Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Kto jest narodem wybranym?


Temat poruszałem już jakiś czas temu skrótowo (tutaj). Wypada zająć się tematem judaizmu znowu i to nieco szerzej w związku z pewnym wywiadem, który jest zresztą typowy, gdyż główny jego bohater jest znany ze swojej wcześniejszej działalności perfidnie zakłamanej (tutaj). 
Oto jego kluczowe momenty tym razem: 

Mamy tutaj główną tezę i niestety po prostu potężne kłamstwo w połączeniu z gołosłowiem. Przyznam, że nie pojmuję, jak można tak kłamać. Idźmy dalej. 


Tutaj jest kolejne zasadnicze kłamstwo, co wykażę poniżej właśnie na podstawie dokumentów, na które powołuje się wywiadowany. 


Tutaj jest dość oryginalna teoria o byciu ludem Boga: według wywiadowanego Bóg wybrał najpierw naród żydowski, a potem dodał nowy wybór czyli Kościół, i to się wcale nie kłóci. Przy okazji kłamie, ponieważ określenie "naród pierwszego wybrania" to nie jest pojęcie z oficjalnych dokumentów Kościoła lecz wymysł agenta SB x. Michała Czajkowskiego. 


Tutaj jest znów mieszanka kłamstwa i absurdu. Otóż ani św. Paweł w Liście do Rzymian, ani Magisterium Kościoła nigdzie nie mówi, jakoby Żydzi pozostawali narodem wybranym. Oczywiście należy zdefiniować to wybraństwo, co wywiadowany też próbuje, aczkolwiek dość nieudolnie. Cóż to znaczy, że Bóg działa? To Bóg nie działa w innych narodach, nie działa w Kościele? Istotne jest tutaj określenie wybraństwa Bożego na podstawie przede wszystkim Pisma św. Otóż biblijnie rozumiane wybraństwo jest ściśle związane z obietnicami mesjańskimi. Ich początek jest zawarty już w Księdze Rodzaju, w tzw. Protoewangelii w rozdziale 3. Szczególnymi momentami są powołania Noego, Abrahama i Mojżesza. W pismach prorockich myśl mesjańska została jeszcze bardziej uwyraźniona w kierunku oczekiwania wyzwoliciela z potomstwa Dawida. Kwintesencję tego oczekiwana podaje tzw. kantyk Zachariasza w Ewangelii św. Łukaszowej (rozdział 1). W tym świetle najprościej można streścić biblijne wybraństwo jako przymierze, czyli bliskość i wierna zażyłość z Bogiem. Skoro Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem, którego objawienie zostało zapoczątkowane w Starym Testamencie, to jak może być w zażyłości z Nim ktoś, kto Go odrzuca? 

A przy okazji wywiadowany się plącze, nie potrafiąc określić, kto według niego należy do tego narodu. 


Tutaj oczywiście znów miesza różne sprawy: judaizm jako droga Zbawienia i możliwość zbawienia dla każdego człowieka. Problem jest już w pojęciu Zbawienia w judaiźmie, gdyż eschatologia judaistyczna już za czasów Pana Jezusa nie była jednolita, zaś współczesna jest skrajnie różna od eschatologii chrześcijańskiej. 


Tutaj mamy znowu dość grube kłamstwa. Co oznacza instytucjonalne nawracanie? Wobec kogo to Kościół dziś stosuje? Oczywiście wobec nikogo, bo teraz się tylko "dialoguje". Owszem, są obecnie przedstawiciele Kościoła, którzy twierdzą, że Żydzi powinni pozostawać żydami, podobnie zresztą jak protestanci protestantami itp. Tylko że to nie ma żadnego oparcia w żadnym dokumencie Kościoła także po V2. 
Wywiadowany zapewne z rozmysłem unika powiedzenia, że to papieże nakazywali Żydom żyjącym w państwie kościelnym słuchanie kazań katolickich. Co w tym było złego? Tego wywiadujący nie dopytuje, lecz debilnie przytakuje. Czyż nie jest uczynkiem miłosierdzia co do duszy zobowiązanie poddanych do zapoznania się z prawdą Ewangelii? Skąd Żydzi owcześni, w większości niepiśmienni w językach chrześcijańskich, mieli czerpać wiedzę o Jezusie Chrystusie - czy tylko z Talmudu? I tego chce także obecnie kardynał Ryś a redaktor Chmielewski z PeCh24 go w tym popiera?


Wywiadowany jednak przyznaje, że należy mówić Żydom o Jezusie Chrystusie. Brawo. Jest tylko pytanie, czy i kiedy się to dzieje w tzw. dialogu. A już zupełnym pomyleniem jest mówienie tutaj o prozelityźmie. Jest to jedno z ulubionych wyzwisk bergogliańskich i to absurdalnych. Otóż pojęcie prozelityzmu pochodzi stąd, że Żydem nie można się stać lecz Żydem się człowiek rodzi albo nie rodzi, a ten, kto nie urodziwszy się Żydem, może być najwyżej prozelitą, ale nigdy Żydem we właściwym sensie. W chrześcijaństwie natomiast każdy człowiek z jakiegokolwiek narodu staje się pełnoprawnym i pełnowartościowym chrześcijaninem, nawet jeśli ma pochodzenie niechrześcijańskie. Mówienie więc, że nawracanie ludzi na wiarę katolicką jest prozelityzmem jest po pierwsze zakłamane a po drugie debilne. 


Tutaj zastosowana jest typowa taktyka: zakłamanie przez przekręcenie: podczas gdy ów dokument mówi o wierze starotestamentalnej, wywiadowany przedstawia tak, jakby chodziło o wiarę współczesnego judaizmu:


Owszem, to pomieszanie jest obecne także w tym dokumencie, w jego tle. To zafałszowanie rzeczywistości nastąpiło niestety już za sprawą Jana Pawła II. Jednak zadaniem człowieka myślącego, zwłaszcza teologa i duchownego nie jest zakłamywanie lecz odkłamywanie i wyjaśnianie.

Następne grube kłamstwo. Otóż dokument z grudnia 2015 roku o długim tytule "Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne" (Rz 11, 29) Refleksje o kwestiach teologicznych odnoszących się do relacji katolicko- żydowskich z okazji 50. rocznicy „Nostra aetate” (art. 4) według samookreślenia na jego wstępie NIE jest dokumentem magisterialnym, czyli wyposażonym w autorytet urzędu nauczycielskiego Kościoła:

I jeszcze w oryginale włoskim: 

Tak więc treścią tego dokumentu są nie mniej nie więcej jak tylko prywatne refleksje trzech jego autorów i to o różnej jakości teologicznej. 


Wywiadowany prezentuje tutaj ponownie swoją oryginalną, a absurdalną tezę, jakoby współcześni żydzi czyli wyznawcy judaizmu stanowili wraz z Kościołem jeden Lud Boży. Otóż w biblijnym pojęciu ludu czy raczej narodu wybranego zawarta jest pewien ustrój, którego podstawą jest prawo nadane przez Boga. Nie trzeba udowadniać, że inne jest prawo konstytuujące lud Starego Testamentu, a inne jest prawo Kościoła, a jeszcze inne jest prawo religii talmudycznej. Pomieszanie tych spraw jest zakłamaniem i kpiną nie tylko ze zdrowego rozsądku lecz także z elementarnej wiedzy historycznej i teologicznej. 


Tutaj wywiadowany znów kłamie, licząc zapewne na ignorancję teologiczną wywiadującego i odbiorców. Nawet jeśli wywiadowany jest jedynie habilitowanym historykiem, to powinien wiedzieć, że istnieje coś takiego jak consensus patrum czyli zgodna opinia Ojców co do tego, że naród żydowski już nie jest narodem wybranym. W tym wypadku dochodzi jeszcze zgodność tej opinii Ojców z Pismem św. oraz z nauczaniem Magisterium Kościoła do Vaticanum II włącznie, nawet jeśli na tym ostatnim soborze doszło do zaciemnienia tegoż nauczania. 

Wywiadowany jednak usiłuje wmówić coś, co jest po prostu perfidnym kłamstwem:

Otóż, jak każdy może sprawdzić, nie ma nauczania Kościoła, według którego Żydzi odrzucający Jezusa Chrystusa jako Mesjasza są nadal narodem wybranym. Nie ma tego nawet w najskrajniejszych ekumaniacko wypowiedziach Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. A gdyby nawet taka teza pojawiła się w przemówieniach do Żydów, o które zapewne chodzi wywiadowanemu, to NIE jest to nauczanie Kościoła i to z dwóch powodów: formalnie i materialnie. Formalnie słowa skierowane do Żydów nie są nauczaniem skierowanym do Kościoła powszechnego w funkcji papieża jako najwyższego nauczyciela wiary i tym samym nie mogą stanowić Magisterium Kościoła. Zaś materialnie takie słowa byłyby sprzeczne zarówno z Pismem św. jak też z Tradycją Apostolską, Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła oraz papieży i soborów przynajmniej do Vaticanum II, a nawet wraz z nim. Coś, co jest sprzeczne z tym, czego Kościół nauczał przez dwadzieścia wieków, nie może być nauczaniem Kościoła. Kościół prowadzony przez Ducha Świętego nie może zmienić zdania, gdyż Duch Święty nie zmienia zdania. Dlatego właśnie nawet za pontyfikatu Franciszka nie powstał ŻADEN dokument magisterialny zawierający to, co twierdzi kard. Ryś, który tutaj po prostu kłamie. 

Zacznijmy od Listu do Rzymian, na który z upodobaniem powołują się łgarze judeofilscy. Oto istotne fragmenty:

Już w pierwszym wersecie jest jasne, że św. Paweł mówi o trwaniu przymierza w Żydach, którzy - tak jak on - przyjęli wiarę w Jezusa Chrystusa, czyli w "resztce", która jest wierna Bogu. 


Tutaj św. Paweł mówi o tym, że odrzucenie Jezusa Chrystusa przez Żydów jest "odłamaniem gałęzi", gdyż jest aktem niewierności wobec Boga. Bóg jest wierny Swojemu przymierzu, które trwa w Kościele jednoczącego wiernych Żydów i pogan. Natomiast ci, którzy okazali niewierność przez odrzucenie Jezusa Chrystusa, są "odłamani" od przymierza z Bogiem. 


Tutaj znów św. Paweł mówi wyraźnie o odcięciu od przymierza z Bogiem wskutek niewiary w Jezusa Chrystusa.


Ci, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa, są według św. Pawła nieprzyjaciółmi Boga. Dopiero w tym kontekście można prawdziwie rozumieć słowa, na które maniakalnie i kłamliwe powołują się judeofile, że "nieodwołalne są dary i powołanie Boże". Jest oczywiste, że te dary i to powołanie trwa w tych, którzy okazali wierność Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba przez przyjęcie Jezusa Chrystusa jako Mesjasza. Bóg oczywiście miłuje także tych, którzy okazali niewierność. Im nadal i nieodwołalnie dane są dary, których Bóg udzielił w Starym Testamencie, a które są podstawą do przyjęcia Jezusa Chrystusa. Odrzucenie Jezusa Chrystusa jest niczym innym jak niewiernością i odrzuceniem tych darów, czyli umiłowania przez Boga. Na tym polega niewiara, skutkująca "odcięciem" od przymierza z Bogiem. 

Niektórzy exegeci widzą tutaj nawiązanie do proroka Jeremiasza:


Należy jednak mieć ma uwadze, że tych słów nie ma w Septuagincie (starożytnym greckim tłumaczeniu Biblii), lecz pojawiają się dopiero w średniowiecznym tekście masoretów, czyli jest widocznie dodatkiem talmudystów. 

Niemniej ważny w temacie jest List do Hebrajczyków, zwykle zupełnie pomijany w dyskusjach. Czytamy tam o wyższości Jezusa Chrystusa nad Mojżeszem i tym samym Kościoła nad Izraelem Starego Testamentu: 


Jest też powiedziane, że dziedzicem obietnicy danej Abrahamowi są wierzący w Chrystusa, czyli Kościół:


Dopiero kapłaństwo Jezusa Chrystusa jest trwałe i doskonałe:


Stare Przymierze ma braki i jest przedawnione:


Dopiero w Chrystusie jest doskonała ofiara i odkupienie:




Nauczanie Pisma św. jest więc jasne: stare (pierwsze) przymierze było przejściowe, tymczasowe, i dopiero nowe przymierze w Chrystusie daje spełnienie obietnic danych patriarchom i prorokom. 

Wywiadowany odwołuje się do deklaracji soborowej "Nostra aetate". Konkretnie chodzi o rozdział IV, gdzie czytamy:

Kościół jest "ludem Nowego Testamentu" czyli narodem wybranym, w którym spełniły się obietnice Starego Testamentu. Nie ma tutaj mowy o judaiźmie, lecz o "plemieniu Abrahama", które reprezentują Patriarchowie, Mojżesz i Prorocy Starego Testamentu. Owszem, w tle można tutaj dostrzec sugestię, jakoby judaizm obecny był "plemieniem Abrahama", jednak po pierwsze nie jest to powiedziane, po drugie jest to fałsz, a po trzecie ta kwestia nie należy do nauczania wiary lecz do dziedziny religioznawstwa czy raczej fałszywej ideologii judaistycznej, zresztą sprzecznej z Nowym Testamentem, gdzie czytamy (J 8):


W następnym fragmencie także nie ma tego, na co powołują się judeofile:


Nie ma więc tutaj wcale mowy o tym, jakoby Żydzi byli nadal "narodem wybranym". Bycie "bardzo drogim" jest czymś innym niż bycie znakiem i narzędziem Zbawienia, które jest jedynie w Jezusie Chrystusie. Owszem, znajomość Starego Testamentu jest potrzebna i konieczna dla poznania i zrozumienia Nowego. O tyle więc Żydzi mogą się przyczynić do poznania Jezusa Chrystusa przez ludzi wszystkich czasów o ile służą prawdziwemu, rzetelnemu poznaniu Starego Testamentu. Jeśli jednak tak interpretują i fałszują księgi biblijne, żeby przekonywać, iż Jezus Chrystus nie jest Mesjaszem zapowiedzianym przez proroków, to oczywiście przeszkadzają ludziom w dojściu do wiary w Jezusa Chrystusa i do Zbawienia. Pan Bóg im oczywiście nie na darmo dał Objawienie starotestamentalne. Ten dar i to powołanie zaowocowało w Kościele, który jednoczy Żydów i pogan. Nie ma to jednak nic wspólnego z twierdzeniem, jakoby naród żydowski odrzucający Jezusa Chrystusa był nadal narodem wybranym. 

Zakończenie rozdziału o żydach nie pozostawia już żadnych wątpliwości:


Zwróćmy uwagę: skoro Kościół Chrystusowy jest nowym Ludem Bożym, to naród żydowski nie może już być Ludem Bożym. Wynika to z pojęcia, które jest używane w dokumentach Vaticanum II. Otóż konstytucja dogmatyczna o Kościele "Lumen gentium" określa naturę i znamiona tego ludu:



Jak widać, nie ma tutaj odrzucenia prawdy, że naród żydowski przestał być narodem wybranym, a raczej stanowi ona tło wypowiedzi. Skoro Kościół jest "nowym Izraelem" czyli narodem wybranym, i ten nowy Lud Boży - jak każda społeczność - ma swoją strukturę i ustrój dany od Boga, to żadna inna społeczność nie może już być Ludem Bożym, czyli społecznością nie tylko ukształtowaną przez Boga lecz powołaną przez Niego do służenia dziełu Zbawienia. 

Na koniec zwróćmy uwagę na wielokrotnie tutaj wzmiankowany prywatny dokument kilku urzędników watykańskich z roku 2015. Jeszcze raz podkreślam: według jego oficjalnego wstępu (prologu), jak podałem wyżej, nie ma on żadnej rangi magisterialnej. Zawiera natomiast wiele niespójności i też bzdur, co jest o tyle dopuszczalne, że nie jest to dokument Stolicy Apostolskiej. Tym niemniej nie ma w nim wiele z tego, co imputuje kardynał Ryś. Każdy może się o tym przekonać, czytając całość. Ograniczę się do podania szczególnie ważnych fragmentów, dość wyraźnie przeczących temu, co pada w owym wywiadzie. 


Mamy tutaj podane główne, istotne zasady w rozumieniu Kościoła jako nowego Izraela. Kluczowe pojęcie to Królestwo Boże. Wokół tego pojęcia zbudowane są Ewangelii zwłaszcza synoptyczne. Jest to więc synonim Ludu Bożego, oczywiście nawiązaniu do starotestamentalnego oczekiwania Mesjasza jako Króla Izraela. Jest oczywiste, że może być tylko jeden król w jednym królestwie. Odrzucenie Jezusa Chrystusa jako króla - w mówi o tym wyraźnie chociażby historia Jego Męki wraz z napisem na krzyżu - oznacza odrzucenie Jego panowania i bycia Jego ludem czyli ludem Bożym. Tak więc Żydzi nie mogą być ludem Bożym, ani nie mogą należeć wspólnie ze chrześcijanami do tego ludu. 


Tutaj wyraźnie odróżnia się odniesienie do religii Mojżeszowej z czasów Pana Jezusa od współczesnego judaizmu. To odróżnienie jest regularnie pomijane i lekceważone, co ma poważne konsekwencje w wypowiedziach. 


Tutaj mamy dość debilne porównanie do rodzeństwa, a przy tym zakłamanie. Otóż w przypadku chrześcijaństwa i judaizmu nie chodzi o jakiś magiczny czy samoczynny rozwój. Chrześcijaństwo powstało jako ustanowione przez Syna Bożego Jezusa Chrystusa, który jest Mesjaszem zapowiedzianym przez proroków. To jest fundamentalna i absolutna różnica. Kościół jest założonym i prowadzonym przez Boga Królestwem mesjańskim, oczywiście mającym swoje korzenie w Starym Testamencie. Natomiast "rozwój" judaizmu po Chrystusie i przeciw Chrystusowi nie może być dziełem Boga, gdyż Bóg nie może Sobie zaprzeczać ani działać przeciw sobie.

W oryginale włoskim:


Wbrew temu, co twierdzi kard. Ryś, nie ma tutaj generalnego odrzucenia teologii zastępstwa. Odrzucone - i to jedynie jako teza teologiczna, nie jako nauczanie Kościoła - jest tylko pewne rozumienie tejże teologii, mianowicie takie, które pomija czy neguje zakorzenienie Kościoła w Starym Testamencie. Słusznie wskazuje się na List do Hebrajczyków, który zawiera prawidłowe, prawdziwe rozumienie zastępstwa, a prawdziwości tegoż Listu oczywiście nie można zanegować: 


I to jest właśnie powód, dla którego maniakalni judeofile zwykle całkowicie pomijają i przemilczają tą księgę, który bezsprzecznie należy do kanonu biblijnego i tym samym do Bożego Objawienia. 
Prawidłowo mówi się tutaj, że to wiara starotestamentalna nie jest inną religią, a nie wiara talmudyczna. To odróżnienie jest regularnie pomijane przez łgarzy judeofilskich. 


Ten fragment grzeszy niestety niejasnością, aczkolwiek w kontekście dość jasne jest, że nie chodzi o religię talmudyczną, lecz o lud Starego Testamentu. Innymi słowy: tylko lud starotestamentalny był i jest narodem wybranym, dokładniej w tym członkach, którzy przyjęli Chrystusa. Tym narodem nie mogą być natomiast ci, którzy odrzucają Chrystusa, ponieważ przez to odrzucenie odrzucają także Stary Testament. 


Tutaj mamy znowu brak precyzji, nie wiem czy zamierzony. Otóż teologicznie pewne jest, że starotestamentalny lud Boży trwa w Kościele, a nie w judaiźmie talmudycznym. 


Tutaj jest próba docenienia trwania Tory w judaiźmie talmudycznym. Oczywiście należy to docenić. Jego przestrzeganie samej Tory nie stanowi o przynależności do ludu Bożego, lecz daje jedynie "udział w komunii z Bogiem". Brakuje tutaj sprecyzowania tej "komunii". Jednak wyraźne jest odróżnienie między indywidualną komunią Żyda z Bogiem, a przynależnością do ludu Bożego.


W oryginale (jako że tłumaczenie nie jest tutaj dokładne):


Pierwsze zdanie jest oczywiście fałszywe i sprzeczne już nawet z Nowym Testamentem. Nigdzie w nim nie ma jakiejkolwiek podstawy do twierdzenia, jakoby wiara żydowska odrzucająca Jezusa Chrystusa była uprawnionym sposobem przyswojenia sobie pism starotestamentalnych. Wręcz przeciwnie - jak słusznie się tutaj zauważa - Słowo Boże jest jedno, zarówno w Starym jak też w Nowym Testamencie. Kto odrzuca Nowy Testament, ten odrzuca przez to także Stary. 


Tutaj autorzy już bardzo odpłynęli w swoje fantazje, prawdopodobnie pod wpływem jakichś dumań talmudycznych czy około talmudycznych. Otóż nie może być jakiejkolwiek równości między Pięcioksięgiem a Chrystusem, ani nawet między Pięcioksięgiem a Nowym Testamentem. Zrównywanie tych "obecności" jest po prostu bluźniercze i to z wielu powodów, nawet jeśli chodzi tutaj o słowo tego samego Boga, który przemówił - jak mówi List do Hebrajczyków - najpierw przez patriarchów i proroków, zaś ostatecznie przez Jezusa Chrystusa. Prawidłowe jest natomiast powiedzenie, że Tora i całe Objawienie starotestamentalne jest obecne w Jezusie Chrystusie i tym samym w Kościele, oczywiście w sposób wypełniony i doskonały. 


Widzimy tutaj, do czego zmierzały poprzednie myśli: do rzekomej aktualności Starego Przymierza niezależnej od Nowego. Dochodzi tutaj także do pomieszania ludu starotestamentalnego z obecnym ludem żydowskim czyli wyznawcami religii talmudycznej. Otóż nie może być równości relacji z Bogiem w przypadku chrześcijan czyli wyznawców Jezusa Chrystusa z jednej strony a żydów odrzucających Go z drugiej strony. Oczywiście zakładając, że Jezus Chrystus jest prawdziwym Synem Bożym i zapowiedzianym w Starym Testamencie Mesjaszem. Jeśli ktoś twierdzi, że nie ma istotnej różnicy w stosunku do prawdziwego Boga między chrześcijaństwem a judaizmem współczesnym, ten pośrednio neguje, że Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem, a to jest sprzeczne z Bożym Objawieniem i apostazją. 



Tutaj dla odmiany i słusznie zauważa się zgodność między Starym i Nowym Testamentem, która jest zresztą stanowczo odrzucana przez judaizm. 


Tutaj mamy pewne istotne doprecyzowania odnośnie do teologii zastępstwa. Z jednej strony poniekąd słusznie odrzucane jest zastępstwo w znaczeniu sprzeczności, gdyż tak Kościół nigdy nie rozumiał zastępstwa. Już od czasów apostolskich - jak czytamy w Dziejach Apostolskich - istniał jednak problem, czy chrześcijan obowiązuje prawo Mojżeszowe, i już wtedy jasno odpowiedziano na to pytanie. W tym znaczeniu prawo Nowego Przymierza oczywiście zastąpiło Stary Testament. Kto twierdzi inaczej, ten nie uznaje już nawet autorytetu tzw. soboru apostolskiego, o którym mówią Dzieje Apostolskie. 


Tutaj autorzy plączą się w sidłach, które sami postawili. Błędem zasadniczym jest gadanie o "rozwoju" tak, jakby nie było prowadzenia przez Ducha Świętego. Z powodu braku tego klucza całe pytanie o "sposoby" i powiązania między Kościołem a judaizmem współczesnym jest bezsensowne. A ten klucz znajduje się właśnie w Nowym Testamencie. Innymi słowy: nie można właściwie i prawdziwie ocenić judaizmu po Chrystusie bez klucza, którym jest Nowym Testament. Owszem, sama znajomość NT nie wystarcza, lecz konieczne jest solidne i dogłębne studiowanie Starego. 


Dochodzimy tutaj do podsumowania i kwintesencji całego dokumentu. Ta kwintesencja jest o tyle nietrafna, że uderza w chochoła i miesza różne sprawy. Równocześnie jednak nie podaje niczego nowego względem tradycyjnego nauczania Kościoła. Problem polega na pomieszaniu prawdy i fałszu, i na używaniu tych sformułowań w maniakalnym judeofilstwie. Otóż nikt nigdy w Kościele nie twierdził - począwszy od Ojców Kościoła - jakoby Nowe Przymierze było unieważnieniem czy zastąpieniem obietnic Starego Przymierza. Nikt też nie twierdził, jakoby judaizm talmudyczny nie miał jakiejś misji w historii ludzkości. Nikt ponadto nie twierdził, jakoby lud starotestamentalny został odrzucony przez Boga, oczywiście przy odróżnieniu między tym ludem a ludem talmudycznym. Problem polega na tym, że cały dokument zmierza do fałszywej tezy, jakoby judaizm talmudyczny był teologicznie prawowitą kontynuacją religii Mojżeszowej, co jest oczywiście fałszem teologicznym. 


Tutaj mamy dla odmiany całkiem prawidłowe treści, w przeciwieństwie do tego, co następuje: 


Otóż pomieszanie i pomylenie Żydów jako wspólnoty kultowo-narodowej z indywidualną drogą zbawienia, która dotyczy oczywiście także poszczególnych wyznawców judaizmu talmudycznego, jest oczywiście intelektualnie nieuczciwe i fałszywe. Według nauczania Kościoła także poganin, który nie poznał Chrystusa i trwa w tej niezawinionej i nieprzezwyciężalnej ignorancji, może dostąpić zbawienia, jeśli idzie za prawdą i rozumowymi normami etycznymi, które dane mu było poznać. Z tego nie wynika jednak w żaden sposób, jakoby poganie w ogólności byli "uczestnikami Bożego zbawienia". Dotyczy to także współczesnych Żydów mutatis mutandis. Wprawdzie Żydowi, który zna i docenia Stary Testament, łatwiej jest dojść do poznania i wiary w Jezusa Chrystusa, i o tyle jest bliższy Zbawienia niż poganie w ogólności. Równocześnie jednak pogarda i wręcz nienawiść do Jezusa Chrystusa i do Kościoła, które są niezaprzeczalnie obecne w Talmudzie i w umysłach jego wyznawców, stanowią poważną i świadomą przeszkodę w przyjęciu Zbawienia, które Jezus Chrystus przyniósł wszystkim ludziom.

Dla odmiany tutaj wraca myślenie katolickie. Brakuje jednak jednej prostej reflexji: czy ktoś, kto nienawidzi i odrzuca Zbawiciela i Jego Zbawienie może być zbawiony? Czy Bóg gwałci wolę i wybór człowieka? To są pytania retoryczne oczywiście. 


Tutaj następny przebłysk trzeźwego myślenia. Jednak tutaj nie jest jedynie "nadinterpretacja" lecz zafałszowanie przez wieloznaczność i na tym polega fałsz. Następuje jeszcze większy absurd, aczkolwiek o tyle prawdziwy, że ukazujący bezmózgowie i zakłamanie obecnych instytucyj kościelnych: 


Oczywiście nie jest podana definicja "konkretnej instytucjonalnej pracy misyjnej". A może jest jakaś niekonkretna? Czy może nieinstytucjonalna? Na czym polega różnica między pracą instytucjonalną a nieinstytucjonalną? Której wolno więcej? Czy jedna może robić coś przeciwnego do drugiej? Jak widać, to jest zakłamany bełkot. Faktem jest jednak, że obecna hierarchia kościelna wzdryga się na samą myśl o nawracaniu Żydów na wiarę Kościoła, co świadczy albo o zdradzie Ewangelii, albo o tchórzostwie, albo o jednym i drugim. 


Na koniec mamy pomieszany bełkot. Z jednej strony znów miesza się lud starotestamentalny z ludem talmudycznych. Z drugiej jednak przyznaje się, że także Żydzi są "przyporządkowani" do Nowego Przymierza. Znowu jednak brakuje odpowiedzi na pytanie, czy to "przyporządkowanie" działa wbrew wolnemu wyborowi człowieka, który odrzuca Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela. 

Wróćmy jeszcze nieco do samej teologii zastąpienia, gdyż wielu o niej mówi, lecz znajomości źródeł i właściwej treści. 

Po pismach nowostamentalnych najstarszym źródłem w temacie jest List Barnaby, datowany na okres od zburzenia drugiej świątyni do powstania Bar Kochby czyli do około 130 roku, zaliczany do tzw. ojców apostolskich, czyli pokolenia, które osobiście znało Apostołów. List ten był przez część Ojców Kościoła (Klemens Aleksandryjski, Orygenes, Hieronim) uważany za należący do kanonu Pisma św. i nigdy nie podważano jego prawowierności. Mówi on dość jednoznacznie, że judaizm w Bożym planie zbawczym został zastąpiony przez chrześcijaństwo, że żydowska czyli odrzucająca Chrystusa interpretacja Starego Testamentu jest błędna, że kult starotestamentalny (ofiary, obrzezanie, przepisy żywieniowe) ma znaczenie już tylko duchowe jako zapowiedź kultu Nowego Przymierza. Żydzi, którzy odrzucają Chrystusa, są pod wpływem złego ducha i skutkiem tego jest zburzenie Jerozolimy i rozproszenie Izraela. 

Także św. Justyn (połowa II wieku) w swoim słynnym Dialogu z Żydem Tryfonem podkreśla, że prawo Mojżeszowe zostało zastąpione przez Nowe Przymierze Jezusa Chrystusa, które jest ostateczne i niezmienne. To Kościół jest prawdziwym narodem wybranym, ponieważ to Adam jest praojcem wszystkich ludzi. 

Od Tertulliana zaczyna się szereg patrystycznych pism polemicznych z judaizmem pod nazwą Adversus Iudaeos (tutaj po angielsku). Historię Jakuba i Ezawa (Rdz 25) interpretuje on w ten sposób, że Kościół jest Jakubem-Izraelem, któremu ma służyć starszy brat Ezaw, który stracił swoje wybraństwo przez popadnięcie w bałwochwalstwo. 

Według Orygenesa (połowa III wieku) zburzenie świątyni oraz wypędzenie Żydów z Palestyny jest karą Bożą za odrzucenie Jezusa Chrystusa (Contra Celsum 4,22).

Św. Augustyn wypowiada się w temacie zarówno w krótkim traktacie Adversus Judaeos jak też w swoim wielkim dziele De civitate Dei. Idąc za św. Pawłem odróżnia on "Izraela według ciała" od "Izraela według ducha", którym jest Kościół. Kościół powinien o tyle chronić Żydów o ile przechowują oni księgi Starego Przymierza zapowiadające Jezusa Chrystusa, gdyż w ten sposób dają świadectwo spełnieniu obietnic Bożych w Nim. 

Szczególnie słynne są homilie św. Jana Chryzostoma o Żydach znane pod tytułem Adversus Judaeos. Tematykę porusza on także w swoich komentarzach do Listu do Rzymian. 

Podsumowując: 
W całej literaturze patrystycznej, scholastycznej i nowożytnej nie ma choćby cienia twierdzenia, jakoby judaizm zachował swoją swoje znaczenie zbawcze poza Jezusem Chrystusem. Nie ma też ŻADNEJ wypowiedzi Magisterium Kościoła, według której naród żydowski w znaczeniu wspólnoty wyznawców judaizmu talmudycznego byłby nadal Ludem Bożym. Mówienie o trwającym wybraniu judaizmu, czyli że Żydzi nadal są narodem wybranym, jest niczym innym jak przejęciem narracji żydowskiej, w której tle jest negacja Jezusa Chrystusa jako zapowiedzianego przez Stary Testament Mesjasza. Kto przejmuje tę narrację, ten wyznaje w gruncie rzeczy ową negację przynajmniej pośrednio, i jest tym samym apostatą przynajmniej materialnym. 

Jak nie uprawiać teologii? Czyli St. C. Napiórkowski gorszycielem młodzieży



Wyjściem naprzeciw zapotrzebowaniu na podręcznik wprowadzający do teologii miała być według za-mierzeń autora książka St. C. Napiórkowskiego OFMConv Jak uprawiać teologię? (Wrocław 1994). Książka ta adresowana jest przede wszystkim do adeptów teologii i ich profesorów, a już sam tytuł wskazuje, że ma mieć ona pewien normatywny charakter. Z powodu tych właśnie intencyj zasługuje ona na szczególnie wnikliwą analizę i surową ocenę.

Nie sposób w niniejszej krótkiej recenzji zreferować wszystkie problematyczne miejsca tej książki. Z konieczności chciałbym zwrócić uwagę tylko na niektóre. Poddanie solidnemu zbadaniu prowadzi bowiem do wykazania poważnych błędów zarówno dydaktycznych jak też merytorycznych. Poza pewnymi walorami tejże książki (główny polega na zamieszczeniu jako załącznika watykańskiej Instrukcji o powołaniu teologa w Kościele) trzeba stwierdzić, że może ona służyć raczej jako narzędzie propagandowe modernistycznej opcji w teologii niż rzetelne wprowadzenie do nauki o wierze katolickiej. 

Co do inspiracji Napiórkowskiego trudno jest wprawdzie wypowiadać jednoznaczne stwierdzenie. Nasuwa się jednak przy czytaniu tej książki myśl, że ma się przed sobą raczej egzemplarz pseudoteologicznej ideologii przejmującej antykatolicką ideologię masonerii. Napiórkowski operuje przeważnie językiem ogólnym, mało precyzyjnym, co utrudnia sprawdzenie prawdziwości wielu wypowiedzi. Liczne są też zdania nie harmonizujące ze sobą, co bardzo utrudnia ustalenie właściwej treści poglądów autora. Nie ulega jednak wątpliwości, że jego wielkie sympatie kierują się ku modernistom, nazywanych przez niego czołobitnie „teologami-charyzmatykami“ w znaczeniu „wielkiego daru Bożego dla Ludu Bożego“, „którzy swymi niezwykłymi darami ubogacali Kościół: K. Rahner, Y. Congar, K. Barth" (s. 72), przy czym ten ostatni był nawet formalnie protestantem. 

Szczególnie serdecznie mówi o tych skupionych wokół czasopisma Concilium, które nie kryje się ze swoimi antykościelnymi aspiracjami. Wśród rozsianych po książce zachwytów tymże pismem najwyraźniejsze są następujące słowa: „W okresie posoborowym wykształciło się wyjątkowo twórcze środowisko teologów, związane z międzynarodowym przeglądem ,Concilium‘“ (s. 31); oraz: „Najbardziej twórcze czasopismo teologiczne w okresie posoborowym. Likwidacja wersji polskiej [z postanowienia Episkopatu Polski w 1971 r.] wyrządziła ogromną szkodę chrześcijańskiej kulturze w naszym kraju.“ (s, 113). Warto jest przytoczyć dla porównania wypowiedź kardynała J. Ratzingera, który pierwotnie należał do współtwórców Concilium, a potem jako Prefekt Kongregacji Nauki Wiary musiał stwierdzać u swych dawnych kolegów odchodzenie od wiary katolickiej. Na pytanie o jego związki z tym pismem powiedział mianowicie: „To nie ja się zmieniłem, lecz oni. Już przy naszych pierwszych spotkaniach wskazałem moim kolegom na dwa wymagania. Po pierwsze: Nasza grupa nie powinna popaść w żadne sekciarstwo czy arogancję, jak gdybyśmy byli nowym, prawdziwym Kościołem, alternatywnym Urzędem Nauczycielskim, który by niby władał prawdą chrześcijańską. Po drugie: Potrzebne jest rozprawianie bez indywidualistycznych ucieczek wyprzedzających rzeczywistość Vaticanum II, lecz z prawdziwą literą i prawdziwym duchem soboru, nie z jakimś wyimigowanym Vaticanum III. W latach następnych coraz mniej przestrzegano te wymagania, aż do punktu zwrotnego około roku 1973, gdy ktoś zaczął mówić, że teksty Vaticanum II nie są już punktem odniesienia dla katolickiej teologii. Faktycznie uważano, że sobór należy do ,tra-dycyjnych, klerykalnych momentów‘ Kościoła, i że trzeba go koniecznie przezwyciężyć; sobór byłby tylko punktem wyjścia.W tych latach bardzo rychło odsze-dłem zarówno od kierownictwa jak też współpracy z tym pismem.“  Najwidoczniej fakty te nie przeszkadzają jednak Napiórkowskiemu w propagowaniu uwielbienia. Nasuwa się też refleksja: czyżby miał on powody do ubolewania nad nierozpowszechnianiem po polsku pomysłów zwalczających Urząd Nauczycielski?

Zamiary wręcz programowego atakowania Magisterium Kościoła ujawnia ów franciszkański profesor zresztą wprost, biorąc sobie za wzór reformację protestancką, usprawiedliwiając ją przy tym: „Kiedy z perspektywy czasu patrzymy na wydarzenie Reformacji, bez trudu stwierdzamy wygaśnięcie cnoty zdrowej krytyki w środowiskach teologicznych odnośnie do wypa-czeń doktrynalnych i praktycznych, w ,głowie i w członkach‘. Nie ma problemu, czy teologowi wolno krytykować nauczycielski Urząd Kościoła (doświadczenie chrześcijańskiej egzystencji dawno rozstrzygnęło go na ,tak‘). Istnieje tylko problem, jak to czynić.“ (s. 136-137) Szkoda wielka, że autor nie podaje konkretnie, o jakie „wypaczenia“ mu chodzi. Czyżby wypaczeniem była nauka Kościoła o usprawiedliwieniu, jego hierarchicznej naturze oraz realnej obecności Chrystusa w Eucharystii? Czyż za przykład „zdrowej krytyki“ należy uznać rebelię rehabilitowanego ostatnio przez modernistów (np. przez Y. Congara) Martin'a Luder'a, który nazywał Kościół Katolicki „nierządnicą babilońską“, a papieża „antychrystem“? 

Napiórkowski mówi zresztą o Luder'ze ze szczególnym szacunkiem, na co wskazuje chociażby fakt, iż wśród wielu wymienianych uczonych teologów tylko przy jego nazwisku umieszcza tytuł „dr“. (s. 47) Przypuszczać można, że idzie przy tym w ślady m. in. Congara, jako że ten „miał odwagę rozczytać się w Lutrze. Stwierdził z radością, że u tzw. heretyków teolog katolicki może znaleźć wiele cennego światła.“ (s. 25) Można się domyśleć, że chodzi o to "wiele więcej światła“, którego mu brakuje w „wypaczonym“ Urzędzie Nauczycielskim Kościoła. Może więc należałoby ogłosić, że właściwie to Sobór Trydencki popełnił herezję, potępiając tezy Luder'a i odrzucając jego „zdrową krytykę“? Tymczasem w przytoczonej na s. 78 wypowiedzi przyznaje sam Congar, jakim wpływom świadomie i własnowolnie w swoich poglądach ulega, mianowicie przede wszystkim K. Bartha, egzystencjalisty protestanckiego. 

Już na konto Napiórkowskiego trzeba zapisać umieszczenie tej wypowiedzi, mówiącej o ideologii protestanckiej i prawosławnej, w kontekście tytułu: „Pismo święte jest jedno, teologii wiele“. (78) Czyżby autor uważał, że zarówno protestanci jak i prawosławni w swojej nauce sprzecznej z wiarą katolicką mają prawo powoływać się na Pismo św. z taką samą słusznością jak nauka katolicka? Pachnie to (a raczej cuchnie) wręcz relatywizmem i subjektywizmem, czyli iście lutherskim podejściem do Pisma św. i wiary. 

Lecz i w tym punkcie nie jest Napiórkowski bynajmniej zażenowany. Mówi bowiem o „zdrowym relatywizmie“, znów powołując się na Congara, przytaczającego z zadziwiającą wiernością ponownie los ulubieńca tak okrutnie przez „przedwczorajszy“ Kościół skrzywdzonego: „Znajomość historii otwiera nam drogę ku zdrowemu relatywizmowi.(…) Dzięki historii bierzemy rzeczy w ich właściwym stosunku, unikamy brania za ,tradycję‘ tego, co pochodzi z przedwczoraj i zmieniło się nieraz z biegiem czasu. (…) Lecz należy także wspomnieć historię historii, nie jest ona bynajmniej swego rodzaju licytowaniem się uczonych badań: jest ona znakomitym środkiem samokrytyki, pokazując nam, jak pod naciskiem jakichś uwarunkowań oceniano źle wydarzenia i ludzi, np. Lutra.“ (s, 116) Czyżby należałoby się tu domyślać, że chodzi o „uwarunkowania społeczno-polityczne“, a konkretnie o pretensje Kościoła feudalnego do uciskania „liberalno-egalitarnych“ aspiracji klasy średniej, uosobionych w exzakonniku-reformatorze?

Dręcząca modernistów mania rehabilitacji heretyków („F. Dvornik zrehabilitował Focjusza, J.Lortz zaś i inni rehabilitują Lutra. Studia nad Reformacją ujawniły ortodoksyjność podstawowych jej postulatów“ – s. 116) ma jednak swoje jednoznaczne granice, odnosi się bowiem tylko do „tzw. heretyków“. Tak szlachetne starania wymagają bowiem równocześnie, by starannie a stanowczo wytępić orzekanie przez Kościół o błędnowierstwie. Tak więc „słusznie ostrzega się dzisiaj przed ,teologią Denzingera‘“ (s. 115), który to zestawia najważniejsze orzeczenia doktrynalne Kościoła, wyznaczające granice prawowierności. Nie mniej jedynie na oczerniające szyderstwo zasługuje ktoś, kto chce bronić wiarę katolicką, jak abp M. Lefebvre, którego „przypadek“ ma być według Napiórkowskiego przestrogą, jako że „przecenianie tradycji historycznych, np. stroju duchownego, języka liturgii czy sposobu sprawowania Eucharystii nie określonego przez Ewangelię, może doprowadzić do bolesnych konsekwencji“ (s. 129). Nie liczy się tutaj, że akuratnie abp Lefebvre ciągle podkreślał, że chodzi mu właśnie nie o jakieś stroje czy obyczaje, lecz o obronę substancji wiary katolickiej, a więc Tradycji niezmiennej, wyrażonej o wiele lepiej w tradycyjnych formach niż w unowocześnionych (= modernistycznych). Chodzi przecież o to, żeby odstraszyć od trzymania się Depozytu wiary (wyrażonej przede wszystkim w dogmatach), bowiem właśnie o to obrażają się „bracia odłączeni“.

Wręcz rozbrajająca jest szczerość Napiórkowskiego w przedstawieniu roli, jaką odegrali modernistyczni teologowie na ostatnim soborze: „W sposób wyjątkowo spektakularny ujawniło się to [tzn. mafijna działalność pewnych teologów] podczas ostatniego soboru, na którym eksperci odgrywali olbrzymią rolę, również jako nauczyciele ojców soborowych (sic!)…“ (s. 57); „‘Żywe magisterium Kościoła‘ , biskupi i kardynałowie,wypełniało sale, by uczyć się od E. Schillebeeckxa, K. Rahnera, Y. Congara, H. Künga i innych teologów, którzy stali się nauczycielami oficjalnych nauczycieli w Kościele, prawdziwymi charyzmatycznymi magistri magisterii. Najwięcej na soborze mieli do powiedzenia ci biskupi, którym udało się zdobyć najlepszych teologów-ekspertów“ (s, 136). Po otrzepaniu bowiem czczego zachwytu i uwielbienia odczytać można w tych słowach smutne fakty przebiegu soboru. Wygląda więc na to, że to nie prawowici dziedzice Sukcesji Apostolskiej i wykonawcy Urzędu Nauczycielskiego czyli biskupi są właściwymi autorami uchwał soborowych, lecz „eksperci“, którym udawało się manipulować tekstami, a których modernistyczne poglądy zostały potępione przez poprzednich Papieży (np. encyklika Humani generis Piusa XII z 1950 r.). Ci sami teologowie w okresie po soborze wykazali się szczególnä arogancjä nie tylko wobec rdzennej Tradycji Kościoła, lecz również wobec najnowszych wypowiedzi soboru i papieży. Tak objawienia zmartwychwstałego Chrystusa są dla Schillebeeckxa jedynie wyrazem subiektywnego procesu w psychice Apostołów, a do przewodniczenia Eucharystii nie trzeba, według niego, mieć święceń, lecz wystarczy zostać delegowanym przez „wspólnotę“. Tak Rahner (uczeń ateistycznego egzystencjalisty M. Heideggera!) oskarża kościelną naukę na temat Trójcy Przenajświętszej o tryteizm, wskrzeszając swymi mętnymi wywodami starą herezję modalizmu, oraz nazywa żydów, mahometan, buddystów, hinduistów itd., a nawet ateistów, „anonimowymi chrześcijanami“, mając w planie stworzenie „religii uniwersalnej“ poprzez pozbawienie dogmatów ich właściwej treści i negowanie obiektywności i absolutności prawdy. Tak Küng kontestuje przeciwko „feudalnemu“ ustrojowi Kościoła i żąda zamiast tego demokracji, oraz angażuje się w „religię uniwersalną“, czczącą na równi Chrystusa, jak i Mahometa i Buddę.

Sam Napiórkowski zresztą najwidoczniej nie chce być gorszy od swoich „krytycznych“ idoli, pisząc: „Gdy zabraknie odwagi na krytykę, teologia łatwo może się zamienić w ideologię, stojącą na usługach pewnej grupy osób, określonych struktur i form władzy w Kościele.“ (s. 136). Wygląda na to, że w myśl tej wywrotowej „teologii“ (już same pojęcia: ideologia, grupa, struktury, formy władzy sugerują „walkę klas“) można i należy być „krytycznym“ wobec autentycznego Magisterium Kościoła, natomiast sami krytycy mają być autorytetem najwyższym, ostatecznym trybunałem, co przypomina wręcz dyktaturę „rewolucyjnego proletariatu“.

Gwoli sprawiedliwości trzeba zauważyć, że w książce można też spotkać przebłyski opamiętania się, gdy autor pisze np.: „Konstruowanie teologii w świetle ,czystego słowa Bożego‘ (postulat Reformacji) okazało się nieziszczalnym ideałem. (…) Kościoły tworzą swego rodzaju interpretacyjne środowisko Biblii. Kto je lekceważy i porzuca, wyżej stawiając własne interpretacje, sam stawia się poza teologią kościelną (typowy przypadek Hansa Künga), a często kończy sekciarstwem.“ (s. 120) Jednak i w tych słowach wyraźnie widać pewne rozdwojenie jaźni (między sympatią czy wręcz poparciem dla „ideału“ protestanckiego a swoistym resztkowym zrozumieniem konieczności Magisterium Kościoła), jak też relatywizm eklezjologiczny (mówienie o „Kościołach“ tak jakby heretyckie wspólnoty miały również swój „urząd nauczycielski“. Napiórkowski zapomina przy tym, że jednym z głównych założeń i cech istotnych protestantyzmu jest brak autorytatywnego wykładu wiary, zgodnie z hasłem samego Luder'a „sola Scriptura“. 

Podsumowując należy ubolewać nad faktem, że czymś takim karmi się młodych adeptów teologii, że tak podstępnie poddawani są oni spaczaniu zmysłu wiary i zdrowego rozsądku. Tak uprawiana teologia może służyć tylko niszczeniu wiary oraz spustoszeniom w Kościele, czego są już dowody, szczególnie widoczne na Zachodzie. „Czyż zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi?“ (Mt 7,18). Quo vadis, Polonia?



Post scriptum

Napiórkowski porusza w dość bezpośredni sposób problem autorytetu w Kościele. Jest to obecnie modne zjawisko polegające na tym, że kwestionuje się z istoty nienaruszalny autorytet dogmatów i orzeczeń doktrynalnych starszych soborów i papieży, żądając równocześnie dla takiego postępowania bezwzględne posłuszeństwo. Tkwi w tym przewrotna niekonsekwencja i zarazem konsekwentna przewrotność. Tak w imię kościelnego posłuszeństwa nakazuje się nieposłuszeństwo wobec dogmatów, dotychczasowego nauczania Kościoła oraz rozporządzeń poprzednich papieży.

Przede wszystkim konieczne jest pamiętać, że „posłuszeństwo woli i rozumu“, o którym mówi Lumen Gentium (25), dotyczy normatywnych orzeczeń magisterialnych. Wobec rozpodządzeń dyscyplinarnych obowiązuje w Kościele wprawdzie szacunek, nie należą one jednak do dziedziny nieomylności. Dowodem na to jest chociażby fakt, że kanonistyka zna od zawsze pewne kryteria dla sprawdzenia ważności i słuszności danych przepisów. Jest natomiast ogólnie przyjętą nauką katolicką, iż przeciwko obowiązującemu w sumieniu posłuszeństwo kościelnemu można zgrzeszyć również przez przesadę (excessu), to znaczy przez służalczość (servilitas), gdy deifikuje się osobę przełożonego (deificatur persona superioris), lub przez uważanie wręcz, że Bóg się objawia w każdym rozkazie, czyli że każdy rozkaz przełożonego jest zawsze słuszny i możliwie najlepszy (admittere theophaniam in quolibet praecepto, ita ut omne superiori imperium semper iustum sit ac semper quam maxime optimum). 

Nawet nakazane moralnie jest nieposłuszeństwo w sytuacji, gdy rozkaz przełożonego sprzeciwia się wyższemu rozkazowi bądź przykazaniu (inobedientia debita fit, si quod superior iubet, opponitur superiori praecepto). Najwyższą, absulutną normą w Kościele jesz Boże Objawienie, zawarte w Piśmie św. i w nieomylnym nauczaniu Magisterium Kościoła. Według tej normy muszą być mierzone wszystkie inne orzeczenia i rozporządzenia zwierzchnictwa kościelnego. Tymczasem teologowie-wywrotowcy uprawiają zupełnie odwrotną taktykę: mierzą nieomylną naukę Kościoła według (podstępnie spowodowanych i obłudnie wykorzystywanych wybiórczo tylko do swoich celów) najnowszych rozporządzeń dyscyplinarnych oraz według własnych pseudonaukowych pomysłów. Przy braku własnej twórczej myśli teologowie w Polsce naśladują uwielbieńczo i często zupełnie bezkrytycznie również najbardziej absurdalne wymysły obcych „sław“. Przykłady sięgają od przepisów liturgicznych po ewidentne i permanentne negowanie niezbywalnych prawd wiary katolickiej. Zaiste przychodzi na myśl skarga proroka Jeremiasza o spustoszeniu Winnicy Pańskiej (Jer 2,21; por. Mt 21, 33-43; J 15, 1-6): „Zasadziłem cię jako szlachetną gałązkę, jako prawdziwy szczep winny. Jakże to stałeś się dzikim pędem, zwyrodniałą latoroślą?