Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Komu przeszkadza tradycyjna liturgia Wielkiego Tygodnia?


Od kilkunastu lat - jeszcze za pontyfikatu Benedykta XVI - zaczął się powrót do liturgii Wielkiego Tygodnia sprzed "reformy" wprowadzonej za Piusa XII w 1955 roku. Jak powszechnie wiadomo, autorem tej reformy był faktycznie x. Annibale Bugnini MC, który potem za Pawła VI stał się także autorem "reform" zwanych popularnie "Novus Ordo Missae", choć dotyczą one zmian we wszystkich księgach liturgicznych. Mało znane jest natomiast tło owej "reformy" wprowadzonej przez niby ostatniego tradycyjnego papieża Pacelli'ego. 

Zresztą ogólnie warto byłoby zbadać wnikliwiej ostatnie lata pontyfikatu tego papieża, który zmarł w 1958 roku, gdyż są one dość dziwne. Mimo że papież przez ostatnie lata życia wyraźnie słabł, to jednak pozostawiał kluczowe stanowiska Stolicy Apostolskiej nieobsadzone. Również brzemiennym w skutkach faktem była owa "reforma" liturgii Wielkiego Tygodnia, która już na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z encykliką tegoż papieża "Mediator Dei" poświęconą liturgii (z 1943 r.), a wymierzoną przeciw nadużyciom forsowanym przez rebeliantów z drugiej, modernistycznej fali tzw. ruchu liturgicznego, rozwiniętego głównie w krajach niemieckojęzycznych oraz w mniejszym stopniu w Belgii. Podczas gdy jedną z głównych cech tych nadużyć napiętnowanych przez papieża był jest archeologizm w znaczeniu dążenia do przywracania - rzekomo - starożytnych form i zwyczajów, to nowe obrzędy Triduum miały według deklaracji ich autorów stanowić "odnowienie" przez powrót do zatraconych zasad starożytnych. Sztandarowym przykładem i zarazem dowodem było zobowiązanie do sprawowania Wigilii Paschalnej w nocy, a przynajmniej po zachodzie słońca. Pod tym pretextem wmawiano ludziom, iż cała "zreformowana" wersja Triduum jest powrotem do zasad starożytnych, co jest ewidentną nieprawdą, a równocześnie jest nieposłuszeństwem wobec napiętnowania archeologizmu przez Piusa XII. Słusznie więc nasuwa się pytanie, czy i na ile Pius XII zdawał sobie sprawę z tych uwarunkowań, co oczywiście wiąże się z kwestią stanu jego zdrowia. Nie popadając łatwo w teorie spiskowe, warto zwrócić uwagę na materiały filmowe przedstawiające go przy różnych okazjach. Trzeba być wyjątkowo niespostrzegawczym i bezkrytycznym, by nie zauważyć jaskrawej, wręcz groteskowej sztuczności w jego zachowaniu. Czy może to być trop do wyjaśnienia faktu zarówno owej reformy, jak też wielu innych conajmniej dziwnych, wręcz niespójnych decyzyj chociażby personalnych Piusa XII, które doprowadziły do opanowania kluczowych stanowisk kościelnych przez ludzi odpowiedzialnych za rewolucję, która zaczęła się już dość otwarcie wraz z konklawe w 1958 roku? Nie jestem w stanie obecnie odpowiedzieć na to pytanie w sposób oparty na dowodach historycznych. Kwestia wydaje się jednak warta rozważenia. Zaś jednym z głównych elementów odpowiedzi może i powinna być kwestia "reformy" Triduum, która była jakby preludium, a właściwie wstępem do rewolucji liturgicznej po Vaticanum II. Świadczy o tym chociażby fakt, że została praktycznie w całości przejęta do Novus Ordo, oczywiście oprócz samych obrzędów mszalnych. 

Pozostawiając na osobny wpis bliższe przedstawienie różnic między tradycyjną formą Wielkiego Tygodnia (przed 1955 r.) a "zreformowaną" przez Bugnini'ego i zatwierdzoną oficjalnie przez Piusa XII, pragnę zwrócić uwagę na znaczący wątek co do korzeni tej "reformy". Otóż znamienne jest, u kogo i w jakim kontekście pojawił się po raz pierwszy pomysł na ingerencję w liturgię. 

