Ponieważ problem opowiedziany tutaj jest dość typowy, zdecydowałem się odpowiedzieć publicznie, na co jest zgoda P. T. Autorki, jak widać.
Przede wszystkim dobrze, że Pani szuka pomocy zarówno psychologicznej jak też duszpasterskiej. Najgorzej byłoby zamknąć się w sobie ze swoimi problemami.
Drugi istotny pozytywny element, to trzymanie się wiary katolickiej i sakramentów. Dobrze by było, gdyby to miało miejsce po obydwu stronach, gdyż wówczas szanse na uratowanie małżeństwa byłyby znacznie większe.
Po trzecie, dobrze że myśli Pani nie tylko o swoim dobru i komforcie, lecz także o dobru dzieci i męża. To jest bardzo ważne i również trzeba by, by to miało miejsce także ze strony małżonka. Nie chcę go podejrzewać czy oceniać, ponieważ go nie znam. Znam sprawę tylko z Pani strony. Tutaj potrzebne jest poznanie widzenia sprawy przez obydwie strony. Oczywiście nie podejrzewam Panią o zamierzoną stronniczość czy nierzetelność opisu. Chodzi o to, że spojrzenie w sprawach osobistych zawsze jest w dużej mierze subiektywne, nawet jeśli jest jak najbardziej uczciwe i dobroduszne.
Dlatego do możliwie skutecznej porady konieczne byłoby wysłuchanie także spojrzenia małżonka, najpierw osobno, potem także rozmowy w trójkę. Do tego oczywiście konieczna jest przynajmniej zgoda małżonka.
Z opisu wynika, że małżonek raczej nie ma chęci ratowania pożycia małżeńskiego. I to jest największy błąd i przeszkoda. To nie oznacza, że to ma być powód dla Pani do takiej samej postawy.
Leczenie także w tego typu sprawie należy zacząć od przyczyny, nie od objawów.
Jak wynika z opisu, sama Pani zdaje sobie sprawę, że dość istotnym czynnikiem jest tutaj różnica kulturowa między Wami. Małżeństwa mieszane pod względem kulturowym zawsze są poważnie ryzykowne, zwłaszcza jeśli chodzi o pochodzenie z obszaru islamskiego. Nawet jeśli w tym wypadku małżonek nie pochodzi z rodziny całkowicie tureckiej, to jednak nosi w sobie wiele z kultury ojca, co jest typowe w przypadku mężczyzny.
Problemy, które Pani wspomina, są po części błahe (zniszczona czapka, zmiana sylwetki). Jeśli urastają do problemu życiowego, to jest to przejaw problemów głębszych, które są przykrywane tematami zastępczymi. Należy więc sięgnąć do właściwego problemu czy problemów. Jeśli sami nie jesteście w stanie tego zrobić, to potrzeba osoby trzeciej, która po pierwsze z racji swojej pozycji (jak członek rodziny, kolega z pracy itp.) nie jest stronnicza i po drugie ma zaufanie choćby minimalne ze strony obojga.
Małżeństwo jako relacja nigdy nie jest i nie może być statyczne, jeśli ma być trwałe. Wynika to z tego, że żaden człowiek nie jest statyczny, gdyż codziennie dokonuje wyborów, które kształtują nie tylko nawyki lecz także osobowość, oczywiście w pewnych ramach, lecz dość znacznie, a nawet istotnie. Innymi słowy: samego siebie i drugiej osoby uczymy się stale, więc musimy się uczyć stale na nowo także relacji, zwłaszcza małżeńskiej, gdzie chodzi także, a nawet przede wszystkim o dobro dzieci, aczkolwiek bez odcinania czy lekceważenia dobra małżonków.
To równocześnie daje nadzieję. Każdy człowiek może i powinien dojrzewać do końca życia. Małżeństwo jest szczególną, najbardziej naturalną szkołą dojrzewania.
Tutaj konieczne jest poznanie i docenienie swoich dobrych cech, zdolności i umiejętności, ale także swoich słabości, niedoskonałości i grzechów. I tak samo w odniesieniu do współmałżonka. Życie niesie ze sobą wiele zranień, które wynikają zwykle z emocyj, są nieprzemyślane, w pewnym sensie nawet niechciane przynajmniej po namyśle. Przebaczenie polega na tym, żeby dać sobie nawzajem szansę, nawet jeśli trzeba poczekać na dobrą wolę drugiej osoby.
Pod względem kościelno-prawnym możliwa jest separacja, nie rozwód. Separacja jest po to - jak wszystko w Kościele - by w pewnym koniecznym dystansie po jakimś czasie być w stanie rozpocząć na nowo, choćby małymi krokami. Emocje mają to do siebie, że z czasem słabną. Dotyczy do emocyj zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Stąd się biorą kryzysy zakochania, ale także możliwość budowania relacji na nowo. To jest ważne zarówno dla własnego dojrzewania życiowego jak też dla kształtowania i dojrzewania osobowości dzieci.
Rozwód nie jest rozwiązaniem, nawet w połączeniu z kościelnym orzeczeniem nieważności małżeństwa. Nieważność małżeństwa nie przywróci dzieciom rodziny i nie wymaże lat spędzonych razem w chęci bycia małżeństwem i rodziną.
Dlatego zachęcam do ratowania relacji, oczywiście na miarę możliwości w obecnej sytuacji. Wspomniała Pani o przyjaźni i rozczarowaniu. Także przyjaźń można uleczyć i odnowić. Warunkiem jest jedynie dobra wola obustronna. W pewnym sensie jesteście "skazani" na jakiegoś rodzaju przyjaźń ze względu na dzieci, nawet jeśli obecnie nie jest możliwe pożycie małżeńskie.
Widzę w Pani opisie dużo zdrowego rozsądku, trzeźwego spojrzenia, mimo ciężaru sytuacji i zranień. To jest bardzo dobry znak i fundament ratowania małżeństwa.
Włączam Was do modlitwy i pozostaję do usług, jeśli będzie taka potrzeba.
Jeśli tak ma się sprawa z małżeństwem to lepiej być samemu. Jakie to jest trudne i pełne cierpienia! Chyba trudniejsze od samotności.
OdpowiedzUsuńTo jest błędny wniosek, zarówno co do tego przypadku jak też ogólnie. W tym przypadku wygląda na to, że główną przyczyną problemu są tzw. różnice kulturowe. Brak szacunku dla niewiast i traktowanie dzieci jako swojej własności jest typowe dla "kultury" islamskiej. Dotyczy to także mężczyzn, którzy nie są wierzącymi muślimami, gdyż także na nich oddziaływuje kultura, z której pochodzi ich rodzina. Osobiście nie znam przypadku tzw. szczęśliwego małżeństwa niewiasty chrześcijańskiej z mężczyzną pochodzącym z "kultury" islamskiej. Zwykle jest ładnie i pięknie tylko do ślubu, względnie do urodzenia pierwszego dziecka.
UsuńNatomiast w naszej "kulturze" współczesnej częstszy i coraz częstszy jest przypadek odwrotny: to niewiasta traktuje mężczyznę tylko czy głównie jako dawcę potomstwa i bankomat, bez odpowiedniego szacunku.
Brak szacunku jest właśnie głównym problemem. A to się wiąże czy wręcz wynika z przerostu sfery sexualnej, zmysłowej i uczuciowej nad sferą osobową i racjonalną, co jest przejawem niedojrzałości. Dojrzałość polega na harmonii i hierarchii.
Ale przerost sfery sexualnej, zmysłowej i uczuciowej przecież dotyczy także mężczyzn, a tutaj jest to napisane w kontekście kobiet. Nawet przede wszystkim mężczyzn, a kobiety wiedząc, że łatwo mogą zostać wymienione na inną boją się wiązać z niedojrzałymi.
UsuńNie jest napisane w kontekście tylko niewiast.
UsuńCo by Ksiądz odpowiedział na to co niektórzy mówią że małżeństwo to droga krzyżowa, albo czyściec na ziemi? W ogóle można nazywać prawidłowe podejście do życia czyśćcem na ziemi? Niektórzy też twierdzą że ci którzy mieli łatwiej mimo dobrego życia to będą musieli i tak przecierpieć w czyśćcu.
OdpowiedzUsuńTo jest wykrzywione spojrzenie, nawet jeśli można się w tym dopatrzeć ziarna prawdy. Każdy trud i cierpienie jest karą za grzech pierworodny i też za grzechy osobiste, a ta kara jest pomyślana przez Pana Boga nie jako zemsta lecz jako lekarstwo i środek ku dojrzewaniu człowieka. Małżeństwo i rodzicielstwo to jest oczywiście trud i też cierpienie, ale więcej jest w nim piękna i dobra, a to nie tylko osobistego lecz także - a nawet bardziej - ogólnoludzkiego, gdyż służą pomnażaniu rodzaju ludzkiego i tym samym zaludnianiu nieba.
Usuńmam wrażenie, że niektórzy zochydzają zakładanie rodziny, bo sami by sobie nie poradzili w takich obowiązkach, albo z powodu "psa ogrodnika" co sam nie jest w stanie wziąć, to zochydza innym i ma z tego zadowolenie, żeby się przypadkiem komu życie nie poukładało
OdpowiedzUsuńW jaki sposob Pan Bog patrzy na ludzi, ktorzy maja 40 lat i zyja w samotnosci? Pytanie bierze sie z tego, ze czesto slychac takie "glosy", ze brak rodziny w tym wieku, to brak checi do brania odpowiedzialnosci, ale w dzisiejszych czasach duzo takich doroslych dzieci po prostu nie powinno miec dzieci, czyz nie? Potem mamy takie "uposledzone" klony swoich niedojrzalych rodzicow. Jesli ktos poznal siebie na tyle, ze widzi ze "nie dowiezie", to po co zakladac rodzine? Czy nie lepiej mierzy zamiary na sily?
OdpowiedzUsuń