Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Dlaczego uniżenie nie jest wyniszczeniem?

 


X. Szymon Bańka, z którego wypowiedzią już raz polemizowałem (por. tutaj), zechciał poświęcić niemal całe swoje wystąpienie (dostępne tutaj) nie tyle mojej krytyce dwóch zwrotek pewnej kolędy (tutaj), co raczej mojej osobie. Okazję stanowi pytanie anonimowego widza o osąd odnośnie mojej osoby i działalności: 

Tak więc po wstępnym łaskawym orzeczeniu, że jestem "dobrym teologiem", x. Bańka odnosi się do jedynego z ponad 600 wpisów niniejszego bloga. Dlaczego akurat do tego? Staje się to jasne w następujących pouczeniach, do których zmierza wypowiedź na mój temat:


Również solennym pouczeniem kończy się następny fragment:


A oto punkt kulminacyjny i widocznie właściwe przesłanie owego wystąpienia:


Skoro to jest główna treść, to najpierw do niej się odniosę. 

Otóż chyba nietrudno zauważyć, iż krótka prezentacja w nagłówku niniejszego bloga nie jest chwaleniem się, lecz zwięzłym wskazaniem na formalną kompetencję teologiczną. Uczyniłem to po wielu złośliwych przytykach kwestionujących ją. Podałem jedynie istotne suche fakty, których ocena jest pozostawiona życzliwości P. T. Czytelników. Akurat x. Bańka interpretuje je jako "chwalenie się". Nie wiem, na jakiej podstawie. Czyżby uważał, iż podane fakty powinny być raczej powodem do wstydu? Że powinienem je ukrywać? Otóż uważam, iż nie powinienem ich ukrywać, nawet jeśli byłyby haniebne (a nie są), a to choćby z tego powodu, że są łatwo dostępne i każdy może je sprawdzić. Osobiście wyznaję zasadę, iż nie należy ukrywać faktów, nawet jeśli nie są powodem do chluby, oczywiście o ile nie są same w sobie powodem zgorszenia. W tym wypadku nie ma nic gorszącego. 

Wyjaśniam: byłem egzaminowany i oceniany nie na podstawie katarynkowego reprodukowania czyichś prywatnych poglądów, lecz z wiedzy i umiejętności myślenia teologicznego, wykazanego w pracy doktorskiej i na egzaminie komisyjnym (examen rigorosum) z trzech głównych dziedzin teologii katolickiej. Książek ówczesnego x. prof. Gerhard'a Ludwika Müller‘a nie znałem i także potem nie zajmowałem się nimi bliżej, gdyż po pierwsze nie było to ode mnie wymagane, a po drugie uważałem, iż są ważniejsze podręczniki i źródła teologii katolickiej. Nikt mi nie robił wyrzutów z tego powodu, co świadczy o kompetencji teologicznej i moralnej grona egzaminującego. To również z całą pewnością nie jest powodem do wstydu i ukrywania. Jeśli profesor upatruje swoje zadanie w prowadzeniu do solidnej wiedzy teologicznej, a nie w indoktrynowaniu w swoich własnych poglądach (nie wiem, jakie doświadczenia i oczekiwania ma x. Bańka), to szczęściem jest mieć takiego profesora i jest to powód (niezasłużony, lecz dany przez Pana Boga) do chluby i wdzięczności, zwłaszcza iż jest to obecnie postawa niestety bardzo rzadka wśród profesorów. 

Konflikt Bractwa FSSPX z kard. Müller‘em w czasie gdy był biskupem diecezji ratyzbońskiej, na której terenie znajduje się seminarium FSSPX (Zaitzkofen), a także gdy był prefektem Kongregacji Nauki Wiary, nie jest dla mnie powodem ukrywania faktów. O ile wiem, chodziło o legalność święceń udzielanych w owym seminarium oraz uznawanie nauczania Vaticanum II przez FSSPX. Szczegółów konfliktu - zwłaszcza argumentów obydwu stron - nie znam, dlatego się nie wypowiadam (tutaj jest jedno z doniesień medialnych, świadczące o tym, że konflikt miał miejsce koło roku 2009, czyli sporo lat po moim doktoracie). Poniekąd zrozumiałe jest, iż u x. Bańki (i nie tylko) wzmianka o kard. Müller‘ze wywołuje alergiczno-emocjonalną reakcję (według wypowiedzi przełożonego FSSPX z 2018 r., bpa B. Fellay'a, kard. Müller chciał exkomuniki dla FSSPX). Jednak uczciwość wymaga, by się do tego przyznać, a nie zaczynać od - zresztą dość groteskowej - polemiki z moją krytyką ewidentnie heretyckich sformułowań w jednej z kolęd. 

Istotna jest także następująca okoliczność: Czy x. Bańka jest w stanie wskazać na jakąkolwiek krytykę ze strony FSSPX pod adresem poglądów teologicznych obecnego kard. Müller‘a, opublikowaną zanim został prefektem KNW, czyli z czasu, gdy był profesorem w Monachium i potem biskupem Ratyzbony? O ile wiem, krytyka pojawiła się dopiero wtedy, gdy bp Müller - jako biskup Ratyzbony, czyli diecezji, na której terenie znajduje się seminarium FSSPX - ogłosił, że święcenia udzielane w Zaitzkofen są nielegalne. Czyż nie jest to znaczące? Czyż wobec takich okoliczności moralne jest wytykanie mi drogi edukacji teologicznej oraz braku krytyki poglądów promotora doktoratu?

Bezreflexyjnym tłem tego - dość dziwnego - zarzutu ad personam jest zapewne założenie, jakobym wybrał x. prof. Müller‘a na promotora z powodu czy przynajmniej mimo poglądów, które x. Bańka nazywa heretyckimi. To założenie jest oczywiście fałszywe i bezpodstawne. Zresztą x. Bańka nawet nie próbuje go uzasadnić, ani go nawet wprost nie formułuje, co także świadczy o jego poziomie intelektualnym i moralnym. Właściwie nie powinienem się tłumaczyć przed kimś takim jak x. Bańka, jednak dla P. T. Czytelników nadmienię, jakie są fakty. Otóż na x. prof. Müller‘a trafiłem pośrednio, zupełnie nie znając ani jego ani jego publikacyj. Polecił mi go x. prof. Peter Bruns, profesor patrologii w Bamberg, który najpierw zapoznał się z moją gotową pracą doktorską. Zaopiniował ją pozytywnie, jednak stwierdziwszy, że temat jest ujęty bardziej systematycznie niż historycznie i że dlatego powinien ją ocenić dogmatyk, polecił mi zwrócić się do x. prof. G. L. Müller‘a w Monachium. Ten ostatni od razu i bez zastrzeżeń przyjął pracę, napisaną całkowicie bez jego udziału i prowadzenia. Musiałem tylko jeszcze zaliczyć kilka seminariów oraz kurs hebrajskiego (co nie było wymagane we Wiedniu). 

Przejdźmy do sprawy kolędy.

Rzeczywiście w odnośnym wpisie zabrakło szerszej argumentacji teologicznej. Wynikało to po pierwsze z pośpiechu, a po drugie z tego, że uważałem sprawę za oczywistą. Słusznie x. Bańka wskazał na List do Filipian, rozdział 2. Jednak jego argumentacja jest chybiona. 

Zacznijmy od samego textu. X. Bańka zadowala się tłumaczeniami, podczas gdy teolog ma obowiązek opierać się na texcie oryginalnym, gdyż tylko on jest natchniony, zaś tłumaczenia mogą być tylko mniej czy bardziej pomocne. Tego rozróżnienia zupełnie brak w wypowiedzi x. Bańki i nie sprawia on wrażenia, jakoby przejmował się oryginałem. To raz. Po drugie, także zacytowane przez niego tłumaczenia wcale nie popierają jego tezy, jakoby słowa św. Pawła usprawiedliwiały słowa kolędy o "wyniszczeniu" Bóstwa. 

Kluczowe jest wyrażenie "heauton ekenosen", zwykle znane obecnie w tłumaczeniu "ogołocił siebie". Na tym słowie zresztą - w formie rzeczownikowej "kenosis" - protestanci oparli swoją "teologię kenotyczną", która zmierza przynajmniej do pomniejszenia boskiej godności Jezusa Chrystusa (więcej tutaj).

W oryginale fragment brzmi:

Wulgata podaje:


Tłumaczenie x. Wujka mówi nietrafnie o "wyniszczeniu" (źródło tutaj), co z całą pewnością nie oddaje łacińskiego "exinanivit":

Akurat w tym słowie najtrafniejsza jest Biblia Tysiąclecia:


Poprawne, dokładne robocze tłumaczenie tych trzech wersetów brzmi: 

On, istniejąc w postaci Boga, nie uważał za rabunek bycie równym Bogu, 
ale  (jednak) opustoszył siebie, przybierając postać sługi, stawszy się w podobieństwie ludzi,
i, w kształcie uznany jako człowiek, uniżył siebie, stawszy się posłusznym (aż) do śmierci, a to śmierci krzyżowej. 

Wyjaśniam treść: 
Pan Jezus wiedział, że Jego bycie na równi z Bogiem nie jest "rabunkiem" czyli świętokradztwem i uzurpacją, lecz stanowi Jego naturę i godność, a mimo tego pozbawił się (ekenosen) "kształtu", czyli widzialnej formy godności boskiej przez przybranie postaci cierpiącego sługi, czyli zapowiadanego przez proroków Mesjasza. Słowo "ekenosen" oznacza dosłownie "opróżnienie", a tutaj pozbycie się kształtu - czyli wyglądu - wskazującego na godność boską. Innymi słowy: w ludzkim wyglądzie i życiu Jezusa Chrystusa nie było widać godności boskiej, lecz człowieczeństwo. 

Tym samym: nie ma tutaj choćby cienia mowy o wyniszczeniu Bóstwa w Jezusie Chrystusie. Jest jedynie mowa o porzuceniu "kształtu" Boga przez przyjęcie "kształtu" ludzkiego. To nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem ani Bóstwa, ani nawet kształtu Bóstwa, lecz dotyczy jedynie "opróżnienia" (ekenosen) siebie z tego kształtu - nie z samego Bóstwa czyli z boskiej natury - na rzecz kształtu ludzkiego. 

Tak więc zrównanie słów św. Pawła ze słowami kolędy pod względem zarówno treściowym jak też jakości teologicznej jest aż tak chybione, że nasuwa się pytanie, czy x. Bańka umie czytać i rozumieć proste texty. Nie chodzi tutaj o interpretację, lecz o brzmienie i bezpośrednią treść. Mówiąc najkrócej: ani "ogołocenie", ani uniżenie nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem, ani na poziomie pojedynczych słów, ani całego zdania czy wersetów.  

