta rzymskiej Stolicy Piotrowej (Cathedra Petri) do święta Nawrócenia św. Pawła (18-25 stycznia), dla podkreślenia, że jedność między wyznawcami Chrystusa może mieć miejsce jedynie w jedności z Następcą św. Piotra. Nie jest zapewne przypadkiem, że Jan XXIII w ramach nowej polityki ekumenicznej usunął święto rzymskiej Stolicy Piotrowej z dnia 18 stycznia, przenosząc je na dotychczasowe święto antiocheńskiej Stolicy Piotrowej, tzn. 22 lutego. Tym samym oktawa modlitw została pozbawiona zasadniczego katolickiego i zarazem biblijnego wątku, tudzież pierwotnej myśli przewodniej. 

W międzyczasie obchody oktawy, a także inne imprezy ekumeniczne przekształciły się najczęściej w widowiska czy wręcz manifestacje relatywizmu eklezjologicznego, sprawiając wrażenie, jakoby Kościół katolicki był tylko jedną z wielu jakościowo równych sobie odmian czy wersyj chrześcijaństwa. Ten pogląd nie ma wprawdzie oparcia w oficjalnych dokumentach doktrynalnych, a został nawet jako tako wyraźnie odrzucony w deklaracji Kongregacji Nauki Wiary Dominus Iesus z 2000 r. Nie powinno jednak dziwić, że fakty, gesty i obrazy silniej przemawiają i mocniej wpływają na świadomość rzesz zwykłych wiernych (czy nawet mniej solidnych teologów) niż oficjalne dokumenty.

Czy współczesne praktyki ekumeniczne służą budowaniu jedności, czy budowaniu atmosfery dialogu i zrozumienia wzajemnego, w poszanowaniu odmienności? Wspólne modlitwy, nabożeństwa paraliturgiczne czy nawet liturgiczne, zwłaszcza te, które są wykroczeniem nawet przeciwko nowym przepisom liturgicznym, stanowią nie tylko coś, co w całej prawnej Tradycji Kościoła zawsze było zakazane jako publiczny grzech przeciw prawdzie i miłości bliźniego (który ma prawo poznać prawdę Chrystusową i zostać wyprowadzonym z błędu, a nie być utwierdzanym w błędzie), lecz sprawiają wrażenie równości wszystkich wyznań czyli praktycznej negacji jedynej prawdziwości Kościoła katolickiego. Istnieje więc jaskrawy dysonans, jeśli nie wręcz sprzeczność między tymi praktykami, a oficjalnym nauczaniem Magisterium Kościoła, także soborowym i posoborowym, aczkolwiek ono jest w znacznym stopniu rozmyte i niejednoznaczne. Uderza to nie tylko w nieomylne prawdy wiary, lecz także w świadomość przekonań wiernych. Z teologicznego i pastoralnego punktu widzenia natomiast nie można nic zarzucić, jeśli chodziłoby o spotkania dla życzliwej wymiany zdań i owocnej dyskusji, której celem musi być usunięcie uprzedzeń i przekonanie do prawy katolickiej.

Chrystus Pan dał Apostołom nakaz nauczania wszystkich ludzi oraz udzielania sakramentów jako drogi Zbawienia. Takie jest też obecnie posłannictwo Kościoła i pozostanie na zawsze, także w odniesieniu do ochrzczonych, którzy są poza Kościołem czyli poza pełną communio wiary, sakramentów i władzy hierarchicznej. Właśnie według nakazu Chrystusowego trzeba mierzyć i oceniać wszelkie poczynania w odniesieniu do innowierców powołujących się na Pismo św. i naukę Chrystusa. Można oczywiście rozważać, czy przed Vaticanum II należycie i wystarczająco zwracano uwagę tudzież podejmowano potrzebne i konieczne wysiłki względem odłączonych od Owczarni Chrystusowej. Z pewnością można się doszukać zaniedbań czy może nawet braku gorliwości w tej dziedzinie. Zapewne w tym znaczeniu biskupi zebrani na soborze wyrazili pragnienie wzmożenia wysiłków dla nawrócenia innowierców oraz doprowadzenia ich do jedności wiary, sakramentów oraz podległości kościelnej. O tyle można mówić o właściwym katolickim „ekumeniźmie“ (aczkolwiek słowo to jest mylne i faktycznie zwykle prowadzi do nieporozumień). 

Rozstrzygające jest, z jakich motywów i w ramach jakich zasad teologicznych podejmuje się inicjatywy „ekumeniczne“, tzn. czy są one zgodne z wiarą katolicką. Analiza konkretnych poczynań pod względem werbalnym, symbolicznym, a także czysto formalnym, niestety najczęściej prowadzi do wniosku, że odbywają się one nie w duchu eklezjologii katolickiej, lecz wręcz w mniej czy bardziej zakamuflowanej negacji tejże. Jeśli takie jest rzeczywiste tło praktyk ekumenicznych, to stanowią one – bardzo przykro to stwierdzić – sprzeniewierzenie się prawdzie Ewangelii oraz Chrystusowemu posłannictwu Kościoła.

Jak uwolnić się od skrupułów?

 

Jest to jeden z wielu różnego rodzaju przypadków tzw. skrupułów. Mogą one dotyczyć różnych dziedzin życia duchowego i moralnego. Skrupuły mogą mieć związek z czymś takim, co psychologia nazywa nerwicą natręctw. Aczkolwiek jest raczej tak, że psychologia wymyśliła swoją nazwę na znane i opisywane od wieków duchowe zjawisko skrupułów, zresztą będąc tu zwykle bezsilną i bezradną, mimo pozornie bardzo fachowych pojęć i metod. 

O skrupułach traktuje wiele podręczników z teologii duchowości i też mistrzów życia duchowego. Główną i zasadniczą radą jest posłuszeństwo wobec kierownika duchowego, którego oczywiście należy mieć zwłaszcza w takiej sytuacji. Dlaczego jest to aż tak ważne i kluczowe? Z prostego powodu: za tzw. skrupułami zwykle kryje się inny problem duchowy, być może nawet ich kilka. Innymi słowy: skrupuły na pewnym punkcie są jakby tematem zastępczym i mechanizmem obronnym. Nie chodzi o to, że skrupulant oszukuje sam siebie, bo często tak nie jest. Z reguły są to osoby szczerze gorliwe w życiu duchowym. Istotną cechą takiej osobowości jest swego rodzaju perfekcjonizm, czyli dbałość o doskonałość czy to zasadniczą czy w danej dziedzinie, co jest oczywiście dobre i słuszne. Mechanizm polega na tym, że człowiek wyczuwa u siebie jakiś brak czy tendencję do złego, jednak raczej podświadomie, czy to z braku rozeznania, czy też wskutek nawet podświadomego wypierania tego problemu ze sfery świadomości. Problem w taki sposób oczywiście nie przestaje istnieć, lecz objawia się właśnie w postaci skrupułów, czyli bolączki duchowej, która może być bardzo uciążliwa i hamować właściwy rozwój życia duchowego. 

Oczywiście w pewnym stopniu skrupulant może także sobie sam pomóc, a to przede wszystkim przez poznanie, że dany przedmiot skrupułów nie jest jego właściwym problemem. Pozostając przy powyższym przykładzie: każdy człowiek, nawet małe dziecko, wie, kiedy jest syte, a kiedy nie. Dorosły człowiek wie ponadto, jaka ilość pożywienia jest mu potrzebna do normalnego, zdrowego funkcjonowania (pomijam tutaj kwestie umartwienia i postu). Ludzie mają różne organizmy, z różną przemianą materii, co powoduje, że potrzeby ilościowe pożywienia są różne. Wystarczy dopuszczać do głosu odczucie swojego organizmu, oczywiście nie wyłączając rozumu co do ilości, rodzaju i jakości potrzebnego pożywienia. 

