Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Wspomnienie o Mamie (z post scriptum)


Niewiastę dzielną któż znajdzie?
Jej wartość przewyższa perły.
(Księga Przysłów 31,10)

Jeśli chodzi o mnie, to nie musiałem szukać. Została mi dana przez Pana Boga. Mnie i nie tylko mnie. 

Akurat te słowa nasunęły mi się, gdy po Jej odejściu do wieczności (3.11.2024) pomyślałem o Jej życiu.

Urodzona tuż przed wojną w 1938 roku, zachowała kilka wspomnień z czasu wojny, które widocznie mocno wryły się w pamięć, jak powrót z rodzicami i bratem do domu po przejściu frontu, do domu rodzinnego, który szczęśliwie ocalał. Swoje pierwsze imię chrzcielne, Maria, otrzymała na upamiętnienie swojej babci, której nie znała, ponieważ była zmarła w wieku 28 lat, gdy moja babcia miała 4 latka. Moja Mama na co dzień była znana jako Basia, a to jest jej drugie imię chrzcielne. Tak ją nazywał o 2 lata starszy brat, chyba dlatego, że w sąsiedztwie mieszkała kuzynka Maria i trzeba było te dwie wygodnie odróżnić w mowie.

Powyższa fotografia pochodzi ze stycznia tego roku. Tak Mama wyglądała na co dzień.

Owdowiała w wieku 47 lat. Można sobie wyobrazić, jaki to był cios, gdy Tato zmarł po wielomiesięcznej chorobie nowotworowej, po długich i ciężkich cierpieniach. To były czasy (1985), gdy na tomografię komputerową czekało się miesiącami, bo były w Polsce chyba tylko trzy na cały kraj. Tatę wieźli z Wrocławia, gdzie był leczony, a nie było tam tomografa, do Poznania.

Gdy zacząłem studia w 1984 roku, Mama pojechała na zarobek do USA. Musiała wrócić już po kilku miesiącach, gdy u Taty wykryto nowotwora. Wszystko, co wtedy była zarobiła, wydała na łapówki dla lekarzy, żeby zapewnili dobre leczenie. Oni chętnie brali zwłaszcza dolary. Tak to wtedy było i nikt tego nie ukrywał. Łapówki oczywiście nie pomogły. 

Pierwszy raz Mama pojechała do USA, gdy jeszcze uczęszczałem do przedszkola. Pojechała, żeby zarobić na budowę domu. Wtedy mieszkaliśmy z rodzicami i dwojgiem starszego rodzeństwa w domu dziadków, w mieszkaniu składającym się z kuchni i jednego pokoju, bez łazienki. Rodzice chcieli nam zapewnić warunki odpowiednie do nauki szkolnej. Tato starał się o wizę, lecz nie dostał. Mama się ubiegała i dostała, przypuszczalnie dlatego, że była matką, a w USA był już na stałe jej starszy brat. 

Rok rozłąki, gdy Mama ciężko pracowała za granicą, nie był łatwy ani dla nas ani dla Niej. To były czasy, gdy listy do USA i z USA potrzebowały 2-3 tygodnie drogi, a nierzadko ginęły, czy to wskutek cenzury, czy też przez złodziejstwo, gdyż w listach z zagranicy bywały dolary, a już 10-20 dolarów było wówczas dla zwykłego Polaka małym majątkiem. Większe sumy Polacy przekazywali sobie w gotówce przez rodaków, którzy jechali do Polski. Takie to były czasy, że można było powierzyć nawet obcym osobom niemałe sumy do przekazania rodzinie w Polsce, gdyż praktycznie każdy zarówno korzystał z takiej usługi pozabankowej jak też ją świadczył. Walutę zagraniczną wymieniało się u handlarzy walut na chodniku.

Gdy Mama wróciła, można było ukończyć dom rodzinny. Wprowadziliśmy się na Boże Narodzenie, gdy byłem w 1-ej klasie podstawówki. Wkrótce rodzice sprawili mi pianino, gdyż z początkiem roku szkolnego zacząłem też naukę gry. To był dodatkowy symbol statusu, że nie musiałem chodzić do szkolnego pianina na ćwiczenie. Wspominam o tym dlatego, ponieważ kilka tygodni temu, gdy Mama się dowiedziała, że zamierzam sprzedać to pianino, powiedziała z wyrzutem: "Ja Ci kupiłam, a Ty chcesz sprzedać?"

Gdy miałem 13 lat, tym razem Tato wyjechał do USA, żeby zarobić na remont domu, dokładnie na nowe centralne ogrzewanie, ponieważ pierwotna wersja (ogrzewanie nawiewowe) się nie sprawdziła, oraz na samochód. Wtedy Mama załatwiała robotników i czuwała nad robotami, które wymagały skuwania ścian i stropów pod instalację. Musiała to łączyć z pracą zawodową, obowiązkami domowymi, niełatwym wychowaniem trójki dzieci w najtrudniejszym wieku oraz z pomocą swoim rodzicom. Tato wrócił prawie równocześnie z pierwszą wizytą Jana Pawła II w Polsce. Wcześniej, na fali euforii, przysłał do Polski dziesiątki portretów Papieża w różnych formatach. Jeden z tych wieloformatowych - a była to rzadkość wówczas, pochodząca chyba tylko z importu - zawisł uroczyście w kościele parafialnym. Po powrocie Tato był nękany przez SB, która namawiała go do współpracy pod naciskiem braku zatrudnienia. Poprzednio pracował w pogotowiu ratunkowym i następnie w przychodniach wiejskich jako lekarz, mimo że miał tylko wykształcenie felczera medycznego (musiał zacząć zarabiać po zdaniu matury w liceum felczerskim, był wtedy półsierotą bez ojca z czworgiem rodzeństwa, rodziny nie było stać na studia). W końcu udało się mu zdobyć zatrudnienie w przychodni kolejowej także w funkcji lekarza. To był trudny okres stanu wojennego. Mimo tego w domu nigdy nie brakowało masła, sera i wędlin dzięki temu, że wdzięczni pacjenci wiejscy przynosili aż raczej w nadmiarze. Żywność była wówczas cenniejsza niż pieniądze, gdyż sklepy świeciły pustkami. Mama zawsze potrafiła zadbać o obfite i smaczne jadło, a miała wówczas łatwiej niż wiele innych żon i matek. Równocześnie chętnie się dzieliła. Jako licealista lubiłem jeździć w funkcji kuriera żywności do Krakowa do serdecznej przyjaciółki Mamy z plecakiem wypakowanym kiełbasami, serami, masłem itp., które to zapachy roznosiły się po pociągu. Ta względna idylla zakończyła się wraz z chorobą i śmiercią Taty w 1985 r., o czym już wspomniałem.

Gdy jako kleryk zakonny wyjechałem w 1988 roku do studia do Austrii, Mama znów zapragnęła wyjazdu do USA na zarobek. Chciała pomóc swojej córce. Dom rodzinny wymagał znowu remontu, a właściwie dodania poddasza, gdyż płaski tzw. dach warszawski się nie sprawdził. Do przyjazdu namawiał ją zresztą osiadły tam starszy brat. Stosunek Mamy do USA był ambiwalentny. Z jednej strony jakby lubiła tam być z powodu lepszego standardu życia i zarabiania niż w Polsce, z drugiej jednak była nieprzejednanie krytyczna pod względem kulturowym i religijnym, gdyż nie lubiła materializmu i skrajnych nowości kościelnych, których w Polsce nie znała. Wróciła po niecałych 2 latach, gdy jej rodzice słabli i potrzebowali opieki.

Po śmierci dziadka w 1994 roku, jak zawsze pełna chęci do pracy i pomagania, jeszcze raz wybrała się za ocean. Mąż córki stracił pracę, nie miał żadnego zatrudnienia mimo poszukiwanego zawodu (mechanik samochodowy), więc Mama widziała potrzebę pomocy córce. Zresztą do ponownego wyjazdu zachęcała ją także wdzięczność ludzi, u których poprzednio pracowała w domu, zapewniając opiekę i wychowanie dzieciom. Jeszcze do niedawna, po wielu latach Mama otrzymywała wdzięczne listy od swoich w międzyczasie dorosłych i dzieciatych wychowanków. Mimo, że była wymagająca. Także z mojej strony mogę poświadczyć, że potrafiła łączyć dobroć i miłość ze stanowczością i wymaganiami.

Pomysłem Mamy było, żebym wybudował własną kwaterę na pobyty w Polsce. Wiedziała, że nie mam i nie będę miał parafii, i chyba przywidywała, że moje pobyty w domu rodzinnym staną się bardzo trudne. Sam bym nie wpadł na pomysł budowania domu. Opatrzność Boża pokierowała, że stało się to możliwe, po wielu i długoletnich trudach (zarówno wskutek nagminnego partactwa i oszustwa, jak też z powodu podłości ludzkiej, zazdrości, nikczemności także ze strony rodziny i duchownych). Gdy piętrzyły się trudności i przeszkody, Mama powiedziała: "Musimy odmawiać różaniec w tej intencji, bez tego nie da się wybudować". Nie przypuszczałem, że będzie to służyć mojej obecności przy Niej na ostatnie miesiące i dni. 

Od około roku Mama wyraźnie słabła na zdrowiu i siłach. W 2022 roku ciężko przechodziła wirusowe zapalenie płuc. Stopniowo potrzebowała więcej odpoczynku, a wcześniej była całymi dniami "na nogach", zajęta gotowaniem, sprzątaniem, praniem, prasowaniem dla całej rodziny, pracą w ogrodzie itp. Ale przede wszystkim modlitwą. Dzień zaczynała codziennie od Mszy św., a kończyła różańcem i apelem jasnogórskim. Żyła prawie jak osoba zakonna. Do 82 roku życia oprócz pracy w domu dorabiała do skromnej renty (którą oddawała do zarządzania w domu) w swoim dawnym zawodzie jako pomoc dentystyczna. Gdy jej siły wyraźnie słabły, jedynym, na co narzekała, było to, że nie może robić tak jak zawsze, zwłaszcza w domu. Szczególnie w ostatnich miesiącach skarżyła się, że "nie może nic robić". Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy widziała u mnie bieliznę liturgiczną po praniu, mówiła, że mi poprasuje, gdy będzie miała trochę więcej sił. Mogłem już tylko się uśmiechnąć w duchu. Te Jej słowa znaczą więcej niż całe dni pracy z żelazkiem w ręku. Jeszcze na początku tego roku, gdy już nawet ciężko jej było chodzić, z własnej inicjatywy wyprasowała mi komżę, choć musiała to czynić już siedząco. Nie mogłem Jej odmówić, choć widziałem, że robi to ostatkiem sił. Zawsze zwracała uwagę, gdy miałem zmiętą sutannę. Gdy po moich przyjazdach widziała zawieszoną sutannę, podkradała się wczesnym rankiem, żeby ją wziąć do prasowania, mimo że uważałem to za zbędne.

Przed Wielkanocą tego roku osłabła na tyle, że już nie mogła chodzić do kościoła, nawet jeśli była podwożona do drzwi. Było Jej bardzo przykro z tego powodu, że była zdana na odwiedziny kapłana z Komunią św. W domu słuchała codziennie Mszy św. przez radio i niezmiennie się modliła. Coraz trudniej Jej było poruszać się, nawet jedzenie było uciążliwe. Widziałem, że ma nieleczoną chroniczną infekcję dróg oddechowych. Wpadłem na pomysł, żeby Jej robić inhalację solankową, co jej rzeczywiście wyraźnie pomogło. Jednak widać było, że cierpi, aczkolwiek nigdy się nie skarżyła i mówiła, że nic ją nie boli. Jedyne, na co narzekała, to brak sił do pracy i do pójścia do kościoła. Namawiałem Ją długo na to, żeby się dała zawieźć do kościoła na wózku, który jej specjalnie kupiłem. Powiedziała, że wstydzi się pokazać taką niedołężną. Jednak dała się przekonać do zawiezienia jej do kościoła w dzień odpustu parafialnego 10 sierpnia. Widać było, że nawet wsiadanie na wózek i jazda wózkiem męczy Ją. Mimo wyraźnego zmęczenia tą wyprawą, była z niej zadowolona, bo była w kościele. I to był jej ostatni raz za życia. Potem już tylko udało mi się Mamę namówić na krótki spacer wózkiem po ulicy. Chciała zobaczyć mój ogród. To było około miesiąc przed śmiercią, gdy jeszcze było względnie ciepło. Także ta wyprawa Ją wyraźnie zmęczyła i już jej nie namawiałem więcej na wsiadanie na wózek. Potem wydziałem ją już tylko raz przed domem w pewien słoneczny dzień. Kilka razy jednak zastałem Ją siedzącą w domu przy modlitwie, ostatni raz dzień przed wigilią Wszystkich Świętych, czyli cztery dni przed odejściem do wieczności. Wcześniej do modlitwy zawsze klękała i trzymała się prosto bez podpierania się. Gdy w piątek, na Wszystkich Świętych, czyli dwa dni przed śmiercią, przyszedłem, żeby Jej udzielić Ostatniego Namaszczenia, kazała podać sobie rękę, żeby usiąść na przyjęcie sakramentu. Wytrzymała na siedząco do Komunii św., po czym zauważyłem, że jest Jej bardzo ciężko i pomogłem się położyć. W Dzień Zaduszny już nie mogła się podnieść i musiałem ją podnieść razem z poduszką, żeby modła popić wodę po spożyciu Ciała Pańskiego. To była Jej ostatnia Komunia św. 