Tak właśnie myśli cała teologia katolicka. Oto przykład - z klasycznej, tradycyjnej encyklopedii katolickiej (tutaj):


Podobnie rzecz się ma ze sprawą aniołów. X. Bańka mówi o zamieszkaniu w chwale nieba. Problem w tym, że - po pierwsze - to zamieszkanie dotyczy wyłącznie świętych i to dopiero po śmierci. Po drugie, zbawienie wieczne nigdy nie oznacza zrównania stworzeń różnych co do natury. Owszem, można by tu próbować domyślać się, o jaką równość tutaj chodzi. Pewne jest jednak, jak już wskazałem w poprzednim wpisie odnośnie kolędy, że

- nie wszyscy aniołowie są w niebie, gdyż upadłe duchy, czyli zbuntowani aniołowie z szatanem na czele, są w piekle, 

- także w niebie zachowane są naturalne i istotne różnice między ludźmi a aniołami. 

Teologicznie poprawnie można więc mówić jedynie o wspólnocie z aniołami w niebie, także na ziemi w obcowaniu świętych, które dotyczy również aniołów. 

W końcu: Czy kolęda - jako utwór literacki - ma obowiązek precyzji czy przynajmniej poprawności teologicznej? Czy moje zastrzeżenia nie są czepialstwem, nadwrażliwością itp.?

W to drugie pytanie nie wchodzę. To jest rodzaj twierdzeń pseudopsychologicznych, które są ucieczką od meritum i rzeczowej argumentacji, zresztą dość bezczelną także w wykonaniu x. Bańki. Zejście na taką płaszczyznę miałoby jakąś rację bytu, gdyby x. Bańka wpierw konkretnie i rzetelnie odniósł się do moich argumentów, a tego niestety nie robi. Natomiast próbuje przysłonić argumenty maniakalnym powtarzaniem pseudopsychologicznej perswazji i to w tonie quasi nauczycielskim... Jeśli - jak wyznaje - nie rozumie, dlaczego się czepiam tych słów kolędy, to albo nie czytał mojej argumentacji, albo jej nie zrozumiał, albo nie chce zrozumieć, albo wszystko na raz. W takim stanie rzeczy wytykanie "nadwrażliwości" jest conajmniej dziwne (mówiąc bardzo oględnie) i z całą pewnością nie świadczy o rzetelności teologicznej, ani zwykłej intelektualnej, ani o dobrym wychowaniu i kulturze osobistej. 

Zaś odpowiedź na pierwsze pytanie jest jednoznaczna: także kolędy, tak jak wszystko, co dzieje się w przestrzeni kościelnej, muszą być zgodne z prawdami wiary katolickiej. Język poetycki bynajmniej nie wyklucza, lecz zakłada staranność i poprawność teologiczną. Rodzaj literacki nie może być usprawiedliwieniem dla przemycania fałszywych treści czy choćby zwykłego niechlujstwa. Zwłaszcza śpiewy stosowane zarówno w kościołach jak też poza nimi muszą być nieskazitelne pod względem prawd wiary, gdyż mają potężny wpływ na kształtowanie świadomości wiary. 

Wracając do owej kolędy: nie trudno zauważyć, iż przynajmniej jedna z tych zwrotek da się bardzo łatwo poprawić. Otóż zamiast "wyniszczasz" można umieścić "ukrywasz", co jest poprawne teologicznie, a równocześnie pasuje do rymu. Dlaczego więc autor wybrał ewidentnie heretyckie sformułowanie? Nie wiem. Z całą pewnością licentia poetica w tej sprawie nie może być usprawiedliwieniem. Warto by było prześledzić dzieje tego textu, aczkolwiek może to być niełatwe. Moim zadaniem jest natomiast piętnowanie błędów i herezyj. Czyż x. Bańka nie powinien tego rozumieć? Czyż nie jest tak, że styczność z kolędą ma o wiele więcej ludzi - katolików i niekatolików - niż z książkami kard. Müller‘a? 

Tutaj nasuwa się przypuszczenie, co jest powodem ataku x. Bańki na moją osobę. Otóż wydawnictwo związane z FSSPX wydało modlitewnik, który zawiera zarówno ów text kolędy jak też koronkę s. Faustyny. Oto zapowiedź jakiejś publikacji w tej sprawie, oraz deklaracja, że "Dzienniczek" czyli także koronka nie zawierają nic sprzecznego z wiarą katolicką:







Nie wiem, czy i kto ze strony FSSPX badał te texty teologicznie. Ciekaw jestem treści owego zapowiedzianego przez x. Bańkę opracowania w sprawie s. Faustyny. Prawdopodobnie okaże się ona mniej więcej tym samym, co wypowiedź x. Bańki: pomieszaniem spraw, niechlujstwem już nawet logicznym, a tym bardziej teologicznym, a w sumie dość groteskową próbą usprawiedliwienia faktu, iż FSSPX - niby dbające o czystość wiary - rzuciło na rynek modlitewnik z grubymi herezjami. Tak więc zamiast przyznać się do zaniedbania (mówiąc oględnie) i podjąć korektę, woli się podważać moją wiarygodność. 

W tym miejscu czuję się w obowiązku jednak wyjaśnić przynajmniej na użytek P. T. Czytelników, nawet jeśli x. Bańka nie ma chęci zrozumienia. Otóż dane mi było napisać pracę magisterską o teologii Wcielenia zawartej w hymnach (kanonach) oficjum liturgii bizantyńskiej, dokładnie właśnie w textach na święto Zwiastowania Pańskiego i Boże Narodzenie. Analiza teologiczna tych textów wiele mnie nauczyła, choć była dość żmudna. To chyba wyjaśnia moją "nadwraźliwość". Zresztą także liturgie łacińskie zawierają głębokie i pięknie sformułowane treści, podobnie jak literatura patrystyczno-homiletyczna. Gdy się pozna arcydzieła poezji i retoryki teologicznej, to niechlujstwo i partactwo teologiczne może bardzo boleć. Gorzej jest, gdy się nie przywykło do zwykłej poprawności teologicznej, czy choćby do najprostszej logiki, gdzie uniżenie z całą pewnością nie jest tym samym, co wyniszczenie...

Solidnego studiowania źródeł teologii katolickiej życzę również x. Bańce. 

Czy pozwolić dzieciom na czytanie Harry Potter'a?

 


Index Ksiąg Zakazanych zwykle nie obejmował literatury tego typu, czyli fantazyj czy bajek. A to z tego powodu, że tego typu książki zakładają możliwość różnych interpretacyj i przeważnie nie można w nich stwierdzić w miarę jednoznacznych tez, nawet jeśli są w tle zakładane przez autora. Dlatego ich ocena i zalecenia wychowawcze są pozostawiane roztropności duszpasterzy i rodziców. 

Własne doświadczenia z daną książką w dzieciństwie czy młodości nie powinne być decydujące, lecz najwyżej drugorzędne. Z prostego powodu: dziecko nie jest kopią rodziców i tym samym oddziaływanie danej książki na nie może być zupełnie inne niż niegdyś na rodzica. Miarodajne są natomiast obiektywne kryteria, do których należą przede wszystkim:

1. założenia ideologiczne danej książki, zarówno te łatwo rozpoznawalne, jak też te ukryte,

2. możliwe względnie przewidywalne skutki edukacyjne i wychowawcze.

Co do pierwszego kryterium należy się zapoznać przede wszystkim z poglądami danego autora czy autorki, gdyż każdy autor świadomie czy nieświadomie przekazuje w swojej książce pod warstwą fabularną swój światopogląd i pewien system wartości. Oczywiście może się zdarzyć, że dana książka reprezentuje prawdy i wartości uniwersalne, ponadczasowe i powszechnie uznawane, także przez Kościół. To właśnie cechuje prawdziwe arcydzieła literatury, nawet jeśli nie pochodzą one od autorów katolickich. 

Istotne jest również, czy i na ile dana książka pomaga dziecku poznać, zrozumieć i odnieść się odpowiednio do rzeczywistości, zarówno do rzeczy i osób, jak też do wartości wyższych, jak prawda, dobro i piękno. W przypadku Harry Potter'a jego zło polega głównie na tym, że obraca się w pseudorzeczywistości i ta pseudorzeczywistość nie stanowi jedynie narzędzia i sposobu przekazania pewnych prawd, czyli rzeczywistości wyższej, lecz zatrzymuje na sobie, dając najwyżej przyjemność oderwania się od prawdziwej, przeżyciowo bardziej szarej rzeczywistości. 

W drugim kryterium istotne jest, czy i jak dana książka może się przyczynić do rozwoju intelektualnego, emocjonalnego i ogólnie osobowego dziecka. Rozwój zakłada pewien cel. Sama rozrywka czy zabawa w fantazyjne historie nie może mieć właściwego, dobrego wpływu na rozwój dziecka, a wręcz przeciwnie sprzyja zamykaniu się w mniej czy bardziej autystycznym świecie wyobraźni. Nie musi to być zawsze wpływ sam w sobie destrukcyjny, jednak wystarczy, że taka - delikatnie mówiąc - niepełnowartościowa literatura zajmując dziecku czas i energię hamuje czy wręcz uniemożliwia rozwój, któremu sprzyjałaby inna, wartościowsza książka czy choćby realna zabawa z rodzicami czy rówieśnikami. 

Samo upodobanie dziecka w fantazjach typu "Harry Potter" nie może być decydującym kryterium. Książki te są perfidnie napisane, to znaczy z umiejętnością wciągania uwagi zwłaszcza dzieci i młodzieży. To jest kwestia techniki pisania, tym groźniejsza gdy kryje się pod tym pewien przekaz ideologiczny i zamierzona manipulacja pseudowychowawcza. 

Nie jest przypadkiem, że środki masowego ogłupiania i możni tego świata wręcz nachalnie werbowali i werbują fanów "HP". Z całą pewnością mają w tym swój interes. Pokolenie wychowane na konsumpcji "HP" (w formie książkowej czy filmowej) jest narażone na pokusę przekazywania własnej dziecięcej fascynacji swoim dzieciom, nie zdając sobie sprawy z tego, jakich szkód niewinnie i bezwiednie doznało przez konsumowanie pomysłów pani Rowling, chociażby z braku poświęcenia uwagi i czasu prawdziwym arcydziełom literatury dla dzieci i młodzieży. Właściwie wystarczyłaby znajomość klasyków tej literatury, by łatwo dostrzec, że poziom Rowling'owy jest żałośnie niski już choćby na płaszczyźnie przekazu prawdy o rzeczywistości. 

Joseph Ratzinger / Benedykt XVI - wspomnienie

 


Wraz z odejściem do wieczności Benedykta XVI dobiegła końca pewna epoka. Zakończyła się nie nagle, jej agonia zaczęła się wraz z abdykacją w 2013 r. Ta epoka trwała poniekąd od lat 60-ych, odkąd młody teolog x. Joseph Ratzinger począł mieć znaczący wpływ na myślenie części katolików i pasterzy Kościoła. Ten wpływ wzmógł się od lat 80-ych wraz z powołaniem go do Rzymu na urząd prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. Apogeum nastąpiło oczywiście wraz z wyborem na Stolicę Piotrową. 

Nie czas jeszcze na podsumowanie teologicznej i pasterskiej działalności. W momencie emocjonalnego także dla mnie, żałobnego pożegnania skupię się na osobistych wspomnieniach. Nie są one wyłącznie osobiste, lecz powiązane dość ściśle z kontextem historyczno-kościelnym. 

Pierwszy raz znacząco zetknąłem się z nazwiskiem Joseph Ratzinger dopiero podczas studiów teologii w Austrii pod koniec lat 80-ych. Były to gromy i szyderstwa ze strony wykładowców w wyższej szkole filozoficzno-teologicznej werbistów (SVD) w Mödling koło Wiednia, gdzie jako alumn zostałem skierowany przez przełożonych na studia. Były to zarazem ataki na Jana Pawła II i właściwie całość myślenia jako tako katolickiego. Ratzinger był atakowany za zdradę "postępu soborowego" na rzecz "konserwatyzmu" i "wstecznictwa" wojtyliańskiego. To wzbudziło moją sympatię i zainteresowanie, w wyniku czego kupiłem sobie jedyną książkę J. Ratzingera dostępną w sklepie przyklasztornym werbistów, zarazem - czego wówczas nie byłem świadomy - jego najbardziej modernistyczną, mianowicie "Wprowadzenie do chrześcijaństwa" (Einführung in das Christentum). W tym czasie natrafiłem też przypadkowo na artykuł o egzegezie biblijnej Schriftauslegung im Widerstreit, która była już wówczas jego ulubionym tematem (o czym świadczy jego ostatnia książka, trylogia chrystologiczna, napisana już podczas pontyfikatu). Czytałem go z wypiekami na twarzy, gdyż formułował i potwierdzał moje wątpliwości odnośnie traktowania Pisma św. przez wykładowców. To był ratunek w osamotnieniu myślowo-teologicznym, tym ważniejszy, że pochodzący od osoby piastującej jeden z najwyższych urzędów w Kościele. Po przejściu do seminarium archidiecezjalnego we Wiedniu i zarazem na studia w uniwersytecie wiedeńskim natrafiłem na "Raport o stanie wiary" (Zur Lage des Glaubens), który jeszcze bardziej pomógł mi w przyporządkowaniu i zrozumieniu aktualnej sytuacji w Kościele. Było to przeżycie zarówno intelektualne jak też emocjonalne. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z myślą, że istnieje i ma prawo istnieć liturgia tradycyjna. 

Jeszcze jako profesor w pierwszych latach po Vaticanum II x. Joseph Ratzinger jasno wypowiadał się przeciw zakazowi liturgii tradycyjnej, choć nie występował jako jej zwolennik, lecz opowiadał się za Novus Ordo. Nie krytykował też jakichkolwiek wprowadzonych oficjalnie nowości liturgicznych, jak skasowanie niższych święceń czy dopuszczenie Komunii dołapnej. Sprzeciwiał się jedynie nadużyciom niezgodnym z literą Novus Ordo. Jak się z czasem okazało, dla liturgii tradycyjnej żywił jedynie szacunek i sympatię wynikającą z miłości dla Kościoła i tradycyjnego katolicyzmu bawarskiego. Było to podejście typowe dla większości intelektualistów: konkretne obrzędy uważał za nieistotne i w pewnym sensie względne. Znamienny jest następujący przykład. Otóż w Monachium - gdzie przebywałem od 2002 r. - poznałem kapłana, który zasłynął swoim sprzeciwem wobec Komunii dołapnej. X. Wilhelm Schallinger napisał potem za pontyfikatu Benedykta XVI książkę w tej kwestii, opowiadając swoją walkę. Gdy rozmawiałem z nim po raz pierwszy jeszcze przed rokiem 2005, ku mojemu zaskoczeniu nie wyrażał się z uznaniem o ówczesnym Kardynale z okresu zarządzania archidiecezją, wręcz przeciwnie. X. Schallinger w momencie wprowadzenia Komunii dołapnej w Niemczech zgłosił swój sprzeciw, informując władze archidiecezji, że nadal będzie udzielał wyłącznie do ust i na klęcząco. Kardynał Julius Döpfner, poprzednik Ratzingera, choć z charakteru człowiek mocnej ręki w rządzeniu, okazał poniekąd zrozumienie i zaakceptował decyzję sumienia x. Schallinger'a. Wprawdzie odwołał go z posługi parafialnej, jednak starał się o przydzielenie mu duszpasterstwa poza parafią. Kardynał Ratzinger natomiast - według opowiadań x. Schallinger'a - nie wykazał żadnego zrozumienia, lecz krytykował za "sztywność" i nalegał na zmianę postawy, czyli zaakceptowanie Komunii dołapnej. Dopiero po latach, jako Benedykt XVI, widocznie zrozumiał słuszność postawy x. Schallinger'a, skoro w Rzymie zaczął udzielać Komunii św. wyłącznie na klęcząco i do ust. 

Osobiście spotkałem kard. Ratzinger'a po raz pierwszy w roku 1991. Było to podczas dorocznej letniej akademii teologicznej w Górnej Austrii, organizowanej przez raczej konserwatywnych duchownych i teologów. Kardynał przewodniczył głównej uroczystej Mszy św. oraz wygłosił wykład. Miałem zaszczyt jako jeden z alumnów służyć mu do Mszy św. Homilią byłem, przyznam szczerze, nieco rozczarowany. Mówił o bohaterze swoich studiów teologicznych, św. Augustynie (było to akurat jego święto), czyli był w swoich żywiole. Brakowało mi w tym treści teologicznej, a za dużo było o sercu, co na mój gust trąciło subiektywizmem. 

Drugie spotkanie miało miejsce w Rzymie w marcu 1993, gdzie byliśmy z pielgrzymką wyższych roczników seminarium Archidiecezji Wiedeńskiej. Zostaliśmy grupowo przyjęci przez Kardynała w siedzibie kongregacji. O jego wielkości świadczy fakt, że znalazł czas na prawie godzinne spotkanie z młokosami seminarzystami. Była nawet możliwość zadawania pytań (ich poziom nie był wygórowany, oględnie mówiąc). Treściowo nic nie pamiętam z tego spotkania. Pamiętam natomiast, że styl był profesorski, czułem się jak na seminarium uniwersyteckim, oczywiście na wysokim poziomie, a na koniec podał rękę każdemu. 

Trzecie spotkanie było najbardziej osobiste, choć typowe co do dystansu, którym Joseph Ratzinger się otaczał. Kontext był następujący: Paweł Milcarek, redaktor naczelny "Christianitas", prosił mnie na początku 2000 r. o pomoc w sprawie słynnego wykładu Kardynała na Sorbonie w temacie prawdziwości chrześcijaństwa (z listopada 1999 r.). Przez znajomego xiędza nawiązałem kontakt z ówczesnym austriackim współpracownikiem Kardynała i otrzymałem niemiecki oryginał wykładu (wersja francuska była tłumaczeniem z niemieckiego) wraz z pozwoleniem na tłumaczenie polskie i jego wydanie. Zrobiłem to dla "Christianitas", po czym - chyba w ramach wdzięczności - p. Milcarek załatwił mi zaproszenie na konferencję liturgiczno-teologiczną w opactwie Fontgombault w lipcu 2001 r., w imię i w duchu "reformy reformy", postulowanej od pewnego czasu przez Kardynała. Podczas tego spotkania w przerwie na prośbę Pawła Milcarka wręczyłem Kardynałowi egzemplarz "Christanitas" z polskim tłumaczeniem wykładu, na co Kardynał powiedział: "zwykle każemy sobie przysłać takie rzeczy" ("normalerweise lassen wir uns solche Dinge zuschicken"), ale jednak przyjął, oddając swojemu sekretarzowi. Potem na zewnątrz przed furtą klasztorną poprosiłem Kardynała o wspólną pamiątkę fotograficzną wraz z p. Milcarkiem, na co Kardynał przystał bez słowa. Nie przypuszczałem wówczas, że za niedługo będzie mi dane poznać go w inny sposób, już nie osobiście. 

Gdy od 2002 r. znalazłem się w Monachium dla skończenia studiów doktoranckich, trafiłem do najstarszej parafii, w samym sercu miasta. Jak się okazało, kościół parafialny św. Piotra, utrzymany, a właściwie odbudowany po wojnie i następnie ciągle utrzymywany bez jakichkolwiek "unowocześnień" posoborowych, był szczególnie bliski Kardynałowi z okresu jego arcypasterzowania. Jego późniejszy osobisty sekretarz, abp Georg Gänswein, kilka lat wcześniej mieszkał i posługiwał pomocniczo w tej parafii podczas swoich studiów doktoranckich w uniwersytecie monachijskim. Bez wątpienia można powiedzieć, że była to parafia najbardziej ratzingeriańska w mieście, może nawet w całej Bawarii, pod względem zarówno liturgicznym, jak też teologicznym i emocjonalnym. Chodzi o liturgiczne myślenie późnego Ratzinger'a, dążącego do "reformy reformy". Przykładowo:

- w niedziele i święta główna Msza św. była po łacinie, przynajmniej raz w miesiącu z chorałem gregoriańskim,

- Komunia św. była udzielana wyłącznie przy balaskach, gdzie każdy mógł uklęknąć,

- stale były używane ołtarze boczne do celebrowania prywatnych Mszy św., także według tradycyjnego Missale Romanum. 

Proboszcz sam nie był zwolennikiem liturgii tradycyjnej, jednak w duchu prawdziwej libertas bavarica ("leben und leben lassen") dawał jej także miejsce, przygarniając chętnie studiujących xięży, w tym także i mnie. Nie lubił jedynie exkluzywizmu typu wspomnianego wyżej x. Schallinger'a. W tym czasie spotykałem w zakrystii nie tylko obecnego abpa Gänswein‘a (gdy bywał przejazdem w Monachium), lecz także ówczesnego kardynała Leo Scheffczyk'a (m. in. przy okazji celebracji Mszy św. urodzinowej dla Otto von Habsburg'a) oraz obecnego kardynała Walter'a Brandmüller‘a (ówcześnie prałata przewodniczącego Papieskiego Komitetu Historycznego). Z tym ostatnim miałem też znajomość pośrednią o tyle, że jego gospodyni z czasu gdy był profesorem w Augsburgu, mieszkająca potem w okolicy Monachium, uczęszczała codziennie na moje Msze św. i zapraszała też czasem na obiady. Na moich Mszach św. bywał też Peter Seewald, autor wielu wywiadów i książek z kard. Ratzinger'em/ Benedyktem XVI. Do dziś nie potrafię sobie wyjaśnić, jak to się stało, że znalazłem się tak blisko słynnych ludzi i tym samym współczesnej historii Kościoła. Póki co nie dzielę się całą wiedzą dotyczącą tych osób. Może przyjdzie na to czas, Deo volente. 

Podczas posługi w tej parafii poznałem także x. Alfred'a Läpple, który był swego czasu nauczyciele i mentorem młodego Józefa Ratzinger'a. X. Läpple regularnie należal do grona kaznodziejów nowenny przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP. Na zakończenie nowenny proboszcz zapraszał grono kaznodziejów, w tym także mnie niegodnego, na kolację do bawarskiej restauracji. Tak się złożyło, że posługiwałem tam do lata 2005 r., więc tylko do pierwszych miesięcy pontyfikatu Benedykta XVI. Tym niemniej osobiste poznanie środowiska, z którego on pochodził, bardzo mi pomogło w zrozumieniu zarówno jego osoby jak też mentalności i myślenia. 

Oczywiście zetknąłem się także z jego przeciwnikami. Otwarty sprzeciw był wyraźny do 2005 r. Po wyborze na papieża także przeciwnicy i wrogowie zasadniczo przycichli, przynajmniej w Bawarii. Co oczywiście nie oznaczało zmiany poglądów czy nastawienia, lecz powodowane było raczej wyczuciem chwili i kulturą, nawet swego rodzaju lojalnością patriotyczno-bawarską i kościelną. Dla porównania zupełnie inaczej było wtedy w Austrii, gdzie moderniści tym bardziej poczuli się zagrożeni i wystartowali z nowym wydaniem nieboszczyka "plebiscytu kościelnego" (Kirchenvolksbegehren) w postaci pseudoklerykalnej "inicjatywy proboszczów" (Pfarrerinitiative). Nie kryli się oni z tym, kto jest ich wrogiem i celem ataków, nawet jeśli nie wymieniali imienia. 

Więcej dobrego wychowania i kultury wykazały także wydziały teologiczne, w tym rodzimy wydział nowego papieża w Monachium. Nie było w tym środowisku paniki czy zawiści, ani euforii typu sytuacji w Polsce po wyborze kardynała Wojtyły. Nie było też lawiny wykładów czy konferencyj odnośnie myśli J. Ratzinger'a. Pierwsze seminarium w temacie jego teologii przypadło mi poprowadzić. Tak się złożyło, że w semestrze zimowym 2005 r. w ramach przygotowywania habilitacji zacząłem nauczanie w katedrze teologii fundamentalnej, tej katedrze, gdzie młody J. Ratzinger zdobył doktorat i habilitację. Ku mojemu zdziwieniu były to wówczas chyba jedyne zajęcia w tym temacie przynajmniej w Monachium. Frekwencja studentów była dobra, ale niewiele więcej niż przeciętna. Podejrzewam, że wyglądało by sporo inaczej, gdyby papieżem został ktoś taki jak chociażby Walter Kasper, który miał wielu gorliwych fanów zarówno na wydziale uniwersytetu LMU, jak też na innych uczelniach w Monachium, zwłaszcza na uczelni jezuickiej. 

Podobne były reakcje na płaszczyźnie parafialnej, kurialnej i diecezjalnej w Monachium. Przycichły polemiki, kpiny i szyderstwa pod adresem J. Ratzinger'a. Jednak równocześnie wzmogła się opozycja i subwersja, a to na wyższych szczeblach. Wśród duchowieństwa parafialnego przeważała lojalna cisza, a jedynie konserwatywni poczuli wiatr w żaglach, żywiąc nadzieje na lepsze czasy dla Kościoła. Te nadzieje oczywiście nie pozostały niezauważone przez modernistów, którzy przystąpili do brutalniejszej, choć podjazdowej walki zwłaszcza z liturgią tradycyjną. Tak było na szczeblu zarówno diecezjalnym jak też rzymskim. Dlatego właśnie zajęło Benedyktowi XVI ponad 2 lata przygotowywanie publikacji motu proprio Summorum Pontificum. Sprzeciw był mocny. W tym czasie nie posługiwałem już na parafii w Monachium, lecz potrzebowałem miejsca stałej celebracji Mszy św. tradycyjnej. Najpierw miałem codziennie Mszę św. w kościele rektoralnym na terenie parafii św. Piotra. Krótko przed publikacją motuproprio "SP" miała miejsce prowokacja, typowa dla modernistów grasujących w kręgach tradycyjnych. Otóż kapłan, który zwykle celebrował Msze św. tzw. indultowe w niedziele, mimo że z przekonań był modernistą i to z nieciekawą przeszłością moralną (wyświęcony w diecezji ratyzbońskiej, porzucił wkrótce kapłaństwo dla kobiety, a gdy "żona" zachorowała na MS, porzucił ją i został "miłosiernie" przywrócony do wykonywania święceń kapłańskich w archidiecezji monachijskiej akurat przez ówczesnego arcybiskupa kard. J. Ratzinger'a), pojawiał się na moich Mszach św. wraz ze swoją gospodynią, wyciągając łapki do Komunii św., a następnie - po przewidywalnej odmowie z mojej strony - śląc skargi na mnie do kurii arcybiskupiej. W wyniku tych działań musiałem szukać innego miejsca celebracji. Nawiązałem kontakt z kilkoma proboszczami, znanymi z sympatii czy przynajmniej otwartości dla liturgii tradycyjnej. Zbiegło się to czasowo z publikacją motu proprio "SP", więc proboszczowie bez oporów zgadzali się, także na prośbę wiernych, którzy pragnęli uczestniczyć. Po kilku dniach jednak dostawali telefony z kurii z nakazem usunięcia mojej Mszy św. Bez formalnego aktu prawnego pouczono proboszczów, że takie przypadki jak mój należy zgłaszać do kurii, co było oczywiście sprzeczne z motu proprio. Proboszczowie nie byli jednak w stanie sprzeciwić się kurii. Widać było, że moderniści stali się jeszcze bardziej zuchwali, zapewne z lęku o swoją pozycję w Kościele, także widząc powodzenie liturgii tradycyjnej w młodym pokoleniu, zwłaszcza u młodych xięży. 

Po pewnym czasie przydzielono mi - oczywiście za wiedzą i milczącą zgodą kurii - na terenie parafii franciszkanów kaplicę na wyłączne użytkowanie. Była niewielka, mieściła kilkanaście do dwudziestu osób, ale położona w centrum, i przede wszystkim dostępna praktycznie zawsze, gdyż dostałem klucze. W tym czasie dane mi było znowu zetknąć się z historią Kościoła w Monachium, gdyż ta kaplica była konsekrowana przez ówczesnego nuncjusza apostolskiego w Bawarii, abp Eugenio Pacelli'ego. W zakrystii w zakurzonej szafie natrafiłem na - widocznie zapomnianą - piuskę z autografem, którą podarował dla kaplicy, gdy został papieżem. W każdym razie z obecnej perspektywy jest jasne, że przydzielenie mi tej kaplicy było swego rodzaju antycypacją ograniczeń wprowadzonych przez Franciszka w "Traditionis custodes". Ta sytuacja trwała do czasu, aż nowy prowincjał franciszkanów zdecydował sprofanować kaplicę i wydzierżawić budynek do celów świeckich. Taka oto jest kolej rzeczy u modernistów... Musiałem wówczas znowu wyruszyć na poszukiwanie miejsca celebracji. Pisałem w tej sprawie skargi do Rzymu, także do Benedykta XVI, gdyż bezprawne działania kurii były oczywiste. Wprawdzie nie otrzymałem merytorycznej odpowiedzi, jednak niespodziewanie znalazłem dwa miejsca celebracji (jedno na dni powszednie, drugie na soboty, niedziele i święta) załatwione przez wiernych, gdzie w życzliwej atmosferze celebrowałem gościnnie przez kilkanaście lat, mimo że proboszczowie nie byli zwolennikami liturgii tradycyjnej, a jednak zachowali się po kapłańsku i ludzku na poziomie. Jeden znamienny przykład: W tym czasie parafia, gdzie celebrowałem w soboty, niedziele i święta, obchodziła jubileusz stulecia istnienia. Zwrócono się wówczas do mnie o napisanie krótkiego artykułu o Mszy św. tradycyjnej i grupie wiernych, którzy w niej uczestniczą. Zostałem więc potraktowany nie tylko gościnnie, lecz jako część życia parafii, mimo że prawie wszyscy wierni uczestniczący w moich Mszach św. byli spoza parafii, nawet spoza miasta. To jest także swego rodzaju wyraz i odzwierciedlenie bawarskiego ducha kościelnego, którego uosabiał w wybitny sposób Benedykt XVI. 

Czy coś pozostanie z tego na trwałe w Kościele, mimo brutalnego zwalczania i niszczenia tego dziedzictwa? Czas pokaże. Pewne jest, jaki jest duch katolicki. Joseph Ratzinger, mimo swoich młodocianych ciągot ku modernizmowi i mimo swoich ludzkich ograniczeń stał się dla milionów katolików bohaterem, wybawcą z ucisku i przyczyną nadziei na prawdziwą wiosnę Kościoła, która czerpie z niezatrutych źródeł Tradycji liturgicznej Kościoła. Takim pozostanie na zawsze w pamięci żywego Kościoła, mimo tragicznego aktu abdykacji, który był aktem słabości i braku wiary. Tej wiary, o której tak często mówił. I mimo modlitw wielu, by nie uciekł przed zgrają wilków, czyhających na życie dusz. A może za mało było tej modlitwy?

Co oznacza przywiązanie do grzechu?



W pytaniu chodzi o właściwe rozumienie braku przywiązaniu do grzechu, który jest warunkiem uzyskania odpustu zupełnego. Otóż wolność od tego przywiązania jest zasadniczą postawą, której wyrazem są akty woli. Tym samym jest ona możliwa także mimo nawyku czy nałogu grzeszenia, oczywiście o ile człowiek stara się walczyć z tym nawykiem czy nałogiem. Można to rozpoznać w sumieniu, tzn. rozeznając, czy ma się szczere pragnienie i wolę niepopełniania grzechów nawet lekkich. Jest to możliwe także mając świadomość swojej słabości. Nie można mieć jednak całkowitej pewności co do braku przywiązania do grzechów. Dlatego należy stale odnawiać akty woli, zwłaszcza w codziennym rachunku sumienia oraz w spowiedzi. 

Jeszcze raz: czy kłamstwo jest grzechem?


Rzeczywiście wygląda na to, że ponownie muszę zabrać głos w temacie (było już kilkakrotnie, jak tutaj), tym bardziej, że L. W. popełnia wypowiedzi w tematach teologicznych, w których już na pierwszy rzut oka brakuje mu wiedzy i kompetencji. Idźmy po kolei:


Tutaj mamy do czynienia nie tylko z brakiem elementarnej wiedzy teologicznej, lecz z dość jaskrawym przejawem myślenia w schematach protestancko-modernistycznych. Otóż mówca zupełnie pomija nauczanie Kościoła i teologię katolicką na rzecz swojego, zresztą dość prymitywnego pojęcia "istoty chrześcijaństwa". Zaś przeciwstawienie "prawa" przykazaniu miłości jest typowe dla brukowców modernistycznych. 

Co jest istotą chrześcijaństwa i jak ma się ona konkretnie do przykazań Dekalogu, to jest określane nie przez L. W., lecz przez nauczanie Kościoła oraz teologię katolicką, którą L. W. widocznie zupełnie ignoruje i chce ignorować. 

Według zasad teologii katolickiej, czy choćby nawet exegezy biblijnej, konieczne jest interpretowanie w kontekście. Innymi słowy: właściwe znaczenie ósmego przykazania oraz jego trwałego znaczenia w chrześcijaństwie można uzyskać jedynie w połączeniu z nauczaniem moralnym Nowego Testamentu, wraz z jego wykładnią katolicką. Kto tę zasadę ignoruje czy wręcz odrzuca, ten znajduje się na manowcach swoich prywatnych mniemań na doraźny użytek, czy ewentualnie na użytek "teologii" podwórkowej czy kuchennej (nie obrażając ani podwórka ani kuchni). 

Temat prawdomówności jest poruszany w Piśmie św. nie tylko w Dekalogu i nie tylko w "prawie" czyli Torze. W Księdze Wyjścia (23,7) czytamy: uciekaj od kłamstwa, zaś w Księdze Kapłańskiej (19,11): nie kłamcie i niech nikt nie oszukuje swojego bliźniego. Także w Liście do Kolosan św. Paweł (3,9) napomina: nie okłamujcie się nawzajem. U Ojców Kościoła znajdujemy wiele takich napomnień. Św. Augustyn wielokrotnie mówi (De mendacio, Contra mendacium), że kłamstwo nigdy nie jest dozwolone, choć w Starym Testamencie opisywane są przypadki posługiwania się kłamstwem. Według św. Tomasza każde kłamstwo jest grzechem (STh II-II q110 a3; Quodl. 8, a14). Owszem, niektórzy teologowie nowożytni dopuszczali kłamstwo w sytuacji konieczności, podobnie zresztą jak wielu protestantów. Jednak ta opinia została wyraźnie potępiona przez Magisterium Kościoła, jak w dekrecie wydanym przez Święte Oficjum z polecenia papieża Innocentego XI (1679 r., źródło tutaj):


Więcej w tej kwestii powiedziałem już kiedyś (por. tutaj i tutaj). 

Tym samym bajdurzenie o prymacie miłości nad prawem jest w tym kontekście dość prymitywnym bełkotem, który zakłada, jakoby Kościół wraz z najwybitniejszymi teologami i papieżami popadł w faryzejski kult "prawa", przy czym L. W. widocznie miesza prawo Mojżeszowe i prawo talmudyczne, a równocześnie wykazuje wybitną ignorancję bądź zakłamanie, gdyż to właśnie talmudyzm dopuszcza kłamstwo w pewnym zakresie:


Tak więc L. W. dość wyraźnie wyznaje, że to on decyduje, co jest miłością, która przewyższa "prawo". Nie jest jednak w stanie trafnie wykazać, jakoby Pan Jezus sam łamał ósme przykazanie, bądź dopuszczał jego łamanie. O bardzo niskim poziomie wiedzy religijnej świadczy upatrywanie analogii między łamaniem szabatu przez Pana Jezusa, a łamaniem ósmego przykazania. Pan Jezus ustanowił nowy "szabat" wraz z jego eschatologicznym charakterem. Ustanowił także pełne znaczenie ósmego przykazania, gdyż stał się ofiarą jego łamania przez oskarżycieli, którzy wydali go na śmierć. Czyż może być większe potępienie i odrzucenie łamania ósmego przykazania? 

Tym samym bajdurzenie o rzekomo faryzejskiej naturze prawdomówności i potępiania kłamstwa świadczy o elementarnej ignorancji już nawet historycznej, a tym bardziej teologicznej. 

I oto kolejny popis wybitnej ignorancji w temacie:


Człowiek widocznie nie wie nawet, jakie jest właściwe znaczenie piątego przykazania, gdyż nie chodzi w nim o zabijanie w ogóle, lecz mordowanie, czyli zabijanie niewinnych i bez jakiejkolwiek sprawiedliwej przyczyny. Tym samym ani wojna sprawiedliwa, ani żadne inne usprawiedliwione zabicie nie jest złamaniem piątego przykazania. Ponadto wygląda na to, że L. W. nie wie, iż nie tylko wojna obronna może być wojną sprawiedliwą, i tym samym widocznie nie zapoznał się także z tym tematem, choć wypadałoby, skoro wypowiada się publicznie i to atakując jakieś bliżej nieokreślone grono osób. 

No cóż. Nie neguję dobrej woli i zapału. To jednak nie wystarczy do wypowiadania się w tematach tak ważnych i komplexowych. 

Przypadek L. W. nie jest odosobniony, lecz niestety dość częsty w gronie zarówno heretyków-modernistów, jak też niektórych tzw. tradycjonalistów. O bełkotach Adama Szustaka, Remigiusz Recława, Aleksandra Bańki, Mikołaja Kapusty, Szymona Pękali, Szymona Bańki, Dariusza Oko, Pawła Chmielewskiego, Pawła Lisickiego, Dawida Mysiora (wpisy można poszukać w etykietach obok) wypowiadałem się już mniej czy bardziej obszernie. Są to oczywiście tylko przykłady spośród setek czy tysięcy jutjuberów, którzy próbują - i to niestety z sukcesem - sprzedawać masom wręcz okrutne bełkoty, nie odwołując choćby najgorszej wypowiedzianej bzdury czy wręcz kłamstwa, by nie szkodzić swemu wizerunkowi u naiwnych ignorantów, którzy łykają te potoki słów i to nawet płacąc czy umożliwiając płacenie przez yt. Ten proceder jest szczególnie skandaliczny w wykonaniu katolików, zwłaszcza tzw. tradycyjnych. Zapominają widocznie, że z każdego wypowiedzianego słowa będą musieli zdać sprawę na sądzie Bożym, gdzie z całą pewnością nie będzie rozdźwięku między prawem a miłością. 

Czy wolno fałszować dokumenty dla ochrony życia?



Sprawa dotyczy nie tylko ósmego przykazania Dekalogu lecz także stosunku Kościoła i poszczególnego katolika do władzy świeckiej, a także zakresu tej władzy, zwłaszcza wobec zagrożenia i konieczności ochrony życia ludzkiego. Innymi słowy: wystawienie fałszywego świadectwa Chrztu św. jest nie tylko poświadczeniem nieprawdy i tym samym grzechem przeciw ósmemu przykazaniu, lecz także sposobem ratowania przed zabiciem przez zbrodniczą władzę.

W skrócie:

1. Nie ma obowiązku posłuszeństwa wobec niesprawiedliwych zarządzeń władz, jak np. wydawanie osób przeznaczonych przez władzę na zagładę. Co więcej, jest obowiązek pomocy takim osobom, dawanie im schronienia, aczkolwiek nie ma obowiązku narażania swojego życia w ten sposób, gdyż nie ma obowiązku heroizmu, choć heroizm jest pochwalany i zalecany przez etykę chrześcijańską.

2. Ani obowiązek pomocy w ochronie życia, ani heroizm w pomaganiu nie zwalniają z obowiązku przestrzegania przykazań Bożych, także ósmego przykazania. Tym samym nie jest moralnie dopuszczalne jakiekolwiek poświadczanie nieprawdy, także w postaci wydawania fałszywych dokumentów służących do ochrony życia.

Moralnie dozwolone jest jedynie tzw. restrictio late mentalis, czyli przemilczenie prawdy przez niejednoznaczne zdanie, umożliwiające błędne zrozumienie u złoczyńcy, co ma służyć ochronie przed nim. 

Należy to odróżnić od tzw. restrictio pure mentalis, czyli zdania fałszywego, które jest prawdziwe tylko wraz z zatajonym doprecyzowaniem. Takie zdanie zostało potępione moralnie już przez Cycerona (De officiis I, 10; III, 32) i św. Augustyna (De mendacio, Contra mendacium). Także dekret papież Innocenty XI dekretem Świętego Oficjum z 1679 r. (źródło tutaj) potępił następujące zdania:


"Jeśli by ktoś sam lub wobec innych, czy to pytany, czy sam ze siebie, czy to dla rozrywki, czy dla jakiegokolwiek innego celu przysięgał, że nie uczynił czego, co prawdziwie uczynił, a to myśląc w sobie coś innego, czego nie uczynił, czy inną drogą, którą uczynił, czy cokolwiek innego prawdziwego dodając, prawdziwie nie kłamie, ani nie jest krzywoprzysiężcą."

Innymi słowy: dekret potępia twierdzenie, jakoby mówienie czegoś sprzecznego z własnym poznaniem nie było kłamstwem. 

W związku z oszczerstwami



W związku z oszczerstwami rozpowszechnianymi przez pewne anonimowo prowadzone strony na facebook, oświadczam, że nie mają one żadnych podstaw w rzeczywistości. Są one kłamliwą i perfidną manipulacją, nie przypadkowo posługującą się rzekomą wiadomością anonimowego autora, tak samo, jak te strony są prowadzone anonimowo, zapewne w obawie przed zdemaskowaniem kłamliwości oraz przed konsekwencjami prawnymi z powodu oszczerstwa.

Mimo anonimowości, można się łatwo domyśleć autorów: są to osoby, których słusznie nazwałem przebierańcami, ponieważ udając tradycyjnych katolików są w rzeczywistości osobami, które gardzą zasadami Kościoła zarówno doktrynalnymi i liturgicznymi, jak też moralnymi.

Zapewniam, że tego typu metody nie odwiodą mnie od dalszego demaskowania tych osób i ich poczynań. Ich podła reakcja, którą można traktować jedynie jako nikczemną zemstę, jest potwierdzeniem słuszności ich demaskowania.

Ut Deus in omnibus glorificetur! 

Katolicyzm a nacjonalizm


W tym temacie jest wiele nieporozumień, uproszczeń i pomyłek. Obecnie zwykle wyrażana jest opinia, że nie można pogodzić nacjonalizmu z katolicyzmem i odwrotnie. Równocześnie brakuje dogłębnej analizy tematu, choć od niedawna podejmowane są pierwsze próby w tym kierunku. Podjęcie tematu powinno uwzględniać wymiar przede wszystkim historyczny, filozoficzny, społeczno-etyczny, także socjologiczny, oczywiście nie pomijając teologicznego, skoro sprawa dotyczy katolicyzmu. Tutaj mogę jedynie pokrótce zarysować problematykę, zaczynając od podstawowych pojęć oraz rozwiązania głównych nieporozumień. 


Wprawdzie nie ma ogólnie przyjętej i obowiązującej definicji nacjonalizmu. Często myli się nacjonalizm z nazizmem, co służy oczywiście zdyskredytowaniu tego pierwszego na tle elementarnej wiedzy historycznej. Wiele źródeł o ambicjach nawet naukowych upatruje korzenie nacjonalizmu w rewolucji tzw. francuskiej, czy nawet w tzw. reformacji protestanckiej. Sprzyja to mniemaniu czy wręcz przeświadczeniu o sprzeczności czy wręcz wrogości wobec katolicyzmu. W odniesieniu to historii nazizmu w XX w. nie sposób zaprzeczyć, że ów miał znacznie większą popularność w krajach protestanckich niż katolicków. Równocześnie wskazuje się, że Hitler był z pochodzenia katolikiem, podobnie zresztą jak wielu z jego obozu. Jest to argument bardzo słaby i świadczący o nieznajomości podstawowych faktów. Otóż pochodzenie katolickie nie jest decydujące, skoro ideologia nazizmu jest sprzeczna z katolicyzmem, co miało swój wyraz w zwalczaniu i prześladowaniu Kościoła, przy czym chodziło o istotną sprzeczność, nie o doraźną wrogość. Wyrazili to już papieże Pius XI i Pius XII, zwłaszcza w swoich encyklikach (Mit brennender Sorge, Summi Pontificatus). Z powodu tych powiązań częste jest zarówno wśród historyków, politologów itp. z jednej strony, a teologów i ludzi Kościoła z drugiej strony przeświadczenie o nieprzejednanej wrogości, czy przynajmniej obcości między katolicyzmem a nacjonalizmem. A jest to przeświadczenie błędne, wynikające z jedynie płytkiej, pobieżnej i niedostatecznej wiedzy historycznej, filozoficznej i teologicznej, a zwłaszcza z nieznajomości katolicyzmu w jego postaci rdzennej, reprezentowanej przez tradycyjne nauczanie Kościoła. 


Zacznijmy od określenia kluczowych pojęć. Przez nacjonalizm rozumiem koncepcję polityczną postulującą państwo czy przynajmniej politykę państwową o charakterze narodowym, czyli dla dobra i w interesie danej narodowości. Oczywiście nie należy tego mylić z państwem nazistowskim, zwłaszcza tym znanym z XX wieku. Tutaj istotne jest pojęcie narodu. W literaturze naukowej zwykle odróżnia się pojęcie niemieckie i pojęcie amerykańskie. Według tego pierwszego pojęcia - o pochodzeniu właściwie żydowskim - naród jest wspólnotą opartą na więzach krwi, czyli pochodzenia biologicznego, zwłaszcza rasowego. Według tego drugiego naród ("nation") jest wspólnotą cywilizacyjno-kulturową, czego przykładem jest wieloetniczna "narodowość" Stanów Zjednoczonych Ameryki. W języku polskim funkcjonuje raczej to drugie pojęcie, jak chociażby w nazwie "Rzeczpospolita Oboja Narodów", aczkolwiek niezupełnie. Polskie pojęcie narodu jest połączeniem aspektu etnicznego z kulturowym. Ma to oczywiście konsekwencje społeczne i polityczne. Są wprawdzie próby określenia polskości, jednak bardziej potoczne i intuicyjne. Chodzi zwłaszcza o określenie kulturowe, które istotnie dzieli społeczeństwo polskie na różne orientacje (proniemiecką, prorosyjską, proamerykańską). Najważniejszym zwornikiem tożsamości narodowej polskiej jest katolicyzm, co wynika ze statystyki socjologicznej. 


Czy jest sposób na poprawne i maksymalnie akceptowalne pojęcie narodu? Jest. Pomocą jest tutaj etymologia. Polskie słowo "naród" ma odpowiednik w łacińskim natio, przejętym zresztą przynajmniej przez większość języków europejskich. Zarówno polskie jak i łacińskie słowo pochodzą od słowa "rodzić" (nascere, natum). Polskie słowo jest ponadto blisko spokrewnione ze słowem "rodzina", które z kolei w językach słowiańskich (jak chociażby w rosyjskim) prowadzi do pojęcia "ziemia ojczysta" czyli ojczyzna. Innymi słowy: pojęcie narodu ma związek z miejscem urodzenia (w znaczeniu społeczności, z której się dana osoba wywodzi) i rodziną. Wskazuje więc na fakt biologiczno-historyczny, nieodłączny od ludzkiego istnienia. Każdy człowiek przychodzi na świat w określonej społeczności, nawet jeśli jest ona wieloetniczna i wielokulturowa. Równocześnie tożsamość jest w znacznym stopniu dynamiczna. Wraz z migracją i procesem asymilacji podlega ona zmianom, nawet jeśli tożsamości pierwotnej nie można zastąpić przez inną. 


Reasumując: naród jest społecznością złożoną z jednostek o wspólnym pochodzeniu lokalnym i tym samym w znacznym stopniu o wspólnym charakterze kulturowym. Tak jak każdy człowiek przychodzi na świat w określonej rodzinie i społeczności, tak też zostaje w jakimś stopniu określony przez daną kulturę. Najprostszym przykładem jest język. Każdy uczy się najpierw języka swoich rodziców (bywają rodziny wielojęzyczne, jednak są one wyjątkiem i zarazem zakładają pewną kulturę reprezentowaną przez daną rodzinę). W tym znaczeniu każdy człowiek ma swoją pierwotną narodowość, nawet jeśli sam jej nie potrafi jednoznacznie określić. 


W kontekście tej definicji narodu nacjonalizm (po polsku: narodowizm) postuluje budowanie porządku społecznego na fundamencie faktu biologiczno-historycznego, jakim jest przyjście na świat człowieka w określonej rodzinie i społeczności w znaczeniu kulturowym. 


Jak to się ma do katolicyzmu? Tutaj również należy zacząć od definicji katolicyzmu. W znaczeniu socjologicznym i w potocznym rozumieniu jest to wspólnota Kościoła, której zwierzchnikiem jest biskup Rzymu jako następca św. Piotra. To nie jest jednak istota katolicyzmu. Istotą katolicyzmu jest pewne rozumienie świata i ludzkości, nie tylko Boga i spraw religijnych. Te obszary tematyczne są ze sobą ściśle powiązane i stanowią określony system prawd i norm ("wartości"). W dziedzinie społecznej i politycznej, czyli wspólnej z narodowizmem, katolicyzm reprezentuje pewne zasady, sformułowane w tzw. nauczaniu społecznym Kościoła. To nauczanie, rozwinięte szczególnie od czasu papieża Leona XIII (encyklika Rerum novarum), jest czymś unikatowym na tle wszystkich innych religij. Wychodząc od pewnego rozumienia człowieka i społeczności wraz z wzajemnymi powinnościami, czyli zasadami etycznymi, katolicyzm podaje zasady porządku społecznego, także w krytycznym odniesieniu do aktualnych problemów. Wprawdzie generalnie nie ma bezpośrednich odniesień do kwestii nacjonalizmu (czy raczej nacjonalizmów, gdyż jest wiele koncepcji i rodzajów). Jednak nie trudno zauważyć, że nauczanie społeczne Kościoła i nacjonalizm łączy przynajmniej wspólna problematyka, czyli reagowanie na zjawiska, sytuacje i procesy społeczne. Owszem, w historii nierzadko bywało, że dany nacjonalizm rozumiał siebie i zachowywał się jak droga i metoda różna, konkurencyjna, czy wręcz wroga katolicyzmowi (tak było w tzw. reformacji protestanckiej i rewolucji tzw. francuskiej). Czy oznacza to, że nie ma i nie może być pojednania, tym bardziej współpracy?


Odpowiedzi należy szukać w istocie katolicyzmu z jednej strony i nacjonalizmu z drugiej. Jak podane wyżej, istotą nacjonalizmu w znaczeniu ogólnym - czyli abstrahując od historycznych postaci kojarzonych z nacjonalizmem jak nazizm - jest postulowanie porządku społecznego opartego na naturalnych uwarunkowaniach i powiązaniach społecznych (warto mieć na uwadze znamienny fakt, że łacińskie słowa natura i natio pochodzą od tego samego czasownika nascere). Dokładnie taka sama jest istota katolicyzmu w jego wymiarze społecznym: podstawą katolickiej etyki społecznej są naturalne więzi, począwszy od rodziny. Według katolicyzmu rodzina i naród (jako rodzina rodzin) mają pierwszeństwo przed państwem, nie odwrotnie, jak to miało miejsce w przypadku zarówno rewolucji tzw. francuskiej jak też w niemieckim naziźmie. Odwrócenie naturalnego porządku przez stawianie państwa i jego interesów ponad dobrem narodu i rodzin demaskuje historyczne zwyrodnienia nacjonalizmu, które właściwie nie były prawdziwymi nacjonalizmami, gdyż nie były oparte na poznawalnym rozumowo prawie naturalnym. 


Słynne powiedzenie wzięte z nauczania głównego mistrza teologii katolickiej, jakim był św. Tomasz z Akwinu, że łaska nie niszczy natury, lecz ją wspiera i udoskonala (gratia supponit naturam), ma zastosowanie także w dziedzinie społeczno-politycznej. Tutaj zachodzi nie tylko kompatybilność, lecz zupełna zgodność z właściwie rozumianym, prawdziwym nacjonalizmem. Naturalne więzi społeczne jak rodzina i naród są punktem wyjścia zdrowej polityki. Katolicyzm ze swej istoty i natury jest tego gwarantem, mimo że wielu przedstawicieli Kościoła tego obecnie nie rozumie, a może nawet nie chce rozumieć. 


Szczególnie prymitywne i świadczące o elementarnej ignorancji teologicznej jest mówienie, jakoby katolik nie mógłby być nacjonalistą, ponieważ Kościół jest powszechny. W takim mówieniu zawartych jest kilka nieporozumień i błędów. Przede wszystkim jest tutaj pomieszanie porządku nadprzyrodzonego (nadnaturalnego), czyli ustroju Kościoła wraz z jego powszechnością, z porządkiem przyrodzonym, który dotyczy społeczności i państwa. Z powszechności Kościoła w znaczeniu katolickim bynajmniej nie wynika słuszność globalnego państwa czy choćby imperializmu. Praktycznym, społecznym celem powszechności Kościoła jest służenie zgodzie i współpracy między narodami, nie zniszczenie narodów w ogóle czy choćby poszczególnych narodów. Kościół ze swej istoty i natury powinien bronić tożsamości i suwerenności narodowej, podobnie jak broni tożsamości i wartości rodziny. 


Nie jest więc przypadkiem, że wykształceni nacjonaliści, myślący zdrowo kategoriami prawa naturalnego, słusznie zwracają się ku tradycyjnemu katolicyzmowi, a ma to miejsce nie tylko w Polsce, lecz właściwie wszędzie w obszarze kultury zachodniej. Oby wzajemne zrozumienie i współdziałanie przyniosło trwałe owoce zarówno dla Polski jak też dla Kościoła w Polsce i na świecie. 

Ku przypomnieniu: pisownia form zwracania się

Jako że problem nadal istnieje, co wynika widocznie z wadliwości edukacji szkolnej, zwracam uwagę, że obowiązuje kultura języka polskiej, czyli odpowiednia ortografia w zwracaniu się (źródło tutaj):


Pytania i komentarze nie przestrzegające tej zasady będą usuwane. 

Co mogą aniołowie?

 

Ten buńczuczny tekścik odnosi się do wcześniejszego wpisu co do możliwości sprawowania Komunii św. przez aniołów (tutaj). Dość groteskowa wypowiedź zdradza swój poziom już choćby przez to, że ogłasza s. Łucję błogosławioną...


Przechodząc do rzeczy: Po pierwsze autor widocznie albo nie raczył przeczytać ani komentarzy pod tym wpisem, ani moich odpowiedzi na nie, albo przeczytał i nie zrozumiał względnie nie chciał zrozumieć. 

Coby zakończyć temat, odniosę się raz jeszcze w temacie. 

Właściwie wystarczy uważnie przeczytać podany fragment św. Tomaszowy. Zacznijmy od oryginału (źródło tutaj):




Odnośne słowa św. Tomaszowe wskazane są czerwoną gwiazdką (początek). Oto ich poprawne tłumaczenie:

"Należy jednak wiedzieć, że tak jak Bóg nie związał Swojej mocy sakramentami, tak jakby nie mógł udzielać skutku sakramentów bez sakramentów, tak też nie związał Swojej mocy sługami Kościoła, jakoby nie mógł także aniołom udzielić mocy posługiwania w sakramentach. A ponieważ dobrzy aniołowie są zwiastunami prawdy, tak więc jeśli by jakaś sakramentalna posługa była sprawowana przez dobrych aniołów, należałoby to uznać za ważne, ponieważ powinno by być pewne, że staje się to z woli Bożej, tak jak o niektórych świątyniach mówi się, że są poświęcone przez posługę aniołów. Jeśli by natomiast demony, które są duchami kłamstwa, sprawowały jakąś sakramentalną posługę, to nie należałoby tego uznać za ważne." 

Istotne jest tutaj zdanie poprzedzające (podkreślone na zielono), do którego odnosi się powyższy fragment:

"Tak więc sprawą ludzi jest szafowanie i posługiwanie w sakramentach, nie sprawą aniołów".

Jak widać, autor powyższego bluzga nie potrafi poprawnie cytować źródła, a może nawet raczej nie chce. Bowiem to zdanie jest kluczowe dla właściwego zrozumienia, które wyłożyłem w poprzednim wpisie.

Należy bowiem odróżnić porządek faktyczny, zwyczajny, od porządku wirtualnego, czyli nadzwyczajnego, cudownego. Gramatycznie i znaczeniowo istotny jest tutaj tryb warunkowy (possit, perficeretur, deberet, exhiberent). W porządku zwyczajnym, czyli faktycznym porządku sprawowania sakramentów przez Kościół, szafarzami i posługującymi są ludzie (konkretnie: duchowni). Pan Bóg oczywiście zawsze może działać poza zwykłym porządkiem sakramentalnym, to znaczy może działać cuda, w tym także może sprawiać cuda polegające na tym, iż dobre duchy, czyli dobrzy aniołowie sprawują coś, co według Bożej woli służy uświęceniu i zbawieniu dusz. Nie oznacza to jednak w żaden sposób, jakoby aniołowie sami ze siebie, według zdolności właściwych ich naturze, mogli czynić coś tego rodzaju. 

Ponadto należy mieć na uwadze, że nie ma tutaj mowy o stosunku aniołów do świata materialnego, czy o mocy aniołów nad światem materialnym, ani o udzielaniu Komunii św. Jest mowa tylko o czynności konsekrowania świątyni, czyli o czynności duchowej, która nie oznacza fizycznej władzy nad materią w sensie fizycznego oddziaływania. Pan Bóg oczywiście może w sposób nadzwyczajny posłużyć się aniołami w swoim oddziaływaniu na materię. Nie jest to jednak działanie mocą własną aniołów, lecz działanie wszechmocy Bożej przez aniołów. Ta różnica jest istotna zwłaszcza w kwestii, czy demony, czyli źli aniołowie, mają moc nad przedmiotami materialnymi (o tym było w poprzedni wpisie tutaj). 

Co oznacza powinność małżeńska?

 


Ta kwestia została już poruszona, aczkolwiek nie omówiona. Chodzi o następujące słowa św. Pawła:


Odpowiedź jest już zawarta w słowach św. Pawła, choć nie całkiem wyraźnie.

Według katolickiej nauki moralnej, małżonkowie na mocy sakramentalnego małżeństwa mają prawo do swojego ciała wzajemnie w tym znaczeniu, że powinni być otwarci na akt małżeński w jego pełni, czyli płodny, czyli otwarty na potomstwo. Celem właściwym współżycia nie jest zaspokojenie pożądliwości, gdyż niemoralne jest oddzielenie jej od jej celu, którym jest przekazywanie życia. 

Tak więc grzechem jest zasadnicze odrzucanie współżycia przez któregoś ze współmałżonków, ale także żądanie współżycia z wyłączeniem płodności, czyli z użyciem tzw. antykoncepcji. Oznacza to, że zarówno małżonek jak i małżonka nie mają obowiązku być zawsze gotowi do współżycia według pożądliwości drugiej osoby, lecz mają obowiązek być gotowi zasadniczo. Wymaga to oczywiście odpowiedniego wyczucia jak też wzajemnego poszanowania, co jest właśnie testem prawdziwej, osobowej miłości. 

Czy Msza św. jest ucztą paschalną?

 


Teologicznie pytanie odnosi się do istoty sakramentu Eucharystii oraz jego sprawowania, czyli Ofiary Mszy św. (sacrificium Missae). Równocześnie ma też wybitne znaczenie praktyczne, gdyż jest fundamentem zmian w liturgii Mszy św. (i nie tylko) po Vaticanum II oraz obecnego sporo o prawomocność,  ważność i doniosłość liturgii tzw. przedsoborowej, czyli tradycyjnej. Otóż w świadomości potocznej podstawą zmiany choćby ukierunkowania celebransa Mszy św. - zmiany zresztą w żaden sposób nie wymaganej, ani choćby wspomnianej w oficjalnych dokumentach Vaticanum II i po nim - jest powoływanie się na Ostatnią Wieczerzę, czyli domyślne przeświadczenie, jakoby wzorem i normą dla sprawowania Eucharystii była Ostatnia Wieczerza, czyli żydowska uczta paschalna. Według tego przeświadczenia pewne sekty grasujące w obrębie Kościoła usiłują realizować to powiązanie i dążą do maxymalnego naśladowania uczty paschalnej, nawet wbrew oficjalnym przepisom liturgicznym Novus Ordo. Pośrednio zawarty jest tutaj zarzut, jakoby liturgia tzw. przedsoborowa (zwana też "trydencką") stanowiła sprzeniewierzenie się pierwotnej i wzorcowej postaci sprawowania Eucharystii jaką jest Ostatnia Wieczerza, czyli ostatecznie uczta paschalna. Na tym zarzucie bazuje i nim się żywi wrogość i aktualne prześladowanie tejże liturgii. Brak natomiast teologicznego zgłębienia tematu, czy choćby nawet wyraźnego postawienia kwestii. Bierze się to z tego, iż wówczas konieczne jest sięgnięcie do historii tej kwestii, co by odsłoniło powiązania stanowisk. Ostatnio wydawane odgórne dokumenty bynajmniej nie dążą do wyjaśnień doktrynalnych, lecz - wręcz przeciwnie - zaciemniają i mieszają, dążąc apodyktycznie do dalszego forsowania owego przeświadczenia, tudzież całkowitej eliminacji liturgii "przedsoborowej". Nieprzypadkowo zupełnie pomija się katolicką doktrynę o Eucharystii, poświadczoną poprzez wieki, a szczególnie wnikliwie i normatywnie - z rangą nieomylności - omówioną na Soborze Trydenckim. Innymi słowy: nie da się zaprzeczyć, iż nie ma katolickiego nauczania o sakramencie Eucharystii z pominięciem czy wręcz z zaprzeczeniem tegoż soboru. Ponieważ formalne zaprzeczenie temu nauczaniu oznaczałoby popadnięcie w herezję formalną i tym samym w wykluczenie się ze wspólnoty Kościoła (exkomunika latae sententiae), dlatego operuje się sugestiami, półprawdami i niedopowiedzeniami. Sprzymierzeńcem tej taktyki jest potoczne przeświadczenie, jakoby nauczanie Soboru Trydenckiego było przestarzałe, nieaktualne i unieważnione przez Vaticanum II i papieży po nim, to jest oczywiście nieprawdą, gdyż nieomylne prawdy wiary, w tym dogmatyczne nauczanie Soboru Trydenckiego, nigdy nie tracą swej prawdziwości i obowiązywalności. 

Główny fragment nauczania tego soboru w naszym temacie brzmi (sesja XXII, dekret: Doctrina de sacrificio Missae, źródło tutaj):





W skrócie i uproszczeniu (dla lepszego zrozumienia):

1. Ponieważ kapłaństwo starotestamentalne nie było doskonałe, dlatego Bóg w Swoim miłosierdziu ustanowił kapłana według obrządku Melchizedeka, którym jest Jezus Chrystus, by przez Niego spełnić dzieło uświęcenia (Hbr 7,11; 10,14; Rdz 14,18; Ps 109,4).

2. Jezus Chrystus ofiarował Siebie Bogu Ojcu na ołtarzu krzyża dla naszego zbawienia.

3. By to Jego kapłaństwo nie zanikło wraz z Jego śmiercią, dlatego w nocy, w której był wydany, podczas Ostatniej Wieczerzy pozostawił Swojemu Kościołowi widzialną ofiarę, która uobecnia krwawą ofiarę złożoną na krzyżu. 

4. W tej ofierze Jezus Chrystus pod postaciami chleba i wina ofiarował Ojcu Swoje Ciało i Krew, dał je Apostołom do spożycia, oraz nakazał im sprawować tę ofiarę. 

5. Tak więc po sprawowaniu starej (żydowskiej) paschy, którą Izraelici sprawowali na pamiątkę wyjścia z niewoli egipskiej (Wj 12,1), Pan Jezus ustanowił nową paschę (novum pascha), by kapłani pod widocznymi znakami ją ofiarowali na pamiątkę Jego przejścia z tego świata do Ojca, gdy przez wylanie Swojej krwi odkupił nas i wyzwolił z panowania ciemności i przeniósł do Swego Królestwa (Kol 1,13). 

6. To jest ofiara czysta zapowiedziana przez proroka Malachiasza (Mal 1,11), sprawowana wszędzie, na całym świecie i po wsze czasy.

7. O niej też mówi św. Paweł w Liście do Koryntian (1 Kor 10,21), przeciwstawiając "stół Pański" (mensa Domini) "słołowi demonów" (mensa daemoniorum). 

8. Ta ofiara była zapowiedziana przez wszystkie ofiary religii naturalnych i religii mojżeszowej, oraz jest ich spełnieniem i udoskonaleniem (consummatio et perfectio). 

9. We Mszy św. sprawowana jest boska (pochodząca od Boga) ofiara, w której jest obecny i zostaje bezkrwawo ofiarowany Jezus Chrystus, która Siebie raz na zawsze ofiarował na ołtarzu krzyża. 

10. Kto mówi, że Msza św. nie ofiarowuje Bogu prawdziwej i właściwej ofiary (verum et proprium sacrificium), ten niech będzie wyklęty. 

11. Kto mówi, że kapłani w Sukcesji Apostolskiej nie ofiarowują Ciała i Krwi Chrystusa, ten niech będzie wyklęty. 

12. Kto mówi, że Msza św. jest jedynie pamiątką ofiary krzyżowej, a nie ofiarą przebłagalną, ten niech będzie wyklęty. 

Już to skrótowe zestawienie kluczowych prawd nauczanych przez sobór ukazuje kontrast a nawet sprzeczność względem poglądów i przeświadczeń sporej części (raczej nawet większości) katolików wychowanych na liturgii Novus Ordo, czyli wprowadzonej po Vaticanum II. 

Należy mieć na uwadze kontext historyczny nauczania Soboru Trydenckiego: sobór nie podaje traktatu o Eucharystii, lecz w obronie wiary Kościoła przed herezją protestancką wskazuje na istotne i fundamentalne prawdy. Pomijanie czy wręcz przynamniej pośrednie negowanie tych prawd oznacza w gruncie rzeczy popadnięcie w herezję protestancką, która neguje ofiarny charakter sprawowania Eucharystii. Temu popadnięciu służy faktyczne upodabnianie Mszy św. do uczty paschalnej czy uczty w ogóle, nawet jeśli odbywa się to w powoływaniu się na Ostatnią Wieczerzę. Owszem, nie da się zaprzeczyć, iż Pan Jezus pierwszą Mszę św. sprawował w kontekście Wieczernika oraz uczty paschalnej. Z tego faktu nie wynika jednak w żaden sposób, jakoby Msza św. była swego rodzaju kontynuacją czy nową wersją uczty paschalnej. Według nauczania Kościoła, począwszy od Nowego Testamentu i Ojców Kościoła, ofiary starotestamentalne, w tym także obchody Paschy, były jedynie zapowiedzią i przygotowaniem do ustanowienia jedynej właściwej i doskonałej Ofiary złożonej na Krzyżu w sposób krwawy, a uobecnianej w sposób bezkrwawy we Mszy św. Innymi słowy: istotą Mszy św. nie jest uczta paschalna, lecz Ofiara Krzyżowa. 

Ma to fundamentalne znaczenie dla rozumienia Nowego Testamentu, oraz istoty i znaczenia Kościoła wraz ze wszystkimi sakramentami, czyli środkami zbawienia. Nie przypadkowo wrogość wobec tradycyjnej liturgii katolickiej - oznaczająca właściwie wrogość wobec prawd wiary co do sakramentu Eucharystii - regularnie łączy się z wybujałym ekumaniactwem, począwszy od bratania się z heretykami protestanckimi, poprzez uwydatnianie rzeczywistych czy urojonych wspólnych korzeni z judaizmem i islamem, aż do uczestnictwa w obrzędach pogańskich. Bowiem żadna inna religia nie może się poszczycić kultem tak wzniosłym, czystym i doskonałym jak Ofiara Mszy św., uobecniająca Ofiarę Krzyżową wcielonego Syna Bożego. Ta ofiara przeszkadza i wręcz blokuje ekumenizm polegający na relatywiźmie i pluraliźmie religijnym, a właściwie równoznaczny z apostazją, czyli porzuceniem wiary katolickiej przekazanej przez Apostołów. 

Tym wyraźniej widać, jak ważne, konieczne i niezbędne jest trwanie przy tradycyjnej liturgii Kościoła, mimo kłamliwych, perfidnych i podstępnych zabiegów jej wrogów, którzy nie przypadkowo są równocześnie - choć skrycie - wrogami wiary katolickiej, nawet jeśli sprawują wysokie urzędy w Kościele. 

Czy "Dzienniczek" s. Faustyny zmienia prawdy wiary?

 


Oczywiście ani "Dzienniczek" ani żadne objawienie prywatne, choćby było autentyczne, nie jest w stanie zmienić prawd wiary. Autentyczne, czyli pochodzące od Boga objawienia prywatne jedynie przypominają, uwydatniają i konkretyzują Boże Objawienie i tym samym prawdy wiary katolickiej. Jeśli jakieś rzekome objawienie prywatne wykracza poza te ramy, czy wręcz jest sprzeczne z prawdami wiary, wówczas z całą pewnością nie pochodzi od Boga lecz jest szatańskim mamieniem bądź przynajmniej ludzkim oszustwem. 

Pytanie odnosi się do następującego fragmentu "Dzienniczka":


Ten fragment zawiera szereg niedorzeczności i fałszów teologicznych. Pytający słusznie zwraca uwagę na kwestię odpuszczenia win i kar. Przejdźmy po kolei.

1. W tym dniu otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego...

Te słowa mógł wypowiedzieć tylko ktoś, kto nie zna języka hebrajskiego i greckiego. Bowiem język hebrajski na określenie miłosierdzia posługuje się źródłosłowem rhm (רחם), który oznacza "wnętrzności, łono". Idąc za tym język grecki również mówi o "wnętrznościach" w znaczeniu pierwotnie fizjologicznym (σπλάγχνον). Dlatego w świetle już choćby Pisma św. wyrażenie "wnętrzności miłosierdzia" jest absurdalne i przypisywanie go Panu Jezusowi jest bluźniercze.

2. dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar

Według teologii katolickiej odpuszczenie win i kar następuje wyłącznie w sakramencie Chrztu świętego. Człowiek ochrzczony może dostąpić odpuszczenia win w sakramencie Pokuty, zaś odpuszczenia kar doczesnych w uzyskanym odpuście, którego warunki są określane przez następcę św. Piotra. Zupełne pominięcie tego rozróżnienia świadczy przynajmniej o ignorancji życia Kościoła i teologii katolickiej, a nawet o ich podważaniu. Dopiero Jan Paweł II ustanowił tzw. święto Miłosierdzia Bożego w pierwszą niedzielę po niedzieli Paschy wraz z odpustem zupełnym. Słowa "Dzienniczka" natomiast zupełnie pomijają konieczność ustanowienia odpustu przez papieża. Zresztą samo ustanowienie tego święta oznacza "korektę" tradycyjnej liturgii rzymskiej, która od niepamiętnych czasów świętuje miłosierdzie Boże w drugą niedzielę po niedzieli Paschy (introit Misericordia Domini), co de facto stanowi podważenie prowadzenia Kościoła przez Ducha Świętego poprzez wieki. 

W całej historii Kościoła nie ma - i nie może być - autentycznego objawienia prywatnego, które by negowało czy podważało sakramenty Kościoła, jego liturgię oraz porządek hierarchiczny. To są cechy fałszywych objawień, które z całą pewnością nie pochodzą od Boga. 

3. w dniu tym... 

Ograniczenie obfitości łask miłosierdzia Bożego do danego dnia jest zarówno groteskowe i fałszywe, jak też bluźniercze. Jest sprzeczne już z biblijnym nauczaniem o Bogu, które mówi o powszechnej i niezmierzonej obfitości zmiłowania Bożego. Jedynym "ograniczeniem" dla łask Bożych jest sprzeciw człowieka, czyli brak woli nawrócenia. Nie zależy ono ani od czasu, ani od dnia, ani od miejsca, lecz jedynie od dyspozycji człowieka. Nie przypadkowo każdy wierzący ma możliwość spowiedzi i Komunii św., oraz uzyskania odpustu zupełnego codziennie (oczywiście przy spełnieniu odpowiednich warunków). Wyróżnienie jednego dnia w roku przypomina raczej pogańskie zabobony, a z całą pewnością nie Boże Objawienie i życie Kościoła Chrystusowego. 

4. święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności Moich...

Wystarczy proste pytanie: skoro owo święto zostało "objawione" s. Faustynie dopiero w XX wieku, a pod koniec tegoż wieku oficjalnie ustanowione, to jak to się ma do faktu zakończenia Bożego Objawienia wraz ze śmiercią ostatniego z dwunastu Apostołów? Dlaczego tylko w dniu tego święta i dopiero od "objawienia" (i ustanowienia) tego święta otwarte jest "wnętrze miłosierdzia"? Czyż nie jest to negacja, przynajmniej pośrednia, zakończenia czyli dokonania Bożego Objawienia wraz ze wszystkimi koniecznymi do zbawienia dusz środkami za życia dwunastu Apostołów? Wszak dlatego właśnie Kościół jest apostolski, że nie wykracza poza wiarę Apostołów, którzy byli świadkami życia Zbawiciela aż do Wniebowstąpienia. Mówienie, że takie nowe święto - zresztą sprzeczne z tradycyjną liturgią Kościoła - wyszło z "wnętrzności" Pana Jezusa, zaprzecza dokonaniu pełni Objawienia za życia dwunastu Apostołów i tym samym wierze katolickiej. 

Owszem, w historii Kościoła pojawiło się wiele świąt i nabożeństw zainspirowanych przez autentyczne objawienia prywatne, jak chociażby święto Bożego Ciała i kult Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jednak nigdy nie uzasadniano tych nowości "wypłynięciem" z "wnętrza" Pana Jezusa, lecz rozumiano je jako przykłady prowadzenia Kościoła przez Ducha Świętego, który uwyraźnia i uwydatnia Boże Objawienie - raz na zawsze dane w Jezusie Chrystusie. Innymi słowy: według teologii katolickiej, począwszy od Ojców Kościoła, z wnętrza Pana Jezusa wypłynęły na krzyżu sakramenty Kościoła, które od tego momentu są dostępne całej ludzkości za pośrednictwem Kościoła raz na zawsze. Pan Jezus z całą pewnością niczego nie zatrzymał ze Swego wnętrza aż do XX wieku, gdyż - jak już św. Jan mówi w swoim prologu - "z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali" (J 1). Powiększeniu i rozszerzeniu w ciągu wieków podlega jedynie nasze rozumienie i przyswajanie sobie tejże pełni, które z całą pewnością nie jest ograniczone do jakiegoś jednego dnia w roku. Byłoby to absurdalne także z tego powodu, że od czasów apostolskich, głównym największym świętem Kościoła są święta Paschy, czyli celebracja Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Zbawiciela. Obecnie jednak owo "święto miłosierdzia" de facto przysłania tę celebrację. Poprzez wieki historii Kościoła czasem pokuty i nawrócenia był okres Wielkiego Postu i Męki Pańskiej. Wierny katolik spowiadał się przynajmniej raz w roku zwykle we Wielkim Tygodniu, około Wielkiego Piątku, na pewno przed niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego. Natomiast owe nowe "święto" tydzień później raczej zachęca do okładania spowiedzi i Komunii św. i tym samym do uczestniczenia w celebracji paschalnej bez należytego przygotowania pokutnego. Taki zabieg z całą pewnością nie jest dziełem Ducha Świętego i nie może pochodzić od Boga. 

5. nie zazna ludzkość spokoju...

To zdanie potwierdza bluźnierczy charakter zdań o pochodzeniu nowego święta z "wnętrza" Pana Jezusa, gdyż oznacza, że Pan Jezus zwlekał prawie 20 wieków z udostępnieniem ludzkości Swojego miłosierdzia i to ograniczając tegoż pełnię do jednego dnia w roku. Coś takiego może być wymysłem jedynie wrogów autentycznego Bożego Objawienia i Kościoła Chrystusowego. 

W podsumowaniu oczywiście nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że tego rodzaju fałsze, niedorzeczności i bluźnierstwa mogły w końcu - po dziesięcioleciach słusznych zastrzeżeń i zakazów ze strony Magisterium Kościoła - otrzymać aprobatę a nawet poparcie sprawujących władzę w Kościele. Odpowiedź wymaga przestudiowania przede wszystkim materiałów archiwalnych, które na razie nie są ogólnie dostępne, i tym samym musi poczekać.