Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Niechlujstwo, ignorancja i urojenia, czyli "sex oralny" raz jeszcze (A. Skoczkowski)
Macanie słonia czyli oSzustakowych oszustw ciąg dalszy
Skrajnie modernistyczny dominikanin Adam Szustak, o którym była tutaj mowa już wiele razy, zaskoczyć mógłby jedynie wtedy, gdyby się nawrócił na wiarę katolicką, na co jednak póki co niestety nie wygląda. Tymczasem więc pozostaje demaskowanie i prostowanie bzdetów, które on sprzedaje, a dziwić by się należało, że są jeszcze ludzie, którzy nie dostrzegli, co on sobą prezentuje.
Otóż ostatnio, w typowej dla siebie mieszance ignorancji, fałszu i buty, próbował po raz kolejny przekonać ludzi do swojego uwielbienia dla Franciszka, zwłaszcza do obłudnego dokumentu "Amoris laetitia" w temacie dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do sakramentów.
Zacznę od spraw szczegółowych, ale symptomatycznych.
Na wstępie oSzustak popisuje się rzekomą bystrością w czytaniu Pisma św., twierdząc:
Nie wiem, czy on zdaje sobie sprawę z tego, że właściwie każdy jest w stanie sprawdzić te słowa chociażby nawet w tłumaczeniu polskim, są one następujące w wydaniu tzw. Biblii Tysiąclecia (Wj 20,1-17):
Inaczej i akurat językowo i teologicznie prawidłowo tłumaczy nowsza tzw. Biblia Warszawska biskupa Romaniuka:
Należy mieć na uwadze, że według teologii katolickiej natchniony jest jedynie text oryginalny (stąd konieczność opanowania języków biblijnych, a przynajmniej łaciny, w ramach studiów teologii, co jest obecnie haniebnie zaniedbywane i tak produkuje się tabuny "teologów" pokroju oSzustaka, Mikołaja Kapusty itp.), a nie tłumaczenia, choćby były najwierniejsze.
Otóż problem polega na tym, że język oryginalny czyli hebrajski nie ma czasu przyszłego, lecz jedynie czas dokonany i niedokonany. Na tyle pojęcia o tym języku biblijnym powinien mieć każdy absolwent teologii, także oSzustak. Hebrajski czas niedokonany może być - w zależności od kontextu - tłumaczony jako czas przyszły, jednak kontext Dekalogu bynajmniej tego nie wymaga i tak właśnie oddaje treść to drugie tłumaczenie. Tym samym upada wstępna teza oSzustaka, na której opiera on swoją teoryjkę co do słuszności "Amoris laetitia", jakoby Dekalog niczego nie nakazywał ani nie zakazywał.
W tych pokrętnych wywodach centralny jest moment następujący, ukazujący rdzeń myślenia oSzustaka:
Chodzi tutaj o słynną "przypowieść" indyjską, używaną zwykle dla zilustrowania relatywizmu religijnego. Według jej oryginalnej wersji hinduskiej (więcej tutaj) chodzi o ślepców, którzy dotykają różnych części słonia:
Ślepcy badający słonia oznaczają ludzi, którzy spierają się o prawdziwego Boga czy prawdziwą religię. Dopiero mędrzec musi ich pouczyć, że każdy z nich ma rację, choć właściwe żaden nie ma racji. Tak więc według oSzustaka Kościół jest ślepy i poznaje jedynie fragmenty prawdy. Do tej swojej teoryjki używa słów Pana Jezusa z Ewangelii św. Jana 16,13, oczywiście opacznie, gdyż te słowa odnoszą się w sposób oczywisty do zesłania Ducha Świętego na Apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. Według nauczania Kościoła prawda objawiona Apostołom jest trwale aktualna i niezmienna, zarazem pełna. Innymi słowy: według wiary katolickiej Boże Objawienie zakończyło się wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów czyli św. Jana. Skoro więc oSzustak twierdzi, że po tym Objawieniu następuje jeszcze inne "macanie słonia", to jest heretykiem, a nawet apostatą, gdyż odrzuca prawdę o zupełności biblijnego Objawienia wspólną wszystkim chrześcijanom. Otóż istotna i zasadnicza różnica między chrześcijaństwem a innymi religiami polega na tym, że chrześcijaństwo nie jest ślepym szukaniem prawdy i dotykaniem jakiegoś jej fragmentu, lecz sam Bóg objawił samego Siebie w Swoim Synu, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Kto twierdzi inaczej, ten neguje, że w Jezusie Chrystusie jest nam dane ostateczne Boże Objawienie, i tym samym nie jest chrześcijaninem.
