Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy wolno publikować prywatną korespondencję?


Kwestia pojawia się dość regularnie. Często pojawia się mniemanie, jakoby tajemnica korespondencji zabraniała publikowania prywatnej korespondencji. Jest to przede wszystkim nieporozumienie.

Otóż tajemnica korespondencji to pojęcie prawne z dziedziny praw osobistych. Kodeks karny art. 267 zabrania łamania tajemnicy korespondencji w tym znaczeniu, że nie wolno w nieuprawniony sposób zapoznawać się z listami czy wiadomościami adresowanymi do kogoś innego bez zgody tej osoby, ani publikować ich. Innymi słowy: tajemnica korespondencji dotyczy osób trzecich, czyli innych osób niż nadawca i adresat. Nadawca wysyłając wiadomość czy list do adresata sprawia, że ta wiadomość czy list staje się tegoż własnością. Tutaj działa już prawo własności, tzn. adresat ma prawo dysponować wiadomością czy listem otrzymanym od nadawcy według swojego uznania. Ani prawo stanowione, ani naturalne nie nakłada w tym względzie żadnych ograniczeń. 

Skąd się wzięło obiegowe a błędne przeświadczenie, jakoby było inaczej? Otóż wynika ono z pomylenia i nieporozumienia. Owszem, istnieje obyczajowa - nie prawna - dyskrecja w odniesieniu do korespondencji o tyle, o ile dotyczy ona spraw intymnych czy z zastrzeżeniem tajności ze strony nadawcy. NIC więcej. To znaczy: jeśli dana korespondencja nie zawiera ani treści intymnych, ani treści z zastrzeżeniem tajności, na które to zastrzeżenie wyraźnie zgodził się adresat, wówczas adresata nie obowiązuje ŻADNE ograniczenie co do publikowania, ani prawne, ani nawet obyczajowe. 

Oczywiście, ta prosta zasada jest niewygodna wówczas, gdy treść opublikowanej korespondencji jest w jakiś sposób kompromitująca dla nadawcy, który zakładał - bez wyraźnego zastrzeżenia tajności wyraźnie zaakceptowanego przez adresata - że nikt oprócz adresata się o niej nie dowie. To założenie nadawcy w żaden sposób nie stanowi o bezprawności czy nieobyczajności publikacji, zwłaszcza gdy jest ona konieczna czy użyteczna dla ochrony czyjegokolwiek dobra, np. dobrego imienia. 

Pytania o sztukę kościelną


1. Anachronizmy nie muszą być sprzeczne z prawdziwością historyczną. W zasadzie prawdziwości historycznej chodzi o zgodność z wydarzeniami, czyli o taką ich prezentację, która daje odbiorcy dostęp do wydarzenia historycznego. Ten dostęp jest możliwy a być może nawet konieczny poprzez posłużenie się współczesnymi atrybutami czy symbolami godności królewskiej, biskupiej itp. 

2. Podobnie jak w 1. Istotny jest przekaz stosowny do odbiorcy. Odbiorca wschodni zna strój biskupi wschodni, zachodni zbiór mu niewiele mówi. 

3. Putto to, o ile wiem, wynalazek barokowy. W nim jest zawarte nawiązanie do niewinności dziecięcej. Można z tym dyskutować. Wiadomo, że nie jest to rozwiązanie idealne. Nie wiem, czy istnieje lepsze. W każdym razie fałszu nie widzę. 

4. Takie przedstawienie nawiązuje do Księgi Daniela 7, czyli ma solidną podstawę biblijną. 

Jakie są zasady sztuki kościelnej?



Od lat 60-ych ubiegłego stulecia jesteśmy świadkami niebywałego niszczenia i deptania nie tylko liturgii Kościoła, lecz także sztuki kościelnej, która jest przecież ściśle związana z liturgią i przestrzenią liturgiczną. O muzyce czyli sztuce akustycznej już się wypowiadałem (por. tutaj). Z powodu niedawnego wydarzenia w pewnej wiosce w archidiecezji gnieźnieńskiej, gdzie umieszczono w ołtarzu głównym wręcz bluźnierczy kicz, zresztą aż rażąco gryzący się z istniejącym historycznym wystrojem, wypowiem się po krótce także o sztuce plastycznej.

Pewna "artystka" z Krakowa popełniła "dzieło" na zamówienie proboszcza i przy wsparciu dziwnego człowieka o nazwisku Dariusz Karłowicz (szefa tzw. Fundacji Św. Mikołaja i rocznika "Teologia Polityczna"), który organizuje zbiórkę pieniędzy dla tego przedsięwzięcia:


Na szczęście, powodzenie jest póki co niewielkie. Widocznie normalni ludzie trzeźwo oceniają to "dzieło", więc prawdopodobnie będzie musiał dołączyć kasiasty sponsor, który uzna zaśmiecenie kościoła czymś takim za stosowne. Oto ów obraz w zbliżeniu wraz z jego autorką:


Jak widać, postać Mariji nie ma nic z piękna typowego dla klasycznych obrazów. Jest uroda najwyżej przeciętnej kobiety i to nie najmłodszej, co jest sprzeczne z historią (w Izraelu wówczas wychodziły za mąż kilkunastoletnie dziewczęta). Zaś postać Dzieciątka Jesus jest wybitnie - przepraszam za wyrażenie - szkaradna. Ujęcie Dzieciątka przez Matkę nie ma nic z czułości, wzrok Matki jest jakby nieobecny i mroczny. Dzięciątko jakby odpychało się od Matki, wzrok ma jakby dziecka upośledzonego umysłowo. A nie jest to pierwszy obraz "religijny" tejże autorki, gdyż miała ona na swoim koncie - a jakże, na fali szału miłosierdzizmu łagiewnickiego - obraz "Jezusa miłosiernego": 


O tym wcześniejszym obrazie mówi tak:


Tak więc przyznaje wprost, że chodzi o jej prywatny pomysł i jej prywatną ambicję, nie o prawdę czy to teologiczną, czy choćby historyczną: 


Zwróćmy uwagę na wizerunek Pana Jezusa:


To jest twarz kogoś z połączeniem upośledzenia umysłowego, przepicia alkoholowego i narkomanii. To jest o wiele więcej niż kicz. To jest ohydne bluźnierstwo z Jezusa Chrystusa oraz szydzenie z wiary chrześcijan. 

A kimże jest ta autorka, o której "arcydzieła" zabiega elyta duchowna i świecka? Na swojej stronie internetowej podaje ona bardzo skrótowo swój życiorys "artystyczny":

Pośród swoich dokonań podaje między innymi następujące znamienne "arcydzieła":


Tym samym jest dość jasne, do jakich kręgów i środowisk ona należy.

Jak to możliwe, że akurat taką osobę kato-modernistyczne środowiska upodobały sobie na quasi nadworną "artystkę"? Ano wynika to przede wszystkim czy to z ignorancji, czy przynajmniej z pogardy dla zasad, którymi Kościół się od wieków kierował sprawując mecenat nad wieloraką sztuką, zwłaszcza w przestrzeni sakralno-kościelnej. Jakie to są zasady?

Klasykiem teologii sztuk plastycznych jest św. Jan Damasceński, Ojciec i Doktor Kościoła z końca VII i początku VIII w., łączący swym autorytetem chrześcijaństwo wschodnie i zachodnie. W swoich mowach apologetycznych przeciwko obrazoburcom wypracował on główne zasady sztuki chrześcijańskiej, zwłaszcza tej przeznaczonej do użytku kościelnego w sensie ścisłym, czyli w liturgii oraz w pomieszczeniach liturgicznych czyli świątyniach. Są to po krótce:

1. Prawdziwość historyczna, czyli zgodne z prawdą historyczną przestawianie wydarzeń i osób. Św. Jan Damasceński mówi tutaj o konieczności widzenia oczami ciała, bądź przynajmniej przez wizję wewnętrzną w znaczeniu doświadczenia mistycznego pochodzącego od Boga. Innymi słowy: wolno przedstawiać tylko to, co było widziane przez świadków danych wydarzeń, jak wydarzenia z Ewangelii czy Dziejów Apostolskich, bądź co widziane w autentycznym widzeniu mistycznym, jak w Apokalipsie św. Jana. Stąd się bierze kanon wizerunku Jezusa Chrystusa i Jego Matki w ikonografii wschodniej. Przestrzeganie tego kanonu jest konieczne dla autentyczności obrazu. W chrześcijaństwie zachodnim niestety już pod koniec średniowiecza dość swobodnie traktowano tę zasadę, oczywiście ze szkodą dla jakości sztuki religijnej także w przestrzeni sakralnej. 

2. Prawdziwość teologiczna, czyli zgodność treściowa z Bożym Objawieniem podanym w Piśmie św. i Tradycji Kościoła. Zachodzi tutaj oczywiście ścisły związek z prawdziwością historyczną, jednak nie są to wymiary tożsame. W sztuce zachodniej zachowywano prawdziwość teologiczną, mimo swobodnego traktowania prawdziwości historycznej. 

3. Funkcja medialna, czyli personalno-religijna, to znaczy pośrednictwo w nawiązaniu osobistej relacji wierzącego z przedstawionymi osobami i wydarzeniami. Łatwo zrozumieć ścisłą zależność od prawdziwości zarówno historycznej jak też teologicznej. 

4. Funkcja katechetyczno-pedagogiczna, czyli pouczanie o wydarzeniach i osobach, które prowadzi do internalizacji i naśladowania wzorów oraz wyrażonych zasad moralnych. 

Dopiero spełnienie tych wszystkich kryteriów w stopniu przynajmniej dostatecznym kwalifikuje dane dzieło do użytku kościelnego w znaczeniu umieszczenia w przestrzeni sakralnej. Są to kryteria obiektywne, niezależne od uczuć czy upodobań estetycznych. A obiektywizm jest koniecznym warunkiem zdatności do użytku publicznego. O tym niestety regularnie się zapomina od ponad pół wieku, we wręcz opętanym szale unowocześniania i pogoni za nowościami, przy równoczesnym lekceważeniu czy wręcz pogardzie dla zdrowego wyczucia zwykłych wiernych na poziomie choćby estetycznym. Gdyby poddawano pod głosowanie zwykłych wiernych "dzieła" nowoczesnych "artystów", to z całą pewnością przynajmniej 95% z nich nigdy by się nie znalazło w kościołach. Tymczasem szkaradota "nowoczesnej sztuki" jest brutalnie narzucana katolikom przez pasterzy, którzy zwykle sami nie mając trzeźwego osądu, a za to w szalonym pędzie za "nowoczesnością" dają sobie i swoim wiernym wcisnąć wręcz bluźniercze twory chorych, a niekiedy wręcz kipiących pogardą do wiary katolickiej umysłów rzekomo wielkich "artystów". 

Oczywiście nie wystarczy narzekać i odrzucać. Trzeba starać się o alternatywę do bluźnierczego kiczu, który zalał i nadal zalewa świątynie katolickie. Prawdziwa alternatywa musi sięgać do odwiecznych zasad Kościoła w odniesieniu do sztuki. Tutaj jest rola odpowiedniego wykształcenia i wychowania prawdziwie katolickich artystów. 

Jak dusza może oglądać Boga?

 


Przed zmartwychwstaniem tylko dusza dostępuje szczęśliwości wiecznej. To jest "oglądanie" Boga, czyli raczej kontemplacja, duchowymi władzami duszy, nie ciałem czyli zmysłami.

 Określenie "widzenie uszczęśliwiające" (visio beatifica) oznacza doświadczanie równoczesne i całościowe, w analogii do widzenia oczami ciała, czyli w odróżnieniu do rozumowania, które jest procesem stopniowym, ciągłym (od myśli do myśli), także do słuchania, które również polega na doświadczaniu poszczególnych dźwięków następujących po sobie w czasie. 

Innymi słowy: doświadczanie wzrokowe najbardziej odpowiada doświadczaniu Boga w niebie, dlatego mówimy o "widzeniu" Boga, mimo że to doświadczenie obejmuje wszystkie władze duszy, a po zmartwychwstaniu także władze ciała.


Czy wolno błogosławić związki homosexualne?

 


Pytanie jest oczywiście słuszne i zrozumiałe. Odpowiedź jest także oczywista i prosta. Równocześnie w tej kwestii zawarte są pośrednio zasadnicze pytania i zasady Kościoła i jego działalności zarówno doktrynalnej jak też sakramentalnej wraz z zagadnieniem władzy w Kościele. 

W pytaniu chodzi zapewne o odpowiedź Franciszka na "dubia" tym razem pięciu kardynałów. Te "dubia" wraz z odpowiedzią zostały opublikowane na stronie watykańskiej "Dykasterii Nauki Wiary" (tutaj), przez jej nowego prefekta Victora Fernandez'a, pupila Franciszka jeszcze z czasów argentyńskich, zwanego przez niego pieszczotliwie "Tucho" (wymowa: tucio)...