W roku 2004 niemiecki historyk Hubert Wolf, zresztą skrajny modernista i przyjaciel "nadpapieża" Walter'a Kasper'a, opublikował nieznane dotychczas dokumenty z tajnego archiwum Świętego Oficjum z czasu pontyfikatu Piusa XI (1922-1939), które dotyczą sprawy stowarzyszenia pod nazwą "Amici Israel", czyli "przyjaciele Izraela". 


To stowarzyszenie powstało z inicjatywy holenderskiej Żydówki Sophie van Leer (1892-1953), córki masona, niby nawróconej na katolicyzm. "Niby" dlatego, ponieważ - jak wyznała - uczyniła to w wyniku ślubowania uczynionego podczas uwięzienia w Monachium, gdzie została osadzona za udział w komunistycznej tzw. rewolucji listopadowej (więcej tutaj), to znaczy w zamian za zwolnienie z więzienia ślubowała konwersję na katolicyzm, co skłoniło pobożnych acz naiwnych Bawarczyków do wypuszczenia jej na wolność. Jej wspólnikiem był holenderski franciszkanin żydowskiego pochodzenia Johannes Antonius Himmelreich (1886-1957) z zakonnym imieniem Laetus (więcej tutaj). Drugim wspólnikiem był również holenderski zakonnik Anton van Asseldonk (1892-1973), z zakonu kanoników Krzyża Świętego (więcej tutaj). 

Oficjalnym zadeklarowanym pierwotnie celem stowarzyszenia założonego oficjalnie w 1926 r. było promowanie modlitw o nawrócenie żydów, jak to zostało podane w pierwszym numerze biuletynu stowarzyszenia. Nie dziwi więc, że rychło wielu duchownych przystąpiło do niego, także wysocy rangą biskupi i kardynałowie. Końcem 1927 r. stowarzyszenie podało w swoim biuletynie informacyjnym o tytule "Pax super Israel", że jego abonamentami było 19 kardynałów, 278 biskupów, oraz około 3000 duchownych. Do tych kardynałów należały takie nazwiska jak między innymi Michael Faulhaber z Monachium, Andreas Franz Frühwirth (austriacki dominikanin posługujący w Kurii Rzymskiej), Enrico Gasparri (z Kurii Rzymskiej), August Hlond (prymas Polski), Rafael Merry del Val (z Kurii Rzymskiej), Willem Marinus van Rossum (holenderski redemptorysta posługujący w Kurii Rzymskiej). 

Natomiast w biuletynie wydanym na początku 1928 roku cel stowarzyszenia został ujęty już inaczej: na pierwszym miejscu umieszczono już nie modlitwę o nawrócenie żydów, lecz pojednanie między katolikami i żydami, czyli "pokój nad Izraelem", jak zresztą głosił tytuł biuletynu. Członkowie stowarzyszenia powinni się wyróżniać miłością do narodu żydowskiego jako narodu wybranego, mieli nawet unikać mówienia o nawróceniu żydów, gdyż brzmi to obraźliwie. Zamiast o nawróceniu należałoby mówić o "przejściu od Królestwa Ojca do Królestwa Syna" (co jest oczywiście nawiązaniem do gnostyckiej herezji millenaryzmu). 

Równocześnie - na początku roku 1928 - prezydent stowarzyszenia, którym był Benoit Gariador (1859-1936), opat klasztoru benedyktyńskiego w Subiaco (w internecie nie ma o nim prawie nic, ale wygląda na to, że był Brytyjczykiem pochodzenia baskijskiego, aczkolwiek twarz na fotografii jest zupełnie nie baskijska, przed objęciem urzędu w Subiaco był najpierw przeorem w Buckfast, a następnie założycielem klasztoru benedyktyńskiego w Ziemi Świętej, dokąd wrócił w 1928 r. po usunięciu z urzędu w Subiaco, więcej tutaj), wraz ze wspomnianym holenderskim kanonikiem van Asseldonk'iem wnieśli w imieniu stowarzyszenia do papieża Piusa XI petycję o zmianę wielkopiątkowej modlitwy za żydów. 