Na koniec warto zwrócić uwagę, że oSzustak nie ma nawet szacunku dla miejsca świętego, bo nie waha się użyć słowa uważanego powszechnie za wulgarne:
No cóż, taki to jest poziom moralny, kulturalny i religijny tego człowieka.
Na koniec jeszcze uwagi ogólniejsze. Co jest kluczowym problemem z "Amoris laetitia" i też w myśleniu oSzustaka? Otóż pod pozorem pasterskiej troski o katolików, którzy nieszczęśliwie popadli w rozpad sakramentalnego małżeństwa i nowe związki, kryją się następujące perfidne zamiary:
- demontaż katolickiej dyscypliny sakramentalnej, skoro praktycznie każdy duszpasterz - jak to przedstawia oSzustak - ma prawo decydować o dopuszczeniu osób żyjących w związkach ponownych niesakramentalnych
- upodobnienie Kościoła pod względem etyki małżeńskiej do schizmatyków wschodnich i heretyków protestanckich, a to przez faktyczne uznanie świeckiej instytucji rozwodu.
OSzustak, zresztą jak wszyscy wyznawcy "Amoris laetitia", nie odróżnia między porządkiem prawnym, który musi się odnosić do wszystkich i do każdego, a opieką duszpasterską, której przynajmniej część ma charakter osobisty i w pewnym sensie indywidualny. Oczywiście rozwiązaniem nie może być porzucenie porządku prawnego czyli dyscypliny sakramentów. Tak samo grzechem przeciw miłości bliźniego jest porzucenie osobistej i indywidualnej troski duszpasterskiej.
OSzustak wydaje się też zapominać o pedagogicznej funkcji prawa. Jeśli by Kościół, ostatni bastion oporu przeciw niszczeniu instytucji małżeństwa i rodziny, zaprzestał wyrazistego stania na straży jedności i trwałości małżeństwa, i to swoim ustroju dyscyplinarno-sakramentalnego, to by się sprzeniewierzył Ewangelii i samemu Jezusowi Chrystusowi.
Tego nie są w stanie przykryć czy zakłamać obłudne bełkoty o "towarzyszeniu". Kościół nie został założony do towarzyszenia (od tego są towarzysze, zresztą obłudni). Misją Kościoła jest prowadzenie dusz do zbawienia, a drogą jest Ewangelia Chrystusowa, nie trendy współczesne i mody.
Kościół nie jest ślepy i nie może być ślepy, ponieważ otrzymał prawdę i to - wbrew temu, co bredzi oSzustak - całą prawdę także w kwestii nierozerwalności sakramentalnego małżeństwa. Przy całym współczuciu dla losu tych, którzy zostali niewinnie opuszczeni i zdradzeni przez współmałżonka (aczkolwiek jakaś część winy jest zwykle po obydwu stronach), Kościół nie może zdradzić tej prawdy. Nie tylko dlatego, że pochodzi ona od samego Boga, lecz także dlatego, że dotyczy dobra społeczeństw, narodów i całej ludzkości. Nawet jeśli dana osoba byłaby całkowicie niewinnie opuszczona i zdradzona, to jednak zerwanie małżeńskiego ma tak poważne konsekwencje społeczne i też indywidualne, że nie może być uznane przez Kościół, jak tego chcą wyznawcy "Amoris laetitia". Wiadomo, że ograniczenia sakramentalno-dyscyplinarne są bolesne szczególnie dla osób skądinąd religijnych i szczerze wierzących. Duszpasterze i też świeccy powinni oczywiście okazywać zdrowe zrozumienie i współczucie. Jednak rozwiązaniem z całą pewnością nie jest lekceważenie czy omijanie odwiecznej dyscypliny Kościoła.
