Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Co oznacza przywiązanie do grzechu?



W pytaniu chodzi o właściwe rozumienie braku przywiązaniu do grzechu, który jest warunkiem uzyskania odpustu zupełnego. Otóż wolność od tego przywiązania jest zasadniczą postawą, której wyrazem są akty woli. Tym samym jest ona możliwa także mimo nawyku czy nałogu grzeszenia, oczywiście o ile człowiek stara się walczyć z tym nawykiem czy nałogiem. Można to rozpoznać w sumieniu, tzn. rozeznając, czy ma się szczere pragnienie i wolę niepopełniania grzechów nawet lekkich. Jest to możliwe także mając świadomość swojej słabości. Nie można mieć jednak całkowitej pewności co do braku przywiązania do grzechów. Dlatego należy stale odnawiać akty woli, zwłaszcza w codziennym rachunku sumienia oraz w spowiedzi. 

Jeszcze raz: czy kłamstwo jest grzechem?


Rzeczywiście wygląda na to, że ponownie muszę zabrać głos w temacie (było już kilkakrotnie, jak tutaj), tym bardziej, że L. W. popełnia wypowiedzi w tematach teologicznych, w których już na pierwszy rzut oka brakuje mu wiedzy i kompetencji. Idźmy po kolei:


Tutaj mamy do czynienia nie tylko z brakiem elementarnej wiedzy teologicznej, lecz z dość jaskrawym przejawem myślenia w schematach protestancko-modernistycznych. Otóż mówca zupełnie pomija nauczanie Kościoła i teologię katolicką na rzecz swojego, zresztą dość prymitywnego pojęcia "istoty chrześcijaństwa". Zaś przeciwstawienie "prawa" przykazaniu miłości jest typowe dla brukowców modernistycznych. 

Co jest istotą chrześcijaństwa i jak ma się ona konkretnie do przykazań Dekalogu, to jest określane nie przez L. W., lecz przez nauczanie Kościoła oraz teologię katolicką, którą L. W. widocznie zupełnie ignoruje i chce ignorować. 

Według zasad teologii katolickiej, czy choćby nawet exegezy biblijnej, konieczne jest interpretowanie w kontekście. Innymi słowy: właściwe znaczenie ósmego przykazania oraz jego trwałego znaczenia w chrześcijaństwie można uzyskać jedynie w połączeniu z nauczaniem moralnym Nowego Testamentu, wraz z jego wykładnią katolicką. Kto tę zasadę ignoruje czy wręcz odrzuca, ten znajduje się na manowcach swoich prywatnych mniemań na doraźny użytek, czy ewentualnie na użytek "teologii" podwórkowej czy kuchennej (nie obrażając ani podwórka ani kuchni). 

Temat prawdomówności jest poruszany w Piśmie św. nie tylko w Dekalogu i nie tylko w "prawie" czyli Torze. W Księdze Wyjścia (23,7) czytamy: uciekaj od kłamstwa, zaś w Księdze Kapłańskiej (19,11): nie kłamcie i niech nikt nie oszukuje swojego bliźniego. Także w Liście do Kolosan św. Paweł (3,9) napomina: nie okłamujcie się nawzajemU Ojców Kościoła znajdujemy wiele takich napomnień. Św. Augustyn wielokrotnie mówi (De mendacio, Contra mendacium), że kłamstwo nigdy nie jest dozwolone, choć w Starym Testamencie opisywane są przypadki posługiwania się kłamstwem. Według św. Tomasza każde kłamstwo jest grzechem (STh II-II q110 a3; Quodl. 8, a14). Owszem, niektórzy teologowie nowożytni dopuszczali kłamstwo w sytuacji konieczności, podobnie zresztą jak wielu protestantów. Jednak ta opinia została wyraźnie potępiona przez Magisterium Kościoła, jak w dekrecie wydanym przez Święte Oficjum z polecenia papieża Innocentego XI (1679 r., źródło tutaj):


Więcej w tej kwestii powiedziałem już kiedyś (por. tutaj i tutaj). 

Tym samym bajdurzenie o prymacie miłości nad prawem jest w tym kontekście dość prymitywnym bełkotem, który zakłada, jakoby Kościół wraz z najwybitniejszymi teologami i papieżami popadł w faryzejski kult "prawa", przy czym L. W. widocznie miesza prawo Mojżeszowe i prawo talmudyczne, a równocześnie wykazuje wybitną ignorancję bądź zakłamanie, gdyż to właśnie talmudyzm dopuszcza kłamstwo w pewnym zakresie:


Tak więc L. W. dość wyraźnie wyznaje, że to on decyduje, co jest miłością, która przewyższa "prawo". Nie jest jednak w stanie trafnie wykazać, jakoby Pan Jezus sam łamał ósme przykazanie, bądź dopuszczał jego łamanie. O bardzo niskim poziomie wiedzy religijnej świadczy upatrywanie analogii między łamaniem szabatu przez Pana Jezusa, a łamaniem ósmego przykazania. Pan Jezus ustanowił nowy "szabat" wraz z jego eschatologicznym charakterem. Ustanowił także pełne znaczenie ósmego przykazania, gdyż stał się ofiarą jego łamania przez oskarżycieli, którzy wydali go na śmierć. Czyż może być większe potępienie i odrzucenie łamania ósmego przykazania? 

Tym samym bajdurzenie o rzekomo faryzejskiej naturze prawdomówności i potępiania kłamstwa świadczy o elementarnej ignorancji już nawet historycznej, a tym bardziej teologicznej. 

I oto kolejny popis wybitnej ignorancji w temacie:


Człowiek widocznie nie wie nawet, jakie jest właściwe znaczenie piątego przykazania, gdyż nie chodzi w nim o zabijanie w ogóle, lecz mordowanie, czyli zabijanie niewinnych i bez jakiejkolwiek sprawiedliwej przyczyny. Tym samym ani wojna sprawiedliwa, ani żadne inne usprawiedliwione zabicie nie jest złamaniem piątego przykazania. Ponadto wygląda na to, że L. W. nie wie, iż nie tylko wojna obronna może być wojną sprawiedliwą, i tym samym widocznie nie zapoznał się także z tym tematem, choć wypadałoby, skoro wypowiada się publicznie i to atakując jakieś bliżej nieokreślone grono osób. 

No cóż. Nie neguję dobrej woli i zapału. To jednak nie wystarczy do wypowiadania się w tematach tak ważnych i komplexowych. 

Przypadek L. W. nie jest odosobniony, lecz niestety dość częsty w gronie zarówno heretyków-modernistów, jak też niektórych tzw. tradycjonalistów. O bełkotach Adama Szustaka, Remigiusz Recława, Aleksandra Bańki, Mikołaja Kapusty, Szymona Pękali, Szymona Bańki, Dariusza Oko, Pawła Chmielewskiego, Pawła Lisickiego, Dawida Mysiora (wpisy można poszukać w etykietach obok) wypowiadałem się już mniej czy bardziej obszernie. Są to oczywiście tylko przykłady spośród setek czy tysięcy jutjuberów, którzy próbują - i to niestety z sukcesem - sprzedawać masom wręcz okrutne bełkoty, nie odwołując choćby najgorszej wypowiedzianej bzdury czy wręcz kłamstwa, by nie szkodzić swemu wizerunkowi u naiwnych ignorantów, którzy łykają te potoki słów i to nawet płacąc czy umożliwiając płacenie przez yt. Ten proceder jest szczególnie skandaliczny w wykonaniu katolików, zwłaszcza tzw. tradycyjnych. Zapominają widocznie, że z każdego wypowiedzianego słowa będą musieli zdać sprawę na sądzie Bożym, gdzie z całą pewnością nie będzie rozdźwięku między prawem a miłością. 

Czy wolno fałszować dokumenty dla ochrony życia?



Sprawa dotyczy nie tylko ósmego przykazania Dekalogu lecz także stosunku Kościoła i poszczególnego katolika do władzy świeckiej, a także zakresu tej władzy, zwłaszcza wobec zagrożenia i konieczności ochrony życia ludzkiego. Innymi słowy: wystawienie fałszywego świadectwa Chrztu św. jest nie tylko poświadczeniem nieprawdy i tym samym grzechem przeciw ósmemu przykazaniu, lecz także sposobem ratowania przed zabiciem przez zbrodniczą władzę.

W skrócie:

1. Nie ma obowiązku posłuszeństwa wobec niesprawiedliwych zarządzeń władz, jak np. wydawanie osób przeznaczonych przez władzę na zagładę. Co więcej, jest obowiązek pomocy takim osobom, dawanie im schronienia, aczkolwiek nie ma obowiązku narażania swojego życia w ten sposób, gdyż nie ma obowiązku heroizmu, choć heroizm jest pochwalany i zalecany przez etykę chrześcijańską.

2. Ani obowiązek pomocy w ochronie życia, ani heroizm w pomaganiu nie zwalniają z obowiązku przestrzegania przykazań Bożych, także ósmego przykazania. Tym samym nie jest moralnie dopuszczalne jakiekolwiek poświadczanie nieprawdy, także w postaci wydawania fałszywych dokumentów służących do ochrony życia.

Moralnie dozwolone jest jedynie tzw. restrictio late mentalis, czyli przemilczenie prawdy przez niejednoznaczne zdanie, umożliwiające błędne zrozumienie u złoczyńcy, co ma służyć ochronie przed nim. 

Należy to odróżnić od tzw. restrictio pure mentalis, czyli zdania fałszywego, które jest prawdziwe tylko wraz z zatajonym doprecyzowaniem. Takie zdanie zostało potępione moralnie już przez Cycerona (De officiis I, 10; III, 32) i św. Augustyna (De mendacio, Contra mendacium). Także dekret papież Innocenty XI dekretem Świętego Oficjum z 1679 r. (źródło tutaj) potępił następujące zdania:


"Jeśli by ktoś sam lub wobec innych, czy to pytany, czy sam ze siebie, czy to dla rozrywki, czy dla jakiegokolwiek innego celu przysięgał, że nie uczynił czego, co prawdziwie uczynił, a to myśląc w sobie coś innego, czego nie uczynił, czy inną drogą, którą uczynił, czy cokolwiek innego prawdziwego dodając, prawdziwie nie kłamie, ani nie jest krzywoprzysiężcą."

Innymi słowy: dekret potępia twierdzenie, jakoby mówienie czegoś sprzecznego z własnym poznaniem nie było kłamstwem. 

