Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Gdzie jest Pan Jezus?


Rozumiem, że w tym pytaniu chodzi o to, gdzie w liturgii - i poza nią - jest obecny Jezus Chrystus i jak należy się wobec tego zachować. 

Rzeczywiście każdy, kto ma choćby blade pojęcie o katolickiej wierze co do obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie umieszczonym w tabernakulum, a równocześnie trzeźwo myśli, staje przed dylematem co do zachowania się celebransa oraz służby liturgicznej w celebracjach Novus Ordo względem tabernakulum. Podana w pytaniu sytuacja jest obecnie typowa: przyklęka się przed tabernakulum jedynie w procesji do ołtarza oraz przed odejściem od ołtarza po zakończeniu celebracji, natomiast podczas samej celebracji albo zupełnie ignoruje się obecność tabernakulum i tym samym Najświętszego Sakramentu, albo się ją kwituje skinięciem głowy, podczas gdy ołtarz (w sensie stołu Novus Ordo) traktuje się jako właściwe centrum celebracji i główny a nawet jedyny obiekt kultu. To jest oczywiście nowość i to absurdalna. Tradycyjnie obiektem kultu głównym i właściwym jest Najświętszy Sakrament (czyli tabernakulm z nim) oraz krzyż ołtarzowy. W sytuacji, gdy zarówno Najświętszy Sakrament jak też krzyż został wyrzucony z ołtarza, pozostaje tylko ołtarz - mniej czy bardziej przypominający stół i to mnie czy bardziej estetyczny - który stał się głównym przedmiotem kultu. 

Najpierw muszę zaznaczyć, że takie zachowanie pojawiło się dopiero stosunkowo niedawno, mianowicie w ostatniej dekadzie mniej więcej. W mojej młodości - a już wychowywałem się w Novus Ordo - powszechną zasadą było przyklękanie przed tabernakulum za każdym razem, gdy przechodziło się przed nim. To obowiązywało także wtedy, gdy celebrans stojąc przy "ołtarzu soborowym" odwrócony był tyłem do tabernakulum. Dylemat pojawiał się szczególnie po Konsekracji, gdy zarówno w tabernakulum jak też na "ołtarzu soborowym" przyjmuje się obecność Najświętszego Sakramentu. W mojej rodzinnej parafii proboszcz rozwiązał to w ten sposób, że podczas celebracji nie wolno było przechodzić między tabernakulum a "ołtarzem soborowym". To jest najprostsze rozwiązanie. 

Jednak widocznie to nie rozwiązało problemu generalnie, zwłaszcza w kościołach nowych, gdzie tabernakulum znajduje się nie pośrodku, lecz z boku, a przejścia między nim a "ołtarzem soborowym" nie można uniknąć. Mamy więc jeden z niezliczonych przykładów problemu, który Novus Ordo stworzyło. 

Wygląda na to, że w ostatnich latach wynaleziono "genialny" sposób poradzenia sobie z problemem, mianowicie w postaci ignorowania obecności tabernakulum i tym samym Najświętszego Sakramentu podczas celebracji Novus Ordo (a właściwie praktycznie także poza nią). Jak to się ma do wiary katolickiej i do dokumentów liturgicznych samego Novus Ordo?

Wiara katolicka jest jednoznaczna i niezmienna: Jezus Chrystus od momentu ważnej Konsekracji jest istotowo i realnie obecny w postaciach eucharystycznych tak długo, jak długo te postacie istnieją, niezależnie od tego, co się w pobliżu odbywa i jak się ludzie do tej obecności odnoszą. Tego nie podważa także żaden dokument posoborowy, ani doktrynalny, ani liturgiczny, wręcz przeciwnie. 

Nowością jest natomiast podawanie wielu sposobów obecności Jezusa Chrystusa, co wzięło swój początek w konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" (7):


Są tu więc wyliczone jakby różne obecności Chrystusa:

1. w czynnościach liturgicznych,

2. w osobie celebransa,

3. "najbardziej w postaciach eucharystycznych",

4. w swoim słowie,

5. w zgromadzeniu modlitewnym.

Problem w tym, że miesza się tutaj obecność duchową (1, 2, 4, 5) z jedyną obecnością istotowo-realną (3). Ta ostatnia jest wprawdzie wyróżniona (maxime), jednak to wyróżnienie jest niejasne i zrelatywizowane przez umieszczenie pośród sposobów obecności duchowej. Tym niemniej w żaden sposób nie wynika z tego pomniejszenie wyjątkowości tej obecności ponad wszystkimi innym sposobami obecności. Jednak w praktyce to właśnie zdanie doprowadziło do problemu, o który chodzi w zadanym pytaniu. 

Następnym dokumentem w tej kwestii jest encyklika Pawła VI "Mysterium fidei" z 1965 r. poświęcona magisterialnej interpretacji i zastosowaniu nauczania soboru. Jest wprawdzie podkreślenie wyjątkowości obecności realno-istotowej w postaciach eucharystycznych: 

Dalej Paweł VI wyjaśnia:


Przechodzi także do kwestii praktycznej:


I znowu:

Dwa lata później (1967) Kongregacja ds. Kultu Bożego wydała instrukcję Eucharisticum Mysterium, której celem było zebranie i uporządkowane przedstawienie nauczania w kwestii Eucharystii. Rzeczywiście mamy tutaj pewne usystematyzowanie sprawy obecności:


Nie ma więc wątpliwości, że obecność w postaciach eucharystycznych jest szczególna i najwyższa. Wynika stąd, że żaden inny sposób obecności nie może być stawiany ponad tą Obecnością, ani nie może służyć do jej przysłaniania czy lekceważenia. 

Także Katechizm Kościoła Katolickiego nie pozostawia żadnych wątpliwości w tej sprawie:

Tak więc nie ma i nie może być ŻADNEJ różnicy między oddawaniem czci Ciału Pańskiemu podczas celebracji i poza nią. 

Zarówno w pierwszym wydaniu Ogólnego Wprowadzenia (Institutio Generalis) do Mszału Rzymskiego (1969 r.) jak też w drugim (1975 r.) jest jasno postanowione, że przyklęka się przed tabernakulum zarówno przy dojściu i przed odejściem od ołtarza, jak też za każdym razem, gdy się przechodzi przed nim:

Dopiero w trzecim wydaniu Novus Ordo (z 2002 r.) nakazuje się ignorowanie Najświętszego Sakramentu podczas celebracji:


Jest to nie tylko sprzeczne z powyższymi dokumentami doktrynalnymi oraz z wiarą Kościoła, lecz wręcz zabójcze dla trzeźwego myślenia zgodnego z wiarą katolicką. Z jednej strony wierzymy, że Pan Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie, ale z drugiej strony nieuchronne jest pytanie, co się z Nim dzieje wtedy, gdy - według trzeciego wydania NOM - nie wolno Mu okazywać czci. Na jakiej podstawie należy ignorować Jego obecność? Czyż to nie godzi we wiarę w tę obecność - jedyną realnie istotową? Na jakiej podstawie autorzy trzeciego wydania Novus Ordo uzurpują sobie prawo do decydowania, kiedy należy oddawać Najświętszego Sakramentowi należną Mu cześć, a kiedy nie należy? Niestety to jest tresowanie do mentalności trepa, gdzie nie prawdy wiary są decydujące i nadrzędne dla zasad liturgii, lecz wymysły modernistycznych pseudoliturgistów, sprzeczne z tymi prawdami. Czyż można się więc dziwić, że życie w takich regułach i sprzecznościach jest dla normalnego człowieka wręcz odrażające? 

Słusznie należy postawić pytanie, skąd się wziął ów pseudozwyczaj czy pseudoreguła, która stała się powodem zapytania. Otóż podejrzewam, że jest to domorosły pomysł szajki modernistycznych liturgistów, którzy najpierw przeforsowali w praktyce tę pseudoregułę na zasadzie faktów dokonanych, a następnie oficjalne nakazanie takiego zachowania, co miało miejsce jeszcze pod koniec pontyfikatu Jana Pawła II. 

Jak więc postępować w takiej sytuacji?

Po pierwsze, upominać duszpasterzy, wskazując na wiarę katolicką oraz chociażby zacytowane powyżej dokumenty dokrynalne. 

Po drugie, w razie narzucania przez celebransa zachowania ignorującego obecność Najświętszego Sakramentu, odmawiać pełnienia służby liturgicznej oraz unikać takiej liturgii oraz kościołów, gdzie tak się sprawuje.

Po trzecie, uświadamianie bliźnich w tej kwestii, by formować i wzmagać sprzeciw, nawet za cenę szykan i prześladowań. Trzeba i warto, ponieważ chodzi o cześć do Najświętszego Sakramentu, sakramentu naszego zbawienia. 

Kościół a islam



Wszystko wskazuje na to, że to akurat niestety Polska jest nie tylko pionierem we wprowadzeniu “dnia judaizmu”, lecz także “dnia islamu”. Obydwa obchody doczepiono do “tygodnia modlitw i jedność chrześcijan”, czyli niegdysiejszej Oktawy Modlitw o Jedność Chrześcijan, wprowadzonej przez papieża Leona XIII w 1895 r. i powiązanej wpierw ze świętem męczeństwa Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca). W 1910 r. św. Pius X przeniósł ją na tydzień między świętem Rzymskiej Katedry św. Piotra (18 stycznia) a świętem Nawrócenia św. Pawła (25 stycznia). Przekręcanie treści oktawy, zresztą typowe dla “reform soborowych”, zaczęło się usunięciem (przez Jana XXIII) święta z 18 stycznia (przenosząc je na 22 lutego, czyli na święto Antiocheńskiej Stolicy św. Piotra) i tym samym zlikwidowaniem jej klarownego odniesienia do zasady jedności Kościoła Chrystusowego, jaką jest Prymat Piotrowy. Po Vaticanum II zamiast normalnych katolickich modlitw i Mszy św. zaczęto wprowadzać “modlitwy ekumeniczne”, czyli coś w rodzaju communicatio in sacris, co w Kościele było zawsze zabronione, przy czym ten zakaz jest wyraźnie poświadczony i potwierdzony przez wiele soborów. Szczytem było słynne spotkanie w Asyżu z 1986 r. (naśladowane i odświeżane do dziś), gdzie zgromadzeni przedstawiciele różnych religij – od papieża do animistów – modlili się wspólnie. Oficjalnie nazwano to “modlitwą o pokój” i “pielgrzymką pokoju”. To jest też zasadniczo oficjalna treść “dnia islamu”, oczywiście obok podkreślania “wspólnej płaszczyzny”, jaką ma być rzekomo monoteizm.

Takie ujęcie sprawy na tyle ukształtowało świadomość katolików, że np. w ramach odbywanego co roku w Jarosławiu festiwalu “Pieśń naszych korzeni” (więcej tutaj) regularnie odbywały się koncerty muzyki muzułmańskiej (głównie tzw. sufizmu), której treść jest wprost związana z Kuranem oraz postacią i nauczaniem Mahometa. Widocznie nikomu nie przeszkadzało, także władzom kościelnym, że ta muzyka, która wynika z islamu i go wyraża, była wykonywania w kościele, czyli świątyni katolickiej. Prawdopodobnie odpowiedzialne osoby ze strony Kościoła wiedzą o islamie tylko tyle, że jest on “monoteizmem”.

Pomijam w tym miejscu kwestię, czy Ałłah jest tym samym Bogiem, w którego wierzą i którego czczą katolicy (więcej tutaj). W każdym razie sprawa nie jest taka prosta i oczywista, jak wydaje się tym, którzy twierdzą, że monoteizm łączy nas z islamem.

Niech w tym miejscu wystarczy zwrócenie uwagi na rzecz podstawową, czyli islamskie wyznanie wiary. Jest ono znacznie krótsze i dużo prostsze niż chrześcijańskie Credo, natomiast jego waga w islamie jest o wiele większa. Rzadko się o tym wie, więc tym bardziej warto wskazać. W rozumieniu samego islamu człowiek staje się muzułmaninem czyli wyznawcą Ałłaha (i to nieodwołalnie, na zawsze, można jedynie dokonać apostazji, która ma być karana według Kuranu śmiercią) przez wypowiedzenie formuły “Nie ma Boga oprócz Ałłaha, a Mohamed jest jego prorokiem”. Pomijam tutaj charakter jakby magiczny tej formuły. Istotny jest natomiast fakt, że przekonanie o “boskim” posłannictwie Mahometa stanowi niezbywalną istotę islamu i bycia muzułmaninem. Wprawdzie nie lubią oni być nazywani mahometanami, chcąc jakby uniknąć analogii do chrześcijan jako wyznawców Chrystusa jako Boga. Owszem, muzułmanie nie uważają Mahometa za Boga, tym niemniej całe jego posłannictwo i działalność we wszystkich szczegółach rozumieją jako dokładne i doskonałe wypełnienie woli Ałłaha, i to w tym sensie, że pozostaje ono na zawsze i niezmiennie normą postępowania i działania dla wyznawców islamu.

