Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Naiwność i oszukaństwo - film Kondrata (z uzupełnieniem)


O nowszym filmie Michała Kondrata było mi dane już się wypowiedzieć (por. tutaj), zaś kilkakrotnie w sprawie objawień s. Faustyny (por. tutaj). W przypadku tego filmu sprawa jest podobnego rodzaju, a nawet grubsza, pod względem zarówno faktów jak też teologii. Przejdźmy po kolei. 

1. Pierwszym grubym fałszem, demaskującym cały film, jest twierdzenie na początku, iż nauczanie Kościoła przez wieki wypaczało prawdę o Bogu i trzeba było s. Faustyny, by je wyprostować. No cóż, to twierdzenie jest tak groteskowe i zarazem bezczelne, że nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. W każdym razie dobrze, że padło, gdyż ukazuje wprost, o co w tym wszystkim chodzi: o nauczanie o Bogu, które jest sprzeczne z odwiecznym nauczaniem Bożego Objawienia przez Kościół.

2. Już przedstawienie powołania s. Faustyny do zakonu jest znamienne. Jej twierdzenie, że Jezus ją wzywa, powinno być sygnałem alarmowym dla spowiednika i przełożonych w zakonie już zanim została przyjęta, zwłaszcza w okoliczności, iż rzekomo już od pewnego czasu rzekomo Pan Jezus jej się objawiał. Reakcja rodziców była normalna: gdy dziecko mówi, że Jezus wzywa, to brzmi to dziwnie i powinno być bliżej zbadane, tak więc w tym znaczeniu słusznie uznali, że Helena jest szalona. Gdyby Jezus rzeczywiście wzywał, to by na pewno natchnął ją także do tego, by omówiła ze spowiednikiem sprawę tych zjawień, a tego widocznie nie uczyniła. Tym samym była podatna na mamienie szatańskie i trwała w pysze, skoro uważała, iż sama sobie poradzi z tymi zjawieniami. Już ta postawa świadczy o braku pokory i tym samym braku dojrzałości duchowej, i jest gorsząca. Najpóźniej w momencie przyjmowania do zakonu powinna była wyjawić swoje przeżycia spowiednikowi. Także przełożona przyjmująca ją powinna była dopytać, co dokładnie ma na myśli mówiąc, że "Jezus wzywa". Takie słowa w ustach prostej dziewczyny nie są normalne. Normalny jest natomiast sceptycyzm przełożonych wobec takich słów. Każdy rozsądny człowiek, zwłaszcza choć trochę doświadczony w sprawach duchowych, przynajmniej by dopytał, na czym polega to wzywanie. Jest bardzo mało prawdopodobne, by przełożona przyjęła takie słowa za dobrą monetę, bez zbadania, co one właściwie znaczą w przypadku Heleny. Tak więc wygląda na to, że s. Faustyna opisując tę sytuację po prostu skłamała, to znaczy faktycznie innych używała słów, motywując chęć wstąpienia do zakonu, skoro nikt wtedy nie dopytał, jakie to jest wzywanie, i tym samym nie wyszły na jaw rzekome widzenia. 

W tym kontekście znamienne jest, iż jedyne i dość zagadkowe - pochodzące od nieznanej "pani dr" - świadectwo zdrowia psychicznego s. Faustyny pochodzi z roku 1952, czyli wydane 19 lat po jej śmierci: 




3. Nader ciekawa jest sprawa obrazu namalowanego przez Eugeniusza Kazimirowskiego. Znamienne jest, że to właśnie jego x. Sopoćko wybrał do zadania zleconego rzekomo przez Pana Jezusa, mimo iż Kazimirowski był masonem. A może właśnie dlatego? W filmie x. Sopoćko jest z nim per "ty", co zapewne także nie jest przypadkowe. Otóż spowiednik x. Faustyny regularnie pozował do fotografij z rozpiętymi guzikami sutanny, co po pierwsze nie mogło być przypadkowe, a po drugie jest delikatnym ale wyraźnym zaznaczeniem masońskiego symbolu "ukrytej dłoni":








Ciekawe jest świadectwo znawcy i zwolennika x. Sopoćki, który widocznie ujawnia, iż x. Sopoćko albo złamał tajemnicę spowiedzi - wskutek czego popadł w automatyczną (latae sententiae) karę exkomuniki, albo po prostu oszukiwał w swojej opinii o s. Faustynie, gdyż tylko na podstawie spowiedzi może wiedzieć, czy dana osoba popełniła grzech ciężki czy nie: 





Odnośnie x. Sopoćki warto się zapoznać z informacjami podanymi tutaj - ciekawymi, choć pisanymi z pozycji zwolennika: 


Próba usprawiedliwienia x. Sopoćki jest oczywiście groteskowa. 

Film w żaden sposób nie podejmuje tematu, dlaczego propagatorzy kultu objawień s. Faustyny od 1979 r. zrezygnowali z obrazu autorstwa Kazimirowskiego, a posługują się innym obrazem jako rzekomo namalowanym według wskazań zakonnicy. A różnice są ewidentne i poważne, jak np. to, że na obrazie Kazimirowskiego według wskazań s. Faustyny postać ma wzrok spuszczony w dół i tym samym niewidoczne oczy, podczas gdy na obrazie rozpowszechnianym obecnie postać patrzy wprost pięknym, pociągającym wzrokiem. Ciekawe są informacje o dokonanej w latach 1990-ych renowacji i retuszowaniu obrazu Kazimirowskiego. Dziwne jest, iż na tak ważnym i czczonym obrazie rzekomo dokonywano wielokrotnie zmian. Pozostaje pytanie, czy i kto tego dokonywał, i kto na to pozwolił. A zapewne nie jest przypadkiem, że zajęły się nim akurat kręgi tzw. charyzmatyków, czyli protestanckiej sekty pentekostalnej przystosowanej do zwodzenia katolików w ramach struktur kościelnych. W filmie jest to przedstawiane - nie do końca jednoznacznie - niby jako odsłonięcie pierwotnej wersji rysów twarzy autorstwa Kazimirowskiego. Gdyby tak było, to dowodem byłyby pierwotne fotografie tego obrazu, ale one właśnie nie poświadczają tej wersji. Wystarczy spojrzeć na fotografie opublikowane chociażby na wczesnych materiałach propagandowych objawień s. Faustyny. Obliczone na naiwność odbiorców jest twierdzenie, jakoby Kazimirowski nie dysponował technicznymi możliwościami kopiowania zarysu twarzy z Całunu Turyńskiego, który wówczas był przecież szeroko znany także z fotografij wcale nietrudnych do zdobycia. Wiadomo, że x. Sopoćko w tym czasie podróżował do Ziemi Świętej, więc tym bardziej mógł przywieźć fotografie Całunu. Zdolny artysta - jakim był Kazimirowski - bez większego trudu był w stanie skopiować przynajmniej podstawowe wymiary zarysu twarzy, więc mówienie o cudownej zgodności z wizerunkiem na Całunie i chuście z Oviedo jest po prostu robieniem ludziom wody z mózgu. 

4. Ciekawy jest wątek ciemnego tła obrazu. Najpierw jest podane słowami s. Faustyny, że Jezus wychodzi z ciemności. Biorąc dokładnie, jest to bluźnierstwo, gdyż ciemność i otchłań oznacza zarówno w Piśmie św. jak też w całej Tradycji Kościoła zło i szatana. Jest to więc symboliczne zaprzeczenie prawdy, iż Jezus Chrystus przychodzi z nieba, która jest jasnością, gdyż oznacza rzeczywistość Bożą. Podjęta w dalszym ciągu filmu inna próba interpretacji ciemnego tła, mianowicie że bez jasnej postaci Jezusa pozostaje tylko ciemność, czyli zło i grzech, także nie odpowiada Bożemu Objawieniu, gdyż przeczy objawieniu naturalnemu i starotestamentalnemu, które już zawierały pewne światło prawdy Bożej, wprawdzie niedoskonałe, ale jednak. 

