Jak się okazało we wielu komentarzach do poprzednich wpisów, temat jest nader aktualny i - wygląda na to - coraz szerszy. Tak też wynika z mojego doświadczenia duszpastersko-pozainternetowego.
Pytanie tytułowe jest oczywiście uproszczeniem. Równocześnie jest ono o tyle słuszne, iż przeważnie - może nawet prawie zawsze - żaden mężczyzna i żadna niewiasta z góry nie planuje starokawalerstwa i staropanieństwa.
Paradoxalnie starokawalerstwo grozi także żonatym i duchownym, podobnie jak staropanieństwo mężatkom i zakonnicom. Oczywiście w innym stopniu i w nieco innych sposób. A obecnie zjawisko to staje się coraz bardziej powszechne także w małżeństwach, gdy małżonkowie żyją bardziej obok siebie niż ze sobą.
Jak więc zdefiniować starokawalerstwo i staropanieństwo?
Myślę, że są tutaj dwie istotne cechy:
- brak odpowiedzialności za drugą osobę i inne osoby,
- brak gotowości poddania się korygowaniu przez inne osoby.
Te cechy mogą być w różnym stopniu obecne w zależności od osoby. Równocześnie muszę zaznaczyć, że znam osoby samotne, które te cechy wykazują w znacznie mniejszym stopniu niż wiele osób żyjących w małżeństwie.
Istotne jest to, że te brakujące cechy zwykle są przyczyną braku powodzenia w szukaniu żony czy męża. Dochodzi jednak jeszcze trzeci czynnik, mianowicie zbyt wygórowane, wręcz nierealistyczne oczekiwania i wymagania. Nierzadko wiąże się to z niesymetrycznymi wymaganiami wobec siebie, to znaczy z rozpieszczaniem siebie bądź z nierealistycznymi wymaganiem względem siebie.
Tym samym można się domyśleć, jakie są środki zaradcze. Jak je stosować?
Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się dość wcześnie i to w rodzinie. A to na dwa sposoby, nie całkowicie wykluczające się. Pierwszy sposób to nadopiekuńczość czy to obojga rodziców, czy zwłaszcza matki. W ten sposób odbywa się rozpieszczanie i uzależnianie od siebie, zarówno emocjonalne, jak też intelektualne i zwykle też materialne. Taka osoba jest tak wychowywana, że zatrzymuje się w rozwoju, że pod względem osobowościowym pozostaje dzieckiem, najwyżej nastolatkiem. Nadopiekuńczość nie musi oznaczać kształtowania braku zaradności i oczekiwania tylko troski ze strony innych osób. Władcza i dominująca matka może też wyrabiać w swoim dziecku także wypełnianie różnych zadań czy obowiązków, ale zasadniczo tylko tych, które jej są potrzebne i dla nie przydatne przynajmniej pośrednio. Innymi słowy takie dziecko do dorasta do samodzielnego życia i do założenia własnej rodziny, lecz do pozostania na zawsze synkiem czy córeczką. Bywa, że takie osoby wchodzą w związek małżeński, jednak są na tyle niedojrzałe, że związek albo się rozpada, albo współmałżonek musi pełnić rolę quasi zastępczą czy wręcz delegowaną przez mamusię czy - znacznie rzadziej - tatusia.
Drugi sposób to brak wychowania do odpowiedzialności za siebie i innych. Takie dziecko ma wszystko podane na tacy, niczego się od niego nie wymaga, co często odbywa się w intencji "żeby moje dziecko miało lepiej", "moje dziecko jest do wyższych rzeczy" itp. To jest też rodzaj uzależnienia i głupiej miłości, lecz szczególnie krótkowzroczny, gdyż takie dziecko nie będzie w stanie ani zadbać o siebie, ani o kogokolwiek, także o swoich rodziców na starość.
To są oczywiście skrajne przypadki i niekoniecznie związane, jak wspomniałem, z pozostawaniem w bezmałżeństwie, jednak cechy osobowości czynią takiego człowieka niezdolnym do zdrowej relacji małżeńskiej.
Po drugie, starokawalerstwo i staropanieństwo zaczyna się w głowie, czyli w myśleniu. Tutaj najczęstsze są dwa błędy. Pierwszy polega na idealistycznych czyli nierealnych wymaganiach wobec ewentualnych kandydatów i kandydatek: ma być młoda/młody, ładna/ładny, dobrze zarabiający, z bogatego domu, dobry charakter, dziewica itp. itd. Nie chodzi o to, że te oczekiwania i wymagania są złe. Problem w tym, że po pierwsze stawiane są one bardziej drugiej osobie niż sobie, a po drugie, że często priorytety są pomieszane czy przestawione. Jest oczywiste, że należy dobierać sobie małżonkę czy małżonka przede wszystkim według głównego celu małżeństwa, jakim jest wydanie potomstwa, czy szukanie kogoś, kto ma predyspozycje do tego, by być dobrym ojcem czy dobrą matką. To się najlepiej sprawdza w tym, jakie dana osoba ma podejście do dzieci, także w tym, czy dzieci - oczywiście na razie cudze - lubią taką osobę. Przykład: tutaj nie jest istotna uroda w znaczeniu obrazków z czasopism czy internetowych. Osoby o takiej urodzie są przeważnie (choć nie zawsze) niemądre i niemoralne. Istotne są takie cechy osobowości jak gotowość do poświęcenia, dzielenia się, troski o innych, rezygnacji ze swoich zachcianek, obowiązkowość zarówno w domu jak i w pracy itd.
Drugim błędem w myśleniu jest oczekiwanie czy wręcz założenie, że małżeństwo automatycznie zmienia osobowość, charakter, nawyki, czyli uśmierza wady, a daje cnoty niemal bez wysiłku. Drugą stroną tego błędu jest założenie, że małżeństwo nic nie może zmienić w człowieku, zwłaszcza na lepsze. To jest nierealistyczne w odniesieniu do samego siebie jak też w odniesieniu do innych osób. Przykłady rozpadu małżeństw zniechęcają do zawierania małżeństwa. Ono wydaje się trudne, zbyt trudne i zbyt ryzykowne. Po co mam ryzykować i poświęcać swoje życie dla kogoś, kto nie okaże wdzięczności, wykorzysta, może nawet zdradzi? Tutaj neguje się wartość dobra niezależną od jego odbioru i odwzajemnienia. Neguje się też dobrą wolę drugiej osoby, jej starania. W sumie jest to nierealistyczne podejście do ludzkiej słabości zarówno w sobie jak też w innych. Może wynikać z bolesnych doświadczeń rozczarowania sobą czy innymi. Fałsz polega jednak na negacji prawdy, że każdy może i powinien się podnosić i starać się poprawiać. To nie przychodzi ani samo ze siebie, ani łatwo, bez trudu. Jednak jest możliwe i jest konieczne do dojrzewania osobowości, a na to nigdy nie jest za późno, choć z upływem lat i wiekiem staje się rzeczywiście coraz trudniejsze. Kto przestał się o to starać, ten przekreślił siebie i swoje szanse na spełnienie siebie czy to w małżeństwie, w stanie duchownym czy w stanie wolnym. Stan wolny nie musi oznaczać starokawalerstwa czy staropanieństwa w znaczeniu pejoratywnym.
Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie w temacie, stan wolny można rozumieć jako zgodny z wolą Bożą czyli indywidualnym "powołaniem" danej osoby, jeśli wynika nie z egocentryzmu i zamknięcia się w swoich potrzebach i wygodach, lecz z poświęcenia się celowi, który jest przynajmniej praktycznie nie do pogodzenia ani z małżeństwem ani ze stanem duchownym, aczkolwiek to drugie w normalnych warunkach nie powinno zachodzić, jeśli stan duchowny rozumie się w sensie szerszym, czyli obejmującym także życie zakonne. W pewnym sensie zakony - czyli wspólnoty braci czy sióstr - są (powinne być) miejscem dla bezpiecznej pod względem duchowym samotności w znaczeniu bezżeństwa. Nie jest przypadkiem, że zapaść co do powołań zakonnych zbiega się czasowo z explozją singielstwa zarówno męskiego jak też żeńskiego. Ma to też związek z hipersexualizacją, którą poddawana jest młodzież od lat najwcześniejszym, także z materializmem i wybujałym indywidualizmem. Objawem jest też pojawiająca się gdzieniegdzie moda na tzw. dziewice konsekrowane. To jest w ogóle dziwoląg na tle nie tylko historii Kościoła i zasad Kościoła, gdyż konsekracja zasadniczo była związana z poddaniem się regule i jakiemuś życiu wspólnotowemu, czego wymagają tzw. rady ewangeliczne. Oczywiście obecnie dochodzi czynnik zapaści duchowej (i też moralnej i intelektualnej) w istniejących zakonach, co rzeczywiście skutecznie zniechęca do wstępowania do nich, wskutek czego są raczej skazane na słuszne wymarcie.
Jeśli ktoś, będąc stanu wolnego, nie dba o swoje życie sakramentalne i duchowe, ani nie poświęca się bezinteresownie celom społecznym (nie muszą być na szeroką skalę i głośne publicznie), to są to niestety oznaki pejoratywnego starokawalerstwa czy staropanieństwa.
Obecnie w Kościele niestety brakuje regularnej, specyficznej opieki duszpasterskiej dla osób samotnych. Być może wynika to z poniekąd słusznej zasady, że nie należy tworzyć dla nich zamkniętej grupy. Uważam jednak, że ważniejsze jest zapobieganie zamknięciu się takich osób w sobie, w obrębie prywatnych trosk i potrzeb, może nawet w zgorzknieniu i rozczarowaniu życiem. Takie osoby wprawdzie coraz częściej mogą się wykazać osiągnięciami czy to zawodowymi, naukowymi, czy majątkowymi. Równocześnie jednak, przynajmniej prywatnie, w skrytości serca czują się mniej wartościowe, może nawet przegrane.
Potencjał tych osób w Kościele nie polega na tym, że powinni być wykorzystywani przez duchownych jako np. szafarze świeccy czy do innych fałszywych bo niekatolickich wynalazków. Uważam, że jest potrzeba dla tych osób pewnych struktur, które po pierwsze zapewniłyby im odpowiednią opiekę duchową (duszpasterską), a po drugie spięły organizacyjnie w działalność o charakterze społecznym.
Nie wiem co by powiedział profesor Bralczyk, pewnie się mylę, ale mi starokawalerstwo kojarzy się w pewnym stopniu z życiem samotnym jako konsekwencją złych wyborów, egoizmu, przywar charakteru, etc., a gdy przyszło opamiętanie to już było za późno... .
OdpowiedzUsuńNie ma to jak iść w konkury po tyrolsku tudzież bawarsku vide j.w. :D
OdpowiedzUsuńCo ma oznaczać że brak odpowiedzialności za drugą osobę i inne osoby jest przyczyną braku powodzenia w szukaniu żony czy męża? Może Ksiądz podać przykłady?
OdpowiedzUsuńChodzi o to, czy interesuje mnie dobro innych, ich potrzeby, troski itp. I czy jestem gotów dać coś z siebie ze zwykłej życzliwości, bezinteresownie. Z tym właśnie jest obecnie największy problem zarówno wśród dorosłych jak też - może jeszcze bardziej - wśród młodzieży.
UsuńNie zgadzam się z tezą, że prawie nikt nie planuje staropanieństwa ani starokawalerstwa. Obecnie mnóstwo osób je planuje widząc w tym sposób na łatwe i bezproblemowe życie.
OdpowiedzUsuńTym gorzej.
UsuńDziękuję Księdzu za wpis.
OdpowiedzUsuńChciałbym zaznaczyć, ze strony może nieco psychologicznej, że chodzi o wewnętrzną blokadę, jest to lęk przed odrzuceniem, przed, przepraszam za kolokwializm, zbłaźnieniem się, przed niezręczną sytuacją czy przed porażką. W ten sposób przepada wiele szans. To tak odnośnie tego co się dzieje wcześniej, przed.
Druga kwestia to taka, że (piszę z perspektywy faceta) wiele panien jest obecnie poza Kościołem albo paprają się w jakimś protestantyzmie, więc tu pojawiają się kolejne problemy związane ze stylem życia, jak też z ewentualnym wychowywaniem przyszłego potomstwa (jak ma wychowywać katolik swoje własne dzieci skoro żona jest protestantką i reprezentuje inny system wartości?).
Trzecie sprawa: wiele osób ma takie poglądy, że "związek jest po to żeby tobie było dobrze", tak spotykam się z takim podejściem.
Jeszcze inna kwestia: wystarczy otworzyć dowolne forum (fora obecnie przeniosły się na grupy facebookowe) psychologiczne i poczytać o problemach w relacjach. Czytając to można też dojść do wniosku "Po co mi to? Czy nie lepiej nie wchodzić w tego typu rzeczy i sobie darować?"
Jeśli jednak ktoś naprawdę pragnie i potrafi dać dużo serca od siebie, to i tak zderza się z barierami opisanymi w pkt. 1, więc nikt z tego serca nie jest w stanie skorzystać.
Jeśli dana osoba nie gra i nie zakłada maski, ale mówiąc kolokwialnie gra w otwarte karty, to nie ma szans, żeby doszło do tzw., "zbłaźnienia". Można mówić, że na pierwszych spotkaniach i ogólnie na początku żyje się w pewnym sensie w takiej idealnej bajce, ale po to jest czas poznawania się, aby ujrzeć prawdziwe oblicze i zachowania drugiej osoby, i można mówić czy jest możliwe życie razem czy nie.
UsuńTo jest też to o czym pisał Ksiądz w swoich poprzednich wpisach, że trzeba poznać też rodziców i rodzinę osoby z którą się spotykamy. Ciężko mówić o tych samych fundamentach kiedy mamy doczynienia z ateistami, czy innymi wyznaniami, lub wartościami: konserwatywne/lewackie itd.
Na pewno najlepszym miejscem przynajmniej na początek jest uczestnictwo w Mszy Łacińśkiej i tam jest większa szansa na znalezienie osoby o tych samych wartościach i podejściu do życia duchowego, zwłaszcza jeśli chodzi o znalezienie niewiasty, które wyróżniają się na tle innych kobiet i są jak rzadkie perły.
Na pewno nie usłyszysz tam przytoczonych tekstów/podejścia do związków.
Może niedoprecyzowanem, ale miałem na myśli "to przed" czyli podchodzenie, zagadywanie czy zaczepianie obcych kobiet (jako facet rzecz jasna) w przestrzeni publicznej.
UsuńZ perspektywy dzisiejszej młodzieży to jak dziewczyna jest protestantką (co akurat w Polsce jest rzadkością), to i tak jest dużo łatwiej niż z ateistką. Jest to dobra okazja do przyczynienia się do czyjegoś nawrócenia, jeśli włoży się w głoszenie Pana Boga odpowiednio dużo starania, cierpliwości, delikatności i szczerej miłości (rozumianej właśnie po katolicku). Z mojego doświadczenia bardzo mało jest w Polsce protestantów świadomie wierzących, potrafiących obronić swoje wierzenia w starciu z apologetyką katolicką. A wiara w tego samego Boga, to już i tak niezły fundament, żeby zacząć z kimś coś budować, skoro stan liczebności wierzących katolików mamy, jaki mamy…
UsuńTo ostatnio mam jakąś serię, ponieważ z jedną protestantką miałem do czynienia w pracy, z inną na pielgrzymce, i to z katolickim biurem podróży (posiadającym katolickiego księdza, ale też nie ograniczającym, że pielgrzymka jest tylko dla katolików).
UsuńTrzeba napisać: "to zależy". Zależy od charakteru takiej dziewczyny. Czy jest normalna i czy trafiają do niej argumenty. Jednak po pierwsze trzeba trafić na grunt taki, żeby taka dziewczyna chciała coś budować z facetem. Nawracanie to następny poziom. Protestanci są różni. Owszem, mogą być tacy, którzy są wychowani w swojej wierze i nie atakują katolicyzmu, ale są też i tacy, którzy są wrogo nastawieni do naszej wiary.
Zależy zatem od charakteru dziewczyny. Czy ma być "jej na wierzchu" czy jest zdolna do uczciwej rozmowy? No i "kompromis" to dla dziecka jest oddaniem pola, bo jeżeli tata chodzi do kościoła, nawet z dzieckiem, ale mama już nie, to już jest to wzorzec dla dziecka. I to niezdrowy wzorzec. Po drugie: których prawd wiary ma się nauczyć?
Piszę to też z pewnym nacechowaniem tego własnym doświadczeniem. Bo jedna taka protestantka, która mi na drodze stanęła i tak mimo jej zainteresowania mną, okazała się osobą zaburzoną, a wręcz toksyczną dla mnie.
Jestem innym anonimowym niż ten z 6 czerwca 20:24
UsuńMoim zdaniem lepiej nie wiązać się w małżeństwo z heretykiem/heretyczką. Natomiast próba nawrócenia przez rozmowę jest słuszna.
Wytłumaczcie mi po co tradycyjni katolicy zabiegają o heretyczki? Mało jest panien w tradycji? Za brzydkie? Za stare? Uroda ważniejsza niż świadomość wyznania?
UsuńE tam, wszystko zależy od charakteru, temperamentu, osobowości. Mam dwóch synów, starszy pozostał kawalerem, młodszy się ożenił.
OdpowiedzUsuń"To jest w ogóle dziwoląg na tle nie tylko historii Kościoła i zasad Kościoła" - Czy może Ksiądz powiedzieć coś więcej? Czy dziewic konsekrowanych nie było przed soborem, w średniowieczu etc.?
OdpowiedzUsuńNie było. Było albo małżeństwo, albo życie zakonne, czyli wspólnotowe z określoną regułą. Bywały też pustelnice, ale Kościół pozwalał na to wyłącznie po okresie formacji i próby w klasztorze.
UsuńW sieci można wyczytać, że stan dziewic konsekrowanych to jedna z najstarszych form życia? Później Kościół zastrzegł konsekracje jedynie dla zakonnic. Jeśli to prawda to co w tym dziwnego Księże?
OdpowiedzUsuńPrywatnie oczywiście każdy mógł sobie zostać w dziewictwie, ale nie było "stanu konsekrowanego" oprócz życie wspólnotowego pod określoną, zatwierdzoną przez Kościół regułą. Innymi słowy: taki dziwoląg, że osoba jest niby konsekrowana, a życie w świecie, czyli prywatnie, oraz zarabia na siebie w świeckim zawodzie, i nie podlega żadnemu przełożeństwu na co dzień, to jest wynalazek modernizmu na wzór protestancki, gdzie zasadniczo odrzuca się życia zakonne (choć bywają parazakonne wspólnoty, ale to też jest nowszy wynalazek, quasi w małpowaniu katolicyzmu).
UsuńDziękuję za odpowiedź.
UsuńCzyli mam rozumieć że fragment:
„ Wraz z rozwojem życia monastycznego Kościół powiązał to powołanie z uroczystą profesją trzech rad ewangelicznych, życiem we wspólnocie, w posłuszeństwie przełożonemu i wspólną regułą, a na mocy dekretów Soboru Laterańskiego II (1139 r.) zaprzestano udzielania konsekracji dziewicom żyjącym w świecie.” (https://konsekrowane.org/dziewice/dok.php)
Mówi o rzekomym zapisie z Soboru laterańskiego, który nie istnieje w jego dokumentach?
Ani ten sobór ani żaden inny nie mówi nic o "dziewicach konsekrowanych". Jest tylko mowa o zakonnicach, canon 8: "Id ipsum quoque de sanctimonialibus feminis si quod absit nubere attentaverint observari decernimus."
Usuńhttps://www.clerus.org/bibliaclerusonline/es/index3.htm
I właśnie dlatego boli mnie fakt, że Jego Ekscelencja biskup Schneider zgodził się te kilka lat temu konsekrować taką kobietę na Jasnej Górze.
UsuńTo było wtedy, kiedy było tam to ohydne, diaboliczne ryczenie zamiast śpiewu w trakcie liturgii.
ad Anonimowy8 czerwca 2026 00:14
UsuńTak, dodatkowym niesmakiem napawał fakt, że owa kobieta miała - choć subtelny ale jednak - makijaż i równie subtelnie, a jednak ufryzowane włosy, co moje wprawne i doświadczone oko niewiasty oglądającej profesjonalną transmisję tego "widowiska" - gdyż nie znajduję właściwszego słowa - dostrzegło bez trudu.
Jakie ryczenie?
UsuńAnonimowy8 czerwca 2026 21:30
UsuńJakie? Ano takie w stylu Marcela Pérèsa otaczanego niezasłużonym nimbem przez ludzi wiodących prym w głównych ośrodkach tradi indultowych w Polsce, a finansowanego od wielu lat przez przemysłowo-bankierską dynastię Goüin powiązaną kapitałowo i towarzysko z Rothschildami.
aean
To który chorał jest koszerny, bo z tego co słyszałem to jedni drugich od modernizmu po 5 kolumnę osądzają :)?
Usuń"Chorał koszerny" z pewnością nie może być chorałem gregoriańskim :)
UsuńAle zgrywus :)
UsuńAle jak to jest, bo podobno metoda solemeska to tez nie do końca ortodoksyjny śpiew?
A kto tak twierdzi?
UsuńDla modernizmu pozytywne jest napędzanie dziewic konsekrowanych, bo zasilają całą swoją energią i czasem sekty typu łódzkie - mocni w "duchu".
OdpowiedzUsuńCytuję:
"10 wywodzi się i należy do wspólnoty modlitewnej "Mocni w Duchu". Do konsekracji przygotowuje się obecnie 15 kolejnych kobiet (w tym 8 z naszej wspólnoty)."
https://centrum.mocniwduchu.pl/o-nas/wspolnoty
ik
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Proszę Księdza mam pytanie. Kilka lat temu byłem u urologa. Rozpoznał u mnie stulejkę, załupek i wobec tego zalecił mi obrzezanie? Czy katolikowi przystoi taki zabieg? Nie ukrywam, że mam wobec tego opory. Urolog mówił, że teoretycznie jest możliwość plastyki, ale jest duże prawdopodobieństwo nawrotu stulejki. Czy w takiej sytuacji jest dopuszczalne obrzezanie, jeśli inne sposoby nie są w stanie pozbyć się stulejki? Dla ułatwienia dodam, że obecnie jestem osobą stanu wolnego, ale nie ukrywam, iż chciałbym kiedyś założyć rodzinę i zdaję sobie sprawę, że w małżeństwie stulejka może być uciążliwa czy to dla małżonki czy dla mnie. Przepraszam, że tutaj o to pytam, ale nie wiem gdzie takie pytania do Księdza można kierować. Z góry dziękuję za odpowiedź!
OdpowiedzUsuńJeśli to jest zabieg medyczny, to nie ma problemu.
UsuńOczywiście miałem na myśli zabieg medyczny. I to w ostateczności, jeśli inne warianty odpadają. Bóg zapłać za odpowiedź!
UsuńA z ciekawości pytając, co czcigodny Ksiądz uważa o korzystaniu z jakichś portali randkowych? Ma to sens, czy jednak nie? Miałem znajomego, który twierdził, że jego znajomi się poznali w ten sposób.
OdpowiedzUsuńBoisz się zagadać na żywo? To jak masz nie bać się troszczyć o żonę I kilkoro dzieci. Portale i internet to kolejny czynnik kastrujacy
UsuńAd anonim 8:35
UsuńPrzecież może być tak, że w najbliższej okolicy nie ma nikogo do wzięcia.
Jako kawaler wychowany wlasnie w atmosferze wymienionej we wpisie Ksiedza, musze niestety to potwierdzic. Pozno zdalem sobie sprawe, ze trzeba znosic korekcje i interesowac sie zyciem innych. Zajelo mi 15 lat ogarniecie mojego bajzlu, wiec teraz przynajmniej wiem, ze mozliwe ze bede mial co do geby wlozyc, przynajmniej do 60-tki.
OdpowiedzUsuńPerspektywa zycia z kims wciaz wzmaga we mnie wymioty i dusznosci, ale pracuje nad tym. Nie od razu Rzym zbudowano. Jako mezczyzna nigdy sie nie starzeje i moge uszczesliwic kogos nawet jako stary pryk.
Każdy się starzeje.
UsuńNie sluchajcie tego starego pryka, zgryzliwego
UsuńDbasz o wątki humorystyczne
Usuń"Jako mezczyzna nigdy sie nie starzeje i moge uszczesliwic kogos nawet jako stary pryk."
Nie, chopie, będziesz tylko krzyżem dla takiej naiwnej, którą oszukasz...
Pokaz mi malzenstwo, w ktorym nikt nikogo nie oszukal wariacie.
UsuńAha, to widzę niezłe ktoś tu ma podejście...
UsuńMozna sprawdzic. Ostatnio na fb pokazuja takie anonse towarzyskie: Kawaler 50 lat poslubi 40 latke z posagiem. Mam wlasny traktor, 1000 zl majatku. Tego typu.
OdpowiedzUsuń1000 zł majątku? Poważnie?
UsuńTo chyba bylo w czasach przedwojennych.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńMam wrażenie, że problem jest szerszy. Mężczyźni wychowywani są głównie przez matki, które zostały emocjonalnie oszukane przez swoich mężów (sporo jest takich). Wychowują pokraki nieprzygotowane do relacji z kobietą, tylko ze swoją matką.
OdpowiedzUsuńKobiety wychowywane, że głównym ich celem jest wygląd, bo to im zapewni status materialny, powodzenie nawet awans w firmie. I mamy cały przemysł lekarsko-modowy. Największa ilość operacji przeprowadzanych (nie tylko) w Polsce to powiększanie biustu... Drugie miejsce zajmuje wymiana biustu. Salonów kosmetyczno-dermatologicznych w samej wawie jest ponad 1000. Ale dlaczego tak jest? W PL nie wybacza się kobietom brzydoty. Dopiszę - jakiejkolwiek brzydoty... Wie ksiądz, że biusty/nosy korygują sobie nawet kobiety po 60? Nowa moda - lifting twarzy, którego koszt wynosi minimum 80 tyś zł. I są takie, które to robią...nawet w wieku 20+.
To co się aktualnie dzieje na rynku matrymonialnym to jest jeden wielki przekładaniec weneryczny. Ludzie podchodzą do spraw seksualnych jak do jazdy tramwajem bez biletu. Po przyjeździe ukrainek jest 400% więcej chorych na hiv. Znamy liczbę przebadanych, a co z resztą? Na forach pod swoimi imionami i nazwiskami potrafią się chwalić ilością partnerów łóżkowych. Przeczytałam, że dziewczyna/chłopak kończący 18 lat ma za sobą ponad 10 partnerów seksualnych.
Zapowiada się ciekawie?
Będąc katolikiem nie należy, bez ważnego powodu, czytać takich rzeczy, bo można zwariować. Trzeba stronić od tego co światowe. Stronić od świata, w którym już nawet celebrytki chwalą się, która rekordu nie pobije w ilości mężczyzn, z którymi niby współżyła w ciągu doby.
UsuńNo i co z tego? Jest mnóstwo panien do wzięcia w Tradycji, tylko trzeba chcieć się ruszyć i wyjść że strefy starego-dziada kawalera
Usuń