O życiu i działalności Mahometa można się dowiedzieć z wielu źródeł. Kto zna choćby podstawowe fakty, ten nie będzie w stanie poważnie i uczciwie negować bezpośredniego związku poczynań tzw. fundamentalistów islamskich (“extremistów”) z działalnością “proroka” Ałłahowego. Oni są po prostu wiernymi naśladowcami i wykonawcami ponadczasowej nauki i doskonałego przykładu Mahometa, a więc normalnymi “wiernymi”, a nie skrajnymi. Nie mniej i nie więcej. Wynika to z samej istoty Kuranu jako ponadczasowego, bezpośredniego, doskonałego i niezmiennego “objawienia”, które nie potrzebuje i nie dopuszcza żadnej interpretacji czy dostosowania do zmienności historycznej. Samo dopuszczenie tej zmienności i tym samym niedoskonałości jest powszechnie, przez wszystkie rdzenne szkoły islamu uznawane za bluźnierstwo. Dlatego wychowanie religijne w islamie polega właściwie tylko na wykuciu pamięciowym Kuranu – i to w języku oryginalnym arabskim – oraz bezmyślnym, automatycznym powtarzaniu go zwłaszcza w “modlitwie”, która właściwie ma charakter zaklęcia (a nie prośby czy dziękczynienia jak w chrześcijaństwie).

Natomiast fakt, że statystycznie – na szczęście – stosunkowo niewielka część wyznawców Ałłaha jest praktycznie gotowa iść na krwawy dżihad, wynika z reguły (również pochodzącej od Mahometa) podległości wobec przywództwa, które wyznacza aktualną strategię działania w ramach zasadniczego i niezmiennego programu podboju całego świata dla poddania go władzy Ałłaha. Istotną częścią tej strategii jest – oficjalnie nauczana i wpajana – zasada tzw. takija, czyli spryt i podstępność dla taktycznego zmylenia przeciwnika. Dlatego właśnie nawet znani terroryści (jak ci z 11.IX.) przez długie lata byli zwykłymi, zupełnie miłymi, nie rzucającymi się w oczy ludźmi.

Wróćmy do samego Mahometa. Mało znany czy przynajmniej mało zauważany jest następujący szczegół z jego życia, aczkolwiek bardzo znaczący: Według oficjalnych źródeł islamskich, jedną z dziewięciu żon Mahometa była Aisza, którą poślubił, gdy miała 6 lat, zaczął współżyć seksualnie gdy miała 9 lat, zaś “prorok” liczył wtedy lat przynajmniej około 54:

http://en.wikipedia.org/wiki/Aisha
http://pl.wikipedia.org/wiki/Aisza

Apologeci islamu i ekumaniacy twierdzą, że należy coś takiego wytłumaczyć kulturowo-historycznie. Jest to jednak bezpodstawne fałszowanie historii, a to z następujących względów:

Po pierwsze etnologia nie zna w żadnej kulturze, nawet tzw. prymitywnej, zwyczaju uprawiania sexu z dziećmi przez starców.

Po drugie Arabia za czasów Mahometa nie była terenem dzikim, lecz kulturowo dość wysoko rozwiniętym w tym znaczeniu, że istniały tam zarówno wspólnoty chrześcijańskie, jak też bardzo mocne i wpływowe gminy żydowskie. Jego miasto rodzinne Mekka znajdowało się od dawna na głównym szlaku handlowym między Azją Mniejszą a Afryką Wschodnią i Indiami. Trzeba pamiętać, że w judaiźmie już z końcem starożytności niemal powszechnie – zapewne pod wpływem chrześcijaństwa – zanikła poligamia.

Po trzecie jest pewne, że Mahomet był co nieco obeznany zarówno ze Starym Testamentem jak też Nowym. W pierwszym okresie swej działalności zwracał się (wraz ze swoimi zwolennikami) na modlitwie w kierunku Jerozolimy, czyli był pod znacznym wpływem judaizmu. Co więcej, najnowsze badania (np. o. G. Théry OP) wykazują, że był wykształcony i religijnie wychowany przez rabinów:

http://www.amazon.fr/LIslam-v%C3%A9ritables-origines-Joseph-Bertuel/dp/2723301338/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1359373135&sr=8-1

http://books.google.fr/books/about/L_islam_ses_v%C3%A9ritables_origines.html?hl=fr&id=lFvrOqpfsUUC

http://books.google.fr/books?id=bpQynCCeWxAC&hl=fr&source=gbs_similarbooks

Po czwarte: Mahomet pozwolił swoim wyznawcom mieć cztery żony, podczas gdy sam miał ich przynajmniej dziewięć, tudzież pozwolił na poślubianie dziewczynek dopiero od momentu dojrzałości płciowej, podczas gdy sam nie trzymał się tej reguły, a to powołując się na polecenia Allaha.

W sumie nie da się uniknąć wniosku, że pedofilia z pewnością nie była zjawiskiem kulturowym, lecz przywilejem Ałłahowym dla “proroka”.

Tymczasem przemilcza się ten i inne tego typu fakty w informowaniu opinii publicznej o religii Mahometa. Skąd się to bierze?

Wynalezione chyba właśnie w Polsce połączenie obchodów judaizmu, ekumenizmu i islamizmu jest nie tylko przegięciem, które jest praktycznie mało możliwe w krajach mających aktualnie doświadczenia z islamem i jego wyznawcami w wyniku imigracji. W Polsce od stuleci jest obecna niewielka grupa potomków głównie Tatarów, która praktycznie nigdy się nie rozwinęła liczebnie. Ta okoliczność wpływa na naiwne podejście do tematu, tzn. rozpowszechniony brak zrozumienia problemu obecnej realnej expansji islamu w Europie. Tymczasem w Polsce już widać oznaki oswajania rdzennych tubylców z obecnością muzułmanów.

Nie ma wątpliwości, że chodzi o programową akcję ideologiczną. Wszak Polska nie jest na tyle atrakcyjna gospodarczo, by mogła być celem dla imigracji zarobkowej z krajów islamskich. Może więc chodzić jedynie o przygotowywanie gruntu na przyszłość. Ale chyba nie tylko. Chodzi o coś znacznie więcej, a to na płaszczyźnie duchowej. Wskazuje na to właśnie triada judaizm-ekumenizm-islamizm, która dość wyraźnie odnosi się do słynnej przypowieści o pierścieniu z dramatu masona Lessing’a:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Natan_m%C4%99drzec

Czyli realizowany jest masoński program indyferentyzmu religijnego dla zwalczania chrześcijaństwa. Tymczasem ekumaniacy bredzą o dialogu, wspólnych płaszczyznach itp.

Czyż dla uniknięcia dyskriminacji nie brakuje jeszcze
dnia buddyzmu z powodu wspólnej płaszczyzny “pokojowości” (rzekomego niestosowania przemocy),
dnia politeizmu z powodu wspólnej płaszczyzny kultu “świętych” obrazów,
dnia rytualnego kanibalizmu z powodu spożywania ciała ludzkiego (czyż katolicy nie spożywają Ciała Chrystusa?),
dnia masonerii z powodu tajemniczości (por. chociażby tajemnica spowiedzi czy tajność procedury wyboru biskupów),
dnia humanistycznego ateizmu z powodu kultu człowieka,
dnia marxizmu-leninizmu z powodu wspólnych korzeni żydowskich,
dnia gejizmu z tego powodu, że Pan Jezus otaczał się samymi mężczyznami, a jednego nawet przytulał do siebie podczas Ostatniej Wieczerzy,
dnia satanizmu z powodu koloru ubioru księży itd.?

Miałem okazję poznać wyznawców islamu, konwertytów z islamu, a także księży, którzy spędzili wiele lat w krajach islamskich. Również na tej podstawie mogę powiedzieć, że grzechem przeciw prawdzie i miłości bliźniego, czyli zbrodnią na duszach, jest pozostawienie kogokolwiek na pastwę takiej religii.

Czy chrześcijaństwo jest prawdziwą religią?



(wypowiedź dla ankiety Christianitas, rok 2000)


1. Czy chrześcijaństwo jest jedyną prawdziwą religią?

Pytanie to nawiązuje – przynajmniej faktycznie – do wyrażenia, które w dokumentach Magisterium Kościoła zostało bodaj po raz ostatni użyte przez Pawła VI w encyklice z r. 1964 Ecclesiam suam, gdzie Papież wyznaje wiarę Kościoła, iż jest tylko jedna prawdziwa religia i że jest nią religia chrześcijańska, tudzież domaga się jej głoszenia („…ea quae nos credimus, oportet manifestemus, videlicet veram religionem esse unam eamque esse christianam, atque spem habeamus fore ut ab omnibus, qui Deum quaerant et adorent, ut talis agnoscatur“). Tak więc odpowiedź już istnieje i jest nadal aktualna. Do przyjęcia jej w religijnym posłuszeństwie rozumu i woli zobowiązany jest każdy katolik (por. Codex Iuris Canonici, Can. 752). Wobec problemu postawionego – chyba tylko heurystycznie – do rozstrzygnięcia, można jednak poddać ją hermeneutyce w badaniu rozumowym. Nie sposób tutaj zająć się rozpatrzeniem takich teorij, jak exkluzywizmu np. protestanta K. Bartha (przeciwstawiającego chrześcijaństwo nie tylko wszystkim religiom, lecz także religii w ogóle), inkluzywizmu w wydaniu ks. K. Rahnera SI (z jego słynną koncepcją „anonimowych chrześcijan“, na którą nota bene ks. H. U. von Balthasar zareagował powiedzeniem – z przekąsem, ale słusznie – o „anonimowych ateistach“), czy pluralizmu np. ex-księdza (ex-werbisty) P.F. Knittera, degradującego chrześcijaństwo do rangi religii jednej z wielu, a wychodzącego przy tym z założeń agnostyckich i relatywistycznych (typowych zresztą zwłaszcza dla buddyzmu). Dla zwięzłości ograniczę się do uwag pojęciowo-teologicznych oraz pewnego zarysu pozytywnej odpowiedzi przez wskazanie na niektóre źródła teologiczne. Zakładam bowiem, że nie chodzi tutaj o wymianę zdań na poziomie dociekań dziennikarskich typu talk-show, lecz o przyczynek do rzetelnej dyskusji teologicznej, a więc wymagającej sięgnięcia zarówno do źródeł biblijnych, patrystycznych i magisterialnych, jak też starannej precyzji myślenia rozumem oświeconym wiarą.

Wpierw trzeba oczywiście określić, co się rozumie przez “prawdziwość” czy “prawdziwą religię”, a nawet “religię” w ogóle. Warto również sprecyzować, co oznacza słowo “chrześcijaństwo”, gdyż nie jest ono bynajmniej jednoznaczne (bodaj po raz pierwszy pojawiło się ono – jako christianismos – u św. Ignacego Antiocheńskiego, Magn. X, mianowicie w przeciwstawieniu do „judaizmu“). W tym ostatnim mam na myśli nie zbiór ludzi wyznających dany zestaw zdań, lecz sam system prawd, powiązany z praktyką kultową i obyczajową (moralnością). Aby postawione pytanie miało sens, musi istnieć jakiś związek podmiotem (“chrześcijaństwo”) a orzecznikiem (“religia prawdziwa”). Sięgnijmy więc do analizy tego drugiego. 

Zauważamy, że pojęcie “religia” ma dużo wspólnego z pojęciem “chrześcijaństwo” (najpóźniej od IV. w. nazywano chrześcijaństwo „religią“), zawiera bowiem w sobie – przynajmniej w znaczeniu dzisiejszym potocznym – zarówno pewien zestaw zdań (twierdzeń) właściwy dla danej religii, jak też pewne praktyki kultowe i zachowanie moralne. Zaznaczam: chodzi w tych ostatnich o praktyki, nie o teorię dotyczącą kultu i moralności, gdyż tę (teorię) pojmuję jako szczególną część “zestawu zdań”. Innymi słowy: rozróżniam tutaj religię i teorie religijne, które same w sobie nie zawierają odpowiadającej im praktyki. Natomiast mówienie o “(jedynej) prawdziwej religii” sugeruje zawężenie pojęcia religii do teorii, czyli przekonań religijnych. Skoro bowiem prawdziwość rozumie się jako zgodność myśli (i jej wyrazu, czyli zdania) z rzeczywistością, to nie można mówić bezpośrednio w tym samym znaczeniu o prawdziwości jakiejś praktyki kultowej czy obyczajowej (nawet jeśli pojmuje się myślenie jako czynność kultu bądź moralności, gdyż nie każda czynność kultyczna albo zachowanie moralne musi być myśleniem). Tak więc postawiona kwestia może się odnosić w sensie ścisłym jedynie do teoretycznego aspektu chrześcijaństwa w znaczeniu pewnego zestawu zarówno sądów co do rzeczywistości, jak też norm postępowania kultowego i moralnego (to rozumienie zgadza się zasadniczo z obiektywnym pojęciem religii podanym w: Fr. Reg. Garrigou-Lagrange OP, De Revelatione, Vol. II, Romae/Parisiis 1921, 425; por. także W.C. Smith, The Meaning and End of Religion, New York 1962). Sprecyzowanie to jest o tyle ważne, że dość często zdarza się rzutowanie oceny praktyki wyznawców danej religii na ocenę samej tej religii (w zdefiniowanym powyżej znaczeniu). Innymi słowy: fakt takiej czy innej praktyki np. konkretnych chrześcijan (zgodnej czy niezgodnej z teorią) nie ma sam w sobie znaczenia dla kwestii prawdziwości religii chrześcijańskiej (choć wtórnie może mieć takie znaczenie, tzn. jako fakt wynikający z danej – podlegającej już osądowi prawdziwościowemu – teorii metafizycznej, kultowej czy moralnej).

