Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Kto jest narodem wybranym?

 


Cały Nowy Testament jest przeniknięty tzw. teologią zastąpienia, czyli przekonaniem, że od Jezusa Chrystusa właściwym dziedzicem i nosicielem obietnicy Zbawienia jest Kościół, a nie naród żydowski. Tym samym pojęcie "narodu wybranego" straciło znaczenie etniczne, a stało się pojęciem duchowym. 

Należy mieć na uwadze, że we wielu językach nie ma odróżnienia między pojęciami naród i lud, bądź te pojęcia są stosowane zamiennie czy też synonimy. W języku polskim lud może być wielonarodowy, a naród może być pojęciem szerszym niż lud (jeśli w narodzie odróżnia się lud czyli pospólstwo od arystokracji). Dlatego w teologii należy się trzymać określeń łacińskich. Po łacinie jest pojęcie "populus electus", czyli dokładnie tłumacząc "lud wybrany". Równocześnie prawidłowe jest też określenie "naród wybrany", o ile narodowość rozumie się duchowo, nie etnicznie. Kościół to narodowość tych, którzy są zrodzeni duchowo we Chrzcie św. 


Czy katolicy i żydzi wierzą w tego samego Boga?


Odpowiedź jest właściwie prosta, choć dla wielu obecnie nieoczywista, co jest skutkiem zaczadzenia fałszywym ekumaniactwem. 

Katolicy wierzą w Boga Trójjedynego i Syna Bożego - Drugą Osobę Boską - który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem. To Objawienie i dzieło Zbawienia zostało zapowiedziane i przygotowane w Starym Testamencie. 

Żydzi stanowczo odrzucają do pojęcie Boga i Zbawienia, więc tym samym odrzucają spełnienie tego, co niby przyjmują, czyli Stary Testament. W związku z tym interpretują Stary Testament inaczej niż katolicy, a jest to z pewnością fałszywa interpretacja, mimo elementów wspólnych interpretacją chrześcijańską. 

Zresztą już w Nowym Testamencie - zwłaszcza w Ewangelii św. Jana - jest dość jasno powiedziane, że ci, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela, nie są duchowymi potomkami Abrahama, czyli wyznawcami prawdziwego Boga, który objawił się Abrahamowi, patriarchom i prorokom. 

Miejsce Mariji


Odpowiadam po kolei:

1. Zależy od pojęcia kultu. Jeśli chodzi o kult liturgiczny w szerokim sensie, czyli zarówno jako liturgię, nabożeństwa publiczne, obrazy poświęcone, to kult przysługuje wszystkim świętym jak tym, którzy są najściślej zjednoczeni z Jezusem Chrystusem, a pośród nich najściślej i w sposób jedyny i wyjątkowy zjednoczona jest Jego Najświętsza Matka. Nie oznacza to, jakoby nie można było wzywać wstawiennictwa Jej i też innych świętych. 

2. Świętość Matki Najświętszej jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, zarówno w porządku łaski (niepokalanie poczęta) jak też w porządku naturalnym (jako matka, a matka jest zawsze jedyna). Z tej bliskości wynika szczególna "skuteczność", czyli potęga Jej miłości, która jest pochodną miłości Bożej. Z tego powodu otaczana jest szczególną czcią pośród wszystkich świętych, jako "Królowa wszystkich świętych".

3. Uzdrawiać czyli czynić cuda może tylko Pan Bóg, także za wstawiennictwem świętych. To właśnie mamy na myśli, gdy Ją prosimy o uzdrowienie.

4. Są prawidłowe, a dowodem na to są liczne źródła, począwszy od modlitw starożytnych, poprzez Ojców i Doktorów Kościoła, aż po nauczanie papieży do XX wieku włącznie. 


Pseudocharyzmatyzm: Bogdan Kocańda

Taką oto prośbę otrzymałem:


I dodano:


Odowiadam po kolei:

1. Nie ma modlitwy w językach. Jest tylko bełkot praktykowany w sekcie pseudopentekostalnej, przejęty do pseudokatolickiego charyzmatyzmu. Powoływanie się na na tzw. mówienie językami, o którym jest mowa w Nowym Testamencie, jest fałszywe, ponieważ owo mówienie nadawało się do rozumienia i tłumaczenia (co jest jasno powiedziane w Dziejach Apostolskich), czyli odbywało się w rzeczywistym języku. Natomiast to, o czym mówi o. Kocańda nie ma nic wspólnego z mową, a tym bardziej z modlitwą. 

2. Symptomy, o których mówi o. Kocańda, są typowe raczej dla działania złych duchów, nie Ducha Świętego, ponieważ Duch Święty działa przede wszystkim na rozum i wolę, nie na zmysły. Natomiast złe duchy działają przede wszystkim na zmysły i uczucia, ponieważ jest to dla nich o wiele łatwiejsze. 

3. Prawdziwe dary charyzmatyczne mają to do siebie, że nie można ich wyprosić. Dlatego w Kościele Chrystusowym nigdy nie było modlitwy o takowe dary. Twierdzenie, jakoby dary Ducha Świętego nie były wystarczające, jest fałszywe i bluźniercze, ponieważ to one prowadzą duszę do świętości, a nie "dary charyzmatyczne". Nadzwyczajne zjawiska mogą być raczej zgubne dla duszy, jak uczą wszyscy mistrzowie duchowi Kościoła, także dlatego, że mogą pochodzić od złego ducha. 

4. Namaszczenie przez Ducha Świętego odbywa się w sakramentach świętych, począwszy od Chrztu św. Jeśli ktoś uważa, że to namaszczenie nie jest wystarczające, to bluźni Duchowi Świętemu i zwodzi ku poddaniu się działaniom demonicznym, które są ewidentne obecne i charakterystyczne w praktykach tzw. charyzmatycznych. 

5. Fałszywe jest przeciwstawianie łaski sakramentalnej sakramentu święceń i charyzmatów, gdyż to właśnie obdarzenie odpowiednimi charyzmatami - czyli darami łaski, których nie można wyprosić w modlitwie - są podstawą do udzielenia komuś sakramentu święceń. Oczywiście w pewnym sensie charyzmatem jest ojcostwo, macierzyństwo, bycie dobrym lekarzem, nauczyciele, prawnikiem itp. W tym znaczeniu każdy charyzmat ma swoje miejsce w budowaniu Królestwa Bożego. Nie ma to nic wspólnego z niwelowaniem czy negowaniem różnicy między hierarchią a wiernymi świeckimi, jak to jest w protestantyźmie, a do czego zmierza poniekąd modna obecnie "synodalność". 

Mamy tu więc do czynienia z dość typowym pomieszaniem i przemycaniem fałszywej ideologii sekty pseudocharyzmatycznej pod niby katolickimi hasłami. Diabeł jest mistrzem mieszania i mącenia. I w tym właśnie mistrzami są aktywiści wszelakich sekt, zwłaszcza sekty pseudocharyzmatycznej. 

Czy usuwanie tabernakulum na bok jest zgodne z wiarą katolicką?


Problem pojawił się wraz z celebrowaniem zwanym twarzą do ludu. Z kolei takie celebrowanie zostało wprowadzone z fałszywym powoływaniem się na Ostatnią Wieczerzę ("Pan Jezus nie spożywał Ostatniej Wieczerzy tyłem do uczniów") oraz na rzekomy nakaz Vaticanum II. Wskazanie na Ostatnią Wieczerzę jest oczywiście fałszywe i protestanckie. W rozumieniu katolickim - i jest to dogmat wiary katolickiej - Msza św. nie jest odtwarzaniem czy pamiątką Ostatniej Wieczerzy lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Zaś Vaticanum II nie mówi ani słowem o kierunku celebracji, ani tym bardziej nie nakazuje celebrowania twarzą do ludu, czyli odwrócenia celebransa.