2 listopada podczas odwiedzin w ciągu dnia zapytała, czy już zrobiłem porządki jesienne w ogrodzie. Potem wieczorem zobaczyłem konanie, gdyż nie reagowała, inaczej niż zwykle, na dotknięcie czoła. Odmówiłem modlitwy za konających z rytuału, udzieliłem rozgrzeszenia z odpustem zupełnym i zacząłem odmawiać na głos różaniec. Dość rychło ale stopniowo Mama odzyskała przytomność, ożywiła się i złożyła ręce razem, które były dotychczas rozłożone szeroko jakby w geście powitania. Dałem Jej do prawej ręki różaniec. Stopniowo zaczęła szeptem razem ze mną powoli odmawiać różaniec, słabym, ale dość wyraźnym głosem. Przy trzeciej tajemnicy radosnej podniosła kolana tak jakby chciała uklęknąć. Na koniec trzech części różańca już tylko poruszała ustami, ale oczy miała otwarte i przytomne. Przed północą powiedziałem, że idę spać. Zapytała dokąd, a gdy powiedziałem, że do siebie, zareagowała jakby była zdziwiona. 

W niedzielę 3 listopada rano około godziny 7-ej zaszedłem, by zobaczyć, jak się czuje i czy mogę przyjść z Komunią św. Mama była przytomna. Gdy zapytałem, jak się spało, powiedziała, że dobrze. Na pytanie, czy mam przynieść Komunię św., powiedziała "dobrze". Po Mszy św. przyniosłem Komunię św. Wtedy Mama była już nieprzytomna. Znowu udzieliłem Ostatniego Namaszczenia, udzieliłem rozgrzeszenia z odpustem zupełnym i zacząłem odmawiać różaniec. Wtedy Mama znów odzyskała przytomność, ożywiła się i zaczęła dość wyraźnie odmawiać ze mną różaniec. Zbliżyła swoje ręce jakby chciała je złożyć do modlitwy i jakby szukała różańca. Podałem Jej różaniec między ręce. Chwyciła różaniec lewą ręką tak jak go trzymała zawsze na modlitwie, a prawą próbowała liczyć paciorki. Po kilku nieudanych próbach przesuwania paciorków w palcach, zaprzestała dalszych prób, ale nadal w lewej ręce trzymała różaniec, dość wyraźnie i niespodziewanie głośno odmawiając razem ze mną. Z czasem głos jednak wyraźnie słabł i już tylko słychać było szept poruszanymi ustami. Na koniec, po 15ej tajemnicy podniosła jeszcze sama różaniec do ucałowania krzyża, lecz już nie była sama w stanie dotknąć ust. Pomogłem i dała znak, żebym odłożył różaniec na stolik, gdzie zawsze leżał w pogotowiu. Powiedziałem, że idę zjeść śniadanie (było około 10.30). Zapytała zdziwiona: "dopiero teraz?". Po śniadaniu, ponieważ spałem w nocy niecałe 4 godziny, położyłem się na chwilę i usnąłem. Po przebudzeniu się koło godziny 14ej poszedłem znów do Mamy zobaczyć, jak się czuje. Zastałem Ją niespodziewanie rześką. Leżała bokiem odwrócona twarzą do okna, w które patrzyła z zaciekawieniem. Teraz wydaje mi się, że to było jej pożegnanie ze słońcem na tym świecie. Miała też niespodziewanie mocny i wyraźny głos. Zapytałem się, czy mam podać wodę. Chciałem sprawdzić, czy byłaby w stanie przyjąć łyk wody, żeby popić po spożyciu Ciała Pańskiego. Powiedziała, że nie, bo to byłoby zimne. Widocznie bolało ją wyschłe gardło 
(niestety nie zadbano o nawilżanie powietrza w jej pokoju, sam też odczuwałem drapanie w gardle, gdy przebywałem tam przez kilka godzin, czuwając). Zrozumiałem, że nie będzie w stanie przyjąć Komunii św., ale miałem nadzieję na dalszą poprawę. Powiedziano mi, że na obiad wypiła trochę rosołu, co mnie znowu zdziwiło, ale to pasowało do zauważalnej poprawy kondycji Mamy. Zadziwiająco głośnym i wyraźnym głosem powiedziała do swojego brata Władzia, żeby poszedł zjeść drugie danie z obiadu. Wtedy byłem jeszcze bardziej zaskoczony i uradowany Jej kondycją. Wróciłem do siebie i jakoś mnie natchnęło, żeby zacząć czytać książkę o św. Józefie. Myślę, że św. Józef potraktował to jako prośbę o towarzyszenie Mamie w Jej ostatnich chwilach życia ziemskiego. Spokojny o Mamę, pojechałem na Mszę św. wieczorną. Po Mszy św. był jeszcze mały poczęstunek u znajomych. Zostałem na chwilę, bo to była Msza św. z okazji srebrnych godów i dodatkowo dla solenizantki z tego dnia. Około godziny 21ej wyruszyłem w drogę powrotną do domu. Około godziny 21.30 otrzymałem telefonicznie wiadomość, że Mama nie żyje, że zmarła na koniec apelu jasnogórskiego, któremu była wierna od wielu lat. To zapewne nie był przypadek. Poznałem wtedy swój błąd w ocenie popołudniowej kondycji Mamy. Poczułem żal do siebie, że zostałem na poczęstunku. Gdybym nie został, to bym może zdążył na Jej ostatnie tchnienie, żeby Jej towarzyszyć modlitwą w przejściu do wieczności. Po południu zostawiłem Ją bez pożegnania. Teraz przyśpieszyłem jazdę, żeby być jak najszybciej przy Niej mimo skonania. Dojechałem przed 23cią, około półtora godziny po ostatnim tchnieniu. Była już ubrana w suknię do trumny. Czoło było jeszcze ciepłe. Jeszcze raz udzieliłem Ostatniego Namaszczenia i rozgrzeszenia z odpustem zupełnym. Z dziwnym spokojem i pokojem w sercu, odmówiłem jeszcze modlitwy in commendatione animae i ponownie w tym dniu trzy części różańca. Skończyłem ponad 3 godziny po Jej ostatnim tchnieniu, czyli w czasie dopuszczającym udzielenie Ostatniego Namaszczenia. Piszę o tym dlatego, że dopiero podczas posługiwania w Monachium dowiedziałem się, że nie należy ostatniego tchnienia uważać za moment wyjścia duszy z ciała i że trzeba otaczać tę osobę modlitwą także po ostatnim tchnieniu. Takie pożegnanie jest z całą pewnością bardziej ludzkie i bardziej katolickie. Widocznie tak miało być. Mama otrzymała przez moją posługę wyjątkową opiekę duchową w ostatnich dniach ziemskiego przebywania. Na koniec Pan Bóg wskazał mi przez ten moment odejścia, że mam być wierny w moim posługiwaniu. Mama na pewno nie chciała mnie zatrzymać dla siebie, skoro miałem służyć wiernym przez Mszę świętą zamiast być przy Niej. 

Dla mnie te ostatnie dni były potężnymi rekolekcjami dla życia kapłańskiego. W powolnym umieraniu dla tego świata Mama pokazała mi swoim przykładem, jak ważne jest poważne traktowanie modlitwy i obowiązków. Ją modlitwa naocznie ożywiała i wzmacniała, a Ona ze swojej strony traktowała ją zawsze z największym szacunkiem i pieczołowitością. Myślę, że tak wygląda żywa wiara. Parę razy byłem świadkiem, gdy w zwierzeniach o swoim pełnym bolesnych doświadczeń życiu mówiła: "gdyby nie wiara, to bym zwariowała". Miała na myśli wczesną utratę męża, potem starszego syna (zmarł w wieku 38 lat), w końcu wnuka (lat 26). Zawsze mówiła o tym załamującym się głosem. Los nie szczędził Jej cierpień także w ostatnich latach, miesiącach i tygodniach, akurat ze strony najbliższego otoczenia (gdy wskutek braku odpowiedniego przystosowania łazienki dla osób starszych upadła tam i doznała poważnych urazów czoła i twarzy, otwarte krwawiące rany dezynfekowano Jej środkiem do dezynfekcji powierzchni sanitarnych; w Jej własnym domu, który wybudowała i wyposażyła swoją ciężką pracą, robiono awantury na tle majątkowym, mimo że zabierano Jej nawet rentę). Rozumnie pocieszam się tym, że Pan Bóg oszczędził Jej dalszych cierpień. Zresztą odeszła w znamiennym momencie: w niedzielę w oktawie Wszystkich Świętych na koniec apelu jasnogórskiego, w dzień ostatniego odmówienia razem ze mną wszystkich części różańca świętego. Uzasadniona jest nadzieja, że Ona już bólu nie doznaje. A ból, który wynika teraz dla nas, ma służyć uczeniu się od Niej tego, co najcenniejsze. 

Cóż jeszcze warto zachować w pamięci i czci? Mama zmarła tak jak żyła: otoczona modlitwą, dzielna, skromna, nie skarżąca się, myśląca o innych. Nigdy nie zafundowała sobie wypoczynku, wczasów itp. Gdy w ostatnich kilkunastu latach bardzo cierpiała na reumatyzm, na pojechanie do sanatorium trzeba ją było uporczywie namawiać, nie tylko dla tego, że szkoda Jej było pieniędzy, lecz także z powodu troski o Jej niepełnosprawnego młodszego brata Władzia, który zawsze boleśnie odczuwał każdą Jej nieobecność. Jak prawdziwa dama lubiła elegancję, ładny ubiór, ale nigdy sobie nie kupowała ubioru, zwłaszcza nowego. Właściwie wszystko miała z darów od swojej dawnej przyjaciółki z USA, a były to rzeczy używane. Mimo, a właściwie raczej z powodu trzeźwej i słusznej świadomości swojej naturalnej urody nigdy się nie malowała, nie farbowała włosów, nie wstydziła się siwizny. Nigdy nie ubrała spodni i nierzadko wyrażała swój krytyczny stosunek do tej panoszącej się obecnie durnej antykobiecej mody, której ulegają nawet starsze i bardzo starsze panie (co zwykle świadczy nie tylko o braku poczucia własnej godności, lecz także o zaniku zdrowego wyczucia estetycznego). Także w domu lubiła być elegancka, oczywiście po domowemu, i to była skromna elegancja, raczej schludność prawdziwie kobieca, bo macierzyńska i czysta. W tym sensie była znakiem sprzeciwu, ale sobą - tym, kim była, nie z woli odróżniania się czy płynięcia pod prąd. 

Dlatego Jej odejście z tego świata w oktawie Wszystkich Świętych bardzo pasuje do Niej. Była zwykła, a zarazem niezwykła w swej zwykłości. Nie zawsze mogłem się zgodzić z Jej filozofią życiową, podejściem do niektórych spraw czy problemów. Konkretnie: bardzo, aż za bardzo przejmowała się opinią ludzką. Poniekąd jest to o tyle zrozumiałe, że z jednej strony była ogólnie lubiana i poważana, nie miała wrogów, choć też miała niewielu przyjaciół, ale za to zwykle wiernych. Z drugiej zaś strony trzeba mieć na uwadze, że w tej małej galicyjskiej mieścinie (gdzie przed wojną ani kościół rzymsko-katolicki, ani cerkiew grecko-katolicka nie były umieszczone przy rynku, lecz akurat synagoga, której budynek istnieje zresztą do dziś) wielu jest takich, którzy w dość wąsko i specyficznie ujmowanym interesie, choćby z zazdrości czy z żądzy zemsty za niespełnienie ich złodziejskich zachcianek gotowi są urządzić piekło na ziemi choćby językiem, czyli oszczerstwami. Z tego właśnie względu dawała mi swoje rady, pouczenia, upomnienia, niekiedy wyrzuty, z intencją na pewno dla mojego dobra, choć przyziemnego. Zawsze warto było się nad nimi zastanowić, nawet jeśli nie mogłem się im poddać, gdy uważałem, że muszę postąpić wbrew Jej bardzo pragmatycznej linii, co ostatecznie respektowała. Wiem, że zawsze chciała dobrze, oczywiście na swój sposób, w kontekście swojego doświadczenia życiowego i swojej roli w rodzinie i wobec mnie. Teraz widzi sprawy o wiele lepiej niż ja, bo z góry, z perspektywy wieczności u Boga. Ufam, że także teraz chce mi pomagać i może mi być pomocą o wiele lepiej niż w życiu doczesnym. Tego też życzę każdemu. 


