Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy liturgia jest sprawą prywatnej pobożności?




Odpowiedź jest prosta i krótka: nie jest. Wynika to już z pojęcia liturgii. Jest ona bowiem publicznym kultem Kościoła, nie prywatną praktyką pobożnościową. Owszem, liturgia może i powinna żywić, pobudzać, formować i też korygować pobożność osobistą. Jednak jest to funkcja wtórna, drugorzędna i podrzędna, nie istotna i nie decydująca. Wartość osobista - pod względem czy to przywiązania, czy upodobania czy jakiejkolwiek więzi uczuciowej - nie ma istotnego znaczenia dla liturgii. Nadrzędne wobec liturgii są wyłącznie prawdy wiary katolickiej, w których świetle należy oceniać jej słowa i czynności.

Zresztą cała powyższa wypowiedź jest bełkotliwa. Jej tezy - tak jak ta powyżej oceniona zasadnicza - są fałszywe i mętne, wręcz kłamliwe, zarówno teologicznie jak też co do faktów. Nawet pomijając pseudopsychologiczne bluzgi w związku z urojonym "tradsizmem", urojonymi "rówieśnikami", urojonymi "starszymi", nie sposób wyłuskać choćby jednego sensownego zdania będącego czymś więcej niż deklaracją własnej pozycji, która sprowadza się do tego, że powodem "zaangażowania" autora "w tradycję" jest irracjonalne "docenienie VOM".

Autor odrzuca "pastwienie się nad NOMem", sam się pastwiąc niewybrednie na tymi "niektórymi tradsami", którzy krytykują NOM, bo wybrali VOM nie z powodu własnej pobożności, lecz z powodu wierności wierze katolickiej. 

Autor sprytnie podszywa się pod "rówieśników", którzy, nie mając ani solidnej wiedzy teologicznej czy choćby katechizmowej, są pociągani do liturgii tradycyjnej najpierw przez niewątliwie wartościowe wrażenia estetyczne. Perfidia autora polega jednak na tym, że próbuje zakazać wyjścia poza i ponad sferę przeżyciowo-uczuciową, ku wymiarowi intelektualnemu, który nieuchronnie prowadzi do dyskursu teologicznego, zwłaszcza apologetycznego. Ten dyskurs jest dla autora "sekciarski", "zdziwaczały", "niskim i prostym krytykanctwem", "działaniem na negatywnych emocjach", "zacietrzewiem", "fatalizmem", "nieumiejętnością wyważenia sądów", "postawą infantylną i niekonstruktywną" itd. Sam autor oczywiście unosi się ponad taką nikczemnością, pragnąc porwać za sobą "rówieśników", by uchronić ich przed "tradycjonalistyczną bańką", "zamykaniem się w twierdzy" i "ofensywną postawą wobec innych form pobożności"... No cóż, repertuar bluzgów jest iście godny szefa propagandy stanu wojennego. I też taka sama jest ich wartość merytoryczna. Jedynym przesłaniem jest: 
- nie wolno krytykować NOM,
- zaś VOM wolno doceniać wyłącznie jako osobiście, irracjonalnie podobającą się "formę pobożności". 
W przeciwnym razie należy się do zamkniętych w "bańce" staruchów, którzy chodzą całą rodziną na VOM.

Aż trudno uwierzyć, by coś takiego mógł pisać ktoś, kto ukończył chociażby gimnazjum. Wystarczy umieć liczyć do 100, by wiedzieć, że pokolenie pamiętające jako tako liturgię tradycyjną sprawowaną powszechnie urodziło się najpóźniej do 1955 r. i tym samym liczy obecnie około ponad 60 lat. Pokolenie młodsze - a jest to już pokolenie rodziców autora -  zostało wychowane na NOMie i pod tym względem nie różni się od obecnej młodzieży. Obecna młodzież jest natomiast o tyle w lepszej sytuacji, że ma znacznie szerszy i łatwiejszy dostęp do liturgii tradycyjnej niż pokolenie poprzednie (do którego zalicza się także piszący te słowa). Ta dostępność sprzyja porównaniu i refleksji nad przyczynami i skutkami. Nie sprzyja temu natomiast brak styczności, czy to z NOMem czy z VOMem. Każdy myślący choćby zdroworozsądkowo człowiek ma zdolność do analizy porównawczej i wyciągnięcia wniosków zarówno natury poznawczej jak też praktycznej. Ani kłamliwe zaklinanie rzeczywistości - jakoby NOM i VOM byli równorzędnymi "formami pobożności" - ani próba zakazu myślenia i tym samym oceniania nie są w stanie wytrzymać próby czasu, zwłaszcza długoterminowo. Nasuwa się więc pytanie, co tu jest głównym problemem: czy odmóżdżenie autora czy podjęta przez niego próba odmóżdżenia czytelników.

Pytanie to można pozostawić otwarte. Odpowiedź staje się bardziej oczywista wobec powiązań autora ze środowiskiem, które się nazywa "lewicą katolicką" wraz z jej organem: 


Tak ten organ sam się prezentuje:





Wydawcą jest niesłynne środowisko pseudokatolickich wywrotowców:


 
Zaś jako autorzy współpracują m. in. takie sławy: 


Dalszy komentarz jest właściwie zbędny. 
Na koniec wypada jeszcze raz ostrzec przed tego typu "aktywistami".

Czy koszulki ze świętymi wizerunkami są OK?


Samo noszenie wizerunków na odzieniu nie jest bluźnierstwem. Zależy jednak od charakteru i wymowy tych wizerunków na danej części garderoby. 

Problem jest owszem z takową koszulką, ponieważ jest ona pierwotnie częścią bielizny, nie normalnym odzieniem publicznym. Jako taka nie jest ubiorem godnym i wyrażającym szacunek i cześć. Sprawę komplikuje fakt, że obecnie nie ma świadomości takiego charakteru koszulki, gdyż stała się powszechnym ubiorem w lecie. Oczywiście brak świadomości nie usprawiedliwia, jednak pomniejsza winę. Istotne są obiektywne kryteria, jak charakter danego obrazu, czyli treść i sposób przedstawienia. To jest kwestia trzeźwego wyczucia. Człowiek o normalnym wyczuciu nie kupi i nie ubierze takiej koszulki np. z wizerunkiem Jasnogórskim czy z Całunu Turyńskiego. Powodem jest szacunek dla osób, które te wizerunki przedstawiają. Wprawdzie nie można wykluczyć, że ktoś nosi takie koszulki z przywiązania dla Pana Jezusa czy Matki Najświętszej czy dla zamanifestowania wiary. Jednak to subiektywne nastawienie nie jest w stanie zastąpić obiektywnej oceny co do miejsca wizerunków takich Osób. 
Nie ma natomiast problemu odnośnie napisów czy symboli, jak np. krzyża, ryby (ΙΧΘΥΣ) itp. 

Czy Pan Jezus jest lwem?



Biznes jest pomysłowy. I wykorzystuje także uczucia religijne. Zwłaszcza gdy brakuje wiedzy religijnej i trzeźwego myślenia.

Ocena jest krótka i jednoznaczna: taka koszulka jest bluźniercza, nawet jeśli jej autorzy, producenci i handlarze nie zdają sobie z tego sprawy.

Jest taka z następujących powodów:

Po pierwsze:
Można się domyśleć, że chodzi o nawiązanie do Apk 5, 5-10:
  • "I mówi do mnie jeden ze Starców: Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak że otworzy księgę i siedem jej pieczęci. I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt a kręgiem Starców stojącego Baranka jakby zabitego, a miał siedem rogów i siedmioro oczu, którymi jest siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię. On poszedł, i z prawicy Zasiadającego na tronie wziął księgę. A kiedy wziął księgę, czworo Zwierząt i dwudziestu czterech Starców upadło przed Barankiem, każdy mając harfę i złote czasze pełne kadzideł, którymi są modlitwy świętych. I taką nową pieśń śpiewają: «Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć, bo zostałeś zabity i nabyłeś Bogu krwią twoją [ludzi] z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu, i uczyniłeś ich Bogu naszemu królestwem i kapłanami, a będą królować na ziemi."
To jest z kolei nawiązanie do Rdz 49, 8-10:
  • "Judo, ciebie sławić będą bracia twoi, twoja bowiem ręka na karku twych wrogów! Synowie twego ojca będą ci oddawać pokłon! Judo, młody lwie, na zdobyczy róść będziesz, mój synu: jak lew czai się, gotuje do skoku, do lwicy podobny - któż się ośmieli go drażnić? Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród kolan jego, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów!". 
Tym samym jasne jest, że lwem jest nazwane pokolenie Judy, nie Mesjasz. Zaś powyższe słowa w Apk 5,5 po pierwsze są słowami jednego ze starców czyli przedstawicieli Starego Testamentu, który w tych słowach poświadcza spełnienie się proroctwa z Rdz 49. To spełnienie się oznacza także właściwą interpretację, wypełnienie i korektę: Jezus Chrystus, potomek Dawida z pokolenia Judy, jest kluczem do właściwego zrozumienia proroctwa. Dopiero w tym wypełnieniu proroctwo zyskuje właściwy sens: potomek Judy będzie zwycięski. To zwycięstwo jest bliżej wyjaśnione w następnych wersetach Apk 5, 6-10, gdzie centralną postacią jest Baranek. Jest to tytuł nadany Zbawicielowi przez największego z proroków, św. Jana Chrzciciela, a to na podstawie proroctwa Izajasza 53,7:
  • "Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich."
Tak więc księga Apokalipsy prowadzi od znaku lwa, który jest prorocką zapowiedzią, do znaku baranka ofiarnego, który jest spełnieniem. Innymi słowy: w Baranku, na którego wskazał Jan Chrzciciel, spełnia się proroctwo o zwycięstwie lwa z Judy. Tym samym właściwym znakiem jest Baranek, nie lew, już chociażby dlatego, że Mesjasz nie jest pokoleniem Judy, lecz potomkiem z pokolenia Judy, którego zwycięstwo jest diametralnie innego rodzaju. Tym samym utożsamienie lwa z Jezusem Chrystusem jest kłamliwe i nie ma podstaw.

