Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.3.2026): 



Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w ostatnich miesiącach nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 3000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to już oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Wejście


Mt 21, 1-9

Gdy się przybliżyli do Jerozolimy przyszli do Betfage na Górze Oliwnej, wtedy Jezus posłał dwóch uczniów

mówiąc im: Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz znajdziecie oślicę uwiązaną i źrebię z nią, odwiązawszy przyprowadźcie Mi!

A gdyby wam kto co mówił, powiecie: Pan ich potrzebuje, a zaraz je puści.

Stało się to wszystko, żeby spełnione zostało powiedziane przez proroka:

Powiedzcie Córze Syjońskiej: Oto Król twój przychodzi do Ciebie łagodny i siedzący na osiołku i źrebięciu oślicy.

Uczniowie więc poszli i uczyniwszy, jak im Jezus polecił,

przyprowadzili oślicę i źrebię i położyli na nie swe płaszcze, a On usiadł na nich.

Zaś ogromny tłum słał swe płaszcze na drodze, inni obcinali gałązki z drzew i ścielili na drodze.

A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przyszedł w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!


και οτε ηγγισαν εις ιεροσολυμα και ηλθον εις βηθφαγη προς το ορος των ελαιων τοτε ο ιησους απεστειλεν δυο μαθητας


λεγων αυτοις πορευθητε εις την κωμην την απεναντι υμων και ευθεως ευρησετε ονον δεδεμενην και πωλον μετ αυτης λυσαντες αγαγετε μοι


και εαν τις υμιν ειπη τι ερειτε οτι ο κυριος αυτων χρειαν εχει ευθεως δε αποστελει αυτους


τουτο δε ολον γεγονεν ινα πληρωθη το ρηθεν δια του προφητου λεγοντος


ειπατε τη θυγατρι σιων ιδου ο βασιλευς σου ερχεται σοι πραυς και επιβεβηκως επι ονον και πωλον υιον υποζυγιου


πορευθεντες δε οι μαθηται και ποιησαντες καθως προσεταξεν αυτοις ο ιησους


ηγαγον την ονον και τον πωλον και επεθηκαν επανω αυτων τα ιματια αυτων και επεκαθισεν επεκαθισαν επανω αυτων


ο δε πλειστος οχλος εστρωσαν εαυτων τα ιματια εν τη οδω αλλοι δε εκοπτον κλαδους απο των δενδρων και εστρωννυον εν τη οδω


οι δε οχλοι οι προαγοντες και οι ακολουθουντες εκραζον λεγοντες ωσαννα τω υιω δαβιδ ευλογημενος ο ερχομενος εν ονοματι κυριου ωσαννα εν τοις υψιστοις



Tradycyjna liturgia rzymska używa w Niedzielę Palmową koloru zwykłego dla okresu Wielkiego Postu, czyli pokutnego fioletu. W kolorze tym odbywa się zarówno poświęcenie gałązek, jak też procesja i Msza św. To oznacza ten sam charakter i wskazuje na związek treściowo-teologiczny. Nie ma więc liturgicznego tryumfalizmu w jakby wcielaniu się w radość tłumu jerozolimskiego witającego Jezusa Chrystusa. Ma to natomiast solidne i głębokie podstawy teologiczne, obecne także w Ewangelii z obrzędu poświęcenia gałązek, która równocześnie wskazuje na celebrowane we Wielkim Tygodniu tajemnice Zbawienia.

Zestawiając perykopę św. Mateuszową z opisami innych Ewangelistów wiemy, że Pan Jezus wychodził z Betanii (J 12, 1), czyli z miejsca przyjaźni, domu Łazarza, Marii i Marty, gdzie ukazywał w szczególny sposób swoje Człowieczeństwo. Wędrowawszy dotychczas zwykle z uczniami pieszo, zarządził oto zupełnie inne wejście do Jerozolimy. Kierunek przyjścia – od wschodu (Ez 11,23) – ma znaczenie symboliczne, zakorzenione w Piśmie św. Jazda na ośle była – wbrew naszemu, powszechnemu odczuciu – sposobem uroczystym, właściwym dla ważnych osobistości i władców (Rdz 22, 3; Wj 4, 20; Sdz 5, 10). Dopiero z czasem władcy utożsamiali się wyłącznie z jazdą na koniu, który był zwierzęciem wojennym. Wjazd na oślęciu jest nie tyle uwarunkowany historycznie, lecz ma charakter ponadczasowy odnoszący się do godności Jezusa Chrystusa: On nie jest władcą wojennym w znaczeniu oręża przemocy, lecz przynoszącym pokój, oczywiście nie wykluczając użycia siły w pewnych uzasadnionych wypadkach (jak wyrzucenie kupców z terenu świątyni jerozolimskiej). Oślica ze źrebięciem przypomina o błogosławieństwie patriarchy Jakuba dla syna Judy oraz zapowiedzi przyjścia władcy, któremu poddane będą narody (Rdz 49, 10-11). Oślę, na którym zasiadł Pan Jezus, oznacza zwierzę dotychczas przez nikogo nie ujeżdżane i tym samym spełniające kryterium jakby sakralne, czyli poświęcenia Bogu tego, co czyste.

Dosłowne aluzje do słów proroków (Iz 62, 11 i Zach 9.9) ogłaszają Jezusa jako księcia pokoju, który przynosi wybawienie, wywołując radość i uwielbienie. Gest rozkładania szat na drodze jest typowy dla rytuału intronizacji (2 Krl 9,13). Ścielenie gałązek nie ma wprawdzie podstaw zapisanych w Starym Testamencie, jest jednak nietrudne do zrozumienia zarówno prostego, jak też głębszego teologicznie: wiosenne pędy oznaczają świeżość życia i nadzieję młodości. Wiąże się z tym wołanie “hosanna”, nawiązujące do świątecznego Psalmu (118, 25) na “święto namiotów”. To żydowskie święto miało charakter dziękczynny za zbiór plonów. Jezus Chrystus przychodzi jako ten, który zbiera owoce Starego Przymierza, wyrażone symbolicznie w przywitalnym uwielbieniu przez tłum. Aklamacja “Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie” była właściwie formą na przywitanie pielgrzymów w bramie świątyni jerozolimskiej. Okrzyk “hosanna” (= “wspomóżże”) jest wołaniem o pomoc skierowanym do władcy, którego tłum rozpoznał jako “syna Dawida”.

Dane czasowe dodają jeszcze głębszego wymiaru. Uroczysty wjazd do Jerozolimy odbył się pierwszego dnia tygodnia i zarazem dziesiątego dnia miesiąca nisan. W tym dniu wybierano baranka ofiarnego na święto Paschy (Wj 12, 3). Również tego dnia Jozue wszedł wraz z ludem do Ziemi Obiecanej. Jezus Chrystus wchodzi do stolicy i miasta Bożego, by ustanowić nową, niezniszczalną i nieprzemijającą rzeczywistość Zbawienia.

Świętując i rozważając to wydarzenie, wchodzimy i my duchowo z Panem Jezusem do Jerozolimy. W pewnej analogii Apostołowie udawali się do stolic pogańskich: Antiochii, Aten, Rzymu i wielu innych ośrodków kultury i cywilizacyj, które zawsze były związane z jakimiś religiami. Jezus Chrystus wyszedł ku oczekiwaniom ludzi, żydów, ale także i pogan. Przyszedł do wszystkich, którzy byli spragnieni wielorakiej pomocy. Każde wołanie o pomoc i nadzieja pomocy zawiera w sobie ostatecznie pragnienie pokoju, harmonii, ładu i miłości. Pragniemy wybawienia ze wszystkiego, co jest przeciwne tym wartościom. Jako chrześcijanie dzielimy tę tęsknotę właściwie ze wszystkimi ludźmi wszystkich ras, kultur, całej historii ludzkości. Właściwie wszyscy ludzie świadomi swej niewystarczalności i nędzy exystencjalnej, której ostatecznym punktem odniesienia jest śmiertelność czyli nieuchronny kres doświadczanego życia, byliby gotowi tak przywitać Zbawiciela jak uczynił to tłum jerozolimski. To jednak nie wystarczy.

Nie wystarczy wołać o pomoc i zbawienie. Nie wystarczy nawet mieć teologiczne zrozumienie tych i następnych wydarzeń aż po chwalebne Zmartwychwstanie. Konieczna jest postawa pokuty czyli uznanie swego stanu przed Bogiem wraz z pragnieniem i wolą nawrócenia czy przemiany obejmującej całą osobę, zarówno sferę duchową jak też zewnętrzną. To właśnie wyraża pokutny kolor liturgii także w rozważaniu Męki Pańskiej. Nie chodzi w tym o samo współczucie, które jest dobre, potrzebne i powinno być pożyteczne. Jezusowe wejście u nas może i powinno wywoływać uczucia. Nasze życie duchowe składa się i powinno się składać istotnie z wołania o pomoc, o zbawienie. Jest to wołanie o działanie Boże dla nas, zwłaszcza w nas. Pan Bóg oczekuje jednak naszego działania, a to nie tylko rytualnego na podobieństwo ludu Jerozolimy, który zgotował Mu uroczyste przyjęcie.

On przychodzi do każdego z nas jak do swojej własności. To prawo własności i działania obejmuje całego człowieka, wraz z jego najgłębszymi wymiarami, które tylko On zna, przenika i ma moc przemienić. On wybrał właśnie takie wejście i takie przejście przez Jerozolimę do chwały Zmartwychwstania, żeby nas przeprowadzić i doprowadzić do bram wieczystych. W sposób Jemu i nam właściwy.

Najwyższe kryterium



J 8, 46-59

Kto z was udowodni Mi grzech? Jeżeli prawdę mówię, dlaczego Mi nie wierzycie?
Będący z Boga słucha słów Boga. Wy dlatego nie słuchacie, ponieważ z Boga nie jesteście».
Odpowiedzieli Mu zaś Żydzi i powiedzieli Mu: «Czyż nie słusznie my mówimy, że jesteś Samarytaninem i masz demona?» 
Jezus odpowiedział: «Nie mam demona, ale czczę Ojca mego, a wy Mnie znieważacie.

Ja zaś Ja nie szukam własnej chwały. Jest ten, kto szuka i sądzi.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moje słowo, nie ujrzy śmierci na wieki».
Rzekli do Niego Żydzi: «Teraz wiemy, że masz demona. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moje słowo, ten śmierci nie zazna na wieki.
Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?»
Odpowiedział Jezus: «Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie, że jest waszym Bogiem,
ale wy Go nie poznaliście. Ja Go jednak widziałem. Gdybym powiedział, że Go nie widziałem, byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go widziałem i słowa Jego zachowuję. 

Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i uradował się». 

Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham został zrodzony, JA JESTEM». 

Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni przechodząc pośród nich, i tak odszedł. 

τις εξ υμων ελεγχει με περι αμαρτιας ει δε αληθειαν λεγω δια τι υμεις ου πιστευετε μοι

ο ων εκ του θεου τα ρηματα του θεου ακουει δια τουτο υμεις ουκ ακουετε οτι εκ του θεου ουκ εστε

απεκριθησαν ουν οι ιουδαιοι και ειπον αυτω ου καλως λεγομεν ημεις οτι σαμαρειτης ει συ και δαιμονιον εχεις

απεκριθη ιησους εγω δαιμονιον ουκ εχω αλλα τιμω τον πατερα μου και υμεις ατιμαζετε με

εγω δε ου ζητω την δοξαν μου εστιν ο ζητων και κρινων

αμην αμην λεγω υμιν εαν τις τον λογον τον εμον τηρηση θανατον ου μη θεωρηση εις τον αιωνα

ειπον ουν αυτω οι ιουδαιοι νυν εγνωκαμεν οτι δαιμονιον εχεις αβρααμ απεθανεν και οι προφηται και συ λεγεις εαν τις τον λογον μου τηρηση ου μη γευσεται θανατου εις τον αιωνα

μη συ μειζων ει του πατρος ημων αβρααμ οστις απεθανεν και οι προφηται απεθανον τινα σεαυτον συ ποιεις

απεκριθη ιησους εαν εγω δοξαζω εμαυτον η δοξα μου ουδεν εστιν εστιν ο πατηρ μου ο δοξαζων με ον υμεις λεγετε οτι θεος υμων εστιν

και ουκ εγνωκατε αυτον εγω δε οιδα αυτον και εαν ειπω οτι ουκ οιδα αυτον εσομαι ομοιος υμων ψευστης αλλ οιδα αυτον και τον λογον αυτου τηρω

αβρααμ ο πατηρ υμων ηγαλλιασατο ινα ιδη την ημεραν την εμην και ειδεν και εχαρη

ειπον ουν οι ιουδαιοι προς αυτον πεντηκοντα ετη ουπω εχεις και αβρααμ εωρακας

ειπεν αυτοις ο ιησους αμην αμην λεγω υμιν πριν αβρααμ γενεσθαι εγω ειμι

ηραν ουν λιθους ινα βαλωσιν επ αυτον ιησους δε εκρυβη και εξηλθεν εκ του ιερου διελθων δια μεσου αυτων και παρηγεν ουτως



Kimże On jest? – To pytanie stale towarzyszyło Jezusowi, jako wypowiadane bądź w myślach. Fakt Jego zaistnienia, poczęcia, narodzin, życia ukrytego, potem nauczanie i znaki były intrygujące, zarówno zachwycające i zadziwiające, jak też oburzające, niekiedy skandaliczne, aczkolwiek jedynie tylko dla pewnej grupy osób. W powszechnym odbiorze Jezus czynił tylko dobro. Jak wskazuje Ewangelista w dzisiejszej perykopie, nawet Jego wrogowie nie mogli Mu zarzucić żadnego grzechu, chociaż zdarzało się, że Jezus wykraczał poza zwyczaje i reguły rabinistyczne. Ewangelie świadczą jednoznacznie, że postać i nauczanie Jezusa były wystarczająco czytelne dla ogółu zarówno wyznawców religii mojżeszowej, jak też nawet dla innych kierujących się zdrowym rozsądkiem i prawym sumieniem. Już na płaszczyźnie ogólnoludzkiej Jezus Chrystus był kimś wiarygodnym, godnym zaufania, mimo że nawet Jego krewni i najbliżsi uczniowie mieli trudności w zrozumieniu i przyjęciu wszystkiego, co głosił i czynił.

Konflikt Jezusa z przywódcami żydowskimi, czyli spór o Jego tożsamość widoczny chociażby w rozdziale 8 Ewangelii św. Janowej, można streścić w kilku zasadniczych punktach:

1. Jezus mówi prawdę o Sobie, w różnoraki sposób, nie zawsze wprost, ale wyraźnie i zapobiegając nieporozumieniom: zmierza i ukazuje Swój boski autorytet.

2. Jezus występuje w ciągłości, czyli istotnej zgodności ze Starym Przymierzem, wskazując na tegoż wypełnienie w Sobie, co oznacza przewyższenie – jedyne i ostateczne.

3. Przy tym, zależnie od reakcji, ukazuje się wiara albo niewiara ludzi, które są w istocie postawami wobec prawdy ukazywanej przez Jezusa w słowach i czynach. 

Postawa odrzucających tę prawdę jest psychologicznie spójna a równocześnie zbiorowa, choć zachowanie poszczególnych osób jest podane dopiero w punkcie szczytowym, przy sądzeniu, skazaniu i ukrzyżowaniu:

1. Jest wystawianie na próbę, lecz nie w celu zbadania i poznania prawdy, lecz dla nastawienia pułapki i znalezienia powodów do oskarżenia i skazania.

2. Jest wskazywanie na prawo Mojżeszowe jako normę najwyższą, aczkolwiek w połączeniu i w świetle własnej tradycji żydowskiej.

3. Wystąpienie Jezusa poczytują i przedstawiają jako zamach na ich własne poczucie wartości, autorytet i władzę.

4. Nigdy nie uznają racji Jezusowej, nigdy, przynajmniej publicznie, nie przyznają się do błędu i nie znoszą wskazania na swój błąd, czy to teologiczny czy moralny.

5. Usiłują wielorako podważyć wiarygodność Jezusa, głównie przez wskazanie na sprzeczność z prawem Mojżeszowym i z własną tradycją, na pochodzenie rodzinne czy inne, bezpodstawne zaszufladkowanie.

6. Ich niechęć do prawdy ma zwłaszcza postać kłamliwości, czyli świadomego i zamierzonego odchodzenia od prawdy i zastępowania jej fałszem.

7. Ostateczną konsekwencją i kształtem tej postawy jest nienawiść, gotowa nawet do zabójstwa i to pod pretextem bluźnierstwa. W tym ukazuje się wyraźne znamię tego, który jest kłamcą i mordercą.

Jak we wszystkich spotkaniach Jezusowych z ludźmi, także tutaj łączą się i nawzajem przenikają różne płaszczyzny i wymiary: religijny (Objawienie Boże), duchowy (rozróżnianie duchów) i moralny (grzech). Są one nierozłączne, jako że człowiek jest jeden, choć w różnych wymiarach żyjący i we wielu aspektach postrzegany. Jedno jest także ostateczne, najwyższe i właściwe kryterium, wobec którego rozstrzyga się ukierunkowanie i zarazem los człowieka: Jezus Chrystus jako Osoba ze słowami i czynami.

Wchodząc w najściślejszy okres dorocznego rozważania Męki Pańskiej i zarazem tajemnic naszego Odkupienia, stajemy w radykalny sposób wobec tego Kryterium. Przykłady zachowań ludzkich opisane w Ewangeliach, zwłaszcza w szczytowych wydarzeniach, są nam dane jako pomoce w rozpoznaniu naszego własnego stanu religijno-duchowo-moralnego. Nasza wiara w boską godność i władzę Jezusa Chrystusa jest poddawana próbie nie tylko w rozważaniu Jego poniżenia na Krzyżu, lecz także w doświadczaniu naszych krzyży – bólów, cierpień i lęku przed śmiercią własną i naszych bliskich. Nasza kondycja duchowa wykazuje się w uległości i pozwalaniu na prowadzenie – albo przez Ducha Świętego, albo przez złego. W stanie moralnym, obejmującym zarówno dobre jak i złe uczynki, nawyki i sprawności, decydująca jest nie tyle ilość poszczególnych pozytywów i negatywów, lecz raczej zasadnicze ukierunkowanie rozumu, uczuć i woli.

Dlatego stajemy wobec tej Osoby, którą możemy zrozumieć według klucza prawdy i miłości, z którą szczególnie w te dni możemy i powinniśmy współczuć, współodczuwać i współprzeżywać, na ile jest to możliwe. Do tej prawdy powinna przylgnąć nasza wola poprzez gotowość pójścia za Nim i z Nim na świadczenie prawdzie nawet za cenę własnego życia, także w jego poszczególnych cząstkach, które niekiedy jest trudniej złożyć w ofierze niż całe życie. Także takie umieranie dla przyjemności światowych jak przeznaczenie więcej czasu w tych dniach na modlitwę czy to indywidualną czy liturgiczną może być i jest poddawaniem się kryterium rozróżniania.

Jezusowe odejście ze świątyni po starciu z przywódcami żydowskimi oznacza Jego przyjście do każdego człowieka miłującego prawdę i bliskość z Nim. Większość wierzących w Chrystusa jest, podobnie jak Mistrz w dzisiejszej Ewangelii, zazwyczaj poza zasięgiem czynnej nienawiści Jego wrogów. Równocześnie te podniesione kamienie są wszechobecne, także dosłownie i praktycznie, czego jesteśmy świadkami, chociażby gdy narzędziami tej nienawiści są sztylety zbrodniarzy. Pamiętać jednak trzeba, że nie podniesiony kamień czy sztylet jest najwyższym kryterium, lecz On – ten, który JEST, zanim świat powstał.

Dlatego trzeba nam ciągle stawać w Jego świetle, w świetle Jego prawdy, którą On sam jest w Swoim słowie, w Swoim życiu, męce i śmierci. W tym świetle - o ile stajemy w szczerości serca - poznajemy także prawdę o nas samych, która prowadzi do nawrócenia w znaczeniu biblijnym, czyli metanoia - zmiany wewnętrznej, zmiany umysłu, myślenia, pragnienia i dążenia duchowego. Tej właśnie prawdy nie mogli zdzierżyć wrogowie Jezusa. Ich agresywne oburzenie z powodu Jezusowego rzekomego bluźnierstwa i wywyższania Siebie było jedynie pogmatwanym wyrazem ich podłego stanu duchowego. Czyż faryzeizm w tym znaczeniu nie jest ponadczasowy i powszechny, nie ograniczony do ówczesnych wrogów Zbawiciela? 


To on - podczasowy faryzeizm - także dziś podnosi kamienie złości, oburzenia i agresji. To on stale nie może zdzierżyć chwały i czci krzyża Chrystusowego. To on wdziera się do serc także tych, którzy ustami wyznają Jezusa Chrystusa, trafiając na podatny grunt zwłaszcza u tych, którzy dzierżą władzę i doznają różnego rodzaju uznania, powodzenia i zaszczytów. 


Rozpamiętywanie Męki i Śmierci Zbawiciela ma służyć zwalczaniu faryzeizmu w nas, którzy uważamy się za wyznawców Chrystusa. Ilekroć pojawia się we mnie złość, choćby w słabej postaci, gdy ktoś mi wytyka błędy, grzechy czy choćby niedoskonałości, tylekroć odzywa się duch tych, którzy wtedy chwycili za kamienie. Nie jest istotne, czy ta złość przejawia się w chęci rewanżu, zemsty, czy przynajmniej w wyniosłym milczeniu, by choćby w ten sposób okazać pogardę wytykającemu. 


Dopóki nie zrozumiałem związku między kamieniami podniesionymi wówczas, a kamieniami w moim umyśle i sercu, niewiele pojąłem z Ewangelii i jej dorocznego głoszenia aż do skończenia świata. 


Rekolekcje: O posłuszeństwie


Rekolekcje: O posłuszeństwie



konferencje:


20.III.2026 godz. 20


21.III.2026 godz . 9.30, 11, 16


22.III.2026 godz. 10



Aby dołączyć do spotkania w aplikacji Google Meet, kliknij ten link: 

https://meet.google.com/ffh-ybkm-xir 


Możesz też dołączyć w inny sposób, otwierając Meet i wpisując kod: ffh-ybkm-xir 


Jak działają sakramentalia?


Tutaj chodzi o kwestie formy, materii oraz intencji. Sprawa jest analogiczna jak w przypadku sakramentów, aczkolwiek w przypadku sakramentaliów nie mówi się o ważności koniecznej do udzielenia łaski, która jest oznaczona. Ogólnie teologia sakramentaliów nie została dotychczas odpowiednio rozwinięta, a szkoda. 

Najpierw należy zauważyć, że modlitwy błogosławieństw często bardziej odnoszą się do ludzi, którzy z nich korzystają, niż do przedmiotów błogosławionych. Jest oczywiste, że chodzi o dobro duchowe ludzi, nie o same przedmioty. 

To jednak nie może usprawiedliwić braku zgodności czy spójności między słowami modlitwy błogosławieństwa (czyli formy) a przedmiotem błogosławionym (czyli materią). Moim zdaniem sprawa dotyczy godziwości materii. Np. niegodziwe byłoby użycie modlitwy błogosławienia domu do błogosławienia tzw. domu publicznego. Ma to związek z funkcją i przeznaczeniem. Tak więc: jeśli inne gałązki mają w liturgii taką samą funkcję jak gałązki palmowe, to moim zdaniem błogosławieństwo jest "ważne", nawet jeśli dosłownie jest mowa tylko o gałązkach oliwnych. To nie oznacza jednak, że taka modlitwa błogosławienia jest właściwa. Innymi słowy: należy stosować modlitwę błogosławienia, które odpowiada materii, a równocześnie stosować taką materię, która odpowiada formule błogosławieństwa. W razie obiektywnej niemożliwości zupełnej i dosłownej zgodności ważną rolę - moim zdaniem - odgrywa intencja celebransa. Może on - także moim zdaniem - w swoim umyśle dodać np. inne gałązki, nawet jeśli nie dodaje tych słów w formule błogosławieństwa. 

Powtarzam: normalną jest sytuacja, gdy jest zgodność formy, materii i intencji. Dlatego najlepiej jest stosować te obrzędy, które cechuje taka zgodność. Jednak także w odmiennej sytuacji - moim zdaniem - łaska działa na mocy 

- słów odnoszących się do zbawienia dusz

- pewnego związku czy pewnej analogii np. między gałązkami oliwnymi a gałązkami wierzby

- intencji celebransa odnoszącej się także do gałązek wierzby przyniesionych przez wiernych. 

Czy szatan może opętać dziecko w łonie matki?

 


Szatan nigdy nie może przejąć całkowitej kontroli nad człowiekiem, także nad dzieckiem w łonie matki. Oczywiście stopień kontroli czyli "władzy" zależy od sprawności duchowej człowieka i tym samym zdolności do sprzeciwu i oporu. Ta sprawność rośnie wraz z rozwojem osobowości. Jeśli osobowość się rozwija prawidłowo, to tym trudniej jest szatanowi zawładnąć czy w ogóle wywierać wpływ na człowieka (stąd wielka odpowiedzialność wychowujących dziecko). Równocześnie jest też oczywiste, że szatan usiłuje zawładnąć szczególnie osobami słabszymi duchowo, a do nich należą dzieci, także te w łonie matki. Aczkolwiek w łonie matki korzystność sytuacji polega na tym, że matka swoim życiem duchowym ma ogromny wpływ na obecny i przyszły stan duchowy swego dziecka. Zagrożenie oczywiście jest. Dlatego tradycyjny obrzęd Chrztu św. zawiera exorcyzmy. Z ich treści wynika, że są stosowane jako środek przeciw wszelkiemu działaniu złego ducha w dzieciątku. Wiadomo, że szatan może władać człowiekiem tym bardziej im mniej człowiek używa rozumu. Natomiast zaletą stanu dziecka od poczęcia aż to tzw. wieku rozróżniana jest wolność od grzechów osobistych. Jeśli dojdzie wolność od winy grzechu pierworodnego dzięki łasce uświęcającej we Chrzcie św., to dzieciątko jest doskonale wyposażone duchowo przeciw działaniu złego ducha. Moim zdaniem pewną moc duchową - czyli znaczenie w porządku łaski czyli nadprzyrodzonym - ma już także wola rodziców, że dzieciątko będzie ochrzczone. To oczywiście nie jest to samo co udzielenie Chrztu św. Tym niemniej działa tutaj władza rodzicielska, która ma także wymiar duchowy i w jakiś sposób w i pewnym - może nawet istotnym - stopniu jest w stanie chronić dzieciątko, choć też - z drugiej strony - może też wydawać dziecko na pastwę szatana choćby pod pozorami dobra. Dlatego tak ważne jest niezwlekanie ze Chrztem św. 

Natomiast opętanie w sensie ścisłym - czyli pewnego rodzaju władanie przez szatana przynajmniej ciałem i psychiką człowieka (co nie musi być widocznie stale, lecz jedynie w pewnych momentach czy sytuacjach) - zawsze jest skutkiem wolnych wyborów człowieka czyli grzechów, zwłaszcza tych popełnianych z premedytacją i bez woli nawrócenia i poprawy. 


Nauka Kościoła o duszy ludzkiej


Odpowiedzi są dość proste i można je znaleźć właściwie w każdym katolickim podręczniku dogmatyki względnie antropologii teologicznej.


1. Dusza ludzka jest stwarzana przez Boga w momencie poczęcia, gdyż to dusza jest formą ciała, tzn. tym czynnikiem, dzięki któremu dana masa materii (atomów) staje się ciałem tej a nie innej osoby i to jedynej w historii wszechświata. Innymi słowy: nie ma realnej preexystencji dusz, lecz jedynie jest idealna preexystencja czyli istniejąca w umyśle Bożym, czyli każda dusza (i tym samym każdy człowiek) jest chciany i zaplanowany przez Boga. 

2. Świadomość człowieka jest zależna od rozwoju ciała, zwłaszcza mózgu. Odpowiedź na pytanie, czy dopiero co poczęte dziecko ma świadomość, zależy od definicji świadomości i kryteriów jej stwierdzenia. Według kryteriów adekwatnych do człowieka dorosłego raczej nie można mówić o świadomości dziecka w łonie matki. To nie oznacza jednak, że te kryteria są jedyne i adekwatne do każdego etapu życia człowieka. Innymi słowy: nie można wykluczyć, że dziecko w łonie ma swoistą świadomość. Nawet w pewnym sensie musi mieć świadomość adekwatną do poziomu rozwoju tego ciała. Świadomość człowieka dorosłego nie może brać się znikąd, nie ma też żadnego innego momentu, który można by określić jako początek świadomości, oprócz momentu powstania człowieka czyli stworzenia duszy połączonej z ciałem.  Należy więc raczej mówić o stopniach czy etapach rozwoju świadomości, nie o powstawaniu w jakimś momencie późniejszym niż poczęcie, nawet jeśli obecnie nie mamy narzędzi do jej empirycznego stwierdzenia. 

Przy tej okazji podam ciekawy przykład. Od kolegów ze studiów, którzy pochodzili z Korei, dowiedziałem się, że w kulturze koreańskiej nie świętuje się urodzin lecz dzień poczęcia dziecka. Warto się nad tym zastanowić. 

Ceremoniarz w Novus Ordo


Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem specjalistą w Novus Ordo, ponieważ od dawna go nie sprawuję. Mam jedynie ogólną wiedzę. A zupełnie nie znam przepisów czy zwyczajów specyficznie polskich. Dlatego przede wszystkim polecam:

- nie polegać ślepo na tym, co dany proboszcz oczekuje czy praktykuje, 

- domagać się od nich (oczywiście uprzejmie) wskazania na przepisy liturgiczne, na których się opierają,

- mieć odwagę porównać praktykę parafialną z tymi przepisami. 

Podane przykłady wydają mi się mieścić w przepisach Novus Ordo. W liturgii tradycyjnej zadaniem ceremoniarza jest m. in. właśnie obsługiwanie mszału, czyli tutaj zachodziłaby nawet pewna zgodność. 

Co do podanego sposobu udzielenia Komunii św. sprawa jest nieco złożona. Po pierwsze, ten sposób mieści się w przepisach Novus Ordo, które dopuszczają udzielenie Komunii św. pod dwiema postaciami przez zanurzenie. Po drugie, zaletą tego sposobu jest niemożliwość udzielenia na łapkę, gdyż wtedy jest jedynie możliwość udzielenia do ust. Po trzecie jednak, podejrzewam, że kapłan w ten sposób usiłował Ciebie jakoś wyróżnić i w swoisty sposób jakby przekupić w jakimś celu. Ten trzeci aspekt jest oczywiście haniebny, gdyż liturgia nie powinna być okazją czy środkiem dla takich zagrywek. Ten kapłan mógłby w inny sposób okazać, że Cię lubi czy docenia, nie w ten sposób. 


Czy zły przedmiot jest zagrożeniem duchowym?


Należy tutaj sprecyzować zarówno zły przedmiot jak też zagrożenie duchowe. 

Rozumiem, że chodzi o książkę o złej treści. Nasuwa się pytanie, skąd się wzięła w danym domu i dlaczego, oraz po co w nim jest. To jest istotne. 

Co do zagrożenia duchowego pytający ma widocznie na myśli pokusy. 

Teologicznie są tutaj następująca zasadnicza kwestia:

Czy przedmiot może mieć wpływ na stan duchowy człowieka?

W pewnych kręgach od pewnego czasu nasiliło się przeświadczenie o rzekomej quasi magicznej mocy przedmiotów i miejsc. Jest czy było to głoszone przez niektórych popularnych duchownych, powiązanych w jakiś sposób z tzw. charyzmatyzmem, a niekiedy uprawiających oficjalnie bądź nieoficjalnie rzekome exorcyzmy w stylu bardziej czy wyłącznie protestancko-modernistym. Niektórzy nawiązują też do tradycyjnych exorcyzmów czy modlitw błogosławieństw z rytuału katolickiego, w których znajdują potwierdzenie czy źródło dla swojego nauczania o przeklętych czy posiadanych przez szatana przedmiotach. 

Pewne jest, że kręgi okultystyczne i satanistyczne stosują jakiegoś rodzaju przekleństwa czy zaczarowywanie przedmiotów, by w jakiś sposób posługiwać się nimi do złych celów. To właśnie do takich przedmiotów odnoszą się modlitwy exorcyzmowania w Rituale Romanum. Aczkolwiek te kwestie nie są bliżej określone ani w oficjalnych dokumentach Magisterium Kościoła ani w samych księgach liturgicznych. 

Istotne jest, że przedmioty same ze siebie nie mają żadnej mocy działania czy wpływania na człowieka, lecz jedynie mogą być okazją czy swego rodzaju "narzędziem" dla działania szatana czy demonów, zwłaszcza na zaproszenie czy wezwanie człowieka. Innymi słowy: nawet przeklęty przedmiot nie może wyrządzić niczego złego. Do złego zdolny jest jedynie byt duchowy, czyli obdarzony wolną wolą. 

Należy odróżnić działanie przedmiotu od jego odczuwania przez człowieka, dopuszczonego przez Boga. Na wskazanym przykładzie książki polega to na tym, że Pan Bóg może pozwalać na większe kuszenie przez szatana w pobliżu złej książki po to, by człowiek ją usunął względni zniszczył. "Złość" książki nie leży w tym, że jest książką, lecz w tym, że została napisana w złym celu i temu celowi poświęcona przez złego człowieka. 

Innymi słowy: zagrożeniem duchowym nie jest sam przedmiot lecz pokusa, która może się pojawić w jakimś związku z tym przedmiotem. Jej pojawienie się może być wskazówką ku temu, żeby się tego przedmiotu pozbyć, a bo nie z powodu jego samego lecz z powodu złego zamiaru tego, który chciał się tym przedmiotem posłużyć. 

Nie należy więc przeceniać "mocy" takiego przedmiotu, nawet jeśli rzeczywiście został stworzony w złym celu czy wręcz poświęcony złemu duchowi. Błędem byłoby jednak także niedocenianie jego znaczenia dla zdarzeń duchowych czy przynajmniej dla samopoczucia. Właściwe złe działanie książki zachodzi wtedy, gdy jest czytana, nie gdy leży na półce. Równocześnie także jej leżenie na półce nie jest obojętne czy zupełnie nieznaczące, gdyż może zostać przynajmniej potencjalnie przeczytana i tym samym rozwinąć swoje właściwe złe działanie. Ta zła potencjalność może być słusznie odczuwana jako zagrożenie czy to dla siebie czy dla innych osób, więc nie należy jej lekceważyć. Jednak pewne jest, że samo leżenie na półce nie jest w stanie wyrządzić szkody duchowej, o ile nie może człowieka nakłonić do grzechu. 

Dlatego nie jest obojętne, jakimi przedmiotami się otaczamy, aczkolwiek nie należy im też przypisywać mocy, której nie mają, gdyż to trąci myśleniem magicznym czyli niechrześcijańskim, a to już może zaszkodzić duchowo, gdyż jest przeciwne wierze katolickiej. 


Czy w Iranie jest teokracja?



Temat Iranu wyraźnie ożył w przestrzeni publicznej od ataku państwa położonego tam gdzie chce wraz z swoim sojusznikiem zza wielkiej wody, co rozpoczęto w formie gorącej dwa tygodnie temu. Sytuacja jest nieco podobna jak w kwestii ataku Moskali na państwo banderoidów położone w znacznej części na Kresach Rzeczypospolitej. Dochodzi oczywiście czynnik odległości kulturowej, cywilizacyjnej i religijnej. To odgrywa właśnie istotną rolę w aktualnej debacie czy raczej narracji polityczno-społecznej. Występują oczywiście także głosy wyważone przynajmniej częściowo i oparte na mniej więcej solidniejszej wiedzy. Przeważa jednak ignorancja i podejście bardziej sentymentalne niż racjonalne i to z różnych stron. Nie jestem politykiem ani historykiem, ani znawcą Środkowego Wschodu czy specjalnie Iranu. Jednak w wyniku znajomości osobistej z Irańczykami na tzw. Zachodzie mam też pewne doświadczenie. Zgodnie z oczekiwaniami P. T. Czytelników mogę się wypowiedzieć teologicznie jak najlepiej potrafię. 

Zostałem zmotywowany do wypowiedzi między innymi przez powyższą wypowiedź znalezioną w internetach, a szczególnie przez nazwanie aktualnego sytemu politycznego Iranu "teokracją", co z punktu widzenia zarówno teologicznego jak też historycznego i politologicznego jest błędne. 

Zanim przejdę do tej kwestii, pragnę zaznaczyć, że póki co nie zajmę zdecydowanego stanowiska wprost odnośnie do aktualnej wojny w Iranie, gdyż brakuje wystarczających danych. Obecnie wygląda na to, że atak trwający od dwóch tygodni przynajmniej o tyle nie spełnia warunków wojny sprawiedliwej określonych w nauczaniu Kościoła, że była szansa na pokoje rozwiązanie konfliktu w drodze pertraktacji, skoro państwo irańskie wyraziło gotowość do pewnych ustępstw w kwestii zagrożenia czy potencjału mogącego zagrozić bezpieczeństwu innych państw (rezygnacja z opracowania arsenału nuklearnego i współpraca z USAnią w wydobyciu ropy naftowej). Można oczywiście pytać, na ile wiarygodne byłyby to ustalenia, lecz to jest kwestia traktatowego dopracowania szczegółów. W każdym razie należy powiedzieć, że wojna nie może być sprawiedliwa, jeśli jest choćby szansa na pokojowe rozwiązanie. Ponadto zastosowane środki w postaci ataków na cele cywilne nie odpowiadają kryteriom etycznym i prawu międzynarodowemu.

Tymczasem przywódcy państw atakujących czyli agresorów wprost zadeklarowali, że ich celem jest obalenie obecnej władzy Iranu, którą uważają za zagrożenie zarówno dla siebie jak też dla społeczeństwa w Iranie czyli ludności. Tutaj sprawa jest już bardziej złożona. Głównym czynnikiem jest właśnie stosunek między ludnością tego kraju a obecną jego władzą. Z powodu różnorodności populacji raczej niemożliwe jest jednoznaczne określenie tego stosunku. Dlatego należy sięgnąć do kryterium wyższego, czyli wartości reprezentowanych przez tą władzę względem dobra ludności. Także w tym aspekcie sprawa nie jest prosta, są jednak obiektywne kryteria. Tutaj właśnie dochodzimy do kwestii tytułowej, czyli zasadności twierdzenia, że Iran jest rządzony w systemie teokratycznym. 

Można się domyśleć, co osoba wypowiadająca to twierdzenie ma na myśli. Chodzi o fakt, że najwyższą, nadrzędną władzę sprawuje tzw. rada strażników rewolucji islamskiej, która to wyznacza kandydatów do sprawowania władzy podrzędnej na szczeblu ustawodawczym, sądowniczym i wykonawczym. Emanacją i symbolem władzy nadrzędnej jest tzw. duchowy przywódca, wyłaniany przez ową radę. 

Nie trudno zauważyć pewnych podobieństw do starożytnych teorij państwa z myśli greckiej (Platon i Arystoteles), według których najwyższą władzę powinni sprawować filozofowie, czyli mędrcy stojący na straży dobra wspólnego oraz doboru środków właściwych do osiągnięcia tego dobra. Gdy p. Jacek Bartyzel wspomina teorię Al-Farabi'ego, nazywając go "muzułmańskim filozofem", to zapomina o rzeczy istotnej, mianowicie po pierwsze o korzeniach jego myśli w filozofii greckiej, a po drugie o tym, że właściwą "filozofią" muzułmańską jest to, co czynił Mahomet, czyli krwawy rozbój i podbój. To są zasadnicze błędy popełniane regularnie zarówno przez muślimów jak też przez powtarzających za nimi mało rozgarniętych historyków. Islam sam ze siebie nie wyłonił nigdy żadnej myśli czy to filozoficznej, czy politycznej, czy jakiejkolwiek naukowej. To, co się zwykle określa jako kultura arabska czy islamska, było tworzone przez pierwotnie chrześcijańskich niewolników i poddanych, którzy nie czerpali ze źródeł islamskich - którymi są Kuran oraz tzw. hadisy czyli legendy o życiu i słowach Mahometa - lecz z myśli greckiej i chrześcijańskiej, a w Persji także z myśli rdzennej czyli zaratustriańskiej. Tego typowym przykładem jest właśnie Al-Farabi (który zresztą z pochodzenia na pewno nie był Arabem, lecz raczej Persem i to z powiązaniami chrześcijańskimi). Sam islam od początku zawsze był genetycznie wrogi wszelkiej naukowości. Dlatego właśnie tzw. filozofia arabska jak też rozwój naukowy, kulturowy i gospodarczy niemal zupełnie zanikł wraz z dogłębnym przeoraniem społeczeństw podbitych przez islam. Innymi słowy: kultura i nauka istniały w krajach islamskich nie dzięki islamowi, lecz wbrew niemu, i dlatego przestały istnieć wraz z konsekwentnym wdrożeniem tej "religii", a raczej jej "prawa" czyli szariatu. 

To jest więc po pierwsze błąd historyczny, wynikający czy to z niewiedzy, czy też z naiwności wobec współczesnej islamofilskiej narracji. 

Znacznie poważniejszy jest błąd pod względem teologicznym. Otóż określenie władzy islamskiej jako "teokratycznej" oznacza nic innego jak twierdzenie o boskim pochodzeniu islamu, co jest oczywiście fałszywe. Jest bardzo dziwne, gdy coś takiego pochodzi z ust czy z pióra kogoś, kto się uważa za katolika. Sprawa jest istotna, wręcz kluczowa zarówno zasadniczo jak też w ocenie obecnego konfliktu związanego z państwem irańskim. 

Jest wprawdzie dość oczywiste, że ta wojna ma charakter polityczny, gdyż chodzi głównie o interes państwa położonego tam gdzie chce. Tym niemniej nie można jej zrozumieć w oderwaniu od tła religijnego. Wszak nie można zaprzeczyć, że polityka państwa położonego tam gdzie chce powołuje się na rzekomo religijne prawo do tej ziemi, przy czym w jego religii nie ma podziału na sferę polityki i sferę religii. Z drugiej strony "republika islamska" grozi zniszczeniem tego państwa w imię obrony islamskiego "świętego miejsca", za który uważa Jerozolimę i wzgórze świątynne. Wchodzą tutaj oczywiście kwestie historii wczesnego islamu, która dzięki rzetelnym historykom od kilku dziesięcioleci jest dopiero mozolnie odkłamywana, co oznacza oddalenie się i w istotnej mierze obalenie oficjalnej narracji muślimskiej, a co w Polsce jest praktycznie nieznane (więcej tutaj). Widać to w wypowiedziach powtarzających bezmyślnie i naiwnie przekonanie o rzekomym prawie muślimów do wzgórza świątynnego, gdzie postawili sobie nawet dwa meczety dla upamiętnienia rzekomego "wniebowstąpienia" ich "proroka" na rumaku o wdzięcznym imieniu Burak. Ta bajka jest zresztą typowa dla absurdalności i zarazem bezczelności islamu. Państwo położone tam gdzie chce oczywiście dąży do odzyskania tego miejsca, które dla ich przodków (pomijam w tym miejscu kwestię więzów tego państwa z ludem starotestamentalnym i jego religią) było najświętszym na ziemi. Tego sporu nie można rozwiązać polubownie ani choćby załagodzić, gdyż dotyka on rdzenia tożsamości judaizmu z jednej oraz islamu z drugiej strony. Dochodzi nieludzkie, wręcz zbrodnicze traktowanie rdzennych mieszkańców Ziemi Świętej przez państwo położone tam gdzie chce, co także jest zakorzenione w religii judaistycznej. Zaś ze strony Iranu nie było ataku rakietowego wtedy, gdy mordowano i nadal morduje się ludność strefy Gazy, natomiast z całą pewnością miałby miejsce największy możliwy atak w momencie zajęcia wzgórza świątynnego oraz zburzenia znajdujących się tam meczetów. Mamy więc jaskrawy przykład tego, jak tragiczne, wręcz okrutne skutki mają fałszywe religie, zwłaszcza gdy ścierają się ze sobą.  

Tutaj zachodzi kwestia, czy i na ile obecny system państwa irańskiego czyli tzw. islamskiej republiki jest rdzennie islamski, czy też jego korzenie teoretyczne są inne, pozaislamskie. Odpowiedź jest dość prosta, gdyż wystarczy sięgnąć do przykładu Mahometa, który według islamu jest najwyższym, a właściwie jedynym wzorem dla swoich wyznawców także pod względem politycznym. Zarówno w jego życiorysie jak też w jemu przypisywanemu nauczaniu nie ma choćby śladu ani podziału władzy, ani tym bardziej jakiejkolwiek choćby ograniczonej demokracji. Jego cała "polityka" sprowadza się do bezwzględnej przemocy i podstępu. 

Fenomenu obecnego państwa irańskiego nie da się więc sprowadzić do islamu. Już sama nazwa "republika islamska" zawiera w sobie sprzeczność. Państwo nie może być równocześnie republiką i islamskie. Mamy więc do czynienia z czymś, co bardziej przypomina system państw komunistycznych z kastą rządzącą skupioną wokół jednej partii, w tym wojska i policji. Tak więc można powiedzieć, że "islamska republika Iranu" jest podobnie irańska jak państwo PRL było polskie. 

Ma to oczywiście związek z powstaniem tegoż państwa. W skrócie wyglądało to tak, że bunt społeczny wobec rządów szacha Pahlawi został sprytnie przechwycony i wysterowany przez "duchownych" szyickich. Błędy władzy szacha są oczywiste. Osobno trzeba by rozważyć ich przyczyny i korzenie. Tzw. rewolucja islamska miała realne podłoże w szerokim niezadowoleniu społecznym w odniesieniu do tamtej władzy, za co winę ponoszą także jej sprzymierzeńcy z tzw. Zachodu. Dziwne, że nikt z nich w porę nie dostrzegł poważnych problemów społecznych i braku zdolności czy raczej też chęci szacha do zmierzenia się z nimi. Równocześnie jest pewne, że już wtedy główną linią napięcia nie były jedynie jaskrawe nierówności w społeczeństwie Iranu lecz także konflikt kulturowo-cywilizacyjny między prozachodnią orientacją ówczesnej monarchii a bardziej zakorzenionym w ludzie wpływem "duchownych" szyickich. 

Wyjaśniam tutaj cudzysłów: Otóż w islamie nie ma stanu duchownego, gdyż nie ma kapłaństwa. Zarówno imam jak też mułła nie przynależy do stanu przeznaczonego do sprawowania kultu, lecz jest przywódcą i nauczycielem, czyli kimś porównywalnym z żydowskim rabinem czy protestanckim kaznodzieją i księciem, który jest głową lokalnej wspólnoty. Warunkiem przynależności jest owszem pewien stopień wykształcenia w doktrynie islamskiej, jednak nie ma związanego z tym i udzielanego na zawsze urzędu związanego z specyficznymi, formalnie wyznaczonymi prawami i obowiązkami. 

Interesujące byłoby zbadanie, czy i na ile tajne służby obcych państw brały udział w "rewolucji islamskiej", bądź przynajmniej ją wspierały. Dotychczas nie natrafiłem na takie opracowanie. Prawdopodobnie wynika to z niedostępności materiałów czy to archiwalnych czy przynajmniej dziennikarskich. Można jedynie podejrzewać pewien udział agentury sowieckiej, w owym czasie dość rozbudowanej i aktywnej na całym świecie, zwłaszcza w tym regionie dość bliskim Rosji sowieckiej. 

W obecnych głosach w sprawie pochodzących od polskich komentatorów regularnie brakuje spojrzenia na sprawę z perspektywy zwykłych Irańczyków. W przestrzeni publicznej dominują - aż do wyłączności - dwa spojrzenia: albo bezkrytycznie proislamskie (w znaczeniu obrony "republiki islamskiej") albo pro-usraelskie. Obydwie strony wykazują stronniczość, abstrahującą od optyki i realnych problemów ludzi czy to żyjących w Iranie czy emigrantów irańskich. 

Jak już wspomniałem, miałem okazję poznać tych ostatnich, a także jakiś czas temu młodych turystów z Iranu zwiedzających Niemcy. Jedni i drudzy byli kategorycznie negatywnie nastawieni wobec zarówno samych rządzących ich krajem jak też wobec systemu i samego islamu. Tę wrogą wobec siebie władzę utożsamiali albo z islamem (w przypadku emigrantów) albo z religią w ogóle. Innymi słowy: ich doświadczenia z władzą "religijną" spowodowały niechęć a nawet wręcz wstręt nie tylko względem islamu, lecz względem każdej religii. Irańczycy, których dane mi było przygotowywać do przyjęcia Chrztu św., utożsamiali się raczej z zaratustranizmem niż z islamem, który był dla nich religią wrogów i najeźdźców czyli Arabów. Często wskazywali mi na podobieństwa między religią Zaratustry i chrześcijaństwem, natomiast o islamie wypowiadali się z mieszanką grozy i pogardy. Dodatkowo regularnie szydzili z Turków, sugerując ich niepełnosprawność umysłową. 

Dwa przykłady powinne nieco zilustrować. 

Przykład pierwszy. W katechezie do Chrztu św. miałem pewną rodzinę z Teheranu, z 16-letnią córką. Miła dziewczyna, jak zresztą wszyscy Irańczycy, których poznałem. Omawialiśmy dość szeroko kwestie religii i wiary. Sahar (to było jej irańskie imię) pełniła też rolę tłumacza wobec innych, gdyż już chodziła do szkoły niemieckiej i lepiej znała język. Z nią mogłem najswobodniej rozmawiać. Sama ze siebie poruszała dość poważne tematy teologiczne, jak istnienie Boga, problem zła itp. Myślała dość odważnie i otwarcie stawiała wątpliwości typowe dla młodego człowieka, choć uprzejmie i bez agresji. Gdy jej ojciec przysłuchiwał się rozumiejąc, o czym rozmawiamy, zauważyłem u niego wyraźny niepokój. W pewnym momencie nagle wstał i wyszedł na korytarz. Gdy po chwili wrócił, zapałem go, czy coś się stało. Wyraźnie zmieszany powiedział patrząc na córkę, że gdyby ona coś takiego powiedziała w Iranie, to by - tu pokazał przykładając dłoń do szyi - została skrócona o głowę. Tymczasem Sahar nie powiedziała nic zdrożnego, a jedynie stawiała pytania w temacie pogodzenia istnienia Boga z istnieniem zła. To mi uświadomiło, jak irracjonalna i nieludzka jest "religia", w której on został wychowany (a był mniej więcej w moim wieku). 

Drugi przykład to młody chłopak, który w Iranie poznał wiarę katolicką i musiał wyemigrować do Francji, żeby przyjąć Chrzest św. Tam też poczuł powołanie i wstąpił do seminarium duchownego. Po jakimś czasie z powodu jakiejś sprawy rodzinnej pojechał do Iranu i został tam natychmiast uwięziony pod zarzutem porzucenia islamu. Ponad rok spędził we więzieniu w nieludzkich warunkach i w obawie o swoje życie. W końcu jakimiś kanałami dyplomatycznymi udało się go wydobyć z tego przedsionka piekła i mógł wrócić do Francji, aczkolwiek pod wieloma względami zniszczony i straumatyzowany. Udało się mu uratować życie, ale doświadczył na własnej skórze, do czego zdolna jest "islamska republika" i to nie w najbardziej okrutnej wersji. 

Te przykłady są istotne dla charakterystyki państwa w Iranie. I to należy brać pod uwagę w ocenie sytuacji, nawet jeśli jest oczywiste, że Usraelowi nie chodzi o wywalczenie wolności religijnej w tym państwie. Wielu powołuje się na istnienie tam kościołów i parafij chrześcijańskich, ale widocznie nie wie, że względną swobodę kultu mają tam jedynie mniejszości etniczne jak Ormianie czy Chaldejczycy, natomiast surowo zabronione jest krzewienie wiary chrześcijańskiej wśród muślimów. Konwersje z islamu sankcjonowane są karą śmierci. Nie zmienia tego fakt, że w listopadzie 2025 r. jedną z nowym stacji metro w Teheranie poświęcono Matce Bożej (więcej tutaj):



Ten miły gest na pewno nie wynika z islamu lecz z kultury irańskiej, której nawet islam nie zdołał całkowicie unicestwić. 

W każdym razie katolik powinien oceniać wydarzenia i postępowanie według znaczenia i skutków dla krzewienia wiary katolickiej i Królestwa Bożego, czyli dla zbawienia dusz w Iranie, nie według sympatii czy antypatii względem danego państwa. 

W tym momencie jeszcze nie można ocenić, jakie konsekwencje pod tym względem może mieć i będzie miała obecna wojna przeciw "islamskiej republice". Pewne jest, że należy się solidaryzować z tymi Irańczykami, którzy szczerze dążą do wolności obywatelskiej zwłaszcza pod względem religijnym. Takiego podejścia najbardziej obecnie brakuje w dyskusjach w tym temacie. I nie należy też zaniedbywać modlitwy za Irańczyków i Iran, gdzie trwa starożytna tradycja chrześcijańska, która tam przetrwała mimo wielowiekowych burz i prześladowań. Aktualne wydarzenia mogą być szansą dla okazania szacunku i życzliwości z naszej strony. 

Na pewno szkodliwy jest fakt, że jedyny rzymsko-katolicki (formalnie) biskup z Iranu, belgijski franciszkanin Dominique Mathieu w obecnej sytuacji opuścił swoich wiernych w Teheranie, pozbawiając ich tym samym zupełnie opieki duszpasterskiej, gdyż obecnie nie ma tam żadnego innego duchownego katolickiego (więcej tutaj). Haniebne jest, że ktoś taki zostaje przyjęty w Watykanie jak niby bohater: 


Nasuwa się tutaj analogiczna sytuacja z czasu pontyfikatu Piusa XII: Gdy ówczesny pierwszy w historii kardynał niebiały, chiński werbista Thomas Tien Ken-sin uciekł z Chin z obawy przed uwięzieniem przez komunistów i przyjechał do Rzymu, żeby spotkać się z papieżem, Pius XII dowiedziawszy się o tym, że ów kardynał stoi przed wejściem, wysłał tam zakonnicę, słynną s. Pascalinę Lehnert, żeby mu oznajmiła, gdzie jest jego miejsce. Opowiedziała o tym sama zakonnica:


Więcej tutaj po angielsku. 

Takich to pasterzy namianowano w pontyfikacie bergogliańskim...