Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Niechlujstwo, ignorancja i urojenia, czyli "sex oralny" raz jeszcze (A. Skoczkowski)


Jeden z P. T. Czytelników wskazał mi na kanał o bardzo ambitnej nazwie "Panarion" (w nawiązaniu do słynnego dzieła św. Epifaniusza z Salamis, tak więc człowiek ma bardzo wysokie mniemanie o sobie), prowadzony przez anonimowego człowieka, który podobno nazywa się Adrian Skoczkowski. Chodzi o jego wypowiedź krytyczną odnoszącą się do tez pewnej "influenserki", konkretnie w temacie tzw. sexu oralnego. Nie znam tego człowieka i nic o nim nie wiem. Po zapoznaniu się z jego wystąpieniem muszę niestety stwierdzić, że bardzo wyraźnie nie jest ono dostateczne, a właściwie jest niedostateczne, gdyż zawiera szereg zasadniczych błędów a nawet kłamstw, wykazując przy tym ignorancję, niechlujstwo i zmyślanie. O niechlujstwie świadczy chociażby fakt, że cytując św. Alfonsa nie jest w stanie rozszyfrować skrótów nazwisk, których używa święty: 


A wystarczyłoby zaglądnąć do ostatniego tomu "Theologia moralis", gdzie wszystkie te skróty są wyjaśnione. Wygląda więc na to, że ten człowiek nie zapoznał się rzetelnie ze źródłem, którym się posługuje i które obficie cytuje. Także jego tłumaczenie części podstawowych pojęć łacińskich z teologii moralnej wskazuje na brak ich właściwego zrozumienia, a nawet na ich fałszowanie:


On uporczywie powtarza "naczynie uporządkowane" zamiast "narząd właściwy", "sodomia doskonała" zamiast "sodomia zupełna (całkowita)", "niedoskonałe akty" zamiast "niecałkowite akty", "dług małżeński" zamiast "powinność małżeńska". Widać, że nie ma wiele pojęcia o łacinie, a polega prymitywnie na tłumaczeniu przez maszyny internetowe. 

Zafałszowanie pojęć ma oczywiście konsekwencje dla treści, a ten człowiek porwał się na tłumaczenie z łaciny dość wyraźne nie dysponując wystarczającą wiedzą językową i merytoryczną. Zapał należy oczywiście docenić, jednak potępić należy brak rzetelności i zbytnią pewność swoich umiejętności, co ma fatalne skutki dla całości. 

O wiele ważniejsze, wręcz istotne są fałszywe tezy wypowiadane przez tego człowieka, świadczące już o poważnej ignorancji teologicznej, jak zwłaszcza:


Tak więc Skoczkowski zawęża nauczanie Kościoła do oficjalnych orzeczeń ex cathedra, co jest oczywiście błędne. W Kościele jest tak, że urząd nauczycielski (Magisterium Ecclesiae) w sensie ścisłym swoimi orzeczeniami ingeruje jedynie i dopiero wtedy, gdy dana kwestia jest niejasna bądź pojawiają się poważne błędy zagrażające dobru ogólnemu całego Kościoła bądź jego części. Innymi słowy: oficjalnego orzeczenia Magisterium w kwestii tzw. sexu oralnego nie ma dotychczas dlatego, ponieważ do niedawna, dokładnie mniej więcej do Vaticanum II sprawa była oczywista i nie wymagająca ingerencji Stolicy Apostolskiej, gdyż powszechnie w Kościele przestrzegano nauczania św. Tomasza z Akwinu oraz św. Alfonsa Liguori. Równocześnie kanonizacja tego ostatniego, a zwłaszcza ogłoszenie go przez papieża Doktorem Kościoła (przez Piusa IX w 1871 r.) oraz patronem teologów moralnych (przez Piusa XII w 195o r.) jest wyraźnym i jednoznacznym poparciem nauczania tegoż i postawieniem go za wzór. Tym samym nauczanie św. Alfonsa nie jest jednym z możliwych głosów we wielości opinii teologicznych, lecz wedle decyzji Magisterium Kościoła jest nauczaniem wzorcowym i materialnie nieomylnym, choć nie zostało formalnie zdefiniowane dogmatycznie. Każdy absolwent teologii katolickiej powinien wiedzieć, że nieomylne są nie tylko uroczyste definicje dogmatyczne, lecz tę rangę materialnie ma każde nauczanie powszechne i stałe, a do tego z całą pewnością należy nauczanie św. Alfonsa w kwestii tzw. sexu oralnego czy ogólniej sodomii. 

Następnie Skoczkowski przytacza we własnym tłumaczeniu (dość ułomnym, chyba zerżniętym z google translator czy z czegoś podobnego) kilka fragmentów pochodzących z "Theologia moralis" św. Alfonsa (zresztą nie wypowiadając nawet jego nazwiska prawidłowo). Sprawdzenie ich w oryginale jest dość trudne, ponieważ on nie podaje miejsca tych rzekomych cytatów w oryginale. Jednak z całą pewnością ten człowiek popełnia kilka przekłamań (mam nadzieję, że nieświadomie), gdyż jego "tłumaczenia" mają we wielu miejscach niewiele wspólnego z oryginałem. 

Skoczkowski odnosi się wyłącznie do tomu VI, traktat VI, rozdział 2, od numeru 915, z zupełnym pominięciem wcześniejszego wykładu z tomu III (o przykazaniu VI, od numeru 464), do którego sam św. Alfons odsyła. Jest to poważny błąd metodologiczny i hermeneutyczny, gdyż w tomie III święty dokonuje wykładu systematycznego, czyli fundamentalnego i zasadniczego dla zrozumienia także niniejszej kwestii. Nie będę szczegółowo przedstawiał i analizował wypowiedzi Steczkowskiego, gdyż są one chaotyczne, niechlujne, w istotnych częściach wręcz fałszywe i budujące skrajnie fałszywą narrację, jak chociażby umieszczanie nauczania św. Alfonsa po stronie tzw. rygoryzmu. Fałszywe jest przedstawianie przez Skoczkowskiego także treści podręcznika jezuity Hieronima Noldin'a, na który zresztą wskazywałem w poprzednich wpisach w temacie. Przedstawię natomiast właściwe, faktycznie podawane przez tychże teologów treści, gdyż wystarczająco przeczą one prezentacji Skoczkowskiego. Wygląda na to, że Skoczkowski wprawdzie czyta, lecz niechlujnie, i następnie na podstawie takiej wypaczonej lektury formułuje swoją teoryjkę ogólną, która jest oczywiście urojeniem, czyli fałszywa i do odrzucenia. 

Tą główną teoryjką - oprócz rzekomo braku nauczania Kościoła w tej kwestii - jest twierdzenie, jakoby
- św. Alfons reprezentował jedynie prywatne czyli niewiążące stanowisko teologiczne
- to stanowisko reprezentowało nurt rygorystyczny pośród teologów moralnych
- nie było zgody w tej kwestii pośród katolickich teologów moralnych
- z czasem następowało odejście od "rygoryzmu" św. Alfonsa, czego przykładem ma być pogląd jezuity H. Noldin'a.

Wszystkie te tezy są FAŁSZYWE. Oto dowody:

W tomie III, ks. 4, traktat 4, rozdział 2 (nr 464-466) św. Alfons omawia kwestię: "jakie są rodzaje lubieżności spełnionej przeciwnej naturze?". Wymienia następujące rodzaje:
1. przy różnicy płci i przez narządy właściwe, lecz w sposób niewłaściwy, powodujący niebezpieczeństwo dla nasienia złożonego w łonie
2. spowodowanie wypływu nasienia poza łonem
3. sodomia niepełna (imperfecta), czyli spółkowanie między osobami różnej płci poza narządem właściwym do prokreacji
4. sodomia pełna (perfecta), czyli spółkowanie między osobami tej samej płci, oczywiście poza narządem właściwym do prokreacji. 

Następnie św. Alfons podaje, że sodomia polega na spółkowaniu poza właściwym narządem, zarówno w przypadku osób różnej płci jak też tej samej płci. Różnice między teologami dotyczą jedynie określenia pojęcia sodomii, tzn. czy istotą tego pojęcia jest niewłaściwość narządu, czy niewłaściwość płci. Wszyscy teologowie są więc zgodni co do tego, że spółkowanie narządem niewłaściwym do prokreacji jest grzeszne. 

W tomie VI, ks. 6. traktat 6, rozdz. 2 "o używaniu małżeństwa" św. Alfons mówi między innymi o niewłaściwych sposobie współżycia (nr 915-916). 

Najpierw zauważa, że spółkowanie poza narządem właściwym dla prokreacji jest nazywane przez jednych teologów "prawdziwą sodomią" (vera sodomia), zaś przez innych "grzechem ciężkim przeciw naturze" (grave peccatum contra naturam). Taki akt, o ile wykluczone jest wylanie nasienia poza łonem żony, jest uważane przez niektórych teologów za grzech lekki, aczkolwiek za godny potępienia. 

Doktor Kościoła omawia wprost kwestię: "czy mąż grzeszy śmiertelnie (peccet mortaliter) zaczynając kopulację w narządzie niewłaściwym, by potem ją dokończyć w narządzie właściwym?". Jak zwraca uwagę, niektórzy teologowie odpowiadają na to pytanie negatywnie, o ile w takim akcie nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia poza łonem. Uzasadnieniem jest tutaj, iż dotyk narządów płciowych między małżonkami nie jest niedozwolony pod grzechem ciężkim. Według św. Alfonsa jednak powszechna i prawdziwsza jest opinia innych teologów, według których taki akt jest prawdziwą sodomią, aczkolwiek niepełną. 

Następną kwestią jest: "czy grzechem ciężkim jest pocieranie męskiego narządu płciowego męża w okolicy przedniego narządu żony?". Jak podaje św. Alfons, niektórzy teologowie odpowiadają negatywnie, gdyż dotykanie warg narządu przedniego (os vasis praeposteri) żony nie jest ukierunkowane na spółkowanie sodomickie. Jednak prawdziwsza jest opinia innych teologów, gdyż taki dotyk zwykle nie może się odbyć bez pożądania sodomickiego, czyli upodobania w takiej przyjemności. 

Jak widać, w żaden sposób spółkowanie sodomickie - czyli narządem niewłaściwym do prokreacji - nie jest uznawane za bezgrzeszne. Różnice zdań między teologami dotyczą wyłącznie definicji pojęcia sodomii oraz ciężaru grzechu pod pewnymi warunkami. Zaś św. Alfons opowiada się za opinią większości teologów, nigdy nie forsując swojej. 

Podobnie rzecz się ma z podręcznikiem jezuity x. Hieronima Noldin'a: nie ma w nim NIC, co by stanowiło choćby cień uznania "sexu oralnego" za bezgrzeszny. Wręcz przeciwnie. 

X. Noldin, którego z całą pewnością nie można zaliczyć do rygorystów moralnych, poświęca w swojej Summa Theologiae moralis specjalny tomik tematyce VI przykazania oraz małżeństwa. 

Według niego sodomia jest jednym z grzechów przeciw pierwszemu i istotnemu celowi małżeństwa jakim jest prokreacja. Zgodnie z definicją podaną przez św. Alfonsa, sodomią niepełną (imperfecta) jest penetracja przez męża narządu żony niewłaściwego dla prokreacji. Jest to zawsze grzech ciężki, jeśli odbywa się za zgodą obydwojga małżonków. Także pozytywne współdziałanie w sodomii nie jest nigdy dozwolone. Z poważnej przyczyny (jak jedność małżeństwa, pokój w rodzinie) wolno jest żonie nie opierać się takiemu aktowi ze strony męża, ale po następującymi warunkami:
- przyzwolenie jest konieczne dla ochrony przed większym złem
- żona nie zgadza się wewnętrznie na przyjemność płynącą z takiego aktu.

Noldin zaznacza, że nieuporządkowane czy wręcz obrzydliwe akty intymne małżonków, które same w sobie nie są przeciwne naturze aktu małżeńskiego czyli prokreacji, nie muszą być grzechem ciężkim. Gdy nie zachodzi pożądanie sodomickie, to nie są grzechem ciężkim następujące przypadki:
- zaczęcie spółkowania w narządzie niewłaściwym do prokreacji z zamiarem dokonania w narządzie właściwym
- dotykanie narządem płciowym męża niewłaściwego dla prokreacji narządu żony, o ile nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia poza łonem. 

Są to więc zasady identyczne z tym podanymi przez św. Alfonsa: spółkowanie narządem niewłaściwym do prokreacji jest zawsze grzechem, także wtedy, gdy odbywa się jako wstęp do właściwego spółkowania, choć pod pewnymi warunkami nie jest grzechem ciężkim. Jedynie poddanie się z poważnych przyczyn aktowi sodomickiemu ze strony męża nie jest grzeszne, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. 

Porównanie tych danych z niechlujnym gadaniem Skoczkowskiego prowadzi nieuchronnie do pytania, jak on może aż tak bezczelnie kłamać. Nie umie czytać? Nie chciało mu się uważnie i rzetelnie czytać? A może jednak ma on zamiar oszukiwać katolików na doraźny użytek? Może kiedyś zbliżymy się do odpowiedzi na te pytania. 

Macanie słonia czyli oSzustakowych oszustw ciąg dalszy

 

Skrajnie modernistyczny dominikanin Adam Szustak, o którym była tutaj mowa już wiele razy, zaskoczyć mógłby jedynie wtedy, gdyby się nawrócił na wiarę katolicką, na co jednak póki co niestety nie wygląda. Tymczasem więc pozostaje demaskowanie i prostowanie bzdetów, które on sprzedaje, a dziwić by się należało, że są jeszcze ludzie, którzy nie dostrzegli, co on sobą prezentuje. 

Otóż ostatnio, w typowej dla siebie mieszance ignorancji, fałszu i buty, próbował po raz kolejny przekonać ludzi do swojego uwielbienia dla Franciszka, zwłaszcza do obłudnego dokumentu "Amoris laetitia" w temacie dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do sakramentów. 

Zacznę od spraw szczegółowych, ale symptomatycznych. 

Na wstępie oSzustak popisuje się rzekomą bystrością w czytaniu Pisma św., twierdząc:


Nie wiem, czy on zdaje sobie sprawę z tego, że właściwie każdy jest w stanie sprawdzić te słowa chociażby nawet w tłumaczeniu polskim, są one następujące w wydaniu tzw. Biblii Tysiąclecia (Wj 20,1-17):

Inaczej i akurat językowo i teologicznie prawidłowo tłumaczy nowsza tzw. Biblia Warszawska biskupa Romaniuka:

Należy mieć na uwadze, że według teologii katolickiej natchniony jest jedynie text oryginalny (stąd konieczność opanowania języków biblijnych, a przynajmniej łaciny, w ramach studiów teologii, co jest obecnie haniebnie zaniedbywane i tak produkuje się tabuny "teologów" pokroju oSzustaka, Mikołaja Kapusty itp.), a nie tłumaczenia, choćby były najwierniejsze. 

Otóż problem polega na tym, że język oryginalny czyli hebrajski nie ma czasu przyszłego, lecz jedynie czas dokonany i niedokonany. Na tyle pojęcia o tym języku biblijnym powinien mieć każdy absolwent teologii, także oSzustak. Hebrajski czas niedokonany może być - w zależności od kontextu - tłumaczony jako czas przyszły, jednak kontext Dekalogu bynajmniej tego nie wymaga i tak właśnie oddaje treść to drugie tłumaczenie. Tym samym upada wstępna teza oSzustaka, na której opiera on swoją teoryjkę co do słuszności "Amoris laetitia", jakoby Dekalog niczego nie nakazywał ani nie zakazywał. 

W tych pokrętnych wywodach centralny jest moment następujący, ukazujący rdzeń myślenia oSzustaka:


Chodzi tutaj o słynną "przypowieść" indyjską, używaną zwykle dla zilustrowania relatywizmu religijnego. Według jej oryginalnej wersji hinduskiej (więcej tutaj) chodzi o ślepców, którzy dotykają różnych części słonia: 


Ślepcy badający słonia oznaczają ludzi, którzy spierają się o prawdziwego Boga czy prawdziwą religię. Dopiero mędrzec musi ich pouczyć, że każdy z nich ma rację, choć właściwe żaden nie ma racji. Tak więc według oSzustaka Kościół jest ślepy i poznaje jedynie fragmenty prawdy. Do tej swojej teoryjki używa słów Pana Jezusa z Ewangelii św. Jana 16,13, oczywiście opacznie, gdyż te słowa odnoszą się w sposób oczywisty do zesłania Ducha Świętego na Apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. Według nauczania Kościoła prawda objawiona Apostołom jest trwale aktualna i niezmienna, zarazem pełna. Innymi słowy: według wiary katolickiej Boże Objawienie zakończyło się wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów czyli św. Jana. Skoro więc oSzustak twierdzi, że po tym Objawieniu następuje jeszcze inne "macanie słonia", to jest heretykiem, a nawet apostatą, gdyż odrzuca prawdę o zupełności biblijnego Objawienia wspólną wszystkim chrześcijanom. Otóż istotna i zasadnicza różnica między chrześcijaństwem a innymi religiami polega na tym, że chrześcijaństwo nie jest ślepym szukaniem prawdy i dotykaniem jakiegoś jej fragmentu, lecz sam Bóg objawił samego Siebie w Swoim Synu, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Kto twierdzi inaczej, ten neguje, że w Jezusie Chrystusie jest nam dane ostateczne Boże Objawienie, i tym samym nie jest chrześcijaninem. 

Na koniec warto zwrócić uwagę, że oSzustak nie ma nawet szacunku dla miejsca świętego, bo nie waha się użyć słowa uważanego powszechnie za wulgarne: 

No cóż, taki to jest poziom moralny, kulturalny i religijny tego człowieka. 

Na koniec jeszcze uwagi ogólniejsze. Co jest kluczowym problemem z "Amoris laetitia" i też w myśleniu oSzustaka? Otóż pod pozorem pasterskiej troski o katolików, którzy nieszczęśliwie popadli w rozpad sakramentalnego małżeństwa i nowe związki, kryją się następujące perfidne zamiary:

- demontaż katolickiej dyscypliny sakramentalnej, skoro praktycznie każdy duszpasterz - jak to przedstawia oSzustak - ma prawo decydować o dopuszczeniu osób żyjących w związkach ponownych niesakramentalnych

- upodobnienie Kościoła pod względem etyki małżeńskiej do schizmatyków wschodnich i heretyków protestanckich, a to przez faktyczne uznanie świeckiej instytucji rozwodu. 

OSzustak, zresztą jak wszyscy wyznawcy "Amoris laetitia", nie odróżnia między porządkiem prawnym, który musi się odnosić do wszystkich i do każdego, a opieką duszpasterską, której przynajmniej część ma charakter osobisty i w pewnym sensie indywidualny. Oczywiście rozwiązaniem nie może być porzucenie porządku prawnego czyli dyscypliny sakramentów. Tak samo grzechem przeciw miłości bliźniego jest porzucenie osobistej i indywidualnej troski duszpasterskiej. 

OSzustak wydaje się też zapominać o pedagogicznej funkcji prawa. Jeśli by Kościół, ostatni bastion oporu przeciw niszczeniu instytucji małżeństwa i rodziny, zaprzestał wyrazistego stania na straży jedności i trwałości małżeństwa, i to swoim ustroju dyscyplinarno-sakramentalnego, to  by się sprzeniewierzył Ewangelii i samemu Jezusowi Chrystusowi. 

Tego nie są w stanie przykryć czy zakłamać obłudne bełkoty o "towarzyszeniu". Kościół nie został założony do towarzyszenia (od tego są towarzysze, zresztą obłudni). Misją Kościoła jest prowadzenie dusz do zbawienia, a drogą jest Ewangelia Chrystusowa, nie trendy współczesne i mody. 

Kościół nie jest ślepy i nie może być ślepy, ponieważ otrzymał prawdę i to - wbrew temu, co bredzi oSzustak - całą prawdę także w kwestii nierozerwalności sakramentalnego małżeństwa. Przy całym współczuciu dla losu tych, którzy zostali niewinnie opuszczeni i zdradzeni przez współmałżonka (aczkolwiek jakaś część winy jest zwykle po obydwu stronach), Kościół nie może zdradzić tej prawdy. Nie tylko dlatego, że pochodzi ona od samego Boga, lecz także dlatego, że dotyczy dobra społeczeństw, narodów i całej ludzkości. Nawet jeśli dana osoba byłaby całkowicie niewinnie opuszczona i zdradzona, to jednak zerwanie małżeńskiego ma tak poważne konsekwencje społeczne i też indywidualne, że nie może być uznane przez Kościół, jak tego chcą wyznawcy "Amoris laetitia". Wiadomo, że ograniczenia sakramentalno-dyscyplinarne są bolesne szczególnie dla osób skądinąd religijnych i szczerze wierzących. Duszpasterze i też świeccy powinni oczywiście okazywać zdrowe zrozumienie i współczucie. Jednak rozwiązaniem z całą pewnością nie jest lekceważenie czy omijanie odwiecznej dyscypliny Kościoła. 

Kto jest autorem "Dzienniczka"?


Jest sporo poszlak wskazujących na to, że to x. Michał Sopoćko jest właściwym autorem "Dzienniczka" s. Faustyny:

Po pierwsze, wystarczy porównać styl "Dzienniczka" ze stylem pism Sopoćki: jest właściwie identyczny. Tego nie można wyjaśnić inaczej jak tylko wspólnym autorstwem. 

Po drugie, osoba, która skończyła tylko 2 klasy szkoły powszechnej, nie mogła być w stanie pisać tak jak w "Dzienniczku", ani językowo ani graficznie, czyli bardzo elegancki, wyrobionym pismem. Osoba, która całe swoje życie, także zakonne, spędza w kuchni, przy sprzątaniu i w ogrodzie, nie może mieć takiego charakteru pisma. Nie przypadkowo oni nikomu nie pokazują a całości oryginału "Dzienniczka" ani innych pism autorstwa rzekomo s. Faustyny.

Po trzecie, rzekoma pierwsza wersja "Dzienniczka" została spalona, gdy x. Sopoćko bawił na kilkumiesięcznej podróży po Europie. Zapewne chodziło o to, że podczas jego nieobecności sama Faustyna nie była w stanie nic pisać, więc trzeba było zakryć tę lukę przez spalenie.

Po czwarte, nawet w tekście "koroneczki" jest istotna różnica między wersją opublikowaną przez x. Sopoćkę, a wersją opublikowaną przez x. Andrasza. Tak więc któryś z nich musiał oszukiwać (albo obydwaj). Więcej tutaj:
https://teologkatolicki.blogspot.com/.../koronka-s... 

Wygląda więc na to, że po pierwsze x. Sopoćko dyktował "Dzienniczek" osobie piszącej go, a po drugie tą osobą nie mogła być s. Faustyna. 

Czy List św. Jakuba uzasadnia herezję miłosierdzizmu?



Zwolennicy herezji miłosierdzizmu powołują się na słowa w Liście św. Jakuba, zresztą fałszywie cytowane w ślad za protagonistą herezji, którym jest x. Michał Sopoćko. Chodzi o następujący fragment, który wraz z kontextem brzmi następująco (Jk 2, 1-22):

Bracia moi, nie czyńcie różnicy między osobami przy wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa, naszego Pana chwały.

Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie,

A wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego,

To czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują?

Posłuchajcie, bracia moi umiłowani! Czyż to nie Bóg wybrał ubogich w oczach świata, aby byli bogatymi w wierze i dziedzicami Królestwa, obiecanego tym, którzy go miłują?

Wy zaś wzgardziliście ubogim. Czyż nie bogacze ciemiężą was i nie oni ciągną was do sądów?

Czy to nie oni zniesławiają zacne dobre imię, które zostało nad wami wezwane?

Jeśli jednak wypełniacie zgodnie z Pismem królewskie przykazanie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie.

Lecz jeśli czynicie różnicę między osobami, popełniacie grzech i jesteście uznani przez zakon za przestępców.

Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego.

Bo Ten, który powiedział: Nie cudzołóż, powiedział też: Nie zabijaj; jeżeli więc nie cudzołożysz, ale zabijasz, jesteś przestępcą zakonu.

Tak mówcie i czyńcie, jak ci, którzy mają być sądzeni przez zakon wolności.

Bowiem sąd niemiłosierny temu, który nie uczynił zmiłowania, i zmiłowanie triumfuje nad sądem.

Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić?

Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba,

A ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże?

Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie.

Lecz powie ktoś: Ty masz wiarę, a ja mam uczynki; pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, a ja ci pokażę wiarę z uczynków moich.

Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą.

Chcesz przeto poznać, nędzny człowieku, że wiara bez uczynków jest martwa?

Czyż Abraham, praojciec nasz, nie został usprawiedliwiony z uczynków, gdy ofiarował na ołtarzu Izaaka, syna swego?

Widzisz, że wiara współdziałała z uczynkami jego i że przez uczynki stała się doskonała.


Jak widać, ani w kontekście ani w samym wersecie 13 (tutaj podkreślonym) wcale nie ma mowy o Bożym miłosierdziu, lecz o ludzkich uczynkach, konkretnie o traktowaniu ubogich. Nie ma też wcale mowy o wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością. Jest mowa jedynie o wyższości miłosierdzia nad sądem. Co to znaczy?

Exegeci są zgodni co do tego, że werset 13 składa się z dwóch sentencyj mądrościowych czyli przysłów, które mają paralele w ówczesnych pismach żydowskich (więcej tutaj). Pierwsza sentencja jest dość oczywista i oznacza zasadę "ząb za ząb". Druga natomiast wymaga interpretacji w kontekście. Otóż mowa o sądzie czyli sądzeniu lecz w poprzedzających wersetach 4 i 12:

και ου διεκριθητε εν εαυτοις και εγενεσθε κριται διαλογισμων πονηρων

czyli: czyż nie rozsądzacie sami sobie i staliście się sędziami złych myśli?

ουτως λαλειτε και ουτως ποιειτε ως δια νομου ελευθεριας μελλοντες κρινεσθαι


czyli: tak mówcie i tak czyńcie, jak macie być sądzeni przez prawo wolności

Nie trudno tutaj zauważyć przeciwstawienia z jednej strony sądzenia ludzkiego, czyli według kryterium pospolitych ludzkich jak większe poważanie dla zamożnych niż dla ubogich, zaś z drugiej sądzenia przez Boga według "prawa wolności" czyli Ewangelii Chrystusowej. To drugie sądzenie, które nie zważa na pospolite względy ludzkie, lecz kieruje się Chrystusowym stosunkiem do każdego człowieka, ma być normą i zasadą dla chrześcijanina. Do tego napomina św. Jakub. 

Innymi słowy: tutaj chodzi o miłosierdzie Jezusowe w przeciwstawieniu do sądzenia pospolitego ludzkiego, które bardziej poważa zamożnych niż ubogich. To właśnie jest zgodne z szerszym kontextem Nowego Testamentu czyli z nauczaniem Jezusa Chrystusa (Mt 5,7; 18,29.34; 25,45n). 

Tak więc: powoływanie się na List św. Jakuba dla uzasadnienia twierdzenia o wyższości miłosierdzia Boga nad sprawiedliwością Boga jest niczym innym jak perfidnych oszukiwaniem ludzi, obliczonym widocznie na niezdolność do czytania textów biblijnych. 

Czy faustyno-sopoćkizm można obronić?


Wygląda na to, że powoli budzi się krytyczna refleksja co do kultu tzw. miłosierdzia Bożego oraz ideologii x. Michała Sopoćki, który jest jego protagonistą i promotorem. Szczegółowe kwestie już poruszałem wielokrotnie (łatwo je tutaj znaleźć pod etykietami "koronka do miłosierdzia Bożego", Faustyna, Sopoćko). Czas na zbiorowe potraktowanie głównych argumentów zwolenników tegoż kultu. 


1. Objawienia s. Faustyny należą do kategorii objawień prywatnych, które Kościół uznał. 

Jak to zwykle bywa w tego typu postępowaniu, mamy tutaj pomieszanie prawdy i fałszu. Rzeczywiście tego typu fenomeny są zaliczane do objawień prywatnych. Do tej kategorii zostały zaliczone (rzekome) przeżycia s. Faustyny Kowalskiej zapisane w "Dzienniczku" przypisywanym jej autorstwu. Taka jest obecna oficjalna wersja. 

Pomija się jednak zwykle fakt, że Kościół pierwotnie zakazał rozpowszechniania "Dzienniczka" oraz kultu z nim związanego, a jeśli się o tym wspomina to wraz z kłamliwymi perswazjami co do kontextu i powodów zakazu. 

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że nigdy w historii Kościoła nie było przypadku, by zakazane czyli de facto potępione przez Stolicę Apostolską objawienie prywatne czy nabożeństwo zostało następnie nie tylko uznane lecz wręcz wypromowane i praktycznie narzucone. Nie jest też przypadkiem, że to odwrócenie wiąże się zarówno czasowo jak też treściowo z okresem przewrotu wewnątrzkościelnego, który nastąpił w latach 60-ych XX wieku. Kłamstwem jest więc powiedzenie, jakoby Kościół uznał rzekome objawienia s. Faustyny za "godne wiary". Któż bowiem wydał dekrety zakazujące ten kult jeśli nie Kościół? Czyżby Kościół zaczął się dopiero wraz z kardynałem Wojtyłą czyli późniejszym Janem Pawłem II? Czy jest możliwe, by Kościół całkowicie zmienił swoje zdanie w ocenie jakiegoś objawienia prywatnego? 

Ten problem oczywiście dostrzegają zwolennicy tego kultu i dlatego właśnie usiłują podważyć wydane przez Stolicę Apostolską negatywną ocenę tegoż kultu. Czynią to za pomocą argumentu, iż Stolica Apostolska opierała się na dostarczonym jej niedokładnym tłumaczeniu "Dzienniczka". Ten argument jest ewidentnie kłamliwy, gdyż

- nie jest dostępna wersja tegoż tłumaczenia, tym samym nie ma możliwości porównania go zarówno z oryginałem jak też z obecną oficjalną, opublikowaną wersją "Dzienniczka"

- nie ma nawet konkretnego wskazania, które fragmenty zostały niewłaściwie przetłumaczone

- nie są dostępne dokumenty archiwalne co do powodów negatywnej oceny. 

Innymi słowy: Ów argument ma wartość jedynie kłamliwego mitu, bez żadnych dowodów źródłowych. Za jego kłamliwością przemawiają takie fakty jak:

- nie ma dostępu do odnośnych dokumentów

- brak uzasadnienia, jak mogło dojść do dostarczenia Stolicy Apostolskiej wadliwego tłumaczenia, co oznaczałoby nic innego jak zafałszowanie dokumentu czyli popełnienie oszustwa

- brak wytłumaczenia, dlaczego wówczas czyli przez dziesięciolecia ani nikt z urzędników Kurii Rzymskiej władający językiem polskim ani nikt z Episkopatu Polski nie zauważył, że problem z "Dzienniczkiem" jest wyłącznie natury językowej, a nie teologicznej.


2. Kościół uznał objawienia s. Faustyny za godne wiary

Nie ma takiego oficjalnego orzeczenia. Takie twierdzenie jest kłamstwem. Pozytywne orzeczenie Kościoła w wypadku objawień prywatnych odnosi się wyłącznie do tego, że nie zawierają one nic, co by było sprzeczne z nauczaniem wiary katolickiej i obyczajów. Nie jest to orzeczenie o wiarygodności. Pozytywne orzeczenie oznacza jedynie, że wolno przyjąć autentyczność czyli nadprzyrodzoność (czyli boskie pochodzenie), lecz nie ma takiego obowiązku. Ponadto w przypadku przeżyć podawanych w "Dzienniczku" s. Faustyny mamy po pierwsze negatywne stanowisko Kościoła obowiązujące do roku 1978, a po drugie ogłoszenie jego nieaktualności w 1978 roku nigdy nie zostało oficjalnie wyjaśnione, czyli powody zarówno jego wydania jak wycofania nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości, co jest sprzeczne z zasadami Magisterium Kościoła. W każdym razie treść "Dzienniczka" s. Faustyny nigdy nie została ogłoszona za godną wiary. 


3. Kanonizacja s. Faustyny w 2000 r. oznacza oficjalnie uznanie jej życia i przesłania

To zdanie samo w sobie jest fałszywe. Należy odróżnić zakres czyli przedmiot procesu beatyfikacji i kanonizacji od pastoralnego znaczenia tych aktów. Przedmiotem kanonicznych procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jest w przypadku wyznawców heroiczność cnót teologalnych (wiary, nadziei, miłości). Oczywiście materiałem badawczym jest życie danej osoby, czyli konkretnie świadectwa o jej życiu, to znaczy postawie moralnej i religijnej, czynach i działalności. Przedmiotem badania nie jest nadprzyrodzoność nadzwyczajnych przeżyć danej osoby, lecz jej postawa wobec nich. Nie można więc twierdzić, jakoby z heroiczności postawy wobec rzekomych objawień prywatnych wynikała ich nadprzyrodzoność. To są po prostu dwie osobne sprawy, nawet jeśli ich związek jest oczywisty. Innymi słowy: świętość człowieka sprawdza się wobec zarówno przeżyć pochodzących od Boga jak też wobec pochodzących od szatana czy też z własnej fantazji. Jedynie świadome i zamierzone oszukiwanie jednoznacznie świadczy przeciw cnotliwości. W przypadku s. Faustyny na podstawie zarówno "Dzienniczka" jak też jej listów nasuwają się poważne wątpliwości a nawet zastrzeżenia co do jej heroiczności cnót. Tego nie jest w stanie zmienić nawet kanonizacja, zwłaszcza przeprowadzona niezgodnie z tradycyjnymi regułami Kościoła. Tym bardziej z dokonania kanonizacji nie wynika teologiczna prawość czy wolność "Dzienniczka" od błędów. Wszak mamy cały szereg nawet niezaprzeczalnie świętych i Doktorów Kościoła, o których dość łatwo można znaleźć błędy czy przynajmniej niedoskonałości teologiczne (np. św. Tomasz z Akwinu opowiadał się przeciw wolności Matki Bożej od grzechu pierworodnego).


Podsumowując:

Cała sprawa s. Faustyny, a właściwie x. Sopoćki od początku aż do dziś potężnie śmierdzi kłamstwami i oszustwami. To nie mogą być i nie są znamiona zgodne z wiarą Kościoła czy choćby z najprostszymi regułami rozróżniania duchów znanymi w całym Kościele od wieków. Tego stanu rzeczy nie może usunąć odgórne zarządzenie władz kościelnych nawet pod pozorem kanonizacji i szerokiego rozpowszechnienia tego kultu, zresztą bardzo nachalnie i sprytnie forsowanego. Sprzymierzeńcem i okolicznością wspierającą to forsowanie jest prosty mechanizm psychologiczny: każdy człowiek świadomy swych grzechów oraz ich zgubnych skutków w postaci zasłużonej kary chce miłosierdzia w znaczeniu pobłażliwości dla grzechów oraz możliwości uniknięcia kary. To jest tajemnica powodzenia tego zakłamanego kultu. Zaś jego skutki są fatalne i dość oczywiste: poczucie bezkarności i swawola połączona z przeświadczeniem o prawie do bezkarności czyli licencji na dalsze grzeszne życie bez ograniczeń, skoro odmówienie "koroneczki" i kult fałszywego obrazu (gdyż obraz łagiewnicki, która powszechnie uważany jest za autentyczny, nie podobał się nawet x. Sopoćce, a s. Faustyna nigdy go nawet nie widziała, gdyż został namalowany wiele lat po jej śmierci) daje gwarancję uniknięcia piekła, i to bez żalu za grzechu i autentycznego szczerego nawrócenia wraz z poprawą życia. 

Talmudyczne pochodzenie herezji miłosierdzizmu


Regularnie słyszy się o rzekomej wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością. Ma to oczywiście związek z kultem tzw. miłosierdzia Bożego według nauczania x. Michała Sopoćki oraz jego narzędzia, jakim była s. Faustyna Kowalska. 

Na poparcie tej tezy nie ma żadnych podstaw ani w Piśmie św. ani w Tradycji Kościoła. Jest natomiast podstawa w Talmudzie, a można ją znaleźć chociażby w księdze Szulchan Arun, która jest jakby katechizmem talmudycznym, a dokładniej w jego skróconej wersji Kicur Szalchan Arun, autorstwa węgierskiego rabina Szlomo Ganzfried'a. Czytamy w niej pod numerem 100, akapit 9:

W angielskim tłumaczeniu:

W symbolice talmudycznej prawa ręka oznacza miłosierdzie, zaś lewa sprawiedliwość. 

Teza o wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością jest oczywiście heretycka i bluźniercza, ponieważ wprowadza sprzeczność w pojęciu Boga. Według teologii katolickiej - opartej na Piśmie św. - wszystkie przymioty Boga są w Nim jednością, ponieważ Bóg jest Bytem najprostszym i zarazem jedynym doskonałym, gdyż nieskończonym. 

Czy o. Szustak ma prawo promować S. Hołownię? (z Post scriptum)



Zwrócono mi uwagę na wystąpienie o. Szustaka, w którym deklaruje publicznie (od 3:35), że będzie głosował na Szymona Hołownię i to w kontekście faktu, że dotychczas nigdy nie brał udziału w wyborach, ponieważ "nie ma na kogo głosować".

Wypowiedź ta jest wyjątkowo skandaliczna z wielu względów:

1. O. Szustak zaznacza, że jest to jego "prywatna opinia". Jest tutaj oczywiście sprzeczność, świadcząca dobitnie o obłudzie. Gdyby to miała być opinia prywatna, to by jej nie wyrażał publicznie za pomocą popularnego kanału.

2. Obłudę potęguje zarzekanie się, że nie ma to być zachęta do takiego właśnie głosowania. Wiadomo przecież, że wypowiedzi o. Szustaka mają znaczny zasięg i że jest on dla wielu młodych naiwnych "autorytetem", nawet w znaczeniu swoistego "guru". Wykorzystywanie tej swojej pozycji - wypracowanej na tematyce wiary i Kościoły - do celów kampanii politycznej i to akurat na rzecz kandydata nie kryjącego swoich poglądów antykatolickich i antypolskich jest szczególnie perfidne.

3. Publicznie deklarowanie poparcia dla S. Hołowni oznacza popieranie tegoż poglądów, które we wielu sprawach są ewidentnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła.

4. Wyrażanie tego poparcia w kontekście nauczania wiary katolickiej - a do tego pretenduje o. Szustak wypowiadając się jako zakonnik Kościoła katolickiego - jest kolejnym oszukiwaniem publiczności przez tegoż dominikanina.

5. Odwieczną zasadą Kościoła jest zachowywanie właściwego dystansu wobec frakcyj politycznych i też poszczególnych polityków, ponieważ Kościół zwraca się do wszystkich ludzi w nauczaniu zasad moralnych i prawa Bożego. Dlatego właśnie niebywałe i sprzeczne z zasadami Kościoła jest publiczne wyrażenie poparcia dla konkretnego kandydata w wyborach, tym bardziej że poglądy kandydata są dalekie od nauczania Kościoła.

Tym samym potwierdzona zostaje diagnoza uczyniona wielokrotnie już jakiś czas temu:







Zachęcam P. T. Czytelników do wysyłania protestów i skarg do władz kościelnych, zarówno zakonnych jak też episkopalnych.

Kuria generalna zakonu:

secretarius@curia.op.org

s.eurcent@curia.op.org


Kuria prowincji polskiej:

sekretariat@dominikanie.pl


Zarząd Polskiej Konferencji Biskupów:







Post scriptum

Widocznie po licznych protestach o. Szustak zamieścił nagranie, w którym 

- zaprzecza, że jego publiczne wyrażenie poparcia dla Hołowni jest częścią kampanii wyborczej tego polityka,

- twierdzi, że jego wypowiedź była "błędem" z powodu braku przemyślenia,

- przeprasza, że nie dotrzymał obietnicy nie angażowania się na swoim vlogu w politykę,

- nie odwołuje swojego poparcia ani dla poglądów Hołowni ani dla jego kandydatury,

- pluje na tych, którzy "bez miłości" wyrazili swoje zdanie o tym wystąpieniu.

Tym samym ta wypowiedź jedynie potwierdza, że o. Szustakowi nie zależy ani na wierności nauczaniu Kościoła, ani na zwykłej ludzkiej prawdzie i szczerości, a jedynie o uprawianie manipulacji na własny użytek. I widocznie ma ludzi za idiotów skoro próbuje wmówić, że ów rzekomy "błąd" nie był przemyślany i zaplanowany.



Czy "indultowcy" są nieuczciwi? (z post scriptum)


Jest to jeden z głównych chwytów marketingowych stosowanych przez lefebvrian czyli FSSPX. Chodzi o warunki ustanowienia tzw. mszy indultowych podane zwłaszcza w motu proprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. Jest zrozumiałe, że FSSPX bardzo nie lubi tegoż dokumentu, gdyż odnosi się on z jednej strony do święceń biskupich powziętych przez abp M. Lefebvre'a bez mandatu papieskiego, uznanych w tymże dokumencie za akt schizmatycki, a z drugiej strony daje możliwość ustanowienia miejsc sprawowania liturgii tradycyjnej w ramach regularnych struktur kościelnych, czyli poza quasi monopolem FSSPX. Przyjrzyjmy się słowom tegoż dokumentu w kwestii, o której mówi x. Szydłowski.

Chodzi zwłaszcza o ten fragment (źródło tutaj):


W tłumaczeniu:

"ponadto wszędzie należy poważać nastawienie tych, którzy czują się związani z liturgiczną tradycją łacińską, a to poprzez szerokie i wielkoduszne zastosowanie wydanych już dawniej przez Stolicę Apostolską norm co do używania Mszału Rzymskiego według typicznego wydania z roku 1962"

Wskazany tutaj list Kongregacji Kultu Bożego z 1984 r. skierowany do biskupów podaje następujące warunki (źródło tutaj):


Podkreślone zdanie jest kluczowe w sprawie. Brzmi ono w oryginale (źródło tutaj):


Dokładne tłumaczenie brzmi:

"Bez dwuznaczności niech będzie stwierdzone także publicznie, że taki kapłan i tacy wierni nie mają żadnego udziału z tymi, którzy poddają w wątpliwość moc prawną i prawidłowość doktrynalną Mszału Rzymskiego promulgowanego przez Pawła VI w 1970 roku."

Istotne są więc kwestie:

- Kto poddaje w wątpliwość moc prawną i prawidłowość doktrynalną Mszału Pawła VI?

- Dlaczego to poddawanie w wątpliwość jest tak surowo traktowane przez owe dokumenty watykańskie?

- Na czym polega owo poddawanie w wątpliwość?

- Dlaczego FSSPX tak wręcz alergicznie reaguje na ten warunek, do którego spełnienia zobowiązani są tzw. indultowcy?

Sprawa nie jest wyjaśniona ani w tym dokumencie, ani w żadnym innym. Zgodnie z przysłowiem "uderz w stół a nożyce się odezwą" nie trudno zgadnąć, że FSSPX czuje się wywołane, o czym świadczy oficjalna linia tegoż Bractwa reprezentowana dość wyraziście przynajmniej w Polsce, konkretnie w kazaniach i innych publicznych wystąpieniach. Jednak także tutaj diabeł siedzi w szczegółach. Otóż konieczne jest przede wszystkim określenie pojęć. 

Moc prawna czyli legalność ("vis legitima") oznacza nic innego jak obowiązywalność zarządzenia wydanego przez osobę uprawnioną do tego aktu, czyli legalnie sprawującą władzę. Czy FSSPX kiedykolwiek oficjalnie zanegowało, iż Paweł VI legalnie wydał mszał? Czy FSSPX kiedykolwiek oficjalnie zanegowało, że Paweł VI jest czy był papieżem? Nic mi o tym nie wiadomo. 

Prawość doktrynalna ("rectitudo doctrinalis") jest kwestią wprawdzie obszerną lecz jeszcze prostszą. Chodzi tutaj o wolność od błędów doktrynalnych czyli treści niezgodnych z prawdami wiary i zwyczajnym Magisterium Kościoła. Chodzi zwłaszcza o herezje czyli bezpośrednie zanegowanie zdefiniowanych prawd wiary katolickiej. Czy FSSPX kiedykolwiek ogłosiło oficjalnie, że mszał Pawła VI zawiera herezje czy przynajmniej błędy doktrynalne? Także co do tego nie są mi znane żadne dokumenty wydane oficjalnie przez FSSPX. 

Owszem, zarówno w jednej jak i w drugiej kwestii nagminne są zarzuty członków FSSPX zarówno w kazaniach jak i w innych wypowiedziach publicznych, zresztą regularnie wykazujących niestety dość mizerny poziom merytoryczny, intelektualny i teologiczny. Dlaczego więc w ciągu ponad pół wieku swego istnienia FSSPX nie zdobyło się na oficjalną deklarację doktrynalną, która by całościowo, precyzyjnie i jasno określała jego stanowisko co do legalności wprowadzenia mszału Pawła VI oraz jego kwalifikacji doktrynalnej według tradycyjnych norm teologii katolickiej?

I oczywiście kłamstwem jest, jakoby kapłani sprawujący tzw. indulty oraz wierni uczęszczający na nie musieli cokolwiek deklarować. To są najwyżej wymysły nadgorliwych modernistów, które nie mają podstaw prawnych. Władze diecezjalne oczywiście mają prawo sobie badać, zresztą w świetle dość gumiastych sformułowań. 

Mówiąc w skrócie:
- Zanegowanie prawomocności wprowadzenia mszału Pawła VI oznacza de facto zanegowanie, że Paweł VI był papieżem, a to już jest sedewakantyzm, od którego oficjalnie odcina się FSSPX. 
- Tak samo twierdzenie, jakoby mszał Pawła VI zawierał herezje, oznacza nie mniej jak to, że Paweł VI utracił urząd papieski, skoro nakazał Kościołowi heretycki obrzęd, i to też jest stanowisko sedewakantystyczne, od którego oficjalnie odcina się FSSPX.

Kto tu jest więc nieuczciwy?



Post scriptum 

Jeden z P. T. Czytelników podał link do jednego z wystąpień x. Szydłowskiego w temacie. Istotne są następujące wypowiedzi:


Tutaj x. Szydłowski zupełnie bezkrytycznie cytuje dość tendencyjne tłumaczenie listu z 1984 r. tak jakby nie był w stanie samodzielnie czytać i przetłumaczyć oryginału. 
Po drugie, posługuje się niejasnym sformułowaniem "akceptacja nowej mszy". 
Po trzecie, otwarcie twierdzi, że FSSPX nie akceptuje prawomocności i prawowierności nowej mszy. Powinien wyczerpująco uzasadnić, a tego nie czyni. I widocznie nie zdaje sobie sprawy z tego, że odrzucenie prawomocności i prawowierności mszału Pawła VI oznacza de facto zanegowanie, że Paweł VI był papieżem. Jeśli papież zarządza heretycki mszał, to tym samym narzuca Kościołowi herezję. To jest bardzo poważny zarzut i musi być rzetelnie i szczegółowo udowodniony i przedstawiony wraz z konsekwencjami dla urzędu papieskiego, czyli dla kwestii, czy taka osoba może być papieżem. Tego ani x. Szydłowski ani nikt inny z FSSPX - o ile mi wiadomo - dotychczas nie uczynił, a wymaga tego uczciwość i rzetelność zarówno teologiczna jak też duszpasterska wobec wiernych, którym FSSPX posługuje. 
Owszem, wolno twierdzić, że mszał Pawła VI jest szkodliwy dla Kościoła i lepiej byłoby gdyby go nie było. To jest jednak ocena teologiczna, historyczna i pastoralna, której żaden dokument rzymski nie zabrania. 


To jest słuszna uwaga, gdyż ten warunek - z pewnymi modyfikacjami - pojawia się zarówno w Summorum Pontificum jak też w Traditionis custodes. Tym bardziej konieczne jest zważanie na jego właściwą treść wraz z kontextem. 

Tutaj odnośnie do słynnego motu proprio Summorum Pontificum:


X. Szydłowski wyznaje - widocznie w imieniu całego FSSPX, a powinien to uzasadnić - że nie uznaje prawomocności i prawowierności mszału Pawła VI oraz papieża za najwyższego pasterza Kościoła powszechnego. Ciekawe, gdyż to jest stanowisko nie tylko sedewakantystyczne lecz schizmatyckie, skoro nie uznające władzy papieskiej. 


Tutaj znowu przedstawia stanowisko FSSPX jako nieuznające władzy papieskiej, skoro tak interpretuje wymagania, iż chodzi o odcięcie się od FSSPX. 


Także tutaj x. Szydłowski jest dość wyraźny, gdy twierdzi, że nowa msza nie jest rytem katolickim. Powraca więc znów kwestia, czy osoba, która narzuca Kościołowi niekatolicki - czyli heretycki - ryt, może być papieżem. 


Tutaj taktyka jest psychologiczno-duchowa: apelowanie do dumy czy poczucia swojej wartości, a właściwie wzywanie do niezgody na poniżanie czy upokarzanie przez modernistyczne struktury. Ten wątek ma wyraźne przełożenie na oddziaływanie FSSPX na wiernych. Otóż efekty podjudzania do pychy i buntu są dość widoczne dla każdego, kto ma do czynienia z tymi środowiskami. Zaś pycha, zresztą połączona z zakłamaniem jest widoczna przede wszystkim u takich osób jak x. Karl Stehlin i x. Szymon Bańka, a niestety także u wielu wiernych, którzy poddają się ich wpływowi. Z całą pewnością nie jest to postawa katolicka i zdrowa duchowo. Oczywiście nikt nie lubi być poniżany, to jest zrozumiałe. Jednak czy ucieczka przed upokarzaniem i to aż do tworzenia de facto schizmatyckich struktur - mimo oficjalnego wyrzekania się bycia w schiźmie - świadczy o dojrzałości teologicznej i duchowej? To jest pytanie oczywiście retoryczne. Zresztą szczególnie aktualne w okresie Wielkiego Postu i Męki Pańskiej. 


Tutaj jest ciekawa konstrukcja psychologiczno-duchowa: popadnięcie w kary kościelne kapłanów, którzy przyłączyli się do FSSPX ma być argumentem za brakiem "współczucia" dla tych kapłanów, którzy trwają w regularnych strukturach. No cóż, to jest mentalność znów wybitnie sekciarska: "nie przychodzicie do nas, to dobrze wam tak, jak was traktują moderniści". Natomiast zupełnie x. Szydłowski pomija istotny dla sprawy wymiar kanoniczny. Czyż x. Szydłowski oczekuje, że władze diecezjalne czy zakonne nie zareagują kanonicznie na odejście duchownego do wspólnoty bez statusu kanonicznego, jaką jest FSSPX? Czy FSSPX w ogóle ubiega się czy stara o status kanoniczny? Jakże można porównywać poniżanie kapłanów trwających w regularnych strukturach z karami kanonicznymi nałożonymi na tych, którzy te struktury opuścili? Myślenie x. Szydłowskiego - i widocznie nie tylko jego - jest następujące: "nie chcesz być poniżany przez modernistów, to przyjdź do nas, bo lepiej być w karach kanonicznych niż być traktowanym przez modernistów jak śmieć". No cóż, to jest chwytliwe psychologicznie i po ludzku, lecz z całą pewnością nie jest zgodne ani z zasadami Kościoła, ani nawet z nauczaniem świętych i mistrzów duchowości katolickiej. To jest mentalność sekciarska, nie katolicka. 
Oczywiście nie zamierzam osądzać tych kapłanów, którzy podjęli decyzję, do jakiej wzywa x. Szydłowski, zapewne zresztą zgodnie z linią FSSPX w Polsce pod przywództwem x. Stehlina. Nie znam ich motywów ani szczegółów sytuacji. Zakładam, że powodem nie była ucieczka przed poniżaniem lecz pragnienie posługiwania wiernym zgodnie z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Jednak słowa x. Szydłowskiego ujawniają mentalność, która widocznie dominuje w FSSPX przynajmniej w Polsce, a to jest bardzo niepokojące nawet już pod względem czysto duchowym. 



Tutaj znów dość wyraźna jest pogarda dla kapłanów tradycyjnych, trwających w regularnych strukturach, gdyż są przedstawiani jako tchórze i obłudnicy. Równocześnie dość szczerze podaje warunki, na jakich kapłani mogą się przyłączyć do FSSPX, a świadczą one znowu o mentalności typowo sekciarskiej, skoro wymaga się uznania nieomylności "bractwa". 

Podsumowując:
Przyznam, że jestem dość zaszokowany tym wystąpieniem, aczkolwiek pasuje ono do moich doświadczeń, które opisałem kilkanaście miesięcy temu (tutaj). Miałem nadzieję, że nie jest aż tak źle z FSSPX. Jednak fakty się liczą, nawet wbrew optymizmowi. Sytuacja jest oczywiście złożona. Odpowiedzialność za nią ponosi nie tylko FSSPX. Przyczyną są wydarzenia i procesy, które nastąpiły od lat 60-ych obiegłego wieku. Tym niemniej w każdej sytuacji można i należy wybierać i zachowywać się zgodnie z odwiecznymi zasadami Kościoła pod względem zarówno teologicznym jak też kanonicznym i duchowym. Jest obecnie dość widoczne, że FSSPX ma problem nie tylko kanoniczny w postaci braku statusu kanonicznego. To byłby jeszcze najmniejszy problem i przynajmniej w dalszej perspektywie dość łatwy do załatwienia, o czym świadczą starania podjęte za pontyfikatu Benedykta XVI. O wiele ważniejszy i istotny jest wymiar teologiczny i duchowy. Pod względem teologicznym FSSPX przynajmniej w Polsce błyszczy dennością i ignorancją, co widać szczególnie w wystąpieniach ich medialnej gwiazdy jaką jest x. Szymon Bańka. Pod względem duchowym nie sposób nie dostrzec płycizny, zakłamania i wręcz jaskrawej pychy, zwłaszcza w zachowaniu x. Stehlin'a, ale nie tylko. To już jest bardzo niepokojące i niestety źle wróży na przyszłość. Powiem wprost: linia FSSPX w Polsce pod przywództwem x. Stehlin'a znajduje się bardzo wyraźnie na kursie sekciarskim i schizmatyckim. Oczywiście należy uznać i docenić wkład do rozpowszechnienia liturgii tradycyjnej i tradycyjnego nauczania Kościoła. Jednak sposób, w jaki się to odbywa, generalnie bardziej może owocować odstręczanem od Tradycji niż przybliżaniem do niej. Oby Pan Bóg miał nas w Swojej opiece!