Post scriptum 1

W uzupełnieniu muszę dodać jeszcze jeden wątek, istotny dla zrozumienia Jej życia i tego, kim była. Jak już wspomniałem, ma młodszego niepełnosprawnego brata Władzia. Władziu doznał urazu głowy podczas narodzin w domowych warunkach w pierwszych latach powojennych, bez odpowiedniej opieki medycznej. Gdy przyszedł na świat, moja Mama miała 10 lat. Cieszyła się młodszym braciszkiem i już wcześnie poczęła zajmować się nim, gdy moja babcia musiała ciężko pracować w gospodarstwie i na roli. Mama musiała też wcześnie zacząć zarabiać, gdyż jej o dwa lata starszy brat Jan studiował medycynę w dalekim Wrocławiu, na co moi dziadkowie musieli ciężko pracować. Muszę o tym wspomnieć, ponieważ jestem pewien, że te doświadczenia ukształtowały Mamę właśnie tak a nie inaczej, i że to, jakim Władziu się stał i jakim jest - a jest powszechnie lubiany przez tych, którzy go znają - jest owocem opieki, troski i też cierpienia mojej Mamy. Poniekąd Mama uczyła się swej postawy życiowej i macierzyństwa w opiece nad Władziem, która wymagała nadzwyczajnej ofiarności i cierpliwości. To była dla Niej także szkoła wiary i ufności Bogu, przyjęcia i ufnego, dzielnego niesienia krzyża, wręcz heroicznego. Władziu jest znany z towarzyskości, łatwości nawiązywania kontaktów (oczywiście po swojemu), pogodności i ciepła osobistego. To on jest pierwszym owocem Jej osobowości uformowanej w ogniu cierpienia i pokornej, ofiarnej miłości. 


Post scriptum 2

Na koniec wypada mi wspomnieć jeszcze o pogrzebie Mamy. Zwróciłem się do biskupa miejsca z prośbą o pozwolenie na sprawowanie tradycyjnej liturgii żałobnej. Odrzucono moją prośbę, co mnie zresztą raczej nie zaskoczyło. Większą niespodzianką było zachowanie wobec pogrzebu Mamy. Otóż można było się spodziewać, że zostanie Ona potraktowana jako Matka kapłana katolickiego, a to zwykle oznacza, że obrzędy prowadzi biskup i uczestniczą też kapłani spoza parafii. Nic takiego nie miało miejsca w przypadku mojej Mamy. Odpowiedzialność ponosi głównie miejscowy proboszcz, który organizował pogrzeb (zresztą zawzięty wyznawca faustyno-sopoćkizmu i blachnicyzmu, którego pierwszym posunięciem na parafii było nakazanie podchodzenia do Komunii w kolejce, czyli praktycznie bezczelne uniemożliwianie klękania zwłaszcza osobom starszym). Nie wiem, czy w ogóle powiadomił władze diecezjalne. Jednak biskup miejsca wiedział ode mnie wskutek mojej prośby co do obrzędu. A nie przybyli nawet kapłani z sąsiedniej parafii, mimo iż znali Mamę od wielu lat, gdyż niegdyś byli wikariuszami w naszej parafii. Jest pewne, że takie potraktowanie pogrzebu mojej Mamy - nie została potraktowana jako matka kapłana - miało uderzyć we mnie. Sprawa ma szerszy kontekst i tło. Otóż mój dom rodzinny znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła parafialnego i plebanii. Moja rodzina zawsze utrzymywała bardzo przyjazne, a niekiedy wręcz zażyłe stosunki z księżmi i zakonnicami posługującymi w parafii. W dzieciństwie byłem ministrantem na zawołanie, tzn. wołano mnie do służenia, gdy nie było żadnego innego ministranta, zwłaszcza na mszach porannych, pogrzebach i ślubach. Moja Mama mnie do tego dość stanowczo zachęcała (była to swoista mieszanka zachęty, prośby i delikatnego nakazu). Bywali wikarzy, którzy wchodzili w zażyłość towarzyską z moimi rodzicami (byli dobrymi katolikami, Mama była bardzo pobożna, mój Tato miał status społeczny "pana doktora", a wielebni duchowni nie zadawali się towarzysko z byle kim), urządzając sobie u nas głośne zabawy do późnych godzin, mocno zakrapiane alkoholem i to nie byle jakim, bo, o ile pamiętam, nie zniżali się poniżej koniaku (moja Mama była właściwie tylko służącą, nigdy nie widziałem Jej nietrzeźwej). Jeden z wikarych tak się spoufalił z nami, że zaprosił mnie i moją siostrę na oglądanie telewizji do siebie po to, żeby posadzić moją wówczas kilkunastoletnią siostrę przy sobie i obmacywać ją pod bluzką w okolicy pasa, co mimochodem zauważyłem kątem oka. Zresztą poinformowałem o tych sprawach obecnego biskupa miejsca, jednak nie otrzymałem żadnej reakcji. Takie właśnie doświadczenia z tutejszym klerem spowodowały u mnie niechęć do wstąpienia do tutejszego seminarium diecezjalnego i w ogóle pewien dystans do kleru diecezjalnego. Dlatego właśnie wstąpiłem do seminarium zakonnego (jedynego, które wówczas znałem), wbrew namowom rodziny i też ówczesnego proboszcza i innych miejscowych księży. Moja Mama niezmiennie starała się o dobre stosunki z tutejszymi księżmi, które jednak z ich strony po moim wstąpieniu do werbistów wyraźnie oziębły, zwłaszcza gdy okazało się, że potem jako kapłan nie koncelebruję Novus Ordo. Podam przykład: gdy Mama piekła chleb domowy (a robiła to regularnie przynajmniej od ponad 20 lat), to jeden z dwóch bochenków dawała na plebanię. Po tym, jak odwiedzając mnie w Monachium zobaczyła stosunek wiernych do mnie, mówiła mi: "Tobie wierni pomagają tam na parafii, to ja staram się pomagać tutaj księżom". W ten sposób na przestrzeni lat przynajmniej kilkunastu kapłanów regularnie jadło chleb i też inne wypieki z wyrobu mojej Mamy, ofiarowane z serca, serca matczynego ogarniającego wszystkich kapłanów. Na pogrzebie pojawił się tylko jeden z nich - wikary, który w tym roku odszedł do innej parafii. Taki to jest poziom moralny, duchowy i ogólnie ludzki. Oczywiście miało to ugodzić we mnie, bo nie koncelebruję Novus Ordo, ale podłe jest wobec mojej Mamy. Takie to są owoce obłudy modernistycznej. 

Jak zareagować?


Jak autor powyższego pytania zapewne wie, wprowadzenie takiej sytuacji jest sprzeczne z tradycyjną liturgią Kościoła, czyli jest nadużyciem. 

Za prawidłowe sprawowanie liturgii wraz z oprawą muzyczną odpowiedzialny jest celebrans na swojej Mszy św., zaś ogólnie duszpasterz, o ile ktoś taki istnieje. Dlatego należy zwrócić się przede wszystkim do duszpasterza i wyrazić oczekiwanie, iż zadba o prawidłowe sprawowanie liturgii jako zasadę. Jeśli celebransem w danym przypadku jest inny kapłan, to także wobec niego należy wyrazić takie oczekiwanie. 

Jeśli interwencja w pojedynkę nie wystarczy, wówczas należy zebrać osoby podobnie myślące i wspólnie wystosować odpowiedni apel do duszpasterza. Gdy także to nie poskutkuje, to należy zastanowić się nad alternatywą, czyli uczęszczaniem gdzie indziej, tzn. tam, gdzie liturgia tradycyjna jest sprawowana prawidłowo. Można też zastosować środek nacisku w postaci ograniczenia w składaniu ofiar na Mszę św., informując o tym duszpasterza względnie celebransa. 


Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.10.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


W ostatnich miesiącach nastąpił dalszy wzrost korzystania z bloga, które ostatnio wyniosło średnio około 4000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania, lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około czterdziestu osób, co stanowi około 0,8 % osób codziennie korzystających z bloga. Kilkanaście osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. 

W miesiącu październiku 2026 ofiarę na bloga złożyły osoby (w porządku chronologicznym):

Jakub R.
Paweł S.
Grzegorz W.
Paweł K. 
Jarosław K.
Mateusz Z.
Michał K. 
Helena S.
Adam C.
Rafał J.
Piotr K. 
Jakub J. 
Piotr K. 
Michał K.
Urszula N. 
Anna S. 
Tomasz O.
Krzysztof K.
Grzegorz W.
Grzegorz Ł.
Agnieszka P. 
Stanisław R. 
Michał K. 
Grażyna Ł. 
Maciej C. 
Ewa K.
Jadwiga S.
Anna D. 
Marek R. 
Seweryn T. 
Piotr S. 
J. i A. W. 
Leszek P.
Katarzyna O. 
Aleksander M. 
Maciej L.
Marcin S. 
Ronald Z.
Daniel P. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Moi święci



Chyba mam wyjątkowe szczęście, bo Pan Bóg postawił na mojej drodze życiowej sporo osób, które mogę prywatnie uważać za święte, choć przypuszczalnie nie zostaną oficjalnie ogłoszone przez Kościół jako takie (przy okazji dodam, że do takiego ogłoszenia konieczny jest nie tylko spontaniczny i długotrwały kult okazywany takiej osobie lecz także wszczęcie procesu kanonicznego, co może uczynić tylko władza kościelna na prośbę wiernych). 

Mam problem z kolejnością ich przedstawienia, ponieważ w różnej kolejności pojawiały się w moim życiu, przez różny okres czasu je znałem, z różną intensywnością, i w różnej kolejności odchodziły z tego świata. Dlatego nie przedstawię ich ani chronologicznie, ani systematycznie według hierarchii ważności, lecz w porządku spontanicznym. 

Zacznę od mojej babci Katarzyny. Urodzona w 1909 r., straciła swoją mamę gdy miała 4 latka. Wraz ze swoją młodszą o 2 lata siostrą była wychowywana przez ojca i siostrę mamy. Ojciec też wkrótce zmarł, więc Kasia musiała wcześnie zacząć pracować u obcych ludzi na roli. Jej siostra Józefa po ukończeniu kilku klas szkoły powszechnej wyjechała do pracy do Krakowa. W roku 1935 babcia pobrała się z moim dziadkiem Bronisławem, który był rok od niej młodszy. Z zawodu był kowalem, co wówczas oznaczało status porównywalny do mechanika samochodowego obecnie, czyli niewielkie, ale względnie dobre zarobki. Nie mieli własnej ziemi, lecz pracowali na polach w dzierżawie, co dawało skromne, ale wystarczające utrzymanie. Hodowla własnych dwóch krów, dwóch świń i drobiu zapewniała rodzinie wyżywienie. Dziadek pracował głównie w kuźni, babcia w domu, oborze i w polu. To byli ludzie prości, dobrzy i szlachetni na sposób, jaki w moim życiu w takim stopniu bardzo rzadko spotkałem. Kochali się dojrzale, rozumnie i zarazem wspaniałomyślnie, odznaczali się wyjątkowym zdrowym rozsądkiem, a przy tym też autentyczną, trzeźwą pobożnością, choć do kościoła chodzili zasadniczo tylko w niedziele i święta, gdyż ciężka praca zajmowała czas i siły, a do kościoła szło się odświętnie. Pamiętam, że babcia starała się chodzić przynajmniej na środowe nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Świadomie pamiętam ich od czasu, gdy byli mniej więcej w moim obecnym wieku. Mieszkaliśmy tuż obok, na jednym podwórzu. Porównując ich ciężką pracę, którą wykonywali jeszcze przez dziesięciolecia, z własną kondycją obecną, mogę jedynie podziwiać ich siły, samozaparcie i ofiarność. Szczególnie podziwiam babcię. Jej życie było naznaczone cierpieniem od maleńkości aż właściwie do końca, co miało związek także z jej najmłodszym dzieckiem Władziem, który przy porodzie w warunkach domowych doznał urazu głowy i jest niepełnosprawny (o nim będzie jeszcze niżej), a to u ludzi złych regularnie wyzwala podłą dokuczliwość, której ona jako matka często była świadkiem, oczywiście w bólu serca, który też mi dane było zauważyć. Mimo życia przepełnionego cierpieniem, trudem i ciężką pracą babcia była dogłębną dobrocią, szlachetnością, ale też odwagą i stanowczością, gdy chodziło o sprawy zasadnicze i ważne. Razem z dziadkiem zawsze wcześnie zaczynali dzień od pacierza i pacierzem z dziesiątką różańca kończyli. Byli naturalnie radośni, mieli poczucie humoru płynące z czystego serca. Nigdy nikogo nie obmawiali, nikogo nie krytykowali, z nikim się nie kłócili. Mieli swoje zasady, wiedzieli swoje i tego się trzymali. Babcia z oburzeniem i upomnieniem reagowała wtedy, gdy była świadkiem mówienia źle o księżach i zakonnicach. Wówczas stanowczo ucinała temat, a jeśli było konieczne to po prostu odchodziła od takiego towarzystwa. Swoje skromne pieniądze zarabiała na sprzedaży mleka od swoich krów, co było jej jedynym dochodem. Choć nam się znacznie lepiej powodziło, dzieliła się z nami tym, co miała ze swojego gospodarstwa. Mimo zmęczenia całym tygodniem pracy piekła nam w soboty wieczorem ciasto drożdżowe z kakao, co było jej specjalnością. Czasem wieczorem po pracy przychodziła do nas niby po to żeby na chwilę popatrzeć w telewizor (przed którym po chwili po prostu zasypiała ze zmęczenia), a właściwie po to, żeby nas zobaczyć, przynosząc czy to jajka, czy ser, śmietanę czy jakieś inne przysmaki. Tak sobie teraz myślę, że to był anioł w ludzkiej postaci. Nigdy nie wypowiedziała wulgarnego czy złego słowa, a zło jej wyrządzane - czy to w słowach czy w czynach - znosiła w milczeniu z bólem widocznym na twarzy. Gdy się dowiedziała, że wybieram się do dalekiego seminarium zakonnego, ze swoistą dobrotliwą stanowczością usiłowała mi nakazać, żebym jednak wstąpił do seminarium przemyskiego. Gdy potem wyjeżdżałem na studia do Austrii, była szczerze zasmucona mówiąc: "po co ty tam pojedziesz, tam mówią po niemiecku". Po śmierci mojego taty, gdy byłem na studiach a potem klerykiem, babcia i dziadziu dzielili się ze mną skromnymi dolarami, które okazyjnie (zwykle tylko na święta) dostawali od swojego syna z USA. Babcia zmarła niespodziewanie 18 stycznia 1991 r., a dowiedziałem się o tym dopiero przez telegram, który otrzymałem w dniu pogrzebu, więc nie mogłem przyjechać. Przyjechałem dopiero na ferie semestralne w lutym. Gdy odwiedziłem wtedy dziadzia, rozpłakał się rzewnie, czego wcześniej nigdy u niego nie widziałem. Zaczął mówić o babci z miłością i bólem rozłąki. Potem gdy przyjechałem na swoje prymicje, wzruszył się podobnie, mówiąc: "ależ babcia by się cieszyła". To jest dla mnie postawa prawdziwego męża - wczucie się w małżonkę, myślenie o jej odczuciach i przeżyciach. Dlatego moi dziadkowie są mistrzami małżeństwa i to w znaczeniu jak najbardziej konserwatywnym i katolickim. Babcia zwykle mówiła o dziadku określeniem "mój pan", co było połączeniem szacunku i miłości. Dziadek po śmierci babci mówił o niej "moja rybcia", choć takiej czułości u niego za życia babci nie zauważyłem. Nigdy się nie kłócili, dziadek nigdy nawet nie podniósł głosu na babcię, ale babcia wyczuwała jego nastroje nawet bez słów i cierpiała, gdy coś dziadkowi doskwierało. Ona dla mnie jest świętą, choć nie potrafię tego ująć w kategoriach hagiograficznych. 