Wskutek - ewidentnie kłamliwego i heretyckiego - wprowadzenia celebracji przodem do ludzi pojawił się problem ustawienia celebransa tylem do tabernakulum i tym samym do Najświętszego Sakramentu. Jest to szczególnie jaskrawe w starszych kościołach, gdzie tabernakulum znajduje się w centralnym miejscu, w sercu świątyni. Gdzieniegdzie usunięto Najświętszy Sakrament do ołtarza bocznego. W nowo budowanych kościołach zwykle umieszcza się tabernakulum czy to z boku, czyli nie w centralnym miejscu, albo w osobnej kaplicy. Oczywiście nie rozwiązuje to problemu braku czci dla Najświętszego Sakramentu, lecz jakby cementuje ten brak w sposób architektoniczny. 

Moderniści powołują się tutaj na układ architektoniczny starożytnych i średniowiecznych świątyń, gdzie rzekomo albo wcale nie było tabernakulum, albo znajdowało się ono gdzieś z boku. Po pierwsze, to powoływanie się jest fałszywe, gdyż są dowody historyczne na stosowanie tabernakulum już we wczesnym średniowieczu, umieszczanego także centralnie na ołtarzu czy nad ołtarzem (słynne tabernakula wiszące). Po drugie, ten argument modernistyczny jest niczym innym jak herezją archeologizmu, która polega na odtwarzaniu praktyki z zamierzchłych czasów z pominięciem postępu rozumienia prawd wiary katolickiej, czy wręcz przeciw tym prawdom.

Owszem, prawdą jest, że świątynie skoncentrowane architektonicznie na tabernakulum stały się powszechną regułą dopiero z końcem średniowiecza, a w baroku przybrały szczególnie wyraziste i bogate formy. Nie był to rozwój przypadkowy, lecz wynikał wprost z prawdy wiary katolickiej o realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Ta prawda należy od początku - czyli od czasu Apostołów - do depozytu wiary Kościoła, aczkolwiek jej dowartościowanie oraz odpowiednie wyrażenie w architekturze sakralnej nastąpiło dopiero stopniowo na przestrzeni wieków, do czego impulsem były herezje atakujące ją. Dlatego powracanie do dawnych form architektonicznych odnośnie miejsca tabernakulum oznacza faktycznie nie tylko odrzucenie słusznego, autentycznego rozwoju rozumienia wiary i pobożności katolickiej, lecz uderza w prawdę wiary przynajmniej pośrednio.

Dowodem na to jest chociażby spontaniczne zachowanie ludzi w pomieszczeniu bez tabernakulum jako centrum i serca świątyni. Coraz bardziej powszechne staje się zachowanie w stylu hali widowiskowej i miejsca spotkań, czyli bez postawy modlitwy i adoracji.

Zaś pod względem teologicznym zarówno ustawianie się celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu, jak też usuwanie tabernakulum na bok jest nie tylko fałszywe, lecz sprzeczne także z nauczaniem Vaticanum II. Bowiem w konstytucji o liturgii czytamy, że Jezus Chrystus jest w największy sposób obecny pod postaciami eucharystycznymi, a nie w akcji liturgicznej, ani w osobie celebransa:


Dlatego postawienie celebransa i jego czynności w centrum, kosztem miejsca Najświętszego Sakramentu jest fałszywe, sprzeczne z wiarą katolicką, niszczące tę wiarę u wiernych, oraz gorszące. 

Jak należy pisać na drzwiach?

 


Temat jest niby prosty, jednak nieco złożony i wymaga nieco sięgnięcia do historii. 

W ostatnich dekadach powstał wręcz spór w tej kwestii. Ci bardziej niby światli zaczęli głosić, że litery pisane na drzwiach oznaczają "Christus mansionem benedicat", czyli "Chrystus błogosławi domostwo". Natomiast ci niby bardziej tradycyjni twardo stoją ja stanowisku, że chodzi o inicjały Trzech Króli, wobec czego nawet należy pisać po polsku K zamiast C. Bardziej oświeceni spośród tych ostatnich argumentują niby betonowo przez wskazanie na modlitwę poświęcenia kredy w tradycyjnym Rituale Romanum, gdzie jest mowa o pisaniu imion na drzwiach:


Jednak, jak łatwo zauważyć, pierwsze imię jest na literę G, nie C. To oczywiście jeszcze bardziej komplikuje spór. 

Osobiście uważam, że należy zacząć od danych historycznych, czyli genezy historycznej obecnego zwyczaju pisania na drzwiach tych trzech liter, ale także od historii tej modlitwy poświęcenia. Tą ostatnią kwestią nie zajmowałem się i nie wiem, czy są badania historyczne w tej kwestii. Wiadomo jednak, że modlitwy błogosławieństw (poświęceń) najpierw pojawiały się lokalnie, a następnie były przejmowane do Rytuału Rzymskiego. Na ten moment nie jestem w stanie ustalić chronologii tej modlitwy. W każdym razie poświęcenie kredy wydaje się wtórne względem używania jej do pisania na drzwiach, tzn. najpierw pisano kredą na drzwiach, a następnie powstała modlitwa poświęcenia kredy. Należy więc sięgać głębiej, mianowicie do historii pisania na drzwiach i tym samym do genezy błogosławienia domostw, zwłaszcza w związku ze świętem Objawienia Pańskiego. 

Otóż w wigilię Objawienia Pańskiego w tradycyjnym rycie rzymskim ma miejsce jedno z trzech uroczystych poświęceń wody (oprócz Wigilii Paschalnej i Wigilii Zesłania Ducha Świętego). Wyraża to rangę tego święta, a jeszcze bardziej wyjaśnia związek tzw. kolędy czyli tzw. wizyty duszpasterskiej ze "Świętem Trzech Króli". Tradycyjnie bowiem kapłani zaczynali tzw. kolędę dopiero 6 stycznia, czyli po uroczystym poświęceniu wody w wigilię święta. Niestety wraz z zaniechaniem - a właściwie wyrzuceniem - tego poświęcenia zanikł jego związek z błogosławieniem domów oraz właściwy sens tzw. kolędy jako właśnie błogosławieństwa niesionego przez kapłana do domostw. Trudno się oprzeć wrażeniu, że komuś zależało zarówno na zarzuceniu poświęcenia wody w wigilię Objawienia Pańskiego, jak też na przerobieniu błogosławienia domostw w wizytę duszpasterską (czy kopertową). Obrzęd tego poświęcenia zawiera potężny, uroczysty exorcyzm, jedyny tego rodzaju w całym roku liturgicznym. Potęga tego obrzędu promieniuje właśnie w napisie C+M+B jako pamiątce pobłogosławienia domostwa wodą z potężnego exorcyzmu. Oto ten exorcyzm (znajduje się w dodatku Rituale Romanum):


Wracając do pytania tytułowego. Moim zdaniem jest bardziej prawdopodobne, że te inicjały pochodzą pierwotnie od prośby o błogosławieństwo, nie od imion Trzech Mędrców. Wynika to z tego, iż w hagiografii (tutaj) występują oni w zupełnie innej kolejności, mianowicie Baltazar jako najstarszy, Kacper jako młodszy, a najmłodszym miał być Melchior. Gdyby w pierwotnym znaczeniu drzwi chodziło o ich imiona, to by zapewne zachowano tę hierarchię. Widocznie w czasie tworzenia modlitwy błogosławieństwa kredy, a nawet wcześniej, nie znano już ich hagiografii, bądź jej nie uznawano. Prawdopodobne powiązanie z imionami wzięło się z kartek czy tabliczek wotywnych, które pielgrzymujący do ich relikwii w Kolonii przynosili ze sobą w swoje rodzinne strony (więcej tutaj). Innymi słowy: z jednej strony kapłani błogosławili domostwa wodą z wigilii "Trzech Króli", zaś z drugiej bywały w domostwach tego typu pamiątki po pielgrzymce do Kolonii, zawierające "błogosławieństwo Trzech Króli". Kiedy i gdzie doszło do stopienia tych dwóch elementów pobożności, raczej nie da się obecnie ustalić. Pewne jest, że właściwym pobożnym zwyczajem związanym z Objawieniem Pańskim jest pobłogosławienie domostwa, natomiast umieszczanie napisu na drzwiach może być kojarzone raczej z pamiątkami pątników, nawiązującymi do imion tych trzech świętych. 

Podsumowując: 

Prawidłowe jest rozumienie inicjałów C+M+B jako skrótu słów "Christus mansionem benedicat", czyli "niech Chrystus pobłogosławi to domostwo". Równocześnie słuszne jest też odniesienie do imion Trzech Mędrców według słów poświęcenia kredy, jednak jest to raczej wtórne. Praktycznie wygląda to obecnie następująco: wierni piszą te litery na drzwiach swoich domostw zarówno wpisując się w hołd Mędrców, jak też równocześnie prosząc o pobłogosławienie domostwa przez kapłana wodą exorcyzmowaną w wigilię Objawienia Pańskiego. Obydwa znaczenia - zarówno duchowe naśladowanie Mędrców jak też prośba o błogosławieństwo Chrystusowe - zawarte są w tych literach. Oznaczenie drzwi jest zaproszeniem kapłana do pobłogosławienia. 

Nie ma tu żadnej sprzeczności. Liturgia zna sporo przykładów wieloznaczności, czyli różnorodności warstw znaczeniowych. Jest dość typowym zjawiskiem w liturgii, że te same słowa - w tym wypadku inicjały - można rozumieć wielorako bez sprzeczności, lecz za to w głębszym kojarzeniu historii i teraźniejszości. 

Nieprawidłowe jest jedynie zastępowanie C przez K, nawet jeśli ma się na myśli nawiązanie do modlitwy błogosławienia kredy. To zastępstwo niweczy bowiem związek z pierwotnym obrzędem, czyli błogosławieniem domostwa. 

KULowska propaganda chanukkowa


Przykładem postępującego ożywienia w temacie świętowania chanuki w przestrzeni publicznej jest manifest "Koła Naukowego Teologów KUL" z dnia 19.XII.2025, który jest pierwszym aktem tego rodzaju i tej rangi (o wcześniejszych aktach: tutaj). Został on oczywiście powielony w mediach katolewackich i nie tylko, jednak bez szerszej dyskusji. Zwykle pominięto przy tym fakt, iż ów manifest był ze swej strony reakcją na list otwarty społeczności pracowników i studentów KUL (źródło tutaj):


O ile mi wiadomo, nie ma - i raczej nie będzie - jakiejkolwiek reakcji ze strony adresatów. Wygląda na to, że posłużyli się oni "kołem naukowym" w formie swoistej odpowiedzi. Owa odpowiedź podaje, że text został przygotowany przez x. Karola K. Godlewskiego (wizerunek powyżej), który jest kapłanem Archidiecezji Białostockiej oraz pracownikiem naukowym KUL. Od kilku lat jest on promowany - czy raczej sam się promuje - w przestrzeni internetowej jako typowy modernistyczny krętacz z linii bergoliańsko-rysiowej, budując swoją dalszą karierę. Wpisuje się w to ów manifest w sprawie chanukki. Przyjrzyjmy się temu dziełu charakterystycznego krętactwa pseudoteologicznego. 

1. Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu "jak gałąź z pnia". Godlewski widocznie myli judaizm z religią mozaistyczną, co świadczy o ignorancji zarówno historycznej jak też teologicznej. Wystarczy spojrzeć do podstawowych źródeł, by się przekonać, że już z końcem I wieku, mianowicie w listach św. Ignacego z Antiochii, Kościół rozumiał siebie w odróżnieniu od judaizmu. Zresztą już w pismach Nowego Testamentu wyraźnie jest powiedziane, że to Kościół jest spełnieniem i kontynuacją religii Starego Testamentu czyli mozaizmu, a nie religia faryzejska czy judaizm. 

2. Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby Pan Jezus obchodził święto chanukki (więcej tutaj). Po pierwsze, za czasów Pana Jezusa - i aż do czasów współczesnych - tzw. święto odnowienia świątyni jerozolimskiej nie było świętem religijnym lecz politycznym, jak mówią wyraźnie nawet źródła żydowskie. Po drugie, przechadzanie się w krużganku królewskim, który jest pozakultyczną częścią kompleksu świątynnego, z całą pewnością nie jest świętowaniem, gdyż świętowanie religijne byłoby uczestniczeniem w sprawowaniu obrzędu, a takowego nie było. Po trzecie, Pan Jezus - ani żaden ówczesny żyd - nie zapalał świec chanukkowych, ani nie śpiewał tego, co obecnie żydzi śpiewają podczas swego obrzędu chanukkowego, a co z całą pewnością nie jest życzliwe wobec chrześcijan (więcej tutaj). 

3. Utożsamianie braku akceptacji obchodów chanukki w przestrzeni publicznej i katolickiej z brakiem szacunku dla obchodów chanukki przez żydów w swoim gronie świadczy zarówno o braku elementarnego logicznego myślenia jak też o zakłamaniu. Nikt nie zabrania świętowania żydom. Czym innym jest natomiast wprowadzanie chanukki do budynków państwowych i katolickich, a do tych ostatnich należą pomieszczenia będące własnością Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, utrzymywanego przez katolików. 

4. Twierdzenie, jakoby chanukka upamiętniała wierność Bogu, jest przynajmniej nieporozumieniem. Owszem, być może obecni judaiści tak głoszą. Jeśli tak głoszą, to sugerują tym samym, że oni są dziedzicami tych, którzy sprzeciwiali się pogaństwu, i manifestują obecnie wierność Bogu objawionemu w Starym Testamencie. Tutaj trafiamy na sedno stosunku Kościoła do judaizmu i odwrotnie. Otóż są tylko dwie wykluczające się nawzajem możliwości: albo Kościół Chrystusowy jest spełnieniem i dziedzicem Starego Testamentu, albo judaizm. Tertium non datur. Kto twierdzi, jakoby judaizm był wierny Bogu objawionemu przez Stary Testament, ten przeczy nie tylko odwiecznemu nauczaniu Kościoła, lecz już nawet Pismu św. Nowego Testament i jest tym samym apostatą. 

5. Godlewski sugeruje, jakoby świętowanie chanukki było wręcz obowiązkiem dla katolika analogicznym do wspominania bohaterów poległych za niepodległość ojczyzny. Także tutaj zawarte jest przynajmniej nieporozumienie. Czyżby nie wiedział, że w Kościele nie było nigdy świętowania chanukki nawet w rozumieniu pierwotnym czyli oczyszczenia świątyni z elementów kultu pogańskiego? Czy zastanowił się - a tak wypadałoby teologowi - dlaczego tak właśnie Kościół się zawsze zachowywał wobec tegoż wydarzenia historycznego? Wygląda na to, że nie "koło naukowe" nie zadało sobie najmniejszego trudu w tych kwestiach, co nie świadczy dobrze ani o zapale ani o poziomie naukowym. A odpowiedź jest dość prosta. Wystarczy poczytać te słowa w Ewangeliach, które mówią wprost o świątyni jerozolimskiej. 

6. Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby chrześcijaństwo i judaizm stanowiły jedną religię, co sugeruje mówienie o "dialogu wewnątrzreligijnym". Jeśli weźmiemy choćby proste kryteria religioznawcze jak doktryna, ustrój, kult i osoba założyciela, to trzeba być zupełnym ignorantem na poziomie elementarnym, by mówić o tej samej religii. Tym bardziej w świetle kryteriów teologicznych jak pojęcie Boga, Wcielenie Syna Bożego, ustrój hierarchiczny, kult, nauczanie moralne itp. 

7. Fałszywa jest także analogia między związkiem chrześcijaństwa z Tradycją Kościoła a stosunkiem judaizmu do mozaizmu (czyli religii starotestamentalnej). Dowodem są proste fakty: Podczas gdy w chrześcijaństwie Biblia i Tradycja są zarówno genetycznie jak też treściowo ściśle powiązane i nierozłączne (Biblia jest właściwie zapisem Tradycji ustnej, a Tradycja jest niezbędnym kryterium prawidłowej interpretacji Biblii), to mozaizm istniał na długo przed judaizmem, a judaizm dość daleko odszedł od religii starotestamentalnej, czego dowodem są sprzeczności między Talmudem a Starym Testamentem, a także sprzeczności w łonie współczesnego judaizmu, w którego skład wchodzą także ugrupowania odrzucające Talmud na rzecz nowych, bardziej współczesnych nauk. Innymi słowy: z całą pewnością nie jest tak, jakoby obecny judaizm był religią biblijną na wyższym stopniu rozwoju osiągniętym poprzez dodanie do Tanach (Pięcioksięgu) tradycji w znaczeniu Talmudu. Owszem, tak to przedstawiają obecni wyznawcy judaizmu, z tego faktu nie wynika jednak, że tak jest. Tutaj Godlewski widocznie przejmuje judaistyczny punkt widzenia, który jest ewidentnie sprzeczny z ujęciem chrześcijańskim czyli prawdziwym, według którego to chrześcijaństwo jest spełnieniem i dziedzicem religii Mojżeszowej, a nie judaizm. 

8. O braku logicznego myślenia świadczy twierdzenie, jakoby Talmud nie powstał z nienawiści do chrześcijaństwa, ponieważ był "literaturą wewnętrzną". Tak jakby jedno wykluczało drugie. Zaś jeśli Godlewski twierdzi, jakoby w Talmudzie nie było elementów nienawiści nie tylko do chrześcijan lecz przede wszystkich do Jezusa Chrystusa, to jest albo zupełnym ignorantem, albo dogłębnie zakłamany, albo jedno i drugie. Czyż ktoś rozumny może twierdzić, jakoby do przetrwania judaizmu konieczna była pogarda dla osoby Jezusa Chrystusa, Jego Matki i Jego uczniów? A jeśli była konieczna, to nasuwa się pytanie: ważniejsza jest prawda czy przetrwanie judaizmu? Tak więc Godlewski albo się zgadza z Talmudem co do pogardy dla Jezusa Chrystusa czyli uważa ją za słuszną, albo przyznaje, że autorzy Talmudu posłużyli się zakłamaną nienawiścią w interesie własnej religii. Niechże się Godlewski jasno zadeklaruje. Zobaczymy, co z tego wyniknie dla dialogu z judaizmem...

9. Na podobny poziomie jest zrównanie talmudycznej nienawiści do Jezusa Chrystusa z rzekomym "antysemityzmem" Ojców Kościoła. Trzeba by tu oczywiście mówić o konkretach, a tych Godlewski nie podaje. Nasuwa się pytanie, czy z ignorancji czy z przebiegłości. W każdym razie na pewno z zakłamania i z uporu w zakłamaniu. Jeśli dla niego fałsz o Jezusie Chrystusie zawarty w Talmudzie jest tyle samo wart co prawda o żydach podawana przez Ojców Kościoła, to nieuchronne są przede wszystkim pytania:

  •  czy Godlewski zgadza się z tym, co Talmud mówi o Jezusie Chrystusie, a jeśli się nie zgadza, to 
  • na jakiej podstawie twierdzi, że Ojcowie Kościoła mówili nieprawdę o żydach. 

Odpowiedź wymaga oczywiście pozostania na płaszczyźnie rzeczowości, bez uciekania w emocje. A rzeczowości u Godlewskiego notorycznie brakuje. 

10. Godlewski błądzi - i to nawet w sprzeczności z oficjalnymi dokumentami po Vaticanum II - także w tym, że sugeruje, jakoby judaizm stanowił czy reprezentował starotestamentalny "naród wybrany". To nie wynika ani z cytowanych przez niego fragmentów z Listu do Rzymian (11,28-29), ani nawet z "Nostra aetate" i podobnych dokumentów. Otóż w żadnym z nich nie ma utożsamienia judaizmu z religią starotestamentalną. Wręcz przeciwnie: modne po "Lumen gentium" nazywanie Kościoła "ludem Bożym" jest teologicznie rzecz biorą niczym innym jak słusznym twierdzeniem, że od dzieła zbawienia w Jezusie Chrystusie to Kościół jest ludem Bożym i że właśnie w nim trwają "dary i wezwania łaski". Kłamstwem jest więc, gdy Grzegorz Ryś - a wraz z nim Karol Godlewski - głosi, jakoby Kościół od Vaticanum II odrzucił tzw. teorię substytucji, według której Kościół zastąpił lud starotestamentalny w dziele Zbawienia. 

11. Wręcz groteskowe - znów świadczące albo o ignorancji, albo o notorycznym zakłamaniu, albo o jednym i drugim - jest skojarzenie "teologii zastępstwa" z "neomarcjonizmem" i antysemityzmem. Podstawą tego fałszywego kojarzenia jest nie mniej fałszywa teza, jakoby współczesny judaizm reprezentował czy był wręcz tożsamy z religią starotestamentalną. Jeszcze raz: to jest teza judaistyczna, lecz z tego faktu nie wynika wcale, że jest ona prawdziwa. Jeśli ktoś ją przejmuje bezkrytycznie a nawet bezrefleksyjnie, to nie może uważać się za człowieka używającego rozumu, a tym bardziej za teologa. Akurat jest bowiem tak, że powiązanie judaizmu ze Starym Testamentem oznacza przeciwstawienie tego drugiego Nowemu Testamentowi (który reprezentuje chrześcijaństwo czyli Kościół), a to jest właśnie heretycki pogląd Markjona, który Godlewski absurdalnie usiłuje powiązać z katolickim rozumieniem judaizmu. 

12. Oczywiście dość prymitywną manipulacją jest utożsamiane sprzeciw wobec świętowania chanuki w przestrzeni publicznej z antysemityzmem. To raczej takie nachalne świętowanie i tym samym promowanie rasistowskiej sekty Chabad Lubawicz jest pożywką dla antysemityzmu czy raczej antyjudaizmu. Być może chodzi właśnie o sprowokowanie sprzeciwu dla identyfikacji sił społecznych, czyli ustaleniu tego, kto ulega temu promowaniu, a kto nie ulega. 

13. Kłamliwą manipulacją jest także sugerowanie, jakoby dopiero Sobór Watykański II odrzucił antysemityzm. Czyżby Godlewski nie wiedział nic o encyklikach Piusa XI i Pius XII odnoszących się to niemieckiego nazizmu? Czyżby nie znał Katechizmu Rzymskiego (tzw. trydenckiego), gdzie jest dość wyraźne powiedziane, że winę za śmierć Jezusa Chrystusa nie ponoszą żydzi kolektywnie lecz każdy grzesznik (i są to oczywiście także żydzi, ale nie tylko)?

14. Dość oryginalnym pomysłem jest potępienie tzw. symetrycyzmu (w znaczeniu żądania wzajemności), a to posługując się swoistym pomieszaniem liturgicznego gestu epiklezy (czyli wyciągnięcia ręki nad darami dla przywołania Ducha Świętego) z gestem wyciągnięcia ręki. Nasuwa się pytanie, czy Godlewski siebie słyszy względnie umie czytać to, co pisze. On na prawdę uważa, iż żydzi braliby udział w wspólnym obrzędzie chanukki z pracownikami KUL, gdyby wiedzieli, że ze strony KUL-u to ma być epikleza wzywająca Ducha Świętego nad nimi jako darami ofiarnymi? Czy Godlewski poinformował o tym społeczność żydowską? Czy może to jest jednak konstrukt umysłowy przeznaczony jedynie do zatkania mózgów katolikom, by nie śmieli się sprzeciwiać (rzekomemu) epiklezowaniu żydów? 

15. Godlewski sugeruje, jakoby symetrycyzm był sprzeczny z dekretem "Unitatis redintegratio", co jest oczywiście znowu kłamstwem. Dlatego właśnie nie jest on w stanie podać jakiegokolwiek cytatu jako dowodu. Jest to więc jedynie fantazyjny wymysł obliczony na niezdolność czytania u odbiorców takich "mądrości" kołopseudonaukowych. Otóż normalne ludzkie myślenie zawiera zasadę wzajemności w dobrem. Próba podważenia tej elementarnej zasady sprawiedliwości - przezwanej pogardliwie "symetrycyzmem" - jest i musi być chybione. To pokazuje, jak bardzo wielbiciele świętowania chanukki w przestrzeni publicznej chcą chronić żydów przed domaganiem się od nich wzajemności. Nietrudno zgadnąć, jakie są to powiązania. 

16. Ciekawe, jaką jedność jako cel "dialogu" z żydami Godlewski ma na myśli. Mówi tylko, co ma do niej prowadzić: przyjmowanie przybyszów spoza naszego kręgu wyznaniowego. No nieźle, bo to oznacza, iż według niego świętowanie chanukki w polskiej przestrzeni publicznej jest przygotowywaniem przyjmowania przybyszów a nawet już ich przyjmowaniem. Czyżby miał na myśli stworzenie wspólnej religii z żydami? Co taka religia mówiłaby o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Przenajświętszej, o sakramentach itp.? Ten bełkot jest oczywiście obficie podlany zgniłym sosem niemniej zakłamanych bergogliańskich haseł i to wyrwanych z ich pierwotnego kontextu, aczkolwiek pasujących o tyle, że - jako znaczące wszystko i nic - mają służyć do plucia na tych, którzy mają czelność zadawać choćby zdroworozsądkowe pytania. 

17. Godlewski tak się plącze w swoich własnych pomysłach i jest przy tym tak zachwycony nimi, że widocznie nie zauważa stężenia absurdu, który sobie stwarza. Czy on rozumie, co pisze, gdy twierdzi w kontekście chanukki, że Jezus Chrystus jest w tym Siewcą, który sieje ziarno także na "nieżyzną glebę", którą - jak wynika z kontextu - są żydzi? Czy miałby odwagę powiedzieć to w oczy żydom, którzy przychodzą na świętowanie chanukki na KUL? W każdym razie pewne jest, że kłamie mówiąc, jakoby Jezusowi Chrystusowi udzielano głosu podczas świętowania chanukki. 

18. Zakłamane jest także posługiwanie się w tym kontekście hasłem "dialogu". Jest to oczywiście jedno z czołowych haseł ekumaniactwa i to szczególnie zakłamanym. Otóż w kulturze europejskiej to pojęcie jest związane z "Dialogami" Platona, ale także wielu autorów chrześcijańskich jak chociażby św. Justyna "Dialogiem z żydem Tryfonem". Zakłamanie polega na tym, że w klasycznym rozumieniu chodzi o dysputę, której celem jest przedstawienie prawdy i przekonanie do prawdy, nie o pogadanie sobie dla samego pogadania i stworzenia miłych wrażeń. Gdyby Godlewski znał i szanował to klasyczne pojęcie, to by raczej tak ochoczo nie szafował słowem. Chyba że liczy na zupełną ignorancję i debilizm odbiorców. 

19. Kłamliwe jest także powiązanie - fałszywie ujmowanego - dialogu z Trójcą Przenajświętszą i to wielorako. Otóż, mówiąc teologicznie, w Boskiej Trójcy nie ma dialogu, lecz jest monolog, gdyż Syn Boży jest jedynym Słowem Ojca. Osoby Boskie z całą pewnością nie prowadzą z sobą debaty dążącej do prawdy. Przypisywanie Bogu dialogiczności jest więc bluźnierstwem, które nie ma nic wspólnego z katolickim pojęciem Boga, a raczej ma korzenie talmudyczne i kabalistyczne. 

20. Szczytem obłudy jest, gdy Godlewski na koniec przywołuje słowa z Ewangelii św. Jana, gdzie Pan Jezus mówi o Sobie, że jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Gdyby dialog ekumeniczny i międzyreligijny trzymał się tych słów, to by było oczywiście dobrze. Problem jest w tym, że tak nie jest, a Godlewski zapewne doskonale o tym wie. Nie może nie wiedzieć, że w całym świętowaniu chanukki nie padają nawet słowa "Jezus Chrystus", a tym bardziej nie pojawiają się Jego słowa z Ewangelii. Wręcz przeciwnie: w całym "dialogu" ekumaniackim zasadniczo, generalnie, gruntownie i konsekwentnie wyrzucone zostało nie tylko słowo "prawda", lecz nawet pytanie o prawdę, o prawdziwość poszczególnych nauk heretyckich czy pseudoreligijnych. Tym bardziej ekumaniacy unikają jak ognia powiedzenia, że jedyną drogą Zbawienia jest Jezus Chrystus i że tylko w Nim jest życie wieczne. Nasuwa się więc wniosek, że Godlewski albo sam nie wie, co pisze, czyli tego nie rozumie, albo jest dogłębnie zakłamany, albo jedno i drugie. 

Podsumowując:

Mamy tutaj typowy przykład charakterystycznego bełkotu pseudoteologicznego, który ma sprawić pozór uczoności i katolickości, a w rzeczywistości jest niczym innym jak mieszaniną pustych haseł, absurdów i fałszów. Takie są niestety owoce ograniczenia wykształcenia i myślenia do produktów ideologii modernistycznej, która przedstawia się jako "aktualne nauczanie Kościoła", co jest oczywiście nieprawdą, gdyż nawet najgorsze dokumenty - także te z okresu bergogliańskiego - nie zawierają do końca tego, co chcieliby tacy "uczeni" jak Karol Godlewski. Stąd się biorą dość fantazyjne zagrania pseudoteologiczne, w czym ów autor jest dość sprawny. Na takie plewy jest prosty sposób: nie ulegać pozorom, lecz stawiać proste pytania, żądając wyjaśnień. Jak widać powyżej, tak zapatrzeni w swoją genialność być może sami nie zauważają ani absurdalności swoich słów, ani ich konsekwencyj. W każdym razie jest i będzie o czym debatować. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.12.2025): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w bieżącym roku nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 2000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to już oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Dlaczego nie zakazuję uczestniczenia w Novus Ordo?

 


Takie oto pytanie skierował do mnie pewien człowiek, będący widocznie pod wpływem propagandy uprawianej przez FSSPX. 

Odpowiedź jest prosta: nie zakazuję, ponieważ nie mam takiej władzy i sobie jej nie uzurpuję. 

Z teologicznego punktu widzenia nie ma też podstaw do takowego zakazu, jeśli uznaje się sakramentalną ważność Novus Ordo. 

Członkowie FSSPX zarówno w swoich publicznych wystąpieniach, jak też - i to bardziej stanowczo - w prywatnym kierownictwie duchowym głoszą, że nie należy uczęszczać na Novus Ordo, gdyż oznacza to zagrożenie dla wiary. Oto dobitny przykład:

Tym samym wartość katechetyczno-pedagogiczna liturgii jest stawiana ponad wartością sakramentalną, czyli otrzymywaniem łask, które się odbywa, skoro Msza św. jest ważna (jak oficjalnie głosi FSSPX). To jest myślenie protestanckie, przez sprowadzenie liturgii do jej wymiaru katechetyczno-pedagogicznego. 

Zresztą fakt, że zdecydowana większość wiernych przekonanych obecnie do liturgii tradycyjnej wychowywała się w Novus Ordo, świadczy o tym, że jednak można poznać, zachować i nawet zgłębić wiarę katolicką także w strukturach Novus Ordo. 

Moim zadaniem jest nauczanie wiary katolickiej bez nieskażenia błędami współczesności, by każdy wierzący był w stanie samodzielnie rozeznać, która liturgia bardziej odpowiada tej wierze. Na tym polega dojrzałość wiary. Każdy powinien sam roztropnie ocenić, gdzie jego wiara nie jest obrażana, niszczona czy poniewierana, a gdzie może w spokoju i zgodzie modlić się i przyjmować sakramenty. 

