"Ta liturgia w szczególny sposób
pozwala ludziom przekroczyć wymiar ziemski i rzeczywiście odczuć to, że
jeśli wchodzę do kościoła, to wkraczam w inną rzeczywistość,
rzeczywistość nadprzyrodzoną."
To zdanie zakłada
zupełne obce teologii katolickiej pojęcie nadprzyrodzoności, właściwie
okultystyczne. Wg teologii katolickiej nadprzyrodzoność jest synonimem
boskiego działania, czyli dziedziny bezpośredniego wpływu Boga w
świecie, w skrócie: Bożej łaski. Twierdzenie, jakoby fizyczne wejście do
kościoła było wkroczeniem w rzeczywistość bezpośredniego działania
Bożego jest absurdalne i fałszywe.
"...jak wejdą, to doświadczą innej rzeczywistości, doświadczą transcendencji i to musi z pewnością tak przyciągać."
Podobny
absurd, wychodzący od nieteologicznego i niekatolickiego pojęcia
transcendencji. Mówienie o "transcendencji" jako "innej rzeczywistości"
odnośnie pomieszczenia sakralnego i liturgii nie ma nic wspólnego ani z
teologią katolicką, ani nawet ze zdrowym rozsądkiem. Liturgia katolicka,
już także pod względem miejsca, jest niczym innym jak wyrazem i
realizacją natury Kościoła, która jest bosko-ludzka w znaczeniu
Tajemnicy Wcielenia, czyli obecności Boga samego w rzeczywistości
stworzonej. Mówi o tym chociażby Prolog św. Jana, który x. Grygiel
odmawia chyba codziennie: "Przyszedł do Swojej własności, a Swoi Go nie
przyjęli". Rzeczywistość ziemska, widzialna, jest własnością Boga, który
ją stworzył. Wg Bożego planu Zbawienia i teologii katolickiej nie ma
innej drogi poznania Boga jak właśnie rzeczywistość stworzona, przez
którą i w której miało miejsce Boże Objawienie. Celebracją czyli
sakramentalną realizacją tego jest właśnie liturgia. Jednak
doświadczenie Boga nie działa automatycznie - przez samo wejście do
świątyni czy zewnętrzne uczestnictwo w liturgii - lecz zakłada akt wiary
bądź przynajmniej podstawową dyspozycję ku niej. Powierzchownie,
empirycznie-uczuciowo przyciągać ku llturgii tradycyjnej może jedynie
atmosfera sakralno-modlitewna. Jednak z całą pewnością nie stanowi ona
transcendencji, "innej rzeczywistości", czy wręcz "rzeczywistości
nadprzyrodzonej".
"Tak naprawdę my tę liturgię odtwarzamy po tych, którzy doświadczali jej jeszcze w latach 50-tych i 60-tych."
Nie
jest jasne, czy jest to zarzut, czy stwierdzenie. Raczej zarzut. Jednak
nic nie wskazuje na to, by x. Grygiel starał się sięgać głębiej, do
korzeni liturgii. Widocznie dąży czy przynajmniej opowiada się za
"modernizacją" liturgii tradycyjnej. Nie podaje konkretnych postulatów,
więc pozostają przypuszczenia i domysły.
"Myślę
raczej, że ten śmiech może wypływać z tego, że w dość niewolniczy
sposób przywiązaliśmy się do pewnych aspektów nie przynależących do
istoty liturgii. I w tym miejscu sam mam wiele zastrzeżeń."
Tutaj
znajduje się również jedynie ogólnikowe sformułowanie, aczkolwiek dość
niepokojące. Co należy do istoty liturgii, a co nie należy? Czy chodzi o
rozróżnieni z działu rubryk De defectibus? Czy może o podział widoczny w
różnicach między liturgią tradycyjną a Novus Ordo? Wszak konieczne
byłoby doprecyzowanie. Tymczasem należy odnotować problem: według
teologii katolickiej, a także już nawet według filozofii klasycznej
(arystotelisowsko-tomistycznej) nie można oddzielić istoty od formy,
można je jedynie abstrakcyjnie odróżnić. Zarzut przywiązania do "pewnych
aspektów" jest nie tylko zagadkowy, lecz wręcz niepokojący, zwłaszcza
wobec następujego rozwinięcia, mimo że pozostaje ono nieprecyzyjne i
zagadkowe.
"Wydaje mi się, że znaczny
problem tkwi w tym, że wśród części osób identyfikujących się z tym
ruchem pokutuje przekonanie, że Msza Trydencka jest bardziej okazją do
rekonstrukcji historycznej i uporczywej próby trwania w przeszłości, niż
do głębokiego przeżycia religijnego prowadzącego gdzieś dalej."
Ten
zarzut, nieco bardziej konkretny, zaskakuje. Czyż to nie x. Grygiel od
lat praktykuje celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej na
polach pod Grunwaldem, i to wbrew odwiecznym i nadal aktualnym regułom
Kościoła co do miejsca celebracji? Brakuje wskazania osób i przykładów
owej "uporczywej próby". I brakuje też wskazania, jak wg autora
wypowiedzi należałoby uskuteczniać Mszę Trydencką jako "okazję do
głębokiego przeżycia religijnego". Postulat oczywiście poniekąd słuszny.
Niesłuszne natomiast i wręcz skandaliczne jest sugerowanie, jakoby
komuś nie zależało na liturgii jako przeżyciu religijnym. Z istotnym
zastrzeżeniem: z całą pewnością nie "przeżycie religijne" jest istotą
liturgii, choć takie jest powszechne przeświadczenie i nastawienie
rasowych modernistów. "Przeżywanie" jest jedynie aspektem, wymiarem
emocjonalno-subiektywnym. Istotą jest przekazywanie prawdy Objawienia
oraz urzeczywistnianie dzieła Zbawienia w sposób sakramentalny, czyli
uświęcanie dusz. Temu - a nie przeżyciom - jest i ma być podporządkowana
warstwa zewnętrzna liturgii. Zaś sugerowanie, jakoby wierność formie
liturgii była w sprzeczności z właściwie rozumianym przeżywaniem
liturgii, jest dość perfidnym zabiegiem. W tym miejscu należy jeszcze
zwrócić uwagę na kwestię zasadniczą. Otóż w Kościele katolickim
zasadniczym kryterium nie jest przeżycie religijne, lecz wiara w
znaczeniu w przyjęcia Bożego Objawienia. Natomiast sprowadzenie wiary i
pobożności do przeżycia religijnego jest właściwe dla protestantyzmu,
modernizmu i typowych dla nich sekt i "ruchów", zaś obce katolicyzmowi.
"Nie ma szans, żeby ten ruch nabrał pędu jeśli będzie wiązał się tylko (...) zbyt silnie przede wszystkim z pewnym obrazem świata, który ta liturgia niesie ze sobą."
Znowu
brak precyzji i konkretów. Dlatego oskarżenie ma wartość jedynie
oszczerstwa, zaś postulat, ku któremu zmierza, jedynie charakter
pułapki. Znając publiczne dystansowanie się x. Grygiela od filozofii
arystotelesosko-tomistycznej, można się domyśleć, że o nią właśnie
chodzi. Szkoda, że brak tutaj wyrazistości, przykładów i argumentów.
"Jestem
zdania, że Msza Święta i liturgia jest ponad kontekstem historycznym,
ponad pewnymi uwarunkowaniami kulturowymi, więc z racji tego, że
dzisiejszy świat jest zupełnie inny niż świat, w którym powstawała
liturgia trydencka, trzeba mieć dystans do wielu elementów, które nie
stanowią treści liturgii, ale są tylko pewnymi obrazami przejętymi z
kultury i zwyczajów danej epoki."
To jest typowy
"argument" i postulat modernistów, reformatorów i notorycznych
"unowocześniaczy" wszelkich dziedzin życia Kościoła, także liturgii.
Chwytliwy, bo przecież nikt nie chce trwać w przeszłości i zacofaniu,
każdy chce dorównywać poziomowi współczesności i być nastawionym
przyszłościowo. Czyli chodzi o "argument" psychologicznie sprytny,
aczkolwiek nieuczciwy, bazujący na fałszywych przesłankach. Sprowadzenie
tradycyjnej liturgii do "kontekstu historycznego" jej powstania i to
przy braku podania, co jest jej istotą, a co jedynie historycznie
względnymi "elementami", jest intelektualnie i argumentacyjnie wybitnie
nieuczciwe, wręcz żenujące już pod względem czysto formalnym. Niemniej
fałszywe jest to zdanie pod względem merytorycznym. Otóż wszystko w
sakramentach (i tym samym w liturgii) jest uwarunkowane historycznie,
także - wg klasycznego rozróżnienia - ich zarówno istotna materia jak
też forma. Wynika to z natury i istoty sakramentów Kościoła: są one
historycznie ustanowionym urzeczywistnianiem, czyli historycznie
wydarzającym się uobecnianiem historycznych wydarzeń historii Zbawienia.
Przykład: już nawet użycie chleba i wina jest niczym innym jak właśnie
zastosowaniem historycznie uwarunkowanych materii z wydarzenia sprzed
2000 lat. Jeśliby odrzucić te ewidentnie historycznie uwarunkowane
elementy, to coż pozostanie jako "istota"? W takowym myśleniu
historycznym (właściwie ahistorycznym czyli gnostyckim) konsekwnentni są
skrajni moderniści postulujący sprawowanie "Eucharystii" z materiami
typu chipsy i coca-cola. No cóż, nie wiem, czy x. Grygiel zdaje sobie z
tego sprawę. W każdym razie powinien był solidniej przemyśleć swoją
wypowiedź. Czy do "nieistotnych elementów" zalicza coś innego? Dlaczego
nie określa, o co mu chodzi? Dlaczego pozostawia czytelników z
niepewnością i domysłami? Popatrzmy dalej.
"Dużym
problemem są osoby, które przywiązują zbyt wielką wagę do rzeczy
zewnętrznych. To często robi czarny PR tej liturgii. Rozumiem, że można
się spierać o estetykę liturgii i że można się spierać o zgodność
celebry z rubrykami. Dziś jednak jednym z problemów tych środowisk jest
to – przepraszam, że to ujawniam, ale uważam, że trzeba pewne rzeczy
nazwać – że dochodzi do zrównania i pomieszania istoty z zewnętrznym
wyrazem, czego wynikiem jest to, że liturgia staje się dla nich celem i
bożkiem samym w sobie, a nie jest drogą do prawdziwego spotkania z
Bogiem."
Tutaj x. Grygiel jest już nieco bardziej
konkretny. Mówi o "rzeczach zewnętrznych", mając na myśli "zgodność z
rubrykami". Tyle. Nic więcej. Brak dalszych konkretów. Zamiast tego
kolejny raz powtarza, że chodzi o odróżnienie między "istotą" a
"zewnętrznym wyrazem". Dlatego znowu zasadnicze pytanie: dlaczego nie
definiuje tej istoty czy przynajmniej nie nazywa po imieniu?
Pozostawienie tak zasadniczego i poważnego zarzutu bez jednoznacznego
określenia i bez wskazania choćby przykładów (oprócz haniebnej wg niego
wierności rubrykom) jest zabiegiem wręcz nikczemnym. Jedyną wskazówką, o
co chodzi, jest kolejne określenie liturgii jako "spotkania z Bogiem".
Czy to wystarczy? Oczywiście nie wystarczy. Po pierwsze nikczemne jest
utożsamianie wierności rubrykom z bałwochwalstwem. Po drugie fałszywe
jest przeciwstawianie jej "spotkaniu z Bogiem". Po trzecie samo
wyrażenie "spotkanie z Bogiem", które pełni funkcję nie tylko głównego
argumentu lecz także quasi definicji liturgii, jest określeniem bardzo
wieloznacznym, nieteologicznym, jedynie potocznym, które w tym temacie
można zarówno - pod pewnymi warunkami precyzującymi - przyjąć jak też
całkiem zasadnie odrzucić. Wynika z tego, że x. Grygielowi wcale nie
chodzi o pouczenie czy korektę doktrynalną czy chociażby pastoralną,
lecz jedynie o uderzenie w tych, którzy w jego opinii bałwochwalczo
traktują liturgię i rubryki. No cóż, tak ogólnikowe a zarazem
zdecydowane oskarżanie kogoś o publiczne i programowe grzeszenie przeciw
pierwszemu przykazaniu nie ma nic wspólnego z rzetelną polemiką, czy
już chociażby z przyzwoitością wypowiadania się.
"Ta
sytuacja wymaga oczyszczenia, bo powoduje ona szereg niepotrzebnych
napięć, a to nie robi nam dobrej wizytówki. Ruch Tradycji będzie sobie
musiał poradzić z tym i przybrać dojrzałą formę. Potrzeba mu jeszcze
okrzepnięcia, istnieje potrzeba refleksji i zwrócenia uwagi na elementy
rzeczywiście istotne i nabrania dystansu do rzeczy mało ważnych i
drugorzędnych."
Jest to następne, wręcz maniakalne
powtórzenie mglistego i przez to perfidnego postulatu odróżniania
"elementów istotnych" od "rzeczy mało ważnych i drugorzędnych". Postulat
"nabrania dystansu" do tych ostatnich i tym samym "przybrania dojrzałej
formy" przez "Ruch Tradycji" staje się tutaj o tyle groźniejszy, że
powiązany zostaje z wymaganiem "oczyszczenia". Nie jest jasne, czy
chodzi o oczyszczanie liturgii z "rzeczy mało ważnych", czy z rubryk,
czy z ludzi, którzy dbają o wierność wobec nich. W każdym razie groźba
jest poważna. Czas pokaże, co ona konkretnie oznacza, tzn. jakie
konsekwencje spotkają tych, którzy nie pasują do x. Grygielowego
programu "uwspółcześniania" liturgii tradycyjnej. Straszenie niedobrą
wizytówką wskazuje zapewne na główny temat postulowanej przez niego
"refleksji". Nieuchronnie nasuwa się pytanie: które rubryki x. Grygiel
uważa za zbędne czy wręcz szkodliwe dla "przeżycia religijnego"? Czy
może chodzi już o rubryki jako takie? Czymże liturgia tradycyjna
różniłaby się od "charyzmatycznej" spontaniczności i swawoli typowej dla
modernistów, wrogów Tradycji katolickiej? Czyż nie właśnie stały
porządek i dyscyplina stanowią o specyficznej, akurat istotnej dla
liturgii tradycyjnej obiektywności i pociągającej powszechności?
"Sądzę,
że wtedy pokażemy się jako ruch wartościowy, w pełni zreflektowany i
umiejący podjąć efektywny dialog ze współczesnością. Nie możemy
zlekceważyć tego dialogu. Jeżeli się zamkniemy w getcie rekonstrukcji –
zginiemy. Minie pokolenie, minie zachwyt – i koniec."
Tutaj
x. Grygiel przemawia już uroczyście w imieniu "Ruchu Tradycji". Ciekawe
na jakiej podstawie i z czyjego upoważnienia. I na jakiej podstawie
zarzuca brak dialogu ze współczesnością oraz - ponownie - zamykanie się w
"getcie rekonstrukcji". Nadal brakuje określenia tych poważnych
zarzutów, choć właściwie wystarczyłoby przyznać się do własnych błędów,
skoro przemawia się w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nic ze tego.
Widocznie takie ogólnikowe opluwanie i łajanie ma załatwić sprawę,
oczywiście przy zachowaniu własnej niekwestionowanej autorytatywności.
Ciekawa jest ponadto następna groźba (po domaganiu się oczyszczenia jak
wyżej): widmo "zginięcia", wymarcia wraz z pokoleniem. No cóż, już nawet
taki nonsens w międzyczasie nie jest w stanie zaskoczyć. Nie wiadomo
wprawdzie, kogo ma na myśli, mówiąc o "pokoleniu". Sam należy do
pokolenia wychowanego na NOMie, podobnie jak większość wiernych, którym
posługują xięża przywiązani do Tradycji, a jest to głównie młodzież i
młode rodziny. Kto miałby więc wyginąć, przeminąć? Logiczne jest, że
przemija to, co jest modą jednego pokolenia. Czyżby x. Grygiel uważał -
jak większość modernistów - jakoby zainteresowanie i zachwycenie
liturgią tradycyjną było jedynie przejściową modą? Na jakiej podstawie?
Czyż to nie on właśnie postuluje dopasowanie tej liturgii do
współczesności? Czyż nie zauważa właśnie w takim zabiegu zgubnego
związania liturgii z przemijającą jednopokoleniową modą? Ktoś tu albo
nie potrafi w sposób uporządkowany i logiczny myśleć, albo świadomie
miesza i kręci.
"Nie można trzymać się
kurczowo schematów, które mają często charakter czysto kulturowy i
historyczny, właściwy mentalności danego okresu. Czasy się zmieniły,
ludzie myślą inaczej i mam wrażenie, że ta tradycyjna liturgia ma
jeszcze dużo do pokazania, w momencie w którym przestaniemy
absolutyzować zmienne elementy. Chociażby kwestie strojów liturgicznych,
czy ornat rzymski czy ornat gotycki, czy krótsza koronka czy dłuższa".
To
jest najbardziej konkretny i jasny fragment wypowiedzi. Czy stanowi to
rozwiązanie stałej zagadki, pomówień i oszczerstw? Nie. Wręcz
przeciwnie. Nie wiem, z jakimi wiernymi x. Grygiel ma do czynienia na co
dzień. Nie wiem, kogo konkretnie ma na myśli. Nie wykluczam, że są
ludzie, dla których istotny jest kształt ornatu czy długość koronki.
Jednak pewne jest, że podanie tych spraw jako jedynych konkretnych
przykładów na rzeczy "nieistotne" i wymagające korekty jest po pierwsze
podłą karykaturą środowiska, dla którego x. Grygiel pracuje i które go
chyba utrzymuje, po drugie niemniej podłym unikaniem skonkretyzowania
zarzutów i kluczowego postulatu.
"Tu
potrafi dochodzić do bardzo niezdrowych napięć w sposób zupełnie
nieuzasadniony. Ten materialny aspekt liturgii powinien pełnić rolę
służebną, być funkcją liturgii, bo tylko wtedy mamy do niego właściwy
dystans. Wydaje mi się, że niestety sporo jest głosów, które ku mojemu
zatroskaniu cały czas absolutyzują te elementy w liturgii, których nie
wolno absolutyzować. Kwestie zewnętrzności, stroju, przesadna
interpretacja rubryk… To ma być duch liturgii, a nie czysty rubrykalizm.
Wówczas bogiem się nam staje sama liturgia, a nie Ten do kogo liturgia
ma prowadzić. To jest mój największy zgrzyt i mówię o nim otwarcie."
Kolejne
powtórzenie wypowiedzianych już zarzutów, z nieznaczącym rozszerzeniem.
No cóż, styl wypowiedzi mało typowy i raczej niechlubny dla
przyrodnika, który powinien się odznaczać logicznością i uporządkowaniem
wypowiedzi. I nadal typowy brak konkretów, właściwie haniebny dla
kapłana i naukowca w kontekście tak poważnego zarzutu jak
bałwochwalstwo. Zwykła przyzwoitość, niezależnie od aspiracyj
intelektualnych, wymagałaby podania przykładów "absolutyzowania
elementów, których nie wolno absolutyzować". O kształcie ornatu i
długości koronek już wiemy. Coś jeszcze? Można się domyślać na podstawie
szerszego kontextu i faktów towarzyszących. Zapewne należy te słowa
kojarzyć z faktami powszechnie znanymi, jak chociażby z celebracją
pontyfikalną w lutym br., gdzie główną rolę - oprócz Kardynała L. R. B.
odgrywał właśnie x. Grygiel wraz ze swoimi przyjaciółmi zaproszonymi
przezeń z rodzinnego Wrocławia. Nasuwa się tutaj pytanie odnośnie tego
przykładu: kto zgrzeszył bałwochwalczym podejściem do "elementów"
zewnętrznych i rubryk - jego przyjaciele ceremoniarze świeccy przybrani w
prałackie sutanny, czy ci, którzy upomnieli się o przestrzeganie rubryk
także w tej sprawie? Czy za podejście bałwochwalcze x. Grygiel uważa
wskazanie na skandaliczne niedbalstwo odnośnie świec na ołtarzu przy
równoczesnej dbałości jego głównego ceremoniarza - przezeń uroczyście po
nazwisku od ołtarza pochwalonego - o fioletowe pończochy? Wyjaśnienie
tej kwestii x. Grygiel jest winien wiernym i wszystkim czytelnikom tego
wywiadu.
Tymczasem na kanwie wydarzeń można zasadnie
przypuszczać, że celem tych zagadkowych oskarżeń jest usprawiedliwienie
tego, co praktykuje sam x. Grygiel i jego przyjaciele. A są to ewidentne
poważne wykroczenia zarówno przeciw rubrykom (świeccy ceremoniarze
biskupi), jak też przeciw zasadom liturgii tradycyjnej (świecki żonaty
"akolita" w roli subdiakona). Na podstawie dotychczasowych wypowiedzi i
zachowania tego grona (więcej tutaj i tutaj) można wnioskować, że właśnie o tego typu
"unowocześnianie" chodzi. Jest zrozumiałe, że nie wypada mu tego
powiedzieć wprost. Przypuszczalnie chętnie zachęcałby ogólnie do tego
typu nadużyć na szerszą skalę, oczywiście publicznie jedynie ogólnikowo i
enigmatycznie, zaś w praktyce już dość konkretnie. Wiedząc, że
zakorzenione nadużycie dość trudno wykorzenić. Stąd właśnie nikczemne
oskarżanie o "bałwochwalstwo" tych, którzy by się sprzeciwili jego
"unowocześnieniom" służącym rzekomo "przeżyciu religijnemu".
Przy końcu wywiadu tematyka się poszerza, aczkolwiek nawiązuje do wcześniejszych wypowiedzi:
"Spór
nauka – wiara z reguły nie jest sporem o pryncypia. Spór nauka-wiara
jest wynikiem tego, że każda ekspresja teologiczna zakłada to, że
operujemy pewnym językiem, który angażuje pojęcia uwikłane w kontekst
obrazu świata, w kontekst kultury. Nie ma języka teologicznego, który
jest absolutnie wolny od kontekstualności. W związku z tym konflikt
nauka wiara nie powstaje na płaszczyźnie prawd teologicznych, ale na
gruncie konfliktu obrazów, które w ekspresję tych prawd są
zaangażowane. Mamy przykładowo od dawna toczący się konflikt kreacjonizm
– ewolucjonizm. Proszę sobie choćby jednak przypomnieć, w jakich
tarapatach znalazł się św. Tomasz z Akwinu, kiedy usiłował zastąpić
neoplatonizm arystotelizmem. Okazało się potem, że to było doskonałe
narzędzie, które przysłużyło się do olbrzymiego rozwoju teologii."
Jest
to wypowiedź jedynie pozornie bardziej rzeczowa. Faktycznie wykazuje
niestety ten sam problem przynajmniej metodologiczny. Wyjaśniam w
skrócie:
1. Nie ma sporu między nauką a wiarą.
Natomiast był często i nadal jest spór między teologią a naukami
przyrodniczymi. To chyba x. Grygiel ma właściwie na myśli. Teologia jest
także nauką (wg klasycznej koncepcji nawet królową nauk). Wierzącymi są
tak teologowie (z reguły) jak i przyrodnicy. Zaś redukowanie naukowości
do przyrodnictwa jest zarówno nienaukowe jak też ahistoryczne, tudzież
wbrew elementarnym zasadom metodologii nauk.
2. Spór
między teologią a naukami przyrodniczymi z reguły ma charakter
zasadniczy czyli sporu o pryncypia. Chodzi mianowicie o granice
kompetencji, czyli zasady metodologiczne oraz odnośnej refleksji.
Oczywiście wchodzi tutaj dziedzina gnozeologii czyli teorii poznania.
Wszak nagminnym grzechem przyrodników jest absolutyzowanie własnej
metody, co jest już czysto filozoficznie absurdalne. To jest też zwykle
przyczyna i korzeń konfliktu na linii teologia-przyrodnictwo.
3.
Upatrywanie przyczyn konfliktu akurat i wyłącznie po stronie teologii
(w historycznie uwarunkowanym, względnym języku "ekspresji
teologicznej") jest typowe dla stronniczości i uwikłania w zabobony
przyrodnictwa. Aczkolwiek od kogoś, kto powinien mieć przynajmniej
jakieś pojęcie o teologii katolickiej, należałoby się spodziewać choćby
krzty krytycyzmu wobec tego, co się działo i dzieje po stronie
przyrodnictwa. Tymczasem wg x. Grygiela to teologia jest "uwikłana w
kontekstualność", natomiast przyrodnictwo jest instancją nadrzędną,
wręcz absolutną... Coś takiego może powiedzieć poważnie tylko ktoś
uwikłany w zabobon redukcjonizmu.
4. Pewną
relatywizacją rangi przyrodnictwa jest chyba wyrażenie "konflikt
obrazów". Czyżby wg x. Grygiela także przyrodnictwo poruszało się
jedynie w dziedzinie obrazów, a nie poznania rzeczywistości?
5.
Zupełnym pomieszaniem różnych kwestij jest mówienie jednym cięgiem o
kontextualności teologii, sporze między kreacjonizmem i ewolucjonizmem,
oraz arystoteliźmie w teologii. Sprawia to wrażenie kiepskiej znajomości
zarówno zasad teologii katolickiej, jak też historii teologii i
filozofii. Ponadto x. Grygiel wykazuje tutaj brak kompetencji już nawet
w temacie kreacjonizmu, zakładając widocznie, że kreacjonizm należy do
dziedziny teologii, tak jakby nie było - zarówno na przestrzeni wieków
jak też obecnie - przyrodników reprezentujących kreacjonizm z pozycji i
wg metody ich dziedziny naukowej.
6. Zdanie o
kontextualności teologii należy zapewne powiązać z wypowiedzią x.
Grygiela w wywiadzie z T. Terlikowskim. Wówczas pojawiły się następujące
skandaliczne tezy:
- Odnośnie cudów: to, co dziś Kościół uważa za cuda, może zostać w przyszłości wyjaśnione fizykalnie czyli przyrodniczo.
-
Odnośnie Eucharystii: nie można wykluczyć, że dogmat o
Transubstancjacji będzie można kiedyś zastąpić "lepszym" określeniem, bo
ów dogmat jest uwikłany kontextualnie w pojęcie substancji, które może
zostać obalone naukowo.
Tymi tezami x. Grygiel wykazał się
nieznajomością, niezrozumieniem, bądź odrzuceniem elementarnych pojęć
teologii katolickiej, dotyczących niezbywalnych prawd wiary, także nawet
Zmartwychwstania.
7. Niemniej absurdalne jest
zrównanie postępu poznania w naukach przyrodniczych z posłużeniem się
arystotelizmem w teologii (od św. Tomasza). Prawda historyczna jest
taka, że już Ojcowie Kościoła posługiwali się pojęciami z filozofii
arystotelesowskiej (w powszechnej wówczas recepcji neoplatońskiej).
Pojęcie substancji (ousia) posłużyło jako narzędzie dogmatyczne już na
pierwszym soborze powszechnym, co też nigdy nie straciło na aktualności.
Czym innym jest posługiwanie się pojęciami wypracowanymi przez
filozofów, a czym innym teologiczna (czy filozoficzna) refleksja nad
wynikami nauk szczegółowych jak przyrodnictwo. Już nawet pobieżna
znajomość historii nauk przyrodniczych i filozofii wyposaża we wiedzę,
że nauki szczegółowe wychodzą z założeń, których same nie mogą dowieść,
lecz które są im dostarczane czy to przez powszechne ludzkie
przeświadczenie, czy przez naukę ogólną jaką jest filozofia. Tym samym w
ramach czystej metody przyrodniczej (czy historycznej gdy chodzi o
nauki historyczne) nie ma możliwości obalenia podstawowych pojęć
metafizyki lub zastąpienia ich zupełnie nowymi. Jest owszem możliwe
pogłębianie i precyzowanie znanych już pojęć, ewentualnie dodawanie
nowych na podstawie poszerzonego poznania. Nie jest natomiast możliwe
prawdziwe poznanie rzeczywistości sprzeczne z dotychczasowym poznaniem
prawdziwym. Teza przeciwna jest niczym innym jak sprzecznym w sobie
agnostycyzmem i relatywizmem.
Odnośnie końcowych tez
x. Grygiela, odwołujących się do pojęć i koncepcyj przyrodnictwa, nie
będę się wypowiadał, gdyż jest to osobny temat. Wspomnę jedynie, że jako
teolog stykający się także z literaturą przyrodniczo-naukową, mam
wątpliwości, czy tezy głoszone przez x. Grygiela jako przyrodnicze rzeczywiście odpowiadają fachowej wiedzy fizykalnej.
Powyższa
analiza tez teologicznych prowadzi niestety do następujących
podsumowujących wniosków: Ta wypowiedź wykazuje brak znajomości bądź
przynajmniej zrozumienia elementarnych pojęć i zasad teologii
katolickiej, począwszy od pojęcia nadprzyrodzoności, poprzez naturę i
istotę sakramentów i liturgii, aż po rozumienie natury i metody teologii
jako nauki. Już samo podejście zarówno do zagadnień teologicznych jak
też problemów pastoralnych jest niestety - przykro to stwierdzić -
skandaliczne. Pozostaje mi wyrazić życzenie, by x. Grygiel zaprzestał
tego typu wypowiedzi stanowiących kompromitację nie tylko jego osoby,
lecz także zgromadzenia, które on w Polsce reprezentuje. Na takową
kompromitację owo zgromadzenie nie zasługuje.