Podobnie moje powiedzieć o jej siostrze Józefie. To ona właśnie, będąc już na rencie zdrowotnej, pomagała mojemu tacie w prowadzeniu domu, gdy mama była na zarobku w USA. Ciocia Józia była panią miastową z Krakowa, mieszkała blisko rynku przy ul. Brackiej. To od niej po raz pierwszy usłyszałem o kardynale Wojtyle, którego bardzo ceniła, jak zresztą generalnie wszystkich duchownych. Z temperamentu była inna niż babcia Kasia, jednak wspólne miały dobroć serca, wspaniałomyślność, zdrowy rozsądek i szczerą, prawdziwą pobożność. Ciocia nie miała swoich dzieci, a tym bardziej okazywała serce dzieciom i wnukom swojej siostry. Czytała nam książki, opowiadała różne ciekawe historie, przywoziła czekoladki z Krakowa, których na co dzień nie mieliśmy, zabierała nas do siebie na kilka dni na wakacjach. Tak samo jak jej starsza siostra reagowała zawsze stanowczo na mówienie źle o osobach duchownych. Ze swojej strony nigdy nikogo nie obmawiała. Pamiętam tylko dobrotliwe quasi humorystyczne docinki jej starszej siostry, co wynikało z różnic kulturowych, które zaszły między nimi. Podczas gdy babcia pozostała z wyglądu zwykłą chłopką, która nie wychodziła z domu bez chustki na głowie, miastowa Józia przyjeżdżała z fryzurą i lekko pomalowana, jak przystało na mieszczankę. W sercu pozostawały jednak szczerze kochającymi się siostrami, gotowe do poświęceń dla siebie. Ciocia Józia zmarła dość młodo, gdy miałem 14 lat, też nagle, we śnie, w dzień po Środzie Popielcowej. Żyła stale w łasce uświęcającej, chodziła chyba nawet codziennie do kościoła, nie mając obowiązków rodzinnych i zawodowych. Pamiętam, że gdy przyjeżdżała do nas, to zawsze pomagała mojej mamie w kuchni. Chciała służyć, nie być obsługiwaną. Podobno szczególnie mnie lubiła. Gdy ją sobie przypominam, to myślę, że właśnie takie dusze idą do nieba, bo także u niej widać było czyste serce, oczyszczone w ogniu cierpienia i wiary. 

W tym miejscu wypada mi powiedzieć o jedynym świętym żyjącym, którego znam. Chodzi o mojego niepełnosprawnego wujka Władzia, syna babci Kasi. Urodził się, jak wspomniałem, z urazem głowy przy porodzie w ciężkich pierwszych latach powojennych. Moja pamięć o nim sięga czasu, gdy mnie woził na wózku, lubił przytulać i całować. On lubił i lubi wszystkie dzieci, a to z wzajemnością. Mimo niepełnosprawności mózgowej i w mowie Władziu ma swoistą i szczególną inteligencję oraz intuicję. Stworzył jakby swój język łączący elementy słów i gestów. Wypowiada tylko niektóre słowa i imiona w całości, mianowicie tylko proste, ale nie wszystkie. Większość nazw zastępuje gestami i to bardzo spostrzegawczo, inteligentnie i celnie. Np. mojego brata, który był technikiem dentystycznym, nazywał wskazując ręką na zęby. Przy tym odróżniał ten gest od nazywania dentysty, bo dentystę oznaczył gestem wiercenia palcem w zębach. Mnie natomiast, odkąd jestem księdzem, oznaczył gestem wskazującym na stułę. Jakiś czas po święceniach emerytowany już wówczas proboszcz rodzinnej parafii zwrócił mi uwagę, że Władziu jeszcze nie był u pierwszej Komunii św., oraz zasugerował, żebym go do tego przygotował. Nie chcąc działać samodzielnie, powiedziałem o tym ówczesnemu proboszczowi (obecnie już nieżyjącemu), który zareagował sceptycznie, nawet "dyplomatycznie" negatywnie, argumentując, że Władziowi wystarczy kiedyś namaszczenie chorych. Władziu w swojej bystrości w jakiś sposób, chyba będąc świadkiem mojej rozmowy z mamą, zauważył, że sprawa się toczy, po czym ciągle mi po swojemu - wskazując na ucho i na język - przypominał, że chce się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. Dopiero po latach, po zmianie proboszcza, nowy proboszcz około 20 lat temu w zaufaniu do mnie i rodziny wyraził zgodę na to, żebym wyspowiadał Władzia i udzielił mu Komunii św. Od tej pory, przy przyjeżdżałem do domu rodzinnego, zawsze upominał się o spowiedź i Komunię św. Ogólnie on bardzo lubi chodzić do kościoła. Z moją mamą odmawiał pacierz, oczywiście po swojemu, choć akurat modlitwy pacierzowe potrafi wypowiedzieć nadzwyczaj wyraźnie. Zadziwiające jest to, że jedynym zdaniem, które potrafi powiedzieć niemal zupełnie normalnie, choć w sposób nieco dziecinnie zmiękczony, są słowa: "Matko Boska nie opuszczaj nas". Byłem wielokrotnie świadkiem tego, że zupełnie spontanicznie, ale odpowiednio do sytuacji, zwykle w kontekście modlitwy, wypowiadał sam ze siebie te właśnie słowa. Ogólnie Władziu jest bardzo kontaktowy i ciekawski, lubi zagadywać ludzi, pyta po swojemu, próbuje nawiązać rozmowę, aczkolwiek nie z każdym, bo widocznie na swój sposób, ale zawsze trafnie wyczuwa, jak ktoś zareaguje, to znaczy czy jest szansa na rozmowę. Oczywiście ludzie różnie reagują na Władzia, podłe osoby mu dokuczają, wyszydzają, i może nawet nie są świadomi tego, że Władziu to odczuwa, że nie jest głupi. Ma dobre serce i lubi pomagać. Gdy przyjeżdżałem i chodziliśmy do kościoła z moją walizką mszalną, Władziu zawsze brał tę walizkę do zaniesienia, traktując to jako swój żelazny obowiązek serca, mimo że w jego wieku droga pod górkę z walizką nie była łatwa. A odkąd zaczął przyjmować Komunię św. widać było u niego swoistą przemianę duchową. Stał się spokojniejszy, bardziej rozważny, ale też bardziej skory do pomocy i wrażliwy, choć właściwie zawsze był przyjazny i po swojemu rozumny. Po prostu nastąpił rozwój osobowości, mimo już podeszłego wieku. Częściowo ma to związek zapewne z tym, że zaczął uczęszczać do ośrodka dla niepełnosprawnych utworzonego w sąsiedniej parafii kilka lat po jego pierwszej Komunii św. Władziu bardzo lubi tam być, bo jest bardzo towarzyski i jest tam bardzo lubiany. Kierownik prowadzący ten ośrodek chwali, że Władziu daje im tam dużo ciepła emocjonalnego. Władziu lubi pogadać po swojemu z każdym, kto go nie odrzuca, a swoją sympatię lubi wyrażać przytulaniem, którym chętnie darzy także nowo poznane osoby, które uzna za godne tego. Szczególnie wzruszające było, gdy przytulał i głaskał moją mamę, gdy umierała. Władziu wprawdzie nie potrafi płakać (wynika zapewne z uszkodzenia mózgu), ale okazuje smutek i ból na swój sposób słowami "o Jezu o Jezu" trzymając się za serce. On jest pewnym sensie jak dziecko i takim pozostanie. Gdy czasem nie był posłuszny mojej mamie, to potem przepraszał, przytulając i mówiąc "ja już nie". Jestem pewny, że on czuje, myśli i rozumie o wiele więcej, niż potrafi okazać. I też na pewno odczuwa bardziej ból i cierpi niż zwykle się wydaje. Właśnie to przez wielu, może nawet przez wszystkich niedostrzegane i nierozumiane cierpienie jest tym, co strzeże niewinności jego serca, przejawiającej się w pogodzie ducha, otwartości na ludzi, dobroci i czułości. Władziu ze swoją specyficzną inteligencją, która wskutek niepełnosprawności nie mogła się rozwinąć do normalnego samodzielnego życia, uważany był i jest zwykle za nieszczęście dla rodziny. Jednak jestem pewien, że pod względem duchowym on jest największym szczęściem i bardzo cennym skarbem dla rodziny i otoczenia, oczywiście tylko dla tych, którzy dostrzegają jego duchową wartość i piękno.

W swoim życiu spotkałem też moim zdaniem święte osoby w środowisku duchownym, dokładnie zakonnym. Było to akurat dwóch braci zakonnych, werbistów. Imienia pierwszego z nich nawet nie pamiętam. To był starszy, schorowany brat na furcie domu zakonnego w Nysie. Szczupły, skupiony, zawsze trzymał w ręku różaniec, siedząc na furcie, a zawsze uprzejmie odpowiadał, gdy został zagadnięty. Nie był gadatliwy, co stanowiło wyjątek wśród werbistów. Tak mnie zaciekawiła jego postać, że zrobiłem z nim wywiad do gazetki kleryckiej. Pamiętam jego życzliwy uśmiech, gdy odpowiadał na moje pytania, a opowiadał nie tyle o sobie co o przeszłości domu misyjnego i zgromadzenia werbistów. Drugim werbistą, którego uważam za świętego, był tym razem brat zakonny w Austrii, dokładnie słynny ze swojej kompetentnej i zarazem serdeczne opieki pielęgniarz zakonnego piętra dla chorych, brat Beda Matuschka. Wtedy, końcem lat 80ych, w domu misyjnym mieszkała prawie setka zakonników, w tym kilkudziesięciu emerytowanych i schorowanych misjonarzy z całego świata, przynajmniej kilku obłożnie chorych. Tymi właśnie opiekował się brat Beda, ale także każdym zakonnikiem, który trafił na oddział dla chorych. Ja miałem jeden raz taką przyjemność, gdy po usunięciu zęba złapałem jakąś infekcję i podobno byłem w poważnym stanie z wysoką gorączką, choć tego nie pamiętam, a powiedziano mi o tym, gdy z tego wyszedłem. Brat Beda, wówczas już pod 80tkę, był nie tylko świetnym fachowcem medycznym o wiedzy chyba nawet większej niż niejeden lekarz, lecz także wzorowym zakonnikiem o szczerej, autentycznej i trzeźwej pobożności. Był on jednym z niewielu wówczas, którzy stanowczo trzymali się przyjmowania Komunii św. wyłącznie do ust. Z tego też powodu darzył mnie sympatią. Gdy odchodziłem od werbistów, powiedział mi na pożegnanie: "zostań takim, jakim jesteś". To był wyraz sympatii, uznania, zachęty i też dalszej łączności duchowej w modlitwie. W swojej cichej, pokornej służbie, wykonywanej zawsze z autentycznym, ciepłym uśmiechem na twarzy, przewyższał duchowo większość a może nawet wszystkich niby wykształconych, a zarozumiałych, nawet heretyckich profesorów zamieszkujących tamten dom. A miał poważanie u wszystkich, właśnie dzięki swojej kompetencji medycznej, choć był tylko pielęgniarzem, i też mimo tego, że należał do mniejszości pogardzanej, poniżanej i wyszydzanej przez modernistyczno-heretycką większość mieszkańców domu. 