W związku z oszczerstwami



W związku z oszczerstwami rozpowszechnianymi przez pewne anonimowo prowadzone strony na facebook, oświadczam, że nie mają one żadnych podstaw w rzeczywistości. Są one kłamliwą i perfidną manipulacją, nie przypadkowo posługującą się rzekomą wiadomością anonimowego autora, tak samo, jak te strony są prowadzone anonimowo, zapewne w obawie przed zdemaskowaniem kłamliwości oraz przed konsekwencjami prawnymi z powodu oszczerstwa.

Z powodu braku odpowiednich instrumentów prawnych na terenie Rzeczpospolitej Polskiej - jak dowiedziałem się od prawników - nie ma możliwości uzyskania od firmy facebook danych autorów owych oszczerstw w celu dochodzenia prawnej ochrony moich dóbr osobistych. 

Mimo anonimowości, można się łatwo domyśleć autorów: są to osoby, których słusznie nazwałem przebierańcami, ponieważ udając tradycyjnych katolików są w rzeczywistości osobami, które gardzą zasadami Kościoła zarówno doktrynalnymi i liturgicznymi, jak też moralnymi.

Zapewniam, że tego typu metody nie odwiodą mnie od dalszego demaskowania tych osób i ich poczynań. Ich podła reakcja, którą można traktować jedynie jako nikczemną zemstę, jest potwierdzeniem słuszności ich demaskowania.

Ut Deus in omnibus glorificetur! 

Katolicyzm a nacjonalizm


W tym temacie jest wiele nieporozumień, uproszczeń i pomyłek. Obecnie zwykle wyrażana jest opinia, że nie można pogodzić nacjonalizmu z katolicyzmem i odwrotnie. Równocześnie brakuje dogłębnej analizy tematu, choć od niedawna podejmowane są pierwsze próby w tym kierunku. Podjęcie tematu powinno uwzględniać wymiar przede wszystkim historyczny, filozoficzny, społeczno-etyczny, także socjologiczny, oczywiście nie pomijając teologicznego, skoro sprawa dotyczy katolicyzmu. Tutaj mogę jedynie pokrótce zarysować problematykę, zaczynając od podstawowych pojęć oraz rozwiązania głównych nieporozumień. 


Wprawdzie nie ma ogólnie przyjętej i obowiązującej definicji nacjonalizmu. Często myli się nacjonalizm z nazizmem, co służy oczywiście zdyskredytowaniu tego pierwszego na tle elementarnej wiedzy historycznej. Wiele źródeł o ambicjach nawet naukowych upatruje korzenie nacjonalizmu w rewolucji tzw. francuskiej, czy nawet w tzw. reformacji protestanckiej. Sprzyja to mniemaniu czy wręcz przeświadczeniu o sprzeczności czy wręcz wrogości wobec katolicyzmu. W odniesieniu to historii nazizmu w XX w. nie sposób zaprzeczyć, że ów miał znacznie większą popularność w krajach protestanckich niż katolicków. Równocześnie wskazuje się, że Hitler był z pochodzenia katolikiem, podobnie zresztą jak wielu z jego obozu. Jest to argument bardzo słaby i świadczący o nieznajomości podstawowych faktów. Otóż pochodzenie katolickie nie jest decydujące, skoro ideologia nazizmu jest sprzeczna z katolicyzmem, co miało swój wyraz w zwalczaniu i prześladowaniu Kościoła, przy czym chodziło o istotną sprzeczność, nie o doraźną wrogość. Wyrazili to już papieże Pius XI i Pius XII, zwłaszcza w swoich encyklikach (Mit brennender Sorge, Summi Pontificatus). Z powodu tych powiązań częste jest zarówno wśród historyków, politologów itp. z jednej strony, a teologów i ludzi Kościoła z drugiej strony przeświadczenie o nieprzejednanej wrogości, czy przynajmniej obcości między katolicyzmem a nacjonalizmem. A jest to przeświadczenie błędne, wynikające z jedynie płytkiej, pobieżnej i niedostatecznej wiedzy historycznej, filozoficznej i teologicznej, a zwłaszcza z nieznajomości katolicyzmu w jego postaci rdzennej, reprezentowanej przez tradycyjne nauczanie Kościoła. 


Zacznijmy od określenia kluczowych pojęć. Przez nacjonalizm rozumiem koncepcję polityczną postulującą państwo czy przynajmniej politykę państwową o charakterze narodowym, czyli dla dobra i w interesie danej narodowości. Oczywiście nie należy tego mylić z państwem nazistowskim, zwłaszcza tym znanym z XX wieku. Tutaj istotne jest pojęcie narodu. W literaturze naukowej zwykle odróżnia się pojęcie niemieckie i pojęcie amerykańskie. Według tego pierwszego pojęcia - o pochodzeniu właściwie żydowskim - naród jest wspólnotą opartą na więzach krwi, czyli pochodzenia biologicznego, zwłaszcza rasowego. Według tego drugiego naród ("nation") jest wspólnotą cywilizacyjno-kulturową, czego przykładem jest wieloetniczna "narodowość" Stanów Zjednoczonych Ameryki. W języku polskim funkcjonuje raczej to drugie pojęcie, jak chociażby w nazwie "Rzeczpospolita Oboja Narodów", aczkolwiek niezupełnie. Polskie pojęcie narodu jest połączeniem aspektu etnicznego z kulturowym. Ma to oczywiście konsekwencje społeczne i polityczne. Są wprawdzie próby określenia polskości, jednak bardziej potoczne i intuicyjne. Chodzi zwłaszcza o określenie kulturowe, które istotnie dzieli społeczeństwo polskie na różne orientacje (proniemiecką, prorosyjską, proamerykańską). Najważniejszym zwornikiem tożsamości narodowej polskiej jest katolicyzm, co wynika ze statystyki socjologicznej. 


Czy jest sposób na poprawne i maksymalnie akceptowalne pojęcie narodu? Jest. Pomocą jest tutaj etymologia. Polskie słowo "naród" ma odpowiednik w łacińskim natio, przejętym zresztą przynajmniej przez większość języków europejskich. Zarówno polskie jak i łacińskie słowo pochodzą od słowa "rodzić" (nascere, natum). Polskie słowo jest ponadto blisko spokrewnione ze słowem "rodzina", które z kolei w językach słowiańskich (jak chociażby w rosyjskim) prowadzi do pojęcia "ziemia ojczysta" czyli ojczyzna. Innymi słowy: pojęcie narodu ma związek z miejscem urodzenia (w znaczeniu społeczności, z której się dana osoba wywodzi) i rodziną. Wskazuje więc na fakt biologiczno-historyczny, nieodłączny od ludzkiego istnienia. Każdy człowiek przychodzi na świat w określonej społeczności, nawet jeśli jest ona wieloetniczna i wielokulturowa. Równocześnie tożsamość jest w znacznym stopniu dynamiczna. Wraz z migracją i procesem asymilacji podlega ona zmianom, nawet jeśli tożsamości pierwotnej nie można zastąpić przez inną. 


Reasumując: naród jest społecznością złożoną z jednostek o wspólnym pochodzeniu lokalnym i tym samym w znacznym stopniu o wspólnym charakterze kulturowym. Tak jak każdy człowiek przychodzi na świat w określonej rodzinie i społeczności, tak też zostaje w jakimś stopniu określony przez daną kulturę. Najprostszym przykładem jest język. Każdy uczy się najpierw języka swoich rodziców (bywają rodziny wielojęzyczne, jednak są one wyjątkiem i zarazem zakładają pewną kulturę reprezentowaną przez daną rodzinę). W tym znaczeniu każdy człowiek ma swoją pierwotną narodowość, nawet jeśli sam jej nie potrafi jednoznacznie określić. 


W kontekście tej definicji narodu nacjonalizm (po polsku: narodowizm) postuluje budowanie porządku społecznego na fundamencie faktu biologiczno-historycznego, jakim jest przyjście na świat człowieka w określonej rodzinie i społeczności w znaczeniu kulturowym. 


Jak to się ma do katolicyzmu? Tutaj również należy zacząć od definicji katolicyzmu. W znaczeniu socjologicznym i w potocznym rozumieniu jest to wspólnota Kościoła, której zwierzchnikiem jest biskup Rzymu jako następca św. Piotra. To nie jest jednak istota katolicyzmu. Istotą katolicyzmu jest pewne rozumienie świata i ludzkości, nie tylko Boga i spraw religijnych. Te obszary tematyczne są ze sobą ściśle powiązane i stanowią określony system prawd i norm ("wartości"). W dziedzinie społecznej i politycznej, czyli wspólnej z narodowizmem, katolicyzm reprezentuje pewne zasady, sformułowane w tzw. nauczaniu społecznym Kościoła. To nauczanie, rozwinięte szczególnie od czasu papieża Leona XIII (encyklika Rerum novarum), jest czymś unikatowym na tle wszystkich innych religij. Wychodząc od pewnego rozumienia człowieka i społeczności wraz z wzajemnymi powinnościami, czyli zasadami etycznymi, katolicyzm podaje zasady porządku społecznego, także w krytycznym odniesieniu do aktualnych problemów. Wprawdzie generalnie nie ma bezpośrednich odniesień do kwestii nacjonalizmu (czy raczej nacjonalizmów, gdyż jest wiele koncepcji i rodzajów). Jednak nie trudno zauważyć, że nauczanie społeczne Kościoła i nacjonalizm łączy przynajmniej wspólna problematyka, czyli reagowanie na zjawiska, sytuacje i procesy społeczne. Owszem, w historii nierzadko bywało, że dany nacjonalizm rozumiał siebie i zachowywał się jak droga i metoda różna, konkurencyjna, czy wręcz wroga katolicyzmowi (tak było w tzw. reformacji protestanckiej i rewolucji tzw. francuskiej). Czy oznacza to, że nie ma i nie może być pojednania, tym bardziej współpracy?


Odpowiedzi należy szukać w istocie katolicyzmu z jednej strony i nacjonalizmu z drugiej. Jak podane wyżej, istotą nacjonalizmu w znaczeniu ogólnym - czyli abstrahując od historycznych postaci kojarzonych z nacjonalizmem jak nazizm - jest postulowanie porządku społecznego opartego na naturalnych uwarunkowaniach i powiązaniach społecznych (warto mieć na uwadze znamienny fakt, że łacińskie słowa natura i natio pochodzą od tego samego czasownika nascere). Dokładnie taka sama jest istota katolicyzmu w jego wymiarze społecznym: podstawą katolickiej etyki społecznej są naturalne więzi, począwszy od rodziny. Według katolicyzmu rodzina i naród (jako rodzina rodzin) mają pierwszeństwo przed państwem, nie odwrotnie, jak to miało miejsce w przypadku zarówno rewolucji tzw. francuskiej jak też w niemieckim naziźmie. Odwrócenie naturalnego porządku przez stawianie państwa i jego interesów ponad dobrem narodu i rodzin demaskuje historyczne zwyrodnienia nacjonalizmu, które właściwie nie były prawdziwymi nacjonalizmami, gdyż nie były oparte na poznawalnym rozumowo prawie naturalnym. 


Słynne powiedzenie wzięte z nauczania głównego mistrza teologii katolickiej, jakim był św. Tomasz z Akwinu, że łaska nie niszczy natury, lecz ją wspiera i udoskonala (gratia supponit naturam), ma zastosowanie także w dziedzinie społeczno-politycznej. Tutaj zachodzi nie tylko kompatybilność, lecz zupełna zgodność z właściwie rozumianym, prawdziwym nacjonalizmem. Naturalne więzi społeczne jak rodzina i naród są punktem wyjścia zdrowej polityki. Katolicyzm ze swej istoty i natury jest tego gwarantem, mimo że wielu przedstawicieli Kościoła tego obecnie nie rozumie, a może nawet nie chce rozumieć. 


Szczególnie prymitywne i świadczące o elementarnej ignorancji teologicznej jest mówienie, jakoby katolik nie mógłby być nacjonalistą, ponieważ Kościół jest powszechny. W takim mówieniu zawartych jest kilka nieporozumień i błędów. Przede wszystkim jest tutaj pomieszanie porządku nadprzyrodzonego (nadnaturalnego), czyli ustroju Kościoła wraz z jego powszechnością, z porządkiem przyrodzonym, który dotyczy społeczności i państwa. Z powszechności Kościoła w znaczeniu katolickim bynajmniej nie wynika słuszność globalnego państwa czy choćby imperializmu. Praktycznym, społecznym celem powszechności Kościoła jest służenie zgodzie i współpracy między narodami, nie zniszczenie narodów w ogóle czy choćby poszczególnych narodów. Kościół ze swej istoty i natury powinien bronić tożsamości i suwerenności narodowej, podobnie jak broni tożsamości i wartości rodziny. 


Nie jest więc przypadkiem, że wykształceni nacjonaliści, myślący zdrowo kategoriami prawa naturalnego, słusznie zwracają się ku tradycyjnemu katolicyzmowi, a ma to miejsce nie tylko w Polsce, lecz właściwie wszędzie w obszarze kultury zachodniej. Oby wzajemne zrozumienie i współdziałanie przyniosło trwałe owoce zarówno dla Polski jak też dla Kościoła w Polsce i na świecie. 

Ku przypomnieniu: pisownia form zwracania się

Jako że problem nadal istnieje, co wynika widocznie z wadliwości edukacji szkolnej, zwracam uwagę, że obowiązuje kultura języka polskiej, czyli odpowiednia ortografia w zwracaniu się (źródło tutaj):


Pytania i komentarze nie przestrzegające tej zasady będą usuwane. 

Co mogą aniołowie?

 

Ten buńczuczny tekścik odnosi się do wcześniejszego wpisu co do możliwości sprawowania Komunii św. przez aniołów (tutaj). Dość groteskowa wypowiedź zdradza swój poziom już choćby przez to, że ogłasza s. Łucję błogosławioną...


Przechodząc do rzeczy: Po pierwsze autor widocznie albo nie raczył przeczytać ani komentarzy pod tym wpisem, ani moich odpowiedzi na nie, albo przeczytał i nie zrozumiał względnie nie chciał zrozumieć. 

Coby zakończyć temat, odniosę się raz jeszcze w temacie. 

Właściwie wystarczy uważnie przeczytać podany fragment św. Tomaszowy. Zacznijmy od oryginału (źródło tutaj):




Odnośne słowa św. Tomaszowe wskazane są czerwoną gwiazdką (początek). Oto ich poprawne tłumaczenie:

"Należy jednak wiedzieć, że tak jak Bóg nie związał Swojej mocy sakramentami, tak jakby nie mógł udzielać skutku sakramentów bez sakramentów, tak też nie związał Swojej mocy sługami Kościoła, jakoby nie mógł także aniołom udzielić mocy posługiwania w sakramentach. A ponieważ dobrzy aniołowie są zwiastunami prawdy, tak więc jeśli by jakaś sakramentalna posługa była sprawowana przez dobrych aniołów, należałoby to uznać za ważne, ponieważ powinno by być pewne, że staje się to z woli Bożej, tak jak o niektórych świątyniach mówi się, że są poświęcone przez posługę aniołów. Jeśli by natomiast demony, które są duchami kłamstwa, sprawowały jakąś sakramentalną posługę, to nie należałoby tego uznać za ważne." 

Istotne jest tutaj zdanie poprzedzające (podkreślone na zielono), do którego odnosi się powyższy fragment:

"Tak więc sprawą ludzi jest szafowanie i posługiwanie w sakramentach, nie sprawą aniołów".

Jak widać, autor powyższego bluzga nie potrafi poprawnie cytować źródła, a może nawet raczej nie chce. Bowiem to zdanie jest kluczowe dla właściwego zrozumienia, które wyłożyłem w poprzednim wpisie.

Należy bowiem odróżnić porządek faktyczny, zwyczajny, od porządku wirtualnego, czyli nadzwyczajnego, cudownego. Gramatycznie i znaczeniowo istotny jest tutaj tryb warunkowy (possit, perficeretur, deberet, exhiberent). W porządku zwyczajnym, czyli faktycznym porządku sprawowania sakramentów przez Kościół, szafarzami i posługującymi są ludzie (konkretnie: duchowni). Pan Bóg oczywiście zawsze może działać poza zwykłym porządkiem sakramentalnym, to znaczy może działać cuda, w tym także może sprawiać cuda polegające na tym, iż dobre duchy, czyli dobrzy aniołowie sprawują coś, co według Bożej woli służy uświęceniu i zbawieniu dusz. Nie oznacza to jednak w żaden sposób, jakoby aniołowie sami ze siebie, według zdolności właściwych ich naturze, mogli czynić coś tego rodzaju. 

Ponadto należy mieć na uwadze, że nie ma tutaj mowy o stosunku aniołów do świata materialnego, czy o mocy aniołów nad światem materialnym, ani o udzielaniu Komunii św. Jest mowa tylko o czynności konsekrowania świątyni, czyli o czynności duchowej, która nie oznacza fizycznej władzy nad materią w sensie fizycznego oddziaływania. Pan Bóg oczywiście może w sposób nadzwyczajny posłużyć się aniołami w swoim oddziaływaniu na materię. Nie jest to jednak działanie mocą własną aniołów, lecz działanie wszechmocy Bożej przez aniołów. Ta różnica jest istotna zwłaszcza w kwestii, czy demony, czyli źli aniołowie, mają moc nad przedmiotami materialnymi (o tym było w poprzedni wpisie tutaj). 

Co oznacza powinność małżeńska?

 


Ta kwestia została już poruszona, aczkolwiek nie omówiona. Chodzi o następujące słowa św. Pawła:


Odpowiedź jest już zawarta w słowach św. Pawła, choć nie całkiem wyraźnie.

Według katolickiej nauki moralnej, małżonkowie na mocy sakramentalnego małżeństwa mają prawo do swojego ciała wzajemnie w tym znaczeniu, że powinni być otwarci na akt małżeński w jego pełni, czyli płodny, czyli otwarty na potomstwo. Celem właściwym współżycia nie jest zaspokojenie pożądliwości, gdyż niemoralne jest oddzielenie jej od jej celu, którym jest przekazywanie życia. 

Tak więc grzechem jest zasadnicze odrzucanie współżycia przez któregoś ze współmałżonków, ale także żądanie współżycia z wyłączeniem płodności, czyli z użyciem tzw. antykoncepcji. Oznacza to, że zarówno małżonek jak i małżonka nie mają obowiązku być zawsze gotowi do współżycia według pożądliwości drugiej osoby, lecz mają obowiązek być gotowi zasadniczo. Wymaga to oczywiście odpowiedniego wyczucia jak też wzajemnego poszanowania, co jest właśnie testem prawdziwej, osobowej miłości. 

Czy Msza św. jest ucztą paschalną?

 


Teologicznie pytanie odnosi się do istoty sakramentu Eucharystii oraz jego sprawowania, czyli Ofiary Mszy św. (sacrificium Missae). Równocześnie ma też wybitne znaczenie praktyczne, gdyż jest fundamentem zmian w liturgii Mszy św. (i nie tylko) po Vaticanum II oraz obecnego sporo o prawomocność,  ważność i doniosłość liturgii tzw. przedsoborowej, czyli tradycyjnej. Otóż w świadomości potocznej podstawą zmiany choćby ukierunkowania celebransa Mszy św. - zmiany zresztą w żaden sposób nie wymaganej, ani choćby wspomnianej w oficjalnych dokumentach Vaticanum II i po nim - jest powoływanie się na Ostatnią Wieczerzę, czyli domyślne przeświadczenie, jakoby wzorem i normą dla sprawowania Eucharystii była Ostatnia Wieczerza, czyli żydowska uczta paschalna. Według tego przeświadczenia pewne sekty grasujące w obrębie Kościoła usiłują realizować to powiązanie i dążą do maxymalnego naśladowania uczty paschalnej, nawet wbrew oficjalnym przepisom liturgicznym Novus Ordo. Pośrednio zawarty jest tutaj zarzut, jakoby liturgia tzw. przedsoborowa (zwana też "trydencką") stanowiła sprzeniewierzenie się pierwotnej i wzorcowej postaci sprawowania Eucharystii jaką jest Ostatnia Wieczerza, czyli ostatecznie uczta paschalna. Na tym zarzucie bazuje i nim się żywi wrogość i aktualne prześladowanie tejże liturgii. Brak natomiast teologicznego zgłębienia tematu, czy choćby nawet wyraźnego postawienia kwestii. Bierze się to z tego, iż wówczas konieczne jest sięgnięcie do historii tej kwestii, co by odsłoniło powiązania stanowisk. Ostatnio wydawane odgórne dokumenty bynajmniej nie dążą do wyjaśnień doktrynalnych, lecz - wręcz przeciwnie - zaciemniają i mieszają, dążąc apodyktycznie do dalszego forsowania owego przeświadczenia, tudzież całkowitej eliminacji liturgii "przedsoborowej". Nieprzypadkowo zupełnie pomija się katolicką doktrynę o Eucharystii, poświadczoną poprzez wieki, a szczególnie wnikliwie i normatywnie - z rangą nieomylności - omówioną na Soborze Trydenckim. Innymi słowy: nie da się zaprzeczyć, iż nie ma katolickiego nauczania o sakramencie Eucharystii z pominięciem czy wręcz z zaprzeczeniem tegoż soboru. Ponieważ formalne zaprzeczenie temu nauczaniu oznaczałoby popadnięcie w herezję formalną i tym samym w wykluczenie się ze wspólnoty Kościoła (exkomunika latae sententiae), dlatego operuje się sugestiami, półprawdami i niedopowiedzeniami. Sprzymierzeńcem tej taktyki jest potoczne przeświadczenie, jakoby nauczanie Soboru Trydenckiego było przestarzałe, nieaktualne i unieważnione przez Vaticanum II i papieży po nim, to jest oczywiście nieprawdą, gdyż nieomylne prawdy wiary, w tym dogmatyczne nauczanie Soboru Trydenckiego, nigdy nie tracą swej prawdziwości i obowiązywalności. 