Niemniej pomocna jest ocena otoczenia. Otoczenie nie ma prawa dyktować określonej ilości, o ile nie ma wyższych kryteriów jak dieta czy inne zasady zdrowotne. Może jednak pomóc w odpowiednim rozpoznaniu własnych potrzeb co do ilości potrzebnego pożywienia. Zresztą zwykle jest tak, że potrzebna ilość zależy od jakości. Tak np. smakowita potrawa odgrzewana z poprzedniego dnia ma o wiele mniejszą wartość odżywczą niż nawet prosta potrawa ugotowana na świeżo. Zwłaszcza w żywieniu zbiorowym stosuje się obecnie przeważnie prawie gotową i wysoko przetworzoną żywność. Może ona mieć walory smakowe, jednak co do wartości odżywczej jest znacznie poniżej świeżego pożywienia domowego, choćby nawet prostego. Zwykle kierujemy się głównie czy wyłącznie smakiem, jednak nasz organizm trafnie ocenia wartość odżywczą danego pożywienia, także pod względem zaspokojenia potrzeb odżywczych w stosunku do koniecznego wysiłku czy to fizycznego czy umysłowego. Dlatego normalne jest, że organizm szybciej i łatwiej odczuwa głód po spożyciu pokarmu o gorszej jakości odżywczej, nawet jeśli był on smaczny. 

W końcu kierownik duchowy powinien pomóc w rozeznaniu całości kondycji duchowej oraz właściwych problemów duchowych danej osoby, nie tylko tych zastępczych. Dlatego najlepiej jest, jeśli zna daną osobę także poza konfesjonałem, czyli w normalnym życiu na co dzień. W konfesjonale kapłan jest zdany właściwie tylko na to, co usłyszy od penitenta. Wprawdzie spowiedź jest ważna i istotna na poziomie sakramentalnym, jeśli nie ma zatajenia grzechu ciężkiego i jest szczera wola poprawy. Jest to jednak za mało dla owocnego kierownictwa duchowego w problemach typu skrupuły. 

Tak więc należy szukać odpowiedniego kierownika duchowego i modlić się o niego. Równocześnie trzeba mieć ufność, że Pan Bóg zawsze daje wszystko, co w danym momencie jest konieczne dla zbawienia duszy.


Post scriptum

Wprawdzie to nie jest właściwy temat, jednak gwoli zakończenia wątku w komentarzach podaję zasadnicze zdania technologa żywności:





Co Czcigodny Sługa Boży x. prof. Wincenty Granat sądził o koronce s. Faustyny?

 

Dzięki wskazówce życzliwego czytelnika trafiłem na książkę z wypowiedzią bodaj najwybitniejszego polskiego dogmatyka katolickiego w okresie powojennym, Sługi Bożego x. profesora Wincentego Granata, słynnego, wielce zasłużonego i powszechnie poważanego rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego proces beatyfikacyjny został rozpoczęty w 2010 r. Chodzi o pracę zbiorową pod jego redakcją:


W naszym temacie istotne są następujące strony, które przytaczam w całości, by nie narazić się na zarzut wybiórczości. Zachęcam najpierw do zapoznania się ze słowami x. Granata, po czym wyrażę swoje uwagi. 








Teraz moje streszczenie oraz uwagi:

1. X. Granat słusznie zwraca uwagę, że teologicznie i liturgicznie fałszywy jest kult jednego przymiotu Boga, ponieważ wszystkie przymioty Boga stanowią jedność, a są odróżniane jedynie względnie w porządku poznania teologicznego, nie jako realne różnice. 

2. Teologicznie fałszywe jest mówienie, jakoby dzieło stworzenia było dziełem miłosierdzia, ponieważ należy odróżnić między miłością i miłosierdziem w działaniu Boga. To drugie jest związane z dziełem Odkupienia. 

3. Koronka s. Faustyny zawiera trzy poważne i fundamentalne błędy, zresztą powiązane ze sobą:
- negację tożsamości Bóstwa Syna i Ojca
- bluźniercze ofiarowanie Bóstwa
- bluźniercze zdegradowanie Bóstwa do ofiary przebłagalnej za grzechy. 

