Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy istnieje powołanie do życia w samotności?



Powołanie (vocatio) w sensie właściwym oznacza wybranie do stanu duchownego (z przyjęciem święceń) czy konsekrowanego (zakonnego). Chodzi o szczególną, w pewnym sensie wyjątkową drogę życiową, która jest naśladowaniem Chrystusa w formie życia, nie tylko według przykazań Bożych i kościelnych, lecz także tzw. rad ewangelicznych ubóstwa, czystości i posłuszeństwa według statutów właściwych dla duchownych i osób zakonnych. W tym znaczeniu w klasycznej teologii mówi się o dwóch stanach życia w Kościele:
- stanie przykazań (czyli tym zasadniczym, dla wszystkich) oraz
- stanie rad ewangelicznych (które zakładają oczywiście także wypełnianie przykazań).

Świętość można i trzeba osiągnąć oczywiście także nie przynależąc do stanu rad ewangelicznych. Z żyjących w stanie przykazań Pan Bóg powołuje niektóre osoby na swoją szczególną służbę dla Swojej chwały i dla zbawienia dusz.

Żyjący w stanie świeckim (czyli samych przykazań) mają za zadanie zwykle obowiązki wspólne wszystkim ludziom. Przeważnie jest to także, a nawet przede wszystkim założenie rodziny i wychowanie potomstwa. Jednak, według świadectwa Pisma św. Starego i Nowego Testamentu, zawsze istniały osoby, które nie zakładały rodziny, z różnych przyczyn. Boże Objawienie ani nie nakazuje każdemu założenia rodziny, ani nie zleca poszczególnym osobom życia samotnego, ani go nie potępia. W starożytnym Kościele istniała instytucja dziewic poświęconych Bogu, także wdów. Tak było zanim powstały zakony żeńskie. Nieżonaci mężczyźni byli czy to żołnierzami, czy sługami u zamożnych, także jako uczeni, nauczyciele i wychowawcy, czy też duchownymi w niższych święceniach. W niższych warstwach społecznych bezżeństwo (czyli życie w samotności) było przez długie wieki i stosunkowo do niedawna bardzo częste, zarówno wśród niewiast jak też wśród mężczyzn, gdyż założenie rodziny wymagało zapewnienie utrzymania i wychowania dzieci, na co uboższych (zbyt mało zarabiających) zwykle nie było stać. W tym znaczeniu można mówić o trzeciej drodze życiowej, oprócz stanu duchowno-konsekrowanego i stanu małżeńskiego. 

Najpierw należy się zastanowić, dlaczego doszło do pozostania w takim stanie życia (przez który przeszli wszyscy, którzy następnie wybrali czy to drogę duchowną czy małżeńską). To jest istotne, by nie doszło do zgorzknienia czy zniechęcenia, czy poczucia niepowodzenia życiowego. Najważniejsze jest, by powodem czy przyczyną nie był egoizm, egocentryzm, zamknięcie w sobie, na swoich potrzebach, zachciankach, wygodzie itp. Jeśli by tak było, to należy pracować nad tym. Jeśli natomiast powodem czy przyczyną jest poświęcenie swego życia czemuś dobremu, co trudno jest pogodzić zarówno z założeniem rodziny jak też ze stanem zakonnym czy duchownym, to jest to właściwa droga, która będzie służyła rozwojowi i dojrzewaniu miłości do Boga i do bliźniego. Tutaj ważne jest poradnictwo duchowe, gdyż sam człowiek łatwo się może pomylić w ocenie siebie i swojej sytuacji. 

Jaka jest specyfika tego stanu? Ponieważ nie ma obowiązków ani wobec własnej rodziny, ani wobec Kościoła, osoba taka ma znacznie większą wolność w wyborze i wypełnianiu zadań, ale także jakby szerszą odpowiedzialność. W związku z tym jest to droga trudniejsza, wymagająca większej siły ducha i także umiejętności praktycznych. Pod względem duchowym taka osoba nie ma kontroli i korekty ze strony ani wspólnoty duchownej, ani współmałżonka, pod względem czysto ludzkim i materialnym również jest zdana bardziej na siebie niż ktoś żyjący w stanie duchownym czy małżeńskim. Wiąże się z tym oczywiście pewne niebezpieczeństwo i wyzwanie, ale równocześnie szansa dla rozwoju osobowego. Jednak warunkiem jest przede wszystkim dojrzałe życie duchowe i religijne, oraz zdrowe relacje ludzkie czyli życie miłością bliźniego, mimo że ten stan może sprzyjać egoizmowi i zamknięciu się w sobie, co musi powodować regres czy wręcz patologię osobowości. 

Pewne jest, że Pan Bóg daje także takim osobom łaski i siły, których potrzebują do życia według przykazań, osiągnięcia świętości oraz odpowiedniej służby Bogu i bliźnim. Konieczny jest jednak wkład własnych sił i umiejętności. Środki są takie same jak dla innych stanów życia:
- korzystanie z Sakramentów,
- z kierownictwa duchowego oraz
- czynna, bezinteresowna miłość bliźniego.

Zaletą tego stanu życia jest
- doskonalenie zawodowe oraz
- troska o potrzebujących, chorych, ubogich, opuszczonych itp.

Osoba samotna ma więcej czasu a także środków dla zdobywania wiedzy, umiejętności oraz dla uczynków miłości bliźniego. Osoba taka może i powinna docierać ze swoją uwagą i troską do ludzi niezauważanych, lekceważonych czy pogardzanych przez innych. Jest to sposób realizacji ojcostwa czy macierzyństwa duchowego, którego wzorem jest także w tym wypadku Jezus Chrystus.

11 komentarzy:

  1. Przecież chyba osoba samotna ma własnie mniejszą odpowiedzialnosc bo nie ma ludzi sobie poddanych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu chodzi chyba o to, że taki małżonek ma troszczyć sie o rodzine, kapłan o owce a osoba samotna jest "otoczona" wieloma "obowiązkami stanu", które mogą stanąć na jej życiowej drodze. Ma szersze pole działania, a więc i większą odpowiedzialność.

      Ksiądz mnie poprawi, jeśli się myle.

      Usuń
  2. Co mają zrobić osoby niepełnosprawne, zwłaszcza psychicznie, szczególnie wtedy, kiedy mają silne pragnienie związku romantycznego, intymnego? Na przykład ci, co mają renty ze względu na całkowitą niezdolność do pracy. Mam prawie 30 lat i nigdy nie byłem w związku, od dzieciństwa chciałem mieć partnerkę, ale "nikt mnie nie chciał". Mam całkiem poważne orzeczenia (o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności ze względu na całościowe zaburzenia rozwoju i choroby psychiczne oraz takie, co uprawnia do renty socjalnej). Życie w czystości celibatu zdaje się być dla mnie "wielkim wyrzeczeniem", może wyraźnie szkodzić mojemu zdrowiu psychicznemu i dezorganizować mi życie... Z drugiej strony bałbym się tego, że moje potomstwo byłoby niepełnosprawne, chore, niesamodzielne w życiu (zwłaszcza dorosłym), wymagające świadczeń i przywilejów z tytułu problemów ze zdrowiem. Nie chciałbym zaszkodzić potomstwu np. przez zrobienie z niego skrupulantów, osób nieumiarkowanie bojących się sprawiedliwości Bożej. Bardzo dużym problemem jest dla mnie zarabianie pieniędzy, praca na warunkach rynkowych i dbanie o gospodarstwo domowe (także o podwórko, rolę). Przez pandemię mój stan psychiczny dodatkowo się pogorszył, a rentę socjalną dostawałem trzy razy jeszcze przed pandemią (w latach: 2015, 2016, 2019). Mam bardzo poważne problemy z przyjmowaniem sakramentów pokuty i Eucharystii, od ponad 13 lat męczy mnie skrupulanctwo czy skłonności do niego, do ok. 15 roku życia żyłem bardzo grzesznie, nie bałem się piekła, "robiłem co chciałem", w szkole podstawowej i gimnazjum niektóre inne osoby ze szkoły wyraźnie mnie prześladowały, dręczyły, byłem ofiarą mobbingu szkolnego przez wiele lat. Od dzieciństwa mam też ekscentryczne i odpychające preferencje seksualne, których nie realizuję od ok. 14 lat (po bierzmowaniu), w życiu miałem kilka wizyt u seksuologów, rozpoznawano u mnie m. in. jednocześnie: zespół Aspergera, zaburzenia typu schizofrenii, mieszane zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Czytałem o osobach z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (jak zespół Aspergera) czy ze schizofrenią bądź chorobą z jej spektrum, które były w związkach (także małżeńskich) i miały potomstwo. Na teście IQ Wechslera miałem ogólnie wysokie wyniki, zdobyłem tytuł magistra inżyniera na studiach stacjonarnych (co prawda na niezbyt technicznym kierunku), ze sporej części przedmiotów bardzo dobrze napisałem maturę (ponad 90% ze wszystkich egzaminów na świadectwie z wyjątkiem tych z języka polskiego). Chyba muszę brać pewne leki psychiatryczne (spore dawki SSRI (leków na nerwicę natręctw czy antydepresantów), nieco neuroleptyków (chociaż problemów z omamami nigdy nie miałem)). I "strasznie boję się" jakiegokolwiek dużego cierpienia, zwłaszcza większego dyskomfortu fizycznego (w tym kar piekielnych czy czyśćcowych). Bezżenność, brak kontaktu intymnego mnie raczej demotywuje do działania niż daje większe pole do działania, od dzieciństwa mam wręcz jakby "obsesję" na punkcie płci przeciwnej... Moją odczuwaną preferencją seksualną nie jest akt penetracyjny (zarówno naturalny, jak i przeciwko naturze), mam problem ze skłonnościami do fetyszyzmu czy czegoś podobnego (seksuolog po jednej z wizyt sugerował mi nawet branie zastrzyków na uśmierzenie pociągu seksualnego, nie tabletki czy, tym bardziej, psychoterapię). Łatwiej mi zrezygnować byłoby z orgazmu i wytrysku (mogłoby być łatwo ograniczyć mi współżycie do aktu mającego na celu prokreację) niż z samego widoku czy dotykania nagich nieskromnych części ciała małżonki, mam problem z pokusami do lubieżności i nieskromności, skłonnościami do nich, są one "męczące"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro Pan ma problem z pokusami to nie różni się Pan od innych.
      Co do obaw przed zawarciem związku, proponuję podjąć refleksję nad przykazaniem miłości bliźniego. To znaczy jak widzi Pan siebie w roli męża oraz ojca, mając tak silne skłonności w materii szóstego przykazania. Tym sposobem strach przed karami czyścowymi czy potępieniem nie spotęguje Pana trudnej drogi do zbawienia. Ave Maria!

      Usuń
  3. Jak w takim razie rozumieć słowa Świętego Pawła w 1 Liście do Koryntian, 7, 1-40?
    Wielu Świętych przedsoborowych pisze podobnie, że dziewictwo jest stanem doskonalszym niż małżeństwo, dodatkowo głównie Święty Alfons Ligurii w swoich listach do ludzi rozeznajacych powołanie wskazuje że życie zakonne, a szczególnie monastyczne jest najdoskonalszą droga powołania zakonnego/kapłańskiego ze względu na największe korzyści. W rozmowach przytaczany jest głównie fragment Księgi Rodzaju, aby mężczyzna łączył się z kobietą i mieli potomstwo jako argument, że małżeństwo to główne powołanie człowieka.
    Z resztą trzeba wspomnieć o osobach, które zmagają się z pociągiem do tej samej płci. W takich przypadkach nie ma szans o życiu kapłańskim, zakonnym i zakładaniu rodziny. Tutaj pozostaje tylko życie w pojedynkę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie mam niepełnosprawności fizycznych i psychicznych i nie jestem w stanie pogodzić się z życiem samotnym. Nie mam też zboczeń i zafiksowania na punkcie płciowym, ani żadnego dążenia do wyżycia się.
    Co jeśli całe życie miało się pewność, że założenie rodziny to dla mnie jedyna droga, wcale nie dla wyżycia niskich instynktów tylko dla wychowywania dzieci, a ciągle pozostaje się w samotności?
    Czy niepokój, duszności i ból głowy na myśl o życiu samotnym jest jakąś oznaką, czy mają to też do przeżycia jako krzyż także osoby, które faktycznie mają być samotne do końca życia? Jak funkcjonować jeśli przy takiej perspektywie wszystko leci z rąk i ma się poczucie, że świat się wali? Nie przekonuje mnie działanie z innymi osobami samotnymi, bo w moim przypadku przylepiają się do mnie, stają się stalkerami, prześladują, śledzą, mszczą się za unikanie. Natomiast osoby, które mają rodziny źle mnie traktują, bo czują się lepsze i wytykają mi samotność i cieszą się z mojej gorszej sytuacji.
    Bycie bez bliskiej osoby odbieram jako zagrożenie, bo jest mnóstwo roszczeniowych autyków, u których mam wrażenie, że działa zły duch atakujący moją słabą stronę, którą jest brak rodziny. Mam tylko dalszą "rodzinę" która nie utrzymuje że mną kontaktu, albo tylko symbolicznie przekaże życzenia na święta.
    Ręce opadają jak usłyszę, że chęć założenia rodziny wynika z temperamentu. To absurdalne sprowadzanie tego do popędów, bo u mnie nie mają miejsca i nie mam paranoi na tym punkcie. Albo kłamliwe insynuacje, że "nie będziesz mieć nikogo, bo chcesz dla siebie". Widocznie takie osoby nie zdają sobie sprawy, że nawet nie weszli na drabinę, bo zostali postawieni na górze, a kopią tę drabinę, bo wydaje im się że inni nie muszą po niej wejść.
    Czy modlić się do skutku, czy pogodzić się z tym stanem, który wywołuje objawy chorobowe, co zrobić jeśli najzwyczajniej nie czuje się na swoim miejscu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. teologkatolicki5 czerwca 2026 09:17

      Należy zacząć od początku, czyli od przyczyn niepowodzenia w szukaniu żony. Tutaj zwykle potrzeba pomocy innej osoby czy osób. I to takich, które Pana znają na co dzień.

      Usuń
    2. Komentarza nie napisał pan. Przyczyny znam.

      Usuń
    3. Osoby, które mnie znają na co dzień żyją po światowemu i uważają za skrupulantke, albo za fanatyczkę - przecież nie będę się radzić ludzi światowych, kiedy mi polecają szukanie chłopa na imprezach. Jedną z przyczyn bycia samą jest to, że faceci nie przejawiają świętości życia, tylko zboczenia. Mnie interesują standardy moralne. Niedorozwój powszechny umysłowy dla mnie ich skreśla.

      Usuń
    4. Warto po prostu powiedzieć na to wszystko Amen. Nie moja lecz Twoja wola Boże. W dzisiejszym świecie ciężko o dobrą żonę/męża. Nawet w środowisku tradycji łacińskiej nie jest to takie proste jakby się miało wydawać. Osobiście uważam, że w tych czasach warto iść za słowami Świętego Pawła, który jednoznacznie mówi: nie masz męża, to go nie szukaj; nie masz żony, to nie szukaj. Nie ma co popadać w paranoję, ale wzorem Świętej Elżbiety oddać to Bogu na modlitwie. Przyjąć to jako błogosławieństwo Boże, mimo że nie jest łatwo. A to co mówią inni, niech sobie gadają. Ludzie zawsze będą gadać. Można się zaczytywać w Ojcach Pustyni oraz innych monastycznych świętych którzy żyli samotnie.
      Trzeba przede wszystkim spokojnie oddać to Bogu, nie popadać w histerię i stany chorobowe bo to szkodzi nie tyle zdrowiu co niszczy kontakt z Bogiem i życie duchowe. Tutaj trzeba zostawić ten aspekt gdzieś na boki znaleźć zajęcie które odciąży umysł i ciało od takich myśli. Pan Bóg w swojej nieskończonej mądrości wskaże rozwiązanie, poda lekarstwo, i przede wszystkim wręczy to co jest nam najpotrzebniejsze. Znam wiele przypadków kobietę które miały podobne objawy kiedy chciały za wszelką cenę zajść w ciążę. Te same symptomy chorobowe. Kiedy odpuściły temat i przekierowały myśli i działania na coś innego nagle ku ich zaskoczeniu przychodziła informacja że są w stanie błogosławionym. Tego samego życzę w Pani przypadku.

      Usuń
  5. " W niższych warstwach społecznych bezżeństwo (czyli życie w samotności) było przez długie wieki i stosunkowo do niedawna bardzo częste, zarówno wśród niewiast jak też wśród mężczyzn, gdyż założenie rodziny wymagało zapewnienie utrzymania i wychowania dzieci, na co uboższych (zbyt mało zarabiających) zwykle nie było stać"
    - Nie pomyślałbym. Wydawałoby mi się, że właśnie ubożsi zakładali wielodzietne rodziny, by starsze dzieci mogły pomóc w pracy na roli itp. Jest Ksiądz pewny?
    Kiedyś samotność to mógł być wyrok śmierci, bo nie było emerytur, a jeśli dzieci nie zajęły się rodzicami to byli skazani na nędze?

    OdpowiedzUsuń