Zbliżając się do odpowiedzi na postawione pytanie, trzeba jeszcze dokonać dwóch istotnych ograniczeń. Nie wchodząc w kwestię związku między teorią metafizyczną a teorią kultową i moralną, odnoszę się tylko do tej pierwszej, zaznaczając jedynie, że rozumiem ją jako podstawową (czego uzasadniać w tym miejscu nie można). Po drugie, mówiąc o chrześcijaństwie mam na myśli nie jakieś konsensualne, wspólne wszystkim ochrzczonym czy przyznającym się do Chrystusa, minimum twierdzeń metafizycznych, lecz pełnię prawdy, przekazywaną – zwłaszcza w postaci dogmatów – przez Kościół Chrystusowy na ziemi, czyli rządzony przez Następcę św. Piotra.

W takich ramach nie może jednakże chodzić o wykazywanie prawdziwości poszczególnych prawd wiary katolickiej i ich porównywanie z twierdzeniami wszystkich istniejących (a także już i jeszcze nieistniejących) religij, co zakłada wydanie sądu także co do ich prawdziwości (czy raczej nieprawdziwości). Pozytywistyczne badanie danych wydaje się ostatecznie niemożliwe do przeprowadzenia w całości, chociażby z powodu nieobejmowalności materiału czy tegoż specyfiki (choć można udowadniać prawdziwość poszczególnych zdań). Twierdzenia religijne nie stosują się bowiem generalnie do zasad weryfikacji przyjętych czy to w naukach przyrodniczych czy spekulatywnych, gdyż dotyczą rzeczywistości ponadzmysłowej i ponadrozumowej (aczkolwiek dane empiryczne i rozumowanie mogą mieć dla nich i w nich doniosłe i niezbywalne znaczenie). Dostrzegamy więc specyfikę orzekania o religii w kategorii prawdziwości. Choć odpowiedź jest niemożliwa na płaszczyźnie czysto empiryczno-racjonalnej, to jednak można jej szukać na płaszczyźnie teologicznej, wyznaczonej (także, nie wyłącznie) przesłankami Objawienia, przyjętymi wiarą.

Rzeczywiście nazwanie chrześcijaństwa „prawdziwą religią“ (obecne wyraźnie u św. Augustyna w De vera religione, lecz także pośrednio już u św. Cypriana, Ad Demetr. 5) streszcza w sobie fundamentalne treści wiary Kościoła. Bardzo skrótowo można je naszkicować w następujący sposób: Chrześcijaństwo jest jedyną prawdziwą religią w tym znaczeniu, że w Jezusie Chrystusie Bóg objawił to i wszystko to, co zechciał ludziom raz na zawsze objawić, oraz że chrześcijaństwo (pełne, tzn. Kościół katolicki) zachowuje i przekazuje to Objawienie (por. Vaticanum II: Dei Verbum 2.4.8.10). Nie oznacza to jednakże, jakoby wszystko, cokolwiek Chrystus nauczał, było przed Nim i bez Niego czymś zupełnie nowym, nieznanym i obcym. Wszak On sam powiedział o sobie, że nie przyszedł znieść “Prawa i Proroków”, lecz by je wypełnić (Mt 5,17). Zaś według św. Pawła poganie – oczywiście ogólnie, nie każdy z pogan – „z natury wypełniają uczynki prawa“ (Rz 2,14; por. św. Klemens Aleksandryjski, Strom. I. 95,3). Gdy św. Jan Ewangelista mówi o Chrystusie jako o “Logosie”, przez którego “wszystko się stało” (J 1,3), to – według nauki powszechnej u Ojców Kościoła – ma na myśli (także) “logiczność” stworzenia, stale obecną i rozpoznawalną, a objawioną i spełnioną we Wcielonym Logosie (warto zauważyć, że już samo to wyrażenie nawiązuje – według zgodnej opinii teologów – do hellenistycznego myśliciela, Filona z Aleksandrii). Tak chyba właśnie należy rozumieć niezmienną naukę Kościoła o naturalnym poznaniu Boga (por. św. Tomasz, S.Th. I, q.2 a.2). W tymże samym Prologu jest mowa o Logosie-Chrystusie jako świetle, które oświeca każdego człowieka przychodzącego na świat (J 1,9). Św. Cyryl Aleksandryjski odnosi te słowa do „zarodków mądrości“, wszczepionych przez Stwórcę praojcu Adamowi, a będących udziałem w boskiej naturze, poprzez które Logos był niejako na świecie przed Wcieleniem (In Joan. Ev. l. 1 c. 9). Zresztą także już według św. Justyna filozofowie greccy jak Sokrates, Platon, Aristoteles, a nawet poeci, mieli udział w Boskim Logosie (Apol. II, 10.13), choć oczywiście jedynie chrześcijaństwo jest „prawdziwą filozofią“ (Apol. I, 44). Wszystko to ma oparcie w nauczaniu św. Pawła, że “od stworzenia świata niewidzialna rzeczywistość Boża – a to wieczna Jego moc oraz boskość – jest oglądana rozumowo poprzez to, co stworzone” (Rz 1,20). Tak św. Augustyn mówi w swoim głównym dziele dogmatycznym, że zanim Mądrość została wysłana, by stać się człowiekiem, była wysłana by być z człowiekiem (De Trinitate, IV, 20, 27-28). Zaś w dojrzałej syntezie swojej teologii głosi tenże sam Ojciec Kościoła wręcz, iż „rzecz ta sama, która jest teraz nazywana religią chrześcijańską, była już u starożytnych i nie brakło jej od początku rodzaju ludzkiego“ (Retract. I, c. 13). Podobnie Sobór Watykański II nazywa Chrystusa „źródłem wszelkiej prawdy, świętości i pobożności“ (Lumen Gentium 67), w którym jest „pełnia życia religijnego“ (Vaticanum II: Nostra aetate 2), ale wspomina także o „zarodkach Słowa“ obecnych w tradycjach ludów niechrześcijańskich (Ad gentes 11). 

Swoisty związek chrześcijaństwa z filozofią naszkicował kard. Ratzinger w swoim niedawnym wystąpieniu na Sorbonie (por. Christianitas, nr 3/4), mówiąc zresztą o „religiach“ nie tylko w znaczeniu terminologii nowoczesnej (przyjętej powyżej), lecz także w znaczeniu pierwotnym łacińskim (jak np. u Cycerona, De natura deorum, tzn. w powiązaniu z „pietas romana“, czy poniekąd także u św. Tomasza, który mówi o „religio“ jako cnocie: S.Th. II-II, q. 81), czyli jako o pewnym zespole praktyk i zachowań, powiązanych pierwotnie co najwyżej z mitologią, a nie z twierdzeniami metafizycznymi (co ma miejsce dopiero wtórnie np. w helleniźmie od neoplatonizmu czy w hinduiźmie od Upaniszadów). 

Wieloznaczność pojęcia „religia“ widoczna jest zresztą już w Piśmie św., gdy np. św. Jakub Apostoł nawołuje do „czystej i nieskalanej religii (threskeia)“, polegającej na trosce o sieroty i wdowy, oraz na wolności od „skazy tego świata“ (Jak 1,27). Podobnie św. Paweł wzywa do „rozumnego kultu (latreia)“, przez który rozumie złożenie siebie Bogu na „ofiarę żywą i miłą“ (Rz 12,1). Tenże sam Apostoł na innym miejscu pochwala Ateńczyków za ich “szczególną pobożność”, wyrażającą się w tym, że pośród wielu miejsc kultu poświęcili także jeden ołtarz “Nieznanemu Bogu”, co on skomentował słowami: “Co wy czcicie nie znając, to wam głoszę” (Dz 17,22n). Oczywiście byłoby zbyt pochopne twierdzenie, jakoby generalnie poganie czcili już prawdziwego Boga i tym samym praktykowali prawdziwą religię (kwestia, czy wszystkie religie czczą tego samego Boga, to osobny i dość zawiły temat). Czytamy wszakże również o bezbożnych i niesprawiedliwych, że „zamienili prawdę Boga na fałsz, i oddawali cześć i służyli stworzeniu zamiast Stwórcy“ (Rz 1,25). Widać więc zróżnicowaną postawę Apostoła, który pochwala otwartość na – jeszcze niepoznaną – prawdę o Bogu, piętnuje zaś praktykowanie tego, co się tej prawdzie sprzeciwia (ubóstwianie stworzenia). Innymi słowy: dostrzega on u pogan pewien zadatek czy dyspozycję do przyjęcia religii jedynego prawdziwego Boga, ale mówi także wprost o tym, co jest z tą religią nie do pogodzenia.

2. Czy różnicę między chrześcijaństwem i innymi religiami właściwie opisuje odróżnienie religii nadprzyrodzonej i religij naturalnych?

Także tutaj odpowiedź zależy od tego, co się rozumie przez „nadprzyrodzoność“ i „przyrodzoność“ (czy „naturalność“). Ostatecznie chodzi o pojęcie „natury“ (gr. physis), które nie jest bynajmniej jednoznaczne, zwłaszcza gdy się porówna słownictwo patrystyczne i (neo)scholastyczne. Ojcowie Kościoła rozumieli bowiem wszelki grzech jako przeciwny naturze, świętość natomiast jako zgodną z naturą człowieka, gdyż odpowiadającą temu, do czego został on stworzony przez Boga (por. św. Klemens Aleksandryjski, Paedag. II,10,83; II,12,129; Strom. VII,3,17; VII,15,91; św. Atanazy, Liber de def.; św. Grzegorz Nazjanzeński, Orat. II, 25; św. Doroteusz Gazeński, Didask. I, 4; św. Maksym Wyznawca, Ambigua ad Thom. 4; św. Jan Damasceński, De fide orthodoxa II,4; II,30; III,14; IV,20; De duabus in Christo voluntatibus, 6,72-77; 18,33-37; 19,25-29; Contra Manichaeos 71,11-15; 82,15-17). 

Gdy zaś w nowszych dokumentach kościelnych jest mowa o „religiach naturalnych“ i o „religii objawionej“, to nie w znaczeniu całkowitej sprzeczności, lecz odnośnie wyróżnienia religii chrześcijańskiej jako opierającej się nie tylko na tym, co jest dostępne ludzkiemu rozumowi, lecz także na tym, co Bóg objawił w sposób nadprzyrodzony (por. Vaticanum I: Dei Filius, Cap. 2). Różnica między religiami „naturalnymi“ a chrześcijaństwem sprowadza się więc ostatecznie do różnicy między okruchami prawdy a jej pełnią, oczywiście w zależności od tego, na ile dana religia zawiera takowe okruchy (obok fałszu). Czy jednak poznanie obecności i działania Boskiego Logosu w świecie przed Wcieleniem (o której mówią wspomniane już źródła biblijno-patrystyczne) można nazwać „naturalnym“? Innymi słowy: czy także owe obecne – przynajmniej potencjalnie – w religiach „naturalnych“ okruchy prawdy nie są darem nadprzyrodzonym, skoro pochodzą od tego samego Boga (choć sprzed Jego Wcielenia, por. Jak 1,17; oczywiście nie należy tych słów interpretować w myśl potępionego przez Kościół tradycjonalizmu, mówiącego o „objawieniu pierwotnym“, a wykluczającego naturalne tzn. rozumowe poznanie Boga: Ench. Symb. 2811-2814)? Widać więc trudność określenia co do „nadprzyrodzoności“ i „naturalności“. 

Wielu Ojców Kościoła dostrzegało już w stworzeniach niejako ślady względnie „obrazy“ nawet troistości Boga (św. Augustyn, św. Atanazy Aleksandryjski, św. Grzegorz Nazjanzeński, św. Grzegorz Nysseński, św. Cyryl Aleksandryjski, Pseudo-Dionizy Areopagita, św. Jan Damasceński), czyli tej prawdy, która została objawiona w sposób nadprzyrodzony (por. św. Tomasz, S.Th. I q.12 a.12 ad2; a.13). Taka naturalna dostępność prawdy chrześcijańskiej (a raczej jej okruchów) stanowi zresztą ważny aspekt sprawiedliwości Boga, który przecież zapewne daje każdemu człowiekowi możliwość poznania Siebie (choćby tylko cząstkowego), niezależnie od jego zetknięcia się z Ewangelią Chrystusową. Ku właściwemu rozwiązaniu trudności pojęciowej nie prowadzi zarzut ks. H. de Lubac‘a SI (Surnaturel), iżby mówienie o „religii naturalnej“ jako pozbawionej elementów „nadprzyrodzonych“ było swoistym deizmem. Trzeba bowiem określić, co się rozumie przez „nadprzyrodzoność“, tzn. czy odnosi się ją do pochodzenia, do treści, do sposobu komunikowania czy do sposobu przyjęcia danej prawdy. I tutaj problem wkracza w dziedzinę antropologii teologicznej (traktatu o łasce), która, jak wiadomo, jest w znacznym stopniu otwarta na doprecyzowanie teologiczno-magisterialne (co ukazało się chociażby w niedawnej deklaracji katolicko-luterańskiej o usprawiedliwieniu).

Warto uwzględnić również faktyczne życie Kościoła na przestrzeni wieków jako poświadczające samoświadomość chrześcijańską oraz zasady teologiczne w ustosunkowaniu się do innych religij. Charakterystycznym tego wyrazem są następujące słowa św. Jana Damasceńskiego: „Jak święci Ojcowie zburzyli świątynie demonów i na ich miejscach zbudowali świątynie na imię świętych, które są otaczane przez nas czcią, tak zburzyli również obrazy demonów i zamiast nich wznieśli obrazy Chrystusa, Bogarodzicy i świętych. W Starym Przymierzu Izrael nie budował świątyń na imię ludzi i nie świętował świąt jakiegoś człowieka, gdyż natura ludzka była jeszcze pod przekleństwem, a śmierć była potępieniem, i dlatego smucono się, a ciało zmarłego oraz ten, kto je dotknął, był uważany za nieczystego. Teraz zaś, odkąd Bóstwo jest złączone z naszą naturą jako ożywiające i uzdrawiające lekarstwo, natura nasza jest uwielbiona i przemieniona w niezniszczalność. Dlatego śmierć świętych jest świętowana, budowane są świątynie dla nich, oraz malowane obrazy.“ (De sacris imaginibus oratio II, 10) „Czarodzieje i zaklinacze czynią egzorcyzmy, i Kościół egzorcyzuje katechumenów, lecz oni czynią to wzywając demony, Kościół zaś przeciw demonom. Grecy składali ofiary demonom, ale i Izrael składał Bogu w ofierze krew i tłuszcz; ale także i Kościół składa Bogu w ofierze ofiarę bezkrwawą. Grecy ustawiali obrazy dla demonów, ale i Izrael ubóstwiał obrazy. (…) My zaś ustawiamy obrazy dla Boga prawdziwie wcielonego i dla Bożych sług i przyjaciół, którzy odpędzają masy demonów“ (De sacris imaginibus oratio II, 17; podobnie w: De fide orthodoxa IV,26) Słowa te odnoszą się bezpośrednio do zarzutu ze strony obrazoburców, jakoby Kościół przez kult świętych i obrazów stoczył się w bałwochwalstwo, a więc w pogaństwo. Podobny zarzut formułował Martin Luther, a czynią to dziś w różny sposób jego wierni. Słynna teza o „przełomie konstantyńskim“, wraz z którym Kościół, bratając się z hellenizmem, rzekomo utracił czystość wiary czasów biblijno-apostolskich, doczekała się zwłaszcza od ubiegłego wieku wielu opracowań archeologiczno-patrystycznych (głównie spod piór protestanckich, przeważnie tendencyjnych), a wywarła wpływ również na mentalność części katolików, co ujawniło się jako swoisty archeologizm i powracanie do – często jedynie hipotetycznej – pierwotności chrześcijańskiej chociażby w liturgii (którym to tendencjom papież Pius XII przeciwstawił się w encyklice Mediator Dei). Innymi słowy: protestancki zarzut poganizacji (względnie hellenizacji) Kościoła jest w gruncie rzeczy konsekwencją Lutherskiej doktryny o zupełnym zepsuciu natury ludzkiej wskutek grzechu pierworodnego i o wyłączności łaski („sola gratia“) na drodze zbawienia. W takich przesłankach chrześcijaństwo może się jawić tylko w diametralnej antynomii do „religij naturalnych“ i wszelkiego poznania naturalnego (jako tworów zupełnie zepsutej natury ludzkiej), a wszelkie podobieństwo, choćby tylko zewnętrzne, do innych religij (zarówno pogańskich jak i kultu starotestamentalnego) uchodzić za obrzydliwe. Stąd właśnie protestancka pogarda nie tylko dla renesansowego papiestwa, lecz dla wszelkich elementów kultury religijnej, przejętych przez Kościół np. do liturgii. Chodzi o pewne formy, które zostały przyporządkowane do kultu jedynego Boga prawdziwego, choć wpierw stosowane w kultach pogańskich, jak np. składanie ofiar (wielość dawnych ofiar zastąpiona jest Ofiarą Krzyżową uobecnianą w Ofierze Mszy św., por. Missale Romanum: Dominica VII post Pent., Secreta), czy elementy rytualne, jak okadzanie, a także sporządzanie i otaczanie czcią świętych obrazów. Podczas gdy protestanci w imię nadprzyrodzoności chrześcijaństwa odrzucają wszystko, co ma związek z religijnością „naturalną“, Kościół nie wahał się nawiązywać do niej, np. wspominając w Kanonie Mszy św. (szczególnie znienawidzonym przez Marcina Luthra) pogańskiego króla-kapłana Melchizedeka, który nawet błogosławił Abrahama, Ojca wszystkich wierzących (Rdz 14,18-20; por. Hb 5-7).

Trudność pojęciowego odróżnienia religii objawionej od religij naturalnych jawi się także w odniesieniu do judaizmu i mahometanizmu. Religia mojżeszowa przed Chrystusem była przygotowaniem na przyjście Mesjasza i w tym znaczeniu objawioną (dlatego św. Paweł mówi o niej jako „naszej religii“: Dz 26,5). Czy jednak judaizm odrzucający pełnię Objawienia w Jezusie Chrystusie może być nazwany religią objawioną? Widzimy więc niewystarczalność takich prostych kategorij. Tylko pozornie prościej rzecz się ma z mahometanizmem, który wszak przejął pewne elementy Objawienia biblijnego, przetwarzając je po swojemu. Czy owe elementy wspólne z chrześcijaństwem wystarczą, by mówić o „religii objawionej“, czy też nie mają żadnego znaczenia, wobec czego można mówić jedynie o „religii naturalnej“? Niejasność ta zaznaczyła się zresztą już w okresie patrystycznym, kiedy to św. Jan Damasceński w katalogu herezyj wymienia na ostatnim miejscu „religię (threskeia) Izmaelitów“ jako „poprzedniczkę antychrysta“ (Liber de haeresibus, 100). Zaliczanie mahometanizmu do „herezyj“ oczywiście go nie nobilituje, lecz dotyczy podobieństwa wszystkich systemów wyznaniowych poza jedyną pochodzącą od Boga religią – Kościołem katolickim.

Podsumowując można stwierdzić, że jest jedna religia objawiona (i „nadprzyrodzona“) w znaczeniu takiej, która zachowuje pełnię prawdy o Bogu, dostępnej człowiekowi w życiu ziemskim, i że jest nią Kościół katolicki, który zachowuje i przekazuje tę pełnię (czego nie czynią inne wspólnoty, mimo iż nazywają się „Kościołami“). Nieprecyzyjne jest natomiast nazwanie wszystkich innych religij „naturalnymi“, gdyż po pierwsze religia objawiona (czyli katolicka) zawiera w sobie także prawdy poznawalne naturalnie (oprócz prawd poznanych w sposób nadprzyrodzony), a po drugie właśnie te prawdy – jako pochodzące ostatecznie od Boskiego Logosu – są ukierunkowane na Objawienie nadprzyrodzone i każdy, kto jest im wierny, zbliża się doń, a zetknąwszy się z nim przyjmuje jako pełnię tego, co dotychczas poznał był jedynie po części (por. Vaticanum II: Lumen gentium 8; Unitatis redintegratio 3; Nostra aetate 2). Kościół katolicki jest zaś religią „naturalną“ w tym znaczeniu, że zachowuje zarówno poznanie naturalne Boga, jak też nadprzyrodzone, które jest „logicznym“, choć przewyższającym, dopełnieniem i podniesieniem tego pierwszego. Tym bardziej wszystkie religie poza katolicką są „nienaturalne“ w tym sensie, że nie zawierają pełni prawdy, której poznanie odpowiada powołaniu człowieka, czyli jego właściwej, przez Boga zamierzonej „naturze“.

3. Czy religie niechrześcijańskie jako takie mają jakieś znaczenie dla zbawienia (czy potępienia) swych wyznawców?

Przede wszystkim wyrażenie „jako takie“ wydaje mi się dziwne i pochodzące z jakiejś nowomowy egzystencjalistyczno-heideggerowskiej. Każdy bowiem byt jest taki jaki jest, i właśnie jako taki a nie inny daje się (albo nie daje) opisać, np. odnośnie swoich funkcyj. Tak i jakaś religia może mieć jakieś znaczenie (albo nie mieć) tylko „jako taka“ a nie inna, skoro jest właśnie taka, jaka jest, a nie inna.

Tło pytania stanowi zapewne słynna sentencja, znana od św. Cypriana (De catholicae Ecclesiae unitate 6; Epist. 73, 21) i św. Augustyna (De bapt. 4, 17), głoszona zdecydowanie chociażby przez papieży Bonifacego VIII (Unam sanctam) i Piusa IX (Singulari quadam) jako prawda wiary, że poza Kościołem katolickim (czyli rządzonym przez Następcę św. Piotra) nie ma zbawienia. Naukę tę potwierdził także Sobór Watykański II w słowach, że „ten pielgrzymujący Kościół jest konieczny do zbawienia“, przy czym chodzi o Kościół, do którego „są w pełni wcieleni ci, którzy w całości przyjmują przepisy Kościoła i wszystkie ustanowione w nim środki zbawienia i w jego widzialnym organiźmie pozostają w łączności z Chrystusem rządzącym Kościołem przez papieża i biskupów, w łączności mianowicie polegającej na więzach wyznania wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego oraz wspólnoty“ (Lumen gentium 14; por. 8); tak więc „nie mogliby być zbawieni ci ludzie, którzy wiedząc, że Kościół został założony przez Boga za pośrednictwem Chrystusa jako konieczny, mimo to nie chcieliby bądź przystąpić do niego, bądź też w nim wytrwać“ (Ad gentes 7; por. także Katechizm K.K. 846-848). Nie mają zatem żadnych podstaw próby reinterpretowania sentencji „extra Ecclesiam nulla salus“ w sensie jakiegoś poszerzonego pojęcia Kościoła: Sobór mówi jednoznacznie o przynależności do ziemskiego, widzialnego, jedynego Kościoła rządzonego przez papieża. 

Jednocześnie znanych jest wiele świadectw patrystycznych mówiących, że katechumeni, choć jeszcze nie ochrzczeni, mogą dostąpić zbawienia (np. św. Ambroży, De obitu Valent. 51-53; por. także: pap. Innocenty II, Apostolicam Sedem, w: Ench. Symb. 741). Ponadto papież Pius IX podkreśla także co do ludzi znajdujących się w nieprzezwyciężalnej niewiedzy odnośnie Kościoła (a więc będących poza nim bez własnej winy), że oni również mogą dostąpić życia wiecznego (Singulari quadam, Quanto conficiamur). Podobnie naucza Pius XII (Mystici Corporis), a List Św. Oficjum z 8 sierpnia 1949 r. wyjaśnia i precyzuje, że wystarczy „niewyraźne pragnienie (implicitum votum)“ przynależności do Kościoła (Ench. Symb. 3866-3873). Podobnie głosi ostatni Sobór, że ci, którzy „bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie“, a także „Opatrzność Boża nie odmawia koniecznej do zbawienia pomocy tym, którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują, nie bez łaski Bożej, wieść uczciwe życie“ (Lumen gentium 16).

