Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

"Synodalna" formacja seminaryjna


O ile mi wiadomo, chodzi o jeden z postulatów "synodalnych", które są wynikiem obrad jednej z grup roboczych powołanych przez Franciszka. Grupa pod kierownictwem skrajnie bergogliańskiego i skrajnie progejowskiego kardynała z Madrytu Cobo Cano, który raczył już swoich seminarzystów progejowską propagandą (więcej tutaj), wydała jakby wytyczne do rewizji i przerobienia tzw. ratio fundamentalis czyli ogólnokościelnych zasad kształcenia duchownych (źródło tutaj). 

Najpierw uwaga ogólna co do obecnie modnego hasła "synodalność". Synodalność w znaczeniu  zgromadzenia biskupów dla umówienia i ustalenia niejasnych kwestij sięga czasów apostolskich (tzw. sobór jerozolimski) i starożytnych (sobory lokalne oraz powszechne począwszy od Soboru Nicejskiego I w 325 r.). Greckie określenie "synodos" odpowiada łacińskiemu "concilium" i polskiemu "sobór". Dopiero z biegiem czasu zaczęto w obrębie katolicyzmu terminologicznie odróżniać między "soborem powszechnym" ("concilium oenumenicum", po grecku "oikoumenike synodos") czyli zgromadzeniem biskupów z całego świata, a synodem w znaczeniu zgromadzenia kościelnego o charakterze lokalnym. Jeszcze większe zamieszanie poięciowe nastąpiło wraz z powołaniem "synodu biskupów" przez Pawła VI, zwoływanego co jakiś czas potem także przez Jana Pawła II i jego następców, który był właściwie jakby "małym soborem", gdyż uczestnikami byli przedstawiciele konferencyj biskupów z całego świata (a nie wszyscy biskupi jak w przypadku soboru właściwego). W synodach lokalnych brali udział z natury rzeczy nie tylko biskupi lecz także duchowni niższych stopni. Po Vaticanum II system gremiów doradczych a z czasem też decyzyjnych rozszerzono na parafie tworząc tzw. rady parafialne, w Polsce nazwane dość debilnie i skrajnie modernistyczne "radą duszpasterską", jakoby rada miała się zajmować duszpasterstwem, a nie kapłani. Na tzw. Zachodzie doprowadziło to do gremiokracji na użytek skrajnych modernistów, którzy forsowali skrajne nadużycia zwłaszcza liturgiczne powołując się na swoje gremia parafialne (rada parafialna, wyłoniona przez nią tzw. komisja liturgiczna). Ten obłudny, właściwie sowiecki model - przećwiczony na poziomie krajowym przez niemiecką tzw. "Drogę synodalną" - przejęła dość bezpośrednio ekipa bergogliańska dla przeforsowania dalszej dewastacji ustroju, nauczania i praktyki Kościoła. Sedno taktyki jest to samo co w rewolucji roncalliańsko-montiniańskiej z lat 1960-ych: przejęcie starego pojęcia synodalności, zafałszowanie go oraz użycie dla strukturalno-doktrynalnego przewrotu wewnątrz Kościoła. Zacementowaniem tego przewrotu miał być pontyfikat bergogliański przez utworzenie stałych mechanizmów nowej "synodalności" na poziomie ogólnokościelnym po to, by odgórnie nakazać fałszowanie nauczania i praktyki Kościoła aż do poziomu parafialnego i tym samym zniszczyć czy przynajmniej unieszkodliwić resztki katolicyzmu jeszcze tlące się na niektórych parafiach. 

W przeróbce "ratio fundamentalis" czyli ogólnego regulaminu kształcenia seminaryjnego chodzi o to, by przyszłych kapłanów tresować na potulnych i spolegliwych sługusów gremiów parafialnych i diecezjalnych. Tym samym mają zostać wyeliminowani mężczyźni myślący samodzielnie po katolicku i tym samym potencjalnie bądź realnie zagrażający aparatowi modernistycznemu w jego do spodu bezwzględnej rewolucji. 

Takie formowanie musi oczywiście być sprzężone wszechstronnie z permanentną rewolucją, także w jej gałęzi feministycznej. Feminizm głosi godność i niezależność, a sprowadza się do bycia narzędziem zniewolenia zarówno niewiast jak i wychowywanego przez nie potomstwa. Nie trzeba udowadniać, że niewiasty są generalnie bardziej podatne na różnego rodzaju manipulacje, co widać chociażby w uleganiu nawet durnym i antyestetycznym modom, choć oczywiście zdarzają się wyjątki mężnych niewiast. Zniewieściała uległość i tym samym odmężczyźnienie ma być też wpajane kandydatom na kapłanów. Istotne początki już zostały dokonane przez:
- daleko posuniętą feminizację zawodów wychowawczych i edukacyjnych
- daleko posuniętą feminizację w liturgii Kościoła (śpiew, lektorki, nawet służba liturgiczna i szafarki Komunii)
- ostatnimi laty bergogliańska feminizacja głównych urzędów watykańskich posunięta aż do bezczelnie absurdalnej sytuacji tzw. dykasterii ds. zakonów, gdzie "prefektem" jest zakonnica a jej sekretarzem jest kardynał.
Celem tych zabiegów jest pozyskanie niewiast - rzekomo dotychczas niedocenionych i uciskanych - na użytek radykalnego i dogłębnego przewrotu doktrynalno-strukturalnego w Kościele. To jest plan iście szatański. 

Tym niemniej należy zachować spokój. Kościół nie runie od tego, że niewiasta będzie wykładała np. język obcy w seminarium. Gorzej by było z przedmiotami teologicznymi, gdyż to by oznaczało dalsze pogłębienie zapaści w nauczaniu teologii, która ze swej natury musi być racjonalna, trzeźwa i odważna, nie uczuciowa i bezkrytyczna. Aczkolwiek w obecnym stanie trudno sobie wyobrazić głębszą zapaść niż ta, która jest już dokonana rękami modernistycznych mężczyzn. 

Oczywiście dalszy tego typu proces spowoduje jeszcze pomniejszenue liczbę seminarzystów, o co zresztą też chodzi, gdyż moderniści już dość otwarcie dążą do święcenia żonatych i kobiet przynajmniej - tymczasowo - tylko do diakonatu. Nie da się jednak wyrugować ani wiary katolickiej, ani racjonalnego myślenia po katolicku, ani nie uda się stłamsić czy wyrugować natury ludzkiej i tym samym różnicy płci oraz ich specyficznych właściwości. Będzie to oznaczało większe powodzenie seminariów tradycyjnych, począwszy od indultowych, poprzez lefevbriańskie aż do sedewakantystycznych. Tym pierwszym można wprawdzie teoretycznie narzucić kwotę żeńskich wykładowców, jednak możliwe są też mechanizmy obronne przynajmniej w pewnym zakresie. 

Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa szaleństwo modernistyczne. Miejmy nadzieję, że już niedługo. Wydaje mi się, że pokolenie obecnej młodzieży doczeka lepszych czasów w Kościele niż obecne. Nawet jeśli dojdzie do oficjalnego rozłamu, którego zresztą nie chcą ani moderniści ani umiarkowani konserwatyści. Ci pierwsi chcą oczywiście zawładnąć umysłami katolików do spodu i bez reszty, co im się na pewno nie uda. 

Co więc począć? Po pierwsze, kształcić się w prawdziwie katolickiej teologii choćby nawet prywatnie w domu. Po drugie, starać się o szczere życie duchowe i sakramentalne. Po trzecie, łączyć się w grupy i środowiska dla tych dwóch pierwszych celów. To jest przygotowywanie pewnego zwycięstwa katolicyzmu, które nie musi być liczbowo-statystyczne, ale na pewno będzie jakościowe pod względem intelektualno-duchowym. 

11 komentarzy:

  1. Żadna to nowość. W kikońskich seminariach Redemptoris Mater decydujący głos mają świeccy tzw. katechiści, wśród których są też kobiety. I to tak działa od dziesiątek lat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiedziałem, że będzie o tym wpis. Bóg zapłać

    OdpowiedzUsuń
  3. W jaki sposób tradycyjnie myślący katolicy mogą się zorganizować, żeby "łączyć się w grupy i środowiska dla tych dwóch pierwszych celów"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. teologkatolicki7 marca 2026 20:42

      Organizować spotkania edukacyjne z odpowiednimi kapłanami. Chociażby w domach prywatnych.

      Usuń
    2. Czy można organizować w prywatnym zakresie cykliczne spotkania na kształt ćwiczeń duchowych prowadzonych przez odpowiednich kapłanów?

      Usuń
    3. teologkatolicki8 marca 2026 14:27

      Oczywiście.

      Usuń
    4. bardzo dobra sprawa, ale szkoda, że to by było raczej dostępne tylko wąskiej grupie znajomych

      Usuń
  4. "Celem tych zabiegów jest pozyskanie niewiast - rzekomo dotychczas niedocenionych i uciskanych - na użytek radykalnego i dogłębnego przewrotu doktrynalno-strukturalnego w Kościele. To jest plan oczywiście szatański." - cieszę się, że Ksiądz Dariusz dociera do sedna. Po zamachu modernistycznym na Kościół w trakcie i po soborze SWII, nastąpił rzekomy czas spokoju polskiego pontyfikatu i pogłębianie się modernizmu (ale który Polak mógł mieć coś przeciwko JPII ?), teraz po lokatorze domu św. Marty, nastał kolejny modernista - wypełniający niszczące dla Kościoła zapędy swego poprzednika. Dobrze, że krok po kroku, Ksiądz zaczyna to zauważać (taki mam wrażenie jest wydźwięk tego wpisu).

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie potrzebnie może taki emocjonalny komentarz dałem, ale Pan Bóg i z tego wyciąga błogosławieństwo rękami Księdza. Deo grátias. Przy okazji, proszę się nie martwić, może przewielebny Ksiądz też doczeka tych lepszych czasów! Tak czy inaczej, dziękuję za tak rozwinięty wpis o swoich wartościowych przemyśleniach na ten temat.
    Jeszcze napiszę, że bardziej mnie oczywiście obawiało nie to, że jakiś przedmiot będzie prowadzony przez kobietę, ale że miałyby one decydować o wyświęceniu, ciekawe według jakich kryteriów. Jeszcze raz, Bóg zapłać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. teologkatolicki7 marca 2026 11:18

      O dopuszczeniu do święceń ostatecznie teoretycznie decyduje biskup, praktycznie rektor seminarium po naradzie w gronie wychowawców. Wykładowcy teoretycznie nie mają decydującego głosu, jednak praktycznie mogą pomóc albo zaszkodzić. W każdym razie jest tak, że jeśli Pan Bóg chce mieć kogoś księdzem, to tak się stanie, wcześnie czy później, w taki czy inny sposób. Byle legalny i zgodny z zasadami Kościoła.

      Usuń
    2. Rozumiem, dziękuję bardzo.

      Usuń