Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Czy neuronauka obala istnienie duszy i wolnej woli?
Najpierw tytułem wstępu. Gdy przytoczone pytanie dotarło do mnie, nie zdawałem sobie sprawy z natarczywości i agresywności propagandy tzw. neuronaukowców. Dotychczas nie zajmowałem się bliżej tą tematyką. Uznawałem sprawę za jasną i prostą. Chcąc jednak oprzeć mój punkt widzenia na solidnej bazie źródłowej, musiałem dokonać przeglądu nowszego i obecnego stanu kwestii, po czym wybrać najważniejsze i najwartościowsze, a zarazem w miarę łatwo dostępne publikacje. W niniejszych ramach możliwe jest jedynie wprowadzenie i zarysowanie tematyki. Bardziej dociekliwy czytelnik będzie musiał samodzielnie zapoznać się ze wskazanymi źródłami. W nich znajdzie też dalsze źródła.
Jak świadczy przytoczone powyżej pytanie, problem nie jest czysto akademicki i nie dotyczy jedynie problematyki teologiczno-kościelnej i rozumienia człowieka (antropologii), lecz także etyki w ogóle, wymiaru sprawiedliwości i porządku społecznego. Jeśli wolna wola jest jedynie iluzją, a nasze czyny jedynie wypadkową mechanizmów fizyko-chemicznych w naszych mózgach, to nie ma odpowiedzialności moralnej i tym samym winy czyli przedmiotu kary, który jest istotnym elementem każdego systemu prawnego. Łatwo więc dostrzec, że chodzi nie tylko o nasze samopoczucie jako istot rozumnych i wolnych - w odróżnieniu od maszyn i zwierząt - lecz o podstawy cywilizacji i życia społecznego.
W internetach krążą od lat sensacyjne wieści odnośnie badań mózgu, neurologii czy tzw. neuronauki. Chodzi nie tylko o dziedzinę badań empirycznych, lecz bardziej o pewien nurt światopoglądowy, który powołuje się na owe badania, formułując tezy bardzo daleko wybiegające poza dziedzinę, metody i kompetencje nauk przyrodniczych. Mówi się też o „neuronaukach“ (w liczbie mnogiej bądź pojedynczej, neuroscience) w znaczeniu różnych dziedzin, wychodzących z pewnych założeń powołujących się na nowoczesne metody obserwacji działania mózgu. Tak mówi się o nie tylko o neurobiologii, neorofizyce, neuromedycynie itp. lecz także o neuropedagogice, neurofilozofii, nawet o neuroteologii. Propagatorzy i wyznawcy mówią nierzadko wprost, że chodzi o rewolucję nie tylko naukową, lecz także społeczną, czy przynajmniej o nowy paradygmat ogarniający wszystkie nauki, a także kulturę i cywilizację. W ramach tego programu powstała też tzw. kognitywistyka (cognitive science), która - nawet jako dziedzina akademicka - z założenia łączy neuronaukę z dotychczas znanymi dziedzinami, od psychologii, poprzez lingwistykę, aż po filozofię.
W przestrzeni polskojęzycznej krąży w tym temacie bodaj najczęściej nazwisko Włodzisław Duch. Jest to fizyk związany od czasu swoich studiów z uniwersytetem w Toruniu.
Jego biografia zamieszczona zarówno na stronie uniwersytetu jak też w wikipedii podaje szeroką działalność naukową we wielu uczelniach i instytutach, od Niemiec, poprzez Amerykę aż po Singapur (biografia). Przy tym nie podaje się ani jego funkcji jako rzekomego pracownika Instytutu Maxa Plancka w Monachium, ani prac naukowych z tego okresu. Nie ma żadnych śladów naukowych tej działalności, tym samym nie wiadomo, nad czym przez te długie lata pracował oraz z jakimi owocami. Zaś w liście publikacyj (publikacje) znalazłem tylko jeden jedyny artykuł w języku obcym podpisany jego nazwiskiem. We wszystkich innych publikacjach jest tylko współautorem. Niemal wszystkie zostały wydane tylko w Polsce, co jest dziwne w zestawieniu z podaną bardzo szeroką działalnością zagraniczną. Nasuwa się pytanie, na jakiej podstawie był (jest) rzekomo zatrudniany za granicą, skoro praktycznie nie publikuje poza Polską. Na żadnej z podanych uczelni nie ma internetowych śladów działalności p. Ducha. Jest natomiast podana działalność w organizacji pod nazwą European Neural Network Society.
Jest to prywatna organizacja zrzeszająca zainteresowanych. Członkostwo następuje na zasadzie przystąpienia i opłaty członkowskiej. Założycielem jest profesor informatyki Alessandro E. P. Villa z Lozanny, który w swojej karierze naukowej jest związany m. in. z The Hebrew University w Jerozolimie.
Komitet wykonawczy stanowią osoby z krajów europejskich (Czechy, Niemcy, Szwajcaria, Włochy, Francja, Bułgaria, Finlandia, Hiszpania) oraz z Izraela.
Tak więc podana oficjalnie kariera i działalność naukowa prof. Ducha jest dość dziwna i tajemnicza.
Przyjrzyjmy się jego wypowiedziom w temacie neurobiologii. Jest to zarówno text pisany (tutaj) jak też sfilmowane wystąpienie (film). Nie mam śmiałości polecać czytania ani słuchania. Sam to uczyniłem i muszę stwierdzić, że obalanie tego punkt po punkcie jest zbędne. Nawet pomijając sprośny dowcip na początku wystąpienia oraz infantylne chwalenie się posiadaniem auta rozpoznającego znaki drogowe, jest to potok słów składający się z banalnych i wręcz fałszywych informacyj, gdzie ilość i gęstość niezrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy wyrażeń usiłuje zastąpić podawanie rzetelnej wiedzy i choćby śladową argumentację. W taki sposób p. Duch propaguje w gruncie rzeczy swego rodzaju ideologię pseudonaukową, posługując się quasi fachowym słownictwem. Zasadnicza treść sprowadza się do prostych tez:
- materialistyczny redukcjonizm, czyli sprowadzenie człowieka do procesów fizykochemicznych w mózgu, oraz
- naiwny, wręcz groteskowy futurystyczny optymizm odnośnie zarówno poznania działania mózgu (i tym samym świadomości) jak też wynikających zastosowań technicznych (głównie wiara w możliwość stworzenia sztucznej inteligencji typu ludzkiego).
Nasuwa się pytanie, czy podłożem jest tutaj brak solidnej wiedzy i krytycznej reflexji, czy też taktyczne przemilczanie istotnych dla tematu wątków, na które wskażę poniżej. W każdym razie p. Duch wydaje się dość wiernie prezentować poglądy, które na początku tego stulecia budziły burzliwe dyskusje, zaś obecnie są już po prostu przestarzałe i wręcz groteskowe.
Zajrzenie choćby do wikipedii pod hasłem neuroscience czy cognitive science daje wiedzę, że badanie empiryczne mózgu oraz jego działania nie jest zupełnie nową dziedziną naukową, lecz sięga przynajmniej XIX wieku, gdyż już wtedy zaczęto pomiary elektryczności mózgowej (elektroencefalografia, EEG). Badania z czasem zostały wzbogacone przez nowe technologie jak encefalografia magnetyczna (MEG), tomografia pozytronowo-emisyjna (PET) i tomografia funkcjonalna rezonansu magnetycznego (fMRT, fMRI). Są to współcześnie stosowane technologie obrazowania procesów fizyko-chemicznych w mózgu (brain imaging) za pomocą pomiarów przetwarzanych komputerowo.
Oprócz wyników czysto empiryczno-przyrodniczych, które swoją drogą zawierają poważne problemy technologiczne i metodologiczne, niektórzy naukowcy występują także z tezami światopoglądowymi. Z drugiej strony nie brakuje też filozofów, którzy w danych neurobiologicznych upatrzyli sobie okazję do formułowania czy potwierdzenie swoich poglądów.
Szeroko znanym przykładem jest chociażby Daniel Dennett, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. nowego ateizmu. Z wykształcenia jest on właściwie filozofem. U początku swojej kariery zajmował się filozofią Kartezjusza (Descartes’a). Z czasem uczynił neurobiologię swoim głównym tematem i narzędziem, negując w sposób skrajnie redukcjonistyczny istnienie rzeczywistości duchowej.
Z drugiej strony mamy np. wspólne dzieło słynnego filozofa Karl’a Popper’a oraz John’a C. Eccles’a, neurofizjologa i laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i medycyny.
W książce The Self and its Brain (1977) odrzucili oni wspólnie teorie materialistyczne jako niewystarczające do wyjaśnienia procesów mózgowych. W swojej późniejszej książce How the Self Control Its Brain (1994) Eccles postuluje istnienie czynnika niematerialnego (umysłowego), który nazwał „psychon“:
https://en.wikipedia.org/wiki/How_the_Self_Controls_Its_Brain
Fundamentalnym dziełem przeglądowo-krytycznym w dziedzinie neuronauk jest wspólna książka neurobiologa Maxwell’a R. Bennett’a i filozofa analitycznego Paul’a M. S. Hacker’a z 2003 r. W akrybiczny sposób analizują oni i demaskują liczne uprzedzenia, zabobony i nieuczciwe chwyty niektórych tzw. neuronaukowców, służąc porządkowaniu i oczyszczeniu pola dyskusji w tematyce.
Prof. Hacker'a można też posłuchać i obejrzeć tutaj.
Można było się spodziewać, że po tak solidnej i miażdżącej krytyce podejścia redukcjonistycznego, problem został ostatecznie rozwiązany.
Jednak krótko potem, w jesieni 2004 r., ukazał się „Manifest“ jedenastu neurologów i neurobiologów niemieckich (oprócz jednego Amerykanina pochodzenia niemieckiego), przy czym nie trudno dostrzec pewną analogię do „Manifestu Komunistycznego“ z 1848 r.
https://www.spektrum.de/magazin/das-manifest/839085
Prześledźmy w skrócie jego treść. Podanie niektórych najważniejszych fachowych pojęć neurologicznych jest przy tym nieuniknione. Ich dokładne zrozumienie nie jest jednak tutaj konieczne, gdyż w naszym kontekście istotne jest przesłanie światopoglądowe.
1° Autorzy zapowiadają całkowite zgłębienia działania mózgu ludzkiego dzięki współczesnym technologiom (EEG, MEG, PET, fMRT).
2° W osobnym rozdziale pod tytułem „natura ducha“ naukowcy ogłaszają uroczyście swoje odkrycie, że „w mózgu człowieczym procesy neuronalne i świadomie przeżywane stany duchowo-psychiczne są jak najściślej ze sobą związane i że procesy nieświadome są w określony sposób uprzednie względem procesów świadomych“. Takie procesy jak wyobraźnia, empatia, odczuwanie zmysłowe, podejmowanie decyzji i planowanie czynności są według autorów manifestu opisywalne jako procesy fizykochemiczne, choć dotychczas nie są znane szczegóły zachodzenia tych procesów. Z tego wyprowadzają następujące wnioski:
- „Duch i świadomość (…) wpisują się w proces fizykalny i go nie przekraczają“.