5. Jedynie wytworem bujnej a kłamliwej fantazji może być scena, według której w 1965 r. ówczesny abp K. Wojtyła otrzymuje od kardynała prefekta Świętego Oficjum A. Ottaviani'ego zalecenie otwarcia procesu informacyjnego do beatyfikacji s. Faustyny w sytuacji obowiązującego zakazu rozpowszechniania jej rzekomych objawień. Ów zakaz jest bowiem jednoznaczną negatywną oceną rzekomych objawień i tym samym nie ma żadnych podstaw do wszczynania procesu. Aż do pontyfikatu Jana Pawła II (od 1978 r.) ani w Polsce, ani gdziekolwiek na świecie nie było żadnego kultu s. Faustyny, a trwały spontaniczny kult danej osoby jest według odwiecznych zasad Kościoła pierwszym wyjściowym warunkiem otwarcia procesu informacyjnego, o czym ktoś taki jak kard. A. Ottaviani z pewnością wiedział i tego przestrzegał. 

6. Przeciw świętości x. Sopoćki świadczą dość wyraźnie następujące fakty wspomniane w filmie:

- Mimo rzekomej wiekopomnej misji kierownictwa duchowego dla s. Faustyny x. Sopoćko udaje się w podróż do Ziemi Świętej, porzucając na ten czas swoje nadzwyczajne i wiekopomne zadanie duchowej opieki. Widocznie "Pan Jezus" udzielił mu urlopu...

- Ukazana pomoc Żydom przez wystawianie im fałszywych metryk Chrztu św. jest niczym innym jak oszustwem i to w materii świętej jaką jest sakrament oraz przyjęcie wiary Chrystusowej. Ratowanie życia biologicznego nie może być moralnym usprawiedliwieniem takiego oszustwa. 

7. W związku ze spaleniem pierwotnej wersji "Dzienniczka" przez s. Faustynę nasuwa się wiele pytań: Czy ona nie spowiadała się podczas nieobecności x. Sopoćki (z powodu podróży do Ziemi Świętej)? Jeśli się spowiadała, to czy wyznała spowiednikowi swoje wizje i spisywanie ich? Na jakiej podstawie uznała, że wizje są mamieniem szatańskim? Czy samodzielnie tak uznała, nie pytając nikogo, także spowiednika zastępującego x. Sopoćkę? Otóż jeśli zupełnie sama podjęła decyzję o spaleniu, to albo miała pewność co do pochodzenia szatańskiego (i ta pewność była słuszna), albo działała z chwilowego widzimisię i zgrzeszyła ciężko przeciw posłuszeństwu kierownikowi duchowemu. Co na to powiedział jej Pan Jezus, który się rzekomo zjawiał? W każdym razie to zupełnie nie pasuje do rzekomego posłuszeństwa Panu Jezusowi, tym bardziej do licznych pochwał dla s. Faustyny ze strony rzekomego Pana Jezusa. Innymi słowy: to się całości nie trzyma. Tak więc albo zatajane są istotne fakty, albo cała historia jest zmyślona czy przynajmniej poważnie przekręcona. 

8. Muszę wskazać także na jaskrawy fałsz teologiczny, zawarty w scenie spowiedzi s. Faustyny. Gdy spowiada się z buntu przeciw poleceniom przełożonych, x. Sopoćko mówi, że nie ma grzechu, jeśli mimo wewnętrznego buntu polecenia są wykonywane. Jest to oczywiście nieprawda, ponieważ grzech jest przede wszystkim i najpierw aktem wewnętrznym. Jeśli ktoś w postawie wewnętrznego buntu wykonuje polecenie zewnętrznie, to grzech pozostaje wewnętrzny, gdyż jest grzechem w myślach. Posłuszeństwo zakonne i kościelne polega na chętnym wykonywaniu poleceń przełożonych w duchu naśladowania Chrystusa, nawet mimo zastrzeżeń co do słuszności polecenia, przy czym zastrzeżenia wolno wyrazić także zewnętrznie. Czym innym jest jednak bunt, gdyż oznacza on sprzeciw, najpierw wewnętrzny. Jeśli ktoś w postawie wewnętrznego sprzeciwu na zewnątrz ulega poleceniu, to po pierwsze nadal grzeszy, aczkolwiek tylko wewnętrznie, a po drugie postępuje obłudnie, ponieważ w sprzeczności do swego wewnętrznego nastawienia. Tak więc podana nauka x. Sopoćki świadczy o poważnej niekompetencji teologicznej, mimo iż z wykształcenia był teologiem moralnym. 

9. Znamienne jest opowiadanie zakonnicy pracującej w hospicjum odnośnie umierającej kobiety: mimo że wyspowiadała się i przyjęła Ostatnie Namaszczenie, oto na słowa koronki s. Faustyny umierająca rzekomo reagowała w taki sposób jak opętani na exorcyzm. Taka jest przynajmniej wymowa słów tej zakonnicy. Nie wiem, czy zdaje ona sobie sprawę z tego, co powiedziała: skoro umierająca na sakramenty święte nie reagowała jak opętana lecz dopiero na słowa koronki, to oznacza to albo że - według wersji zakonnicy - w sakramentach nie została uwolniona od mocy szatana, albo że koronka jest demoniczna. 

10. Podobny charakter ma opowiadane franciszkanina z Wilna, który rzekomo przez słowa koronki dokonał uwolnienia czyli exorcyzmu. Po pierwsze nie mógł to być exorcyzm, gdyż rytuał Kościoła nie przewiduje stosowania koronki s. Faustyny. Po drugie, ów franciszkanin dopuścił się nadużycia, zastępując właściwy rytuał exorcyzmu textem koronki. Co zresztą nie dziwi, skoro on przyznaje się do stosowania pseudocharyzmatycznej "modlitwy wstawienniczej", czyli demonicznego bełkotu pochodzącego z sekty pentekostalnej. 

Pomijam tutaj analizę scen opartych na treści "Dzienniczka" s. Faustyny, gdyż bardziej celowe jest całościowe zbadanie tego textu. 


Post scriptum 1

Przy okazji warto zwrócić uwagę, kto się szczególnie zasłużył dla propagowania rzekomych objawień s. Faustyny. Otóż autor filmu tak pisze o jednym z jego bohaterów:


X. Michalenko to ukrański Żyd, co doskonale pasuje do całej sprawy. To on zasłużył się zarówno dla publikacji i propagowania "Dzienniczka" jak dla rzekomego cudu za wstawiennictwem s. Faustyny: 


Jego uroczystości pogrzebowe, które ostatnio miały miejsce, przypominały bardziej celebrację apostatów, na co wskazuje choćby biały kolor szat liturgicznych, co jest nie tylko sprzeczne z zasadą liturgii katolickiej lecz znaczące teologicznie, gdyż sugeruje świętowanie Zmartwychwstania czy wręcz kanonizację zmarłego, a nie modlitwę za zmarłych:



Kyrie eleison !



Post scriptum 2

Odnośnie różnych obrazów - i generalnego oszustwa - ogólne informacje podane są tutaj. 

Właśnie otrzymałem istotną wskazówkę odnośnie dwóch różnych obrazów "Jezusa miłosiernego". Chodzi o text, który zamieszczam w zrzutach (dostępny tutaj). Komentarz jest właściwie zbędny, ale nasuwa się następujący: oszustwo na oszustwie oszustwem pogania...








Krąży także następująca wypowiedź x. Sopoćki (źródło tutaj):


Natomiast znany obecnie specjalista od x. Sopoćki przedstawia kwestię namalowania innego obrazu następująco:



Czy interpretacja x. Różyckiego rozwiązuje problem koronki s. Faustyny? (z post scriptum)


Temat był już na niniejszym blogu poruszany (odsyłam do poprzednich wpisów jak https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/czy-mozna-ofiarowac-panu-bogu-bostwo.html oraz innych, które można znaleźć przy pomocy etykiety "koronka"). Widocznie nadal jest zapotrzebowanie.






Najpierw trzeba przypomnieć, że jeszcze w latach 1958 oraz 1959 Stolica Apostolska oficjalnie oceniła negatywnie rzekome objawienia s. Faustyny (źrodło tutaj):



Notyfikacja Świętego Oficjum, czyli najwyższego urządu Stolicy Apostolskiej, mimo złagodzonej formy, wyraźnie zakazała rozpowszechniania:


(źródło tutaj, str. 271)

Tłumaczenie: 


Ten zakaz nigdy nie został formalnie odwołany. 

Kłamliwe jest przedstawianie tegoż orzeczenia, jakoby chodziło tylko o kwestie duszpasterskie, przy czym o braku kompetencji - bądź o niechlujstwie - w temacie świadczy nazwanie Świętego Oficjum "Kongregacją Doktryny Wiary: 




Zaś pytanie dotyczy wprost książki autorstwa x. Ignacego Różyckiego, profesora teologii dogmatycznej z Krakowa, wydanej pierwotnie po francusku. X. Różycki uważany jest powszechnie za tego, który teologicznie uratował s. Faustynę, mimo potępiających dekretów wydanych przez władze kościelne oraz mimo opinii wielu teologów, zarówno polskich jak taż zagranicznych. Nie bez znaczenia jest fakt, że ks. Różycki był profesorem i też promotorem kariery kleryka a potem młodego kapłana Karola Wojtyły. 

Odniosę się punkt po punkcie do przesłanych mi zrzutów fragmentów książki.


Autor przyznaje, że rozumienie "Bóstwa" w znaczeniu natury Boskiej implikuje nieuchronnie heretyckość tej formuły. Dlatego usiłuje wykazać, że należy "Bóstwo" w tym miejscu rozumieć inaczej. 
W tym celu twierdzi najpierw, że ta formuła znajduje się dosłownie już w definicji dogmatycznej Soboru Trydenckiego, jednak nie przytacza tej definicji. Czy celowo? Widocznie tak. Przytoczmy ją więc (dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, sesja XIII):


Tak więc po pierwsze jasne jest, że w dekrecie jest mowa o Realnej Obecności Jezusa Chrystusa, tzn. że w Eucharystii wraz z Ciałem i Krwią Chrystusa obecna jest także Jego Dusza wraz z Bóstwem, czyli cały Chrystus. Tym samym jasne jest, że w tym sformułowaniu soborowym "Bóstwo" ewidentnie oznacza Boską Naturę Jezusa Chrystusa. Tym samym powoływanie się na Sobór Trydencki zupełnie nie wspiera argumentacji autora, a nawet ją podważa. Czym innym jest bowiem mówienie o obecności eucharystycznej, a czym innym o ofiarowaniu. Ofiara eucharystyczna jest uobecnieniem Ofiary na Kalwarii. Innymi słowy: jest uobecnieniem tego, co uczynił Syn Boży na Krzyżu. A złożył ofiarę ze Swego człowieczeństwa, gdyż jego ludzkie życie zostało zabite, nie życie boskie, nie natura i istota boska. Twierdzenie przeciwne jest absurdalne, heretyckie i bluźniercze. Owszem, na Krzyżu dokonało się radykalne samouniżenie Syna Bożego, ale nie ofiarowanie Bóstwa, gdyż Syn Boży także na Krzyżu był istotowo zjednoczony z Ojcem. Na tym polega wielkość tego uniżenia i tej ofiary z człowieczeństwa. 

Zupełnie nie wiadomo skąd x. Różycki dołącza tutaj swoją tezę, że "w tej definicji 'Bóstwo' nie oznacza natury Boskiej wspólnej trzem Osobom". Jest to ewidentna nieprawda i wręcz herezja. Czyżby autor negował obecność Bóstwa Jezusa Chrystusa - współistotnego Ojcu - w Eucharystii? Zamiast wyjaśnienia czy zadeklarowania się - co oznaczałoby nieuchronnie heretyckość - powtarza swoją bezpodstawną tezę, że Bóstwo oznacza "bezpośrednio - tzn. dokładnie, ściśle - osobę Boską Jezusa". Czyni tutaj absurdalne rozróżnienie: "Natura Boska jest w niej wyrażona tylko pośrednio, tzn. przez pośrednictwo osoby; w konsekwencji jest ona wyrażona tylko jako właściwa Jezusowi, prawdziwemu Synowi Boga". Nasuwają się więc pytania: Jakie to jest w końcu Bóstwo? Jest ono tożsame z Bóstwem Ojca i Ducha czy nie? Skoro "Bóstwo" ma oznaczać Osobę, to dlaczego z tej osoby wyłączone są dusza, ciało i krew, czyli człowieczeństwo?

Ponadto x. Różycki zapomniał widocznie o pojęciu Osoby Jezusa Chrystusa zdefiniowanym już na Soborze Chalcedońskim jako unia hipostatyczna: Osoba Wcielonego Syna Bożego jednoczy Bóstwo i Człowieczeństwo, bez ich pomieszania. Jakim prawem więc x. Różycki przypisuje Osobie Jezusa Chrystusa tylko Bóstwo? Co jest z Jego Człowieczeństwem? Jakie to jest Bóstwo, skoro nie jest Bóstwem Trójcy Przenajświętszej? To niestety zakrawa na brak elementarnej wiedzy chrystologicznej, a nawet na heretycki, quasi ariański pogląd odnośnie godności Jezusa Chrystusa. Idźmy dalej.


Tutaj niestety potwierdza się, że x. Różycki odróżnia między Boską Naturą Trójcy Przenajświętszej a naturą Boską właściwą "Boskiej osobie" Jezusa Chrystusa. To brzmi niestety dość dokładnie jak herezja ariańska.

Następnym argumentem x. Różyckiego jest modlitwa anioła z Fatimy podana przez s. Łucję. Autor przemilcza, że ta modlitwa jest znana dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji i nie wchodzi w skład uznanych przez Kościół objawień Matki Bożej w Fatimie. Tym samym ten argument nie ma zupełnie żadnej wartości teologicznej, a stanowi wręcz oszustwo, sugerując, jakoby chodziło o uznane przez Kościół objawienia fatimskie. Zaś problem teologiczny jest tego samego rodzaju co w sformułowaniu koronki s. Faustyny. Tak więc x. Różycki popełnia błędne koło: argumentuje na rzecz danej formuły za pomocą takiej samej formuły bez jakiejkolwiek wartości autorytatywnej.


Tutaj x. Różycki nagle powraca do chrystologii. Niestety tylko pozornie i kłamliwie. Twierdząc, że "formuła ta" jest od Soboru Chalcedońskiego "zwyczajnie" używana w odniesieniu do Bóstwa Chrystusa w znaczeniu "Boskiej osoby Jezusa", nie podaje żadnych przykładów. I słusznie. Bo takich przykładów po prostu nie ma ani w dokumentach Kościoła ani w pismach Doktorów Kościoła, czy teologów uznanych i zalecanych oficjalnie przez Kościół. W języku Kościoła, stosującym wiernie chrystologiczne dogmaty wiary katolickiej, Bóstwo, divinitas, zawsze odnosi się do Boskiej natury wspólnej bez żadnej różnicy wszystkim Trzem Osobom Boskim. Twierdzenie przeciwne jest po prostu kłamstwem.

X. Różycki broni koronkę przed rozumieniem Bóstwa jako natury Boskiej o tyle słusznie, że wówczas ofiarowanie Bóstwa byłoby albo logicznym absurdem (jako ofiarowanie Bóstwa Bogu) albo ewidentną herezją ariańską, zakładającą różnicę między Bóstwem Syna i Bóstwem Ojca. W kierunku tej drugiej myśli idzie tok rozumowania x. Różyckiego. Mówi bowiem: "Jasne jest, że Bóstwem Jezusa - rzeczywiście odrębnym w stosunku do Bóstwa Ojca - jest właśnie Jego Boska osoba". Muszę tutaj najpierw zwrócić uwagę na fałszywe tłumaczenie: distincte oznacza nie "odrębna" lecz "różna". Tym samym jest tutaj dość jednoznacznie wypowiedziana herezja: według x. Różyckiego Bóstwo Jezusa Chrystusa jest różne (distincte) od Bóstwa Boga Ojca. Jest to nic innego jak zaprzeczenie wyrażenia zdefiniowanego dogmatycznie już na Soborze Nicejskim, że Syn Boży jest współistotny Ojcu (ομοουσιος τω Πατρι) czyli tożsamy z Ojcem co do istoty (ουσια) oraz natury (φυσει). To jest elementarz chrystologii katolickiej. Mimo tego x. Różycki uporczywie powtarza swoją tezę: "To, co on ofiaruje Ojcu Przedwiecznemu, to nie jest, ściśle mówiąc Bóstwo, lecz Bóstwo właściwe Synowi". To jest wystarczająco dobitne wyrażenie ewidentnie heretyckiego poglądu. Aż trudno uwierzyć, by takie zdanie mógł wypowiedzieć teolog katolicki. 


Ponadto w zdaniu "to, co recytujący ofiaruje Ojcu Przedwiecznemu, to w ostateczności jest cała osoba Jezusa, tzn. tak jego Boska osobowość, jak całe Jego człowieczeństwo, złożone z ciała, krwi i duszy" mamy ponownie do czynienia z pomieszaniem pojęciowym. Tutaj x. Różycki wprowadza nowe odróżnienie, mianowicie "Boska osobowość", a poprzednio mówił o "Boskiej osobie" różnej od Boskiej natury. Nie wyjaśnia tego pojęcia. Jego użycie wynika więc widocznie z powodów stylistycznych, czyli autor stosuje pojęcia "osoba" i "osobowość" zamiennie. Tym samym niczego to nie zmienia w toku jego myśli.

Nowy element zawarty jest natomiast w wyrażeniu "to ofiarowanie całego Jezusa". Słuszne jest wskazanie na Ofiarę Jezusa Chrystusa, w którą wierny może się włączyć duchowo. Jednak ta prawda nie ma żadnego wpływu na treść teologiczną formuły poprzedniej, w której jest mowa o ofiarowaniu Bóstwa. Innymi słowy: także Jezus Chrystus, Syn Boży, nie ofiarował Bogu Ojcu Swojego Bóstwa, lecz samego Siebie. Właśnie dlatego konieczne było Wcielenie, gdyż ofiarowanie Syna Bożego bez natury ludzkiej nie miałoby sensu i nie byłoby możliwe z powodu jedności Osoby Ojca i Osoby Syna w tej samej naturze Boskiej. Tylko przez Wcielenie i dzięki Wcieleniu możliwa jest Ofiara Syna współistotnego Ojcu co do Bóstwa. Dlatego właśnie także człowiek nie może ofiarować Bóstwa Jezusa Chrystusa. Twierdzenie przeciwne jest bluźnierstwem negującym pośrednio Współistotność Ojca i Syna.

Podsumujmy. Nie jest moją intencją, ani nie mam możliwości oceny zamiaru x. Różyckiego. Pewne jest, że dostrzega on poważny problem teologiczny w ofiarowaniu Bóstwa, o ile rozumie się je zgodnie z pojęciowością katolicką, czyli w odniesieniu do Boskiej natury i istoty Jezusa Chrystusa. X. Różycki potwierdza, że takie ofiarowanie nie jest możliwe na gruncie teologii katolickiej. Dlatego właśnie usiłuje inaczej zinterpretować słowo "Bóstwo" występujące w koronce. Jednak jego próbę należy uznać po pierwsze za chybioną z powodu braku podstaw w teologii katolickiej, a po drugie za heretycką (ariańską), gdyż wyraźnie odróżniającą Bóstwo Syna Bożego Jezusa Chrystusa od Bóstwa Boga Ojca. Tym samym odmawianie koronki zgodnie z interpretacją x. Różyckiego jest niestety aktem popadnięcia w apostazję ariańską.



Post scriptum 

Przy okazji pewne dyskusji pojawiły się słuszne uwagi, które wymagają dopowiedzenia:





Także dogmatyka katolicka mówi wyraźnie, że Osoba i natura boska Jezusa Chrystusa była podmiotem, a nie przedmiotem ofiarowania, tzn. ofiarowane jest Jego człowieczeństwo, nie Jego bóstwo. Oto przykład ze standartowego tradycyjnego podręcznika dogmatyki katolickiej (miał kilkanaście wydań we wielu językach): 





Mówiąc najprościej:
Pan Jezus ofiarował czyli oddał na krzyżu swoje ziemskie życie, nie swoją boską naturę, gdyż także umierając na krzyżu zachował ją tzn. pozostał w pełni Bogiem. Zabite - i tym samym ofiarowane - zostało tylko Jego życie ludzkie. 



Pytania


Ponadto nadeszły pytania, na które - z niewyjaśnionych przyczyn technicznych - niestety nie mogę odpowiedzieć w komentarzach (moje komentarze znikały bez śladu).


1.

Nie można, ponieważ tak zwana "wymiana przymiotów" nie oznacza utraty czy zaprzeczenia przymiotów właściwych danej naturze. Jedność Osoby Jezusa Chrystusa umożliwia i uzasadnia powiedzenie więcej, a nie mniej o danej naturze.

Określił to po raz pierwszy papież św. Leon I w swoim słynnym Tomus ad Flavianum. Według niego można powiedzieć zarówno, że Syn Człowieczy zstąpił z nieba, jak też że Syn Boży został ukrzyżowany. Herezją jest natomiast powiedzenie, jakoby natura boska - czyli bóstwo - została ukrzyżowana, gdyż oznaczało by to, że został ukrzyżowany także Bóg Ojciec i Duch Święty, którzy są przecież tą samą, jedną naturą czyli bóstwem. Innymi słowy: "communicatio idiomatum" nie może zaprzeczać jedności Trójcy Przenajświętszej. Z tego powodu nigdy nie stosuje się tutaj pojęć abstrakcyjnych, tzn. fałszywe teologicznie byłoby powiedzenie, że człowieczeństwo Jezusa Chrystusa zstąpiło z niebo (co jest ewidentną nieprawdą, gdyż Zbawiciel wziął człowieczeństwo od Swojej Matki) i tak samo że Bóstwo Jezusa Chrystusa zostało ukrzyżowane czyli ofiarowane.


2.


Wystarczy spojrzeć na text dekretu biskupa z 1930 r. uznającego objawienia fatimskie: podane jest dosłownie, że uznane są jedynie te objawienia, które miały miejsce od 13 maja do 13 października.


Sprawa późniejszych zapisków s. Łucji jest niejasna. Literatura na temat objawień fatimskich jest zwykle niestety na kiepskim poziomie i nie przywiązuje wagi do kwestij źródłowych. Pewne jest, że s. Łucja spisywała dodatkowe informacje dopiero po roku 1930, o czym mówi chociażby Encyclopedia Britannica:



Dopiero w drugim wydaniu swoich wspomnień, już będąc w klasztorze, s. Łucja wspomniała o objawieniach anioła w 1916 r.


(źródło tutaj)

To są ogólnodostępne informacje nawet na wiki:



Niestety nie są dostępne oryginalne wydania tych wspomnień. Nowe wydania całości nie są mi znane. Do nowych opracowań należy podchodzić ostrożnie, chociażby dlatego, że nie mają charakteru naukowego.


Post scriptum 

Jeden z komentarzy wskazuje na "odwołanie" notyfikacji Św. Oficjum z 1959 r., opublikowane rzekomo w notyfikacji w 1978 r. Chodzi o następujący text (dostępny tutaj):



Po pierwsze, od razu widać, że coś tu nie gra z drukiem, gdyż pojawiają się dziwne znaki, będące właściwie błędem drukarskim. Takie nagromadzenia błędów w jednym dokumencie nie występuje poza tym. 

Po drugie, jest też błąd w samym tekście, gdyż jako "ta św. Kongregacja" ("questa S. Congregazione") wydająca notyfikację w 1978 r. nazywana jest Św. Kongregacja Św. Oficjum, która już w 1965 r. została przez Pawła VI przekształcona w Kongregację Doktryny Wiary.  

Po trzecie, zbiór dokumentów pod nazwą Acta Apostolicae Sedis jest rocznikiem ukazującym się dopiero w ciągu następnego roku kalendarzowego, czyli w tym wypadku w 1979 r. Tym samym bardzo łatwo jest "uzupełnić" ten zbiór, dodając dokument z datą wsteczną. Tak więc nie można wykluczyć, że dokument datowany 15 kwietnia 1978 r. faktycznie powstał dopiero po wyborze kard. Karola Wojtyły na papieża, czyli w październiku 1978 albo później. W każdym razie dopiero w 1979 r. jego następca na stolicy krakowskiej abp Macharski wydał imprimatur na wydanie "Dzienniczka". Zwlekanie z tym byłoby bardzo dziwne w kontekście interesu w sprawie. Zresztą przed rokiem 1979 nie ma także żadnego innego śladu o notyfikacji wydanej rzekomo 15 kwietnia 1978 r. 

Po czwarte, treść notyfikacji jest conajmniej dziwna. Najpierw podaje ona, że kierowane były zapytania, czy notyfikacja wydana w 1959 r. zakazująca rozpowszechniania "Dzienniczka" jest nadal obowiązująca. Nasuwa się konieczne pytanie, na jakiej podstawie kierowane było to zapytanie. Owszem, sprawa mogła być badana ponownie na podstawie rzekomo nieznanych w 1959 r. dokumentów, na wniosek strony zainteresowanej, czyli archidiecezji krakowskiej. O takim wniosku nic nie wiadomo, także notyfikacja o nim nic nie mówi. Tak więc widocznie taki wniosek nie istnieje. Czy więc istnieją dokumenty, na którym takowy wniosek by się opierał? W każdym razie nie wiadomo, jakie są to dokumenty. 

Po piąte, nawet jeśli notyfikacja powstała rzeczywiście przed wyborem kard. K. Wojtyły na papieża (co jest bardzo wątpliwe wobec powyższych faktów), to może ona świadczyć o tym, że miał już wtedy poważne wpływy w Watykanie, zwłaszcza po tym jak w 1976 r. wygłosił rekolekcje wielkopostne dla Pawła VI i Kurii Rzymskiej. 

Podsumowując:

Notyfikacja oznaczona datą 15 kwietnia 1978 r. nic nie wyjaśnia, lecz jedynie zaciemnia. Zarówno sposób jej opublikowania jak też treść jest conajmniej dziwna, co nasuwa poważne wątpliwości co do przejrzystości i uczciwości w sprawie. 

Wejście



Niedziela Palmowa

Mt 21,1-9

Gdy się przybliżyli do Jerozolimy przyszli do Betfage na Górze Oliwnej, wtedy Jezus posłał dwóch uczniów i rzekł im: Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz znajdziecie oślicę uwiązaną i źrebię z nią. Odwiążcie je i przyprowadźcie do Mnie! A gdyby wam kto co mówił, powiecie: Pan ich potrzebuje, a zaraz je puści. Stało się to, żeby się spełniło słowo Proroka: Powiedzcie Córze Syjońskiej: Oto Król twój przychodzi do Ciebie łagodny, siedzący na osiołku, źrebięciu oślicy. Uczniowie poszli i uczynili, jak im Jezus polecił. Przyprowadzili oślicę i źrebię i położyli na nie swe płaszcze, a On usiadł na nich. A ogromny tłum słał swe płaszcze na drodze, inni obcinali gałązki z drzew i ścielili na drodze. A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!

Tradycyjna liturgia rzymska używa w Niedzielę Palmową zwykłego koloru okresu Wielkiego Postu – pokutnego fioletu. W kolorze tym odbywa się zarówno poświęcenie gałązek, jak też procesja i Msza św. To oznacza ten sam charakter wielkopostny i wskazuje na związek treściowo-teologiczny. Nie ma więc liturgicznego tryumfalizmu w jakby wcielaniu się w radość tłumu jerozolimskiego witającego Jezusa Chrystusa. Ma to natomiast solidne i głębokie podstawy teologiczne, obecne także w Ewangelii dzisiejszej, która równocześnie wskazuje na celebrowane we Wielkim Tygodniu tajemnice Zbawienia.

Zestawiając perykopę św. Mateuszową z opisami innych Ewangelistów wiemy, że Pan Jezus wychodził z Betanii (J 12, 1), czyli z miejsca przyjaźni, domu Łazarza, Marii i Marty, gdzie ukazywał w szczególny sposób swoje Człowieczeństwo. Wędrowawszy dotychczas zwykle z uczniami pieszo, zarządził oto zupełnie inne wejście do Jerozolimy. Kierunek przyjścia – od wschodu (Ez 11,23) – ma znaczenie symboliczne, zakorzenione w Piśmie św. Jazda na ośle była – wbrew naszemu powszechnemu odczuciu – sposobem uroczystym i pokojowym, właściwym dla ważnych osobistości i władców (Rdz 22, 3; Wj 4, 20; Sdz 5, 10). Dopiero władcy kojarzeni z podbojami utożsamiali się wyłącznie z jazdą na koniu, który był zwierzęciem wojennym. Wjazd na oślęciu jest nie tyle uwarunkowany historycznie, co raczej ma charakter ponadczasowy odnoszący się do godności Jezusa Chrystusa: On nie jest władcą wojennym w znaczeniu oręża przemocy, lecz przynoszącym pokój, oczywiście nie wykluczając użycia siły w pewnych określonych wypadkach. Oślica ze źrebięciem przypomina o błogosławieństwie patriarchy Jakuba dla syna Judy oraz zapowiedzi przyjścia władcy, któremu poddane będą narody (Rdz 49, 10-11). Oślę, na którym zasiadł Pan Jezus, oznacza zwierzę dotychczas przez nikogo nie ujeżdżane, w pewnym sensie dziewicze, i tym samym spełniające kryterium jakby sakralne, czyli poświęcenia Bogu.