Na koniec jeszcze dwa żeńskie przykłady świętości. Pierwszy to siostra zakonna z zgromadzenia Benedyktynek od Wieczystej Adoracji, s. Gertruda. Poznałem ją podczas praktyki duszpasterskiej w roku diakońskim. Ponieważ parafia nie dysponowała wówczas mieszkaniem dla mnie, umieszczono mnie w domu zakonnym na terenie parafii, gdzie siostry prowadziły dom dziecka dla dzieci niepełnosprawnych. S. Gertruda była wtedy już obłożnie chora, tzn. już kilkanaście lat przedtem zdiagnozowano u niej nowotwór w stanie terminalnym, nie nadającym się do jakiegokolwiek leczenia. Siostra żyła z tą diagnozą w sumie około 20 lat. Jednak mogła się poruszać jedynie na wózku inwalidzkim. Ponieważ wówczas jeszcze nie było windy w ich domu, nie mogła schodzić do kościoła na oficjum, Mszę św. i adorację, lecz przynoszono jej Komunię św. do celi. Proboszcz z wygodnictwa wyznaczył do tego zadania jedną ze współsióstr. Siostry były jednak na tyle pobożne i rozsądne, że zapytały mnie, gdy u nich zamieszkałem, czy mógłbym przejąć Komunię św. dla chorej s. Gertrudy i potem też jeszcze dla jednej starszej pani, która mieszkała w pobliżu. Oczywiście chętnie się zgodziłem i stąd się wzięła znajomość i zażyłość z tą wspaniałą osobą. Mimo tego, że poważnie cierpiała, była zawsze autentycznie uśmiechnięta, zawsze pogodna, bardzo uprzejma i wręcz uniżona wobec mnie jako młokosa duchownego. Cieszyła się z każdych odwiedzin także poza udzielaniem jej Komunii św., ale nigdy nie zatrzymywała, nie chciała zajmować czasu. Swój czas wypełniała nie tylko modlitwą, ale także pracą polegającą na wykonywaniu ręcznie rysowanych kartek świątecznych, imieninowych i na inne okazje, także na indywidualne przywitanie gości. Dodawała też krótkie rymowane życzenia. Do tego zawsze zapewniała o modlitwie za mnie i za innych księży. Widać było u niej czystość serca i umiłowanie Pana Jezusa, zwłaszcza podczas przyjmowania Komunii św. Nie była to poza, gdyż w zwykłym kontakcie promieniowała dobrocią, uwagą i szacunkiem. 

Ostatni przykład, który mi teraz przychodzi na myśl, to niewiasta świecka z Wiednia, pani Johanna. Była rówieśniczką mojej mamy. Pochodziła z wiejskich okolic na południe od Wiednia, niedaleko granicy z Węgrami, z prostej rodziny rolniczej. Była nieślubnym dzieckiem. Jej matka wyszła potem za mąż (chyba za kogoś innego) i miała jeszcze syna. Johanna jako młoda dziewczyna wyjechała do Wiednia, skończywszy w rodzinnych stronach jedynie szkołę powszechną, o ile mi wiadomo. W stolicy pracowała jako służąca i to chyba od razu przy parafii, a opiekowała się także samotnymi osobami. Wynikało to z jej temperamentu. Życie na wsi było dla niej zbyt ciasne, także z tego powodu, że jako dziecko nieślubne była piętnowana i wyszydzana (to były lata, gdy moralność katolicka była jeszcze poważana). Nie szukała jednak łatwego życia czy przyjemności, lecz pozostała szczerze pobożna i poświęciła swoje życie jako zadośćuczynienie za grzech rodziców. Nie czyniła tego z żalu, złości, zgorzknienia czy zakompleksienia, lecz z szacunku i miłości dla Pana Boga. Dowodem tego jest jej życie, o którym zresztą mi nie opowiadała, lecz dowiedziałem się pewnych fragmentów jedynie przy okazji i pośrednio. Poznałem ją w pierwszym roku po święceniach. Mniej więcej na wiosnę zaczęła się pojawiać na moich Mszach św. w kościele parafialnym we Wiedniu, gdzie posługiwałem. Była wtedy już na wózku inwalidzkim, którym była przywożona przez różne osoby. Którymś razem podszedłem do niej po Mszy św., gdy jeszcze trwała na modlitwie, dając jej mój obrazek prymicyjny. Poprosiła o błogosławieństwo i powiedziała coś z charakterystycznym dla niej poczuciem humoru, ale nie pamiętam dokładnie, co to było, choć wiem, że byłem zaskoczony takim nastrojem u osoby tak zniekształconej zewnętrznie i cierpiącej. Jakiś czas potem przez znajomego, który ją przywiózł do kościoła, poprosiła mnie na kilka słów i zapytała, czy może mnie zaprosić w niedzielę na obiad, przy czym dodała, że chodzi o pobliską restaurację (okazało się potem, że prowadzoną przez jej kuzynkę). Tak się poznaliśmy, także z panem Helmutem, który ją zwykle przywoził, a okazał się nie jej mężem, lecz serdecznym znajomym z młodości. Obydwoje pochodzili z duszpasterstwa prowadzonego przez słynnego jezuitę, autora książki o obozie w Dachau, o. Johannes'a Lenz'a (więcej tutaj). O szczegóły z ich życia nie wypytywałem. To Johanna przewodziła rozmowom i dyktowała tematy, nie bardzo wypadało mi rozpytywać ponad to, co dotyczyło aktualnych spraw duszpasterskich i kościelnych. W każdym razie było też następne zaproszenie na obiad. I tak podczas rozmowy, gdy byłem znów bardziej odpytywanym niż przewodzącym rozmowie, nagle pani Johanna powiedziała: "ksiądz potrzebuje auta". Popatrzyłem na nią zmieszany, nie wiedząc o co chodzi. Od lat jeździłem po Wiedniu rowerem, do Polski pociągiem bądź autobusem. Nie planowałem posiadania auta, wcale mnie do tego nie ciągnęło. Zresztą wtedy tego nie potrzebowałem. Johanne powtórzyła: "ksiądz potrzebuje auta i ja księdzu kupię". Popatrzyłem na nią z jeszcze większym zmieszaniem i niedowierzaniem, podejrzewając kolejny z jej mile podstępnych żarcików. Tym razem jednak minę miała poważną i stanowczą. Dodała: "dam księdzu pieniądze, a ksiądz kupi sobie auto, byle tylko nie używane, lecz nowe". Odpowiedziałem nadal nie bardzo wiedząc, co mam o tym sądzić, że właściwie nie potrzebuję auta. Nigdy nie miałem auta, radziłem sobie bez. Zdałem prawko gdy miałem 16 lat i od tego czasu jedynie rzadko okazyjnie używałem czyichś pojazdów. Lekko przerażały mnie koszty utrzymania i exploatacji. Z drugiej strony wiedziałem, że niektórzy koledzy dostali auta na prezent prymicyjny, przynajmniej jeden od parafii, gdzie miał praktykę diakońską. Wtedy w Austrii ksiądz bez auta był rzadkością, już wielu kleryków miało swoje auta bądź pożyczone od rodziców. Nadal nie bardzo rozumiałem, o co jej chodzi, i już nie podejmowałem tematu. W następnych miesiącach, przy końcu roku szkolnego okazało się, że będę przeniesiony na wieś w okolicy Wiednia, gdzie rzeczywiście samochód był przydatny, choć nie konieczny. Wówczas Johanna wróciła do tematu i wskazała, co i jak robimy. Dodała, że będzie mi też opłacać koszty utrzymania auta. Wtedy też wyjaśniła mi sprawę bliżej. W międzyczasie bywałem już też u niech w mieszkaniu, które mi chciała pokazać. To było niewielkie, dwupokojowe mieszkanie w jednej ze starych kamienic Wiednia na piętrze, bez łazienki, bez ciepłej wody, z ubikacją wspólną dla całego piętra w klatce schodowej. Wówczas to nie był wyjątek, ale też już nie reguła w stolicy Austrii. Sądząc po jej bardzo skromnym standardzie życia nigdy bym nie uwierzył, że Johanna dysponuje jakąkolwiek większą sumą. Ona widziała moje zdziwienie i mi wyjaśniła. Otóż jeszcze jako młodsza i sprawna osoba opiekowała się starszą bezdzietną kobietą, za którą zresztą już zamawiała u mnie Msze św. Ta kobieta zostawiła jej w testamencie swój majątek na książeczkach oszczędnościowych. Potem Johanna zresztą chciała zostać pochowana w tym samym grobie co ta starsza kobieta. Wszystkie odziedziczone środki Johanna przeznaczała na Msze św. i na cele charytatywne, nie biorąc niczego dla siebie. Próbowałem ją wielokrotnie namówić, żeby sobie za te pieniądze wzięła jakieś bardziej odpowiednie mieszkanie z łazienką i z windą, skoro już jej wychodzenie z domu było swoistą przygodą (trzeba było ją znosić w koszyku z piętra na parter do wózka, bo nie tylko nie było windy, lecz schody nie nadawały się do zjeżdżania wózkiem). Stanowczo odmawiała, mówiąc, że w tym mieszkaniu dobrze się czuje i że i tak już długo nie pożyje, więc nie chce przeprowadzki (a zmarła w 2013 r., czyli 19 lat po tej historii z autem). Powiedziała wtedy i potem jeszcze często powtarzała: "nasz Zbawiciel powiedział: więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu". To była kwintesencja jej prostej, szczerej i dogłębnej wiary. Równocześnie nie było tak, że mnie czy kogokolwiek rozpieszczała, pomagając też wielu rodzinom wielodzietnym. Wymagała przede wszystkim od siebie, ale także innym stawiała wymagania. Co jakiś czas przypominała mi o codziennym różańcu, napominając, żebym mówił wszystkie 3 części. Nie spodobało jej się, że z czasem zacząłem niekiedy opuszczać część świętych wymienianych w Kanonie Rzymskim, i mnie wtedy skarciła. Regularnie dopytywała się, jak mi idzie praca doktorska. Gdy jej w końcu przywiozłem exemplarz wydany drukiem, zaczęła mnie z humorem tytułować. Odpowiadałem jej wtedy pasująco do jej poczucia humoru tytułem "pani profesor", co zresztą było szczere z mojej strony, ponieważ sporo się od niej nauczyłem. Wybuchała na to śmiechem, ale często mnie prowokowała, żebym wypowiadał to tytułowanie. Przez ostatnie 11 lat jej życia mieszkałem w Monachium i nie często mogłem ją odwiedzać. Niekiedy robiła mi wyrzut, że rzadko telefonuję, a ona potrzebuje kapłańskiego błogosławieństwa. To było rzeczywiście zaniedbanie z mojej strony, którego teraz żałuję. Nie chciałem zaniedbywać, raczej uważałem to za mało znaczące, nie będąc świadomym, jak bardzo oczekiwała błogosławieństwa choćby przez telefon. Gdy końcem kwietnia 2013 r. poinformowano mnie, że zesłabła w domu i musiała zostać przewieziona do szpitala, udało mi się pojechać do Wiednia. Odwiedziłem ją w szpitalu. Wiedziała, że się ze mną żegna. Powiedziała: "przepraszam za wszystko, ksiądz nie miał ze mną łatwo". Na pogrzeb już nie mogłem przyjechać. 

Tyle po krótce o osobach, które mi przychodzą na myśl z związku ze świętem Wszystkich Świętych. Może jeszcze będzie mi się coś przypominało i będę uzupełniał. Z wdzięczności dla Pana Boga, który mnie - i nie tylko mnie - obdarzył tymi osobami. 

Znaczenie palenia zniczy


Teologicznym podłożem tego zwyczaju jest antyfona na wejście ze Mszy św. za zmarłych:

Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. 

Innymi słowy: świece palone na grobach są - mają być - wyrazem tej modlitwy. 

Niektórzy łączą tutaj modlitwę poświęcenia świec i proszą o poświęcenie świec nagrobnych czyli zniczy. Otóż modlitwa poświęcenia świec odnosi się zasadniczo do ich używania w świątyniach (czy ogólnie w miejscach świętych) i domach. Z jej treści wynika charakter swego rodzaju exorcyzmu, co dotyczy oczywiście tylko rzeczywistości doczesnej i osób żyjących. 


Nagrobki


Pytanie jest jak najbardziej słuszne, a brakuje teologicznej reflexji w tej sprawie czy w podobnych. 

Pod względem teologicznym są tutaj dwie zasadnicze kwestie: 

- sztuka sakralna w ogólności czyli co do zasada

- sztuka cmentarna, jej specyfika i znaczenie. 

Nie znam początku czy pochodzenia tego typu przedstawień. Podejrzewam, że kiedyś jakiś artysta wpadł na pomysł, by przedstawić anioła stróża opłakującego śmierć człowieka powierzonego swojej pieczy. Jeśli taki jest przekaz, to można go o tyle teologicznie usprawiedliwić, że śmierć każdego jest rzeczywiście czymś tragicznym, jako że jest skutkiem grzechu pierworodnego. W pieśniach religijnych jest zresztą mowa o tym, że aniołowie opłakiwali śmierć Pana Jezusa. Jeśli artyście chodziło o nawiązanie także do tego, to nie ma w tym nic zdrożnego. 

Należy jednak wziąć pod uwagę dalszy kontext teologiczny, czyli eschatologię katolicką, gdyż to ona powinna mieć swój wyraz w sztuce nagrobkowej i cmentarnej. Właściwe są więc nie tylko przedstawienia tragizmu śmierci, lecz jeszcze bardziej rzeczy ostatecznych jak sąd, czyściec, niego i piekło. Zaś przede wszystkim sztuka powinna służyć modlitwie za dusze zmarłych i do niej prowadzić. To powinna być właściwa inspiracja dla artystów. 


Niekatolik na Mszy św.


Należy zacząć od tego, że niekatolicy nie powinni przebywać w świątyni katolickiej, zwłaszcza podczas liturgii. Taka jest starożytna zasada Kościoła. Świątynie katolickie to nie muzea czy sale spotkań, lecz miejsca jedynego prawdziwego kultu sprawowanego przez wyznawców jedynej prawdziwej religii. Do tej prawdy należy wrócić. 

Jeśli natomiast niekatolik znajdzie się w tym miejscu, to obowiązują go takie same zasady jak w przypadku katoliku, zwłaszcza co do szacunku dla miejsca świętego i dla świętych czynności. Jeśli nie chce dostosować do tych wymagań, to powinien czym prędzej opuścić to miejsce, a w razie konieczności powinien zostać siłą wyprowadzony.


Papistyczny papież Orfeusz I i jego dogmat

Już kiedyś o nim było (tutaj). Coraz głośniej robi się wokół niego, mimo dotychczasowych kompromitacyj. Staje się kolejnym słynnym hochsztaplerem, na co dostarcza następnych dowodów. Oto przykład: 


Pytanie jest dość proste. Malesa najpierw udaje, że go nie rozumie, następnie, że dopiero studiuje sprawę, następnie twierdzi, że wiara katolicka coś twierdzi (czego w rzeczywistości nie twierdzi), a w końcu powołuje się na Piusa XII, który mówi o zupełnie innej sprawie. Otóż Malesa miesza dwa zdania:

- że papież nie może być heretykiem

- że heretyk nie może być papieżem. 

To drugie zdanie rzeczywiście jest powszechnym zdaniem teologów katolickich, lecz z niego nie wynika zdanie pierwsze. Zaś w zdaniu pierwszym konieczne jest doprecyzowanie, czy chodzi o konkretną osobę uważaną czy podającą się za papieża, czy o papieża ogólnie, czyli o każdego, kto bez wątpienia jest papieżem. To są różne kwestie, bowiem także papież czyli osoba sprawująca urząd papieski ma wolną wolę i tym samym możliwość sprzeciwienia się i sprzeniewierzania się wierze katolickiej. W tym znaczeniu każdy papież - jak każdy człowiek - ma możliwość popadnięcia w herezję. Czym innym jest - wyprowadzane z Ewangelii (Łk 22,32) - zdanie teologiczne, że papież jako następca św. Piotra, czyli osoba sprawująca urząd Piotrowy, w tym sprawowaniu nie może ulec herezji. Właściwie wszyscy teologowie katoliccy zawsze byli zgodni, że nie dotyczy to osoby prywatnej, czyli prywatnych poglądów osoby sprawującej urząd papieski. Co więcej: zgodność jest także co do tego, iż także w przypadku prywatnego, czyli nie wyrażonego w urzędowych wypowiedziach popadnięcia w herezję, taki człowiek jako heretyk automatycznie traci wszelkie urzędy kościelne czyli w przypadku papieża przestaje być papieżem. 

Podane przez Malesę rzekome zdanie Piusa XII jest oczywiście prawdziwe, jednak również nie dowodzi niczego. Niedorzeczne jest mieszanie porządku hierarchicznego Kościoła, konkretnie tego, że następca św. Piotra jest najwyższą władzą, z prawdą, że każdy człowiek ma możliwość popadnięcia w herezję, co w przypadku każdego duchownego, także papieża oznacza automatyczną utratę urzędów kościelnych. 

Wygląda natomiast, że Malesa potrafi tylko uciekać przed pytaniem i maniakalnie powtarzać swoją mantrę - z fałszywym akcentowaniem wyrażenia "ex cathedra" - i to fałszywie jako nauczanie Kościoła: 

Owszem, dogmat ogłoszony w "Pastor Aeternus" mówi o nieomylności nauczania głoszonego mocą urzędu Piotrowego (ex cathedra). Z tego jednak nie wynika, jakoby człowiek uchodzący za sprawującego ten urząd, a w rzeczywistości będący heretykiem, nie był w stanie wydać dokumentu nauczającego herezję, używając do tego formuły właściwej dla nieomylnych orzeczeń papieskich. 

Chwilę potem pojawia się jakby przebłysk zdrowego rozsądku, lecz tylko pozornie:


Najpierw na pytanie o możliwość popadnięcia papieża w herezję uparcie powtarza, że papież nie może być heretykiem, w końcu jednak mówi tak, jakby jednak dopuszczał taką możliwość. To jest jego stała taktyka, świadcząca zarówno o braku logicznego myślenia i znajomości teologii katolickiej, jak też zaczadzenia modernistycznym pojęciem wiary jako przeciwieństwa rzeczywistości i zdrowego rozsądku:


Według niego widocznie wiara katolicka - czy raczej to, co on uważa za wiarę katolicką - jest sprzeczna z rzeczywistością. 

Następnie pośrednio wyjaśnia tło swego krętactwa:


Przyznaje się tym samym do swojej taktyki, polegającej na podlizywaniu się aktualnej władzy. Widocznie naiwnie wydaje mu się, że wrogość przedstawicieli hierarchii wobec liturgii tradycyjnej i wiary katolickiej wynika z braku zaufania do indultowców. A jest dokładnie odwrotnie, o czym zresztą można przeczytać w różnych dokumentach watykańskich, zwłaszcza w haniebnym "Traditionis custodes": już samo przywiązanie do tradycyjnej liturgii jest powodem wrogości wobec tradziuchów, także indultowych, chyba że są oni ochoczym narzędziem do zwalczania lefebvrianizmu i sedewakantyzmu, a ich "tradycyjność" sprowadza się do estetyki i fatałaszków. 

Na koniec daje jeszcze swoiste wyznanie wiary:


Takie to są skutki eklezjologicznej ignorancji w połączeniu z modernistycznym wypaczeniem. Gdyby miał nieco więcej wiedzy teologicznej, to by wiedział, że określenie "papista" jest wyzwiskiem protestanckim wobec katolików, a nigdy nie było używane przez katolików w odniesieniu do siebie. Jeśli więc on przyznaje się do bycia papistą, to afirmuje myślenie protestanckie, nie katolickie. 

Wygląda więc na to, że oto spadło następne nieszczęście na polski tradi-światek, czy raczej moderno-tradi. Brak zarówno solidnej wiedzy, jak też zwykłej uczciwości intelektualnej, a za to wręcz groteskowe poddaństwo modernistycznemu systemowi, są tutaj typowe. 


Jak katolik powinien traktować tzw. halloween?

 


Problem ze "świętowaniem" halloween ma dwa główne aspekty: historyczny i treściowy, w tym także teologiczny. 

Historycznie wydaje się prawdopodobne, że korzeniem jest pogańsko-celtyckie święto samhain, obchodzone wieczorem i w nocy z 31 października na 1 listopada. Jest ono związane zarówno z rytmem przyrody jak też z mitologią, czyli religią celtycką. Według tej mitologii jest to jedno z tych świąt, gdy ludzie mają dostęp do świata zmarłych i odwrotnie. Istnieje tu zresztą pewna analogia do starosłowiańskiego świętowania tzw. dziadów, ale to jest osobny temat. Podczas święta samhain palono świąteczne ogniska, z których płonące drzazgi zabierano do domostw, co miało dawać ochronę przeciw złym mocom. Te dwa elementy - obecność dusz zmarłych oraz ogień względnie światło - można dostrzec także w świętowaniu halloween. 

Jakie są korzenie świętowania halloween? Wiele wskazuje na to, że powstało ono w wyniku ludowej, folklorystycznej recepcji chrześcijańskiego kultu wszystkich świętych i modlitwy za zmarłych w kontekście pogańskiego zwyczaju święta samhain, które zostało częściowo jakby schrystianizowane przez przeniesienie kościelnego święta wszystkich męczenników - obchodzonego pierwotnie w okresie wielkanocnym (13 maja) - na 1 listopada (przez papieża Grzegorza III, † 741). Historycy spierają się w kwestii związku halloween z pogańskim świętem samhain, gdyż przeniesienie święta Wszystkich Świętych na dzień, w którym pierwotnie świętowano samhain, jest udokumentowane najpierw dla Włoch, nie dla terenów historycznie i kulturowo celtyckich. Trzeba jednak mieć na uwadze, że odległość geograficzna nie jest w dziedzinie kościelnej istotna, ponieważ Kościół już wtedy dysponował wyśmienitymi kanałami komunikacji wewnętrznej. 

W każdym razie w celtyckiej Irlandii i pobliskich regionach doszło do swoistego połączenia chrześcijańskiego święta z elementami zwyczajów pogańskich, co wyraża właśnie nazwa halloween, oznaczająca "wieczór wszystkich świętych" (All Hallows’ Eve). To ludowe święto istniało pierwotnie tylko na terenie katolickiej Irlandii, podczas gdy w protestanckich regionach wysp brytyjskich w ten dzień obchodzono święto tzw. reformacji. Wprawdzie protestancko-liberalny etnolog religii James Frazer (The Golden Bough, 1922) nazwał halloween "starym pogańskim świętem zmarłych z cienką powłoką chrześcijańską", świadczy to jednak raczej o jego uprzedzeniach i braku zrozumienia dla katolickich zasad teologicznych i duszpasterskich niż o solidnej wiedzy naukowej. Otóż Kościół w swojej działalności misyjnej zwykle nawiązywał do elementów religijności zawartych w zwyczajach pogańskich (tak np. panteon rzymski został przemieniony na świątynię katolicką poświęconą kultowi świętych męczenników). Tak w kontekście celtyckiego święta samhain katolicyzm skierował myśli i zwyczaje ku prawdziwemu kultowi ludzi świętych oraz ku modlitwie za zmarłych, w wyniku czego powstało ludowe świętowanie halloween. A tego protestanci w ramach swojej fałszywej teologii - odrzucającej zarówno kult świętych jak też modlitwę za dusze w czyśćcu - nie rozumieją. 

Znamiennym przykładem połączenia chrześcijaństwa z pogaństwem w pierwotnym iryjskim zwyczaju halloween jest opowieść odnosząca się do pochodzenia lampy w formie znanej obecnie oświetlonej od wewnątrz dyni. Otóż według ludowej opowieści (źródło tutaj) żył niegdyś kowal Jack, który był skąpym pijaczyną. Gdy pewnego razu siedział sobie w karczmie, nagle stanął przed nim diabeł, chcąc go zabrać ze sobą do piekła. W zamian kowal Jack zażądał od diabła zafundowanie mu jeszcze jednego drinka. Diabeł zgodził się na taki pakt, a nie mając pieniędzy, sam zamienił się w monetę, żeby zapłacić karczmarzowi za drinka dla Jack'a. Wtedy sprytny Jack chwycił diabła zamienionego w monetę i wsadził go do swojej kieszeni, trzymając mocno. A ponieważ w kieszeni miał srebrny krzyżyk, diabeł nie mógł się uwolnić ani przemienić się z powrotem w swoją zwykłą postać. Wówczas sprytny Jack postawił diabłu warunek: wypuści go z kieszeni wtedy, jeśli diabeł pozwoli mu jeszcze pożyć 10 lat na ziemi. Po 10 latach diabeł powrócił, żeby zabrać Jack'a do piekła. Sprytny Jack znowu poprosił diabła o ostatnią przyjemność przed śmiercią, mianowicie o jabłko z pobliskiej jabłoni. Gdy diabeł wszedł na drzewo, wówczas Jack szybko wyrył na drzewie krzyż, wskutek czego diabeł nie mógł z niego zejść. W tej sytuacji Jack wymusił na diable pakt, że za usunięcie krzyża wyrytego na korze jabłoni diabeł już odtąd na zawsze zostawi Jack'a w spokoju. Gdy potem Jack po wielu latach zmarł, poszedł do bramy nieba prosząc o wstęp. Ponieważ swoim życiem nie zasłużył na niebo, nie został wpuszczony, lecz odesłany do bram piekła. Jednak także tam nie został wpuszczony, gdyż diabeł był związany zawartym niegdyś paktem, że nie weźmie duszy Jack'a. Tak więc Jack musiał wrócić na ziemię. Ponieważ była jesień - pora wilgotna i zimna - diabeł ze współczucia dał Jack'owi żarzący węgielek prosto z ognia piekielnego. Jack włożył węgielek do wydrążonej rzepy, którą miał przy sobie na drogę, żeby mu świecił w ciemności. Od tego czasu nieszczęsna, zewsząd odrzucona dusza Jacka błąka się z lampą po tym świecie. A według wierzeń ludowych światło z ognia umieszczonego w wydrążonej rzepie bądź dyni ma odstraszać złe moce. 

Tak więc mamy tutaj pomieszanie elementów chrześcijańskich (grzech, diabeł, krzyż, niebo, piekło) z pogańskimi (pewne miłe cechy diabła, przemiana diabła w materię, błąkanie się duszy po śmierci). Przeważają elementy chrześcijańskie, zwłaszcza w postaci kary za grzeszne życie oraz w możliwości przeciwstawienia się diabłu. Niechrześcijański jest natomiast brak dobrego wzoru nawrócenia u głównego bohatera. "Zwycięstwo" nad diabłem polega jedynie na jego przechytrzeniu. Pojawia się wprawdzie chrześcijański znak krzyża, jednak w funkcji quasi magicznej. Tym niemniej opowieść ta zawiera chrześcijański morał: przez życie doczesne zasługujemy na życie wieczne. W postaci Jack'a błąkającego się z lampą pośród nocy można by rozumieć dusze czyśćcowe potrzebujące modlitwy Kościoła, tym samym nawiązanie do katolickiego Dnia Zadusznego. 

Jak to się ma do popularnego obecnie "świętowania" halloween? 

Oprócz stawiania wydrążonej dyni ze światłem wewnątrz - i to zwykle bez znajomości opowieści o sprytnym Jack'u - nie ma właściwie związku między tradycyjnym, ludowym, pierwotnym świętem halloween a tym, co jest obecnie znane pod tą nazwą. Należy mieć na uwadze, że pierwotny, iryjski ludowo-katolicki zwyczaj został w ostatnich dekadach (z początkami w pierwszej połowie XX w.) podobnie komercyjnie zafałszowany jak katolicki zwyczaj związany ze świętem św. Mikołaja, którego zamieniono w grubego krasnala w czerwonym kostiumie koncernu coca-cola. Fałszerstwo - motywowane komercyjnie, ale zapewne także ideologicznie - polega na odejściu od pierwotnej treści ludowego święta halloween na rzecz pogańskich, a nawet wręcz satanistycznych treści, jak swoisty kult śmierci i upiorów. Nie przypadkowo halloween w obecnej, zafałszowanej postaci należy do głównych "świąt" wyznawców satanizmu (więcej tutaj). 

Przytoczona powyżej opowieść o kowalu Jack'u jest praktycznie nieznana czy mało znana, gdyż jest przemilczana i pomijana przez obecnych propagatorów halloween, co jest zrozumiałe, gdyż zawiera jednak sporo treści chrześcijańskiej. Zaś forma popularnych obecnie świateł z wydrążonych dyń raczej wyraża i promuje zło niż je odstrasza. 

W obecnej postaci obchodów halloween głównym elementem są dzieci przebrane za kościotrupy czy upiory, żebrzące po domach o słodycze (trick or treating). Wprzęgnięcie dzieci w zafałszowane świętowanie halloween jest szczególnie perfidne. Wpływa bowiem na psychikę i umysły dzieci, oswajając je z rzeczywistością mroczną, z rzeczywistością zła, tym samym niszcząc w nich naturalny dystans i lęk wobec takiej rzeczywistości, a wzbudzając ciekawość i zainteresowanie tą sferą. Obdarowywanie ich za to słodyczami, które dzieci przecież zawsze lubią, jest iście szatańską przynętą. W ten sposób niszczona jest w dzieciach pewna naturalna - wynikająca z dziecięcej niewinności - odporność na zło, a wszczepiana jest im podatność na rzeczywistość okultyzmu, czyli demoniczną. 

Jakie wynikają stąd zalecenia praktyczno-duszpasterskie?

1. Przede wszystkim należy zdecydowanie i konsekwentnie odrzucić wszelkie obecne zwyczaje halloween, począwszy od wydrążonych dyni, aż do przebierania dzieci w kościotrupy czy upiory. 

2. Należy przy tym uświadamiać o powiązaniach tych zwyczajów, zwłaszcza o demonicznym zafałszowaniu w obecnych zwyczajach halloween, czyli o istotnych różnicach względem starego, ludowego iryjskiego świętowania wieczoru przed świętem Wszystkich Świętych. 

3. Według sprawdzonej przez wieki metody katolickiej, należy zastąpić demoniczno-pogańskie praktyki przez zwyczaje chrześcijańskie jak

- przebranie dzieci w postaci świętych

- orszaki (procesje) z lampami ze świecami poświęconymi według tradycyjnego katolickiego rytuału, który zawiera nawiązanie do exorcyzmu, czyli jest skierowany przeciw mocom demonicznym, 

- ustawianie lamp (poświęcone świece) z symbolami chrześcijańskimi, zwłaszcza ze znakiem krzyża.

Oczywiście można dodać elementy zachęcające dzieci do uczestnictwa, jak np. podarowanie owoców, słodyczy w umiarze, czy świąteczna, dobra zabawa, pasująca do święta Wszystkich Świętych, a zachęcająca do dążenia ku świętości.

Co zrobić, gdy przyjdą dzieci przebrane na Halloween?

1. Nic im nie dawać i powiedzieć im, żeby już więcej nie przychodziły w takim przebraniu.

2. Zachęcić, żeby przyszły przebrane za świętych czy na kolędowanie, a wtedy dostaną słodycze. 


>> Tutaj znajduje się wersja mówiona: 

https://www.youtube.com/watch?v=4WUu4LSs-mY

Msza św. a urlop


Jest chyba oczywiste, że od wiary i religii nie ma urlopu. Dlatego tak należy planować wypoczynek, by z góry zapewnić sobie możliwość praktyk religijnych, zwłaszcza obowiązku niedzielnego. Dotyczy to wyboru zarówno kraju jak też bliskości świątyni katolickiej. 

Ma to znaczenie także dla danego kraju. Turyści zostawiają w miejscu urlopowania spore środki, nierzadko wydawane rozrzutnie. Wybór danego kraju i miejsce jest więc dość istotnym sposobem wspierania gospodarki danego kraju i jego mieszkańców. Jeśli katolik wybiera np. kraj protestancki czy muślimski, w wyniku czego na jego pobycie korzystają innowiercy, wówczas odbiera swoją pomoc katolikom, oprócz tego, że utrudnia sobie czy wręcz uniemożliwia wyznawanie i praktykowanie prawdziwej wiary. 


Wysyp hochsztaplerów: Rafał Huzarski


Względnie nową osobą w środowisku tzw. tradycyjnym w Polsce jest uważający się za jezuitę Rafał Huzarski. Stał się szerzej znaną osobą publiczną dopiero od paru lat, będąc już w piątej dekadzie swego doczesnego żywota, a to dzięki występom jako duszpasterz indultowy w Archidiecezji Gdańskiej. Z jego wystąpień w tym charakterze dowiadujemy się - niezależnie od tego, czy kogoś to interesuje, czy nie - nie tylko, że mama jest pediatrą, brat ornitolog Seweryn jest związany od lat z FSSPX, a babcia dawała mu krówki za ćwiczenie na fortepianie, że studiował teatrologię w Krakowie, a potem coś w rodzaju niby teologii w Anglii wraz z heretykami jak "kapłanka" anglikańska, z którą łączyła go sympatia i zażyłość, lecz także o tym, że był na tzw. probacji zakonnej w Australii, gdzie zapoznał się z liturgią tradycyjną i sprawował swoją pierwszą taką Mszę św. w obecności dokumentującego owo wiekopomne wydarzenie fotografa. Nie bez znaczenia może być także podawana przez niego informacja, że również niedawno przeszedł operację raka mózgu. Nasuwa się pytanie, czy ma to związek z jego tak późnym niby nawróceniem na tradycyjny katolicyzm, które mu zresztą bynajmniej nie zaszkodziło w karierze w ramach skrajnie modernistycznego zakonu. Już w tych podstawowych faktach widać znamienne cechy oraz sprzeczności, a przynajmniej zgrzyty, które nakłaniają do bliższego przyjrzenia się. 

Zaczynając od spraw zewnętrznych, warto zauważyć następujący kontrast - z jednej strony wybitnie niechlujne ubranie szat liturgicznych, a z drugiej wręcz teatralny występ w starym stroju zakonu jezuitów, nie używanym tam od dziesięcioleci: 



Jeszcze dalej idące niechlujstwo wykazuje w znaku krzyża, który nawet nie przypomina krzyża:


Tudzież w tym, że czyta epistołę w birecie:


Pośrednio dowiadujemy się o jego bynajmniej nie tradycyjnej przeszłości i to już jako człowieka dorosłego, zakonnika i kapłana:


Próbuje się bronić, a to nieudolnie: 


Porównanie "księży tradycjonalistów" do hippisów brzmi niby pochlebnie przez wskazanie na rzekomy idealizm tych drugich, co jest oczywiście kłamliwe i obraźliwe dla tych pierwszych. 

Dowiadujemy się o wieloletniej przyjaźni z anarchistami w Lublinie:



Gdyby ktoś nie wiedział, kim są i czego chcą anarchiści, oto kilka podstawowych info:





Huzarski ogólnie bardzo chętnie opowiada o sobie, co wskazuje na to, że jest ze siebie dumny:



Przy okazji popisuje się zarówno myśleniem modernistycznym, że Kościół semper renovanda, gdyż to jest hasło zaczerpnięte od protestantów (aczkolwiek oni mówią "semper reformanda"). O jego znajomości łaciny będzie zresztą więcej. 

Szczerze przyznaje się do haniebnych braków nie tylko w formacji pseudojezuickiej, lecz także co do elementarnej znajomości prawa kanonicznego, gdzie jest jasno powiedziane, że od przyjęcia święceń diakonatu obowiązuje wierność modlitwie świętego oficjum: 


Jak ktoś taki mógł wpaść na pomysł choćby zainteresowania się liturgią tradycyjną? Ano motywem było - dość prozaicznie i znamiennie - konkurowanie z bratem, co w przypadku zakonnika z niemal trzema dekadami stażu świadczy nie tylko o osobistym infantyliźmie, lecz także o uwarunkowanej otoczeniem regresji intelektualno-osobowościowej:


Wszedł w liturgię tradycyjną właściwie wbrew sobie:


Tym niemniej zawzięcie się wziął za celebrowanie, nie zapominając oczywiście o dokumentowaniu tego wiekopomnego wydarzenia przez fotografa:


Z wręcz rozbrajającą szczerością w połączeniu z wystrzeloną w kosmos pewnością siebie przyznaje, że właściwie nie ma pojęcia o tym, co celebruje:


Oprócz uwiarygodnienia się wobec brata, przyznaje się do jeszcze innej motywacji, zauważając zresztą słusznie, jaki jest wyraźny trend w Kościele, zwłaszcza w krajach o rozwiniętej kulturze:




To brzmi dość spójnie. Huzarski jednak podważa sam siebie, co nasuwa wątpliwości co do spójności osobowości, oczywiście w niezmąconej niczym afirmacji siebie:


Ta niezachwiana autoafirmacja sięga także celebrowania i to do tego stopnia, że on się wręcz chwali ignorowaniem rubryk, czyli celebrowaniem wbrew nim (gdyż one nakazują mówienie Kanonu po cichu):


Przy tym oczywiście nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby się jednak czegoś nauczyć od innych celebransów:


Ten rys osobowości pojawia się wyraźnie także wtedy, gdy usiłuje sprawić wrażenie, że zna łacinę:


Koryguję: w języku łacińskim nie ma słowa "testament". Jest natomiast słowo "testamentum", a oznacza ono nie "przymierze" (na to jest właściwe słowo "foedus"), lecz mniej to samo co polskie słowo "testament". 


Koryguję: nie ma takiej encykliki i nie ma też w języku łacińskim słowa "illus". Jest natomiast słowo zawarte we właściwym tytule encykliki Piusa XI "Divini illius Magistri". 


Koryguję: w języku łacińskim nie ma wyrażenia "versus Deo". Jest natomiast prawidłowe wyrażenie "versus Deum". 


Koryguję: nie ma psalmu "De profundis clamavit". Jest natomiast psalm "De profundis clamavi". Gdyby Huzarski miał elementarną znajomość języka łacińskiego, to by wiedział, że "clamavit" oznacza "on wołał", a nie "wolałem".  


Koryguję: w języku łacińskim nie ma wyrażenia "usus antiquor". Prawidłowe wyrażenie brzmi "usus antiquior" i oznacza nie "stary zwyczaj", lecz "używanie starożytniejsze", w wolnym tłumaczeniu "zwyczaj starszy". 