Kto jest autorem "Dzienniczka"?
Po pierwsze, wystarczy porównać styl "Dzienniczka" ze stylem pism Sopoćki: jest właściwie identyczny. Tego nie można wyjaśnić inaczej jak tylko wspólnym autorstwem.
Po drugie, osoba, która skończyła tylko 2 klasy szkoły powszechnej, nie mogła być w stanie pisać tak jak w "Dzienniczku", ani językowo ani graficznie, czyli bardzo elegancki, wyrobionym pismem. Osoba, która całe swoje życie, także zakonne, spędza w kuchni, przy sprzątaniu i w ogrodzie, nie może mieć takiego charakteru pisma. Nie przypadkowo oni nikomu nie pokazują a całości oryginału "Dzienniczka" ani innych pism autorstwa rzekomo s. Faustyny.
Po trzecie, rzekoma pierwsza wersja "Dzienniczka" została spalona, gdy x. Sopoćko bawił na kilkumiesięcznej podróży po Europie. Zapewne chodziło o to, że podczas jego nieobecności sama Faustyna nie była w stanie nic pisać, więc trzeba było zakryć tę lukę przez spalenie.
Po czwarte, nawet w tekście "koroneczki" jest istotna różnica między wersją opublikowaną przez x. Sopoćkę, a wersją opublikowaną przez x. Andrasza. Tak więc któryś z nich musiał oszukiwać (albo obydwaj). Więcej tutaj: https://teologkatolicki.blogspot.com/.../koronka-s...
Wygląda więc na to, że po pierwsze x. Sopoćko dyktował "Dzienniczek" osobie piszącej go, a po drugie tą osobą nie mogła być s. Faustyna.
Czy List św. Jakuba uzasadnia herezję miłosierdzizmu?
Bracia moi, nie czyńcie różnicy między osobami przy wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa, naszego Pana chwały.
Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie,
A wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego,
To czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują?
Posłuchajcie, bracia moi umiłowani! Czyż to nie Bóg wybrał ubogich w oczach świata, aby byli bogatymi w wierze i dziedzicami Królestwa, obiecanego tym, którzy go miłują?
Wy zaś wzgardziliście ubogim. Czyż nie bogacze ciemiężą was i nie oni ciągną was do sądów?
Czy to nie oni zniesławiają zacne dobre imię, które zostało nad wami wezwane?
Jeśli jednak wypełniacie zgodnie z Pismem królewskie przykazanie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie.
Lecz jeśli czynicie różnicę między osobami, popełniacie grzech i jesteście uznani przez zakon za przestępców.
Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego.
Bo Ten, który powiedział: Nie cudzołóż, powiedział też: Nie zabijaj; jeżeli więc nie cudzołożysz, ale zabijasz, jesteś przestępcą zakonu.
Tak mówcie i czyńcie, jak ci, którzy mają być sądzeni przez zakon wolności.
Bowiem sąd niemiłosierny temu, który nie uczynił zmiłowania, i zmiłowanie triumfuje nad sądem.
Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić?
Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba,
A ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże?
Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie.
Lecz powie ktoś: Ty masz wiarę, a ja mam uczynki; pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, a ja ci pokażę wiarę z uczynków moich.
Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą.
Chcesz przeto poznać, nędzny człowieku, że wiara bez uczynków jest martwa?
Czyż Abraham, praojciec nasz, nie został usprawiedliwiony z uczynków, gdy ofiarował na ołtarzu Izaaka, syna swego?
Widzisz, że wiara współdziałała z uczynkami jego i że przez uczynki stała się doskonała.
και ου διεκριθητε εν εαυτοις και εγενεσθε κριται διαλογισμων πονηρων
czyli: czyż nie rozsądzacie sami sobie i staliście się sędziami złych myśli?
ουτως λαλειτε και ουτως ποιειτε ως δια νομου ελευθεριας μελλοντες κρινεσθαι
Czy faustyno-sopoćkizm można obronić?
Wygląda na to, że powoli budzi się krytyczna refleksja co do kultu tzw. miłosierdzia Bożego oraz ideologii x. Michała Sopoćki, który jest jego protagonistą i promotorem. Szczegółowe kwestie już poruszałem wielokrotnie (łatwo je tutaj znaleźć pod etykietami "koronka do miłosierdzia Bożego", Faustyna, Sopoćko). Czas na zbiorowe potraktowanie głównych argumentów zwolenników tegoż kultu.
1. Objawienia s. Faustyny należą do kategorii objawień prywatnych, które Kościół uznał.
Jak to zwykle bywa w tego typu postępowaniu, mamy tutaj pomieszanie prawdy i fałszu. Rzeczywiście tego typu fenomeny są zaliczane do objawień prywatnych. Do tej kategorii zostały zaliczone (rzekome) przeżycia s. Faustyny Kowalskiej zapisane w "Dzienniczku" przypisywanym jej autorstwu. Taka jest obecna oficjalna wersja.
Pomija się jednak zwykle fakt, że Kościół pierwotnie zakazał rozpowszechniania "Dzienniczka" oraz kultu z nim związanego, a jeśli się o tym wspomina to wraz z kłamliwymi perswazjami co do kontextu i powodów zakazu.
Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że nigdy w historii Kościoła nie było przypadku, by zakazane czyli de facto potępione przez Stolicę Apostolską objawienie prywatne czy nabożeństwo zostało następnie nie tylko uznane lecz wręcz wypromowane i praktycznie narzucone. Nie jest też przypadkiem, że to odwrócenie wiąże się zarówno czasowo jak też treściowo z okresem przewrotu wewnątrzkościelnego, który nastąpił w latach 60-ych XX wieku. Kłamstwem jest więc powiedzenie, jakoby Kościół uznał rzekome objawienia s. Faustyny za "godne wiary". Któż bowiem wydał dekrety zakazujące ten kult jeśli nie Kościół? Czyżby Kościół zaczął się dopiero wraz z kardynałem Wojtyłą czyli późniejszym Janem Pawłem II? Czy jest możliwe, by Kościół całkowicie zmienił swoje zdanie w ocenie jakiegoś objawienia prywatnego?
Ten problem oczywiście dostrzegają zwolennicy tego kultu i dlatego właśnie usiłują podważyć wydane przez Stolicę Apostolską negatywną ocenę tegoż kultu. Czynią to za pomocą argumentu, iż Stolica Apostolska opierała się na dostarczonym jej niedokładnym tłumaczeniu "Dzienniczka". Ten argument jest ewidentnie kłamliwy, gdyż
- nie jest dostępna wersja tegoż tłumaczenia, tym samym nie ma możliwości porównania go zarówno z oryginałem jak też z obecną oficjalną, opublikowaną wersją "Dzienniczka"
- nie ma nawet konkretnego wskazania, które fragmenty zostały niewłaściwie przetłumaczone
- nie są dostępne dokumenty archiwalne co do powodów negatywnej oceny.
Innymi słowy: Ów argument ma wartość jedynie kłamliwego mitu, bez żadnych dowodów źródłowych. Za jego kłamliwością przemawiają takie fakty jak:
- nie ma dostępu do odnośnych dokumentów
- brak uzasadnienia, jak mogło dojść do dostarczenia Stolicy Apostolskiej wadliwego tłumaczenia, co oznaczałoby nic innego jak zafałszowanie dokumentu czyli popełnienie oszustwa
- brak wytłumaczenia, dlaczego wówczas czyli przez dziesięciolecia ani nikt z urzędników Kurii Rzymskiej władający językiem polskim ani nikt z Episkopatu Polski nie zauważył, że problem z "Dzienniczkiem" jest wyłącznie natury językowej, a nie teologicznej.
2. Kościół uznał objawienia s. Faustyny za godne wiary
Nie ma takiego oficjalnego orzeczenia. Takie twierdzenie jest kłamstwem. Pozytywne orzeczenie Kościoła w wypadku objawień prywatnych odnosi się wyłącznie do tego, że nie zawierają one nic, co by było sprzeczne z nauczaniem wiary katolickiej i obyczajów. Nie jest to orzeczenie o wiarygodności. Pozytywne orzeczenie oznacza jedynie, że wolno przyjąć autentyczność czyli nadprzyrodzoność (czyli boskie pochodzenie), lecz nie ma takiego obowiązku. Ponadto w przypadku przeżyć podawanych w "Dzienniczku" s. Faustyny mamy po pierwsze negatywne stanowisko Kościoła obowiązujące do roku 1978, a po drugie ogłoszenie jego nieaktualności w 1978 roku nigdy nie zostało oficjalnie wyjaśnione, czyli powody zarówno jego wydania jak wycofania nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości, co jest sprzeczne z zasadami Magisterium Kościoła. W każdym razie treść "Dzienniczka" s. Faustyny nigdy nie została ogłoszona za godną wiary.
3. Kanonizacja s. Faustyny w 2000 r. oznacza oficjalnie uznanie jej życia i przesłania
To zdanie samo w sobie jest fałszywe. Należy odróżnić zakres czyli przedmiot procesu beatyfikacji i kanonizacji od pastoralnego znaczenia tych aktów. Przedmiotem kanonicznych procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jest w przypadku wyznawców heroiczność cnót teologalnych (wiary, nadziei, miłości). Oczywiście materiałem badawczym jest życie danej osoby, czyli konkretnie świadectwa o jej życiu, to znaczy postawie moralnej i religijnej, czynach i działalności. Przedmiotem badania nie jest nadprzyrodzoność nadzwyczajnych przeżyć danej osoby, lecz jej postawa wobec nich. Nie można więc twierdzić, jakoby z heroiczności postawy wobec rzekomych objawień prywatnych wynikała ich nadprzyrodzoność. To są po prostu dwie osobne sprawy, nawet jeśli ich związek jest oczywisty. Innymi słowy: świętość człowieka sprawdza się wobec zarówno przeżyć pochodzących od Boga jak też wobec pochodzących od szatana czy też z własnej fantazji. Jedynie świadome i zamierzone oszukiwanie jednoznacznie świadczy przeciw cnotliwości. W przypadku s. Faustyny na podstawie zarówno "Dzienniczka" jak też jej listów nasuwają się poważne wątpliwości a nawet zastrzeżenia co do jej heroiczności cnót. Tego nie jest w stanie zmienić nawet kanonizacja, zwłaszcza przeprowadzona niezgodnie z tradycyjnymi regułami Kościoła. Tym bardziej z dokonania kanonizacji nie wynika teologiczna prawość czy wolność "Dzienniczka" od błędów. Wszak mamy cały szereg nawet niezaprzeczalnie świętych i Doktorów Kościoła, o których dość łatwo można znaleźć błędy czy przynajmniej niedoskonałości teologiczne (np. św. Tomasz z Akwinu opowiadał się przeciw wolności Matki Bożej od grzechu pierworodnego).
Podsumowując:
Cała sprawa s. Faustyny, a właściwie x. Sopoćki od początku aż do dziś potężnie śmierdzi kłamstwami i oszustwami. To nie mogą być i nie są znamiona zgodne z wiarą Kościoła czy choćby z najprostszymi regułami rozróżniania duchów znanymi w całym Kościele od wieków. Tego stanu rzeczy nie może usunąć odgórne zarządzenie władz kościelnych nawet pod pozorem kanonizacji i szerokiego rozpowszechnienia tego kultu, zresztą bardzo nachalnie i sprytnie forsowanego. Sprzymierzeńcem i okolicznością wspierającą to forsowanie jest prosty mechanizm psychologiczny: każdy człowiek świadomy swych grzechów oraz ich zgubnych skutków w postaci zasłużonej kary chce miłosierdzia w znaczeniu pobłażliwości dla grzechów oraz możliwości uniknięcia kary. To jest tajemnica powodzenia tego zakłamanego kultu. Zaś jego skutki są fatalne i dość oczywiste: poczucie bezkarności i swawola połączona z przeświadczeniem o prawie do bezkarności czyli licencji na dalsze grzeszne życie bez ograniczeń, skoro odmówienie "koroneczki" i kult fałszywego obrazu (gdyż obraz łagiewnicki, która powszechnie uważany jest za autentyczny, nie podobał się nawet x. Sopoćce, a s. Faustyna nigdy go nawet nie widziała, gdyż został namalowany wiele lat po jej śmierci) daje gwarancję uniknięcia piekła, i to bez żalu za grzechu i autentycznego szczerego nawrócenia wraz z poprawą życia.
Talmudyczne pochodzenie herezji miłosierdzizmu
Regularnie słyszy się o rzekomej wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością. Ma to oczywiście związek z kultem tzw. miłosierdzia Bożego według nauczania x. Michała Sopoćki oraz jego narzędzia, jakim była s. Faustyna Kowalska.
Na poparcie tej tezy nie ma żadnych podstaw ani w Piśmie św. ani w Tradycji Kościoła. Jest natomiast podstawa w Talmudzie, a można ją znaleźć chociażby w księdze Szulchan Arun, która jest jakby katechizmem talmudycznym, a dokładniej w jego skróconej wersji Kicur Szalchan Arun, autorstwa węgierskiego rabina Szlomo Ganzfried'a. Czytamy w niej pod numerem 100, akapit 9:
W angielskim tłumaczeniu:
W symbolice talmudycznej prawa ręka oznacza miłosierdzie, zaś lewa sprawiedliwość.
Teza o wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością jest oczywiście heretycka i bluźniercza, ponieważ wprowadza sprzeczność w pojęciu Boga. Według teologii katolickiej - opartej na Piśmie św. - wszystkie przymioty Boga są w Nim jednością, ponieważ Bóg jest Bytem najprostszym i zarazem jedynym doskonałym, gdyż nieskończonym.
Czy o. Szustak ma prawo promować S. Hołownię? (z Post scriptum)
Zwrócono mi uwagę na wystąpienie o. Szustaka, w którym deklaruje publicznie (od 3:35), że będzie głosował na Szymona Hołownię i to w kontekście faktu, że dotychczas nigdy nie brał udziału w wyborach, ponieważ "nie ma na kogo głosować".
Wypowiedź ta jest wyjątkowo skandaliczna z wielu względów:
1. O. Szustak zaznacza, że jest to jego "prywatna opinia". Jest tutaj oczywiście sprzeczność, świadcząca dobitnie o obłudzie. Gdyby to miała być opinia prywatna, to by jej nie wyrażał publicznie za pomocą popularnego kanału.
2. Obłudę potęguje zarzekanie się, że nie ma to być zachęta do takiego właśnie głosowania. Wiadomo przecież, że wypowiedzi o. Szustaka mają znaczny zasięg i że jest on dla wielu młodych naiwnych "autorytetem", nawet w znaczeniu swoistego "guru". Wykorzystywanie tej swojej pozycji - wypracowanej na tematyce wiary i Kościoły - do celów kampanii politycznej i to akurat na rzecz kandydata nie kryjącego swoich poglądów antykatolickich i antypolskich jest szczególnie perfidne.
3. Publicznie deklarowanie poparcia dla S. Hołowni oznacza popieranie tegoż poglądów, które we wielu sprawach są ewidentnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła.
4. Wyrażanie tego poparcia w kontekście nauczania wiary katolickiej - a do tego pretenduje o. Szustak wypowiadając się jako zakonnik Kościoła katolickiego - jest kolejnym oszukiwaniem publiczności przez tegoż dominikanina.
5. Odwieczną zasadą Kościoła jest zachowywanie właściwego dystansu wobec frakcyj politycznych i też poszczególnych polityków, ponieważ Kościół zwraca się do wszystkich ludzi w nauczaniu zasad moralnych i prawa Bożego. Dlatego właśnie niebywałe i sprzeczne z zasadami Kościoła jest publiczne wyrażenie poparcia dla konkretnego kandydata w wyborach, tym bardziej że poglądy kandydata są dalekie od nauczania Kościoła.
Tym samym potwierdzona zostaje diagnoza uczyniona wielokrotnie już jakiś czas temu:
Zachęcam P. T. Czytelników do wysyłania protestów i skarg do władz kościelnych, zarówno zakonnych jak też episkopalnych.
Kuria generalna zakonu:
Kuria prowincji polskiej:
Zarząd Polskiej Konferencji Biskupów:
Post scriptum
Widocznie po licznych protestach o. Szustak zamieścił nagranie, w którym
- zaprzecza, że jego publiczne wyrażenie poparcia dla Hołowni jest częścią kampanii wyborczej tego polityka,
- twierdzi, że jego wypowiedź była "błędem" z powodu braku przemyślenia,
- przeprasza, że nie dotrzymał obietnicy nie angażowania się na swoim vlogu w politykę,
- nie odwołuje swojego poparcia ani dla poglądów Hołowni ani dla jego kandydatury,
- pluje na tych, którzy "bez miłości" wyrazili swoje zdanie o tym wystąpieniu.
Tym samym ta wypowiedź jedynie potwierdza, że o. Szustakowi nie zależy ani na wierności nauczaniu Kościoła, ani na zwykłej ludzkiej prawdzie i szczerości, a jedynie o uprawianie manipulacji na własny użytek. I widocznie ma ludzi za idiotów skoro próbuje wmówić, że ów rzekomy "błąd" nie był przemyślany i zaplanowany.
Czy "indultowcy" są nieuczciwi? (z post scriptum)
Jest to jeden z głównych chwytów marketingowych stosowanych przez lefebvrian czyli FSSPX. Chodzi o warunki ustanowienia tzw. mszy indultowych podane zwłaszcza w motu proprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. Jest zrozumiałe, że FSSPX bardzo nie lubi tegoż dokumentu, gdyż odnosi się on z jednej strony do święceń biskupich powziętych przez abp M. Lefebvre'a bez mandatu papieskiego, uznanych w tymże dokumencie za akt schizmatycki, a z drugiej strony daje możliwość ustanowienia miejsc sprawowania liturgii tradycyjnej w ramach regularnych struktur kościelnych, czyli poza quasi monopolem FSSPX. Przyjrzyjmy się słowom tegoż dokumentu w kwestii, o której mówi x. Szydłowski.
Chodzi zwłaszcza o ten fragment (źródło tutaj):
W tłumaczeniu:
"ponadto wszędzie należy poważać nastawienie tych, którzy czują się związani z liturgiczną tradycją łacińską, a to poprzez szerokie i wielkoduszne zastosowanie wydanych już dawniej przez Stolicę Apostolską norm co do używania Mszału Rzymskiego według typicznego wydania z roku 1962"
Wskazany tutaj list Kongregacji Kultu Bożego z 1984 r. skierowany do biskupów podaje następujące warunki (źródło tutaj):
Tutaj x. Szydłowski zupełnie bezkrytycznie cytuje dość tendencyjne tłumaczenie listu z 1984 r. tak jakby nie był w stanie samodzielnie czytać i przetłumaczyć oryginału.
To jest słuszna uwaga, gdyż ten warunek - z pewnymi modyfikacjami - pojawia się zarówno w Summorum Pontificum jak też w Traditionis custodes. Tym bardziej konieczne jest zważanie na jego właściwą treść wraz z kontextem.
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 c...
-
Kwestia dotyczy wprost autonomii Kościoła, w odpowiednim sensie stosunków między Kościołem a państwem. W tej kwestii są dwie zasadnicze p...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i d...




















