Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy można ofiarować Panu Bogu bóstwo? (z uzupełnieniem)


Pytanie dotyczy dwóch zasadniczych kwestij teologicznych:

1. pojęcia ofiarowania, czyli ofiary kultowej, w świetle zwłaszcza Bożego Objawienia,
2. wyrażenia "ciało i krew, dusza i bóstwo" Jezusa Chrystusa, czyli tematyki chrystologicznej i sakramentologicznej.

W świetle zarówno religioznawstwa jak też Bożego Objawienia przekazanego w Piśmie św. i Tradycji Kościoła jest zupełnie jasne, że w ofierze kultowej składana jest rzecz stworzona, która wyraża czy to postawę duchową oddania czci istocie czczonej, czy też zastępczo nawet samą osobę oddającą cześć istocie, do której skierowana jest ofiara. Przedmiot czy rzecz ofiarowywana ulega zniszczeniu względnie unicestwieniu, czy to w sposób rytualny (np. spalenie, spożycie) czy naturalny (pozostawienie na pożarcie dzikim zwierzętom czy na rozkład w procesie fizykalno-chemicznym). Innymi słowy: to, co jest ofiarowywane kultycznie, ulega przemianie, czego wyrazem jest zniszczenie. 

Z niezliczonych dowodów z powszechnego nauczania Kościoła można przytoczyć chociażby słowa słynnego teologa-jezuity, uważanego za pierwszego neotomistę polskiego, x. Mariana Morawskiego (źródło tutaj):

"Ofiara, najmilsi bracia, jest wyniszczeniem. Dosyć spojrzeć pobieżnie przez wszystkie wieki na dzieje ludzkości. U wszystkich narodów, we wszystkich religiach ukazuje nam się obrządek nad wszystkie inne górujący jako główny czyn religii społeczeństwa, polegający zawsze na jakimś zniszczeniu, zabijaniu bydląt, pa­leniu kadzideł, lub czymś podobnym. Ma się rozumieć, nie każde zniszczenie jest ofiarą, ale tylko takie, które się czyni na cześć Boga, w imieniu ludu, aby uznać najwyższe Jego panowanie nad wszelkim stworzeniem i ubłagać Go ludziom. Stąd to gdy w przenośnym znaczeniu dajemy nazwę ofiary naszym prywatnym spra­wom lub nawet wnętrznym aktom, tylko takie uczynki ofiarami zowiemy, które są trudne, bolesne, słowem, które są jakimś choć częściowym wyniszczeniem samego siebie, z utratą rzeczy nam drogiej, z przytłumieniem uczuć serca, w szlachetnym celu tj. dla czci Bożej lub dobra bliźniego. Ale tu mowa o ofierze w ścisłym znaczeniu, tj. o zniszczeniu rzeczy widomej, przez kapłana przed­stawiciela ludu, na cześć Boską wykonywanym. Takie ofiary miał stary zakon, ale to były tylko figury; takie ofiary miało pogaństwo, ale to były świętokradztwa.

U nas chrześcijan, najmilsi, u nas tylko jest jedyna prawdzi­wa ofiara, Bogu nieskończoną cześć a ludziom wszelkie zbawienie przynosząca. Tą ofiarą, jak wiemy, jest śmierć krzyżowa Syna Bożego, w której ofiarnikiem i ofiarą jest sam Bóg-człowiek, a ofiarowaniem śmierć dobrowolnie podjęta. Ta ofiara gdy się raz spełniła, stało się zadosyć najobfitszej sprawiedliwości Bożej za niezliczone świata przestępki – ale miłości, najmilsi bracia, nie stało się zadosyć. Serce Jezusa żądało, aby ta sama ofiara, w oczach każdego z nas, nie raz lecz co dzień na każdym miejscu się powtarzała, co jest najcelniejszym miłości czynem i dowodem. I istotnie, co dzień po całym świecie powtarza się, raczej odtwarza się ofiara krzyżowa, już nie krwawa, jak na krzyżu, bo już okup grzesznego świata wypłacony, bo już Bóg przebłagany – ale niekrwawa, jak przystoi zakonowi łaski, i miłością samą gorejąca, czysta, święta, nieskończenie drogocenna: tak iż Bóg pięknością i wonnością jej niejako zachwycony, odrzuca wszystkie inne ofiary: "Nie mam chęci do was – mówi Pan Zastępów do starozakonnych ofiarników przez usta Malachiasza proroka – i daru nie przyjmę z ręki waszej: bo od wschodu słońca aż do zachodu wielkie jest imię moje między narody, a na każdym miejscu poświęcają i ofiarują imieniowi memu ofiarę czystą, bo wielkie jest imię moje między narody" (Malach. 1, 10-11).

Ale jeśli w tajemnicy Ołtarza jest prawdziwa ofiara, musi też być prawdziwe i rzeczywiste wyniszczenie. Lecz jakimże sposobem Chrystus, który, jak mówi Pismo, raz "zmartwychpowstawszy już więcej nie umiera" (Rzym. 6, 9), jakimże, mówię, sposobem wyniszczać się może w ofierze Mszy św.? Ach! Jakim sposobem Jezus wyniszcza się na ołtarzu?! Spojrzyjmy na ołtarz, najmilsi, na tę drobną hostię – jeżeli mamy iskierkę wiary w du­szy i iskierkę miłości w sercu – a jużeśmy zrozumieli. Oto ka­płan, widomy namiestnik prawdziwego wielkiego Kapłana naszego, wymówił słowa sakramentalne, i tymi słowy, gdyby mieczem ofiarniczym, jak mówią Święci Ojcowie, ofiarę żywą wprawił w stan wyniszczenia, do śmierci zgoła podobny, bliski stanowi ofiary zabitej. Patrzmy tylko – oto Król królów i Pan panujących, Sędzia żywych i umarłych, słońce miasta niebieskiego, rzeczywiście leży na ołtarzu, jak ofiara zabita, w postaci rzeczy martwej, w postaci pokarmu! Podobnie jak baranek ofiarny zabitym być musiał, zanim go pożywali, którzy w ofierze uczestnictwo mieli, tak samo i nasz niepokalany Baranek, mieczem słów sa­kramentalnych dosiągniony, składa wszelkie a wszelkie ślady życia, przybiera postać istoty martwej, aby tak móc być pożywanym od uczestników tej świętej ofiary. Nie tylko więc mistycznie, w po­dobieństwie, bywa zabitym, lecz rzeczywiście, o ile to stan po­karmu wymaga, wyniszczonym zostaje. Jest więc św. ofiara nasza na ołtarzu żywą, razem i zabitą; wszystkie członki ma w najświętszej Hostii, a nie rusza się i żadnego znaku życia nie obja­wia; rozlane są wdzięki na ustach Jego (Ps. 44, 3) – jak mówi Psalm – a głosu żadnego nie wydaje. Najpiękniejszy urodą między synami ludzkimi, ma kształt okruszyny chleba! Jeszcze więcej powiem: tak zupełnie jest śladów życia wyzuty, że każdy może Go dowoli brać, przenosić, miotać, czynić z Nim co tylko się podoba, używać Go nawet do niegodziwych, bezbożnych i świętokradzkich celów – i w samej rzeczy niestety piekło nauczyło ludzi nadużywać w taki sposób tego cudu miłości. Ach! nie jestże to, najmilsi, prawdziwe wyniszczenie, zdumiewający stan śmierci, przedziwna ofiara? Tak jest, w istocie, bo to jest ofiara właściwa miłości, ofiara Serca Jezusowego, a miłość, jak dobrze mówią, jest przemyślna, wymysły serca są zawsze przedziwne, a najprzedziwniejszym wymysłem najmiłościwszego Serca jest właśnie ten, że będąc nieśmiertelnym, znalazł sposób co dzień za nas umierać i w tym stanie ofiary zabitej na ołtarzach naszych trwać wiekuiście, i co dzień, jak zechcemy, od nas być pożywanym."


Drugą kwestię rozpatrzmy najpierw osobno, czyli niezależnie od idei ofiarowania. Otóż sama w sobie wzięta, jest to formuła określająca Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii (podawana we wielu dokumentach Kościoła). Są to dogmatyczne składniki Osoby Jezusa Chrystusa, wyrażające Jego pełną istotową Obecność: "ciało, krew i dusza" odpowiadają Boskiemu Człowieczeństwu, "bóstwo" jest odpowiednikiem Boskiej Natury Syna Bożego, który jest współistotny Ojcu (consubstantialis, ομοουσιος).

Przejdźmy teraz do formuły jako całości. Jest oczywiste, że należy ją rozumieć w sensie eucharystycznym. Cały Chrystus, zarówno jako Syn Boży jak też jako prawdziwy Człowiek, złożył Siebie Ojcu w ofierze na Krzyżu. Było to możliwe dzięki jedności Osoby, która od momentu Wcielenia zawiera także osobowość ludzką (krew, ciało i duszę). Celem Wcielenia było właśnie dokonanie jedynej i niepowtarzalnej, doskonałej Ofiary, która wypełnia i nieskończenie przewyższa wszystkie i wszelkie ofiary Starego Przymierza (mówi o tym dobitnie List do Hebrajczyków). Dlatego właśnie Syn Boży stał się Człowiekiem: On złożył swoje Człowieczeństwo w ofierze na krzyżu. Uczynił to jako Bóg-Człowiek, Syn Boży i syn Maryi Dziewicy, ale nie ofiarował Swego bóstwa lecz Swoje człowiecze życie, Swoje Człowieczeństwo (ciało, krew i duszę), gdyż tylko ono według naturalnych właściwości natury ludzkiej było śmiertelne (a po Zmartwychwstaniu jest nieśmiertelne).

Tak więc teologicznie poprawnie mówimy o Obecności "ciała i krwi, duszy i bóstwa" Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jednak niepoprawne - a właściwie heretyckie - jest mówienie o ofiarowaniu "ciała i krwi, duszy i bóstwa" Jezusa Chrystusa. Powiedzmy jeszcze raz, z prostego powodu: ponieważ sam Jezus Chrystus nie ofiarował, tzn. ani nie zniszczył, ani nie unicestwił, ani nie przemienił Swojego Bóstwa na krzyżu.

Mówienie o ofiarowaniu bóstwa Jezusa Chrystusa jest tylko wtedy logicznie spójne, gdy się to "bóstwo" rozumie jako niewspółistotne Ojcu, czyli różne od Boskiej Natury Boga Ojca, czyli jakby stworzone, a to jest nic innego jak pogląd judaizującej herezji ariańskiej.


Post scriptum 1

Oczywiście od dawna problem został zauważony i dyskutowany. Sprawę podnosił zwłaszcza wybitny profesor dogmatyki katolickiej i autor podręczników x. Wincenty Granat, a także x. Czesław Bartnik. Ich zastrzeżenia są tego samego rodzaju co wyrażone powyżej.

Zrzuty pochodzą z książki: Ewa K. Czaczkowska, Siostra Faustyna. Biografia świętej




Nie dziwią też próby obrony. Są one zasadniczo różne i ze sobą niespójne.

1.

X. Sopoćko twierdził, że ofiarowana jest Osoba Jezusa Chrystusa, która oczywiście obejmuje zarówno Człowieczeństwo jak też Bóstwo.

Ten argument jest nietrafny, gdyż zawiera pomieszanie natur. Zasadnicza jest prawda, że ofiara Kościoła jest uobecnieniem i włączeniem się w Ofiarę, którą złożył sam Jezus Chrystus. Jezus Chrystus nie ofiarował Swojej Osoby, gdyż jest jako Syn drugą Osobą Trójcy Przenajświętszej współistotną Ojcu, lecz Swoje Człowieczeństwo. Jedność bosko-ludzkiej Osoby Jezusa Chrystusa, łączącej Bóstwo i Człowieczeństwo w jednym podmiocie działania, nie oznacza ani utraty przymiotów boskich ani ludzkich. Tym samym: o ile Osoba Jezusa Chrystusa jest prawdziwym Bogiem, nie może być ofiarowana. Może być ofiarowana wyłącznie jako Człowiek, czyli "ciało, krew i dusza". 

Dogmatyczna reguła "wymiany przymiotów" (communicatio idiomatum) dotyczy wyłącznie przyjęcia przymiotów drugiej natury, a nie utraty własnych przymiotów. Konkretnie: poprawne jest powiedzenie, że Syn Boży (w znaczeniu bosko-ludzkiej Osoby) umarł na krzyżu, podobnie jak powiedzenie, że Syn Maryi (w znaczeniu bosko-ludzkiej Osoby) odpuszczał grzechy i zbawił świat. Jednak herezją jest powiedzenie, że Bóstwo Jezusa Chrystusa umarło na krzyżu czy że Jego Człowieczeństwo (w znaczeniu natury ludzkiej) odpuszczało grzechy i zbawiło świat.

2.

X. Różycki argumentował, że "bóstwo" w tej formule nie oznacza natury boskiej lecz "Osobę Boską Jezusa" i tym samym może być ofiarowane. W ten sposób x. Różycki odszedł od linii argumentacji x. Sopoćki, pośrednio przyznając, że nie jest ona trafna.

Odpowiedź jest już częściowo zawarta w odpowiedzi na argumentację x. Sopoćki. Należy zauważyć sprzeczność zarówno wobec interpretacji słowa "bóstwo" u x. Sopoćki jak też wobec textu samej formuły.

Po pierwsze nic nie wskazuje na słuszność takiej interpretacji. Słowo polskie "bóstwo" w języku teologicznym jest zawsze synonimem "natury boskiej". Jedynie w języku potocznym może być synonimem słowa "bożek" czy "idol". Czyżby x. Różycki na prawdę uważał, że to drugie znaczenie mogło zostać użyte przez samego Pana Jezusa (według relacji s. Faustyny)?

Po drugie x. Różycki widocznie tutaj nie tylko rozróżnia, ale wprowadza podział między Osobą Syna Bożego w znaczeniu trynitarnym i Osobą Jezusa Chrystusa obejmującą Bóstwo i Człowieczeństwo. Ten podział jest teologicznie fałszywy, właściwie heretycki, gdyż stoi w sprzeczności z nauczaniem Soboru Chalcedońskiego o jedności bosko-ludzkiej Osoby Jezusa Chrystusa, czyli jedności przedwiecznego Syna Bożego i człowieczeństwa.

Po trzecie, x. Różycki fałszywie interpretuje słowa Soboru Trydenckiego, które zostały użyte w tej formule. Otóż formuła soborowa z całą pewnością mówi o tym, że w Eucharystii jest obecne nie tylko Człowieczeństwo ("ciało, krew, dusza"), lecz także Bóstwo Jezusa Chrystusa, czyli prawdziwy Bóg. Dlaczego więc nie można ofiarować tego Bóstwa? Ano dlatego, ponieważ czym innym jest orzeczenie o obecności, a czym innym orzeczenie o ofiarowaniu. To drugie może być wyłącznie włączeniem się do Ofiary Jezusa Chrystusa: On jako prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek ofiarował Swoje Człowieczeństwo, nie Swoje Bóstwo, gdyż ani nie przestał być Bogiem, ani Jego Bóstwo nie uległo przemianie, a tym bardziej zabiciu. 

Po czwarte x. Różycki wskazuje na List do Efezjan na potwierdzenie swojej interpretacji. Jest to również nietrafne. Otóż przede wszystkim chodzi zapewne o List do Filipian 2,5-11: 


Te słowa w żaden sposób nie potwierdzają, jakoby Jezus Chrystus ofiarował Swoje Bóstwo, lecz mówią o Jego uniżeniu samego Siebie do postaci "sługi", bez zatracenia Boskości i  tym samym bez jej ofiarowania.

3.

Trzeci argument obrońców tej formuły wskazuje na tzw. modlitwę anioła z Fatimy.

Po pierwsze ta modlitwa jest znana dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji i nie jest zawarta w aktach z 1930 r. zatwierdzających objawienia Matki Bożej z 1917 r. Tym samym ta modlitwa nie ma ze strony Kościoła żadnego potwierdzenia zgodności z wiarą katolicką czy nadprzyrodzoności.

Po drugie znamienna jest rzekoma wypowiedź s. Łucji wobec zastrzeżeń teologicznych odnośnie tych rzekomych słów anioła, mianowicie sarkastyczne zdanie, że "widocznie anioł nie studiował teologii". Otóż przede wszystkim musiałoby być solidnie poświadczone, że s. Łucja tak powiedziała. Gdyż taka wypowiedź odnośnie prawd wiary nauczanych przez Kościół uroczyście od starożytności z pewnością nie świadczy ani o szacunku dla asystencji Ducha Świętego w Kościele, ani o pokorze. Sprawa nie dotyczy bowiem jakichś drobiazgowych sporów teologicznych, lecz
- formuły dogmatycznej, która bez wątpienia została użyta w tym zdaniu, a której
- użycie w danym kontekście i znaczeniu uderza w elementarne zasady nauczania Kościoła odnośnie zarówno Osoby Jezusa Chrystusa jak też Jego dzieła zbawczego. 

W końcu po trzecie: przywoływanie tych słów w argumentacji jest właściwie przyznaniem, że zastrzeżenia teologiczne są słuszne, skoro pozostaje tylko cyniczny sarkazm.

Warto także odnotować, że niemiecki ksiądz i słynny pisarz katolicki Wilhelm Hünermann w swojej książce z 1954 r. - wydanej oczywiście z imprimatur kościelnym - podaje słowa tzw. modlitwy anioła z Fatimy nie zawierające ofiarowania bóstwa:




Sprawa jest o tyle poważna, że dotyczy nie tylko miejsca i znaczenia teologii w Kościele, lecz istoty wiary katolickiej. Według nauczania Kościoła nadprzyrodzony akt wiary nie jest ślepą uległością, wymagającą pogardy i odrzucenia racjonalnego, poprawnego myślenia (jak to jest zarówno w protestantyźmie, jak też w talmudyźmie i islamie). Wiara katolicka zakłada poprawne używanie zasad rozumowych, nawet myślenia filozoficznego we właściwym sensie. Argumenty rozumowe zarówno podprawadzają do aktu wiary, jak też mu towarzyszą, wspierają, a także czerpią nadprzyrodzone światło z prawd objawionych. Naucza o tym zwłaszcza Sobór Watykański I, a także Sobór Watykański II. Tak więc chodzi ostatecznie o istotę i charakter wiary katolickiej.

Jak rozeznać powołanie?


Teoretycznie nic się w tej kwestii nie zmieniło, aczkolwiek obecnie różnie bywa ze stosowaniem tradycyjnych kryteriów. W ostatnich dekadach doszły faktycznie inne, obce kryteria, powodowane ideologicznie modernizmem. Podczas gdy tradycyjnie decydujące były kwalifikacje moralne, intelektualne i duchowe (dojrzała, trzeźwa pobożność), to obecnie kładzie się zwykle nacisk na wspólnotowość i rozrywkowość (gitarka, dowcipy, zabawy itd., generalnie produkowanie i moderowanie przeżyć), co jest charakterystyczne dla sekt, nie dla katolicyzmu. 

Schematycznie ujmując tradycyjnie są kryteria subiektywne i obiektywne, wewnętrzne i zewnętrzne. 

Jest podobnie jak ogólnie z wyborem drogi życiowej, zawodu i małżeństwa. Ważnym czynnikiem jest tzw. pociąg, czyli zainteresowanie i upodobanie. Składają się na to zarówno uczucia i intuicja, jak też względy rozumowe. W przypadku powołania kapłańskiego jest to upodobanie w modlitwie, sprawach duchowych, sprawach Kościoła, ale także niezbędna jest chęć służenia bliźnim, czyli pewna wspaniałomyślność i hojność, pragnienie poświęcenia życia dla zbawienia dusz. 

Czynnikiem rozumowym jest ocena własnej zdolności do życia w kapłaństwie i w wykonywaniu zadań kapłańskich. Tutaj konieczna jest praktyczna weryfikacja, zarówno pozytywna jak też negatywna. Jedni czują się niegodni i niezdolni, obawiają się, że nie podołają obowiązkom stanu i życiu w celibacie. Inni czują się pewni co do swoich predyspozycyj i odporni na zagrożenia. Weryfikacją jest przede wszystkich życie w seminarium, które jest quasi klasztorne i zasadniczo - o ile jest poważnie prowadzone i traktowane - dość trafnie uwydatnia zarówno zalety, zdolności, ale także słabości i wady kandydatów do kapłaństwa. Na pewno jest to weryfikacja trafniejsza i pewniejsza niż luźne życie studenckie czy jedynie praktyka parafialna, aczkolwiek sprawdzenie się w warunkach życia na parafii pod koniec formacji przed święceniami ma także znaczenie jako weryfikacja owoców życia w seminarium. 

Zwykle już dość rychło podczas życia w seminarium duchownym ukazuje się, czy to życie prowadzi do dojrzewania duchowego, psychicznego i osobowego w ogólnym znaczeniu, czyli rozwinięciu i utrwaleniu cnót nadprzyrodzonych (wiara, nadzieja, miłość) i kardynalnych (sprawiedliwość, umiarkowanie, roztropność i męstwo), a także zdolności naturalnych, w tym zwłaszcza intelektualnych. Jeśli jest postęp i rozwój, to spełnione jest istotne, właściwie decydujące kryterium rozeznania powołania. Mówiąc obrazowo, chodzi o ogólny rozkwit duchowy młodego człowieka. 

Oczywiście zależy to nie tylko od niego samego, od gorliwości i dyscypliny, lecz także od prowadzenia w seminarium przez przełożonych i wychowawców. Jeśli w młodzieńcu rozwija się głównie czy wyłącznie cynizm w połączeniu z obłudą, to jest to świadectwo nie tyle jego nastawienia, co przede wszystkim warunków i osób wychowujących duchowo, intelektualnie, ogólnie osobowo. Gdyż, jak wiadomo, wychowuje się bardziej przez to, kim się jest, niż przez to, co się mówi. Stąd tak ważny jest wybór odpowiedniego, dobrego seminarium duchownego, a ze strony przełożonych kościelnych odpowiedni dobór kadry seminarium. Dlatego zawsze zalecam zapoznanie się najpierw z różnymi seminariami, zanim podejmie się decyzję o wyborze któregoś z nich. 

Zwykle - choć zdarzają się wyjątki - młody człowiek jest pełny ideałów i szlachetnych pragnień (a jeśli tak nie jest, to seminarium powinno weryfikować i eliminować). Jeśli taki dobry zapał, żar wewnętrzny jest rozwijany i utrwalany przez seminarium tak, że przynajmniej jego zarodek wystarczy na całe życie kapłańskie, oczywiście w połączeniu z własnymi staraniami, z własną wiernością na co dzień, to cel jest osiągnięty, a seminarium jest dobre. Generalnie jakość seminarium duchownego rozpoznaje się po jakości kapłanów, których wydaje, aczkolwiek zdarzają się wyjątki w każdą stronę, tzn. z dobrego seminarium może też wyjść zły kapłan, a ze złego dobry, choć prawdopodobieństwo jest mniejsze. 

Seminarium duchowne służy rozeznaniu subiektywnemu i wewnętrznemu, ale także obiektywnemu i zewnętrznemu. Wprawdzie predyspozycje (albo ich brak) zwykle widać już przed seminarium, niekiedy już w dzieciństwie. Zauważają je nie tylko rodzice i bliscy, lecz ogólnie otoczenie, zwłaszcza odpowiednio wyczulone. Nie musi to mieć związku z zaangażowaniem w życie parafii, jakiegoś "ruchu" czy organizacji kościelnej. Zwłaszcza cnoty kardynalne są zauważalne nawet przez niewierzących i ateistów, a są one także istotnym kryterium rozeznania. Z całą pewnością tzw. pobożność nie wystarczy, nawet jeśli jest postrzegana jako autentyczna i dojrzała. Należy pamiętać, że cnota pobożności - nazwana cnotą religijności - jest według św. Tomasza główną, podstawową częścią cnoty sprawiedliwości. Jest to przeciwne do promowanej obecnie herezji miłosierdzizmu, gdzie tzw. miłosierdzie jest ujmowane jako przeciwieństwo, a przynajmniej konkurencja dla sprawiedliwości. Nie powinno więc dziwić, że owocem tej herezji jest galopujące, masowe odwracanie się od prawdziwej religii, choć w połączeniu z sentymentalną, irracjonalną i tym samym niekatolicką pseudopobożnością, typu tzw. charyzmatyzm i podobne. 

Przełożeni seminarium powinni więc zwracać uwagę przede wszystkim na cnoty, zarówno nadprzyrodzone, jak też kardynalne. Oderwanie tych pierwszych od tych drugich - jak to ma regularnie miejsce w moderniźmie - jest fałszem, który musi prowadzić do wypaczenia religijności, zwłaszcza w postaci sprowadzenia jej czy to do uczuć i przeżyć, czy wręcz obłudy, co się zwykle łączy. Pobożność można dość łatwo grać i udawać, szczególnie gdy wykorzystuje się do tego emocje, wywoływanie i eksploatowanie przeżyć. Jej autentyczność sprawdza się w codziennej praktyce, która wymaga cnót kardynalnych, na których budują cnoty teologalne. Jeśli życie duchowe, także modlitwa nie prowadzi do rozwoju i umocnienia cnót naturalnych, to z całą pewnością nie jest to pobożność prawdziwa, autentyczna, katolicka. Autentyczna pobożność zawsze przemienia osobowość przynajmniej na tyle, że osobowość staje się jakby niezdolna do poważnych wypaczeń moralnych, jak np. praktyki pedofilskie czy homosexualne, ale także takich jak chciwość, pogoń za korzyściami materialnymi itp. Nie chodzi oczywiście o pokusy, lecz o sprawność w ich pokonywaniu. O sprawność należy oczywiście stale dbać, podobnie do sprawności fizycznej. Seminarium duchowne powinno zarówno wyćwiczyć sprawność moralno-duchową, jak też nauczyć dbania o nią przez całe życie kapłańskie. Pozostaje potem oczywiście własne staranie, własny wysiłek wierności życiu duchowemu. 

Podsumowując:
Kto czuje w sobie pewien "pociąg", czyli zainteresowanie i upodobanie w sprawach duchowych i kościelnych, a równocześnie znajduje potwierdzenie od innych osób, zwłaszcza od spowiednika (najlepiej od kierownika duchowego), ten powinien zdobyć się na odwagę pójścia drogą rozeznania powołania w dobrym seminarium duchownym, czy to diecezjalnym, czy zakonnym, zwłaszcza w tradycyjnym, czyli wychowującym w tradycyjnej liturgii Kościoła. Nawet jeśli by się w trakcie seminarium okazało, że to jednak nie jest właściwa droga, to jednak czas przeżyty w seminarium nie będzie czasem straconym, o ile motywacja wstąpienia była szlachetna i nastawienie szczere. Zakładając oczywiście, że było to dobre seminarium. 
Jeśli podczas życia w seminarium kandydat czuje subiektywnie, że generalnie (mimo przejściowych kryzysów) życie modlitwy, życie duchowe, lektura duchowa, uczestniczenie w liturgii sprawia radość, daje światło dla umysłu i pokarm duchowy, to jest spełnione wewnętrzne kryterium autentycznego powołania do stanu kapłańskiego. Do tego oczywiście muszą dojść kryteria zewnętrzne i obiektywne, czyli zdolność nauczania wiary i sprawowania sakramentów w sposób godny i owocny także dla wiernych, tudzież zdolność do kapłańskiego stylu życia, czyli w posłuszeństwie, czystości i ubóstwie według reguł zakonu, danego zgromadzenia czy statutów diecezjalnych. 
Zgodność rozeznania subiektywnego i obiektywnego, wewnętrznego i obiektywnego oznacza trafne rozeznanie. Na to trzeba oczywiście czasu i odpowiednich prób. Niezbędną podstawą jest szczera i szlachetna motywacja, czyli nie szukanie własnych korzyści, lecz drogi służenia Bogu i zbawieniu dusz. Wówczas Duch Święty będzie prowadził, mimo różnych trudności i przeciwności. 

Zasady komentowania


W związku z nasileniem się działalności anonimowej osoby (osób) o znamionach spamowania (serie krótkich, urywanych komentarzy w krótkim czasie), od tej chwili nie będą przyjmowane komentarze anonimowe. Służy to przejrzystości i rzeczowości. 

Jak często przyjmować Komunię Św.?

 


Odpowiedź jest prosta: obowiązkowe jest przyjęcie Komunii św. tylko raz w roku, w okresie paschalnym, od święta Zmartwychwstania Pańskiego do końca oktawy Zesłania Ducha Św., czyli do niedzieli Trójcy Przenajświętszej. 

Wprawdzie wolno przyjąć Komunię św. przyjąć, gdy jest się w stanie łaski uświęcającej oraz w pobożnej dyspozycji. Jednak w sytuacji nagminnych nadużyć i świętokradztw słuszne jest pozostanie przy Komunii św. duchowej, czyli duchowej łączności z Panem Jezusem w Najśw. Sakramencie, która pochodzi z pragnienia przyjęcia Go, gdy będzie to możliwe w normalnych warunkach. 

Co się dzieje po śmierci?

 




Śmierć polega na odłączeniu duszy od ciała. Ciało obumiera, dusza jest nieśmiertelna. W chwili śmierci odbywa się sąd indywidualny, czyli decyduje się dalszy los człowieka: albo niebo - bezpośrednio albo przez czyściec, albo piekło. W końcu czasów na Sądzie Ostatecznym odbywa się jedynie manifestacja losu każdego człowieka, gdyż po zmartwychwstaniu ciało dołącza do swojej duszy.

Jest oczywiście problem ze zrozumieniem tego dołączenia. Jak ciało człowieka, po którym nie ma nawet żadnego widzialnego śladu, gdyż nawet jego prochy się nie zachowały, tzn. rozpadły się na minerały, związki chemiczne, może nawet na atomy, może dołączyć do swojej duszy?

Wbrew pozorom nowoczesne nauki przyrodnicze, zwłaszcza chemia i fizyka, pomagają zrozumieć to przyszłe wydarzenie, przynajmniej o wiele bardziej niż stan wiedzy przyrodniczej w przeszłości. Skoro świat materialny, jak wiemy obecnie, składa się z tzw. cząstek elementarnych, także z cząstek obecnie mało zbadanych czy wręcz nieznanych, a konkretny rodzaj danego ciała w znaczeniu już fizykalnym zależy od układu tych cząstek w jego strukturze, to łatwo jest przyjąć, że także po rozpadzie na cząstki możliwe takie ich połączenie, by znów powstała z nich pierwotna struktura. Możliwość oznacza tutaj logiczną i naturalną (w sensie filozoficzny.) możliwość, nawet jeśli do jej zrealizowania nie wystarczą same procesy fizykalne, czyli znane z nauk empirycznych, czyli przyrodniczych. Innymi słowy: nawet jeśli w normalnym biegu procesów przyrodniczych nie występuje ponowne ożywienie martwego ciała, gdyż rozkład tkanek żywych jest biologicznie nieodwracalny, to jednak ze znanej obecnie struktury materii na poziomie molekularnym wynika teoretyczna możliwość odwrócenia tego rozkładu, czyli powrotu do stanu żywego, a to nazywa się w teologii wskrzeszeniem względnie zmartwychwstaniem ciał. 

Tak właśnie należy rozumieć słowa św. Pawła z Listu do Tesaloniczan. Św. Paweł oczywiście nie znał obecnych nauk przyrodniczych. Jednak prawda o zmartwychwstaniu ciał okazuje się prawdziwa także w ich świetle. 

Adam Wielomski a satanizm

 


Zaiste dziwne są przypadki pewnych ludzi podających się za katolików, także tzw. katolików tradycyjnych. O niektórych już pisałem nieco obszerniej (tutaj). Wygląda na to, że będę musiał temat kontynuować i poszerzać. 

Zacznijmy od niedawnego wystąpienia człowieka znanego i cenionego w środowiskach konserwatywnych zarówno politycznie jak też kościelnie. Jest on zresztą zarówno uczniem i wielbicielem masona Jana Baszkiewicza, obrońcą marxizmu (głównie w polemice z K. Karoniem, więcej tutaj), jak też pracownikiem naukowym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, czyli uczelni nominalnie katolickiej. Oto fragment wystąpienia, będący jego podsumowaniem i kwintesencją:


Zbędne są tutaj bliższe wyjaśnienia, gdyż łatwo można sprawdzić, kim był i co "tworzył" wychwalany i serdecznie polecany do lektury bohater A. Wielomskiego. Jasne jest, że ów bohater był satanistą przynajmniej "filozoficznie", a bez wątpienia także praktycznie. Polecanie jego "dzieł" do czytania świadczy albo o zupełnym pomieszaniu umysłowym ze znamionami debilstwa (o co trudno podejrzewać profesora uczelnianego), albo o szczerym podziwie i tym samym o przekonaniach polecającego. 

Przyznam szczerze, że gdy już w latach 90-ych zetknąłem się z tym nazwiskiem, a grona naszych znajomych już wówczas się zazębiały, odnosiłem jakieś dziwne wrażenie co do tego człowieka. Jest on dość bliskim znajomym takich osób jak Wojciech Środoń, założyciel i organizator "tradycyjnej" grupy pielgrzymkowej (z jej kapelanem x. Grzegorzem Śniadochem - więcej o nim tutaj), a wówczas był głównym organizatorem tzw. Mszy indultowej w Warszawie (o moich doświadczeniach z tym środowiskiem pisałem już nieco tutaj). To wrażenie spowodowane jedynie pośrednią i przelotną znajomością (nie jestem w stanie wykluczyć, że także bywał na moich Mszach św. w Warszawie) zostało niestety potwierdzone, gdy kilka lat temu zaprosił mnie do znajomych na facebook. Odbyło się to w następujący sposób:



Oczywiście przepraszam za literówki, widocznie pisałem w pośpiechu. Wyjaśniam: od piszących do mnie wymagam przestrzegania ortografii grzecznościowej, czyli pisania zwrotu osobowego z dużej litery (Pan, Pani, Ksiądz, Ty, Wy itd.). To jest elementarz kultury języka polskiego, czyli zarówno edukacji na poziomie szkoły podstawowej jak też dobrego wychowania. Tej sztuki widocznie nie opanował prof. Adam Wielomski. To raz. 

Po drugie, ma on widocznie poważny problem z logiką, skoro myli ortografię grzecznościową z pełnym tytułowaniem naukowym. Wszak nie oczekiwałem, by mnie tytułował "Księże Profesorze" czy "Księże Doktorze". 

Po trzecie, on widocznie aż kipi nienawiścią do "kleru", pasującą dość dokładnie do nastawienia jego idola, "markiza De Sade". Zapewne ta nienawiść przysłoniła mu nie tylko logiczne myślenie, lecz także kulturę słowa pisanego. 

Jak taki ktoś może być profesorem katolickiej uczelni, jest dla mnie zagadkowe. Jeszcze bardziej zagadkowe jest, jak on jest w stanie uważać się za katolika, zwłaszcza katolika tradycyjnego. Zaś swoim wystąpieniem o "markizie De Sade" zupełnie się zdemaskował. I jest to kolejny przypadek świadczący o stanie katolicyzmu w Polsce, i to niestety także środowiska w szerokim sensie tradycyjnego. Kyrie eleison!  

Jakie powinno być katolickie wesele?

 


Odpowiadając najkrócej: tak jak uroczysty obiad czy uroczysta kolacja, może nawet w połączeniu. Jest to coś zupełnie innego niż obecnie rozpowszechniony model typu obżarstwo, pijaństwo plus potańcówka, która nierzadko oznacza rozwiązłość, skoro głównym atrybutem wesela jest alkohol i to w bezmiarze. Owszem, od pewnego czasu istniały też wesela bezalkoholowe, jednak były one skrajną rzadkością i obecnie praktycznie zanikły. A to z prostego powodu: ponieważ różniły się tylko brakiem alkoholu (który był zresztą pokątnie łamany), bez gruntownej zmiany koncepcji, czyli z zachowaniem pozostałych elementów tego modelu. 

Jakie są cechy uroczystej biesiady? Ograniczę się do głównych cech, gdyż oczywiście nie ma definicji ani przepisów przebiegu. Jest tylko pewien model kulturowy, zresztą obecny w zasadniczych zrębach chyba we wszystkich kulturach. 

Po pierwsze, uroczyste, wystawne jadło, co oznacza nie tylko obfitość, lecz przede wszystkim jakość. Oczywiście niełatwo jest to pogodzić z masowością imprezy. Dlatego wesela powinny być ograniczone do wybranych osób, także ze względu na to, czy i jak potrafią się zachować na uroczystym, kulturalnym wydarzeniu. Tak więc jakość powinna być dostosowana do tego, by dostarczyć gościom w odpowiedniej ilości pożywne i zdrowe jadło. Takim z pewnością nie są mięsa smażone kilka dni wcześniej, a następnie tylko odgrzewane, ani sałatki z kilkudniowym stażem. Dobry, zdrowo myślący kucharz czy kucharka będzie w stanie odpowiednio dobrać potrawy, nawet jeśli wychodzą poza schemat typu rosół, barszcz, kotlet, wędliny, sałatka warzywna z majonezem itd. Także w wyjątkowości jadła powinna mieć wyraz wyjątkowość uroczystości okazji. Na szczęście obecnie goście w naszym regionie świata nie muszą przychodzić na wesele, żeby się najeść, lecz po to, żeby świętować, co powinno mieć także wyraz kulinarny. A zdrowe, smaczne i niecodzienne jadło nie musi być ani skomplikowane i pracochłonne w przygotowaniu, ani drogie (wiem z własnej codziennej praktyki). 

Po drugie, atmosfera biesiady powinna podkreślać okazję oraz cel. W przypadku wesela jest to swego rodzaju domowo-wspólnotowa celebracja nowo zawartego małżeństwa i rodziny. Jak w każdej celebracji, najważniejsza jest treść duchowa, czyli prymat treści. Wesele powinno być przeżyciem nie tylko kulinarnym (tym bardziej nie alkoholowo-rozpustnym), lecz rodzinnym i społecznym. Polega to na zaangażowaniu twórczości słownej i muzycznej. Nie muszą to być arcydzieła literatury i dźwięku. Rodzinna natura wydarzenia sprzyja, a nawet domaga się zaprezentowania twórczości własnej członków rodziny czy grona przyjaciół. Ma to znaczenie nie tylko dla wzajemnego poznania się, co jest jak najbardziej celowe, gdyż w zawartym małżeństwie łączą się dwie rodziny, z których pochodzą nowożeńcy. Szczególnie dla młodego pokolenia ważne jest wzajemne poznanie talentów, co jest pedagogiczną zachętą do ich rozwijania. Właśnie domorosła twórczość jest najcenniejszym prezentem weselnym, pożytecznym dla całego grona obecnych. Konkretnie mam na myśli np. jakieś wierszyki z własnej twórczości, może nawet kompozycje, czy przynamniej śpiewy. A napewno jest miejsce na przemówienia głównych osób, jak sami nowożeńcy, rodzice, chrzestni, i kogo jeszcze nowożeńcy zechcą poprosić. Można to oczywiście połączyć z toastami, co będzie też wyrażało odpowiednią kulturę picia alkoholu. 

Po trzecie, ważna jest też oprawa muzyczna, która również powinna być podporządkowana charakterowi uroczystej biesiady. W obecnie powszechnym modelu alkoholowo-dyskotekowym tzw. muzyka - a jest to właściwie mniej czy bardziej dotkliwe dudnienie instrumentów plus mniej czy bardziej estetyczne ryczenie przez głośniki - pełni funkcję zagłuszania rozmów, co jest absurdalne, antyspołeczne i antykulturalne. Muzyka powinna być tłem dla biesiady, a nie ją zagłuszać, nawet jeśli ma służyć tańcom (o tańcach było tutajtutaj). Nie powinno być wcale tematem tabu posłużenie się raczej muzyką odtworzoną z nośników dźwięku, zamiast zatrudnienia profesjonalnych muzyków (czy raczej hałaśników w przypadku "muzyki" dyskotekowej). Jest to rozwiązanie jak najbardziej sensowne, także ze względu na koszty. 

Szczegóły można pozostawić inteligencji, wyczuciu i gustowi nowożeńców, gdyż to oni powinni mieć istotny wpływ na kształt własnego wesela, chyba że dobrowolnie powierzą organizację komuś zaufanemu. 

Katolik a udział w wyborach

 


Pytanie odnosi się wprawdzie do konkretnego elementu udziału w procesie wyborczym w tzw. systemie demokratycznym, dotyczy jednak udziału w tym procesie w ogóle. 

Kościół nigdy nie wydał konkretnych reguł czy zaleceń co do udziału w wyborach, tzn. nigdy nie wydał generalnego ani nakazu ani zakazu, lecz pozostawił tę kwestię sumieniu katolików, ograniczając się do minimalnych kryteriów negatywnych. Tak np. głosowanie na kandydatów wprost głoszących program sprzeczny z prawem naturalnym było w Kościele powszechnie uważane za grzech. Dopiero w ostatnich dekadach rozmazane zostało nauczanie na poziomie konferencyj biskupów, zaś od 2013 roku niestety także na poziomie osób sprawujących urzędy w Stolicy Rzymskiej. 

Katolicka teologia moralna wysoko ceni realizm i roztropność. Dlatego właśnie nigdy nie potępiła udziału w wyborach tzw. demokratycznych na jakimkolwiek ich etapie. W świetle jej zasad można uznać za ustalone:

- O ile jest realna szansa na choćby częściową realizację katolickich zasad życia społecznego przez uczestnictwo w wyborach, należy tę szansę wykorzystać. W przeciwnym razie może zachodzić grzech zaniedbania. 

- Nie jest grzechem niewzięcie udziału w wyborach, o ile nie ma to wpływu na wynik wybór w znaczeniu realnej szansy realizacji porządku społecznego według zasad katolickich czy przynajmniej prawa naturalnego. 

Teraz konkretnie co do zadanego pytania:

Najpierw należy się postarać o wpływ na skład danej listy wyborczej, przedstawiając racje, zasady i ewentualne zastrzeżenia. Jeśli mimo starań dana lista nie jest zadowalająca pod względem kryteriów katolickich, to należy rozważyć, czy mimo tego są realne szanse na choćby częściowe wprowadzanie w życie katolickich zasad życia społecznego przez daną listę. Jeśli nie ma realnych szans na to, wówczas jest moralnie niedopuszczalny udział w popieraniu danej listy. Jeśli natomiast są realne szanse, wówczas jest moralnie dopuszczalne, a być może nawet wskazane popieranie takiej listy, mimo słusznych zastrzeżeń co do pojedynczych osób. 

Dowód na diabelski charakter kultu Sopoćkowo-Faustynowego


Często trafne i cenne są dowody pojawiające się jakby przypadkowo i mimochodem. Oto jeden z nich:


X. bp Stułkowski (którego zresztą poznałem swego czasu podczas jego studiów we Wiedniu u neomarxisty, heretyka i wroga Kościoła x. P. M. Zulehner'a, który mu dał stypendium na zrobienie doktoratu u niego) w sposób bardzo oględny, ale szczery powiedział przede wszystkim:

- kult wszczęty przez s. Faustynę (a raczej przez x. Sopoćkę) był zakazany

- powodem zakazu były względy teologiczne (nie rzekomo niedokładne tłumaczenie)

- wbrew zakazowi rozpowszechniania tego kultu (zwłaszcza "Dzienniczka" wraz z koronką) regularnie łamano ten zakaz, co jest jaskrawym aktem nieposłuszeństwa i świadczy dobitnie o diabelskim charakterze zarówno tego działania jak i samego kultu. 

Działaniem podjętym przez kard. Wojtyłę nieposłuszeństwo zostało wypromowane i nagrodzone, co nie może być dziełem Ducha Świętego. 

Przy okazji bp Stułkowski przejawia zarówno naiwność jak i myślenie protestanckie, twierdząc, że s. Faustyna była posłuszna Panu Jezusowi. Ona była posłuszna najwyżej swoim urojeniom, czy raczej sugestiom x. Sopoćki, który jest prawdopodobnie zakulisowym autorem "Dzienniczka". To jest zupełnie coś przeciwnego do posłuszeństwa Panu Jezusowi. To całe grono nie zdało próby posłuszeństwa, gdyż mimo formalnego zakazu wydanego przez Stolicę Apostolską nadal rozpowszechniało rzekome objawienia, co jest dowodem diabelskiego pochodzenia (oprócz poważnych, demaskujących błędów teologicznych, o których już pisałem wielokrotnie, zwłaszcza tutaj). 

Co jest cudzołóstwem? (z post scriptum)


Polskie tłumaczenie szóstego przykazania Dekalogu jest oczywiście wysoce niedoskonałe. Jego brzmienie, będące słusznie okazją do żartów (cudze łoże może oznaczać wiele), wynika z braku odpowiedniego, specyficznego słowa (a takie słowa mają zwykle inne języki, por. tutaj), ale także z opisowego unikania nazwania rzeczy po imieniu. Tym niemniej sens jest oczywisty, choć określenie może sprzyjać sprowadzaniu sprawy do sfery sexualnej. W świetle historii etyki i prawa jest jasne, że chodzi o złamanie wierności małżeńskiej. Należy mieć na uwadze, że to znaczenie jest dużo wcześniejsze niż sakrament małżeństwa ustanowiony przez Jezusa Chrystusa i szersze. Także etyka pogańska i żydowska mówią o tej kwestii. 

Równocześnie jasne jest, że także w kulturach i religiach przed- i pozachrześcijańskich istnieje ścisły związek między sferą sexualną a instytucją małżeństwa jako związku mężczyzny i niewiasty w celu wydania i wychowania potomstwa. Zaś w znaczeniu szerszym i pochodnym szóste przykazanie Dekalogu odnosi się również do sfery sexualnej w ogóle, czyli do wszelkich grzechów w tej dziedzinie, nie tylko bezpośrednio przeciw wierności małżeńskiej. 

Rzeczywiście wiele kwestij w encyklikach Familiaris Consortio i Veritatis Splendor jest niedopowiedzianych i niejasnych. Nie będę ich komentował, ponieważ każdy może się sam zapoznać. Postaram się odpowiedzieć natomiast w świetle teologii katolickiej. Po kolei:

1. 

Wierność małżeńska nie dotyczy wyłącznie pożycia sexualnego. Jednak pożycie sexualne - ze względu jego naturę i cel jakim jest potomstwo - jest specyficzne dla małżeństwa i tylko dla małżeństwa. Tym samym to pożycie jest jednoznacznym kryterium odróżniającym małżeństwo, choć nie wyczerpuje instytucji małżeństwa. Tak więc grzechem przeciw wierności małżeńskiej jest także zaniedbanie czy zaprzestanie wspólnoty domowej i rodzinnej, co jednak jest trudniejsze do zdefiniowania i określenia. Równocześnie prawo kanoniczne - także tradycyjne - zna instytucję separacji małżeńskiej, czyli zaprzestania - tymczasowego czy stałego - wspólnoty małżeńskiej w znaczeniu wspólnoty domowej. Powody muszą być oczywiście ważkie, a separacja nie upoważnia do wchodzenia we wspólnotę domową czy quasi rodzinną z inną osobą. 

Wspólnota domowa osób płci przeciwnej jest konkubinatem, niezależnie od tego, czy te osoby są związane sakramentalnym małżeństwem z kimś innym czy nie. Określenie to odnosi się - ściśle biorąc - jedynie do wspólnego zamieszkiwania, niezależnie od tego, czy te osoby żyją ze sobą na sposób małżeński, czyli z pożycie sexualnym, czy nie. 

2. 

Związek osób związanych węzłem sakramentalnego małżeństwa z inną osobą czy osobami jest zawsze złem, gdyż godzi w świętość i nierozerwalność węzła małżeńskiego. Jest złem także wtedy, gdy nie ma w nim pożycia na sposób małżeński czyli sexualnego, ponieważ godzi we wierność małżeńską pojętą całościowo, tzn. nie ograniczoną do pożycia sexualnego. 

Jest jednak kwestia uporządkowania oraz możliwego uregulowania życia religijnego osób żyjących w takim związku czy w związku uważanym za taki. To są sprawy dość indywidualne i różnorakie. Inna jest np. sytuacja osób, które z pożądliwości sprzeniewierzyły się wierności małżeńskiej i domagają się kościelnego uznania tej zdrady dokonanej przez nowy związek, a inna jest u osób, u których ważność sakramentalna pierwszego związku jest przynajmniej wątpliwa, a przez przykładne życie w nowym związku wykazują szczerą wolę do prowadzenia pożycia małżeńskiego i wychowania dzieci w duchu katolickim. Dochodzi też kwestia możliwości powrotu do poprzedniego związku, a często jej nie ma. 

Kluczowa jest tutaj kwestia sakramentalnej ważności pierwszego związku. Zdarza się tak, że są przesłanki, które przemawiają za jego nieważnością, lecz nie ma praktycznej możliwości udowodnienia procesowego. Wówczas spowiednik, rozeznając w ramach swojej jurysdykcji (czyli władzy sądowniczej) stan rzeczy oraz dobro danych dusz, może udzielić rozgrzeszenia oraz - w sposób ograniczony, dla uniknięcia zgorszenia - dopuścić do przyjmowania Komunii św. Podkreślam: spowiednik bazuje na tym, co wie ze spowiedzi sakramentalnej. Jeśli jest okłamywany, to spowiedź jest świętokradzka i nieważna. Wówczas jego decyzja jest wyłudzona i on nie ponosi za to odpowiedzialności przed Bogiem, oczywiście o ile ze swojej strony postąpił starannie teologicznie i duszpastersko. Natomiast gdy spowiedź jest szczera, a to jest zwykle dość łatwo zauważalne, wówczas spowiednik odpowiednio stosuje władzę sądowniczą (jurysdykcję) daną mu ku zbawieniu dusz. 

Zgorszenie dotyczy oczywiście przede wszystkim tych, którzy zostali czy czują się skrzywdzeni przez zerwanie pierwszego związku uważanego niesłusznie za sakramentalny. O ile możliwe, duszpasterz powinien poznać także stanowisko tej strony i tę wiedzę powinien zastosować jako spowiednik, oczywiście zachowując tajemnicę spowiedzi (w spowiedzi spowiednik może użyć wiedzy zdobytej poza spowiedzią, nawet jeśli ma ona związek z forum internum, czyli z przedmiotem spowiedzi, a nie zachodzi niebezpieczeństwo złamania tajemnicy spowiedzi). 

Odpowiadając krótko: ponowny związek, o ile jest zerwaniem wierności sakramentalnego małżeństwa, nie może być dobry. Jednak w pewnej, określonej powyżej sytuacji może być akceptowalny, jeśli ważność pierwszego związku jest conajmniej wątpliwa, nie ma możliwości powrotu do pierwszego związku, a są zobowiązania wobec potomstwa w drugim związku. Problemem jest oczywiście brak formalnego zawarcia sakramentalnego małżeństwa w nowym związku. Z tego powodu spowiednik nie powinien pochopnie udzielać rozgrzeszenia oraz pozwalać na regularne przystępowanie do Komunii św. Jeśli jednak widzi szczerą chęć i starania o życie w czystości, czyli nie na sposób małżeński w sensie ścisłym, a równocześnie ma podstawy do przyjęcia, że pierwszy związek jest nieważny, wówczas może zastosować zasadę prawa kościelnego, że konsens stanowi o zawarciu małżeństwa (consensus facit matrimonium). Innymi słowy: jeśli spowiednik na podstawie zbadania sprawy przynajmniej w spowiedzi uzna, że są podstawy do uznania pierwszego związku za nieważny (choć dowodzenie procesowe jest niemożliwe), a osoby w nowym związku wykazują szczerą, wykazaną czynami wolę prowadzenia życia małżeńskiego i rodzinnego, wówczas może te osoby dopuścić do sakramentów, aczkolwiek w sposób ograniczony dla unikania zgorszenia. 

Zaznaczam: taki jest obecny stan nauczania Kościoła w świetle Familiaris Consortio oraz Veritatis Splendor

3. 

Sakramentalne małżeństwo jest związane węzłem małżeńskim. Innymi słowy: nie ma sakramentalnego małżeństwa bez węzła małżeńskiego. Dlatego takie małżeństwo jest nierozwiązywalne. 

4. 

W kwestii mieszkania razem przed ślubem także główną jest zasada consensus facit matrimonium. Jeśli np. w sytuacji wojny czy prześladowań nie jest możliwe zawarcie sakramentalnego małżeństwa wobec przedstawiciela Kościoła, czyli zachowując formę liturgiczną, wówczas samo wzajemne wyrażenie woli zawarcia sakramentalnego małżeństwa (o ile to możliwe wobec świadków) sprawia jego zawarcie. Gdy potem możliwe jest prawne uregulowanie tak zawartego małżeństwa, wówczas Kościół jedynie prawnie stwierdza jego zawarcie, oficjalnie zwalniając z formalnego, liturgicznego zawarcia związku (sanatio in radice). 

Oczywiście inaczej sprawa wygląda w przypadku, gdy nie ma obiektywnych przeszkód do formalnego zawarcia sakramentalnego małżeństwa, czyli wobec przedstawiciela Kościoła w przepisanej formie liturgicznej. Wówczas ocena moralna zależy od tego, czy para żyje na sposób małżeński (czyli ze współżyciem sexualnym). A nawet jeśli dochowuje czystości przedmałżeńskiej, to jest jednak kwestia narażania się na grzech (przynajmniej pożądliwości) oraz zgorszenia, co także ma znaczenie moralne. 

5. 

Potomstwo w nowym związku w żaden sposób nie ma pierwszeństwa przed potomstwem z pierwszego. Zaniedbywanie obowiązków wobec pierwszego czy drugiego jest grzeszne. Już samo opuszczenie wspólnoty domowej przez jednego z rodziców jest krzywdą dla niego, niezależnie od tego, czy pożycie było możliwe bez niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia duchowego i cielesnego. Jest jednak kryterium wieku: jeśli dziecko z pierwszego związku jest już dorosłe i samodzielne, wówczas w znaczeniu potrzeby pierwszeństwo ma potomstwo niepełnoletnie czy potrzebujące opieki. 


Post scriptum

Odnośnie do kwestii, czy i na ile FC i VS wprowadziły nowość do nauczania Kościoła, warto wziąć pod uwagę wcześniejsze nauczanie Kościoła zawarto chociażby w Codex Iuris Canonici z 1917 r. Otóż także ten kodex mówi o rozłączeniu (separatio) wspólnoty małżeńskiej (can. 1128-1132). Po krótce:

Zasadą główną jest, że małżonkowie są zobowiązani do wspólnoty małżeńskiej (łoża, stołu i mieszkania), o ile sprawiedliwa przyczyna (causa iusta) nie usprawiedliwia opuszczenia tej wspólnoty, tymczasowego czy trwałego. 

To rozłączenie może być albo całkowite, albo częściowe, czyli odnoszące się jedynie do współżycia sexualnego (torus). Może być ono obustronne (za obopólną zgodą) albo jednostronne. Jednostronne i całkowite rozłączenie jest dopuszczalne wyłącznie według norm prawa kanonicznego. 

Stałe rozłączenie jest dozwolone z powodu cudzołóstwa pod następującymi warunkami:

- jeśli cudzołóstwo zostało popełnione w sposób pewny, świadomy i własnowolny przez dokonany akt płciowy, oraz

- jeśli współmałżonek bądź współmałżonka nie zgodzili się ani nie spowodował(a) cudzołóstwa (np. przez namówienie, przez stwarzanie okazji czy przez stałe i zawinione odmawianie współżycia w małżeństwie), nie przebaczył(a) czy to wyraźnie czy milcząco, oraz sam(a) nie popełnił(a) cudzołóstwa. 

Czasowe rozłączenie jest możliwe, gdy współmałżonek (współmałżonka)

- wyrzekł się wiary katolickiej względnie przystąpi do sekty antykatolickiej czy ateistycznej,

- wychowuje bądź powoduje niekatolickie wychowanie potomstwa,

- prowadzi życie przestępcze lub gorszące,

- poważnie naraża zbawienie duszy współmałżonka przez stałe nakłanianie do grzechów ciężkich zwłaszcza przeciw wierze i czystości małżeńskiej,

- stanowi niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia współmałżonka, np. przez próby zabójstwa, powodowanie zarażenia chorobami, schorzenia psychiczne, niezrównoważenie czy inne choroby stwarzające bezpośrednie niebezpieczeństwo,

- stosuje przemoc uciążliwą dla wspólnego życia. 

Jeśli te powody występują w sposób oczywisty, a zwłoka mogłaby spowodować poważne skutki, wówczas strona niewinna ma prawo dokonać separacji jednostronnie i bez orzeczenia władzy kościelnej. Musi jednak przywrócić współżycie, jeśli powody separacji ustają. 

Natomiast trybie regularnym separację orzeka ordynariusz miejsca. Wówczas powrót do wspólnoty małżeńskiej odbywa się po upływie terminu wyznaczonego przez niego bądź według jego nowego zarządzenia. 

Widać więc, że także tradycyjne prawo kanoniczne przewiduje środki na trudne sytuacje małżeńskie. Nierozwiązywalność węzła małżeńskiego jest zachowana, mimo ustania - trwałego bądź czasowego - obowiązku wspólnoty małżeńskiej. 

Analogicznie można te zasady odnieść do sytuacji, gdy sakramentalny węzeł małżeński został na forum internum uznany za nieistniejący. 

Czy Ulmowie zmarli jak męczennicy za wiarę?

 


W kwestii heroiczności cnót Ulmów już się wypowiedziałem (tutaj). W skrócie: mimo możliwej czy prawdopodobnej szlachetnej motywacji rodziców Ulma, oczywiste jest, że narażenie życia swoich dzieci dla udzielenia pomocy innym osobom jest sprzeczne z cnotą sprawiedliwości i tym samym wyklucza heroiczny stopień cnót nadprzyrodzonych (wiary, nadziei i miłości). Cnoty kardynalne (do których należy sprawiedliwość) są bowiem według katolickiej teologii moralnej naturalnym fundamentem cnót nadprzyrodzonych. 

Tytułowe pytanie jest także kluczowe w kwestii teologicznej oceny kontrowersyjnej beatyfikacji rodziny Ulmów. Wyjaśniam po kolei. Otóż procesy beatyfikacji (i kanonizacji) składają się z dwóch głównych, formalnie niezależnych procesów:

- o heroiczności cnót wiary, nadziei i miłości w momencie śmierci,

- o cudach za przyczyną danych sług Bożych. 

W razie zakwalifikowania śmierci danego sługi Bożego jako męczeństwa, proces o męczeństwie, czyli wykazujący poniesienie śmierci męczeńskiej, zastępuje proces o cudach. Cuda są teologicznie znakiem Bożym potwierdzającym heroiczność cnót danej osoby. Tradycyjnie wymagane były do beatyfikacji przynajmniej dwa udowodnione cuda za wstawiennictwem danej osoby, zaś do kanonizacji następne przynajmniej dwa, które musiały wydarzyć się po beatyfikacji. W ramach "reform" po Vaticanum II zredukowano o połowę liczbę wymaganych cudów (czyli jeden do beatyfikacji i następny do kanonizacji), co jest błędne teologicznie i otworzyło furtkę do wręcz masowych, a przynajmniej wątpliwych wyniesień na ołtarze. Błędność tej decyzji polega zasadniczo na tym, że cud jako wydarzenie historyczne może być orzekany jedynie z pewnością tzw. moralną, filozoficznie mówiąc, empiryczną, indukcyjną, która ze swej natury polega jedynie na  prawdopodobieństwie. Dopiero zsumowanie orzeczeń wysoce prawdopodobnych, daje pewność godną spraw Kościoła, zwłaszcza jego kultu publicznego i przykładów świętości. 

Teologiczną racją pominięcia procesu o cudach przez zastąpienie go procesem o męczeństwie jest to, że męczeństwo jest naocznym dowodem działania łaski w danej osobie, szczególnie w okolicznościach i momencie jej śmierci. Wynika z tego konieczność rzetelnego zbadania i udowodnienia, analogicznie do procesu o cudach. 

Postulator procesu rodziny Ulmów (widoczny powyżej) słusznie podaje główne czynniki wchodzące w skład udowodnienia śmierci męczeńskiej (źródło tutaj):

1. aspekt materialny, czyli śmierć nagła, wskutek zadanej przemocy

2. aspekt formalny co do osoby umęczonej (ex victimae): motywacja z wiary katolickiej

3. aspekt formalny co do osoby męczącej (ex persecutoris): motywacja nienawiści do wiary katolickiej

Aspekt pierwszy raczej nie ulega wątpliwości w przypadku Ulmów, gdyż to potwierdzają jednoznaczne dowody, czyli zarówno relacje świadków jak też stan ciał stwierdzony po exhumacji, tzn. fakt poniesienia śmierci nagłej w wyniku przemocy. 

Aspekt drugi już wcale nie jest taki pewny. Nie wystarczy bowiem ogólna religijność i pobożność danej osoby. Istotna jest motywacja czynu, który był bezpośrednią przyczyną zadania śmierci. Być może Ulmowie byli pobożni. Być może też przyjęli żydów z pobudek szlachetnych, czyli z chęci udzielenia pomocy tym, którzy o to prosili. Nie byłoby też naganne, jeśli udzielili pomocy w zamian za jakieś korzyści, np. za pomoc w pracach domowych, polowych czy rzemieślniczych (ze świadectw historycznych wynika, że pracowali u Józefa Ulmy przy garbowaniu skór), gdyż sprawiedliwość wymaga pewnej wzajemności. Taka motywacja jednak nie jest nadprzyrodzona, czyli nie pochodzi z nadprzyrodzonej cnoty miłości, co jest konieczne dla spełnienia definicji męczeństwa. 

Ponadto: skoro Ulmowie ukrywali żydów przez dwa lata (od 1942 do 1944), to widocznie nie była do tego konieczna miłość bliźniego w stopniu heroicznym. Po prostu mogli być przekonani, że uda im się to udzielanie pomocy bez narażania życia swojego i swoich dzieci. 

Mówiąc krótko: dla udowodnienia faktu poniesienia przez Ulmów śmierci męczeńskiej byłoby konieczne udowodnienie, że w momencie bezpośredniego zagrożenia życia - czyli gdy oprawcy stanęli przed nimi - Ulmowie wykazali intencję i wolę oddania życia swojego (i swoich dzieci) dla ratowania żydów, i to z motywów nadprzyrodzonych, czyli z nadprzyrodzonej cnoty miłości bliźniego, której wzorem jest Jezus Chrystus. To jednak nie zostało w żaden sposób wykazane, gdyż to nie wynika z zeznań świadków. Żaden ze świadków nie zeznał, jakoby Ulmowie chętnie przyjęli wyrok wydany na nich przez oprawców. 

Niemniej wątpliwy jest aspekt trzeci - motywacja oprawców, zwłaszcza ich dowódcy, niemieckiego żandarma Eilert'a Dieken'a. Postulator x. Burda powołuje się na fakt, że Dieken wystąpił ze wspólnoty protestanckiej, wyrzekając się tym samym wiary, w której został ochrzczony. To miałby niby być dowód na to, iż zabił Ulmów z nienawiści do wiary katolickiej. Jest to jednak rozumowanie bardzo powierzchowne, nielogiczne i w gruncie rzeczy fałszywe. Sprawa jest złożona i bynajmniej nie oczywista. O ukrywaniu żydów przez Ulmów doniósł Ukrainiec Leś, prawdopodobnie z chciwości co do ich majątku. Nie była to więc motywacja z nienawiści do wiary katolickiej. Gdy Dieken otrzymał donos, miał obowiązek wykonać exekucję według zbrodniczego prawa okupanta, niezależnie od swoich osobistych przekonań. To zbrodnicze prawo było ogólne, nie skierowane ani konkretnie przeciw Ulmom jako katolikom, ani przeciw katolikom w ogóle. Motywacją tego zbrodniczego prawa była fałszywa ideologia nazistowska, a nie bezpośrednia nienawiść do Kościoła czy katolicyzmu. Innymi słowy: motywacja z nienawiści do wiary katolickiej w wypadku Ulmów nie jest wcale pewna, a raczej wątpliwa. Gdyby Dieken działał z własnej inicjatywy, bez obowiązku służbowego, czy choćby był znany z innych działań skierowanych przeciw katolikom jako takim, czyli z powodu ich wiary, stanowiłoby to poszlakę dla stwierdzenia jego motywacji w zamordowaniu Ulmów, aczkolwiek jeszcze nie dowód. Jednak nie ma tutaj nawet poszlak tego typu, tym bardziej dowodów, które są niezbędne dla spełnienia trzeciego warunku orzeczenia o męczeństwie. 

Jest więc oczywiste, że beatyfikacja rodziny Ulmów nie spełnia tradycyjnych kryteriów Kościoła, a nawet novusowych, czyli tych oficjalnie obowiązujących od 1983 r. po reformach w związku z Vaticanum II. Sprawa jest ewidentnie naciągana i to istotnie, co kolejny raz podważa wiarygodność osób winnych tego procederu oraz uderza we wiarygodność Kościoła. 


Post scriptum

O poziomie teologicznym postulatora beatyfikacji Ulmów świadczy także następująca jego wypowiedź, gdzie myli proste słowa łacińskie ("dicunt" od "dicere" = mówić, natomiast "docere" = uczyć, pouczać):




Co ujawnia "Dziennik" x. Michała Sopoćko?


Rola x. Michała Sopoćko w sprawie s. Faustyny jest powszechnie znana i bezsprzecznie istotna. Dlatego właśnie godny uwagi jest jego "Dziennik", opublikowany po raz pierwszy dopiero w 2010 r. 

Tytuł "dziennik" to właściwie za dużo powiedziane. Być może autor zaczynał pisanie z takim zamiarem. Pierwsze wpisy - z roku 1915 - są bardzo szczegółowe, nawet bardziej szczegółowe niż to zwykle bywa w kronikach, mimo sytuacji wojennej. Potem była kilkunastoletnia przerwa w pisaniu "Dziennika" (od 1922 do 1937, potem od 1962 do 1967), akurat w okresie znajomości z s. Faustyną i w okresie soboru. Znaczna część to wspomnienia z lat i okresów poprzednich, czyli coś w rodzaju zapisków do autobiografii. Także tematyka jest niespójna i pomieszana. Opisy wydarzeń przeplatane są uwagami niby duchowymi. Zdarzają się też cytaty z lektur i fragmenty tekstów modlitewnych, nie wiadomo po co zapisane, jak np. fragmenty brewiarza (czyżby z nudów?). Równocześnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor pisał dla szerokiej publiczności, jakby przewidział i zamierzał publikację. Aczkolwiek chyba żaden poruszony wątek nie jest potraktowany całościowo, jasno i kompletnie, oprócz jednego, mianowicie rzekomej świętości s. Faustyny, o której jednak mówi niewiele konkretów i zaledwie krótko. 

Dla pełniejszej analizy konieczne byłoby powiązanie z innymi źródłami, zwłaszcza z pismami x. Sopoćki i świadectwami najważniejszych osób w sprawie. Tutaj muszę ograniczyć się do podstawowych kwestij, na które warto zwrócić uwagę. 

Pierwszy wpis, z 10 VI 1915 r., zawiera zdanie łacińskie z haniebnymi błędami: "intede Christi" zamiast "intende Christe", co świadczy o podstawowej ignorancji w języku, niegodnej kapłana w tamtych czasach. 

Demaskujący jest także wpis z 17 IX 1915 r.:


Wręcz gorszące jest tutaj dość szczere wyznanie, iż to z nudów zabrał się za pracę z młodzieżą...

Gdy 28 III 1917 r. wyznaje, że obserwował pobliskie starcia wojenne, gdyż "od dawna o tym" marzył, a przyglądał się "temu wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem, strachu żadnego nie było żadnego i gotów byłem iść na pole walki", to jest to o tyle ciekawe, że pisze to kapłan, a kapłanowi nie godzi się walczyć zbrojnie na wojnie. Tak więc wyznanie to świadczy ponownie o jaskrawym braku ducha kapłańskiego. Chyba że jest to kłamliwe chełpienie się swoją odwagą, co oczywiście również nie świadczy dobrze. 

Za cały okres od zamierzonego początku pisania w 1912 r. - przy czym pierwszy zachowany wpis pochodzi dopiero z 1915 r. -  do 1922 r. "Dziennik" zawiera jedynie kilka wpisów zajmujących 16 stron zeszytu. Jest w tym sporo szczegółów, aczkolwiek zupełnie banalnych i bez większego znaczenia pod względem zarówno historycznym jak też duchowym. Wygląda na to, że autor nie miał wyraźnego celu w pisaniu, a może nawet pisał jedynie z nudów, dla relaxu. 

Druga część zaczyna się wpisem dopiero z 8 IX 1937 r. Bez jakiegokolwiek odniesienia do faktów x. Sopoćko mówi o swoim cierpieniu. Trzeba mieć na uwadze, że było to niecały rok przed śmiercią x. Faustyny, czyli gdy autor już powziął jej sprawę w swoje ręce. Na dzień następny (9 IX 1937) datowany jest obszerny wpis autobiograficzny, obejmujący ponad 50 stron zeszytu, bodaj najdłuższy w całym "Dzienniku". Zawiera on elementy zarówno groteskowo hagiograficzne, jak też haniebne. 

Ciekawa jest wizja smoka u trzy- albo czterolatka:


Można pominąć fakt, że dziecko w tym wieku z reguły nie zapamiętuje niczego trwale, aczkolwiek bardzo mocne przeżycia może zapamiętać. Zdumiewający jest tutaj jednak zupełny brak krytycyzmu  autora, kapłana w sile wieku, który o zjawieniu się smoka pisze tak, jakby było ono realne, interpretując je widocznie jako zjawienie się szatana. Owszem, dziecku może się coś takiego przyśnić, czy zjawić w jego wyobraźni. Czym innym jest natomiast potraktowanie takiego przeżycia jako realnego zjawienia się szatana, który powoduje chorobę. Tak więc myślenie x. Sopoćki, wtedy już prawie 50-latka, albo było zupełnie infantylnie odrealnione, albo on fantazyjnie napisał to w stylu prymitywnej autohagiografii, usiłując przedstawić siebie jako niewinną ofiarę złości szatańskiej. 

Nie mniejszy narcyzm pojawia się w następnym akapicie, gdzie x. Sopoćko chwali się swoją rozwiniętą już w wieku szkolnym "głęboką pobożnością":


Równocześnie nie wstydzi się on przyznać do oszukiwania niby w imię religii i patriotyzmu:


Tak więc niby to lekarz skłamał, a Michałek tylko przedłożył świadectwo lekarskie. Swoją drogą ciekawe, na jakiej podstawie lekarz mógł w tym wypadku orzec całkowitą niemożność śpiewania, skoro Michałek jednak był zdolny śpiewać. Tak więc także tutaj raczej wchodzi w grę dość prymitywna mistyfikacja pisana w retrospekcji (w 1937 r.), gdyż zapewne żaden lekarz by nie kłamał w taki sposób, tym bardziej dla ochrony dzieciaka przed śpiewaniem w chórze cerkiewnym. 

W każdym razie znamiennym wątkiem jest tutaj niechęć Sopoćki do liturgii wschodniej, o czym pisze wprost w dalszym ciągu "Dziennika". 

W tym samym opowiadaniu autobiograficznym pojawia się następny epizod pseudomistyczny o znamionach wręcz szyderstwa. Wydarzenie dotyczy przyjęcia święceń, przy czym z kontextu nie wynika, o który stopień święceń chodzi, choć jest to istotne zarówno teologicznie jak też kanonicznie, gdyż wraz z subdiakonatem jako pierwszym stopniem święceń wyższych wiązało się przyrzeczenie dozgonnej bezżenności, co dla młodego człowieka ma oczywiście jedyne w swoim rodzaju konsekwencje.


Już samo słyszenie głosów jest godne uwagi, gdyż częściej wskazuje na schorzenie psychiczne jakim jest schizofrenia niż autentyczne przeżycia mistyczne. Po pierwsze słyszenie głosu powinno zostać ujawnione spowiednikowi (który w seminarium jest zwykle kierownikiem duchowym), czego Sopoćko widocznie nie uczynił, co świadczy albo o poważnym braku znajomości elementarnych zasad kierownictwa duchowego i formacji seminaryjnej, albo o świadomym ich lekceważeniu. Po drugie, znamienna jest sprzeczność między obydwoma głosami, gdyż jeden odradza przystąpienie do święceń, zaś drugi w domyśle zaleca. Po trzecie, ujrzenie w ołtarzu Chrystusa wraz ze słyszeniem Jego głosu o tyle nie jest jasne, że nie wiadomo, czy była to wizja mistyczna wraz z audycją, czy przeciwnie należy rozumieć, że znajdujący się w ołtarzu obraz przemówił do Sopoćki. A jest to istotne dla oceny tego (rzekomego) zdarzenia. Skoro autor pomija to rozróżnienie i pozostawia czytelnika w niejasności, to albo ta niejasność jest zamierzona, albo wynika z tego, że całe zdarzenie jest zmyślone. Gdyby faktycznie miało miejsce, to dla samego autora byłoby powodem reflexji i badania pochodzenia i znaczenia tego przeżycia, tudzież oczywiście omówienia go ze spowiednikiem. Skoro tego nie uczynił, a przeżycie miało faktycznie miejsce, to popełnił poważne wykroczenie względem zasad życia duchowego, także formacji do kapłaństwa. 

Bardzo dziwny jest opis dotyczący pracy neoprezbitera:


Wręcz nie do wiary jest, by na parafii nie małej nie było pracy dla kapłana. Wszak sprawowanie sakramentów, przygotowywanie do nich, katechizacja, są na tyle wymagające, zwłaszcza na początku drogi kapłańskiej, że trudno sobie wyobrazić, by nie wypełniło to czasu gorliwego duszpasterza. 

Znamienna jest wzmianka o spotkaniu w 1922 r. z Jerzym Matulewiczem, który od 1918 r. był biskupem diecezji wileńskiej, rodzimej x. Sopoćki:


Podczas gdy x. Sopoćko w superlatywach wypowiada się o bpie Matulewiczu, pomija całkowicie milczeniem biskupa wileńskiego Edwarda von Ropp, za którego rządów odbył formację seminaryjną oraz został wyświęcony, a następnie wkrótce opuścił rodzimą diecezję, udając się do Warszawy, co oczywiście wymagało zgody własnego biskupa. Tak więc nie jest zapewne przypadkowe, że za rządów bpa Matulewicza x. Sopoćko powrócił do Wilna. 

Co do ciepłych znajomości jeszcze bardziej znamienna jest wzmianka o Józefie Piłsudskim, który jawi się tutaj jako dobroczyńca na rzecz budowy kościoła w Wilnie (z textu nie wynika jasno, kiedy doszło do spotkania, czy na wiosnę 1927 r., czy wcześniej), przy czym x. Sopoćko pomija kwestię, z jakiego źródła pochodziło pieniądze dane przez Piłsudskiego, prywatnego czy państwowego:



Nie trudno zauważyć tutaj zarówno czołobitności, jak też niemal hagiograficzności wzmianki o postaci, która w rzeczywistości bynajmniej nie słynęła ani z pobożności, ani z moralności, ani nawet z przyzwoitości w polityce i sprawach publicznych. Trzeba mieć na uwadze, że x. Sopoćko pisał te słowa w 1937 r., w retrospektywie, czyli znając całe "dokonania" Piłsudskiego jako masona, apostaty i zbrodniarza. Mimo to bije z tych słów nieograniczone uwielbienie, bez cienia dystansu. 

Znamienne jest też wyznanie o odbytej podróży po Europie Zachodniej, przy czym zagadką pozostaje, skąd zwykły profesor seminaryjny miał pieniądze na taką długą i kosztowną rozrywkę: 



Wręcz groteskowo brzmi wzmianka o rzekomym "głosie świętej" Teresy w Lisieux co do "pewnych rzeczy przyszłych". X. Sopoćko zmierza zapewne do powiązania s. Faustyny ze św. Teresą, pisząc oczywiście z retrospektywy w 1937 r. o wydarzeniach roku 1930. 

Następne wspomnienia dotyczą podróży do Palestyny w 1934 r. i do Egiptu, na Bliski Wschód i wschodnią część basenu Morza Śródziemnego z Grecją włącznie. Przy tej okazji znamienna jest zaakcentowana niechęć do liturgii wschodniej:


Tak może pisać tylko zatwardziały wróg sakralności liturgii oraz "prorocko" usposobiony entuzjasta "reform" które stworzyły obecny, protestancko-modernistyczny Novus Ordo. 

Po opisie tej podróży następuje fragment zatytułowany "Miłosierdzie Boże". Nie jest on datowany, a ma cechy jakby wstępu książkowego:




Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na następujące fakty:
- X. Sopoćko nie mówi, w jakich okolicznościach i w jakim charakterze  prowadził rozmowy z s. Faustyną. Jeśli były to spowiedzi, bądź rozmowy duchowne, to był związany tajemnicą spowiedzi i kierownictwa duchowego. Jednak prawdy teologiczne same w sobie nie są przedmiotem ani spowiedzi ani kierownictwa duchowego. Jest też ich przedmiotem pouczanie kierownika duchowego w sprawach teologicznych, lecz najwyżej prośba o radę i rozeznanie. Tutaj x. Sopoćko jawi się jako pouczany i prowadzony przez s. Faustynę, co świadczy albo o pomieszaniu ról i zadań, albo o tym, że x. Sopoćko po prostu kłamie. 
- X. Sopoćko nie wspomina nic o rzekomych objawieniach się Pana Jezusa s. Faustynie, choć mówi wyraźnie ich rzekomej treści, mianowicie o namalowaniu obrazu i wystawieniu go do kultu publicznego. To przemilczenie jest znaczące. W przypadku bowiem, gdy ktoś twierdzi, że ma tego typu przeżycia (objawienia prywatne), pierwszym obowiązkiem jest poddanie ich zbadaniu przez władze kościelne, czyli biskupa miejsca, zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy publicznego kultu jak w przypadku tego obrazu. X. Sopoćko wspomina wprawdzie, że prosił arcybiskupa wileńskiego o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościelnym miejscu publicznym, nie mówi jednak nic o zbadaniu rzekomych objawień prywatnych danych s. Faustynie, a to właśnie jest sprawą zasadniczą, podstawową i pierwszą. Skoro x. Sopoćko prosił jedynie o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościele, przemilczając, a właściwie zatajając przez arcybiskupem pochodzenie tego obrazu, czyli jego związek z rzekomym objawieniem prywatnym, to dopuścił się oszustwa na władzy kościelnej. Konsekwencją tego oszustwa był późniejszy negatywny stosunek arcybiskupa Jałbrzykowskiego do x. Sopoćki i sprawy s. Faustyny, co jest ze wszech miar słuszne i zrozumiałe.
- Widać więc perfidię strategii x. Sopoćki: forsowanie kultu obrazu oraz propagandy teologicznej, pisanej i mówionej, pomijając źródło i inspirację. Gdyby zaczął czy przynajmniej nie pomijał rzekomych objawień danych s. Faustynie, to by zarówno kwestia obrazu jak też jego nauczanie było uważnie i wnikliwie badane, zgodnie z zasadami Kościoła. Tego właśnie chciał widocznie uniknąć. 
- Wzmiankując o tym, że w 1937 r. czytał "Dzienniczek" wraz z koronką i nowenną, x. Sopoćko nie mówi nic o tym, jakoby s. Faustyna pisała go na jego zlecenie, potem pod jego nieobecność spaliła, a następnie odtworzyła z pamięci. Nie mówi też, kto ubiegał się w kurii krakowskiej o pozwolenie na wydrukowanie koronki i nowenny, ani kto sfinansował druk. W "Dzienniczku" s. Faustyny jest podane (nr 1299 i 1301), że to s. Faustyna była w wydawnictwie, co jest bardzo dziwne, gdyż zakonnica musiała mieć po pierwsze pozwolenie swojej przełożonej na wyjście z klasztoru, po drugie na zajmowanie się tą sprawą, po trzecie na sfinansowanie druku. Tak więc podstawowych faktów brakuje, a te, które są podawane, są dziwne i mało wiarygodne. Co zresztą całkowicie pasuje do całej sprawy x. Sopoćki i s. Faustyny.