W sumie widać dobitnie, że ten człowiek nie ma choćby nikłego pojęcia o łacinie, i to mimo tego, iż w programie studiów zarówno polonistycznych (którymi się chwali) jak też filozoficzno-teologicznych jest kurs języka łacińskiego. Odpowiednio do tej ignorancji wygląda jego celebrowanie, skoro ani nie potrafi czytać rubryk, ani nie ma na tyle uczciwości, żeby poduczyć się u innych celebransów. Jeśli by ktoś nie wiedział, że ma do czynienia z hochsztaplerem, to ma tutaj dowody na poziomie elementarnym dla kogoś, kto podejmuje się celebrowania tradycyjnej liturgii rzymskiej. 

Dowodów jest więcej. Pomylenie ewolucji z ewaluacją jest mniejszej rangi, aczkolwiek dla wykładowcy homiletyki dość haniebne:


Nie lepiej jest pod względem teologicznym i moralnym. Warto zwrócić uwagę na kilka następnych dowodów na to, że wypuszczono na ludzi narcystycznego ignoranta-hochsztaplera. 

On demaskuje się sam, twierdząc, że Bóg jest nie tylko w Najświętszym Sakramencie, lecz także w drzewie, a różnica polega na tym, że przed drzewem się nie klęka:


Jego reklamowanie niby liturgii tradycyjnej potwierdza znowu, że on nie ma pojęcia, a udaje i tym samym oszukuje odbiorców:


On widocznie nie zauważył, że w liturgii tradycyjnej akurat nie ma żadnych musztrowych nakazów co do postawy uczestniczących wiernych, w przeciwieństwie do Novus Ordo. A może nie zna nawet przepisów novusowych, skoro twierdzi, jakoby musztrowanie było specyfiką liturgii tradycyjnej? Czy on w ogóle wie, co gada i to sugestywnie?

Dla niego sprawa widocznie sprowadza się do jego osobistego przeżycia: 


To odpowiada jego specyficznemu, a w gruncie fałszywemu poglądowi o mistyce i o ludziach:


Dla niego widocznie on sam to "wszyscy ludzie". 

Absurdalne są także jego wywody pseudoteologiczne o przymierzu:


Absurdalności swego gadania o "jednostronnym przymierzu" nie zauważa nawet wtedy, gdy rozmówca próbuje to jakoś poukładać:


Można pogratulować Huzarskiemu wybitnego wynalazku w postaci jednostronnej umowy. No cóż, absurdalność i odmóżdżenie są zresztą typowe dla osób poddanych obróbce pseudojezuickiej, jak w przypadku obydwu rozmówców (aczkolwiek ten młodszy - Daniel Wojda, były jezuita wydalony przed ślubami wieczystymi - wykazuje w tym momencie więcej trzeźwego myślenia). 

Dla Huzarskiego wybór między Novus Ordo a liturgią tradycyjną to kwestia odnajdywania się czy nie odnajdywania w kontemplacji: 


Zresztą dla niego to Novus Ordo jest "normalną mszą":


Huzarski nie kryje swego uznania dla rzekomych zalet Novus Ordo: 


On widocznie utożsamia nie tylko ilość czytań ze świadomością treści Pisma św., lecz Mszę św. z nauczaniem Pisma św. Zapewne nie dotarło do niego, że liturgia jest świętowaniem tajemnic Zbawienia, a nie pouczeniem o Biblii jak u protestantów. Widocznie też nie przyjmuje do wiadomości zgubnych skutków novusowego porządku - czy raczej chaosu - czytań. Otóż w liturgii tradycyjnej czytania służą celebracji tajemnic i wydarzeń historii Zbawienia. Jeśli natomiast celem czytań liturgicznych staje się zapoznawanie ludzi z Pismem św., to jest to nie tylko nieporozumienie i wypaczenie istoty liturgii, lecz prowadzi do fatalnych skutków duszpasterskich. Po pierwsze, z tego powodu, że dopiero w Novus Ordo uroczyście podaje się wiernym tłumaczenie Pisma św. na język narodowy, które bardzo często jest wadliwe, a nawet wręcz fałszywe, i to oparte na rzekomych oryginałach, które albo są hipotetyczną rekonstrukcją, albo wcale nie są oryginałem jak w przypadku czytań starotestamentalnych opartych na texcie średniowiecznych żydowskich, antychrześcijańskich masoretów. Innym poważnym skutkiem antyduszpasterskim - po drugie - jest pomieszanie w znajomości Pisma św. Otóż gdy uważny wierny w kolejnych latach (A, B, C) słyszy w kościele różne wersje tych samych wydarzeń podawane przez różnych Ewangelistów, a nie ma wiedzy teologiczno-exegetycznej, która by mu umożliwiła odpowiednie zrozumienie też różnorodności, to ma mętlik, który podważa wiarygodność całego Pisma św. Po trzecie, w novusowy lekcjonarz jest treściowo znacznie uboższy, ponieważ wycięto nie tylko czytania znajdujące się w tradycyjnym mszale, lecz także określone fragmenty czytań. Innymi słowy: dokonano zafałszowania treści samego Pisma św. Tak więc Huzarski albo nie wie, o czym mówi, albo wie i kłamie. 

On wie natomiast, o czym mówi, gdy zdradza tajemnicę spowiedzi:


Widocznie albo go pseudojezuici nie nauczyli, że spowiednikowi nie wolno zdradzać absolutnie nic z tego, co wie ze spowiadania, albo go nauczyli, a on ma to daleko w niepoważaniu. W każdym razie wynika z tego, że bardzo ryzykowne jest spowiadanie się u niego, skoro on nie ma żadnych oporów w wykorzystaniu wiedzy pochodzącej ze spowiedzi.

Równocześnie gorliwie przytakuje, gdy wierni tradycyjni są wyzywani od dziwaków za to, że czasami upominają:


Dla niego jedynie uwarunkowaniem kulturowym jest zasada dotykania czy niedotykania Ciała Pańskiego (albo obłudnie przytakuje tej wypaczonej mentalnie kobietce): 


Dla niego Komunia dołapna to sprawa kontrowersyjna:


Z zachwytem wsłuchuje się w bzdury wypowiadane przez pseudojezuicko wypaczoną mentalnie kobietkę:



Skoro ona jako matka gotuje, sprząta kibel i zmienia dzieciom pieluchy, a równocześnie koniecznie chce tymi samymi ręcami dotykać Ciała Pańskiego, to albo nie wie, co mówi, albo ma zupełnie wypaczone pojęcie o szacunku i adoracji, albo jedno i drugie. A Huzarski ją oczywiście w tym milcząco utwierdza. Gdy druga pseudojezuicko obrobiona kobietka się włącza, Huzarski jednak usiłuje im coś wytłumaczyć:


Problem w tym, że robi to na płaszczyźnie jedynie psychologicznej czy pseudopsychologicznej, bez zająknięcia się o tym, co jest istotą problemu, mianowicie to, że także małe cząsteczki hostii są Ciałem Chrystusa, któremu należy się cześć i adoracja. Dla niego ten problem widocznie w ogóle nie istnieje, także wtedy, gdy opowiada o swoim przeżyciu w Australii:


Zamiast pouczyć człowieka o tym, że chodzi o cząstki Ciała Chrystusa i że tak robić nie wolno, to on grzecznie pyta, żeby go nie urazić. A powinien już przy udzielaniu Komunii tego człowieka zatrzymać i w razie konieczności odebrać mu hostię. Jednak Huzarski oczywiście nie chce urazić, żeby nie zostać uznanym za tradycjonalistycznego dziwaka. 

Jego rozmówczyniom - jak przystało na modernistycznie wypaczone umysły - to oczywiście nie wystarcza, bo one chcą mieć pewność, że on nie podważa ich wypaczenia:



Tutaj Huzarski jak zwykle się plącze i miesza. Z jednej strony mówi, że nie jest za zachowaniem samej formy, a z drugiej, że należy zachować różne formy. Niby zaznacza, że nie chodzi mówi o indyferentyzm, jednak tylko pozornie:


Huzarskiemu więc wcale nie chodzi o prawdę, lecz o to, żeby długie dyskusje zmieniły obydwie strony. Czyli mamy masońsko-heglowski schemat teza - antyteza - synteza, gdzie prawdy nie ma. Dokładnie tak myślą też te kobietki z modernistycznie wypaczonymi umysłami:


Pouczenie jest dla tych ludzi brakiem szacunku, nie uczynkiem miłosierdzia co do duszy (jak naucza katechizm katolicki), a racją trzeba się podzielić po równo. Oto wyżyny intelektualne ofiar pseudojezuityzmu. 

Huzarski lubi też pozować na oczytanego i będącego na bieżąco z osiągnięciami współczesności:

Problem w tym, że on najwidoczniej zna jedynie tytuły książek czy nagłówki w internetach. Gdyby wiedział, o co chodzi w tzw. neuronauce, to by nie kojarzył jej z teoriami siły woli, lecz z negowaniem wolnej woli oraz istnienia duszy:


Ten człowiek widocznie także o tzw. neuronaukach nie ma choćby bladego pojęcia, skoro mówi o "faktach naukowych" (więcej tutaj). Ponadto jawi się znów dość wyraźnie jego problem osobowościowy. Gdy człowiek koło 50-tki, który nie ma dotychczas jakichkolwiek osiągnięć naukowych, a gada tak potężne bzdury na poziomie elementarnym, zapowiada pracę naukową zakrojoną conajmniej na habilitację, to należy obawiać się o stan jego umysłu pod względem nie tylko kontaktu z rzeczywistością, lecz także co do traktowania publiczności. 

Podsumowując:

Uważający się za jezuitę Rafał Huzarski w piątej dekadzie swego żywota, a w trzeciej swojej bytności zakonnikiem, bardzo niespodziewanie - jako że dotychczas był znany z liberalnych poglądów i powiązań z anarchistami - począł odgrywać rolę tradycyjnego duchownego katolickiego. Wygląda na to, że motyw był podwójny: zarówno infantylne konkurowanie z bratem o poczucie własnej wartości jak też - w tym wypadku akurat rozsądne - rozpoznanie, że przyszłością Kościoła jest ruch tradycyjny, gdyż tego początkiem i zapowiedzią są poglądy i nastawienie zarówno młodego pokolenia duchownych jak też sporej - a intelektualnie mocnej - części młodzieży, zwłaszcza młodych rodzin. Być może przełożeni polecili mu wskoczenie na ten trend, żeby zakon nie przegapił chwili. O ile można by - i należałoby - cieszyć się z takiego niby nawrócenia, o tyle bardziej należy zwrócić uwagę na nieprzystawanie jego aspiracyj do rzeczywistości. Już chociażby co do znajomości języka łacińskiego zwykła przyzwoitość wymagałaby znać przynajmniej podstawy. Jeśli wyleciały mu z głowy, to powinien w pokorze je sobie na nowo przyswoić, a nie zamiast tego udawać wiedzę i umiejętności, których ewidentnie nie posiada, mimo pozorów, które stale usiłuje kreować. A jeśli ktoś o takiej moralności prowadzi duchowo ludzi, to nieuchronne jest ich wypaczanie duchowe i moralne. Na co są już zresztą dowody. 

Pierwszym, już znanym szeroko przykładem jest celebracja Wielkiego Tygodnia z tego roku (2026), za którą on jest odpowiedzialny. Konkretnie jest odpowiedzialny za oszustwo, którego się dopuścił i za które dotychczas nie przeprosił (więcej tutaj). 

Drugi przykład jest z tym powiązany. Otóż pewna osoba, jak się okazało powiązana z Huzarskim, mianowicie Kajetan Z., przez wiele miesięcy wspierał niniejszego bloga regularną wpłatą. Zaprzestał wspierania po wpisie o skandalicznym oszustwie owego Triduum. Widocznie prawda się nie spodobała. 

Trzeci przykład jest znów powiązany, jako że Kajetan Z. należy do grona organizatorów tzw. Konferencji Tradycji Katolickiej. Sama konferencja zaistniała już kilka lat temu (pierwsza w marcu 2019 r., druga w czerwcu tego samego roku, czyli przed słynną chorobą c19), jeszcze przed objęciem rządu dusz nad tą grupą przez Huzarskiego. Wówczas organizatorem było oficjalnie stowarzyszenie Una Voce Polonia, któremu przewodniczył słynny Tomasz Olszyński, w międzyczasie odsunięty od gdańskiego grona indultowego. Pozostał w tym gronie jego kolega, matematyk Paweł Barbarski, którego Olszyński wprowadził na salony przebierańców Ars Przebierandi jako pseudoprałackiego ceremoniarza biskupiego (więcej tutaj i tutaj):

Do nowej wierchuszki doszły inne osoby, a to już z klucza Huzarskiego. Nie zmieniło się natomiast powiązanie z Pawłem Milcarkiem, który widocznie cieszy się poważaniem Rafała, któremu babcia dawała krówki za ćwiczenie na fortepianie. Edycja tegoroczna (trzecia z kolei, po przerwie od 2019 r.) pozostała oczywiście wierna linii Huzarsko-Milcarkowej. Znamienny jest pewien pozornie drobny element w wystąpieniu jednego z gości honorowych, mianowicie uważającego się za dominikanina Janusza P., który nie potrafił inaczej wypowiedzieć imienia żydowsko-stalinowskiej "poetki" jak tylko w czułym zdrobnieniu:


Wnioski nasuwają się same.