Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Katolicyzm dialektyczny (z post scriptum)


Piękno teologii katolickiej jako nauki polega między innym na tym, że nie tylko ogarnia ona jakby z lotu ptaka wszystkie inne nauki i dziedziny życia, lecz pozwala je poznać przez uporządkowanie i wartościowanie w świetle prawdy pochodzącej od Boga. Dotyczy to także życia samego Kościoła, czy to przekrojowo czy to w danym momencie historycznym.

Łatwo się domyśleć, co oznacza katolicyzm dialektyczny. Wprawdzie z punktu widzenia teologicznego jest to pojęcie wewnętrznie sprzeczne, ponieważ katolicyzm ze swej natury jest wewnętrznie harmonijny i spójny. Dlatego - dokładnie biorąc - należałoby w tym określeniu człon pierwszy ująć w cudzysłów: "katolicyzm" dialektyczny. Jednak dla uproszczenia pisowni oraz mając na uwadze, że chodzi o pojęcie socjologiczne, nie teologiczne, można cudzysłów pominąć.

W zjawisku, które chciałbym niniejszym naszkicować, nie chodzi o sprzeczność przypadłościową, czyli z niedomagania czy słabości, lecz systemową, to znaczy zamierzoną i chcianą przynajmniej o tyle, o ile jest świadoma, przyjęta i z własnym zaangażowaniem realizowana. Czym innym jest bowiem zwykła rozbieżność między wolą a czynem czy zachowaniem, między deklaracją a realizacją, czy nawet między poglądami a wprowadzaniem ich w życie, a czym innym chciane i zamierzone łączenie poglądów i zachowań sprzecznych, niezależnie od tego, czy ta sprzeczność jest dostrzegana czy nie (wiąże się z tym kwestia, czy jest wola bądź przynajmniej gotowość jej dostrzegania).

By uniknąć nużącej abstrakcyjności, będę mówił o konkretnych przykładach, dość szeroko znanych. To umożliwi każdemu czytelnikowi weryfikację i także samodzielną reflexję, być może nawet na podstawie źródeł, które dla mnie w obecnej chwili są nieznane czy niedostępne.


Chemik - fałszywy subdiakon

Jest to postać szeroko znana, nie tylko w środowiskach tzw. indultowych. Łukasz Wolański zaczął swoją karierę medialną dość wcześnie, nie przypadkowo akurat w antykatolickim "Tygodniku Powszechnym" i to wypowiedzią, która promuje i w sposób perfidny, pod pseudopobożnymi pozorami, forsuje stosowanie tzw. szafarzy:



Tak oto ówczesny 20-latek, widocznie cieszący się poparciem kogoś ważnego, zabiera głos w "dyskusji", opowiadając się po stronie skrajnego modernizmu, zacierającego różnice między stanem duchownym, powołanym w Kościele do sprawowania i szafowania sakramentów, a stanem świeckim, którego właściwym zadaniem jest życie rodzinne i zawodowe.

Wkrótce wkręcił się do środowiska indultowego we Wrocławiu, być może z inspiracji i poparcia swego protektora bpa Stefana Cichego, który jako profesor liturgiki w Katowicach sprawował tam tzw. indult i rozwiązał "problem" w taki sposób, że wierni wkrótce się zniechęcili i rozproszyli, co widocznie było zamierzone. Wolański tak oto się zaprezentował:



Zapewne także dzięki protekcji bpa Cichego student i potem absolwent chemii wielokrotnie publikował swoje texty w urzędowym biuletynie komisji liturgicznej "Konferencji Episkopatu Polski", co jest dziwne i znaczące:




W międzyczasie żonaty chemik, określający się "pasjonatem liturgii", począł krytykować stosowanie "nadzwyczajnych szafarzy".



Czyżby się nawrócił na katolicyzm? Wręcz przeciwnie. Otóż przyjąwszy tzw. posługę akolitatu, zaczął się domagać regularnej posługi dla świeckich tzw. akolitów, czyli traktowania ich quasi jako zwyczajnych szafarzy Eucharystii, skoro mają planowo i regularnie pełnić tę funkcję.








W indulcie wrocławskim zaczął regularnie pełnić funkcję subdiakona, co było ewenementem na skalę światową w całej historii Kościoła: żonaty świecki występował w funkcji liturgicznej wyższego stopnia święceń.



Równocześnie na forach i grupach internetowych rozsiewał kłamliwe, pseudoteologiczne uzasadnienie tego swojego wynalazku. Była o tym mowa tutaj, zaś ostateczne rozprawienie się z fałszywą propagandą p. Wolańskiego miało miejsce tutaj (od tej pory delikwent zamilkł w temacie, mimo że od kilku lat zapowiadał opublikowanie swego opracowania naukowego odnośnie tej kwestii).



Przebierańcy w natarciu 

Proceder Wolańskiego nie jest odosobniony, lecz stanowi istotną część strategii pewnego grona osób związanych głównie z wrocławskim środowiskiem indultowym. Pokrewne i powiązane sprawy omówiłem tutaj i tutaj.

Warto zauważyć, że to grono dość otwarcie przyznaje, że chodzi o zainstalowanie zwyczajów. Czyli nie jest istotne, co mówią przepisy liturgiczne, bo my wprowadzamy zwyczaj i w ten sposób nawet ewidentne nadużycie sprzeczne z rubrykami ma się stać prawomocne, jak w wypadku nielegalnego pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego przez świeckiego i to przebranego w sutannę prałacką:





Człowiek kłamliwie powołujący się na kanony prawa kanonicznego - powiązany widocznie z duchownymi gwiazdami indultyzmu jak x. Jarosław Powąska, x. Grzegorz Śniadoch (to oni właśnie służą przy sakramencie małżeństwa parze robiącej tę stronkę, jak widać na obrazku) - redaguje parodystyczno-antyklerykalną stronkę z odpowiednim obrazkiem tytułowym:







Czyż trzeba więcej dowodów dla stwierdzenia, jaki duch za tym stoi?



Chemik w odmętach helleryzmu 

Następną kluczową postacią, w pewnym sensie także symboliczną, jest x. Wojciech Grygiel, pochodzący z Wrocławia, należący formalnie do Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra (FSSP, stowarzyszenia życia apostolskiego na prawie papieskim).



Jak podaje wiki, był najpierw absolwentem chemii na Politechnice Wrocławskiej (podobnie jak Ł. Wolański), następnie odbył studia doktoranckie na państwowym uniwersytecie w stanie Nowy Jork (nie wiadomo przez kogo finansowane, z oficjalnych danych wynika jedynie, że uczelnia nie współpracuje z żadną uczelnią w Polsce). Następnie wstąpił do seminarium FSSP w Scranton (stan Pensylwania), studia ukończył jednak w seminarium FSSP w Niemczech (Wigratzbad) i przyjął w 2003 r. święcenia kapłańskie. Po uzyskaniu w 2004 r. magisterium z teologii na uniwersytecie w Poznaniu, podjął studia doktoranckie z filozofii przyrody u x. prof. M. Heller'a w Krakowie, a następnie przewód habilitacyjny zakończony w 2015 r. na podstawie pracy pt. "Stephena Hawkinga i Rogera Penrose'a spór o rzeczywistość" (źródło tutaj). Już sam tytuł jest dość dziwny, gdyż Hawking i Penrose w znacznej mierze współpracowali i nie różnią się istotnie w poglądach o rzeczywistości. Tę kwestię mogę w tym miejscu pominąć, gdyż nie jest ona istotna dla tematu.

Istotne jest natomiast, że praca habilitacyjna x. Grygiela spotkała się z miażdżącą krytyką ze strony postronnego profesora filozofii, który określił to dosadnie - ale zupełnie bez przesady i z obszernym uzasadnieniem - "udawanym filozofowaniem". Właściwie należałoby to określić jeszcze dobitniej. Można to uzasadnić niemal na każdym kroku, począwszy chociażby od tak bzdurnej, że aż groteskowej i nie wymagającej komentarza wypowiedzi, redukującej naukowość do nauk przyrodniczych (źródło tutaj):



Jeszcze bardziej niepokojące i wręcz skandaliczne są poglądy x. Grygiela dotyczące bardziej bezpośrednio tematów teologicznych. Na kilka spraw zwracałem już uwagę, jak

- postulowanie dopasowania liturgii do "postępu" nauk przyrodniczych (tutaj)

- herezja fideizmu (tutaj)

- obrona negacji istnienia diabła (tutaj)

Dodać należy jeszcze utożsamianie Bożego Objawienia z Pismem św. i zupełnie bezkrytyczne - wręcz naiwne i nienaukowe - podejście do teorii ewolucji i w związku z tym podważanie prawdy o grzechu pierworodnym (od ok. min 30):



Konkretnie głosi tutaj następujące herezje:
1. neguje uświęcenie przez łaskę (w katolickim rozumieniu działanie łaski nie wyłącza działania ludzkiego)
2. twierdzi, że człowiek "sam z siebie" może coś zrobić (to jest pelagianizm, nie katolickie rozumienie uczynków człowieka ku zbawieniu)
3. twierdzi, że Kościół jest ludzki (w rozumieniu katolickim Kościół jest bosko-ludzki).

Ponadto x. Grygiel twierdzi, jakoby dopiero po napisaniu Pisma św. chrześcijaństwo wchłonęło myśl grecką o Logosie. Widocznie nie zna Ewangelii św. Janowej, szczególnie jej Prologu (który odmawia na końcu każdej Mszy św. w liturgii tradycyjnej), i tym samym popisuje się ignorancją na poziomie najwyżej szkoły podstawowej.

Swoje poglądy w postaci "teologii ewolucyjnej" zaprezentował także szerzej, co już niegdyś zanalizowałem (tutaj).

Nie trudno zauważyć, że x. Grygiel w sztuce "udawania" nie odbiega od swojego mistrza o ewidentnie antykatolickich i antychrześcijańskich poglądach (więcej tutaj i tutaj), aczkolwiek mu jednak (jeszcze) nie dorównuje.

Zaś do pomocy w duszpasterstwie dołączył do niego pewien ex-paulin, który swoją "mądrość" życiową wyraża publicznie w następujący sposób (przepraszam za oryginał typowo wulgarny):



Czyli mamy do czynienia z pasującym połączeniem odpowiedniej kultury osobistej.


Festiwal niechrześcijańskich korzeni 

Z pozornie innych kręgów wywodzi się nurt związany z festiwalem w Jarosławiu, który od drugiej połowy lat 90-ych zawiera także celebracje w liturgii tradycyjnej, dokładniej: dominikańskiej. Wiąże się to z osobą o. Wojciecha Gołaskiego OP, który jest protagonistą tegoż z gruntu niekatolickiego festiwalu, co mu nie przeszkadza być zwolennikiem liturgii tradycyjnej. O festiwalu pośrednio już pisałem. Nie można tego oddzielić od poglądów o. Gołaskiego, wyrażonych chociażby w okolicznościowym kazaniu na cześć współzałożyciela tej imprezy, Macieja Kazińskiego.



Według rozpowszechnionej obecnie maniery, o. Gołaski zwracał się do zmarłego w drugiej osobie, tak jakby zmarły bezpośrednio widział i słyszał, co jest po prostu nieprawdą i wprowadzaniem ludzi w błąd, i to o charakterze okultystycznym.
Co do treści było nie lepiej. Była mowa
- o duszach nieśmiertelnych, które lgną do "nieskończoności",
- o tym, że zmarły w festiwalu zbudował "most" do "nieskończoności",
- że my pójdziemy do zmarłego, który jest w "nieskończoności",
- że zmarłemu "niebiosa" zesłały chorobę, na którą przedwcześnie zmarł.
Nie było ani słowa o Bogu, ani o wieczności, ani o sądzie, ani o znaczeniu i wartości modlitwy za dusze zmarłych itp. 

Co do zasadniczych tez o. Gołaskiego należy zauważyć: 

1. Powiedzenie, że zmarły jest w "nieskończoności", oznacza pomylenie wieczności z nieskończonością, jeśli kaznodzieja uważa (wszystko na to wskazuje), iż zmarły przeszedł do rzeczywistości boskiej. Oznacza to pośrednią negację zarówno bezpoczątkowości rzeczywistości boskiej (Bóg jest wieczny w tym znaczeniu, że nie ma początku i nie ma końca, czyli jest bezpoczątkowy i nieskończony), jak też istnienia nieskończoności bez Boga czyli piekła (który oczywiście ma początek). Nawet jeśli kaznodzieja uważał, że może zastąpić słowo "wieczność" słowem "nieskończoność", to się grubo pomylił. Wystarczy znać elementarz teologii katolickiej by wiedzieć, że każde stworzenie duchowe (jak aniołowie i dusze ludzkie) nie ma końca w tym znaczeniu, że jest nieśmiertelne, choć ma początek. Tym samym teologicznie fałszywe i niedopuszczalne jest mylenie wieczności - czyli rzeczywistości bez początku i bez końca - z rzeczywistością stworzeń duchowych. Według nauczania Kościoła zmarły jest w rzeczywistości wiecznej (czyli ponadczasowej), a jego dusza jest nieskończona - w znaczeniu nieśmiertelności - już za życia ziemskiego (choć nie jest nieskończona w znaczeniu nieograniczoności). 

2. Powiedzenie, że po życiu doczesnym dojdziemy do nieskończoności, potwierdza pomylenie z wiecznością czyli rzeczywistością Boga (skoro kaznodzieja uważa, iż zmarł przeszedł do rzeczywistości Bożej). Według wiary katolickiej jest istotna różnica między rzeczywistością Boga a rzeczywistością duchowych bytów stworzonych, które są nieśmiertelne i w tym znaczeniu nieskończone, choć mają początek i tym samym nie są wieczne. 

3. Mówienie ogólnie o "nieskończoności" bez odróżnienia między nieśmiertelnością z Bogiem (czyli niebem) a nieskończonością bez Boga (czyli piekłem) jest fundamentalnym zakłamaniem katolickiej eschatologii. 

4. Twierdzenie, że zmarły jest w nieskończoności, do której dojdą żyjący, oznacza w świetle eschatologii katolickiej również brak odróżnienia między niebem i piekłem. Tym samym jest to albo bezpodstawne twierdzenie, że zmarły jest w niebie, albo nie mniej bezpodstawne twierdzenie, że żyjący znajdą się w piekle. 

5. Powiedzenie, że "niebiosa" zesłały zmarłemu chorobę jest albo wprost bluźnierczym przypisywaniem Bogu zła, albo nie mniej bluźnierczym twierdzeniem, że szatan jest w niebiosach.

Tym samym więc niestety potwierdziła się znana już ocena, że festiwal ma wyraźny charakter paramasoński. To kazanie jest tego rodzaju, że mógł je wygłosić nie tylko heretyk (czyli ochrzczony odrzucający wiarę katolicką) lecz także wyznawca religii pogańskiej czy mason-okultysta z jakimiś resztkami religijności w postaci wiary w życie po śmierci. To się zupełnie zgadza z działalnością zmarłego, któremu poświęcone było kazanie i którego zasługą jest regularne zapraszanie muślimów do koncertowania w świątyniach katolickich. Natomiast zupełnie się to nie zgadza z religią katolicką.





Wobec takiej treści i takiego ducha nie dziwi zachowanie uczestników festiwalu w świątyni katolickiej, które nie licuje nawet z dobrym wychowaniem i zasadami kultury w miejscu publicznym:



Sam szef festiwalu ujawnia, że tworem tych kręgów są tzw. warsztaty Ars Celebrandi w Licheniu:



Oficjalnym celem "warsztatów" jest nauczanie i propagowanie liturgii tradycyjnej. De facto jest to, obok festiwalu w Jarosławiu, główny kanał implementowania na gruncie polskim działalności M. Peresa i jego szkoły (więcej tutaj). W taki oto sposób powstało coś w rodzaju przemysłu muzyczno-liturgiczno-ideologicznego z dość wyraźnymi powiązaniami z kręgami antykatolickimi. Tą drogą formowani są głównie młodzi ludzie zainteresowani liturgią tradycyjną - nie tylko wraz z nadużyciami liturgicznym lecz także z fałszywą, antykatolicką ideologią w tle.


Od przystanku Owsiaka do KAI-u 

Przewinęło się już nazwisko Dawid Gospodarek. Jest to postać szeroko znana dzięki obecności i działalności medialnej. Nie wiadomo, czy i jakie studia skończył, raczej żadnych. Podobno zaczynał formację w dwóch zakonach czy seminariach duchownych, co nie trwało długo.



(źródło tutaj)

Obecnie jest redaktorem w Katolickiej Agencji Informacyjnej, czyli w oficjalnym organie konferencji biskupów, który jest de facto tubą kręgów modernistycznych i katolewackich. Wynika to już z korzeni tej instytucji, gdyż została stworzona swego czasu przez biskupa Józefa Życińskiego, którego współpraca z komunistyczną bezpieką została wykazana (TW Filozof). Także jego poglądy zostały zdemaskowane jako antykatolickie i wręcz ateistyczne (sprawa ks. Adama Gardyasza). Notabene x. Życiński był blisko powiązany z x. Hellerem (dowody tutaj i tutaj), mistrzem x. Grygiela, o którym było wyżej. Pierwotna ekipa KAI, zwłaszcza w osobie szefa Marcina Przeciszewskiego, wciąż kontroluje tę instytucję. Jak to możliwe, że zwolennik liturgii tradycyjnej zostaje pracownikiem takiej redakcji? Odpowiedź staje się jasna, gdy się weźmie pod uwagę, że Gospodarek jest także jedną z głównych postaci - aczkolwiek bardziej zakulisowo - zarówno festiwalu w Jarosławiu jak też warsztatów w Licheniu.





Jednak powiązania ma jeszcze szersze i jeszcze ciekawsze. Począwszy od spędu Owsiakowego:







Aż do szamana demonicznego ruchu "Toronto blessing" (więcej o nim tutaj i tutaj):




Najbardziej stałym i najczęstszym wątkiem jest u niego jednak homosexualizm:









W sprawach moralnych Gospodarek całkowicie popiera nowości, tradycyjnie potępiane przez Kościół, który zawsze nauczał, że właściwym miejscem dla wychowania w sferze sexualnej jest rodzina, nie szkoła.



Co zresztą nie zaskakuje, skoro on w taki sposób deklaruje swoje poglądy teologiczne:



Także nazywając "duchowną" anglikańską "ks.":



Należy się spodziewać dalszego rozwoju wypadków. Z pewnością można powiedzieć, że Gospodarek jest najbardziej znaną osobą tego pokroju w Polsce.


Akapowa demoralizacja 

Na obrazkach powyższych przewinęły się pewne twarze i nazwiska powiązane zwłaszcza z festiwalem jarosławskim, ale nie tylko. Najsłynniejszy z tych postaci jest Jan Traczyk, znany głównie z tzw. akapów. Są to grupy na facebook z antychrześcijańskiego ruchu tzw. anarchokapitalizmu, mające także swoje wersje quasi katolickie jak ta, gdzie brylują właśnie osoby tego typu:



Kościelnie osoby te są obecne głównie na indultach warszawskich, uprawiając tam bluźnierszy styl śpiewu, przeszczepiony z festiwalu jarosławskiego.






Na odpowiednim poziomie są także żarty tego osobnika:




Najbardziej charakterystyczną osobą dla tzw. katoakapów jest jednak ktoś inny, mianowicie były seminarzysta WSD w Łodzi, którego łączy z Traczykiem exponowana przyjaźń:




Ten człowiek zdobył się na szydzenie z chorego człowieka, przebierając się za kapłana:



Co więcej. Według wiarygodnego świadectwa, ten młodzieniec o nazwisku Patryk Ciesielski,
będąc w seminarium dopuścił się wręcz diabelsko bluźnierczego żartu posługując się figurkami Matki Bożej i św. Józefa (imitowanie sexu oralnego).

Z tego środowiska wywodzi się miesięcznik, który próbuje podbić rynek młodzieżowo-katolicki:




Powiązania są dość oczywiste, zarówno z gwiazdą akapów Traczykiem jak też z Ars Celebrandi i tym samym masońskim festiwalem w Jarosławiu, o czym świadczą wypowiedzi samego red. nacz. tegoż pisemka:




Nietrudno znaleźć antykatolicką propagandę uskutecznianą pod czujnym okiem red. naczelnego, o czym pisałem już w innym miejscu i tylko wklejam wraz ze źródłami:




Te uwagi odnoszą się do następujących wypocin, oddających widocznie linię ideową pisemka, wybitnie antykatolicką:






Dochodzą typowo protestanckie twierdzenia,

- że całe Boże Objawienie jest zawarte w Piśmie św.:


- że rozumowo nie można poznać istnienia Boga:


Oto autor tych heretyckich bzdetów, jeden z redaktorów pisemka:


Warto mieć na uwadze, że inicjator i opiekun tego przedsięwzięcia, x. Dawid Tyborski, jest byłym (czy tylko byłym?) protestantem. Jak zakłamane jest to towarzystwo świadczy też chociażby "dyskusja" w temacie, gdyż delikwent nawet swoim przyjaciołom nie podaje jasno faktów:


A widocznie nadal nie wyleczył się z herezji, skoro chwali się zażyłością z dominikaninem "charyzmatykiem", który głosi dość prymitywne herezje (więcej tutaj):




I też z innym głoszącym ewidentne herezje i bzdety (więcej tutaj):



Uzupełnienie (czerwiec 2021): nawet odnośnie skandalicznego, wręcz rynsztokowego wywiadu tego heretyka i zwodziciela (więcej tutaj), akapowy delikwent rozpływa się w podziwach (źródło tutaj):




Ilustracją kondycji intelektualno-duchowej jest także widoczne tutaj pajacowanie i to w kontekście niby sakralnym:





A tutaj w szerszym gronie akapowo-przebierańcowym, między innymi ze słynnym Gospodarkiem:




Dowodem na jego heretyckie, skrajnie modernistyczne poglądy jest uporczywe nazywanie protestanta "biskupem", a protestantów "kościołem", co podlewa pseudopobożnym sosem:




Drugi duchowny związany na stałe z pisemkiem "Adeste" ma też dość ciekawe powiązania, mianowicie z duchownym z Łodzi uprawiającym okłamywanie na użytek islamizacji:







Dla tych, co nie wiedzą, wyjaśniam: ramadan to świętowanie objawienia Kuranu, czyli księgi m. in. wzywającej do mordowania chrześcijan.


Od satanizmu do talmudyzmu - po drodze przez...

Szczególnie jaskrawym przypadkiem jest Sergiusz Orzeszko. Jako kolega Grzegorza Śniadocha z czasu studiów seminaryjnych dla ordynariatu wojskowego, poszedł w jego ślady do tradycyjnego Instytutu Dobrego Pasterza (IBP). O swojej historii nawrócenia - jak się potem okazało wątpliwego - opowiadał przejmująco, pełniąc rolę drugiej gwiazdy Tradycji w Polsce po swoim koledze, x. Śniadochu (wyświęconym w 2008 r.):

https://www.youtube.com/watch?v=fqnRf0NkTFA

Nie ulega wątpliwości, że łączyło ich więcej niż koleżeństwo z czasów seminarium, co widać w licznych śladach w internecie:



Sergiusz otrzymał święcenia prezbiteratu w 2012 r., co jeszcze bardziej wzmocniło jego sławę i popularność. Po niedługim czasie opuścił IBP i wstąpił do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X (FSSPX), co zwykle świadczy o radykalizacji poglądów w sprawach kościelnych. Nieoczekiwanie w 2016 r. podano do wiadomości, że x. Orzeszko zostaje przeniesiony do Francji:



Niedługo potem pojawiła się pogłoska, że z powodu tego przeniesienia opuścił FSSPX i nie wiadomo, gdzie przebywa. Sprawa wyjaśniła się niedawno, w marcu 2020 r., gdy na profilu pewnej kobiety z Łodzi pojawiły się następujące fotki:




Fotki pochodzą z bieżącego roku 2020. Wiek dzieci świadczy o tym, że zostały spłodzone znacznie przed rokiem 2016. Czyli katolicy byli przez lata perfidnie oszukiwani...

Warto zauważyć, że Orzeszko - jeszcze jako ksiądz - został zaangażowany jako tłumacz słynnej książki prof. de Mattei o Soborze Watykańskim II. Dopuścił się w tym tłumaczeniu jaskrawych fałszerstw, co potwierdza, że już wtedy systematycznie oszukiwał katolików. 


Bractwo przed czego?

Mniej głośnym, jednak nie mniej znaczącym elementem krajobrazu jest następne grono osób, zresztą w znacznej części pokrywające się z już wspomnianymi. Chodzi o tzw. Bractwo Przedmurza. Zaś elementem łączącym jest znowu x. Grzegorz Śniadoch, który widocznie pełni rolę quasi "ojca duchowego" i zarazem "kapelana" tego grona. Nie będę tutaj powtarzał oficjalnych informacyj, gdyż są one dość łatwo dostępne w internetach. Zresztą osobiście nie przywiązywałbym wielkiej wagi do oficjalnych deklaracyj czy programu działania, który zresztą - o ile mi wiadomo - nie jest dostępny publicznie, a nie wiadomo też nic o żadnych statutach owego Bractwa, tym bardziej o ich zatwierdzeniu czy to według prawa państwowego czy kościelnego. Bardziej interesujące są natomiast faktyczne znamiona i to już nawet te dostępne - czy niegdyś dostępne - publicznie. Podkreślam: nie zamierzam kwestionować dobrych intencyj poszczególnych członków czy zwolenników. Zresztą kilku dane mi było poznać osobiście. Wygląda na to, że między poszczególnym placówkami (zwanymi komturiami) są różnice zdań i posunięć przynajmniej w niektórych kwestiach. Zaznaczam także, iż nie mam zastrzeżeń do deklarowanych publicznie celów owego Bractwa. Jednak czuję się w obowiązku zwrócić uwagę na pewne przynajmniej de facto konstytutywne elementy, które są ewidentnie fałszywe i niekatolickie. 

Zacznę od pewnej ceremonii, przedstawionej pierwotnie przez samo "Bractwo" w internecie, gdyż jest ona szczególnie symptomatyczna. Wprawdzie materiał fotograficzny został usunięty i otrzymałem zapewnienie, że takowa ceremonia już nigdy się nie powtórzyła. Są jednak podstawy do wątpienia w to zapewnienie, zwłaszcza, że odpowiedzialni nigdy nie przyznali się do błędu, nie obiecali poprawy i nie podjęli zadośćuczynienia za popełnione przestępstwo wobec miejsca kultu katolickiego i zgorszenie. 

Najpierw zapraszam do obejrzenia materiału wizualnego:



Jak widać, tajemniczej ceremonii przewodniczy założyciel i wódz "Bractwa Przedmurza" w asyście x. Grzegorza Śniadocha. Zaś "ceremoniarzem" jest główny organizator warsztatów "Ars Celebrandi" Tomasz Olszyński. Ministrant trzyma tajemniczą księgę z niewiadomym obrzędem, z całą pewnością niezatwierdzonym przez żadne władze kościelne - oprócz x. Śniadocha, który oczywiście nie jest żadną władzą kościelną. To jest oczywiście farsa i oszustwo, gdyż 
- w miejscu sprawowania Najświętszej Ofiary (także ołtarz boczny jest miejscem do tego poświęconym) zasiada świecki w pozie właściwiej biskupowi podczas czynności pontyfikalnych, 
- ceremonia odbywa się według wynalezionego i z całą pewnością niezatwierdzonego przez żadną władzę kościelną rytuału, 
- symulowane jest sprawowanie ceremonii według ksiąg liturgicznych, co oczywiście nie jest prawdą. 
Następne fotki mają znaczenie uzupełniające:








To jest oczywiście farsa i swoista zabawa dużych chłopców w quasi rycerzy, przy bezprawnym wykorzystaniu miejsca świętego dla fałszywego obrzędu, a to wszystko przy aprobacie i z udziałem (może nawet z inspiracji) naczelnej gwiazdy indultyzmu - x. Śniadocha. 

Zwróciłem im na to uwagę w miejscu publikacji tego materiału, zaś odpowiedzią było powołanie się na "kapłanów" oraz pogróżka za rzekome znieważenie ich:


Autorem tych słów w imieniu "Bractwa Przedmurza" jest sam Franciszek Podlacha. A kim on jest oprócz szefowania Bractwu? Oficjalnie nie było nic wiadome publicznie aż do niedawna. Otóż w związku z tzw. piątką dla zwierząt w jesieni obiegłego roku wystąpił bodajże w senacie w imieniu przedsiębiorców, co akurat jest chwalebne. Natomiast mniej chwalebne, a nawet skandaliczne jest wielokrotne posługiwanie się przez niego pojęciem "ubój religijny", które to pojęcie jest wynalazkiem talmudystów dla wybielenia barbarzyńskiego, żydowsko-muślimskiego rytuału zażynania zwierząt bez znieczulenia (więcej tutaj i tutaj): 




Tym samym znowu wiemy, z kim mamy do czynienia, czyli kto próbuje występować jako katolik z szumną nazwą "Przedmurze"...

Istotna jest także następująca sprawa. Otóż owo Bractwo chwali się spotkaniami, pielgrzymkami, wędrówkami TYLKO dla mężczyzn. Jest to naczelna zasada jego działania. Oto dowody wzięte z publicznie dostępnych ogłoszeń:




Nie wiem, czy ci panowie na prawdę myślą, że będą bardziej męscy, jeśli tylko w swoim męskim gronie będą odbywać swoje praktyki organizacyjne, rozrywkowe i religijne. Nie chodzi o zachciankę dziwnych panów lubiących wyłącznie męskie towarzystwo, lecz wchodzą w grę obowiązki stanu, gdyż spora część tych panów to żonaci mężczyźni, którzy dla swojego hobby biegania po górach i lasach w wyłącznie męskim towarzystwie zostawiają w domu swoje żony i dzieci nawet na kilka dni:





Czy ktokolwiek zwrócił tym dużym chłopcom uwagę na to, że to, co robią wobec własnych rodzin (i nie tylko) jest prostą drogą do wpojenia przynajmniej ich żonom i dzieciom choćby niechęci, jeśli nie wręcz nienawiści do wiary i Kościoła za to, że pod etykietką i pretextem katolicyzmu ich mężowie i ojcowie urządzają sobie urlopy od rodziny, czyli od obowiązków małżeńskich i rodzicielskich, i to z groteskowym hasłem obrony chrześcijaństwa przez bieganie po górach i lasach, tudzież dyskutowanie całymi dniami, jak należy to nadal robić?
A to się dzieje oczywiście z aprobatą, a widocznie nawet poparciem ich duchowego opiekuna i idola x. Śniadocha...

Na koniec jeszcze reakcja jednego z tych chłopców świadcząca o stanie umysłu, typowa zresztą:





Bóg? Honor? Rock'n'roll! 

Znacznie dłużej na rynku medialnym jest obecny Mateusz Ochman, który wraz ze swoim przyjacielem Tomaszem Adamskim, będąc - tylko krótki czas - studentem teologii rozwinął działalność jako vloger. Na przykładzie choćby tych obrazków widać, że krąg się jakby zamyka, gdyż osoby kolegują ze sobą internetowo, ale nie tylko:




Ze słynnym Gospodarkiem nocna zabawa:


A tutaj już służbowo wspólnie:


Dzięki swoistej mieszance narcyzmu i kokieterii udało się Ochmanowi zdobyć popularność głównie wśród młodzieży. Nie mając nawet ukończonych studiów - studiował teologię tylko niecały rok i chyba nie ukończył żadnych studiów - wypowiadał się i nadal wypowiada się, budując swoją popularność na tematach dotyczących wiary katolickiej i Kościoła. Przyznać trzeba z uznaniem, że treściowo jego wystąpienia przeważnie trzymają się ortodoxji katolickiej i przejawiają konserwatywne poglądy liturgiczne. Zdarzają się jednak niedorzeczne wypowiedzi, zdradzające skrajnie modernistyczne skrzywienie, jak ta, na którą już niegdyś wskazałem (błędnie wówczas mniemając, że skończył studia, o których niegdyś wspominał, a wygląda na, że nie skończył żadnych studiów):


Ochman pilnie wystrzega się ujawniania swoich poglądów politycznych. Nazwa jego bloga, parodiująca słynne hasło przez zastąpienie Ojczyzny "rock'n'roll"em, wskazuje raczej na lewacką tendencję. Pasuje do tego fakt, że wpierw podjął pracę w jednoznacznie katolewackim środowisku:



Otóż Stacja7 jest ściśle związana ze środowiskiem skrajnie katolewackiego krakowskiego "Znaku":




W ostatnim czasie Ochman zaczął współpracować również z krakowskim środowiskiem quasi konserwatywnym, konkretnie z portalem PCh24:

Współdziałał w tworzeniu filmu przeciw weganom, który pod względem teologicznym jest wybitnie niekompetentny i wręcz zakłamany (więcej tutaj):


W osobistych wyznaniach z ostatniego czasu mówi o konieczności zarabiania i braku pieniędzy na sprzęt, a równocześnie chwali się, że dzięki zdobytej popularności ma wiele ofert pracy:



Ochman stale lubi exponować swoją religijność. Wywodzi się ona z blachnicyzmu czyli tzw. "Ruchu Światło-Życie", do czego się z sentymentem przyznaje.


Z powodu tak wylewnego wyznania wiary i pobożności, warto się przyjrzeć sprawie nieco bliżej. Tak się składa, że mam z nim pewne doświadczenie osobiste, aczkolwiek tylko internetowe.

Jako że zainteresowania co do grup społecznościowych się pokrywały, byliśmy nawet znajomymi przez jakiś czas. Potem dotarły do mnie jego zaplecowe wpisy na mój temat (na grupie, której nie byłem członkiem):




Po dłuższym czasie, gdy coraz częściej docierały do mnie pomówienia, jakobym nie miał inkardynacji i statusu kanonicznego, dla obrony swego dobrego imienia rozważałem podjęcie kroków prawnych przeciw znanym oszczercom. Jednym z nich był Ochman. On w typowy dla siebie bezczelny sposób szydził sobie i to dość wulgarnie:







Owszem, wrogów mi nigdy nie brakowało. Jednak nawet wśród nich trudno znaleźć kogoś, kto by jak Ochman ośmielił się puszczać w świat wyssane z palca kłamstwa, przy wykorzystaniu swojej popularności i wiarygodności u naiwnych.
Swoje oszczercze plotki usprawiedliwia w osobliwy i to ponownie w kłamliwy sposób:


Otóż fakty są takie: przy okazji jego wystąpienia z kotem (było ich kilka) wyraziłem zastrzeżenia odnośnie nazwania zwierzęcia "Pontifex" czyli słowem, które oznacza zarówno "kapłan" jak i "papież", gdyż uważam to za bluźnierstwo.


Po jakimś czasie, gdy Ochman się żalił do kamery, że został podrapany przez swego kota, napisałem mu, że nie powinien się dziwić, ponieważ koty są z natury drapieżnikami. Wtedy zostałem przez niego zbanowany, dzięki czemu poznałem już charakter i moralność Ochmana. Jego kłamliwe i nienawistne wpisy zaplecowe jedynie potwierdziły diagnozę. Niestety pasuje ona do reszty tego grona, aczkolwiek w bezczelności Ochman szczególnie się wyróżnia. Za swoje oszczerstwa nigdy nie przeprosił, ani ich nie odwołał, choć od dawna wiadomo publicznie, zapewne także jemu, że są kłamliwe. Tyle warta jest jego "pobożność". 

Zresztą widocznie on tak ma i to już od wczesnego dzieciństwa, do czego się dość otwarcie przyznaje:


No cóż. Żeby jako 3-letnie dziecko być w stanie posunąć się do tak podłego oszczerstwa i to odnośnie własnej matki, to trzeba mieć genialnie perfidny charakter. Co się widocznie nie zmieniło.

Post scriptum

Rychło pojawiła się reakcja Ochmana, najpierw zaplecowa:

 
I jeszcze groźniej:


Tyle zaplecowo. Natomiast bezpośrednio próbuje usprawiedliwić swoje oszczerstwo sprzed lat tym, że nie widział mojego celebretu:


Czyli jednak zdaje sobie sprawę, że popełnił oszczerstwo, i próbuje z niego kłamliwe wybrnąć. Przypominam: przed laty nie pisał publicznie, że nie widział celebretu, lecz że jestem wydalonym włóczęgą bez statusu kanonicznego. Nasuwa się proste pytanie: jak ten człowiek mógł przez te lata spowiadać się i przyjmować Komunię św.? Czy w ogóle spowiadał się z oszczerstwa? Jak może to pogodzić z wychwalaniem się swoją pobożnością? Widzę dwie możliwości: albo jest dogłębnie zakłamany i obłudny w swojej exponowanej "pobożności", albo stracił kontakt z rzeczywistością (możliwe jest też połączenie obydwu możliwości), co by wyjaśniało, dlaczego oszczerstwa nie uważa za oszczerstwo i tym samym się z niego nie spowiada i nie nawraca. Przed takimi kato-celebrytami uchowaj nas, Panie Boże!



Podsumowanie - możliwe? konieczne? zbędne?

Jak zaznaczyłem na wstępie, opisane osoby są tylko przykładami, szczególnie jaskrawymi. Na szczęście nie stanowią one całości ani nie są reprezentatywne dla większości katolików szczerze przynajmniej zainteresowanych Tradycją Kościoła, zwłaszcza liturgiczną. Równocześnie są to osoby szczególnie exponowane, promowane i też samopromujące się, czy wręcz uzurpujące sobie pozycję wzoru czy nawet przywództwa. Na tym polega niebezpieczeństwo. Ryba psuje się od głowy. Skoro taka "elita" jest serwowana katolikom, to jest to zamach na ich dobrą wolę, wiarę i zasady moralne. Dlatego konieczne było niniejsze ostrzeżenie.




Post scriptum

1.
Na reakcje nie trzeba było długo czekać. Oczywiście typowe dla tego grona, jak ta:



W związku z tym oświadczam wszem i wobec, że
- czuję się świetnie pod każdym względem, zarówno psychicznie jak też somatycznie
- z całą pewnością nie popełnię samobójstwa, ponieważ jestem katolikiem i przestrzegam V przykazania.
Testament mam już dawno napisany :-)


2. Otrzymałem też ciekawe dopowiedzenie, które mówi samo za siebie:











Ochman przez swojego radcę prawnego oświadcza:


Ile warte są "informacje" Ochman'a, to już wiemy dość dobrze.

Natomiast stronka ma według algorytmów facebook'a następujące powiązania:




3.
Odnośnie powyższych twierdzeń dotarły do mnie następujące sprostowania:

Od Ł. Wolańskiego:





Tydzień wcześniej się odgrażał - niby dorosły człowiek, a z przekorą przedszkolaka:





Oraz odnośnie działalności Traczyka w duszpasterstwie IBP:





4.
I jest następna reakcja, znowu dziecinna i zakłamana:


Odpowiedzi oczywiście nie otrzymałem. 

Kyrie eleison!

Czy istnieje powołanie do życia w samotności?



Powołanie (vocatio) w sensie właściwym oznacza wybranie do stanu duchownego (z przyjęciem święceń) czy konsekrowanego (zakonnego). Chodzi o szczególną, w pewnym sensie wyjątkową drogę życiową, która jest naśladowaniem Chrystusa w formie życia, nie tylko według przykazań Bożych i kościelnych, lecz także tzw. rad ewangelicznych ubóstwa, czystości i posłuszeństwa według statutów właściwych dla duchownych i osób zakonnych. W tym znaczeniu w klasycznej teologii mówi się o dwóch stanach życia w Kościele:
- stanie przykazań (czyli tym zasadniczym, dla wszystkich) oraz
- stanie rad ewangelicznych (które zakładają oczywiście także wypełnianie przykazań).

Świętość można i trzeba osiągnąć oczywiście także nie przynależąc do stanu rad ewangelicznych. Z żyjących w stanie przykazań Pan Bóg powołuje niektóre osoby na swoją szczególną służbę dla Swojej chwały i dla zbawienia dusz.

Żyjący w stanie świeckim (czyli samych przykazań) mają za zadanie zwykle obowiązki wspólne wszystkim ludziom. Przeważnie jest to także, a nawet przede wszystkim założenie rodziny i wychowanie potomstwa. Jednak, według świadectwa Pisma św. Starego i Nowego Testamentu, zawsze istniały osoby, które nie zakładały rodziny, z różnych przyczyn. Boże Objawienie ani nie nakazuje każdemu założenia rodziny, ani nie zleca poszczególnym osobom życia samotnego, ani go nie potępia. W starożytnym Kościele istniała instytucja dziewic poświęconych Bogu, także wdów. Tak było zanim powstały zakony żeńskie. Nieżonaci mężczyźni byli czy to żołnierzami, czy sługami u zamożnych, także jako uczeni, nauczyciele i wychowawcy, czy też duchownymi w niższych święceniach. W niższych warstwach społecznych bezżeństwo (czyli życie w samotności) było przez długie wieki i stosunkowo do niedawna bardzo częste, zarówno wśród niewiast jak też wśród mężczyzn, gdyż założenie rodziny wymagało zapewnienie utrzymania i wychowania dzieci, na co uboższych (zbyt mało zarabiających) zwykle nie było stać. W tym znaczeniu można mówić o trzeciej drodze życiowej, oprócz stanu duchowno-konsekrowanego i stanu małżeńskiego. 

Najpierw należy się zastanowić, dlaczego doszło do pozostania w takim stanie życia (przez który przeszli wszyscy, którzy następnie wybrali czy to drogę duchowną czy małżeńską). To jest istotne, by nie doszło do zgorzknienia czy zniechęcenia, czy poczucia niepowodzenia życiowego. Najważniejsze jest, by powodem czy przyczyną nie był egoizm, egocentryzm, zamknięcie w sobie, na swoich potrzebach, zachciankach, wygodzie itp. Jeśli by tak było, to należy pracować nad tym. Jeśli natomiast powodem czy przyczyną jest poświęcenie swego życia czemuś dobremu, co trudno jest pogodzić zarówno z założeniem rodziny jak też ze stanem zakonnym czy duchownym, to jest to właściwa droga, która będzie służyła rozwojowi i dojrzewaniu miłości do Boga i do bliźniego. Tutaj ważne jest poradnictwo duchowe, gdyż sam człowiek łatwo się może pomylić w ocenie siebie i swojej sytuacji. 

Jaka jest specyfika tego stanu? Ponieważ nie ma obowiązków ani wobec własnej rodziny, ani wobec Kościoła, osoba taka ma znacznie większą wolność w wyborze i wypełnianiu zadań, ale także jakby szerszą odpowiedzialność. W związku z tym jest to droga trudniejsza, wymagająca większej siły ducha i także umiejętności praktycznych. Pod względem duchowym taka osoba nie ma kontroli i korekty ze strony ani wspólnoty duchownej, ani współmałżonka, pod względem czysto ludzkim i materialnym również jest zdana bardziej na siebie niż ktoś żyjący w stanie duchownym czy małżeńskim. Wiąże się z tym oczywiście pewne niebezpieczeństwo i wyzwanie, ale równocześnie szansa dla rozwoju osobowego. Jednak warunkiem jest przede wszystkim dojrzałe życie duchowe i religijne, oraz zdrowe relacje ludzkie czyli życie miłością bliźniego, mimo że ten stan może sprzyjać egoizmowi i zamknięciu się w sobie, co musi powodować regres czy wręcz patologię osobowości. 

Pewne jest, że Pan Bóg daje także takim osobom łaski i siły, których potrzebują do życia według przykazań, osiągnięcia świętości oraz odpowiedniej służby Bogu i bliźnim. Konieczny jest jednak wkład własnych sił i umiejętności. Środki są takie same jak dla innych stanów życia:
- korzystanie z Sakramentów,
- z kierownictwa duchowego oraz
- czynna, bezinteresowna miłość bliźniego.

Zaletą tego stanu życia jest
- doskonalenie zawodowe oraz
- troska o potrzebujących, chorych, ubogich, opuszczonych itp.

Osoba samotna ma więcej czasu a także środków dla zdobywania wiedzy, umiejętności oraz dla uczynków miłości bliźniego. Osoba taka może i powinna docierać ze swoją uwagą i troską do ludzi niezauważanych, lekceważonych czy pogardzanych przez innych. Jest to sposób realizacji ojcostwa czy macierzyństwa duchowego, którego wzorem jest także w tym wypadku Jezus Chrystus.

Odmóżdżenie postępuje


W niektórych seminariach duchownych w Polsce - zarówno zakonnych jak też diecezjalnych - pojawiła się moda na sprowadzanie alumnów z dalekich krajów, głównie afrykańskich. O ile mi wiadomo, jest to uregulowane tak, że w zamian za finansowanie ich formacji i studiów w Polsce, mają oni po święceniach przez jakiś czas posługiwać w Polsce. Można się domyślać, że celem jest raczej ich zatrzymanie tutaj. Innymi słowy: traktuje się Polskę jako kraj misyjny zdany na pomoc duchownych pochodzących z bardzo młodych, afrykańskich Kościołów lokalnych, nie zważając na pilne potrzeby personalne w tamtych krajach. Jest to o tyle dziwne, że tutaj, póki co, nie odczuwa się braku księży w tym znaczeniu, by parafie pozostawały bez duszpasterza. Znaczny spadek liczebny jest widoczny na razie tylko w seminariach i zakonach. Niektórzy przełożeni zakonni i biskupi widocznie chcą być przezorni z wyprzedzeniem, nie biorąc przy tym pod uwagę szerszych uwarunkowań oraz implikacyj tego rodzaju posunięcia. 

Najpierw należy wziąć pod uwagę, co taka polityka personalna oznacza dla krajów pochodzenia owych alumnów. Otóż, nawet jeśli tam seminaria są obecnie dość pełne (może się wydawać, że podobnie jak w Polsce w latach 80-ych), to wcale nie oznacza, jakoby stanowiło to nadmiar w porównaniu z potrzebami duszpasterskimi. Tutaj - i ogólnie do Europy i innych krajów zamożnych - przysyłani są oczywiście najzdolniejsi, którzy są w stanie opanować język na tyle dobrze, by w nim studiować, a następnie posługiwać, co oznacza, że strata dla diecezji ich pochodzenia jest nie tylko ilościowa, lecz także, a nawet przede wszystkim jakościowa. Jest wysoce prawdopodobne (jeśli nie wręcz pewne), że biskupi polscy opłacają nie tylko pobyt i studia tych alumnów, lecz ponadto płacą czy wynagradzają w jakiś sposób ich pierwotnym diecezjom za przysłanie ich chłopaków do Polski, czyli tym samym odbywa się jakby handel żywym towarem, co jest wręcz obrzydliwe. 

Z kolei cóż taki proceder oznacza dla polskich diecezyj i struktur zakonnych?

Po pierwsze, przykrywa się w ten sposób - dość prymitywny i nieudolny - właściwe przyczyny braku powołań rodzimych, czyli polskich. Do nich należy nie tylko demografia, czyli konkretnie zapaść demograficzna, która swoją drogą jest także - jeśli przede wszystkim - skutkiem "posoborowej" pseudoetyki małżeńskiej z tzw. naturalnym planowaniem rodziny oraz pomieszaniem ról w małżeństwie i swoistym przejęciem feminizmu nawet do liturgii kościelnej (lektorki, szafarki itp.). Główną przyczyną jest zapaść 

- doktrynalna na wszystkich szczeblach począwszy od katechezy, poprzez homilie, aż po studia teologiczne i listy pasterskiej biskupów,

- duchowa, czyli brak autentycznej, trzeźwej katolickiej pobożności, gdyż jest ona zastępowana czy to wiarą w prywatne objawienia, zresztą zwykle fałszywe, czy też paraprotestantyzmem (pseudocharyzmatyzm) i wszelkiego sekciarstwem (jak kikonizm), 

- a nawet wręcz intelektualna, dotycząca rozumowych podstaw wiary katolickiej, które zostały praktycznie usunięte nawet z formacji seminaryjnej, jako że ze swej natury zagrażają one szalonemu ekumaniactwu, które przez ostatnie dekady urosło także w Polsce do superdogmatu, czego przejawem jest chociażby to, że to biskupi polscy są pionierami "dnia judaizmu" i "dnia islamu". 

Nie wiem, w jakim świecie mentalnie ci panowie we fioletach i purpurach na różnych stopniach hierarchii żyją. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że nie nauczyli się (o ile w ogóle chcieli się nauczyć) z błędów, które popełniła hierarchia na tzw. Zachodzie już począwszy od końca lat 60-ych ubiegłego wieku. Jako najprostsze przykłady można podać Komunię dołapną, świeckich szafarzy (i ostatnio nawet szafarki), lektorki, żonatych diakonów. Zapewne też dochodzi zaślepione zapatrzenie we wszystko, co pochodzi od modernistów z Rzymu, a co przyklepał "przenajświętszy" Jan Paweł II. Ich wiedza o wierze katolickiej i Kościele ogranicza się regularnie do Vaticanum II i po, gdyż zasadniczo tylko takich ludzi w ostatnich dekadach windowano na kolejce stopnie kariery kościelnej. Gdy teraz zaczynają sprowadzać do polskich seminariów Afrykańczyków, to po pierwsze albo nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, że Kościół zawsze dążył do tworzenia rodzimej hierarchii, że misjonarze z innych krajów byli zasadniczo traktowani zawsze jako konieczna posługa, tymczasowa do momentu osiągnięcia dojrzałości kościelnej na danym terenie, czego istotnym składnikiem są rodzime powołania. Po drugie, zapełnianie seminariów polskich alumnami z dalekich krajów jest właściwie policzkiem dla katolików w Polsce, jako rzekomo niezdolnych do wydania powołań z polskich rodzin. 

Zaznaczam: Oczywiście nie mam żadnych uprzedzeń, ani zasadniczych zastrzeżeń do Afrykańczyków czy innych ludów i narodowości. Jako były członek międzynarodowego zgromadzenia misyjnego mogę powołać się na swoje dobre doświadczenia. W seminarium międzynarodowym w Austrii generalnie lepiej się dogadywałem i sympatyzowałem ze współbraćmi np. z Indonezji, z Filipin, z Japonii, niż z wieloma Europejczykami czy nawet z niektórymi Polakami. Jeśli teraz ktoś w Polsce myśli, że zaimponuje tutaj komuś księżmi z Afryki, czy też przykładnie ukarze czy przynajmniej upokorzy w ten sposób polskich księży i polskie rodziny, to wykazuje tym samym zupełne odklejenie od rzeczywistości i od myślenia katolickiego. 


Czy procesja Bożego Ciała jest tradycyjna?

 


Ostatnio okazało się, że święto Bożego Ciała - tak silnie związane z religią w Polsce, że nawet komuniści nie odważyli się go skasować - staje się przedmiotem kontrowersji. W samym Rzymie po stuleciach odwołano w tym roku centralną, diecezjalną procesję Bożego Ciała, z pokrętnym, właściwie kłamliwym uzasadnieniem przez chorobę kolana Franciszka, który wszak nigdy dotychczas nie klękał przed Najświętszym Sakramentem, a ostatnimi laty też nie prowadził procesji (choćby jadąc na lawecie z Najświętszym Sakramentem, jak to czynił w ostatnich latach życia Jan Paweł II, zresztą do końca klęcząc mimo sędziwego wieku i schorowania). Pewien skrajnie modernistyczny jezuita w Polsce publicznie zaatakował to święto, co wpisuje się w przygotowywanie gruntu dla dalszej protestantyzacji katolików przez skasowanie najpierw zwyczajowych obchodów, a ostatecznie zapewne także samego święta, które przeszkadza zapędom ekumaniackim. Dlatego warto zwrócić uwagę na kwestie historyczne, doktrynalne, rytualne i zwyczajowe związane z tematem. 

Pominę tutaj historyczne korzenie tego święta, związane ze św. Julianną z Liège, zakonnicą belgijską. Najważniejszych faktów można się łatwo dowiedzieć z internetu. Mniej znana jest historia procesji Bożego Ciała i zwyczajów z nią związanych. Tutaj istniała - i nadal oficjalnie istnieje - znaczna różnorodność zarówno co do obrzędu jak też zwyczajów. 

Procesja Bożego Ciała pierwotnie nie była praktykowana wraz z liturgicznym świętem, wprowadzonym w diecezji Liège w 1246 roku, zaś w roku 1264 w całym Kościele. Procesja pojawiła się dopiero z pewnym opóźnieniem, mianowicie w roku 1277 najpierw w Kolonii i w innych miastach i regionach niemieckojęzycznych. Według historyków liturgii, nawiązywała ona do procesji w tzw. dni krzyżowe z błogosławieństwem pól. W tych procesjach pierwotnie niesiono obrazy i figury świętych, następnie dołączono Najświętszy Sakrament. Wówczas papież Urban IV w swojej bulli zalecił śpiewać podczas tej procesji hymny eucharystyczne autorstwa św. Tomasza z Akwinu. Na jej koniec udzielano błogosławieństwa eucharystycznego. W takiej postaci procesja Bożego Ciała została ujęta w tradycyjnym Rituale Romanum. 

Natomiast w krajach niemieckojęzycznych doszło do rozbudowania procesji przez dodanie czterech stacyj ze śpiewaniem Ewangelii (zapewne z powodów praktycznych, by celebrans miał nieco wytchnienia w przeważnie długiej drodze i to w skwarze dnia). Pierwotnie Ewangelie te nawiązywały oprócz Wielkiego Czwartku do tajemnicy Wcielenia, czyli Bożego Narodzenia. Dopiero w XX w., w ramach pełzającej protestantyzacji forsowanej głównie z Niemiec, zastąpiono te treści Ewangeliami o uczcie i rozmnożeniu chleba. 

Równocześnie rozwijał się folklor związany z procesją. Ponieważ niesienie obrazów i figur było podzielone na stany i cechy, była to sposobność do ich autoprezentacji galowej. Ołtarze stacyjne także były okazją dla twórczości folklorystycznej, która przy braku czujności duszpasterzy mogła przybierać bardziej dziwne formy, zwłaszcza gdy sam duszpasterz nie dysponował ani wystarczającą wiedzą, ani wyczuciem liturgicznym, teologicznym czy choćby estetycznym. 

Jaskrawym przykładem są tutaj dywany z kwiatów przedstawiające symbole święte czy wręcz postaci eucharystyczne i symbole oznaczające samego Jezusa Chrystusa. Nawet jeśli tworzono je z pieczołowitością i kunsztem, to jednak stanowiły one nadużycie i wręcz zaproszenie do bezczeszczenia symboli świętych, mimo nawet szlachetnych intencyj połączonych z bezmyślnością i brakiem wyczucia. Oczywiście nie ma nic złego w tworzeniu obrazów z kwiatów przedstawiających osoby czy symbole święte. Jednak ich miejscem z całą pewnością nie powinna być ziemia, lecz lokalizacja powinna oznaczać szacunek i zapraszać do oddawania czci, nie do deptania. 

Poważnym nadużyciem, sprzecznym z zasadami liturgii katolickiej i znaczeniem procesji eucharystycznej, jest także głoszenie kazań podczas procesji w obecności Najświętszego Sakramentu. Ten fałszywy zwyczaj rozpowszechnił się zwłaszcza w Polsce, co jest haniebnym przykładem stanu wiedzy i wyczucia liturgicznego. 

Niestety nawet w kręgach tradycyjnych katolików często brak jest takiego zdrowego, trzeźwego wyczucia i rozróżnienia. Świadczy to o głęboko sięgającej ruinie duchowej, intelektualnej i estetycznej, której należy się przeciwstawić, by to iście katolickie święto było w każdym szczególe sprawowane z należną starannością i nienagannym pięknem. 


Powołanie a życie w czystości



Po pierwsze, należy mieć stałego spowiednika i to on powinien doradzić, jaką decyzję można podjąć. Doradzić, nie podjąć decyzję za kogoś. 


Po drugie, zasada jest taka, że tylko ktoś zdolny do trwałego życia w czystości ma powołanie do stanu duchownego. Chodzi o trwałą zdolność do rezygnacji z wyżycia popędu sexualnego. Opanowanie popędu jest konieczne oczywiście także w przypadku męża, gdyż wyżycie w małżeństwie też nie jest dowolne, a zależy od małżonki, która nie zawsze musi być gotowa i się godzić, choć zasadniczo nie może odmawiać współżycia. Różnica między duchownym a mężem polega na tym, że duchowny rezygnuje na stałe, a mąż opanowuje i stosuje tylko w ramach miłości małżeńskiej. Sytuacja męża jest pod pewnym względem trudniejsza (dla mnie osobiście byłoby znacznie trudniej opanować się, mając blisko siebie ukochaną niewiastę), ale opanowanie popędu jest konieczne zarówno w jego przypadku jak też w przypadku duchownego.


Po trzecie, należy odróżnić uzależnienie od masturbacji i okazyjne, mniej czy bardziej częste grzechy. Uzależnienie wymaga być może nawet terapii, natomiast okazyjne grzechy wymagają pracy nad sobą, czyli kształtowania woli i ducha ofiary. Moim zdaniem uzależnienie dyskwalifikuje od przyjęcia do seminarium, ale także właściwie od małżeństwa. W takim wypadku należałoby szukać kompetentnej terapii. Natomiast z okazyjnymi grzechami można i należy walczyć głównie przez regularną spowiedź i kierownictwo duchowe, a po temu są lepsze warunki w seminarium. O ile wiem, seminaria stosują taką zasadę, że dają pierwszy rok na uporządkowanie tej sprawy, czyli na wyrobienie trwałej zdolności do życia w czystości. 


Po czwarte, na pewno rozwiązaniem nie jest "pocieszanie się" tym, że część księży w historii czy obecnie nie dochowuje czystości. Jeśli ktoś z góry rezygnuje ze starania o czystość, to nie powinien wstępować do seminarium. Nawet jeśli modernistyczne seminaria są pod tym względem coraz bardziej pobłażliwe. 


Oczywiście należy liczyć się z tym, że słabości różnego rodzaju pozostają także po przyjęciu święceń. Równocześnie należy mieć świadomość, że po wyjściu z seminarium okazji do grzechu i pokus jest zwykle więcej, nawet znacznie więcej. 


I należy też pamiętać, co jest sednem problemów z czystością, mianowicie po pierwsze przerost sfery zmysłowej nad duchową w szerszym sensie (czyli także w znaczeniu wartości i przyjemności intelektualnych, bardziej wysublimowanej estetyki), a po drugie sprowadzenie człowieka - zarówno siebie jak też drugiej osoby, także nie znanej osobiście jak w przypadku pornografii - do przedmiotu pożądania i okazji do zaspokojenia potrzeb zmysłowych. Tutaj zawarte są już środki pracy nad problemem. Na pewno nie jest pomocne "zamodlanie" czy "zasportowianie" problemu, aczkolwiek zarówno modlitwa jak też rozsądne dbanie o zdrowie i kondycję ciała są niezbędne dla zdrowego i dojrzałego życia duchowego i kondycji psychicznej. Gdy naturalna energia zmysłowości jest tłumiona, to kiedyś w końcu exploduje w sposób zupełnie niekontrolowany, może nawet zboczony. Chodzi o trzeźwe poznanie siebie, swoich potrzeb, sił, zdolności, oraz świadome, rozumne, dobre obchodzenie się z nimi. Zwykle trzeba do tego dobrego kierownictwa duchowego, aczkolwiek dużo zależy już od wychowania w rodzinie, od atmosfery czystości - nie pruderii - między rodzicami i rodzeństwem, począwszy od słownictwa, zabaw, żartów itp. aż do rozwoju zainteresowań duchowych, kulturalnych, a najbardziej od atmosfery szczerej, autentycznej miłości, która jest najlepszą szkołą czystości, bo kształtuje ducha ofiary w znaczeniu daru ze siebie, nie zagarniania dla siebie kosztem innych. 


Jak rozeznać powołanie?


Teoretycznie nic się w tej kwestii nie zmieniło, aczkolwiek obecnie różnie bywa ze stosowaniem tradycyjnych kryteriów. W ostatnich dekadach doszły faktycznie inne, obce kryteria, powodowane ideologicznie modernizmem. Podczas gdy tradycyjnie decydujące były kwalifikacje moralne, intelektualne i duchowe (dojrzała, trzeźwa pobożność), to obecnie kładzie się zwykle nacisk na wspólnotowość i rozrywkowość (gitarka, dowcipy, zabawy itd., generalnie produkowanie i moderowanie przeżyć), co jest charakterystyczne dla sekt, nie dla katolicyzmu. 

Schematycznie ujmując tradycyjnie są kryteria subiektywne i obiektywne, wewnętrzne i zewnętrzne. 

Jest podobnie jak ogólnie z wyborem drogi życiowej, zawodu i małżeństwa. Ważnym czynnikiem jest tzw. pociąg, czyli zainteresowanie i upodobanie. Składają się na to zarówno uczucia i intuicja, jak też względy rozumowe. W przypadku powołania kapłańskiego jest to upodobanie w modlitwie, sprawach duchowych, sprawach Kościoła, ale także niezbędna jest chęć służenia bliźnim, czyli pewna wspaniałomyślność i hojność, pragnienie poświęcenia życia dla zbawienia dusz. 

Czynnikiem rozumowym jest ocena własnej zdolności do życia w kapłaństwie i w wykonywaniu zadań kapłańskich. Tutaj konieczna jest praktyczna weryfikacja, zarówno pozytywna jak też negatywna. Jedni czują się niegodni i niezdolni, obawiają się, że nie podołają obowiązkom stanu i życiu w celibacie. Inni czują się pewni co do swoich predyspozycyj i odporni na zagrożenia. Weryfikacją jest przede wszystkich życie w seminarium, które jest quasi klasztorne i zasadniczo - o ile jest poważnie prowadzone i traktowane - dość trafnie uwydatnia zarówno zalety, zdolności, ale także słabości i wady kandydatów do kapłaństwa. Na pewno jest to weryfikacja trafniejsza i pewniejsza niż luźne życie studenckie czy jedynie praktyka parafialna, aczkolwiek sprawdzenie się w warunkach życia na parafii pod koniec formacji przed święceniami ma także znaczenie jako weryfikacja owoców życia w seminarium. 

Zwykle już dość rychło podczas życia w seminarium duchownym ukazuje się, czy to życie prowadzi do dojrzewania duchowego, psychicznego i osobowego w ogólnym znaczeniu, czyli rozwinięciu i utrwaleniu cnót nadprzyrodzonych (wiara, nadzieja, miłość) i kardynalnych (sprawiedliwość, umiarkowanie, roztropność i męstwo), a także zdolności naturalnych, w tym zwłaszcza intelektualnych. Jeśli jest postęp i rozwój, to spełnione jest istotne, właściwie decydujące kryterium rozeznania powołania. Mówiąc obrazowo, chodzi o ogólny rozkwit duchowy młodego człowieka. 

Oczywiście zależy to nie tylko od niego samego, od gorliwości i dyscypliny, lecz także od prowadzenia w seminarium przez przełożonych i wychowawców. Jeśli w młodzieńcu rozwija się głównie czy wyłącznie cynizm w połączeniu z obłudą, to jest to świadectwo nie tyle jego nastawienia, co przede wszystkim warunków i osób wychowujących duchowo, intelektualnie, ogólnie osobowo. Gdyż, jak wiadomo, wychowuje się bardziej przez to, kim się jest, niż przez to, co się mówi. Stąd tak ważny jest wybór odpowiedniego, dobrego seminarium duchownego, a ze strony przełożonych kościelnych odpowiedni dobór kadry seminarium. Dlatego zawsze zalecam zapoznanie się najpierw z różnymi seminariami, zanim podejmie się decyzję o wyborze któregoś z nich. 

Zwykle - choć zdarzają się wyjątki - młody człowiek jest pełny ideałów i szlachetnych pragnień (a jeśli tak nie jest, to seminarium powinno weryfikować i eliminować). Jeśli taki dobry zapał, żar wewnętrzny jest rozwijany i utrwalany przez seminarium tak, że przynajmniej jego zarodek wystarczy na całe życie kapłańskie, oczywiście w połączeniu z własnymi staraniami, z własną wiernością na co dzień, to cel jest osiągnięty, a seminarium jest dobre. Generalnie jakość seminarium duchownego rozpoznaje się po jakości kapłanów, których wydaje, aczkolwiek zdarzają się wyjątki w każdą stronę, tzn. z dobrego seminarium może też wyjść zły kapłan, a ze złego dobry, choć prawdopodobieństwo jest mniejsze. 

Seminarium duchowne służy rozeznaniu subiektywnemu i wewnętrznemu, ale także obiektywnemu i zewnętrznemu. Wprawdzie predyspozycje (albo ich brak) zwykle widać już przed seminarium, niekiedy już w dzieciństwie. Zauważają je nie tylko rodzice i bliscy, lecz ogólnie otoczenie, zwłaszcza odpowiednio wyczulone. Nie musi to mieć związku z zaangażowaniem w życie parafii, jakiegoś "ruchu" czy organizacji kościelnej. Zwłaszcza cnoty kardynalne są zauważalne nawet przez niewierzących i ateistów, a są one także istotnym kryterium rozeznania. Z całą pewnością tzw. pobożność nie wystarczy, nawet jeśli jest postrzegana jako autentyczna i dojrzała. Należy pamiętać, że cnota pobożności - nazwana cnotą religijności - jest według św. Tomasza główną, podstawową częścią cnoty sprawiedliwości. Jest to przeciwne do promowanej obecnie herezji miłosierdzizmu, gdzie tzw. miłosierdzie jest ujmowane jako przeciwieństwo, a przynajmniej konkurencja dla sprawiedliwości. Nie powinno więc dziwić, że owocem tej herezji jest galopujące, masowe odwracanie się od prawdziwej religii, choć w połączeniu z sentymentalną, irracjonalną i tym samym niekatolicką pseudopobożnością, typu tzw. charyzmatyzm i podobne. 

Przełożeni seminarium powinni więc zwracać uwagę przede wszystkim na cnoty, zarówno nadprzyrodzone, jak też kardynalne. Oderwanie tych pierwszych od tych drugich - jak to ma regularnie miejsce w moderniźmie - jest fałszem, który musi prowadzić do wypaczenia religijności, zwłaszcza w postaci sprowadzenia jej czy to do uczuć i przeżyć, czy wręcz obłudy, co się zwykle łączy. Pobożność można dość łatwo grać i udawać, szczególnie gdy wykorzystuje się do tego emocje, wywoływanie i eksploatowanie przeżyć. Jej autentyczność sprawdza się w codziennej praktyce, która wymaga cnót kardynalnych, na których budują cnoty teologalne. Jeśli życie duchowe, także modlitwa nie prowadzi do rozwoju i umocnienia cnót naturalnych, to z całą pewnością nie jest to pobożność prawdziwa, autentyczna, katolicka. Autentyczna pobożność zawsze przemienia osobowość przynajmniej na tyle, że osobowość staje się jakby niezdolna do poważnych wypaczeń moralnych, jak np. praktyki pedofilskie czy homosexualne, ale także takich jak chciwość, pogoń za korzyściami materialnymi itp. Nie chodzi oczywiście o pokusy, lecz o sprawność w ich pokonywaniu. O sprawność należy oczywiście stale dbać, podobnie do sprawności fizycznej. Seminarium duchowne powinno zarówno wyćwiczyć sprawność moralno-duchową, jak też nauczyć dbania o nią przez całe życie kapłańskie. Pozostaje potem oczywiście własne staranie, własny wysiłek wierności życiu duchowemu. 

Podsumowując:
Kto czuje w sobie pewien "pociąg", czyli zainteresowanie i upodobanie w sprawach duchowych i kościelnych, a równocześnie znajduje potwierdzenie od innych osób, zwłaszcza od spowiednika (najlepiej od kierownika duchowego), ten powinien zdobyć się na odwagę pójścia drogą rozeznania powołania w dobrym seminarium duchownym, czy to diecezjalnym, czy zakonnym, zwłaszcza w tradycyjnym, czyli wychowującym w tradycyjnej liturgii Kościoła. Nawet jeśli by się w trakcie seminarium okazało, że to jednak nie jest właściwa droga, to jednak czas przeżyty w seminarium nie będzie czasem straconym, o ile motywacja wstąpienia była szlachetna i nastawienie szczere. Zakładając oczywiście, że było to dobre seminarium. 
Jeśli podczas życia w seminarium kandydat czuje subiektywnie, że generalnie (mimo przejściowych kryzysów) życie modlitwy, życie duchowe, lektura duchowa, uczestniczenie w liturgii sprawia radość, daje światło dla umysłu i pokarm duchowy, to jest spełnione wewnętrzne kryterium autentycznego powołania do stanu kapłańskiego. Do tego oczywiście muszą dojść kryteria zewnętrzne i obiektywne, czyli zdolność nauczania wiary i sprawowania sakramentów w sposób godny i owocny także dla wiernych, tudzież zdolność do kapłańskiego stylu życia, czyli w posłuszeństwie, czystości i ubóstwie według reguł zakonu, danego zgromadzenia czy statutów diecezjalnych. 
Zgodność rozeznania subiektywnego i obiektywnego, wewnętrznego i obiektywnego oznacza trafne rozeznanie. Na to trzeba oczywiście czasu i odpowiednich prób. Niezbędną podstawą jest szczera i szlachetna motywacja, czyli nie szukanie własnych korzyści, lecz drogi służenia Bogu i zbawieniu dusz. Wówczas Duch Święty będzie prowadził, mimo różnych trudności i przeciwności. 

Jakie seminarium wybrać?



Chyba muszę rozczarować, ponieważ nie jestem w stanie poddać konkretnej decyzji. Mogę podać jedynie ogólne zasady i kryteria wyboru, także na podstawie własnego doświadczenia.

Po pierwsze, należy zapoznać się osobiście z różnymi możliwościami, tzn. nawiązać kontakt i poznać osobiście zarówno alumnów i przełożonych, jak też dane miejsce. To może być zarówno seminarium diecezjalne, jak też różne zakonne. Radziłbym zapoznać się osobiście przed wstąpieniem także wtedy, gdy wybór już został dokonany. Dotyczy to zwłaszcza seminarium bardziej odległego, zwłaszcza zagranicznego. Przy okazji zapoznania się trzeba pytać o wszystko, co ważne. Chodzi o to, żeby potem nie było grubych niespodzianek.

Po drugie, należy kierować się przyszłym rodzajem posługiwania w Kościele, czy to w duszpasterstwie parafialnym, czy w zakonnym, czy w Novus Ordo, czy w liturgii tradycyjnej. Te opcje nie muszą się wykluczać, ale mogą. Jeśli ktoś czuje się dobrze tylko w liturgii tradycyjnej, to nie powinien iść do seminarium Novus Ordo, i odwrotnie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że łatwiej jest przejść z Novus Ordo do liturgii tradycyjnej niż odwrotnie, zwłaszcza gdy chodzi o seminarium duchowne. Człowiek z przeszłością tradycyjną jest traktowany podejrzliwie, nieufnie, nierzadko jest szykanowany, o ile oczywiście jest szczerym zwolennikiem Tradycji Kościoła.

Po trzecie, nie należy się kierować opiniami poszczególnych alumnów, ponieważ każdy z nich ma swoje ograniczone doświadczenia, które w różnym stopniu mogą być także przez nich zawinione. Jeśli chce się zbierać opinie, to przynajmniej od kilku i to nie tylko od tych, którzy mają podobne poglądy, choć ich opinia może być i jest zwykle najtrafniejsza i najważniejsza.

Po czwarte, nie należy traktować seminarium jako zła koniecznego w dojściu do święceń, lecz jako cennego czasu i miejsca do życia duchowego, zdobycia rzetelnej wiedzy teologicznej oraz korzystania z mądrości dobrych i doświadczonych kapłanów. To powinne być najważniejsze kryteria wyboru tego a nie innego seminarium.

Po piąte, choć to właściwie powinno być zasadnicze i początkowe, prosić o łaskę Ducha Świętego we właściwym rozeznaniu i znalezieniu odpowiedniego miejsca formacji duchowej.

Po szóste, warto też radzić się zaufanych kapłanów. Najlepszą pomocą powinien być kierownik duchowy czyli stały spowiednik, który jednak nie powinien decydować, lecz doradzać i towarzyszyć w decyzji własnej podopiecznego. Wiem, że nie jest łatwo o takiego spowiednika, gdyż księża dość często mają tendencję do kierowania według własnych upodobań, a nie według tego, jak Duch Święty chce prowadzić młodego człowieka.

Po siódme: Pewne jest, że przyszłością Kościoła jest powrót do Tradycji. Nie oznacza to, że przetrwają jedynie seminaria i instytuty tradycyjne, choć obecnie raczej na to wygląda. Myślę, że raczej nie jest wolą Pana Boga, by struktury Novus Ordo zupełnie oddaliły się od Tradycji, a to oznacza, że trzeba księży myślących tradycyjnie po katolicku także w tych strukturach. Dlatego osobiście polecałbym wybrać albo seminarium stricte tradycyjne, czyli wyłącznie z liturgią tradycyjną, albo przynajmniej takie, gdzie nie ma wrogości wobec liturgii tradycyjnej. Po haniebnym dokumencie "Traditionis Custodes" stało się to dość trudne, jednak nie całkiem niemożliwe, a myślę, że powoli pójdzie ku lepszemu także pod tym względem.

Na koniec dołożę kilka osobistych wspomnień. Gdy byłem alumnem na początku lat 90-ych, nikt nie spodziewał się takiej explozji Tradycji, która nastąpiła zwłaszcza za pontyfikatu Benedykta XVI. Wraz z moimi niewieloma kolegami byliśmy uważani za dziwaków, skazanych najwyżej na pokątne, niemal potajemne celebrowanie tridentiny w dni wolne od posługi duszpasterskiej. Mój proboszcz w pierwszym roku po święceniach mawiał mi: "wybij sobie z głowy, pociąg odjechał". Tak to chciałaby mieć banda bergogliańska i stąd wynikło "TC". Jednak akurat ten dokument jest dowodem na to, że oni działają w popłochu, wręcz w panice, gdyż widzą, że młodsze pokolenia w znacznej części nie idą za nimi, lecz sięgają do Tradycji, bo jest spójna, klarowna, lepsza, bardziej katolicka. Stąd też nerwowe ruchy tej bandy w kierunku poluzowania ogólnych wymagań moralnych, także co do kandydatów do seminariów, z dobrowolnością celibatu i gejostwem włącznie. To są dowody bankructwa duchowego i moralnego.

I jeszcze na koniec: Nawet jeśli droga powołania duchownego okaże się niełatwa, mozolna i kręta, to należy zawsze zachować czystość intencji, czyli stanowczą wolę służenia chwale Bożej i zbawieniu dusz, oraz ufność w prowadzenie Boże wraz z poddaniem się temu prowadzeniu. Jeśli chodzi o moją drogę, to nigdy nie planowałem i nie przypuszczałem, że będę na studiach w Austrii, na doktoracie w Monachium, i że będę księdzem diecezjalnym. To wynikło z okoliczności, a dokładnie z wierności wierze katolickiej i Kościołowi. Gdy musiałem, będąc na studiach w Austrii, opuścić zgromadzenie werbistów (do którego wstąpiłem pierwotnie w Polsce, a z dawnymi współbraćmi mam nadal serdeczny kontakt) z powodu narzucanych tam herezyj i nadużyć liturgicznych, to najbliższym miejscem, gdzie mogłem we względnym spokoju ukończyć studia i dojść do święceń było seminarium diecezjalne we Wiedniu, które wówczas akurat przeżywało swoistą restaurację katolicką w związku ze zmianą ekipy wychowawców na bardziej katolicką, przynajmniej nie wrogą katolicyzmowi (po dekadach rządów "czerwonego kardynała" Franz'a König‘a). W ten sposób, wbrew pierwotnemu zamiarowi i planom zostałem kapłanem diecezjalnym. Pozostała jednak wola służenia Panu Bogu i ludziom tam, gdzie wola Boża mnie postawi. I tego się trzymam. Dlatego z całym przekonaniem mogę każdego zachęcić do tego, by wobec trudności i przeciwności nie rezygnować z dobrego postanowienia, lecz korzystać z każdej sposobności do jego oczyszczenia, utrwalenia i udoskonalenia. I mogę też powiedzieć z pełnym przekonaniem, że warto, nawet jeśli bolesnych doświadczeń nie brakuje.

Rozum i tajemnica



Dominica Ssmæ Trinitatis

Mt 28,16-20:

A jedenastu uczniów poszło do Galilei, na górę, gdzie im Jezus przykazał.
I widząc Go, upadli przed Nim w pokłonie, lecz niektórzy powątpiewali.
A Jezus przystąpiwszy, rzekł do nich mówiąc: Dana mi jest wszelka moc w niebie i na ziemi.
Idźcie więc i czyńcie uczniami wszystkie narody, zanurzając je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego,
Ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do zakończenia świata. Amen.

οι δε ενδεκα μαθηται επορευθησαν εις την γαλιλαιαν εις το ορος ου εταξατο αυτοις ο ιησους
και ιδοντες αυτον προσεκυνησαν αυτω οι δε εδιστασαν
και προσελθων ο ιησους ελαλησεν αυτοις λεγων εδοθη μοι πασα εξουσια εν ουρανω και επι γης
πορευθεντες ουν μαθητευσατε παντα τα εθνη βαπτιζοντες αυτους εις το ονομα του πατρος και του υιου και του αγιου πνευματος
διδασκοντες αυτους τηρειν παντα οσα ενετειλαμην υμιν και ιδου εγω μεθ υμων ειμι πασας τας ημερας εως της συντελειας του αιωνος αμην

Ewangelia w tradycyjnej liturgii rzymskiej święta Trójcy Przenajświętszej opuszcza wprawdzie dwa pierwsze wersety powyższego fragmentu. Wynika to zapewne z tego, iż ważniejsze wydawało się jakby oddalenie od wydarzenia historycznego i przez to podkreślenie ponadczasowej wymowy ostatnich trzech wersetów Ewangelii św. Mateuszowej. Rzeczywiście wersety ten podają zarówno kwintesencję całej pierwszej Ewangelii i zarazem otwierają i wyznaczają całą historię Kościoła.

Ewangelista nie podaje, o którą górę w Galilei chodzi. Być może chodziło o tę samą górą, gdzie miało miejsce Kazanie na Górze z początku działalności Jezusowej. To by spinało tę działalności jakby klamrą. Inną klamrą, jeszcze szerszą jest obietnica - a właściwie zapewnienie - stałej Jego obecności z uczniami aż do skończenia świata, zgodnie z proroctwem Izajaszowym, które Mateusz przywołuje w opisie narodzenia (1,23). 

Zachowanie Jedenastu oznacza wiarę w Boskość Mistrza i oddanie Jemu. Pozostaje jednak czynnik ludzki w postaci powątpiewania. Według exegetów powątpiewanie może dotyczyć zarówno niektórych z Jedenastu jak też innych, którzy nie byli z nimi. Połączenie oddania czci z powątpiewaniem odpowiada realizmowi wiary. Ten opis wprawdzie nie ma cech tzw. chrystofanij czyli zjawień Zmartwychwstałego, gdzie wątpliwości także miały miejsce. W pojęciach biblijnych wątpienie ma charakter nie tyle intelektualny, co raczej ogólny w znaczeniu wahania i dystansu. To wyjaśnia, dlaczego Ewangelista nie dodaje, czego ta postawa dotyczyła. 

To Jezus jest tym, który przezwycięża dystans, zbliżając się do nich. Jednak nie zaczyna z czułością, lecz z wyrażeniem Swojej mocy. Wbrew pozorom nie jest to sprzeczność, gdyż to właśnie Jego Boska wszechpotęga daje podstawy do ufności w Jego słowa, do przyjęcia i wypełniania ich. On nakazuje z mocą i działa z mocą, działając w nich i przez nich. 

Nakaz "idźcie" wzywa do opuszczenia poczucia bezpieczeństwa i komfortu swojego domu i ojczyzny, by skierować się ku wszystkim, bez ograniczenia i bez wyjątków. Pojęcie "ethnos" w języku biblijnym oznacza pogan (w odróżnieniu od określenia "lud", które było zarezerwowane dla społeczności Izraela). Dla Izraelczyków udanie się do pogan było potężnym wyzwaniem, gdyż wymagało przezwyciężenia mentalności exkluzywistycznej i supremacyjnej. Trudności pod tym względem młody Kościół przeżywał dość wyraźnie, o czym świadczą Dzieje Apostolskie. 

Nie mniej trudniejszym wyzwaniem było "czynienie uczniami", czyli włączanie pogan do swojego grona - grona uczniów Chrystusowych. Prości rybacy z Galilei musieli odczuwać nie tylko zakłopotanie lecz wręcz lęk przed takim zadaniem. Zapewne dochodziły do nich opowieści o imponującej kulturze hellenistycznej Syrii, Grecji i Rzymu. Prawdopodobnie nieraz doświadczali pogardy nie tylko ze strony dumnych Judejczyków, lecz także obcych czy to handlarzy czy żołnierzy i urzędników. Jak to teraz oni mają iść do nich i przekonać ich o tym, co widzieli i słyszeli od Mistrza? Kto ich zechce słuchać, a tym bardziej stać się jednym z nich, Galilejczyków, pogardzanych nawet przez ich współwyznawców religii Mojżeszowej z Judei? 

Na to pytanie odpowiada Jezus, mówiąc, że to "czynienie uczniami" ma się odbywać po "zanurzeniu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". Te słowa są zwykle tłumaczone jak "chrzczenie", co oczywiście nie jest mylne. Dla właściwego, głębszego zrozumienia należy jednak sięgnąć do źródłosłowu greckiego. Wiemy, że pierwotnie chrzest udzielano przez zanurzenie, które oznaczało śmierć i powstanie ze śmierci do nowego życia (o czym dość wyraźnie naucza św. Paweł: Rz 6). Pierwszym więc zadaniem Jedenastu - i całego Kościoła po wsze czasy - jest więc wprowadzanie wszystkich, czyli pogan w poznanie Ojca i Syny i Ducha Świętego, gdyż to właśnie oznacza udzielanie Chrztu. To udzielanie jest sprzęgnięte z "czynieniem uczniami", przy czym kolejność wydaje nam się przestawiona, zwłaszcza wobec faktu, że o nauczaniu Pan Jezus mówi na końcu. Jest dość zrozumiałe, że nie chodzi tutaj o metodykę pastoralno-katechetyczną, gdyż tą Zbawiciel mógł spokojnie pozostawić rozumności i roztropności Swoich uczniów. Mówi tutaj o istocie i priorytetach, oczywiście w całości, nie o etapach czy stopniach działalności misyjnej Kościoła. W formule językowej na pierwszym miejscu jest zanurzanie, następnie czynienie uczniami, a na końcu nauczanie przykazań Chrystusowych. Wiadomo, że nie jest do porządek chronologiczny, lecz ontologiczny. Pouczanie i nauczanie ma prowadzić do wspólnoty uczniów Chrystusowych, zaś istotą i celem tej wspólnoty jest zanurzenie w wewnętrznym życiu Boga Trójjedynego, we wspólnocie z Nim, która jest zawsze wspólnotą z Jego uczniami, która sięga tego wydarzenia na górze w Galilei, czyli wspólnoty Jedenastu, która padłszy na twarz przed Nim otrzymała misję aż do skończenia świata. 

Nowy Testament - zarówno Ewangelie jak też listy apostolskie - zawiera wiele słów odnoszących się do tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Skoro liturgia rzymska, czyli papieska, wybrała akurat tę perykopę - ostatnie wersety Ewangelii św. Mateuszowej, tej najdłuższej i zarazem najbardziej zadomowionej w mentalności Izraelitów, także pod tym względem, że pierwotnie powstała prawdopodobnie po aramejsku, czyli w ówczesnym języku codziennym Palestyny i tym samym Pana Jezusa i Apostołów - to ma znaczenie dla zrozumienia tej tajemnicy, którą jest Bóg Trójjedyny. 

Trynitologia, czyli dział dogmatyki katolickiej poświęcony pojęciu Boga według Objawienia, doznawała burzliwego rozwoju już w starożytności. Dwa pierwsze sobory powszechne były powodowane sporami w tych kwestiach i doprowadziły do ustalenia Składu prawd wiary katolickiej znanego jako Nicaeno-Constantinopolitanum, które liturgia rzymska (a także bizantyńska i jej pochodne) wyznaje uroczyście w niedziele i święta. Ponadto we wszystkie niedziele po Zesłaniu Ducha Świętego (a także już po Epifanii) śpiewana jest prefacja o Trójcy Przenajświętszej. Właściwie każda modlitwa publiczna Kościoła - a także modlitwy prywatne zatwierdzone przez Kościół - zawiera zwykle tzw. doxologię trynitarną, czyli wyznanie wiary i zarówno uwielbienie tej Tajemnicy. Najpotężniejsze umysły teologów, a także niektórzy filozofowie, poświęcali lata badań, reflexji, medytacji oraz publikowali swoje dzieła w tym temacie. Tym niemniej prawda o Bogu Trójjedynym napotykała na przestrzeni wieków na trudności i opory, zarówno w łonie chrześcijaństwa jak też strony jego przeciwników i wrogów. Zarzuty były i są formułowane jako niby racjonalne, mimo iż na poziomie intelektualnym zostały już dawno - właściwie już w IV w. - wyjaśnione i obalone. Obecnie i to właściwie przynajmniej od XIX w. ta tematyka w teologii przycichła, aczkolwiek niekiedy powracała głównie w próbach nawiązania do fałszywych koncepcyj heglizmu (jak u niesławnego Karl'a Rahner'a). Jako że "teologia" modernistyczna nie lubi ani wyrazistych pojęć, ani klarownego wykładu, to zasadniczo unika atakowania wprost także tej prawdy wiary katolickiej. Podważanie i podkopywanie odbywa się jakby od tyłu, ukradkiem i podstępem, a cel jest ciągle taki sam, mianowicie odciągnięcie od zanurzenia w życie Ojca i Syna i Ducha Świętego poprzez prawdę Ewangelii i sakramenty Kościoła. Przejawem jest chociażby szalony tzw. ekumenizm, czyli ekumaniactwo rozciągane nie tylko na heretyków, lecz nawet na żydów, muślimów i pogan. To jest wręcz naoczny dowód, jak ściśle sprzężone jest odejście od kultu dla Jezusa Chrystusa i poszanowania Jego posłannictwa danego Kościołowi z jednej strony, a zapaść intelektualna z drugiej strony, przy czym jedno i drugie jest wręcz programowe, skoro szerokim łukiem omijane są kwestie prawdziwościowe, a uwaga skupia się na miłej atmosferze i samopoczuciu w "dialogowaniu", które do niczego nie prowadzi oprócz zamętu teologicznego i ogólnie umysłowego. 

Jedenastu upadło na twarz przed tajemnicą Mistrza ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Upadli w przeczuciu wielkości zadania, które ich chciał powierzyć, w poczuciu własnej słabości, niedostateczności, a zarazem w pewności Jego obecności teraz i na zawsze. To połączenie realizmu, zrozumienia, a równocześnie uznania wielkości i nieogarnialności tego, kim On jest w jedności z Ojcem i Duchem, ożywia, scala i utrwala Kościół aż do końca historii. Z tego wypływa autentyczne życie duchowe każdego prawdziwie wierzącego, gdyż on nie tylko przyjmuje nauczanie Apostołów i należy do grona uczniów Chrystusowych, lecz jest zanurzony w oczyszczającej tajemnicy Boga Trójjedynego. Ta tajemnica oczyszcza rozum z pychy i wznosi go ponad i poza wszelkie błędy, mody, trendy, naciski, nawet prześladowania, pogardę i cierpienia. Tak będzie aż do końca czasów. I tak będzie przejawiała się Jego moc, która łączy niebo z ziemią i ziemię z niebem. W tym połączeniu ma udział każdy, kto upada przed Nim i wypełnia Jego słowa. 

Do wahających się



Okres końca roku szkolnego i akademickiego jest szczególnym wyzwaniem dla tych, którym akurat w tym czasie przypadło podejmować decyzje życiowe, w tym także co do wyboru stanu duchownego czyli w kapłaństwie lub też w życiu zakonnym. W tym kontekście - a życie stale dostarcza nowych powodów jak ostatnio tzw. list KEP - szczególnego znaczenia nabiera zapytanie o wiarygodności Kościoła, czy przynajmniej jego hierarchii. 

Rzeczywiście wiarygodność Kościoła w znaczeniu hierarchii znajduje się w poważnej zapaści od ponad pół wieku, mianowicie od czasu tzw. reform po Soborze Watykańskim II. Skoro praktyka w głównej, uroczystej dziedzinie kościelnej, jaką jest liturgia, doznała radykalnych zmian, które są zaprzeczeniem dotychczasowej liturgii Kościoła, a w praktyce wręcz podważają prawdy wiary, to nie należy się dziwić, że przynajmniej w powierzchownym postrzeganiu pojawia się pytanie o zachowanie i trwanie tożsamości, tym samym o podstawy wiarygodności. Wprawdzie żaden dokument soborowy ani posoborowy nie podważa wprost prawd wiary katolickiej, jednak w wyniku zarówno braku jasności i precyzji doktrynalnej jak też praktyki - dość wyraźnie odbiegającej od prawd wiary katolickiej - doszło do upadku świadomości i wyznawania tej wiary. Odwrócenie się mas od Kościoła, co widać w krajach zarówno zamożnych jak też ubogich, oraz drastyczny spadek zainteresowania młodych ludzi drogą życia w stanie duchownym i zakonnym to jedynie symptomy kryzysu wiarygodności Kościoła, zwłaszcza jego hierarchii. 

Rozwiązaniem z całą pewnością nie jest ani dalsze pomieszanie doktrynalne, ani dalsze praktyczne odchodzenie od prawd wiary katolickiej na rzecz mglistej pseudoreligii "ekumenicznej", ani przymilanie się modnym - a narzucanym przez globalne ośrodki władzy finansowej, medialnej i politycznej - trendom i postępującej demoralizacji. Dostrzega to zwłaszcza młode pokolenie, dokładniej ta jego część, która szuka prawdy i dąży do ideałów. Dlatego właśnie akurat młode pokolenie odkrywa i czuje pociąg do tradycyjnego - jasnego i spójnego nauczania Kościoła, oraz jego tradycyjnej liturgii, która konsekwentnie stosuje i wyraża prawdy wiary katolickiej. Dlatego właśnie za rządów Franciszka nastąpiło uderzenie nie tylko w liturgię tradycyjną - której przecież nie można zniszczyć - co raczej w młode pokolenie świeckich katolików i duchownych, a to przez brutalne ograniczenie dostępu do sprawowania i uczestniczenia w tej liturgii, która jest nośnikiem czystej, nieskażonej prawdy i pobożności katolickiej. 

Nie będę się rozwodził o stanie umysłu i serca osób, które te ciosy zamierzyły i wykonały. Każdy zainteresowany ma dość materiału do analiz, reflexji i wniosków. Można się dziwić jedynie, że te osoby w swoim zacietrzewieniu wydają się nie zauważać problemu swojej wiarygodności. Wszak na tym punkcie szczególnie wrażliwi są ludzie młodzi, którzy pragną i szukają autentycznych autorytetów, nie krętaczy, zwodzicieli i oszustów. Pobłażliwością dla słabości czy wręcz dla rozwiązłości - jak to ma miejsce w gadaninie o miłosierdziu, czułości itp. - dają się przekupić i przyciągnąć jedynie osobowości słabe i nadpsute. Zdrowe osobowości kierują się ku prawdzie i realizują się w wyzwaniach, nawet jeśli są wymagające. Dlatego możni tego świata - niestety w kolaboracji z wieloma przedstawicielami hierarchii Kościoła - usiłują jak najwcześniej zgasić czy przynajmniej stłumić zdrowy idealizm u dzieci i młodzieży przez rozwiązłość, wskutek tzw. edukacji sexualnej i wszechobecnej pornografii. Czyż sytuacja jest beznadziejna?

Nie jest. Dowodem jest prawda, że Pan Bóg w każdym czasie i w każdej sytuacji działa, wzbudza i powołuje ludzi, których zadaniem jest odnowa duchowa - Kościoła i społeczeństw. Tak też jest bez wątpienia obecnie. Sam tego doświadczam, gdy zwracają się do mnie ludzie młodzi spragnieni zarówno czystego nauczania prawd wiary katolickiej, jak też porady duchowej zgodnej z tymi prawdami. Wprawdzie różnie się toczą ich losy. Jak to zwykle bywa w życiu duszpasterza, przeważnie służy się komuś tylko na pewnym etapie jego drogi życiowej. Duszpasterz nie zatrzymuje dla siebie, bo ma służyć bliźnim, nie sobie. 

Dlatego zwracam się tutaj do tych, którzy rozważają pójście drogą powołania kapłańskiego czy zakonnego, zwłaszcza do wahających się. Nie wiem, czy będąc w ich sytuacji miałbym odwagę pójść drogą powołania. W czasie mojej decyzji - a było to już kilka dekad temu - zaufanie do hierarchii i do Kościoła nie było tak trudne jak obecnie. Jednak z drugiej strony, nie znałem wówczas czystości, wspaniałości i wzniosłości tradycyjnego nauczania Kościoła i jego liturgii. Wtedy nie było internetu, a o Tradycji Kościoła milczały stanowczo także media katolickie. O tyle teraźniejsze młode pokolenie jest w sytuacji o wiele lepszej, choć ma też wiele więcej opcyj życiowych do wyboru. 

Tym niemniej myślę, że także obecny czas jest w pewnym sensie łaską. Pobudzane coraz bardziej nastroje apokaliptyczne - choć zwykle dość płytkie i pochopne - są normalną reakcją na widmo globalnego zagrożenia, nawet jeśli jest to sterowane, a właściwe cele nie są do końca jasne. Jeśli czeka nas era niebywałego w dziejach ludzkości i świata cierpienia czy zniewolenia, to tym bardziej wezwane do działania są jednostki światłe, szlachetne i odważne. Takich nie brakuje obecnie, mimo wszystko. A w sytuacji zagrożenia wartości moralnych, a także egzystencjalnego tym bardziej aktualne i pilne jest zaangażowanie w dziedzinie duchowej, w zbawienie dusz. 

Niniejszym zwracam się właśnie do tych, którzy dostrzegają taką potrzebę. Zdaję sobie sprawę, że akurat takie osoby - w swojej skromności - nie czują się trafnie opisane chlubnymi przymiotnikami. Dlatego wyjaśniam: Jeśli

- dostrzegasz i rozumiesz, że w kryzysie Kościoła i cywilizacji ratunkiem jest powrót do czystej, nieskażonej doktryny i praktyki katolickiej zwłaszcza w liturgii,

- pragniesz mieć swój udział w tej oczyszczającej odnowie Kościoła i cywilizacji, oraz

- jesteś gotowy (gotowa) poświęcić swoje siły i zdolności, nawet swoje życie, dla tego dzieła ku chwale Bożej i zbawieniu dusz

to właśnie do Ciebie kieruję te słowa zachęty i utwierdzenia w dobrych i szlachetnych zamiarach. 

Być może, a nawet prawdopodobnie nosisz w sobie wątpliwości, może nawet niepewność i lęk, także wskutek świadomości swoich niedoskonałości i słabości. Pamiętaj, że Pan Jezus nie przyszedł powołać doskonałych, lecz grzeszników (Mt 9, 12). 

Św. Franciszek Salezy powiedział (źródło): 


"Wielu ludzi się myli, uważając, że osoby ślubujące doskonałość już nie mogą upadać w niedoskonałości, zwłaszcza osoby zakonne. Jednak zakony nie są po to, żeby gromadzić osoby doskonałe, lecz osoby, które mają odwagę dążyć do doskonałości". 

Zachowuj przede wszystkim czystość woli i zamiarów, czyli motywację płynącą z miłości Boga i bliźniego. Reszty dokona Pan Bóg i będziesz zdziwiony (zdziwiona) potęgą Jego przemieniającej łaski. 

Na koniec zalecenia konkretne praktyczne:

1. Dbaj o życie duchowe, czyli modlitwę i przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Spowiedzi i Komunii św. Cenne jest tutaj trzymanie się liturgii tradycyjnej we wszystkich sakramentach i sakramentaliach, na ile to możliwe, gdyż jest to niezawodna szkoła modlitwy także osobistej oraz zdrowego i dojrzałego życia duchowego. 

2. Do wytrwania i postępu w dobrem potrzebna jest duchowa opieka doświadczonego duszpasterza, który jest bezwzględnie wierny odwiecznemu nauczaniu Kościoła, a nie nowinkom ostatnich dziesięcioleci. 

3. Rozwijaj swoją wiedzę oraz intelekt przez właściwą lekturę, zwłaszcza religijną, ale nie tylko. Sięgaj przede wszystkim do klasyków myśli katolickiej, zwłaszcza do pism świętych, do których sięgały pokolenia katolików. To Cię wyposaży w zdrowe i trzeźwe myślenie, niezbędne do właściwej oceny wszelkich nowości, czyli rozeznania - odzielenia ziarna od plew, którymi jesteśmy nachalnie karmieni odgórnie, zarówno w szkołach i na uczelniach, jak też ostatnimi czasy niestety nawet w dziedzinie kościelnej.

4. Zatroszcz się o swoich bliźnich, pouczając ich w prawdzie katolickiej, jeśli trzeba, także upominając. Ta troska wymaga zwykle tworzenia spotkań i kręgów edukacji oddolnej, aczkolwiek pod opieką kogoś dysponującego odpowiednim wykształceniem zwłaszcza w dziedzinie teologii. 

Te zalecenia możesz stosować już tu i teraz, nawet będąc jeszcze uczniem czy studentem. Poznasz wtedy zarówno trud jak też piękno i radość płynącą z zaangażowania dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Jeśli Pan Bóg zechce, to da Ci w odpowiednim czasie usłyszeć wezwanie i poznać powołanie. Wystarczy Twoja wielkoduszna gotowość, a On dokona reszty. 


---
Wersja do słuchania i subskrybowania:


Jaka kara za grzech przeciw naturze?


Chodzi o konstytucję apostolską św. Piusa V z 1568 r. w odniesieniu do problemu, który istniał już wtedy pośród duchowieństwa, a nawet sporo wcześniej (o czym świadczy św. Piotr Damiani). Decyzja Papieża jest zarówno klarowna jak też wyważona i powinna być wzorem  postępowania także obecnie i po wsze czasy. Dokument jest stosunkowo krótki, aczkolwiek treściwy: 


Treść w skrócie:

Papież mówi o niewstrzemięźliwości przeciw naturze, czyli o grzechach przeciw szóstemu przykazaniu, które są niezgodne z naturalnym współżyciem. Należy tutaj nie tylko tzw. homosexualizm, gdyż istnieją także grzechy tego rodzaju między osobami obojga płci, jak np. tzw. sex oralny (poczytać o tym można w każdy tradycyjnym podręczniku katolickiej teologii moralnej, więcej tutaj). Papież zarządza, że duchowni, którzy zostali przyłapani na takim grzechu, mają być albo usunięci ze stanu duchownego, albo wysłani na czas pokuty do klasztoru. Duchowni, którzy trwają w tym grzechu, mają być oddani władzy świeckiej na ukaranie. Tym samym Papież pozbawia takich duchownych wszelkich stopni duchownych, godności, przywilejów i beneficjów, bo zostali poddani takim samym karom ze strony władzy świeckiej jak osoby świeckie. 


Czy modlitwa wielkopiątkowa jest obraźliwa?



Z pewnym osłabieniem, ale nadal trwa debata w sprawie haniebnego listu Rysiowo-KEP-owego (więcej tutaj). Pośród niewielu prominentnych głosów jak x. prof. Waldemara Chrostowskiego pojawiły się także wypowiedzi innego profesora biblisty, mianowicie x. Waldemara Rakocego CM z Krakowa. Zasadniczo słuszna jest jego krytyka owego listu, jednak swoim poziomem fachowości nie sięga niestety jakości wypowiedzi x. Chrostowskiego, a nawet popełnia dość poważne błędy merytoryczne. 

Zacznę od tego, w czym się z nim zgadzam. Otóż zgadzam się z nim co do tego, że deklaracja "Nostra Aetate" w części odnoszącej się do religii żydowskiej zasadniczo nie odchodzi od tradycyjnego nauczania Kościoła. Dodać jednak należy, że zawarte w niej niejasne, nieprecyzyjne i wieloznaczne sformułowania niejako umożliwiły głoszenie fałszywych nauk, których jesteśmy świadkami obecnie. 

Gorzej jest z tezą x. Rakocego, jakoby Stare Przymierze straciło swoją ważność, gdyż przeczy jej wiele słów Nowego Testamentu, począwszy od tzw. kazania na górze w Ewangelii św. Mateuszowej ("nie przyszedłem unieważnić Prawa i proroków, lecz wypełnić"), aż do Listu do Rzymian, rozdział 11, który jest notabene fałszywie przedstawiany w wypowiedziach Rysiowych, mianowicie w fałszywym tłumaczeniu (więcej tutaj). W skrócie: według teologii katolickiej - począwszy od pism nowotestamentalych, poprzez Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła i dokumentów Magisterium Kościoła aż do encykliki Piusa XII "Mystici Corporis" - Stare Przymierze trwa w swoim właściwym i doskonałym znaczeniu w Nowym Przymierzu, które je wypełnia, a nie unieważnia. Na tym właśnie polega tragizm judaizmu, który odrzuca Jezusa Chrystusa, gdyż tym samym odrzuca on także Stare Przymierze, mimo pozorów trwania przy nim. Tego x. Rakocy widocznie nie ogarnia, nie wiem, z jakiego powodu, gdyż jest to elementarz nauczania pism Nowego Testamentu. 

Stąd się bierze widocznie następująca bzdura wypowiedziana przez niego:


Oto ta modlitwa w wersji sprawowanej od niepamiętnych czasów aż do Piusa XII: 


W tłumaczeniu własnym:

"Módlmy się za wiarołomnych żydów, aby Bóg i Pan nasz usunął zasłonę z ich serc, aby także oni uznali Jezusa Chrystusa Pana naszego.

Wszechmogący wieczysty Boże, który także wiarołomności żydowskiej nie odrzucasz od Twego miłosierdzia, wysłuchaj nasze modlitwy, które zanosimy za zaślepienie owego ludu, aby poznawszy światło Twojej prawdy, którą jest Chrystus, zostali wyrwani ze swoich ciemności. Przez tegoż Pana naszego Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje. Amen."

Pius XII zmienił przez dodanie przyklęknięcia (którego przy tej modlitwie nie było na pamiątkę tego, że żołnierze szydzili z Pana Jezusa podczas biczowania, przyklękając przed Nim): 


Jan XXIII w 1960 r. zmienił modlitwę przez usunięcie "perfidis" oraz "perfidia": 


Dlaczego w tej modlitwie ani nie ma błędu teologicznego, ani tym samym nie jest obraźliwa?

Po pierwsze, prawda nie może być obraźliwa. X. Rakocy widocznie wyznaje modernistyczny świecki zabobon, który temu przeczy, przynajmniej praktycznie. Dla katolika wzorem nie powinne być fałszywe zasady pseudouprzejmości, która ma wiele wspólnego z obłudą i dwulicowością (czy nawet wielolicowością), lecz wzorem jest Jezus Chrystus i kształtowany według tegoż przykład Apostołów i świętych. Jak każdy łatwo można stwierdzić, w Ewangeliach ani w pismach apostolskich nie ma słodkości, nie ma fałszywej kurtuazji, choćby nawet cienia obawy, by kogoś nie urazić gorzką, twardą, nawet bolesną prawdą. Tak samo jest u Ojców Kościoła. Fałszywa uprzejmość jest natomiast typowa i charakterystyczna zwłaszcza dla talmudyzmu i jego pochodnych, zwykle zresztą w połączeniu z krętactwem i podstępem. 

Po drugie, należy zwrócić na właściwe znaczenie słów łacińskich "perfidus" i "perfidia". Jeśli ktoś utożsamia je z polskim potocznym słowem perfidia, to wykazuje ignorancję języka łacińskiego, co jest haniebne zwłaszcza dla duchownego, a już wybitnie dla profesora teologii. Otóż znaczenie łacińskie odnosi w dość jasny sposób do nauczania Nowego Testamentu, według którego odrzucenie Jezusa Chrystusa jest niewiernością względem Starego Przymierza i tym samym wiarołomnością. Innymi słowy: w tej modlitwie nie chodzi o Żydów jako narodowość - jak to jest zwykle fałszywie interpretatowane - lecz o żydów, którzy nie przyjęli Jezusa Chrystusa. Nie ma to więc nic wspólnego ani z antysemityzmem, ani nawet z judaizmem, jeśli uznaje się, że prawdziwą religią żydowską jest religia starotestamentalna, a nie faryzejsko-rabiniczna, czyli odrzucająca Jezusa Chrystusa. 

Tak więc należałoby dopytać x. Rakocego, z jakiego powodu on uważa rdzennie katolicką modlitwę za obraźliwą i dla kogo.