Dosłowne aluzje do słów proroków (Iz 62, 11 i Zach 9.9) ogłaszają Jezusa jako księcia pokoju, który przynosi wybawienie, wywołując radość i uwielbienie. Gest rozkładania szat na drodze jest typowy dla rytuału intronizacji (2 Krl 9,13). Ścielenie gałązek nie ma wprawdzie podstaw zapisanych w Starym Testamencie, jest jednak nietrudne do zrozumienia zarówno prostego, jak też głębszego teologicznie: wiosenne pędy oznaczają świeżość życia i nadzieję młodości. Wiąże się z tym wołanie “hosanna”, nawiązujące do świątecznego Psalmu (118, 25) na “święto namiotów”. To starotestamentalne święto miało charakter dziękczynny za zbiór plonów. Jezus Chrystus przychodzi jako ten, który zbiera owoce Starego Przymierza, wyrażone symbolicznie w przywitalnym uwielbieniu przez tłum. Aklamacja “Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie” była właściwie formą na przywitanie pielgrzymów w bramie świątyni jerozolimskiej. Okrzyk “hosanna” (= “wspomóżże”) jest wołaniem o pomoc skierowanym do władcy, którego tłum rozpoznał jako “syna Dawida”.

Dane czasowe dodają jeszcze głębszego wymiaru. Uroczysty wjazd do Jerozolimy odbył się pierwszego dnia tygodnia i zarazem dziesiątego dnia miesiąca nisan. W tym dniu wybierano baranka ofiarnego na święto Paschy (Wj 12, 3). Również tego dnia Jozue wszedł wraz z ludem do Ziemi Obiecanej. Jezus Chrystus wchodzi do stolicy i miasta Bożego, by ustanowić nową, niezniszczalną i nieprzemijającą rzeczywistość Zbawienia.

Świętując i rozważając to wydarzenie, wchodzimy duchowo z Panem Jezusem do Jerozolimy. W pewnej analogii Apostołowie udawali się do stolic pogańskich: Antiochii, Aten, Rzymu i wielu innych ośrodków kultury i cywilizacyj, które zawsze były związane z jakimiś religiami. Jezus Chrystus wszedł ku oczekiwaniom ludzi, żydów, ale także i pogan. Przyszedł do wszystkich, którzy byli spragnieni wielorakiej pomocy. Każde wołanie o pomoc i nadzieja pomocy zawiera w sobie ostatecznie pragnienie pokoju, harmonii, ładu i miłości. Pragniemy wybawienia ze wszystkiego, co jest przeciwne do tych wartości. Jako chrześcijanie dzielimy tę tęsknotę właściwie ze ludźmi wszystkich ras, kultur, całej historii ludzkości. Ludzie świadomi swej niewystarczalności i nędzy exystencjalnej, której ostatecznym punktem odniesienia jest śmiertelność czyli nieuchronny kres doświadczanego życia, byli i są gotowi tak przywitać Zbawiciela jak uczynił to tłum jerozolimski (ma to wyraz także obecnie chociażby na przykładzie popularności sekt, które wabią obietnicami). Czy to wystarczy? Nie wystarczy.

Nie wystarczy wołać o pomoc i zbawienie. Nie wystarczy nawet mieć teologiczne zrozumienie tego wydarzenia i następnych wydarzeń aż po chwalebne Zmartwychwstanie. Konieczna jest postawa pokuty czyli uznanie swego stanu przed Bogiem wraz z pragnieniem i wolą nawrócenia obejmującego całą osobę, zarówno sferę duchową jak też zewnętrzną. To właśnie wyraża pokutny kolor liturgii w rozważaniu zarówno Męki Pańskiej jak też triumfalnego wjazdu do Jerozolimy. W tym rozważaniu nie chodzi o samo współczucie i wczucie się, które jest dobre, potrzebne i powinno być pożyteczne. Jezusowe wejście u nas owszem może i powinno wywoływać uczucia. Nasze życie duchowe składa się i powinno się składać istotnie z wołania o pomoc, o zbawienie. Jest to wołanie o działanie Boże dla nas, także w nas. Pan Bóg oczekuje jednak także naszego działania, a to nie tylko rytualnego, uroczystego na podobieństwo ludu Jerozolimy, który zgotował Mu radosne przyjęcie, które wkrótce - na dziedzińcu Piłata - okazało się kruche, powierzchowne i ulotne. Czyż to nie jest powszechne i ponadczasowe?

On przychodzi do każdego z nas jak do swojej własności, indywidualnie i też społecznie. To prawo własności i działania obejmuje całego człowieka, wraz z jego najgłębszymi wymiarami, które tylko On zna, przenika i ma moc przemienić. On wybrał właśnie takie wejście i takie przejście przez Jerozolimę do chwały Zmartwychwstania, żeby nas mimo płytkości entuzjazmu, niestałości, nawet zdrady i przewrotności przeprowadzić i doprowadzić do bram wieczystych. W sposób Jemu i nam właściwy. Nie wiemy, kto i ilu z tego tłumu witającego tryumfalnie znajdowało się potem na dziedzińcu Piłata z okrzykiem "ukrzyżuj go!". Nie wiemy, kto i ilu ostatecznie, po Zmartwychwstaniu uwierzyło w Niego, może nawet oddało swoje życie za wiarę w Niego. Wiemy natomiast, że dla nikogo nie jest za późno, dopóki nie przeszedł przez bramę śmierci do wieczności. Wówczas nie liczą zewnętrzne okoliczności, nie liczy się, czy przechodzimy przez tą bramę pośród uznania i chwały ludzkiej, czy też w poniżeniu i odrzuceniu przez ludzi, może nawet w nienawiści u nich. Liczy się tylko, czy przejdziemy z Nim. Wtedy to będzie wejście z Nim do Nowego Jeruzalem - nieprzemijającego. 

Dlaczego w Kościele nie ma kultu Chrystusa Sługi? (aktualizacja)



Jednym z oryginalnych pomysłów x. Franciszka Blachnickiego jest kaplica Chrystusa Sługi w Krościenku w domu macierzystym założonego przez niego ruchu.




Ten związek jest istotny zarówno dla myślenia i teologii założyciela jak też dla ruchu, który uformował znaczną część, a chyba nawet zdecydowaną większość duchowieństwa w Polsce. Dlatego warto przeanalizować teologicznie ten pomysł, mający niewątpliwie wpływ na wychowanie pokoleń katolików oraz ich myślenie. Wszak jeden z oficjalnych opisów uzasadnia ten tytuł i jego miejsce:

Chodzi więc o "ideał formacyjny": Chrystus Sługa ma być wzorem dla członków i poddających się wychowaniu i formowaniu w ruchu. Jak się to ma do prawd wiary katolickiej?

Nie trudno jest skojarzyć ten tytuł ze słowami z Listu św. Pawła do Filipian (2):


Jak czytamy, jest tutaj mowa o "postaci sługi", która wynika z "ogołocenia" (κενωσις) czyli zdjęcia "postaci Bożej". Text grecki zestawia tutaj "w postaci Boga" (εν μορφη θεου) oraz "postać sługi"(μορφην δουλου λαβων εν ομοιωματι ανθρωπων γενομενοσ), utożsamiając postać sługi ze człowieczeństwem w odróżnieniu od boskości. Chodzi więc o Chrystusa-Człowieka wskutek Wcielenia Syna Bożego. Innymi słowy: "postać sługi" oznacza nic innego jak człowieczeństwo.

Jest to jednak tylko pierwsza część chrystologicznego hymnu św. Pawła. W drugiej, głównej części (wers 9), do której prowadzi mowa o "postaci sługi", Apostoł mówi o wywyższeniu Jezusa Chrystusa "ponad wszystko". To wywyższenie wymaga kultu ze strony wszelkich istot niebieskich i ziemskich, czego wyrazem jest zgięcie każdego kolana przed Jego imieniem czyli godnością. Cześć wszelkiego stworzenia odnosi się więc nie do ogołocenia lecz do Boskości Jezusa Chrystusa, która jest obecna w Jego Człowieczeństwie. Innymi słowy: czcimy nie postać sługi jako taką, gdyż jest to z natury nasza, ludzka postać, lecz czcimy Boga, który uniżył się do naszej ułomnej postaci, której samej w sobie nie przysługuje kult. Kult człowieka i postawienie jego w miejscu Boga było i jest pierwszą, główną i zasadniczą pokusą i taktyką szatana (Rdz 3,5: "będziecie jako bogowie"). Oczywiście w Jezusie Chrystusie Bóstwo i Człowieczeństwo są ze sobą nierozerwalnie zjednoczone (unio hypostatica). Także z tego względu oddawanie czci tylko Jego Człowieczeństwu jest bluźnierstwem o charakterze apostazji gdyż pośredniej negacji Boskości.

Zakładając, że x. Blachnicki inspirował się tym fragmentem Listu do Filipian, zwróćmy uwagę na całość tej kaplicy:




Jak widać, w jej wyposażeniu nie ma nic, co by wskazywało na klęczenie, tym bardziej by do tego zachęcało, gdyż nie ma ani klęczników ani choćby poduszek, a są tylko siedzenia i to dość wygodne. Cóż więc się stało z drugą, główną częścią hymnu św. Pawła, gdzie jest mowa o zginaniu każdego kolana przed Jezusem Chrystusem? Czyż nie pasuje to do faktu, że x. Blachnicki jako pierwszy w Polsce na szeroką skalę wprowadził i propagował Komunię św. na stojąco? Jak to się ma zarówno do słów św. Pawła jak też do przepisów liturgicznych Kościoła (wówczas jedyną formą dopuszczalną także przez wytyczne Konferencji Episkopatu Polski była Komunia św. na klęcząco), nie trzeba wyjaśniać.

Zwróćmy teraz uwagę na centralny obraz w kaplicy przedstawiający właśnie "Chrystusa Sługę":


Przedstawiona postać, o wyglądzie androgynicznym (męsko-żeńskim), ze wzniesionymi ku górze rękami w geście oddania, nie ma w sobie nic wskazującego na godność. Mimo swej prostoty nie jest to postać wyrazista. Twarz jest skupiona na sobie, jakby śpiąca, nie jest skierowana ani ku górze, gdzie wznoszą się ręce, ani ku dołowi. Głównym i czytelnym elementem są ramiona uniesione ku górze. Nie trudno zauważyć, że ramiona i przedramiona przecinają się na przedłużeniu i wykazują przy tym wyraźne podobieństwo do masońskiego symbolu cyrkla i kątomierza:


(To są trzy wersje symbolu: po środku symbol masonerii francuskiej, po lewej amerykańskiej, po prawej sowieckiej.)

W wersji mniej oficjalnej w centrum jest trupia czaszka, która wyjaśnia symbole używane oficjalnie:
Także dłonie w połączeniu ze światłem mozaiki w tle można rozumieć jako niosące światło, czyli Lucyfera (luci-fer), podobnie do symboliki masońskiej:

(wzięte stąd.)

Pewne jest, że x. Blachnicki przywiązywał wiele wagi do symboli i lubił być oryginalny, nawet dziwaczny i to w strojach liturgicznych:




Sporo jest fotografij x. Blachnickiego z różnych okresów jego życia pokazujących go z typowo masońskim gestem "ukrytej dłoni". Dla przykładu:

Fotografia z 1970 r. przedstawia go przy okazji wizyty słynnego jezuity - heglisty i prawdopodobnie masona - K. Rahner'a (piszącego w owym okresie nawet po kilka listów miłosnych dziennie do swojej kochanki, lewackiej zamężnej pisarki Luise Rinser) na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim: x. Blachnicki siedzi po prawej stronie tuż przy gościu z Niemiec. 



Drugim dobitnym przykładem jest zdjęcie na okładce jednej z jego książek oraz na oficjalnej stronie internetowej, co stanowi zupełnie otwarte przyznawanie się do symboliki masońskiej:




Dla porównania inne przykłady z historii, których nie sposób nie znać:



Typowo masoński jest też gest łańcuszka ("łańcuch jedności", por. tutaj, tutaj i tutaj):



Jest bardzo mało prawdopodobne, by x. Blachnicki jako człowiek wykształcony nie znał pochodzenia i znaczenia tego gestu i by do pozowanych zdjęć używał go przypadkowo.  

Oto dowód z jednego z oficjalnych portali masońskich:





Post scriptum 1

W dyskusji odnośnie tych uwag występują - aczkolwiek przeważają emocjonalne wyzwiska i inwektywy ze strony oburzonych wyznawców blachnicyzmu - następujące zasadnicze motywy:
1° Wskazanie na użycie wyrażenia "Twój sługa" w prefacji o Chrzcie Pańskim (w Novus Ordo Missae).
2° Wskazanie, że figura wraz z witrażem przedstawia Chrzest Pański.
3° Twierdzenie, że są klęczniki do dyspozycji, choć nie widoczne na żadnych zdjęciach ani samej kaplicy, ani robionych podczas liturgii.
4° Twierdzenie, że gest ukrytej ręki jest przypadkowy i wynika z odruchowego zachowania ulubionej pozycji ręki.
5° Jest dekret Kongregacji ds. Kanonizacyjnych orzekający heroiczność cnót x. Blachnickiego i otwierający drogę do jego beatyfikacji.  

ad 1°

Prawdą jest, że od Missale Romanum Pawła VI z 1969 r. istnieje prefacja o Chrzcie Pańskim mówiąca o Chrystusie Słudze:


Jest to zupełnie nowy text, nie mający podstaw w Tradycji liturgicznej Kościoła w jakimkolwiek obrządku. Samo święto Chrztu Pańskiego zostało wprowadzone niewiele wcześniej, mianowicie w 1960 r. przez Jana XXIII. Do tego czasu Chrzest Pana Jezusa w Jordanie był obchodzony w święto Epifanii (6 stycznia) razem z hołdem Mędrców oraz cudem w Kanie Galilejskiej (w niektórych obrządkach wschodnich razem z Bożym Narodzeniem i hołdem Mędrców). Oktawa Epifanii kończyła się wspomnieniem Chrztu Pańskiego (13 stycznia). Powodem tego złączenia w całej Tradycji Kościoła wszystkich obrządków było zabezpieczenie przed heretycką interpretacją Chrztu Pańskiego, która miała miejsce już w starożytności u kilku teologów jak Teodot i Paweł za Samosaty. Generalnie była to tendencja wśród sekt judaistycznych, m. in. ebionitów. 

Tym niemniej święto Chrztu Pańskiego nie jest świętem Chrystusa Sługi. Tak więc należy podtrzymać powiedziane powyżej: w Kościele nie ma kultu Chrystusa Sługi. Jest to wynalazek apostatów modernistycznych, pomniejszających czy wręcz podstępnie negujących Boskość Jezusa Chrystusa współistotną z Ojcem.

ad 2°

Zostało już powiedziane w 1°. Dodać jedynie należy, że figura wraz z witrażem nie jest wyraźnym, dla każdego widocznym przedstawieniem Chrztu Pańskiego. A jeśli nawet by tak było, to dlaczego kaplica nie nazywa się kaplicą Chrztu Pańskiego?

ad 3°

Skoro klęczniki są, to dlaczego nie są ustawione razem ze siedzeniami? Dlaczego na żadnych fotkach dostępnych w internecie nie widać, że są używane? Czy są to rzeczywiście klęczniki, a nie tylko stołeczki do klęczo-siedzenia typu do medytacji buddyjskiej?

ad 4°

Jest oczywiste, że fotki x. Blachnickiego, przynajmniej te oficjalnie dostępne, są pozowane, zwłaszcza gdy przedstawiają go w stroju duchownym i przy oficjalnych okazjach. Nie ma więc podstaw do twierdzenia, jakoby chowanie ręki dokładnie na sposób gestu masońskiego było odruchowe i przypadkowe. Czyżby x. Blachnicki nie panował nad swoimi odruchami nawet pozując do zdjęć?

ad 5°

Orzeczenia tego rodzaju nie mają rangi dogmatycznej i nie są nieomylne. Są jedynie aktem administracyjnym i nie przesądzają nawet o beatyfikacji. Oznaczają jedynie, że w danym momencie nie stwierdzono czegoś, co by było przeszkodą do beatyfikacji. Należy jednak pamiętać, że obecnie stosowane procedury w takich sprawach są poważnie okrojone i nie odpowiadają procedurom stosowanym przez Kościół na przestrzeni wieków. Nie jest więc z góry wykluczone, że pewnych istotnych faktów nie uwzględniono czy potraktowano je zbyt pobłażliwie. Z punktu widzenia teologii katolickiej można, a w razie konieczności nawet trzeba zgłaszać zastrzeżenia nawet odnośnie poglądów teologicznych osób beatyfikowanych czy kanonizowanych. Na tym właśnie polegała rola tzw. obrońcy wiary (defensor fidei, zwanego wulgarnie i niesłusznie advocatus diaboli), która to funkcja została wyrzucona z procesów beatyfikacyj i kanonizacyj. 



Post scriptum 2

Oto jeden z dowodów na antykatolicki i wywrotowy charakter działalności x. Blachnickiego, gdzie były duchowny opowiada z sympatią o swoich związkach (zwłaszcza od 7:40 i od 12:50):

https://www.youtube.com/watch?v=QJ0oSHZi3n0



Post scriptum 3

Okazuje się, że wyznawcy blachnicyzmu przez swoją bierność przeszkodzili w śledztwie ws. śmierci x. Blachnickiego: 



Wygląda na to, że sekta miała swój interes w tym, by sprawa nie została do końca wyjaśniona. 

Czy z nauczania Jezusa Chrystusa wynika obowiązek przyjmowania imigrantów?






Słowa Pana Jezusowe o przyjmowaniu przybyszów (Mt 25) są w tym temacie zwykle nadużywane w sposób teologicznie niekompetentny i fałszujący.

Przede wszystkim, w teologii katolickiej, która stosuje podstawowe zasady hermeneutyki biblijnej, nigdy nie interpretuje się i nie używa jakiegokolwiek fragmentu Pisma św. w oderwaniu od kontextu bliższego i szerszego. Sposób, w jaki obecnie wykorzystuje się te słowa, przypomina raczej protestancki biblicyzm, który jest w sobie sprzeczny, i nie ma nic wspólnego z teologią katolicką czy nawet w ogóle z rzetelną egzegezą.

Mówiąc skrótowo: na Sądzie Bożym będzie rozliczany każdy indywidualnie z tego, jak i do czego wykorzystał swoje siły, zdolności i środki. Nie będzie rozliczana ani społeczność, ani państwo. Tym samym adresatem obowiązku pomocy potrzebującym jest każdy indywidualny wierzący, wobec konkretnej potrzeby w konkretnej sytuacji. Obowiązek ten oczywiście nie może wykraczać poza osobiste możliwości i osobistą odpowiedzialność, także w rozeznaniu danej potrzeby w przypadku danej osoby.

Także dokumenty Kościoła są zwykle cytowane i wykorzystywane wbrew ich właściwej treści w kontekście. Zasada, że imigrant ma być traktowany jako "człowiek", nie może oznaczać pomijania takiego traktowania tych, na których koszt imigrant chce żyć (zwykle nie pracując i nie mając zamiaru pracować) i którym imigrant zagraża swoim potencjałem przestępczym czy wręcz zbrodniczym. Każdy obywatel państwa jest także człowiekiem i ma tym samym prawo do ochrony swego życia, mienia i wartości duchowych, również przed zagrożeniem płynącym z imigracji osób obcych kulturowo, cywilizacyjnie i religijnie.

Zadaniem państwa nie jest przyjmowanie nachodźców, podobnie jak nie jest nim karmienie głodnych, pojenie spragnionych, odwiedzanie chorych i więźniów. Zadaniem państwa jest troska o dobro narodu, zwłaszcza duchowe, i ochrona tego dobra przed zagrożeniem.

Tym samym przyjmowanie imigrantów może się odbywać wyłącznie indywidualnie i wyłącznie na swój prywatny koszt. Także duchowni nie mają prawa przeznaczać na ten cel ofiar wiernych danych Kościołowi na inne cele. Duchowny, tak samo jak każdy katolik, może przyjąć przybysza wyłącznie na swój osobisty koszt. Oczywiście, gdy przybysz jest chory czy bez własnej winy głodny i bezdomny, to dotyczą go zwykłe zasady pomocy bliźnim w potrzebie.

Czymś innym jest sprowadzanie i dawanie utrzymania przybyszom, którzy we własnym zakresie i we własnym kraju mogą zapracować czy zdobyć swoje utrzymanie. Równocześnie obowiązuje zasada, że mają oni prawo i obowiązek pozostania w swojej ojczyźnie i pracowania dla niej (o ile nie są zmuszeni do opuszczenia jej dla ratowania życia i zdrowia), tym samym należy im pomóc najpierw w ich własnej ojczyźnie.

Z drugiej strony, obowiązek pozostania w ojczyźnie i troski o nią wynika ze sprawiedliwości, o ile rodzice i społeczność ojczysta zapewnili wychowanie i wykształcenie, ponosząc znaczne koszty także materialne. Uszanowanie tego i sprawiedliwość wymagają pewnego "zwrotu" tego długu, co oczywiście może mieć różną postać. Zwłaszcza wobec rodziców obowiązuje pomoc i zapewnienie opieki na starość. Nie jest to wypełnione tylko przez umieszczenie w domu opieki.

Oczywiście mogą być powody wyższej rangi, które usprawiedliwiają opuszczenie rodziny i ojczyzny. Tak jest w razie konieczności zapewnienia sobie i rodzinie bytu przez pracę za granicą. Jeszcze wyższą rangę mają racje duchowe, jak chociażby wstąpienie do stanu duchowego i wyjazd na misje.

Opuszczenie ojczyzny z powodu łatwiejszego zdobycia środków do życia nie daje uprawnienia do opieki ani przez obce państwa, ani przez osoby indywidualne. Obce państwo może przyjąć imigrantów jedynie wtedy, gdy służy to dobru danej społeczności, przede wszystkim duchowemu. Ani osobom indywidualnym, ani państwu nie wolno narażać dobra własnych obywateli dla korzyści czy to imigrantów czy jakiejś grupy politycznej.

Zadaniem państwa jest czuwanie nad tym, czy działanie obywateli także w tej sprawie jest w zgodzie z dobrem wspólnym. Jeśli imigranci są zagrożeniem dla dobra wspólnego narodu i państwa, państwo ma prawo ograniczyć czy nawet zakazać prywatną działalność w tej sprawie. Wynika to z prawa naturalnego, które jest potwierdzone i odnowione w Bożym Objawieniu. Pan Jezus z całą pewnością ani nie nakazał ani nawet nie zachęcał do działania zagrażającego życiu niewinnych czy także nawet wartościom duchowym jak chrześcijański charakter społeczeństwa i państwa. Imputowanie Zbawicielowi takowej nauki czy intencji jest sprzeczne nie tylko z treścią Ewangelii, lecz także nawet ze zwykłą logiką.