Na związek tej kwestii z prawdą o sprawiedliwości Bożej zwrócił uwagę papież Pius IX, podkreślając, że Bóg nie potępia tych, którzy bez własnej winy nie znają prawdziwej religii (Singulari quadam, Quanto conficiamur; por. Ench. Symb. 2865-2867). Zaś problem poruszył był już filozof pogański Porfyriusz, kwestionując rozumienie Chrystusa jako właściwej i jedynej drogi zbawienia i prawdy na podstawie faktu, że przecież pojawił się On dopiero tak późno w historii ludzkości. Św. Augustyn odpowiedział na to, że Chrystus jest Słowem Bożym, przez które wszystko zostało stworzone, które jest mądrością niezmienną, w której ma udział każda dusza rozumna, i że od początku istnienia rodzaju ludzkiego wszyscy, którzy wierzyli w Niego i znali Go według możliwości (sic!), oraz żyli pobożnie i sprawiedliwie, w jakiejkolwiek epoce żyli i w jakimkolwiek kraju, zostali niewątpliwie zbawieni przez Niego (Epist. 102, c. 2, n. 8-10). W swoim głównym dziele historiozoficznym uznał za „zupełnie trafne przypuszczenie, iż byli też wśród innych narodów [poza narodem żydowskim] ludzie, którym ta tajemnica [proroctwo o Chrystusie] objawiona została i którzy byli pobudzeni do głoszenia jej, bądź to mający jej łaskę, bądź łaski pozbawieni“; przy tym uczony Biskup wymienia jako przykład „świętego i cudownego męża Hioba, który ani był z pochodzenia Żydem, ani też prozelitą“, a widzi w tym przykładzie „zrządzenie Boże, byśmy przez tego jednego (świętego męża) dowiedzieli się, że mogli być po innych też narodach ludzie, żyjący wedle Boga i podobający się Bogu, należący do duchowej Jerozolimy“ (De civitate Dei, XVIII, 47; por. także: św. Jan Chryzostom, Hom. de diabolo, III, 7). Nie ma tutaj sprzeczności wobec słów św. Piotra Apostoła o Jezusie Chrystusie, że “w żadnym innym nie ma zbawienia, gdyż nie jest pod niebem dane ludziom żadne inne imię, w którym mamy być zbawieni” (Dz 4,12), jeśli rozumie się biblijne wyrażenie “w imieniu (en to onomati)” np. według interpretacji św. Augustyna, iż chodzi “nie o dźwięk liter czy sylab, lecz to, co dźwięk oznacza, i to, co przez ten dźwięk słusznie i prawdziwie się rozumie” (Tract. in Joh., 102, 1). Podobną treść mają słowa św. Pawła, który wzywa chrześcijan do modlitwy za wszystkich ludzi, uzasadniając, że Bóg „chce, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy“, jako że „jeden jest Bóg i jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, (…) Jezus Chrystus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich“ (1Tm 2,1-7). Innymi słowy: Bóg oferuje w Chrystusie zbawienie wszystkim ludziom i nie ma innej drogi zbawienia. Jednakże słowa Chrystusowe o potępieniu odnoszą się właściwie tylko do tych ludzi, którzy poznawszy prawdę, nie przyjęli jej i nie przyłączyli się do Kościoła (Mk 16,15n). W żadnym miejscu Pisma św. nie ma mowy o tym, że nie znający Ewangelii (i nieochrzczeni) nie mogą być zbawieni. Decydująca jest dopiero postawa człowieka w zetknięciu się z prawdą Chrystusową, poznaną choćby tylko częściowo, tzn. przynajmniej w „zarodkach Logosu“. Do tej reguły stosuje się – wbrew pozorom – także Sobór Florencki (Ench. Symb. 1351): mówiąc, że poganie, żydzi, heretycy i schizmatycy nie mogą być zbawieni, powołuje się na słowa Chrystusowe z mowy o sądzie ostatecznym (Mt 25,41), skierowane do tych, którzy nie wypełnili ogólnoludzkiej zasady pomocy potrzebującym, a więc na rozliczenie z czegoś, co jest oczywiste i znane, nawet niezależne od świadomej motywacji chrześcijańskiej, widzącej w bliźnim Chrystusa (por. Mt 25,31-40). Innymi słowy: Sobór ma na myśli tych, którzy mimo tego, iż zetknęli się z prawdą, nie przyjmują jej i pozostają poza Kościołem.

Tym samym zostaje przezwyciężony swoisty exkluzywizm judaistyczny: zbawienie nie zależy od przyłączenia się do narodu żydowskiego i wypełnienia przepisów Tory, lecz związane jest jedynie z Chrystusem, który przyszedłszy do „swoich“ został odrzucony (J 1,11n), przyjęty zaś przez wielu pogan, począwszy od trzech mędrców ze Wschodu, którzy, wiedzeni swą pogańską wiedzą, przyszli już do Nowonarodzonego, by się Jemu pokłonić (por. Mt 2; Katechizm K.K. 528), a w średniowiecznym chrześcijaństwie zostali nawet uznani za świętych (ich relikwie są czczone do dziś w katedrze kolońskiej). Można dodać przykłady innych pogan, jak setnika z Kafarnaum, o którego wierze powiedział sam Chrystus, że tak wielkiej jeszcze nie spotkał w Izraelu (Mt 8,5-13), czy kobiety kananejskiej, której wiarę sam Chrystus nazwał „wielką“ (Mt 15,21-28), a także nawet setnika prowadzącego egzekucję, który wobec śmierci Chrystusowej – jak mówi Ewangelista – „uwielbił (edoxasen) Boga, mówiąc, że człowiek ten był naprawdę sprawiedliwy“ (Łk 23,47). Warto zwrócić również uwagę na przykład pierwszego kanonizowanego, i to przez samego Zbawiciela na krzyżu, mianowicie tzw. Dobrego Łotra: przypuszczalnie niewiele wiedział o Chrystusie, zapewne także z religią mojżeszową nie liczył się zbytnio, lecz zdobył się na akt wiary i skruchy wobec Zbawiciela spotkanego w ostatnim momencie swego życia i tak przyjęty został do raju (por. Łk 23,39-43), oczywiście nie dzięki swemu łotrostwu, lecz mocą uchwycenia się tej cząstki prawdy Chrystusowej, którą był poznał. Także na tych przykładach widać, że Bóg daje każdemu człowiekowi możliwość poznania choćby cząstki prawdy o Sobie, mocą której – o ile zostanie ona przyjęta – może on dostąpić zbawienia. Niedopuszczenie takowej możliwości jest bliskie protestanckiej doktrynie o predestynacji, czyli skazywaniu przez Boga z góry na potępienie albo zbawienie, oznaczającą tym samym brak odpowiedzialności człowieka za swoje wybory życiowe.

Tak doszliśmy do częściowej odpowiedzi na postawione pytanie: możliwość zbawienia dla wyznawców religij niechrześcijańskich zależy od ich gotowości przyjęcia prawdy Chrystusowej (czy przynajmniej poznanych jej okruchów). I tutaj pojawiają się trudności. Warto bowiem zauważyć, że pojęcie zbawienia jako trwania osoby ludzkiej w szczęśliwej wieczności jest pierwotnie właściwe tylko Objawieniu biblijno-chrześcijańskiemu. Nawet w religii mojżeszowej (przed Chrystusem) miało ono treść w znacznym stopniu przyziemną i równocześnie dość nieokreśloną. Prawda o osobowym życiu wiecznym (względnie potępieniu) pojawia się wyraźnie dopiero wraz z Jezusem Chrystusem, zwłaszcza w Jego zmartwychwstaniu, oczywiście w nawiązaniu do starotestamentalnych wyobrażeń i intuicyj (które zresztą w pewnym stopniu nawiązują do niektórych wyobrażeń religij „naturalnych“). Współcześni religioznawcy dopatrują się wprawdzie jakichś analogij np. w hinduiźmie czy buddyźmie, trzeba jednak stwierdzić, że chodzi tam w gruncie rzeczy bądź o kołowrót istnień, bądź o rozpłynięcie się w nicości, co nie ma nic wspólnego z osobowym i wiecznie trwałym szczęściem, pełnią życia obiecaną w chrześcijaństwie. Spośród innych znaczących religij mahometanizm jest właściwie swoistą przeróbką obrazów i symboli biblijnych, przemieszanych z dość prymitywno-zmysłowymi wyobrażeniami, zaś judaizm (zwłaszcza po Chrystusie) zdaje się koncentrować na doczesności. Podobnie taoizm ogranicza się zasadniczo do swoistej filozofii życia doczesnego, nie różniąc się w tym bardzo od zwykłego kultu bożków i duchów przodków (jak w animiźmie czy szintoiźmie), ukierunkowanego na zdobycie sobie ich przychylności w wymiarze codziennym. Jest to zresztą zupełnie zrozumiałe: gdzie nie ma mowy o transcendentnym i osobowym Bogu Stwórcy, od którego wszystko pochodzi i który troszczy się o swoje stworzenia, tam nie może być też mowy o szczęściu tego stworzenia w zjednoczeniu (nie stopieniu!) z Bogiem. Jeśli więc ktoś w sposób zdecydowany trzyma się tak różnych od nadziei chrześcijańskiej wyobrażeń, to czy może wbrew temu dostąpić jej obietnic? W każdym razie trzeba pamiętać, że Pan Bóg nie zbawia nikogo na siłę, lecz pozostawia człowiekowi wybór (por. św. Ireneusz, Adv. haer. IV, 37; św. Cyryl Jerozolimski, Catech. VII, 13; św. Grzegorz Nysseński, Or. catech. XXX-XXXI).

Konieczne jest więc unikanie obydwu skrajności: z jednej strony mniemania, jakoby było wszystko jedno, w co się wierzy, a z drugiej strony opinii, jakoby poza widzialnymi ramami chrześcijaństwa panował tylko fałsz i zepsucie moralne, co oznaczałoby także brak wszelkiej szansy na zbawienie. Swoistą odmianą tej drugiej koncepcji jest mówienie (bardzo popularne w publikacjach lefebvrystowskich, a brzmiące niekiedy bardzo po protestancku), iż wyznawcy religij niechrześcijańskich mogą być zbawieni „wbrew“ ich własnej religii. Tym samym pośrednio negowana jest możliwość istnienia w owych religiach cząstek Bożej prawdy zbawczej (wbrew nauczaniu nie tylko Vaticanum II, lecz także Vaticanum I i całej tradycji teologicznej Kościoła). Jest owszem faktem niezaprzeczalnym, że religie niechrześcijańskie po Chrystusie powstawały i rozwijały się w mniej czy bardziej ewidentnej opozycji do chrześcijaństwa (dotyczy to zarówno judaizmu po Chrystusie, jak też religii Mahometa, a zwłaszcza nowoczesnych sekt czy całego ruchu New Age, propagującego np. „duchowość wschodnią“ jako alternatywę wobec – w międzyczasie dość zeświecczonego – chrystianizmu). Mimo jednak tej zamierzonej i praktykowanej konkurencyjności czy wręcz wrogości nie można wykluczyć, iż faktycznie istnieją w owych antyreligiach – i są choćby ze względów taktycznych stosowane – elementy pochodzące wprost czy pośrednio z chrześcijaństwa, które wszak mimo przywłaszczenia przez wrogów nie tracą swojej prawdziwości i znaczenia w dziele zbawienia, lecz mogą doprowadzić człowieka konsekwentnie za nimi idącego do pełni prawdy trwającej w Kościele i do zbawienia. Tak więc właściwie znaczenie zbawcze mogą mieć nie inne wyznania poza Kościołem katolickim, lecz tylko obecne w nich „pierwiastki uświęcenia i prawdy“ (Vaticanum II: Lumen gentium 8).

4. Czy religie niechrześcijańskie we większym stopniu otwierają na Chrystusa (dzięki zawartym w nich “ziarnom prawdy”), czy raczej oddzielają od Niego?

Odpowiedź na to pytanie już częściowo nastąpiła wyżej. Warto ją jednak uzupełnić. Otwierać na Chrystusa mogą jedynie „elementy prawdy“, podczas gdy elementy fałszu oddzielają wyznawców innych religij od Niego. Na ile ktoś trzyma się danej religii ze względu na zawarte w niej elementy prawdy, a na ile ze względu na elementy fałszu, nie sposób generalnie wiedzieć, gdyż chodzi o dyspozycję poszczególnego człowieka (niezależnie od wspomnianego już faktu, że wiele religij powstało i powstaje jako negacja czy przynajmniej konkurencja wobec chrześcijaństwa). Czy mahometański zwyczaj codziennej wielokrotnej modlitwy i dorocznego dość wymagającego postu, czy medytacje buddysty szukającego oderwania się od przyziemności, czy wypełnianie przez ortodoksyjnego żyda Dekalogu otwiera na Boga (i tym samym Chrystusa) czy zamyka? Pytanie to nabiera jeszcze wyrazistości, gdy pomyśli się o trendach wśród chrześcijan (katolików) eliminujących – zarówno teoretycznie jak też praktycznie – wymiar transcendentny swojej tożsamości, wyrażający się także np. w praktykach pokutnych, jak posty (które zostały w ostatnich dziesięcioleciach radykalnie zminimalizowane jeśli nie wręcz zaniechane), w posłuszeństwie przykazaniom Bożym (jak chociażby w kwestiach ochrony życia niewinnych czy nierozwiązywalności małżeństwa), czy w charakterze życia kościelnego (które niekiedy bardziej przypomina kluby rekreacyjno-rozrywkowe niż wspólnotę wiary i modlitwy). Czyż sukcesy przeróżnych sekt czy tzw. nowych religij w krajach niegdyś chrześcijańskich nie są, przynajmniej po części, uwarunkowane właśnie tym, że życie kościelne w znacznej mierze ograniczane jest do wymiaru horyzontalnego? Tatjana Goriczewa, nawrócona filozofka, której udało się uciec ze Związku Sowieckiego, wyraziła tę tendencję w tytule jednej ze swoich książek, opisując swe zetknięcie się z nowoczesnym chrześcijaństwem w krajach zachodnich: „Mówienie o Bogu jest niebezpieczne“, przy czym tytuł ten streszcza wypowiedź pewnego księdza, który na pytanie autorki, dlaczego nie naucza swoich wiernych o Bogu, tłumaczył, że wtedy nikt by go nie słuchał i nie przychodziłby do kościoła, i dlatego lepiej jest opowiadać dowcipy… No cóż, wygląda na to, że Kościół zwalczany jest podwójną taktyką: z jednej strony przez rugowanie tematyki specyficznie religijnej z nauczania i życia kościelnego, a z drugiej przez przenoszenie jej – po mniejszej czy większej przeróbce – do organizacyj alternatywnych jak przeróżne inne „kościoły“ czy ruchy sekciarskie. Czyż może dziwić, że ktoś znający chrześcijaństwo jedynie z mszy beatowych, rockowych czy jazzowych, kabaretowych kazań, balów i dyskotek parafialnych, tudzież wycieczek krajoznawczych będzie szukał religijno-transcendentnego wymiaru życia gdzie indziej i zadowoli się nawet jedynie tegoż namiastką? Oczywiście mechanizm ten nie zmienia faktu, że owe inne religie są pomyślane jako alternatywa czy wręcz oręż przeciwko Kościołowi. Tym niemniej mogą one niekiedy oferować komuś więcej religijności – w znaczeniu okruchów „prawdy i uświęcenia“ – niż atrapy chrześcijaństwa. Ktoś, kto nie poznał prawdy w Kościele (np. wskutek tego, że przysłoniła mu ją atrapa rozrywkowo-towarzyska), a trzyma się przynajmniej jej okruchów, ten może być bliżej prawdy (i tym samym Chrystusa) niż ktoś, kto wprawdzie uczestniczy np. w imprezach parafialnych, ale nie chce słyszeć o Bogu i Jego przykazaniach.

5. Jakie konkretne przejawy współczesnego życia katolickiego można uznać za symptomatyczne dla występującej w środowiskach teologicznych i kościelnych “mentalności relatywistycznej” i “indyferentyzmu”, o których mówił Papież?

Ojciec święty mówił do zebrania plenarnego Kongregacji Nauki Wiary o „pewnej mentalności indyferentystycznej (certa mentalità indifferentistica), nacechowanej relatywizmem religijnym“, którą „należy wykluczyć (si deve escludere)“ (L‘Osserv. Rom. 29. Gen. 2000, p. 5). Jak to bywa z mentalnością, chodzi o coś równie oczywistego, co nie zawsze łatwo uchwytnego. Papież nie podaje wprawdzie definicyj, cytuje tylko swoje słowa z encykliki misyjnej, mówiące o zrównywaniu wartości każdej z religij. Przypomina się tutaj nauczanie poprzednich papieży, jak Grzegorza XVI (Mirari vos), Piusa IX (np. Singulari quadam czy Syllabus), Leona XIII (Libertas), Piusa X (Pascendi), czy Piusa XI (Mortalium animos), gdzie indyferentyzm jest definiowany i potępiony jako mniemanie, według którego zbawienie wieczne można osiągnąć niezależnie od wyznawanej wiary. Jan Paweł II mówi natomiast ogólniej o „wartości“, co jest o tyle pomocne, że nie prowadzi do nieporozumień odnośnie (osobnej, choć ściśle powiązanej) kwestii możliwości zbawienia dla wyznawców innych religij (por. pkt. 3). Ten aspekt soteriologiczny występuje wprawdzie w następnym zdaniu wypowiedzi Papieża, zaraz potem jednak jest mowa o aspekcie gnozeologicznym, o „poszukiwaniu prawdy Bożej“. Określenie „relatywizm (religijny)“ sugeruje ponadto, że chodzi w zasadzie bardziej o kwestię prawdziwości, czyli zgodności z rzeczywistością (poznawalną czy to drogą rozumową czy to przez Objawienie). Słuchając lub czytając wypowiedzi współczesnych teologów, duchownych czy świeckich katolików dość często można natknąć się na zdania zawierające czy zakładające takowy relatywizm. Najpowszechniej ujawnia się on chyba wtedy, gdy ktoś głosi pluralizm i nawołuje do tolerancji. Jako pojęcia odpowiednio przeciwne występują wtedy brak tolerancji, faszyzm, ksenofobia, ciemnogród czy zaściankowość. W gruncie rzeczy chodzi jednak o zduszenie w zarodku wszelkiego wartościowania, czyli odniesienia do obiektywnej skali rozpiętej między prawdą i fałszem, dobrem i złem. Już samo mówienie o prawdzie i dobru poczytywane jest jako przejaw „totalitaryzmu“, dążącego do wyeliminowania różnorodności, do której zaliczane są wszak kłamstwo i zło, choć oczywiście nie tak nazywane, lecz ukrywane pod tajemniczym tytułem „inności“. Powoływanie się na pluralizm, tolerancję i inność jest nie tylko dlatego szczególnie perfidne, że praktykowane przez niegdysiejszych czerwonych służalców i wykonawców tyranii sowieckiej i jej różowych sprzymierzeńców, lecz szczególnie dlatego, że stoi za tym podobna, tyle że bardziej wyrafinowana tyrania (chyba najbardziej bezwzględna wobec tych, którzy się jej nie poddają), której rdzeniem jest „dogmat“ głoszący, że wszystko jest względne, oczywiście prócz tego „dogmatu“. Tak więc zasadą najwyższą zdaje się być tolerowanie wszystkiego, zarówno pobożnych stowarzyszeń i organizacyj dobroczynnych, jak też przewrotności czy zboczeń, za wyjątkiem tego, kto ośmiela się głośno pomyśleć, że przecież nie wszyscy mogą mieć rację. Tam, gdzie jeszcze nie ma całej palety pluralistycznej, robi się wszystko, żeby do takowego stanu możliwie rychło doprowadzić: do krajów chrześcijańskich sprowadza się i popiera przeróżnej maści sekty (jak czyniła to czerwono-różowa oligarchia w Polsce już w stanie wojennym) czy religie niechrześcijańskie (tak że w Europie odbywa się już od dziesięcioleci pokojowa inwazja mahometanizmu).

„Pluralizm“, który jest w istocie ideologiczno-eufemistycznym orężem relatywizmu, nie omija także Kościoła. Szczególnym, bodaj decydującym momentem owego procesu było zapewne zaniechanie powszechnego stosowania jednego Mszału liturgii rzymsko-katolickiej: wprawdzie powstałe po reformie liturgicznej mszały w językach narodowych mają być z założenia tłumaczeniami Missale Romanum, w rzeczywistości jednak różnią się one znacznie zarówno w sobie, jak też tym bardziej w praktycznym zastosowaniu, i to niekiedy aż do takiego stopnia, że trudno rozpoznać tożsamość kościelną. Ponadto w ramach tych samych krajów i tych samych parafij, tworzone są różne „ruchy“, dzielące wiernych na grupy praktykujące swoje zwyczaje, nierzadko znacznie odbiegające treściowo i formalnie od wiary i tradycji Kościoła, przy czym jako tytuł do chluby – niby dowód „żywotności“ parafii – uważana jest już sama ilość takowych grup, a nie np. frekwencja praktyk sakramentalnych, tudzież konsekwentne świadectwo przekonań i życia chrześcijańskiego, wyrażające się chociażby w wyborach politycznych. Również w ramach modnego ekumenizmu akcentuje się coraz bardziej potrzebę uznawania różnorodności zamiast szukania jedności w prawdzie, tak jakby członkami Kościoła mogli być zarówno uznający prawdy wiary katolickiej, jak też ich nie uznający. Wbrew pozorom praktycznie dość płynna jest granica między ekumenizmem interkonfesyjnym i interreligijnym: jeden i drugi jest potocznie pojmowany i praktykowany jako rezygnacja z pytania o prawdę i jako szukanie jakiejś możliwie mglisto-gąbczastej formuły, w której mogłaby się zmieścić różnorodna wielość, tzn. właściwie wykluczające się pozycje. Wszystko to odbywa się pod hasłem „bogactwa“ życia Kościoła i w powoływaniu się czy to na zróżnicowanie kościelnych tradycyj lokalnych w starożytności, czy to na wielość zakonów. Tymczasem różnice dotyczą nie tylko warstwy przypadłościowej, lecz sięgają wręcz substancjalnych fundamentów katolicyzmu, zarówno dogmatycznych, jak też nawet rozumowych. Gdy ktoś nie uznaje dogmatu o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii, o Niepokalanym Poczęciu czy o prymacie papieskim, czy też woli „sprawować Eucharystię“ w salce parafialnej zamiast w kościele, oraz używać przaśne placki zamiast hostii, tudzież nalega na stosowanie kielicha dla wszystkich, czy może także nie widzi nic złego w legalizacji zabijania dzieci nienarodzonych, demoralizacji i rozwiązłości, to kryje się pod tym o wiele więcej (a właściwie o wiele mniej) niż „bogactwo“. Nie wystarczy wtedy tolerancyjnie uznać jego prawa do własnego zdania, tym bardziej gdy podaje się on za agnostyka (skąd agnostyk może mieć swoje zdanie?). Zarówno miłość do prawdy jak i miłość bliźniego wymagają podjęcia się wyprowadzenia go z błędu, a więc „wykroczenia“ przeciwko ideologii relatywizmu i indyferentyzmu.

6. Jakie główne konsekwencje wypływają w życiu chrześcijańskim – indywidualnym i społecznym – z prawdy o “jedynym i powszechnym pośrednictwie” Chrystusa, bez którego nie ma zbawienia?

Prócz obowiązków wobec Boga (modlitwa, uczestnictwo w kulcie społecznym i wypełnianie przykazań) i własnej osoby (poznawanie i pogłębianie wiary), należy pamiętać o wspomnianej już powinności wobec bliźnich, czyli wyprowadzania z błędów, a prowadzenia ku poznaniu prawdy i uczestnictwa w życiu Kościoła. Zadanie to ma wymiar zarówno indywidualny, tzn. w odniesieniu do poszczególnych osób, jak też społeczny, a to na miarę wpływu, jaki się ma na życie społeczności (rodziny, wspólnoty, narodu, państwa, ludzkości). Jego wykonywanie może mieć przeróżną postać (tu jest miejsce na uprawniony pluralizm!), w zależności od wieku, stanu, zawodu, pozycji. Każdy, kto jest przekonany o koniecznym pośrednictwie Chrystusa i Jego Kościoła, znajdzie sam dość odpowiednich sposobów do przełożenia tej prawdy na praktykę życiową. Główna trudność wydaje się obecnie polegać na braku tego przekonania, a za to odpowiedzialni są nauczyciele wiary, począwszy od biskupów, duszpasterzy i teologów, aż do katechetów i rodziców.

Czy tzw. nadzieja powszechnego zbawienia jest zgodna z wiarą katolicką?



Najpierw należy ustalić znaczenie pojęć i przedmiot pytania. Rozumiem, że chodzi o nadzieję na to, iż ostatecznie żaden człowiek nie będzie potępiony wiecznie w piekle. Otóż niezależnie od motywów czy argumentów (bardzo słabych zresztą, co widać chociażby w wypowiedziach x. Hryniewicza) na korzyść takowej nadziei, należy przede wszystkim stwierdzić, że nie ma ona podstaw ani w Piśmie św., ani w Tradycji Kościoła, ani w nauczaniu Magisterium nieomylnego. 

Po drugie, takowa nadzieja raczej przeczy treści Pisma św. zarówno Starego jak też Nowego Testamentu. 

Po trzecie, jest ona sprzeczna z podstawami soteriologii katolickiej, nawet wręcz z fundamentalnymi prawdami wiary. Mówiąc najprościej: skoro żaden człowiek nie zasługuje na potępienie, to zbyteczne jest dzieło Zbawienia. Zaś dzieło Zbawienia odbywa się przez wezwanie do nawrócenia i wiary w Boże Objawienie w Jezusie Chrystusie, a to oznacza z kolei wolność woli człowieka i tym samym możliwość odrzucenia tegoż wezwania i Objawienia. Musi być to możliwość realna, nie tylko hipotetyczna. Doświadczenie zarówno historyczne jak też osobiste każdego człowieka zawiera nie mało przykładów takiego odrzucenia, gdzie brakuje jakichkolwiek choćby nikłych oznak przyjęcia Zbawienia. Oczywiście słuszne jest współczucie i ból z powodu takich przypadków. Słuszne jest też pragnienie, by żaden człowiek nie został ostatecznie potępiony. Jednak nic nas nie upoważnia do twierdzenia ("nadziei"), że tak będzie, skoro sam Pan Jezus według świadectwa Pisma świętego mówi o "ogniu wiecznym", "mrokach zewnętrznych" itd.

Należy zwrócić też uwagę na skutki praktyczne owej fałszywej "nadziei": jeśli ostatecznie nikt nie ma trafić do piekła, to nie tylko wezwanie do nawrócenia pozbawione by było swej powagi, lecz także wszelkie wybory moralne i każdy grzech. Tym samym ta koncepcja może mieć jedynie katastrofalne skutki także dla doczesności, gdyż pozbawia motywacji do wiary i moralności, która odgrywa zasadniczą rolę u większości ludzi, jeśli nie u wszystkich (w różnym stopniu). Innymi słowy: jedynie realna możliwość wiecznego potępienia jest ostatecznie w stanie powstrzymać wielu ludzi przed zatwardziałym grzeszeniem.

Dlatego można podsumować następująco: owa pięknie brzmiąca "nadzieja powszechnego zbawienia wszystkich ludzi" jest właściwie niczym innym jak tylko elegancką i pseudoteologiczną wersją powiedzonka "hulaj dusza, piekła nie ma".

Czy piekło jest puste?


(wzięte z tutaj)


Tłumaczenie tej wypowiedzi brzmi:

"To, co powiem, nie jest dogmatem wiary, lecz czymś moim osobistym: lubię myśleć, że piekło jest puste, mam nadzieję, że taka jest rzeczywistość."

Wypowiedź nawiązuje do poglądu wyrażonego przez szwajcarskiego teologa, x. Hans'a Urs'a von Balthasar'a (więcej tutaj), byłego jezuity, który dla swoich planów życiowych w związku z protestancką mężatą lekarką pseudomistyczką Adrienne von Speyr (w 1940 r. konwertowała na katolicyzm), wystąpił z zakonu. Na koniec życia został mianowany przez Jana Pawła II - dzięki protekcji głównie kard. J. Ratzinger'a - kardynałem, lecz wkrótce po nominacji zmarł, nie doczekawszy kreacji kardynalskiej. W swoich dwóch pisemkach w temacie (Was dürfen wir hoffen, Kleiner Diskurs über die Hölle) usiłował on podważyć tradycyjne, ciągłe nauczanie Kościoła w kwestii piekła jako kary wiecznej (więcej tutaj). Jego pogląd w tej sprawie zwykle jest prymitywnie streszczany w wyrażeniu nadziei, że piekło jest puste. Sam von Balthasar wprawdzie nie wyraził tego aż tak prymitywnie, gdyż wpadł na "genialny" pomysł, że w piekle pozostaną same grzechy, oddzielone od potępionych ludzi i diabłów. Tym samym zasygnalizował problem, czyli pośrednio przyjął, że wyobrażenie o pustym piekle jest absurdalne teologicznie. Od siebie dodam: jest bluźniercze. 

A jest bluźniercze z tego powodu, iż istnienie pustego piekła byłoby bezsensowne, gdyż Bóg nie czyni niczego bezużytecznego, zaś sugerowanie, jakoby Bóg stworzył coś bezsensownego, jest bluźnierstwem. 

Chrześcijaństwo a judaizm



(wypowiedź w ankiecie Frondy)

1. Czy judaizm jest równoprawną z chrześcijaństwem drogą do zbawienia?

Dla uniknięcia nieporozumień trzeba odróżnić religioznawcze pojęcie judaizmu (czyli religii żydowskiej w znaczeniu mozaizmu) od etnologicznego pojęcia narodu żydowskiego. W niniejszych uwagach będę operował tylko tym pierwszym pojęciem. Wiadomo bowiem, że chociażby wszyscy Apostołowie, od Piotra do Pawła, byli Żydami w pojęciu narodowościowym (mówiąc w uproszczeniu, czyli stosując nowożytne, anachroniczne pojęcie narodowości), choć w znaczeniu religioznawczym są przecież pierwszymi chrześcijanami. Równocześnie są Żydzi, którzy wyrzekają się wszelkiej religii i nawet ją zawzięcie zwalczają. Przykładem z historii jest chociażby Karol Marx. Trudno jest jednak całkowicie oddzielić religię żydowską od narodu żydowskiego, a to głównie z powodu zawartych w niej wątków nacjonalistycznych (oto niektóre miejsca, mówiące o miłości wobec rodaków i nienawiści wobec innych narodów: Kpł 19,18; Pwt 7,1n.; 15,3; 20,10-13; 25,17-19; por. Mt 5,43).

Przez judaizm rozumiem więc religię, która opiera się przede wszystkim na Pięcioksięgu Mojżesza (Tora) w określonej tegoż interpretacji (Talmud). Nie wchodząc w rozróżnienia między poszczególnymi ugrupowaniami w łonie judaizmu (za czasów Chrystusa byli to chociażby saduceusze, faryzeusze, esseńczycy), można powiedzieć, że wspólną ich cechą, gruntownie odróżniającą judaizm od chrześcijaństwa, jest odrzucenie Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, czyli zapowiadanego przez proroków Zbawiciela. Mówią o tym Ewangelie przede wszystkim w opisach Męki Chrystusa: Chrystus został przez ówczesnych przywódców judaizmu skazany na śmierć za to, że „sam siebie uczynił Synem Bożym“ (J 19,7; por. także Mt 26,59-68; Mk 14,60-65; Łk 22,66-71). Tymczasem przekonanie, że Jezus z Nazaretu jest zapowiedzianym w Starym Testamencie Zbawicielem i Synem Bożym, stanowi absolutną podstawę chrześcijaństwa. Za tę prawdę został ukrzyżowany sam Chrystus, za nią też ponieśli męczeństwo Apostołowie i za nimi zastępy chrześcijan wszystkich wieków, od więzień jerozolimskich (por. Dz 4,1-3; 5,17n.33.40; 7,58; 8,1) aż do łagrów sowieckich. 

Ciekawym przykładem jest św. Paweł z Tarsu. Wpierw zwalczający chrześcijaństwo wyznawca judaizmu, stał się następnie gorliwym głosicielem Ewangelii Zbawienia w Chrystusie (por. Dz 9). Tenże właśnie Apostoł, niegdyś bojownik Prawa żydowskiego, niestrudzenie głosił, że „w Prawie nikt nie osiąga usprawiedliwienia przed Bogiem“, i że „z przekleństwa Prawa wykupił nas Chrystus“ (Gal 3,11-13). Prawdy te należy rozumieć w świetle nakazu misyjnego samego Chrystusa: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony.“ (Mk 16,15n.) Te słowa Ewangelii zachowują swoją ważność niezmiennie na zawsze. Żaden papież i żaden sobór nie odważył się i nigdy się nie odważy ogłosić je za nieaktualne (zdobyć się na to mogą tylko jacyś pseudoteologowie, u których zresztą trudno czasem odróżnić głupotę od zuchwałości, zakładającej zarówno ignorancję jak i niedorozwój umysłowy u swoich odbiorców). Zadaniem Kościoła może być tylko wyłożenie właściwej treści Pisma św. W świetle tej zasady należy szukać odpowiedzi na postawione pytanie.

Zbędne jest tutaj roztrząsanie kwestii, czy odrzucenie Zbawienia w Chrystusie może być drogą Zbawienia. Jest bowiem oczywiste, że nie ma szansy na ratunek ktoś, kto tonąc odpycha wyciągniętą ku sobie rękę ratownika. Osobno natomiast należy rozważyć pytanie, czy w poszczególnym przypadku wyznawanie judaizmu przez konkretnego człowieka musi oznaczać w pełni świadome i dobrowolne odrzucenie Zbawienia Chrystusowego. Pytanie to dotyczy zresztą także wyznawców innych religij czy niewierzących. Według nauki Kościoła bowiem zacytowane powyżej słowa Chrystusowego nakazu misyjnego odnoszą się do świadomego i dobrowolnego odrzucenia Ewangelii oraz chrztu. To przekonanie znajduje swój wyraz szczególnie w nauce o tzw. „niewyraźnym pragnieniu“ Zbawienia, czyli przyjęcia wiary chrześcijańskiej i włączenia do Kościoła (votum Ecclesiae implicitum). Już samo to pragnienie „przynosi owoce chrztu“ człowiekowi, który „cierpi na nieprzezwyciężalną niewiedzę“ odnośnie spraw Zbawienia (KKK 1258 oraz List Św. Oficjum z 8 sierpnia 1949 r.). Katechizm Kościoła Katolickiego mówi dalej: „Każdy człowiek, który nie znając Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła, szuka prawdy i pełni wolę Bożą, na tyle, na ile ją zna, może być zbawiony. Można przypuszczać, że te osoby zapragnęłyby wyraźnie chrztu, gdyby wiedziały o jego konieczności.“ (KKK 1260) Możliwość ta bynajmniej nie umniejsza konieczności przyjęcia wiary w Chrystusa i chrztu, gdyż na nich właśnie ta możliwość się opiera i z nich wypływa: „Kościół nie zna oprócz chrztu innego środka, aby zapewnić wejście do szczęścia wiecznego. (…) Bóg związał zbawienie z sakramentem chrztu, ale sam nie jest związany swoimi sakramentami.“ (KKK 1257) Ze słów tych wynika jasno, że jedyną prawowitą, tzn. wytyczoną ludziom przez Boga, drogą Zbawienia jest przyjęcie wiary chrześcijańskiej i przynależenie do Kościoła. W przeciwnym razie zresztą zupełnie zbędne i tym samym absurdalne byłoby Chrystusowe dzieło zbawcze, począwszy od Wcielenia, poprzez Krzyż i Zmartwychwstanie, aż do sprawowanych przez Kościół sakramentów, udzielających łaskę zbawczą. Skoro „Bóg jest miłością“ (1J 4,8) i „pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy“ (1Tm 2,4), to także owo wyznaczenie przez Boga drogi zbawienia w Jezusie Chrystusie jako „jedynym Pośredniku“ (1Tm 2,5) należy rozumieć przede wszystkim w świetle Bożej miłości i woli: „W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu.“ (1J 4,9) Skoro miłość ku nam skłoniła Boga do takiego dzieła, to musiało ono być dla nas naprawdę ważne i niezbędne. Przecież nie można twierdzić, jakoby wynikło ono z kaprysu, gdyż takowa motywacja na pewno nie miałaby nic wspólnego z miłością. Ostatecznie pozostaje więc pytanie: Czyż przyjęcie tej miłości można postawić na równi z jej (choćby nawet nie w pełni odpowiedzialnym) odrzuceniem? Czym innym jest bowiem dopuszczalność, a czym innym równowartość i równoprawność.

2. Jak należy rozumieć, że chrześcijaństwo jest Nowym Izraelem?

Najpierw trzeba sprecyzować pojęcie „chrześcijaństwa“. Rozumiem je tutaj w sensie ściśle teologicznym, jako społeczność ludzi ochrzczonych i wyznających wiarę objawioną przez Chrystusa w jej pełni. Przez „pełnię“ rozumiem całość prawd nauczanych przez Kościół jako objawione, a więc przede wszystkim dogmaty wiary katolickiej. Nie wchodząc głębiej w kwestię rozróżnienia między „jednym, świętym, katolickim i apostolskim“ Kościołem a chrześcijaństwem w sensie socjologicznym (czyli ogółem ludzi ochrzczonych i powołujących się w swej wierze na Chrystusa), preferuję mówienie tutaj o Kościele katolickim jako chrześcijaństwie całościowym i pełnym.

Przede wszystkim należy być bardzo ostrożnym w stosowaniu określenia „starsi bracia we wierze“ w odniesieniu do wyznawców judaizmu. Trzeba bowiem mieć stale w pamięci słowa Pisma św. i całą patrystyczną tradycję rozumienia opowieści Księgi Rodzaju o dwóch braciach: „starszym“ Ezawie i „młodszym“ Jakubie (25,22-34). Św. Paweł cytuje słowa: „starszy młodszemu służyć będzie“ i „Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści“ (Rz 9,12-13), rozumiejąc je jako uzasadnienie swojej nauki o łasce danej nie na podstawie pochodzenia z ciała, lecz na podstawie powołania Bożego do zbawienia. Innymi słowy Ezaw jako starszy uosabia dziedzictwo przysługujące na podstawie przyrodzonego pierwszeństwa, Jakub natomiast przedstawia sobą dziedziczenie obietnic Abrahamowych (Rdz 17,4) na podstawie łaski. Według św. Pawła o utracie prawa pierworództwa przez starszego brata i przeniesienia go na młodszego mówi także prorok Ozeasz: „Nazwę »lud nie mój« – ludem moim, i »nie umiłowaną« – umiłowaną. I stanie się: w miejscu, gdzie im powiedziano: »Wy nie jesteście ludem moim«, tam nazywać ich będą synami Boga żywego.“ (Rz 9,25n.) Ojcowie Kościoła, jak chociażby św. Augustyn (Conf. VII 9,15), widzą w Ezawie pierwej do zbawienia powołany „pierworodny Lud Boży“, który stracił swoje pierworództwo, w Jakubie natomiast nowowybrany Lud Boży – Kościół, któremu starszy brat służy swoimi proroctwami (co oznacza, że Nowy Testament opiera się na Starym Testamencie). 

W tym wątku zarysowana jest już nieco problematyka tytułu Kościoła jako „Nowego Izraela“. Analiza tego wyrażenia na podstawie pism Ojców Kościoła i teologów oczywiście przekracza ramy niniejszej wypowiedzi. Podsumowując krótko jego rozumienie w teologii chrześcijańskiej trzeba przede wszystkim stwierdzić, że jego podstawę stanowi przekonanie o utracie przez plemię izraelskie obietnic danych niegdyś Abrahamowi. Jak Ezaw utracił błogosławieństwo przysługujące mu naturalnie jako pierworodnemu (Rdz 25,27-34) i ono przeszło następnie na wybranego przez łaskę Bożą Jakuba, którego innym imieniem jest Izrael (Rdz 32,29), tak po odrzuceniu Mesjasza przez potomków Jakubowych (czyli „Stary Izrael“) przeszło błogosławieństwo Abrahamowe na wybrańca nie z urodzenia, lecz z łaski – na Kościół jako „Nowy Izrael“, jednoczący w sobie wszystkich, którzy uwierzyli w spełnienie się obietnic mesjańskich w Chrystusie: „…dziedzictwo to zależy od wiary, by było z łaski i aby w ten sposób obietnica pozostała niewzruszona dla całego potomstwa, nie tylko dla potomstwa opierającego się na Prawie, ale i dla tego, które ma wiarę Abrahama.“ (Rz 4,16). Dlatego właśnie „nie wszyscy, którzy pochodzą od Izraela są Izraelem“ (Rz 9,6). Św. Paweł zaznacza wyraźnie różnicę między „Izraelem według ciała“ (1 Kor 10,18) a „Izraelem Bożym“ (Gal 6,16). To drugie pojęcie odróżnia się od pierwszego brakiem konotacji fizycznej i nacjonalistycznej, a ma znaczenie w swej istocie duchowe i uniwersalistyczne: „Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich.“ (Rz 10,12); „Nie ma już Żyda ani poganina… wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami.“ (Gal 3,28n.; por. Sobór Wat. II, Lumen Gentium 9; Katechizm Kościoła Katolickiego 219) Ta odziedziczona obietnica zawiera w sobie przede wszystkim dary Zbawienia, czyli osiągnięcie dóbr mesjańskich, „dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej“ (Rz 5,2). Po drugie oznacza ona posłannictwo, związane z jej uniwersalistycznym charakterem, czyli rozszerzanie otrzymanego dziedzictwa na cały świat i na wszystkich ludzi poprzez krzewienie wiary w Chrystusa i włączanie różnych narodów do wspólnoty „Nowego Izraela“ – Kościoła: „My właśnie głosimy wam Ewangelię o obietnicy danej ojcom: że Bóg spełnił ją wobec nas jako ich dzieci.“ (Dz 13,32n.) Posłannictwo Kościoła jako „Nowego Izraela“ łączy się więc nierozerwalnie i istotnie z misją zbawczą samego Chrystusa: sakramenty powierzone przez Niego Kościołowi są jakby przedłużeniem i zastosowaniem dla ludzi wszystkich czasów tego, co raz na zawsze zostało dokonane w Chrystusowym dziele zbawczym.


3. Na czym polega misja Izraela po odrzuceniu przez judaizm Chrystusa?

Pytanie to wiąże się bezpośrednio z omówioną pierwej kwestią „dróg zbawienia“, a pośrednio zostało już poruszone w ostatnich uwagach. Trzeba by oczywiście bliżej określić, co się rozumie przez „misję“. Skoro judaizm odrzuca Chrystusa jako Zbawiciela, to tym samym odrzuca Chrystusową misję zbawczą, adresowaną zarówno do siebie jak i do narodów pogańskich. Tym bardziej nie można twierdzić, jakoby judaizm miał służyć czemuś, co zdecydowanie odrzuca, gdyż jak mówi św. Paweł: „Nie chcąc uznać, że usprawiedliwienie pochodzi od Boga, i uporczywie trzymając się własnej drogi sprawiedliwości, nie poddali się usprawiedliwieniu pochodzącemu od Boga.“ (Rz 10,3) Wbrew własnej woli natomiast judaizm może być nośnikiem pewnego przygotowania do przyjęcia Zbawienia. Chodzi głównie o zawarte w „Prawie“ (czyli Torze) podstawowe prawdy Objawienia, dotyczące np. stworzenia, i o zasady moralne zawarte w przykazaniach Bożych. Dlatego właśnie św. Paweł nazywa Prawo „wychowawcą ku Chrystusowi“ (1Kor 4,24). Skoro judaizm powołuje się na księgi, które także chrześcijanie uważają za natchnione przez Boga (Stary Testament), to stanowi to pewną więź, przynajmniej na płaszczyźnie literalnej. Oczywiście chrześcijańskie rozumienie Starego Testamentu zasadniczo różni się od rozumienia tychże ksiąg przez judaizm. Chrześcijaństwo rozumie je bowiem w świetle Nowego Testamentu, judaizm natomiast interpretuje je poprzez Talmud. Sam Chrystus ogłosił: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić“ (Mt 5,17). Chrystus właśnie jest objawieniem dotychczas ukrytej tajemnicy Zbawienia (por. Kol 1,26n.) i „Pełnią“ (Ef 4,13). Judaizm uznał Go jednak za gwałciciela Prawa i skazał dlatego na ukrzyżowanie. Chrystus powiedział o tym tragicznym odrzuceniu, płacząc nad Jerozolimą: „O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami“ (Łk 19,42). Św. Paweł mówi wprost: „I tak aż do dnia dzisiejszego, gdy czytają Stare Przymierze, pozostaje nad nimi ta sama zasłona, bo odsłania się ona w Chrystusie“. (2Kor 3,14) Oczywiście lepiej mieć skarb nie wiedząc, co się ma, i nie umiejąc z niego właściwie korzystać, niż nie mieć go wcale. Tym niemniej jednak tylko ten, kto potrafi przetopić surowy kruszec i wykuć z niego naczynie, może zaczerpnąć ze zdroju Zbawienia.

Czy ufność w hipokryzji jest dobra?

 

Na powyższą wypowiedź zwrócił mi uwagę jeden z P. T. Czytelników z prośbą o ocenę. W temacie już się zasadniczo wypowiedziałem (tutaj).

Mówiąc najkrócej: to jest połączenie ignorancji teologicznej z brakiem elementarnego trzeźwego myślenia. 

ad I. 

X. Jakubiak widocznie nawet nie wie, po co jest błogosławieństwo w ogóle, a błogosławienie domów w szczególności. Mówiąc najkrócej: każda modlitwa Kościoła i każda jego czynność ma na celu i zmierza do zbawienia dusz, a to się dzieje przez nawrócenie z grzechów. Owszem, modlitwy Novus Ordo zawierają poważne rozmycie pod tym względem. Widocznie ich autorzy-wynalazcy już przy ich tworzeniu przynajmniej dopuszczali rewolucję bergogliańską, z którą mamy teraz do czynienia. Jednak także w nich nie ma żadnych podstaw do twierdzenia, że błogosławione są grzeszne związki, gdyż jest w nich mowa jedynie o mieszkańcach domu, nie o parach. Tak samo w spowiedzi czy przy innych okazjach błogosławi się poszczególne osoby, a nie pary czy ich związki. Błogosławienie par grzesznych jest wynalazkiem "Fiducia supplicans". 

ad 1. 

W jaki sposób FS przewiduje badanie, czy dane osoby wyrażają błędną koncepcję małżeństwa? Jakie to musi być wyrażanie, gdzie i kiedy? Czy to wyrażenie musi nastąpić bezpośrednio przed udzieleniem błogosławieństwa i wobec kapłana, czy wystarczy dzień, tydzień, miesiąc, rok wcześniej? W jaki sposób powinno ono mieć miejsce? Jak kapłan ma to zbadać? Tego x. Jakubiak także nie określa. Tym samym albo jest ofiarą obłudy FS, albo sam oszukuje. 

ad 2. 

Od kiedy to błogosławieństwo jest włączeniem się kapłana w czyjąś modlitwę? Błogosławieństwo kapłańskie jest urzędowym aktem działającego w imieniu Kościoła, NIE prywatną modlitwą w prywatnej sprawie. 

Jak kapłan powinien sprawdzić, czy dana para akurat o to się modli? W jaki sposób? Kiedy?

Tego również nikt nie precyzuje, x. Jakubiak też.

ad 3. 

To oddzielenie od obrzędu ślubu cywilnego jest słuszne, ale również obłudnym zabiegiem. Jak określić związek błogosławienia ze ślubem cywilnym? Ile dni musi upłynąć po takim ślubie, żeby można było udzielić błogosławieństwa? A może wystarczy to zrobić dzień po albo dzień przed? Całkiem możliwe. Czy i jak kapłan powinien pytać o takie okoliczności? Wyobraźmy sobie, że taka para przychodzi do kościoła w dzień po ślubie cywilnym, w niedzielę odświętnie ubrana. Podchodzi do kapłana po Mszy św., być może nawet w zamówionej przez siebie intencji, i prosi o błogosławieństwo. Który kapłan wpadnie na pomysł, by zapytać, czy są po ślubie cywilnym i kiedy go zawarli? Toż to są tylko pozorne ograniczenia, nie tylko nierealistyczne, lecz wręcz obłudne.

ad 4.

W Kościele nigdy nie było i nie ma błogosławieństw, które nie są sakramentaliami. To jest wynalazek protestancki. Duchownemu Kościoła wolno działać w imieniu Kościoła wyłącznie według obrzędów przepisanych w rytuale (Rituale Romanum). Jakieś "spontaniczne" modlitwy czy błogosławieństwa to zwyczaj protestancki, niestety obecnie dość rozpleniony pośród katolików, i to bez żadnej porządkującej reakcji ze strony władzy kościelnej. Ta samowolka zostaje przez "Fiducia supplicans" po raz pierwszy podniesiona do rangi quasi oficjalnej, co jest jednym z elementów demontażu Kościoła i jego protestantyzacji. 

ad 5. i 6. 

Odróżnienie na błogosławieństwo liturgiczne (w sensie przewidzianego w księgach liturgicznych) i nieliturgiczne jest obłudnym wynalazkiem "Fiducia supplicans". Nie ma pozaliturgicznych obrzędów Kościoła i kapłanowi nigdy nie wolno było sprawować jakichkolwiek obrzędów - także błogosławieństw - nieprzewidzianych przynajmniej w rytuale (Rituale Romanum). 

Powoływanie się tutaj na Pismo św. świadczy zarówno o ignorancji teologicznej jak też o niekatolickim myśleniu. To protestanci posługują się słowami Pisma św. w swoich "błogosławieństwach". Czynią tak z tego powodu, że odrzucają kapłaństwo hierarchiczne, a także regulowanie całości liturgii przez Kościół. W katolickim rozumieniu Pismo św. nie jest rytuałem, ani inną księgą liturgiczną. 

ad 7.

X. Jakubiak miesza tutaj różne sprawy. Liturgią w sensie ścisłym jest sprawowanie sakramentów, natomiast liturgią w sensie szerszym są także sakramentalia, czyli także wszelkiego rodzaju błogosławieństwa. O tym właśnie mówi Kodex Prawa Kanonicznego. Nigdy w Kościele nie było błogosławieństw, które by nie były sakramentaliami. To jest wynalazek "Fiducia supplicans" na do doraźny obłudny użytek, w celu przemycenia błogosławienia związków grzesznych. 

ad 8.

Wystarczającym zgorszeniem jest krętactwo i obłuda tego dokumentu, wraz z jego obrońcami. Także podkreślanie, że należy unikać zgorszenia. Zgorszeniem jest z definicji coś złego. Jeśli dana czynność jest zła, to należy jej unikać z powodu zła, nie z powodu zgorszenia. Zgorszenie jest jedynie okolicznością powiększającą zło moralne. 


Czy katolik może przyjąć błogosławieństwo od niekatolika?



Uczestnictwo, a tym bardziej poddawanie się obrzędom niekatolickim i niechrześcijańskim, jest przez Tradycję Kościoła surowo zakazane. Dotyczy to także wypadku, gdy zostaną użyte słowa wzięte ze Starego Testamentu czy ogólnie Pisma świętego. Słowa są ważne, ale same w sobie nie są istotne. Istotna jest osoba dokonująca danego obrzędu, nie tylko jej zamiar (dobra czy zła intencja), lecz jej rzeczywista relacja z Bogiem - gdyż teologicznym źródłem błogosławieństwa jest sam Bóg - i tym samym stosunek do Bożego Objawienia, czyli prawdy nauczanej przez Kościół Chrystusowy, czyli jeden, święty, katolicki i apostolski.

Gest nałożenia rąk jest nie tylko w Kościele, lecz dość powszechnie, także w talmudyźmie, wyrazem wykonywania władzy i wzięcia w posiadanie. Tym samym katolikowi nie wolno poddać się takiemu obrzędowi, niezależnie od takiej czy innej intencji danej osoby. Świadome i własnowolne poddanie się świadczy przynajmniej o braku wiedzy i refleksji zarówno co do znaczenia tego obrzędu jak też jego implikacyj teologicznych. Obiektywnie, tzn. abstrahując od uwarunkowań subiektywnych (wiedza, świadomość, własnowolność), taki akt ma charakter apostazji, nawet jeśli nie jest zawiniony.