Problem jest więc zasadniczo w traktowaniu wiernych przez FSSPX: są traktowani jak wyznawcy sekty, nie jak rozumne istoty, zdolne do rozsądnego wyboru w świetle wiary katolickiej. FSSPX gromadzi osoby, które dostrzegają w strukturach Novus Ordo problemy liturgiczne (Komunia na stojąco, dołapna, szafarze świeccy itp.) i teologiczne (ekumenizm itp.), i szukają liturgii, nauczania i opieki duszpasterskiej zgodnej z wiarą katolicką. Bardzo często, a raczej nawet z reguły są to osoby, które przeszły w jakimś stopniu formację we wspólnotach typu "charyzmatycy" czy "neokatechumenat". Zwykle efekt jest taki, że osoby te przechodzą z jednej wersji sekciarstwa do drugiej, tym razem niby tradycjonalistycznej czy raczej lefebvriańskiej. Zasada i mentalność jest ta sama: ślepe, irracjonalne zapatrzenie w przywódców, którzy ze swej strony też tego oczekują i tak właśnie tresują swoich wyznawców. Dobitnym przykładem jest sprawa jarosławska, o której było niegdyś (tutaj). Na tym i też na wielu innych przykładach widać wyraźnie, że "bractwu" (FSSPX) zależy nie na udzielaniu wiernym sakramentów tradycyjnych, lecz na związaniu ich ze sobą i to wyłącznie ze sobą, wraz z dość bezczelnym wykorzystywaniem ich. Tak działają sekty, nie Kościół katolicki. 


Jak odnieść się do dokumentów Vaticanum II?


Odpowiedź jest właściwie prosta. Należy się odnosić

- zdroworozsądkowo

- w świetle prawd wiary katolickiej czyli znajomości tradycyjnego katechizmu katolickiego.

Prawdy wiary katolickiej mają bez wątpienia rangę wyższą niż dokumenty Vaticanum II, które zostały z góry określone jako pastoralne a nie dogmatyczne. Wprawdzie dwa dokumenty zostały nazwane "konstytucjami dogmatycznymi" (Dei Verbum i Lumen Gentium), jednak nie zawierają one żadnej definicji dogmatycznej i tym samym nie mają rangi dogmatycznej. Ranga dogmatyczna zawsze wynika z treści, nie odwrotnie. 

Innymi słowy: katolika obowiązują jedynie te treści z dokumentów Vaticanum II, które są zgodne z prawdami wiary katolickiej oraz z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Odpowiada to zadeklarowanemu celowi tego zgromadzenia biskupów: nie podawanie nowej nauki lecz podawanie dotychczasowego nauczania Kościoła w sposób bardziej przystępny dla współczesnego człowieka. Osobną jest kwestia, na ile ten cel został rzeczywiście zrealizowany zarówno w samych dokumentach jak też w ich odbiorze. Osobiście uważam, że nie. Z prostego powodu, mianowicie z powodu mętności, pomieszania i też ewidentnych absurdów (jak np. twierdzenie, że razem z muślimami modlimy się do jednego Boga). 

Z całą pewnością znajomość dokumentów Vaticanum II nie jest przeciętnemu katolikowi konieczna do zbawienia duszy. Brak znajomości jest o tyle zrozumiały, że są one wyjątkowe mętne i rozgadane. Znajomość ta obowiązuje natomiast każdego teologa oraz każdego kto chce się wypowiadać w temacie. Wielu bowiem powołuje się na "sobór" przypisując mu coś, czego nie ma jego dokumentach bądź co może jest nawet z nimi sprzeczne. 


O pozarodzinnym świętowaniu wigilii



Mówiąc brutalnie: urządzanie wieczerzy wigilijnej najpierw poza domem, czyli już w adwencie, to pomysł szatański. 

On się wziął z protestantyzmu, który nie zna wieczerzy wigilijnej w sensie katolickim, choć zna świąteczną kolację - całkowicie niepostną, bo nie uznają postu w wigilię - z obdarowywaniem, co ma zastępować katolickie świętowanie św. Mikołaja. W miłej tradycji bardziej cywilizowanego industrializmu szefowie firm zapraszali swoich współpracowników na jakiś poczęstunek świąteczny połączony z życzeniami i małymi upominkami. Zwyczaj ten jest nadal praktykowany we wielu krajach zachodnich, także niegdyś katolickich. 

Natomiast zupełnym absurdem jest urządzanie w zakładach pracy, szkołach itp. quasi wieczerzy wigilijnej (w znaczeniu katolickim) PRZED właściwą wigilią. Jest to absurd z wielu powodów:

- zatracenie czy jakby przerwanie charakteru adwentu jako czasu pokutnego przygotowania na Boże Narodzenie, 

- zatracenie pierwszeństwa rodziny w świętowaniu Bożego Narodzenia, które przecież nawet w świadomości laickiej mają charakter najbardziej rodzinny. 

Czym innym są oczywiście wieczerze wigilijne w sam dzień 24 grudnia organizowane dla osób samotnych, starszych i chorych, które same nie są w stanie przygotować, a nie są też zapraszane do rodzin. 

Szczególnie gorszące jest, gdy w haniebnym procederze, który jest dość głupim przejęciem zwyczajów protestanckich, uczestniczą duchowni. Powinni oni raczej wpłynąć tak, by ten pseudozwyczaj pseudonowoczesny skorygować. Otóż można takową wieczerzę urządzić PO świętach. Wtedy zresztą też zwykle zbywa wiele żywności i smakołyków z przygotować w domach, wtedy też jest czas na spotkania. I wtedy jest też sens zrobić coś takiego, przy zachowaniu pierwszeństwa rodziny. 

O sekcie wojtyliańskiej

Problem jest niestety częsty w Polsce obecnie. Wynika to z tego, że obecnie w Kościele polskim - i też poniekąd w dziedzinie publicznej - nadają ton ludzie, których wiara, pobożność i ogólnie mentalność została ukształtowana nie tylko przez samego Jana Pawła II za jego długiego pontyfikatu, lecz jeszcze bardziej przez kult jego osoby uprawiany już za jego życia. Przyczyny tego kultu są różne, a główną jest narodowy komplex niższości, który po wyborze papieża-Polaka wyraził się w irracjonalnym i tym samym niekatolickim uwielbieniu. Dowodem na irracjonalność tego uwielbienia jest nieznajomość i tym samym lekceważenie jego nauczania, a to aż tak jaskrawe, iż nie pamięta się i nie upamiętnia nawet przestrzeni kościelnej szczególnie znamiennych i aktualnych elementów, zwłaszcza w dziedzinie moralnej. Zachłystywanie się papieżem-Polakiem sprowadzało się najpóźniej od lat 90-ych do płytkiej dumy z faktu jego zaistnienia jako balsamu na niskie poczucie narodowej wartości oraz pożywki dla dumy z wielkiego rodaka. 

Obecnie wiąże się to z jednej strony z zatrważającą ignorancją teologiczną wśród duchowieństwa, a z drugiej ze strachu przed wyzwaniem obecnym w postaci oddalania się zwłaszcza młodzieży od Kościoła, który wręcz odruchowo prowadzi do kurczowego a niedojrzałego chwytania się tego, co ożywiało i oświecało niegdyś własną młodość, czyli świetlistej postaci, nawet wręcz idola tamtego czasu. Obnaża to bezradność, a także oderwanie od rzeczywistości współczesnych ludzi, szczególnie młodych. Usiłowanie wpojenia im zachwytu dla papieża-Polaka skutkuje - i musi skutkować - raczej drwiną, czy przynamniej niezrozumieniem i politowaniem. 

Tyle tytułem wstępu co do kontextu historycznego. Teraz bardziej teologicznie. 

Oczywiście wolno a nawet należy krytycznie - czyli w rozumnym odróżnieniu prawdy od fałszu, dobra od zła - do postaci także Jana Pawła II, tak samo jak do innych osób, także kanonizowanych. Tylko sam Pan Bóg Trójjedyny jest doskonały i doskonale święty. Także prawdziwi święci mieli swoje słabości i błędy. Według wiary Kościoła jedynie Boże Objawienie jest nieomylne, gdyż pochodzi od samego Boga. Oznacza to, że słowa i czyny papieży, które nie są nieomylnym nauczaniem prawdy objawionej przez Boga, podlegają dyskusji i osądowi, oczywiście w świetle tychże prawd wiary. 