- „Duch i świadomość nie spadły z nieba, lecz wykształciły się stopniowo w ewolucji systemów nerwowych“.
Te tezy są nazwane „być może najważniejszym dorobkiem poznawczym nowoczesnych nauk neurologicznych“, przy czym oczywiście brakuje choćby próby wykazania związku. Tym samym w tym miejscu ukazuje się szczególnie wyraźnie charakter manifestu jako deklaracji światopoglądowej, nie naukowej.
3° Szkicują wizję postępu nauk neurologicznych w następnych 10 latach (czyli do 2014 r.). Zaznaczają wprawdzie ostrożnie, że ten postęp będzie zależał od postępu metod badawczych. Słusznie zauważają autorzy, że lokalizacja procesów mózgowych jeszcze nie jest opisaniem działań kognitywnych przez mechanizmy neuronalne i że do tego konieczne będzie wypracowanie metod łączących obydwa aspekty (procesu kognitywnego i procesu fizykochemicznego neuronów). Przyznają, że raczej nierealistyczne jest odpowiedzenie w ciągu najbliższych 10 lat na takie pytania jak powstawanie świadomości i jaźni, połączenie aktywności racjonalnej i emocjonalnej oraz „wyobrażenie wolnej woli“. Za prawdopodobne uważają jednak czasowo-przestrzenne zbadanie procesów na poziomie neuronalnym żywego organizmu, konkretnie opisanie reguł przepływu informacyj w neuronach i w zespołach neuronów. Ma to zostać dokonane na zwierzętach w naturalnej sytuacji, czyli bez wpływu środków chemicznych czy bodźców zewnętrznych oddziałujących na organizm i tym samym na pracę mózgu.
4° Istotną pomocą ku temu na być stworzenie komputerowych modeli pracy mózgu. Ma to być oparte nie tyle na koncepcjach informatycznych i tworzenia tzw. sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence), co raczej na rzeczywistych procesach fizjologicznych żywego mózgu (dotychczas są jedynie badania na martwych mózgach ludzkich oraz otwartych zwięrzęcych pod wpływem środków znieczulających). Ma to doprowadzić do powstania neurologii teoretycznej, obok dotychczasowej experymentalnej (podobnie do fizyki teoretycznej). Ostatecznym celem jest matematyczne opisanie struktury i działania mózgu, co ma służyć wypracowaniu hipotez odnośnie wyższych procesów jak powstawanie wrażeń oraz skoordynowanych ruchów organizmu, a w końcu twierdzeń („Aussagen“) odnośnie związku między badaną empirycznie aktywnością neuronów a czynnościami poznawczymi. Tutaj autorzy niespodziewanie - i w sprzeczności z poprzednimi zdaniami - przyznają, że w obecnym stanie wiedzy takie twierdzenia są jedynie „spekulatywne“ („spekulativ“).
5° Optymistyczna jest także wizja zastosowań praktycznych w medycynie. Autorzy spodziewają się poznania molekularnobiologicznych i genetycznych podstaw chorób typu Alzheimer i Parkinson, a także chorób psychicznych jak schizofrenia i depresja. Zapowiadają nową generację leków psychofarmakologicznych, które mają być dopasowane do poszczególnych regionów i funkcyj mózgu. Ma to być wręcz rewolucja w psychiatrii i psychoterapii. Ponadto zapowiadają rozwój tzw. neuprotez czyli wszczepianych mikroaparatów elektronicznych (chip), a także sztucznej siatkówki ocznej. Szczególnie niepokojąco brzmi zapowiedź diagnozowania i możliwości „korygowania“ anomalii w psychice i zachowaniu, co oznaczałoby ingerencję w przeżycia, myślenie i osobowość człowieka.
6° Najbardziej świetlana jest prognoza rozwoju nauk neurologicznych na przyszłe 20-30 lat, czyli w perspektywie następnego pokolenia. Autorzy ponownie zapowiadają, że będzie można „naukowo“ wyjaśnić związek między procesami neuroelektrycznymi i neurochemiczymi a aktywnością percepcyjną, kognitywną, psychiczną i motoryczną. To będzie oznaczało, że bezsprzecznie zapanuje pogląd, iż duch, świadomość, uczucia, akty woli oraz podejmowanie decyzji są „naturalnymi procesami“ („natürliche Vorgänge“), „ponieważ opierają się na procesach biologicznych (beruhen auf biologischen Prozessen)“. Mimo tego autorzy zaznaczają, że nie zostanie osiągnięte całkowite rozszyfrowanie na poziomie procesów komórkowych czy molekularnych. Nie będzie możliwe zupełne opisanie poszczególnego mózgu ani przewidywanie zachowania danej osoby. Powodem jest „uporządkowanie mózgu“ na podstawie różnic genetycznych oraz niepowtarzalnych wpływów otoczenia. Obrazowanie czynności mózgu nie daje możliwości wnioskowania o procesach psychicznych danej osoby.
7° Odwołując się do przykładu przejścia od fizyki klasycznej do fizyki kwantowej, autorzy przewidują powstanie „teorii mózgu“ jako nowej dziedziny naukowej, która będzie operowała innymi pojęciami niż znane w obecnej neurologii. Ta nowa nauka będzie bazowała na zrozumieniu działania zespołu neuronów. Doprowadzi to do odpowiedzi na zasadnicze pytania filozoficznej teorii poznania, mianowicie dotyczące świadomości, doświadczenia jaźni oraz stosunku między przedmiotem poznającym i poznawanym. W ten sposób nasz mózg będzie w stanie zrozumieć samego siebie.
8° Ta nowa wiedza doprowadzi do zmiany pojęcia człowieka („Menschenbild“): odejście od dualizmu ciała i ducha oraz od rozróżnienia między wiedzą wrodzoną i nabytą. Stąd autorzy postulują ścisłą współpracę między naukami humanistycznymi (Geisteswissenschaften) i neurologicznym (przyrodniczymi) dla „wspólnego zarysowania nowego obrazu człowieka (um gemeinsam ein neues Menschenbild zu entwerfen)“.
9° Na koniec autorzy, widocznie dostrzegając groteskowość tego programu, jednak odżegnują się od „neuronalnego redukcjonizmu“. Skwapliwie zaznaczają, że „samodzielność perspektywy wewnętrznej“ człowieka („Eigenständigkeit dieser Innenperspektive“) zostanie zachowana także wtedy, gdy uda się zupełne wyjaśnienie procesów neuronalnych, na których polega ludzkie współczucie, zakochanie czy świadomość moralnej odpowiedzialności. Porównują to do muzyki: naukowo można wyjaśnić konstrukcję fugi Bacha, jednak nie można naukowo nic powiedzieć o szczególnym pięknie tej kompozycji.
Podsumowując należy zauważyć tutaj przede wszystkim:
- pomieszanie kwestij przyrodniczo-neurologicznych i światopoglądowych,
- brak systematycznego toku myśli, na korzyść języka perswazji, postulatów i obietnic,
- groteskowy optymizm oraz ambicje poznawcze, które obecnie z perspektywy kilkunastu lat jawią się jako wręcz naiwne i śmieszne (te spostrzeżenia uzasadnię szerzej poniżej).
Mimo tego ten „Manifest“ stał się nie tylko pewnym motorem i bodźcem działań zarówno badawczo-naukowych jak i politycznych. Oddziaływuje on nadal jako program działania, a jego zasadnicze tezy są nadal często powtarzane nawet dosłownie, mimo że ich podstawy czysto naukowe czy to zostały już dawno obalone i zanikły, czy też uległy zasadniczym zmianom. Tym samym jest to jeden z przykładów trwałości zabobonów w świecie nauki.
Spośród sygnatariuszy najgłośniejsze nazwiska to Gerhard Roth oraz Wolf Singer.
Ten pierwszy, G. Roth, zaczynał swoją karierę naukową jako filozof związany z neomarxistowską tzw. szkołą frankfurcką (pracę doktorską z filozofii napisał o marxiście A. Gramsci). Po latach nauczania filozofii wyspecjalizował się w neurobiologii i do dziś jest z nią związany. Oprócz działalności naukowej prowadzi działalność gospodarczą. Znany jest ze szczególnie agresywnych wypowiedzi z pozycji radykalnego redukcjonizmu, czyli sprowadzania pojęcia umysłu do funkcyj mózgowych, negowania wolności woli oraz optymizmu scjentystycznego.
W. Singer, profesor medycyny (neurologii), reprezentuje właściwie identyczne poglądy. Mimo braku wykształcenia filozoficznego nie ogranicza się do prezentacji wyników badań empiryczno-medycznych, lecz głosi poglądy scjentystyczno-redukcjonistyczne i materialistyczno-monistyczne. Wobec tych faktów zadziwiające jest, że od 1992 r. jest członkiem Papieskiej Akademii Nauk, a od 2011 r. konsultorem Papieskiej Rady ds. Kultury. Jego działalność i wypowiedzi wybiegają bowiem znacznie poza dziedzinę medycyny i neurobiologii, przy czym opowiada się dość wyraźnie za światopoglądem sprzecznym nie tylko z wiarą Kościoła lecz ze zdrową filozofią i poznaniem czysto racjonalnym. Nie dziwi natomiast, że do 2013 r. należał do rady naukowej ateistycznej i antykościelnej, masońskiej „Fundacji Giordano Bruno“.
Trzecią znamienną postacią z grona sygnatariuszy „Manifestu“ jest biofizyk Christoph von der Malsburg. Obecnie jest on m. in. członkiem rady naukowej słynnego przedsięwzięcia Human Brain Project w Lozannie (Szwajcaria). Temu projektowi warto poświęcić nieco więcej uwagi, gdyż jest charakterystyczny dla tego, co ma miejsce w dziedzinie tzw. neuronauki.
W kilka miesięcy po „Manifeście“ jedenastu, w maju 2005 r. profesor politechniki w Lozannie (Szwajcaria), obywatel Izraela, Henry Markram, we współpracy z koncernem komputerowym IBM zapoczątkował projekt pod nazwą Blue Brain.
Jego celem było stworzenie w ciągu 10 lat komputerowego modelu mózgu człowieka wraz z jego biologicznym funkcjonowaniem. Faktyczny wynik prac okazał się znacznie skromniejszy: w październiku 2015 r. zaprezentowano komputerową symulację mózgu nie ludzkiego lecz mózgu szczura i to nie całego lecz jedynie małego wycinka.
Mimo tak skromnego, bardzo odbiegającego od pierwotnych założeń i obietnic wyniku, Komisja Europejska w październiku 2013 r. powierzyła temu człowiekowi prowadzenie następnego sowicie dotowanego przez siebie projektu, nazwanego tym razem Human Brain Project. Jako cel podano zbieranie danych badań mózgu ludzkiego z zamiarem wypracowania modeli komputerowych i symulacyj działania mózgu ludzkiego. Dzięki zastosowaniu superszybkich komputerów, specjalnego oprogramowania, zbiorów danych oraz podobnych do mózgu ludzkiego płytek pamięci (chip), zbędne mają się stać experymenty na zwierzętach, a tak zdobyte dogłębne poznanie funkcjonowania mózgu ludzkiego ma wprowadzić Europę w nową epokę naukowości nowoczesnej oraz stanowić przełom w historii ludzkości. Ponadto wyniki mają mieć zastosowanie w leczeniu schorzeń mózgu jak też w konstruowaniu nowych technologij komputerowych oraz sztucznej inteligencji (robotów).
Nie trudno zauważyć, że te cele, wizje i obietnice dość dokładnie podejmują „Manifest“ z 2004 r.
Jeszcze przed publikacją wyników poprzedniego projektu Markram’a (Blue Brain) podniosły się głosy krytyczne odnośnie nowego projektu Human Brain. W lipcu 2014 r. liczna grupa uczonych wystosowała do Komisji Europejskiej list otwarty, wskazujący na poważne braki i błędy metodologiczne i organizacyjne projektu Human Brain finansowanego sumą ponad miliarda eurów rocznie przez kraje czlonkowskie Unii Europejskiej. Opis konfliktu znaleźć można np. tutaj.
W liście podpisanym z czasem przez ponad 800 naukowców z całego świata, w tym laureatów nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, krytykuje się przede wszystkim, że
- kierownictwo projektu postanowiło skreślić z programu experymentalne badania neurobiologiczne, pozbawiając go tym samym bazy empirycznej,
- są poważne usterki i błędy pod względem celów badawczych,
- brak jest przejrzystości struktur decyzyjnych, także odnośnie podziału środków finansowych.
Komitet wykonawczy projektu najpierw nie reagował wcale. Dopiero gdy liczba sygnatariuszy wyniosła kilkaset, padła z ich strony propozycja mediacji. Kilka dni przed publikacją raportu komisji mediacyjnej komitet wykonawczy z Markram’em na czele podał się do dymisji. Opublikowane raporty (zarówno komisji mediacyjnej jak też expertów wydelegowanych przez Komisję Europejską) przyznały rację krytykom oraz sformułowały wymaganie głębokich zmian w strukturze projektu. Przede wszystkim dokonano zmiany celu naukowego: symulację ludzkiego mózgu uznano za naukowo niemożliwą, zwłaszcza przy obecnym stanie wiedzy (danych naukowych) i dostępnych metod. Markram przekonywał, że można wykorzystać dane z experymentów na myszach, podobnie jak to zrobił w poprzednim projekcie (Blue Brain). Naukowcy uznali jednak, że jest to mydlenie oczu i czcze obietnice. Prof. Andreas Herz z Monachium wyraził to dobitnie w słowach: „Symulacja mózgu 1:1 jest definitywnie niemożliwa“ (źródło tutaj). Markram został uznany przez naukowców i szerokie kręgi opinii publicznej za szarlatana posługującego się fantazyjnymi obietnicami w celu wyłudzenia dotacji ze środków publicznych.
Projekt jest nadal poddawany ostrej krytyce jako dzieło „symulantów“ żerujących na środkach publicznych krajów Unii Europejskiej (źródło tutaj).
Ponieważ większość poważnych uczonych nie chce mieć nic wspólnego z działalnością Markram’a, powstały alternatywne projekty badawcze, jak chociażby stowarzyszenie łączące naukowców z całego świata.
Kierujący tą siecią badawczą profesor Andreas Herz z Monachium mówi wprost, że w świetle wiedzy o specyfice działania mózgu stworzenie tegoż pełnej symulacji jest niemożliwe, a każda symulacja może być nieuchronnie jedynie karykaturą rzeczywistej struktury i działania mózgu.
W międzyczasie Markram, niestety nadal finansowany przez Komisję Europejską z podatków obywateli Unii, nie tylko zredukował cele Human Brain Project, ograniczając je do zbierania danych pochodzących z pomiarów w obrazowaniu mózgów. Dla uzasadnienia swojej działalność prowadzi podobno badania nad modną obecnie chorobą jaką jest autyzm, nie tylko sprzedając nadzieję na zastosowania terapeutyczne swoich badań, lecz zapewne powodowany także faktem, że jego syn cierpi na tę chorobę.
Skromne są też cele analogicznego projektu w USA powołanego w 2013 r. pod nazwą Brain Activity Map Project (zwana też BRAIN Initiative), gdzie założenia i obietnice z góry były znacznie bardziej umiarkowane. Zapewne dlatego, że wyłudzenie pieniędzy podatników jest tam trudniejsze, a opinia publiczna jest bardziej krytyczna.
Oprócz granic wynikających z przedmiotu badań, są też granice metodologiczne, a także zwykłe ludzkie, konkretnie: solidność i uczciwość naukowców. Warto zwrócić uwagę na dwa słynne w międzyczasie przykłady.
Na konferencji poświęconej obrazowaniu aktywności regionów mózgu (Human Brain Mapping) w 2009 r. w San Francisco kilku młodych psychologów zaprezentowało swój experyment:
Experyment odpowiadał metodzie stosowanej przez tzw. neuronaukowców. Różnica polegała tylko na tym, że w aparacie fMRT umieszczono nie człowieka, lecz łososia atlantyckiego i to martwego. Nie bez poczucia humoru pokazywano temu łososiowi obrazy, których neuronaukowcy używają podczas swoich badań aktywności mózgu ludzkiego, mianowicie ludzi obejmujących się czule, witających się, kłócących się itp. Pomiary aktywności mózgu martwego łososia - wykonane na żywo przed publicznością naukowców - wykazały podwyższoną aktywność w regionach powiązanych ze sobą, podobnie do obrazów uzyskiwanych przy badaniu mózgu ludzkiego. W ten dość prosty i zarazem pikantny sposób autorzy experymentu wykazali, jak wiele zależy od ustawień statystyczno-obliczeniowych w programie analizującym pomiary.
Drugim głośnym wydarzeniem był artykuł grupy naukowców, którzy neuronaukom przyjrzeli się bliżej pod względem metodologicznym. Poprosili autorów 54 projektów badawczych z dziedziny neuronauk o wypełnienie ankiety dotyczącej metody statystycznej zastosowanej w pomiarach aparaturą fMRT. Wynik analizy wypełnionych ankiet okazał się jednoznaczny i miażdżący, gdyż wykazał czarodziejskie zabiegi rzekomo poważnych badaczy, na co już wskazuje tytuł publikacji:
Prezentacja tej analizy jest dość specjalistyczna, zrozumienie jej szczegółów wymaga znajomości pojęć i przedmiotu. Autor książki pt. "Neuromitologia" (Neuromythologie), demaskującej różnorodne przekręty w dziedzinie badań neuronaukowych, Felix Hasler, który sam jest pracownikiem naukowym zajmującym się tą dziedziną od wielu lat, w obrazowym uproszczeniu streszcza, o co chodzi (tutaj książka a tutaj flim prezentujący książkę). Porównuje sprawę do kowboja, który najpierw strzela na oślep w drzwi stodoły, a następnie rysuje tarcze wokół dziur po strzałach znajdujących się blisko siebie.
Te przykłady ukazują wyraźnie granice metod badawczych, które są wykorzystywane przez badaczy mózgu do bardzo daleko idących wizyj, obietnic, a nawet do postulowania i propagowania redukcjonistycznego światopoglądu. Chodzi nie tylko o granice czysto techniczno-metodologiczne, lecz także etyczne: czy i na ile uczciwie dany badacz prowadzi i przedstawia swoje wyniki, jak się zwraca uwagę tutaj.
Wobec tak skandalicznych faktów podważających wiarygodność tego, co się sprzedaje i exploatuje na rynku tzw. nauk, postulowanie nieistnienia nie tylko wolnej woli lecz także rzeczywistości duchowej i tym samym sprowadzenie człowieka do rangi skomplikowanej maszyny liczącej typu super szybkiego komputera, układa się w spójną całość.
Jednak nie brakuje naukowców, którzy zachowują trzeźwe podejście z punktu widzenia zarówno czysto przyrodniczego (neurologii, neurobiologii itp.) jak też bardziej ogólnego, filozoficzno-metodologicznego. Oprócz wspomnianej powyżej platformy naukowców koordynowanej przez prof. Herz’a, istnieją też środowiska i organizacje, które postawiły sobie za zadanie krytyczne śledzenie i ocenę badań z perspektywy przyrodniczo-naukowej. Owocem tego jest chociażby książka:
https://www.mpiwg-berlin.mpg.de/resources/publications/books/0123
Także platforma internetowa łącząca uczonych z całego świata:
https://www.frontiersin.org/journals/human-neuroscience#
https://www.frontiersin.org/articles/10.3389/fnhum.2014.00336/full
Na dziesięciolecie „Manifestu“ z 2004 r. podjęto krytyczną refleksję zarówno nad tym textem jak też nad stanem badań neuronauk. W perspektywie teologicznej filozoficznej dość łatwo jest się rozprawić z zapowiedziami i ambicjami, jak pokazał filozof jezuita Godehard Brüntrup:
Także z punktu widzenia studiów klinicznych i kryteriów pojęciowych i metodologicznych nie da się utrzymać tego, co redukcjonistyczni neuronaukowcy propagują, obiecują i postulują, jak wykazuje austriacki (pracujący w Niemczech) psychiatra z wykształceniem m. in. w neurofizjologii, Felix Tretter.
Jest on też inicjatorem „Memorandum“ piętnastu uczonych, którzy w 2014 r. z okazji dziesięciolecia omówionego powyżej „Manifestu“ wskazali na tegoż błędy, zakłamania i fałszywe obietnice, zarysowując jednocześnie realistyczne i uczciwe perspektywy dalszego rozwoju neuronauk. Sam text „Memorandum“ w dziwny sposób nie jest dostępny w internecie, tzn. linki do niego niestety nie działają. Dlatego mogę wskazać jedynie na omówienia:
https://www.zeit.de/2014/09/hirnforschung-memorandum-reflexible-neurowissenschaft/komplettansicht
https://www.swr.de/swr2/wissen/neurodaemmerung/-/id=661224/did=15149972/nid=661224/626hsy/index.html
Można samemu szukać w wyszukiwarkach pod nazwą: Memorandum „Reflexive Neurowissenschaft“.