Zwłaszcza określenie "pro perfidis Judaeis", oznaczające "za wiarołomnych Żydów", uważano za obraźliwe i promujące antysemityzm, tudzież postulowano wykreślenie określeń "perfidis" i "perfidia". Ponadto domagali się wprowadzenia przyklęknięcia ("flectamus genua") przy tej modlitwie, które dotychczas nie było obecne. Petycję poparł opat rzymskiego klasztoru św. Pawła za Murami, Ildefons Schuster, który był konsultorem komisji liturgicznej tejże Kongregacji. Papież przekazał petycję do Kongregacji Obrzędów, a ta następnie przekazała ją do Świętego Oficjum. Oficjum zleciło wydanie opinii teologicznej jednemu ze swoich konsultorów, dominikaninowi Marco Sales (1877-1936), który pełnił wówczas zaszczytną funkcję "Mistrza Świętego Pałacu Apostolskiego" (zwaną dziś "teologiem domu papieskiego"). 

O. Sales wydał wyważoną opinię. Przyznał, że z punktu widzenia samych prawd wiary nie ma przeszkód do wykreślenia rzeczonych określeń, jednak jest przeszkoda natury duszpasterskiej, mianowicie brak pożytku duszpasterskiego, a raczej niebezpieczeństwo powstania czy sprzyjania mentalności, jakoby czcigodna starożytna liturgia podlegała zmianom postulowanym przez prywatne stowarzyszenia, a takim stowarzyszeniem było "Amici Israel". Równocześnie o. Sales wskazał, że mówienie o "perfidia" żydów ma mocne podstawy w samym Piśmie św., piętnującym łamanie Przymierza przez żydów (Pwt 31,16.20.27; Ps 78,57; 2Krl 17,15; Dz 7,51). Teologicznie jest pewne, że tylko żydzi zawarli Przymierze z Bogiem, że tylko oni to Przymierze stale łamali i że tylko oni to Przymierze nadal łamią, i dlatego słusznie są nazywani wiarołomnymi w odróżnieniu od pogan. Wszak liturgia Wielkiego Tygodnia została w takim kształcie promulgowana przez św. Piusa V, więc wysunięty zarzut o antysemityzm wobec niego i wobec całego Kościoła tak się modlącego przez wieki jest absurdalny. Z tych wszystkich względów nie należy nic zmieniać (nihil esse innovandum). 

Przy okazji rozpatrywania kwestii zmiany w liturgii Wielkiego Piątku zwrócono uwagę na kontext poglądów głoszonych przez stowarzyszenie "Amici Israel". Stwierdzono w nich sześć niebezpiecznych, a nawet gorszących tez i znamion. Nie uszła uwadze Oficjum także radykalna zmiana w linii stowarzyszenia, o której wspomniałem wyżej. Po naradzie w gronie Świętego Oficjum jego przewodniczący kardynał Merry del Val sformułował w jego imieniu votum skierowane do papieża. Postulat wysunięty przez "Amici Israel" co do zmiany w liturgii uznał za zupełnie nie do przyjęcia i absurdalny, zaś działalność stowarzyszenia - którego pierwotnie był członkiem w mniemaniu, że służy nawróceniu żydów według jego pierwotnej deklaracji - uznał za podstępną i niebezpieczną. W rezultacie Pius XI wydał 25 marca 1928 r. dekret potępiający antysemityzm, równocześnie podtrzymując krytyczny stosunek Kościoła do żydów. Tym samym dekretem stowarzyszenie "Amici Israel" zostało rozwiązane, a jego przywódcy zostali przesłuchani i wezwani do odwołania swoich fałszywych poglądów. Oto jego brzmienie (źródło tutaj):




Okazało się jednak, że bojownicy o zmiany w liturgii Kościoła nie złożyli oręża, czego dowodem są następne inicjatywy w tej kwestii znane jako tzw. ruch liturgiczny drugiej fali, istotnie różny od ruchu odnowy liturgicznej zapoczątkowanej w XIX w. przez opata Prosper'a Gueranger'a. 

Z dzisiejszej perspektywy całkowicie i z nawiązką sprawdziły się obawy dominikanina o. Marco Sales'a. Dążenia wyrażone po raz pierwszy przez perfidne stowarzyszenie "Amici Israel" przybrały następnie inną formę i doprowadziły do stanu liturgii, jaki mamy obecnie. Nie jest przypadkiem, że dwoma najważniejszymi zmianami dokonanymi poprzez i po Vaticanum II jest po pierwsze zniszczenie liturgii Kościoła, a po drugie szeroko rozumiany tzw. ekumenizm, obejmujący także niechrześcijan, zwłaszcza żydów. Tradycyjna liturgia Kościoła była oczywiście przeszkodą dla "ekumenizmu" negującego prawdziwość jedynego Kościoła Chrystusowego, jedyną zbawczość Jezusa Chrystusa i ostatecznie Jego Boską naturę i godność. Nie trudno się domyśleć powiązań. 

Czy Msza św. jest ucztą?

 


Kwestia pojawia się dość regularnie, zwłaszcza w sporach między modernistami i katolikami (zwanymi tradycjonalistami). Zamieszanie pochodzi stąd, że od V2 i dokumentów Novus Ordo pojawia się nazywanie Mszy św. "ucztą", "wieczerzą Pańską" itp., niekiedy także obok nazwy "ofiara". Jest to oczywiście ekumaniacka próba pogodzenia wiary katolickiej z herezją protestancką, która neguje ofiarną istotę Mszy św. i sprowadza Eucharystię do pamiątki Ostatniej Wieczerzy. 

Katolicy tradycyjni są często zakłopotani i bezradni, zwłaszcza gdy w tradycyjnych textach liturgicznych znajdują określenie "uczta" czy "wieczerza" (synaxis, convivium, coena). Wynika to z braku właściwej katechezy, niestety także ze strony duchownych niby tradycyjnych. 

Sprawa jest jednak dość prosta. Otóż Msza św. jest w swej istocie Ofiarą Nowego Przymierza, jak wyraźnie mówi Sobór Trydencki. Konstytucja V2 "Sacrosanctum Concilium" wprawdzie tego nie neguje, jednak dodaje inne określenia, bez odpowiedniego wyjaśnienia. Ta metoda jest powielana przez Katechizm Kościoła Katolickiego i inne dokumenty Novus Ordo. 

Mówiąc najprościej: istotą Mszy św. jest ofiara. Kto temu zaprzeczy - także przez dodanie innych określeń - jest heretykiem. Natomiast obrzęd Mszy św. zawiera także Komunię św., która jest ucztą polegającą na spożywaniu ofiarowanego Ciała i Krwi Pańskiej. To jednak nie jest istota Mszy św., choć Komunia św. przynajmniej kapłana jest niezbędnym elementem sprawowania Najświętszej Ofiary. 

Jak więc wyjaśnić nazywanie Mszy św. "wieczerzą" czy "ucztą" w klasycznych źródłach teologii, zarówno w nauczaniu Ojców i Doktorów Kościoła, jak też w tradycyjnych textach liturgicznych czy modlitwach? 

Należy tutaj wziąć pod uwagę specyfikę starochrześcijańskiego języka teologicznego. Otóż należy go rozumieć w powiązaniu z tzw. disciplina arcani, czyli zasadą zachowania pewnej dyskrecji i tajemnicy w odniesieniu do obrzędów świętych. Chrześcijanom zarzucano ze strony żydów i pogan - zarówno przez niezrozumienie jak też złośliwie - niemoralność ich obrzędów, między innymi kanibalizm, co nawiązywało do wieści, że spożywali Ciało i Krew. Równocześnie składanie ofiar było kojarzone z zabijaniem. Sami chrześcijanie nie od razu byli w stanie wyjaśnić spójnie w odpowiednich pojęciach, na czym polega ofiara kultu chrześcijańskiego. Dlatego prościej i bezpieczniej było kojarzenie Eucharystii z ucztą, co oczywiście nie było błędne, gdyż Komunia św. jest częścią Mszy św. Równocześnie z całą pewnością nie była to definicja dogmatyczna. Na nią trzeba było poczekać do rozwoju teologii scholastycznej, która doprowadziła do dogmatycznego zdefiniowania prawdy o Eucharystii. W tej definicji oczywiście nie ma mowy o charakterze uczty, gdyż byłaby to herezja. 

Podobnie jest zresztą z nazwą "Eucharystia". Dosłownie oznacza ona "dziękczynienie" i nawiązuje do słów prefacyj. Byłoby jednak herezją twierdzenie, jakoby istotą Mszy św. jest dziękczynienie. Tak więc mówienie o Sakramencie Eucharystii w znaczeniu nazwy jest w porządku, gdyż posługuje się jednym ze starożytnych określeń. Tym niemniej nazwa ta ani nie wyczerpuje katolickiego rozumienia tego sakramentu, ani nie określa jego istoty. 

Maria Valtorta - czy warto ją czytać?


Nie będę powtarzał ogólnych dostępnych informacyj odnośnie do tej osoby. Zwrócę jedynie uwagę na te, które są czy mogą być istotne dla postawionego pytania. 