Główny fragment nauczania tego soboru w naszym temacie brzmi (sesja XXII, dekret: Doctrina de sacrificio Missae, źródło tutaj):





W skrócie i uproszczeniu (dla lepszego zrozumienia):

1. Ponieważ kapłaństwo starotestamentalne nie było doskonałe, dlatego Bóg w Swoim miłosierdziu ustanowił kapłana według obrządku Melchizedeka, którym jest Jezus Chrystus, by przez Niego spełnić dzieło uświęcenia (Hbr 7,11; 10,14; Rdz 14,18; Ps 109,4).

2. Jezus Chrystus ofiarował Siebie Bogu Ojcu na ołtarzu krzyża dla naszego zbawienia.

3. By to Jego kapłaństwo nie zanikło wraz z Jego śmiercią, dlatego w nocy, w której był wydany, podczas Ostatniej Wieczerzy pozostawił Swojemu Kościołowi widzialną ofiarę, która uobecnia krwawą ofiarę złożoną na krzyżu. 

4. W tej ofierze Jezus Chrystus pod postaciami chleba i wina ofiarował Ojcu Swoje Ciało i Krew, dał je Apostołom do spożycia, oraz nakazał im sprawować tę ofiarę. 

5. Tak więc po sprawowaniu starej (żydowskiej) paschy, którą Izraelici sprawowali na pamiątkę wyjścia z niewoli egipskiej (Wj 12,1), Pan Jezus ustanowił nową paschę (novum pascha), by kapłani pod widocznymi znakami ją ofiarowali na pamiątkę Jego przejścia z tego świata do Ojca, gdy przez wylanie Swojej krwi odkupił nas i wyzwolił z panowania ciemności i przeniósł do Swego Królestwa (Kol 1,13). 

6. To jest ofiara czysta zapowiedziana przez proroka Malachiasza (Mal 1,11), sprawowana wszędzie, na całym świecie i po wsze czasy.

7. O niej też mówi św. Paweł w Liście do Koryntian (1 Kor 10,21), przeciwstawiając "stół Pański" (mensa Domini) "słołowi demonów" (mensa daemoniorum). 

8. Ta ofiara była zapowiedziana przez wszystkie ofiary religii naturalnych i religii mojżeszowej, oraz jest ich spełnieniem i udoskonaleniem (consummatio et perfectio). 

9. We Mszy św. sprawowana jest boska (pochodząca od Boga) ofiara, w której jest obecny i zostaje bezkrwawo ofiarowany Jezus Chrystus, która Siebie raz na zawsze ofiarował na ołtarzu krzyża. 

10. Kto mówi, że Msza św. nie ofiarowuje Bogu prawdziwej i właściwej ofiary (verum et proprium sacrificium), ten niech będzie wyklęty. 

11. Kto mówi, że kapłani w Sukcesji Apostolskiej nie ofiarowują Ciała i Krwi Chrystusa, ten niech będzie wyklęty. 

12. Kto mówi, że Msza św. jest jedynie pamiątką ofiary krzyżowej, a nie ofiarą przebłagalną, ten niech będzie wyklęty. 

Już to skrótowe zestawienie kluczowych prawd nauczanych przez sobór ukazuje kontrast a nawet sprzeczność względem poglądów i przeświadczeń sporej części (raczej nawet większości) katolików wychowanych na liturgii Novus Ordo, czyli wprowadzonej po Vaticanum II. 

Należy mieć na uwadze kontext historyczny nauczania Soboru Trydenckiego: sobór nie podaje traktatu o Eucharystii, lecz w obronie wiary Kościoła przed herezją protestancką wskazuje na istotne i fundamentalne prawdy. Pomijanie czy wręcz przynamniej pośrednie negowanie tych prawd oznacza w gruncie rzeczy popadnięcie w herezję protestancką, która neguje ofiarny charakter sprawowania Eucharystii. Temu popadnięciu służy faktyczne upodabnianie Mszy św. do uczty paschalnej czy uczty w ogóle, nawet jeśli odbywa się to w powoływaniu się na Ostatnią Wieczerzę. Owszem, nie da się zaprzeczyć, iż Pan Jezus pierwszą Mszę św. sprawował w kontekście Wieczernika oraz uczty paschalnej. Z tego faktu nie wynika jednak w żaden sposób, jakoby Msza św. była swego rodzaju kontynuacją czy nową wersją uczty paschalnej. Według nauczania Kościoła, począwszy od Nowego Testamentu i Ojców Kościoła, ofiary starotestamentalne, w tym także obchody Paschy, były jedynie zapowiedzią i przygotowaniem do ustanowienia jedynej właściwej i doskonałej Ofiary złożonej na Krzyżu w sposób krwawy, a uobecnianej w sposób bezkrwawy we Mszy św. Innymi słowy: istotą Mszy św. nie jest uczta paschalna, lecz Ofiara Krzyżowa. 

Ma to fundamentalne znaczenie dla rozumienia Nowego Testamentu, oraz istoty i znaczenia Kościoła wraz ze wszystkimi sakramentami, czyli środkami zbawienia. Nie przypadkowo wrogość wobec tradycyjnej liturgii katolickiej - oznaczająca właściwie wrogość wobec prawd wiary co do sakramentu Eucharystii - regularnie łączy się z wybujałym ekumaniactwem, począwszy od bratania się z heretykami protestanckimi, poprzez uwydatnianie rzeczywistych czy urojonych wspólnych korzeni z judaizmem i islamem, aż do uczestnictwa w obrzędach pogańskich. Bowiem żadna inna religia nie może się poszczycić kultem tak wzniosłym, czystym i doskonałym jak Ofiara Mszy św., uobecniająca Ofiarę Krzyżową wcielonego Syna Bożego. Ta ofiara przeszkadza i wręcz blokuje ekumenizm polegający na relatywiźmie i pluraliźmie religijnym, a właściwie równoznaczny z apostazją, czyli porzuceniem wiary katolickiej przekazanej przez Apostołów. 

Tym wyraźniej widać, jak ważne, konieczne i niezbędne jest trwanie przy tradycyjnej liturgii Kościoła, mimo kłamliwych, perfidnych i podstępnych zabiegów jej wrogów, którzy nie przypadkowo są równocześnie - choć skrycie - wrogami wiary katolickiej, nawet jeśli sprawują wysokie urzędy w Kościele. 

Czy "Dzienniczek" s. Faustyny zmienia prawdy wiary?

 


Oczywiście ani "Dzienniczek" ani żadne objawienie prywatne, choćby było autentyczne, nie jest w stanie zmienić prawd wiary. Autentyczne, czyli pochodzące od Boga objawienia prywatne jedynie przypominają, uwydatniają i konkretyzują Boże Objawienie i tym samym prawdy wiary katolickiej. Jeśli jakieś rzekome objawienie prywatne wykracza poza te ramy, czy wręcz jest sprzeczne z prawdami wiary, wówczas z całą pewnością nie pochodzi od Boga lecz jest szatańskim mamieniem bądź przynajmniej ludzkim oszustwem. 

Pytanie odnosi się do następującego fragmentu "Dzienniczka":


Ten fragment zawiera szereg niedorzeczności i fałszów teologicznych. Pytający słusznie zwraca uwagę na kwestię odpuszczenia win i kar. Przejdźmy po kolei.

1. W tym dniu otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego...

Te słowa mógł wypowiedzieć tylko ktoś, kto nie zna języka hebrajskiego i greckiego. Bowiem język hebrajski na określenie miłosierdzia posługuje się źródłosłowem rhm (רחם), który oznacza "wnętrzności, łono". Idąc za tym język grecki również mówi o "wnętrznościach" w znaczeniu pierwotnie fizjologicznym (σπλάγχνον). Dlatego w świetle już choćby Pisma św. wyrażenie "wnętrzności miłosierdzia" jest absurdalne i przypisywanie go Panu Jezusowi jest bluźniercze.

2. dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar

Według teologii katolickiej odpuszczenie win i kar następuje wyłącznie w sakramencie Chrztu świętego. Człowiek ochrzczony może dostąpić odpuszczenia win w sakramencie Pokuty, zaś odpuszczenia kar doczesnych w uzyskanym odpuście, którego warunki są określane przez następcę św. Piotra. Zupełne pominięcie tego rozróżnienia świadczy przynajmniej o ignorancji życia Kościoła i teologii katolickiej, a nawet o ich podważaniu. Dopiero Jan Paweł II ustanowił tzw. święto Miłosierdzia Bożego w pierwszą niedzielę po niedzieli Paschy wraz z odpustem zupełnym. Słowa "Dzienniczka" natomiast zupełnie pomijają konieczność ustanowienia odpustu przez papieża. Zresztą samo ustanowienie tego święta oznacza "korektę" tradycyjnej liturgii rzymskiej, która od niepamiętnych czasów świętuje miłosierdzie Boże w drugą niedzielę po niedzieli Paschy (introit Misericordia Domini), co de facto stanowi podważenie prowadzenia Kościoła przez Ducha Świętego poprzez wieki. 

W całej historii Kościoła nie ma - i nie może być - autentycznego objawienia prywatnego, które by negowało czy podważało sakramenty Kościoła, jego liturgię oraz porządek hierarchiczny. To są cechy fałszywych objawień, które z całą pewnością nie pochodzą od Boga. 

3. w dniu tym... 

Ograniczenie obfitości łask miłosierdzia Bożego do danego dnia jest zarówno groteskowe i fałszywe, jak też bluźniercze. Jest sprzeczne już z biblijnym nauczaniem o Bogu, które mówi o powszechnej i niezmierzonej obfitości zmiłowania Bożego. Jedynym "ograniczeniem" dla łask Bożych jest sprzeciw człowieka, czyli brak woli nawrócenia. Nie zależy ono ani od czasu, ani od dnia, ani od miejsca, lecz jedynie od dyspozycji człowieka. Nie przypadkowo każdy wierzący ma możliwość spowiedzi i Komunii św., oraz uzyskania odpustu zupełnego codziennie (oczywiście przy spełnieniu odpowiednich warunków). Wyróżnienie jednego dnia w roku przypomina raczej pogańskie zabobony, a z całą pewnością nie Boże Objawienie i życie Kościoła Chrystusowego. 

4. święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności Moich...

Wystarczy proste pytanie: skoro owo święto zostało "objawione" s. Faustynie dopiero w XX wieku, a pod koniec tegoż wieku oficjalnie ustanowione, to jak to się ma do faktu zakończenia Bożego Objawienia wraz ze śmiercią ostatniego z dwunastu Apostołów? Dlaczego tylko w dniu tego święta i dopiero od "objawienia" (i ustanowienia) tego święta otwarte jest "wnętrze miłosierdzia"? Czyż nie jest to negacja, przynajmniej pośrednia, zakończenia czyli dokonania Bożego Objawienia wraz ze wszystkimi koniecznymi do zbawienia dusz środkami za życia dwunastu Apostołów? Wszak dlatego właśnie Kościół jest apostolski, że nie wykracza poza wiarę Apostołów, którzy byli świadkami życia Zbawiciela aż do Wniebowstąpienia. Mówienie, że takie nowe święto - zresztą sprzeczne z tradycyjną liturgią Kościoła - wyszło z "wnętrzności" Pana Jezusa, zaprzecza dokonaniu pełni Objawienia za życia dwunastu Apostołów i tym samym wierze katolickiej. 

Owszem, w historii Kościoła pojawiło się wiele świąt i nabożeństw zainspirowanych przez autentyczne objawienia prywatne, jak chociażby święto Bożego Ciała i kult Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jednak nigdy nie uzasadniano tych nowości "wypłynięciem" z "wnętrza" Pana Jezusa, lecz rozumiano je jako przykłady prowadzenia Kościoła przez Ducha Świętego, który uwyraźnia i uwydatnia Boże Objawienie - raz na zawsze dane w Jezusie Chrystusie. Innymi słowy: według teologii katolickiej, począwszy od Ojców Kościoła, z wnętrza Pana Jezusa wypłynęły na krzyżu sakramenty Kościoła, które od tego momentu są dostępne całej ludzkości za pośrednictwem Kościoła raz na zawsze. Pan Jezus z całą pewnością niczego nie zatrzymał ze Swego wnętrza aż do XX wieku, gdyż - jak już św. Jan mówi w swoim prologu - "z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali" (J 1). Powiększeniu i rozszerzeniu w ciągu wieków podlega jedynie nasze rozumienie i przyswajanie sobie tejże pełni, które z całą pewnością nie jest ograniczone do jakiegoś jednego dnia w roku. Byłoby to absurdalne także z tego powodu, że od czasów apostolskich, głównym największym świętem Kościoła są święta Paschy, czyli celebracja Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Zbawiciela. Obecnie jednak owo "święto miłosierdzia" de facto przysłania tę celebrację. Poprzez wieki historii Kościoła czasem pokuty i nawrócenia był okres Wielkiego Postu i Męki Pańskiej. Wierny katolik spowiadał się przynajmniej raz w roku zwykle we Wielkim Tygodniu, około Wielkiego Piątku, na pewno przed niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego. Natomiast owe nowe "święto" tydzień później raczej zachęca do okładania spowiedzi i Komunii św. i tym samym do uczestniczenia w celebracji paschalnej bez należytego przygotowania pokutnego. Taki zabieg z całą pewnością nie jest dziełem Ducha Świętego i nie może pochodzić od Boga. 

5. nie zazna ludzkość spokoju...

To zdanie potwierdza bluźnierczy charakter zdań o pochodzeniu nowego święta z "wnętrza" Pana Jezusa, gdyż oznacza, że Pan Jezus zwlekał prawie 20 wieków z udostępnieniem ludzkości Swojego miłosierdzia i to ograniczając tegoż pełnię do jednego dnia w roku. Coś takiego może być wymysłem jedynie wrogów autentycznego Bożego Objawienia i Kościoła Chrystusowego. 

W podsumowaniu oczywiście nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że tego rodzaju fałsze, niedorzeczności i bluźnierstwa mogły w końcu - po dziesięcioleciach słusznych zastrzeżeń i zakazów ze strony Magisterium Kościoła - otrzymać aprobatę a nawet poparcie sprawujących władzę w Kościele. Odpowiedź wymaga przestudiowania przede wszystkim materiałów archiwalnych, które na razie nie są ogólnie dostępne, i tym samym musi poczekać. 

Komu brakuje wyczucia katolickiego?

 


Wskazano mi właśnie na następny popis internetowy x. Szymona Bańki FSSPX. Jest to niestety kolejny szczyt ignorancji, zakłamania i bezczelności. 

Otóż pod enigmatycznym i chwytliwym tytułem "Katoliku, dlaczego jesteś nienormalny" x. Bańka usiłuje usprawiedliwić wydarzenie, które słusznie wzbudziło zgorszenie, oburzenie i sprzeciw u katolików, także u wiernych FSSPX. Chodzi o występ chóru w kaplicy szkoły w Józefowie, konkretnie o jego ustawienie, które - jak widać wyraźnie - odpowiada praktyce protestantów i modernistów, ale nie zasadom Kościoła:




X. Bańka przyznaje się, że to ustawienie jest jego pomysłem. Zamiast przyznać się do skandalicznego błędu i wywołania zgorszenia, próbuje sprawę usprawiedliwić, w sposób typowo dla siebie zakłamany, pokrętny i niekompetentny teologicznie, atakując w sposób perfidny tych, których to wydarzenie uraziło. Posługuje się przy tym prawie pół godzinnym wprowadzeniem o "zmyśle katolickim", powołując się na o. Woronieckiego, który zresztą nie powinien być autorytetem dla tradycyjnego katolika, gdyż był kryptomodernistą związanym z klerykalną subwersyjną mafią charystów, która odegrała (i nadal odgrywa) haniebną, katastrofalną rolę w historii Kościoła w Polsce. 

Oto wywody x. Bańka we właściwym temacie, do którego zmierza:


Odpowiadam:

Nie ma żadnego półkola, lecz chór stoi w szeregu, w którego środku znajduje się dyrygentka chóru, dyrygująca z tego miejsca. Tutaj absurd goni absurd. 

Po pierwsze, dyrygowanie chórem z tego miejsca jest bez sensu, gdyż ta pani nie jest zwrócona ku chórowi (ani chór ku niej), więc ona dyryguje tylko pustymi ławkami, na które zresztą patrzą także chórzyści. 

Po drugie, dyrygentka stoi prawie dokładnie na środku, jak widać wyraźnie. Nawet jeśli nie stoi co do centymetra na wprost tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, to de facto jest odwrócona swoimi pośladkami do niego, co zresztą nie ma żadnego usprawiedliwienia choćby nawet praktycznego, gdyż nie jest to normalna, ani konieczna pozycja dyrygowania chórem. 

Po trzecie, chór śpiewa do pustych ławek i do kamerzysty. Oczywiście głównie do odbiorców przed ekranem komputera, a do tego wcale nie jest konieczne odwrócenie się pośladkami do Najświętszego Sakramentu. 

Po czwarte, wedlug x. Bańka widocznie najważniejsza jest widoczność twarzy i wymachiwania dyrygentki, skoro za tę cenę pozwala tej pani na takie zachowanie. 

Po piąte, szczytem bezczelności - zresztą typowej dla x. Bańki - jest twierdzenie, jakoby zastrzeżenia odnośnie tego pomysłu było przejawem braku "katolickiego zmysłu". To x. Bańka ma obowiązek wykazać zgodność z zasadami Kościoła, co próbuje uczynić w następujący sposób:


Czyli x. Bańka powołuje się na pozycję kapłana oraz ministrantów podczas sprawowania liturgii. Tu wystarczy wiedza na poziomie zdroworozsądkowym, by odróżnić po pierwsze liturgię od występu chóru, a po drugie kapłana i kleryków podczas liturgii od pani w kusej spódniczce bezsensownie wymachującej rączkami do pustych ławek i pośladkami w kierunku Najświętszego Sakramentu. Wygląda na to, że x. Bańka na ludzi za debili, którzy nie są w stanie uchwycić tych różnic. Otwarte pozostaje pytanie, czy on sam je rozumie. 

Wyjaśniam:

- Kapłan podczas liturgii odwraca się tyłem do ołtarza tylko wtedy, gdy w Osobie Pana Jezusa zwraca się ku ludowi. Odwraca się tylko na ten krótki moment, całując przedtem ołtarz, wyrażając swoją osobistą jedność z ofiarą, która jest sprawowania na ołtarzu. 

- Turyfer (kleryk czy ministrant, czyli zastępca kleryka) okadzający lud także wykonuje czynność kultyczną, której źródłem i właściwym podmiotem jest Jezus Chrystus, uświęcający lud i składający go w ofierze. W tym momencie tabernakulum jest zasłonięte przez kapłana, co także ma znaczenie liturgiczne w akcji liturgicznej, której momenty i elementy zawierają różne akcenty. Ten moment oznacza, że uświęcenie i poświęcenie w ofierze spływa na lud od samego Jezusa Chrystusa na ołtarzu, więc ustawienie turyfera w tej czynności ma uzasadnienie teologiczne i liturgiczne. 

Czymś istotnie i zupełnie innym jest koncertowy występ chóru, nawet jeśli wykonuje pieśń religijną. NIE jest to akcja liturgiczna pod żadnym względem. Zwrócenie chóru ku pustym ławkom czy choćby nawet ku publiczności jest bezpodstawne teologicznie i praktycznie, absurdalne, sprzeczne z sensem pieśni modlitewnej, i przejawem całkowitego braku zmysłu wiary i pobożności. Jest wręcz świętokradzkie, gdyż jest zachowaniem traktującym ołtarz jako tło dla koncertu. Nie ma to nic wspólnego ani z modlitwą, ani z prowadzeniem ku modlitwie, skoro sam chór nie jest zwrócony ku ołtarzowi i Najświętszemu Sakramentowi. De facto ta pani w kusej spódniczce wymachująca rączkami do ławek oraz ta nadużywana młodzież przysłaniają sobą ołtarz i Najświętszy Sakrament. W Kościele Chrystusowym nigdy, aż do zapaści liturgiczno-duchowej po Vaticanum II, czegoś takiego nie było. To jest zachowanie na wzór zborów protestanckich, gdzie oczywiście nie ma ani tabernakulum, ani Najświętszego Sakramentu. 

X. Bańka jednak powtarza swoje bełkotliwe mieszanie spraw, czy to z ignorancji teologiczno-liturgicznej, czy z obłudnej zatwardziałości i pychy niechętnej do przyznania się do błędu:


Czyżby po studiach w Zaitzkofen nie był w stanie odróżnić między czynnościami duchownych w liturgii, a występem chóru? Czyżby nie odróżniał aktów kapłana od aktów chóru i to poza liturgią? Co na to jego przełożeni? 

X. Bańka brnie jeszcze bardziej:


Czyli x. Bańka bezczelnie twierdzi, że koncertowe ustawienie chóru jak na estradzie czy w teatrze odpowiada zachowaniu duchownych podczas liturgii. No cóż, nasuwa się pytanie, czy x. Bańka sam siebie słyszy. 

Dodaje jeszcze jeden argument: odwrócenie chóru pośladkami do Najświętszego Sakramentu ma "lepiej podkreślić to, co się tutaj dzieje". Nasuwa się pytanie: co tu się dzieje według x. Bańki? Mówi: "żeby lepiej pokazać śpiew i równocześnie ołtarz". Cóż, to jest wręcz wybitny bełkot, zresztą typowy dla tego człowieka. Od kiedy śpiew jest do pokazania? Czyż nie jest raczej do słuchania? Po co budowano i buduje się empory z tyłu świątyń? Czyż po to, żeby pokazywać chórzystów i dyrygentkę w kusej spódniczce wymachującą rączkami w kierunku ławek? Komu śpiewa chór? Czyż ławkom, czyż dla publiczności? Oj komuś tu wybitnie brakuje już choćby trzeźwego, racjonalnego myślenia, a tym bardziej zdrowego katolickiego wyczucia.

Szyderczy przykład z wychodzeniem tyłem z kościoła jest także kłamliwy i absurdalny. Po pierwsze, nie ma i nigdy nie było zakazu takiego wychodzenia. Po drugie, wychodzenie z kościoła nie jest koncertowaniem i to ze słowami modlitwy. Po trzecie, nikt z osób zgorszonych tym wydarzeniem nie postuluje niczego, co by było niezgodne z powszechnym zwyczajem Kościoła. Takim zwyczajem z całą pewnością nie jest scena, którą x. Bańka próbuje w sposób bełkotliwy i obłudny usprawiedliwić. 

Na koniec pozostaje zwrócić uwagę, że nie jest to pierwszy przypadek tego typu zachowania x. Bańki. Przypomnę o dwóch, o których pisałem wcześniej (tutaj i tutaj):

- X. Bańka twierdził, że ruch abstynencki jest obcy Kościołowi, co świadczy o jego ignorancji co do tradycyjnych podręczników katolickiej teologii moralnej. Mimo zwrócenia uwagi na fałszywość tego twierdzenia, x. Bańka go nie odwołał i nie przeprosił za wprowadzenie w błąd.

- X. Bańka zarzucał mi "nadwrażliwość" w kwestii rozumienia Bóstwa Jezusa Chrystusa, zapowiadając teologiczne obalenie moich zastrzeżeń co do koronki s. Faustyny, oraz atakując mnie ad personam. Tego obalenia nadal nie ma, podobnie jak wycofania się z bezczelnego ataku. 

Nasuwa się prosty wniosek: dla x. Bańki nie prawda jest najważniejsza, lecz własna rzekoma, a zakłamana nieomylność, tudzież biznes na youtube. 

X. Oko a prawda

 


Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic oprócz tego, że zwalcza gender i homosexualizm, co jest oczywiście słuszne. O wiele mniej znane, a właściwie zapomniane jest zaangażowanie x. Oko w promowanie byłego xiędza niemieckiego, apostaty Eugen'a Drewermann'a, który po swojej książce-paszkwilu na stan duchowny w Kościele katolickim (Kleriker, 1989) został pozbawiony nauczania teologii katolickiej i suspendowany, a ostatecznie w 2005 r. wystąpił z Kościoła katolickiego. Akurat jego promował x. Oko w pseudokatolickim Tygodniku Powszechnym:

Z promowania tego człowieka i jego z gruntu antykatolickich poglądów x. Oko nigdy się nie wycofał, nie przeprosił i w żaden sposób nie naprawił. Natomiast znalazł sobie widocznie inną tematykę dla promowania swojej osoby i zdobycia sławy, do czego konieczna była jakby zmiana frontu. Tak więc z propagatora niemieckiego apostaty atakującego katolicką etykę sexualną z celibatem włącznie x. Oko stał się nagle niby pogromcą genderyzmu i mafii homosexualnej w Kościele. 

Poniekąd podziwiam, że jako filozofowi chce mu się od wielu lat zajmować tego typu bagnem jak gender, homosexualizm itp., o którym już nawet normalni nastolatkowie - a jest ich nadal zdecydowana większość - mają dość jasną opinię. Zaś w związku z obecnie głośną sprawą mamy o tyle wspólnych znajomych, że akurat dość dobrze i osobiście znam grono redaktorskie i edytorskie dwumiesięcznika "Theologisches", w którym także publikowałem (por. tutaj), w tym także x. prof. J. Stöhr‘a, który został wraz z nim skazany za to, że jako wydawca dopuścił artykuł x. Oko. 

Po raz pierwszy zwrócono mi uwagę na x. Oko w 2012 r., gdy opublikował swój pierwszy artykuł o "lawendowej mafii". Przyznam, że byłem wtedy dość rozczarowany jego poziomem, gdyż nie dowiedziałem się z niego niczego oprócz tego, co już dawno wiedziałem z wiadomości internetowych. Jeszcze większego rozczarowania doznałem ostatnio po zapoznaniu się z artykułem, który stał się podstawą ukarania x. Oko przez sąd w Kolonii w trybie nakazowym, a to głównie z dwóch powodów:

- po pierwsze, x. Oko znowu nie podaje w nim właściwie nic oprócz znanych od dawna doniesień internetowych i to nawet znacznie mniej, niż można wyczytać w internecie,

- po drugie, podaje także ewidentne nieprawdy, mam nadzieję, że z niechlujstwa w zapoznawaniu się z materiałem, którego używa, a nie z chęci fałszowania faktów. 

Najpierw muszę skorygować ewidentne kłamstwo, które x. Oko tym razem na pewno świadomie i z premedytacją głosi. Otóż rozpętał burzę wokół swojej osoby, wzywając wręcz do pospolitego ruszenia w swojej obronie z powodu skazania go za rzekomo naukowy artykuł: 


Już nawet mniejsza z tym, że ten artykuł - będący fragmentem szeroko reklamowanej, a równie słabej merytorycznie i zawierającej kłamstwa książki pt. Lawendowa mafia - ma charakter najwyżej publicystyczny i nie ma nic wspólnego z naukowością, gdyż poznanie naukowe jest poznaniem przyczynowym, podczas gdy x. Oko jedynie referuje wiadomości internetowe, a to przekręcając je i wkręcając ewidentne kłamstwa. Ważniejsze jest to, że okłamuje publiczność co do tego, za co został skazany. Bowiem w rzeczywistości wyrok nie odnosi się ani do całego artykułu, ani do jego opinii w kwestii homosexualizmu czy tzw. lawendowej mafii, lecz do użycia takich określeń jak "wrzód rakowy", "plaga homosexualna", "przerzuty rakowe". Można to łatwo sprawdzić, zapoznając się z oskarżeniem ze strony x. W. Rothe: 


Jak podaje oficjalna strona Niemieckiej Konferencji Biskupów, x. Oko został skazany na podstawie artykułu 130 niemieckiego kodexu karnego, który mówi o podżeganiu do nienawiści oraz atakowaniu godności ludzkiej odnośnie do grup narodowościowych, rasowych, religijnych, etnicznych czy innej części ludności przez obraźliwe, pogardliwe określenia bądź oszczerstwa:


Nie ulega więc wątpliwości, że wyrok po pierwsze nie odnosi się do poglądów x. Oko w kwestii homosexualizmu, oraz po drugie jest prawnie zasadny w świetle przepisów prawa i czynu zarzucanego. 

X. Oko natomiast próbuje te wyrażenia usprawiedliwić, wskazując na określenia użyte przez Pana Jezusa, a skierowane do faryzeuszy: 


Pomija jednak istotny fakt, że po pierwsze Pan Jezus kierował te słowa bezpośrednio do konkretnych osób, których one dotyczyły, a po drugie nie pisał artykułu rzekomo naukowego. Ponadto: czyżby według x. Oko Katechizm Kościoła Katolickiego, wzywający do poszanowania godności ludzkiej osób homosexualnych był w sprzeczności z nauczaniem i przykładem Pana Jezusa?


Jako człowiek jako tako inteligentny x. Oko mógł przewidzieć konsekwencje użycia pogardliwych i obraźliwych określeń, które ani nie są konieczne do wyrażenia swoich poglądów i oburzenia wobec przestępców, ani nie licują z poziomem choćby publicystycznym w ich wyrażaniu. Nota bene: gdyby użył takich wyrażeń w odniesieniu do pewnej szczególnie chronionej nacji czy pewnej pochodzącej od pewnego beduina religii, to by zapewne dostał o wiele wyższy wyrok sądowy plus kary kościelne. Dlaczego więc widocznie z premedytacją spowodował powstałą sytuację? O tym wypowiem się jeszcze na koniec. 

Przy okazji warto mieć na uwadze, że opinia x. Oko o Kościele w Niemczech jest także o tyle interesująca, że on sam przez wiele lat spędzał (może nawet nadal spędza) wakacje w posłudze na skrajnie modernistycznej parafii w Monachium (za dość solidne honorarium) i to nawet w tej samej dzielnicy (Neuperlach), gdzie posługuje x. Rothe. Czyżby x. Oko nie odważył się głosić tej samej opinii w Monachium? A jeśli się odważył - co jest bardzo mało prawdopodobne - to dlaczego nikt go nie oskarżył i nie ukarał? Czyż nie byłoby właściwe wpierw upomnieć tam na miejscu? Dlaczego tego widocznie nigdy nie uczynił?

Pomieszaniem prawdy i fałszu, co świadczy przynajmniej o niechlujstwie faktograficznym, jest opowiadanie o x. Rothe:


Fakty są następujące (opieram się głównie na komunikatach prasowych wizytatora apostolskiego bpa Klausa Küng‘a i innych materiałach zamieszczonych na blogu jego sekretarza, x. Alexandra Pytlik‘a, zresztą mojego współbrata seminaryjnego, oraz na materiałach prasowych dostępnych w internecie jak tutaj): 

X. Wolfang Rothe, pochodzący z Niemiec i będący wpierw członkiem zakonu franciszkanów, następnie zakonu Servi Jesu et Mariae, został przyjęty do austriackiej diecezji St. Pölten, zdobywszy zaufanie tamtejszego biskupa Kurt‘a Krenn‘a, zresztą zaprzyjaźnionego z polskim kardynałem Marianem Jaworskim jako kolegą po fachu filozofii oraz w poglądach teologiczno-kościelnych. Zresztą także x. Oko zawdzięcza swoją karierę naukową kardynałowi Jaworskiemu. Osobiście poznałem x. bpa Krenn'a w czasie, gdy był biskupem pomocniczym we Wiedniu. Poznałem go jako człowieka o wybitnej kulturze osobistej i teologicznej, wiernego Kościołowi i wielkiego serca. Pisałem już o nim w osobnym wpisie (por. tutaj). Wielką sympatią i zaufaniem darzył Polaków. Jego dobroć zawierała jednak także sporą dozę naiwności, co zostało wykorzystane m. in. przez takich ludzi jak x. Rothe, który jest osobą dość inteligentną i przebiegłą. Biskup Krenn, mianowany w 1987 r. biskupem pomocniczym we Wiedniu, należał - obok kardynała Hans'a Hermann'a Groër‘a -  do pierwszych nominacyj wojtyliańskich w Austrii, po erze liberalno-lewackiego kardynała Franz'a König‘a. Te nominacje oczywiście napotkały na sprzeciw a nawet bunt ludzi poprzedniej ery, którzy mieli swoich kandydatów i chcieli ich umieścić na kluczowych stanowiskach. Mieli w tym poparcie lewackich polityków i mediów. Nie trudno się domyśleć, że podjęto też działania dywersyjne. Znam kilka przypadków zarówno xięży jak też kandydatów do seminariów głównie z Niemiec, którzy z czasem okazali się czy to osobami typu x. Rothe czy ogólnie kretami, a dopiero po latach ujawnili swoje prawdziwe, antykatolickie poglądy, choć wpierw udawali nastawienie konserwatywno-katolickie. To jest istotne dla zrozumienia całej sprawy, co x. Oko zupełnie pomija, nie zadając sobie trudu rzetelniejszego zbadania sprawy. 

Otóż biskup Krenn wpierw przez ponad 10 lat utrzymywał kadrę seminarium, którą odziedziczył po swoim poprzedniku, a która go dość otwarcie zwalczała, bo nie był z klucza ery modernistycznego kardynała König‘a. W końcu zdecydował się na zmianę kadry, by zapewnić swoim seminarzystom bardziej katolicką formację. Tu niestety - w swojej dobroduszności - popełnił błąd, powierzając funkcję wicerektora x. Rothe, który wówczas oczywiście udawał całkiem katolicko-konserwatywne poglądy. Na wieść o zmianie w seminarium napłynęło sporo kandydatów, głównie z Niemiec i także z Polski (byli to przeważnie kandydaci wydaleni z seminariów polskich). Wśród nich był Ślązak wychowany w Niemczech, Remigius Rabiega (więcej o nim tutaj), który wraz z x. Rothe stał się główną postacią skandalu w seminarium. Otóż w 2003 r. w ramach serwisowego skanowania antywirusowego odkryto w systemie komputerowym tysiące zdjęć z homopornografią. To był początek skandalu. W wyniku czynności policyjnych ustalono, kto je ściągał z internetu. Winny został skazany. Rabiega, obecnie otwarcie wyznający homosexualista, opowiadał o "klikach homosexualnych" w seminarium z udziałem przełożonych, co zresztą potem odwołał, mówiąc, że nigdy nie był świadkiem czynności homosexualnych. Istotnym stało się także zdjęcie, na którym widać x. Rothe w sytuacji pocałunku z jednym z seminarzystów (akurat Polakiem). X. Rothe potem tłumaczył, że miało to miejsce podczas spotkania bożonarodzeniowego ze składaniem życzeń, oraz zaprzeczył, jakoby to był pocałunek erotyczny. W obecnym stanie rzeczy, gdy x. Rothe otwarcie wyznaje swoje prawdziwe poglądy, to tłumaczenie jest mało wiarygodne, zaś zdarzenie obciąża go jako ówczesnego przełożonego. Skoro dochodziło do takich przynajmniej podejrzanych sytuacyj, to w jakim celu zostały zaaranżowane i utrwalone fotograficznie? To jest oczywiście pytanie retoryczne. 

Tym samym wiedza o wydarzeniach seminarium w St. Pölten opiera się na opowiadaniach dwóch obecnie wyznających homosexualistów: x. Rothe i ex-seminarzysty. Tę wiedzę x. Oko nie tylko traktuje jako absolutnie wiarygodną, lecz ją rozbudowuje i przekręca. Czy tak postępuje już nie tylko naukowiec, lecz choćby poważny i odpowiedzialny za swoje słowa publicysta?

Ciekawe jest, że x. Oko nie rozwija wątku głośnych ostatnio skandali w Polsce. Dlaczego nie zajmie się wnikliwiej sprawami z polskiego podwórka? Czyż nie należałoby od tego zacząć, gdyż te sprawy bezpośrednio dotyczą Kościoła w Polsce, więc x. Oko powinien mieć bezpośredni dostęp do świadków i źródeł? Natomiast wielokrotnie i obszernie mówi o nazwiskach, które stały się głośne za pontyfikatu Franciszka:





Wszystkie cztery przypadki zostały nagłośnione dopiero za Franciszka, w pierwszym (McCarrick) i ostatnim (Ricca) kariera zaczęła się już za pontyfikatu Jana Pawła II. Łączy je natomiast wyraźne i jednoznaczne popieranie przez Franciszka, zakończone dopiero pod naciskiem medialnym, oprócz przypadku prałata Battista Ricca, który nadal sprawuje wszystkie urzędy, ciesząc się ochroną Franciszka i jego otoczenia (więcej tutaj). Tak więc - delikatnie mówiąc - groteskowe są podejmowane przez x. Oko próby wytłumaczenia sytuacji tym, że Franciszek jest okłamywany:



Czyż Franciszek i jego otoczenie nie czytają doniesień prasowych dotyczących jednego z najbliższych jego współpracowników? Czyż puste teczki mogą być usprawiedliwieniem dla zaniechania jakiegokolwiek dochodzenia - jak chociażby przesłuchania świadków - w sprawie tak poważnych oskarżeń? Jakże x. Oko może uzasadniać brak dochodzenia w sprawie x. Ricca tym, że papież jest okłamywany? 

(więcej tutaj)

Czyżby x. Oko miał ludzi za debilów, skoro serwuje coś takiego, zwłaszcza wobec stałego i ewidentnego popierania przez Franciszka aktywisty homosexualnego, jezuity James'a Martina? Gdzie jest naukowa dociekliwość x. Oko, czy choćby nawet intelektualna uczciwość publicysty?

(więcej tutaj)

Dowodem na prawdziwe nastawienie Franciszka jest także przyjęcie na prywatnej audiencji słynnej holenderskiej aktywistki proaborcyjnej i pro-LGBT, oraz przyznanie jej prestiżowego orderu św. Grzegorza Wielkiego (więcej tutaj):


Innym jaskrawym przykładem przynajmniej niechlujstwa x. Oko - o ile nie świadomego kłamania - jest rzucanie za jednym zamachem nazwisk następujących kardynałów: McCarrick, Groër i O'Brien. 



Pomieszanie spraw zupełnie różnych pod względem chronologicznym jak też merytorycznym świadczy albo o elementarnej ignorancji w temacie, albo o wręcz karygodnym niechlujstwie choćby nawet publicystycznym, albo o zamierzonym fałszowaniu faktów na doraźny użytek (albo też o wszystkim na raz). Otóż podczas gdy McCarrick został przez Benedykta XVI uznany za winnego, natomiast przez Franciszka wpierw przywrócony i ostentacyjnie obdarzany zaufaniem, a w końcu jednak pozbawiony godności kardynalskiej i przeniesiony do stanu świeckiego, to O'Brien (zmarły w 2018 r.) sam zrezygnował z godności kardynalskiej, a kardynał Hans Hermann Groër z Wiednia (zmarły w 2003 r.) nie został w żaden sposób ukarany, choć było prowadzone dochodzenie ze strony konferencji biskupów, zresztą bezprawne, gdyż jedynie Stolica Apostolska jest kompetentna w sprawach kardynałów. Jest też charakterystyczne, że oskarżenie wobec niego o molestowanie sexualne jednego z uczniów w katolickim gimnazjum, w którym nauczał przez dziesięciolecia, pojawiło się dopiero po osiągnięciu przez niego wieku emerytalnego i nie zostało potwierdzone w żaden sposób nawet przez nikogo spośród jego wewnątrzkościelnych wrogów, w tym przez jego poprzednika na stolicy arcybiskupiej (pisałem już o tym tutaj). Tak więc mówienie o nim jako o "zbrodniarzu" jest kolejnym przykładem haniebnego poziomu intelektualnego i moralnego wystąpień x. Oko. 

Jakie wnioski się nasuwają? Skąd się bierze takie a nie inne zaangażowanie x. Oko w sprawie dość oczywistej, ważnej i wymagającej rzeczywiście trzeźwego i wnikliwego podejścia? W co gra x. Oko? Przyjrzyjmy się uważnie jego słowom. 


No nieźle. Porównuje siebie do św. Piotra Damiani, "przyjaciela kilku papieży", którego dzieła nie potrafi nawet poprawnie podać (to nie "mury Gomory", lecz Liber Gomorrhianus, czyli "księga gomoriańska"), a swój niechlujny zlepek wiadomości internetowych uważa za wiekopomne dzieło... Cóż. Dobrego samopoczucia x. Oko nie brakuje. Tak dobrego, że podaje publiczności jedynie słuszną ocenę swego arcydzieła.

Co więcej, porównuje siebie do Pana Jezusa i Sokratesa, co jest więcej niż groteskowe:


Czyż to nie jest narcystyczna megalomania typowa dla osobowości niedojrzałych (do których należą także osobowości homosexualne)? 

X. Oko nie omieszkuje podać także swoją receptę na dany problem:


Rzeczywiście, to jest bardzo logiczne rozwiązanie: skoro od 2005 r. - a właściwie w całej Tradycji Kościoła - jest zakaz przyjmowania do seminariów i udzielania święceń homosexualistom, to należy wydać "logiczny" zakaz udzielania im święceń biskupich. Przecież to jest wręcz genialnie logiczne. Trzeba być x. profesorem Oko z podwójnym doktoratem, żeby wpaść na taki pomysł...

Drugi genialny środek zaradczy to mówienie nuncjuszom, że nie chcemy mieć biskupów homosexualistów. Bo nuncjusze tego oczywiście nie wiedzą i nigdy by się tego nie domyślili. To jest oczywiście również genialne... 

Za te dwa cudowne środki x. Oko powinien zostać natychmiast mianowany przynajmniej kardynałem, czego przezornie zazdrości swojemu adwersarzowi x. Rothe...


Podsumowując:

Jak najbardziej należy docenić gorliwość x. Oko w słusznej sprawie zwalczania sitwy homosexualnej w Kościele. Jak już zaznaczyłem na wstępie, podziwiam wytrwałość w kilkunastoletnim zajmowaniu się tym bagnem, choć bez konkretnych wniosków i rezultatów. Pozostaje jednak pytanie: jak faktyczne zaangażowanie x. Oko ma się do celu, jaki sobie oficjalnie stawia i prezentuje? Moim skromnym zdaniem, jego działalność raczej kompromituje sprawę niż jej służy. Skoro bowiem profesor filozofii po kilkunastu latach zajmowania się tym tematem nie jest w stanie przedstawić ani choćby spójnej, pogłębionej analizy problemu, a prezentuje jedynie coś, co nie wykracza poza wieści internetowe i to w znacznej części przez niego przekręcone i zafałszowane, to albo sprawa go przerasta, albo on tylko udaje, że się do niej przykłada, a w rzeczywistości chodzi mu o coś innego. Nie dziwi więc, że groteskowe są również jego recepty, nie wychodzące poza poziom budki z piwem. W sumie przeciwnikom x. Oko należałoby właściwie pogratulować, że akurat z takim pogromcą mają do czynienia. Dlatego właśnie x. Rothe i jemu podobni mogą sobie spokojnie chichotać popijając whisky na widok gromów rzucanych przez x. Profesora z Krakówka...

Co jeszcze ważniejsze: Czy x. Oko zdemaskował choćby jeden jedyny przypadek nadużyć sexualnych w Kościele? Czyż uratował kogokolwiek przed sexualnym skrzywdzeniem przez jakiegoś przedstawiciela hierarchii? Czyż doprowadził do ukarania kogokolwiek za popełnione przestępstwa homosexualne? Wszak chwali się, że zgłaszają się do niego ludzie, jak też policja i służby. Czegóż więc dokonał choćby dla jednej tylko osoby konkretnie? Nic o tym nie wiadomo, on sam też niczego takiego nie podaje, równocześnie stawiając się w roli wybawiciela Kościoła od plagi homosexualizmu. 

Dla jasności: nawet jeśli książka jedynie budzi świadomość i uwrażliwia na realny problem homosexualistów w szeregach duchowieństwa, to ma wartość i jest potrzebna. Jednak problem jest w tym, jak x. Oko to robi, mianowicie wybitnie niechlujnie, fałszywie i dość wyraźnie raczej dla własnej chwały i popularności niż dla rzeczywistego uzdrowienia sytuacji w Kościele. 

Polecam natomiast działalność świeckiego katolika w tej dziedzinie, Sebastiana Karczewskiego, który solidnie bada i prezentuje fakty (więcej np. tutaj). Tym bardziej skandaliczne jest postępowanie x. Oko oraz promowanie go przez kręgi niby konserwatywno-katolickie. 

Na koniec, żeby nie było, że tylko krytykuję i wybrzydzam, oto moje rady na dany problem:

1. Należy zacząć od przyczyn problemu. Zakładając, że przyczyną nie są geny, lecz że chodzi o zaburzenie nerwicowo-osobowościowe, należy takich osobowości po pierwsze nie wpuszczać do seminariów duchownych i zakonów. Tutaj jest oczywiście problem diagnozy. O ile dość łatwo jest ukryć skłonność homosexualną oraz jej praktykowanie, to trudno jest zafałszować osobowość, zwłaszcza w tradycyjnej formacji seminaryjnej, która jest wprawdzie zamknięta na zewnątrz (i tym samym quasi tajemnicza), jednak takie "laboratoryjne" warunki sprzyjają poznaniu osobowości. Otóż środowisko czysto męskie łatwiej i trafniej wyłapuje osobowości homosexualne niż instytucje koedukacyjne, oczywiście tylko wtedy, gdy jest wola odgórna, czyli ze strony przełożonych. Główne cechy osobowości homosexualnej to narcyzm oraz skoncentrowanie na zmysłowości i subiektywności. Są to cechy charakterystyczne dla modernizmu, w tym także dla liturgii Novus Ordo. Nie jest przypadkiem, że explozja homosexualizmu wśród duchowieństwa nastąpiła właśnie wraz z reformami modernistycznymi. Oczywiście sam powrót do liturgii tradycyjnej nie wystarczy, aczkolwiek jej obiektywizm jako szkoły pokory kapłańskiej jest szczególnym środkiem zarówno przesiewu powołań jak też stałej formacji kapłańskiej. Należy pamiętać, że wszystkie nadużycia sexualne są w gruncie rzeczy nadużyciami władzy, autorytetu i zaufania, co bezpośrednio się wiąże z samymi reformami po Vaticanum II, aczkolwiek może mieć i de facto ma miejsce także w środowiskach powierzchownie tradycyjnych, gdy są skażone wspomnianymi powyżej cechami modernizmu. 

2. Należy dołożyć starań w nauczaniu zdrowej, rdzennej katolickiej teologii moralnej. To ona musi być podstawą kształcenia umysłów przyszłych i już obecnych duchownych. Jak mawiał jeden z moich wychowawców w seminarium: leczenie należy zacząć od głowy, czyli od jasnego i prawidłowego myślenia. A z tym jest problem coraz większy także w Polsce, czego dowodem jest nieskrępowania działalność i popularność takiego gorszyciela w habicie jak kapucyn Ksawery Knotz (więcej tutaj), a niestety także bełkotliwe i częściowo nawet zakłamane występy i publikacje x. Oko. O. Knotz rozmiękcza pozornie jedynie kwestie antykoncepcji i sexu oralnego. Należy jednak mieć na uwadze, że moralność stanowi całość, a zniszczenie w jednym miejscu powoduje zapaść całości. Natomiast wypowiedzi x. Oko - przez niechlujstwo oraz pomieszanie prawdy z fałszem - ośmieszają katolickie stanowisko w sprawie. Nad nauczaniem teologii sprawuje pieczę biskup miejsca i ostatecznie rzymska Kongregacja Wychowania Katolickiego. Jeśli te dwie instancje zaniedbują wypełnianie swoich obowiązków, to pozostaje już tylko walka o prawdę u podstaw i ewentualnie w łączeniu sił na poziomie zwykłych kapłanów i świeckich, chociażby przez regularną katechezę dla dorosłych. 

3. Należy wzmocnić życie duchowe oraz dyscyplinę wśród duchowieństwa. Tylko odpowiednie dla stanu autentyczne życie duchowe w znaczeniu katolickim, co oznacza także odpowiednią dyscyplinę wewnętrzną i zewnętrzną, stanowi skuteczną zaporę przed fałszywą mentalnością "wspólnotową", a właściwie sekciarską, która ukrywa grzechy nawet najgorsze własnej grupy społecznej oraz chroni przed słusznymi karami. Starokawalerskie zabawy, zwykle powiązane z pijaństwem itp., zaczynają się już w seminariach i są w stanie zdemoralizować i upodlić nawet szlachetne, a jeszcze nie ugruntowane i niedojrzałe charaktery. Kliki powstałe w seminariach mogą trwać długo, nawet przez całe życie kapłańskie, i być nośnikami patologij zasianych przez starsze pokolenie. 

4. Potrzebna jest także czujność wiernych świeckich w imię właściwej troski o kapłanów. Nie chodzi o podejrzliwość czy szpiclowanie, co o wiele łatwiej przychodzi niż autentyczna troska w duchu wiary i miłości bliźniego. Chodzi o życzliwość ludzką wraz z szacunkiem dla godności kapłańskiej. Kapłan także jest człowiekiem i odzywają się w nim potrzeby zwykłe ludzkie, jak potrzeba bliskości emocjonalnej i zmysłowej, która może być furtką dla uwodzicieli i deprawacji. Rozwijanie i umacnianie duchowego ojcostwa kapłana jest najważniejszą bronią i pomocą w rozwoju osobowości dojrzałej i odpowiedzialnej za zbawienie dusz. Do seminariów idą zasadniczo młodzieńcy z gruntu szlachetni i tę szlachetność powinni mieć w sobie tym bardziej - a nie mniej - po święceniach. Życie po święceniach jest podobne do życia w małżeństwie. Jak małżonkowie kształtują siebie nawzajem, tzn. albo pomagają sobie w dojrzewaniu miłości, albo niszczą siebie nawzajem, tak jest też w życiu kapłana: plebania i parafia powinne pomóc w dojrzewaniu ojcostwa duchowego, lecz niestety mogą mieć także wpływ destrukcyjny i demoralizujący. Tutaj każdy może i powinien być czujny. A upominać należy najpierw w cztery oczy, dopiero na końcu wobec władzy kościelnej. Nie chodzi tutaj o ewidentne przestępstwa homo- czy heterosexualne. Chodzi o ogólną postawę danej osoby. Zachowanie w sferze sexualnej jest zawsze jedynie szczególnym przypadkiem ogólnego zachowania i ostatecznie postawy wewnętrznej. Dlatego wiernym powinno przede wszystkim zależeć na tym, by ich duszpasterz był człowiekiem modlitwy, człowiekiem duchowym, a nie kumplem, towarzyszem czy przyjacielem. To oczywiście wymaga gotowości odciążenia go w tym, co jest dziedziną bardziej świecką. 

Tutaj nieco rozwinięte:


Na koniec: przy wszystkich staraniach o dobrych i świętych kapłanów należy pamiętać, że grzech od Adama i Ewy był i aż do skończenia świata zawsze będzie obecny także w Kościele. Nie chodzi o pobłażliwość dla grzechu, lecz o wyzwalanie z niego poszczególnego człowieka (homosexualizm można i trzeba leczyć), nawet jeśli nie można go całkiem wykorzenić z rzeczywistości ziemskiej. Tylko realizm daje światło i siły do autentycznego zaangażowania. Noli aumulari in malignantibus, neque zelaveris facientibus iniquitatem - tak upomina Duch Święty słowami psalmisty (Ps 37, 1) w brewiarzu oraz w Introitus formularza o świętych wyznawcach: