Sprawa jest dość typowa, a problem szerszy. Właściwie nie analizowany i prawie zupełnie nierozumiany. Wymagałby gruntownego zbadania socjologicznego i psychologicznego (o ile socjologia i psychologia mogą być gruntowne). Tym niemniej myślę, że możliwe są uwagi teologiczne.
Moderniści chcą przez takie imprezy - jak sami zwykle podają - "ewangelizować", "przyciągnąć" ludzi, zwłaszcza młodzież do Kościoła. Mówią to zwykle szczerze, przynajmniej spora ich część. Problem w tym, że mówią głupio, gdyż wychodzą z fałszywych założeń i fałszywych podstaw.
Główną podstawą jest swoisty komplex niższości względem świata współczesnego. Stąd się bierze pogoń za wzorcami, trendami i modami tego świata, nawet gdy są one absurdalne czy wręcz durne i złe. Oczywiście nie przeczę, że należy docenić rozwój np. technologii, naukowy w różnych dziedzinach, także ogólnie kulturowy, o ile jest zdrowy i dobry. Problem leży w braku rozróżnienia i swoistej ślepocie, która uniemożliwia rozeznanie i odróżnianie, a wynika z braku poznania i trzymania się prawdy o Bogu, człowieku i świecie, co ma swoje źródło w odejściu od rdzennej, autentycznej wiary katolickiej. Wierzenie po katolicku jest procesem sprzężonym: ta wiara daje prawdę, a równocześnie prawda ukazuje się człowiekowi na miarę jego woli i gotowości do wdrażania jej w życie, nawet jeśli wymaga to zmiany nawyków, zmiany myślenia i postępowania. Chodzi więc o połączenie zaburzenia umysłowego z moralnym (czy raczej niemoralnym).
Drugim głównym czynnikiem jest zaburzenie w szerokim sensie estetyczne. Jak wiadomo już z filozofii klasycznej, prawda, dobro i piękno są ściśle ze sobą powiązane. Oznacza to, że uszczerbek czy oddalenie się od którejś z tych wartości pociąga za sobą, a nawet jest wręcz tożsame z odejściem od dwóch pozostałych czyli wszystkich trzech. Widzimy to obecnie wręcz naocznie w tzw. sztuce współczesnej, która weszła czy raczej została wprowadzona do przestrzeni kościelnej. Ohyda i to wręcz prymitywna i wulgarna dominuje od ponad pół wieku zarówno w szeroko pojętej dziedzinie sztuki - nazywanej tak przeważnie bardzo na wyrost - zarówno w dziedzinie plastycznej i architekturze jak też w akustyce, która zwykle zowie się muzyką, choć na to miano właściwie nie zasługuje. Wiąże się z tym także ohyda w ubiorze, zwłaszcza damskim, polegająca już nie tylko w exponowaniu wdzięków niewieścich, lecz brzydoty wynikającej z połączenia ciała niewieściego ze spodniami mniej czy bardziej obcisłymi, co się stało powszechne nawet w przestrzeni kościelnej, co świadczy o zupełnej zapaści umysłowo-estetycznej także u duchownych, którzy zwykle wręcz nie dostrzegają problemu. Bezwstydność wszelkiego rodzaju jest niczym innym jak wynaturzeniem w znaczeniu stępienia czy wręcz zatraty wyczucia godności ciała ludzkiego w porządku naturalnej hierarchii co do struktury człowieczeństwa, czyli prymatu wartości duchowych nad zmysłowością i cielesnością.