Po drugie:
W całej ikonografii chrześcijańskiej nie ma przedstawiania Jezusa Chrystusa jako lwa czy za pomocą symbolu lwa. Jest zrozumiałe z powyższych powodów i powiązań teologicznych.

Po trzecie:
Przedstawianie Jezusa Chrystusa w symbolu lwa nie ma żadnych podstaw teologicznych w ramach teologii chrześcijańskiej. Podstawą może być jedynie wyciąganie wyrażenia z kontextu wraz z odwróceniem jego sensu: sprowadzenie misji Jezusa Chrystusa do zbudowania potęgi Judy czyli narodu żydowskiego.

Po czwarte:
Odbywa się to kosztem prawdy o Jezusie Chrystusie, prawdy Ewangelii. Nie chodzi o waleczność, gdyż należy ona do istoty Ewangelii. Bardziej istotny pod względem teologicznym jest stosunek między Starym a Nowym Testamentem. Użycie symbolu lwa dla Jezusa Chrystusa jest nie tylko zakłamaniem właściwego znaczenia tego symbolu, lecz stawia jego treść ponad właściwą treścią Ewangelii. Zwycięstwo i potęga Mesjasza jest zwycięstwem i potęgą Jego Ofiary Krzyżowej.

Po piąte:
Symbol lwa ma w całym Piśmie św. znaczenie raczej pejoratywne: św. Piotr porównuje szatana do ryczącego żarłocznego lwa (1 P 5, 8). Tym samym lew jak przenośnia jest znacznie bliższy szatanowi niż Jezusowi Chrystusowi. Do Jezusa Chrystusa odnosi się jedynie pośrednio i w znaczeniu prorockiej, niewyraźnej i ograniczonej przepowiedni, odnoszącej się bezpośrednio do pokolenia Judy. Jej spełnienie w Jezusie Chrystusie miało miejsce wraz z korektą za pomocą symbolu baranka.

Dlaczego Bóg nie uzdrowił trędowatych?



Pytanie zawiera przynajmniej dwa zasadnicze i obszerne problemy teologiczne:
- kwestia właściwego rozumienia Starego Testamentu, oraz
- kwestia istnienia chorób i wszelkiego cierpienia.

Oczywiście nie mogę tutaj obszernie rozwinąć tych tematów. Wskażę na wątki istotne dla odpowiedzi.

Po pierwsze, nakaz izolowania trędowatych miał na celu ochronę przed zarażeniem zdrowych, gdyż jest to choroba wysoce zakaźna. Trąd stał się uleczalny dopiero w XX w. i do tej pory głównym środkiem medycznym odnośnie chorych było izolowanie ich od zdrowych.

Po drugie, Stary Testament jest jedynie przygotowaniem do pełnego Objawienia Bożego w Nowym Testamencie i ma charakter tymczasowy, tzn. do momentu przyjścia Zbawiciela. Jezus Chrystus objawił pełnię prawdy i środków Zbawienia, nakazując m. in. troskę o chorych. Dlatego Kościół od zarania swoich dziejów jako pierwsza instytucja w dziejach ludzkości zakładał szpitale, także leprozoria czyli miejsca opieki nad trędowatymi.

Po trzecie, sam Jezus Chrystus został zapowiedziany przez proroka Izajasza (53, 4) jako "trędowaty", tzn. że będzie uznany przez własny naród jakby za trędowatego, czyli wykluczonego ze społeczności. Jest to zapowiedź cierpienia Mesjasza, który przynosi Zbawienie.

Po czwarte, każde cierpienie, także straszliwa choroba trądu, jest w perspektywie teologicznej skutkiem grzechu pierworodnego. Oznacza to, że nie można zrozumieć cierpienia bez zrozumienia grzechu i ostatecznie relacji między człowiekiem a Bogiem, której grzech dotyczy.

Po piąte, teologicznie pewne jest także, że Pan Bóg nigdy nie przyglądał się cierpieniu bezczynnie, lecz już w raju, natychmiast po upadku grzechowym pierwszych rodziców, zapowiedział Zbawienie i zwycięstwo nad szatanem, który spowodował grzech i tym samym cierpienie.

Po szóste, jest oczywiście pytanie, dlaczego Pan Bóg nie zdziałał od razu Zbawienia od grzechu i cierpienia, lecz czyni to w ciągu historii, stopniowo, może się wydawać, że powoli i zwlekając. Oczywiście nie znamy zupełnego wyjaśnienia dla takiego planu, jednak możemy wnioskować z przesłanek teologicznych. Główną przesłanką jest historyczna natura dzieła stworzenia, które nie jest tylko jednorazowym wydarzeniem w przeszłości, u zarania istnienia wszechświata, lecz trwa jako podtrzymywanie w istnieniu i działanie Boga w nim (jako Opatrzność Boża). Pewne jest, że sposób działania Zbawienia odpowiada zarówno istocie i naturze Boga jak też naturze człowieka i całego stworzenia. Wiemy, że Bóg jest miłością i to doskonałą, tym samym dzieło zarówno stworzenia jak też Zbawienia pochodzi z miłości. Oczywiście jest to miłość inna niż nasze, ludzkie pojęcia i wyobrażenia o miłości, gdyż są one ograniczone i ułomne, jako że nasze poznanie jest niedoskonałe a nierzadko wręcz błędne, także odnośnie miłości, której właściwie każdy człowiek pragnie i szuka.

To jest jedynie kilka głównych wątków gwoli odpowiedzi. Pytanie sprowadza się ostatecznie do pytania osobistego, które każdy sobie zadaje wcześniej czy później: dlaczego Bóg zsyła mi cierpienie i nie wyzwala mnie z niego? Warto w taki sposób zastanowić się nad pytaniem. W szczerości serca i z szacunkiem należnym Panu Bogu.

Czy protestanci są w stanie wyrzucać złe duchy?



Wyrzucanie złych duchów, zwane exorcyzmem, ma swój początek i źródło w działalności Jezusa Chrystusa. On Swoją publiczną działalność rozpoczął 40-dniowym postem oraz odparciem ataków szatana. Potem nie tylko uzdrawiał chorych, lecz także exorcyzmował opętanych. Były to czyny-znaki Królestwa Bożego, które On ustanowił i które trwa w Kościele. To w Kościele przez Niego założonym trwa Jego dzieło, tzn. Jezus Chrystus działa w Kościele i przez Kościół, który właśnie do tego celu został przez Niego utworzony i ustanowiony. Jako Bóg, Jezus Chrystus oczywiście może działać także poza Kościołem i nie posługując się nim. Jednak także wtedy nie może samemu Sobie zaprzeczyć, ponieważ jest Prawdą (por. J 14, 6).

Co wynika z tych zasad odnośnie do postawionego pytania?

Po pierwsze, zwyczajną i właściwą drogą działania zbawczego Jezusa Chrystusa jest Kościół, jego sakramenty i sakramentalia. Takim sakramentale są exorcyzmy sprawowane w liturgii tradycyjnej począwszy od namaszczenia katechumenów, poprzez liczne exorcyzmy nad rzeczami poświęcanymi (w błogosławieństwach rzeczy, benedictiones), aż do exorcyzmów zarezerwowanych do stwierdzonych przypadków opętań szatańskich. W ten sposób Kościół sprawuje swoją misję uświęcania, której nie można oddzielić od całości jego misji, czyli także nauczania i rządzenia. Wynika stąd, że ktoś odrzucający Kościół Chrystusowy, który jest jeden, święty, katolicki i apostolski, nie może działać w imię i w mocy Jezusa Chrystusa, nawet jeśli by się na Niego powoływał. Innymi słowy: heretyk, czyli ktoś odrzucający Boże Objawienie dane przez Jezusa Chrystusa i nauczane przez Kościół, nie jest w stanie de facto, autentycznie i prawdziwie działać w Jego imieniu i mocy. Dlatego właśnie nie są znane potwierdzone medycznie cuda zdziałane w obrębie protestantyzmu czy innych religij. Dotyczy to także exorcyzmów, przy czym stwierdzenie skuteczności należy bardziej do dziedziny teologii niż nauk przyrodniczych.

Po drugie, nie jest wykluczone, że Pan Jezus działa także w kręgu osób i przez poszczególne osoby nie należące do Jego Kościoła, jak heretycy, żydzi czy poganie. Jednak pewne jest, że wtedy to działanie jest ukierunkowane na doprowadzenie do prawdy objawionej i do Kościoła, bądź przynajmniej do zbawienia dusz na drodze nadzwyczajnej. Konkretnie: gdy heretyk, żyd czy poganin prosi Jezusa Chrystusa o uzdrowienie czy uwolnienie od złego ducha, a ten skutek nie jest sprzeczny ze zbawieniem dusz, co oznacza także, że zamiarem tej prośby nie jest zaprzeczenie czy odwiedzenie od Bożej prawdy i prawdziwego Kościoła, wówczas można przyjąć, że Pan Bóg, Jezus Chrystus, działa czy może działać, gdyż zgodne jest to z Jego Objawieniem i zwyczajną drogą Zbawienia w Kościele.

Wynika stąd następujące kryterium rozróżniania:
Gdy ktoś nie będący katolikiem powołuje się w swoim działaniu na Jezusa Chrystusa, a nie ma choćby ukrytego zamiaru zaprzeczania Kościołowi Jezusa Chrystusa i odciągania od niego, wówczas owo działanie może być narzędziem działania Jezusa Chrystusa, czyli nadzwyczajną drogą Zbawienia.

Czy kłamstwo zawsze jest grzechem?




Podobna kwestia była już poruszana:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/do-czego-odnosi-sie-viii-przykazanie.html

Przytoczę ponownie słowa Patrona teologów moralnych św. Alfonsa de Liguori:

z: Theologia moralis

Streszczając: św. Alfons rozróżnia między symulacją formalną i materialną. Pierwsza polega na takiej różnicy między słowami (czy zachowaniem zewnętrznym) a wewnętrzną wiedzą (czy postawą), że okłamuje się co do faktów, tym samym jest grzeszna i niedozwolona. Symulacja materialna natomiast nie ma na celu oszukania czyli wyrażenia czegoś sprzecznego z wiedzą wewnętrzna, lecz ma inny cel i jest dozwolona dla słusznego powodu. Jako przykłady święty Doktor podaje zachowanie Jozuego w sytuacji wojny (Joz 8) oraz Pana Jezusa, który wobec uczniów w drodze do Emaus zachował się tak, jakby chciał iść dalej, gdyż chciał pokazać, że zostanie z nimi na ich prośbę (Łk 24).

Tak więc kłamstwo we właściwym sensie, czyli mówienie nieprawdy z zamiarem przedstawienia sprzecznego ze stanem rzeczy (faktem) jest zawsze grzeszne i tym samym niedozwolone moralnie, niezależnie od sytuacji i powodu. Takie było zawsze nauczanie Kościoła i jest ono niezmienne.

Różne były opinie teologów jedynie odnośnie tzw. restrictio mentalis, czyli zachowania prawdy w umyśle bez jej uzewnętrzniania, czyli dopuszczając różnicę między prawdą w umyśle a tym, co jest komunikowane zewnętrznie, bez zamiaru przedstawienia czegoś sprzecznego z prawdą wewnętrzną (czyli w umyśle), a jedynie w zamiarze ukrycia prawdy obecnej w umyśle. 


Czy gregorianka daje gwarancję?





Tzw. Msze św. gregoriańskie mają swoje źródło w opowiadaniu papieża św. Grzegorza Wielkiego (Dial IV 55 ), gdzie jest mowa o tym, jak opatowi klasztoru św. Andrzeja ukazał się zmarły mnich po tym jak sprawowano za jego duszę Mszę św. przez 30 kolejnych dni. To ukazanie się miało oznaczać, iż dusza została wyzwolona z czyśćca.






W średniowieczu praktyka ta - opierająca się na starotestamentalnym czasie żałoby (Li 20, 29 oraz Pwt 34, 8) - była bardzo popularna. Wyposażona była nawet w osobne formularze mszalne na każdy dzień. Mszał Rzymski św. Piusa V zawiera tylko praktykę w siódmy, trzydziesty i rocznicowy dzień po śmierci. 

Sobór Trydencki w osobnym dekrecie o nadużyciach nakazuje, że należy usunąć zabobonne przekonanie o określonej liczbie Mszy św. i świec, zaś pouczać ludo tym, skąd pochodzi bogaty i niebiański owoc Najświętszej Ofiary:



Oczywiście nie jest to skierowane przeciw praktyce Mszy św. gregoriańskich lecz przeciw ich zabobonnemu rozumieniu i traktowaniu. 

Szereg papieży zalecało ich praktykowanie:
- Benedykt XIV wydał specjalny dekret odnośnie ołtarza do takich celebracyj.
- Leon XIII również zachęcał do tej praktyki, pochwaląc zaufanie wiernych:


- Św. Pius X wydał dekret odnośnie ołtarza i odpustów:


Po Soborze Watykańskim II praktyka ta została potwierdzona, o czym świadczy wyjaśnienie wydane przez Kongregację Soboru z 1967 r. odnośnie przerwania trzydziestu dni:



Wyjaśnione jest, że w razie konieczności przerwania 30 dni przez kapłana z powodu ważnej przyczyny jak choroba, kapłan może kontynuować, przez co nie jest pomniejszona wartość Mszy św.

Podsumowując:
- Nie ma gwarancji w znaczeniu zabobonnym czyli automatycznej skuteczności. We wierze katolickiej każda Msza św. ma wartość nieskończoną jako uobecnienie Ofiary Krzyżowej.
- Powtarzanie i liczba Mszy św. ma znaczenie i wartość odnośnie działania ("uczynków") Kościoła (w tym kapłana), które jest ograniczone i tym samym może i powinno być powtarzane i pomnażane ku chwale Boga i zbawieniu dusz.

Czy odgrywanie obrzędów pogańskich jest grzechem?


Po pierwsze jest kwestia celu tego typu rekonstrukcji. Odgrywanie obrzędów pogańskich jest de facto ich odtwarzaniem, nawet jeśli odbywa się to tylko dla zabawy czy pokazu quasi historycznego. Ktoś nie podzielający wierzeń pogańskich musi mieć do nich obrzydzenie. Jeśli ktoś bierze udział w takiej zabawie, to jest kwestia sensu przynajmniej dla niego. Jako zabawa nie ma właściwie sensu, gdyż nie należy się bawić religią także fałszywą, bo to jest poważna dziedzina. Jako pokaz jest to zbędne, gdyż do celu edukacyjnego wystarczy opis słowny.

Ponadto jest kwestia skutków takiej rekonstrukcji, zarówno dla rekonstrukorów jak też dla świadków. Skutkiem dla tych pierwszych jest strata czasu i środków w najlepszym przypadku na bezsensowną zabawę, która może być szkodliwa przynajmniej dla tych, którzy przez to być może zainteresują się fałszywymi kultami.

Tak więc dla oceny moralnej są następujące aspekty:
- poświęcanie czasu i środków na coś przynajmniej potencjalnie szkodliwego dla innych,
- godzenie się na potencjalną szkodliwość przez interesowanie czy inspirowanie do fałszywych kultów,
-  narażanie siebie na ryzyko duchowe oraz zgorszenie.

Sprawa dotyczy więc zarówno pierwszego przykazania Dekalogu jak też miłości bliźniego. Z tego powodu w pierwszych wiekach Kościół zakazywał udziału nawet udziału w przedstawieniach teatralnych i nie przyjmował do Kościoła aktorów, gdyż ich rzemiosło miało ścisły związek z kultami pogańskimi.

Jak odnosić się do objawień prywatnych?



Wiara katolicka dotyczy prawd objawionych przez Boga a przekazanych w Tradycji i Piśmie św. oraz nauczanych przez Kościół. Jest to tzw. depositum fidei, czyli prawdy wiary powierzone Apostołom i Kościołowi do głoszenia i zachowywania. Są one nazywane w teologii Objawieniem publicznym w tym sensie, że jest ono raz na zawsze dane dla całej ludzkości. 

Oprócz Objawienia publicznego, zawartego w Tradycji Kościoła i Piśmie św., mają miejsce w historii Kościoła tzw. objawienia prywatne. Są to wydarzenia, gdy Pan Bóg przez wybrane osoby daje pouczenie, przypomnienie czy napomnienie dla Kościoła i ludzkości na dany czas, czyli są prorockie. Katechizm mówi: 




Są to objawienia prywatne w tym znaczeniu, że
- są jedynie wskazaniem danym na konkretny czas w historii, oraz
- wskazują na Objawienie publiczne. 

Tym samym są jedynie podrzędne i względne, dlatego nie ma obowiązku wierzenia w nie, nawet jeśli są uznane przez Kościół. 

Obowiązuje natomiast ostrożność wobec rzekomych objawień nieuznanych Kościół, tym bardziej wobec odrzuconych tzn. uznanych za nie pochodzące od Boga. Wiara w takowe rzekome objawienia niesie ze sobą niekiedy poważne niebezpieczeństwa dla czystości wiary oraz życia duchowego i moralnego. 


Gdzie wolno sprawować Mszę św.?



W Novus Ordo nie ma obowiązku relikwij ani portatylu. Jednak istotne jest miejsce sprawowania Mszy św. Jest ono dość jasno określone w Kodexie Prawa Kanonicznego:


http://www.trybunal.mkw.pl/Kodeks%20Prawa%20Kanonicznego.pdf


Oznacza to:

1. Nie ma obowiązku codziennego sprawowania Mszy św., tym bardziej gdy nie ma odpowiednich warunków miejsca.

2. Obowiązkowym miejscem sprawowania jest miejsce poświęconego do kultu Bożego, czyli kościół lub przynajmniej kaplica.

3. Jedynie w sytuacji konieczności dopuszczalne jest sprawowanie w innym, odpowiednim miejscu. Odpowiednim miejscem nie jest oczywiście każde dowolne miejsce, lecz musi ono być odpowiednie, tzn. mieć coś wspólnego z miejscem świętym, jak np. krzyż przydrożny, kapliczka, oratorium domowe.

4. Koniecznością oczywiście nie jest z góry zaplanowana wycieczka, którą można i należy tak zaplanować, by Msza św. mogła się odbyć w miejscu świętym.

5. Wykroczenia przeciw tym przepisom są poważnym nadużyciem. Popełniający jest kapłan grzeszy ciężko i t ym samym celebruje świętokradzko, gorsząc wiernych.

6. Wykroczenia tego typu należy zgłaszać niezwłocznie biskupowi miejsca i biskupowi ordynariuszowi danego kapłana. W razie braku odpowiedniej reakcji należy wysłać skargę do Stolicy Apostolskiej.


Jaką przysięgę składali papieże po wyborze na Stolicę Piotrową?




Od pewnego czasu kursuje w internecie text rzekomej przysięgi papieskiej bez podania źródła. Warto poznać źródłową wersję, którą każdy może sam sprawdzić. Pochodzi ona z dokumentów Kancelarii Papieskiej, dokładniej ze zbioru znanego jako "Dziennik Biskupów Rzymskich" (Liber diurnus Romanorum Pontificum). Bliższe informacje o tym wydaniu można znaleźć m. in. tutaj:
https://en.wikipedia.org/wiki/Liber_Diurnus_Romanorum_Pontificum

Text został wydany m. in. w zbiorze Patrologia Latina, tom 105, kolumny 39-44:
 https://archive.org/details/patrologiaecurs166unkngoog/page/n24

Jest to pierwsza przysięga nowowybranego papieża, zwana "wyznaniem wiary" (professio), i zarazem pierwszy, otwierający obrzęd rozbudowanej ceremonii objęcia władzy papieskiej. W swej prostocie są to słowa szczególnej wagi, ukazujące dobitnie katolickie rozumienie urzędu i władzy papieskiej:




Streszczając:
- Papież Elekt przysięga świętemu Piotrowi oraz całemu Kościołowi wierność swemu urzędowi oraz zachowanie prawierności wiary Apostołów oraz poprzedników na Stolicy Piotrowej.
- Przysięga wierność nauczaniu soborów, w tym także potępianie heretyków, których sobory potępiły. 
- Przysięga zachowywanie dekretów kanonicznych swoich poprzedników oraz obrzędów, tudzież zachowanie i niepomniejszanie dóbr kościelnych. 
- Przysięga, że nie będzie odejmował, ani zmieniał nic w Tradycji swoich poprzedników, ani dopuszczał do dodawania czegoś nowego.

Text tej przysięgi papież podpisywał przy grobie św. Piotra.


Czy piekło jest bezcelowe?



Wątpliwość jest nader słuszna, choć dość często podnoszona.

Po pierwsze, należy być ostrożnym z przykładaniem własnej, ludzkiej miary to działania i właściwości Boga. To nasze czyny i postawy powinne być mierzone miarą Bożą, nie odwrotnie. To Bóg jest doskonały, a rzeczywistość stworzona, także ludzka, jest tylko odblaskiem i pochodną Jego doskonałości.

Po drugie, należy pamiętać, że każde działanie Boga, także każde dzieło, postanowienie i rozporządzenie wynika z Jego istoty, która, będąc miłością doskonałą, łączy w sobie także miłosierdzie i sprawiedliwość, które w Bogu są jednością, nie przeciwieństwem czy sprzecznością. Dotyczy to także piekła: jako kara wieczna jest dziełem zarówno sprawiedliwości jak też miłosierdzia. Owszem, jedną z głównych funkcyj kary jest poprawa czyli funkcja pedagogiczna. Jednak dotyczy ona nie tylko samego winowajcy lecz także innych osób. Ukaranie przestępcy ma odstraszyć nie tylko jego samego przez popełnianiem następnych przestępstw lecz także ewentualnych naśladowców przestępstwa.

Po trzecie, człowiek ma prawo wyznaczać karę jedynie w imieniu Boga i zgodnie z Jego wolą. Orzekanie winy przez ludzi jest zawsze tylko prawdopodobne, ograniczone i omylne, gdyż opiera się tylko na danych zewnętrznych i nie ma wglądu we wnętrze człowieka. Tylko Bóg zna serce człowieka. Dlatego kara wyznaczona przez instancję ludzką nie może być wieczna. Stąd w dziedzinie ludzkiej istnieją tylko kary czasowe: także dożywotnie więzienie i kara śmierci są w tym znaczeniu czasowe, że nie sięgają wieczności, tzn. kończą się wraz ze śmiercią. Jedynie kara wieczna jest trwała.

Po czwarte, jest pewne, że Pan Bóg najpierw i przede wszystkim stosuje kary doczesne, i nie tylko za życia (cierpienie), lecz także po śmierci (czyściec). Doświadczenie uczy, że kary doczesne niekiedy, nawet dość często niestety okazują się nieskuteczne, tzn. nie prowadzą do poprawy. Oczywiście wynika to z woli człowieka, tzn. braku woli poprawy, nie z braku działania Boga. Znanych jest wiele przypadków, że zbrodniarze nawet w obliczu kary śmierci nie okazują skruchy i tym samym nawet ta kara okazuje się nieskuteczna, czego przykładem jest zły łotr ukrzyżowany razem z Jezusem Chrystusem. Czy Pan Bóg ma być wobec tego bezradny?

Podam przykład nawiązujący do sytuacji własnej wspomnianej przez pytającego. Gdy ojciec rodziny, mając kilkoro dzieci, po wielu wysiłkach wychowawczych, w tam także karach ku poprawie, widzi, że jedno z dzieci nie tylko nie wykazuje żadnej woli poprawy, lecz ma także negatywny wpływ na inne dzieci, przeciwdziałając wysiłkom wychowawczym, to czyż nie weźmie pod uwagę osobnego i do trwałego ukarania gorszyciela ze względu na dobro pozostałych dzieci? Czy takie wyjątkowe potraktowanie tego jednego jest okrucieństwem czy przejawem sadyzmu? Czyż sadyzmem jest dożywotnie więzienie czy też kara śmierci dla seryjnego mordercy, który nie okazuje żadnej woli poprawy?

Oczywiście, to jest tylko przykład wzięty z naszej ludzkiej rzeczywistości. Jednak ukazuje on zasady ogólny:
- człowiek jest w stanie uparcie trwać w grzechu i woli grzeszenia, tym samym
- zasługuje na karę odpowiednią dla tego stanu, a to jest właśnie kara wieczna czyli piekło.
Inna kara byłaby w takim wypadku sprzeczna z Bożą sprawiedliwością, które jest zarazem miłosierdziem zwłaszcza wobec tych, którzy przez tą karę są skłaniani ku nawróceniu. Prawdziwe miłosierdzie nigdy nie jest sprzeczne ze sprawiedliwością.

Czy kapłana zawsze obowiązuje strój duchowny?


Pytanie jest dość złożone i ma wymiar zarówno prawny (kanoniczny) jak też moralny, tzn. odnośnie grzechu. 

Kapłana katolickiego obowiązują te same normy niezależnie od rodzaju czy miejsca działalności. Kodeks Prawa Kanonicznego nakazuje noszenie odzienia duchownego, które jest bliżej określone w normach wydanych przez konferencję biskupów danego kraju oraz uprawnione zwyczaje lokalne:


Oznacza to, że ordynariusz miejsca powinien czuwać nad przestrzeganiem tego kanonu przez jemu podległych duchownych. Jego stosowanie jest bliżej określone w prawie diecezjalnym lub ponaddiecezjalnym (na poziomie konferencji biskupów). Przestrzeganie tego prawa obowiązuje pod grzechem podobnie do innych przepisów prawa kanonicznego. Ciężar grzechu także zależy od zwykłych warunków (ciężar materii, świadomość, własnowolność).

Tym samym biskup miejsca nie ma prawa udzielić dyspenzy od noszenia stroju duchownego w ogóle, może jednak bliżej określić rodzaj tego stroju, tzn. nie musi to być sutanna, jednak musi to być ubiór wskazujący jednoznacznie na przynależność do stanu duchownego w Kościele katolickim.

Jedynie w sytuacji nadzwyczajnej, jak prześladowania czy specjalne, wyjątkowe zadania, możliwa jest dyspenza - czyli pozwolenie biskupa dla danej osoby oraz sytuacji - na nieużywanie stroju duchownego.

Prawo kanoniczne generalnie zabrania duchownym działalności typu świeckiego:


Działalność dydaktyczno-naukowa w dziedzinach czysto świeckich nie jest wprawdzie wyszczególniona, jednak kanony te należy odnieść na zasadzie analogii: jakakolwiek działalność świecka, tzn. nie wynikająca z władzy święceń czyli sakramentalnej, jest albo zabronia bez wyjątku (can. 285 § 1 - 3), albo dozwolona jedynie za pozwoleniem ordynariusza (can. 285 § 4; can. 286). Wynika to z natury i charakteru święceń oraz przynależności do stanu duchownego: istotą i celem jest działanie dla zbawienia dusz, nie cele doczesne.

Teoretycznie możliwa jest sytuacja, że dany duchowny zmuszony jest do wykonywania pracy świeckiej na własne utrzymanie, tzn. gdy wierni czy przełożony nie jest w stanie zapewnić godziwych i skromnych warunków egzystencji. Jednak także wtedy obowiązuje ubiór duchowny, o ile da się to pogodzić z charakterem i wykonywaniem pracy (np. do ciężkiej pracy fizycznej nieodpowiednie jest ubieranie sutanny).


Jak należy nazywać Zbawiciela?


Pytanie jest jak najbardziej słuszne i zrozumiałe.

Wprawdzie w Ewangeliach jest przeważnie mowa o "Jezusie", jednak już w Listach Apostolskich i Dziejach Apostolskich częściej występuje połączenie "Jezus Chrystus", czy też "Pan" i "Pan Jezus". Określenie w Ewangeliach poświadcza ludzką zażyłość i pochodzi zapewne od najbliższych świadków ziemskiego życia Zbawiciela. Należy pamiętać, że tytuł "Pan" w odniesieniu do Jezusa Chrystusa nie ma nic wspólnego z kurtuazją, lecz jest tłumaczeniem greckiego "Kyrios" (Κυριος), które jest z kolei tłumaczeniem hebrajskiego "Adonai" (אֲדֹנָי) zastępującego imię "Jahwe" objawione Mojżeszowi. Innymi słowy: "Pan Jezus" oznacza, że Jezus jest Bogiem i jest tym samym najkrótszym wyznaniem wiary chrześcijańskiej.

W pismach chrześcijańskich pierwszych wieków praktycznie zanikło używanie samego imienia "Jezus" i dodawano przynajmniej "Chrystus" czy "Pan", często używano tylko tych określeń, tego drugiego oczywiście w znaczeniu wskazanym powyżej.

Obecna moda na używanie samego imienia "Jezus" pochodzi od protestantów. Zgadza się ona z modernistycznym podkreślaniem ludzkiej natury Jezusa Chrystusa, niekiedy wręcz aż do otwartego negowania Jego Boskości. Cała "teologia" modernizmu i także wynikające z niej praktyki i postulaty zmierzają ostatecznie do odrzucenia Boskiej godności Jezusa Chrystusa.

Wielu być może ulega tej modzie nieświadomie, próbując w ten sposób niekiedy zaznaczyć swoją - rzekomą - zażyłość ze Zbawicielem. Tym niemniej praktyka ta faktycznie pomniejsza cześć dla Osoby Jezusa Chrystusa jako Boga-Człowieka.

Należy pamiętać, że imię Jezus (w aramejsko-hebrajskim "Jehoszua" יהושע) oznacza "Jahwe zbawia", jak jest powiedziane przez anioła (Mt 1,21). Tym samym nie jest to tylko i nie przede wszystkim imię własne, lecz imię Boskie, któremu należy się odpowiedni szacunek. Dlatego niewłaściwe, nawet bluźniercze jest używanie go na zasadzie zwykłego imienia.

W liturgii tradycyjnej nakazany jest skłon przy każdym wypowiedzeniu imienia "Jezus". Niestety wraz z Novus Ordo reguła ta popadła w zapomnienie, co sprzyja także brakowi zrozumienia i szacunku dla tego imienia.

Wypowiadanie tego imienia ze czcią i wraz z innymi określeniami - jak "Pan" i "Chrystus" -  wcale nie przeczy zażyłości czy osobistej bliskości. Wręcz przeciwnie: braku szacunku już chociażby wobec imienia świadczy wyraźnie o braku odpowiedniej, duchowej i wewnętrznej relacji z Osobą Zbawiciela.

Dlaczego o. Szustak okłamuje swoich odbiorców?




Ponad pół roku od publicznego zwrócenia uwagi na ewidentnie fałszywe treści głoszone podczas rekolekcyj adwentowych w 2017 r. o. Szustak zareagował i to w bardzo agresywny sposób. Niestety znowu kłamliwy. Powodem był filmik na ten temat, który w międzyczasie, po groźbie infamii rzuconej przez o. Szustaka (w linku poniżej), widocznie został usunięty z yt. Podczas gdy dużo wcześniejszy (z marca br.) wpis na niniejszym blogu (https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/czy-pan-jezus-zosta-wskrzeszony-czy.html) został widoczne uznany za niegroźny, ów krótki filmik spowodował gwałtowną reakcję, gdyż jest w stanie trafić do szerszego kręgu odbiorców i jako taki został uznany za niebezpieczny dla sławy słynnego dominikanina.  

Właściwie wystarczy, gdy każdy sam porówna obydwa wystąpienia, o które chodzi:

Od 19:40 do końca:
https://www.youtube.com/watch?v=0mGINvwRJAk

Od 1:30 do 8:55:
https://www.youtube.com/watch?v=mdVudQvWeUg&feature=youtu.be&t=118

W skrócie. O. Szustak mówi najpierw ze szczególną emfazą: "Kochani, jak czytacie słowo Boże, to bardzo łatwo się zorientować, i to wszyscy o tym piszą, Paweł, Jan, każdy, że Chrystus NIE zmartwychwstał, tylko został podniesiony z martwych przez Ojca. Chrystus umarł, na prawdę umarł, śmierć Go pochłonęła i nie mógł z niej wstać. Tylko Ojciec, mówi Paweł, posłał Swego Ducha, żeby podniósł z martwych Jego Syna."  To jest kluczowy fragment, o który chodzi. Są to kłamstwa z następujących względów (jak wykazałem w poprzednim wpisie na blogu podanym w pierwszym linku powyżej):
- Nowy Testament mówi przeważnie dosłownie, że Pan Jezus powstał z martwych, a tylko w mniejszej części fragmentów mówi, że został wskrzeszony,
- o. Szustak wprost neguje Boską moc Jezusa Chrystusa ("nie mógł z niej wstać"),
- twierdzi, że działał tylko Ojciec przez Ducha.

W drugim filmiku twierdzi natomiast, że
- nigdy nie negował tego, iż Pan Jezus powstał z martwych,
- uznaje i "kocha" nauczanie Kościoła, że Zmartwychwstanie jest dziełem Trójcy Przenajświętszej,
- ci, którzy zwrócili uwagę na błędność jego nauki rekolekcyjnej, kłamią i są hejterami działającymi ze złej woli.

No cóż. Oczywiście możliwe jest, że o. Szustak po prawie roku nie całkiem pamięta, co mówił. Jednak gwoli przyzwoitości miał obowiązek sobie przypomnieć, zanim wypowie się w sprawie. Zamiast tego wybrał ponowne okłamywanie odbiorców w połączeniu z bluzganiem i straszeniem tych, którzy mieli odwagę zwrócić mu uwagę na ewidentne kłamstwa głoszone z ambony rekolekcyjnej.

Chwalebne jest, że oto zacytował Katechizm Kościoła Katolickiego odnośnie Zmartwychwstania, aczkolwiek kłamiąc, jakoby osoby krytykujące czegoś nie doczytały czy pominęły. Jednak swoją wypowiedzią w grudniu 2017 r. dość wyraźnie wykazał przynajmniej nieznajomość Katechizmu, a nawet Pisma św., na które się stale powołuje i powoływał także w owym wystąpieniu, twierdząc, jakoby Pismo św. mówiło o wskrzeszeniu, a nie o Zmartwychwstaniu.

O czym świadczy ta historyjka?

Po pierwsze, o braku elementarnej znajomości Pisma św. i Katechizmu.
Po drugie, o braku zwykłej staranności w przygotowaniu swego nauczania.
Po trzecie, o pogardzie dla odbiorców, skoro potrzebował prawie rok czasu na to, by odwołać swoją skandaliczną konferencję z grudnia 2017 r., a uczynił to dopiero pod presją krytyki audiowizualnej (nie było komu zwrócić mu uwagi? gdzie byli przez ten czas jego współbracia i on sam?).
Po czwarte, o wybitnym i butnym zakłamaniu, skoro zamiast przeprosić za fałszywą wypowiedź odpowiada atakiem osobistym, zresztą chybionym i perfidnym.

Innym przykładem takiego zachowania jest kłamliwy atak na twórców filmu o M. Zielińskim:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/zwiedziony-zwodziciel.html

Tragiczne i skandaliczne jest, że tego typu osobowość uchodzi za jednego z najpopularniejszych duchownych katolickich w Polsce. Oczywiście należy docenić talent medialno-retoryczny o. Szustaka. Jednak na tym przykładzie widać u niego niestety poważny deficyt nie tylko teologiczny,  lecz także duchowy i osobowościowy.

Niestety o. Szustak jest tu typowym przykładem. Zakłamanie - nie tylko co do głoszonych treści lecz także pod względem relacji do odbiorców - jest charakterystyczne dla wszystkich medialnie głośnych gwiazd modernizmu. Tytułem przykładu:

Jeden z jezuitów:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-pisemka-prywatnego-stowarzyszenia.html

O drugim sławnym jezuicie:
https://www.youtube.com/watch?v=7uIFEk7Kljg

Jeden ze współbraci o. Szustaka, który z nim występuje:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/kto-zyje-na-cmentarzu.html

Tutaj wymowna fotka z o. Szustakiem, o. Nowakiem i M. Zielińskim:


Zaś wszyscy oni są mniej czy bardziej blisko związani z tzw. charyzmatyzmem oraz z pewnym wąskim gronem hierarchów, promowanych i wychwalanych przez świeckie media antykatolickie. Tym samym diagnoza odnośnie rozróżniania duchów jest prosta i jednoznaczna.

Dlatego należy głośno i zdecydowanie demaskować takich zwodzicieli, by chronić młodzież narażoną na wciąganie w coś, co jest tylko pozornie katolickie, zaś w istocie wpajaniem herezyj pod pretekstem pomocy duchowo-życiowej i przyciągania do Kościoła. Tacy zwodziciele przyciągają najwyżej do siebie. Oby nie zabrakło trzeźwego osądu i oby nie było za późno.

Ile jest Kościołów? Czyli pozasoborowe myślenie o. Posackiego





Odpowiedź może być krótka: mamy 21 sobory powszechne, razy 2 daje 42 Kościoły przed- i posoborowe :-D

Ta wypowiedź o. Posackiego jest tak groteskowa i żałosna, że komentarz jest właściwie zbędny. 

Odpowiadam jednak, gdyż nie jest to tylko niemerytoryczny i nikczemny atak osobisty, lecz ukazuje myślenie wielu gwiazd medialnych mieniących się katolikami. 

Po pierwsze, o. Posacki ani słowem nie uzasadnia twierdzenia, jakoby moja wypowiedź była sprzeczna z nauczaniem Vaticanum II.

Po drugie, ani słowem nie uzasadnia swojego podziału między Kościołem przed- i posoborowym. 

Powiem wprost: to jest zwykła, prymitywna propaganda bez jakichkolwiek podstaw w teologii katolickiej i to sprzeczna nie tylko z prostym wyznaniem wiary ("wierzę w jeden Kościół, święty, katolicki i apostolski") lecz także z dokumentami Vaticanum II i po nim. 

Na koniec wypada mi życzyć o. Posackiemu rychłego powrotu do normalnej kondycji intelektualnej i moralnej. 

I jeszcze jedna uwaga. Ten jego atak wiąże się przypuszczalnie z faktem, iż o. Posacki od początku był powiązany ze środowiskiem kryptookultystycznego miesięcznika "Egzorcysta", który dane mi było niedawno zdemaskować: 


Szatan nie lubi zdemaskowania. 

Czy strona zwiedzeni.pl zawiera błędy teologiczne?



Zapoznawszy się z materiałami zawartymi na rzeczonej stronie (https://zwiedzeni.pl/), skupiając się jedynie na aspekcie czysto teologicznym, nie zauważyłem błędów pod względem katolickiego nauczania wiary i moralności.

Strona specjalizuje się w upowszechnianiu informacyj głównie odnośnie tzw. trzeciej fali pentekostalizmu (tzw. Toronto Blessing), pośrednio także tzw. charyzmatyzmu, czyli odpowiednika protestanckiego pentekostalizmu w ramach Kościoła. Oczywiście nie jestem w stanie sprawdzić warstwy czysto informacyjnej. Widzę jednak dobry poziom wyczucia pod względem teologicznym, choć nie trudno dostrzec, że autorzy raczej nie są zawodowymi teologami czy absolwentami studiów teologicznych. W niektórych kwestiach miałbym uwagi w celu doprecyzowania czy odpowiedniego rozróżnienia teologicznego, jednak nie dotyczą one substancji, lecz spraw szczegółowych.

Strona nie tylko rzetelnie informuje, lecz także ukazuje pośrednio, że dotychczas brak jest w języku polskim - i nie tylko - solidnych narzędzi w postaci odpowiedniej literatury teologicznej do uporania się z wyzwaniem jakim jest ruch Toronto Blessing. Wprawdzie generalnie wystarczy proste wyczucie duchowe i teologiczne by rozeznać, że nie pochodzi to od Ducha Świętego. Jednak ktoś bez odpowiedniej wiedzy teologicznej raczej nie jest w stanie przeciwstawić się podstępnej perswazji ze strony niektórych teologów i duchownych propagujących i broniących ten ruch. Tym cenniejsza jest ta strona i jej działalność, choć może i powinna być rozwijana i doskonalona.

Czy liturgia tradycyjna jest mało wyrazista?



X. Wojciech Grygiel, należący formalnie do FSSP, udzielił wywiadu, który sprawia wrażenie ofensywy po serii skandali związanych z jego działalnością, jak zwłaszcza jego celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej pod Grunwaldem, a także wręcz heretyckie tezy w wywiadzie z T. Terlikowskim (film niestety zniknął z sieci). Chodzi o wywiad dla stronki podszywającej się pod konserwatyzm katolicki: 

 http://myslkonserwatywna.pl/ks-prof-wojciech-grygiel-fssp-tradycjonalizm-musi-nabrac-wyrazistosci-wywiad-dla-portalu-myslkonserwatywna-pl/

Wypowiedź owa stanowi zarówno pewne wyjaśnienie, jak też poszerzenie i obronę znanych dotychczas poglądów i stanowiska tego duchownego. Dla przejrzystości będę się odnosił do poszczególnych fragmentów, komentując je.


"Ta liturgia w szczególny sposób pozwala ludziom przekroczyć wymiar ziemski i rzeczywiście odczuć to, że jeśli wchodzę do kościoła, to wkraczam w inną rzeczywistość, rzeczywistość nadprzyrodzoną."

To zdanie zakłada zupełne obce teologii katolickiej pojęcie nadprzyrodzoności, właściwie okultystyczne. Wg teologii katolickiej nadprzyrodzoność jest synonimem boskiego działania, czyli dziedziny bezpośredniego wpływu Boga w świecie, w skrócie: Bożej łaski. Twierdzenie, jakoby fizyczne wejście do kościoła było wkroczeniem w rzeczywistość bezpośredniego działania Bożego jest absurdalne i fałszywe.


"...jak wejdą, to doświadczą innej rzeczywistości, doświadczą transcendencji i to musi z pewnością tak przyciągać."

Podobny absurd, wychodzący od nieteologicznego i niekatolickiego pojęcia transcendencji. Mówienie o "transcendencji" jako "innej rzeczywistości" odnośnie pomieszczenia sakralnego i liturgii nie ma nic wspólnego ani z teologią katolicką, ani nawet ze zdrowym rozsądkiem. Liturgia katolicka, już także pod względem miejsca, jest niczym innym jak wyrazem i realizacją natury Kościoła, która jest bosko-ludzka w znaczeniu Tajemnicy Wcielenia, czyli obecności Boga samego w rzeczywistości stworzonej. Mówi o tym chociażby Prolog św. Jana, który x. Grygiel odmawia chyba codziennie: "Przyszedł do Swojej własności, a Swoi Go nie przyjęli". Rzeczywistość ziemska, widzialna, jest własnością Boga, który ją stworzył. Wg Bożego planu Zbawienia i teologii katolickiej nie ma innej drogi poznania Boga jak właśnie rzeczywistość stworzona, przez którą i w której miało miejsce Boże Objawienie. Celebracją czyli sakramentalną realizacją tego jest właśnie liturgia. Jednak doświadczenie Boga nie działa automatycznie - przez samo wejście do świątyni czy zewnętrzne uczestnictwo w liturgii - lecz zakłada akt wiary bądź przynajmniej podstawową dyspozycję ku niej. Powierzchownie, empirycznie-uczuciowo przyciągać ku llturgii tradycyjnej może jedynie atmosfera sakralno-modlitewna. Jednak z całą pewnością nie stanowi ona transcendencji, "innej rzeczywistości", czy wręcz "rzeczywistości nadprzyrodzonej". 


"Tak naprawdę my tę liturgię odtwarzamy po tych, którzy doświadczali jej jeszcze w latach 50-tych i 60-tych."

Nie jest jasne, czy jest to zarzut, czy stwierdzenie. Raczej zarzut. Jednak nic nie wskazuje na to, by x. Grygiel starał się sięgać głębiej, do korzeni liturgii. Widocznie dąży czy przynajmniej opowiada się za "modernizacją" liturgii tradycyjnej. Nie podaje konkretnych postulatów, więc pozostają przypuszczenia i domysły.


"Myślę raczej, że ten śmiech może wypływać z tego, że w dość niewolniczy sposób przywiązaliśmy się do pewnych aspektów nie przynależących do istoty liturgii. I w tym miejscu sam mam wiele zastrzeżeń."

Tutaj znajduje się również jedynie ogólnikowe sformułowanie, aczkolwiek dość niepokojące. Co należy do istoty liturgii, a co nie należy? Czy chodzi o rozróżnieni z działu rubryk De defectibus? Czy może o podział widoczny w różnicach między liturgią tradycyjną a Novus Ordo? Wszak konieczne byłoby doprecyzowanie. Tymczasem należy odnotować problem: według teologii katolickiej, a także już nawet według filozofii klasycznej (arystotelisowsko-tomistycznej) nie można oddzielić istoty od formy, można je jedynie abstrakcyjnie odróżnić. Zarzut przywiązania do "pewnych aspektów" jest nie tylko zagadkowy, lecz wręcz niepokojący, zwłaszcza wobec następujego rozwinięcia, mimo że pozostaje ono nieprecyzyjne i zagadkowe.


"Wydaje mi się, że znaczny problem tkwi w tym, że wśród części osób identyfikujących się z tym ruchem pokutuje przekonanie, że Msza Trydencka jest bardziej okazją do rekonstrukcji historycznej i uporczywej próby trwania w przeszłości, niż do głębokiego przeżycia religijnego prowadzącego gdzieś dalej."

Ten zarzut, nieco bardziej konkretny, zaskakuje. Czyż to nie x. Grygiel od lat praktykuje celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej na polach pod Grunwaldem, i to wbrew odwiecznym i nadal aktualnym regułom Kościoła co do miejsca celebracji? Brakuje wskazania osób i przykładów owej "uporczywej próby". I brakuje też wskazania, jak wg autora wypowiedzi należałoby uskuteczniać Mszę Trydencką jako "okazję do głębokiego przeżycia religijnego". Postulat oczywiście poniekąd słuszny. Niesłuszne natomiast i wręcz skandaliczne jest sugerowanie, jakoby komuś nie zależało na liturgii jako przeżyciu religijnym. Z istotnym zastrzeżeniem: z całą pewnością nie "przeżycie religijne" jest istotą liturgii, choć takie jest powszechne przeświadczenie i nastawienie rasowych modernistów. "Przeżywanie" jest jedynie aspektem, wymiarem emocjonalno-subiektywnym. Istotą jest przekazywanie prawdy Objawienia oraz urzeczywistnianie dzieła Zbawienia w sposób sakramentalny, czyli uświęcanie dusz. Temu - a nie przeżyciom - jest i ma być podporządkowana warstwa zewnętrzna liturgii. Zaś sugerowanie, jakoby wierność formie liturgii była w sprzeczności z właściwie rozumianym przeżywaniem liturgii, jest dość perfidnym zabiegiem. W tym miejscu należy jeszcze zwrócić uwagę na kwestię zasadniczą. Otóż w Kościele katolickim zasadniczym kryterium nie jest przeżycie religijne, lecz wiara w znaczeniu w przyjęcia Bożego Objawienia. Natomiast sprowadzenie wiary i pobożności do przeżycia religijnego jest właściwe dla protestantyzmu, modernizmu i typowych dla nich sekt i "ruchów", zaś obce katolicyzmowi. 


"Nie ma szans, żeby ten ruch nabrał pędu jeśli będzie wiązał się tylko (...) zbyt silnie przede wszystkim z pewnym obrazem świata, który ta liturgia niesie ze sobą."

Znowu brak precyzji i konkretów. Dlatego oskarżenie ma wartość jedynie oszczerstwa, zaś postulat, ku któremu zmierza, jedynie charakter pułapki. Znając publiczne dystansowanie się x. Grygiela od filozofii arystotelesosko-tomistycznej, można się domyśleć, że o nią właśnie chodzi. Szkoda, że brak tutaj wyrazistości, przykładów i argumentów. 


"Jestem zdania, że Msza Święta i liturgia jest ponad kontekstem historycznym, ponad pewnymi uwarunkowaniami kulturowymi, więc z racji tego, że dzisiejszy świat jest zupełnie inny niż świat, w którym powstawała liturgia trydencka, trzeba mieć dystans do wielu elementów, które nie stanowią treści liturgii, ale są tylko pewnymi obrazami przejętymi z kultury i zwyczajów danej epoki."

To jest typowy "argument" i postulat modernistów, reformatorów i notorycznych "unowocześniaczy" wszelkich dziedzin życia Kościoła, także liturgii. Chwytliwy, bo przecież nikt nie chce trwać w przeszłości i zacofaniu, każdy chce dorównywać poziomowi współczesności i być nastawionym przyszłościowo. Czyli chodzi o "argument" psychologicznie sprytny, aczkolwiek nieuczciwy, bazujący na fałszywych przesłankach. Sprowadzenie tradycyjnej liturgii do "kontekstu historycznego" jej powstania i to przy braku podania, co jest jej istotą, a co jedynie historycznie względnymi "elementami", jest intelektualnie i argumentacyjnie wybitnie nieuczciwe, wręcz żenujące już pod względem czysto formalnym. Niemniej fałszywe jest to zdanie pod względem merytorycznym. Otóż wszystko w sakramentach (i tym samym w liturgii) jest uwarunkowane historycznie, także - wg klasycznego rozróżnienia - ich zarówno istotna materia jak też forma. Wynika to z natury i istoty sakramentów Kościoła: są one historycznie ustanowionym urzeczywistnianiem, czyli historycznie wydarzającym się uobecnianiem historycznych wydarzeń historii Zbawienia. Przykład: już nawet użycie chleba i wina jest niczym innym jak właśnie zastosowaniem historycznie uwarunkowanych materii z wydarzenia sprzed 2000 lat. Jeśliby odrzucić te ewidentnie historycznie uwarunkowane elementy, to coż pozostanie jako "istota"? W takowym myśleniu historycznym (właściwie ahistorycznym czyli gnostyckim) konsekwnentni są skrajni moderniści postulujący sprawowanie "Eucharystii" z materiami typu chipsy i coca-cola. No cóż, nie wiem, czy x. Grygiel zdaje sobie z tego sprawę. W każdym razie powinien był solidniej przemyśleć swoją wypowiedź. Czy do "nieistotnych elementów" zalicza coś innego? Dlaczego nie określa, o co mu chodzi? Dlaczego pozostawia czytelników z niepewnością i domysłami? Popatrzmy dalej. 


"Dużym problemem są osoby, które przywiązują zbyt wielką wagę do rzeczy zewnętrznych. To często robi czarny PR tej liturgii. Rozumiem, że można się spierać o estetykę liturgii i że można się spierać o zgodność celebry z rubrykami. Dziś jednak jednym z problemów tych środowisk jest to – przepraszam, że to ujawniam, ale uważam, że trzeba pewne rzeczy nazwać – że dochodzi do zrównania i pomieszania istoty z zewnętrznym wyrazem, czego wynikiem jest to, że liturgia staje się dla nich celem i bożkiem samym w sobie, a nie jest drogą do prawdziwego spotkania z Bogiem."

Tutaj x. Grygiel jest już nieco bardziej konkretny. Mówi o "rzeczach zewnętrznych", mając na myśli "zgodność z rubrykami". Tyle. Nic więcej. Brak dalszych konkretów. Zamiast tego kolejny raz powtarza, że chodzi o odróżnienie między "istotą" a "zewnętrznym wyrazem". Dlatego znowu zasadnicze pytanie: dlaczego nie definiuje tej istoty czy przynajmniej nie nazywa po imieniu? Pozostawienie tak zasadniczego i poważnego zarzutu bez jednoznacznego określenia i bez wskazania choćby przykładów (oprócz haniebnej wg niego wierności rubrykom) jest zabiegiem wręcz nikczemnym. Jedyną wskazówką, o co chodzi, jest kolejne określenie liturgii jako "spotkania z Bogiem". Czy to wystarczy? Oczywiście nie wystarczy. Po pierwsze nikczemne jest utożsamianie wierności rubrykom z bałwochwalstwem. Po drugie fałszywe jest przeciwstawianie jej "spotkaniu z Bogiem". Po trzecie samo wyrażenie "spotkanie z Bogiem", które pełni funkcję nie tylko głównego argumentu lecz także quasi definicji liturgii, jest określeniem bardzo wieloznacznym, nieteologicznym, jedynie potocznym, które w tym temacie można zarówno - pod pewnymi warunkami precyzującymi - przyjąć jak też całkiem zasadnie odrzucić. Wynika z tego, że x. Grygielowi wcale nie chodzi o pouczenie czy korektę doktrynalną czy chociażby pastoralną, lecz jedynie o uderzenie w tych, którzy w jego opinii bałwochwalczo traktują liturgię i rubryki. No cóż, tak ogólnikowe a zarazem zdecydowane oskarżanie kogoś o publiczne i programowe grzeszenie przeciw pierwszemu przykazaniu nie ma nic wspólnego z rzetelną polemiką, czy już chociażby z przyzwoitością wypowiadania się.


"Ta sytuacja wymaga oczyszczenia, bo powoduje ona szereg niepotrzebnych napięć, a to nie robi nam dobrej wizytówki. Ruch Tradycji będzie sobie musiał poradzić z tym i przybrać dojrzałą formę. Potrzeba mu jeszcze okrzepnięcia, istnieje potrzeba refleksji i zwrócenia uwagi na elementy rzeczywiście istotne i nabrania dystansu do rzeczy mało ważnych i drugorzędnych."

Jest to następne, wręcz maniakalne powtórzenie mglistego i przez to perfidnego postulatu odróżniania "elementów istotnych" od "rzeczy mało ważnych i drugorzędnych". Postulat "nabrania dystansu" do tych ostatnich i tym samym "przybrania dojrzałej formy" przez "Ruch Tradycji" staje się tutaj o tyle groźniejszy, że powiązany zostaje z wymaganiem "oczyszczenia". Nie jest jasne, czy chodzi o oczyszczanie liturgii z "rzeczy mało ważnych", czy z rubryk, czy z ludzi, którzy dbają o wierność wobec nich. W każdym razie groźba jest poważna. Czas pokaże, co ona konkretnie oznacza, tzn. jakie konsekwencje spotkają tych, którzy nie pasują do x. Grygielowego programu "uwspółcześniania" liturgii tradycyjnej. Straszenie niedobrą wizytówką wskazuje zapewne na główny temat postulowanej przez niego "refleksji". Nieuchronnie nasuwa się pytanie: które rubryki x. Grygiel uważa za zbędne czy wręcz szkodliwe dla "przeżycia religijnego"? Czy może chodzi już o rubryki jako  takie? Czymże liturgia tradycyjna różniłaby się od "charyzmatycznej" spontaniczności i swawoli typowej dla modernistów, wrogów Tradycji katolickiej? Czyż nie właśnie stały porządek i dyscyplina stanowią o specyficznej, akurat istotnej dla liturgii tradycyjnej obiektywności i pociągającej powszechności?


"Sądzę, że wtedy pokażemy się jako ruch wartościowy, w pełni zreflektowany i umiejący podjąć efektywny dialog ze współczesnością. Nie możemy zlekceważyć tego dialogu. Jeżeli się zamkniemy w getcie rekonstrukcji – zginiemy. Minie pokolenie, minie zachwyt – i koniec."

Tutaj x. Grygiel przemawia już uroczyście w imieniu "Ruchu Tradycji". Ciekawe na jakiej podstawie i z czyjego upoważnienia. I na jakiej podstawie zarzuca brak dialogu ze współczesnością oraz - ponownie - zamykanie się w "getcie rekonstrukcji". Nadal brakuje określenia tych poważnych zarzutów, choć właściwie wystarczyłoby przyznać się do własnych błędów, skoro przemawia się w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nic ze tego. Widocznie takie ogólnikowe opluwanie i łajanie ma załatwić sprawę, oczywiście przy zachowaniu własnej niekwestionowanej autorytatywności. Ciekawa jest ponadto następna groźba (po domaganiu się oczyszczenia jak wyżej): widmo "zginięcia", wymarcia wraz z pokoleniem. No cóż, już nawet taki nonsens w międzyczasie nie jest w stanie zaskoczyć. Nie wiadomo wprawdzie, kogo ma na myśli, mówiąc o "pokoleniu". Sam należy do pokolenia wychowanego na NOMie, podobnie jak większość wiernych, którym posługują xięża przywiązani do Tradycji, a jest to głównie młodzież i młode rodziny. Kto miałby więc wyginąć, przeminąć? Logiczne jest, że przemija to, co jest modą jednego pokolenia. Czyżby x. Grygiel uważał - jak większość modernistów - jakoby zainteresowanie i zachwycenie liturgią tradycyjną było jedynie przejściową modą? Na jakiej podstawie? Czyż to nie on właśnie postuluje dopasowanie tej liturgii do współczesności? Czyż nie zauważa właśnie w takim zabiegu zgubnego związania liturgii z przemijającą jednopokoleniową modą? Ktoś tu albo nie potrafi w sposób uporządkowany i logiczny myśleć, albo świadomie miesza i kręci.


"Nie można trzymać się kurczowo schematów, które mają często charakter czysto kulturowy i historyczny, właściwy mentalności danego okresu. Czasy się zmieniły, ludzie myślą inaczej i mam wrażenie, że ta tradycyjna liturgia ma jeszcze dużo do pokazania, w momencie w którym przestaniemy absolutyzować zmienne elementy. Chociażby kwestie strojów liturgicznych, czy ornat rzymski czy ornat gotycki, czy krótsza koronka czy dłuższa".

To jest najbardziej konkretny i jasny fragment wypowiedzi. Czy stanowi to rozwiązanie stałej zagadki, pomówień i oszczerstw? Nie. Wręcz przeciwnie. Nie wiem, z jakimi wiernymi x. Grygiel ma do czynienia na co dzień. Nie wiem, kogo konkretnie ma na myśli. Nie wykluczam, że są ludzie, dla których istotny jest kształt ornatu czy długość koronki. Jednak pewne jest, że podanie tych spraw jako jedynych konkretnych przykładów na rzeczy "nieistotne" i wymagające korekty jest po pierwsze podłą karykaturą środowiska, dla którego x. Grygiel pracuje i które go chyba utrzymuje, po drugie niemniej podłym unikaniem skonkretyzowania zarzutów i kluczowego postulatu.


"Tu potrafi dochodzić do bardzo niezdrowych napięć w sposób zupełnie nieuzasadniony. Ten materialny aspekt liturgii powinien pełnić rolę służebną, być funkcją liturgii, bo tylko wtedy mamy do niego właściwy dystans. Wydaje mi się, że niestety sporo jest głosów, które ku mojemu zatroskaniu cały czas absolutyzują te elementy w liturgii, których nie wolno absolutyzować. Kwestie zewnętrzności, stroju, przesadna interpretacja rubryk… To ma być duch liturgii, a nie czysty rubrykalizm. Wówczas bogiem się nam staje sama liturgia, a nie Ten do kogo liturgia ma prowadzić. To jest mój największy zgrzyt i mówię o nim otwarcie."

Kolejne powtórzenie wypowiedzianych już zarzutów, z nieznaczącym rozszerzeniem. No cóż, styl wypowiedzi mało typowy i raczej niechlubny dla przyrodnika, który powinien się odznaczać logicznością i uporządkowaniem wypowiedzi. I nadal typowy brak konkretów, właściwie haniebny dla kapłana i naukowca w kontekście tak poważnego zarzutu jak bałwochwalstwo. Zwykła przyzwoitość, niezależnie od aspiracyj intelektualnych, wymagałaby podania przykładów "absolutyzowania elementów, których nie wolno absolutyzować". O kształcie ornatu i długości koronek już wiemy. Coś jeszcze? Można się domyślać na podstawie szerszego kontextu i faktów towarzyszących. Zapewne należy te słowa kojarzyć z faktami powszechnie znanymi, jak chociażby z celebracją pontyfikalną w lutym br., gdzie główną rolę - oprócz Kardynała L. R. B. odgrywał właśnie x. Grygiel wraz ze swoimi przyjaciółmi zaproszonymi przezeń z rodzinnego Wrocławia. Nasuwa się tutaj pytanie odnośnie tego przykładu: kto zgrzeszył bałwochwalczym podejściem do "elementów" zewnętrznych i rubryk - jego przyjaciele ceremoniarze świeccy przybrani w prałackie sutanny, czy ci, którzy upomnieli się o przestrzeganie rubryk także w tej sprawie? Czy za podejście bałwochwalcze x. Grygiel uważa wskazanie na skandaliczne niedbalstwo odnośnie świec na ołtarzu przy równoczesnej dbałości jego głównego ceremoniarza - przezeń uroczyście po nazwisku od ołtarza pochwalonego - o fioletowe pończochy? Wyjaśnienie tej kwestii x. Grygiel jest winien wiernym i wszystkim czytelnikom tego wywiadu.

Tymczasem na kanwie wydarzeń można zasadnie przypuszczać, że celem tych zagadkowych oskarżeń jest usprawiedliwienie tego, co praktykuje sam x. Grygiel i jego przyjaciele. A są to ewidentne poważne wykroczenia zarówno przeciw rubrykom (świeccy ceremoniarze biskupi), jak też przeciw zasadom liturgii tradycyjnej (świecki żonaty "akolita" w roli subdiakona). Na podstawie dotychczasowych wypowiedzi i zachowania tego grona (więcej tutaj i tutaj) można wnioskować, że właśnie o tego typu "unowocześnianie" chodzi. Jest zrozumiałe, że nie wypada mu tego powiedzieć wprost. Przypuszczalnie chętnie zachęcałby ogólnie do tego typu nadużyć na szerszą skalę, oczywiście publicznie jedynie ogólnikowo i enigmatycznie, zaś w praktyce już dość konkretnie. Wiedząc, że zakorzenione nadużycie dość trudno wykorzenić. Stąd właśnie nikczemne oskarżanie o "bałwochwalstwo" tych, którzy by się sprzeciwili jego "unowocześnieniom" służącym rzekomo "przeżyciu religijnemu".


Przy końcu wywiadu tematyka się poszerza, aczkolwiek nawiązuje do wcześniejszych wypowiedzi:

"Spór nauka – wiara z reguły nie jest sporem o pryncypia. Spór nauka-wiara jest wynikiem tego, że każda ekspresja teologiczna zakłada to, że operujemy pewnym językiem, który angażuje pojęcia uwikłane w kontekst obrazu świata, w kontekst kultury. Nie ma języka teologicznego, który jest absolutnie wolny od kontekstualności. W związku z tym konflikt nauka wiara nie powstaje na płaszczyźnie prawd teologicznych, ale na gruncie konfliktu obrazów, które w  ekspresję tych prawd są zaangażowane. Mamy przykładowo od dawna toczący się konflikt kreacjonizm – ewolucjonizm. Proszę sobie choćby jednak przypomnieć, w jakich tarapatach znalazł się św. Tomasz z Akwinu, kiedy usiłował zastąpić neoplatonizm arystotelizmem. Okazało się potem, że to było doskonałe narzędzie, które przysłużyło się do olbrzymiego rozwoju teologii."

Jest to wypowiedź jedynie pozornie bardziej rzeczowa. Faktycznie wykazuje niestety ten sam problem przynajmniej metodologiczny. Wyjaśniam w skrócie:

1. Nie ma sporu między nauką a wiarą. Natomiast był często i nadal jest spór między teologią a naukami przyrodniczymi. To chyba x. Grygiel ma właściwie na myśli. Teologia jest także nauką (wg klasycznej koncepcji nawet królową nauk). Wierzącymi są tak teologowie (z reguły) jak i przyrodnicy. Zaś redukowanie naukowości do przyrodnictwa jest zarówno nienaukowe jak też ahistoryczne, tudzież wbrew elementarnym zasadom metodologii nauk.

2. Spór między teologią a naukami przyrodniczymi z reguły ma charakter zasadniczy czyli sporu o pryncypia. Chodzi mianowicie o granice kompetencji, czyli zasady metodologiczne oraz odnośnej refleksji. Oczywiście wchodzi tutaj dziedzina gnozeologii czyli teorii poznania. Wszak nagminnym grzechem przyrodników jest absolutyzowanie własnej metody, co jest już czysto filozoficznie absurdalne. To jest też zwykle przyczyna i korzeń konfliktu na linii teologia-przyrodnictwo.

3. Upatrywanie przyczyn konfliktu akurat i wyłącznie po stronie teologii (w historycznie uwarunkowanym, względnym języku "ekspresji teologicznej") jest typowe dla stronniczości i uwikłania w zabobony przyrodnictwa. Aczkolwiek od kogoś, kto powinien mieć przynajmniej jakieś pojęcie o teologii katolickiej, należałoby się spodziewać choćby krzty krytycyzmu wobec tego, co się działo i dzieje po stronie przyrodnictwa. Tymczasem wg x. Grygiela to teologia jest "uwikłana w kontekstualność", natomiast przyrodnictwo jest instancją nadrzędną, wręcz absolutną... Coś takiego może powiedzieć poważnie tylko ktoś uwikłany w zabobon redukcjonizmu.

4. Pewną relatywizacją rangi przyrodnictwa jest chyba wyrażenie "konflikt obrazów". Czyżby wg x. Grygiela także przyrodnictwo poruszało się jedynie w dziedzinie obrazów, a nie poznania rzeczywistości?

5. Zupełnym pomieszaniem różnych kwestij jest mówienie jednym cięgiem o kontextualności teologii, sporze między kreacjonizmem i ewolucjonizmem, oraz arystoteliźmie w teologii. Sprawia to wrażenie kiepskiej znajomości zarówno zasad teologii katolickiej, jak też historii teologii i filozofii. Ponadto x. Grygiel wykazuje tutaj  brak kompetencji już nawet w temacie kreacjonizmu, zakładając widocznie, że kreacjonizm należy do dziedziny teologii, tak jakby nie było - zarówno na przestrzeni wieków jak też obecnie - przyrodników reprezentujących kreacjonizm z pozycji i wg metody ich dziedziny naukowej.

6. Zdanie o kontextualności teologii należy zapewne powiązać z wypowiedzią x. Grygiela w wywiadzie z T. Terlikowskim. Wówczas pojawiły się następujące skandaliczne tezy:
- Odnośnie cudów: to, co dziś Kościół uważa za cuda, może zostać w przyszłości wyjaśnione fizykalnie czyli przyrodniczo.
- Odnośnie Eucharystii: nie można wykluczyć, że dogmat o Transubstancjacji będzie można kiedyś zastąpić "lepszym" określeniem, bo ów dogmat jest uwikłany kontextualnie w pojęcie substancji, które może zostać obalone naukowo.
Tymi tezami x. Grygiel wykazał się nieznajomością, niezrozumieniem, bądź odrzuceniem elementarnych pojęć teologii katolickiej, dotyczących niezbywalnych prawd wiary, także nawet Zmartwychwstania.

7. Niemniej absurdalne jest zrównanie postępu poznania w naukach przyrodniczych z posłużeniem się arystotelizmem w teologii (od św. Tomasza). Prawda historyczna jest taka, że już Ojcowie Kościoła posługiwali się pojęciami z filozofii arystotelesowskiej (w powszechnej wówczas recepcji neoplatońskiej). Pojęcie substancji (ousia) posłużyło jako narzędzie dogmatyczne już na pierwszym soborze powszechnym, co też nigdy nie straciło na aktualności. Czym innym jest posługiwanie się pojęciami wypracowanymi przez filozofów, a czym innym teologiczna (czy filozoficzna) refleksja nad wynikami nauk szczegółowych jak przyrodnictwo. Już nawet pobieżna znajomość historii nauk przyrodniczych i filozofii wyposaża we wiedzę, że nauki szczegółowe wychodzą z założeń, których same nie mogą dowieść, lecz które są im dostarczane czy to przez powszechne ludzkie przeświadczenie, czy przez naukę ogólną jaką jest filozofia. Tym samym w ramach czystej metody przyrodniczej (czy historycznej gdy chodzi o nauki historyczne) nie ma możliwości obalenia podstawowych pojęć metafizyki lub zastąpienia ich zupełnie nowymi. Jest owszem możliwe pogłębianie i precyzowanie znanych już pojęć, ewentualnie dodawanie nowych na podstawie poszerzonego poznania. Nie jest natomiast możliwe prawdziwe poznanie rzeczywistości sprzeczne z dotychczasowym poznaniem prawdziwym. Teza przeciwna jest niczym innym jak sprzecznym w sobie agnostycyzmem i relatywizmem.

Odnośnie końcowych tez x. Grygiela, odwołujących się do pojęć i koncepcyj przyrodnictwa, nie będę się wypowiadał, gdyż jest to osobny temat. Wspomnę jedynie, że jako teolog stykający się także z literaturą przyrodniczo-naukową, mam wątpliwości, czy tezy głoszone przez x. Grygiela jako przyrodnicze rzeczywiście odpowiadają fachowej wiedzy fizykalnej.

Powyższa analiza tez teologicznych prowadzi niestety do następujących podsumowujących wniosków: Ta wypowiedź wykazuje brak znajomości bądź przynajmniej zrozumienia elementarnych pojęć i zasad teologii katolickiej, począwszy od pojęcia nadprzyrodzoności, poprzez naturę i istotę sakramentów i liturgii, aż po rozumienie natury i metody teologii jako nauki. Już samo podejście zarówno do zagadnień teologicznych jak też problemów pastoralnych jest niestety - przykro to stwierdzić - skandaliczne. Pozostaje mi wyrazić życzenie, by x. Grygiel zaprzestał tego typu wypowiedzi stanowiących kompromitację nie tylko jego osoby, lecz także zgromadzenia, które on w Polsce reprezentuje. Na takową kompromitację owo zgromadzenie nie zasługuje.