Przy tej okazji prof. Tretter wskazuje także na absurdalność wniosków wyciąganych ze słynnego experymentu Libet’a, jak też na iście ideologiczny i kłamliwy charakter „Manifestu“ z 2004 r., którego wizje i obietnice już wtedy we wielu punktach były sprzeczne ze stanem badań naukowych.
Już choćby pobieżne zapoznanie się z dyskusją dotyczącą neuronauk pozwala dostrzec jej wymiar światopoglądowy. Wyniki badań niby czysto przyrodniczych są przedstawiane nie tylko wraz z implikacjami filozoficznymi, lecz nierzadko dość wyraźnie opierają się na założeniach przed- i pozaprzyrodniczych.
Charakterystycznym przykładem jest dyskusja odnośnie istnienia wolnej woli na kanwie publikacji słynnego experymentu Benjamin’a Libet’a.
Fizjolog z Chicago, ukraińsko-żydowskiego pochodzenia, prowadził swoje experymenty od 1979 r. i wyniki opublikował w 1983 i 1985 r. Miały one udowadniać experymentalnie, że wolność decyzji jest iluzją. Przez około 20 lat, aż do początki obecnego stulecia, nie przywiązywano do tez Libet'a większej wagi, aż zostały podjęte głównie przez przedstawicieli tzw. nowego ateizmu.
Zarówno same te experymenty (które nie były wcale nowością, lecz nawiązywały do doświadczeń z lat 1960-ych dotyczących tzw. potencjału gotowości) jak też wyciągane z nich wnioski o charakterze antropologicznym nie wytrzymują krytyki, która została podjęta ze strony przyrodników jak i filozofów. W internetach można znaleźć mnóstwo textów (np. tutaj) krytykujących wnioski Libet'a oraz jego zwolenników i naśladowców (P. Haggard, M. Eimer, ), którzy są zresztą ze sobą skłóceni nawet w istotnych kwestiach.
Po pierwsze zwrócono uwagę, że te experymenty nie dotyczą wolnej decyzji, gdyż były przeprowadzane na osobach, które się już zdecydowały na udział w experymencie i dostały już jasno określone zadanie, które zdecydowane były wykonać. Tym samym Libet mógł zmierzyć jedynie ostatnie poruszenie woli odnośnie wykonania w danym czasie już dawno zamierzonej czynności.
Po drugie, jest właściwie niemożliwe zmierzenie dokładnego momentu uświadomienia sobie podjęcia decyzji, gdyż chodzi o setne ułamki sekundy. Należy pamiętać, że elektrody pomiarowe nie znajdują się w neuronach mózgu, lecz dzielą je od mózgu przynajmniej warstwy skóry oraz dość grube kości czaszki, a mierzone jest pole elektromagnetyczne, nie przepływ prądu w samych neuronach.
Po trzecie, nie jest wcale jednoznacznie wykazane, że aktywność danego regionu mózgu dotyczy takiej a nie innej decyzji, czy w ogóle decyzji jako aktu woli.
W 2006 r. jeden z naśladowców Libet'a, psycholog z Londynu Hakwan Lau, wykazał, że już skupienie uwagi dla podjęcia decyzji powoduje zmiany przepływu krwi w mózgu. Innymi słowy: to, co Libet uznał za moment podjęcia decyzji, było widocznie momentem skupienia uwagi dla podjęcia decyzji, nie samej decyzji.
Inni naukowcy, Judy Trevena i Jeff Miller w 2010 r. wykazali, że w tzw. potencjale gotowości nie odgrywa roli, czy podjęta została decyzja wykonania czegoś czy niewykonania: w jednym i drugim wypadku obraz aktywności jest taki sam. Wynika z tego, że zagadkowy potencjał gotowości jest jedynie niezróżnicowanym przygotowaniem czynności, a nie podjęciem decyzji czyli aktem woli. Tym samym experymenty Libet'a w żaden sposób nie dowodzą nieświadomego początku aktów woli.
Warto się zapoznać zwłaszcza z gruntowną krytyką austriackiego filozofa, Josef'a Seifert'a, długoletniego rektora Międzynarodowej Akademii Filozofii (IAP) w Księstwie Liechtenstein:
Także sami przyrodnicy tzw. neuronaukowcy dostrzegają metodologiczne braki experymentów Libet’a. Niektórzy próbowali je skorygować względnie udoskonalić, wyciągając przy tym sprzeczne wnioski. Podsumowując całą długotrwałą aferę wywołaną przez Libet’a należy stwierdzić, że jego experymenty na pewno nie upoważniają do tez, dla których były i nadal są wykorzystywane, mimo wielokrotnego i wieloaspektowego obalenia.
Przykładem jest chociażby jest z najbardziej znanych wojowników ateizmu Sam Harris, która także napisał malutką książeczkę w temacie wolnej woli (Free Will, 2012). Ujeżdża w niej experymenty Libet'a udając, jakoby to były niepodważone i niepodważalne badania naukowe, których interpretacja wymaga zanegowania wolnej woli. To nienaukowe i kłamliwe postępowanie widać też np. w wystąpieniu dostępnym na yt, gdzie bez cienia wyrzutów sumienia sprzedaje odbiorcom zabobon sprzed dziesięcioleci już dawno obalony (od min. 16:30):
Całość tutaj.
Harris'owi nie można odmówić elokwencji, sprytu i medialności (jest zresztą synem rodziców z branży filmowej). Na tym widocznie polega jego popularność i wpływ, nie na wiedzy naukowej i sile argumentacji.
Niestety widocznie także na gruncie polskim zignorowano fakt, że doświadczenia Libet'a mają już tylko znaczenie historyczne i obecnie żaden poważny tzw. neuronaukowiec się nie powołuje na nie. Przykładem takiej ignorancji co do stanu wiedzy i dyskusji jest chociażby wystąpienie jednego z młodych przedstawicieli tzw. szkoły krakowskiej, związanej głównie z x. Heller'em (od ok. min. 38):
Całość jest tutaj.
Inny przedstawiciel tego środowiska jeszcze wyraźniej ujął swoje stanowisko:
https://www.tygodnikpowszechny.pl/iluzoryczny-jak-wolna-wola-28813?language=pl
To środowisko wydało nawet podręcznik w tematyce:
https://www.copernicuscollege.pl/podreczniki/wprowadzenie-do-filozofii-umyslu-i-kognitywistyki
Nie mam akurat możliwości się z nim zapoznać. Jednak można się obawiać, że jest na podobnym czy nawet identycznym poziomie pod względem stanu wiedzy i argumentacji. Niestety.
Podczas dyskusji zorganizowanej w 2016 r. na KUL owszem pojawiło się szersze i bardziej wyważone spojrzenie. Jednak widocznie także nie wzięto pod uwagę nowszej krytyki podejścia redukcjonistycznego:
Całość jest tutaj.
W ubiegłym roku zaproszono nawet z wykładem jednego z głównych przedstawicieli materialistycznego redukcjonizmu, oczywiście bez zrównoważenia głosem z pozycji przeciwnej, która ma przynajmniej tyle samo przedstawicieli w dziedzinie zarówno neurobiologii jak też filozofii:
Całość jest tutaj.
Kim jest John-Dylan Hayes? Otóż jego praca polega na powtarzaniu i korygowaniu experymentu Libet'a, który jest dla niego quasi dogmatem. Widocznie nie przyjmuje do wiadomości nawet czysto experymentalnej krytyki takiego podejścia, ani tym bardziej metodologiczno-filozoficznej. Współpracuje ściśle z głównym sygnatariuszem omówionego powyżej "Manifestu" z 2004 r., neomarxistą G. Roth'em.
Jak zaznaczyłem, jednak nie brakuje uczonych, którzy nadal opowiadają się za istnieniem wolnej woli jako pierwiastka duchowego, nieredukowalnego do procesów fizyko-chemicznych. Oprócz wspomnianych już Eccles’a, Bennett’a, Hacker’a i innych, przykładem są także prace Günter‘a Rager‘a, który łączy kompetencje filozoficzne i przyrodniczo medyczne w tematyce współczesnej antropologii, uwzględniającej sprawdzone krytycznie wyniki nowoczesnych neuronauk:
http://www.guenter-rager.ch/
Prof. Rager jako przyrodnik odrzuca redukcjonistyczne wnioski tzw. neuronaukowców negujących istnienie wolnej woli:
https://www.forum-grenzfragen.de/beweisen-neurowissenschaften-unfreiheit/
W swoim zarysie nowoczesnej antropologii Rager uzasadnia pojęcie umysłu, świadomości oraz wolnej woli, czyli właściwości tego, co w klasycznej filozofii i teologii nazywane jest duszą ludzką czy duszą duchową. Mimo uwikłania w schematy filozofii Kanta i post-kantowskie, w swojej krytyce materialistycznego redukcjonizmu wskazuje słusznie na istotne kwestie. W oparciu o jego uwagi można następująco streścić głównie momenty krytyczne:
1° Twierdzenie, jakoby wolność woli była iluzją, ma swoje korzenie w scjentystycznym redukcjoniźmie, polegającym na założeniach, których nie jest w stanie uzasadnić. Nie można bowiem w ramach przyrodnictwa uzasadnić, dlaczego nasze poznanie nie wykracza i nie może wykraczać poza procesy i dane empiryczne. Tym samym redukcjonistyczni „neuronaukowcy“ popełniają błąd logiczny petitio principii: zakładają z góry coś, co powinni udowodnić.
2° Przedstawiciele redukcjonistycznej „neuronauki“ wikłają się w wewnętrzne sprzeczności. Z jednej strony twierdzą, że nie tylko nasze odczuwanie, lecz także myślenie jest zdeterminowane przez procesy fizyko-chemiczne mózgu. Z drugiej strony apelują o to, by nie szukać innych wyjaśnień działania mózgu, tzn. przyjąć bezkrytycznie ich własny punkt widzenia. Taki apel jest oczywiście absurdalny przy założeniach materialistycznego redukcjonizmu, gdyż równocześnie zakłada wolność wyboru - mianowicie pójścia za apelem bądź jego odrzucenia.
3° Sprowadzenie całości działania ludzkiego do mechanizmów fizyko-chemicznych (co zresztą nie jest wynalazkiem „neuronauki“ lecz jest znane w filozofii najpóźniej od XVIII w., gdy La Mettrie definiował człowieka jako maszynę) oznacza negację odpowiedzialności etyczno-moralnej także w wypadku przestępców i zbrodniarzy. Dotyczy to każdego aktu moralnie złego, począwszy od drobnej kradzieży, aż do morderstw seryjnych z okrucieństwem i pedofilii. Nie brakuje „neuronaukowców“, którzy wprost postulują zmiany w systemie prawnym czyli de facto uniewinnienie nawet najgroźniejszych zbrodniarzy.
4° Redukcjonistyczni „neuronaukowcy“ mieszają perspektywy poznawcze, tzn. sprowadzają perspektywę świadomości (wewnętrznej, podmiotowej, czyli świadomość w pierwszej osobie) do perspektywy zewnętrzno-przedmiotowej (czyli świadomość rzeczywistości zewnętrznej). Udają przy tym, jakoby ich własna świadomość zewnętrzna w empirycznym badaniu mózgu nie miała nic wspólnego z ich własnymi przeżyciami i myślami, czyli ich świadomością podmiotową. Innymi słowy jest to oszukiwanie odbiorców typu: to, co „neuronaukowiec“ twierdzi (że każda myśl jest zdeterminowana przez procesy fizyko-chemiczne), my być prawdą, a nie tylko procesem fizyko-chemicznym.
5° Błąd tzw. mereologiczny (wskazali na niego już Bennett i Hacker) polega na tym, że to, co może być orzekane tylko o całości, jest orzekane o częściach składowych. Tak np. „neuronaukowcy“ nazywają mierzone przez siebie procesy mózgowe odczuwaniem czy myśleniem, mimo że wiadomo także w perspektywie czysto przyrodniczej, iż uzyskane w pomiarach dane nie wystarczą do zaistnienia odczuwania czy myślenia. Oni po prostu przywłaszczają sobie pojęcia psychologiczne dla nazywania tego, co są w stanie empirycznie stwierdzić, a jest to zresztą nadal bardzo mało i nie ma żadnych zasadnych powodów do zasadnej obietnicy, iż będzie można kiedykolwiek wyjaśnić procesy psychiczne wyłącznie i zupełnie mierzalnym procesami fizyko-chemicznymi.
6° Kluczowe w neuronaukach jest pojęcie tzw. korelatów neuronalnych. Chodzi o związek między procesami w neuronach (czy ogólnie w systemie nerwowym funkcjonalnym) a procesami w świadomości. Przyrodnicy są w stanie badać jedynie te pierwsze (choć wiedzą dotychczas bardzo mało, znacznie mniej niż o działaniu innych organów i komórek). Mogą też wykazać, że procesom świadomości towarzyszą procesy fizyko-chemiczne mózgu (aczkolwiek większość aktywności mózgu odbywa się bez udziału świadomości). Nie są natomiast i nie będą w stanie wykazać, że procesy fizyko-chemiczne są WYSTARCZAJĄCE do zaistnienia aktów świadomości. Samo pojęcie korelacji w neuronaukach nie jest ani jednoznacznie zdefiniowane, ani zjawisko to nie jest ani wyczerpująco opisane, ani tym bardziej wyjaśnione. Po prostu nie wiadomo, na jakich zasadach i według jakich reguł stany świadomości są powiązane ze stanami fizyko-chemicznymi neuronów, synaps, ich zespołów i całego mózgu, powiązanego zresztą z całym organizmem. Także nic nie wskazuje na to, by mogło to być w przyszłości wyjaśnione jedynie na płaszczyźnie przyrodniczej czyli mierzalnych procesów fizyko-chemicznych. Z tego, co obecnie wiemy - także w dziedzinie neuronauk - wynika dość jasno: zjawiska świadomości nie dadzą się sprowadzić do procesów funkcyjnego systemu nerwowego.
7° Głównym przedmiotem światopoglądowego ataku redukcjonistów jest wolna wola i ostatecznie godność człowieka jako istoty ponadzwierzęcej, czyli duchowo-cielesnej. Powołują się przy tym uporczywie na słynny experyment Libet’a, mimo że jego wyniki nie są ani jednoznaczne, ani powszechnie uznane w ramach samej neuronauki, a założenia metodologiczne zostały już dawno obalone. Debata jest prowadzona słusznie w temacie i około determinizmu. Zwykle jednak zapomina się czy przemilcza, że jest to pojęcie przed-przyrodnicze, filozoficzne, nie przyrodnicze samo w sobie. Nie ma i nie może być żadnego empirycznego dowodu na to, że cała rzeczywistość - w tym cały przebieg historii wszechświata od początku do końca - jest określona zupełnie i wyłącznie przez prawa przyrodnicze. Teoria kwantowa, która jest obecnie powszechnie uznana w przyrodnictwie, przemawia raczej przeciw determinizmowi, aczkolwiek jest otwarta na interpretację zarówno deterministyczną jak też indeterministyczną. Gdy neuronaukowcy wychodzą z założenia, że procesy mózgowe polegają wyłącznie i zupełnie na deterministycznych prawach materii czyli fizyko-chemicznych, to nie tylko przekraczają dziedzinę przyrodniczą lecz lekceważą nawet kwantową teorię rzeczywistości fizykalnej. Argumentowanie z takiej pozycji przeciw istnieniu wolnej woli i tym samym rzeczywistości niematerialnej czy nadmaterialnej jest nie tylko przekroczeniem kompetencji metodologicznej lecz wręcz oszukiwaniem odbiorców. Jak wskazuje prof. Rager, główny przedstawiciel materialistycznego determinizmu w neuronaukach, G. Roth, nie jest w stanie podać nawet jasnej, jednoznacznej definicji determinizmu, a mimo tego regularnie głosi, jakoby pomiar aktywności mózgu był dowodem na nieistnienie wolnej woli.
8° Jak już zauważono, neuronauka nie jest w stanie wykazać tożsamości procesów świadomości z procesami fizyko-chemicznymi. Gdy tzw. neuronaukowcy twierdzą, że w ramach swoich metod udowodnili takową tożsamość, to po prostu kłamią, nadużywając dane empiryczne jako pretext do wygłaszania tez światopoglądowych. Dokładniej mówiąc, tacy naukowcy wyznają monizm materialistyczny, czyli filozoficzny pogląd. Oczywiście jest kwestia, czy ten pogląd jest w stanie wyjaśnić poznawalną rzeczywistość, zarówno materialną na płaszczyźnie empirycznej, jak też pozamaterialną, czyli w dziedzinie myśli ludzkiej, która istotnie różni się od rzeczywistości nie tylko przyrody nieożywionej, lecz także roślinnej i zwierzęcej. Tylko człowiek jest w stanie stworzyć kulturę duchową i podejmować reflexję zarówno nad sobą i swoim działaniem, jak też nad całością rzeczywistości (czym zajmuje się filozofia, poniekąd także teologia). Powoływanie się na proces ewolucji, który ma być przyczyną sprawczą statusu człowieka na podstawie wyjątkowych właściwości i zdolności mózgu ludzkiego, polegającego - według redukcjonistów - wyłącznie na procesach fizyko-chemicznych, nie jest w stanie dostarczyć wyjaśnienia, a pełni jedynie funkcję surogatu metafizyki czy wręcz religii (ewolucja wyposażana jest we właściwości quasi boskie, stwórczo-sprawcze, co nie ma żadnych podstaw empirycznych i jest sprzeczne z założeniami ewolucjonizmu jako teorii empiryczno-przyrodniczej). Alternatywnymi ujęciami ontologiczno-antropologicznymi są: monizm immaterialistyczny (jak u Hegla czy Fichte’go), dualizm (najczęściej cytowanym przedstawicielem jest Descartes) oraz hylemorfizm, czyli koncepcja arystotelesowska i pośrednio też tomistyczna. Warto zauważyć, że redukcjoniści neuronaukowi zwykle zwalczają dualizm. Mają przy tym na myśli przeważnie koncepcję kartezjańską, którą - czy to z niewiedzy czy ze złej woli - rozciągają na wszystkie inne koncepcje poza swoją (czyli oprócz monizmu materialistycznego). W ich ujęciu dualizmem jest każdy pogląd wykraczający poza wyłącznie materialistycznie ujęte wyjaśnienie przyczynowo-skutkowe. Oczywiście nie trzeba udowadniać absurdalności i nieuczciwości takiego podejścia. Charakterystyczne jest, że jego reprezentanci, co widać wyraźnie w publicznych debatach rejestrowanych audiowizualnie, zwykle zamiast spokojnym argumentowaniem posługują się odgórnie rzucanymi epitetami i pretensjami. Dlatego ciekawym przedsięwzięciem byłoby opracowanie psychogramu takich osób jak G. Roth czy D. Dennett w zestawieniu z ich poglądami: pierwszy ma rodowód marxistowski, drugi subjektywistyczno-kartezjański, ale rodzinnie powiązany z islamem, który jest także ideologią totalitarną wymierzoną w rozumność i wolność. Czy więc materialistyczni neuronaukowcy bardziej mówią o sobie, tzn. o swoich mózgach i ich działaniu niż o sprawdzalnych danych naukowych chociażby z dziedziny, na którą się powołują, czyli neuronauk? Pytanie jest raczej tylko retoryczne.
9° Spora grupa naukowców, zarówno przedstawicieli neurologii i neurofizjologii, jak też filozofów zajmujących się tą tematyką, skłania się w obecnej debacie metaprzyrodniczej ku hylemorfizmowi, widząc w nim zdatne narzędzie pojęciowe i wyjaśniające dla danych wypracowywanych w neuronaukach, ale także w psychologii i psychiatrii. Zaznaczylo się to m. in. także w sympozjach naukowych odbytych niedawno na niektórych wydziałach teologii w Polsce (szczególnie aktywny wydaje się wydział w Toruniu). Wygląda na to, że akurat te wydziały mogą odegrać istotną rolę zarówno krytyczną jak też pomocniczą i kreatywną w dziedzinie neuronauk oraz ich implikacyj filozoficzno-antropologicznych i etycznych. Analizie i ocenie debaty na gruncie polskim należałoby poświęcić uwagę osobno. Stan rzeczy w tym temacie wskazuje póki co na niedobór wiedzy o stanie dyskusji na świecie i zarazem brak krytycyzmu w recepcji głównie poglądów redukcjonistycznych. Znaczną rolę odgrywa zapewne bariera językowa, ale także pewna wybiórczość źródeł spowodowana wpływem takich autorytetów jak x. Heller i jego uczniowie. Symptomatyczny i bynajmniej nie zaskakujący jest fakt, że wzmiankowany na wstępie prof. Duch powołuje się także na x. Heller’a (por. tutaj). Mam nadzieję, że P. T. Czytelnicy zechcą i będą w stanie samodzielnie wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Sedemenefregizm jako sposób na przetrwanie
30 listopada 2023 roku na stronie znanego watykanisty Marco Tosatti'ego została opublikowana deklaracja będąca pierwszą tego typu reakcją na obecną sytuację w Kościele. Sygnatariusze są anonimowi i nazywają się "grupą dziewięciu", składającą się z duchownych i świeckich filozofów, teologów, kanonistów i historyków. Deklaracja jest o tyle bardziej ciekawa, że próbuje wyrazić i określić stanowisko, które stało się jeszcze bardziej aktualne po niewiele później opublikowanej deklaracji "Fiducia supplicans" w kwestii błogosławienia związków grzesznych. To stanowisko otrzymało dziennikarską nazwę sedemenefreghismo od włoskiego wyrażenia "me ne frego" czyli "nie obchodzi mnie", "nie rusza mnie".
Oto robocze tłumaczenie tej deklaracji:
Świadomi niebywałego kryzysu, który już od dłuższego czasu uderza w Kościół, oraz widząc, że toczone pośród ludzi dobrych często spory, podziały oraz debaty bez końca mają za przedmiot stan Stolicy Piotrowej (oraz całej hierarchii kościelnej), jako prywatni uczeni (duchowni, świeccy, teologowie, filozofowie, kanoniści, prawnicy i historycy) zgodnie sporządziliśmy co następuje:
1. Że mamy niebywały kryzys w łonie Kościoła, że w kryzysie pierwotna Tradycja Katolicka zostaje przytłoczona przez doktryny heterodoxyjne (modernizm i neomodernizm), że ten kryzys jest kryzysem doktrynalnym, liturgicznym i moralnym, że ten kryzys dotyka ciała Kościoła aż do Stolicy Rzymskiej - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić.
2. Że ten kryzys, choć ma korzenie starożytne, ma swój początek na Soborze Watykańskim II wraz z przewagą niekatolickiego myślenia pośród hierarchii, sięgając aż do Stolicy Rzymskiej - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić.
3. Że nowa liturgia wprowadzona przez Pawła VI przedstawia sztuczną konstrukcję oraz obiektywne zerwanie z nieprzerwaną Tradycją Kościoła oraz z dogmatem katolickim - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić.
4. Obowiązkiem każdego ochrzczonego jest trwanie w wyznawaniu wiary ze Chrztu, czyli we wierze wszechczasów, w niezmiennej doktrynie otrzymanej od Apostołów. Obowiązkiem każdem ochrzczonego jest żyć i modlić się zgodnie ze świętą wolą Bożą, ukazaną w Bożym Objawieniu (Piśmie św. i świętej Tradycji).
5. Obowiązkiem każdego ochrzczonego jest unikanie tego, co może zaszkodzić własnej duszy, co stanowi niebezpieczeństwo dla integralności wiary.
6. Wobec rozmiaru i wagi kryzysu i aż do jego rozwiązania (potępienie i wyrzucenie z Kościoła każdej idei heterodoxyjnej, całkowity powrót do Tradycji w doktrynie, w liturgii i w obyczajach) jest powinnością roztropności, by nie dowierzać hierarchom opanowanym przez myślenie niekatolickie, jak też instytucjom kościelnym, które stały się narzędziem myślenia niekatolickiego.
7. Roztropne jest trzymanie się wszystkiego, co jest pewne (lex credendi, lex orandi, lex vivendi jak to było zawsze nauczane), powstrzymując się natomiast od zgody na to wszystko, co jest wątpliwe.
8. Wierny, czy to duchowny czy świecki, nie jest powołany do badania każdego poszczególnego nauczania, każdego poszczególnego textu liturgicznego, każdej wypowiedzi hierarchii dla zbadania jej zgodności z Depozytem Wiary. Raczej należy przyjąć kryterium roztropnościowe i profilaktyczne: skoro myślenie niekatolickie zaraziło hierarchię aż do Stolicy Rzymskiej, to należy trzymać się tego, co było nauczane przed kryzysem, i należy powstrzymać się od zgody na to, co jest nauczane potem.
9. Powstrzymanie się od zgody nie jest "wolnym osądem", lecz powinnością roztropności dla trwania we wierze. Powstrzymując zgodę pozostawia się autorytetowi Kościoła osąd doktrynalny (o wierze bądź moralności) oraz co do lex orandi. Gdy kryzys zostanie przezwyciężony a hierarchia będzie znów pewna w ortodoxji wiary, wówczas będzie ona prawowitą władzą sądzenia we wierze.
10. Kryzys będzie mógł być przezwyciężony gdy hierarchia (papież i moralna jednomyślność biskupów) będzie nauczała tę samą doktrynę, która była nauczana przez Kościół nieprzerwanie do Soboru Watykańskiego II i zostanie przywrócona lex orandi Tradycji Apostolskiej.
11. Z racji uwikłania samej Stolicy Rzymskiej w kryzys jest zasadne postawienie kwestii co do stanu Stolicy Papieskiej.
Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Jorge Maria Bergoglio za prawdziwego papieża, choć poważnie heterodoxyjnego.
Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Jorge Maria Bergoglio za nieprawowitego okupanta Stolicy Piotrowej i tym samym za antypapieża.
Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Stolicę Rzymską za nieobsadzoną.
Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają, że Stolica Rzymska jest obsadzona jedynie materialnie.
Uprawniona jest opinia tych, którzy wiążą kryzys Stolicy Rzymskiej z postacią papieża heretyka.
Uprawniona jest opinia tych, którzy wiążą kryzys Stolicy Rzymskiej z postacią papieża schizmatyka.
Uprawniona jest także opinia tych, którzy uważają, że jest współobecność "dwóch Kościołów" pod widzialną postacią jednego Kościoła (tak więc w Kościele posoborowym byłby zarówno prawdziwy Kościół Chrystusowy, święty Kościół katolicki, apostolski rzymski, jak też neo-Kościół gnostycki) z papieżem jako głową obydwóch w ten sposób, że papież byłby wikariuszem Chrystusa, ale także głową nowej wiary, nowego kultu, nowego Kościoła.
Uprawniona jest opinia tych, którzy uważają papieży posoborowych za prawdziwych papieży, chociaż nacechowanych myśleniem niekatolickim.
12. Co do punktu 11 to są to między innymi opinie, których nie możne ze sobą pogodzić, gdyż nie mogą być równocześnie prawdziwe, a tylko jedna z nich może być prawdziwa. Osądzenie co do tego, która jest prawdziwa, jest sprawą wyłącznie najwyższej władzy w Kościele. Dopóki, po rozwiązaniu kryzysu, najwyższa władza w Kościele nie wyda osądu, są to tylko opinie uprawnione i podlegające dyskusji.
13. Ponieważ są to tylko opinie, żadna z nich, nawet jeśli jest uprawniona, nie może być pewnym kryterium w stawieniu czoła kryzysowi.
14. Ponieważ tylko najwyższa władza Kościoła ma prawo wydać osąd w kwestii Stolicy Rzymskiej, rozwijanie bądź popieranie takiej czy innej tezy będzie przedsięwzięciem nieuchronnie skazanym na brak rozwiązania. Kwestia Stolicy Rzymskiej jest skazana na pozostawanie otwartą, nierozwiązaną aż do końca kryzysu, aż to pewnego osądu najwyższej władzy.
15. Różnice zdań co do Stolicy Rzymskiej nie może być nigdy powodem do podziałów, gdyż chodzi o opinie podlegające dyskusji, a nie o prawdy pewne.
16. Jakiekolwiek byłyby opinie, to dopóki trwa stwierdzony kryzys (także w Stolicy Rzymskiej oraz w całej hierarchii) to postawa roztropności powinna polegać na powstrzymaniu się od zgody (sospensione dell' assenso), w oczekiwaniu na koniec kryzysu.
Nadaje się temu naszemu stanowisku określenie "sedemenefregizm" w podwójnym znaczeniu:
- "mnie nie obchodzi" kwestia Stolicy Rzymskiej, o ile nie może być rozwiązana przez nas, więc bezużyteczne jest jej stawianie sobie,
- "mnie nie obchodzi" to, co pochodzi od Stolicy Rzymskiej, o ile ten, kto na niej zasiada (czy prawowicie czy nieprawowicie, czy jedynie materialnie czy także formalnie, czy de facto czy de iure, to podlega dyskusji), jest opanowany przez myślenie niekatolickie i z powodu roztropności nie powinien był słuchany.
Tyle textu deklaracji. Jest ona wysoce kompetentna zarówno teologicznie jak też kanonicznie. Osobiście podejrzewam - także na podstawie chronologicznej bliskości faktu zaszykanowania kardynała R. Burke'a odebraniem mu mieszkania oraz pensji kardynalskiej, co miało miejsce około dwóch tygodni po opublikowaniu deklaracji - że jej inicjatorem i jednym z sygnatariuszy jest właśnie ten Kardynał.
Ponadto osobiście mam tylko jedną uwagę. Wolałbym w tym kontekście użycie innego słowa niż kryzys, gdyż moim zdaniem bardziej pasujące jest określenie "zapaść". Rozumiem jednak, że słowo kryzys bardziej napawa optymizmem, gdyż można je rozumieć w nawiązaniu do kryzysu w stanie pacjenta. Obecny stan Kościoła wydaje się gorszy niż krytyczny. Równocześnie pewne jest, że bramy piekielne go nie przemogą. Po upadku Kościoła - a było ich sporo w historii - zawsze następowało podniesienie i odnowa. Na tę odnowę nie wystarczy czekać. Każdy wierzący może i powinien codziennie odnawiać się łasce Bożej, w życiu wiarą, nadzieją i miłością. To jest kryzys w każdym z nas. I zarazem jego przezwyciężenie tu i teraz.
Ufność w hipokryzję
Jedna kolęda i dwie herezje
Spośród krajów katolickich czy w ogóle chrześcijańskich kultura polska wydała chyba najbogatszy zbiór pieśni religijnych na okres Bożego Narodzenia, zwanych kolędami. Pojawiają się one także w mediach zupełnie świeckich. Są znane i lubiane - przynajmniej co do melodii - nawet przez ludzi dalekich od Kościoła. Tym bardziej lubiane są przez katolików. Dlatego warto zwrócić uwagę na ich jakość teologiczną, gdyż wiara i pobożność zwykłych wiernych kształtowana jest w znacznej, jeśli nie wręcz w głównej mierze właśnie przez pieśni śpiewane i słyszane w kościołach.
Całościowa prezentacja teologicznej treści i wartości kolęd wymaga oczywiście obszerniejszego opracowania. Tymczasem jestem zmuszony pilnie się wypowiedzieć odnośnie kolędy "Pójdźmy wszyscy", szczególnie znanej i lubianej z powodu nastroju, rytmiczności i prostoty.
Otóż dane mi było usłyszeć ostatnie wersy tej kolędy, które mi - mówiąc obrazowo - zjeżyły włosy na głowie:
Każda z tych zwrotek - mimo skądinąd ponętnych słów - zawiera grube herezje, które nie mogły wyjść spod pióra kogoś, kto ma choćby elementarne pojęcie o teologii i myśli po katolicku.
Mówienie o "wyniszczeniu" Bóstwa jest po pierwsze fałszywe, po drugie bluźniercze. Jezus Chrystus nigdy i w żaden sposób nie wyniszczył Swojego Bóstwa, a jedynie podczas Swego ziemskiego życia je ukrywał, choć też wielokrotnie ukazywał i to dość wyraźnie. Wcielenie Syna Bożego współistotnego Ojcu nie polegało i nie mogło polegać na wyniszczeniu, gdyż Bóg prawdziwy jest trwający wiecznie, bezczasowo, nieśmiertelny i niezmienny. Dlatego właśnie mówienie o "wyniszczeniu" Bóstwa Jezusa Chrystusa jest bluźnierstwem.
Fałszem i bluźnierstwem jest także powiedzenie, jakoby dzieło Zbawienia polegało na zrównaniu ludzi z aniołami. Takowe zrównanie niweczyłoby porządek dzieła stworzenia, gdzie każda istota stworzona na swoją naturę i miejsce. Innym stworzeniem jest człowiek, a innym anioł, choć są cechy wspólne. Bóg Stwórca nie niweczy tego porządku, który jest dobry i doskonały. Psalmista (8, 6) mówi o tym porządku:
"Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś."
Natomiast dzieło Zbawienia polega podniesieniu z grzechu i jego skutków do życia wiecznego. Nie ma to nic wspólnego z równością względem aniołów, gdyż także chwała nieba nie niweczy porządku stworzenia.Tyle o fałszu teologicznym. Warto zwrócić uwagę także na fałsz edytorski. Otóż te zwrotki podawane są w internetowych źródłach jako wzięte z klasycznego "Śpiewnika kościelnego" x. Mioduszewskiego wydanego w 1837 r.:
Kliknięcie na rzekome źródło prowadzi jednak do drukowej wersji e-booka:
Tym samym źródła internetowe oszukują. Co więcej: to oszustwo zostało przejęte nawet przez modlitewnik rzekomo tradycyjny wydany przez wydawnictwo związane z Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X, gdyż ta wersja kolędy się tam znajduje, zatruwając umysły i wiarę także katolików szukających nieskażonej doktryny wiary.
Kyrie eleison!
Dlaczego dzieci umierają?
Okres świąt i same święta, w szczególności święta Bożego Narodzenia, które są świętem rodznnym, bywają bolesne dla osieroconych rodziców. Podczas gdy inni rodzice są zajęci przygotowaniem prezentów dla swoich dzieci, to rodzice, którym śmierć odebrała dziecko, przeżywają wspomnienia przynajmniej z nostalgią, zadumą i tęsknotą, a zwykle z odświeżonym bólem po stracie. Jak teolog może pomóc takim rodzicom, oprócz zrozumienia i współczucia? Za dramatycznym osobistym pytaniem: "dlaczego Pan Bóg dopuścił na mnie coś takiego?" znajduje się pytanie ogólne, teologiczne: dlaczego Pan Bóg nie tylko dopuszcza taki dramat rodziców i rodziny, lecz widocznie umieścił go w swoim planie stworzenia i zbawienia? Rozważenie tego pytania nie tylko wymaga pewnego uspokojenia emocji, zarówno buntu jak też współczucia, by być w stanie do racjonalnej reflexji. Reflexja w świetle wiary pomaga i warunkuje uspokojenie odruchów i uczuć.
Po pierwsze, śmierć dziecka, także dorosłego, oznacza, że wychowujemy dzieci nie dla siebie i ostatecznie nie dla potrzeb i zadań doczesnych, lecz dla wieczności, do życia wiecznego. Niezbędna jest więc troska o duszę dziecka, o jej kondycję i zbawienie. O tym właśnie zwykle zapominają nawet rodzice wierzący i uważający się za dobrych katolików.
Po drugie, odejście dziecka do wieczności, a to w nadzieji szczęśliwości wiecznej, odnawia i wzmacnia naszą tęsknotę ku niebu, ku życiu z Bogiem, gdzie będziemy bezpieczni. Ta nadzieja jest szczególnie aktualna w sytuacji utraty doczesnej każdej ukochanej osoby, także dorosłej i starszej. Jednak w przypadku odejścia dziecka jego nieobecność oznaczająca utratę ziemskich planów, pragnień i nadzieji jest szczególnym wyzwaniem i próbą nadprzyrodzonej cnoty nadziei, wypływającej z wiary.
W świetle tych prawd takie bolesne doświadczenie jawi się jako szczególna pomoc w zbawieniu dusz nas, którzy jeszcze żyjemy w doczesności.
Czy katolikowi wolno świętować chanukkę?
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętowaniu chanukki.
Po pierwsze, należy zauważyć, że obecne świętowanie chanukki - które jest opisane dopiero w Talmudzie babilońskim (shabbat 2, 21) - nie jest tym samym co świętowanie starotestamentalne wspomniane w Ewangelii św. Jana (J 10, 22: τὰ ἐγκαίνια), w nawiązaniu do wydarzeń opisanych w Księgach Machabejskich (1Mach 4, 36-39, 2Mach 10, 1-8).
Notabene: wspomnienie, że Pan Jezus podczas tego święta przechadzał się w portyku Salomona w świątyni jerozolimskiej, w żaden sposób nie oznacza, że Pan Jezus świętował chanukkę, gdyż tego talmudycznego świętowania wówczas nie było. Ponadto, nawet zakładając, że obecne świętowanie chanukki odnosi się do tych wydarzeń, należy stwierdzić, że chrześcijanom nie godzi się uczestniczyć w tym świętowaniu w jakikolwiek sposób.
Jeśli świętowanie to dotyczy - według oficjalnej wersji - odnowienia kultu w świątyni jerozolimskiej po powstaniu Machabeuszy w roku 165 przed Chrystusem, a według wiary chrześcijańskiej kult ten stracił swoją wartość przez Ofiarę Krzyżową Jezusa Chrystusa, to nie godzi się chrześcijanom uczestniczenie w tym świętowaniu. Wszak żydzi świętują w nim aktualność kultu sprawowanego niegdyś w świątyni jerozolimskiej - choć de facto on nie istnieje od zburzenia świątyni w roku 70 po Chrystusie - oraz swoją tęsknotę za jego przywróceniem, zresztą wyrażając przez to dążenia syjonistyczne. Chrześcijanin nie może popierać tego świętowania, ponieważ uderza ono w sam rdzeń chrześcijaństwa, jakim jest spełnienie Starego Testamentu w Nowym Testamencie i tym samym ustanowienie jedynego prawdziwego kultu jedynego prawdziwego Boga, jakim jest religia chrześcijańska.
Włączenie się nominalnych katolików w świętowanie chanukki jest więc albo przejawem haniebnej elementarnej ignorancji teologicznej, wręcz katechizmowej, albo świadczy o wyparciu się elementarnej zasady tożsamości chrześcijańskiej, jaką jest jedyna prawdziwość religii chrześcijańskiej w jedynej prawdziwej bo spełniającej kontynuacji religii Starego Przymierza, czyli wyrazem apostazji, być może tylko z głupoty.
Jest szczególnie haniebne, że to uważający się za tradycyjnego katolika były marszałek sejmu Marek Jurek zaprosił kabalistyczną sektę Chabad Lubavich do urządzania świętowania chanukki w gmachu sejmu RP. Nie znam jego motywacji. Bym może chciał dobrze, jednak ten gest jest oczywistym przejawem przynajmniej ignorancji teologiczno-katechizmowej, jeśli nie wręcz poważnego wypaczenia ideologicznego, które niewiele ma wspólnego z katolicyzmem.
Post scriptum
Marek Jurek nie ustaje w atakowaniu, przekręcając przy tym imię starożytnego heretyka Markjona (jeśli już to powinno brzmieć "neomarkjońska"):
Otóż porównanie chanukki do święta Obrzezania Pańskiego oraz wspomnienia św. Braci Machabejskich świadczy o elementarnej ignorancji i braku racjonalnego myślenia.
W Kościele nigdy nie było święta poświęcenia świątyni jerozolimskiej, tym bardziej nie było chanukki. Z prostego powodu: kult starotestamentalny stracił swoją rację bytu wraz z Ukrzyżowaniem Mesjasza, o czym mówił sam Pan Jezus (J 2, 18-22). W Kościele wolno tylko to świętować, co zostało przejęte do Nowego Testamentu. Obrzezanie naszego Pana Jezusa Chrystusa było początkiem Jego Krwawej Ofiary, o czym jest wyraźnie mowa w textach liturgicznych tego dnia. Bohaterska walka Braci Machabejskich o wiarę w prawdziwego Boga i świętość miejsca kultu starotestamentalnego zasługuje na uznanie jako gorliwość o prawdziwą religię. Skoro Kościół uznał ich świętość, to uczynił to z tego powodu, że przyjął, iż oni uznaliby Jezusa za Mesjasza, gdyby Go poznali w doczesności.
Czymś zgoła innym jest postawa tych, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, i uczestniczenie w ich obrzędach. Włączanie się w ich obrzędy świadczy albo o głupocie, albo o apostazji, albo o jednym i drugim.
Czy gest Grzegorza Brauna był przesadzony? (z post scriptum)
Osobiście nie jestem zwolennikiem tego typu wyrażania swoich poglądów. Równocześnie uważam, że dla rzeczowej oceny tego zdarzenia niezbędne jest zwrócenie uwagi na jego treść i motywację pochodzącą od samego sprawcy. Pełno jest z jednej strony oburzenia, wzywania do ukarania i zemsty, a z drugiej nie brakuje też wyrazów sympatii i poklasku. Brak jest natomiast merytoryki, zwłaszcza z tej pierwszej strony, co jest wręcz haniebnym świadectwem poziomu intelektualnego i moralnego tych osób i środowisk.
Najpierw oddajmy głos samemu sprawcy we fragmentach dostępnych w internecie:
Jest więc oczywiste, że motywem działania posła Grzegorza Brauna był sprzeciw wobec udzielenia miejsca w sejmie RP na sprawowanie obrzędu religii talmudycznej, jakim jest obrzęd chanukka.
W tym miejscu mogę pominąć podstawowe informacje na temat zarówno tego obrzędu jak też religii talmudycznej, gdyż można je łatwo znaleźć w różnych źródłach. Z wiedzą G. Brauna w tej kwestii można się zapoznać tutaj oraz tutaj. Ograniczę się więc do kwestij:
1. Czy motywacja posła G. Brauna zasługuje na uznanie jej za godziwą i moralnie dobrą, czy przynajmniej dopuszczalną?
2. Czy zastosowany środek może zostać uznany za godziwy, moralnie dobry czy przynajmniej moralnie dopuszczalny?
Z całą pewnością zaproszenie wspólnoty religii talmudycznej, zwłaszcza sekty Chabad Lubavich, do sprawowania swojego obrzędu w gmachu organu państwa, jakim jest sejm RP, należy uznać za kuriozalne. Na jakiej podstawie akurat ta religia otrzymała takie wyróżnienie i to podczas gdy - o ile publicznie wiadomo - żaden poseł ani tym bardziej grupa posłów nie wyznaje tej religii, przynajmniej otwarcie? Odpowiedź na to pytanie jest istotna. Każdy obywatel ma prawo żądać odpowiedzi, a mimo trwania tej praktyki od 17 lat nie została udzielona sensowna odpowiedź. Wszak cel gmachu sejmu RP, utrzymywanego na koszt obywateli, jest zgoła inny. Dlaczego tego wyróżnienia nie dostąpiła żadna inna religia reprezentowana w Polsce, nawet katolicka, mimo że zdecydowana większość zarówno obywateli jak też posłów przyznaje się do wyznawania tej religii?
Jak należy ocenić sposób wyrażenia sprzeciwu wobec tej praktyki przez posła G. Brauna?
Ten sposób jest rodzajem przemocy, choć nie skierowanej przeciw osobom. Przemoc także tego typu jest usprawiedliwiona jako środek ostateczny. Czy G. Braun podjął przedtem inne próby zakończenia tej praktyki, wobec której wyraził swój sprzeciw? Nic mi o tym nie wiadomo. Jeśli uznał ten środek jako jedyny będący w dyspozycji, to jego użycie mogło być usprawiedliwione. Pozostaje jednak kwestia celu i skutku jego użycia. Jeśli celem było jedynie wyrażenie sprzeciwu bez względu na skutek, to nie był to czyn roztropny. Chyba że zamierzonym skutkiem było wywołanie skandalu i rozgłosu, w kontekście poczucia bezradności w tej sprawie. Skutkiem może być jednak także skompromitowanie samej sprawy, nawet jeśli to nie bylo zamierzone przez sprawcę.
W każdym razie to wydarzenie obnażyło mentalność i charaktery wielu osób - tych prześcigających się w rytualnych oburzeniach, potępieniach i żądaniach najsurowszych kar.
Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenie pobudzi przynajmniej część społeczeństwa do relexji nad problemem zasygnalizowanym przez posła G. Brauna, choć prawdopodobnie poniesie on osobiście konsekwencje.
Post scriptum
W wyniku zajrzenia do źródeł dotyczących święta Chanukki znalazłem informację, że do obrzędu należy śpiew hymnu praktykowany zwłaszcza przez żydów aszkenazyjskich, czyli wschodnioeuropejskich. Pierwsza, niby niewinna zwrotka była rzeczywiście śpiewana podczas "uroczystości" w sejmie RP dnia 14 grudnia 2023 r.:
Natomiast ostatnia jego zwrotka zawiera "modlitwę", która jest właściwie złorzeczeniem dla tych, którzy są uważani przez żydów za bałwochwalców, czyli także chrześcijan:
Robocze tłumaczenie brzmi:
Obnaż swoje święte ramię i przynieś koniec zbawienia.
Dokonaj zemsty na (krwi) niegodziwego narodu, w imieniu Twoich wiernych sług.
Bo wybawienie było zbyt długo opóźnione; A złe dni nie mają końca.
O, odrzuć wroga w cień bałwochwalstwa i postaw nam siedmiu pasterzy.
Czy w "nowej mszy" spływa mniej łask?
Uczciwość na egzaminie
Czy Msza św. w konspiracji jest zgodna z zasadami Kościoła? (z post scriptum)
Pytanie jest słuszne i widocznie aktualne.
Nie zajmowałem się bliżej "ruchem" znanym jako FSSPXR czyli "ruchem oporu" bpa Richarda Williamsona. Poznałem tylko okazyjnie pewne informacje.
Najpierw odpowiedź na pytanie zasadnicze tytułowe. Liturgia Kościoła, do której należy zwłaszcza Msza św., jest w swej istocie i naturze kultem publicznym. Z tego wynika, że powinna być zasadniczo otwarta dla każdego katolika, czyli miejsce i czas sprawowania powinien być znany katolikom, którzy by potencjalnie chcieli i mogli uczestniczyć. Konspiracja, czyli zachowanie tajemnicy może być uzasadnione tylko względem niekatolików.
Oczywiście jest tu kwestia zdefiniowania katolika. Zasadniczo, w znaczeniu teologicznym i kanonicznym, katolikiem jest ktoś, kto wyznaje wiarę katolicką oraz przystępuje do sakramentów świętych sprawowanych przez prawowitą hierarchę Kościoła, czyli w jedności hierarchicznej. Obecnie problemem może być głównie wyznawanie wiary katolickiej, co jednak można dość łatwo sprawdzić, wymagając chociażby złożenia wyznania wiary, nawet poszerzonego o tzw. przysięgę antymodernistyczną. Jeśli ktoś złoży takie wyznanie wiary oraz nie wyrzeka się jedności z prawowitą hierarchią Kościoła, to nie ma ani prawnego (kanonicznego) ani moralnego powodu do odmówienia takiej osobie możliwości udziału w kulcie publicznym Kościoła.
Nie znam szczegółów co do tego, jak to jest praktykowane w FSSPXR. Doszły mnie głosy, że miejsca i czas celebracji jest zasadniczo utajniony, tzn. ujawniany jedynie osobom zaufanym, czyli wybranym według nieznanych ogólnie kryteriów. To z całą pewnością nie odpowiada zasadom Kościoła. Jeśli ktoś sprawuje kult katolicki, to jest zobowiązany podać jasno i publicznie wymagania co do uczestnictwa, które wyliczyłem powyżej, oczywiście wraz ze sposobem sprawdzenia wypełnienia tych wymagań. Jeśli dana osoba spełnia wymagania, wówczas nie ma żadnych podstaw do zasadniczej odmowy udziału. Mogą być jedynie przeszkody praktyczne, jak np. brak warunków lokalowych jak odpowiednia ilość miejsca dla większej liczby osób. Ta przeszkoda jednak nie może być zasadnym powodem do utajnienia czasu i miejsca sprawowania liturgii. Tak więc zasadnicza tajemniczość miejsca i czasu sprawowania z całą pewnością nie odpowiada zasadom Kościoła i naturze liturgii.
Post scriptum
Ukazała się reakcja i to dość dziwna:
Czy ubiór może być grzeszny?
Urząd nauczycielski Kościoła wypowiadał się w tej sprawie oficjalnie dwukrotnie. Mianowicie Kongregacja Soborów wystosowała do biskupów diecezjalnych w roku 1930 instrukcję odnośnie nieskromnego ubioru niewiast:
Oryginał w całości: http://www.vatican.va/archive/aas/documents/AAS-22-1930-ocr.pdf
Text polski.
Natomiast w roku 1954 Kongregacja skierowała list do biskupów diecezjalnych odnośnie nieskromnego ubioru w ogóle:
Oryginał w całości: http://www.vatican.va/archive/aas/documents/AAS-46-1954-ocr.pdf
W obydwu dokumentach napomina się i zachęca biskupów i kapłanów do pouczania wiernych o wadze i znaczeniu zachowania skromności w ubiorze. Powodem jest godność ciała ludzkiego jako świątyni Ducha Świętego oraz obowiązek strzeżenia cnoty swojej i bliźnich.
Dokumenty te nie zawierają szczegółowych przepisów co do rodzaju ubioru. Wynika to z tego, że mają one charakter ogólnokościelny, tzn. skierowane są do biskupów całego świata, pasterzujących w różnych krajach i kulturach. Wiadomo, że problem stał się szczególnie aktualny w krajach uprzemysłowionych, czyli cywilizacji zachodniej. Jednak zasady Kościoła i moralności są powszechne, tak jak powszechna jest godność ludzka i niebezpieczeństwa godzące w nią.
Formułowanie konkretnych pouczeń i reguł ubioru pozostawiono więc pasterzom lokalnym, którzy mogą się odnieść do problemu bardziej szczegółowo, tzn. mogą wprowadzać szczegółowe regulacje i czuwać nad ich przestrzeganiem.
Równocześnie właściwie każdy człowiek ma pewne wyczucie stosowności i godziwości ubioru, zarówno ogólnie jak też odpowiednio do sytuacji. Dotyczy do zarówno niewiast jak i mężczyzn.
Jest też oczywiste, że godność niewiast jest szczególnie narażona przez nieskromny ubiór, który wyzywa i przyciąga pożądliwość.
Pamiętać należy, że ubiór jest ważnym sposobem komunikacji społecznej, tym samym ma wpływ i kształtuje zarówno stosunki międzyludzkie jak też świadomość, mentalność i emocje.
Dlatego nie jest to dziedzina neutralna moralnie czy wyjęta spod wartości i norm moralnych. Innymi słowy: nie jest obojętne, w jaki sposób się ubieramy, jaki ubiór i kiedy nosimy.
Z powodu społecznej natury ubioru jako sposobu komunikacji jedynym kryterium oceny nie może być własne samopoczucie czy wygoda. Nieodzownym czynnikiem jest oddziaływanie społeczne ubioru, jego wpływ na bliźnich dalszych i bliższych.
W ramach znaczenia ubioru jako sposobu expresji nie można pominąć wymiaru naturalnego. Ubiór ma nie tylko znaczenie intencjonalne, tzn. jest nie tylko wyrazem intencjonalnym, gdyż zależy nie tylko od tego, co chcemy w danym momencie i sytuacji wyrazić, lecz o wiele bardziej powinien wyrażać to, co nie jest zależne od naszej wolnej decyzji czy zamiaru, czyli to, kim i czym jesteśmy obiektywnie, naturalnie, a także w porządku nadprzyrodzonym (który buduje na porządku naturalnym).
Nasuwającym się i prostym przykładem jest tutaj kwestia spodni u niewiast. Nie ma wprawdzie jednoznacznego przepisu co do rodzaju odzienia niewiast i mężczyzn, tzn. jak mężczyźni mogą nosić suknie wskazujące na godność, tak też noszenie spodni przez niewiasty może mieć uzasadnienie na określone okazje, oczywiście z zachowaniem godności ciała niewiasty (jak w szerokich spodniach, o ile spodnie są konieczne). Jednak z porządku naturalnego, mianowicie z różnicy płci w rodzaju ludzkim wynika konieczność odróżnienia w ubiorze, tym bardziej, że wiąże się z tym także różnica w zadaniach i zajęciach codziennych.
Wprawdzie założenie spodni przez niewiastę nie jest bezwzględnie grzeszne, o ile ma odpowiednie uzasadnienie w danej konieczności praktycznej. Jednak jest grzeszne, jeśli wynika z braku respektowania różnicy płci, czyli porządku stworzenia, a tym bardziej gdy wiąże się z mniej czy bardziej świadomym poniżaniem swojej godności i wyzywaniem pożądliwości. Wówczas jest to nawet grzech ciężki i stanowiący zgorszenie, które powinno prowadzić do środków karnych, o których mówią także wyżej podane dokumenty Kościoła.
O braku męstwa
Jakie jest katolickie pojęcie męczeństwa?
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
Sprawa wywołała znaczną burzę medialną już przed oficjalną publikacją owego listu. Jego styl i treść prowadzą do jednego autora, którego łat...