Skrzywieni umysłowo i estetycznie - co się ściśle wiąże - katolicy zarówno duchowni jak i świeccy nie zauważają tego wynaturzenia, tym bardziej nie są w stanie i nie mają woli zdiagnozować tego stanu rzeczy w "kulturze" współczesnej jako wypaczenia, które niszczy i wypacza nie tylko dziedzinę duchową w najszerszym sensie lecz także życie społeczne i sferę biologiczną czyli demografię. Bezwstydność zawsze oznacza brak szacunku zarówno dla ciała jak i dla ducha ludzkiego, sprowadzając ciało - czy to swoje czy innych osób, a zwykle jedno i drugie - do przedmiotu pożądania czyli zaspokojenia zmysłowego, które, jeśli jest wyjęte czy oddzielone od sfery wyższej, duchowej, zawsze powoduje chaos, zagubienie, frustrację i zamknięcie w sobie, destrukcyjne dla wszelkich więzi społecznych, zwłaszcza rodzinnych i to już w zarodku. Naocznym skutkiem jest spadająca liczna zawieranych, trwałych małżeństw, oraz wynikająca stąd zapaść dzietności. Sprzyja temu oczywiście przemysł aborcyjny, antykoncepcyjny i pornograficzny, aczkolwiek nie jest to przyczyna, lecz jedynie katalizator, gdyż człowiek trzeźwo, rozumnie myślący wie, że zabijanie dzieci w łonie matki, traktowanie drugiej osoby jako narzędzia zaspokojenia zmysłowego, a także konsumpcja pornografii godzi w godność człowieka i prowadzi do wielorakich nieszczęść. Także tutaj problem jest umysłowo-estetyczny w tym znaczeniu, że nawet resztki zdrowego myślenia i wyczucia estetycznego są tłumione przez nierozumne i obrzydliwe namiętności. Ma to związek również z modnym ostatnio problemem fałszywej ideologii gender i homosexualizmu, gdyż to jest jedynie szczególny, mianowicie skrajny przypadek wypaczenia umysłowo-estetycznego. Nie można więc leczyć tego problemu w oderwaniu od całości i korzenia, czyli właściwej przyczyny. Nie jest przypadkiem, że ohyda estetyczna w przestrzeni kościelnej zbiega się nawet czasowo z demoralizacją, zwłaszcza z homosexualizacją w kręgach duchowieństwa (aczkolwiek sama czystość estetyczna oczywiście nie daje gwarancji czystości moralnej). Tutaj przykładem jest chociażby używanie krzyża jako wieszaka na stułę, rzekomo na przyozdobienie (więcej tutaj). Innym przykładem jest forsowanie akurat w przestrzeni liturgii tradycyjnej antyestetyki akustycznej, czyli niby muzycznej, w postaci zarówno różnego rodzaju kakofonii (jako rzekomej muzyki współczesnej) jak też peresizmu, który przerabia święte melodie liturgii katolickiej na ohydne, wręcz świętokradzkie beczenie (więcej tutaj). Następnym przykładem są niesamowite bluźnierstwa w "Dzienniczku" s. Faustyny Kowalskiej, gdzie jest mowa między innymi o (rzekomych) jej wizjach, w których (rzekomo) widziała, jak kapłan w Komunii św. zjadał Dzieciątko Jezus. Każdy normalny człowiek, o normalnej kondycji umysłowo-estetycznej, może na coś takiego zareagować jedynie odrazą, a nie uznaniem czegoś takie za wizję pochodzącą od Boga.
Jak widać, problem poruszony w pytaniu jest bardzo szeroki i sięgający w głąb przyczyn obecnej sytuacji w Kościele. W przyczynach leży też lekarstwo, to znaczy od nich należy zacząć leczenie. Tutaj każdy może i powinien zadziałać w swoim zakresie zarówno indywidualnym jak też rodzinnym i społecznym, przez:
- dbałość o to, w czym uczestniczymy i czym się karmimy, zarówno co do wiedzy religijnej jak też sztuki czy to wizualnej czy akustycznej (muzycznej), także w dziedzinie ubioru własnego i członków własnej rodziny, grona przyjaciół itp.
- dbałość o przestrzeń rodzinną, zwłaszcza wobec dzieci i z dziećmi, gdyż - według zasady "czym z młodu nasiąknie..." - wyrobienie wrażliwości na prawdę, dobro i piękno jest kluczowe dla zdrowego rozwoju i przyszłości młodego pokolenia,
- dbania o przestrzeń społeczną bliższą i dalszą, zarówno kościelną (parafialną, diecezjalną) jak i świecką.
Także w tej ostatniej dziedzinie jest sporo okazyj i sposobów do czynienia. Przykład: w ostatnich dekadach, zwłaszcza dzięki działalności wiadomego osobnika w czerwonych okularach od "wielkiej orkiestry" rozpleniły się głośnie "koncerty" w przestrzeni publicznej, z poparciem czy przynajmniej za zgodą lokalnych władz, przy milczącej zgodzie bądź obojętności i bezradności mieszkańców. Pretextem jest rzekoma, a właściwie fałszywa dobroczynność, a chodzi właściwie o demoralizację młodzieży wraz z szantażem pseudomoralnym, także za pomocą zanieczyszczenia przestrzeni akustycznej, która jest właściwie własnością wszystkich, także katolików, którzy nadal są jednak większością w Polsce. Nasuwa się pytanie: gdzie jest zdrowy odruch sprzeciwu ze strony katolików i to mający nawet podstawy prawne w postaci paragrafu 51 kodexu wykroczeń (zakłócenie spokoju i to niezależnie od pory dnia)? Niestety zamiast słusznego i koniecznego sprzeciwu ekipa Rysiowa - i jej podobne w innych miejscach Polski - forsuje naśladowanie perfidnej strategii Owsiakowej i to rzekomo w zbożnym celu. A to jest nic innego jak legitymizowanie i wybielanie tej strategii, która jest w istocie diabelska i bezprawna.
Dlatego polecam stanowczy sprzeciw wobec takich imprez, niezależnie od tego, kto je organizuje. Należy zgłaszać na policję naruszenie spokoju (§51 kodeksu wykroczeń) i domagać się ukarania, w razie konieczności także przez sąd (a możliwe jest także dochodzenie zadośćuczynienia). To jest istotny środek także wychowawczy względem młodzieży. Ten, kto przyciąga młodzież do imprez na wolnym powietrzu, które nie liczą się tym, iż inne osoby nie chcą odbierać tego typu wrażeń akustycznych, trwających nawet do późnych godzin nocnych, ten wychowuje ją do postaw i zachowań antyspołecznych, nie liczących się z prawami innych osób.
Jak widać, jest wiele do zrobienia i właściwie każdy może wiele zrobić w swoim zakresie.
Jeszcze wracając do postawionego pytania. Sprowadza się ono do kwestii zgodności formy, w tym także estetyki, z treścią. Czy można głosić Ewangelię za pomocą dźwięków i środków dyskotekowych? Czy w Kościele jest miejsce na wzorce wzięte żywcem z "kultury" współczesnej bez rozróżniania, oczyszczania, korygowania?
Nie chcę tutaj uprawiać autoapologii, ale następujący przykład powinien być pomocny. Otóż co jakiś czas spotykam się z zarzutem, że mój "język" na blogu jest "nie do przyjęcia", gdyż jest "niekulturalny", "obraźliwy", nie odpowiada "zasadom życia społecznego" itp. itd. Najpierw wynika z tego, że brak jest zarzutów merytorycznych, więc pozostają zarzuty quasi estetyczne i formalne. Zdaję sobie sprawę z tego, że zaburzam tutaj swego rodzaju estetykę wypowiedzi mniej czy bardziej powszechną w pewnych kręgach czy to kościelnych czy politycznych. Dziwi jednak fakt, że u osób podnoszących te zarzuty brakuje powiązania formy z treścią. Innymi słowy: w każdej krytyce - a za każdą merytoryczną jestem wdzięczny - należy zacząć od treści i według niej oceniać adekwatność formy. Rozumiem, gdy ktoś się nie zgadza z treścią i tym samym odrzuca formę. Jeśli natomiast ktoś się zgadza z treścią, to według niej powinien ocenić formę, nie odwrotnie. Przykład: gdy muszę obalać potężne a prymitywne bzdury i to wypowiadane z całkowitą pewnością siebie, mimo iż ich absurdalność jest wręcz rażąca, to oburzenie wyrażone odpowiednio nie może być niewłaściwe, nawet jeśli burzy to komuś jego sympatie czy błogość emocjonalną.
Podobnie jest z formą przekazu treści Ewangelii. Pan Jezus - oczywiście nie porównuję siebie, aczkolwiek przyznaję się, że staram się naśladować - nigdy nie bawił się w fałszywe uprzejmości, nie owijał w bawełnę, byle nikogo nie urazić. Tak samo Apostołowie, o czym świadczą ich listy i Dzieje Apostolskie. Tak samo jest w pismach Ojców Kościoła, zwłaszcza tych polemicznych i apologetycznych. Jakież to dalekie od fałszywej uprzejmości, której jest pełno chociażby w Talmudzie czy innych fałszywych pismach starych i nowych. Kłamstwo musi się maskować pod pozorami, prawda nie chce i nie musi. To samo się odnosi do metod tzw. nowej ewangelizacji. A nawet prości ludzie to wyczuwają, o ile myślą trzeźwo i mają zdrowe wyczucie. Gdy np. taki Ryś robi wraz z pseudojezuitami jakąś imprezę masową, nagle ogłaszając, że to była już pierwsza część liturgii Novus Ordo, to każdy normalny człowiek poczuje się oszukany, nie tylko ten, któremu drogie są rubryki novusowe. Tak samo jest z łączeniem treści chrześcijańskich z formami czy rytuałami, które przynajmniej częściowo mają pochodzenie antychrześcijańskie czy wręcz satanistyczne. Nie chodzi o to, że nie należy nawracać także satanistów i zaczadzonych "wielką orkiestrą" cwaniaka w czerwonych okularach. Chodzi o to, że każdy podstęp ma krótkie nogi, nawet jeśli sukces wydaje się szybki i doraźny. Sprawa jest prosta: nikt normalny i szczery nie powie w takim samym tonie w głosie zdania "kocham cię" i "nienawidzę cię", czy też zdania "to jest piękne" i "to jest ohydne". Jeśli ktoś ton właściwy do jednego zdania przenosi na zdanie przeciwne, to nie powinien się dziwić, że nie zostanie właściwie zrozumiany, a nawet prawdopodobnie zostanie uznany za oszusta.
Nie chodzi o to, że mamy ludziom podawać treści tylko na słodko i miło. Są treści, które muszą zostać wyrażone dosadnie (jak to się może dzieje nierzadko tutaj). Istotna i niezbędna jest zgodność formy z treścią i odwrotnie. A to jest obecnie najpoważniejszy problem z Kościołem, ściśle związany z jego wiarygodnością czy raczej z jej zapaścią.
Kwestie związane z estetyką są bagatelizowane jako rzekomo nieistotne. Nie tylko media psują ludzi. Nie tylko potocznie, ale także w szkolnictwie na różnych kierunkach wizualnych, gdzie rzetelny warsztat i kunszt są uważane za przejawy wąskich horyzontów, które trzeba przełamywać "wyrażaniem siebie". Z warsztatem rzemieślniczym się wręcz programowo walczy. Destrukcja estetyki wizualnej i muzycznej skutkuje cynizmem i brakiem nadziei, bo ludzie nie mają już punktu odniesienia do rozumnej, harmonijnej kompozycji. Musi ona być wyparta rzekomą dominacją mocy przypadku. Deficyty rzemieślnicze odbijają się sprzedajnością adeptów, siłą rzeczy zasilających propagandę. Produkuje się absolwentów, którzy albo muszą dopasować się do destrukcyjnych trendów, albo z tak wypranym rozumem idą na leczenie psychiatryczne. To wynika z błędnych przesłanek wtłaczanych od najmłodszych lat, że wszystko, co jest nowością jest lepsze od czegokolwiek z poprzednich lat. Idąc dalej przyczyna leży w propagandzie ewolucji jako takiej. Bez odpowiedniego szkolnictwa ciężko będzie przekierować percepcję u młodych ludzi na właściwe tory. Dzieciom nie mieści się w głowie, że nauczyciele i rodzice podają błędne wzorce, w tym także zacieranie różnic międzypłciowych w ubiorze. Atak na estetykę idący od uczelni, finalnie uderza w kult katolicki, bo jego wizytówką stają się tandetne budynki sakralne i trywialne przyśpiewki. I zapewne o to chodziło specjalistom od destrukcji.
OdpowiedzUsuńCo do zarzutów, że należy się delikatniej wysławiać - pozwolę sobie dodać, że jeśli chodzi o tak ordynarne herezje, które są na Księdza blogu demaskowane, to uważam, że eleganckie ceregiele się z jawnymi oszustami byłyby ich nobilitowaniem jako merytorycznych i wartych kontynuowania dyskusji. Reagowanie dystyngowaną kurtuazją na absurdy to domena oportunistów.
ik
Dziękuję za wyjaśnienie tej ostrości w wypowiedziach Księdza. Przyjmuję je i jestem w stanie zaakceptować. Ale muszę też powiedzieć, że ja trafiłem parę lat temu na tego bloga w jakiejś ważnej sprawie i język mnie tak zniechęcił, że potem nie zaglądałem tu kilka lat, co było szkodą dla mojej duszy, bo wiele kwestii tutaj poruszonych mi pomogło odkąd czytam tego bloga. Sam mam bardzo cięty język i ogólnie wśród znajomych i w rodzinie uważają przy rozmawianiu ze mną, bo zanim pomyślę, to wypalę brutalną prawdę. Muszę dodać, że nie wiem gdzie jest granica takiego wypowiadania się (chodzi mi o styl, nie o prawdę). Jeżeli jest taka możliwość, to czy mógłby Ksiądz omówić szerzej ten temat? Czyli połączenie savoir-vivre, prawdomówności, szczerości i ostrego języka.
OdpowiedzUsuńDziękuję Księdzu za ten tekst. Porusza ważny temat, który większość moich bliskich i znajomych nie rozumie. Deo gratias.
OdpowiedzUsuńA ja się sprzeciwiam próbom kontrolowania ubioru kobiecego.Noszę spodnie bo są funkcjonalne, zapewniają wygodę, są idealnym strojem na co dzień i od święta.Zimą zapewniają ciepło, a wiatr nie podwiewa jak w przypadku spódnic.
OdpowiedzUsuńNo to mówi już wiele. Jeśli dla kogoś rozumowe argumenty są kontrolowaniem, a jedynym kryterium idealności jest funkcjonalność w znaczeniu ochrony przed zimnem, to sam daje świadectwo swojego poziomu umysłowo-estetycznego.
Usuńdo "Anonimowy16 maja 2026 11:59"
UsuńTo nie jest kontrolowanie, tylko normalny porządek rzeczy. Faktycznie trudno kupić ciepłą spódnicę na zimę, ale są takie sposoby pod spód jak wełniane rajstopy, na to getry, albo długie wełniane skarpety, a w cieplejsze dni po prostu getry pod spód. Już kilka lat wychodzę tylko w spódnicach i nie ma problemu, tylko na początku trzeba zacząć od przeorania zawartości szafy na nowo, co zajmuje sporo czasu.
ik
teologkatolicki16 maja 2026 12:08
UsuńIleż w tej wypowiedzi duszpasterza znajduję miłości bliźniego.Szczególnie czuję się zbudowana diagnozą umysłowo-estetyczną..😯😯
Miłość duszpasterza zaczyna się od prawdy. Jeśli lekarz powie choremu, że jest chory, to jest to miłość czy brak miłości?
Usuńad Anonimowy17 maja 2026 06:15
UsuńGdyby ten duszpasterz nie był powodowany miłością bliźniego, pragnieniem rzeczywistego dobra i zbawienia dusz, to mógłby nie zakładać tego bloga, lecz zajmować się samym sobą i się nie narażać. A Pani nie miałaby gdzie komentować.
Może jest coś ze mną nie tak, ale w przeszłości, gdy byłem "zaczadzony" faustyno sopoćkizmem, to gdy przeczytałem ten podany fragment, to nie odebrałem go jakoś z odrazą, bo sobie tłumaczyłem, że przecież Pan Jezus jest w Komuni św. Natomiast już wiem, dlaczego czytanie "Dzienniczka" niepokoiło mnie wewnątrz. Jest oczywiście też dużo innych równie dziwnych i przerażających fragmentów, ale chyba nie warto o nich wszystkich pisać.
OdpowiedzUsuń