Tak więc, jeśli ktoś traktuje osobę, słowa i czyny Jana Pawła II jako autorytet wyższy czy choćby równy z Bożym Objawieniem, to nie jest katolikiem, lecz wyznawcą sekty wojtyliańskiej.

Dla katolika najwyższym autorytetem są prawdy wiary katolickiej. Także papieże są nieomylni wyłącznie wtedy, gdy nauczają tej prawdy, a nie w swoich własnych naukach czy poglądach. 

W świetle tej zasady wolno i należy oceniać ogół działalności papieża-Polaka, bez bałwochwalczego czyli irracionalnego uwielbienia dla wszystkiego co mówił i czynił. Tylko podejście trzeźwe, rozumowe ma przyszłość, także w odniesieniu do jego postaci. 


Wysyp hochsztaplerów i oszustów: x. Grzegorz Strzelczyk o Soborze Trydenckim

 

Jedną z aktualnych gwiazd skrajnego modernizmu w Polsce jest x. Grzegorz Strzelczyk, o którym już była tutaj mowa (tutaj, tutaj, tutaj). Promowany jest intensywnie i stale przez takie heretyckie organy pseudokatolicyzmu jak "Gość Niedzielny", "Więź" i wiadomy "Tygodnik" z Krakówka. Ostatnio popisał się jakby zaczepnie w stronę tzw. tradycjonalistów czyli "trydenciarzy", a to w sposób jak zwykle niekompetentny i zakłamany. Oto charakterystyczny fragment dotyczący jednego z głównych tematów i problemów w Kościele współczesnym:


On zmierza oczywiście do tego, że władza kościelna może zmieniać dowolnie liturgię według czasu i okoliczności. Porównajmy to z treścią dekretu soborowego, do którego on się tutaj odnosi. Podaję w kontekście, by można było się także z nim zapoznać dla właściwego zrozumienia:



Oczywiste jest, że sobór odnosi się do Komunii św. pod jedną postacią, broniąc tej praktyki przed herezją tzw. utrakwistów i kalikstynów, którzy domagali się spożywania obydwóch postaci eucharystycznych przez wszystkich, także przez świeckich, powołując się na praktykę starochrześcijańską (jej historyczność to osobna kwestia). Innymi słowy: wprowadzenie czy raczej upowszechnienie Komunii św. pod jedną postacią jest według soboru przykładem praktyki Kościoła w dziedzinie liturgii, czyli ustanawiania obrzędów i wprowadzania zmian. Oto kluczowy fragment w dokładnym tłumaczeniu roboczym:

"Przeto [sobór] orzeka, że w Kościele odwiecznie była ta władza, żeby w udzielaniu sakramentów przy zachowaniu ich istoty ustanawiała bądź zmieniała to, co uznaje za bardziej służące pożytkowi przyjmujących lub czci samych sakramentów według różności rzeczy czasów i miejsc."  

Jak widać, to zdanie

- dotyczy jedynie sposobu udzielania sakramentów, czyli tego, co się odnosi do przyjmujących sakrament,

- dotyczy zarówno ustanawiania jak też wprowadzania zmian w obrzędach, 

- istota danego obrzędu musi być zawsze zachowana, 

- celem ustanawiania bądź zmian w obrzędach musi być pożytek wiernych lub zwiększenie czci dla sakramentów, 

- nie chodzi więc o ślepe dostosowywanie obrzędów do czasu i miejsca, tzn. nie czas i miejsce są wyznacznikami, lecz pożytek wiernych oraz cześć dla sakramentu. 

Nie ulega wątpliwości, że kryteria te są spełnione w zmianie polegającej na odejściu od udzielania wszystkim Komunii św. pod dwiema postaciami: 

- sprawa dotyczy wyłącznie sposobu przyjęcia, nie istoty przyjęcia, gdyż także pod jedną postacią przyjmuje się całego Jezusa Chrystusa (a to właśnie negowała część heretyków),

- celem jest zmiany jest ułatwienie wiernym przyjmowania Komunii św. zwłaszcza przez to, że praktycznie tylko postać chleba nadaje się do przechowywania dla Komunii św. chorych i wiatyku, a także przez to, że przyjmowanie Komunii św. tylko pod postacią chleba zabezpiecza Najświętszy Sakrament przed profanacją, gdyż wino może łatwo może zostać rozlane i jego całkowite zebranie jest praktycznie niemożliwe.  

Oczywiście pewne jest, że właśnie te słowa z dekretu Soboru Trydenckiego przyświecały ojcom na Soborze Watykańskim II i że za taką właśnie reformą oddali swoje głosy w głosowaniu nad konstytucją o liturgii "Sacrosanctum Concilium". 

Jak to się ma do wprowadzenia Novus Ordo Missae oraz zmian w innych sakramentach i sakramentaliach po Vaticanum II? 

Po pierwsze, wprowadzono obrzędy i zmiany dotyczące nie tylko sposobu udzielania sakramentów lecz także ich treści a nawet istoty. Istotą sakramentów nie stanowią jedynie materia i forma oraz pozostałe warunki ważności danego sakramentu, lecz przede wszystkim treść, zwłaszcza określona w definicjach dogmatycznych. Tak więc istotą Sakramentu Chrztu św. jest zmazanie grzechu pierworodnego oraz udzielenie łaski uświęcającej. Istotą Sakramentu Eucharystii jest Ofiara Nowego Przymierza, a nie pamiątka Ostatniej Wieczerzy, jak sugeruje obecnie powszechna postać praktykowania Novus Ordo, która jest bliższa herezji protestanckiej niż istocie tego sakramentu według dogmatów wiary katolickiej. Przy tym nie ulega wątpliwości, że motywem zmian, których wynikiem jest Novus Ordo Missae, jest zbliżenie do protestantyzmu, o czym świadczy chociażby fakt powołania na doradców komisji tworzącej zreformowaną liturgię całego grona teologów protestanckich. Nie ulega też wątpliwości, że wprowadzone zmiany nie posłużyły ani pożytkowi wiernych, ani zwiększeniu czci dla Najświętszego Sakramentu, lecz wręcz przeciwnie: wynikiem zmian była katastrofalna zapaść co do wierności prawdom wiary katolickiej co do istoty Sakramentu Eucharystii oraz niebywale powszechne nadużycia i profanacje godzące wprost w tę istotę oraz w elementarny szacunek dla Najświętszego Sakramentu. Tego x. Strzelczyk widocznie nie dostrzega, bo nie chce dostrzegać.  

A przy okazji x. Strzelczyk popisał się swoim poziomem intelektualnym także w następującym zdaniu:


No cóż, to jest błąd językowy na poziomie elementarza, więc szczególnie haniebne jest, że ktoś po studiach teologii, z doktoratem i to uczący innych teologii (niestety skrajnie modernistycznej) nie zna łaciny na poziomie podstawowym, choć usiłuje sprawić wrażenie uczonego i to znającego łacinę. Otóż oficjalny tytuł tego katechizmu brzmi: Catechismus ad parochos czyli "katechizm skierowany do proboszczów". A wypadałoby, żeby doktor teologii znał tak proste, wręcz elementarne kościelne słowo parochus oraz jego prawidłową odmianę. Jeśli już wysilił się na swoją - zmyśloną - wersję tytułu katechizmu, to powinien powiedzieć "ad usum parochorum" (parochis to dativus i ablativus pluralis, więc tutaj zupełnie bez sensu). 

To jest przypadek dość typowy dla elyty modernistycznej w Polin. Czekamy na następne kompromitacje tego grona. 

Apologeta "reformatora" M. Z. w natarciu: x. Rafał Jarosiewicz

                                    

Jako jeden z obrońców M. Zielińskiego - przeciw D. Mysiorowi - zadziałał znany również z internetów x. Rafał Jarosiewicz z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Oto jego wypowiedź:




Po pierwsze, x. Jarosiewicz potwierdza, że w żadnym dokumencie - także po V2 - nie ma określenia "bracia we wierze" w odniesieniu do protestantów. 

Po drugie, x. Jarosiewicz wykazuje brak zrozumienia albo brak woli zrozumienia (albo jedno i drugie) prostych słów, czyli istotnej różnicy zarówno językowej jak też teologicznej między określeniem "bracia w Chrystusie" i określeniem "bracia we wierze". 

Wyjaśniam: To pierwsze określenie jest o tyle zrozumiałe i do obronienia, że

- protestanci powołują się na Jezusa Chrystusa, a niektórzy - mimo swojej fałszywej wiary - być może subiektywnie szczerze miłują Jezusa Chrystusa, 

- katolik powinien miłować w Chrystusie także heretyków, zwłaszcza tych, którzy urodzili się w herezji i szczerze szukają prawdy. 

Po trzecie, wszystkie główne dokumenty po V2 - konkretnie Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r. jak też Katechizm Kościoła Katolickiego z 1991 r. - mówią o herezji jako przewinieniu przeciwko wierze, które skutkuje automatyczną karą exkomuniki czyli wyłączenia z widzialnej wspólnoty Kościoła. Oczywiście jest pewna trudność w pogodzeniu tej zasady z określeniem "bracia w Chrystusie", jednak jest to możliwe - przy sporej dozie dobrej woli - według tego, co podałem powyżej. 

Tak więc:

Po czwarte, określenie "bracia we wierze" jest wynalazkiem kogoś, kto albo nie rozumie znaczenia prostych słów, albo odrzuca także dokumenty wydane po V2 jak KPK oraz KKK, albo ich nie zna, mimo że powinien, skoro się wypowiada w temacie. 

Wyjaśniam:

Już samo pojęcie wiary jest zupełnie różne w rozumieniu katolickim i w ujęciu protestanckim. Także o tym mówią dokumenty jak KPK oraz KKK: 







Tego rozumienia wiary nie da się pogodzić z ujęciem protestanckim. Wprawdzie protestanci nie mają całkowicie jednolitego nauczania nawet w tej kwestii, są jednak źródła, z którymi się wszyscy protestanci zasadniczo zgadzają, a jest to przede wszystkim ich wyznanie wiary zwane Confessio Augustana, które stanowi formułę podającą w sposób umiarkowany to, co łączy wszystkich protestantów. Oto istotny fragment (źródło tutaj): 







W skrócie:

- Pojednanie z Bogiem i tym samym łaskę Bożą zdobywa się wyłącznie przez wiarę w to, że przez Jezusa Chrystusa otrzymujemy przebaczenie grzechów. 

- "Kto mniema, że to [= pojednanie z Bogiem] otrzymuje przez dobre uczynki i przez nie zasługuje na łaskę, ten gardzi Chrystusem i szuka własnej drogi do Boga wbrew Ewangelii."

- Wiara prawdziwa jest pewnością tego, że "z powodu Chrystusa ma łaskawego Boga", czyli jest "zaufaniem Bogu, że jest nam łaskawy". 

Jak widać, jest to zupełnie inne pojęcie wiary niż katolickie, aczkolwiek to pojęcie jest poniekąd zawarte w katolickim, ale przez to, że jest oderwane od całości katolickiego rozumienia, staje się fałszem, gdyż jest odwracane przeciw całości i sprzeciwia się całości, czyli protestuje przeciw całości (jak przystało na protestantów). 

Innymi słowy: protestanckie pojęcie wiary polega na sprzeciwie wobec katolickiego rozumienia wiary jako przyjęcia prawdy objawionej przez Boga i nauczanej przez Kościół. Zredukowanie wiary do "pewności" i "zaufania" w przebaczenie grzechów wyłącznie z łaski jest wymierzone przeciw temu, jak Kościół zawsze rozumie wiarę. Tym samym wiara protestantów jest w swoim rdzeniu istotnie inna niż wiara katolicka, mimo pewnych elementów wspólnych - tzw. artykułów wiary - w formule wyznania wiary. 

W przypadku "charyzmatyków" mamy dość wyraźnie do czynienia z protestanckim ujęciem wiary, gdyż oni milczą i tym samym milcząco negują sporą część katolickich prawd wiary, czyli te specyficznie katolickie. Nigdy nie nauczają o wartości zbawczej dobrych uczynków, o Tradycji Kościoła jako źródle Bożego Objawienia, o hierarchicznym ustroju Kościoła (choć udają wierność hierarchii, a konkretnie wobec tych hierarchów, którzy ich popierają), o sakramentach, zwłaszcza o Realnej Obecności, o sakramentalności małżeństwa, o sakramencie święceń, o przywilejach i kulcie Matki Najświętszej i świętych Pańskich, o modlitwie za zmarłych czyli o czyśćcu. Nie ma też nic o nierozerwalności małżeństwa, ogólnie o etyce małżeńskiej i sexualnej. To są dla nich tematy tabu czyli nieobecne, co de facto oznacza wspólnotę wiary z protestantami, nie z Kościołem katolickim, choć formalnie do niego przynależą.  

Te fakty świadczą o tym, że tzw. charyzmatyzm jest machiną podstępnej protestantyzacji w łonie Kościoła katolickiego, nawet jeśli - póki co - zachowywane są takie elementy jak adoracja Najświętszego Sakramentu. Duchowni są uspakajani tym, że przecież ludzie się modlą, spowiadają itp., że masowo przychodzą. Nie zadają sobie trudu, bo rzetelnie zbadać, kim jest Marcin Zieliński i jemu podobni, i by dostrzec, co się kryje pod pozorami. A skutki duchowe są fatalne i będą jeszcze bardziej fatalne, gdyż każde oszustwo wcześniej czy później jest demaskowane, powodując ogromne szkody dla wiarygodności Kościoła. 


Czy Marcin Zieliński naucza zgodnie z nauczaniem Kościoła?


W związku z ostatnimi wpisami odnoszącymi się to debaty Mysiora z Zielińskim pojawiły się oczywiście wściekłe reakcje. Oto przykład:



Czy Zieliński rzeczywiście jest wierny nauczaniu Vaticanum II, na który się regularnie lubi powoływać? Niestety nie. Przykładem jest owo określenie "bracia we wierze" odnośnie do protestantów. Otóż tego określenia nie ma w ŻADNYM dokumencie Vaticanum II i w żadnym innym oficjalnym. To jest wymysł Zielińskiego albo któregoś z jego mentorów i promotorów.

Ponadto Zieliński notorycznie ignoruje deklarację Kongregacji Doktryny Wiary "Dominus Jesus" z roku 2000, która wyraźnie mówi, że wspólnotom protestanckim nie przysługuje miano "Kościoły". Zieliński bowiem regularnie mówi o "Kościele" czy "Kościołach" w odniesieniu do protestantów. 

To jest kolejny dowód na to, że on jest obłudnikiem i oszustem, który zwodzi katolików do herezji protestanckiej. 

I jeszcze istotna uwaga co do zarzutu anonimowego komentatora, który wysłał swoją powyższą krytykę. Wygląda na to, że napisał ją jakiś duchowny, nie mniej obłudny niż sam Zieliński. 

Wyjaśniam: Oczywiście, Duch Święty nie przestaje prowadzić Kościoła poprzez wieki, lecz z całą pewnością nie zaprzecza sobie i nie może zaprzeczać. Tym samym cokolwiek sprzecznego z odwiecznym nauczaniem Kościoła pojawia się w dokumentach nawet oficjalnych, to z całą pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego. Anonimowy komentator widocznie nie odróżnia między Bożym Objawieniem, które jest nieomylne, a dokumentami Magisterium, które mogą być omylne i de facto są omylne, zwłaszcza jeśli podają coś, co jest sprzeczne z Bożym Objawieniem czy to zdefiniowanym dogmatycznie, czy choćby z wnioskami teologicznymi z Bożego Objawienia, których Kościół stale nauczał.