Dubia kardynałów zostały sformułowane po włosku, natomiast odpowiedź w oryginale jest po hiszpańsku, co moim zdaniem wskazuje na to, że ich właściwym autorem jest "Tucho", co oczywiście nie pomniejsza oficjalnego autorstwa i odpowiedzialności Franciszka. 

Konkretnie chodzi o drugie "dubium". Najpierw jego oryginał:


Oficjalne tłumaczenie brzmi (tutaj):


Odpowiedź Franciszka brzmi:


Oficjalne tłumaczenie mówi:


Streśćmy to w tłumaczeniu na bardziej normalny język:

a) Związki homosexualne mogą być nazwane "małżeństwami" w sensie "nieścisłym", czyli w znaczeniu "częściowym" i "analogicznym" do małżeństwa mężczyzny i niewiasty.

b) Małżeństwo jest rzeczywistością jedyną w swoim rodzaju i dlatego wymaga "wyłącznej nazwy". Tutaj oczywiście zachodzi sprzeczność względem a), co jest zresztą typowe dla tych osób, dla których logika nie jest istotna, więc są zdolni nawet sobie zaprzeczać, byle osiągnąć cel praktyczny, do którego zmierzają. 

c) Tutaj tłumaczenie polskie popełnia błąd, ponieważ "sacramental" nie oznacza sakramentu, lecz sakramentale, czyli takie obrzędy jak błogosławieństwa. Tak więc tutaj Franciszek mówi, że Kościół unika wszelkiego typu obrzędów i błogosławieństw (sakramentaliów), które by podważały rozumienie małżeństwa wyłącznie jako związku mężczyzny i niewiasty. Z tego wynika, że według Franciszka Kościół nie unika obrzędów i sakramentaliów, które nie podważają takiego rozumienia małżeństwa. I tak też mówi wprost w następnych punktach, przy czym po prostu kłamie, gdyż Kościół nigdy nie dopuszczał jakiegokolwiek błogosławienia grzesznego stylu życia. 

d) Franciszek stawia chochoła, żeby w niego uderzyć swoimi znanymi bluzgami: ten, kto jest przeciw błogosławieniu związków homosexualnych, ten jest tym, kto nie ma miłości i roztropności duszpasterskiej, życzliwości, cierpliwości, czułości, zachęty, a jest sędzią, który tylko zaprzecza, odrzuca, wyklucza. Typowa metoda: kto się nie zgadza z Franciszkowymi kłamstwami, ten jest paskudny i zły. 

e) Tutaj znowu pojawia się znane słowo-wytrych: rozeznanie (discernir). Oto roztropny "duszpasterz" powinien "rozeznać", czy są formy błogosławieństwa, które nie przekazują "dwuznacznej koncepcji małżeństwa" (tłumaczenie oficjalne fałszywie mówi o "błędnej"). A co wtedy, jeśli nie istnieją? Według Franciszka oczywiście istnieją, ponieważ ten, kto prosi o błogosławieństwo, ten prosi Boga o pomoc, błaga, żeby móc żyć lepiej, i wyraża swoją ufność do Ojca, który może nam pomóc by żyć lepiej. A to lepsze życie w przypadku homosexualistów oznacza oczywiście więcej zwyrodniałych wrażeń "sexualnych", bez odpowiedzialności rodzicielskiej i zwykle też bez odpowiedzialności za partnera, gdy ów stanie się nieprzydatny do owych wrażeń. Jeśli Franciszek o tym nie wie, to nie ma elementarnej wiedzy socjologicznej i psychologicznej o środowiskach homosexualnych. A jeśli wie, to perfidnie oszukuje katolików (i nie tylko), kreując zakłamany obraz rzeczywistości tych osób i środowisk. 

f) Oczywiście powraca znowu znana maczuga w postaci "miłości duszpasterskiej" w połączeniu z chochołem: kto odmawia pobłogosławienia związku homosexualnego, ten traktuje osoby żyjące w nim tylko jako grzeszników, a przecież ich wina i odpowiedzialność może być pomniejszona, może nawet do minimum czy wręcz do zera, skoro one subiektywnie nie żyją w grzechu, lecz się tylko "kochają". Tak więc: obiektywnie ich życie jest nieakceptowalne, ale ten, kto im odmawia pobłogosławienia, nie ma "miłości duszpasterskiej", bo one są subiektywnie bez grzechu. Zresztą to całe zdanie f) jest wręcz mistrzowskim bełkotem. Cóż innego oznacza pobłogosławienie związku homosexualnego jak nie właśnie obiektywne zaakceptowanie go, czyli zaprzeczenie jego grzeszności (obiektywnej nieakceptowalności moralnej), przynajmniej w odbiorze przez te osoby, skoro ich subiektywna bezgrzeszność (o ile w ogóle zachodzi w rzeczywistości) jest ważniejsza niż grzeszność obiektywna? Kogo tu Franciszek uważa za debila? 

g) Tutaj Franciszek już wprost daje zielone światło tym, którzy od dawna dążyli i dążą do błogosławienia związków homosexualnych. Oczywiście chce uchodzić za dobrotliwego, który tylko zachęca do "miłości duszpasterskiej", a nie nakłada obowiązującej normy. Cóż to oznacza w praktyce? Ano oznacza to, że duszpasterze, a nawet biskupi nie będą mogli de facto odmówić zasadniczo pobłogosławienia par homosexualnych, bez narażenia się na poważny zarzut braku "miłości duszpasterskiej" itp., a ostatecznie braku posłuszeństwa wobec papieża. A tutaj już będzie koniec "płynięcia poza normami", czego dowodem są decyzje personalne Franciszka, który konsekwentnie, nawet wręcz brutalnie obchodzi się z biskupami, którzy nie podzielają jego gruntownie zakłamanej koncepcji "miłości pasterskiej". 

Gdzież jest wezwanie do porzucenia grzesznego życia? Gdzież domaganie się o ochronę dzieci i młodzieży przed zwodniczą propagandą i demoralizacją uprawianą nachalnie przez środowiska homosexualistów i ich popleczników? Czyż to nie właśnie oni od ponad dziesięciu lat są mile widzianymi gośćmi na Watykanie, w przeciwieństwie do tych, którzy sprzeciwiają się agendzie genderystów, aborcjonistów itp.? 

W reakcji na publikację tych textów na stronie watykańskiej, dnia 2 października 2023 jeden z sygnatariuszy dubiów, kard. Burke, opublikował następne pismo skierowane 22 lipca tegoż roku w tej sprawie przez tych samych kardynałów do Franciszka, jako "ponownie sformułowane dubia" (tutaj):





Tutaj odnośnie pytania drugiego kardynałowie pytają wprost, czy akty sexualne poza małżeństwem, zwłaszcza akty homosexualne, są według Franciszka grzechem obiektywnie ciężkim, niezależnie od okoliczności oraz intencji osoby je popełniającej. 

Na tak sformułowane pytanie Franciszek nie odpowiedział, co jest przede wszystkim przejawem pogardy dla kardynałów i wszystkich, których interesują te pytania, a także dowodem na brak jego woli do wyjaśniania, a raczej przejawem woli do siania zamieszania i przemycania treści i praktyk sprzecznych z odwiecznym nauczaniem Kościoła. 

Fakty nie pozostawiają żadnych wątpliwości ani pobożnych złudzeń co do programu i dążeń Franciszka. Pod pseudopobożnymi frazesami kryje się bezwzględne zwalczanie moralności katolickiej, sprytnie od tyłu i z boku:
- przez podejście niby pastoralne, "miłosierne", w przeciwieństwie do "ideologicznego", 
- przez bluzganie oszczerstwami na tych, którzy podnoszą niezmienne nauczanie Kościoła i domagają się wierności. 

Natomiast według Franciszka i jego wyznawców wierność wobec jego słów i czynów ma zastąpić wierność względem odwiecznego nauczania i dyscypliny sakramentalnej i obrzędowej Kościoła. Nie przypadkowo Franciszek i jego fani od początku epatują swoją pogardą dla liturgii Kościoła. To są znaczące gesty, wpisujące się teraz wyraźnie w całość polityki tej ekipy. Zmierza ona do upodobnienia Kościoła do sekt niekatolickich (które już dawno przejęły agendę genderyzmu), czyli zlikwidowania wyjątkowości i jedyności religii katolickiej celem stworzenia na jej gruzach religii globalistycznej pod dyktando takich typów jak George Soros, Bill Gates, Klaus Schwab, Yuval Harari itp. 

Jak się zachować w takiej sytuacji?
Po pierwsze, nie dać się zwieść, lecz należy trwać z przekonaniem w jasnej i jednoznacznej doktrynie Kościoła w każdej dziedzinie, zarówno dogmatycznej, jak też moralnej, liturgicznej i dyscyplinarnej. 
Po drugie, być wiernym tej doktrynie w praktyce. 
Po trzecie, wpływać na innych, czyli przekazywać wiedzę, czyli tradycyjne nauczanie Kościoła, zarówno dorosłym, jak też zwłaszcza młodemu pokoleniu. Prawda zwycięży, nawet jeśli jest wymagająca. 
Po czwarte, wspierać duchownych, którzy nieustraszenie i niestrudzenie głoszą i wyjaśniają tradycyjną doktrynę, zarówno modlitwą jak też czynem. 
Po piąte, łączyć sił, czyli organizować zarówno wspólne modlitwy jak też spotkania edukacyjne na każdym poziomie. 



Indult w Lublinie - sprostowanie



Korzystając z daru pamięci, w jaki mnie Pan Bóg zechciał wyposażyć, muszę sprostować poniższą wypowiedź p. Arkadiusza Robaczewskiego: 


Chodzi o prawdę historyczną. Dziwne, że p. Robaczewski w tak prostych faktach aż tak poważnie się myli. A mógł najpierw sprawdzić fakty, pytając mnie chociażby. Po krótce: 

Po pierwsze, nie mogłem jeździć i nie jeździłem po Polsce ze Mszą św. od 1991 r., a to z tej prostej okoliczności, że jestem kapłanem od 1993 r. 

Po drugie, swoją pierwszą publiczną Mszę św. w Polsce w tradycyjnym rycie sprawowałem 3 września 1995 r. w Warszawie, w kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus (wcześniej w różnych miejscach w Polsce sprawowałem prywatnie, okazawszy celebret zarówno ogólny jak też specjalny, wydany przez Papieską Komisję "Ecclesia Dei" celebret na Missale Romanum św. Piusa V). W tym samym miesiącu były Msze św. w Poznaniu, Gdańsku, Gdyni, Kaliszu (ślub Piotra Tryjanowskiego), po czym znów prywatne, ale za wiedzą i pisemną zgodą Kurii Metropolitalnej w Krakowie przez ok. 3 tygodnie (czekając na naprawę samochodu po stłuczce). 

Następny mój przyjazd oficjalny do Polski był na przełomie listopada i grudnia 1995 r. i to było właśnie wespół z x. John'em Emmerson'em FSSP. Zrobiliśmy wtedy objazd: Gorzów Wlkpl., Poznań, Łódź, Warszawa, Lublin. Wtedy właśnie byłem po raz pierwszy ze Mszą św. w Lublinie i przy tej okazji byliśmy na rozmowie u x. abpa Bolesława Pylaka, który nas przyjął uprzejmie, ale równie uprzejmie oznajmił, że nie potrzebuje kapłanów z zagranicy. Po tym spotkaniu właśnie widocznie wydał dekret, o którym wspomina p. Robaczewski. Przyznam, że nie rozumiem tego, jak p. Robaczewski mógł zapomnieć, że to mnie było dane wtedy towarzyszyć x. Emmerson'owi, gdyż nocowaliśmy u niego w mieszkaniu, gdzie zostaliśmy przez niego wraz z jego małżonką bardzo miło ugoszczeni (w przeciwieństwie do Łodzi, gdzie byliśmy goszczeni u znajomych psychiatry T. Piotrowicza i dziennikarza Ł. Warzechy i od tych znajomych - gdzie w salonie na exponowanym miejscu stała menora - wyjechaliśmy z zatruciem). Widocznie chciał zapomnieć, podobnie jak o swojej małżonce. 

K. Fjałkowski między niebem a piekłem

 


Już niegdyś przymierzałem się do dyskusji z tezami głoszonymi przez Karola Fjałkowskiego, niegdyś guru młodszego pokolenia ateistów w Polsce, obecnie podającego się za "nihilistę", co jest o tyle kuriozalne, że on jednak pretenduje do uznawania zarówno prawdziwości swoich twierdzeń, jak też ich istnienia. Przyznać trzeba, że jego wystąpienia zwłaszcza nowsze, na tle innych "gwiazd" internetowych tego środowiska (zob. tutaj i tutaj) wyróżniają się dość pozytywnie pod względem poziomu intelektualnego, aczkolwiek niewiele odbiegają pod względem wręcz karygodnych uproszczeń i ignorancji teologicznej, czyli w dziedzinie, o której się regularnie wypowiada. Na usilne prośby jednego z czytelników bloga biorę się wreszcie za jedną z jego wypowiedzi. Jest to odpowiedź na pytanie zadane przez jednego z jego odbiorców:


Odpowiedź jest jedynie kilkuminutowa, ale pogmatwana, chaotyczna oraz pełna przekręceń, kłamstw i błędów, choć zawiera też słuszne zarzuty i to klasyczne w dyskusji między ateizmem a filozofią i teologią. Odpowiadam po kolei, trzymając się toku wypowiedzi Fijałkowskiego, na ile to możliwe. 

1.

Fjałkowski wyraża swoją niechęć do pojęcia nieba jako chwalenia Boga. Ma na myśli właściwie niechęć do Boga, który jest odpowiedzialny zarówno za cierpienie na tym świecie, jak też za cierpienie w piekle. Równocześnie opowiada się za myśleniem "nowoczesnych katolików", według których "istotą nieba jest bliskość relacji z Bogiem", zaś "istotą mąk piekielnych jest oddalenie od Boga". Oczywiście Fjałkowski kłamie, twierdząc, że "nie jest to tradycyjna nauka katolicka", lecz "posoborowa". Widocznie nie zajrzał do żadnego tradycyjnego katechizmu katolickiego. Nie wiem, skąd czerpie swoją wiedzę. Otóż wystarczy spojrzeć choćby do katechizmu św. Piotra Kanizjusza, Doktora Kościoła, mówiącego o śmierci, która jest skutkiem grzechu ciężkiego (Summa doctrinae christianae, cap. V. IV, s. 151):


"Nie ma nic bardziej nieszczęsnego niż człowiek, który jest na wieczność oddzielony od wspólnoty wszystkich świętych, od radości aniołów i duchów niebiańskich, tudzież od samego najwyższego i wiekuistego Dobra, którego poznanie i doznawanie stanowi wszelkie zbawienie i doskonałą szczęśliwość człowieka".

Tak samo mówi Katechizm Rzymski (Catechismus Romanus, pars I cap. XIII): 


W skrócie: istotą szczęśliwości wiecznej jest uszczęśliwiające "widzenie" piękna Boga, który jest źródłem i początkiem wszelkiego dobra i doskonałości. Widzenie to polega nie tylko na widzeniu oczami ciała, lecz na jednoczesnym i wiecznie trwającym, całościowym doświadczeniem przez całą osobę człowieka, władzami zarówno duchowymi, jak też - po zmartwychwstaniu ciała - cielesnymi. Czyż to nie jest bliższe rzekomo "posoborowej" relacji niż chwaleniu - według Fjałkowskiego, przepraszam za wyrażenie - tyrana odpowiedzialnego za wszelkie cierpienie i zło? Tak więc koncepcja "Boga przedsoborowego" podawana przez niego jest tylko urojeniem bez jakichkolwiek podstaw w rzeczywistym nauczaniu Kościoła na przestrzeni wieków. 

2. 

Fjałkowski uzasadnia swoją odrazę do "przedsoborowego" Boga istnieniem cierpienia zarówno doczesnego jak też kary wiecznej. To cierpienie jest według niego nie dla dobra ludzi, lecz dla samego Boga. Ten powód jest według niego podany w pierwszych 9 rozdziałach Listu do Rzymian. Tam ma być rzekomo powiedziane, że Bóg "ze względu na siebie i swoją chwałę pokazuje, jak to jest na świecie źle, jeśli ktoś się jemu nie podporządkuje". Konkretnych miejsc tego listu, ani cytatów Fjałkowski oczywiście nie podaje. Tak więc tutaj nie usprawiedliwia go już niewiedza, jak to mogło by być ewentualnie w przypadku nieznajomości katechizmu, lecz on prostu bezczelnie kłamie i zwodzi odbiorców. Każdy może sprawdzić, że w Liście do Rzymian takich treści w ogóle nie ma, także w rozdziałach podanych przez niego. 

3.

Natomiast słusznie Fjałkowski krytykuje mentalność polegającą na poddaniu się szantażowi, czyli czczeniu Boga z lęku przed cierpieniem w piekle. Rzeczywiście, jak mówi, taka tyrania "jest niegodna wszechmocnego Stwórcy wszechświata". Tutaj Fjałkowski autobiograficznie wplata swoje myślenie z końca bycia chrześcijaninem, gdy dla niego jedynym pozostającym motywem bycia chrześcijaninem był strach przed pójściem do piekła. Jeśli tak było, to rzeczywiście zrozumiałe jest jego odwrócenie się od chrześcijaństwa. Jednak problem tkwi w tym, że to nie jest chrześcijańskie pojęcie Boga, i nie wiem, skąd on je zaczerpnął, zresztą wykazując zupełną ignorancję źródeł, o których mówi, czy wręcz obracając się w urojeniach wyczytanych u jakichś swoich ateistycznych "autorytetów". 

4.

Słusznie Fjałkowski zauważa, iż zgoda na taki szantaż jest postawą niegodną człowieka, bo świat tak urządzony nie jest dobry, ani godny pochwały i udziału. Tego typu "ofertę" czyli szantaż Fjalkowski, podsumowując swój wywód, oczywiście odrzuca i chce w tym odrzuceniu trwać, co jest poniekąd zrozumiałe:


Jak należy odpowiedzieć temu człowiekowi?

Po pierwsze, należy go zachęcić do rzetelnego poznawania wiary katolickiej, zwłaszcza katolickiego pojęcia Boga, podanego chociażby w katechizmach, ale także w dziełach wielkich myślicieli chrześcijańskich jak np. św. Tomasz z Akwinu. Na pewno nie wystarczy trwać czy to w dziecinnych, fałszywych, wręcz patologicznych wyobrażeniach i kłamstwach, niezależnie od tego, czy wziętych z fałszywej edukacji pseudoreligijnej, czy prymitywnej propagandy ateistycznej. 

Po drugie, należy poważnie potraktować rzeczywisty, klasyczny problem filozoficzno-teologiczny, jakim jest istnienie cierpienia zarówno doczesnego, jak też kary wiecznej, czyli piekła. Fjałkowski słusznie łączy te sprawy. Tu trzeba mu wyłożyć związek zła fizycznego, czyli cierpienia, ze złem moralnym, czyli grzechem. Kwestia grzechu prowadzi do antropologii, czyli teologii stworzenia. Zaś stworzenie prowadzi do pojęcia Boga, tego prawdziwego, którego Fjałkowski albo nie zna, albo nie chce znać, ponieważ wygodniej jest trwać w buncie dającym pozorną wolność grzeszenia, czyli nieliczenia się z prawdą porządku stworzenia. 

Z całą pewnością zarzuty Fjałkowskiego nie trafiają w katolickie pojęcie Boga i nagrody względnie kary wiecznej, lecz najwyżej w ich dość prymitywną, nawet nie infantylną karykaturę. Oczywiście nie przesądzam, czy i na ile on sam ponosi winę za posługiwanie się takimi fałszywymi wyobrażeniami, które posługują się strzępami wiedzy religijnej na poziomie najwyżej dzieci pierwszokomunijnych. Na pewno jednak absolwenta filozofii i byłego wykładowcę stać na rzetelne zapoznanie się ze źródłami oraz na uczciwie posługiwanie się nimi, czego w tym wystąpieniu w stopniu wręcz skrajnym i skandalicznym brakuje. 

Czy rodzicom wolno ryzykować życie swoich dzieci?

 


Dwaj przedstawiciele kwartalnika "Christianitas" (zwanego przez niektórych "Hypocritas"), znani skądinąd Michał Barcikowski (więcej tutaj) oraz Piotr Chrzanowski (więcej tutaj), pociągnęli dalej swoją apologię beatyfikacji Ulmów, tym razem na falach eteru, a to animowani przez swoich kolegów redakcyjnych Michała Jędrykę i Tomasza Rowińskiego. Widocznie nienasyceni w swym ferworze i spragnieni zwycięstwa znów dzielnie, tudzież z namaszczeniem i przekonaniem prawili brednie i to wcale nie oryginalne. 


Najpierw Chrzanowski pobredził o rzekomo pogłębionym rozumieniu męczeństwa w Kościele, czego przykładem ma być fakt, że św. Maksymilian Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca, natomiast kanonizowany jako męczennik, oraz masowe beatyfikacje osób zabitych przez Niemców podczas II wś. No cóż. Inżynier mechanik prezes-biznesmen ma też dość wysokie ambicje teologiczne. 


Szkoda, że nie wpadł na pomysł, by sprawdzić, jak Kościół zawsze rozumiał męczeństwo. A można się o tym dowiedzieć chociażby w moim krótkim wpisie (tutaj).

Innymi słowy: bredzeniem jest mówienie o "pogłębionym rozumieniu", gdy mamy do czynienia z odejściem, zaciemnieniem i ignorowaniem katolickiego rozumienia męczeństwa. Nawet postulator beatyfikacji Ulmów powołuje się na tradycyjne katolickie pojęcie męczeństwa, aczkolwiek oszukuje ludzi w tym, że usiłuje wmówić publiczności, iż jest ono spełnione w sprawie Ulmów. No cóż, widocznie inżynier-mechanik-prezes-biznesmen wie więcej niż sam postulator... 

Po krótce: nikt nie neguje, że jako męczeństwo można uznać śmierć zadaną z powodu nie tylko wyznawania prawd wiary, lecz także z powodu praktykowania cnót chrześcijańskich. Tak np. nikt nie neguje, że śmierć Karoliny Kózkówny poniesiona przez nią w obronie dziewictwa była męczeństwem. Co do przyporządkowania śmierci o. Maksymiliana Kolbe jako męczeństwa można mieć zastrzeżenia, jednak nie ulega wątpliwości, że został uwięziony w obozie zagłady Auschwitz z tego powodu, że był kapłanem katolickim, a jego decyzja ofiarowania życia za ojca rodziny wynikała bezpośrednio z tej okoliczności.

Czymś zupełnie innym była śmierć Ulmów wraz z dziećmi. Tutaj są istotne następujące czynniki:

1. motywacja przyjęcia żydów do domu,

2. obowiązek wobec swoich dzieci, w tym też niemoralność ofiarowania życia swoich dzieci dla ratowania obcych osób, 

3. zachowanie bezpośrednio przed egzekucją. 

Motywacja mogła być szlachetna, ale z całą pewnością nie była całkowicie bezinteresowna, nawet jeśli interesowność mieściła się w zakresie sprawiedliwości, czyli przyjmowania zapłaty za utrzymanie czy to w postaci pieniędzy, czy też w postaci pracy (na roli, w wyrabianiu skór itd.). 

Jak już wskazywałem w poprzednich wpisach w temacie, dla orzeczenia męczeństwa najważniejsza jest postawa danej osoby w bezpośrednim zagrożeniu życia, czyli w obliczu oprawców. O tym akta milczą, mimo że byli świadkowie tej sytuacji. Nie byli oni pytani w tej kwestii w procesie? A może raczej byli pytani, lecz odpowiedzieli niezgodnie z oczekiwaniami, bo poświadczyli fakty, których nie można pogodzić z katolicką definicją męczeństwa? Oficjalna wersja wydarzeń przyznaje natomiast, że dzieci głośno płakały wołając rodziców. Jest to po ludzku normalne i zrozumiałe. Jednak w takim stanie rzeczy nie sposób uznać ich śmierci za męczeńską, gdyż istotnym składnikiem jest wola oddania życia, a rodzice nie mieli prawa decydować o tym za dzieci. 

Podkreślam ponownie: Wprawdzie nie wiemy, czy i na ile Ulmowie byli świadomi poważnego zagrożenia życia swoich dzieci, jednak z całą pewnością nie mieli moralnego prawa ofiarowania ich życia, ani dla swojego dobra, ani dla ratowania życia ludzi obcych. Wszak dziecko - wbrew temu, co nabredził Barcikowski, jak podaję niżej - nie jest zwierzęciem czy rzeczą, własnością rodziców, której losem oni mogliby dowolnie dysponować, niezależnie od celu. Cel nie uświęca środków także w tym przypadku. Dziecko ma swoją godność i ma prawo do życia, którego chronienie jest świętym, danym przez samego Boga obowiązkiem rodziców. Dlaczego nie zwalnia rodziców z tego obowiązku nawet wola ratowania życia innej osoby? Ano dlatego, że dziecko jest zdane na swoich rodziców, bez ich opieki jest zupełnie bezbronne, podczas gdy inne osoby albo podlegają opiece swoich bliskich, albo jako dorosłe mogą sobie zapewnić ochronę. 

Sam prowadzący audycję Michał Jędryka popisał się w tytułowej kwestii obowiązku rodziców: 


No cóż. Istny geniusz - nie potrafi odróżnić zachęcania dorosłych synów do męczeństwa (por. 2 Mach 7) od narażania swoich nieletnich, małych dzieci, nieświadomych niczego, na niechybną śmierć. 

Następnie szczególnie się nabredził Barcikowski. Jąkał coś, że obowiązek wobec dzieci nie ma prawa usprawiedliwiać "znieczulicy": 

Cóż ten człowiek wymyśla? Wysłanie dziecka po zakupy ma być tego typu niebezpieczeństwem co wydanie siebie i swoich dzieci na niechybną śmierć z powodu ukrywania żydów? Jakiej znieczulicy? To raczej stawianie życia żydów ponad życiem własnych dzieci jest przejawem znieczulicy, wręcz okrucieństwa wobec własnego bezbronnego potomstwa, podczas gdy owi żydzi byli dorosłymi ludźmi, którzy byli w stanie zadbać w inny sposób o swoje schronienie, zamiast narażać wielodzietną polską rodzinę na zagładę. 

Chrzanowski popisał się nie mniejszą bezczelnością twierdząc, jakoby krytykujący beatyfikację Ulmów nie znali ówczesnych uwarunkowań, gdyż już za jakikolwiek kontakt z żydami i zaniechanie ich zadenuncjowania groziła Polakom śmierć. No cóż. To jest kolejny popis inteligencji inżyniera-mechanika-prezesa-biznesmena. Nie wiem, kto go wywindował na tak wysokie, odpowiedzialne i lukratywne stanowisko biznesowo-społeczne (jak wyżej). W każdym razie on widocznie nie potrafi odróżnić dwóch rzeczy: to, na co mamy wpływ przez nasze decyzje, oraz to, na co nie mamy wpływu. Ulmowie nie mieli wpływu na to, że przyszli do nich żydzi, prosząc o schronienie. Mieli natomiast wpływ na to, że ich nie zadenuncjowali i że ich przyjęli do domu. Gdyby Ulmowie poprzestali na zaniechaniu denuncjacji, czyli aktywnego przyczynienia się do zabicia żydów, to by się nie sprzeniewierzyli obowiązkowi wobec swoich dzieci, gdyż ten obowiązek nie upoważniał do wydania żydów na niechybną śmierć. Mogli bowiem chronić życie swoich dzieci bez denuncjowania żydów, tzn. zaniechanie denuncjacji nie sprowadzało bezpośrednio zabicia ich dzieci. Wydanie żydów Niemcom oznaczałoby przekazanie ich na zabicie, zaś niewydanie ich nie oznaczało automatycznie ściągnięcia śmierci na siebie i swoje dzieci, gdyż najpierw Niemcy musieliby się dowiedzieć o zaniechaniu denuncjacji. Obowiązek chronienia życia swoich dzieci nie usprawiedliwia wydania żydów na zabicie, z kolei obowiązek udzielenia pomocy żydom w zagrożeniu ich życia nie usprawiedliwia sprzeniewierzenia się obowiązkowi ochrony życia swoich dzieci, czyli wydania ich na zabicie z powodu udzielenia schronienia żydom. Przyjęcie żydów pod swój dach oznaczało stałe zagrożenie życia Ulmów i dzieci, czyli wprost  sprzeniewierzało się trosce o bezpieczeństwo dzieci, traktując je de facto jako podrzędne względem bezpieczeństwa żydów. A to jest sprzeczne z etyką katolicką, choć jest w myśl etyki żydowskiej. 

Tak to niestety wygląda. "Christianitas" powinien się więc raczej nazywać "Pharizaeitas". 

Co się dzieje w cudzie eucharystycznym?

 


Ostatnio x. Szymon Bańka znów popisał się ignorancją pomieszaną z niechlujstwem teologicznym i brakiem myślenia w kategoriach teologii katolickiej. Oto jego wypowiedź (w odpowiedzi na zadane mu pytanie):

Te słowa świadczą, po pierwsze, o nieznajomości i niezrozumieniu dogmatu o Transsubstancjacji oraz pojęć w nim użytych. 

Po drugie, to niezrozumienie prowadzi do fałszywego wniosku, nie wiem czy samodzielnie wyciągniętego, czy zaczerpniętego od kogoś, co zresztą nie jest istotne. 

Otóż według dogmatyki katolickiej - co można sprawdzić w każdym katolickim podręczniku - Transsubstancjacja polega na zamianie substancji chleba na substancję ciała ludzkiego, dokładnie Ciała Jezusa Chrystusa, przy zachowaniu przypadłości chleba. Aparatem pojęciowym tej prawdy wiary katolickiej jest pojęcie każdego ciała (materii w sensie fizykalnym) jako składającego się - według metafizyki arystotelesowsko-tomistycznej - z substancji i przypadłości. W porządku naturalnym, czyli w normalnym biegu procesów fizycznych, substancja każdej materii (każdego ciała) jest stała, podczas gdy przypadłości mogą ulegać zmianom. Tak np. to samo jabłko jest najpierw małe i zielone, a po pewnym czasie, w normalnym rozwoju staje się znacznie większe i odpowiednio do gatunku zwykle czerwone. 

Na czym polega cud eucharystyczny? Przede wszystkim zmienia się widzialna postać, przypominająca bardziej ciało ludzkie niż chleb. Dochodzi więc, jak x. Bańka słusznie zauważa, do zmiany przypadłości. Jednak to nie wszystko. W badaniach naukowych stwierdza się, o ile dany cud jest autentyczny, zmianę także w materii, czyli w substancji o tyle, że zamiast substancji chleba znajduje się substancja ciała ludzkiego. Dotyczy to zwykle nie całej hostii, lecz jej części. 

Słuszne jest więc pytanie kluczowe: czy po takiej zamianie mamy nadal to czynienia z realną obecnością Jezusa Chrystusa? Oczywiście tak. Dowodem jest m. in. fakt, że Kościół zawsze otaczał i otacza te postacie czcią należną Ciału Chrystusa. Gdyby to nie było realnie Ciało Chrystusa, to Kościół popełniałby bałwochwalstwo. Można tylko spierać się, czy dla takiej obecności - w tkankach ciała ludzkiego powstałych w sposób nadprzyrodzony - adekwatne jest określenie "obecność eucharystyczna", czyli sakramentalna. 

W swojej błędnej odpowiedzi x. Bańka widocznie miesza i myli cud eucharystyczny z rozkładem materii chleba, np. wskutek zepsucia czy rozpuszczenia w płynie, gdyż wskutek tych naturalnych procesów dochodzi to przemiany materii (substancji i przypadłości) chleba w inny rodzaj materii, jakim są substancje chemiczne powstałe po rozkładzie chleba. 

Jakie jest nauczanie Kościoła o przykazaniu VIII?


W tej kwestii wypowiadałem się już kilkakrotnie (tutaj i tutaj). 

Przy okazji wpisu o wojtylianiźmie ktoś próbował przemycić powyższe oszustwo w postaci rzekomego cytatu ze słynnego komentarza do katechizmu z XIX w. Jak już można było się domyśleć z braku podania tomu z książki wielotomowej, chodzi o oszustwo. Sprawdziłem oryginał i się potwierdziło. 

Oto strona tytułowa i odnośne fragmenty oryginału:


Tak więc, po pierwsze, jest to książka zwykłego proboszcza, bez ponadprzeciętnego wykształcenia teologicznego (dane biograficzne i bibliografia tutaj). Tym samym nie ma rangi autorytetu wyższego niż kazania czy katecheza, i to pod warunkiem, że twierdzenia maja przynajmniej oparcie czy potwierdzenie w wyższych autorytetach, czyli orzeczeniach Magisterium Kościoła czy Doktorów Kościoła. 

Przejdźmy do naszej kwestii, czyli jak x. proboszcz Guillois wyjaśnia przykazanie VIII. 


Mówi o jego treści, czyli składowych: fałszywe świadectwo, kłamstwo, oszczerstwo, złośliwe słowa, obelga, pochopne osądzanie. 
Słusznie autor wskazuje na rangę prawdomówności: wynika ona z pojęcia Boga jako Prawdy oraz z objawionego prawa Bożego. 

Drugi rodzaj grzechów, czyli kłamstwo wyjaśnia najpierw przez definicję, następnie przez podrodzaje. 
Definicja jest błędna, gdyż sprowadza sprawę do intencji, mówiąc, że kłamstwo jest wypowiedzią słowną bądź znakiem czynionym w intencji wprowadzenia w błąd. Według autora istotą kłamstwa jest mówienie, pisanie czy inne wyrażenie czegoś, co jest sprzeczne z myślą. 


Poprawna definicja kłamstwa to: wypowiedź w sposób świadomy i zamierzony niezgodna ze stanem rzeczywistym, mająca na celu wprowadzenie bliźniego w błąd. 




Autor mówi słusznie, że każde kłamstwo jest grzechem i jest zabronione przez prawo Boże. Potwierdza to Pismo św., jak też Ojcowie Kościoła jak św. Justyn, św. Augustyn, św. Efrem, św. Grzegorz Wielki. Według św. Augustyna - a jest to nauczanie Kościoła - kłamstwo jest złem samym w sobie i tym samym nigdy nie jest dozwolone. 



Nie każde kłamstwo jest grzechem śmiertelnym, co oczywiście nie oznacza, jakoby kłamstwo będące grzechem lekkim było moralnie dozwolone. 

Autor porusza kwestię wypowiedzi dwuznacznej oraz tzw. restrictio mentalis. Wbrew przeważającej opinii moralistów katolickich, w tym św. Alfonsa Liguori, zalicza te przypadki do kłamstwa. Następnie twierdzi jednak, że w niektórych sytuacjach jest dozwolone posługiwanie się wypowiedziami dwuznacznymi. 

Autor słusznie cytuje słynnego uczonego jezuitę x. Benedykta Stattler'a, który zgodnie z powszechnym nauczaniem katolickim dopuszcza stosowanie wypowiedzi dwuznacznej w sytuacji, gdy nie można milczeć, a powiedzenie prawdy nie jest obowiązkowe, gdyż mogłoby z tego wyniknąć niebezpieczeństwo dla siebie lub bliźniego. 

Następnie x. Guillois pyta, czy kłamstwem są pewne zwyczajowe wyrażenia, które w sensie dosłownym nie są prawdziwe, ale ich prawdziwe znaczenie jest znane osobie, do której są wypowiadane. Jako przykłady podaje słynną formułę służącego "pana nie ma w domu" oraz "nie mam pieniędzy", gdy ktoś prosi o pożyczkę. X. Guilois twierdzi, że "według autorów nowoczesnych" nie są to kłamstwa, co jest oczywiście błędne. Uczciwie wzmiankuje jednak, że x. Stattler - zresztą zgodnie z Magisterium i Doktorami Kościoła - zalicza takie formuły do kłamstw. 








W kilku kwestiach szczegółowych, jak grzeszność hipokryzji i dopuszczalność kryptologii i kryptografii autor podaje poprawne nauczanie. 

Podsumowując:
X. Guillois generalnie stara się podać nauczanie katolickie w kwestii przykazania VIII, jednak popełnia zasadniczy błąd w definicji kłamstwa, sprowadzając go do zamiaru wprowadzenia w błąd niezgodny z myślą. Następnie podaje wprawdzie właściwe nauczanie katolickie w kwestii dopuszczalności wypowiedzi dwuznacznej, jednak zupełnie pomija nauczanie św. Alfonsa Liguori, które jest klasyczne w tej sprawie, oraz wyraża swoją opinię sprzeczną z teologią katolicką. 
Szczególnie zdumiewający i nie do obrony jest jego pogląd co do moralnej dopuszczalności formuł nieprawdziwych literalnie. Tutaj przyznaje jednak uczciwie, że opiera się na "opinii współczesnych", nie na nauczaniu teologów katolickich. Tym samym jasne jest, że ten pogląd nie jest poglądem katolickim, nie posiada żadnego autorytetu i nie jest wiążący, lecz do odrzucenia przez katolika. Nie można bowiem rozsądnie twierdzić, że zdanie, które jest literalnie fałszywe, czyli jest kłamstwem, może być nieliteralnie prawdziwe, czyli nie jest kłamstwem. Po prostu to samo zdanie nie może być równocześnie kłamstwem i prawdą.