Urodzona w 1897 r. w prowincja Campagna w południowych Włoszech. W wieku 23 lat doznała urazu kręgosłupa. W jej oficjalnej biografii odnotowuje się, że wówczas, przebywając na wypoczynku z rodzicami u zamożnych krewnych w Reggio Calabria zetknęła się i była zachwycona książką jednego z głównych przedstawicieli modernizmu włoskiego, pisarza o zainteresowaniach spiritystycznych Antonio Fogazzaro, a która to książka pt. Il Santo, mimo że była ona od 1906 roku potępiona przez Stolicę Apostolską i umieszczona na indexie ksiąg zakazanych. Pisze o tym w swojej autobiografii (źródło tutaj): 

Tak więc ona sama wyznaje, że książka potępionego modernisty "wycisnęło niezacieralne piętno" w jej sercu, że to jest "dobry znak", że ta książka sprawiła jej "wiele dobra", że dzięki niej rzuciła się zupełnie "w ogromną rzekę, w ocean miłosierdzia boskiego", co doprowadziło ją do "nowego chrztu", który czyni "na nowo czystym i miłym Bogu". No cóż, to śmierdzi dość wyraźnie spirytyzmem pseudopentekostalnym, który wtedy już był dość rozwinięty w protestantyźmie a przegotowywał się do przeniknięcia do Kościoła. 

Od roku 1934 Valtorta była częściowo sparaliżowana w dolnych kończynach, nie mogąc się samodzielnie poruszać. W roku 1943 we Wielki Piątek rzekomo słyszała głos Pana Jezusa nakazujący jej zapisywanie tego, co słyszała. Od tej pory aż do 1953 roku spisała około 15000 stron zeszytu, które się składają na osiem książek o różnej objętości, z autobiografią włącznie, co świadczy o jej ambicjach. 

Największa objętościowo i najpopularniejsza, 10-tomowa książka jest znana pod tytułem "Poemat o Bogu-Człowieku", jednak jej oryginalny tytuł brzmi: L’Evangelo come mi è stato rivelato, czyli "Ewangelia taką, jaka mi została objawiona" (źródło tutaj). Już sama nazwa pierwotnego, bardzo znaczącego i trafnego tytułu świadczy o oszustwie na użytek marketingowy. Określenie "poemat" brzmi neutralnie i zarazem pociągająco, natomiast "Ewangelia" oraz "objawienie" wskazuje na roszczenie konkurencyjne do Bożego Objawienia czyli Ewangelij zapisanych w Piśmie św. Rzeczywiście treść tej obszernej "Ewangelii" według Valtorty we wielu miejscach wykazuje sprzeczność przynajmniej z duchem Pisma św., co stanowi poszlakę co do pochodzenia. 

Mało znany jest fakt, że owa "Ewangelia" w obecnej wersji została napisana nie przez samą Valtortę lecz przez jej spowiednika, o. Romualda Migliorini z zakonu serwitów, który posługiwał się jej zapiskami. Tak więc właściwie jest to jego dzieło, nie Marii, co także świadczy o oszustwie na publiczności. 

O. Migliorini jest osobą dość dziwną. Oficjalne informacje ze strony jego zakonu są skąpe, aczkolwiek można z nich nieco wyczytać (źródło tutaj):


Podawana niekiedy w internecie wieść, że był biskupem, jest nieprawdziwa. Był jedynie przez 6 lat prefektem apostolskim w Afryce Południowej (Swaziland), czyli jakby ordynariuszem misyjnym bez święceń biskupich. Dziwne i znaczące jest to, że on nie został biskupem, lecz został nim jego następca w urzędzie prefekta apostolskiego. 

W każdym razie po powrocie do Włoch został spowiednikiem i powiernikiem Marii i od tego czasu zaistniał jej związek z zakonem serwitów, czego wyrazem jest fakt, że jej ciało - zmarła w 1961 r. - zostało w 1973 r. exhumowane i pochowane ponownie w krużganku bazyliki Zwiastowania Najświętszej Mariji Panny we Florencji, która jest macierzystą siedzibą tegoż zakonu. Odbyło się w okresie pełnienia funkcji przełożonego generalnego przez usańca, o. Peregrin'a Graffius'a: 


Ciekawa jest jego oficjalna biografia (źródło tutaj): 


Mamy więc do czynienia dość wyraźnie z kręgami skrajnie modernistycznymi, gdyż w latach 60-ych i 70-ych Kościół w USA był w awangardzie przemian modernistycznych. W tej fali właśnie o. Graffius został przyłożonym generalnym zakonu oraz doprowadził do uhonorowania M. Valtorty nowym miejscem pochówku, co oznaczało jej promowanie i to mimo nadal moralnie obowiązującego zakazu rozpowszechniania jej pism, gdyż jej główna książka czyli "Ewangelia" została umieszczona w 1959 r. na indexie ksiąg zakazanych, wskutek czego jej czytanie bez specjalnego, indywidualnego pozwolenia władzy kościelnej było grzechem. Index wprawdzie został przez Pawła VI formalnie czyli prawnie skasowany, jednak nadal istnieje i obowiązuje moralnie, zwłaszcza względem książek, co do treści których są zastrzeżenia doktrynalne. 

Podsumowując:
Zastrzeżenia Magisterium Kościoła odnośnie do pism Marii Valtorty są w pełni uzasadnione i aktualne. Oznacza to, że każdy czytający je wystawia swoją duszę na poważne niebezpieczeństwo dla swojej wiary i zbawienia wiecznego, a przez to grzeszy nie tylko przeciw Kościołowi lecz przeciw wierze katolickiej i cnocie miłości.
Grzechem jest także rozpowszechnianie tych pism, gdyż naraża bliźnich na takie samo niebezpieczeństwo, a może nawet większe, jeśli dana osoba jest jeszcze mniej ugruntowana we wierze katolickiej. 

"Pieszczoty oralne" czyli gorszyciel w sutannie (z post scriptum)


Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej ignorancji tego osobnika, oczywiście zakładając, że to tylko ignorancja, a nie świadome zakłamywanie katolickiej teologii moralnej. Tym razem chodzi o tzw. sex oralny, o który pyta ktoś z jego odbiorców. Oto jego odpowiedź:


Podkreślam, gdyby ktoś nie zauważył: x. Szymon Bańka FSSPX uważa, że tzw. sex oralny nie stanowi żadnego problemu i że nie ma żadnego powodu do niepokoju co do niego.

Nie będę tutaj powtarzał całości wykładu, który uczyniłem odnosząc się do bzdetów w wykonaniu takich osobników jak Remigiusz Recław i Ksawery Knotz (tutaj i tutaj). Zachęcam do zapoznania się z tamtymi wpisami.

Po krótce: tzw. sex oralny jest zaliczany przez WSZYSTKIE tradycyjne podręczniki katolickiej teologii moralnej do sodomii, czyli do współżycia sprzecznego z naturą aktu małżeńskiego, ponieważ dochodzi w tym do spółkowania narządów niesłużących do aktu płodnego. Dla Szymona Bańki - aż wstyd nazwać go tutaj xiędzem - taki akt jest rodzajem pieszczoty, a to świadczy o tym, że albo nie wie, o czym mówi, albo nie chce wiedzieć, albo jedno i drugie. 

A wystarczyłoby znać chociażby nauczanie św. Tomasza, który w Summa Theologiae II-II q. 154 a. 11 (tutaj) mówi, że grzechem lubieżności jest m. in takie współżycie, że skierowane jest ono do narządu nie przeznaczonego do naturalnego czyli płodnego współżycia:

Oraz w q. 154 a. 12 ad 4:

Oczywiście wskazane już poprzednie wpisy w temacie szerzej i dokładniej opisują sprawę w oparciu o klasyczne podręczniki katolickiej teologii moralnej. 

W związku z tym zachęcam P. T. Czytelników do wystosowania skarg na tę i też na inne publiczne wypowiedzi x. Szymona Bańki, adresując je do jego przełożonych, wzywając ich do zajęcia stanowiska, wyjaśnienia sprawy oraz przeproszenia katolików za tę i za inne skandaliczne wypowiedzi tegoż osobnika.

Adres do przełożonego dystryktu:

k.stehlin@fsspx.email

Kontakt do siedziby przełożonego generalnego:

https://fsspx.org/en/contact-us-29

Kontakt do seminarium duchownego w Zaitzkofen, gdzie x. Sz. Bańka otrzymał formację:

https://zaitzkofen.fsspx.org/de/wir-freuen-uns-auf-ihre-nachricht-42924

 


Post scriptum 1

Delikwent próbuje się rozpaczliwie bronić, oczywiście w zakłamany sposób:


Oto podane przez niego strony:


Jak widać, x. Noldin mówi o tzw. niepełnych aktach lubieżności dozwolonych w małżeństwie. Zalicza do nich "spojrzenia, dotyk i tym podobne". X. Bańka widocznie nie rozumie istotnej różnicy między tego typu aktami a "sexem oralnym", który z całą pewnością jest czymś zupełnie innym niż spojrzenia, dotykanie i tym podobne. 

Drugą wspomnianą stronę podaję wraz ze stroną poprzednią, żeby mieć na uwadze kontext:



Tutaj x. Noldin rzeczywiście mówi o tym, co ma związek z tym, co obecnie jest przywoływane w obronie "sexu oralnego", wyraźnie odróżniając od spojrzeń i dotyku: mówi o aktach obrzydliwych (actus obscoeni) jak dotykanie genitaliów ustami czy językiem. Jezuita nie zajmuje tutaj swojego stanowiska, lecz zaznacza, że są teologowie, którzy takie akty potępiają jako grzech ciężki, ale są też teologowie (tych wymienia z nazwiska), którzy te akty zaliczają do niepełnych aktów lubieżności, które nie są grzechem ciężkim, aczkolwiek mogą być grzechem lekkim. 

Jak widać, x. Noldin nie rozważa tutaj specyfiki takich aktów, czyli ich obrzydliwości, a to jest przecież także istotny czynnik dla oceny moralnej. 

W każdym razie x. Bańka nie ma racji, twierdząc (jak wyżej), że z tych wypowiedzi x. Noldina wynika, jakoby "sex oralny" nie stanowił problemu moralnego. Po pierwsze, jedynie mniejszość teologów moralnych i to akurat nie świętych uważa, że akty obrzydliwe mogą być bezgrzeszne czy najwyżej grzechem lekkim. Po drugie, czym innym jest dotykanie genitaliów ustami czy językiem, a czym innym naśladowanie kopulacji w ten sposób (gdyż to jest bezsprzecznie sodomia czyli tzw. sex oralny). Tak więc x. Bańka nadal widocznie nie wie, co mówi, a nawet nie potrafi czy nie chce rzetelnie przeczytać textu, na który się powołuje, licząc widocznie na to, że naiwnym zamuli w ten sposób mózgi. 


Post scriptum 2

X. Karl Stehlin widocznie zareagował i skłonił delikwenta do następującego oświadczenia pod filmikiem:

Moje uwagi:

1. Określenie "odpowiedź nie wystarczająco precyzyjna" świadczy o braku przyznania się do poważnego, wręcz skandalicznego błędu, oraz o kolejnej próbie oszukania publiczności. To jest wybielanie siebie, aż kipiące zakłamaniem i pychą. 

2. Kłamstwem jest także, jakoby "niektórzy teolodzy moralni, że czynności, których dotyczy omawiane pytanie, nigdy nie są dokonywane w małżeństwie z czystego upodobania sprośności". Co mówi x. Noldin, widać wyraźnie powyżej: nie ma żadnego takiego twierdzenia. Jest jedynie powiedziane, że dotykanie genitaliów ustami czy językiem należy zaliczyć do niepełnych aktów lubieżności, i tyle. Przecież nikt rozsądny nie może powiedzieć, że małżeństwo bezwarunkowo chroni przed "czystym upodobaniem sprośności". Także więc Bańka znów ma widocznie urojenia, albo znów próbuje oszukać publiczność. 

3. Na poziomie językowym x. Bańka również błyszczy skandaliczną ignorancją, gdyż widocznie nie potrafi poprawnie gramatycznie ująć wyrażenia "actus luxuriae imperfecti" (w prawidłowym tłumaczeniu: "niepełne akty lubieżności"). Otóż rzeczownik "actus" - zresztą prosty i bardzo często używany w teologii - należy do deklinacji IV i nie ma formy "acti", lecz w liczbie mnogiej brzmi "actus". Ponadto sformułowanie "aktów luxuriae imperfecti" świadczy o tym, że Bańka nie umie odmieniać także przymiotników, ponieważ "imperfecti" odnosi się do "actus" (liczba mnoga), nie do "luxuriae". 

Mamy więc niestety następny popis wręcz niewyobrażalnej obłudy, pychy oraz ignorancji. 

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 1.4.2025): 


Przebieg w skali roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, nastąpił ostatnio znaczny wzrost oglądalności, gdyż średnio było około 2000 wejść na bloga dziennie. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga.  

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW