
Jego pierwsze wystąpienie po konklawe 13 marca 2013 spowodowało u wielu katolików, także tych obecnych na Placu Św. Piotra, dość widoczną konsternację. Szokujące było pierwsze zdanie brzmiące "buona sera" czyli "dobry wieczór", zamiast katolickiego pozdrowienia "niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" używanego przez wszystkich papieży. Pewnym szokiem czy przynajmniej powodem do zdziwienia była prośba o modlitwę za niego przed udzieleniem błogosławieństwa. Myślę, że te dwa gesty - dość symboliczne - można uznać za programowe streszczenie jego ponad 12 letnich rządów na Stolicy Rzymskiej: odejście od uwielbienia Jezusa Chrystusa oraz fałszywa pokora obliczona na kupienie popularności czy przynajmniej sympatii. To drugie było dość sprytnym zabiegiem manipulacyjnym, co potwierdza jego powtarzane dopowiedzenie: "módlcie się za mnie, nie przeciw mnie". W ludziach pobożnych taka prośba wywołuje odruchową sympatię oraz uśmierza krytyczne myślenie czy wręcz oburzenie z powodu innych jego słów i działań.
Swoistym szczytem hipokryzji jest sprawa miejsca pochówku. Według jednego z jego pupilów, zażyczył sobie pochowania w bazylice Santa Maria Maggiore, gdyż rzekomo Matka Boża mu tak nakazała (źródło tutaj): Problem w tym, że przygotowanie takiego grobu kosztowało według doniesień około miliona euro, czyli kilka- do kilkanaście razy więcej niż pochówek w grotach watykańskich, tym bardziej, że tam znajduje się nowy sarkofag, który na polecenie Franciszka został przygotowany dla Benedykta XVI. Ponadto celem wykonania miejsca pochówku dokonano zniszczenia zabytkowej ściany wraz z zabytkowym portalem (źródło tutaj), co także pasuje do "skromności" bergogliańskiej:
Innym przykładem, nie mniej gorszącym, jest decyzja zamieszkiwania w domu św. Marty, czyli w w hotelu, który normalnie służy głównie biskupom i kardynałom, oczywiście odpłatnie. Dla wybranego w 2013 r. wyłączono z użytkowania hotelowego nie tylko jeden apartament lecz pokaźną część budynku, dokładnie całe pierwsze piętro, żeby zapewnić mu spokój i prywatność, do czego dokonano także przebudowy tego piętra, urządzając osobną kuchnię, prywatną kaplicę, salę przyjęć oraz apartamenty dla najbliższych współpracowników, co oczywiście także spowodowało pokaźne wydatki. Koszty tej "skromnej" zachcianki zostały oficjalnie podane jako 200 000 eurów miesięcznie, co daje łączną sumę prawie 30 mln eurów za cały okres pontyfikatu (źródło tutaj):
Równocześnie pozostawał niezamieszkany właściwy apartament papieski w pałacu papieskim przy Placu Św. Piotra, który oczywiście również musiał być utrzymywany bez zamieszkiwania. Spowodowało to więcej niż podwójny koszt niż w wypadku zamieszkiwania w apartamencie papieskim. Ten kapryśny gest był i jest sprzedawany publiczności jako przykład i dowód skromności i ubóstwa papieża, co jest oczywiście absurdalne, niezgodne z faktami i szyderstwem ze zdrowego rozsądku.
Zapoznawszy się z jego pierwszymi wystąpieniami, dość rychło wiedziałem, z kim mamy do czynienia i co nasz czeka. Usłyszałem bowiem frazesy i krętacki styl, który dość dobrze poznałem podczas studiów zwłaszcza u werbistów w Austrii. Tak się złożyło, że prowincjałem SVD został wtedy Niemiec, który długie lata był spędził w Argentynie. Wykładał teologię "moralną", a właściwie zupełnie niemoralną i niekatolicką, gdyż atakował wszystko, co katolickie począwszy od katolickiego nauczania co do stosunków przedmałżeńskich, rozwodów, antykoncepcji, zboczeń z homoseksualizmem włącznie, aż do aborcji i celibatu włącznie. Oczywiście w powoływaniu się na "sobór" i z całkowicie nieukrywaną pogardą nawet do nauczania Jana Pawła II w kwestiach etycznych. Innymi słowy: pojęcia i styl używany przez Franciszka dość dokładnie odpowiadał moim najgorszym doświadczeniom z czasu formacji i studiów. Włącznie z otwartą nienawiścią do wszystkiego, co "przedsoborowe" choćby nawet w wydaniu wojtyliańskim. Nie byłem więc zagrożony naiwnością wobec kiczowatego "ubóstwa", zresztą znając dość dobrze zarówno duchowość ignacjańską oraz stan zakonu jezuitów (aczkolwiek miałem też szczęście poznać jednego porządnego jezuitę "starej daty" i solidnej formacji, który był ojcem duchownym w seminarium wiedeńskim, a któremu wiele zawdzięczam). Przyznam, że do dziś nie rozumiem, jak można nie dostrzec tej kiczowatości, która jest zawsze fałszywa gdyż ukrywająca drugie dno i zupełnie inne cele, co potwierdzają fakty poznawane później, a zawarte chociażby już w książce dawnego przyjaciela z Buenos Aires, który po publikacji książki zginął w tajemniczych okolicznościach (do ściągnięcia tutaj):
Szczerze mówiąc, od tego 13 marca 2013 r. nie byłem właściwie niczym zaskoczony. Zaskoczeniem było jedynie to, że ktoś taki mógł zostać wybrany. Już na początku lat 2000-ych mówiło się w kręgach kościelnych, że następnym papieżem będzie Carlo Maria Martini. Po latach publiczność dowiedziała się, że było to już wtedy przygotowywane przez słynną "mafię z Sankt Gallen", która następnie przekierowała swoje działania na kardynała Bergoglio, który był mało znany poza Ameryka Południową. Pewne jest, w konklawe 2013 roku spora część frakcji wojtylianów i ratzingerianów musiała na niego zagłosować, gdyż bez tych głosów nie mógł być wybrany. Musiał być więc ktoś z tych frakcyj, to przekonał innych do oddania głosu na Bergoglio, bazując na niewiedzy i naiwności (wydaje mi się, że znam osobiście przynajmniej jedną osobę, która mogła to uczynić i prawdopodobnie uczyniła). Powszechnie wskazuje się na przemówienie kardynała Bergoglio podczas tzw. kongregacji generalnej przed konklawe, które to wystąpienie sprawiło przekonywujące wrażenie, gdyż postulował on odejście od "zwrócenia się ku sobie" (autoreferenziale), czyli skupienia się Kościoła na sobie, i przejście do misyjności Kościoła. Po 12 latach wiemy, że to było oszustwo, gdyż ten pontyfikat był tak "autoreferenziale" jak żaden inny w historii Kościoła, czego dobitnym dowodem jest kilkuletni "synod o synodalności", który jest niczym innym jak maniakalnym zajmowaniem się samym sobą i usiłowaniem przekształcenia Kościoła w organizację typu sekt protestanckich, gdzie z jednej strony nie ma - przynajmniej pozornie i doraźnie - jasnych struktur hierarchicznych, lecz panuje - przynajmniej pozornie i doraźnie - demokracja, a równocześnie wola przywódcy - w tym wypadku Franciszka i jego następcy - ma rangę wyższą niż prawdy wiary i prawo kościelne. To jest właśnie ten mechanizm, który ma nieodwracalnie przemienić, a właściwie podmienić Kościół pod pozorem słuchania siebie nawzajem i Ducha Świętego, jak to obłudnie formułuje ekipa bergogliańska. Także "misyjność" bergogliańska, jak okazało się, polegała jedynie na okazywaniu poparcia sektom protestanckim infiltrującym struktury Kościoła katolickiego, na zakazie głoszenia Żydom zbawienia w Jezusie Chrystusie, akcentowania braterstwa z wyznawcami islamu, a nawet na ogłoszeniu, że wielość religii jest chciana przez Boga i że wszystkie religie prowadzą do Boga.
Już bezpośrednio przed konklawe 2013 r., a w wyniku tamtych kongregacyj generalnych kardynałów dochodziły pogłoski, że planowany jest pontyfikat antyratzingeriański. Osobiście, na podstawie wielu drobnych poszlak, myślę, że w ramach konklawe w 2005 r. doszło do swoistego paktu między frakcją ratzingeriańską a martiniańską (mówiąc w uproszczeniu), według którego Ratzinger został wybrany w celu wciągnięcia w oficjalne struktury lefebvrian czyli FSSPX, by ich uzależnić. Potwierdza to fakt, iż kardynał Bergoglio jako arcybiskup Buenos Aires pomagał kapłanom FSSPX w uzyskaniu wiz od władz argentyńskich, co zapewne także przyczyniło się do jego wyboru w 2013 r., w nadziei na nowe szanse rozwiązania problemu "lefebvryzmu" (co się po części spełniło w postaci udzielenia im jurysdykcji do spowiedzi oraz możliwości uzyskania jurysdykcji do sakramentu małżeństwa). Równocześnie znane było jego wrogie stanowisko wobec liturgii tradycyjnej. Myślę, że to był jeden z głównych powodów przeforsowania jego wyboru. Po "Summorum Pontificum" z 2007 r. spora część modernistycznych biskupów była oburzona odebraniem im kompetencji w ograniczaniu, a nawet eliminowaniu sprawowania tejże liturgii w ramach struktur diecezjalnych. Nie chodzi tutaj o niechęć do obrzędu czy do łaciny, ostatecznie nie chodzi też o słynną "jedność" czy jej rzekome zagrożenie przez tych, którzy uparcie chcą liturgii tradycyjnej. Pod tym gadaniem o zagrożeniu jedności kryje się coś ważniejszego i najbardziej dla nich bolesnego: podczas gdy modernistyczne seminaria i klasztory świecą pustkami, wymierają i muszą być zamykane, to miejsca z formacją i liturgią choćby tylko częściowo tradycyjną nie mogą narzekać, lecz rozwijają się i rosną w siłę, która jest tym bardziej pokaźna, że dostęp jest ograniczony, tzn. przeciętny młody człowiek z przeciętnej parafii nie ma z tym styczności, a znajdują te rzeczy zwykle tylko ci, którzy albo pochodzą z rodzin o nastawieniu tradycyjnym, albo samodzielnie i odważnie szukają. Tym samym także jakość powołań jest znacznie wyższa niż tych pochodzących ze "zwykłych" parafii. To oczywiście rodzi zazdrość. Łatwiej jest popaść w mentalność psa ogrodnika (sam nie zje i nikomu nie da) niż trzeźwo zastanowić się nad przyczynami, a w rezultacie zamiast zwalczać i niszczyć tych strasznych tradziuchów przynajmniej dać im normalnie żyć, jeśli nie chce się choćby po części brać z nich przykładu. Z własnego długoletniego doświadczenia w różnych krajach wiem, że zainteresowanie czy przynajmniej otwartość dla liturgii tradycyjnej dość wyraźne rośnie akurat wśród młodzieży zarówno świeckiej jak też duchownej. Tego trendu nie da się ani zatrzymać ani stłamsić, tak samo ja nie da się zdusić pragnienia i szukania prawdy i piękna, zwłaszcza u ludzi młodych, nawet jeśli równocześnie bombarduje się ich różnego rodzaju fałszem i pokusami. Ci, którzy chcą i usiłują odgórnie stłamsić i odciąć dostęp do liturgii tradycyjnej, żyją mentalnie jeszcze w latach 70-ych, 80-ych, najwyżej 90-ych ubiegłegu wieku, gdyż widocznie nie dociera do nich, że w dobie internetu i łatwego transportu względnie łatwo jest zapoznać się z tym, czym Kościół przed V2, jak sprawował obrzędy, jak się modlił. Nawet jeśli by usiłowano całkowicie zakazać sprawowania liturgii tradycyjnej, to wspomoże to tym bardziej rozwój wspólnot lefebvriańskich i sedewakantystycznych, których przecież nie można zniszczyć administracyjnie.
Tutaj dochodzimy do polityki władz rzymskich względem FSSPX. Otóż działania ekipy bergogliańskiej wskazują na następującą taktykę: przez ograniczenie, a docelowo wręcz eliminowanie liturgii tradycyjnej ze struktur oficjalnych, wierni i duchowni przywiązani do niej moją zostać zepchnięci czy to do FSSPX, czy do sedewakantyzmu, a wówczas będzie można dość łatwo wszystkich "trydenciarzy" exkomunikować za odrzucanie "soboru". Samo odrzucanie Novus Ordo w sensie liturgii nie jest i nie może być przesłanką do takiego ukarania, natomiast nieprzyjmowanie nauczania soboru powszechnego, za który jest uważane V2 (to jest osobny temat), już może być powodem kanonicznym. Dlatego tak ważne jest solidne badanie i rzetelna krytyka dokumentów soborowych wraz z ich historią, oczywiście w świetle wszystkich innych soborów. Zasadnicza i kluczowa różnica między Benedyktem XVI a ekipą bergogliańską (na czele wcześniej z Martini'm, potem z Kasper'em) polega na słynnej "hermeneutyce zerwania": według Ratzinger'a można i należy obronić Vaticanum II w świetle i według całej Tradycji Kościoła, podczas gdy obóz przeciwny (który można nazwać czarnobutowym) głosi i zachowuje się tak jakby Vaticanum II było ponad wszystkimi innymi soborami, a poniekąd nawet jedynym obowiązującym soborem i to tego rodzaju, że nie liczy się już nawet jego litera lecz "duch" zerwania i stałej przemiany czy podmiany, czego wyrazem i środkiem ma być "synodalność". Kto zna jednak faktyczny przebieg synodów bergogliańskich, ten wie, że były one bardzo odległe od prawdziwej synodalności we właściwym znaczeniu tego słowa, gdyż polegały na perfidnej autorytarnej manipulacji w wykonaniu ekipy powołanej przez szefa. Nie trudno też przewidzieć skutków tej zakłamanej strategii: jeśli następca Franciszka będzie kontynuował ów "proces synodalny", to albo znów będzie nim manipulował jak tyran przez swoich pachołków, albo potraktuje to hasło poważnie i rzeczywiście dopuści do autentycznego starcia stanowisk, dopuszczając do głosu także katolików nastawionych tradycyjnie. W pierwszym przypadku zakłamanie czyli próba oszukania będzie trwała jakiś czas, lecz nieuchronnie musi w końcu runąć jak każde oszustwo, wyłaniając twór, który już całkiem oficjalnie nie będzie miał wiele wspólnego z Kościołem katolickim. W drugim przypadku będzie musiał dojść do przyznania racji bytu także katolikom tradycyjnym, co będzie oznaczało umożliwienie normalnego rozwoju według zasad przynajmniej takich jakie miały miejsce przez haniebnym motu proprio "Traditionis custodes".
Na koniec jeszcze o przyczynach haniebnej abdykacji Benedykta XVI. Po pierwsze, jak wspomniałem, mogła ona przynajmniej częściowo wynikać z paktu zawartego na konklawe 2005 r.: Ratzinger został wybrany do konkretnego zadania, a wobec niepowodzenia musiał się usunąć, czego z całą pewnością się domagano. Zresztą gdyby pojednanie z FSSPX się powiodło, to by również musiał ustąpić stanowisko kardynałowi Bergoglio czy komuś innemu z tej ekipy. Pewne jest także, że Ratzinger nigdy nie wykazywał zdolności w rządzeniu. Wiem to także od duchownych i wiernych z Monachium, którzy go tam znali. Zresztą nawet jego brat Georg w jednym z wywiadów wprost powiedział, że Józefowi nie leży rządzenie, bo musi najpierw siebie zmuszać do narzucania komuś swojej woli. Regularnie też wykazywał brak umiejętności właściwego doboru współpracowników, co wynikało z wrodzonej dobroduszności graniczącej z naiwnością. Oczywiście miał też sporo wiernych, oddanych i szlachetnych współpracowników, ale mylił się wielokrotnie, bądź nie dość wnikliwie oceniał osobowości, których obdarzał zaufaniem. Po trzecie, bał się ewidentnego buntu, którego początki zaczęły się najpóźniej wraz z motu proprio "Summorum Pontificum". Widać było, że frakcja skrajnie modernistyczna panicznie boi się wzrostu w siłę środowisk i osób krytycznych wobec V2 i Novus Ordo. Miała strach w oczach gdy widziała bujny rozwój takich wspólnot jak Franciszkanie Niepokalanej, Wspólnota Św. Marcina czy też wspólnot indultowych jak FSSP, IBP, ICRSS itp. Ich uwadze nie uszła także popularność nauczania Benedykta XVI i też liturgii tradycyjnej w kręgach młodego duchowieństwa czy to diecezjalnego czy zakonnego. Sytuacja była - i nadal jest - poniekąd paradoxalna: ci, którzy przeżywali swoją młodość na fali nowości "soborowych" czyli w latach 60-ych i 70-ych, byli świadkami, że pokolenie młodych z końca pontyfikatu Jana Pawła II i początku Benedykta XVI bardziej idzie za tym ostatnim niż za tym, o co oni w swojej młodości walczyli. To właśnie pokolenie obecnych 70, 80 i 90latków, którego modernistyczni przedstawiciele wynieśli na tron Piotrowy kardynała Bergoglio, nieuchronnie odchodzi do historii.
Cena za wierność Benedykta XVI względem domniemanego paktu z 2005 r. oraz względem osobistej słabości charakteru jest niestety ogromna: chaos a właściwie śmiercionośne skażenie nauczania, rozplenienie nadużyć, upodlenie moralne, zapaść autorytetu Kościoła, upadek zaufania do Kościoła i jego nauczania, niebywały spadek praktyk religijnych oraz liczby powołań zwłaszcza w krajach tradycyjnie katolickich itp. itd. Krótko po konklawe w 2013 r. jeden z jezuitów argentyńskich, czyli byłych współbraci powiedział, że Bergoglio wprowadzi chaos i podzieli Kościół zamiast go jednoczyć. I dodał: "myśmy 30 lat potrzebowali, żeby naprawić szkody, które on wyrządził jezuitom w Argentynie". Znane jest też, iż przed nominacją o. Bergoglio na biskupa pomocniczego w Buenos Aires ówczesny przełożony generalny zakonu jezuitów, o. Peter-Hans Kolvenbach, wydał jednoznacznie negatywną opinię, która zresztą po konklawe w 2013 r. zniknęła z archiwum (bądź zniszczona, bądź umieszczona w aktach ściśle tajnych, źródło tutaj). Jednak skoro Pan Bóg dopuścił do takiego pontyfikatu, to widocznie może i powinno wyniknąć z niego coś dobrego. Póki co jedynymi widocznymi jego owocami są: upokorzenie katolików tradycyjnych oraz wzrost popularności sedewakantyzmu. Z biegiem czasu owoce staną się bardziej widoczne.
Na koniec jeszcze jedna wskazówka. Otóż źródłem, które najlepiej pomaga zrozumieć to, co się stało w 2013 r., są dwie niepozorne książki jednego autora:
Pierwsza z nich chyba już ukazała się w języku polskim, aczkolwiek została przedstawiona jedynie bardzo powierzchownie, nawet fałszująco. Druga jest swoistym uzupełnieniem, dostarczając szerszego kontextu dotyczącego nie tylko pontyfikatu Piusa XII lecz także okresu posoborowego z pontyfikatem Jana Pawła II włącznie. Wydarzenia w nich opisane są osobiste, wręcz prywatne, ale równocześnie ze szczególną wartością historyczną dla okresu niemal ostatniego stulecia.
Autor, x. Charles Murr, niegdyś prywatny sekretarz arcybiskupa a następnie kardynała Gagnon na podstawie zarówno swoich wspomnień, jak też wspomnień słynnej siostry Pascaliny Lehnert, długoletniej osobistej sekretarki Piusa XII, dostarcza solidną wiedzę "od kuchni" co do tego, co miało miejsce w papieskim Rzymie od tamtego pontyfikatu aż do czasów współczesnych. Mimo swoistej dobrodusznej naiwności zwłaszcza względem Piusa XII i też Pawła VI, jest to uczciwie przedstawiony obraz wydarzeń od strony nieoficjalnej, ale z pozycji świadków bliskich tzw. wielkiej historii. X. Murr ma też sporo wystąpień internetowych w postaci wywiadów głównie na kanale Urbi et Orbi Communications. To są, moim zdaniem lektury obowiązkowe dla każdego, kto szuka rzetelnej wiedzy historycznej odnoszącej się do tła kluczowych wydarzeń w Kościele od prawie stulecia.
Pasuje to jak najbardziej do serdecznych pochwał wystosowanych przez wielką lożę masońską Włoch z okazji śmierci (źródło tutaj):
Tłumaczenie na angielski: