Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Jak w świetle teologii katolickiej należy podchodzić do działalności Marcina Zielińskiego? (z post scriptum)



W sprawie M. Zielińskiego chodzi o tematykę zaliczaną w teologii katolickiej do dziedziny proroctwa. Obejmuje ona wszelkie nadzwyczajne zjawiska, które mogą być czy są przypisywane czy to działaniu Ducha Świętego w Kościele, czy siłom demonicznym. Teologiczne badanie tych zjawisk jest całościowe i obejmuje zarówno podmiot jak też przedmiot.

1. Aspekt podmiotowy dotyczy osoby, przez którą odbywa się domniemane działanie Duch Świętego, czyli
- jej zdrowie cielesne i psychiczne,
- zdolności, czyli naturalne sprawności, oraz
- stan moralny.
Chodzi o ocenę zarówno wiarygodności tej osoby, jak też prawdopodobieństwa posługiwania się nią przez Ducha Świętego.

2. Aspekt przedmiotowy dotyczy zarówno treści danego przesłania, jak też charakteru i rodzaju działania. Istotna jest tutaj reguła, że znaki - czyli cuda i proroctwa w sensie ścisłym, tzn. przepowiadanie przyszłości czy ujawnianie rzeczy ukrytych przed wiedzą ludzką i naturalnie dla niej niedostępnych - służą potwierdzeniu i uwiarygodnieniu przekazywanej treści. Ma to szczególne znaczenie w przypadku tzw. objawień prywatnych, które zwykle przekazują jakąś treść. Jednak także inne fenomeny nadzwyczajne są związane przynajmniej pośrednio z jakąś treścią, która ma znaczenie teologiczne (o tym w odniesieniu do działań tzw. charyzmatyków powiem poniżej). Tak więc:
- treść musi być zgodna z Bożym Objawieniem przekazanym w Tradycji i Piśmie św., oraz
- musi być skierowana na zbawienie dusz, czyli cel nadprzyrodzony.
W obydwu aspektach chodzi o badanie odnośnie nadprzyrodzonego, czyli boskiego pochodzenia danego fenomenu. Istotne jest tutaj, że chodzi o pochodzenie od Boga. Często pojęcie nadprzyrodzoności jest mylone z pojęciem nadczłowieczeństwa. Wówczas działanie szatańskie zaliczane jest do tak - fałszywie - rozumianej nadprzyrodzoności. W terminologii teologii katolickiej nadprzyrodzoność oznacza działanie właściwe wyłącznie Bogu, a żadnemu stworzeniu. Tym samym nie każde działanie przekraczające zdolności człowieka jest nadprzyrodzone. Działanie demoniczne przewyższa zdolności ludzkie, ale nie jest nadprzyrodzone w znaczeniu teologicznym. Jest to istotne rozróżnienie.
Zastosujmy te kryteria (ich wykład można łatwo znaleźć w każdym tradycyjnym podręczniku teologii duchowości) do tego, co publicznie wiadomo czy można się dowiedzieć o Marcinie Zielińskim i jego działalności.

ad 1.

M. Zieliński człowiekiem inteligentnym, bez widocznych objawów schorzeń fizycznych, psychicznych czy zaburzeń emocjonalnych. Nie wiadomo nic o ewidentnych problemach natury moralnej. Według autoświadectwa czyta często Pismo św., modli się, przyjmuje Sakramenty św.
Został wychowany w rodzinie katolickiej. Już w młodym wieku, przed swoim "nawróceniem" we wieku 15 lat, był zainteresowany sprawami wiary, skoro bywał na spotkaniach charyzmatycznych w Łodzi u jezuitów. Miał też poparcie i bodźce rodziny w tym kierunku. Sam wyznaje, że robi obecnie to, o czym od dawna marzył. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że już w bardzo młodym wieku fascynowały go oglądane seanse charyzmatyczne. Wyznaje, że od dawna pragnął pomagać chorym w taki sposób. Podsumowując należy stwierdzić, że każdy ten element świadczy o osobistej zarówno skłonności jak też dążeniu do tego typu działalności, nawet za cenę pewnych wyrzeczeń. W tym znaczeniu są to czynniki naturalne, nie nadprzyrodzone w znaczeniu bezpośredniego działania Bożego. 

Warto zwrócić uwagę na pewne szczegóły, które łatwo przeoczyć:

- Marcin nie porzucił nic ze swoich zwykłych ulubionych zajęć, marzeń i planów. Wprawdzie w momencie "nawrócenia" deklaruje oddanie swego życia Bogu, jednak przyznaje, że sprawy toczą się zgodnie z jego własnymi pragnieniami. Krótko: brak w tej działalności ewangelicznego porzucenia wszystkiego dla Jezusa Chrystusa. Jest owszem dyscyplina, chyba też swego rodzaju poświęcenie się tej - jak widać powyżej finansowo dość dochodowej - misji, jednak nie ma ewangelicznych cech pójścia za Jezusem Chrystusem, opisanych chociażby w Ośmiu Błogosławieństwach i przykładzie Apostołów (porzucenie wszystkiego dla Królestwa Bożego). 
Należy dodać, że na tej swojej działalności "charyzmatycznej" dorobił się pokaźnej fortuny, co także świadczy przeciw pochodzeniu nadprzyrodzonemu. 

- W zalinkowanym wywiadzie (https://www.youtube.com/watch?v=sBcPOQt3ftw) warto zwrócić uwagę na cechy w mimice, która pojawiają się tylko w pewnych momentach: są to grymasy, gdy mówi o działaniu Boga i chwaleniu Boga. Są to bardzo krótkie momenty, które warto zobaczyć w zwolnieniu w połączeniu ze słowami. To są sygnały dość niepokojące.









- We wszystkich swoich wystąpieniach Zieliński sprawia wrażenie opanowanego, przygotowanego i dobrze czującego się w tej roli. Jego "mówienie w językach" wygląda na wyuczone i sztuczne. Nie sposób nie zauważyć, że jego zachowanie jest nadzwyczaj mało emocjonalne i tym samym zupełnie inne niż u typowych tzw. charyzmatyków.

- Zieliński przyznaje, że od wielu lat poddaje się profesjonalnej formacji zarówno biblijnej jak też duchowej, tzn. przez księży. Przyznaje też, że był przez nich zachęcany do swojej obecnej "posługi". Mimo tego nadzoru teologicznego i duchowego popełnił w wystąpieniu na stadionie w Warszawie w lecie 2017 r. (https://www.youtube.com/watch?v=TjDCTqyknYU) poważne i tchnące herezją, a nawet apostazją bluźnierstwo, porównując obecność Ducha Świętego w człowieku do obecności Syna Bożego w łonie Maryi Dziewicy. W tym szczególnie wyexponowanym wątku nazywa Matkę Bożą "prorockim obrazem" człowieka "napełnionego Duchem Świętym", gdyż taki człowiek "jest w ciąży z Bogiem". Po pierwsze bluźniercze jest określenie "obraz" w tym kontekście, gdyż obraz jedynie wskazuje na właściwą rzeczywistość. Jest to więc pośrednia negacja realności Bożego Macierzyństwa Maryi. Po drugie jest to pomieszanie cielesnej obecności Syna Bożego w łonie Maryi Dziewicy z czysto duchową obecnością Ducha Świętego w człowieku, która zależy od stanu łaski człowieka. Po trzecie jest to przynajmniej rozmycie, jeśli nie wręcz negacja istotnej różnicy między działaniem Ducha Świętego w Dziewicy Maryi, która była bez grzechu, a Jegoż działaniem w grzesznym człowieku. Tym samym jest to przynajmniej pośrednia negacja absolutnej wyjątkowości godności i posłannictwa Matki Bożej (w żadnej ze znanych mi wypowiedzi Marcin nie mówi o wyjątkowości Maryi).
Przeszliśmy tym samym do aspektu przedmiotowego.

ad 2.

Przedmiotem bezpośrednim działalności Zielińskiego jest "posługa uzdrawiania". Powołuje się on przy tym na posłanie Pana Jezusowe. Pomija jednak, że według słów Zbawiciela znaki mają jedynie towarzyszyć, a nie być główną treścią czy celem działalności uczniów. W posłannictwie Apostołów i Kościoła zasadnicze jest nauczanie czyli głoszenie prawdy objawionej. Znaki mają jedynie potwierdzać wiarygodność świadectwa o Jezusie Chrystusie. Odwrócenie tego związku jest zafałszowaniem Ewangelii.

Zieliński apeluje do doświadczenia jako relacji z Bogiem. Deklaruje to jako swój cel. Świadomie i programowo nie chce przekazywać treści, lecz chce "uzdrawiać". Oferuje swoją modlitwę za kogoś, a opowiada właściwie tylko o swoich "uzdrowieniach" (oprócz wątków autobiograficznych).
Zieliński wzywa do "modlitwy uwielbienia", powołując się na napomnienia jakiegoś kapłana. Rzeczywiście jest to ważne przypomnienie. Aczkolwiek warto przypomnieć, że tradycyjna liturgia katolicka jest zasadniczo i przede wszystkim uwielbieniem (w odróżnieniu of Novus Ordo, gdzie pouczenie i prośby są mocno wyexponowane).

Tak więc treść działalności Zielińskiego sprowadza się do "uzdrowień" i to w specyficznym sensie. Nie są to uzdrowienia w znaczeniu cudów uznawanych przez Kościół po rzetelnym, naukowym, medycznym i teologicznym zbadaniu. Są to tylko osobiste przeżycia odnośnie ustania objawów dolegliwości. Wiadomo, że w chorobach psychosomatycznych oddziaływanie duchowe i emocjonalne może mieć znaczny wpływ na samopoczucie. Nie ma to jednak nic wspólnego z cudami w znaczeniu teologicznym. By w sposób zasadny mówić o uzdrowieniach czyli cudach, konieczne byłoby zbadanie przynajmniej niektórych przypadków według kryteriów stosowanych przez Kościół czy to w Lourdes czy w procesach beatyfikacyj i kanonizacyj. Biskup miejsca jest zobowiązany powołać komisję kanoniczną, dokładniej dwie niezależne komisje, medyczną i teologiczną, które powinne w ramach swoich kompetencji badać i orzekać o domniemanych uzdrowieniach. O ile mi wiadomo, takowa komisja nie została powołana, także nie jest mi wiadome, by Zieliński czy ktoś z jego otoczenia o to zabiegał. Dlaczego więc pozwala się Zielińskiemu na taką działalność w ramach działalności Kościoła bez odpowiedniego zbadania tego, co on sam uznaje za cel i główne przesłanie swojej działalności?

Należy wziąć pod uwagę szerszą treść jego działalności, czyli jej szerszy kontext teologiczny. Jest nim nie tylko szeroko rozumiany tzw. ruch charyzmatyczny, lecz tegoż szczególna gałąź, tzw. ruch neopentekostalny związany z tzw. doświadczeniem z Toronto (Toronto blessing). Chodzi o fenomeny typu pogańskiego obrzędu Kundalini, który ma cechy wyraźnie demoniczne. Podczas spotkania prowadzonego przez Zielińskiego na stadionie (link powyżej) słychać chichot uczestników w ramach "modlitwy uwielbienia". Wygląda na to, że jest to zjawisko typowe dla spotkań przez niego prowadzonych. Głośny chichot w ramach modlitwy może mieć pochodzenie jedynie demoniczne.

Kontext szerszy zawiera także treść charakterystyczną dla całego charyzmatyzmu, czyli pentekostalizm w znaczeniu nie tylko zamazywania różnic między katolicyzmem a protestantyzmem, lecz wręcz przeświadczenie o wyższości protestantyzmu, od którego katolicy przecież przejęli "charyzmaty" względnie ich "przebudzenie", Jest tutaj zawarte mniemanie, jakoby 
1. Kościół przez całe wieki zatracił charyzmaty Ducha Świętego, który 
2. działa także poza Kościołem, a nawet spoza Kościoła. 
Jest to nic innego jak iście protestanckie mniemanie uderzające w Kościół katolicki oraz zatruwające myślenie katolików kategoriami protestanckimi. Ostatecznie jest to negacja widzialności i niezniszczalności Kościoła: od czasów Apostołów aż do "przebudzenia charyzmatycznego" Kościołowi brakowało działania Ducha Świętego, które musiał otrzymać dopiero dzięki protestantom pentekostalnym. Działalność Marcina Zielińskiego, który rozumie siebie jako przynależącego do pentekostalizmu, także zawiera tę fałszywą, heretycką treść, przynajmniej pośrednio.

Podsumowując należy odpowiedzieć na pytanie: jak omówione tutaj po krótce cechy świadczą odnośnie pochodzenia działalności Marcina Zielińskiego?

Odpowiedź wypada jednoznacznie: brak jest znamion wskazujących na nadprzyrodzone czyli boskie działanie w tym, co robi Zieliński. Jego działalność można całkowicie wyjaśnić czynnikami naturalnymi jakimi są wychowanie w rodzinie, wpływ duszpasterzy oraz jego własne pragnienia i ambicje, które nie muszą być wprawdzie z gruntu złe, ale mogą być jedynie ludzkie.
Znajduje to jednoznaczne potwierdzenie w słowach samego Zielińskiego, gdy mówi o swojej książce jako podręczniku, który instruuje, w jaki sposób należy postępować dla osiągnięcia takich samych skutków. Jest to więc kwestia techniki czyli pewnych mechanizmów, a nie działania Ducha Świętego, które jest zawsze wolne i niezależne od naszych działań.
Co więcej: pewne znamiona wskazują dość wyraźnie na działanie demoniczne. Szatan jako duch doskonały może mieć i faktycznie ma wpływ na psychosomatyczną strukturę człowieka. W ten sposób można wyjaśnić owe "uzdrowienia".
Na demoniczny charakter wskazuje zwłaszcza szerszy kontext treściowy, typowy dla całego charyzmatyzmu.

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Zieliński stara się uwzględniać zarówno pobożność maryjną jak też sakramenty święte. Pozostaje jednak pytanie, czy nie jest to jedynie kwestia strategii.

Jak więc wytłumaczyć fakt, że władze kościelne nie tylko pozwalają lecz częściowo nawet popierają działalność Marcina Zielińskiego na szeroką skalę. Czynników jest wiele, począwszy od szukania nowych dróg duszpasterskich aż do niestety częstego braku wiedzy teologicznej także wśród wyższego duchowieństwa. Dochodzi oczywiście sympatyczna aparycja i nadzwyczaj dobre wyszkolenie retoryczne.

Jaką postawę powinien zająć katolik w takiej sytuacji?

Po pierwsze zachować ostrożność i dystans, czyli nie dać się zwieść "cudom", które cudami nie są, bo albo nimi nie mogą być, albo nie zostały jako takie zbadane i zatwierdzone.

Po drugie ubiegać się u władz kościelnych o ustanowienie kanonicznej komisji do zbadania zarówno tych rzekomych uzdrowień, jak też nauk głoszonych przez Marcina Zielińskiego.

Po trzecie kształcić się teologicznie, czytając tradycyjne podręczniki duchowości katolickiej.

Po czwarte modlić się, zwłaszcza do Ducha Świętego i zwłaszcza tradycyjnymi modlitwami, które są zarówno treściowo jak też emocjonalnie autentyczne, głębokie i piękne. Wówczas będą także doświadczenia łaski Bożej, prawdziwe, owocne i trwałe.

Po piąte modlić się także za Marcina i jego fanów o prawdziwe światło Ducha Świętego. Należy docenić dobrą wolę i gorliwość w modlitwie. W połączeniu z prawdziwą wiarą, wiarą katolicką, możliwa jest prawdziwa odnowa duchowa nie tylko w Polsce lecz i na całym świecie.

Chodzi bowiem nie tyle o osobistą karierę czy ambicje Marcina Zielińskiego, lecz o wiarygodność Kościoła i wierność jego posłannictwu. Powiem wprost: skoro niezbadane, wątpliwe, a nawet ewidentnie fałszywe tzw. uzdrowienia w ramach działalności Zielińskiego są przedstawiane jako działanie Ducha Świętego czy Jezusa Chrystusa, to jest to perfidny atak nie tylko na wiarygodność Kościoła lecz także na prawdziwość Pisma św. oraz na mesjańską godność Jezusa Chrystusa, poświadczoną przez prawdziwe znaki i cuda opisane w Nowym Testamencie. Jest to prosta droga nie tylko do ośmieszenia Kościoła, lecz także do masowej apostazji tych, którzy wpierw naiwnie uwierzyli zarówno w te rzekome cuda, jak też Kościołowi, który pozwala na takie spektakle i tym samym ochrania swoim autorytetem. Oby jeszcze nie było za późno.





P. S. 1

Znamienne jest, że w reakcji na ten wpis otrzymałem setki wiadomości spamowych i to akurat po angielsku. Oto mały wycinek:



Świadczy to z pewnością o szerokich, zagranicznych powiązaniach tego człowieka.



P. S. 2

W reakcji nastąpił atak ze strony duchownego powiązanego z pseudocharyzmatyzmem:


W ODPOWIEDZI NA POLEMIKĘ x. Tomasza Szałandy
ad 1. Twierdzenie, jakoby omawianie tej sprawy w kategorii proroctwa świadczyło o braku kompetencji czy precyzji i solidności jest, oględnie mówiąc, grotestkowe. Autor widocznie nie zna dzieł wielkich teologów katolickich w tej tematyce. Oczywiście nikt nikomu nie zabrania omawiać tej kwestii w ramach traktatów o peumatologii czy charytologii. Jednak po pierwsze klasyczna teologia katolicka zajmuje się tym tematem w traktacie o Objawieniu Bożym. Po drugie aprioryczne przyporządkowanie do pneumatologii czy charytologii trąci dość wyraźnie prostym błędem logicznym petitio principii: z góry zakłada się, że chodzi o działanie Ducha Świętego względnie łaski, podczas gdy kwestią pierwszą i zasadniczą jest rozeznanie pochodzenia danego fenomenu.
ad 2. W kontekście jest dość jasne i też zostało jasno powiedziane. Przykład Apostołów i świętych w całej historii Kościoła jest jednoznaczny: naśladowanie Chrystusa i działanie w mocy Ducha Świętego zawsze związane było z drogą rad ewangelicznych. Marcin sam wyznaje, że nie musiał nawet ze studiów zrezygnować i też nie zamierza zrezygnować z rodziny. Tak więc z całą pewnością nie jest to droga całkowitego oddania się na posługę ewangeliczną. Jak on sobie wyobraża wychowywanie dzieci w sytuacji jeżdżenia po Polsce i świecie z "posługą"?
ad 3. Grożenie procesem o zniesławienie za zwrócenie uwagi na grymasy, które każdy sam może zobaczyć na publicznym kanale, lecz również groteskowe. I żałosne. Świadczy o stanie intelektualnym, duchowym i psychicznym.
ad 4. Jeśli ktoś powtarza ciągle ten sam czy nieznacznie modyfikowany zlepek sylab, które nie są i nie mogą być językiem (język to według definicji lngwistycznej system znaków służący komunikacji werbalnej), to nie jest to naturalne, ani nie może być nadprzyrodzone w znaczeniu teologii katolickiej. Sprecyzuję: mam podejrzenie, że Marcin sobie ten zlepek sylab sam wymyślił (w tym znaczeniu jest on czymś sztucznym), następnie go sobie wpoił, by nie wysilać swojej fantazji za każdym razem (w tym znaczeniu jest to wyuczone). Zaznaczam: mówię o moim wrażeniu i uzasadnionwym podejrzeniu. Podstawą badawczą jest, że, jak sami "charyzmytycy" przyznają, w lingwistyce nie są znane języki, którymi się oni posługują (aczkolwiek można rozpoznać pewne elementy czy strzępy, bądź pewne podobieństwa zwłaszcza do hebrajskiego). Zgodnie z naukową zasadą parsymonii należy szukać wyjaśnienia w przyczynach bliższych, nie w dalszych. Pomysłowość i zaradność Marcina wystarczy jako wyjaśnienie, więc odwoływanie się do Ducha Świętego jako przyczyny jest nie tylko zbędne lecz wręcz bluźniercze.
ad 5. Wyrywanie zdań z kontextu nie jest uczciwym podejściem. Powtarzam: emocje nie mogą kłamać. Im więcej opanowania, tym bardziej możliwe jest oszustwo. Aczkolwiek nigdy nie twierdziłem, by spokój i opanowanie samo w sobie świadczyło o oszustwie.
ad 6. Bluźnierstwem jest powiedzenie, że ktoś chodzi "w ciąży z Bogiem", czego "proroczym obrazem" jest Matka Boża. Polecam posłuchać wystąpienie podane na youtube pt. Jezus na Stadionie 2017 - Nauczanie II Marcin Zieliński, od minuty około 9:25 (https://www.youtube.com/watch?v=TjDCTqyknYU). Jest bluźnierstwo wielorakie. Polega na
- nazwaniu Wcielenia w Maryi Dziewicy "proroczym obrazem", gdyż obraz jest jedynie obrazem, nie właściwą rzeczywistością,
- interpretowaniu św. Pawłowej metafory o chrześcijaninie jako "świątyni Ducha Świętego" przez mówienie o "chodzeniu w ciąży z Bogiem" i "rodzeniu Chrystusa w ludziach" przez "dawanie doświadczenia Boga", gdyż miesza obecność duchową z obecnością fizyczną, oraz jedyną w swoim rodzaju rolę Matki Bożej z rolą uczniów Chrystusa.
Oczywiście można założyć dobre intencje Marcina i poniekąd "usprawiedliwić" te wręcz skandaliczne słowa brakiem wiedzy i wyczucia teologicznego. Tym samym jest to jeden z niezliczonych dowodów na to, że do poprawnego rozumienia i godnego nauczania Ewangelii nie wystarczą jakieś kursy przyparafialne. Tym niemniej zgorszenie miało miejsce i, o ile wiem, nie zostało dotychczas skorygowane.
ad 7. Marcin mówi kilkakrotnie w wywiadzie w Zambrowie, że uzdrawianie zawsze było jego marzeniem i że tak właśnie rozumie swoje "posługiwanie" (https://www.youtube.com/watch?v=sBcPOQt3ftw). Każdy może to sprawdzić.
ad 8. Owszem, obowiązkiem biskupa miejsca jest powołanie komisji kanonicznej do zbadania rzekomych uzdrowień. Do momentu orzeczenia przez takową komisję o nadprzyrodzonym charakterze tych uzdrowień, obowiązuje według zasad Kościoła ostrożność i sceptycyzm. Tymczasem ma miejsce postępowanie zgoła przeciwne. Motywowanie go Ewangelią byłoby grotestkowe, gdyby nie było kpiną, a właściwie paraprotestancka pogardą dla reguł Kościoła w takich sprawach. A szkodzi to powadze i autorytetowi Kościoła, narażąjąc go na drwiny i posądzanie o łatwowierność.
ad 9. Szanowny Autor ponownie fałszywie posługuje się przykładami. O ŻADNYM świętym Kościoła nie jest poświadczone, by podczas wspólnotowej modlitwy doświadczał napadu chichotu, co by następnie było rozumiane - czy to przez niego czy kogoś innego - jako przejaw działania Ducha Świętego.
ad 10. Autor popełnia kolejny raz podstępne imputowanie wypowiedzi, które nie padły. W kontekście tej sprawy nigdy nie wypowiadałem się odnośnie działania Ducha Świętego poza widzialnym Kościołem. Kwestia jest inna. Polecam rzetelnie przeczytać to, co napisałem był, i uczciwie zinterpretować. Jeszcze raz: to tzw. charazmatycy sugerują, a nierzadko wprost głoszą, jakoby w Kościele nie było charyzmatów od starożytności i że musiały one zostać dopiero wniesione czy "przebudzone" przez protestantów. I jeszcze raz: jest to herezja, a właściwie apostazja negująca świętość i niezniszczalność widzialnego Kościoła.
ad 11. Tutaj x. Tomasz Szałanda zdradza przynajmniej brak elementarnej wiedzy z sakramentologii katolickiej, skoro nie odróżnia istoty i charakteru Sakramentów świętych od charyzmatów, także autentycznych. Czyżby świadomie i z przekonaniem negował działanie łaski Bożej w Sakramentach niezależnie od godności i usposobienia szafarza? Wyjaśnia: według nauczania Kościoła mamy gwarancję działania łaski w Bożej w sakramentach, jeśli spełnione są warunki co do intencji, formy i materii. Zupełnie inaczej ma się sprawa z tzw. znakami, gdyż każdy przypadek musi być poddany zbadaniu przez Kościół. Kościół orzeka w kadym wypadku na podstawie kryteriów pozytywnych i negatywnych. Dopiero w razie orzeczenia o nadprzyrodzoności ("constat de supranaturalitate") wolno mówić o pochodzeniu od Ducha Świętego i posługiwać się tym przypadkiem w nauczaniu wiary. Takie są odwieczne reguły Kościoła, określone także obecnie kanonicznie. Tzw. charyzmatycy nagminnie popełniają wykroczenia przeciw nim i wyrażają tym samym pogardę dla hierarchicznego ustroju Kościoła, w czym naśladują dość wiernie protestantów.
ad 12. Skoro Autor ponownie porównuje Marcinową "posługę uzdrawiania" do sprawowania Sakramentu Chorych, to najwidoczniej ma właściwie zero wiedzy w sakramentologii katolickiej. A jeśli ma wiedzę, to brakuje mu widocznie przekonania w prawdziwość tego, jak Kościół rozumie sakramenty. No cóż. Tak wyraźnym świadectwem własnej heretyckości można być tylko zaszokowanym. I to ze strony opiekuna duchowego i mentora Marcina Zielińskiego...
ad 13. Ponownie typowy zabieg erystyczny, dość prymitywny zresztą: jest założenie a priori, że coś pochodzi od Boga, więc ten, kto ma zastrzeżenia czy wątpi, nie zasługuje na doktorat z teologii. No cóż. Pozostaje już tylko pokłonić się w skruszeniu przed autorytetem teologicznym w osobie x. Tomasza Szałandy...
Zakończenie jest godne całości tej dość żałosnej, wręcz kompromitującej - zarówno dla samego Autora jak też dla jego podopiecznego - polemiki. Nie warto byłoby poświęcić temu ani słowa, gdyby nie była to dobitna i typowa ilustracja stanu intelektualnego i duchowego środowiska, o które chodzi. Jest to nic innego jak 1. brak wiedzy w teologii katolickiej, a raczej nawet programowa pogarda dla niej, 2. za to kompensowana schematami myślenia przynajmniej paraprotestanckimi, jeśli nie wręcz protestanckimi i apostackimi, 3. co jest obficie podlewane zakłamanym pomieszaniem, przeinaczaniem i atakami osobistymi, bez jakiejkolwiek podstawy w meritum. Tym samym jest to kolejny z niezliczonych dowodów na to, że w takim środowisku, w takiej formacji, w takiej "duchowości" z całą pewnością nie działa Duch Święty.

Msza św. a Pascha, czyli heretycki serwis apoplektyczny


Powyższy obrazek pochodzi z wystąpienia człowieka o nazwisku Marek Piotrowski, związanego z heretyckim serwisem apoplektycznym zwanym szumnie "katolickim serwisem apologetycznym". Na obrazku uwidoczniona jest prywatna teoryjka Piotrowskiego, mająca widocznie pogodzić katolickie nauczanie o Sakramencie Eucharystii z herezją protestancką, która - za sprawą Novus Ordo - w ostatnich dekadach wdarła się i panoszy się w umysłach wielu katolików, może nawet większości. Równocześnie wraz z protestantyzacją odbywa się judaizacja katolików, a tego dość wyraźnym przykładem jest to wystąpienie i ogólnie działalność tego człowieka. Oczywiście jest to próba chybiona i obłudna, gdyż sprowadza się do przemycenia herezji protestanckiej pod pozorem pseudoteologicznych wywodów, co tutaj wykażę. Idźmy po kolei. 

Jak widać, Piotrowski myśli wiernie kategoriami Novus Ordo Missae, a właściwie tegoż fragmentami, nie biorąc nawet pod uwagę tradycyjnej liturgii katolickiej jakiegokolwiek obrządku:


To jest wręcz genialne rozumowanie: Msza św. jest Paschą, bo Novus Ordo wzięło i wymyśliło nowe słowa na tzw. przygotowanie darów, w nawiązaniu do żydowskiej modlitwy odmawianej przy stole (nie tylko podczas uczty sederowej). 

Następne arcydzieło intelektualne:


Tutaj jest kolejne oszustwo, gdyż nie podejrzewam, by on nie wiedział, skąd się wziął spór uczta-ofiara oraz pamiątka-ofiara. Próba zaklajstrowania tego poważnego sporu przywołaniem Paschy czy powołaniem się na Ostatnią Wieczerzę jako Paschę świadczy zarówno o bardzo wysokim mniemaniu o sobie jak też o teologicznej niekompetencji i zakłamaniu. Innymi słowy: przez dziesięciolecia, a nawet wieki tęgie głowy zarówno teologów katolickich jak też dość często inteligentnych heretyków prowadziły poważne i obszerne dysputy na podstawie szerokiej znajomości źródeł i dogłębnych analiz biblijnych, patrystycznych i filozoficznych. A teraz oto przychodzi taki Piotrowski i ogłasza, że te dysputy są bez sensu. No cóż, człowiek ma tupet (bardzo delikatnie mówiąc). 

Piotrowski widocznie nie ogarnia, o co chodzi w tym sporze, który zresztą już dawno został rozstrzygnięty, mianowicie na Soborze Trydenckim. Piotrowski widocznie chce wyrzucić to rozstrzygnięcie, co może być jedynie w interesie protestantów i modernistów, posługując się dość podwórkowymi argumentami. 

Otóż nie można pojąć sporu w oderwaniu od kwestii, której on dotyczy. Piotrowski wydaje się o tym nie wiedzieć, albo nie chce wiedzieć. A wystarczy mieć elementarną wiedzę o historii Kościoła, by wziąć pod uwagę, iż były dwa zasadnicze problemy:

- realna obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina

- ofiarny charakter Mszy św.

Definicje dogmatyczne Soboru Trydenckiego nie wynikły z widzimisię, lecz z obrony przed herezją protestancką, nawet jeśli Piotrowski uważa te kwestie za bezsensowne, a jego jedynym argumentem jest sprowadzenie Mszy św. do uczty paschalnej, która miała miejsce we Wieczerniku, na co dowodem mają być novusowe modlitwy "przygotowania darów".

Oto kwintesencja jego wywodów:


Z typową dla ekumaniaków perfidią Piotrowski swój atak na katolickie prawdy wiary nazywa "lekką krytyką teologii Zachodu". Angażuje przy tym słynne, a debilne powiedzonko pseudoromantycznego irracjonalizmu o "szkiełku i oku", wykorzystując awersję pospólstwa do rzetelności i precyzji naukowej w teologii. Po tym wstępie oświadcza, że dogmaty o Przeistoczeniu i realnej obecności są tylko pomocnicze. Przezornie pomija dogmat mówiący o tym, że Msza św. jest prawdziwą Ofiarą Nowego Przymierza, a nie czyni tego bez powodu. Woli przemilczeć, a za to ucieka w cytaty biblijne, mające rzekomo popierać jego pseudoteorię, a to jest metoda typowa dla protestantów i innych heretyków. Ucieka też w zupełnie inny temat, mianowicie w realność Zbawienia oraz inny osobny temat teologiczny, jakim jest Kościół jako Mistyczne Ciało Jezusa Chrystusa. Ta ucieczka służy pozornej odpowiedzi na pytanie, na czym polega ofiarny charakter Mszy św. Głosi przy tym banały jak ten, że celem Mszy św. jest stawanie się Mistycznym Ciałem Chrystusa, "a nie sama obecność". W domyśle i tle jest twierdzenie i zarazem typowo modernistyczna sugestia: nie spierajmy się o Obecność Chrystusa w Eucharystii, bo przecież ona jest tylko środkiem do tego, żebyśmy stawali się Kościołem. No cóż, sprytne mącenie, żeby tylko nie przyznać się do herezji, ale obronić herezję protestancką. 


Komu przeszkadza tradycyjna liturgia Wielkiego Tygodnia?


Od kilkunastu lat - jeszcze za pontyfikatu Benedykta XVI - zaczął się powrót do liturgii Wielkiego Tygodnia sprzed "reformy" wprowadzonej za Piusa XII w 1955 roku. Jak powszechnie wiadomo, autorem tej reformy był faktycznie x. Annibale Bugnini MC, który potem za Pawła VI stał się także autorem "reform" zwanych popularnie "Novus Ordo Missae", choć dotyczą one zmian we wszystkich księgach liturgicznych. Mało znane jest natomiast tło owej "reformy" wprowadzonej przez niby ostatniego tradycyjnego papieża Pacelli'ego. 

Zresztą ogólnie warto byłoby zbadać wnikliwiej ostatnie lata pontyfikatu tego papieża, który zmarł w 1958 roku, gdyż są one dość dziwne. Mimo że papież przez ostatnie lata życia wyraźnie słabł, to jednak pozostawiał kluczowe stanowiska Stolicy Apostolskiej nieobsadzone. Również brzemiennym w skutkach faktem była owa "reforma" liturgii Wielkiego Tygodnia, która już na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z encykliką tegoż papieża "Mediator Dei" poświęconą liturgii (z 1943 r.), a wymierzoną przeciw nadużyciom forsowanym przez rebeliantów z drugiej, modernistycznej fali tzw. ruchu liturgicznego, rozwiniętego głównie w krajach niemieckojęzycznych oraz w mniejszym stopniu w Belgii. Podczas gdy jedną z głównych cech tych nadużyć napiętnowanych przez papieża był jest archeologizm w znaczeniu dążenia do przywracania - rzekomo - starożytnych form i zwyczajów, to nowe obrzędy Triduum miały według deklaracji ich autorów stanowić "odnowienie" przez powrót do zatraconych zasad starożytnych. Sztandarowym przykładem i zarazem dowodem było zobowiązanie do sprawowania Wigilii Paschalnej w nocy, a przynajmniej po zachodzie słońca. Pod tym pretextem wmawiano ludziom, iż cała "zreformowana" wersja Triduum jest powrotem do zasad starożytnych, co jest ewidentną nieprawdą, a równocześnie jest nieposłuszeństwem wobec napiętnowania archeologizmu przez Piusa XII. Słusznie więc nasuwa się pytanie, czy i na ile Pius XII zdawał sobie sprawę z tych uwarunkowań, co oczywiście wiąże się z kwestią stanu jego zdrowia. Nie popadając łatwo w teorie spiskowe, warto zwrócić uwagę na materiały filmowe przedstawiające go przy różnych okazjach. Trzeba być wyjątkowo niespostrzegawczym i bezkrytycznym, by nie zauważyć jaskrawej, wręcz groteskowej sztuczności w jego zachowaniu. Czy może to być trop do wyjaśnienia faktu zarówno owej reformy, jak też wielu innych conajmniej dziwnych, wręcz niespójnych decyzyj chociażby personalnych Piusa XII, które doprowadziły do opanowania kluczowych stanowisk kościelnych przez ludzi odpowiedzialnych za rewolucję, która zaczęła się już dość otwarcie wraz z konklawe w 1958 roku? Nie jestem w stanie obecnie odpowiedzieć na to pytanie w sposób oparty na dowodach historycznych. Kwestia wydaje się jednak warta rozważenia. Zaś jednym z głównych elementów odpowiedzi może i powinna być kwestia "reformy" Triduum, która była jakby preludium, a właściwie wstępem do rewolucji liturgicznej po Vaticanum II. Świadczy o tym chociażby fakt, że została praktycznie w całości przejęta do Novus Ordo, oczywiście oprócz samych obrzędów mszalnych. 

Pozostawiając na osobny wpis bliższe przedstawienie różnic między tradycyjną formą Wielkiego Tygodnia (przed 1955 r.) a "zreformowaną" przez Bugnini'ego i zatwierdzoną oficjalnie przez Piusa XII, pragnę zwrócić uwagę na znaczący wątek co do korzeni tej "reformy". Otóż znamienne jest, u kogo i w jakim kontekście pojawił się po raz pierwszy pomysł na ingerencję w liturgię. 

W roku 2004 niemiecki historyk Hubert Wolf, zresztą skrajny modernista i przyjaciel "nadpapieża" Walter'a Kasper'a, opublikował nieznane dotychczas dokumenty z tajnego archiwum Świętego Oficjum z czasu pontyfikatu Piusa XI (1922-1939), które dotyczą sprawy stowarzyszenia pod nazwą "Amici Israel", czyli "przyjaciele Izraela". 


To stowarzyszenie powstało z inicjatywy holenderskiej Żydówki Sophie van Leer (1892-1953), córki masona, niby nawróconej na katolicyzm. "Niby" dlatego, ponieważ - jak wyznała - uczyniła to w wyniku ślubowania uczynionego podczas uwięzienia w Monachium, gdzie została osadzona za udział w komunistycznej tzw. rewolucji listopadowej (więcej tutaj), to znaczy w zamian za zwolnienie z więzienia ślubowała konwersję na katolicyzm, co skłoniło pobożnych acz naiwnych Bawarczyków do wypuszczenia jej na wolność. Jej wspólnikiem był holenderski franciszkanin żydowskiego pochodzenia Johannes Antonius Himmelreich (1886-1957) z zakonnym imieniem Laetus (więcej tutaj). Drugim wspólnikiem był również holenderski zakonnik Anton van Asseldonk (1892-1973), z zakonu kanoników Krzyża Świętego (więcej tutaj). 

Oficjalnym zadeklarowanym pierwotnie celem stowarzyszenia założonego oficjalnie w 1926 r. było promowanie modlitw o nawrócenie żydów, jak to zostało podane w pierwszym numerze biuletynu stowarzyszenia. Nie dziwi więc, że rychło wielu duchownych przystąpiło do niego, także wysocy rangą biskupi i kardynałowie. Końcem 1927 r. stowarzyszenie podało w swoim biuletynie informacyjnym o tytule "Pax super Israel", że jego abonamentami było 19 kardynałów, 278 biskupów, oraz około 3000 duchownych. Do tych kardynałów należały takie nazwiska jak między innymi Michael Faulhaber z Monachium, Andreas Franz Frühwirth (austriacki dominikanin posługujący w Kurii Rzymskiej), Enrico Gasparri (z Kurii Rzymskiej), August Hlond (prymas Polski), Rafael Merry del Val (z Kurii Rzymskiej), Willem Marinus van Rossum (holenderski redemptorysta posługujący w Kurii Rzymskiej). 

Natomiast w biuletynie wydanym na początku 1928 roku cel stowarzyszenia został ujęty już inaczej: na pierwszym miejscu umieszczono już nie modlitwę o nawrócenie żydów, lecz pojednanie między katolikami i żydami, czyli "pokój nad Izraelem", jak zresztą głosił tytuł biuletynu. Członkowie stowarzyszenia powinni się wyróżniać miłością do narodu żydowskiego jako narodu wybranego, mieli nawet unikać mówienia o nawróceniu żydów, gdyż brzmi to obraźliwie. Zamiast o nawróceniu należałoby mówić o "przejściu od Królestwa Ojca do Królestwa Syna" (co jest oczywiście nawiązaniem do gnostyckiej herezji millenaryzmu). 

Równocześnie - na początku roku 1928 - prezydent stowarzyszenia, którym był Benoit Gariador (1859-1936), opat klasztoru benedyktyńskiego w Subiaco (w internecie nie ma o nim prawie nic, ale wygląda na to, że był Brytyjczykiem pochodzenia baskijskiego, aczkolwiek twarz na fotografii jest zupełnie nie baskijska, przed objęciem urzędu w Subiaco był najpierw przeorem w Buckfast, a następnie założycielem klasztoru benedyktyńskiego w Ziemi Świętej, dokąd wrócił w 1928 r. po usunięciu z urzędu w Subiaco, więcej tutaj), wraz ze wspomnianym holenderskim kanonikiem van Asseldonk'iem wnieśli w imieniu stowarzyszenia do papieża Piusa XI petycję o zmianę wielkopiątkowej modlitwy za żydów. 


Zwłaszcza określenie "pro perfidis Judaeis", oznaczające "za wiarołomnych Żydów", uważano za obraźliwe i promujące antysemityzm, tudzież postulowano wykreślenie określeń "perfidis" i "perfidia". Ponadto domagali się wprowadzenia przyklęknięcia ("flectamus genua") przy tej modlitwie, które dotychczas nie było obecne. Petycję poparł opat rzymskiego klasztoru św. Pawła za Murami, Ildefons Schuster, który był konsultorem komisji liturgicznej tejże Kongregacji. Papież przekazał petycję do Kongregacji Obrzędów, a ta następnie przekazała ją do Świętego Oficjum. Oficjum zleciło wydanie opinii teologicznej jednemu ze swoich konsultorów, dominikaninowi Marco Sales (1877-1936), który pełnił wówczas zaszczytną funkcję "Mistrza Świętego Pałacu Apostolskiego" (zwaną dziś "teologiem domu papieskiego"). 

O. Sales wydał wyważoną opinię. Przyznał, że z punktu widzenia samych prawd wiary nie ma przeszkód do wykreślenia rzeczonych określeń, jednak jest przeszkoda natury duszpasterskiej, mianowicie brak pożytku duszpasterskiego, a raczej niebezpieczeństwo powstania czy sprzyjania mentalności, jakoby czcigodna starożytna liturgia podlegała zmianom postulowanym przez prywatne stowarzyszenia, a takim stowarzyszeniem było "Amici Israel". Równocześnie o. Sales wskazał, że mówienie o "perfidia" żydów ma mocne podstawy w samym Piśmie św., piętnującym łamanie Przymierza przez żydów (Pwt 31,16.20.27; Ps 78,57; 2Krl 17,15; Dz 7,51). Teologicznie jest pewne, że tylko żydzi zawarli Przymierze z Bogiem, że tylko oni to Przymierze stale łamali i że tylko oni to Przymierze nadal łamią, i dlatego słusznie są nazywani wiarołomnymi w odróżnieniu od pogan. Wszak liturgia Wielkiego Tygodnia została w takim kształcie promulgowana przez św. Piusa V, więc wysunięty zarzut o antysemityzm wobec niego i wobec całego Kościoła tak się modlącego przez wieki jest absurdalny. Z tych wszystkich względów nie należy nic zmieniać (nihil esse innovandum). 

Przy okazji rozpatrywania kwestii zmiany w liturgii Wielkiego Piątku zwrócono uwagę na kontext poglądów głoszonych przez stowarzyszenie "Amici Israel". Stwierdzono w nich sześć niebezpiecznych, a nawet gorszących tez i znamion. Nie uszła uwadze Oficjum także radykalna zmiana w linii stowarzyszenia, o której wspomniałem wyżej. Po naradzie w gronie Świętego Oficjum jego przewodniczący kardynał Merry del Val sformułował w jego imieniu votum skierowane do papieża. Postulat wysunięty przez "Amici Israel" co do zmiany w liturgii uznał za zupełnie nie do przyjęcia i absurdalny, zaś działalność stowarzyszenia - którego pierwotnie był członkiem w mniemaniu, że służy nawróceniu żydów według jego pierwotnej deklaracji - uznał za podstępną i niebezpieczną. W rezultacie Pius XI wydał 25 marca 1928 r. dekret potępiający antysemityzm, równocześnie podtrzymując krytyczny stosunek Kościoła do żydów. Tym samym dekretem stowarzyszenie "Amici Israel" zostało rozwiązane, a jego przywódcy zostali przesłuchani i wezwani do odwołania swoich fałszywych poglądów. Oto jego brzmienie (źródło tutaj):




Okazało się jednak, że bojownicy o zmiany w liturgii Kościoła nie złożyli oręża, czego dowodem są następne inicjatywy w tej kwestii znane jako tzw. ruch liturgiczny drugiej fali, istotnie różny od ruchu odnowy liturgicznej zapoczątkowanej w XIX w. przez opata Prosper'a Gueranger'a. 

Z dzisiejszej perspektywy całkowicie i z nawiązką sprawdziły się obawy dominikanina o. Marco Sales'a. Dążenia wyrażone po raz pierwszy przez perfidne stowarzyszenie "Amici Israel" przybrały następnie inną formę i doprowadziły do stanu liturgii, jaki mamy obecnie. Nie jest przypadkiem, że dwoma najważniejszymi zmianami dokonanymi poprzez i po Vaticanum II jest po pierwsze zniszczenie liturgii Kościoła, a po drugie szeroko rozumiany tzw. ekumenizm, obejmujący także niechrześcijan, zwłaszcza żydów. Tradycyjna liturgia Kościoła była oczywiście przeszkodą dla "ekumenizmu" negującego prawdziwość jedynego Kościoła Chrystusowego, jedyną zbawczość Jezusa Chrystusa i ostatecznie Jego Boską naturę i godność. Nie trudno się domyśleć powiązań. 

Czy Msza św. jest ucztą?

 


Kwestia pojawia się dość regularnie, zwłaszcza w sporach między modernistami i katolikami (zwanymi tradycjonalistami). Zamieszanie pochodzi stąd, że od V2 i dokumentów Novus Ordo pojawia się nazywanie Mszy św. "ucztą", "wieczerzą Pańską" itp., niekiedy także obok nazwy "ofiara". Jest to oczywiście ekumaniacka próba pogodzenia wiary katolickiej z herezją protestancką, która neguje ofiarną istotę Mszy św. i sprowadza Eucharystię do pamiątki Ostatniej Wieczerzy. 

Katolicy tradycyjni są często zakłopotani i bezradni, zwłaszcza gdy w tradycyjnych textach liturgicznych znajdują określenie "uczta" czy "wieczerza" (synaxis, convivium, coena). Wynika to z braku właściwej katechezy, niestety także ze strony duchownych niby tradycyjnych. 

Sprawa jest jednak dość prosta. Otóż Msza św. jest w swej istocie Ofiarą Nowego Przymierza, jak wyraźnie mówi Sobór Trydencki. Konstytucja V2 "Sacrosanctum Concilium" wprawdzie tego nie neguje, jednak dodaje inne określenia, bez odpowiedniego wyjaśnienia. Ta metoda jest powielana przez Katechizm Kościoła Katolickiego i inne dokumenty Novus Ordo. 

Mówiąc najprościej: istotą Mszy św. jest ofiara. Kto temu zaprzeczy - także przez dodanie innych określeń - jest heretykiem. Natomiast obrzęd Mszy św. zawiera także Komunię św., która jest ucztą polegającą na spożywaniu ofiarowanego Ciała i Krwi Pańskiej. To jednak nie jest istota Mszy św., choć Komunia św. przynajmniej kapłana jest niezbędnym elementem sprawowania Najświętszej Ofiary. 

Jak więc wyjaśnić nazywanie Mszy św. "wieczerzą" czy "ucztą" w klasycznych źródłach teologii, zarówno w nauczaniu Ojców i Doktorów Kościoła, jak też w tradycyjnych textach liturgicznych czy modlitwach? 

Należy tutaj wziąć pod uwagę specyfikę starochrześcijańskiego języka teologicznego. Otóż należy go rozumieć w powiązaniu z tzw. disciplina arcani, czyli zasadą zachowania pewnej dyskrecji i tajemnicy w odniesieniu do obrzędów świętych. Chrześcijanom zarzucano ze strony żydów i pogan - zarówno przez niezrozumienie jak też złośliwie - niemoralność ich obrzędów, między innymi kanibalizm, co nawiązywało do wieści, że spożywali Ciało i Krew. Równocześnie składanie ofiar było kojarzone z zabijaniem. Sami chrześcijanie nie od razu byli w stanie wyjaśnić spójnie w odpowiednich pojęciach, na czym polega ofiara kultu chrześcijańskiego. Dlatego prościej i bezpieczniej było kojarzenie Eucharystii z ucztą, co oczywiście nie było błędne, gdyż Komunia św. jest częścią Mszy św. Równocześnie z całą pewnością nie była to definicja dogmatyczna. Na nią trzeba było poczekać do rozwoju teologii scholastycznej, która doprowadziła do dogmatycznego zdefiniowania prawdy o Eucharystii. W tej definicji oczywiście nie ma mowy o charakterze uczty, gdyż byłaby to herezja. 

Podobnie jest zresztą z nazwą "Eucharystia". Dosłownie oznacza ona "dziękczynienie" i nawiązuje do słów prefacyj. Byłoby jednak herezją twierdzenie, jakoby istotą Mszy św. jest dziękczynienie. Tak więc mówienie o Sakramencie Eucharystii w znaczeniu nazwy jest w porządku, gdyż posługuje się jednym ze starożytnych określeń. Tym niemniej nazwa ta ani nie wyczerpuje katolickiego rozumienia tego sakramentu, ani nie określa jego istoty. 

Maria Valtorta - czy warto ją czytać?


Nie będę powtarzał ogólnych dostępnych informacyj odnośnie do tej osoby. Zwrócę jedynie uwagę na te, które są czy mogą być istotne dla postawionego pytania. 

Urodzona w 1897 r. w prowincja Campagna w południowych Włoszech. W wieku 23 lat doznała urazu kręgosłupa. W jej oficjalnej biografii odnotowuje się, że wówczas, przebywając na wypoczynku z rodzicami u zamożnych krewnych w Reggio Calabria zetknęła się i była zachwycona książką jednego z głównych przedstawicieli modernizmu włoskiego, pisarza o zainteresowaniach spiritystycznych Antonio Fogazzaro, a która to książka pt. Il Santo, mimo że była ona od 1906 roku potępiona przez Stolicę Apostolską i umieszczona na indexie ksiąg zakazanych. Pisze o tym w swojej autobiografii (źródło tutaj): 

Tak więc ona sama wyznaje, że książka potępionego modernisty "wycisnęło niezacieralne piętno" w jej sercu, że to jest "dobry znak", że ta książka sprawiła jej "wiele dobra", że dzięki niej rzuciła się zupełnie "w ogromną rzekę, w ocean miłosierdzia boskiego", co doprowadziło ją do "nowego chrztu", który czyni "na nowo czystym i miłym Bogu". No cóż, to śmierdzi dość wyraźnie spirytyzmem pseudopentekostalnym, który wtedy już był dość rozwinięty w protestantyźmie a przegotowywał się do przeniknięcia do Kościoła. 

Od roku 1934 Valtorta była częściowo sparaliżowana w dolnych kończynach, nie mogąc się samodzielnie poruszać. W roku 1943 we Wielki Piątek rzekomo słyszała głos Pana Jezusa nakazujący jej zapisywanie tego, co słyszała. Od tej pory aż do 1953 roku spisała około 15000 stron zeszytu, które się składają na osiem książek o różnej objętości, z autobiografią włącznie, co świadczy o jej ambicjach. 

Największa objętościowo i najpopularniejsza, 10-tomowa książka jest znana pod tytułem "Poemat o Bogu-Człowieku", jednak jej oryginalny tytuł brzmi: L’Evangelo come mi è stato rivelato, czyli "Ewangelia taką, jaka mi została objawiona" (źródło tutaj). Już sama nazwa pierwotnego, bardzo znaczącego i trafnego tytułu świadczy o oszustwie na użytek marketingowy. Określenie "poemat" brzmi neutralnie i zarazem pociągająco, natomiast "Ewangelia" oraz "objawienie" wskazuje na roszczenie konkurencyjne do Bożego Objawienia czyli Ewangelij zapisanych w Piśmie św. Rzeczywiście treść tej obszernej "Ewangelii" według Valtorty we wielu miejscach wykazuje sprzeczność przynajmniej z duchem Pisma św., co stanowi poszlakę co do pochodzenia. 

Mało znany jest fakt, że owa "Ewangelia" w obecnej wersji została napisana nie przez samą Valtortę lecz przez jej spowiednika, o. Romualda Migliorini z zakonu serwitów, który posługiwał się jej zapiskami. Tak więc właściwie jest to jego dzieło, nie Marii, co także świadczy o oszustwie na publiczności. 

O. Migliorini jest osobą dość dziwną. Oficjalne informacje ze strony jego zakonu są skąpe, aczkolwiek można z nich nieco wyczytać (źródło tutaj):


Podawana niekiedy w internecie wieść, że był biskupem, jest nieprawdziwa. Był jedynie przez 6 lat prefektem apostolskim w Afryce Południowej (Swaziland), czyli jakby ordynariuszem misyjnym bez święceń biskupich. Dziwne i znaczące jest to, że on nie został biskupem, lecz został nim jego następca w urzędzie prefekta apostolskiego. 

W każdym razie po powrocie do Włoch został spowiednikiem i powiernikiem Marii i od tego czasu zaistniał jej związek z zakonem serwitów, czego wyrazem jest fakt, że jej ciało - zmarła w 1961 r. - zostało w 1973 r. exhumowane i pochowane ponownie w krużganku bazyliki Zwiastowania Najświętszej Mariji Panny we Florencji, która jest macierzystą siedzibą tegoż zakonu. Odbyło się w okresie pełnienia funkcji przełożonego generalnego przez usańca, o. Peregrin'a Graffius'a: 


Ciekawa jest jego oficjalna biografia (źródło tutaj): 


Mamy więc do czynienia dość wyraźnie z kręgami skrajnie modernistycznymi, gdyż w latach 60-ych i 70-ych Kościół w USA był w awangardzie przemian modernistycznych. W tej fali właśnie o. Graffius został przyłożonym generalnym zakonu oraz doprowadził do uhonorowania M. Valtorty nowym miejscem pochówku, co oznaczało jej promowanie i to mimo nadal moralnie obowiązującego zakazu rozpowszechniania jej pism, gdyż jej główna książka czyli "Ewangelia" została umieszczona w 1959 r. na indexie ksiąg zakazanych, wskutek czego jej czytanie bez specjalnego, indywidualnego pozwolenia władzy kościelnej było grzechem. Index wprawdzie został przez Pawła VI formalnie czyli prawnie skasowany, jednak nadal istnieje i obowiązuje moralnie, zwłaszcza względem książek, co do treści których są zastrzeżenia doktrynalne. 

Podsumowując:
Zastrzeżenia Magisterium Kościoła odnośnie do pism Marii Valtorty są w pełni uzasadnione i aktualne. Oznacza to, że każdy czytający je wystawia swoją duszę na poważne niebezpieczeństwo dla swojej wiary i zbawienia wiecznego, a przez to grzeszy nie tylko przeciw Kościołowi lecz przeciw wierze katolickiej i cnocie miłości.
Grzechem jest także rozpowszechnianie tych pism, gdyż naraża bliźnich na takie samo niebezpieczeństwo, a może nawet większe, jeśli dana osoba jest jeszcze mniej ugruntowana we wierze katolickiej. 

"Pieszczoty oralne" czyli gorszyciel w sutannie (z post scriptum)


Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej ignorancji tego osobnika, oczywiście zakładając, że to tylko ignorancja, a nie świadome zakłamywanie katolickiej teologii moralnej. Tym razem chodzi o tzw. sex oralny, o który pyta ktoś z jego odbiorców. Oto jego odpowiedź:


Podkreślam, gdyby ktoś nie zauważył: x. Szymon Bańka FSSPX uważa, że tzw. sex oralny nie stanowi żadnego problemu i że nie ma żadnego powodu do niepokoju co do niego.

Nie będę tutaj powtarzał całości wykładu, który uczyniłem odnosząc się do bzdetów w wykonaniu takich osobników jak Remigiusz Recław i Ksawery Knotz (tutaj i tutaj). Zachęcam do zapoznania się z tamtymi wpisami.

Po krótce: tzw. sex oralny jest zaliczany przez WSZYSTKIE tradycyjne podręczniki katolickiej teologii moralnej do sodomii, czyli do współżycia sprzecznego z naturą aktu małżeńskiego, ponieważ dochodzi w tym do spółkowania narządów niesłużących do aktu płodnego. Dla Szymona Bańki - aż wstyd nazwać go tutaj xiędzem - taki akt jest rodzajem pieszczoty, a to świadczy o tym, że albo nie wie, o czym mówi, albo nie chce wiedzieć, albo jedno i drugie. 

A wystarczyłoby znać chociażby nauczanie św. Tomasza, który w Summa Theologiae II-II q. 154 a. 11 (tutaj) mówi, że grzechem lubieżności jest m. in takie współżycie, że skierowane jest ono do narządu nie przeznaczonego do naturalnego czyli płodnego współżycia:

Oraz w q. 154 a. 12 ad 4:

Oczywiście wskazane już poprzednie wpisy w temacie szerzej i dokładniej opisują sprawę w oparciu o klasyczne podręczniki katolickiej teologii moralnej. 

W związku z tym zachęcam P. T. Czytelników do wystosowania skarg na tę i też na inne publiczne wypowiedzi x. Szymona Bańki, adresując je do jego przełożonych, wzywając ich do zajęcia stanowiska, wyjaśnienia sprawy oraz przeproszenia katolików za tę i za inne skandaliczne wypowiedzi tegoż osobnika.

Adres do przełożonego dystryktu:

k.stehlin@fsspx.email

Kontakt do siedziby przełożonego generalnego:

https://fsspx.org/en/contact-us-29

Kontakt do seminarium duchownego w Zaitzkofen, gdzie x. Sz. Bańka otrzymał formację:

https://zaitzkofen.fsspx.org/de/wir-freuen-uns-auf-ihre-nachricht-42924

 


Post scriptum 1

Delikwent próbuje się rozpaczliwie bronić, oczywiście w zakłamany sposób:


Oto podane przez niego strony:


Jak widać, x. Noldin mówi o tzw. niepełnych aktach lubieżności dozwolonych w małżeństwie. Zalicza do nich "spojrzenia, dotyk i tym podobne". X. Bańka widocznie nie rozumie istotnej różnicy między tego typu aktami a "sexem oralnym", który z całą pewnością jest czymś zupełnie innym niż spojrzenia, dotykanie i tym podobne. 

Drugą wspomnianą stronę podaję wraz ze stroną poprzednią, żeby mieć na uwadze kontext:



Tutaj x. Noldin rzeczywiście mówi o tym, co ma związek z tym, co obecnie jest przywoływane w obronie "sexu oralnego", wyraźnie odróżniając od spojrzeń i dotyku: mówi o aktach obrzydliwych (actus obscoeni) jak dotykanie genitaliów ustami czy językiem. Jezuita nie zajmuje tutaj swojego stanowiska, lecz zaznacza, że są teologowie, którzy takie akty potępiają jako grzech ciężki, ale są też teologowie (tych wymienia z nazwiska), którzy te akty zaliczają do niepełnych aktów lubieżności, które nie są grzechem ciężkim, aczkolwiek mogą być grzechem lekkim. 

Jak widać, x. Noldin nie rozważa tutaj specyfiki takich aktów, czyli ich obrzydliwości, a to jest przecież także istotny czynnik dla oceny moralnej. 

W każdym razie x. Bańka nie ma racji, twierdząc (jak wyżej), że z tych wypowiedzi x. Noldina wynika, jakoby "sex oralny" nie stanowił problemu moralnego. Po pierwsze, jedynie mniejszość teologów moralnych i to akurat nie świętych uważa, że akty obrzydliwe mogą być bezgrzeszne czy najwyżej grzechem lekkim. Po drugie, czym innym jest dotykanie genitaliów ustami czy językiem, a czym innym naśladowanie kopulacji w ten sposób (gdyż to jest bezsprzecznie sodomia czyli tzw. sex oralny). Tak więc x. Bańka nadal widocznie nie wie, co mówi, a nawet nie potrafi czy nie chce rzetelnie przeczytać textu, na który się powołuje, licząc widocznie na to, że naiwnym zamuli w ten sposób mózgi. 


Post scriptum 2

X. Karl Stehlin widocznie zareagował i skłonił delikwenta do następującego oświadczenia pod filmikiem:

Moje uwagi:

1. Określenie "odpowiedź nie wystarczająco precyzyjna" świadczy o braku przyznania się do poważnego, wręcz skandalicznego błędu, oraz o kolejnej próbie oszukania publiczności. To jest wybielanie siebie, aż kipiące zakłamaniem i pychą. 

2. Kłamstwem jest także, jakoby "niektórzy teolodzy moralni, że czynności, których dotyczy omawiane pytanie, nigdy nie są dokonywane w małżeństwie z czystego upodobania sprośności". Co mówi x. Noldin, widać wyraźnie powyżej: nie ma żadnego takiego twierdzenia. Jest jedynie powiedziane, że dotykanie genitaliów ustami czy językiem należy zaliczyć do niepełnych aktów lubieżności, i tyle. Przecież nikt rozsądny nie może powiedzieć, że małżeństwo bezwarunkowo chroni przed "czystym upodobaniem sprośności". Także więc Bańka znów ma widocznie urojenia, albo znów próbuje oszukać publiczność. 

3. Na poziomie językowym x. Bańka również błyszczy skandaliczną ignorancją, gdyż widocznie nie potrafi poprawnie gramatycznie ująć wyrażenia "actus luxuriae imperfecti" (w prawidłowym tłumaczeniu: "niepełne akty lubieżności"). Otóż rzeczownik "actus" - zresztą prosty i bardzo często używany w teologii - należy do deklinacji IV i nie ma formy "acti", lecz w liczbie mnogiej brzmi "actus". Ponadto sformułowanie "aktów luxuriae imperfecti" świadczy o tym, że Bańka nie umie odmieniać także przymiotników, ponieważ "imperfecti" odnosi się do "actus" (liczba mnoga), nie do "luxuriae". 

Mamy więc niestety następny popis wręcz niewyobrażalnej obłudy, pychy oraz ignorancji. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 1.4.2025): 


Przebieg w skali roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, nastąpił ostatnio znaczny wzrost oglądalności, gdyż średnio było około 2000 wejść na bloga dziennie. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga.  

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Niechlujstwo, ignorancja i urojenia, czyli "sex oralny" raz jeszcze


Jeden z P. T. Czytelników wskazał mi na kanał o bardzo ambitnej nazwie "Panarion" (w nawiązaniu do słynnego dzieła św. Epifaniusza z Salamis, tak więc człowiek ma bardzo wysokie mniemanie o sobie), prowadzony przez anonimowego człowieka, który podobno nazywa się Adrian Skoczkowski. Chodzi o jego wypowiedź krytyczną odnoszącą się do tez pewnej "influenserki", konkretnie w temacie tzw. sexu oralnego. Nie znam tego człowieka i nic o nim nie wiem. Po zapoznaniu się z jego wystąpieniem muszę niestety stwierdzić, że bardzo wyraźnie nie jest ono dostateczne, a właściwie jest niedostateczne, gdyż zawiera szereg zasadniczych błędów a nawet kłamstw, wykazując przy tym ignorancję, niechlujstwo i zmyślanie. O niechlujstwie świadczy chociażby fakt, że cytując św. Alfonsa nie jest w stanie rozszyfrować skrótów nazwisk, których używa święty: 


A wystarczyłoby zaglądnąć do ostatniego tomu "Theologia moralis", gdzie wszystkie te skróty są wyjaśnione. Wygląda więc na to, że ten człowiek nie zapoznał się rzetelnie ze źródłem, którym się posługuje i które obficie cytuje. Także jego tłumaczenie części podstawowych pojęć łacińskich z teologii moralnej wskazuje na brak ich właściwego zrozumienia, a nawet na ich fałszowanie:


On uporczywie powtarza "naczynie uporządkowane" zamiast "narząd właściwy", "sodomia doskonała" zamiast "sodomia zupełna (całkowita)", "niedoskonałe akty" zamiast "niecałkowite akty", "dług małżeński" zamiast "powinność małżeńska". Widać, że nie ma wiele pojęcia o łacinie, a polega prymitywnie na tłumaczeniu przez maszyny internetowe. 

Zafałszowanie pojęć ma oczywiście konsekwencje dla treści, a ten człowiek porwał się na tłumaczenie z łaciny dość wyraźne nie dysponując wystarczającą wiedzą językową i merytoryczną. Zapał należy oczywiście docenić, jednak potępić należy brak rzetelności i zbytnią pewność swoich umiejętności, co ma fatalne skutki dla całości. 

O wiele ważniejsze, wręcz istotne są fałszywe tezy wypowiadane przez tego człowieka, świadczące już o poważnej ignorancji teologicznej, jak zwłaszcza:


Tak więc Skoczkowski zawęża nauczanie Kościoła do oficjalnych orzeczeń ex cathedra, co jest oczywiście błędne. W Kościele jest tak, że urząd nauczycielski (Magisterium Ecclesiae) w sensie ścisłym swoimi orzeczeniami ingeruje jedynie i dopiero wtedy, gdy dana kwestia jest niejasna bądź pojawiają się poważne błędy zagrażające dobru ogólnemu całego Kościoła bądź jego części. Innymi słowy: oficjalnego orzeczenia Magisterium w kwestii tzw. sexu oralnego nie ma dotychczas dlatego, ponieważ do niedawna, dokładnie mniej więcej do Vaticanum II sprawa była oczywista i nie wymagająca ingerencji Stolicy Apostolskiej, gdyż powszechnie w Kościele przestrzegano nauczania św. Tomasza z Akwinu oraz św. Alfonsa Liguori. Równocześnie kanonizacja tego ostatniego, a zwłaszcza ogłoszenie go przez papieża Doktorem Kościoła (przez Piusa IX w 1871 r.) oraz patronem teologów moralnych (przez Piusa XII w 195o r.) jest wyraźnym i jednoznacznym poparciem nauczania tegoż i postawieniem go za wzór. Tym samym nauczanie św. Alfonsa nie jest jednym z możliwych głosów we wielości opinii teologicznych, lecz wedle decyzji Magisterium Kościoła jest nauczaniem wzorcowym i materialnie nieomylnym, choć nie zostało formalnie zdefiniowane dogmatycznie. Każdy absolwent teologii katolickiej powinien wiedzieć, że nieomylne są nie tylko uroczyste definicje dogmatyczne, lecz tę rangę materialnie ma każde nauczanie powszechne i stałe, a do tego z całą pewnością należy nauczanie św. Alfonsa w kwestii tzw. sexu oralnego czy ogólniej sodomii. 

Następnie Skoczkowski przytacza we własnym tłumaczeniu (dość ułomnym, chyba zerżniętym z google translator czy z czegoś podobnego) kilka fragmentów pochodzących z "Theologia moralis" św. Alfonsa (zresztą nie wypowiadając nawet jego nazwiska prawidłowo). Sprawdzenie ich w oryginale jest dość trudne, ponieważ on nie podaje miejsca tych rzekomych cytatów w oryginale. Jednak z całą pewnością ten człowiek popełnia kilka przekłamań (mam nadzieję, że nieświadomie), gdyż jego "tłumaczenia" mają we wielu miejscach niewiele wspólnego z oryginałem. 

Skoczkowski odnosi się wyłącznie do tomu VI, traktat VI, rozdział 2, od numeru 915, z zupełnym pominięciem wcześniejszego wykładu z tomu III (o przykazaniu VI, od numeru 464), do którego sam św. Alfons odsyła. Jest to poważny błąd metodologiczny i hermeneutyczny, gdyż w tomie III święty dokonuje wykładu systematycznego, czyli fundamentalnego i zasadniczego dla zrozumienia także niniejszej kwestii. Nie będę szczegółowo przedstawiał i analizował wypowiedzi Steczkowskiego, gdyż są one chaotyczne, niechlujne, w istotnych częściach wręcz fałszywe i budujące skrajnie fałszywą narrację, jak chociażby umieszczanie nauczania św. Alfonsa po stronie tzw. rygoryzmu. Fałszywe jest przedstawianie przez Skoczkowskiego także treści podręcznika jezuity Hieronima Noldin'a, na który zresztą wskazywałem w poprzednich wpisach w temacie. Przedstawię natomiast właściwe, faktycznie podawane przez tychże teologów treści, gdyż wystarczająco przeczą one prezentacji Skoczkowskiego. Wygląda na to, że Skoczkowski wprawdzie czyta, lecz niechlujnie, i następnie na podstawie takiej wypaczonej lektury formułuje swoją teoryjkę ogólną, która jest oczywiście urojeniem, czyli fałszywa i do odrzucenia. 

Tą główną teoryjką - oprócz rzekomo braku nauczania Kościoła w tej kwestii - jest twierdzenie, jakoby
- św. Alfons reprezentował jedynie prywatne czyli niewiążące stanowisko teologiczne
- to stanowisko reprezentowało nurt rygorystyczny pośród teologów moralnych
- nie było zgody w tej kwestii pośród katolickich teologów moralnych
- z czasem następowało odejście od "rygoryzmu" św. Alfonsa, czego przykładem ma być pogląd jezuity H. Noldin'a.

Wszystkie te tezy są FAŁSZYWE. Oto dowody:

W tomie III, ks. 4, traktat 4, rozdział 2 (nr 464-466) św. Alfons omawia kwestię: "jakie są rodzaje lubieżności spełnionej przeciwnej naturze?". Wymienia następujące rodzaje:
1. przy różnicy płci i przez narządy właściwe, lecz w sposób niewłaściwy, powodujący niebezpieczeństwo dla nasienia złożonego w łonie
2. spowodowanie wypływu nasienia poza łonem
3. sodomia niepełna (imperfecta), czyli spółkowanie między osobami różnej płci poza narządem właściwym do prokreacji
4. sodomia pełna (perfecta), czyli spółkowanie między osobami tej samej płci, oczywiście poza narządem właściwym do prokreacji. 

Następnie św. Alfons podaje, że sodomia polega na spółkowaniu poza właściwym narządem, zarówno w przypadku osób różnej płci jak też tej samej płci. Różnice między teologami dotyczą jedynie określenia pojęcia sodomii, tzn. czy istotą tego pojęcia jest niewłaściwość narządu, czy niewłaściwość płci. Wszyscy teologowie są więc zgodni co do tego, że spółkowanie narządem niewłaściwym do prokreacji jest grzeszne. 

W tomie VI, ks. 6. traktat 6, rozdz. 2 "o używaniu małżeństwa" św. Alfons mówi między innymi o niewłaściwych sposobie współżycia (nr 915-916). 

Najpierw zauważa, że spółkowanie poza narządem właściwym dla prokreacji jest nazywane przez jednych teologów "prawdziwą sodomią" (vera sodomia), zaś przez innych "grzechem ciężkim przeciw naturze" (grave peccatum contra naturam). Taki akt, o ile wykluczone jest wylanie nasienia poza łonem żony, jest uważane przez niektórych teologów za grzech lekki, aczkolwiek za godny potępienia. 

Doktor Kościoła omawia wprost kwestię: "czy mąż grzeszy śmiertelnie (peccet mortaliter) zaczynając kopulację w narządzie niewłaściwym, by potem ją dokończyć w narządzie właściwym?". Jak zwraca uwagę, niektórzy teologowie odpowiadają na to pytanie negatywnie, o ile w takim akcie nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia poza łonem. Uzasadnieniem jest tutaj, iż dotyk narządów płciowych między małżonkami nie jest niedozwolony pod grzechem ciężkim. Według św. Alfonsa jednak powszechna i prawdziwsza jest opinia innych teologów, według których taki akt jest prawdziwą sodomią, aczkolwiek niepełną. 

Następną kwestią jest: "czy grzechem ciężkim jest pocieranie męskiego narządu płciowego męża w okolicy przedniego narządu żony?". Jak podaje św. Alfons, niektórzy teologowie odpowiadają negatywnie, gdyż dotykanie warg narządu przedniego (os vasis praeposteri) żony nie jest ukierunkowane na spółkowanie sodomickie. Jednak prawdziwsza jest opinia innych teologów, gdyż taki dotyk zwykle nie może się odbyć bez pożądania sodomickiego, czyli upodobania w takiej przyjemności. 

Jak widać, w żaden sposób spółkowanie sodomickie - czyli narządem niewłaściwym do prokreacji - nie jest uznawane za bezgrzeszne. Różnice zdań między teologami dotyczą wyłącznie definicji pojęcia sodomii oraz ciężaru grzechu pod pewnymi warunkami. Zaś św. Alfons opowiada się za opinią większości teologów, nigdy nie forsując swojej. 

Podobnie rzecz się ma z podręcznikiem jezuity x. Hieronima Noldin'a: nie ma w nim NIC, co by stanowiło choćby cień uznania "sexu oralnego" za bezgrzeszny. Wręcz przeciwnie. 

X. Noldin, którego z całą pewnością nie można zaliczyć do rygorystów moralnych, poświęca w swojej Summa Theologiae moralis specjalny tomik tematyce VI przykazania oraz małżeństwa. 

Według niego sodomia jest jednym z grzechów przeciw pierwszemu i istotnemu celowi małżeństwa jakim jest prokreacja. Zgodnie z definicją podaną przez św. Alfonsa, sodomią niepełną (imperfecta) jest penetracja przez męża narządu żony niewłaściwego dla prokreacji. Jest to zawsze grzech ciężki, jeśli odbywa się za zgodą obydwojga małżonków. Także pozytywne współdziałanie w sodomii nie jest nigdy dozwolone. Z poważnej przyczyny (jak jedność małżeństwa, pokój w rodzinie) wolno jest żonie nie opierać się takiemu aktowi ze strony męża, ale po następującymi warunkami:
- przyzwolenie jest konieczne dla ochrony przed większym złem
- żona nie zgadza się wewnętrznie na przyjemność płynącą z takiego aktu.

Noldin zaznacza, że nieuporządkowane czy wręcz obrzydliwe akty intymne małżonków, które same w sobie nie są przeciwne naturze aktu małżeńskiego czyli prokreacji, nie muszą być grzechem ciężkim. Gdy nie zachodzi pożądanie sodomickie, to nie są grzechem ciężkim następujące przypadki:
- zaczęcie spółkowania w narządzie niewłaściwym do prokreacji z zamiarem dokonania w narządzie właściwym
- dotykanie narządem płciowym męża niewłaściwego dla prokreacji narządu żony, o ile nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia poza łonem. 

Są to więc zasady identyczne z tym podanymi przez św. Alfonsa: spółkowanie narządem niewłaściwym do prokreacji jest zawsze grzechem, także wtedy, gdy odbywa się jako wstęp do właściwego spółkowania, choć pod pewnymi warunkami nie jest grzechem ciężkim. Jedynie poddanie się z poważnych przyczyn aktowi sodomickiemu ze strony męża nie jest grzeszne, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. 

Porównanie tych danych z niechlujnym gadaniem Skoczkowskiego prowadzi nieuchronnie do pytania, jak on może aż tak bezczelnie kłamać. Nie umie czytać? Nie chciało mu się uważnie i rzetelnie czytać? A może jednak ma on zamiar oszukiwać katolików na doraźny użytek? Może kiedyś zbliżymy się do odpowiedzi na te pytania.