4. Objawienia prywatne, także te niezawierające błędów i uznane przez Kościół, nigdy nie są obowiązujące we wierze. Innymi słowy: nie ma obowiązku wierzenia w autentyczność także uznanych przez Kościół objawień prywatnych. 

5. Objawienia s. Faustyny są raczej produktem jej naturalnej exaltacji i nie mają znamion cudu, czyli nadprzyrodzonego pochodzenia od Boga. 

6. Kongregacja Św. Oficjum słusznie zakazała rozpowszechniania kultu Bożego Miłosierdzia w formie podanej przez s. Faustynę. 

Równocześnie widać daleko idącą ostrożność, pewną niejasność i też pewną niespójność wypowiedzi x. Granata. Z jednej strony stanowczo twierdzi, że formy kultu pochodzące od s. Faustyny zawierają poważne błędy teologiczne (raczej należy tutaj mówić o herezji i bluźnierstwach) i że zostały słusznie zakazane. Z drugiej strony jednak zaznacza, iż ten zakaz nie jest ostateczny i nieomylny. Czyżby ktoś nakłonił x. Granata do rozmiękczenia i rozmycia jego opinii? X. Granat wyraźnie neguje nadprzyrodzony charakter rzekomych objawień s. Faustyny. Równocześnie mówi o jej "charyzmacie", nie wyjaśniając różnicy, ani nie określając pochodzenia owego "charyzmatu" w porządku łaski czyli nadprzyrodzoności. Jakże tak wytrawny teolog mógł pominąć tak istotne wyjaśnienia i doprecyzowania? Z całą pewnością mamy tutaj do czynienia z niespójnością wypowiedzi, która może być skutkiem czyjejś ingerencji w wypowiedź czy też w oficjalne stanowisko autora. Czy ma to związek z faktem, że mniej więcej w tym samym czasie x. Granat zrezygnował z funkcji rektora KUL (pod przymusem?) i został zwykłym kapelanem sióstr zakonnych? Wyjaśnienie tej kwestii wymaga dogłębnego studium materiałów archiwalnych i dokumentacji odnośnie myśli, życia i działalności x. Granata. W tym miejscu musi wystarczyć zwrócenie uwagi na problem badawczy.

W każdym razie pewne jest, że

- x. Granat miał i wysuwał publicznie poważne zastrzeżenia wobec treści pochodzących (przynajmniej oficjalnie) od s. Faustyny, 

- te zastrzeżenia są oparte na fundamentalnych prawdach wiary katolickiej oraz odwiecznych zasadach Kościoła w dziedzinie oceny teologicznej. 

Na koniec warto zwrócić uwagę na długi przypis numer 36 (strona 407). Otóż podaje on dane pochodzące od zgromadzenia sióstr w Łagiewnikach. Brak jest podania źródeł i dokumentów. A jest to oficjalna narracja wydarzeń podawana obecnie do wierzenia i to bez poddania sprawy solidnym i niezależnym badaniom źródłowym. Co więcej: nie ma dostępu do podstawowych źródeł archiwalnych w sprawie. Tym samym cały świat jest zmuszany do ślepego zaufania w prawdziwość narracji pochodzącej z klasztoru łagiewnickiego. Nie muszę zaznaczać, że nie ma to nic wspólnego ani z rzetelnością naukową, ani nawet ze zwykłym zdroworozsądkowym podejściem do sprawy od strony choćby tylko historycznej. 

Tym samym opinia x. Granata potwierdza i nawet rozszerza moje zastrzeżenia, o których było już wielokrotnie (zapraszam zwłaszcza tutaj i do wszystkich wpisów z etykietą koronka czy Faustyna). 

Nie jesteśmy zresztą odosobnieni w zastrzeżeniach. Oto przykład krytyki angielskojęzycznej w oparciu o teologię św. Jana od Krzyża: